I jak tu nie podróżować (z dzieckiem)

I jak tu nie podróżować (z dzieckiem)

Autorzy: Beata Sadowska Paweł Kunachowicz

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Podróżnicze Poradniki

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 256

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 28.99 zł

Uwielbiamy zdrowy, aktywny tryb życia. Biegamy, wspinamy się, jeździmy na rowerach. Oboje kochamy podróże, choć nasze gusta w kwestii temperatur znacznie się różnią. Czasem wyjeżdżamy osobno, czasem całą drużyną, nawet ze zwierzakami. Pojawienie się Tyśka, wbrew przewidywaniom wielu osób, nie zatrzymało nas w domu. Co więcej, zyskaliśmy fantastycznego towarzysza podróży i wzajemnie uczymy się świata. Teraz do naszego teamu dołączył drugi syn – Kosma. No to w drogę!

 

Ta książka to nie tylko zapis podróżniczych przygód, ale również zbiór porad ekspertów. Psycholog Maria Rotkiel opowiada o znaczeniu rodzinnych wyjazdów dla prawidłowego rozwoju malca, pediatra i gastroenterolog Piotr Dziechciarz wyjaśnia, jakich posiłków dzieci powinny unikać w trakcie podróży, a Magdalena Kordaszewska z portalu Zabawkowicz.pl radzi, jakie zabawki najlepiej spakować do wakacyjnego bagażu. Filozof Marcin Fabjański wskazuje, czego dziecko może nauczyć się od natury.

 

 

Beata Sadowska – dziennikarka telewizyjna i radiowa, blogerka i mama. Stanęła na mecie piętnastu maratonów i jednego (póki co!) triathlonu. Autorka książek „I jak tu nie biegać!” oraz „I jak tu nie jeść!”.

 

Paweł Kunachowicz – ultramaratończyk, instruktor narciarstwa alpejskiego, przewodnik wysokogórski i tata. Na nartach w dwadzieścia jeden dni przeszedł trawers Spitsbergenu i zjechał ze szczytu Muztag Ata.

Dedykacja Beaty

Dla Tysia, bo uczy mnie nie przegapiać.

Dla Kosia, którego zaraz zabieramy w życiową podróż.

Dedykacja Pawła

Dla Beaty, bez której nie byłoby tych wszystkich przygód.

Dla moich Rodziców którzy nauczyli mnie przygód

Dla Cioci Ewy – za łagodność i rozumienie moich wyborów.

Kiedy pierwszy raz chciałam zabrać swojego synka w podróż, ogarnęły mnie wątpliwości. Rozwiała je Beata, która miała już pierwsze wyprawy z Tysiem za sobą. Jestem jej ogromnie wdzięczna za to, że dodała mi odwagi. Teraz z radością podróżuję(z dzieckiem), bo zgadzam się z tym, co mówi Sadzia: że dziecko nie jest dodatkowym bagażem, ale świetnym kompanem. Beata inspiruje wiele kobiet do biegania, podróżowania, prowadzenia zdrowego stylu życia... I jak tu jej nie kochać?

KATARZYNA ZIELIŃSKA

aktorka i mama Henia

Wstęp,

czyli dziecko to nie koniec świata

Beata:

„Sadziu, czy spojrzałaś dziś w niebo?”, zapytał mnie Paweł.Zapytał i... zawstydził. Tak się staram zwalniać, tak bardzo staram się być uważna, tak (niby) wiem, że nie ma co gnać, pędzić i zasuwać z wywieszonym jak chart językiem, a jednak... Jednak nie spojrzałam w niebo.

A wystarczyło podnieść głowę. Ech. Takie proste. Zwyczajne-niezwyczajne.

Paweł potrafi zwolnić wbrew i pomimo. Nie spieszyć się. Wyłączyć. Nie tylko podczas wakacji, na co dzień też. I co dzień, nie tylko w wakacje, spogląda na niebo…

Wierzę, że nauczy tego naszego synka. Naszych synów, choć – kiedy to piszę – Kosmy nie ma jeszcze na świecie. Tak jak Tysia uczy, że zabawa nie musi oznaczać placu zabaw. Może za to oznaczać obserwowanie kaczek, szukanie patyków, galopadę na barana albo odśnieżanie wszystkich napotkanych po drodze z przedszkola samochodów.

Lubię na nich patrzeć. Podglądać, jak wspólnie uczą się świata podczas podróży mniejszych, większych i tych na koniec świata. Gdy się śmieją, gdy leżą wtuleni w siebie, gdy budują konstrukcje z piasku albo gdy Tytus, trzymany w górze przez tatę, udaje samolot i woła: „Jeście jaz! Jeście jaz!”. Ten smyk podróżuje z nami od początku. Tak jak my wpisaliśmy się w jego świat, tak on wpisał się w nasz. Nie odebrał nam pasji – ani sportowej, ani podróżniczej. On ją wzbogacił. Przypomniał, jaką radością mogą być najprostsze rzeczy, jak niewiele potrzeba do szczęścia, ile frajdy przynosi nowy dzień. Zagrał na nosie wszystkim, którzy krakali, że koniec z naszym stylem życia, że przez pierwsze 2 lata nigdzie się nie ruszymy. To, co znajdziecie w tej książce, wydarzyło się w ciągu 2 (z niewielkim hakiem) lat życia Tysia. Dziecko to nie koniec świata. To początek pięknej przygody. Wspólnej.

P.S. Kunku, postaram się częściej spoglądać w niebo. I mniej przegapiać. Bo warto.

Paweł:

Podróżuję rodzinnie, zawodowo i sportowo. Od lat przez większość dni w roku jestem w podróży. Kiedyś z ciekawości policzyłem, że jest ich więcej niż 190. Nasz dom wygląda jak port handlowy w Pireusie: cały czas ruch, pakowanie, przepakowywanie i logistyka. Jeździmy razem, w pojedynkę, z dziećmi i bez, z psem i kotem. Torby leżą w korytarzu: zapakowane albo nierozpakowane. Tak jest, od kiedy pamiętam. Zaczęło się w PRL-u od wyjazdów z siostrą i rodzicami. Mały fiat z walizą na dachu (zabezpieczoną foliowym obrusem przed deszczem), torbą na tylnym siedzeniu – odgradzającą mnie i Joannę i stanowiącą zaporę w wymianie argumentów podczas długiej podróży. Jeździliśmy w polskie góry, nad jeziora, a czasami nad morze do Jugosławii. W weekendy, w zależności od pory roku, ruszaliśmy z rodzicami do Puszczy Kampinoskiej, na łyżwy do Zalesia – ślizgać się po kanałach i zamarzniętych stawach niczym Holendrzy, lub kąpać się w rzece Bug pod Warszawą. W pawlaczach zawsze były poupychane namioty, materace, śpiwory, sprzęt biwakowy. Przesiąkłem takim stylem życia. Czasy się zmieniły, inne kraje i kontynenty stały się bliższe, namioty lżejsze, śpiwory cieplejsze, a ja wciąż w podróży. Kiedy kończyłem studia, martwiłem się, że wraz z dorosłym życiem skończy się poznawanie świata. Potem, kiedy nadchodził Tytus, wszyscy wokół wieszczyli, że tym razem to już definitywny koniec wyjazdów. Za każdym razem pudło. Jest takie piękne hasło jednej z firm produkujących ubrania dla wspinaczy: Never stop exploring.

Denali,

czyli Alaska z Tytusem w tle

Któregoś dnia w marcu, mniej więcej 3 miesiące przed moim wylotem na Alaskę, Beata wraca do domu i kładzie na stole w jadalni malutkie śpiochy z napisem I love my daddy. Uśmiecha się do mnie swoim najpiękniejszym uśmiechem. Jestem zaskoczony, szczęśliwy i przestraszony. Przez moment dotykam innego metafizycznego wymiaru, z którym nie mamy na co dzień kontaktu. Tajemnicy, która jest nie do ogarnięcia rozumem, doświadczeniem i opisem. Jest dobra, kompletna i nieograniczona. Dotknięcie tao. Poczułem to podczas medytacji nad jeziorem na Warmii, w Andach, podczas obcowania z przyrodą na Spitsbergenie, w parkach narodowych Utah w trakcie miesięcznej samotnej podróży po USA, w Korbielowie, kiedy, jeszcze jako nastolatek, zaliczyłem na nartach pierwszy perfekcyjny zjazd w puchu, przy wspinaniu na rozgrzanej skale w Tatrach... Dosłownie kilka razy w życiu.

W krótkiej chwili dociera do mnie, że właśnie otwiera się nowy rozdział mojej i naszej historii. Taki, którego nie można sobie wyobrazić, wymyślić, zaprojektować. Co mam robić? Wiem tylko tyle, że wreszcie mam pomysł na życie i że długo wykuwałem go, doświadczając sukcesów i porażek, spotykając przyjaznych i nieprzyjaznych ludzi po drodze. I że tego pomysłu nie zamierzam zmieniać, a wręcz przeciwnie – przekazać naszemu synkowi.

Kiedy ochłonąłem z wrażenia, skończyliśmy świętować wielkie wydarzenie i zaplanowaliśmy bieżące sprawy, zacząłem się zastanawiać, czy mam jechać na wyprawę, która była właśnie w najważniejszej fazie organizacji. Dostałem się do elitarnej grupy przewodników wysokogórskich z 12 krajów, którzy mieli wejść na Denali, a potem zjechać na nartach z tej najwyższej góry Ameryki Północnej, wymienić doświadczenia z przewodnikami z Alaski i sformułować jednolite zasady prowadzenia wypraw wysokogórskich przez działającą na całym świecie organizację IFMGA (International Federation of Mountain Guides Associations). Oprócz ekscytacji na myśl o zobaczeniu Alaski, cieszyłem się też, że będę mógł uczestniczyć w projekcie z wykwalifikowanymi alpinistami i instruktorami. Teraz zmieniało się wszystko.

Uznałem, że bez wielkiej straty mogę odwołać swój udział. I zaskoczyło mnie to… Kiedyś myślałem, że zawszę będę walczył do ostatniej kropli krwi o swoją przestrzeń, o wolność, i że na pewno tę wolność odbierają zobowiązania rodzinne. Nagle okazało się, że moja wolność jest znacznie większa, niż mi się wydawało. Jest nie do zaplanowania. Pogodzony z tym, że zostanę w Warszawie, postanowiłem porozmawiać z Beatą o wyprawie, a właściwie powiedzieć, że z niej zrezygnuję. Chciałem, żeby ona to potwierdziła. A Beata posłuchała i powiedziała: „Kunku, bardzo chciałeś jechać. Jedź. Taka okazja nie zdarza się co roku. Nie będzie cię miesiąc. Dam radę”.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Wszystko mi się znowu wywróciło do góry nogami. Przecież miało być inaczej: „No pewnie. Chyba żartujesz. Jakbyś mógł teraz jechać?! Przecież jestem w ciąży”. To „jestem w ciąży”, które standardowo załatwia wszystko, dosłownie: zarzyna.

Międliłem w głowie decyzję. Byłem za, a potem przeciw. Zegar tykał. Odpisywałem na e-maile z informacjami niezbędnymi, by uzyskać pozwolenia na wejście na górę, odbierałem specjalistyczny sprzęt od sponsorów z Kanady i Austrii, zarezerwowałem bilet na Alaskę przez Seattle. Wciąż się miotałem. Wreszcie pomyślałem: Mam szczęście, że jestem z Beatą. Lubię góry – to mój świat. Jadę.

Dwunastu gości, każdy z innej bajki. Jeden Japończyk, drugi Nepalczyk, trzeci Amerykanin, Angol, Hiszpan, Francuz, Niemiec, Szwajcar, Austriak, Boliwijczyk, Bask mieszkający w Peru. Co jeden to większy aparat. Spotykamy się w Whistler w Kanadzie. To kultowy ośrodek narciarski. Stamtąd po kilku dniach ruszamy do Seattle, a potem lotem Air Alaska do Anchorage. Na Denali startuje się z małej wiochy, która wygląda jak z serialu Przystanek Alaska. Ulicami naprawdę chodzą łosie, faceci w kapeluszach prowadzą wielkie ciężarówy, a po otwarciu drzwi do sklepu rozlega się dzwonek. Przed wieloma domami stoją nie tylko samochody, ale i samoloty. Są zaparkowane na ulicy, która służy za pas startowy, lub przycumowane na sztywno do pomostu na jeziorze.

Do bazy na lodowcu, z której zaczyna się wspinaczka na szczyt, trzeba dolecieć samolotem. Trwa to niespełna godzinę. W samolocie jest nas razem z pilotem ośmiu, my już w butach narciarskich, bo przez 3 tygodnie trzeba mieć przy sobie jak najmniej rzeczy, ale wystarczająco, by funkcjonować również przy minus 20 stopniach. Lecimy, a krajobraz robi się coraz bielszy, bardziej surowy, a wokół wyrastają strzeliste góry. Rześko będzie, myślę, i przeszywa mnie dreszcz. Nadlatujemy na lądowisko na lodowcu. Widzę ekipy, które już maszerują do góry. Samolot uderza płozami o podłoże, nie gasi silnika. Otwieramy drzwi, wyskakujemy, wywalamy bambetle – gaz i samolot odrywa się od lodowca. Jeszcze macha na pożegnanie skrzydłami i chowa się za granią. Cisza i gigantyczna biała przestrzeń, zostajemy sami w małej grupie. Stoję po kolana w śniegu, przede mną leży 30-kilogramowa torba, 15-kilogramowy plecak, narty i dwie liny. Zbieram to wszystko w jedną całość, śnieg skrzypi pod nogami. Torbę wrzucam na sanki, doczepiam się do nich jak do dyliżansu, zakładam plecak, wpinam się w narty, wiążę liną z towarzyszami i jestem gotowy iść karawaną do góry. Ruszamy.

Na Alasce samoloty są jak taksówki. Ten pilotowała kobieta

Fot. z archiwum Beaty Sadowskiej i Pawła Kunachowicza

Wieczorem docieramy do pierwszego obozu. Trzeba wykopać i ubić platformy, na których staną namioty, zbudować ze śnieżnych bloków osłonę przed wzmagającym się wieczorem wiatrem, ustawić kuchnię, stopić wodę potrzebną do gotowania i przygotować kolację. Robi się coraz zimniej. Ciągle mam odruch zdejmowania rękawiczek, żeby być bardziej precyzyjnym, ale zaraz wkładam je z powrotem i pakuję ręce do kieszeni, żeby je ogrzać. Powtarzam sobie, że muszę nabrać wprawy i nie zdejmować rękawic nawet przy nawlekaniu nitki na igłę. Pierwsze 2 dni są trudne. Trzeba się przyzwyczaić do tego, że cały czas jest mróz. Potem już „minus” nie robi wrażenia, tylko wiatr. Do wiatru nie da się przyzwyczaić.

Podczas wyprawy każdy ma szychtę kuchenną i musi ugotować coś regionalnego ze swojego kraju

Fot. z archiwum Beaty Sadowskiej i Pawła Kunachowicza

Każdego dnia dwóch z nas przygotowuje danie regionalne. Ja kumpluję się z największym menelem na wyprawie. Z Baskiem. Stanowimy przeciwwagę dla uporządkowanego teamu niemiecko-szwajcarskiego. Nam w udziale przypada „tradycyjna” polsko-baskijska potrawa z amerykańskich, napakowanych sodą produktów. Aritza kręci głową, ale widzę, że kombinuje. Wychodzę z propozycją. „To ja będę twoim sługą, dobra? Będę robił, co chcesz, przyniosę i stopię śnieg, będę kroił, otwierał, nosił, podawał i pozmywam po kolacji”. Przecież to baskijska kuchnia należy do najlepszych na świecie, więc co ja będę mądralował się z buraczkami. Bask rusza do dzieła. Pod garami, garnkami, garnuszkami hajcuje się 7 palników na benzynę. Aritza sieka nożem jak w programie kulinarnym. Nie nadążam z otwieraniem, podawaniem – byciem dobrym podkuchennym. Co i raz ktoś zagląda do namiotu i nie może się nasycić zapachami. Wreszcie danie gotowe. Siadamy w kręgu, kolejno każdemu podaję miskę z baskijskim jedzeniem. Jest wspaniałe. Tylko Japończyk jakiś taki nienasycony. Grzecznie się uśmiecha i delikatnie pyta, czy mamy rybę. Wracam do namiotu kuchennego

– Keni się pyta, czy mamy jakąś rybę – mówię.

Aritza rozgląda się po kuchni.

– Mamy, podaj mi, proszę, tę suszoną wołowinę pokrojoną w paski.

Moczy ją w gorącej wodzie, potem w stworzonym przez siebie sosie, posypuje przyprawami i podaje na talerzu. Lecę do Keniego i mówię: „Mamy tu dla ciebie specjalnie przyniesioną z dołu rybę”. Japońskie oczy śmieją się do mnie. Połyka krojoną w paski suszoną wołowinę z Montany, cieszy się i mówi, że takiej dobrej ryby dawno nie jadł w Japonii, a co dopiero na wyprawie.

– Chłopcy jesteście wielcy. Jaka to ryba? – dopytuje.

– Dorsz bałtycki, Keni.

Teraz już przez wszystkich zostajemy uznani mistrzami kuchni.

Podczas wyprawy uczestnicy są podzieleni na zespoły, ale posiłki i omawianie trasy zawsze odbywają się wspólnie

Fot. z archiwum Beaty Sadowskiej i Pawła Kunachowicza

Codziennie mozolnie pniemy się w górę, ciągnąc do kolejnych obozów sanki pełne sprzętu i jedzenia. Pogoda raczej sprzyja. Zaczynam coraz bardziej odczuwać wysokość i zimno. Szczególnie w nocy. W namiocie, kiedy się budzę, jest minus 17 stopni. Szron na śpiworze. Wieczorem pomimo zmęczenia nie mogę zasnąć, brakuje mi tlenu. Pod plecy wkładam poduszkę zrobioną z plecaka, na koniec staram się zasnąć na siedząco. Teoretycznie powinno to pomóc oddychać i nabrać więcej powietrza. Budzę się rano i jestem totalnie niewyspany. Siedzenie nie pomaga. Po obudzeniu mierzę sobie natlenienie krwi i odnotowuję to w osobistym dzienniku wyprawy. Zaczynałem na dole od 98 procent nasycenia tlenem, teraz zbliżam się do 68 procent. Normalnie, przy 85 procentach nasycenia O2 człowiek ląduje na oddziale intensywnej terapii podłączony do maszyn, a my wstajemy, zabieramy radośnie graty na plecy i podchodzimy pod górę. Do tego wszystkiego dochodzi brak prysznica. Postanawiam, że w dniu odpoczynku zrobię sobie łazienkę. Kopię dziurę w śniegu, kładę kawałek karimaty, na której będę stał, gotuję wodę, wlewam gorącą do trzech termosów, biorę kubek do polewania i urządzam sobie spa. Całe ciało dymi. Francuz wychyla się z namiotu z teleobiektywem. Robi zdjęcia: cenzuralne i niecenzuralne. Cieszy się i chowa durny łeb w namiocie.

Jak na każdej wyprawie zaczynam myśleć: po cholerę mi to? Ale na szczęście jesteśmy już w ostatnim obozie przed szczytem. Jeśli wszystko się dobrze ułoży, jutro szczyt i ziuu z góry na nartach do bazy, do samolotu, do wanny i na hamburgery. Na szczycie zawsze jest się krótko. Kilka zdjęć grupowych, kilka w pojedynkę. Za każdym razem, dochodząc do szczytu, przeżywam kryzys i chcę się zatrzymać albo zawrócić, a kiedy już dojdę, jestem zaskoczony, że tak szybko wlazłem. Na górze śmieję się do siebie, rozglądam wokół, podziwiam, jak wielki, nieprzenikniony i tajemniczy jest świat. Przywołuję w myślach Beatę i Tytusa. Cieszę się, że na mnie czekają. Pociągam nosem i próbuję ukryć wzruszenie przed kolegami.

Duma, radość, szczęście, wzruszenie, ulga.

To wszystko czuje się na szczycie

Fot. z archiwum Beaty Sadowskiej i Pawła Kunachowicza

Jeszcze na szczycie przełączamy się na kolejny cel: bezpiecznie, szybko zejść na dół. Każdy metr w dół to więcej tlenu i lepsze samopoczucie. Zjazd z plecakiem i sankami to przygoda sama w sobie. Zjeżdżamy „w tramwaju” – dwie lub najlepiej trzy osoby powiązane liną, a między nimi sanki. Przy trzech osobach pierwsze sanki są pomiędzy pierwszym a drugim narciarzem, a drugie i trzecie między tymi z tyłu. Ostatni trzyma cały majdan na sobie. Żeby zjechać w ten sposób kilka tysięcy metrów, trzeba mieć naprawdę dobrą technikę. Zabawa polega na tym, żeby ostatni jak najszybciej się katapultował, „wyleciał w kosmos”. Takie Wrangler National Finals Rodeo dla kowbojów, tyle że narciarskie. Każdy z nas chce jak najdłużej utrzymać się w slalomie za kolegami, a ci, widząc, że wciąż się trzymasz pionu, rozpędzają tramwaj w nieskończoność, aż do chwili, kiedy czują, że lecisz swobodnym lotem w powietrzu, a potem nurkujesz twarzą w śniegu, wplątany w liny, narty, z plecakiem na brzuchu zamiast na plecach. „Lotnik” zamienia się z kierowcą tramwaju i odgrywa się na współtowarzyszach.

W atmosferze dobrej zabawy, szczęśliwi docieramy na dół. Myślę o jak najszybszym powrocie do domu, do Beaty i Tytusa. Niestety, pogoda siada i samoloty nie mogą latać. 50 osób uwięzionych na lodowcu czeka na przejaśnienie. Wokół naszych, przywalonych mokrym śniegiem namiotów, wyprawy z całego świata. Nuda, zmęczenie, syf. Leżę w namiocie z Niemcem i Szwajcarem. Szwajcar wyciąga skitraną paczkę miśków Haribo i grzecznie częstuje. Po 2 tygodniach taka wielka nagroda, taki wspaniały smak! Niemiec bierze jednego, ja dwa. Obaj czekamy na następną kolejkę. Nie???!!! Nie będzie następnej kolejki. Szwajcar bierze całą garść żelków do pyska, zamyka paczkę i chowa ją do swojej kieszeni namiotu. To się nie dzieje naprawdę! – myślę. – To niemożliwe! Przez ostatnie 3 tygodnie byliśmy razem prawie non stop. Przywiązani do jednej liny, kopaliśmy zabezpieczenia dla namiotu, wspólnie gotowaliśmy jedzenie! Jaja! Przypominam sobie, jak na obozie narciarskim za dziecinnych lat, jeszcze w PRL-u, któryś z chłopaków po zgaszeniu światła sam pod kołdrą zeżarł czekoladę. To był jego koniec. Na tym wyjeździe i w naszym klubie. Myślę, że zachodnioeuropejskie standardy są mi obce i dobrze mi z tym. Odwracam się i zasypiam. Ale gdy Szwajcar wyłazi z namiotu, budzę się i znów nachodzi mnie ogromna chęć na te jego miśki. Zostaliśmy we dwóch. Śnieg pod jego butami skrzypi coraz ciszej. Po chwili dorywamy się do haribo.

– Zostawiamy mu dwa? – pyta kolega i się śmieje.

– Jednego!

Następnego dnia na 4 godziny otwiera się okno pogodowe. Samoloty mogą lądować, musimy tylko ubić śnieg nartami. 50 osób lata po lodowcu i przygotowuje lądowisko. Samolot najpierw słychać, potem widać. Piękny, czerwony leci do nas. Łapiemy torby, narty i pędzimy do niego po kolana w śniegu. Wrzucamy klamoty i po pięciu minutach płozy samolotu odrywają się od śniegu. Zakładam słuchawki lotnicze na uszy, wracam do domu! Pilot gratuluje nam wejścia na szczyt. Ma na sobie krótkie spodenki, na dole zawitało lato.

Tysiu, Denali to nic, teraz dopiero przygoda zaczyna się na dobre!

Kropka na trasie Denali,

Izrael z Tysiem w brzuchu i powtórka z rozrywki, czyli znowu tu jestem

Uśmiecham się do siebie, bo za 2 tygodnie znowu lecę do Izraela, znowu w 5 miesiącu ciąży. Pamiętam, gdy ponad 2 lata temu Paweł wahał się, czy jechać na wyprawę swoich marzeń. Dla niego uczestnictwo w poważnym międzynarodowym projekcie przewodnickim było wielkim wyróżnieniem. I wyzwaniem, a wyzwania kocha. Dla mnie... No właśnie, czy to kolejny, „taki sam jak poprzednie” wyjazd Kuny, czy jednak coś się zmieniło? Sama nie wiem, a na pewno nie wiedziałam przed jego wylotem na Alaskę.

– Jedź, to dla ciebie ważne. To twoja praca. Przecież będę tu bezpieczna, ten miesiąc niczego nie zmieni. Jedź i wracaj w jednym kawałku. Ach, no i melduj się, gdy tylko będziesz mógł – powiedziałam.

Nawet nie zastanawiałam się, czy powinien. Było dla mnie oczywiste, że jedzie i już. Zdobędzie doświadczenie (znajdzie się w bardzo elitarnej grupie wybrańców z 12 krajów), pooddycha wolnością (kto wie, jak to będzie, kiedy na świecie pojawi się jego pierwszy syn? – pewnie bardziej on się nad tym zastanawiał, nie ja), napatrzy się na naturę, w której czuje się najlepiej.

Paweł wytłumaczył mi, że wyprawę na Denali będę mogła śledzić w internecie. Dzięki satelitarnemu namierzaniu na mapie ma przesuwać się kropka, a nawet kilka kropek, bo przewodnicy zostaną podzieleni na kilka zespołów. No dobra, skoro nie będzie z nim kontaktu telefonicznego, ale będzie kropka, spokój duszy gwarantowany. Zdawałam sobie sprawę, że pewnie nie zadzwoni przez miesiąc, bo nie będzie miał jak. Nie pierwszy, nie ostatni raz. Jestem przyzwyczajona. Taką ma pracę. Nie myślę każdego dnia, czy wszystko u niego w porządku, bo bym zwariowała. To trochę jak żony kierowców Formuły 1. Pewnie, że się martwią o swoich mężczyzn, ale nie rwą włosów z głowy przed każdym startem. Jedyne, o co zawsze proszę Pawła, to...

– Zamelduj się, kiedy będziesz już bezpieczny w bazie.

Tysiek pokochał wielbłądy.

Przespał całą podróż

Fot. z archiwum Beaty Sadowskiej i Pawła Kunachowicza, zdjęcie po lewej: Celestyna Król

Tym razem też usłyszał te słowa. Już się nauczyłam, że ludzie gór nie świętują zwycięstwa nawet na najbardziej wymarzonym szczycie. Sukcesem jest bezpieczny powrót. Kiedy czujność spada, a zmęczenie rośnie. Kiedy uważność balansuje na granicy bezpieczeństwa. Czasami na taką wiadomość muszę czekać tygodniami. Ale warto.

Na barana, czyli na ramionach ukochanej cioci C.

Fot. z archiwum Beaty Sadowskiej i Pawła Kunachowicza

A ja znalazłam się w Izraelu. Dziennikarski kameralny wyjazd. U mnie upały (pustynia Negew), Paweł na pewno marznie jak cholera. U mnie spalona słońcem ziemia, u niego śnieg jak okiem sięgnąć. U mnie Jerozolima – stolica trzech największych monoteistycznych religii świata, u niego – kto wie, z jakim Bogiem spotkają się na szczycie. Wi-fi mieliśmy nawet w samochodzie, którym podróżowaliśmy, więc ciągle logowałam się, żeby sprawdzić kropkę. No właśnie: ciągle. Trochę jak nie ja. Pewnie, że wcześniej też sprawdzałam i nasłuchiwałam, ale chyba jednak jakoś inaczej. Chyba nie tak często, chyba nie tak... Uff, wyruszyli i przesuwają się w górę. Zdaję sobie sprawę, że początek to najłatwiejsza część wyprawy, ale i tak cieszę się jak dziecko.

Pojechaliśmy do Masady, miejsca z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Jest tak piękne, jak tragiczne. Obrońcy twierdzy, bo Masada była twierdzą, nie chcieli pójść do rzymskiej niewoli i popełnili zbiorowe samobójstwo. Mężczyźni zabijali żony i dzieci, potem siebie nawzajem. Ta historia sprzed wieków jeszcze teraz robi wrażenie. Do dziś, mimo obecności zwiedzających, panuje tu złowróżbna cisza.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Nowy Jork,

Londyn, Warszawa, Serra de Montsant, czyli ”Dawaj, tatusiu!” i ”Bjawo, mamo!”

Dostępne w wersji pełnej

Fundusz Wczasów Pracowniczych,

czyli smażalnia Sadzi

Dostępne w wersji pełnej

Fundusz Wczasów Pracowniczych,

czyli smażalnia Sadzi okiem Pawła

Dostępne w wersji pełnej

Piotr Dziechciarz

doktor nauk medycznych, pediatra, gastroenterolog

Klinika Pediatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego

Dostępne w wersji pełnej

Koń pociągowy,

czyli śnieżny dyliżans

Dostępne w wersji pełnej

Hinduska ciężarówka,

czyli pakujemy się na wakacje

Dostępne w wersji pełnej

Magdalena Kordaszewska

organizatorka konkursu Zabawka Roku

portal Zabawkowicz.pl

Dostępne w wersji pełnej

Mały niedźwiedź

mocno śpi, czyli kołyska na wielbłądzie i na baranie vel... ojcu?

Dostępne w wersji pełnej

Geny,

czyli mały wspinacz w różowym hotelu dla księżniczek podczas hiszpańskiej zimy w maju

Dostępne w wersji pełnej

Magdalena Kordaszewska

Dostępne w wersji pełnej

System naczyń

połączonych, czyli jedziemy do dziadka i dziadek jedzie z nami

Dostępne w wersji pełnej

Maria Rotkiel

terapeutka, psycholog

Dostępne w wersji pełnej

Cyrk na kółkach,

czyli zoo w podróży

Dostępne w wersji pełnej

Pożeracz homarów,

bulw i korzeni, czyli mały odkrywca smaków

Dostępne w wersji pełnej

Piotr Dziechciarz

Dostępne w wersji pełnej

Patyk,

ślimak i kałuża, czyli wyjazdowi kumple Tysia

Dostępne w wersji pełnej

Maria Rotkiel

Dostępne w wersji pełnej

Brazylia,

czyli przewijaki w kraju macho i argentyński anioł podczas Rajdu Dakar

Dostępne w wersji pełnej

Przewijaki

w kraju macho

Dostępne w wersji pełnej

Magdalena Kordaszewska

Dostępne w wersji pełnej

Najfajniejszy tata

świata, czyli rozdział niespodzianka, o którym Paweł dowie się, czytając tę książkę

Dostępne w wersji pełnej

Maria Rotkiel

Dostępne w wersji pełnej

Grecja,

czyli wspinaczka, ”utka”, bujanie na krześle i becząca koza

Dostępne w wersji pełnej

Marcin Fabjański

twórca Szkoły Filozofii Dostrojenia do Procesu Życia,

www.selfoff.com

Dostępne w wersji pełnej

Największe

góry świata

Dostępne w wersji pełnej

Marcin Fabjański

Dostępne w wersji pełnej

Kąpiel w Wiśle

i fala w Tajlandii, czyli nie taki diabeł straszny

Dostępne w wersji pełnej

Strachy

na Lachy

Dostępne w wersji pełnej

Maria Rotkiel

Dostępne w wersji pełnej

Wielka

wiadomość

Dostępne w wersji pełnej

Przeczytaj też inne książki

Beaty Sadowskiej

Copyright © by Beata Sadowska

Copyright © by Paweł Kunachowicz

Opieka redakcyjna: Małgorzata Olszewska

Opracowanie redakcyjne: Helena Nowowiejska

Opracowanie typograficzne książki i łamanie: Eliza Luty

Adiustacja i korekta: Studio NOTA BENE

Projekt okładki: Eliza Luty

Fotografie na okładce:

Tyś w Izraelu – © Celestyna Król;

pozostałe – z archiwum Beaty Sadowskiej i Pawła Kunachowicza

ISBN 978-83-751-5721-5

www.otwarte.eu

Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków, tel. (12) 427 12 00

Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

I jak tu nie podróżować (z dzieckiem) I jak tu nie jeść! I jak tu nie biegać! 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka