Gwiazda Ratnera

Gwiazda Ratnera

Autorzy: Don DeLillo

Wydawnictwo: Noir sur Blanc

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 494

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 22.96 zł

Czternastoletni Billy Twilling jest geniuszem matematycznym, specjalistą od „bezużytecznych” liczb zwanych „zorgami”, pierwszym laureatem Nagrody Nobla z matematyki, fenomenem, którego dorobek potrafi zrozumieć zaledwie garstka ludzi na świecie. Jako wybitny naukowiec Billy trafia do tajemniczego instytutu badawczego w Connecticut, gdzie w odosobnieniu pracuje doborowe grono uczonych.

Przed nami paraduje galeria niezwykle barwnych postaci: archeolodzy, mitolodzy, alternatywni fizycy, językoznawcy, matematycy, uczeni pracujący na pograniczu różnych dyscyplin. Cel? Rozszyfrowanie komunikatu z kosmosu, z okolic odległej Gwiazdy Ratnera – tajemniczego sygnału, który dotarł na Ziemię w formie trzech serii impulsów przedzielonych pauzami, przypominających alfabet Morse'a. Ale sygnał z przestrzeni kosmicznej to jedna zagadka. Drugą jest jego źródło – Gwiazda Ratnera to być może wielowymiarowa bezwymiarowość, dziura, nieuchwytność, ostateczna pustka, być może praprzyczyna wszechświata i najmroczniejsza prawda o rzeczywistości.

            Gwiazda Ratnera, czwarta powieść Dona DeLillo, to zadziwiająca niebywałą erudycyjnością, niewolna od komizmu satyra na współczesną naukę i jej żargon, na graniczącą z szaleństwem pasję poszukiwania prawdy i ujmowania rzeczywistości w systemy i modele stworzone przez człowieka.

„Wszystkie książki DeLillo wyrażają niespokojne dążenie do bezpośredniej konfrontacji z Zeitgeist, który jest wszakże jak mgławica – dostrzegalny w swojej pełni jedynie z odległej perspektywy. W Americanach narrator przyznaje nam, że „jedną z moich wad jest skłonność do zadowolenia się neonem idei, bez sięgania w głąb niej”, a echa tych wątpliwości możemy odnaleźć również w „Gwieździe Ratnera”. Jednak blask tego zwodniczego neonu blednie na tle rozżarzonego czerwonego olbrzyma, którym jest ta książka.”

„New York Times”

Don DeLillo

GWIAZDA RATNERA

Przełożył

Robert Sudół

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

1. Substrat

Inne książki Dona DeLillo

Tytuł oryginału: RATNER’S STAR

Opracowanie redakcyjne: ANNA BRZEZIŃSKA

Korekta: JAN JAROSZUK, BEATA WYRZYKOWSKA

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Fotografia na okładce: © DIOMEDIA/FPM

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © Don DeLillo 1976

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2016, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-605-9

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl

księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

1

SUBSTRAT

Samolot leciał ponad pogodą. Billy poszedł na tył i usiadł samotnie za stojakami z wyposażeniem i symbolami bezpieczeństwa. Upłynęła bezstresowa godzina. A może cztery. Zapomniał, który system stosuje, żeby płynąć przez czas: minuty czy gesz. Najwyraźniej z tej części samolotu ostatnio nie korzystano. Była zakurzona i zagracona, rzeczywiste wymiary zamaskowane przez zawiłą serię przepierzeń. Prawdziwy plastik w odróżnieniu od nowoczesnych syntetycznych wersji w części przedniej. Coś jak stare miasto. Podciągnął nogi na siedzenie fotela i przykucnął, zauważając między stopami szereg cyfr wytłoczonych w fotelu, ciąg poszczególnych polimeryzowanych wypukłości – – taki, że odwrócony i podzielony przez liczbę złożoną z przestawionych pierwszych trzech cyfr, daje wynik tylko o jedność inny od dzielnika; taki, że cyfry dzielnika i wyniku odpowiadają cyfrom oryginalnego ciągu (z wyjątkiem jednej); taki, że każda kolejna liczba (dzielnik i wynik) jest sumą jej kolejnych cyfr podniesionych do sześcianu. Lecz tak naprawdę nic nie nudziło go bardziej niż liczenie dla rozrywki. Jego zdolność do pojmowania własności liczb całkowitych była jednak tak duża, że czasem łapał się na tym, że przypatruje się liczbie otwierającej swoją głębię, odsłaniającej wewnętrzną strukturę reprodukcyjną. Eberhard Fearing. Właściwie posłużył się tylko półkłamstwem w rozmowie z tym mężczyzną rozmiłowanym w podróżach. Przecież zaplanowano spotkanie (osoba lub osoby nieznane), choć nie na tej wysokości. Zamknął oczy. Odrzutowiec pasażerski sunący w sferze pary, przez pusty amalgamat gazów, wilgoci i cząstek stałych. Napuchnięty metal oznakowany rytualnie. Rozległ się ostry brzęczyk.

Billy dokonywał obliczeń ze swobodą nadmorskiego ptaka szybującego z wiatrem. Ale piękno stanowiło tylko scenerię, chyba że było srogie, zgodne z zestawem konsekwentnych wewnętrznych kodów – coś takiego dostrzegał wyraźnie, rzeczywistość-łuk czystej matematyki, jej surowe usposobienie, więź z prostotą i trwałością; zachowana formalna równowaga, nieuchronność w styczności ze zdumieniem, dokładność w styczności z uniwersalnością; nieskończona pogarda matematyki dla wszelkich przejawów niedbałości u jej pasjonatów, dla przejawów trywialności i powielania w ich dziele; precyzja jako język; roszczenie sobie prawa do wysnuwania koniecznych wniosków; dążenie do ukazywania zależnych prawidłowości i istotnej formy; wieloraka wolność ofiarowywana we własnych ograniczeniach.

Matematyka miała sens.

Opuścił stopy na podłogę, wciąż z zamkniętymi oczami, okoliczność dająca każdemu obserwatorowi dość czasu, aby ustalić, dlaczego wygląda jak praktyk skupienia – po prostu fizyczny bezruch, pozorne wtłoczenie sylwetki w treściwszy obiekt. Był to bezruch ani trochę niezmącony zsunięciem stóp, za to całkowicie zniweczony w chwili, gdy chłopiec otworzył oczy. Druga czynność wydała na świat postać o naturze komiczno-poważnej, pokwitanie usiłujące ukryć się w fałdach apatii.

Znów rozległ się brzęczyk i zaczęła migać lampka. Wrócił na swoje miejsce. Samolot ponownie wylądował, żeby zatankować, ale tym razem Billy był jednym z wysiadających pasażerów. Przecisnął się przez gęsty tłum; wydawało mu się, że nikt donikąd nie idzie ani z nikim się nie spotyka. Zastanawiał się, czy ci ludzie mieszkają na lotnisku. Może w mieście zabrakło dla nich miejsca, więc chcą się tutaj osiedlić, śpią w beczkach po benzynie w nieużywanych hangarach i wstają o wschodzie słońca, potem idą do hali i wałęsają się bez celu? Dotarł do specjalnego stanowiska odlotu w odciętej części terminalu. Czekało tam na niego dwóch mężczyzn. Wcześniej odebrali jego walizkę, a teraz wprowadzili go na pokład kolejnego samolotu, o wiele mniejszego od sony 747, bez innych pasażerów, dość przestrzeni, żeby poziewać i się wyciągnąć. Jego opiekunowie nazywali się Ottum i Hof. Podróż trwała stosunkowo krótko, a gdy samolot usiadł na opuszczonym lądowisku, chłopiec i dwaj mężczyźni przeszli do podstawionej limuzyny. Ogromne tylne siedzenie Billy miał wyłącznie dla siebie. Ottum uruchomił silnik, a jego kolega odwrócił się i wskazał ręką małą wywieszkę przyklejoną pod jednym ze składanych bocznych siedzeń:

Prosimy powstrzymać się od palenia tytoniu przez wzgląd na kierowcę tego pojazdu, cierpiącego na:

◻ nadciśnienie

◻ atypowe zapalenie płuc

◻ gruźlica

◻ alergie na dym nikotynowy

☑ astma

◻ trudności z oddychaniem

◻ astma oskrzelowa

☑ inne

– Będziemy na miejscu za dwadzieścia kilka minut – powiedział Ottum.

– Ten samochód to cadillac?

– A niby co innego?

– Przeżyłem lekki szok na jego widok. Dlatego pytam. Na takim odludziu.

– Ciężko pomylić z czymś innym – skwitował Hof. – Podrasowany od podwozia po dach. To się nazywa pojazd czterokołowy o optymalnym niestandardowym wykończeniu. Cadillac sto procent.

– Rolls-royce wśród samochodów – dorzucił Ottum.

Billy’ego poinstruowano, aby nikomu nie mówił o celu swojej podróży. Ale nawet gdyby chciał, i tak niewiele mógłby powiedzieć Eberhardowi Fearingowi czy komukolwiek innemu. Znał nazwę miejsca, lecz bardzo mało o nim wiedział. Najwyraźniej ludzie z kierownictwa wciąż doprecyzowywali charakter misji, dlatego przekazywali informacje wyłącznie w minimalnych dawkach. Nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia, dlaczego jego obecność jest taka ważna.

– Kuloodporny?

– Całkowicie, od dachu po koła.

– Nie myślałem. Spytałem, bo człowiekowi się wydaje, że taka wielka limuzyna jest wyposażona we wszystkie dodatki.

– Wozi samych VIP-ów – powiedział Hof.

– Strzelano kiedyś do niego?

– Skądże.

– Zauważyłem, że nie ma szyberdachu.

– Zauważył – stwierdził Hof.

– Słyszałem.

– Zauważył, że nie ma szyberdachu.

– Wspaniałe poczucie humoru razy dwa.

– Zachowuj się jak dziecko.

– Ja tylko odpowiadam.

– Zachowuj się jak dziecko – powtórzył Hof.

Billy próbował rozkoszować się drogimi luksusami tylnej kanapy, bawiąc się gadżetami, pocierając podeszwami o krawędzie złożonych bocznych krzeseł, żeby uwolnić się od wszelkiej obcej materii, która mogła się nagromadzić na butach.

– Nie przeszedłem przez odprawę celną.

– Załatwiliśmy to – odparł Hof. – Jesteś szczególnym przypadkiem. Przywileje szczególnych przypadków.

Jechali kiepskimi drogami na szarej równinie. Zobaczył jedną oznakę życia, starca z liczykijem. Chyba na użytek turystów, pomyślał. Po pewnym czasie na styku ziemi i powietrza pojawił się cekinowy punkt.

– Może nie wiesz, ale w swojej skali jesteś jakby legendą.

Zbliżali się do czegoś. Od razu się domyślił, że to coś nadzwyczajnego. Z ziemi wyrastała, rozpościerając się w bezmiernej przestrzeni, ogromna geometryczna konstrukcja, nie od razu rozpoznawalna jako coś przeznaczonego do tego, aby mieścić, zawierać lub być siedzibą czegoś, ot konstatacja, wypowiedź w usystematyzowanych kategoriach pięćdziesięciopiętrowej machiny, zabawki edukacyjnej lub dwuwymiarowego przedmiotu dekoracyjnego. Dominujący kształt wydawał się cykloidą, elegancką krzywą wytyczoną przez punkt na obwodzie okręgu toczącego się po linii prostej, którą w tym przypadku był ląd. Na moment Billy się rozkojarzył, bo przejeżdżali przez pole pełne anten parabolicznych, setek, a wszystkie były zdumiewająco małe. Z bliska zobaczył, że cykloida jest niepełna, że nie ma szczytu czy też najwyższej części łuku i w ten wyłom wbity jest na masywnej stalowej podporze w kształcie litery V centralny element całej budowli, powoli obracający się zbiór splecionych pierścieni, przywodzący na myśl średniowieczny przyrząd astronomiczny.

Ogólnie rzecz biorąc, budowla była szeroka na mniej więcej pięćset metrów i wysoka na sto osiemdziesiąt. Spawana stal. Żelbet. Półprzezroczysty polietylen. Aluminium, szkło, kamień słoneczny. Zauważył, że niektóre powierzchnie odbijają naturalne światło, co powodowało zanikanie perspektyw i zmuszało co chwila do odwracania wzroku. Punkt linia płaszczyzna wielościan. Poczucie mirażu. A jednak budynek. Coś pełnego ludzi.

Eksperyment Terenowy Numer Jeden.

Samochód zatrzymał się obok sprzętu budowlanego. Billy wysiadł, zafascynowany przede wszystkim poruszającym się wolno centralnym elementem budowli, owym średniowiecznym przyrządem. Oślepiające srebro po obu stronach. Smugi i faktury nieuchwytne w swym płynnym opalizowaniu. Wielka kula pośrodku, wsparta na stalowym V, osadzonym w przerwanej cykloidzie, wypełniona pierścieniami w kolorze brązu i trójwymiarowa, wirowała żwawo powyżej.

– Co teraz? – spytał Hof.

– Idzie do swojej kwatery.

– Na pewno nie powinien się zobaczyć z Dyne’em?

– Zabieramy go do kwatery – odparł Ottum.

Winda nie dawała najmniejszego poczucia ruchu. Absolutnie żadnych wibracji. Najdrobniejszej linearnej fałdy pod stopami. Równie dobrze mógłby pozostawać w stanie spoczynku lub przemieszczać się w bok czy na skos. Niezadowolony z tego doznania bezruchu w ruchu. Chciał wiedzieć, że się przesuwa i w którą stronę. Czuł się tak, jakby po zaaplikowaniu leków obezwładniających włożono go do bloku pianki zamkniętokomórkowej, pozbawiono naturalnego języka ciągłości.

Dwaj mężczyźni poprowadzili go ciągiem korytarzy, który kończył się u wejścia do labiryntu z płyt pilśniowych. Istotą tej konstrukcji, wyjaśnił Ottum, była „wartość rozrywkowa”. Po pokonaniu labiryntu dotarli do kwatery Billy’ego, którą Hof nazwał kontenerem. Ani jednego okna. Odbite światło pochodziło z reflektora łukowego nakierowanego na odblaskową płaszczyznę powyżej. Ściany były lekko wklęsłe i wyłożone połyskliwą tkaniną w kwadraty i podobne figury, wszystkie w odcieniach przygaszonego błękitu, wszystkie zniekształcone przez wgłębioną topografię. W efekcie na pierwszy rzut oka pokój wydawał się prawie pozbawiony pionowych i poziomych punktów odniesienia. Był również dźwiękoszczelny i wyposażony w „dostawkę” (rozkładany fotel) oraz imponującą instalację naścienną. Ottum wyjaśnił, jaka jest funkcja ostatniego segmentu. Biurko z magnetofonem, wideofonem i monitorem, kontrolkami temperatury, kalkulatorem i ekranem „teletablicy” – nazywało się „ograniczonym modułem danych wejściowych”. Ekran był po części systemem transmisyjnym złożonym z laserów, kliszy samowywołującej, lokalizatorów, kawałka kredy, tablicy szkolnej i zwykłych linii telefonicznych; rejestrował i ukazywał wszystko, co napisano na tablicy w Kompleksie Kosmomózgu ponad pięćdziesiąt pięter wyżej. Billy zdjął marynarkę, ale szafę znalazł dopiero wtedy, gdy Hof zwolnił dźwignię w module.

– Widzisz to okratowanie w ścianie? – spytał Ottum.

W kącie znajdowała się metalowa kratka o powierzchni około 0,2 metra kwadratowego. Była wpasowana w ścianę, nisko, podstawa ledwie dwa centymetry nad podłogą. Za siatką z cienkich metalowych pręcików Billy zobaczył mrok. Skinął głową do Ottuma, który wyjął z kieszeni kartkę i przeczytał powoli urzędowym tonem:

– Wyjście, na które właśnie zwrócono pańską uwagę, to jedyna droga ewakuacyjna w tym sektorze i można z niej korzystać wyłącznie w razie pożaru, powodzi spowodowanej przez człowieka, klęski żywiołowej oraz w przypadku kryzysu międzynarodowego charakteryzującego się eskalacją ataków nuklearnych lub incydentami subnuklearnymi stanowiącymi zagrożenie dla życia. Jeśli zrozumiał pan treść tego oświadczenia, proszę o potwierdzenie słowem lub ruchem...

– Zrozumiałem.

– Większość ludzi tylko kiwa głową – powiedział Ottum. – Tak robią częściej.

Billy dodał skinienie głowy.

– Od kiedy to tu jest? Cała ta budowla.

– Dość nowa sprawa – odparł Hof. – Jeszcze kilka dni szlifowania i będzie gotowe. Naukowcy już pracują w pocie czoła. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem.

– Tylko muszle klozetowe wybijają – powiedział Ottum. – Zauważyłem dzisiaj. Wiruje z prawej do lewej. Odwrotnie, niż się przyzwyczailiśmy.

Billy otworzył swoją walizkę i wtedy dwaj mężczyźni przystanęli w progu.

– On ma teraz odpocząć – stwierdził Hof. – Najpierw odpoczywa. Potem się myje. Potem je i śpi. Potem spotyka się z Dyne’em.

– A kiedy mam się rozpakować?

– Czy wie, że ma się trzymać z daleka od sprzętu budowlanego? – spytał Ottum. – Może trzeba mu to powiedzieć oficjalnie. Czy wie, że zbliżanie się do wielkiego żurawia może być niebezpieczne dla dziecka?

– Wygląda na to, że tutaj obowiązuje dużo zasad.

– Bądź sobą – odparł Hof. – Tylko nie odchodź za daleko.

Napisał pocztówkę do rodziców na Bronksie, wspominając o kuloodpornym cadillacu. Potem położył się na dostawce, żeby niby odpocząć. Odpoczynek, mycie, posiłek, sen. Gdyby teraz zasnął, wszystko by się zaburzyło. Myślał o uwadze Ottuma na temat wielkiego żurawia. Dlaczego powiedział „wielki”? Dlaczego nie wystarczyło „żuraw”? Przecież chyba wszystkie żurawie budowlane są ogromne? Wcisnął się skulony w mało elastyczną tapicerkę z grubego tworzywa imitującego tkaninę. Czy możliwe, że Ottumowi chodziło o ptaka? Nie, niemożliwe. Ale też nie niemożliwe. No dobra, skoro ptak, to jaki? Niemy ptak o patykowatych nogach i wielkich skrzydłach, które zamykają się nad głowami śpiących małych ludzi.

Tak, wierz, w co chcesz, bo masz nasrane we łbie.

Poczuł skurcz w prawej stopie. Palce podkulone, unieruchomione w tej pozycji. Za każdym razem gdy coś takiego go dopadło, myślał, że uzna się za wielkiego szczęściarza, jeżeli jeszcze kiedykolwiek będzie mógł chodzić. Zastanawiając się, co zrobi, jeśli skurcz się rozprzestrzeni, po raz pierwszy zauważył, jak dźwiękoszczelny jest kontener. Z doświadczenia wiedział, że wszystkie pomieszczenia mają swój ton, więc teraz próbował wysączyć coś z powietrza, wyodrębnić miarowy oddech, jakąś fałdę w tym monumentalnym spokoju. Z nauką sondowania substratu zawsze wiąże się niebezpieczeństwo. Z czasem zapomniał, że powinien nasłuchiwać. Spoczął wzdłuż równej linii, kończąc wreszcie spływanie tego długiego dnia na powierzchnię umocowanych rzeczy.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc ukazały się następujące powieści Dona DeLillo:

COSMOPOLIS

2005, 2012

LIBRA

2007

GRACZE

2008

SPADAJĄC

2008

PERFORMERKA

2009

MAO II

2010

PUNKT OMEGA

2011

NAZWY

2012

MECZ O WSZYSTKO

2013

ANIOŁ ESMERALDA

2013

AMERICANA

2014

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Great Jones Street Zero K Gwiazda Ratnera Americana 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość