Wezwanie do walki

Wezwanie do walki

Autorzy: David Weber

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

cena od: 17.94 zł

Drugi tom „Kronik Manticore”, nowej serii D. Webera i T. Zahna, osadzonej w realiach świata Honor Harrington. Jeśli chcecie wiedzieć, co się działo przed erą słynnej bohaterki, sięgnijcie po tę książkę!

Porucznik Travis Uriah Long uwielbia zasady i regulaminy, ale ma też przy tym rzadką umiejętność wykraczania poza nie i niestandardowego myślenia. Jest jednak jedna reguła, której oficer Royal Manticoran Navy nigdy nie złamie – oddana służba Gwiezdnemu Królestwu, bez względu na konsekwencje. A sytuacja staje się coraz bardziej napięta - Manticore zagrożone jest inwazją. RMN, systematycznie osłabiana przez różne polityczne frakcje, będzie musiała stawić czoło niebezpiecznemu i zdeterminowanemu najeźdźcy. Na szczęście RMN ma w swoich szeregach oficera, który potrafi zaskoczyć nie tylko przełożonych, ale także wroga.

Jak zwykle świetnie skonstruowana akcja stopniowo potęguje napięcie, zmierzając do wybuchowego crescendo. Autorzy umiejętnie balansują między technologicznymi szczegółami kosmicznych walk i ludzkim wymiarem wojny. - „Publishers Weekly”

David Weber

Timothy Zahn, Thomas Pope

HONOR HARRINGTON

Wezwanie do walki

Przełożył Radosław Kot

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: A Call to Arms

Copyright © 2015 by Words of Weber, Inc., Timothy Zahn and Thomas Pope

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński

Ilustracja na okładce: David Mattingly

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Wezwanie do walki, wyd. I, Poznań 2016)

ISBN 978-83-8062-747-5

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Ryciny

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

KSIĘGA DRUGA

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

KSIĘGA TRZECIA

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Cykl Honor Harrington

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Dla Susan Shiflett, ode mnie i Harry’ego.

Wyszłaś za niego czterdzieści sześć lat temu,

a ciągle widzę w twoich oczach, że go kochasz.

David

KSIĘGA PIERWSZA

1539 PD

Rozdział I

Tak, dzięki – powiedział nastolatek, odgarniając z twarzy splątane włosy. – Dam panu znać.

– To świetnie – odparł podporucznik Travis Uriah Long, ściskając chłopakowi dłoń i uśmiechając się do niego w stosowny dla młodszego oficera sposób. – Gdybyś miał jeszcze jakieś pytania, wal jak w dym.

– Jasne – mruknął nastolatek. – Do zobaczenia.

Travis odczekał, aż drzwi punktu werbunkowego zamkną się za gościem, po czym przestał się uśmiechać, westchnął i usiadł za biurkiem. Właśnie stracił bezpowrotnie pół godziny swojego życia.

Ten dzieciak nie był zainteresowany wstąpieniem do Royal Manticoran Navy. Ani przez chwilę nie myślał o tym poważnie.

Owszem, podobały mu się czarno-złote mundury RMN i chętnie pochodziłby w takim szpanerskim wdzianku. Kusiły go też loty kosmiczne, ale – podobnie jak wiele osób w jego wieku – nie wiedział jeszcze, czego naprawdę oczekuje od życia. Nie był też skłonny zaakceptować wymaganej w marynarce wojennej dyscypliny. Już samo uczesanie dość jasno to sugerowało.

Niemniej i tak sprawił, że Travis sięgnął pamięcią do swojej przeszłości. Pomijając włosy i kwestie dyscypliny, dziesięć lat temu sam też był trochę taki.

Dziesięć lat.

Travis odruchowo chwycił tablet i zaczął wprowadzać do systemu dane na temat rozmowy. Palce biegały po ekranie, myślami był jednak daleko. Dziesięć lat. Tyle czasu minęło od chwili, gdy wiedziony impulsem zdecydował się zaciągnąć. Potem był obóz dla rekrutów, dalej pierwszy stopień szkolenia i przydziały na Vanguarda i Guardiana. I całkiem niespodziewana propozycja zdobycia szlifów oficerskich połączona ze studiami astrofizycznymi. Ukończył uniwerek, potem szkołę oficerską, służył na HMS Thorson i w końcu trafił na dół, do punktu werbunkowego.

Dziesięć lat.

Niekiedy miał wrażenie, że ten czas minął jak z bicza strzelił. Kiedy indziej wydawał mu się całą wiecznością.

Travis usłyszał, że drzwi znowu się otworzyły, i uśmiechnął się w przewidziany instrukcją sposób. Może następny gość będzie choć trochę bardziej obiecujący.

Zaraz jednak otworzył usta ze zdumienia.

– Cześć i czołem, poruczniku Long – powiedziała komandor podporucznik Lisa Donnelly i uśmiechając się szeroko, podeszła do biurka. – Jestem Lisa Donnelly, na wypadek gdyby pamięć nie dopisywała.

Trwało chwilę, zanim Travis odzyskał zdolność mowy.

– Pamiętam świetnie, ma’am – odparł i zerwał się na równe nogi. Wspomnienia powróciły z nową siłą. Służyli razem na Vanguardzie i Guardianie, a po wypadkach w układzie Secour zaczął nawet w głębi ducha pielęgnować nieśmiałą nadzieję, że pani oficer mogła go polubić.

Potem jednak Guardian wrócił na Manticore i Travis trafił najpierw na studia, potem na kurs oficerski i był tak zajęty, że przez kolejne pięć lat nie mieli nawet jak na siebie wpaść.

A teraz całkiem niespodziewanie go odwiedziła. Tutaj, w prowadzonym przez niego punkcie werbunkowym.

– Chyba masz za sobą aktywny czas – powiedziała, zatrzymując się przy biurku. – No i zostałeś oficerem. Gratuluję.

– Dziękuję, ma’am – wyjąkał Travis i odruchowo wyciągnął dłoń. – A co pani porabiała?

– Też byłam zajęta – odparła, odwzajemniając formalny uścisk dłoni. – Może nie tak bardzo jak ty, ale nie nudziłam się. A jak było na Thorsonie? Słyszałam, że kapitan Billingsgate jest wyjątkowym służbistą?

– Naprawdę? – spytał z niedowierzaniem Travis. Z tego, co pamiętał, Thorson rzeczywiście był dowodzony w iście podręcznikowym stylu, ale wychodziło to wszystkim raczej na dobre niż odwrotnie. – Osobiście nie miałem z nim żadnych problemów, ma’am.

– Ty z pewnością nie – powiedziała. – Przepraszam, ale zapomniałam, jak bardzo ci po drodze z regulaminami.

– Tak, ma’am – mruknął Travis, czerwieniejąc na twarzy.

– Nie krytykuję – dodała pospiesznie. – Chcę tylko powiedzieć, że łatwo opanowujesz procedury, które wielu mogą się wydawać uciążliwe. Nic w tym złego, rzadko się zdarza.

– Zapewne, ma’am – przyznał. – Chociaż chyba mało kto postrzega to jako zaletę.

– Różne rzeczy się ludziom zwidują. Nie ma co się nimi przejmować. Oddanie służbie z pewnością nie jest wadą. Zupełnie nie ma się czego wstydzić.

– Dziękuję, ma’am – odparł Travis i odetchnął w duchu, jednak w tej samej chwili uświadomił sobie, jak bardzo zaniedbał dobre maniery. – Zechce pani usiąść? – spytał i wskazał krzesło, na którym jeszcze niedawno siedział długowłosy nastolatek.

– Dziękuję. – Zajęła miejsce z tym samym wdziękiem, jakim odznaczała się na pokładzie okrętu. – A przy okazji, skoro oboje jesteśmy oficerami, moglibyśmy chyba zrezygnować z tych formalności. – Przechyliła lekko głowę i przyjrzała mu się uważnie. – Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że trochę razem przeszliśmy. Jestem Lisa. Oczywiście na gruncie prywatnym i jeśli nie masz nic przeciwko temu.

– Ja… – Travis przez dłuższą chwilę szukał właściwych słów. – To… bardzo miłe, ma… Liso – poprawił się pospiesznie. – To co się z tobą działo? To znaczy… co porabiałaś przez ten czas?

– Zwykła rutynowa służba – odpowiedziała. – Po powrocie z układu Secour spędziłam trochę czasu na powierzchni, przeszłam dodatkowe przeszkolenie w zakresie broni energetycznej i potem trafiłam na Damoclesa, gdzie otrzymałam awans na podporucznika komandora. A między jednym a drugim zdążyłam jeszcze wyjść za mąż.

– Aha – mruknął Travis, czując, jak serce podchodzi mu do gardła.

– Oraz się rozwieść – dodała. – To był błąd. Błąd, którego drugi raz nie popełnię.

– Wyjście za mąż było błędem? – spytał nieśmiało Travis.

– Wyjście za niewłaściwego faceta – poprawiła go. – Ale to osobna historia na całkiem inną okazję. Dzisiaj… – Zawahała się. – Chciałam odświeżyć naszą przyjaźń i mam też pewną sprawę do ciebie.

– Tak? – rzucił Travis, wciąż pod wrażeniem nowin o pechowym małżeństwie i rozwodzie.

– Chodzi o trochę większą przysługę – uprzedziła go. – Nie wiem, czy słyszałeś, ale Damocles ma wyruszyć w przyszłym tygodniu do układu Casca.

– Tak, słyszałem. – Wprawdzie z tego, co było mu wiadomo, Damocles miał odlecieć w zeszłym tygodniu, ale widać coś musiało się zmienić. O takich drobiazgach rzadko szerzej informowano.

Podobnie zresztą jak o patrolach. Pięć lat temu, gdy wszyscy byli jeszcze pod wrażeniem ataku w układzie Secour, pierwszy lord admiralicji Cazenestro zdołał przewalczyć zgodę na całą serię dalekich przelotów, przedstawiając je jako wkład Royal Manticoran Navy w zwiększanie bezpieczeństwa Gwiezdnego Królestwa.

Żadnych piratów jednak nie znaleziono i wrogie flocie frakcje w parlamencie ponownie zaczęły wyglądać spod różnych kamieni, przez co obecnie Cazenestro nie chwalił się zbytnio kolejnymi wyprawami.

– To też ma być patrol antypiracki? – spytał Travis.

– Raczej pokazówka – odparła Lisa. – Gest dobrej woli i dowód, że Gwiezdne Królestwo nie zapomina o swoich sąsiadach. – Zmarszczyła brwi. – A skoro o tym mowa, Thorson też chyba wykonał taki lot rok czy dwa lata temu?

– Bliżej dwóch lat – odparł Travis. – Ale akurat wtedy wysłali mnie na dokształt i lot mnie ominął.

– Więc to dobrze, że na nic nie natrafili – powiedziała Lisa. – Bez ciebie na pokładzie mogliby wpaść w spore tarapaty.

– Hm… może tak – mruknął Travis niepewny, czy pani oficer sobie z niego nie kpi. – Ale…

– Tak naprawdę Damocles ma tym razem dwa zadania do wypełnienia – podjęła, oszczędzając mu trudu wymyślenia jakiejś odpowiedzi. – Mamy pokazać się z dobrej strony, ale także przejąć ostatnie zapisy śladów wyjść nadprzestrzennych w układzie Casca i przekazać im nasze dane. Dodatkowo w tym samym czasie ma zjawić się tam frachtowiec z Haven i jeśli zdołamy go złapać, otrzymamy też ich zapisy. Tak będzie łatwiej niż czekać, aż miejscowi się zbiorą i jakoś nam je wyślą. A jakby to było za mało dla uzasadnienia naszej obecności, mamy jeszcze posłużyć za eskortę.

– Temu frachtowcowi z Haven? – spytał Travis. Gwiezdne Królestwo miało obecnie tylko trzy frachtowce i według najnowszych meldunków wszystkie znajdowały się akurat w dalekich rejsach okrężnych.

– Nie, naszemu – wyjaśniła Lisa. – Nowa łajba księżnej Acton. Goldenrod jest już gotów do dziewiczej podróży.

– Już? – Travis zmarszczył brwi. – Kiedy zdążył przejść próby stoczniowe?

– W zeszłym miesiącu – odparła pani oficer. – Przelot do Gryphona i z powrotem. Wykryli trochę drobnych usterek, ale Acton chyba uznała, że jest już gotowa rzucić wyzwanie wielkim graczom w branży.

– A Cazenestro opóźnił wasz wylot, żebyście zapewnili eskortę? – spytał Travis, mimowolnie wpadając w krytyczny ton. Takie zadania były oczywiście ważne, i to niezależnie od tego, że przez pięć lat nikomu nie udało się spotkać pirata. Jednak nie podobało mu się, że Admiralicja dostosowuje się do potrzeb cywilnych armatorów.

– Uważasz, że to błąd? – zapytała spokojnie Lisa.

To nie był dobry czas na podobne dyskusje, w pierwszej chwili chciał więc zaprzeczyć, ale ostatecznie spojrzał rozmówczyni prosto w oczy.

– Trochę tak – przyznał. – Z tego, co słyszałem, frachtowce Haven bardzo się trzymają obecnie rozkładu lotów. Jeśli za bardzo opóźnicie wylot, możecie się z nimi rozminąć.

– Królestwo przez to nie upadnie – odparła Lisa. – Zakładam też, że Cazenestro wziął taką możliwość pod uwagę. – Przerwała na chwilę. – No, są jeszcze inne względy. Pewnie nie śledzisz poczynań parlamentu?

Travis skrzywił się lekko.

– Zapomniałam – mruknęła kwaśno Lisa. – Twój brat.

– Przyrodni – poprawił ją odruchowo Travis. – Chociaż to pewnie żadna różnica.

– Różnica polega na tym, że to ktoś całkiem inny niż ty – zaznaczyła zasadniczym tonem Lisa. – W żaden sposób za niego nie odpowiadasz.

– Wiem. – Travis westchnął. Słyszał już ten ton u Donnelly i zwykle oznaczało to, że palnął coś głupiego. – Przepraszam.

– W porządku. Jak wiadomo, niektórzy mają zwyczaj oceniać ludzi po pochodzeniu, nie charakterze i dokonaniach.

– Zauważyłem – mruknął Travis, przypominając sobie, jak pominięto go przy nagradzaniu za akcję w układzie Secour.

– Oczywiście wynika to z umysłowego lenistwa – powiedziała Lisa. – Oszczędza wysiłku związanego z poznawaniem i ocenianiem kogoś. Podobnie jak poleganie na statusie majątkowym. – Machnęła ręką. – Z Acton też jest ten problem. Wprawdzie to my zrewidowaliśmy nasze plany, ale, jak mówi kapitan Marcello, ona nie widzi w tym nic dziwnego. Uważa, że wyświadcza nam przysługę, i to wielką, tak bardzo przyspieszając rejs, ponieważ dzięki jej uprzejmości Cazenestro może mówić przed parlamentem, że Damocles wykonuje jednocześnie aż trzy zadania.

– I pewnie wielu jej w tym wtóruje – rzucił Travis.

– Nawet spora grupa – przytaknęła Lisa. – W tym jej nowy szef zarządu, Heinrich Hauptman, który też jest całkiem dobrze ustosunkowany, zwłaszcza od czasu, gdy pracował przy modernizacji Caseya. Nawet Breakwater może mieć z nim kłopoty.

– Jestem pewien, że znajdzie jakiś sposób.

– Pewnie raczej go zignoruje. Ma dość roboty ze zwalczaniem RMN, żeby nie wystawiać się na dodatkową krytykę.

– Pewnie tak. – Travis skrzywił się w duchu. Kanclerz skarbu Anderson L’Estrange, earl Breakwater, czynił podchody wobec marynarki wojennej od co najmniej dziesięciu lat. Albo i dłużej.

Po części powód jego działań był oczywisty. Breakwater kierował Manticore Patrol and Rescue Service, który od dawna cierpiał na niedofinansowanie i braki personelu. Kanclerz uznał najwyraźniej, że wszystko, co osłabi marynarkę wojenną, wzmocni jednocześnie podległą mu MPARS. Przy okazji zamierzał oczywiście podbudować swoją pozycję i wpływy.

Trudniej było już zrozumieć, dlaczego brat przyrodni Travisa, baron Winterfall Gavin Vellacott, zdecydował się wejść w przymierze z Breakwaterem. Całkowitą zaś tajemnicą pozostawało, jakim cudem obaj mogli uznać pozbawienie Gwiezdnego Królestwa ochrony floty za dobry pomysł.

Przecież niezależnie od ich gorących zapewnień wszechświat nadal obfitował w zagrożenia w rodzaju piratów, najemników i rządów, które mogły w dowolnej chwili uznać Manticore za wartą uwagi zdobycz.

To, że żadna z planet królestwa nie obfitowała w bogactwa, nie musiało się wcale liczyć. Planeta Kuan Yin też nie odznaczała się niczym specjalnym, a Gustav Anderman i tak ją zagarnął, przemianowując tenże świat na Potsdam. Potem zaś, niejako dla równej miary, zajął się jeszcze pięcioma innymi planetami, które włączył w skład powstającego właśnie Imperium Andermańskiego.

Owszem, części z tych podbojów dokonał tak naprawdę w samoobronie, należało też pamiętać, że uratował mieszkańców Kaun Yin od pewnej śmierci głodowej, ale nic nie gwarantowało, że pewnego dnia nie zmieni się w niebezpiecznego despotę.

Część jego sąsiadów już teraz obawiała się fali dalszych podbojów. Travis słyszał, że podobno Haven wysłało delegację dyplomatyczną do układu Nowy Berlin. Zapewne chciało samodzielnie ocenić sytuację. Bliższe układy próbowały tworzyć rozmaite sojusze, chociaż musiały też pamiętać, że właśnie takie poczynania sprowokowały niedawno ostrą reakcję Andermanów.

Wśród oficerów RMN przeważała opinia, że Potsdam znajdował się zbyt daleko, żeby najemnicy imperium stanowili bezpośrednie zagrożenie dla Manticore. Nie oznaczało to jednak, że ktoś inny nie mógłby wziąć Gwiezdnego Królestwa na cel.

Jeśli wrogie okręty pojawią się kiedyś na orbicie nad Landing, mała była szansa, żeby podniosłe przemowy Breakwatera powstrzymały je przed dokonaniem inwazji.

– Ale to jest polityka – powiedziała Lisa, przerywając jego rozmyślania. – Ja zaś staram się nie rozmawiać z przyjaciółmi o polityce. Wracając zatem do sedna sprawy, chodzi o mojego psa.

– Twojego psa? – spytał Travis, porzucając frustrujące kwestie parlamentarne. – Aha, wspomniałaś o jakiejś przysłudze. I co z tym psem?

– To ona – uściśliła Lisa. – To terier szkocki, takie małe stworzenie. Mój były małżonek jak zwykle wykazał się wyczuciem czasu i poprosił mnie, żebym zaopiekowała się nią podczas jego dłuższego kontraktu na Sphinksie.

– Brzmi nieciekawie – zauważył krytycznym tonem Travis.

– W sumie to nie – wyjaśniła Lisa. – To był pierwotnie nasz pies, ale został u niego, ja zaś brałam ją do siebie, kiedy tylko mogłam. Problem w tym, że dziewczyna, którą zwykle wynajmowaliśmy do opieki, skończyła akurat szkołę i poszła na studia… – Zaczerpnęła głęboko powietrza. – No i zostałam na lodzie. Ale słyszałam, że twoja matka hoduje psy. Czy prowadzi też hotel?

– Dobre pytanie – mruknął Travis. – Nie wiem, ale spytam.

– Byłabym wdzięczna – odparła Lisa. – Jest kilka psich hoteli w Landing, ale wolałabym powierzyć ją komuś choć trochę znajomemu. Nawet jeśli to pośrednia znajomość.

– Rozumiem. Zadbam, żeby miała… A jak się wabi?

– Racuszek. – Lisa pokręciła głową. – I nie pytaj, dlaczego tak.

– Nawet nie zamierzałem – stwierdził Travis, chociaż po prawdzie miał chęć zadać takie pytanie. Teraz już oczywiście nie wypadało. – Zajmę się tym.

– Dziękuję. To dla mnie bardzo ważne. – Wstała. – I przepraszam, że już uciekam, ale naprawdę muszę.

– Żaden problem. – Travis też podniósł się niezgrabnie. – Daj mi tylko znać, jak i kiedy przekażesz psa. Masz mój numer?

– Mogę go zdobyć – odparła Lisa. – To będzie pewnie pod koniec tygodnia. – Tym razem to ona pierwsza wyciągnęła rękę. – Dziękuję. Ratujesz mi życie.

– Żaden problem – powtórzył. – Gdy zadzwonisz, wszystko będzie już obgadane.

– Świetnie. Raz jeszcze dziękuję. – Uśmiechnęła się szeroko i wyszła.

Gdy drzwi się za nią zamknęły, Travis usiadł powoli za biurkiem i spróbował uporządkować rozbiegane myśli. Tak, to był drobiazg, tylko opieka nad psem, ale najważniejsze, że Lisa znowu pojawiła się w jego życiu.

Nie miał zielonego pojęcia, czy jego matka brała psy na przechowanie. Po prawdzie nie rozmawiał z nią od miesięcy.

Ale zamierzał się dowiedzieć i postanowił już, że jeśli odpowiedź będzie odmowna, sam zajmie się tym psiakiem. Rejs Damoclesa miał potrwać pięć miesięcy, po dwa miesiące na przeloty w obie strony i miesiąc na miejscu, Travis zaś wiedział, że przez nawiązane po zakończeniu studiów kontakty z BuShips będzie przebywał w Landing i Casey-Rosewood pewnie nawet dłużej niż przez najbliższe pięć miesięcy.

Poza tym nurtowało go, jak to było z małżeństwem Lisy. Czy wyszła za jakiegoś oficera? I dlaczego okazał się niewłaściwym facetem? No i czy naprawdę miała go za bliskiego znajomego, może nawet przyjaciela, czy tylko tak powiedziała.

Na razie nie potrafił sobie na to odpowiedzieć.

Co więcej, wystarczyło pięć minut, żeby Lisa całkowicie odmieniła status ich znajomości. I to napełniało go obawami, ponieważ nagle znalazł się na nieznanym gruncie.

Z drugiej strony, przez ostatnie pięć lat co rusz wkraczał na jakiś nieznany mu wcześniej teren, więc i tym razem powinien dać radę.

A gdy dojdzie już z tym wszystkim do ładu, spróbuje ustalić, jak ktoś mógł tak nazwać psa: Racuszek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fundamenty wiary Wezwanie do zemsty Na znak tryumfu Misja Honor Fundamenty piekła drżą Bitwa o Torch 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piorun kulisty Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Każde martwe marzenie Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży