Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu

Autorzy: Anna Lange

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 448

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 20.90 zł

Clovis LaFay ma kłopoty rodzinne. Nieżyjący już ojciec miał reputację czarnego maga, znacznie starszy przyrodni brat jest wrogo nastawiony, a dzieci tego ostatniego… No cóż, na pewne zaburzenia nie ma jeszcze nazw – jest rok 1873 – co nie znaczy, że nie istnieją te zjawiska.

John Dobson, dawny przyjaciel Clovisa i nadinspektor świeżo utworzonej jednostki wydziału detektywistycznego londyńskiej policji metropolitalnej również ma liczne problemy. Z pieniędzmi nie jest najlepiej, z prowincji przyjechała młodsza siostra, podwładni krzywo patrzą na zwierzchnictwo młodego eksporucznika artylerii, a najgorsze, że w Londynie drastycznie brakuje egzorcystów!

Alicja Dobson waha się: zamążpójście czy pielęgniarstwo? Sęk w tym, że konkurenci się nie tłoczą, a zajęcia z magii leczenia na kursie pielęgniarskim okazały się nie całkiem tym, na co miała nadzieję. Clovis LaFay chętnie służy pomocą w tym drugim problemie, a kto wie, może i w pierwszym? Chociaż czegoś się jakby boi…

Rozdział 1

Nekromancja nie ma u większości ludzi najlepszej opinii, a jeśli już budzi jakieś w miarę pozytywne skojarzenia, dotyczą one przede wszystkim dramatycznych starć woli z umarłymi. Niewątpliwie po części jest to zasługa sensacyjnych romansów, choć znalazłoby się niejedno potwierdzenie także w relacjach o niekwestionowanej autentyczności. Oczywiście, wypadki się zdarzają, ale Clovis LaFay uważał, że jeśli do takich konfrontacji dochodzi regularnie, oznacza to, że mag powinien był poświęcić się innej specjalności, bardziej dostosowanej do swojego temperamentu. Ot, piromancji na przykład. Wysadzanie rzeczy w powietrze jest hałaśliwe, widowiskowe i nie wymaga subtelności. Ani dobrego wychowania.

Trzeba pamiętać, że zwykle magowi zależy na kontakcie znacznie bardziej niż duchowi. (Sytuacje przeciwne też mogą mieć miejsce, lecz nieporównywalnie rzadziej). Jeśli tak, myślał Clovis, należy go nawiązywać w taki sposób, jakby prosiło się o coś starszego, drażliwego dżentelmena o cholerycznym usposobieniu – co swoją drogą stanowiło wcale niezły opis znacznej części duchów. Uprzejmość, szacunek, brak natarczywości – i w krótkim czasie można było osiągnąć efekty więcej niż zadowalające. Większość duchów była w gruncie rzeczy bardzo chętna do rozmowy. Clovis zawsze miał wrażenie, że kontakt z nekromantą postrzegają w kategorii urozmaicenia nudnej egzystencji. Od niego zatem zależało, czy tym urozmaiceniem miała być cywilizowana konwersacja, czy próba opętania.

Istotną sprawą było między innymi poznanie z wyprzedzeniem zainteresowań ducha. Szczęśliwie, choć raczej niespodziewanie, biorąc pod uwagę narodowość i pozycję społeczną, Jean Baptiste Leroux już przy zawieraniu wstępnej znajomości zdeklarował się jako pasjonat hodowli koni myśliwskich. Zdobycie dostępu do interesujących go ksiąg zarodowych z ostatniego półwiecza nie stanowiło większego problemu i były kucharz drugiego hrabiego Mornington był naprawdę bardzo wdzięczny. Nie miał co prawda żadnych sugestii co do miejsca ukrycia magicznych artefaktów hrabiego, ale Clovis nie czuł się rozczarowany. Nie spodziewał się wiele, jako że Leroux służył Wellesleyowi przed rokiem 1815, zanim ten poświęcił się w pełni magii konstruktywnej, a jednak rozmowa była interesująca i warta poświęconego czasu.

Po pożegnaniu rozmówcy Clovis zgasił latarnię i schował ją do torby razem z mokrawymi notatkami. Mżyło. Nie chciało mu się wyjmować spod płaszcza zegarka, ale musiał przesiedzieć na cmentarzu z pięć godzin, bo niebo na wschodzie zaczynało już jakby szarzeć. Istniała więc szansa, że znajdzie drogę do bramy, nie zgubi buta w błocie i się nie przewróci. Torba na ramieniu mu ciążyła, ubranie było wilgotne, a prawy trzewik kompletnie oblepiony gliną. Głównym zagrożeniem angielskiego nekromanty nie było żadne opętanie, zdecydował Clovis, tylko reumatyzm.

Szedł powoli, ostrożnie stawiając każdy krok. Pod nogami mlaskało błoto. Początkowo zamierzał zdjąć z siebie Błękitną Zasłonę – doskonałą ochronę przeciwko umarłym, lecz wyczerpującą w szybkim tempie zasoby mocy – po namyśle zmienił jednak zdanie. Leroux był przyjaźnie usposobiony i ewidentnie trzymał w ryzach inne duchy, ale wspominał coś o obecności ghula, a ghule, pechowo czy szczęśliwie, nie poddawały się kontroli niematerialnych umarłych. Czy faktycznie był tam ghul, to inna sprawa. Duchy z reguły nie kłamały, lecz miały fatalne poczucie czasu – ghul równie dobrze mógł tu grasować dwadzieścia lat temu. Mimo wszystko ostrożności nigdy za wiele. Nie było żadnych doniesień o atakach w tym miejscu, ale prasa nie zawsze o nich informowała, zwłaszcza gdy ofiarami byli włóczędzy, a Clovis nie lubił ryzykować bez potrzeby. Nie można jednocześnie patrzeć pod nogi i rozglądać się za ghulem.

Z szarości przedświtu wyłaniały się coraz zamożniej wyglądające groby, z kamiennymi płytami i pomnikami, pod nogami zachrzęścił żwir. Brama cmentarza musiała być już blisko. Miał nadzieję, że dorożkarz czeka, jak było umówione. Miał obiecane solidne wynagrodzenie i dostał zaliczkę, ale mógł się zniecierpliwić. Albo przestraszyć. Albo ghul go właśnie zjadał. Clovis przyspieszył kroku.

Otworzył bramę. Droga po drugiej stronie cmentarnego muru była cicha i pusta. No i pięknie, stwierdził Clovis, rozglądając się w nikłej nadziei, że dorożka jednak wynurzy się z brudnoszarej mgły. Na piechotę do swojego mieszkania przy Kensington Park dotrze w najlepszym wypadku za trzy godziny, i to przy założeniu, że się nie pogubi i że nikt go w tej dzielnicy nie napadnie. Jeżdżą tu w ogóle jakieś dorożki?

Rozważania przerwał mu niezbyt głośny, lecz dający się rozpoznać odgłos. Z tyłu zagrzechotały kamyki, jakby coś uderzyło z rozpędem w żwirową nawierzchnię. Clovis odwrócił się błyskawicznie i zamarł. Leroux miał absolutną rację: na cmentarzu był ghul. Stał na środku cmentarnej ścieżki, po drugiej stronie otwartej bramy. Ledwie dało się go dostrzec w półmroku i mgle, ale o pomyłce nie było mowy: niewielki, ewidentnie niedawno zespolony, bo o wyraźnie jeszcze psiej sylwetce, niemniej bez dwóch zdań ghul.

Clovis sprawdził trwałość Błękitnej Zasłony i się zawahał. Jakby miał trochę rozumu, zamknąłby w tej chwili bramę i sobie poszedł. Ghul na miejskim cmentarzu nie był jego sprawą. Poza tym egzorcyzmy, nawet niezbyt potężnych duchów, zużywały sporo magii, której i tak zostało mu niewiele. Jeśli później jakiś opryszek zechce obrabować młodego bogatego idiotę, który włóczy się nad ranem po londyńskich slumsach, będzie bezbronny. Co prawda średnio rozgarnięty opryszek powinien zauważyć obsydianową zawieszkę na łańcuszku od zegarka, modny ostatnio sposób magazynowania drobnych ilości magii, i wyciągnąć odpowiednie wnioski, ale czy można liczyć na rozsądek wśród opryszków? Stanowczo lepiej było spróbować możliwie jak najszybciej dotrzeć do domu, zjeść cokolwiek śniadanie, wziąć gorącą kąpiel i położyć się do suchego, ciepłego łóżka… I codziennie drętwieć ze strachu, że przeczyta się w gazecie o zagryzionym grabarzu czy posługaczce albo, co gorsza, ich dziecku. Poza tym ghule były takie żałosne, jak już człowiek wiedział, czym są. Clovis westchnął.

– Bez obrazy, ale naprawdę, naprawdę nie znoszę egzorcyzmować takich jak ty – poinformował ghula. – Czysta przepychanka. Żadnej finezji.

Potworek wyszczerzył zęby i przeszedł parę kroków w jego stronę, jak gdyby nasłuchując. Oczywiście ghule nie rozumiały ludzkiej mowy. Nie mogły. Każdy duch mógł w odpowiednich okolicznościach wstąpić w ciało człowieka, ale jedyne astrale zdolne do zespolenia ze zwierzętami – wszyscy uczeni byli zgodni, że było to coś więcej niż zwykłe opętanie – należały do noworodków lub późno poronionych płodów. Co nie czyniło ich, niestety, mniej niebezpiecznymi.

W jednym momencie ghul stał spokojnie, ułamek sekundy później skoczył do przodu z taką szybkością, że oko ludzkie w ogóle nie było w stanie zarejestrować ruchu. Odbił się od sfery ochronnej tworzonej przez Błękitną Zasłonę, otrząsnął, skoczył znowu. Pomiędzy atakami Clovis zdołał go sobie obejrzeć z bliska. Pusty żołądek podszedł mu do gardła, w ustach poczuł smak żółci, a ochota do żartów opuściła go bezpowrotnie. Ghul… już jadł. Przednie łapy, obwisła szarawa skóra podgardla i zdeformowany psi pysk umazane były zaschniętą krwią.

Clovis doskonale zdawał sobie sprawę, że fizyczna odwaga nie należy do jego najmocniejszych stron, ale zauważył już kilka razy w życiu, że nawet gdy jego ciało odczuwało strach, mózg ciągle pracował poprawnie. Teraz też, mimo że mięśnie sparaliżowały mu obrzydzenie i zwierzęcy strach, w myślach spokojnie formowały się odpowiednie glyfy. Nekromancki Most, Otwarcie Czaszki, następnie podstawowa sekwencja wyrzucenia astrala z ciała, a potem już tylko kto kogo. Egzorcyzmowanie ghuli było naprawdę nieskomplikowane, co nie znaczy, że łatwe.

Ghul początku egzorcyzmu w ogóle nie zauważył. Miał inne zajęcie. Po kolejnym odbiciu się od zasłony skoczył znowu, i znowu niezdolny zrozumieć, czemu ta wypraktykowana taktyka nagle go zawodzi. Doskonale, niech sobie skacze, przemknęło przez głowę Clovisowi. Byle tylko nie uciekł. Może obejdzie się bez unieruchamiania.

Most został zbudowany. W tym momencie ze zwykłym duchem można było nawiązać kontakt. Jednak Clovis, chociaż do rozmów z umarłymi żywił zamiłowanie uważane przez większość ludzi za niezdrowe, mimo wszystko nie był kompletnym głupcem. Więcej niż przelotne dotknięcie przeraźliwie obcego umysłu ghula byłoby, bez żadnej przenośni, szaleństwem.

Z uformowaniem ostatniego glyfu sekwencji egzorcyzmu skończyła się łatwa część zadania. Teraz rozpoczął się najmniej przyjemny etap: czysty pojedynek woli. Ghule miały na ogół silne astrale i ten nie należał do wyjątków. Clovis czuł jednak, że da mu radę, o ile starczy mu magii na podtrzymanie połączenia. Przypominało to nieco wyciąganie opornego korka z butelki: wiadomo było, że w końcu pójdzie, pytanie tylko kiedy.

Musiało to już trwać dobre kilkanaście minut, gdy Clovis poczuł, że uwaga ghula przestała koncentrować się na nim. Jednocześnie usłyszał dochodzące z mgły męskie głosy.

– Nie podchodźcie! – krzyknął. – Trzymajcie się z daleka!

– Policja metropolitalna! – padło w odpowiedzi. – Proszę natychmiast przejść w naszą stronę.

Pewnie można było jakoś krótko i sensownie przedstawić sytuację, nie przerywając egzorcyzmu, ale ghul miał własne, zgoła odmienne plany. Błyskawicznie zmienił kierunek ataku i rzucił się w prawo, w stronę głosów. Wymykał mu się, cały wysiłek szedł na marne, a do tego nie było szansy, by atak ghula przeżył uzbrojony w pałkę niemagiczny policjant. Clovis nie miał wyjścia – odciął Most, by nie tracić niepotrzebnie magii, a całą jej resztę skierował w formowanie sekwencji Unieruchomienia Umarłego. Trochę to trwało, jako że żadne nekromanckie czary do szybkich nie należą, a przez ten czas głosy, domagające się teraz wyjawienia jego tożsamości, zbliżały się coraz bardziej. Niedobrze.

– Uciekajcie! Tu jest ghul! Nie wiem, jak długo będzie nieruchomy! – ostrzegł ich raz jeszcze, kończąc sekwencję.

– LaFay, to ty? Co ty tu, u diabła, robisz? – odezwał się znajomy skądeś głos.

Clovis był nawet skłonny udzielić obszerniejszych wyjaśnień, bo coś w tym głosie do nich skłaniało, ale już nie zdążył. Całe jego ciało ogarnęło raptowne odrętwienie, łatwo rozpoznawalna oznaka rzuconego kinemanckiego Paraliżu. W kompletnie bezmyślnym odruchu obronnym resztkami magii uformował blokujący glyf, mgliście zdając sobie sprawę, że źle robi. Przed oczami przemknęły mu złote iskierki, poczuł ból z tyłu głowy, a świat wokół, począwszy od krawędzi widzenia, zaczął ciemnieć. Tracąc przytomność, w ostatniej chwili usłyszał krzyk:

– Nie! Ty przeklęty idioto, coś ty zrobił!

Święta racja, zdążył jeszcze pomyśleć Clovis, to było z jego strony naprawdę idiotyczne posunięcie.

* * *

Alicję Dobson z bardzo potrzebnego snu wyrwało szarpanie za ramię o jakiejś, miała wrażenie, zdecydowanie niechrześcijańskiej godzinie. Bridget, pomyślała sennie, ma jeszcze przed sobą długą drogę, zanim zacznie przypominać pokojówkę. W tej chwili jednak priorytety były inne niż szkolenie służby w stosownych metodach budzenia państwa.

– Ićsobie. Wtorek. Nie ma praktyk. Śpię.

Szarpanie jednak nie ustawało, dołączył też do niego męski głos o trudnym do zignorowania natężeniu:

– Alicjo, no proszę cię, wstawaj!

Jednak nie Bridget, John. Alicja oprzytomniała od razu. Obecność brata w jej pokoju o tej porze, i to w pełni ubranego, z płaszczem i kapeluszem włącznie, oznaczała, że naprawdę coś się stało.

– Pali się? Obudziłeś Bridget?

– Nie pali się. Wróciłem właśnie z interwencji i mam dla ciebie pierwszego pacjenta. Leży w salonie. Tylko obawiam się, że to może być poważny przypadek.

– Dobrze, już wstaję.

– Pośpiesz się.

Mężczyzna ciągle tkwił przy łóżku, być może w nie całkiem irracjonalnej obawie, że spuszczona z oka siostra natychmiast zaśnie z powrotem. Nie ułatwiał tym spełnienia jego prośby.

– John! Ty wiesz, że nadal jesteś w mojej sypialni, prawda?!

Do Johna chyba wreszcie dotarło, że jego co prawda młodsza, ale dorosła już siostra nie bardzo może wstać w samej koszuli nocnej, dopóki on jest w pokoju, bo mruknął coś nieartykułowanego w tonie przepraszającym i się wycofał.

– Eee, włóż coś może na siebie – doradził jej na odchodnym.

„Włóż coś”, „pośpiesz się”. Dobrze mu mówić. Suknia czekała przygotowana, ale szybkie włożenie jej bez pomocy służącej było wykluczone, nawet gdyby Alicja miała na sobie gorset – a nie miała. Nigdy nie mogła się przemóc, by sypiać w gorsecie. W końcu zdecydowała się nie zmieniać koszuli nocnej ani pończoch, tylko założyć na nie poranny szlafrok, a włosy (szczęśliwie zaplecione wieczorem w warkocz) przykryć szalem. Eleganckie to wszystko nie było, ale dawało się włożyć w parę minut, moralności nie obrażało, a do tego jeszcze grzało. Pod koniec lutego poranki nie należały do ciepłych.

Szybko przeszła do, nieco na wyrost nazwanego tak przez właściciela mieszkania, salonu, konstatując przy tym, że Bridget obudziła się sama i przytomnie od razu zaczęła rozpalać pod kuchnią i w kominku oraz przygotowywać kawę. Może i brakowało jej obycia, ale u służącej policjanta brak skłonności do głośnego dziwienia się i zadawania głupich pytań zdecydowanie przyćmiewał wszelkie wady. Których zresztą wiele nie miała.

Poważny przypadek Johna leżał bezwładnie na sofie, w bardzo eleganckim szarym płaszczu i bardzo brudnych butach. Jej brat pochylał się nad nim z butelką brandy.

– Nie nieprzytomnemu, John. Może się zachłysnąć. Co mu właściwie jest?

– Żebym to ja wiedział. Sama zobacz – odsunął się na bok – ty tu chodzisz na kurs pielęgniarski, a nie ja. Oddycha, puls chyba w porządku. Dostał zaklęciem Paraliżu, ale nie widzę zesztywnienia mięśni. Musiał zdążyć wystawić zasłonę. Nie rozumiem, dlaczego jest nieprzytomny.

Alicja podeszła do sofy i uważnie przyjrzała się leżącemu. Niewysoki, szczupły, ciemnowłosy i chyba bardzo młody – wyglądał właściwie na chłopca, nie mężczyznę, może z powodu braku jakiegokolwiek zarostu. John miał rację, oddech wydawał się prawidłowy. Puls – Alicja przycisnęła palce z lewej strony szyi chorego, tłumiąc poczucie skrajnej niestosowności tego gestu – lekko spowolniony, ale też normalny. Nieznajomy leżał odprężony, z zamkniętymi oczami, jakby spał.

– Nie uderzył się w głowę?

John zaprzeczył.

– Nic nie widzę, ale nas przecież nie uczą stawiania diagnoz. Czemu przyniosłeś go tutaj, a nie do doktora Mertona?

– Wiem, powinienem. Ale nie jestem pewny dyskrecji Mertona. Obrzydliwe to dosyć, ale bardzo bym chciał, żeby to fiasko nie wyszło na jaw.

– Jakie fiasko? I kto to jest?

John rzucił jej nieszczęśliwe spojrzenie.

– To my to zrobiliśmy. A to jest, niestety, Clovis LaFay. Przyrodni brat hrabiego Bedford. Jak on się o tym dowie… Frederick LaFay takiej okazji nie przepuści. Od początku byliśmy mu solą w oku. Tu nie chodzi o mnie, ale o istnienie całego podwydziału spraw magicznych, a może i wszystkie reformy w policji.

– Rzuciliście Paraliż na brata hrabiego Bedford? Co on takiego zrobił? Czy on…

– Nic nie zrobił, w tym rzecz. Nic złego w każdym razie. Wygląda wręcz na to, że postanowił nas w pracy wyręczyć. Egzorcyzmował ghula na cmentarzu. Fatalne nieporozumienie!

– To nekromanta? Taki prawdziwy, nie lekarz?

– Nie inaczej – mruknął ponuro John.

Alicja spojrzała na pacjenta z nowym zainteresowaniem i lekką obawą. Ta dziedzina magii nie miała dobrej opinii w ich rodzinnym domu, choć John twierdził, że to w dużej mierze przesądy. Zaraz… Clovis LaFay. Nekromanta. Cmentarz. Ghul. Egzorcyzmy…

– Tak sobie myślę, John… On chyba nie ma bardzo wysokiego potencjału magicznego, prawda?

Brat popatrzył na nią zdziwiony.

– Ma. Raczej nie taki jak ja czy być może nawet ty, ale na pewno wysoki. Skąd ci to przyszło do głowy?

– Wydawało mi się, że czytałam w gazecie, jakaś aluzja w kronice towarzyskiej. Nieważne. Ale i tak… Egzorcyzmował ghula, przedtem na tym cmentarzu też może coś robił…

– Robił, były silne emanacje nekromanckiej magii.

– I nagle musiał wystawić kinemancką zasłonę, niby prosty czar, ale spoza swojej specjalności. Czy to może być wyczerpanie magii?

John syknął.

– Możliwe. Czekaj, żaden ze mnie poszukiwacz, ale to umiem zrobić.

Milczał przez chwilę, koncentrując się.

– Obawiam się, że możesz mieć rację. Sygnaturę ma prawie jak niemagiczny. O do dia… przepraszam, Alicjo, ale jest jeszcze gorzej, niż myślałem. Trudno, przenoszę go do Mertona. Jeśli sprawa wycieknie, podam się do dymisji. Może to wystarczy.

O wyczerpaniu magii Alicja akurat niedawno czytała. Rzeczywiście było stanem niebezpiecznym, choć nie od razu. Ofiara popadała w stan podobny do głębokiego snu (a może po prostu w głęboki sen – opinie się różniły), w którym organizm starał się odbudować potencjał magiczny. W przypadku słabego maga mogło to nawet zadziałać – silniejszy po kilku lub kilkunastu dniach umierał z wyczerpania. Krótkie chwile wybudzenia nie wystarczały nawet na podanie odpowiedniej ilości wody, o pokarmie nie wspominając. Mimo wszystko…

– Nie przesadzasz? Kto rzucił ten Paraliż? Nie mów mi, że ty!

John wykazał nagłe zainteresowanie wzorem dywanika sprzed kominka.

– Snaith – przyznał niechętnie. – Alicjo, to porządny człowiek. Po prostu źle ocenił sytuację.

– Porządni ludzie, śmiem sądzić, nie rzucają niesprowokowani Paraliżu. On wie, że kogoś ze słabym sercem można w ten sposób nawet zabić?

John skrzywił się ponuro, a Alicji od razu zrobiło się przykro. Jej brat naprawdę nie zasługiwał na to, by na niego warczeć, zwłaszcza w takiej sytuacji.

Nie o to chodziło, że John był dobrym bratem. Na to, jakim bratem był John, w ogóle nie było słowa chyba w żadnym języku. Kiedy sześć miesięcy temu pojawiła się znienacka przed jego drzwiami, z jednym kuferkiem w ręku, przerażona na śmierć własną odwagą, dobry brat wygłosiłby pouczenie o strasznych niebezpieczeństwach grożących w Londynie młodym dziewczętom, karygodnej niestosowności jazdy nocnym pociągiem w towarzystwie handlarki drobiu (cóż z tego, że znanej od dzieciństwa) i nieposłuszeństwie względem matki, po czym przy pierwszej sposobności odwiózł ją z powrotem do domu. John za to wysłuchał cierpliwie wszystkiego, co miała do powiedzenia, spóźnił się godzinę do pracy, a wieczorem siadł i napisał stertę listów do matki, siostry, trzech ciotek i dwóch stryjów, tłumacząc obszernie (a nie znosił pisania listów) i raczej nie do końca zgodnie z prawdą (kłamstw, nawet najniewinniejszych, też nie znosił), jak to mu brakowało kobiecej ręki w kawalerskim mieszkaniu i jak bardzo obecność jego małej siostrzyczki umili jego samotne życie. Chociaż, jak dobrze wiedziała, ciągle spłacał koszty leczenia ojca i nie miał ani pensa oszczędności, bez słowa narzekania na niespodziewane wydatki wynajął większe mieszkanie, kupił podręczniki do podstaw glyfów i ostatnio opłacił naukę w szpitalu świętego Tomasza. Do tego w zamian za to dostawał głównie jej coraz bardziej przepełnione frustracją skargi na trudności samodzielnej nauki magii i bezsensowne zajęcia na części kursu. Jeśli więc usiłował ją wyswatać z Jacobem Snaithem (a usiłował, choć krył się z tym, jak potrafił), któż mógł go winić?

– Tak czy inaczej, nie będę ryzykował życiem Clovisa LaFaya. Pomijając względy polityczne, nie mogę mu tego zrobić.

– Znasz go?

– Byłem z nim w Edgerton.

Teraz przeniesienie go do niej nabrało więcej sensu. Z tego, co John mówił, byli uczniowie jednej z najlepszych szkół z internatem, do której miał szczęście dostać się w swoim czasie jej brat, rzeczywiście bardzo się wspierali. Jeśli obejmowało to również stypendystów, John faktycznie mógł liczyć na to, że uda się sprawę zatuszować. O ile oczywiście LaFay wyjdzie z tego cało. A wyjdzie. Już jej w tym głowa.

Alicja poprosiła Johna o chwilę cierpliwości i poszła po swoją ostatnio może nie tyle ulubioną, co najczęściej studiowaną lekturę: Uproszczone kompendium podstawowych czarów leczniczych dla potrzeb kursów pielęgniarskich ułożone doktora Boyda. Karmienie Iaso, tak to się nazywało. Jeszcze się go nie uczyła, no i zawierało dwa zupełnie nowe glyfy, ale w końcu kiedyś musi zacząć rzucać prawdziwe czary. Poza tym, o ile się orientowała, nieudanym Karmieniem Iaso nikomu krzywdy nie można było zrobić. Co najwyżej nic z tego nie wyjdzie.

John spojrzał w przyniesioną książkę z wyraźną nadzieją, ale na Alicję z nie mniej wyraźnym sceptycyzmem:

– Jesteś pewna, że dasz radę? To nie wygląda łatwo. Może ja?

Alicja pewna nie była. Niemniej…

– John, jesteś kinemantą, pamiętasz? Samo rzucenie czaru leczenia będzie cię drogo kosztować, a jeszcze przekazanie magii… I zdaje się, że robiłeś przed chwilą teleportację z cmentarza, i ten czar poszukiwawczy… Wiem, jaką masz silną magię, ale przecież nie bez dna. A jak coś w pracy ci wyniknie? Chcesz skończyć jak on? Ja, jeśli w ogóle mam jakąś specjalizację, to właśnie magię leczenia, potencjał magiczny, jak sam mówisz, spory i dzisiaj tylko wykład po południu.

John westchnął, pomyślał chwilę i w końcu kiwnął głową:

– No dobrze, spróbować warto.

Alicja przestudiowała starannie czar, przepisała go kilka razy, w całości i urywkami, zwizualizowała nieznane glyfy i w końcu stwierdziła, że jest tak dobrze przygotowana, jak tylko może być.

– Trzeba go teraz wybudzić, chociaż na chwilę. Ten czar działa przez połączenie, on musi rzucić Most ze swojej strony.

Nie było to takie proste. Na jej: „Panie LaFay! Proszę, niech pan się obudzi! Proszę spróbować!” pacjent nie zareagował. Skropienie twarzy zimną wodą też nic nie dało. Ani przyniesienie z kuchni przekrojonej cebuli. Alicja zaczęła się zastanawiać, gdzie o tej porze można kupić sole trzeźwiące, gdy John podszedł do leżącego i stanął nad nim.

– LaFay! – ryknął znienacka swoim osypującym tynk ze ścian, koszarowym głosem. – Natychmiast się obudź!

– Mmmm chwilę. Zaaaz wssanę.

Jeśli prefekt kazał wstawać, trudno, trzeba było wstawać. Nawet jeśli szkołę skończyło się blisko cztery lata temu. Clovis otworzył oczy. Sufit. Z dość obrzydliwą gipsową rozetą. I Dobson. Zupełnie jak wtedy w Egipcie. Bardzo nie fair. Inni, jak mają halucynacje, widzą przynajmniej coś ciekawego, a on tylko kolegę ze szkoły.

John Dobson zawsze wyglądał, jakby zbudowano go w skali stu dziesięciu procent. Teraz, gdy pochylał się nad Clovisem, wyglądał tak jeszcze bardziej niż zwykle. Tylko tak jakoś zamazywał się i migotał.

– LaFay, weź się w garść. Prawie nie masz mocy. Wyczerpanie magii. Otwórz Most… Alicjo, jesteś gotowa?

– Tak – opowiedział jakiś żeński głos. Zdecydowanie przyjemniej brzmiący od głosu Dobsona.

– Otwórz Most, Alicja przeleje ci trochę. Rozumiesz?

– Nnn, zmeeeony…

Pochylający się nad nim Dobson ustąpił miejsca prawdopodobnej właścicielce głosu. No, teraz lepiej. Nie żeby Dobson był brzydki, ale takiego gorsu nie miał. Ani tak błękitnych oczu, ani takich ramion… No nie, ramiona może miał. Oczy w sumie też. Ale Dobson, jakkolwiek istota imponująca pod wieloma względami, był tylko człowiekiem, a to była bogini. Atena Promachos, nie, Brunhilda…

– Panie LaFay, niech pan otworzy Most i zaczerpnie trochę mocy ode mnie. Rzucam Karmienie Iaso, ale musi pan współpracować.

Nie muszę, pomyślał mętnie Clovis. Wystarczy rzucić na początku sekwencji zaraz po Łączeniu glyf Podwójnego Przebicia nad Otwarciem i można przelać moc nawet niechętnemu odbiorcy, tyle że dość brutalnie. Ale cóż, jeśli bogini chciała być delikatna, on nie zamierzał narzekać.

Otwarcie Mostu nie było właściwie żadnym czarem, lecz mimo to udało mu się to zrobić jedynie z najwyższym trudem. Dobson mówił dlaczego, ale Clovis nie mógł sobie tego przypomnieć. Zdenerwowało go to. Początkowe sekwencje Karmienia Iaso jednak rozpoznał – połączenie przez Most dawało ciekawą możliwość widzenia glyfów rzucanych przez innego maga; teraz były to złote symbole na czarnym tle, bardzo ładne – i się uspokoił. Cokolwiek było nie tak, bogini się tym zajęła. Zaraz, dlaczego ona…

Wszystko chyba poszło dobrze. Alicja nie była pewna, jak właściwie udane Karmienie Iaso ma działać, ale nawiązała połączenie, rzuciła sekwencje i czuła wypływającą z niej moc. Po krótkiej chwili zaczęło ją ogarniać lekkie zmęczenie, które kojarzyła z utratą magii po intensywnym ćwiczeniu czarów, więc doszła do wniosku, że już wystarczy. Sama chęć zerwania połączenia nie wystarczyła, zatem, nieco zaniepokojona, rzuciła glyf Przerwania – jeden, później następny. Nie dało to kompletnie nic, a uczucie bycia wysysaną przybrało na sile. Zaniepokojenie przeszło w panikę. Krzyknęła i w tym momencie przed jej oczami uformowały się nagle jaskrawozielone glyfy Odepchnięcia, Przerwania, jakiś, którego nie rozpoznała, i znowu Odepchnięcia, tylko odbity w lustrze. Połączenie wreszcie zostało rozerwane, i to z taką siłą, że Alicję niemal fizycznie odrzuciło do tyłu. Usłyszała nieznany głos mówiący:

– Przepraszam, ale tak nie można! To bardzo niebezpieczne!

– Co to było? – wykrztusiła Alicja jednocześnie z „Co się stało?” brata.

Świeżo oprzytomniały pacjent zamilkł, spoglądając zdezorientowanym wzrokiem to na Johna, to na nią. Chyba nie był pewien, do kogo ma się najpierw odezwać. W końcu się zdecydował:

– Miło cię znowu widzieć, Dobson. Czy byłbyś uprzejmy mnie przedstawić?

John z niedowierzaniem potrząsnął głową, lecz dokonał prezentacji. Clovis LaFay, który tymczasem podniósł się dość niepewnie z sofy i ukłonił, był już w stanie udzielić wyjaśnień:

– Panno Dobson, przepraszam, że tak się do pani zwróciłem, ale nie rzuciła pani na końcu sekwencji Dominacji i Kontroli Krwi, a to one pozwalają pani na przerwanie przepływu magii. Gdybym się nie zorientował w porę, mógłbym pani zrobić krzywdę. Jestem pani ogromnie wdzięczny, ale to było bardzo ryzykowne.

– Ależ ja rzuciłam wszystko, co było zapisane! Tych glyfów nie było, w ogóle ich nie znam!

John miał minę mówiącą wyraźnie: „Wiedziałem, że tak będzie”, lecz głośno powiedział tylko:

– No dobrze, nie ma co dociekać. Wszyscy są cali i zdrowi, pacjent jest przytomny. Uważam, że jak na pierwszy raz, to pełen sukces.

Chciał na pewno dobrze, ale Alicja poczuła przypływ dziwnej irytacji. Wiedziała, że niczego nie pominęła, nie wypadało jej jednak dyskutować z bratem w obecności obcego. Na szczęście rzeczony obcy nie miał takich obiekcji.

– Przepraszam, Dobson, ale to jednak trzeba wyjaśnić, tak na przyszłość. Może się kartki skleiły? Albo jakiś błąd drukarski? To nie jest taka pomyłka, którą można zrobić niechcący, jeśli prawie cały czar uformowało się poprawnie.

Przyniesienie Uproszczonego kompendium ponad wszelką wątpliwość dowiodło kompetencji Alicji w rzucaniu zapisanych czarów. Glyfów zamykających finalną sekwencję Karmienia Iaso z jakiegoś zagadkowego powodu w nim nie było. Alicja by na tym poprzestała, ale Clovisowi LaFayowi najwyraźniej trudno było się rozstać z nieznaną sobie książką. Spojrzał odruchowo na następną stronę, przerzucił kilka kartek do przodu, skrzywił się, sprawdził coś w spisie treści, a potem, z coraz bardziej zmarszczonymi brwiami, przeczytał zapisy kilku innych czarów.

– Panno Dobson, kto pani to dał?

– Polecali na wykładzie na kursie pielęgniarskim…

– Ależ to okropne! Te czary są okaleczone, i to nie przez przypadek! Ktoś pousuwał z nich wszystkie klasyczne nekromanckie glyfy, tak jak w pani Karmieniu Iaso. Rzeczywiście, Dominacja i Kontrola Krwi są podstawą wielu klątw – LaFay z jakiegoś powodu spojrzał na Johna – ale w Karmieniu są konieczne, by chronić nekromantę przed wyssaniem magii. To samo tu, widzi pani? Nie wiem, co pacjentowi zrobi czar usypiający bez Otwarcia Czaszki na początku, mam nadzieję, że po prostu nic. A tu z kolei znowu brak Dominacji, no to przynajmniej wiadomo, że w ogóle nie zadziała. I to jest zaledwie te kilka czarów, które znam na pamięć, a jestem pewien, że jest ich więcej. Aż trudno uwierzyć! Ja rozumiem, przykrawać historię magii ad usum Delphini, ale samą magię?! Kto to w ogóle pisał? – spytał retorycznie, oglądając podejrzliwie okładkę. – Jakiś doktor Boyd, nie słyszałem, no ale w sumie przez ostatnie trzy lata przebywałem głównie na kontynencie. Zna go może pani?

– Tak, wygłosił wstępny wykład. To dość znany lekarz.

– Ach tak, przez chwilę myślałem, że to pseudonim. Ja bym się na jego miejscu pod czymś takim własnym nazwiskiem na pewno nie podpisał.

– Nauczyłam się już części… Naprawdę to jest kompletnie bezużyteczne?

Musiał usłyszeć desperację w jej głosie, bo nagle zaczął się wycofywać:

– Nie, nie, przypuszczam, że większość czarów jest w zupełnym porządku. Albo niezmieniona, albo zmiany są nieszkodliwe. Wie pani, panno Dobson, ja nawet rozumiem, skąd mu taki pomysł przyszedł do głowy, bo niektóre sekwencje rzeczywiście są wymienne. Tylko wygląda na to, że on, kiedy nie wiedział, czym zastąpić glyfy, które mu się wydawały podejrzane, po prostu je usuwał! Każdy czar by trzeba przejrzeć i porównać z zapisanym właściwie.

– Nie mam właściwie zapisanych. W bibliotekach nie ma książek o magii. – Alicja z przerażeniem poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Nie może zachowywać się jak histeryczka, jeszcze John gotów zgodzić się z resztą rodziny, że nauka magii jej zaszkodzi!

Burozielone oczy popatrzyły na nią z chyba szczerym współczuciem.

– Przepraszam, panno Dobson. A może mógłbym to pożyczyć na kilka dni, jeśli pani nie będzie potrzebne? Nie znam się szczególnie dobrze na leczniczych czarach nekromanckich, ale mam odpowiednią literaturę w domu.

Alicja zgodziła się z ulgą. Clovis LaFay delikatnie odłożył pożyczoną książkę na stół i z miną człowieka, który załatwił sprawy ważne i teraz może się zająć mniej istotnymi, spytał Johna, który siedział i przysłuchiwał się im z dziwnym wyrazem twarzy:

– A tak przy okazji, mógłbyś mi powiedzieć, Dobson, co się właściwie stało, gdzie ja jestem i jak się tu dostałem?

Pytanie to uświadomiło Alicji, że jest w pokoju z niebędącym już pacjentem obcym mężczyzną odziana w strój raczej nieformalny. Ponadto była pewna, że Johnowi lepiej się będzie rozmawiało bez jej obecności, szczególnie jeśli tematem rozmowy miałyby być między innymi wady charakteru i umysłu Jacoba Snaitha. Pożegnała więc panów i poszła wreszcie się ubrać. I wytrzeć oczy.

Bridget czatowała na nią w korytarzu.

– Panienko – zameldowała – kuchnia rozpalona, kawa prawie gotowa, stoi na płycie, ale w domu nie bardzo jest coś lepszego na śniadanie. Tylko jajka i bekon, i ta wędzona ryba z wczoraj, chyba jest jeszcze dobra, ale ja nie wiem, dla gościa? Może ja do tej nowej piekarni skoczę po ciastka? Jak ten dżentelmen tyle czasu był na konty… – zająknęła się i zaczerwieniła.

Alicja uniosła znacząco brwi, ale zdecydowała się nie komentować. Dziewczyna sama rozumiała, że jak już podsłuchuje, przynajmniej nie powinna się z tym wygadywać. Zresztą pomysł był niegłupi.

– Dobrze, biegnij, tylko najpierw pomóż mi się ubrać. Jajka sama usmażę i podam kawę. Rybę zostawimy na lunch, chyba że pan będzie chciał teraz. Tylko pamiętaj – dodała, w sumie niepotrzebnie, bo Bridget wbrew pozorom paplą nie była – w sklepie nikomu ani słowa.

Bridget spojrzała na nią z całym oburzeniem urażonej czternastolatki, ale nader profesjonalnie odpowiedziała tylko:

– Tak, panienko.

Alicja Dobson wyszła. Szkoda, mimo że z bogini zmieniła się niestety w dziewczynę w znoszonym domowym szlafroczku założonym chyba bezpośrednio na koszulę nocną i w żałobnym szalu. Było jednak na co popatrzeć, bo tego typu urody w Anglii nie spotykało się na każdym kroku. Akurat ta Brunhilda w jego majaczeniu nie była wcale taka głupia, lecz nie całkiem trafna. Jeśli już walkiria, to nie z Wagnera, tylko ze skandynawskich sag. A może księżniczka wikingów? Bardzo wysoka, szczupła, lecz robiąca wrażenie umięśnionej, niemal białowłosa i niebieskooka. Na pierwszy rzut oka było widać, że to siostra Dobsona. Bez gorsetu. Clovis usiłował się nie gapić, lecz nie był pewien, do jakiego stopnia mu się to udało. I czary rzuca. Nekromanckie, jakkolwiek by ich różni doktorzy Boydowie nie nazywali. Ciekawe, bo zawsze miał wrażenie, że Dobson, syn wiejskiego pastora, pochodzi z mocno tradycyjnej rodziny. Nieczęsto się w takich edukuje dziewczęta w magii.

Sam Dobson spoglądał teraz na niego, marszcząc brwi, wyraźnie zdenerwowany i przygnębiony. Clovis z pewnym trudem oderwał myśli od jego siostry. Dobson wydawał się zmartwiony w stopniu zupełnie nieprzystającym do sytuacji. Ostatecznie to żadna przyjemność oberwać Paraliżem, ale wyczerpanie magii Clovis zafundował sobie sam, a i mógł też powiedzieć jaśniej, co robi – nie przewidział po prostu obecności magów w policji. Dobson jednak nie zwykł wymyślać sobie problemów, więc coś w tym musiało być. Wyjaśnienie, co się wydarzyło, mogło trochę zająć, więc Clovis chciał uporządkować sobie najpierw podstawowe fakty.

– Co zrobiliście z moim ghulem? Już prawie go miałem.

Dobson przez chwilę przestał wyglądać na zmartwionego i prawie się uśmiechnął, chyba z powodu tej deklaracji własności.

– Kiedy straciłeś przytomność, zrobiło się małe zamieszanie, bo twój ghul – uniesienie brwi – z kolei się ocknął. Udało mi się go w końcu unieruchomić, mieli go związać łańcuchami i czekać na naszego egzorcystę. Powinien dotrzeć tam zaraz po nas. Teraz – Dobson wyjął zegarek i spojrzał na niego – mam nadzieję, że jest już po wszystkim.

– A moja dorożka? Nic się woźnicy nie stało?

– Miałeś dorożkę? Nie mam pojęcia, sprawdzę. Gdyby ghul zaatakował dorożkarza, coś byśmy o tym wiedzieli. Może posterunkowy kazał mu odjechać? Ale jeśli tak, powinien był to zaraportować.

– Jak długo byłem nieprzytomny?

– Krótko, jakieś pół godziny.

Coś tu się nie zgadzało z czasem.

– Zatem jak… – Zaraz, przecież był powód, dla którego najsilniejsi kinemanci uchodzili za tak potężnych magów. – Dobson, przeniosłeś mnie i siebie z cmentarza Tower Hamlets do, jak zgaduję, własnego mieszkania? Precyzyjnie? Jaka to odległość?

– Nie do mieszkania, rzecz jasna, tylko przed dom. To nie tak daleko: trzy, najwyżej cztery mile. Jesteśmy na skraju Soho.

– I ciebie wypuścili z wojska?! Powinni cię trzymać pazurami, jak nie artyleria, to wywiad. Boże, zachowaj królową, bo przy takim dowództwie może tego bardzo potrzebować.

Dobson wyglądał teraz na podwójnie zakłopotanego.

– No wiesz, LaFay, nie wyglądałeś za dobrze. Coś musiałem zrobić. I słuchaj – dodał poważnie – chciałem cię bardzo przeprosić za sposób, w jaki zostałeś potraktowany. Biorę za to pełną odpowiedzialność.

– W jakim sensie bierzesz odpowiedzialność? Nie ty mnie uderzyłeś. Przed tobą bym się nie osłonił.

– Nie, ale jeden z moich ludzi. LaFay – głęboki oddech – czy mógłbyś o tym nikomu nie mówić? Przepraszam, że cię o to proszę, ale to ważne.

– Komu niby miałbym mówić? To nie jest coś, czym miałbym ochotę się chwalić. Też się nie popisałem.

Dobson rzucił mu krótkie, jakby oceniające spojrzenie.

– Przede wszystkim swojemu bratu.

Clovis prychnął.

– Żadnej tajemnicy rodzinnej ci w tej chwili nie zdradzam, bo akurat ty wiesz doskonale, jak się zapowiadały relacje pomiędzy Frederickiem a mną. Otóż zapewniam cię, że są dokładnie takie, na jakie się zapowiadały. Ani ja nie jestem skłonny mu się zwierzać, ani on przejąć się moją faktyczną czy wyimaginowaną krzywdą.

– Obawiam się, że gdyby się dowiedział, co się stało, niezależnie od swoich osobistych odczuć wykorzystałby to w Izbie Lordów – pokiwał głową. – On jest zdecydowanym przeciwnikiem obecnych reform w policji.

– Nie znam się na polityce – mruknął Clovis, dodając w myśli: „Ale wygląda na to, że będę musiał się poznać”. – To jednak do niego podobne. Policja powinna się zajmować klasami kryminalnymi, a nie niepokoić porządnych obywateli, tak?

– Hej, jednak słuchałeś jego wystąpień!

Roześmieli się.

– W ogóle nie ma sprawy. Po pierwsze, naprawdę nic się nie stało, zwłaszcza że twoja siostra postawiła mnie na nogi, po drugie, może to złośliwość z mojej strony, ale Frederickowi życia nie zamierzam ułatwiać. Po trzecie, mam wrażenie, Dobson, że jestem ci coś winien. I to niejedno.

Dobson popatrzył na niego ze szczerym zaskoczeniem.

– Za co niby?

Clovis spojrzał na niego z ukosa.

– Egipt? Szkoła?

– W Egipcie miałem rozkazy. Szkoła? Daj spokój, LaFay, byłeś dzieckiem.

– Byłem. Lecz to niczego nie zmienia, zwłaszcza że ty tak całkiem dorosły też nie byłeś.

– Powiedz lepiej – Dobson zmienił temat – co u ciebie? Nie wiedziałem nawet, że wróciłeś do Anglii.

Clovis wzruszył ramionami.

– Cóż, trzeba było w końcu dorosnąć.

– Studiowałeś w Paryżu, jak zamierzałeś?

– „Studiowałeś” to chyba za duże słowo. Byłem trochę tu, trochę tam. W Paryżu, Genewie, później w Bolonii, w Pizie… stamtąd szybko uciekłem, straszne komary, źle mi się kojarzyło. Potem trochę w Wiedniu, ostatnio w Monachium. Londyn też odwiedzałem, ale nieczęsto. Aż w końcu – uśmiechnął się krzywo – wróciłem do domu na stałe. Nic ciekawego. A ty? Zdziwiłem się, gdy usłyszałem pogłoski, że odszedłeś z wojska. Wydawało mi się, że ty i armia idealnie do siebie pasujecie.

Dobson popatrzył wnikliwie na oparcie sofy, istotnie przykuwające uwagę, jako że było obite bladoróżową bawełną w czerwone kwiatki z wypukłymi brązowymi środkami, co dawało efekt niepokojąco podobny do wysypki przy czarnej ospie. Generalnie cały pokój umeblowany był dość przypadkowo, od całkiem porządnego stołu z mahoniowym fornirem do tanich sosnowych półek i wytartych dywaników o nieokreślonym wzorze. John Dobson do estetów raczej nie należał, ale Clovis był w stanie rozpoznać mieszkanie wynajęte łącznie z meblami i rozumiał, że za ospowatą sofę i za dziwną rozetę na suficie nie odpowiada jego rozmówca.

– Ojciec długo chorował – mruknął chwilowy dysponent nieszczepionego mebla i zaczerwienił się – a pensja porucznika…

U każdego innego człowieka reakcja tego typu w kontakcie z osobą znacznie zamożniejszą oznaczałaby zawstydzenie z powodu ubóstwa. Jednak ktoś, kto zachowywał w tym względzie stoicki spokój jako stypendysta w szkole z internatem, co, jak teraz uświadomił sobie Clovis, ani łatwe, ani powszechne nie było, nie przejmowałby się różnicami majątkowymi jako dorosły. O ile zatem Dobson nie zmienił się jakoś radykalnie od czasów szkolnych, a nic przecież na to nie wskazywało, takie zakłopotanie oznaczało, że nie tyle kłamie, co nie mówi całej prawdy. Clovis nie zamierzał drążyć tematu. Zamiast tego skorzystał z okazji do złożenia kondolencji, bo nietrudno się było domyślić po kim rodzeństwo nosi żałobę.

– To już dziewięć miesięcy – Dobson westchnął – bardzo cierpiał pod koniec, więc to dla niego była też ulga.

Czyli nie był to już specjalnie bolesny temat, choć, jak podejrzewał, dla Dobsona śmierć ojca musiała być czymś zgoła innym niż w swoim czasie dla niego.

– Chciałbym mieć więcej czasu dla matki. Została w domu z moją drugą siostrą. Niestety praca w policji jest jednak mocno absorbująca, tym bardziej, że ciągle brakuje nam ludzi.

– A kim ty w ogóle jesteś w tej policji?

– Nadinspektorem. – Dobson machnął ręką. – Stanowisko dostałem raczej na wyrost, bo jest nas niewielu, ale mamy nadzieję, że nasz podwydział się rozrośnie.

– Jaki jest wasz podwydział?

– Spraw magicznych. Nowy, jeszcze roku nie ma. Formalnie jesteśmy częścią wydziału detektywistycznego, ale w praktyce zajmujemy się raczej bezpośrednimi interwencjami, choć i dochodzenia się zdarzają. Wszystkim po trochu. Niestety, wielu ludzi z nawet nieznacznymi zdolnościami magicznymi uważa, że jest ponad prawem, a do tego te problemy z ghulami… Zajęć mamy pod dostatkiem.

Clovis przygryzał wargi, ale w końcu nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem.

– Wiesz, Dobson, jak cię w szkole nazywali za plecami? W pewnych kręgach oczywiście?

Dobson zmarszczył nos na to non sequitur, ale spytał z zainteresowaniem:

– Jak?

– Święty Jan Inkwizytor. Ktoś miał zdolności profetyczne, nie sądzisz?

Śmiech Johna był w stanie przeniknąć przez solidniejsze ściany niż te w ich mieszkaniu i Alicja stwierdziła, że panowie chyba doszli do porozumienia. Bridget akurat wróciła z piekarni, więc można było podawać śniadanie.

Już i tak wysokie mniemanie Alicji na temat służącej jeszcze wzrosło. Gdyby tylko udało jej się pozbyć irlandzkiego akcentu i dostać posadę w dobrym domu, naprawdę może ją czekać niezła kariera. Wyczucie miała znakomite, bo Clovisowi LaFayowi dosłownie rozbłysły oczy na widok śmietankowych rogalików. A do tego dziewczyna znalazła jeszcze czas, by nie tylko umyć twarz i ręce, ale i założyć czysty czepek i fartuszek. Alicja, nalewając kawę, skinęła głową, by zaznaczyć, że zauważyła to i docenia. Co prawda obawiała się, że jako jedyna w tym towarzystwie, gdyż John takie niuanse uważał za zawracanie głowy, a poza tym był głodny, natomiast z perspektywy niespodziewanego gościa i tak pewnie żyli w skrajnej nędzy. Nie żeby się tym przejmowała, tym bardziej że i jemu wydawało się to nie przeszkadzać. Jeśli w ogóle można rzucić się na jedzenie w dystyngowany sposób, Clovis LaFay właśnie to zrobił.

John z rozbawieniem skomentował zaczynanie posiłku od deseru. Osobiście przyniósł sobie tę nieszczęsną wczorajszą rybę z kuchni i jeszcze nakarmił nią gościa, po zadaniu mu dość intymnego i zdecydowanie niestosownego przy posiłku pytania, czy aby nie ma kłopotów z wątrobą. Pan LaFay, kompletnie niezaskoczony, grzecznie zaprzeczył, a nieśmiałe zastrzeżenia Alicji wobec ryby obaj zbyli stwierdzeniem, że w szkole nie takie rzeczy się jadało.

Nie była pewna, jak i czy w ogóle wyobrażała sobie jednego z LaFayów, ale jeśli już, to z pewnością nie tak. Pierwsze wrażenie także myliło. Gdy był przytomny, w jakiś trudny do uchwycenia sposób jednak nie robił już wrażenia chłopca. Był chyba starszy, niż wyglądał, zresztą musiał być, jeśli John go pamiętał ze szkoły. Zdała sobie też sprawę, że wcale nie jest niski – pewnie nawet trochę wyższy od niej. To tylko John jak zwykle zaburzał perspektywę swoimi sześcioma stopami i sześcioma calami wzrostu. I, co tu dużo gadać, Clovis LaFay był… nie przystojny, to słowo nasuwało zgoła niewłaściwy obraz kogoś znacznie potężniej zbudowanego i z bokobrodami – był, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało… ładny. Głównie dzięki oprawie oczu i uśmiechowi, bo rysów szczególnie regularnych nie miał. I do tego szczerze, bez tej mieszanki wzgardliwego zdziwienia i łaskawej wyrozumiałości, którą większość mężczyzn reagowała na wzmiankę o jej ambicjach magicznych, przejął się jej problemem z książką czarów. A do jej brata odnosił się nie tylko życzliwie, ale nawet z pewnym szacunkiem. W skrócie: był sympatyczny. Miała też wrażenie, że i jemu się u nich podoba. W każdym razie siedział, rozmawiał i nie spieszył się do wyjścia.

– Dopiero teraz się zorientowałem, że chyba upuściłem torbę na drodze przed cmentarzem. Jak sądzisz, Dobson, dałoby się ją odzyskać?

– Nie powinno być problemu. Na pewno ktoś ją podniósł. Co w niej było?

– Latarnia. I pieniądze, ale niewiele: może jakiś funt w drobnych. I kopie ksiąg zarodowych hunterów ze stadnin z Warwickshire – te są najważniejsze, bo powinienem je oddać. I moje notatki, w tym przepis na baba au rhum z crème pâtissière i wiśniami w spirytusie, podobno unikatowy.

Poza refleksją, że „niewiele” w odniesieniu do pieniędzy jest pojęciem względnym, Alicja stwierdziła w duchu, iż nekromancka magia musi mieć głębie, których istnienia nawet nie podejrzewała.

– Przepraszam, można spytać, po co panu były na cmentarzu końskie rodowody i przepis na ciasto?

Clovis LaFay uśmiechnął się do niej. Kiedy się śmiał, oczy robiły mu się złotawe.

– To rzeczywiście zabawne. Ale te księgi to przysługa dla znajomego. Tam jest jeden duch, który interesował się końmi myśliwskimi i chce być na bieżąco. Rzadko się zdarza, by duchy zdawały sobie sprawę z upływu czasu, lecz on jest dość niezwykły. A przepis dał mi w prezencie. Był kucharzem, chyba bardzo dobrym. Przykro, że grób ma tak marny i zaniedbany, choć on się tym nie przejmuje. Zresztą to ateista. I zaciekły republikanin – dodał. – Jeśli ktoś się interesuje historią nowożytną, naprawdę warto z nim porozmawiać. Był w Paryżu w 1789.

– I co, powiedział coś ciekawego? – zainteresował się John.

– Hmm… Właściwie to nie. Ale to naprawdę wyjątkowy człowiek.

– Duch – mruknął John.

– Duch też. To fascynujące, że moc astralna nie ma nic wspólnego ani z potencjałem magicznym za życia, ani z pozycją społeczną. Tak silnego astrala jak on nigdy jeszcze nie spotkałem – stwierdził z zachwytem.

– A czy nawiązywanie kontaktu z tak silnymi duchami nie jest nieco ryzykowne? – spytała niewinnie Alicja, która akurat zerknęła przypadkiem na Johna.

Znała ten wyraz twarzy. Bardzo charakterystyczny wyraz twarzy starszego brata, który właśnie usłyszał, że ktoś z rodzeństwa zrobił coś zarazem niebezpiecznego i strasznie głupiego, i z całych sił się hamuje, żeby na delikwenta publicznie nie nawrzeszczeć.

Ciekawe, Clovis LaFay również musiał znać tę minę, bo następne słowa skierował raczej do Johna niż do niej:

– Nie jest, jeśli zachowa się należytą ostrożność, zwłaszcza przy pierwszych kontaktach, gdy nie ma się pewności co do zachowania ducha. Wiem, co robię. – Półuśmiech, już bardzo wyraźnie skierowany do Johna. Brat wydał się lekko zakłopotany. – Poza tym pan Leroux jest opanowaną i wysoce moralną osobą. Rozpowszechniona opinia, że każdy duch chce kogoś opętać, jest dla nich bardzo krzywdząca – uzupełnił, spoglądając z wyrzutem już na nich oboje.

Rozmawiało się przyjemnie. Clovis nawet miał zamiar zlokalizować Dobsona po swoim powrocie do Anglii, ale jakoś się do tego nie zabrał. W sumie dobrze się stało, że wpadli na siebie na tym cmentarzu. Zawroty głowy związane z wyczerpaniem magii minęły i czuł się już dobrze, a do tego wreszcie się ogrzał i najadł. Obawiał się zresztą, że nie zachował się najlepiej, jedząc za szybko i zdecydowanie za dużo jak na nieproszonego gościa. Choć może przy zapotrzebowaniu Johna Dobsona na pożywienie aż tak bardzo nie rzucało się to w oczy.

Swoją drogą, dlaczego, zastanowił się Clovis, był przedtem tak potwornie głodny? Ach tak, nie jadł kolacji. Obiadu właściwie też nie. Wczoraj z okazji urodzin Letittii brał udział w makabrycznym rytuale zwanym posiłkiem w gronie rodzinnym, a od dzieciństwa w obecności Fredericka każdy kęs stawał mu w gardle. Potem zaś wpadł tylko do domu po odpisy ksiąg zarodowych, zmienił buty, złapał dwie pomarańcze i pojechał bezpośrednio na cmentarz. Po dłuższym kontakcie ze swoją rodziną po prostu musiał coś zrobić, najlepiej porozmawiać z kimś milszym i bardziej normalnym niż jego bliscy, a późnym wieczorem Leroux wydawał się najlepszym kandydatem. Co prawda takie stwierdzenie nie oddawało sprawiedliwości charakterowi Jeana Baptiste’a, bo na przykład Horatia w tej konkurencji bił na głowę przeciętny ghul.

Clovisowi bardzo nie chciało się ruszać, ale istniało realne niebezpieczeństwo, że jeśli tego nie zrobi, skompromituje się kompletnie, po prostu zasypiając. Ostatecznie przemógł lenistwo, wstał i pożegnał się. Dobson podniósł się razem z nim.

– Sprowadzę dorożkę i odwiozę cię do domu. Gdzie mieszkasz?

– Przy Montpelier Street.

– Gdzie to jest?

– Na południe od Knightsbridge.

– O, to znakomicie, przejdę się stamtąd do pracy. Dzisiaj nie oczekują mnie z samego rana, ale upewnię się, czy wszystko w porządku. Dopytam się przy okazji o twoje rzeczy.

Clovis miał wrażenie, że Dobson, chcąc mu towarzyszyć, nie tyle troszczy się o jego bezpieczeństwo – choć, znając go, i tego nie można było wykluczyć – co ma ochotę jeszcze z nim o czymś porozmawiać. Nie mylił się. W dorożce Dobson od razu przeszedł do rzeczy.

– Coś ci chciałem zaproponować, LaFay. Choć wiem, że to bezczelność po tym, co zaszło na cmentarzu.

– Tak?

– Potrzebujemy egzorcysty. Jako konsultanta. Sam możesz określić, ile czasu na to poświęcisz: dzień w tygodniu, dwa, wszystko nas zadowoli. Mamy nóż na gardle.

– Ale ja nie jestem za dobry w egzorcyzmach.

– Wystarczająco dobry. Masz pojęcie, ilu mamy w policji egzorcystów? Dwóch! Z tego tylko jednego bez innych obowiązków, drugi to lekarz. Na cały Londyn z przedmieściami, wyobrażasz sobie? Średniowiecze.

– W średniowieczu akurat było wielu egzorcystów – zaprotestował Clovis. – Dopiero później wymyślono, że nekromancja to diabelska sztuka, i przemianowano ją na magię leczenia.

– No i właśnie, skutki odczuwamy do dzisiaj. Bardzo byś się przydał.

– Ale skąd ten nagły kryzys? Ghuli powinno być raczej mniej niż kiedyś. Ciągle czytam, że dzięki nowoczesnej higienie śmiertelność niemowląt spada.

– Dzieci w Londynie rodzi się więcej. Poza tym nie nazwałbym tego kryzysem – odparł z namysłem Dobson. – To raczej oczekiwania się zmieniły. Często nasi nekromanci występują w sądzie jako rzeczoznawcy. To bardzo czasochłonne. Poza tym do ochrony policji mają prawo wszyscy: nieważne, czy ktoś ma pieniądze, koneksje, czy magię. Wszyscy. Zatem na przykład każdy ghul, nieważne, czy w krypcie rodzinnej, czy na cmentarzu w przytułku, wymaga od nas jednakowego zaangażowania.

Zabrzmiało to jak dosłowny cytat z czyjegoś niezbyt udanego przemówienia i prawdopodobnie nim było. Co nie przeszkadzało, gdyż znając Dobsona, mówił absolutnie szczerze. Clovis zastanowił się, ilu z jego zwierzchników o tym wiedziało i w jak głęboką wprawiało ich to konsternację.

– Słowem, roboty jest dość. A i tobie… – Dobson zamilkł nagle.

– Słucham? – Clovisa zdjęło nagłe podejrzenie. – Dobson, ty chyba nie wymyśliłeś tego tylko po to, żeby mi znaleźć zajęcie?

– Skąd! Naprawdę mamy ciężką sytuację. Ale… – Dobson popatrzył na niego trochę zbyt uważnie. – Wybacz, LaFay, że zachowam się jak straszna świnia i dam ci nieproszoną radę: przydałoby ci się to. Włóczysz się nocami po cmentarzach na East Endzie, nawiązujesz kontakt z silnymi duchami tylko po to, żeby pogadać o niczym, egzorcyzmujesz ghula bez wsparcia… Ty się chyba bardzo nudzisz, prawda?

Przeklęty Dobson. Sam nie kłamał i innym nie pozwalał. Clovis westchnął i powiedział szczerze:

– To też.

Milczeli przez chwilę.

Pomijając wszystkie inne względy, prawdą było, że, co odkrył niedawno z pewnym zdziwieniem, do nicnierobienia się nie nadawał. Sęk w tym, że do wojska czy polityki, tradycyjnych zajęć dla dżentelmena w jego sytuacji, nadawał się jeszcze mniej, a niedawne próby aktywnego włączenia się w zarządzanie rodzinnymi interesami nie skończyły się, delikatnie to ujmując, sukcesem. Życie towarzyskie, całkiem przyjemne w małych dawkach, w większych wykańczało go nerwowo, tym bardziej że łączyło się z niebezpieczeństwem nagłego natknięcia się na Fredericka lub Horatia. Stąd cmentarze. Dobson jak zwykle miał rację: jak już człowiek tapla się nocami w błocie, niech to przynajmniej czemuś służy.

– No dobrze, zgadzam się. Wstępnie – dodał ostrożnie. – Jak by to wyglądało w praktyce?

– Zwyczajnie. Jest potrzeba, jesteś zawiadamiany, umawiasz się, kiedy możesz się sprawą zająć. Dopilnuję, żebyś zawsze miał obstawę, bo szczerze mówiąc, to, co robiłeś na cmentarzu, grozą przejmuje. Nekromanta nie jest od tego, by marnować magię na unieruchamianie ghuli. Raz w miesiącu…

– Czekaj, Dobson, jaką obstawę? Obecność niemagicznych przy egzorcyzmach to naprawdę fatalny pomysł.

– Miałem na myśli któregoś z naszych magów ofensywnych. Mnie, Wellsa, Slatera albo Snaitha. Wells jest kinemantą jak ja, Slater to przede wszystkim piromanta… Nie krzyw się, ma świetną kontrolę i zupełnie porządną moc. Snaitha już, w pewnym sensie – Dobson uśmiechnął się przepraszająco – poznałeś: zasadniczo poszukiwacz, ale radzi sobie z glyfami kinemanckimi. Wszyscy mamy doświadczenie w asyście przy egzorcyzmach. Zresztą porozmawiasz kiedyś z Patrickiem Dempseyem, naszym regularnym nekromantą, dowiesz się szczegółów. Rzymski katolik, ale naprawdę porządny z niego chłop.

– Tylko jeden poszukiwacz na całą policję?

– A gdzie tam! LaFay, ty gazet nie czytasz? No tak, nie było cię wtedy w kraju. Pułkownik Henderson bardzo rozbudował londyńską policję. Poszukiwaczy jest wielu, może nie na każdym posterunku, ale w sumie kilkunastu. Będzie jeszcze więcej, bo uruchamia się specjalne kursy dla myślących o pracy w policji chłopców z jakimś potencjałem magicznym. Podstawowe czary poszukiwawcze są dość proste, przecież wiesz, nie trzeba do nich wielkiej wiedzy. Tym bardziej że najbardziej pospolite przestępstwo związane z magią, lekko licząc: trzy przypadki na cztery, to rzucenie Przymusu. Bada się to rutynowo i tym się nie zajmujemy. Temu zawdzięczasz przyjemność poznania Snaitha. – Dobsonowi zadrżały kąciki ust. – Mówił, że wykrywanie śladu zauroczenia zaczęło mu się już śnić po nocach i musiał zmienić pracę.

Był to chyba dobry moment, by poruszyć pewną kwestię, która nie dawała Clovisowi spokoju. Dobsonowi to chyba nie przyszło do głowy, ale Dobson nie pochodził z rodu, w którym wbijanie sobie nawzajem noża w plecy, najlepiej cudzymi rękami, stanowiło od pokoleń normalny sposób rozwiązywania problemów życiowych. Co prawda akurat w tym przypadku nie chodziłoby pewnie o niego, czy też raczej nie głównie o niego. Niby John Dobson sam w sobie nie był szczególnie ważny, ale Frederick LaFay maga o takiej mocy, związanego jakoś ze znienawidzonymi reformatorami popieranymi przez partię liberalną, na pewno miał na oku, a poza tym mógł go pamiętać z racji pewnego zdarzenia z przeszłości. A jeśli przy okazji skompromitowania policji kłopotliwy brat hrabiego Bedford miałby się nieco uszkodzić, ten raczej potraktowałby to bardziej jako drobny, lecz przyjemny zysk uboczny niż poważną wadę planu.

– Dobson… Ten Snaith. Rozumiem, że to on rzucił na mnie Paraliż. Nie chciałbym wyjść na kogoś z manią prześladowczą, ale czy jesteś pewien, że to był wypadek?

– Co masz na myśli?

– Tak jak mówisz, nie wszyscy są zadowoleni z rozwoju sytuacji w policji. Dla kogoś mogłoby to być wygodne.

– Naprawdę sądzisz, że… Zresztą wszystko jedno, wykluczone. Wiem, co powodowało Snaithem. To naprawdę był wypadek, czy też – Dobson myślał chwilę – raczej zbyt pochopne, ale w pewnym sensie zrozumiałe działanie.

– Hej, czemu rzucanie na mnie Paraliżu jest zrozumiałe? – zaprotestował Clovis.

Dobson nie udzielił odpowiedzi od razu.

– Jacob Snaith – powiedział w końcu – służy w policji dłużej niż ja. Trzy lata temu zajmował się sprawą brutalnego zgwałcenia, z użyciem czarów kinemanckich, pewnej robotnicy z fabryki papierosów. Dziewczyna niestety miała skończone dwanaście lat, a skargę o gwałt wycofała. Domyślasz się, do czego zmierzam?

Clovis poczuł się, jakby ktoś go kopnął w żołądek.

– Przepraszam, że ci to mówię – Dobson popatrzył na niego nie bez współczucia – ale niektórzy mają prawo źle kojarzyć twoje nazwisko. To, że rzucałeś nekromanckie glyfy, też co prawda nie pomogło, ale do reakcji Snaitha przyczyniłem się głównie ja.

– Bo krzyknąłeś „LaFay”?

– Tak, a jednocześnie Snaith zobaczył w Wykryciu Aktywności Magicznej ciemną zieleń ofensywnego czaru nekromanckiego. Co to dokładnie było?

– Unieruchomienie Umarłego.

– Ten ghul, teraz rozumiem… Nie znałem tego, myślałem, że to był Paraliż. W każdym razie Snaith zareagował odruchowo.

– Horatio nie jest nekromantą – zaprotestował słabo Clovis.

– Wiem, że nie jest, pamiętam go przecież ze szkoły. Snaith ma jednak zdecydowanie… protestanckie poglądy na pewne sprawy. Uważa, że każdy zły mag jest nekromantą i vice versa. Mam nadzieję – westchnął – że się z Dempseyem na tym cmentarzu nie pozabijali. Słabo się dogadują nawet w najlepszych okolicznościach, a jak jeszcze Dempsey się dowie, że tego ghula, do którego nas wezwano, kiedy zagryzł grabarza, już prawie załatwiłeś i Snaith ci przeszkodził…

LaFay nie podjął tematu. Siedział z głową wsuniętą w ramiona i przez chwilę wyglądał tak jak podczas ich ostatniego spotkania, gdy był bardzo młody, zagubiony i zmęczony. John Dobson nie żałował jednak swoich słów. Clovis LaFay wiedział lepiej niż ktokolwiek inny, i to od dzieciństwa, kim jest Horatio. Tym bardziej nie było powodu, by ukrywać przed nim fakty teraz, gdy był dorosły.

Bo pomimo wszystkich swoich dziwactw bez wątpienia był. John co prawda gryzł się teraz w język, by nie poradzić mu, żeby się przestał zamartwiać zdarzeniami, na które nie ma wpływu, położył do łóżka i porządnie wyspał, ale problem był raczej po jego stronie, nie LaFaya. Łatwo wrócić do starych nawyków, gdy widzi się kogoś po raz pierwszy od kilku lat.

To, co zobaczył, raczej mu się spodobało. W tym dorosłym LaFayu sporo zostało z chłopca, którego John w swoim czasie znał, ale to, co się zmieniło – ta pełna spokoju pewność siebie, dopóki rozmowa nie zeszła na jego rodzinę, była zupełnie nowa, poczucia humoru też mu raczej przybyło – nie zmieniło się na gorsze. Czasem się zastanawiał, co też wyrośnie z Clovisa LaFaya, i musiał przyznać, że wszystko chyba potoczyło się najlepiej, jak mogło. Cokolwiek LaFay robił w Europie przez te trzy lata, nie zaszkodziło mu.

Dotarli na miejsce, przed drzwi nowego domu przy cichej uliczce w pobliżu Kensington Park. Okna były oświetlone – ktoś musiał na LaFaya czekać. Otworzył im służący w średnim wieku, na którego twarzy na ich widok odmalowała się wyraźna ulga. Opłacił dorożkę, rzucił Johnowi doskonale mu znane, lekko spłoszone spojrzenie człowieka usiłującego go przyporządkować nie tyle nawet do odpowiedniej klasy społecznej, co do gatunku biologicznego, omiótł wzrokiem LaFaya, od podkrążonych oczu do zabłoconych butów, i powiedział to, co zamierzał już dobrych parę chwil temu:

– Dobrze, że się pan odnalazł, sir. Martwiliśmy się. Signora Fricapane była nadzwyczaj zaniepokojona.

LaFay popatrzył znacząco na służącego, a ten przez moment wydawał się zakłopotany. John pożegnał się i odszedł z półuśmiechem. Powinien czuć się zgorszony, lecz jakoś nie mógł. No, no, signora Fricapane. Ciekawe: tancerka czy śpiewaczka? Zatem to między innymi Clovis porabiał na kontynencie. W sumie w jego środowisku to nic osobliwego, ale kto by pomyślał, że mały LaFay stanie się takim światowcem.

Retrospekcja 1

1869

Porucznik John Dobson stał przed swoim bezpośrednim zwierzchnikiem w kwaterze wojsk artyleryjskich Jej Królewskiej Mości w Kairze, zastanawiając się, od jakiej temperatury ludzki mózg się roztapia i czy jemu się to już przytrafiło. Natura zdecydowanie nie stworzyła go do życia w tropikach. Było lato, upał panował straszliwy, a do tego, mimo moskitier w oknach, pod sufitem krążyły stada much, brzęcząc usypiająco. Na szczęście rozkazy wyrażone były wyraźnie i raczej prostym językiem:

– Jakiś stary wariat wymyślił sobie wyprawę archeologiczną do Lykopolis. Zaraz po wylewach Nilu, bez porządnych namiotów, bez moskitier, bez niczego. Oczywiście nigdzie nie dotarli, bo połowa tych przeklętych durniów, a może teraz już wszyscy, leży z malarią, jeden wącha kwiatki od spodu. Kazałbym im iść w cholerę, ale wariat jest podobno ważny. Zajmiesz się tym.

– Tak jest, sir. Czy mogę wziąć ze sobą doktora Reida z oddziałem sanitarnym?

– Weź, co chcesz, tylko nie schrzań tego, Dobson. Rozumiemy się?

To, że cały Egipt należałoby otoczyć szczelnym kordonem i wpuszczać tylko tych, którzy udowodnią przed komisją, że umieją się samodzielnie podetrzeć, było jedną z nielicznych kwestii, co do których porucznik Dobson całkowicie zgadzał się z poglądami majora Claytona, choć być może sam aż tak barwnie by tego nie wyraził. Moda na wykopaliska zaczęła się na dobre i naprawdę czasem aż trudno było uwierzyć, jakie idiotyzmy ludzie potrafili przy okazji popełnić. Dopóki Francuzi trzymali łapę na dostępie do zabytków, sprawy szły gładko (acz raczej nie z punktu widzenia brytyjskich egiptologów), ale później wszystko się posypało. A zbieranie tego, co się posypało, dosyć często przypadało w udziale armii.

Ekspedycję odnaleźli bez problemów. Ku pewnemu zdziwieniu Johna „stary wariat” okazał się nie żadnym amatorem, ale profesorem Jonathanem Cleasbym z uniwersytetu w Edynburgu, znanym nawet jemu jako wybitny historyk starożytności. Fakt, że przywiózł ze sobą żonę, faktycznie mógł wywoływać wątpliwości co do jego poczytalności, z drugiej strony pani Cleasby w przeciwieństwie do męża wydawała się przynajmniej egzystować w czasie teraźniejszym. Gdyby nie ona, ustalenie nawet tak podstawowych faktów jak to, ile osób mają ze sobą, jak się one nazywają, czy są chore i gdzie aktualnie przebywają, graniczyłoby z niemożliwością.

– Jeszcze ten chłopiec, który dołączył do nas już we Francji. Bardzo inteligentny młody człowiek, świetne przygotowanie historyczne, namawiałem go na studia u nas, ale niestety, tak zdolnych na ogół Oxbridge zabiera, przynajmniej Anglików… Jak on się nazywa, moja droga? Jakoś na S… Czy może na F?

– Clovis LaFay, kochanie.

John Dobson drgnął.

Po zebraniu informacji i pobieżnym oglądzie obozu okazało się, że sytuacja na szczęście wcale nie jest aż tak zła, jak to major Clayton przedstawił. Ofiara śmiertelna nadal była tylko jedna i był nią pechowy sekretarz profesora Cleasby’ego, u którego do malarii dołączyła się krwawa biegunka. W chininę byli całkiem dobrze zaopatrzeni (John nie miał już żadnych wątpliwości dzięki komu) i nawet moskitiery się znalazły. Nowych zachorowań nie stwierdzono.

Skoro tak, można było trochę czasu poświęcić na sprawy prywatne.

– Chodziłem do szkoły z Clovisem LaFayem. Czy bardzo jest chory?

– Och, jak to dobrze! Proszę, niech go pan odwiedzi! Na początku znosił chorobę lepiej niż inni, ale od przedwczoraj mocno gorączkuje. To naprawdę uroczy młodzieniec i bardzo dobrze wychowany, tylko – dodała pani Cleasby z przepraszającym uśmiechem – trochę… trudny jako pacjent.

Wskazała właściwy namiot i zaczekała, aż John wejdzie do środka. LaFay leżał na posłaniu chyba w samej koszuli, przykryty prześcieradłem. W czasie, gdy się nie widzieli, musiał rosnąć jak na drożdżach, bo wyglądało na to, że wreszcie dobił do wzrostu odpowiedniego do wieku. Natomiast nadal był chudy, choć pewnie malaria też miała z tym coś wspólnego. Rzeczywiście paskudnie go wzięło. Gorąco od niego aż buchało, usta miał spierzchnięte, a oczy – kiedy już je otworzył, gdy John przyłożył mu mokry kompres na głowę – szkliste i dość nieprzytomne.

– Czy jesteś halucynacją?

Na takie pytanie nie bardzo można było odpowiedzieć inaczej jak tylko zaprzeczeniem.

LaFay chyba nie uwierzył, bo ciągle przyglądał mu się podejrzliwie.

– Wszyscy tak mówią – powiedział ponuro. – Z drugiej strony – zastanowił się – ty nie kłamiesz. Może i jesteś prawdziwy?

John Dobson nie dał się wciągnąć w rozważanie tego paradoksu logicznego. Zamiast tego zapytał Clovisa, czy mu czegoś nie potrzeba.

– Nie, dziękuję. Miło, że wpadłeś. Był tu przedtem Frederick, nie widziałeś go? Ale on nic nie mówił, stał tylko tam w kącie – LaFay wykonał nieskoordynowany ruch ręką – i patrzył na mnie, jak on to potrafi. Przestraszył mnie. – Zadygotał. – Myślisz, że on też był prawdziwy?

– Nie sądzę.

– Miałem nadzieję, że chociaż przyjdzie z Letittią. Kobiety z rodziny odwiedzają cię, jak jesteś chory, prawda? Tak jest przyjęte. Ale nie przyszła. Niedługo będzie jej pierwszy sezon, na pewno jest zajęta. – Znów zadygotał i zamilkł. – A nie, zapomniałem. Ona mnie już nie lubi – dodał po chwili żałośnie i wykrzywił usta w podkówkę. – Nie chce ze mną rozmawiać. Pewnie i tak by nie przyszła.

– Czy twój dziadek wie, że tu jesteś? – tak jakoś naturalnie się Dobsonowi to pytanie wyrwało.

– Kto?

– Twój dziadek. Mówiłeś kiedyś, że jest twoim opiekunem.

– Wicehrabia Paulton? Tak, wie. – LaFay zamyślił się, po czym zmienił zdanie: – Nie, chyba nie wie. A może jednak wie? Jego radca prawny wie, bo wysłał pieniądze do konsulatu – uzupełnił w nagłym przypływie przytomności.

– Pozwolił ci na tę podróż?

– Radca prawny? – Zdumione spojrzenie. – Przecież nie może mi zabronić.

Spokojnie, chłopak nie robi tego umyślnie. To nie jego wina, że ma gorączkę.

– Wicehrabia Paulton. Pytałeś go, zanim tu przyjechałeś?

– On ze mną nie rozmawia – wzruszył ramionami. – Też mnie nie lubi. Chciałem się z nim zobaczyć, gdy tylko skończyłem szkołę. Nigdy go nie widziałem, może na pogrzebie mamy, ale nie pamiętam… Miło by było mieć kogoś z rodziny, kto przynajmniej może na ciebie patrzeć, prawda? Jego radca mówił, że wicehrabia nie opuszcza domu. Napisałem mu, że rozumiem, sam przyjadę, to w końcu nie tak daleko… Odpisał mi w końcu – oczy Clovisa błyszczały teraz chyba nie tylko od gorączki – że nie utrzymuje stosunków z rodziną LaFayów.

Słuchanie wypowiedzi majora Claytona znacznie wzbogacało słownictwo jego podwładnych i charakter Richarda Grovera, wicehrabiego Paulton, John mógł teraz określić w myślach bardzo precyzyjnie.

LaFay przymknął oczy i wydawało się, że zasypia, ale zaraz je otworzył.

– Przepraszam, Dobson, mógłbyś mi podać wodę? Strasznie mi się chce pić.

– Proszę. Kiedy ostatnio brałeś chininę?

– Nie brałem. Nie potrzebuję. – LaFay ożywił się nagle i uśmiechnął radośnie. – Wiesz, Fracastoro miał rację, to niesamowite! Nikt mu nie wierzył, a choroby naprawdę są wywoływane przez takie małe stworzonka. W Paryżu mówili. I mówili, że nekromanta może je w sobie zwizualizować i zabijać pojedynczo, zrobili na to cykl sekwencji. I można, jak się dobrze skupić. Widać je. Pływają we krwi i machają ogonkami. Nawet śmiesznie to wygląda. Można je łapać, to też zabawne. Tylko ostatnio trochę dużo się ich tam zrobiło. I glyfy jakoś nie bardzo mi wychodzą – dodał z lekkim zawstydzeniem. – Nie wiesz przypadkiem dlaczego?

Porucznik Dobson wziął głęboki oddech. Potem drugi. Nie pomogło. Do diabła z dobrymi manierami.

– LaFay – warknął – przestań paplać i posłuchaj. Powiem ci tylko dwie rzeczy. Nie, trzy. Po pierwsze, masz szczęście, że jesteś chory. Po drugie, masz szczęście, że nie jesteśmy już w szkole. Po trzecie, jak nie weźmiesz zaraz chininy i nie będziesz jej brał regularnie, zapomnę o dwóch pierwszych, wezmę trzcinkę i spuszczę ci lanie. Jasne?

Clovis LaFay zamrugał.

– Jasne, Dobson, nie krzycz.

Posłuchał. I dobrze. Bo John Dobson faktycznie prawie nigdy nie kłamał.

O konieczności powrotu do Kairu profesor Cleasby z pewnym trudem, ale w końcu dał się przekonać. John jednak nie mógł im towarzyszyć – zaraz tego wieczoru przybył posłaniec z rozkazem, by wszyscy oficerowie kinemanci natychmiast powrócili do swoich oddziałów. Następne dni nie pozostawiały czasu na nic poza obowiązkami związanymi z mobilizacją. Przed udaniem się na okręt, dokąd go oddelegowano wraz z całym oddziałem artyleryjskim, wytargował dzień urlopu, który częściowo wykorzystał na odszukanie LaFaya. Chłopak miał szczęście: konsul okazał się znajomym Fredericka LaFaya, jednak na tyle dalekim, że nie zdawał sobie sprawy, iż zajęcie się jego przyrodnim bratem niekoniecznie musi być potraktowane przez hrabiego jako przysługa, i zaoferował Clovisowi pobyt we własnym domu.

John zastał go na werandzie, gdzie LaFay pół leżał, pół siedział w fotelu. Skórę miał żółtawą, ale ewidentnie już nie gorączkował. John zdążył przedtem zamienić słowo z lekarzem, który opiekował się Clovisem, i usłyszał, że kuracja postępuje dobrze i że w tak młodym organizmie malaria nie powinna zostawić żadnych trwałych śladów.

Przywitał się i nie bardzo wiedział, co powiedzieć. A nie, było coś.

– Czytałem, że zimą zdobyliście drużynowo brąz w Aldershot – wydusił z siebie. – Pierwszy medal dla szkoły w szermierce od dziesięciu lat. Dobra robota.

LaFay apatycznie skinął głową.

– Podobno indywidualnie miałbyś spore szanse nawet na srebro, gdybyś w ćwierćfinale nie trafił na Alana Fitzroya z Harrow. Straszny pech.

Clovis wykazał pewne oznaki ożywienia.

– Drugi rok z rzędu – mruknął. – Poprzednio w eliminacjach.

Temat chyba został wyczerpany. Co teraz? Udawać, że od czasu szkoły się nie widzieli? Spróbować jakoś delikatnie wysondować, czy LaFay pamięta ich poprzednie spotkanie? Dyplomacja nie była najmocniejszą stroną Johna Dobsona.

– Słuchaj, co do naszej rozmowy wtedy…

LaFay wbił oczy w podłogę werandy.

– To rzeczywiście byłeś ty? – spytał wyraźnie zażenowany. – Nie byłem pewien. Chyba ci strasznych bzdur nagadałem.

Niestety, wyglądało na to, że pamięta każdy szczegół.

– Chciałem cię przeprosić…

Clovis spojrzał teraz wprost na niego i wzruszył ramionami.

– Nie ma za co. Miałeś rację. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy. Ten profesor nawet nie twierdził, że tak się można wyleczyć. Chyba chciałem się sprawdzić. Z febrą nie myśli się najlepiej.

W wieku lat osiemnastu, świeżo po opuszczeniu szkoły, w ogóle nie myśli się najlepiej, skonstatował w duchu John. Siebie samego uważał za na ogół dość rozsądnego, ale gdy sobie teraz przypominał, jakie pomysły wpadały mu do głowy w tym wieku, dziękował niebiosom za armię.

LaFay westchnął.

– Ta wyprawa naprawdę niezwykle ciekawie się zapowiadała… Szkoda. Bardzo mało wiadomo o magii w starożytnym Egipcie. Wykopaliska w Lykopolis mogłyby wiele wyjaśnić. Skąd miałem wiedzieć, że to wszystko jest tak źle zorganizowane? – dodał, a w jego głosie pobrzmiewała pretensja do całego świata.

„No tak, skąd można wiedzieć, że Nil wylewa, a komary roznoszą malarię. Ze szkoły może?”, miał na końcu języka John, ale zmilczał.

– Wracasz teraz z profesorem Cleasbym?

– Tak, najbliższym statkiem. Ale zostaję we Francji. W Paryżu na wydziale medycznym są dobre wykłady z nekromancji.

Studia w Paryżu nie brzmiały jak coś zagrażającego życiu.

– Dobry pomysł. W Egipcie może się wkrótce zrobić dość nieprzyjemnie.

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu

Copyright © 2016 by Anna Lange

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2016

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Monika Pasek

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Rysunek na okładce – Dominik Broniek

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2016

ISBN EPUB: 978-83-7924-673-1

ISBN MOBI: 978-83-7924-672-4

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Epilog

Posłowie i przypisy

Strona redakcyjna

..../-/-/-

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha