Tajemniczy brat

Tajemniczy brat

Autorzy: Virginia C. Andrews

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 35.00 zł

cena od: 18.52 zł

Najbardziej zaskakująca opowieść o Dollangangerach od czasów „Kwiatów na poddaszu”.

Ostatni tom sagi Dollangangerów ponownie przenosi nas w przeszłość. Z pozoru akcja nie ma związku z poprzednimi, w których młoda Kristin poznaje pamiętnik Christophera Dollangangera - najstarszego z czwórki dzieci, uwięzionych niegdyś na poddaszu rezydencji - znaleziony w ruinach Foxworth Hall.

Młody chłopiec, podrzucony do szpitala, zostaje adoptowany przez bogatą rodzinę. Cierpi na amnezję – i jeszcze nie wie, że lepiej by było, aby nigdy nie przypomniał sobie przeszłości…

Starszy człowiek traci wnuka w tragicznym wypadku drogowym. To kolejne nieszczęście w jego życiu, gdyż wcześniej stracił już córkę i zięcia, a potem żonę. W tym samym czasie do szpitala trafia tajemniczy chłopiec, schorowany i nieszczęśliwy. Zrozpaczony dziadek postanawia zająć się nim i wziąć go pod swój dach, aby zastąpił mu utracone dziecko. Napotyka jednak na opór wnuczki. Nastoletnia Clara Sue traktuje chłopca jak intruza i najchętniej pozbyłaby się „tajemniczego brata”. Usiłuje dojść, kim jest, aby szybciej zwrócić go prawdziwej rodzinie. Mroczna przeszłość wkrótce odsłoni swoją ostatnią tajemnicę. 

Fenomen popularności V.C. Andrews trwa nieustannie od czasu wydania „Kwiatów na poddaszu”. Książki autorki, tworzące kilkanaście bestsellerowych serii, osiągnęły łączny nakład ponad 106 milionów egzemplarzy i zostały przetłumaczone na dwadzieścia dwa języki. „Tajemniczy brat” to trzecia część trylogii opowiadającej o dalszych losach rodziny Dollangangerów (znanych czytelnikom m.in. z „Kwiatów na poddaszu”). Kolejne powieści autorki ukażą się wkrótce nakładem Prószyński i S-ka.

Tytuł oryginału

SECRET BROTHER

Copyright © 2015 by Vanda Productions, LLC

Projekt okładki

Izabella Marcinowska

Zdjęcie na okładce

Dave Wall/Arcangel Images; baona/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-8097-673-3

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Gene Andrews,

która tak bardzo pragnęła zachować

dorobek swojej siostry

Prolog

Zapewne do końca życia będę pamiętać, co robiłam w drugą sobotę października. Jak zwykle spędzaliśmy późne lato w Wirginii, ale w tym roku mogliśmy się nim cieszyć dłużej niż zwykle. Przed sześcioma dniami pojawił się pierwszy przymrozek, więc nikt nie spodziewał się załamania pogody. Miałam wtedy szesnaście lat i pogodowych katastrof przeżyłam niewiele – zwłaszcza w porównaniu z dziadkiem, który miał osiemdziesiąt pięć lat, albo naszą nianią, sześćdziesięciotrzyletnią Myrą Potter. W bujnej zieleni krzaków i drzew na terenie naszej posiadłości nie sposób było dopatrzyć się pierwszych barw jesieni. Ludzie, zwłaszcza młodzi, po pracy i po szkole nosili koszulki z krótkimi rękawami, a nawet szorty. Poprzedniego dnia dziadek postanowił na weekend podgrzać wodę w basenie, żebyśmy mogli się wykąpać.

Pogodę tamtego dnia pamiętam doskonale, gdyż wydawała się tak nie na miejscu w obliczu tego, co miało za chwilę nadejść. Na niebie nie gromadziły się żadne mroczne, złowrogie chmury. Szkoda, bo gdyby padało, mój dziewięcioletni brat Willie nie wyszedłby na dwór. Ten dzień, ta piękna pogoda stały się naszym przekleństwem.

Byłam na górze, w swoim pokoju. Siedziałam przy biurku i wyglądałam przez okno wychodzące od frontu. Był to jeden z tych leniwych poranków, kiedy ptaki, zamiast latać, wolały siedzieć na gałęziach, napuszone i senne. Nawet chmurom nie chciało się ruszyć. Jak zwykle w sobotę o dziesiątej trzydzieści zadzwoniłam do mojej najnowszej serdecznej przyjaciółki, Lili Stewart, żeby zaplanować nadchodzące popołudnie. Zastanawiałam się nad przyjęciem nad basenem.

Stewartowie niedawno kupili posiadłość, która od północy graniczyła z posesją dziadka. Także ich ziemie miały ponad dziesięć akrów, więc przejście piechotą od jednego do drugiego domu zajmowało kwadrans. Posiadłość rodziców Lili, podobnie jak nasza, miała paradną bramę i długi podjazd. Żeby się tam dostać, trzeba było zadzwonić domofonem przy bramie. Przeważnie kursowałyśmy do siebie na rowerach, przejazdy zajmowały nam pięć minut.

Willie nie mógł się doczekać samodzielnej jazdy. Po raz pierwszy miał wyjechać nowym rowerem poza bramę. Dziadek Arnold podarował mu ten rower na dziewiąte urodziny, ale dotychczas pozwolono Williemu tylko na dwie krótkie przejażdżki po ulicy, za każdym razem pod moim nadzorem. Wzdłuż jezdni, po obu jej stronach, biegł równy, nienagannie czysty chodnik, mało uczęszczany, gdyż ludzie z okolicy przemieszczali się głównie samochodami, mały Willie mógł zatem jeździć tam bezpiecznie. A przynajmniej tak nam wszystkim się wydawało.

Przez otwarte okna mojego pokoju wpadał delikatny powiew. Myra kazała służbie dwa razy w tygodniu wietrzyć dom, nawet w zimie. Skrupulatnie wypełniano jej rozkazy, jak gdyby wydał je sam dziadek. Lila czytała mi właśnie przez telefon listę dziewczyn i chłopaków, których powinnam zaprosić, gdy nagle usłyszałam rozpaczliwy krzyk mężczyzny wzywającego pomocy. Za moment Jimmy Wilson, szef domowej ekipy technicznej, wybiegł gdzieś z boku i puścił się biegiem przez podjazd. Przez okno zobaczyłam mężczyznę w ciemnoniebieskim garniturze, który kurczowo ściskał pręty bramy i szarpał je z krzykiem, jakby próbował wydostać się z więzienia. Pamiętam, że miał włosy białe jak wata, kosmyki tańczyły mu wokół głowy, kiedy się tak miotał.

Jimmy otworzył bramę. Mężczyzna mówił coś do niego i gestykulował jak szalony. Jimmy odwrócił się do swoich ludzi, którzy właśnie nadbiegli, i kazał im wezwać karetkę. Następnie wypadł razem z mężczyzną za bramę i pobiegli w prawo, po czym zniknęli za gęstym żywopłotem, który okalał posiadłość dziadka. Był tak wysoki i gęsty, że przypominał mur.

– Coś się stało – przerwałam trajkotanie Lili. – Chyba coś strasznego.

– Gdzie?

– Na ulicy, koło naszej bramy. Zadzwonię do ciebie później. – Wyłączyłam się, zanim zdążyła powiedzieć słowo. Błyskawicznie założyłam tenisówki i jak torpeda wypadłam z pokoju. Nie miałam powodu podejrzewać, że to wydarzenie dotyczy nas, ale serce waliło mi tak, jakby miało wyskoczyć z piersi. Dziadek też wyszedł i już spieszył do bramy. Krzyknęłam do niego, ale nawet jeśli mnie usłyszał, nie zwolnił, aby nie tracić czasu, więc popędziłam za nim.

Kiedy wybiegłam za bramę i zwróciłam się w prawo, zobaczyłam czerwonego pikapa, który musiał wyhamować na chodniku. Kierowca siedział nieruchomo, z głową opartą o kierownicę. A obok na chodniku leżał mój młodszy brat Willie. Nad nim klęczała Myra. Parę minut temu wyszła z nim za bramę i zgodziła się, żeby na swoim rowerku towarzyszył jej w wyprawie do pobliskiego sklepu. Dziadek, Jimmy i nieznajomy, który był świadkiem wypadku, właśnie stanęli nad Myrą i moim bratem. Zobaczyłam jego rower, zgięty w literę L, wbity w żywopłot.

– Dziadku! Czy Williemu coś się stało?! – zawołałam.

Dziadek ukląkł przy nim.

– Nie podchodź, Claro Sue. – Powstrzymał mnie gestem, niczym policjant kierujący ruchem. – Stój tam.

Zamarłam, przerażona nutą histerii w jego głosie. Dziadek zwrócił się do Jimmy’ego, który podtrzymywał głowę Williego, żeby nie leżała na chodniku. Nieznajomy przykląkł przy Myrze i próbował ją uspokoić. Za moment wstał, podszedł do pikapa i zaczął wrzeszczeć na kierowcę, ale tamten milczał i tylko na moment uniósł głowę znad kierownicy. Wycie syreny się przybliżało. Po chwili ratownicy medyczni wyskoczyli z karetki i biegli ku nam. Delikatnie podnieśli Williego i położyli go na noszach. Strużka krwi spływała mu z lewej strony twarzy. Gwałtownie wciągnęłam powietrze. Gardło tak mi się zacisnęło, że nie mogłam przełknąć śliny. Drżałam na całym ciele.

– Dziadku! – krzyknęłam. Nawet nie spojrzał na mnie. Znów uczynił ten gest, zakazujący mi się zbliżyć. Patrzył, jak ratownicy wyciągają drugie nosze i pomagają Myrze się na nich położyć. Zacisnęła powieki, musiało ją bardzo boleć. Za moment zatrzaśnięto drzwi ambulansu. Dziadek i Jimmy Wilson minęli mnie w pośpiechu.

– Chodź, Claro Sue! – zawołał nagle dziadek, więc ruszyłam za nimi. Pokojówki, ogrodnicy z resztą służby stali w bramie i patrzyli na nas. Jimmy zaczął im tłumaczyć, co się stało, a ja wskoczyłam do samochodu dziadka. Ruszył tak szybko, że ledwie zdążyłam zamknąć drzwi. Z piskiem opon zakręcił na jezdni, wcisnął gaz i pomknął za ambulansem. Na miejsce wypadku dotarły już dwa wozy policyjne. W lusterku widziałam, że kierowca pikapa usiadł prosto i odpowiada na pytania policjantów. Opony przeraźliwie zapiszczały na zakręcie. Nigdy nie widziałam, żeby dziadek tak szaleńczo prowadził.

– Czy Willie wyzdrowieje, dziadku? – spytałam.

– Nie wiem – odparł.

Dotychczas, kiedy działo się coś złego, dorośli zapewniali mnie zawsze, że wszystko będzie dobrze. Tylko dziadek Arnold nigdy nie okłamywał mnie ani Williego. Przy tym zawsze starał się nas pocieszać i łagodzić nasze lęki. Tak było, kiedy rodzice zginęli cztery lata temu we Włoszech, pod Neapolem, w wypadku jachtu na morzu. My w tym czasie byliśmy u dziadków. Dla naszych rodziców miała to być ich wymarzona podróż.

– Ten człowiek był pijany – wycedził nagle dziadek przez zaciśnięte zęby. Nie znałam żadnego mężczyzny, który miałby bardziej twarde i silne rysy niż dziadek Arnold. Jakby jego twarz wyrzeźbiono z granitu. Nie czerwieniała z gniewu, tylko szarzała. Kiedy kierował na ludzi spojrzenie orzechowych oczu, uderzał w nich swoim gniewem i zaczynali drżeć.

– Pijany?

– Pijany! O tej porze dnia! Pijany!

– Jak on to zrobił?

– Jak? Stracił panowanie nad kierownicą i wpadł na chodnik. Zamiast hamulca zapewne nacisnął gaz, więc oboje nie mieli szans. Jest winien tak samo, jakby zrobił to celowo.

– Kim on jest? – spytałam. Potrzebowałam tej rozmowy, żeby zagadać ciszę. Serce nadal waliło mi jak młotem i byłam pewna, że w ciszy dziadek usłyszałby ten łomot.

– To jakiś obibok. Jimmy powiedział, że pracuje w hurtowni hydraulicznej Mackingberry. – Urwał i nabrał powietrza. – Już tam nie popracuje, zadbam o to – warknął.

Dziadek prowadził tak szybko, że dojechaliśmy zaraz po ambulansie. Ratownicy wieźli właśnie Williego i Myrę na oddział ratunkowy. Dziadek stanął w strefie zakazu parkowania i wyskoczył z samochodu, z trzaskiem zamykając drzwi. Ledwie za nim nadążałam. Miało się wrażenie, jakby chciał przebić szklane drzwi szpitala, zamiast tracić cenne ułamki sekund na otwarcie ich. Pchnął je z taką siłą, że omal nie wyrwał ich z zawiasów. Twarz płonęła mu furią, a oczy ciskały błyskawice. Na jego widok wszyscy w holu zamilkli.

W poczekalni był straszny tłok; ludzie z mniej poważnymi urazami czy chorobami czekali na swoją kolej, przeważnie w towarzystwie bliskich. Dziadek nigdy nie miał zwyczaju czekać, aż pojawi się ktoś, kto udzieli mu informacji, więc tym bardziej nie zamierzał czekać teraz. Wszedł do ambulatorium razem z pielęgniarką, pomimo jej protestów, mnie pociągnął za sobą. W tym momencie jeden z lekarzy wyłonił się z gabinetu.

– Tu jest mój wnuk – oznajmił krótko dziadek.

– Który?

– Jak to?

– Prawie jednocześnie trafili do nas dwaj chłopcy – wyjaśnił lekarz. – Jednego przywiozła karetka, a drugiego zostawił jakiś idio… – Urwał, gdy spostrzegł, że stoję obok. – Ktoś przyprowadził malca i zniknął bez słowa.

– Mój wnuk był w karetce. Potrącił go pijany kierowca. Razem z nim przywieziono jego nianię.

– Dobrze. Proszę chwilę poczekać. Sprawdzę w rejestracji, dokąd trafił pański wnuk. Wiem, że jego niania jest w ostatnim gabinecie na prawo.

Pospieszyliśmy na koniec korytarza, gdzie widać było grupę lekarzy i pielęgniarek.

Właśnie wtoczono do sali jakieś dziwne medyczne urządzenie. Dziadek spojrzał na mnie ponuro.

– Zostań tutaj – nakazał i wszedł tam, choć personel usiłował go zatrzymać.

Czekałam, wstrzymując oddech. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wszyscy byli zbyt zapracowani. Pielęgniarki wbiegały i wybiegały. Pojawił się jeszcze jeden lekarz, tym razem w kitlu narzuconym na garnitur, ze stetoskopem na szyi. Szybkim krokiem wszedł do sali, w której czekał już dziadek. Nie miałam pojęcia, ile czasu minęło od tej chwili; dla mnie każda sekunda stawała się minutą, a minuta – godziną. Wreszcie zobaczyłam wychodzącego dziadka. Szedł wolno, z opuszczoną głową, a lekarz w garniturze mówił coś do niego uspokajającym głosem, trzymając mu dłoń na ramieniu. Wreszcie pożegnał się i odszedł, a dziadek zatrzymał się i stał ze wzrokiem wbitym w podłogę.

Nagle w mojej głowie rozległ się ten sam przenikliwy, alarmujący dźwięk, który po raz pierwszy usłyszałam na chwilę przedtem, kiedy powiedziano mi o śmierci rodziców w dziwnym wypadku jachtu, tysiące mil stąd, na błękitnym morzu, w promieniach słońca, wśród szczęścia i śmiechu. Miałam wrażenie, jakby ktoś wyssał ze mnie całe powietrze. Potem znów usłyszałam ten sam sygnał alarmowy – kiedy dziadek wrócił ze szpitala i powiedział mi, że babcia Arnold umarła na skutek rozległego wylewu. Wtedy zapomniałam o oddychaniu i tak samo było teraz.

Kiedy dziadek Arnold w końcu uniósł głowę i popatrzył na mnie, już wiedziałam – Willie odszedł.

Wkrótce miałam się dowiedzieć, że jednak nie odszedł na zawsze.

1

Tak samo jak wtedy, kiedy usłyszałam koszmarne wieści o naszych rodzicach, a potem o babci Arnold, nie rozpłakałam się od razu. Jakaś cząstka mnie nie chciała przyjąć tego wszystkiego do wiadomości. Słowa przepływały koło mnie jak banieczki unoszone przez wiatr, które pękały, zanim zdążyłam je złapać. Ale przecież wiedziałam. Głęboko w mojej duszy, dokąd sięgałam po nadzieję i miłość, gdzie jak książki na półkach leżały moje najpiękniejsze sny, czekając, aż sięgnę po nie nocą, lęgła się zimna, mroczna świadomość. Wzbierała, grożąc przejęciem mojego umysłu. Walczyłam z tą falą, ale rozlewała się niepowstrzymanie. Pomimo wysiłków wiedziałam, że za moment poddam się rozpaczy.

W milczeniu szliśmy korytarzem. Duża, silna dłoń dziadka spoczywała uspokajająco na moim ramieniu, a ja trzymałam go za koszulę. Mieliśmy potrzebę trzymania się siebie nawzajem, pocieszania.

Usiedliśmy na krzesłach przed gabinetem zabiegowym. Dziadek trzymał mnie za rękę i trwał nieruchomo, ze wzrokiem utkwionym przed siebie. Jego twarde rysy wydawały się wykute w kamieniu. Nagle wydało mi się, że dźwięki wokół ucichły, jak gdybym straciła słuch. Teraz czekaliśmy na wiadomość, co z Myrą. Właśnie robiono jej prześwietlenie. Czy ona też umrze? Wtem dziadek uniósł głowę. Lekarz, z którym rozmawialiśmy jako pierwszym, wyłonił się z gabinetu. Rozmawiał z pielęgniarką. Dziadek podszedł do niego. Nie miałam pojęcia, o co spytał, ale jego słowa wyraźnie przyciągnęły uwagę lekarza. Poprowadził dziadka w stronę innych sal. Po chwili zniknęli za rogiem. Może dziadek chciał się dowiedzieć czegoś o Myrze?

Nie ruszyłam się z miejsca. Nie byłam pewna, czy nogi mnie utrzymają. Ciągle mi drżały. Bałam się patrzyć na innych ludzi, choć czułam ich spojrzenia. Czy wiedzieli o Williem? A może czekali, aż się załamię i wybuchnę płaczem? Niektórzy sami byli bliscy płaczu.

Nagle, nie wiadomo czemu, zaczęłam się zastanawiać, co teraz robią moje przyjaciółki. Szykują się do lunchu? Oglądają telewizję? Paplają przez telefon i chichoczą? A co robią nauczyciele Williego? Czy ktoś teraz o nim myśli? Jaka jest atmosfera w domu dziadka? Czy ktokolwiek się uśmiecha? Czy raczej cała służba czeka w napięciu na telefon z wiadomością ze szpitala? A może ktoś już tam zadzwonił?

Zerknęłam na małego chłopca, ściskającego mamę za rękę, tulącego się do niej i ssącego kciuk. Większość ludzi starała się omijać innych wzrokiem, jakby obawiali się widoku rozpaczy czy tragedii. Siedzieli wpatrzeni w podłogę, nieruchomi jak posągi.

Wreszcie dziadek wyłonił się zza rogu, ale sprawiał wrażenie, jakby o mnie zapomniał. Pobiegłam ku niemu. Może to, o czym mówiliśmy, nie było prawdą. Może Willie wcale nie umarł.

– Założyli Myrze gips na lewą rękę – oznajmił. – Jest złamana, tak samo jak trzy żebra; poza tym biedaczka ma parę sińców i lekkie wstrząśnienie mózgu. Niedługo wyjdzie do domu.

Jego troska nie była niczym dziwnym, bo Myra Potter stała się już częścią rodziny. Od niepamiętnych czasów prowadziła moim dziadkom dom, a potem opiekowała się mną i Williem po tragicznej śmierci naszych rodziców. Niańczyła również moją mamę i jej młodszego brata, wujka Bobby’ego. Wspólnik dziadka w interesach polecił mu kiedyś Myrę, która dawniej pracowała dla lorda i lady Willowsby w Londynie. Po śmierci lady lord Willowsby przeniósł się do Kornwalii, aby zamieszkać z synem i synową, Myra przybyła do Ameryki i podjęła pracę u dziadków. Trudno było wyobrazić sobie ten dom bez niej. Wszystko, co się w nim znajdowało, traktowała jak osobistą własność i – jak mówiła babcia – „dbała o nasz majątek bardziej niż ja i dziadek”.

Myra była drobna i niepozorna, ale jej ciemnoszare oczy robiły się niemal dwa razy większe, kiedy coś ją zdenerwowało lub rozgniewało. Miała szczupłą twarz o surowych rysach, a jej uśmiech – jeśli sobie na niego pozwoliła – zdawał się wydobywać z ukrytej głębi. Wiedziałam, że pokojówki dziadków strasznie się jej bały i zwykle żadna nie wytrzymywała dłużej niż pół roku. Z kolei ludzie zajmujący się terenem – ogrodnicy, opiekun basenu czy sezonowo zatrudniani pracownicy – starali się, jak mogli, żeby swoją pracą zasłużyć na jej uznanie, zanim jeszcze skontrolował ich dziadek.

– Dobrze, ale co z Williem? – zapytałam, mając nadzieję na inną odpowiedź niż wcześniej.

Dziadek pokręcił głową. Jego twarz nadal miała odcień popiołu. Kiedy był czymś głęboko zmartwiony lub zdenerwowany, sprawiał wrażenie, jakby zatrzaskiwał się, zamykał w sobie, nie chcąc dać ujścia gniewowi, rozpaczy ani innym uczuciom, które nim targały. Ciśnienie narastało w nim jak para w kotle i wydawało się, że eksploduje. Ale jedyną oznaką wewnętrznego wrzenia były lekko drżące dłonie i usta. Ktoś, kto go nie znał, nawet by tego nie zauważył, albo zauważył zbyt późno – zwłaszcza kiedy dziadek Arnold był wściekły. Wtedy babcia Arnold mawiała: „Biada temu, kto wszedł mu w drogę!”.

Dziadek był najsilniejszym i najbardziej imponującym mężczyzną, nie tylko w moich oczach. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, ważył dziewięćdziesiąt kilogramów i był masą twardych mięśni, bez grama tłuszczu. Kiedyś pracował jako kierowca ciężarówki, a obecnie szefował własnej firmie przewozowej, jednej z największych w kraju. Dawniej cierpiał, kiedy długie trasy zmuszały go do rozłąki z rodziną, toteż z czasem założył firmę i rozbudował ją, szybko osiągnął finansowy sukces, kiedy weszła na giełdę. Nie miałam pojęcia, jak bogaty jest dziadek, ale większość ludzi, których znałam, uważała go za jednego z najbogatszych przedsiębiorców w kraju. Gdziekolwiek był, ludzie strasznie mu nadskakiwali.

Dziadek położył mi rękę na ramieniu, a potem przyciągnął do siebie i przytulił. Staliśmy tak, a lekarze i pielęgniarki mijali nas obojętnie, jakbyśmy byli niewidzialni, co jeszcze bardziej podkreślało dziwną, nierealną atmosferę tej sytuacji.

– Chodź – powiedział wreszcie, rozluźniając uścisk. Wziął mnie za rękę i poprowadził korytarzem do gabinetu, w którym personel zajmował się bardzo małym chłopcem. Malec, choć obstawiony złowrogo wyglądającym sprzętem, nawet nie pisnął. Nie płakał i w przeciwieństwie do dzieci w jego wieku nie wzywał mamy. Po prostu leżał na stole zabiegowym, a jego otwarte, niebieskie oczy były tak samo nieruchome i szkliste jak oczy ludzi w poczekalni. Blada twarzyczka zdawała się zlewać z białą poduszką, obramowana pozlepianymi, jasnymi włosami. Pomyślałam, że wygląda jak upadły anioł; cherubinek, którego przykuto do szpitalnego łóżka i który nie ma siły powiedzieć słowa.

– Co z nim jest? – zapytałam, łykając łzy.

– Podobno został otruty.

– Otruty?

– Tak, arszenikiem. Lekarze nie wiedzą, czy ktoś świadomie podał mu truciznę, czy mały zjadł na przykład trutkę na szczury.

Skrzywiłam się, powstrzymując odruch wymiotny.

Spojrzałam na dziadka i zobaczyłam na jego twarzy nowy, nieznany mi wyraz. Grozę, gniew i głęboki smutek, obecne w chwili, kiedy jechaliśmy do szpitala, zastąpiły współczucie i zainteresowanie – uczucia, które ujawniał bardzo rzadko, w takich chwilach jak śmierć moich rodziców czy śmierć babci Arnold. Na co dzień był niezwykle opanowany, jakby ustanowił sobie jasno określoną granicę, do jakiego stopnia szczerze może się uśmiechać czy śmiać się, a na ile musi powściągać swoje uczucia w stosunku do innych ludzi. Zaspokajał wszystkie potrzeby moje i Williego, ale ciągle miałam poczucie, że robi to niemal automatycznie, główną troskę o nas scedował zaś na Myrę.

Zastanawiałam się, o co dziadkowi chodzi. Dlaczego tak długo przyglądamy się temu chłopcu? Czy ma to zmniejszyć nasz żal po stracie Williego? Nie sądziłam, że cokolwiek mogłoby tu pomóc.

– Porzucono go tutaj – wyjaśnił dziadek, uważnie obserwując działania lekarzy i pielęgniarek przy chłopcu.

– Porzucono?

Wreszcie spojrzał na mnie.

– Tak powiedział mi doktor. Ponoć ktoś przywiózł dziecko do szpitala i zaraz odjechał, nie podał żadnych danych. Nie powiedział nawet, co dolega dziecku. Wszystko stało się tak szybko, że nikt nie zdążył zareagować.

– Ale co to ma wspólnego ze mną i z Myrą, dziadku?

Spojrzał na mnie, ale nie odpowiedział. Znów przeniósł wzrok na chłopca i skinął głową, jakby ktoś jeszcze przemawiał do niego.

– Gdzie jest Willie? – zapytałam, kryjąc zniecierpliwienie. Dlaczego nie idziemy do Williego, tylko do jakiegoś obcego chłopca? Może mój brat wyglądał tak okropnie, z twarzą odmienioną przez śmierć, że nie powinnam go oglądać? A przecież bardzo chciałam go dotknąć, popatrzyć na niego ostatni raz, pożegnać go! Może nawet, gdyby wiedział, że jestem przy nim, wróciłby do życia? Choć nie byłam już małym dzieckiem, wciąż wierzyłam w cuda.

– Na razie przeniosą go do takiego specjalnego miejsca w szpitalu i stamtąd zabierze go przedsiębiorstwo pogrzebowe – wyjaśnił dziadek. Głos mu się łamał, jakby zaciskało mu się gardło. Wargi i dłonie znów zaczęły mu drżeć.

Słowo „pogrzebowy” wywołało nagłą falę gorąca na mojej twarzy. Miałam wrażenie, że nagle wyssano ze mnie całe powietrze z płuc. Nogi się pode mną ugięły.

– Nie – szepnęłam tak cicho, że dziadek Arnold mnie nie usłyszał. Moja śmiałość wzrosła. – Nie – powtórzyłam głośniej. Odwrócił się i popatrzył na mnie. Ciągle trzymał mnie za rękę. – Nie! – wrzasnęłam. Przykucnęłam, wyszarpując dłoń z jego dłoni, i zaczęłam machać rękami. – Nie! Nie wierzę, że Willie nie żyje! Nieeee! – Pielęgniarka i lekarz przerwali zabiegi przy chłopcu i popatrzyli w naszą stronę.

Dziadek poderwał mnie w górę. Natychmiast uświadomiłam sobie, jak głupio to musiało wyglądać – szesnastolatka w napadzie histerii, którą trzeba potrząsnąć jak małym dzieckiem. Dla dziadka musiał to być jednak naturalny odruch. Na moment zabrakło mi tchu.

– Cii! – Pogładził mnie po włosach, po czym opuścił na ziemię, a potem poprowadził do holu, gdzie mieliśmy zaczekać na wieści o Myrze.

Ciężko opadłam na krzesło i oparłam głowę o ramię dziadka. Emocjonalny wybuch wyczerpał mnie i pozbawił resztek energii. Kiedy zjawiła się pielęgniarka z wiadomością, że Myra może już wrócić do domu, myślałam, że nie wstanę.

Poczułam, jak silna ręka dziadka podtrzymuje mnie w pasie. Ujął moją rękę. Pielęgniarka – kobieta, która trochę przypominała mi mamę – poklepała mnie po ramieniu i pogłaskała po włosach.

– Bardzo mi przykro z powodu twojego brata – powiedziała miękko. – Musisz być teraz silna, dla wszystkich – dodała.

Silna dla wszystkich? Co to za dziwne zdanie? Nie potrafiłam być silna dla nikogo.

Łzy zaszkliły mi oczy. Musiałam wyglądać tak samo somnambulicznie jak pacjenci w poczekalni, jak tamten mały chłopiec o jasnych włosach. Pielęgniarka poprowadziła nas korytarzem do innego wyjścia. W holu Myra czekała już na wózku. Obok stał salowy gotów zawieźć ją do samochodu.

– Dostała silne leki przeciwbólowe i uspokajające – zwróciła się pielęgniarka do dziadka.

Myra wyglądała okropnie. Oczy miała przymknięte, a lewy policzek przecinała krwawa szrama. Szczękę miała złamaną i nie mogła domknąć ust. Szczupła ręka tkwiła w grubym kokonie gipsu. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Wydawała się znacznie starsza i jeszcze drobniejsza. Zastanawiałam się, czy wie o Williem. Pociągnęłam dziadka za rękę.

– Czy ona wie o Williem? – spytałam cicho.

– Jeszcze nie. Zaczekaj – rzucił i pospieszył do samochodu. Za chwilę Myra została umieszczona na tylnym siedzeniu.

Pielęgniarka podała dziadkowi receptę na środki przeciwbólowe. Wziął ją i ruchem głowy dał mi znak, żebym usiadła z nianią z tyłu.

– Musisz ją podtrzymywać na zakrętach, Claro Sue – polecił. – Jest półprzytomna.

Myra jęknęła i uniosła powieki.

– Gdzie jest Willie? – spytała.

Nie musiałam nic mówić. Moje łzy wystarczyły za odpowiedź.

Wydała z siebie przeraźliwy jęk i jeszcze szerzej otworzyła oczy. Objęłam ją i przytuliłam. Dziadek prowadził spokojnie i w milczeniu. Uniosłam głowę i zerknęłam do tyłu na oddalający się szpital.

Zostawiliśmy tam Williego, pomyślałam. Zostawiliśmy go.

Myra łkała cicho w moich objęciach, kiedy jechaliśmy do domu. Wszyscy witali nas, kiedy wjeżdżaliśmy przez otwartą bramę. Jimmy Wilson dosłownie rzucił się do samochodu. Otworzył drzwi, chwycił Myrę i poniósł ją w ramionach jak dziecko. Nie kryli łez, bo straszne wieści już do nich dotarły. Najgorzej przyjęła je nasza kucharka, Faith Richards. Rozpaczała jeszcze bardziej ode mnie. Bo też nikt nie rozpieszczał Williego tak jak ona.

Myra wreszcie oprzytomniała.

– Postaw mnie. Mogę chodzić! – krzyknęła. – Nie wygłupiaj się.

Jimmy zatrzymał się przed drzwiami i delikatnie postawił ją na ziemi. Spiorunowała go wzrokiem, ale widać było, że gniewem próbuje zamaskować rozpacz.

– Twoje łóżko jest przygotowane, Myro – powiedziała Faith.

– Nie muszę leżeć.

– Absolutnie musisz – oznajmił dziadek tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Bez dyskusji.

Były to pierwsze słowa, jakie wypowiedział od wyjazdu ze szpitala. Myra spojrzała na niego, po czym ruszyła do swojego pokoju, który znajdował się z tyłu domu, obok pokoju Faith. Wtem przystanęła i popatrzyła na mnie. Wyczułam, że nie chce zostać sama. Ja też nie chciałam. Jednym skokiem znalazłam się przy niej i razem powoli przeszłyśmy szerokim korytarzem, koło kuchni, a potem skręciłyśmy w wąski korytarzyk, prowadzący do kwater służbowych. Szłyśmy w milczeniu, nie patrząc na nikogo. Bałam się, że jeśli napotkam czyjeś spojrzenie, znów wybuchnę płaczem.

Miałam wrażenie podobne do tego, kiedy człowiek zaczyna budzić się z koszmaru i przez chwilę trwa pomiędzy snem a jawą. Jednocześnie nie chciałam się obudzić ani też wrócić do koszmarnego snu. Dlaczego los tak ciężko nas doświadczył? Jak to się mogło stać?

Mieszkaliśmy w Prescott, w Wirginii, w niewielkim miasteczku, trzydzieści pięć mil na północny wschód od Charlottesville, w prawdziwym siedlisku milionerów. Łatwo tam uwierzyć, że żyjemy w bezpiecznej bańce, w której zawsze będziemy chronieni przed wszystkimi nieszczęściami tego świata.

„Pożar nie ima się bogaczy”, kiedyś Myra powiedziała do Faith. „Bogaci nie idą do więzienia. Bogatym ratuje się zdrowie w najlepszych szpitalach i dbają o nich słynni lekarze. Może nawet milionerzy mają lepsze miejsce w niebie, a umierają bez cierpień, najczęściej we śnie, bez bólu. Tak umarła lady Willowsby. Zamknęła oczy, czekając na ulubioną herbatę z biszkoptem, i już się nigdy nie obudziła. Tak jest zapisane w angielskiej konstytucji. Izba Lordów jest wyższa, więc pewnie cała pójdzie do nieba”, podsumowała wtedy i obie kobiety zaczęły się śmiać. Myra w towarzystwie Faith traciła całą swoją surową powagę. Podobnie zachowywała się tylko przy nas, dzieciach, i czasami przy dziadku.

Wcale się nie dziwiłam, że właśnie teraz przypomniała mi się ta rozmowa. Słyszałam ją jeszcze przed śmiercią rodziców i utwierdziła mnie w przekonaniu, że jesteśmy wyjątkowi i nic złego nie może nas spotkać. Wszystko zdawało się to potwierdzać.

Zanim nasi rodzice zginęli tragicznie, jeździliśmy do dziadków i u nich zasypialiśmy w poczuciu błogiego bezpieczeństwa. Czekały tam na nas czyściutkie pokoje, nowe zabawki i pościel z postaciami z naszych ulubionych kreskówek. Sceny z tych filmów były też na tapetach i na ścianach. Meble i lustra lśniły jak nowe, wykładzina była puszysta i mięciutka, a zasłony w oknach pyszniły się jak teatralna kurtyna. Kiedy Myra rozsuwała je rano, podświadomie oczekiwaliśmy, że zaraz rozbrzmi muzyka i wyskoczą kukiełki.

Willie i ja wyobrażaliśmy sobie, że zasypiamy w zamku otoczonym wysokimi murami i fosą, do którego żadne zmory ani straszydła nie mają dostępu. Dopóki w nim mieszkamy, jesteśmy bezpieczni. Może fantazjował tak pod moim wpływem, gdyż uwielbiałam snuć opowieści o rycerzach i smokach, które zawsze dobrze się kończyły. Było dla mnie ważne, żeby braciszek czuł się pewny i spokojny, zwłaszcza po śmierci rodziców.

Łatwo jest wymyślać takie bajki w Prescott, gdzie każda posiadłość powstała według indywidualnego projektu, a powierzchnię terenu mierzyło się w hektarach, strzeżonych przez kamienne mury, wysokie żywopłoty i potężne, zdobne bramy. Za każdym razem, gdy przejeżdżaliśmy obok jednej z nich, wyjątkowo efektownej, mówiłam Williemu, że to brama do bajecznej posiadłości księcia lub księżniczki. Niektóre rezydencje miały stawy z fontannami, otoczone wypielęgnowanymi klombami i ogrodami, zaprojektowanymi przez słynnych architektów krajobrazu.

Późną wiosną odbywał się konkurs na najpiękniejszą posiadłość, a nagrodę wręczano uroczyście w parku miejskim. Ludzie przybywali tam wystrojeni jak na Kentucky Derby, grała orkiestra i występowali znani wokaliści, a urzędnicy i miejscowi celebryci wygłaszali uroczyste mowy, o których Myra mówiła zgryźliwie, że ociekają wazeliną. Zawsze się z tego śmialiśmy.

Willie uwielbiał te imprezy, bo sprzedawano tam baloniki i lody, a wśród tłumu krążyli iluzjoniści, żonglerzy i klauni. Myra twierdziła, że ten piknik to kopia Covent Garden w Londynie. Zjechało się mnóstwo ludzi, także spoza Prescott. Nagroda dla zwycięzcy była imponująca. W ciągu ostatnich siedmiu lat nasz dziadek wygrał ją dwa razy. Tak wysoko oceniono wygląd naszej posiadłości.

W Prescott architekt miejski nie pozwalał na budowę bloków, więc klasa średnia, a już tym bardziej niższa – nie miały tu czego szukać. Chyba że jako służba zatrudniona w posiadłościach bogaczy. Mieszkańcy należeli do elity biznesowej i politycznej, a narzucone regulacje prawne i architektoniczne sprawiały, że trzeba było się wykazać odpowiednią pozycją i zasobnym kontem, aby dostąpić zaszczytu zamieszkania w tej okolicy. Rezydentom udało się nawet wyrugować wszystkie fast foody z miasteczka. Jedyną działalnością handlową, jaką tu tolerowano, było parę sklepów, skupionych wokół stacji benzynowej. Restauracje w Prescott „mogłyby spokojnie karmić królów”, zgryźliwie mawiała Myra. Było ich tylko sześć, wszystkie wytworne i ekskluzywne, a ich szefami zostawali absolwenci prestiżowych szkół kulinarnych. Kilka z tych lokali należało do mieszkańców.

Owe restauracje odwiedzali nie tylko ludzie z Prescott, ale i śmietanka towarzyska z całej okolicy. Wszystkie znajdowały się w eleganckich budynkach. Wystarczyło wejść do którejkolwiek z nich, aby zrozumieć, że bez grubego portfela nie ma tu czego szukać. Wyfraczeni kelnerzy i nienagannie ubrane kelnerki pojawiali się jak duchy, boye odprowadzali auta i zapraszali do środka, gdzie gości ceremonialnie witał maître, znający imiona, nazwiska i tytuły przybyłych.

Czy było w Prescott cokolwiek, co odstawało od ideału?

Słyszałam kiedyś anegdotę o tym, jak dziennikarz robił nagranie z moim dziadkiem w trakcie konkursu na najpiękniejszą posiadłość. Reporter zażartował, że do konkursu powinien być także zakwalifikowany miejscowy cmentarz, gdyż niewątpliwie jest jedną z najpiękniejszych posiadłości w okolicy.

„Pan, panie Arnold – powiedział – robi więcej dla umarłych niż dla żywych. A zapłatę za to otrzyma pan dopiero wtedy, kiedy dołączy do nich”.

Miał rację. Nagrobki i pomniki nekropolii były równie imponujące jak domy i rezydencje żyjących. One także musiały spełniać sztucznie zawyżone wymagania. Myra mówiła, że wypielęgnowana zieleń, fontanna i kaplica wyglądają jak żywcem wyjęte z jakiejś brytyjskiej, królewskiej posiadłości. „Jakby się wchodziło do Buckingham Palace albo czegoś w tym stylu” – skomentowała kiedyś. Groby kopano tylko nocą i kiedy pojawiali się żałobnicy, mogli mieć wrażenie, że ziemia rozstąpiła się elegancko, aby przyjąć ich drogiego zmarłego. Słyszałam nawet, jak Myra mówi Faith, że trzeba mieć rekomendację od królowej angielskiej, aby zyskać tam miejsce na wieczne odpoczywanie.

Teraz jednak mój dziadek aż nazbyt boleśnie się przekonał, że pieniądze, nawet jego wielki majątek, nie chronią przed nieszczęściem. Każdy zna tę prawdę, ale tu, w Prescott, usiłowano ją ignorować – trzymać śmierć na dystans, tworząc cmentarz tak atrakcyjny i imponujący, że niższe sfery dworowały sobie z tego przepychu: „Tuzy z Prescott umierają z chęci położenia się tutaj” – mawiali.

Willie na pewno tego nie pragnął, pomyślałam. Ani moi rodzice czy babcia Arnold.

Faith i ja siedziałyśmy przy Myrze, dopóki nie usnęła. Zaledwie biedna niania zamknęła oczy, Faith szybko wstała i powiedziała, że idzie do kuchni zrobić coś do jedzenia.

– Nie jestem głodna – powiedziałam. – I nie wiem, czy kiedyś będę.

Z uśmiechem pogładziła mnie po włosach.

– Będziesz, kochanie – zapewniła łagodnie. – Trzeba czymś ugościć znajomych i przyjaciół twojego dziadka, którzy wkrótce się zejdą, żeby złożyć kondolencje i pocieszać go… jak tylko się dowiedzą – dodała i oddaliła się, mamrocząc coś na temat błyskawicznego rozchodzenia się złych wieści.

Ja zostałam. Oczywiście Faith miała rację. Pamiętałam, jak szybko rozprzestrzeniła się wieść o moich rodzicach, a jeszcze szybciej o śmierci babci Arnold.

Nasz dom, okazały budynek w stylu neoklasycznym, został już wcześniej naznaczony piętnem obu tragedii. Śmierć Williego pogłębiła mroczne cienie, które dla mnie już zaczęły się gromadzić w kątach, gdzie dotąd ich nie było. Siedziałam zesztywniała i spięta na łóżku Myry, lękając się wyjść i zmierzyć z pustką wielkich pokoi, której nie będą w stanie wypełnić cenne antyczne meble i okazałe klasyczne obrazy na ścianach. Teraz głosy będą się odbijały echem od ścian, odgłos kroków będzie dłużej wisiał w powietrzu, a przez najbliższe parę godzin wszyscy będą mówić szeptem. A może już zawsze będą mówić szeptem.

Myra jęknęła przez sen. Spojrzałam na nią, ale obawiałam się jej dotknąć, taka była obolała i połamana. Wstałam powoli, nie bardzo wiedząc, dokąd iść i co robić. Naprawdę bałam się tego domu bez Williego. Bez niego czułam się tu mała i samotna. Oczywiście, czasami mnie denerwował, rozrabiał, domagał się uwagi, ale przecież był moją drugą połówką.

Skierowałam się do kuchni. Tam Faith i jedna z pokojówek w pośpiechu szykowały potrawy, co chwila pochlipywały i ocierały oczy. Na mój widok przerwały. Wyszłam, bo nie chciałam uczestniczyć w tych smutnych przygotowaniach, a nawet myśleć o nich.

Przez moment miałam ochotę zadzwonić do Lili, ale nawet tak zwyczajna czynność wydawała mi się niewykonalna. Świat powinien się zatrzymać. Nikt nie powinien się śmiać. Zegary nie powinny tykać. Nikt nie powinien pracować, bawić się, śmiać. Przeszłam przez salon i przystanęłam pod drzwiami gabinetu dziadka. Siedział przy biurku, ściskając siwe skronie dużymi, silnymi dłońmi i wpatrując się w swój ulubiony obraz – portret mojej mamy. Nie byłam w stanie wykrztusić słowa. Wreszcie dziadek uniósł głowę.

– Jak tam Myra? – zapytał.

– Zasnęła.

– To dobrze. Posłałem Jimmy’ego, żeby wykupił dla niej lekarstwa. – Wyprostował się za biurkiem. – Zadzwoniłem do twojej drugiej babci – ciągnął. Zawsze nazywał mamę taty „drugą babcią” i nie używał jej nazwiska – Sanders, które było także i moim. Nazywała się Patricia Sanders. – Przyjedzie na pogrzeb razem ze swoją siostrą Sally. Zdaje się, że ostatnio widujemy się z nimi tylko na pogrzebach. Pogrzeby… – Westchnął. – Śmierć ma u nas używanie.

Dłonie same zacisnęły mu się w pięści. Sprawiał wrażenie, jakby miał wyskoczyć zza biurka i rzucić się z pięściami na cały świat. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przypuszczam, że otrzeźwiła go moja mina. Rozprostował pięści i wstał.

– Moja sekretarka, pani Mallen, już tu jedzie. Załatwi wszystkie pogrzebowe formalności – wyjaśnił. – Twój wujek Bobby też wkrótce się pojawi – dodał bez zbytniego entuzjazmu.

Spojrzałam na niego z zainteresowaniem. I Willie, i ja uwielbialiśmy wujka Bobby’ego, ale stosunki wujka z dziadkiem mało przypominały relację ojca i syna. Moim zdaniem nie tylko dlatego, iż Bobby nie chciał mieć nic wspólnego z interesami dziadka.

Z wyglądu bardziej przypominał babcię niż dziadka. Był wysoki i szczupły. Miał oczy babci, niebieskie jak morze, kobiece, wysokie kości policzkowe i jej subtelne rysy. Mój dziadek był krępy, muskularny i na pierwszy rzut oka mógł raczej uchodzić za barmana czy wykidajłę niż za właściciela wielomilionowej fortuny, przeważnie paradującego w garniturach i pod krawatem.

Z tego, co wiedziałam, wujek Bobby zawsze bardziej interesował się muzyką i teatrem niż prowadzeniem przedsiębiorstwa przewozowego. Chciał zostać choreografem na Broadwayu. Aktualnie przygotowywał nową produkcję, wznowienie musicalu Anything Goes. Dziadek czasami przychodził na jego występy w szkolnych przedstawieniach w liceum, ale nie oglądał już studenckich popisów syna i tylko raz pojawił się na Broadwayu na jego spektaklu – i to jedynie dlatego, że do teatru wybrała się cała rodzina. Tymczasem babcia Arnold i moja mama śledziły karierę Bobby’ego, tyle że starały się nie rozmawiać o niej z dziadkiem. Jeśli przypadkiem poruszano ten temat, dziadek po prostu wstawał od stołu i wychodził.

– Lepiej idź na górę i trochę odpocznij, Claro Sue – powiedział, wychodząc zza biurka. – Zajrzę do ciebie, kiedy wrócę.

– Dokąd się wybierasz, dziadku?

Nie odpowiedział od razu. Widać było, że ma zamiar wykręcić się od odpowiedzi.

– Jadę do przedsiębiorstwa pogrzebowego – wyjaśnił w końcu. – A potem do szpitala.

– Po co? Chcesz zobaczyć Williego? W takim razie jadę z tobą!

– Nie jadę tam, żeby zobaczyć Williego – powiedział. – Dla niego nic już nie mogę zrobić.

– Więc dlaczego jedziesz do szpitala, dziadku? Zapłacić rachunki?

Omal się nie uśmiechnął.

– Nie – odparł. Na moment zacisnął usta, jak ktoś, kto wolałby nie wypowiadać pewnych słów, a potem powiedział coś bardzo dziwnego: – Twoja babcia chce, żebym tam wrócił.

– Co?

– Do tego drugiego chłopczyka – dodał. Miał dziwny wyraz twarzy; takiej miny nigdy u niego nie widziałam. – Była ze mną przez cały czas. Pocieszała mnie po stracie Williego, ale kiedy spojrzałem na tego drugiego chłopczyka, naprawdę zaczęła mi szeptać do ucha.

– Tamtego otrutego chłopczyka?

– Tak.

– Dlaczego?

– To dziecko przeżywa ogromny dramat.

Mimo woli zmrużyłam powieki. Wściekłość, która wzbierała we mnie razem z żalem i rozpaczą, gwałtownie domagała się ujścia. Babcia Arnold mawiała, że Willie i ja jesteśmy najbardziej pokrzywdzonymi dziećmi, jakie można sobie wyobrazić, gdyż straciliśmy oboje rodziców w strasznym wypadku.

– On nie ma nikogo, Claro Sue – rzekł dziadek, widząc zmieszanie i wzburzenie na mojej twarzy. – Pamiętasz chyba, jak babcia współczuła dzieciom okrutnie potraktowanym przez los. To dziecko nie ma nikogo i niczego. Chcę zapewnić mu najlepszą opiekę medyczną.

W głębi serca czułam, że powinnam być dumna z takiego nastawienia dziadka, lecz z drugiej strony uważałam, że nie czas na współczucie dla innych, skoro to my wymagamy współczucia. Teraz wszyscy powinni pomagać nam, a nie na odwrót.

Nagle poczułam nienawiść do tego dziwnego chłopca. Czy ktoś miałby prawo mnie za to obwiniać? Pragnęłam włożyć całą swoją energię i siłę, jakie mi jeszcze zostały, w opłakiwanie brata i spodziewałam się tego samego po dziadku. Nie życzyłam sobie, żeby ktoś stanął między nami w tym momencie. Cała nasza uwaga ma być poświęcona Williemu i martwienie się o czyjeś dziecko – a zwłaszcza dziecko osoby, która porzuciła własne potomstwo – w moim pojęciu było niestosowne i uwłaczało pamięci mojego brata. Z drugiej strony było jasne, że dziadek bardzo chce pomóc tamtemu chłopcu. A wszystko za sprawą mojej babci, której duch pojawił się w szpitalu i szeptał mu do ucha!

A przecież dziadek nie był typem człowieka wierzącego w duchy ani w żadne cuda. Kiedyś ulegał babci Lucy i od czasu do czasu wybierał się do kościoła, lecz po jej śmierci przestał to robić i zjawiał się tam jedynie na śluby i pogrzeby. Tragedie, które nas nawiedziły, uczyniły go bardziej cynicznym. Nie cierpiał „pastorskiego przynudzania”, jak je nazywał. „Oni też nie wiedzą, jak radzić sobie z tym podłym światem” – mruczał pod nosem, może nawet bardziej z żalem niż z gniewem.

Pokręciłam głową. Łzy zakręciły mi się w oczach. Dziadek niespodziewanie położył mi dłonie na ramionach i popatrzył wnikliwie w moje załzawione oczy, a potem delikatnie ujął moją prawą dłoń w swoją lewą. Ścisnął tak mocno, że zabolało, ale bałam się nawet pisnąć.

– Czy wiesz, Claro Sue – dziadek zniżył głos do szeptu – że w tej samej chwili, kiedy odszedł twój brat, do szpitala przywieziono tego chłopczyka, walczącego o życie? To musi coś znaczyć. – Ostatnie zdanie powtórzył jeszcze ciszej i zdawał się przenikać mnie wzrokiem, jakby zamiast wnuczki widział swoją zmarłą żonę. – To musi coś znaczyć…

Upłynęło wiele czasu, zanim zaczęło znaczyć na tyle, abym zgodziła się przyznać dziadkowi rację.

Należało powiedzieć prawdę.

Której nie chciałam do siebie dopuścić.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

Prolog

1

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W pułapce losu Splątane korzenie Mroczny las Willow Tajemniczy brat Pamiętnik Christophera. Duchy Dollangagerów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer