18 brumaire'a Ludwika Bonaparte

18 brumaire'a Ludwika Bonaparte

Autorzy: Karol Marks

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Filozofia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 280

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 15.79 zł

18 brumaire'a Ludwika Bonaparte to klasyka eseju politycznego. W tym pisanym z polemicznym zacięciem, przesyconym szyderczym poczuciem humoru, pełnym literackich i historycznych odniesień tekście Karol Marks analizuje mechanizmy polityczne i społeczne, które umożliwiły Ludwikowi Bonaparte wykorzystanie rewolucji lutowej 1848 roku i ogłoszenie się cesarzem.

 

Esej Marksa jest jednak nie tylko błyskotliwą analizą sytuacji we Francji w latach 1848–1851 – to także opis pewnych stale powtarzających się w demokracji mechanizmów. Dlatego nowe wydanie 18 brumaire’a poprzedzamy wstępem Marka Beylina, publicysty „Gazety Wyborczej”. Beylin krytycznie czyta tekst Marksa i zestawia go z piśmiennictwem epoki, szukając w nim odpowiedzi na pytanie o fenomen nowoczesnego populizmu i kondycję współczesnej demokracji.

ISBN 978-83-64682-60-5

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Marek Beylin. Marks patrzy na populizmRepublika lutowa i jej pogromca

Konflikt klasowy dzisiaj, czyli żądanie suwerenności ludu

Marks i bonapartyzm

Tocqueville patrzy na zamach

Hugo: Mały Napoleon. Portret nieudacznika

Proudhon, czyli święta kwestia socjalna

Bonapartyzm w demokracji

Karol Marks. 18 brumaire’a Ludwika BonapartePrzedmowa do drugiego wydania

Przedmowa Engelsa do trzeciego wydania niemieckiego

I

II

III

IV

V

VI

VII

Indeks nazwisk

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Marek Beylin

Marks patrzy na populizm

To właśnie w tym eseju Karol Marks, trawestując Hegla, ukuł słynną formułę, że historia jest dramatem, ale powtarza się jako farsa. Zapomniał dodać, że farsa może stać się trwałym stanem historii i dawać całkiem ponure rezultaty. Pisząc w Osiemnastym brumaire’a Ludwika Bonaparte o farsie, Marks miał na myśli zamach stanu dokonany przez Ludwika 2 grudnia 1851 roku, który w miejsce republiki ustanowił swą dyktaturę. Zaś przywołany przez Marksa dramat zmieniający historię wydarzył się pół wieku wcześniej, gdy 18 brumaire’a roku VIII, czyli 9 listopada 1799 roku, Napoleon, stryj Ludwika, obalił Dyrektoriat i został pierwszym konsulem. Ale historia, jaką opisuje Marks, koniec republiki i początki dyktatury, nie dobiegła kresu ani wtedy, ani wraz z upadkiem Ludwika Bonapartego. Przeciwnie, prowadzi nas ona prosto do współczesności. Bo ustrój ucieleśniany przez bratanka Napoleona, owa podówczas oryginalna mieszanina dyktatury jednostki i demokracji plebiscytarnej, konserwatyzmu i reform socjalnych oraz stawki władzy na jedność społeczną przy jednoczesnym różnicowaniu się społeczeństwa, wdarł się na stałe do demokratycznej wyobraźni. Utrwalił się jako jedna z jej pokus i nierzadko objawia się jako jeden z jej silnych głosów.

We Francji tendencja ta, wciąż śledzona przez historyków i politologów1, znana jest jako bonapartyzm. Jego ślady łatwo rozpoznać nawet dziś w poczynaniach francuskich prezydentów. Ale przecież już nie pod nazwą bonapartyzmu, lecz w lokalnych, często bezimiennych odmianach, owa specyficzna chemia władzy i równie specyficzne wyobrażenie, czym jest społeczeństwo, występują w wielu krajach europejskich, także w Polsce. To nie znaczy, rzecz jasna, że dziewiętnasto- i dwudziestowieczne demokracje zapatrzyły się w rządy Ludwika Bonapartego. Podobieństwa wynikają raczej ze wspólnego spadku europejskich czy, ściślej, części kontynentalnych demokracji po społeczeństwach i ustrojach niedemokratycznych. Mamy więc do czynienia ze zjawiskiem bardziej uniwersalnym niż tylko burzliwa historia francuskiego dyktatora – uchwyconym u narodzin przez Marksa oraz innych cennych obserwatorów: Victora Hugo, Pierre’a Josepha Proudhona oraz Alexisa de Tocqueville’a.

Fascynujące są nie tyle różnice między tymi czterema spojrzeniami na fenomen Ludwika Bonapartego, co podobieństwa w odczytywaniu głębszych procesów społecznych i politycznych, zwłaszcza między tak odległymi ideowo Marksem a Tocqueville’em. Umieszczony w tej czwórce autorów Marks jawi się mniej odrębny, niż przywykliśmy sądzić. Przyjęło się bowiem w Polsce, by nie tylko Marksa nie czytać, lecz także, by, widząc w nim jedynie ojca założyciela krwawego totalitaryzmu, wyjmować go z „normalnej” historii myśli europejskiej. W częstych u nas wyobrażeniach Marks bytuje w symbolicznej przestrzeni gdzieś między Atyllą a Stalinem i Hitlerem. W tej kwestii warto pokusić się o korektę.

O Marksie filozofie i twórcy idei komunizmu napisano liczne tomy. Polski dorobek na ten temat jest fundamentalny, by wymienić choćby dzieło Leszka Kołakowskiego2. Byłbym nieprzytomny umysłowo, gdybym do tego piśmiennictwa chciał dołożyć swoje trzy grosze, licząc na własną oryginalność. Interesuje mnie tu Marks nie jako twórca marksizmu (i nie sam marksizm), lecz jako obserwator rodzącej się populistyczno-demokratycznej dyktatury, której różne wątki ujawniają się w tle czy, bywa, w centrum naszych demokracji. Stąd moje liczne wycieczki do współczesności; nie mają one zatrzeć różnic między tymi stuleciami, tylko uzmysłowić zmienną ciągłość problemów i, nierzadko, rozwiązań. Dotykam więc skrótowo kwestii funkcjonowania rodzącej się demokracji, kształtowania opinii publicznej, konfliktu klasowego i, co kluczowe, ewolucji populistycznego autorytaryzmu. Marks, Tocqueville, Hugo i Proudhon zajmowali się tym w przywołanych przeze mnie tekstach. Zajmujemy się tym i my – to też nasze problemy.

Marksa przestrogi dla demokracji – tak proponuję czytać Osiemnasty brumaire’a Ludwika Bonaparte, zachowując jednak w pamięci, że demokracja udzieliła myśli Marksa i marksistom surowych i skutecznych pouczeń.

Republika lutowa i jej pogromca

Ale cóż się wydarzyło owego 2 grudnia 1851 roku? Krótkie przypomnienie. W lutym 1848 roku wybuchła rewolucja, kolejna po niespełna osiemnastu latach, poświadczająca, że od 1789 roku Francja weszła w rytm następujących po sobie rewolucji i restauracji; rytm, w którym rewolucje nie utrwalały swego panowania, zaś restauracje nie cofały kraju do poprzednich czasów. Lud, czyli paryskie mieszczaństwo, obalił monarchię Ludwika Filipa. Była to rewolucja klas średnich, rozwścieczonych tym, że hasło monarchii „Bogaćcie się” okazało się prawdziwe tylko w przypadku nielicznych, tych najbogatszych. Zablokowane aspiracje ekonomiczne oraz polityczne mieszczaństwa, któremu reżim odbierał wolność słowa i zgromadzeń, a nie dał prawa głosu w wyborach (w 1847 roku Francja miała 240 tysięcy wyborców na 35 milionów mieszkańców), szalejąca korupcja i niemal samobójcza ostentacja najbardziej uprzywilejowanych wywołały ową, jak to wówczas nazwano, „rewolucję pogardy”3.

W Paryżu wyrosły barykady, a po trzech dniach starć, łagodnych jak na tamtejsze rewolucje, bo zginęło „tylko” kilkadziesiąt osób, król uciekł. Nastał czas republiki demokratycznej i socjalnej. Powszechne prawo głosu dla mężczyzn (uważano, że kobiety nie dysponują autonomicznym i rozsądnym sądem), wolność prasy i zgromadzeń, zniesienie kary śmierci i niewolnictwa w koloniach – państwa z takimi wolnościami i prawami Europa jeszcze nie oglądała. No i po raz pierwszy silnie zabrzmiała kwestia praw robotniczych. Nowa republika pod wpływem socjalistów zagwarantowała wszystkim – jak się rychło okaże, utopijnie – prawo do pracy i zorganizowała państwowe warsztaty narodowe dla bezrobotnych. Pracowało w nich kilkaset tysięcy osób, w samym Paryżu jakieś 100 tysięcy.

Warsztaty okazały się nader kosztowne i źle zorganizowane, brakowało w nich narzędzi oraz pracy. Stanowiły też obrazę coraz silniejszej liberalnej mentalności; dostają państwową pensję za to, że nic nie robią – ten pogląd był nader popularny. Gdy w czerwcu 1848 roku parlament ogłosił likwidację warsztatów, w Paryżu wybuchło powstanie robotnicze, brutalnie stłumione przez wojsko. Powstańcy domagali się nie tylko warsztatów, lecz także, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, rozbudowanego państwa opiekuńczego. W powstaniu zginęło około 10 tysięcy ludzi, zamknięto socjalistyczne gazety oraz organizacje. „Próba «przyspieszenia historii» zakończyła się krwawo. Na głębokie reformy typu socjalistycznego było jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Większość paryżan i mieszkańców Francji obawiała się radykalizacji powstania i powtórzenia wariantu jakobińskiego sprzed lat. Pamięć przeszłości studziła zapały” – pisze polski historyk Andrzej Chwalba4.

Demokratyczne uniesienie pierwszych miesięcy republiki okazało się mniej trwałe niż pragnienie spokoju i porządku. Wyborcy odwrócili się od republikańskich bohaterów lutowych, ale odrzucili też powrót do niedawnej monarchicznej przeszłości. W wyborach prezydenckich 10 grudnia 1848 roku zwyciężył Ludwik Bonaparte, oferując nazwisko oraz nowe otwarcie: miksturę haseł o porządku i reformach socjalnych, wolności i jedności narodowej. Wystawiony przez konkurencyjne partie monarchistyczne generał Cavaignac, który rozgromił czerwcową rewoltę robotników, zebrał solidne 1,5 miliona głosów, republikanin Lamartine, bohater dni lutowych – niemal sto razy mniej.

Czy aby rzeczywistość nie zadrwiła z demokratycznej zasady powszechnego głosowania? O to Francuzi będą spierać się przez lata. Bo to, co miało być filarem republiki, wyniosło do władzy dyktatora. Jak jednak mogło być inaczej, skoro spośród nowych dziewięciu milionów wyborców (poprzednio, przypomnę, 240 tysięcy) większość tworzyli analfabeci; „na ich polityczną edukację składały się legendy i niemal wyłącznie ustne przekazy tradycji”5. Wygrała więc legenda, ale republika przegrała może bardziej przez swe słabości niż przez popularność i demagogię Ludwika Bonapartego.

Przez kilka lat istnienia republika oscylowała między lękiem przed socjalizmem i aspiracjami robotniczymi a obawami przed powrotem poprzednich monarchicznych reżimów. Victor Hugo napisał o monarchii lipcowej, że wzbogaceni w niej ludzie „wdrapali się na dach i wciągnęli za sobą drabinę”6, odcinając innych od profitów z rozwoju. Formułą Hugo można opisać stosunek bogacących się mieszczan do robotników po 1848 roku: mieszczanie, wspinając się po szczeblach dobrobytu, także wciągnęli za sobą drabinę. Toteż robotnicy nie mieli specjalnych powodów, by okazywać lojalność republice. Zaś dla bogacących się mieszczan nowy ustrój ujawniający roszczenia biedniejszych warstw często jawił jako zagrożenie. Niechętne republice były także silne partie monarchistyczne – bardziej liberalna orleańska i ultrakonserwatywna burbońska, tzw. legitymiści – oraz wpływowy na wsi Kościół. Spod republikańskich praw pragnął wyrwać się również nowy prezydent, który wraz ze swą partią nie przepuszczał okazji, by władzę ustawodawczą obchodzić lub ośmieszać. Sytuację republiki pogarszało jeszcze i to, że ludzie nie byli przyzwyczajeni do politycznych walk i podziałów. Republika kojarzyła się bardziej z chaosem niż z porządkiem. Ba, często nawet kojarzyła się bardziej z miękką restauracją niż z nowym systemem. Nie tylko dlatego, że z braku nowych kadr powierzała wiele stanowisk ludziom poprzedniego reżimu. Przede wszystkim po kilkumiesięcznym zamieszaniu realną władzę sprawuje zawiązana, by przeciwdziałać radykałom, koalicja partii monarchistycznych wspierana przez notabli i Kościół. Republika z jej zasadami stawała się jedynie piękną fasadą zrujnowanego gmachu.

Ludwik Napoleon świetnie wyczuwał nastroje i dostosowywał do nich język. „Nazwisko Napoleona samo jest programem, oznacza ono wewnątrz kraju porządek, władzę, religię i dobrobyt ludu; na zewnątrz – godność narodową. Taką politykę chcę uczynić zwycięską z poparciem kraju, Zgromadzenia i ludu”7 – pisał prezydent w jednej z licznych polemik ze Zgromadzeniem Narodowym, czyli parlamentem.

Kiedy zapragnął pełnej władzy? Trudno o jasną odpowiedź, ale zazwyczaj takie postanowienia rodzą się stopniowo pod wpływem wielu koniunktur. Nawet wielki Napoleon nie od razu wymyślił siebie jako cesarza i jedynowładcę, całkiem długo kołatała się w nim lojalność wobec republiki, co fenomenalnie pokazał Bronisław Baczko8. Małemu Napoleonowi, jak nazwał Ludwika Bonaparte Hugo, sprzyjało wiele w krystalizacji zamiarów: zamęt demokratycznej republiki, lęk przed rewolucją, pogarda dla niedawnej monarchii i mit napoleoński łączący nostalgię za wielkością Francji, pragnienie porządku i narodowej jedności. Spośród różnych wyobrażeń władzy właśnie ta napoleońska wydawała się – jakże złudnie – najbardziej żywa i sprawna. Ale II Cesarstwo nie nastało od razu, a gdy już nadeszło, okazało się w końcu nie tyranią, lecz w pewnej mierze restauracją demokratycznych zasad i -znów: do pewnego stopnia – państwem praw socjalnych. Bonapartemu daleko było do wizerunku nieudolnego durnia, rysowanego w pamfletowej retoryce przez Marksa, Tocqueville’a, Hugo i Proudhona. Przeciwnie, jako polityk poczynał sobie całkiem udatnie, a Francja II Cesarstwa rozwijała się niezwykle energicznie. Zresztą demontowanie własnej dyktatury wymaga więcej wyobraźni i talentu, niż spodziewamy się po kretynie i nieudaczniku.

Początki tej skomplikowanej ewolucji były brutalne i mroczne. Najpierw Ludwik Bonaparte, gdy kończyła się jego czteroletnia kadencja prezydencka, a konstytucja zakazywała ponownego startu w wyborach, chciał wynegocjować ze Zgromadzeniem Narodowym zmianę tego prawa. To się nie powiodło, więc w nocy z 2 na 3 grudnia 1851 roku dokonał zamachu stanu. Z pomocą armii – bez jej poparcia nie miałby szans – rozpędził parlament, aresztował opozycję (w tym Tocqueville’a) i drastycznymi metodami stłumił próby oporu. W samym Paryżu, mniej zrewoltowanym zamachem niż niektóre miejsca na prowincji, zginęło kilkaset osób, część w masowych egzekucjach. W całej Francji aresztowano ponad 27 tysięcy republikanów lub ludzi tylko podejrzanych o opozycyjność. Procesy i deportacje do ciężkich więzień w koloniach trwały jeszcze długie miesiące. Wielu przeciwników Ludwika Bonapartego uciekło za granicę, w tym Victor Hugo, który jako jeden z republikańskich przywódców walczył na paryskiej barykadzie.

Jednak choć tak klasyczny, był to zamach szczególny, bo poddany jeszcze w grudniu referendum, które miało zalegalizować nową władzę i dać zgodę na nową konstytucję. Stanęły przeciw sobie nie tylko republika i dyktatura, lecz także dwa fundamenty demokracji: konstytucja i legalne władze przeciw bezpośredniej woli ludu wyrażonej w referendum. To rozdarcie do dziś straszy demokrację.

Ludwik Bonaparte wygrał referendum nie tylko dlatego, że szalał terror, a opozycja siedziała w więzieniach albo była skazana na milczenie. Mimo zamachu i represji był wciąż najpopularniejszą postacią polityczną Francji. Francuzi akceptowali go jako dyktatora, a od 7 listopada 1852 roku jako cesarza (II Cesarstwo także zaaprobowano w referendum). Bo ucieleśniał legendę napoleońską? To za mało. Ludwik Napoleon godził ducha stabilizacji i rozwoju z duchem wielkiej rewolucji. Stanowił zaporę przeciw „czerwonemu niebezpieczeństwu”, co kontentowało klasy średnie, Kościół i konserwatystów, sprzyjał także kapitalistycznej modernizacji Francji. Hasło „Bogaćcie się”, tak skompromitowane za monarchii lipcowej, dla wielu stało się treściwe. Wreszcie, i w tym wyrażał się ów duch rewolucji, cesarz wprowadził ważne polityczne instrumenty państwa socjalnego: prawo do strajków i zakładania związków zawodowych. Przywrócił też – w duchu republikańskim – częściową władzę parlamentu. Było to więc cesarstwo samoograniczające swą władzę. Przygotowało nadejście republiki, która zrodziła się na jego gruzach w 1870 roku, po klęsce w wojnie z Prusami.

Jednak II Cesarstwo to nie tylko czas budowania nowych instytucji, lecz także narodzin wielkich zbiorowych namiętności. Przede wszystkim nacjonalizmu i antysemityzmu, co akurat Marksowi, błyskotliwemu obserwatorowi procesów społecznych, umykało. Dlaczego? Hannah Arendt tłumaczy to tym, że Marks „skoncentrował się wyłącznie na zjawisku walki klasowej toczącej się wewnątrz społeczeństwa oraz na problemach produkcji kapitalistycznej, w której Żydzi nie liczyli się ani jako nabywcy, ani jako sprzedawcy siły roboczej, a jednocześnie lekceważył kwestie polityczne, co siłą rzeczy uniemożliwiało mu zgłębienie struktury państwa, a wobec tego i roli Żydów”9.

Ponadto czyż nacjonalizm, wyłaniający się jako swego rodzaju kompensacja konfliktów klasowych, mógł Marksowi wydawać się czymś więcej niż sztuczką możnych, społeczną pianą złudzeń? Przywołajmy ponownie Hannah Arendt, zafascynowaną Marksem – jego rozmachem w dostrzeganiu wielkich, także podskórnych procesów społecznych i tym, jak dramatycznie oblekał marginalne, zdawałoby się chaotyczne poruszenia w dziejowe tendencje – lecz opisującą samego Marksa i jego czasy z diametralnie innej perspektywy.

„Państwo – w postaci czy to nowej republiki, czy to zreformowanej monarchii konstytucyjnej – odziedziczyło jako swą naczelną funkcję opiekę nad wszystkimi mieszkańcami swojego terytorium, niezależnie od ich narodowości, i miało funkcjonować jako naczelna instytucja prawna. Tragedia państwa narodowego polegała na tym, że na przeszkodzie w pełnieniu tych funkcji stanęła rosnąca świadomość narodowa ludu. W imię woli ludu państwo było zmuszone do uznania za obywateli tylko «członków narodu», do zagwarantowania pełnych praw obywatelskich i politycznych tylko tym, którzy należeli do społeczności narodowej na zasadzie pochodzenia i urodzenia. Oznaczało to, że państwo zostało częściowo przekształcone z narzędzia prawa w narzędzie narodu.

Podbój państwa przez naród został znacznie ułatwiony przez upadek monarchii absolutnej i wynikający stąd rozwój klas. Od monarchy absolutnego oczekiwano, że będzie służył interesom narodu jako całości (…); wraz z obaleniem króla i uzyskaniem suwerenności przez naród ten wspólny interes był nieustannie zagrożony tym, że zastąpi go konflikt interesów klasowych i walka o opanowanie interesów państwa, a więc był stale zagrożony przez wojnę domową. Wydawało się, że jedyną więzią między obywatelami państwa narodowego pozbawionymi monarchy symbolizującego ich fundamentalną wspólnotę pozostało narodowe, a więc wspólne pochodzenie. Toteż w stuleciu, w którym wszystkimi klasami oraz odłamami ludności rządził interes klasowy lub grupowy, interes narodu jako całości miał być zagwarantowany przez wspólne pochodzenie, czego uczuciowym wyrazem był nacjonalizm” – pisała Arendt o związkach między konfliktem klasowym a nacjonalizmem, posiłkując się historią Francji10.

Oczywiście Marks w Osiemnastym brumaire’a dostrzegł proces tworzenia się narodu francuskiego11, opisując stosunek chłopów do armii. Armia była „point d’honneur drobnych chłopów: przemieniała ich w bohaterów, broniła na zewnątrz nowej własności, głosiła chwałę ich dopiero co powstałej narodowości, grabiła i rewolucjonizowała świat. Mundur był ich własnym strojem państwowym, wojna – ich poezją, przedłużona i zaokrąglona w wyobraźni parcela – ich ojczyzną, a patriotyzm – idealną formą umiłowania własności”12. W Europie wyjście chłopów z własnego gospodarstwa w świat wieńczyło proces budowy narodu i państwa narodowego. W różnych krajach przebiegał on z różną prędkością. We Francji narodowa emancypacja chłopów dokonała się około 1914 roku, w Polsce – w dużej mierze w międzywojniu, gdy niemała ich część zyskiwała poczucie obywatelstwa. Ale proces ten dopełnił się po drugiej wojnie światowej, bo choć chłopów – jak innych – wówczas represjonowano i pozbawiono reprezentacji politycznej, to jednak uczestnictwo w odbudowie kraju, udział, nawet przymusowy, w industrializacji, napływ do miast, wpisywały ich w narodową wspólnotę. Tyle że w naszej współczesnej historiografii brak poważnych studiów w tej kwestii. To wciąż temat tabu: naród miałby się tworzyć także za komunizmu?

Konflikt klasowy dzisiaj, czyli żądanie suwerenności ludu

Dla Marksa, rzecz jasna, siłę wyzwolicielską niósł konflikt klasowy; emancypacje narodowe, zwłaszcza w podbitych narodach, mogły mu do pewnego stopnia służyć, naruszając system, lecz nie prowadziły do rzeczywistej, czyli rewolucyjnej zmiany. W Polsce i we wszystkich krajach, które żyły pod komunizmem, sformułowanie „konflikt klasowy” ma szczególną wymowę. Był to jeden z ideologicznych wsporników totalitarnej władzy, w imię walki klas zabijano i gnojono ludzi. Zaś realne konflikty klasowe, istniejące przecież w komunistycznej rzeczywistości, władza starała się skrywać. Pojęcie konfliktu klasowego stanowiło część gramatyki władzy. Próby odzyskania tego konfliktu dla opisu społeczeństwa, np. w Liście otwartym Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, prowadziły często do więzienia. Toteż konflikt klasowy jest w byłych krajach komunistycznych na ogół pojęciem wyklętym, kojarzy się głównie z przemocą władzy i totalitarną propagandą. N a w e t d z i ś u w a ż a s i ę u n a s d o ś ć p o w s z e c h n i e, ż e k t o m ó w i o k o n f l i k t a c h k l a s o w y c h, t e m u n a d g ł o w ą ł o p o c z e c z e r w o n y s z t a n d a r. Jednak, choć da się pojąć psychologiczne przyczyny takiego odrzucenia, nie zmienią one historii. W XIX wieku i sporej części XX stulecia konflikt klasowy był jednym z ważnych – nie, jak chciał Marks, jedynym ważnym – konfliktów budujących społeczeństwa i ich stosunki z władzą. Został wchłonięty do demokracji i uprawomocniony, dając jej zbawienną stabilność. Związki zawodowe to przecież emanacja konfliktu klasowego, nawet jeśli odżegnują się od takiej retoryki. I jeszcze jedna oczywistość: wraz z powstawaniem państw dobrobytu oraz zanikiem tradycyjnej klasy robotniczej konflikt klasowy traci ostrość, lecz nie niknie, tylko rozpełza się w przestrzeni społecznej. Na ogół nie niesie już rewolucyjnego przesłania, tylko żądanie korekty lokalnych warunków. Odnajdujemy go u nas w supermarketach, gdzie obsługa pracuje w dzikich warunkach, w kopalniach, których szefostwo zwiększa wydobycie za cenę bezpieczeństwa pracowników, w pracy na czarno bez praw socjalnych, w masowych umowach śmieciowych, obniżających koszty zatrudnienia, jednym słowem wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z bezpośrednim wyzyskiem. Ujawnia się też wśród młodych ludzi urodzonych w latach 80., którzy wobec zablokowanego rynku pracy muszą podejmować się zajęć poniżej ich wykształcenia bądź na nędznych warunkach… a tylko nieliczni, na ogół pochodzący z rodzin o wyższym statusie społecznym, mają przywilej łatwiejszego dostępu do stabilizacji i kariery.

Zresztą coraz głośniej mówi się dziś o odtwarzaniu się społeczeństw klasowych w Europie, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Francuski historyk Pierre Rosanvallon, opisując narastanie nierówności w europejskich społeczeństwach, twierdzi, że wszyscy ci, którzy żyją z pracy własnych rąk, nie mogą już myśleć o bezpiecznej egzystencji. Ochronę przed deklasacją dają już tylko dobra odziedziczone, czyli rentierstwo. Toteż duża część klas średnich traci poczucie bezpieczeństwa w systemie13.

Konflikt klasowy obejmuje także dostęp do wiedzy i informacji. W latach 90. w państwowych uczelniach w wielkich miastach studiowała głównie wielkomiejska młodzież, wieś i małe miasteczka były w dużej mierze wykluczone z porządnej edukacji, której wciąż nie zapewniają prywatne szkoły. To się zmienia, dziś ta przepaść nie oddziela już dużych miast od małych, tylko wieś od reszty kraju, wraz z miasteczkami. Konflikt, choć zmienił zasięg, pozostaje. Zresztą w różnych krajach narasta gniew młodych ludzi; wśród europejskiej młodzieży rodzi się poczucie, że oszczędności pokryzysowe państw najbardziej uderzają w ich przyszłość. Ta wzbierająca dopiero fala niezadowolenia może okazać się zapalnym problemem całej Europy.

Konflikt klasowy ujawnia się także w nieoczekiwanych miejscach: napędza formacje nacjonalistyczno-populistyczne. Zauważył to francuski filozof Marcel Gauchet w eseju Niemiłe niespodzianki zapomnianego: walka klas z 1990 roku14. Choć dziś mówienie o walce klas stało się nieprzyzwoite – wywodzi Gauchet – wyłania się ona tam, gdzie nikt jej się nie spodziewał: przysparza wyborców Frontowi Narodowemu Le Pena. Tworzy się bowiem nowy „lud” gromadzący, obok „dołów społecznych”, klasy średnie, przedsiębiorców, mieszkańców zamożnych dzielnic. Wszystkich łączy to, że czują się pozbawieni reprezentacji oraz wpływu na decyzje polityczne. Mają rewoltujące poczucie niemocy, wyrażające się w negatywnej definicji całego systemu: „To powinniśmy być my, a to są oni” – pisze Gauchet. Polityka lewicy, także mediów i intelektualistów, tylko wzmacnia to poczucie odrzucenia. Bo to głównie lewicowe środowiska, zamiast rozpoznać ów „lud” wydziedziczonych z poczucia wpływu na rzeczywistość, coraz surowiej go napominają, ładując zbiorowo do worka z etykietą „rasiści”. Co tylko utrwala mur, jaki wyrósł między elitami a różnymi grupami ludności, między Francją oficjalną i szlachetną a tą zepchniętą na niegodny margines.

Konsekwencje są jasne: zamiast słabnąć, Front Narodowy rośnie w siłę, bo stał się głównym wyrazicielem głębokiego pęknięcia społecznego, a nie autorytarnego czy rasistowskiego zwrotu we Francji. Nasilają się postawy antyparlamentarne i plebiscytarne, zaś Le Pen nałożył kostium zrewoltowanego demokraty. Jest w tej nowej roli rzecznikiem owego ludu, który domaga się odzyskania suwerenności zabranej przez „oligarchię narzucającą swoje decyzje z pogardą dla mas”15.

To żądanie suwerenności wyrasta z dwóch problemów odczuwanych przez wielu ludzi i chętnie podejmowanych przez Front Narodowy: imigracji i braku poczucia bezpieczeństwa związanego m.in. ze wzrostem „drobnej” przestępczości. Oba niepokoją, ale na ten zbiorowy niepokój państwo odpowiada milczeniem. Rezygnuje więc ze swej podstawowej funkcji, jaką jest ochrona jednostek przed przemocą. „Uchybić obowiązkowi ochrony każdego członka organizmu politycznego, to podważyć powody, dla których jednostka odczuwa przynależność do społeczeństwa. Sedno prawomocności naszego świata jest tu w grze” – woła Gauchet16.

Te niepokoje ujawniają ogólniejszy problem: osamotnienie jednostek, czyli mroczne oblicze społeczeństwa indywidualistycznego17. Zaś w poparciu dla Le Pena kryje się apel do władz o zagwarantowanie ładu, w którym prawa i wolności jednostki przekładają się na siłę społeczeństwa, potrzebną, by mogło ono kontrolować swoje poczynania.

My zaś obserwujemy – pisze Gauchet – postępującą depolityzację demokracji. Widać to na przykładzie stosunku do imigracji. Problem imigracji nie ma swego języka politycznego. W tej kwestii wszyscy moralizują, jedni, jak Front Narodowy, w złych intencjach, inni, jak lewica czy większość elit republiki, w dobrych… a ponieważ fale imigracji płyną, zaś przybyszom coraz trudniej o pracę i wobec tego o adaptację do nowego otoczenia, powstaje wrażenie upadku tego, co kluczowe we francuskich wyobrażeniach: siły państwa narodowego. Narasta poczucie zawodności procesów demokratycznych, co odpycha rosnącą część elektoratu od oficjalnej polityki. Nie ma też miejsca na debatę, by problem imigracji demokratycznie uprawomocnić, bo nie da się debatować pośród wzmożonych moralizmów. Problem imigracji pozostaje w zawieszeniu i niewypowiedzeniu. Dlatego Le Pen staje się rzecznikiem suwerenności i praw owego grupującego się wokół tej kwestii ludu. Tym łatwiej mu to przychodzi, że po drugiej stronie panuje doktryna ludu suwerennego, lecz niemego – konkluduje Gauchet. I opowiada się za demokratyczną polityką w sprawie imigracji. Także po to, by złagodzić ów nieoczekiwany konflikt klasowy: ludu pozbawionego poczucia wpływu i bezpieczeństwa przeciw establishmentowi, w łonie demokracji.

Przywołałem ten esej tak obszernie, bo dobitnie pokazuje on, jak walka klas może oblec się w sprzeciw wobec słabości władzy, a nie jej siły. Władzę wywołuje się do tablicy, by rządziła „jak kiedyś”, przywracając tradycyjną republikę, ale ta rewindykacja porządku jest wołaniem na puszczy. Od 1990 roku, kiedy Gauchet napisał ten tekst, konflikty nabrzmiały. W całej „imigranckiej Europie” nasilają się żądania, by państwa przywróciły swą pierwotną funkcję kształtowania ładu zbiorowego. Zwłaszcza że narasta inny konflikt związany z obecnością imigrantów oraz potomków niegdysiejszych przybyszy, głównie z krajów pozaeuropejskich: gettoizacja i marginalizacja społeczna. To oni tworzą dziś najbiedniejszą grupę społeczną Europy, często odciętą od europejskich wzorów, karier, stylów życia. Swoją obcością wzbudzają więc lęk „białych sąsiadów”, sami zaś, zwłaszcza ci młodsi, silniej aspirujący do równego miejsca w społeczeństwie, wyrażają poczucie upokorzenia i poniżenia na różne, bywa, krwawe, sposoby.

Ich status jako uczestników demokratycznych społeczeństw jest zresztą niejasny. Są coraz powszechniej postrzegani jako jednolita masa, groźna całość; demokracja jednostek zatrzymuje się przed progiem imigranckich społeczności. Ale i wśród nich nierzadko widać odwrót od demokratycznych praw i obyczajów. Można by rzec, każdy otrzymuje z naddatkiem od rzeczywistości to, co w nią wkłada. Wchłonięte przez demokratyczną kulturę części społeczeństw coraz jaskrawiej widzą w swych innych niedostosowane i zbędne demokracji zbiorowości, toteż istotnie otrzymują od niechcianych sąsiadów nasilające się postawy antysystemowe. Z kolei sami imigranci im silniej postrzegają demokrację jako obcą, zaś uleganie jej jako zdradę własnych tradycji i tożsamości, tym intensywniej otrzymują od niej sygnały odrzucenia. Te wzajemne wykluczenia czy też, co chyba częstsze, społeczne separacje, gdy strony łudzą się, że mogą się nie zauważać, rodzą dyskursy publiczne dziś silniejsze niż namysł, jakie warunki muszą wszyscy spełnić, by owe roszczenia społeczności imigranckich do miejsca w demokratycznym społeczeństwie przekształciły się w politykę, a nie pozostawały jedynie okrzykiem gniewu lub zawodu.

Przy okazji tych konfliktów łatwo zauważyć, że pęka mit samoregulującego się społeczeństwa. Przez lata zdawało się, że spontaniczne procesy społeczne i rynkowe same rozwiążą problemy obecności imigrantów. Głoszono: zostawcie ludzi samym sobie, będą musieli uznać swoją obecność i porozumieć się. Cóż, nie musieli. Okazało się, że w tej kwestii nic nie zastąpi państwa i europejskiej polityki międzypaństwowej. Do łagodzenia pewnego typu konfliktów państwo wciąż jest niezbędne.

Ale to lekcja jeszcze niezupełnie przerobiona. Tym o to trudniej, że konflikty są rozproszone, rzadko angażują większości. Na co dzień mamy więc do czynienia z wielością krzyżujących się „ludów” reagujących na spory i problemy. Ta mieszanina konfiguracji rozmaitych mniejszości w społeczeństwie zarazem masowym i zindywidualizowanym utrudnia nie tylko budowanie polityki na szczeblu państwa, lecz także to, co politykę poprzedza – wyławianie z rzeczywistości ważnych konfliktów. Zwłaszcza że nad polityką unosi się pytanie: gdy ludzie coś mówią, co właściwie chcą powiedzieć? Ta kwestia niemal obsesyjnie dręczyła Marksa, wdarła się do nauk społecznych, a dziś uporczywie zaprząta umysły polityków i obserwatorów polityki. Co chcą powiedzieć obywatele, gdy głosują na Jarosława Kaczyńskiego albo na partię Le Pena, albo na skrajne ugrupowania w Europie?

Jedno jest pewne: żeby ich zrozumieć, trzeba przyjąć, że ich „tak”, czyli poparcie dla owych ruchów, jest mniej ważne od ich „nie”, od tego, co im doskwiera, a co wyrażają w dostępnych formach i językach protestu. Skupianie się jedynie na ich „tak”, zwalczanie i piętnowanie samego protestu, potęguje jedynie gniew tych, którzy żądają innej rzeczywistości18. I czyni demokrację bardziej bezbronną, bo nie rozumiejąc owego gniewu, nie potrafi go ona rozbrajać… a przecież takie mijające się dyskursy, wzajemnie niezrozumiałe sądy i postawy – to dzień powszedni naszych demokracji. I o takich niezrozumieniach i nieporozumieniach traktuje też Osiemnasty brumaire’a.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

18 brumaire'a Ludwika Bonaparte Manifest komunistyczny Walki klasowe we Francji 1848-1850 Wojna Domowa We Francji 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego Małpa w każdym z nas. Dlaczego seks, przemoc i życzliwość są częścią natury człowieka?