W sercu oceanu

W sercu oceanu

Autorzy: Elvira Menéndez

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 544

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 32.22 zł

W XVI wieku Korona Kastylii prowadzi intensywny podbój Nowego Świata. Karol V pragnie wprowadzić chrześcijaństwo w odległych rejonach imperium. Aby zapobiec mieszaniu się krwi kolonizatorów z tubylcami, hiszpańska Rada do spraw Indii wysyła do Ameryki pierwszą ekspedycję kobiet w historii: osiemdziesiąt dziewcząt pochodzących z najznakomitszych rodzin szlacheckich, które utraciły swe fortuny na skutek kryzysu dotykającego wówczas Hiszpanię. Trudy podróży za ocean oraz „nieporządek” Nowego Świata wystawią je na niejedną próbę.

Książka „W sercu oceanu” to emocjonująca powieść o przygodzie, bohaterstwie i namiętności.

Elvira Menéndez

W sercu oceanu

Przełożyła Agnieszka Fijałkowska-Żydok

Wołowiec 2015

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału hiszpańskiego El corazón del océano

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Globomedia. S.A.

Copyright © by Elvira Menéndez González, 2010

Copyright © for the Polish translation

by Agnieszka Fijałkowska-Żydok, 2016

Redakcja Małgorzata Poździk / d2d.pl

Korekta Kamila Zimnicka-Warchoł / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-340-7

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA: W STARYM ŚWIECIE

1 Ucieczka

2 Klasztor Caaveiro

3 Zaskakująca propozycja

4 Misja

5 Decyzja

6 Salamanka

7 Kolegium Większe

8 Zmyślony rycerz

9 Wodny poniedziałek

10 Srebrna droga

11 Z Salamanki do Sewilli

12 Port w Sewilli

13 Nowe życie

14 Triana

15 Sewilla – hiszpański Babilon

16 Rozrywki i kłopoty

17 Rezydencja adelantado

18 Opóźnienie

19 Powódź

20 W lutym już kwitnie migdałowiec

21 Rada Indii

22 Podchody matki

23 Compás de la Laguna

CZĘŚĆ DRUGA: PRZEPRAWA PRZEZ OCEAN

1 Załadunek

2 Damy wchodzą na pokład

3 Opowieści z Indii

4 Wyspy Szczęśliwe

5 Burza

6 Afryka

7 Piraci

8 Wioska

9 Gorzka zabawa

10 Szkorbut

CZĘŚĆ TRZECIA: NOWY ŚWIAT

1 Wyspa Świętej Katarzyny

2 Mbiazá

3 San Francisco

4 Kapitania San Vicente

5 Konflikt

6 Różne losy

7 Plantacja San Vicente

8 Nieoczekiwana wizyta

9 Z powrotem w Santos

10 Przyjaciel Niemiec

11 Zuchwały manewr

12 Wreszcie jakieś wieści

13 Brazylijskie zapusty

14 Środa popielcowa

15 Kto do miłości skory, nie zważa na rygle ni zapory

16 Czas się wystroić jak na wesele

17 Powrót do San Francisco

18 Czterysta mil dżungli

19 Szlachetne i wierne miasto Nuestra Señora Santa María de la Asunción

20 Lekarz leczy, natura uzdrawia

Epilog

Przypisy

Kolofon

Część pierwsza

W Starym Świecie

1

Ucieczka

Pontedeume, Królestwo Galicii, Hiszpania.

Wigilia dnia świętego Jana roku Pańskiego 1547

Rankiem zwykle budził Alonsa promień słońca, chłopak dla zabawy próbował chwytać unoszące się w nim drobne pyłki.

„Te tańczące w świetle okruchy to małe duszki, dziecino, kurzowe duszki, dlatego tak trudno je złapać”, powiedziała babka, kiedy pierwszy raz ujrzała go machającego rękami w powietrzu.

Już od wielu lat nie wierzył w duszki, przestał w nie wierzyć, jeszcze zanim zmarła jego babka, ale wciąż fascynowały go pyłki wirujące w słońcu. Tego ranka jednak światło miało barwę ołowiu, było tak gęste, że przypominało dym, i kurzowe duszki stały się niewidzialne.

– Obudziłeś się? Wstawaj, synu, trzeba się zbierać do drogi.

– Dokąd jedziemy?

– Do klasztoru Caaveiro, na rozmowę z przeorem.

Alonso podszedł do kominka, jego matka María, klęcząc na granitowej posadzce, próbowała rozniecić ogień od szyszki. Kiedy dmuchnęła, by ożywić płomień, przytłumione światło rozjaśniło jej twarz i chłopak przestraszył się, zauważając, jak bardzo jest zmizerniała: sińce pod oczami sięgały policzków, a cera miała błękitnawy odcień. Wyglądała jak staruszka, choć nie skończyła jeszcze dwudziestu siedmiu lat.

– Źle spaliście, matko?

– W nocy złapała mnie gorączka.

– O czymże tak pilnym mamy rozmawiać z przeorem?

– Dowiesz się w swoim czasie. – Matka czule pogłaskała syna po jasnych włosach. – No, dalej, wyszykuj się, a ja zagrzeję zupę. Tylko szybko!

Alonso zauważył, że przez szpary w ścianie z łupków do wnętrza wpływają smugi mgły. Postanowił zaraz po powrocie zalepić szczeliny gliną.

Tuż przy wejściu do domu stała kamienna umywalka zaopatrzona w pomysłową rynnę, którą matka zrobiła z kory, żeby napływała nią woda z pobliskiego źródła. Nad umywalką snuły się resztki rozleniwionej mgły, przez którą ujrzał pływające w wodzie zioła: dziurawiec, miętę, werbenę cytrynową, lawendę, rozmaryn…

– To wy, matko, moczycie zioła?

María wyjrzała na zewnątrz i potwierdziła z uśmiechem:

– Tak, żebyś się umył w wodzie kwiatowej, jak to mają w zwyczaju w…

– Jutro jest dzień świętego Jana?

– Tak, i twoje urodziny.

– Zupełnie zapomniałem. To tej nocy rozpala się ogniska?

– Tak.

– Wspaniale!

Jednym skokiem znalazł się przy umywalce.

María uśmiechnęła się, widząc u syna ów objaw żywotności. Był szczupły, ale silny i zdrowy. To cud, że jej i jego babce udało się go wychować. Kiedy pojawił się na świecie, sama miała trzynaście lat. Narodziny dziecka zdawały się jej najgorszym nieszczęściem: żaden młodzieniec nie pojmie za żonę zhańbionej dziewczyny. Żaden klasztor nie przyjmie kobiety bez posagu. Teraz, po trzynastu latach od tamtej chwili, uważała, że Alonso to najlepsze, co ją spotkało w jej nieszczęsnym krótkim życiu. Przeczuwała, że zostało jej niewiele czasu. Od roku dręczył ją ból w klatce piersiowej, oddychanie sprawiało jej coraz większą trudność i z dnia na dzień opuszczały ją siły. Niektóre domowe zajęcia, takie jak napełnianie stągwi wodą czy kopanie ziemi, stały się dla niej torturą. Co więcej, nocami męczyła ją gorączka, a to zły znak. Była jednak pogodzona z losem. Niektóre jej koleżanki już odeszły do Pana, a teraz może i dla niej nadeszła pora odpoczynku. Gdyby nie chodziło o Alonsa… Musiała go chronić.

– Tej nocy hrabiostwo de Andrade rozpalą ognisko na pałacowym patio.

– Nigdzie nie pójdziesz!

– Ale, matko… w ogniu świętego Jana ginie wszystko, co stare i złe. Babka mówiła, że skakanie przez ten ogień przynosi szczęście.

– Alonso, nie upieraj się.

Chłopak spojrzał na nią zdziwiony. Nie rozumiał, dlaczego matka nie chce go puścić.

– W ubiegłym roku hrabia dał mi reala za posprzątanie dziedzińca po zabawie!

– Nie potrzebujemy jego pieniędzy. Kiedy skończy się ziarno…

– Wiem: pójdziemy łowić owoce morza! A jednak miło jest zjeść czasem coś innego!

María zacisnęła wargi tak mocno, że aż zabolało. Czuła, że to z jej winy syn jadał tylko małże, pąkle, omułki, kraby pająki, langusty… i inne ohydne stworzenia znajdowane wśród skał, spożywane wyłącznie przez biedotę. Wzięła głęboki oddech i odezwała się z nieco większym spokojem:

– Alonso, muszę ci o czymś powiedzieć. Jesteś już taki dorosły…

– …i nie chcecie, żebym w noc świętego Jana chodził sam po górach, prawda?

– Co masz na myśli?

– Babka opowiadała, że noc świętego Jana to noc magiczna, kiedy to na młodych mężczyzn rzucają urok czarodziejskie mory. – Widząc zdziwione spojrzenie matki, wyjaśnił: – Czaro­dziejskie mory to wróżki, które przy źródłach strzegą skarbów i czeszą swe złote włosy.

– To stare baśnie, synu.

– Wiem, ale ja je lubię.

– Opowiem ci o czymś, co naprawdę się zdarzyło dawno temu: wieśniacy z naszych okolic zbuntowali się przeciw panom i rządzili w Galicii przez dwa lata.

– Mówicie o powstaniu irmandiños[1]? Czy to z powodu pogłosek o nowej rebelii nie chcecie, matko, puścić mnie do zamku?

– Właśnie tak.

– Babka nie chciała rozmawiać o irmandiños.

– Nasza rodzina była zamieszana w rebelię. Jej dziadek, czyli twój prapradziadek, Alonso de Lanzós, stał na czele buntowników, tutaj, w Pontedeume.

Alonso szeroko otworzył oczy, nie mógł uwierzyć, że w jego żyłach płynie krew legendarnego bohatera.

– Ten, który pokonał ród hrabiów de Andrade?

– Tak.

– Nigdy mi nie mówiliście, że jestem jego potomkiem.

– Nosisz jego imię.

– Czy to prawda, że uwięził samego hrabiego i jego żonę?

– Tak, ale udało im się zbiec, podobno przez tunel łączący zamek w górach z pałacem w Pontedeume. Wezwali posiłki i zdołali odzyskać władzę. – W głosie matki słychać było wzruszenie. Odchrząknęła, by odzyskać spokój. – Ostatecznie powstanie poniosło klęskę. Alonso de Lanzós, twój prapradziadek, został uwięziony przez hrabiego de Andrade. Zamknęli go, wraz z innymi przywódcami irmandiños, w lochu w tym samym zamku, który wcześniej zdobył. Sto dni nie oglądał światła dziennego. W końcu ucięli mu prawą rękę i zamurowali go na stojąco. Tak umarł. A powstanie zgasło… To była wojna przeciw możnym; nie mogła się powieść. – Westchnęła z goryczą. – Ale nie o tym chciałam ci powiedzieć, Alonso, lecz o czymś, co bardziej nas dotyczy…

Rosnące nad strumieniem krzewy zadrżały i María znieruchomiała.

– Ktoś tam jest? – spytała z odmienioną twarzą.

– To wiatr porusza roślinami, matko.

– Zdawało mi się, że widzę jakiś cień.

– To pewnie lis.

Mieszkali milę[2] od miasteczka, trudno było uwierzyć, by ktoś chciał się zapuszczać w tak dzikie rejony.

– Idź sprawdzić – nalegała matka.

Gwałtowny atak kaszlu zmusił ją do oparcia się o ścianę.

Alonso niechętnie podszedł do brzegu. Napływająca od strony morza mgła gromadziła się nad wodami wybrzeża riasowego, tworząc gęste masywy grożące wchłonięciem mostu, który łączył brzegi rzeki Eume i od którego miasteczko wzięło swą nazwę: A ponte do Eume[3], czyli Pontedeume.

– Nikogo nie widzisz?

– Nikogo, matko.

– A na drodze?

– Też nie.

– Jesteś pewien?

– Tak.

– Chodź więc na śniadanie i na wszelki wypadek zarygluj drzwi.

Alonso zrobił, jak poleciła matka, choć wciąż nie rozumiał, po co ta cała ostrożność.

María postawiła przed synem czarkę, w której pływało kilka liści kapusty, po czym zaczęła kruszyć resztkę chleba z prosa i wrzucać kawałki do cienkiej zupy.

– A wy, matko, nie jecie?

– Nie jestem głodna.

Zdawała się mocno zmartwiona. Alonso przypuszczał, że to z powodu braku zboża.

– Prosa już nie ma?

– Jest, nie martw się.

– Jutro skończę trzynaście lat; jestem już mężczyzną.

– Wiem – powiedziała, wzruszona jego niewinnością.

– Jestem już w takim wieku, że przyjmą mnie do armii, zaciągnę się do oddziału hrabiego, pójdę wojować gdzieś w Europie i wrócę z pełną kiesą.

– Będziesz grabił biedaków takich jak my? – mruknęła tak cicho, że syn nie dosłyszał. – Nie pójdziesz na żadną wojnę, słyszysz? – powiedziała głośno. – Chcę, żeby ojciec Xoán wytłumaczył ci coś, co…

Przerwała, słysząc odgłos szybkich kroków, jakby biegła ku nim gromada ludzi. Po chwili rozległo się mocne stukanie do drzwi, któremu towarzyszył świst szpad wyciąganych z pochew.

Alonso się przestraszył. Matka była przerażona.

– Otwierać! – zabrzmiał po drugiej stronie szorstki, zachrypnięty głos.

Matka zasłoniła synowi usta, by nie odpowiadał.

– Do stu diabłów! Otwierać, ino żywo! – powtórzył ten sam głos, tym razem wtórowały mu liczne śmiechy i pomruki.

– Kto to? – wyszeptał Alonso.

– Wyjdź przez oborę i biegnij do klasztoru – poleciła cicho matka – ja ich zatrzymam.

– Otwierać, jeśli wam życie miłe! – nalegał ochrypły głos.

– Czego oni chcą, matko?

– Uciekaj, Alonso! Pośpiesz się!

Łomotanie w drzwi przybrało na sile.

– Do stu diabłów! Jeśli nie otworzycie, puścimy was z dymem!

– Bez was, matko, nie idę.

– To ciebie szukają! Chcą cię zabić!

– Dlaczego?

Nie odpowiedziała, zamiast tego pchnęła go w stronę przejścia prowadzącego z domu na tyły zagrody. Otworzyła drzwiczki i poleciła:

– Uciekaj, zanim przetną ci drogę! Szybko!

W przejściu było tak wąsko, że chłopak musiał przesunąć kilka drepczących tam kur, żeby dotrzeć na podwórze. Poruszał się na palcach, by nie robić hałasu, jednakże w chwili, gdy odsuwał rygiel w drzwiach, ktoś pełniący straż po drugiej stronie krzyknął:

– Ej! Chodźcie tu, uciekają przez oborę!

Deszcz strzał posypał się ku cienkim drewnianym drzwiom, jedna z nich przeszyła je na wylot, ale nie sięgnęła chłopca.

– Wracaj do środka, synu! – zawołała pośpiesznie María.

Alonso zrobił tak szybki odwrót, że zostawił za sobą w ciasnym przejściu skrawki ubrania. Kiedy znalazł się w domu, María zablokowała drzwiczki drągiem, by napastnicy nie zdołali dostać się do środka.

Od frontu rozległy się dźwięki uderzających toporów.

– Próbują rozwalić drzwi! – wrzasnął przerażony. Panika, którą prześladowcy wywołali u matki, wcześniej wydawała mu się przesadzona. Teraz jego ogarnął popłoch.

– Spokojnie, fillo[4], drzwi są mocne, wytrzymają chwilę – odparła María z siłą, która zadziwiła syna. Uklękła i zaczęła szukać czegoś w kufrze stojącym w nogach łóżka.

Alonso usłyszał świst strzał, a potem chrzęst świadczący o tym, że wbijały się w słomiany dach. Zaraz potem do wnętrza zaczął przenikać swąd dymu.

– Celują podpalonymi strzałami w dach, matko! Chcą spalić dom!

Strzecha zajmowała się ogniem w zastraszającym tempie. Alonso chodził po izbie, próbując stopami ugasić płonące źdźbła, które spadały z sufitu. María, nie zważając na zagrożenie, dalej przeszukiwała kufer.

– Mam – powiedziała wreszcie, wyjmując z niego dwie świece.

Dach zatrzeszczał. Na matkę i syna posypał się grad płonących źdźbeł.

– Spalą nas żywcem! Musimy natychmiast opuścić dom, matko!

– Wtedy nas zabiją. Zachowaj spokój, fillo.

Trzy minuty później ze stropu spadały rozżarzone źdźbła słomy i kawałki płonących gałęzi. Matka i syn zrzucili z siebie ubrania, żeby nie zajęły się ogniem.

Uwagę Alonsa przyciągnął donośny trzask.

– Belki się zapaliły! Zaraz strop się na nas zwali! – Krzycząc w panice, wciągnął w płuca tyle dymu, że zaniósł się kaszlem.

– Uważaj na dym, Alonso, jest gorszy od ognia – ostrzegła go matka, kaszląc. – Ściągnij pledy z łóżka i pomóż mi je zmoczyć.

– Zginiemy w płomieniach, matko!

– Mokre pledy nas osłonią. Przechyl stągiew!

Alonso był sparaliżowany strachem, więc María sama oblała koce wodą ze stągwi. Jeden pled położyła synowi na głowę, drugim okryła siebie.

– Pochyl się i idź za mną, przy ziemi jest mniej dymu!

Poczołgała się, kaszląc, w stronę kominka. Rozgarnęła żarzące się szczapy, po czym wyjęła ze ściany kamienną płytę.

Ku zdumieniu Alonsa granitowa płyta zsunęła się w głąb kominka i odsłoniła kilka stopni, które nieco dalej ginęły w mroku.

María zapaliła jedną świecę od żarzących się szczap i wręczyła ją synowi.

– Zejdź na dół… Za schodami jest korytarz, który kończy się w lesie jakieś sto łokci[5] od domu. – Kaszel nie pozwalał jej płynnie mówić. – Biegnij do klasztoru Caaveiro i proś o pomoc ojca Xoána.

– A wy, matko?

– Nie czekaj na mnie! Biegnij, na miłość boską!

Popchnęła syna w dół. Pośpieszyła za nim, ale wcześniej podpaliła sienniki i rzuciła płonące żagwie na nieliczne stojące w domu meble, aby też zajęły się ogniem.

Gdy znalazła się wewnątrz kominka i pokonała pierwszą serię schodów, pociągnęła za znajdującą się tam dźwignię. Wydając głuchy, jękliwy dźwięk, granitowa płyta powoli wróciła na swoje miejsce. María się uśmiechnęła. Napastnicy nigdy się nie domyślą, w jaki sposób udało im się umknąć. Przypiszą to magii: nie na próżno zarówno jej zmarłą matkę, jak i ją samą uważano za swego rodzaju czarownice czy też meigas, jak się mówiło w tych stronach. Albo jeszcze lepiej: pomyślą, że zginęli w płomieniach. Hrabia, który nie był tak przesądny ani ograniczony jak jego zbóje, uzna to wytłumaczenie za bardziej logiczne.

Ruszyła przed siebie, obuta w drewniaki, powoli przemierzała korytarz. Nie była w stanie biec. Przy każdej próbie czuła w klatce piersiowej ostry ból, jakby ktoś wbijał jej sztylet w serce. Po każdym wdechu ogarniał ją strach, że nie zdoła zaczerpnąć już więcej powietrza.

Alonso nie był posłuszny jej nakazowi, czekał na nią u wylotu tunelu, ukryty wśród paproci.

María dała mu znak, żeby był cicho, po czym wyprostowała się, by spojrzeć ponad poziomem roślin. Dom stał w płomieniach, nieustannie trzeszczał; tuzin mężczyzn, dowcipkując i śmiejąc się, czekał, aż jego mieszkańcy wydostaną się po­parzeni na zewnątrz.

Unoszące się w powietrzu mgła i dym nie pozwalały normalnie oddychać. María zasłoniła usta spódnicą, żeby stłumić odgłos kaszlu.

– Chodźmy stąd, zanim ogień zgaśnie.

Matka i syn czołgali się pod paprociami, aż otuliła ich opiekuńcza mgła.

2

Klasztor Caaveiro

Fragua del Eume, u zbiegu rzek Eume i Sesín.

Wigilia dnia świętego Jana roku Pańskiego 1547

Mgła powoli opadała po zboczach gór. Tam, gdzie dotykała ziemi, drzewa i skały zdawały się unosić w chmurach. Wszelako ani Alonso, ani María nie zwracali uwagi na przejmujący swym pięknem krajobraz, chcieli jak najszybciej dotrzeć do klasztoru. Matka często słabła ze zmęczenia, wtedy syn wytężał siły i ciągnął ją za sobą.

Na domiar złego, choć z nieba siąpiła tylko drobniutka, ledwie odczuwalna mżawka, po krótkim czasie byli całkiem przemoczeni. Alonso przypisał to mgle snującej się wśród paproci, która lepiła im się do ciał.

Gdy dotarli do pierwszego wąwozu, gdzie nikt nie mógł ich usłyszeć, zatrzymał się i zapytał:

– Kim byli ci mężczyźni, matko?

María odetchnęła głęboko, by złapać trochę więcej powietrza.

– To zbóje hrabiego de Andrade.

– Dlaczego chcą nas zabić?

– Powiem ci, kiedy już dotrzemy do klasztoru. Brak mi tchu… Nie mogę jednocześnie mówić i iść – odparła urywanym głosem.

Gęstniejąca chwilami mgła ograniczała widoczność do zaledwie dwóch łokci. Musieli się kierować szumem wody, by znaleźć rzekę, która miała ich zaprowadzić do klasztoru Caaveiro.

– Chcecie, matko, trochę odpocząć? – zapytał, gdy dotarli na brzeg rzeki.

– Nie, fillo, musimy się dostać na miejsce najszybciej, jak się tylko da.

Posuwali się wzdłuż rzeki ponad dwie godziny, aż doszli do kamiennego mostu. Po przekroczeniu go wreszcie ujrzeli w oddali klasztor San Xoán de Caaveiro, imponujący zespół okolonych murem budynków, wznoszących się na szczycie wzgórza, które opływały dwie rzeki. Przecięli tarasy ziemi uprawnej i doszli do bezkresnych kamiennych schodów, które przylegając do apsydy kościoła, prowadziły do wrót klasztoru.

Wspinaczka okazała się dla Maríi tak wyczerpująca, że Alonso musiał ją niemalże unosić pod ramiona, by zdołała pokonać ostatnie schody. Na górze powietrze nabrało przejrzystości i wtedy zobaczył, jak wycieńczona była matka. Miała zapadnięte policzki i zsiniałą skórę. Złe przeczucie zmroziło mu serce: a jeśli matka umrze?

W pierwszej chwili furtian powiedział im, że przeor jest zajęty i nie można mu przeszkadzać. Widząc jednak na ich twarzach wyczerpanie i desperację, zgodził się ich doń zaprowadzić.

Powiódł ich, okrążając ogród warzywny i pomieszczenia dla zwierząt, do budynku, w którym mieściły się cele mnichów. Przylegał on do biblioteki, w której Alonso spędził wiele godzin na czytaniu i nauce. Po wejściu na pierwsze piętro i przebyciu długiego korytarza furtian zatrzymał się przed drzwiami i zastukał.

– Ojcze Xoánie, María i Alonso proszą o rozmowę. Mówią, że to bardzo pilne.

– Niech wejdą – rozległ się głos.

Zakonnik zrobił im przejście i matka z synem weszli do środka. Znaleźli się w pokoju obszerniejszym od cel zwykłych mnichów. Obok kominka – przełożony cieszył się rzadkim przywilejem ogrzewania swego pokoju – znajdowało się łóżko, stolik, przybory toaletowe, kufer, bargueño[6] i duża skrzynia. Przy oknie stało biurko i zapełniona książkami biblioteczka, nieco dalej stół z sześcioma krzesłami. Wszystkie meble były proste, lecz stylowe.

Przeor pisał coś przy oknie. Gdy zobaczył umazanych sadzą gości, zmienił się na twarzy.

– Co wam się stało? – zapytał, wstając z krzesła.

María wybuchnęła płaczem.

– Próbowali spalić nas żywcem! – zawołała, łkając.

– To człowiek pozbawiony sumienia, gorszy niż jego teść! – mruknął przeor. – Jak zdołaliście uciec?

– Przez sekretny tunel, który irmandiños wykopali za czasów mojego pradziadka. Tylko matka i ja wiedziałyśmy o jego istnieniu.

– Myślą, że zginęliście?

María wzruszyła ramionami.

– Podpalili dom i zagrodę. Nikt nie wyszedłby żywy z takiego pożaru…

– To daje nam pewną przewagę – powiedział cicho przeor. – W najgorszym razie minie kilka godzin, zanim będą mogli przeszukać zgliszcza i zmiarkują się, że nie ma tam waszych ciał.

Alonso, zniecierpliwiony tym, że nic nie rozumie, przerwał:

– Kto chce nas zabić? I dlaczego?

Przeor przyjrzał mu się uważnie.

– Wiesz, kto jest twoim ojcem? – zapytał.

María wydała z siebie głuchy, przejmujący jęk.

Alonso się przestraszył. Nieraz zadawał sobie pytanie, czy nie jest czasem synem ojca Xoána. Przeor zawsze odnosił się do niego z miłością. Nauczył go gramatyki, łaciny, greki, retoryki, arytmetyki… i pozwolił mu korzystać z klasztornej biblioteki. Żaden młodzieniec w jego wieku nie miał dostępu do książek, może z wyjątkiem synów bogaczy, choć wątpił, by ci dysponowali biblioteką tak dużą jak ta, w której można było znaleźć nawet kroniki z Nowego Świata! Przyjrzał się zakonnikowi z uwagą. Nie, z pewnością nie był do niego podobny. Przeor miał ciemne włosy i oliwkową skórę, a on był ­blondynem o bladej cerze, tak jak matka.

– Nie, nie wiem, kto jest moim ojcem – odparł w końcu.

Przeor spojrzał na Marię, a ta wyszeptała ze spuszczoną głową:

– Jest nim Fernando de Andrade.

– Stary hrabia…? Przecież ty go nienawidziłaś, matko.

Zakonnik wtrącił ostro:

– Nie jesteś owocem miłości, lecz gwałtu… i nadużycia władzy.

– Miałam zaledwie trzynaście lat, gdy… natknęłam się na niego w lesie – opowiadała María, jakby nieobecna. – Byłam pełna wdzięku, piękna jak motyl… Prawnuczka jego największego wroga. W naszym spotkaniu dostrzegł sposobność do zaspokojenia swych żądz i okazania zarazem, czym grozi sprzeciw wobec niego. „Jeśli ci się podobało, przyjdź do wieży, powtórzymy to”, powiedział, śmiejąc się, kiedy oddawał mi zdarte ze mnie uprzednio ubranie.

Marię napadły duszności, toteż przeor kazał jej usiąść i dał jej trochę wody, aby mogła mówić dalej.

– Dwa miesiące później – ciągnęła María – gdy odkryłam, że jestem w stanie błogosławionym, wdarłam się do wieży z nożem ukrytym w ubraniu. Próbowałam go zabić, ale zabrakło mi sił… a może odwagi… Zdołałam go tylko zranić… Udał, że mi przebacza, i mnie wypuścił. Ale następnego dnia znaleziono ciała mojego ojca i brata… Zginęli przeze mnie! Przeze mnie!

Dając upust skrywanemu bólowi gnębiącemu ją od wielu lat, wybuchnęła tak rozpaczliwym płaczem, że syn się wystraszył.

Przeor, widząc, że María nie jest w stanie mówić dalej, zabrał głos:

– Poznałem twoją matkę tej nocy, kiedy przyszedłeś na świat. Właśnie zbliżałem się do mostu, gdy nagle ujrzałem dziewczynę, dziecko niemal, jak wspina się na kamiennego dzika przy wejściu[7]. Pobiegłem w tamtą stronę i złapałem ją w chwili, gdy chciała się rzucić do rzeki. Zaniosłem ją do kaplicy przy moście, do infirmerii, w której posługuje pewien pustelnik uzdrowiciel, mój przyjaciel. Wspólnie pomogliśmy ci się urodzić. Od tamtej chwili zajmujesz w mym sercu miejsce syna, którego nigdy nie miałem. – Przerwał, aby opanować wstrząsające nim emocje.

– Mężczyźni z mojej rodziny zostali zamordowani – ciągnęła dalej María. – Nie mieliśmy ani pieniędzy, ani żywności, zakonnicy utrzymywali nas do czasu, aż twoja babcia i ja mogłyśmy siać i zbierać plony. Gdyby nie oni, tamtego roku zmarlibyśmy z głodu. A później ojciec Xoán zajął się twoją edukacją.

– Nie chcieliśmy, żeby ostatni potomek dzielnego ­irmandiño Alonsa de Lanzósa był nieoświeconym prostakiem – dodał przeor.

– Ale dlaczego chcą mnie zabić, po tylu latach?

– Krążą pogłoski o nowej rebelii i hrabia de Andrade nie chce dopuścić do tego, by irmandiños cię do niej wykorzystali.

– Mnie…? Czyżby irmandiños chcieli ze mnie zrobić spadkobiercę hrabiego? – zapytał drwiąco.

– Stary Andrade wydał swą spadkobierczynię za pierworodnego syna hrabiego de Lemos, aby w ten sposób połączyć dwa najbardziej wpływowe rody w Królestwie Galicii. Cesarz[8] niechętnie patrzy na kumulowanie władzy przez galisyjską szlachtę, a ty jesteś jedynym męskim potomkiem starego hrabiego, jedynym, który mógłby nosić nazwisko Andrade. Nie byłoby niczym niedorzecznym, gdyby cesarz uznał cię za dziedzica rodu. Zresztą już kiedyś poparł irmandiños.

– Wszystko to brzmi absurdalnie!

– Dlaczego?

– Przecież jestem dzieckiem z nieprawego łoża.

– Nasi Królowie Katoliccy[9] wywodzili się z rodu Trastámara, dynastii pochodzącej z nieprawego łoża.

Skonfundowany młodzieniec powiedział:

– Nic mi nie grozi, dopóki nie przyjmę żadnej propozycji ze strony irmandiños.

Zakonnik się uśmiechnął. Choć Alonso był inteligentnym chłopcem, nie znał jeszcze ciemnej strony ludzkiej duszy.

– Nawet jeśli będziesz się trzymał z dala od irmandiños, hrabiowie de Andrade będą próbowali cię zabić.

– Pójdę z nimi porozmawiać, wytłumaczę im, że nie mam ambicji…

– To tak, jakbyś wchodził w paszczę lwa!

– Musisz uciekać! – zawołała María. – Nie wiesz, do jakich okrucieństw są zdolni!

– Tak, Alonso, musisz stąd wyjechać.

– Z Galicii?

– Z Hiszpanii.

Zapadło głuche milczenie. Zakłócił je jęk szyb okiennych, które przeor zaczął ocierać z pary. Alonso z zainteresowaniem obserwował ruch jego dłoni. Wiele razy marzył, żeby w oknach jego domu były szyby. Podczas zimnych dni matka i on nie mieli innego wyjścia, jak zamykać okiennice i godzić się na spędzanie reszty dnia po ciemku. Olej w jedynej lampie, którą dysponowali, szybko się kończył, musieli go oszczędzać, a świece – wyrabiane z wielkim wysiłkiem przez zanurzanie raz za razem w gorącym łoju bawełnianych knotów – były zbyt cenne. Trzymali je na specjalne dni.

Przeor skończył przecierać zaparowane szyby. Choć kraj­obraz wciąż zasnuwała mgła i trudno było cokolwiek dojrzeć, mnich wskazał pewien odległy punkt.

– Jakieś pięćdziesiąt lat temu na drugim brzegu tego oceanu odkryto Nowy Świat…

– Ale… ojcze – przerwała María – to niemożliwe. Koniec świata jest niedaleko stąd.

– Marío, nasi przodkowie nazwali to wybrzeże „Finis ­Terrae”, bo myśleli, że dalej nic już nie ma. A jednak jest tam Nowy Świat… Słyszałeś o nim, Alonso?

– Tak.

– Chciałbyś tam pojechać?

– Ale ja…

– Wielu naszych braci przepłynęło ocean, by ewangelizować Indian, którzy potrzebują Słowa Bożego i pragną się nawrócić na prawdziwą wiarę. Gdybyś chciał…

– Jak mogę się tam dostać? – Alonso, jak wszyscy chłopcy w jego wieku, marzył o podróżach po świecie i o zostaniu konkwistadorem. I oto nagle spełnienie tego snu stało się realne.

– Co prawda istnieje Dom Handlowy[10] w A Coruñii, tak zwana Casa de la Especiería, ale to Dom Handlowy w Sewilli zajmuje się organizowaniem wypraw do Indii Zachodnich.

– Mam się więc zaokrętować w Sewilli?

– Tak. Nie wolno wyruszać do Nowego Świata z innych miast.

Ojciec Xoán podszedł do wielkiej skrzyni i wyjął z niej habit z kapturem.

– Proszę, włóż go.

– Po co?

– Dwaj zakonnicy z naszego klasztoru wyprawiają się tej nocy w podróż. Chcę, byś wyruszył razem z nimi, przebrany za mnicha. Dziś jest noc świętego Jana, ludzie będą zajęci skakaniem przez ogień.

– A co z matką?

– Jest zbyt słaba, by przetrzymać podróż…

Matka, siedząc z opuszczoną głową, skinęła twierdząco.

– Bracia będą ci towarzyszyć do Salamanki – ciągnął przeor. – Stamtąd ruszysz sam do Medellín, gdzie mieszka adelantado.

– Adelantado…?

– To ktoś w rodzaju… wicekróla, któremu Jego Wysokość przekazuje rządy nad konkretnymi ziemiami.

– Jak Ferdynandowi Cortezowi w Meksyku?

– W rzeczy samej. Tyle że temu powierzono terytorium Paragwaju i rejon Río de la Plata.

– Jak się nazywa adelantado?

– Juan de Sanabria.

3

Zaskakująca propozycja

Medellín, Estremadura, Hiszpania.

Wigilia dnia świętego Jana roku Pańskiego 1547

Przed wejściem do gotowalni matki – malutkiego pomieszczenia, w którym przechowywała swe najcenniejsze przedmioty: kufer ze strojami, skrzynkę z przyborami toaletowymi, tamborek i niewiele więcej – Ana schowała do kalety[11] pod spódnicą czytaną właśnie książkę.

– Wzywaliście mnie, pani matko?

– Dlaczego tak zwlekałaś? Czy choć na chwilę nie możesz zostawić tych czytadeł? – zganiła córkę doña Juana. Wyjęła z kufra zwiewny welon i włożyła sobie na głowę, opuszczając go, jakby nieuważnie, za uszy. – Jak wyglądam w tej beatilli[12], Ano?

– Dodaje wam wiele urody – odparła szczerze.

Matka wciąż była piękna, choć przekroczyła już trzydziestkę.

– Tak… bądź co bądź, podczas wizyty, którą mamy złożyć, peleryna doda godności.

Zdjęła welon z niechęcią i przekazała go córce. Tkanina była tak delikatna, że spływała jak woda między palcami.

– Piękna ta beatilla!

– Należała do twej babki… Wtedy nasza rodzina cieszyła się jeszcze dobrobytem. – Wzdychając ciężko, przysunęła krzesło do lustra znajdującego się przy okienku i powiedziała: – Podaj mi czarkę z kosmetykami.

Ana obserwowała, jak matka mocno naciera twarz bielą wenecką.

– Aj… ależ piecze!

– Może puder wam, matko, nie służy.

Doña Juana parsknęła śmiechem, słysząc sugestię córki.

– Wkrótce staniesz się damą i też będziesz musiała go używać… Dziś po południu idziemy z bardzo ważną wizytą. Włóż moją welwetową suknię. Stanik będzie trochę za luźny, ale to nic. Szkoda, że nie mam drugiego gorsetu, żeby ci pożyczyć. W przyszłości będzie na tobie dobrze leżał. Sporo urosłaś.

Ana szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. O czymś takim nawet nie śniła! Miała włożyć szkarłatną welwetową suknię matki! Cóż to za wizyta, że tak się szykownie stroją?

– Chcę, byś pokazała jak najlepsze maniery, Ano. Nie waż się nawet wspominać, że czytasz książki! Podaj mi szkatułkę z przyborami toaletowymi. Uróżuję się nieco.

Po solidnym posmarowaniu różem policzków, czubków uszu i wnętrza dłoni doña Juana spojrzała na córkę.

– Masz piękną cerę, ale odrobina różu nie zawadzi. Zbliż się.

Dziewczyna przymknęła oczy z rozkoszy, gdy matka nacierała jej policzki różem.

– Nałożę ci też trochę na usta, są blade; potem posmarujemy je woskiem, żeby wyglądały jędrniej.

Ana, zaintrygowana przygotowaniami, nie mogła powstrzymać ciekawości.

– Do kogo udajemy się z wizytą, matko?

– Do doñi Mencíi de Calderón. Przysłała wiadomość, że chce nas widzieć.

– Kim jest ta dama?

– Należy do jednego z najlepszych rodów w Medellín i jest żoną samego don Juana de Sanabria.

– Krewnego Ferdynanda Corteza?

– Mówią, że łączy ich jakieś pokrewieństwo ze strony matki. W każdym razie… chodzi o to, że cesarz zamierza mianować don Juana de Sanabria adelantado Paragwaju i ziem Río de la Plata.

– To jeden z największych rejonów Nowego Świata…

– Doprawdy? Nie znam się na tych sprawach, moja córko. Ale „Río de la Plata” brzmi obiecująco.

– Niektórzy kronikarze twierdzą, że nazwę tę nadano dla przyciągnięcia kolonizatorów, w rzeczywistości zaś ziemie te są ubogie, zamieszkane przez dzikich Indian.

– Za dużo czytasz, Ano. Ojciec Carreño ostrzegł mnie, że ani romanse rycerskie, ani księgi o Indiach nie są odpowiednie dla panienek. Mężczyźni nie lubią kobiet, które czytają.

Ana zadrżała. Bez książek jej życie ziałoby nudą. Była tak wdzięczna ojcu, że nauczył ją czytać!

– Dlaczego doña Mencía chce nas widzieć? – zapytała, wkładając szkarłatną suknię z welwetu, ozdobioną złotą lamówką.

– No cóż… masz już dwanaście lat, a jej syn Diego skończył pewnie piętnaście czy szesnaście. Jeśli wyruszają do Indii, to normalne, że chcą mu znaleźć żonę, a my pochodzimy wszak z szanowanej chrześcijańskiej rodziny, możemy się poszczycić jednym z najstarszych rodowodów w Medellín.

Ana się wzdrygnęła. A więc to z tego powodu matka tak ją wystroiła. Pomysł podróży do Indii podobał jej się, ale myśl o małżeństwie… Wiedziała, że kiedyś będzie musiała je zawrzeć, ale nie sądziła, iż nastąpi to tak szybko. Nikt jej nigdy nie tłumaczył, na czym polega małżeństwo. Czy miało ono coś wspólnego z tym, o czym szeptały, śmiejąc się, przyjaciółki matki, kiedy spotykały się przy haftowaniu?

Wyszykowane, z upiększonymi licami, matka i córka opuściły pieszo swój dom w towarzystwie dwóch wiekowych służących. Doña Juana bolała nad tym, że nie dysponują lektyką; nie mogli sobie jednak na nią pozwolić, byli zrujnowani. Pozostał im tylko dom rodzinny, odziedziczeni wraz z nim służący i niewiele więcej. Aby utrzymać odpowiednio wysoki poziom życia, godny ich klasy społecznej, byli zmuszeni niemal głodować. Czy jednak mieli inne wyjście? Primitivo Rojas, mąż doñi Juany, nie mógł pracować. Był hidalgo[13]! A szlachcic czystej krwi powinien zarządzać swymi dochodami albo służyć Jego Królewskiej Mości. Kupiectwo, lichwa i inne tego rodzaju zajęcia były dobre dla niewiernych lub cudzoziemców, nie dla starych chrześcijan. Jej mąż umarłby ze wstydu na samą myśl, że miałby się parać czymś podobnym.

Dziewczyna potknęła się o krawężnik rynsztoku biegnącego środkiem ulicy.

– Czemu jesteś tak roztargniona, Ano? Mało brakowało, a upadłabyś i zniszczyła suknię! – skarciła ją matka, wkładając wiele wysiłku w utrzymanie równowagi przy poruszaniu się na wysokich koturnach.

Ana spojrzała na nie z zazdrością. Wyrastały dwadzieścia centymetrów nad ziemię. Chciałaby mieć takie koturny, na korkowej podeszwie, obszyte tkaniną pasującą do sukni. Ależ wysmukliłyby jej sylwetkę! I ten miarowy chód, który wymuszały – był taki wytworny! Choć to prawda, że jej pantofelki z elastycznego kurdybanu o wiele lepiej się sprawdzały na ulicach pełnych sterczących kamieni.

– Ukryj twarz w pelerynie, Ano. Na dworze przystoi odsłaniać tylko jedno oko, najlepiej lewe.

– Nic nie będę widzieć… ani słyszeć.

– Bzdury! Musisz się nauczyć zachowywać jak dama.

Ana wiedziała, że nie wszyscy ludzie popierają zakrywanie twarzy przez kobiety. Tydzień wcześniej słyszała, jak ojciec Carreño mówił z ambony: „Zakryta twarz umożliwia pewnym damom odwiedzanie miejsc o wątpliwej reputacji bez obaw, że ktoś je rozpozna. Słyszy się też o kawalerach, którzy wkładają pelerynę i udając panny, nawiedzają swe kochanki w ich własnych domach, tuż pod bokiem ich mężów! A nie chcę nawet wspominać, do czego wykorzystują to okrycie sodomici! Musimy wyplenić z naszego kraju zwyczaj zakrywania twarzy! Jest właściwy niewiernym i wystawia na szwank czystość naszych kobiet! Bo obyczajne niewiasty, które nie mają nic do ukrycia, chodzą wszędzie z twarzą odkrytą!”.

– Matko, ojciec Carreño uważa, że…

– Zasłoń się porządnie. A kiedy dotrzemy do rezydencji doñi Mencíi, pamiętaj, że powinnaś wejść ze schyloną głową, nie podnoś jej, dopóki doña się do ciebie nie odezwie! To bardzo ważne, byś wykazała się skromnością.

Ana westchnęła. Ostatnio trudno jej się było z matką porozumieć. Ta mówiła jej tylko o manierach, klejnotach lub sukniach… i nie zwracała najmniejszej uwagi na jej zdanie.

Rodzina Sanabria zamieszkiwała wspaniały kamienny dom o dwóch piętrach; nad łukiem wejściowym widniał herb szlachecki. Fasada była skromna, z okratowanymi oknami bez żadnych zdobień; tylko dwa narożne balkony, wydrążone w kamieniu, okalał ornament w postaci rzeźbionego wałka.

Służąca przywitała kobiety w przedsionku, po czym zaprowadziła je na pierwsze piętro, do przestronnego pokoju ze ścianami okrytymi bogatymi arrasami. W jednym końcu, przy oknie, znajdowało się podium, wyłożone korkiem i przykryte wspaniałym dywanem. Siedziały tam na poduszkach dwie panny, nieco starsze od Any, i bawiły się kołowrotkiem, a dwie inne kobiety, liczące sobie około trzydziestu lat, prowadziły serdeczną rozmowę.

– Słyszałaś, że próbowano pozbawić mego męża godności adelantado? – mówiła jedna z nich.

– Kto taki, Mencío? – zapytała druga.

– Ktoś z Walencji…

Ujrzawszy przybyłe kobiety, Mencía przerwała rozmowę i zeszła z podium, by je przywitać. Szczupła, o regularnych rysach twarzy, kasztanowych włosach i takich samych oczach, choć miała na sobie skromną suknię – skromniejszą od stroju doñi Juany – wyróżniała się wytworną postawą.

Uścisnęła dłonie doñi Juany i ucałowała ją w policzki.

Matka Any zaczerwieniła się, rada z tak serdecznego przyjęcia.

– Wy jesteście doña Juana, prawda?

– Tak, a wy to doña Mencía de Calderón.

– W rzeczy samej. Witajcie w moim domu.

Gospodyni przyjrzała się Anie.

– Macie nadzwyczaj wytworną córkę.

– Wychowywaliśmy naszą pannę wspólnie z mężem. Umie śpiewać, haftować, jest bardzo pobożna…

– A czytać umie?

Doña Juana z trudem powstrzymała odruch niezadowolenia. Kto mógł tej damie wyjawić, że Ana umie czytać?

– Mój mąż uparł się, by ją nauczyć, choć ja…

– To bardzo stosowna decyzja! Wyniesie z tego wiele korzyści! Możesz już podać poczęstunek – poleciła służącej, która towarzyszyła gościom od przedsionka. – Proszę tutaj, doña Juana. Chcę wam przedstawić moją przyjaciółkę doñę Isabel de Contreras oraz jej córki: Elvirę i Isabel.

Dziewczęta podały Anie poduszkę, by mogła usiąść przy nich, podczas gdy doña Juana zajęła miejsce między doñą Mencíą i doñą Isabel.

Ana milczała, nie wiedziała, co powiedzieć. To Elvira pierwsza się do niej odezwała:

– Dostałam wczoraj przepis na świetny preparat na owłosienie, żeby włosy na nogach czy gdziekolwiek nie odrastały po wygoleniu. Chcesz wiedzieć, co to takiego?

– Tak – odparła Ana, raczej z grzeczności, gdyż nie bardzo interesowały ją włosy, których nikt nie ogląda.

– Ubija się sok z cytryn z białkiem z jaj. Miksturę wciera się w ogolone nogi, a po wierzchu sypie sproszkowanym imbirem.

– Aha!

– Zapewniano mnie, że po trzech czy czterech razach włosy przestają odrastać.

Służąca przyniosła ręczniki i miskę do umycia rąk. Szły za nią dwie młodziutkie służki z tacami w rękach. Pierwsza niosła rozmaite słodkości: kandyzowane owoce w miodzie i cukrze, migdały w karmelu, pan de higo[14], orzeszki piniowe, rosquillas[15], ciasto francuskie, ciastka miodowe. Druga z nich trzymała napoje: aromatyzowany aguamiel[16], napój z jęczmienia, orszadę. Umieściły tace na stoliku stojącym na podium, po czym damy i dziewczęta rozłożyły wokół swe poduszki.

Ana łakomie spojrzała na tace. Rzadko miała okazję kosztować takich pyszności! Nie dało się ukryć, że rodzina Sanabria żyje w dostatku!

Ona i jej matka zjadły po kilka przysmaków, odkładając sobie część, by zabrać do domu, jak to było w zwyczaju wśród dobrze wychowanych dam.

– Pomówmy teraz o tym, co skłoniło mnie do wezwania was tutaj – powiedziała doña Mencía, gdy tylko skończyły poczęstunek. – Słyszałyście zapewne, że Jego Wysokość, niech Bóg ma go w swej opiece, ma zamiar mianować mego męża adelantado rejonu Río de la Plata.

– Takie krążą pogłoski.

– Król powierzył też mojemu mężowi inną znaczącą dla przyszłości konkwisty misję: ma zabrać ze sobą do Nowego Świata młode panny, które się tam osiedlą. Wiecie, jak mówią na miasto Asunción w Paragwaju?

– Nie.

– Ogród Mahometa!

– Czy to znaczy, że Maurowie dotarli do Nowego Świata? – zapytała doña Juana.

Ignorancja matki zawstydziła Anę.

– Mówią na nie ogród Mahometa – ciągnęła dalej doña Mencía – bo wobec braku białych kobiet Hiszpanie łączą się z Indiankami.

Ana wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z młodymi córkami doñi Isabel. Setki razy przy mniej pikantnych rozmowach kazano jej wychodzić z pokoju.

– Chodzą słuchy, że każdy Hiszpan ma dwie–trzy indiańskie konkubiny albo i więcej, niczym niewierni! – dodała doña Mencía.

– Niech Bóg ma dla nich miłosierdzie! – zawołała doña Juana, robiąc znak krzyża.

Doña Mencía i doña Isabel przytaknęły jej z odruchem obrzydzenia.

– Myślę, że dziewczęta powinny stąd wyjść – zasugerowała doña Juana.

– Pozwólcie im zostać: chcę, by słyszały, co mam wam do powiedzenia. Asunción w Paragwaju zapełnia się Metysami, co przysparza Koronie kłopotów.

– Ach, naprawdę?

– Osoby sprawujące władzę muszą się żenić z Hiszpankami, jeśli nie chcemy stracić tego, co z tak wielkim trudem udało nam się osiągnąć – stwierdziła sucho doña Mencía.

– Naturalnie, to oczywiste…

– Król poprosił mego męża, żeby zabrał ze sobą do Nowego Świata sto zdrowych, odpowiednio wychowanych panien, wybranych spośród najlepszych rodów z Medellín i okolic, aby zawarły katolickie małżeństwa z konkwistadorami i dały Indiankom przykład cnót i dobrych obyczajów. Dlatego właśnie chciałam poznać waszą córkę.

Doña Juana zbladła. Wizja skoligacenia rodziny z rodem Sanabria poprzez związek Any z młodym Diegiem rozwiała się w jednej chwili.

– Mąż mój – ciągnęła doña Mencía de Calderón – wystosuje do waszego męża oficjalną prośbę, by Ana udała się z nami do Indii, gdzie poślubi ją jakiś wysoko postawiony mężczyzna; wcześniej chciałam jednak poznać wasze zdanie.

Doña Juana wybełkotała:

– Nie wiem, co wam odpowiedzieć…Tak nagle…

– Rozumiem… Dobra żona zawsze powinna podzielać zdanie swego pana. A tobie, panienko, podoba się ten pomysł?

Ana przełknęła ślinę. Tak często marzyła o podróży do Nowego Świata i udziale w wyczynach konkwistadorów, o których krążyły opowieści po całym Medellín!

– Nic nie mówisz, Ano?

– Pojechałabym z wielką chęcią! – zawołała.

– Słyszycie, doña Juana, wasza córka pragnie wyruszyć do Indii. Nie zmarnujcie tej szansy. Może znaleźć tam znakomitą partię, nie wnosząc żadnego posagu.

Doña Juana oblała się rumieńcem. Doña Mencía nie chciała jej upokorzyć, choć publiczna wzmianka o braku pieniędzy na posag dla córki była przejawem niegrzeczności. Jednakże przedstawiona propozycja stanowiła interesujące rozwiązanie problemu Any, która była już panną na wydaniu…

4

Misja

Klasztor Caaveiro. Królestwo Galicii, Hiszpania.

Wigilia dnia świętego Jana roku Pańskiego 1547

Przeor uważnie przyglądał się Alonsowi, który właśnie wszedł do celi w habicie nowicjusza. Żywił nadzieję, że pewnego dnia chłopak wstąpi do zakonu. Był inteligentny, pracowity, obdarzony dobrym charakterem… „Jeśli Bóg, Pan nasz, zechciał przyznać Hiszpanii panowanie nad Nowym Światem, to z pewnością w tym celu, byśmy zewangelizowali jego mieszkańców. Trzeba wielu młodych, takich jak Alonso, aby wydobyć z mroków setki niewiernych dusz, które tam żyją”, pomyślał pobożny przeor.

– Siadaj – polecił, potrząsając właśnie napisanym listem, żeby osuszyć atrament, po czym dodał: – Jest coś, o czym nie powiedziałem ci wcześniej, bo nie chciałem niepokoić twej matki.

– Co to takiego, ojcze Xoánie?

– Dotarł do mnie pewien ważny dokument… związany z Paragwajem i rejonem La Platy.

– Miejscem, do którego mam wyruszyć?

– Tak, Alonso. Jest ktoś, kto chce przeszkodzić don Juanowi de Sanabria w objęciu stanowiska adelantado. Naszemu hrabiemu nie są obce te intrygi.

– Co za interes może mieć ród de Andrade w rejonie La Platy, ojcze Xoánie?

– W swoim czasie portugalscy panowie pomogli hrabiom de Andrade odzyskać ich ziemie po rewolcie irmandiños, teraz wypada im się odwzajemnić.

– Nie rozumiem…

– Portugalia usiłuje przejąć panowanie nad rejonem, który zgodnie z traktatem z Tordesillas[17] przypada Hiszpanii. Próbuje podporządkować sobie również rejon Río de la Plata, dlatego nowy adelantado powinien objąć rządy jak najszybciej.

– W jaki sposób hrabiowie de Andrade mogą mu przesz­kodzić?

Przeor wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Ale trzeba go ostrzec. Kiedy tylko dotrzesz do Salamanki, idź do rektora uniwersytetu, nazywa się don José Luis de Varea. To mój przyjaciel, dobrze zna adelantado. Zbada sprawę i pomoże ci się dostać do Medellín, gdzie mieszka don Juan de Sanabria.

– Nie byłoby lepiej, żebym udał się prosto do Medellín?

– Uczyń tak, jak ci mówię, mam ku temu powody. Kiedy się spotkasz z adelantado, przekaż mu ten list. Jemu osobiście – podkreślił zakonnik. – Zawiera listę spiskowców. – Otworzył szufladę w bargueño stojącym po jego lewej stronie, wyjął płócienny zawoskowany woreczek i włożył list do środka. – Wszyj go w koszulę pod pachą i postaraj się, żeby nikt go nie znalazł.

– Nawet bracia towarzyszący mi w drodze do Salamanki?

– Najlepiej nikomu o tej sprawie nie wspominaj. Ja sam nie wiem, komu mogę ufać. Nawet któryś z członków Rady do spraw Indii może należeć do spisku. Przyrzeknij mi, że przekażesz ten list samemu adelantado, osobiście.

– Przyrzekam, ojcze Xoánie.

Przeor wstał i Alonso pochylił się, by ucałować jego dłoń.

– Miej oczy szeroko otwarte, mój synu, niebezpieczeństwo czyha tam, gdzie najmniej się go spodziewamy.

Alonso dosłyszał w głosie ojca Xoána silne emocje i zrozumiał, że przeor kocha go bardzo mocno.

Zakonnik wrócił na miejsce i wziął pióro do ręki.

– W czasie, gdy będziesz się żegnał z matką, napiszę jeszcze dwa listy polecające; jeden wręczysz rektorowi uniwersytetu, drugi zaś przewodniczącemu Rady Indii.

*

Alonso przeszedł długim, cichym korytarzem i zatrzymał się przed wejściem do celi, w której czekała nań matka. Słabe światło sączyło się do środka przez zakratowane zamknięte drzwi. Wszedł bez pukania, starając się nie robić hałasu. W migoczącym blasku świecy María zawijała kilka koszul w płótno bocací, nawoskowane, żeby nie przepuszczało wilgoci. Wyglądała na wycieńczoną, jej włosy, niegdyś złote jak miód, opadały na twarz niczym wiecheć słomy.

– Pakuję ci bieliznę na zmianę, dostałam ją od mnichów – mruknęła.

– Zostawcie sobie woskowane płótno, wam będzie bardziej potrzebne.

María popatrzyła na syna i pokręciła głową.

Alonso zauważył, że miała szkliste spojrzenie i zmizerniałą twarz. Pocałował ją. Jej skóra była rozpalona.

– Macie gorączkę. Nie mogę odejść i zostawić was w takim stanie.

– Pójdę do infirmerii przy moście. Tam się mną zajmą.

Alonso objął matkę.

– Wrócę po was, kiedy tylko będę mógł! Przywiozę z Nowego Świata srebro i złoto, żebyście nie musieli już więcej pracować.

María wiedziała, że byłoby lepiej, gdyby nigdy nie wracał.

– Możliwe, że… nie będę mogła na ciebie czekać…

Chłopak poczuł się tak, jakby ktoś siekł go batem.

– Nie chcecie, matko, bym wrócił? – zapytał z goryczą w głosie.

María poczuła, że jej serce rozdziera ból. Czy nie wiedział, że próbuje go chronić?

– Kiedy wyzdrowieję, będę musiała poszukać sobie męża… Nie chcę, byś czuł się zmuszony do powrotu – dodała wątłym głosem. – Uciekaj przed nędzą i postaraj się zdobyć powodzenie, byle nie kosztem ludzi bezbronnych! Obyś się nie stał kimś tak bezdusznym jak członkowie rodziny twojego ojca. – Podniosła dumnie głowę. – Ty jesteś irmandiño! – Opuściła ją znów, żeby Alonso nie zobaczył łez spływających jej po policzkach. – Nie zapomnij o mnie, synu. Będę żyła tak długo, jak długo będziesz o mnie pamiętał.

Natychmiast po wyjściu Alonsa padła na kolana.

„Panie, nie pozwól, by go zabili! Alonso nie zrobił nikomu krzywdy. Ty jesteś sprawiedliwy i nie zgodzisz się, by niewinny chłopak pokutował za winy swych krewnych. Prawda, Panie? Nie wybaczyłabym Tobie, gdyby… O, mój Boże! Daruj mi! Gorączka zżera mi rozum i sama nie wiem, co mówię. Chroń go, Panie, i jeśli uważasz za słuszne, pozwól mi żyć tak długo, aż się dowiem, że jest bezpieczny”.

María zmarła sześć dni później w szpitaliku przy moście.

5

Decyzja

Medellín, Estremadura, Hiszpania.

Czerwiec roku Pańskiego 1547

Kilka dni po wizycie u doñi Mencíi de Calderón Ana została wezwana do gabinetu ojca. Czekał na nią przy biurku, siedząc tyłem do okna. Światło, od którego odcinała się wychudła sylwetka, jeszcze podkreślało kiepski stan jego ubioru. Mężczyzna nie tracił jednak przez to godności hidalgo.

Primitivo Rojas spojrzał z namysłem na córkę, a następnie powiedział:

– Don Juan de Sanabria czyni nam wielki zaszczyt, proponując, byś towarzyszyła mu w wyprawie. Obiecuje ci związek małżeński z mężczyzną wysokiego rodu, co by oznaczało nobilitację dla naszej rodziny. – W jego głosie pobrzmiewał głęboki smutek. – Stanie się jednak tak, jak ty będziesz chciała, moja córko.

Ana oblizała wargi i odparła cicho:

– Nie czuję powołania do życia zakonnego, a wiem, że nie macie pieniędzy na posag dla mnie. Cóż innego nam pozostaje?

Ojciec spojrzał na córkę ze skrywaną dumą. Miała zaledwie dwanaście lat, a doskonale pojmowała swą sytuację. „Szkoda, że najinteligentniejsze z moich dzieci urodziło się jako kobieta”, pomyślał.

– Jesteś gotowa wybrać się do Nowego Świata?

– Tak.

Poczuł, że żal ściska mu serce. Jego malutka Ana, najukochańsza, odjedzie na zawsze. Starał się, jak mógł, zapanować nad głosem.

– Wobec tego pojedziesz. Przyrzeknij mi, że nigdy nie splamisz honoru naszej rodziny i zawrzesz małżeństwo tylko z osobą o naszej kondycji. – Zdjął z szyi krzyż i położył przed córką.

– Tak uczynię, ojcze, Bóg mi świadkiem. – Nabożnie pocałowała krucyfiks.

– Jesteś odważna, moja córko, ale wyruszasz w nieznany świat i będziesz pozbawiona opieki. Uważaj na siebie – powiedział i zawiesił jej klejnot na szyi.

Ana próbowała protestować. Złoty, wysadzany brylantami krucyfiks był rodzinną pamiątką, przechodził zawsze na pierworodnego syna, którym ona przecież nie była. Jednakże żadne słowa nie chciały jej przejść przez gardło. Ojciec spostrzegł to i potwierdził swą decyzję skinieniem głowy.

– Miej go zawsze przy sobie. Będzie ci przypominał, że należysz do szlacheckiego rodu, do starych chrześcijan. I że moje serce jest zawsze przy tobie… nawet jeśli nigdy już się nie zobaczymy.

Dziewczyna zaczęła szlochać.

– Nie płacz, ruszaj naprzeciw swemu przeznaczeniu, córko moja.

Ana rzuciła się ojcu w ramiona, a ten przytulił ją tak jak wtedy, gdy była dzieckiem.

Kilka miesięcy później Ana pożegna się z resztą rodziny i ze wszystkimi miejscami związanymi z dzieciństwem, nic jednak nie pozostawi w niej głębszego śladu niż ta rozmowa, podczas której zdecydowała się jej przyszłość.

6

Salamanka

Pontedeume, Valdoviño, Cedeira, Salamanka.

Od końca czerwca do początku sierpnia roku Pańskiego 1547

Alonso i zakonnicy pragnęli jak najszybciej oddalić się od Pontedeume, maszerowali więc przez całą noc, odpoczywając tyle tylko, ile było konieczne, by coś zjeść i nabrać sił. O zmierzchu następnego dnia dotarli do brzegu jeziora leżącego w pobliżu wioski, która – jak mówili mnisi – nazywała się Valdoviño. Tam, ukryci w krzakach, spędzili noc.

Następnego ranka Alonso odczuwał straszliwe rwanie w mięśniach, przy wstawaniu niemal zwijał się z bólu.

– Jestem ledwie żywy, nie mam siły się ruszyć.

– Odwagi, tego wieczoru sobie powetujesz. Zatrzymamy się w jednym z naszych klasztorów, będziesz spał w łóżku jak u Pana Boga za piecem – powiedział brat Gabino, starszy z zakonników.

Był to szczupły mężczyzna o żywym spojrzeniu, z długą rudą brodą, która rozwidlając się na piersiach, nadawała mu imponujący wygląd. Choć surowy i małomówny, miał duże poczucie humoru i z miejsca obdarzył Alonsa sympatią.

Z kolei brat Miguel był swawolny i sprośny. Niedawno złożył śluby i zawsze był chętny do ścigania się czy żartowania z Alonsem, od którego był niewiele starszy. Czasami obaj dostawali reprymendę od brata Gabina, zwłaszcza gdy zaczynali rozmawiać przed snem.

Późnym popołudniem doszli do Cedeiry, rybackiej wioski znanej Alonsowi z czasów, gdy pracował na łodzi sąsiada.

– Dlaczego szliśmy na północ, skoro Salamanka leży bardziej na południe? – zapytał, bojąc się, że zakonnicy wciągają go w pułapkę.

– Tak kazał nam uczynić przeor – odparł brat Gabino. – Twoi prześladowcy nie domyślą się, że obraliśmy tę trasę.

Takiej taktyki – chodzenia okrężną drogą i omijania uczęszczanych szlaków – trzymali się przez całą wyprawę.

Zawsze gdy to było możliwe, zatrzymywali się w klasztorach lub konwentach, gdzie raczono ich dobrym jadłem i udostępniano im wszelkie wygody. Albo tak się tylko wydawało chłopcu nawykłemu do niedostatku. Najczęściej jednak sypiali pod gołym niebem i musieli się zadowalać kawałkiem sera, chleba, kiełbasy czy solonego mięsa, które dostawali w poprzednim klasztorze. Kiedy prowiant się kończył, jedli korzonki lub owoce leśne oraz ryby łowione w rzekach i strumieniach podręczną siatką, którą mnisi mieli ze sobą.

Choć wybierali rzadko uczęszczane trasy, od czasu do czasu napotykali obdartych wędrowców z muszlami wiszącymi u szyi lub przy kapeluszu.

– To pielgrzymi idący do Santiago de Compostela – wyjaśnił brat Gabino. – Wędrują z odległych stron, aby spełnić przyrzeczenie nawiedzenia grobu apostoła, złożone przez nich samych lub kogoś innego.

– Jak to? – zdziwił się chłopak.

– Czasami to służący pielgrzymują do Santiago w imieniu swych panów. Są nawet ludzie, którzy dostają pieniądze za wypełnienie złożonego przez kogoś ślubu.

Alonso nie krył zdumienia.

– Można złożyć obietnicę i zapłacić komuś, żeby ją spełnił?

– Bogacze często tak robią.

– Na Camino de Santiago aż się roi od „wyrobników cudzych obietnic” – dodał brat Gabino, wzdychając. – Ale cóż, dla wszystkich jest miejsce w winnicy Pańskiej.

– Ojcze, czy nie byłoby stosowne zaopatrzyć się w muszle, żeby nas brali za pielgrzymów? – zasugerował brat Miguel.

– Nie jest to zły pomysł. Zrobimy to przy pierwszej sposobności, jaka się nadarzy.

Pewnego dnia po południu rozszalała się straszliwa burza, musieli się więc zatrzymać w schronisku pełnym pielgrzymów. Zakonnicy wysłali Alonsa do dormitorium, żeby wymienił na muszle sery – przed dwoma dniami dostali w jednym z klasztorów trzy wielkie kawałki; niedługo zaś mieli dotrzeć do kolejnego konwentu, w którym na pewno znów ich zaopatrzą.

Alonso wrócił, niosąc co najmniej dwadzieścia muszli, które pielgrzymi chętnie mu oddali w zamian za ser. A nawet przyszli za nim, oferując jeszcze więcej. Zakonnicy parsknęli śmiechem, widząc, jak Alonso próbuje się uwolnić od pątników.

– Widzę, że przeszkadza ci „woń świętości”, synu – kpił sobie brat Gabino.

– Matka i babka nauczyły mnie, by myć się codziennie.

– To stąd się wzięły plotki, że są meigas – skwitował ze śmiechem brat Miguel, który urodził się w pobliskiej wiosce i znał obie kobiety.

Był już koniec lipca – z powodu ciągłego kluczenia wędrowali od miesiąca. Alonso wcale się tym nie martwił – myśl o dotarciu do Salamanki napawała go lękiem. Miał wówczas stracić ochronę zakonników, w dodatku w mieście tym posługiwano się językiem kastylijskim, który wprawdzie znał dobrze, ale używał go tylko w rozmowie z zakonnikami i możniejszymi panami.

Pewnego popołudnia na początku sierpnia ich oczom ukazała się rozległa rzeka, o której brat Gabino powiedział, że to Tormes. Przewoźnik przeprawił ich swą łodzią za cztery maravedí[18]. Przewędrowali kilka mil drugim brzegiem rzeki, aż o zmierzchu ujrzeli wspaniały most, który wywarł na Alonsie ogromne wrażenie swą długością i solidną konstrukcją: był równie imponujący jak most w Pontedeume, a może nawet jeszcze wspanialszy.

– Zbudowali go Rzymianie – wyjaśnił brat Gabino. – A miasto po drugiej stronie to Salamanka.

Zeszli na sam brzeg i ulokowali się pod drzewami, żeby spędzić tam noc, wędrowali bowiem od świtu i byli całkiem wyczerpani.

– To ostatnia noc, którą spędzamy razem – mruknął brat Gabino, okrywając się pledem.

Alonso dosłyszał w jego głosie smutek.

– Jutro zostaniesz w mieście, a my ruszymy dalej, do Valladolid, gdzie wkrótce zbierze się dwór królewski.

Chłopak słyszał wcześniej, jak bracia szeptali między sobą o jakimś raporcie, który mieli wręczyć Jego Wysokości, i zaczął się zastanawiać, co łączy klasztor Caaveiro z dworskimi intrygami.

Wstali przed świtem. Po modlitwie i posileniu się kawałkami chleba, sera i suszonym mięsem umyli się w rzece. Brat Miguel wyciągnął z worka na pled kaftan, bufiaste spodnie, płaszczyk i pończochy z podwiązkami, po czym podał je Alonsowi.

– Przebierz się. Nie wypada, żebyś wchodził do miasta w stroju nowicjusza.

Alonso nigdy nie nosił szlacheckiego odzienia, włożył je więc z szacunkiem, wciąż nie wierząc, że to dla niego. Zakonnicy pomogli mu wypełnić spodnie słomą, zwyczaj bowiem nakazywał nosić takie wybrzuszenie.

– Nie do wiary, dobrze ci w tych portkach – zażartował brat Miguel. – Wyglądasz jak prawdziwy hidalgo!

Kiedy Alonso skończył się przebierać, brat Gabino wręczył mu sakiewkę.

– Ojciec Xoán polecił mi przekazać ci te pieniądze, żebyś miał na utrzymanie. Uważaj, gdzie je nosisz, w Salamance roi się od złodziejaszków.

Alonso ukrył sakiewkę w słomie w spodniach, blisko przyrodzenia.

– W ten sposób od razu poczujesz, że ktoś próbuje cię okraść. – Brat Miguel się roześmiał.

Świtało, gdy przekraczali most. Zakonnicy zatrzymali się przy kamiennym byku, by się pożegnać.

– Czas się rozstać, synu – powiedział brat Gabino ze wzruszeniem.

Chłopak schylił się, by pocałować sznur od habitu, ale zakonnik chwycił go w ramiona.

– Uważaj na siebie i niech Bóg cię błogosławi!

– Dziękuję za wszystko, ojcze. Obym mógł się wam pewnego dnia odwzajemnić za wszystko, co dla mnie zrobiliście!

Zakonnik potrząsnął głową.

– To już chyba w przyszłym życiu.

– Tacy starzy jesteście?

– Słyszałeś o prawie zakazującym korzystania z przytułków starcom, którzy nie skończyli jeszcze czterdziestu lat? Ja osiągnąłem ten wiek całą dekadę temu!

– Macie już pięćdziesiąt lat…? Wyglądacie dużo młodziej.

Brat Gabino uśmiechnął się zadowolony.

– Niech cię Pan chroni, synu!

– I niech cię prowadzi – dodał brat Miguel. Gdy ściskał chłopca na pożegnanie, jego oczy mocno błyszczały.

Chwilę później otwarto bramy miasta. Pod czułym dotknięciem promieni słonecznych opalane kamienie budynków zdawały się lśnić złotem. Alonso, który nigdy wcześniej nie był w żadnym mieście – w czasie wędrówki większe skupiska ludzi omijali szerokim łukiem – teraz stanął zachwycony na widok piętrzących się przed nim gmachów.

Wszedł w pierwszą napotkaną ulicę, raz po raz oglądając się za siebie w obawie, że ktoś może go śledzić. Co chwila natykał się na obszarpanych młodych mężczyzn w brunatnych lub czarnych tunikach – trudno było jednoznacznie określić ich barwę, tak były brudne – którzy nie przestawali się śmiać i żartować. Zdziwił się, widząc tak wielką wesołość wśród ludzi niskiego stanu, aż wreszcie uzmysłowił sobie, że to studenci z Salamanki, znani w całym królestwie ze swych igraszek i psot. Choć nie zwracali nań żadnej uwagi – co go uspokoiło – nie śmiał ich pytać, gdzie jest uniwersytet, z obawy, że wyda go obcy akcent; zresztą miał nadzieję, że sam zdoła tam trafić.

Gdy dotarł do pewnego placu, usłyszał dźwięk lutni. Grał na niej niewidomy człowiek siedzący przy wejściu do kościoła. Alonso, wciąż utrudzony długą wędrówką poprzedniego dnia, spoczął na schodach, by posłuchać.

Kiedy tylko skończyła się msza i z kościoła wypłynął strumień wiernych, ślepiec zaczął smutno zawodzić:

Wiedz, że mało warte są

Rzeczy, których pragniemy

I szukamy;

Jeszcze zanim przyjdzie zgon,

Przez ten świat zdradzeni,

Stracić je mamy…

Jeśliś łaskaw, rzuć choć grosz!

Wychodzący ze świątyni rzucali niewidomemu monety. Tymczasem Alonso zasnął. Kiedy ostatni z wiernych opuścił plac, chłopak obudził się, czując, że ktoś okłada go kijem.

– Wynoś się stąd! To moje miejsce! – Żebrak, śliniąc się z wściekłości, uderzał chłopca raz za razem.

Alonso próbował wezwać pomoc, jednakże plac był pusty.

– Przestańcie, na Boga! – błagał ślepca, osłaniając się rękami. – Powiedzcie, co ja wam takiego zrobiłem.

– Robisz mi konkurencję!

– Chciałem tylko odpocząć i was posłuchać – wybełkotał.

– Masz pozwolenie na żebranie? Przeszedłeś sprawdzian dla ubogich?

– Nie zamierzam żebrać…

– Nie próbuj mnie oszukać! Widziałem kątem oka, jak jedna kobieta rzuciła ci dwie monety, są moje!

– Jakie monety? Nie rozumiem…

Ślepiec wydobył spomiędzy łachmanów zmięty i zatłuszczony papier, po czym podstawił go chłopakowi pod nos.

– Patrz! To moje pozwolenie na żebranie. Widzisz?

– Tak…

– A więc oddaj mi pieniądze!

Alonso przeszukał fałdy płaszcza. Ku swemu zdumieniu znalazł tam monety, od razu wręczył je niewidomemu.

– Nie miałem zamiaru ich zatrzymywać. Zasnąłem, nawet nie wiem, kiedy je dostałem. – Wyjął z sakiewki jeszcze jedną monetę i dał żebrakowi. – Proszę, oto jałmużna za wasz piękny śpiew.

Na twarzy ślepca w miejsce gniewu pojawił się wyraz przebiegłości.

– Hi, hi, hi, wybacz, wziąłem cię za rywala. – Jego cuchnący oddech odrzucił Alonsa. – Z twego stroju wnoszę, żeś student.

– Nie jesteś niewidomy?

– Ależ skąd! Tyle że łatwiej uchodzić za ślepca niż za kalekę, to zresztą budzi większą litość.

– Nie myślałeś o tym, by znaleźć jakąś pracę?

– Czuję się przymuszony do żebractwa przez tych przeklętych żabojadów! Przybywają tu ledwie żywi z głodu i pracują prawie darmo, by powrócić do swego kraju z marnym groszem, który tam jest więcej wart. Królestwa Hiszpanii to dla nich jak Indie!

– Kto to taki te „żabojady”?

– Francuzi. Przybywają gromadnie z sąsiedniego królestwa i wykorzystują to, że my, starzy chrześcijanie, wstydzimy się parać pewnymi zawodami.

– Francuzi to też starzy chrześcijanie.

– Ale jako że nie są hidalgos, nie przeszkadza im taka czy inna praca.

– To wy jesteście… hidalgo?

– Tak.

– Ach, i dlatego nie możecie pracować?

– W rzeczy samej.

– Musi być trudno potrzebować pieniędzy i nie móc ich zarobić.

– Ba! Wędruję tu i tam po całym królestwie; znam przy tym pewien niezawodny trik na gorsze czasy.

– Jaki trik?

– Żebry w stylu kordowańskim. To żebranie nago – wyjaśnił. – Czekam w ukryciu w samej bieliźnie, a gdy zjawia się grupa kobiet, krzyczę: „Zlitujcie się nade mną, piękne damy, bym mógł iść do szpitala leczyć te francowate wrzody!”. Wtedy podchodzę bliżej i udaję, że chcę ściągnąć majtki, żeby im te krosty pokazać, a one dają, co mogą, bylebym nie odsłaniał przyrodzenia!

Alonso wyciągnął z sakwy chleb i kawał sera, który podzielił na dwie części.

– Chcecie się poczęstować moim śniadaniem? Nie jest tego wiele, ale…

– Zgodzę się, żeby nie sprawiać ci przykrości. – Żebrak wziął największy kawałek sera. – Jak się nazywasz?

– Alonso.

– A ja Ginés. Dam ci radę: jeśli kiedyś ośmielisz się parać tym co ja, dobrze się zabezpiecz od środka.

– Zabezpieczyć od środka? W jaki sposób?

– Winem i czosnkiem, żeby przetrzymać zimno…

Nagle żebrak zerwał się na równe nogi i zaczął uciekać, jakby ścigał go sam diabeł. Chłopak siedział oszołomiony.

– Hej, dokąd biegniecie?

– Do samego piekła! – usłyszał w odpowiedzi, a potem poczuł na gardle ostrze szpady.

Siedział, nie wydając z siebie głosu. Sprawdziły się jego najgorsze obawy! Ledwie przybył do Salamanki, a już go złowili! Rzucił ukradkowe spojrzenie na napastnika. Mężczyzna, który mu groził, był jednooki, a na jego twarzy widniały liczne blizny. Sądząc po ubiorze, Alonso miał do czynienia z żołnierzem.

Po chwili dołączył do niego opasły mężczyzna; przybiegł, dysząc, ze szpadą w ręce.

– Pomóż mi go przeszukać, Tłuściochu!

– Już się robi, Jednooki! – odparł osiłek tonem świadczącym o nikłej inteligencji. – Sprawdzę mu tył spodni, czy coś tam trzyma!

Zerwali z chłopca płaszcz i wyciągnęli ze spodni słomę, a gdy znaleźli sakiewkę, zabrali ją.

Alonso poczuł przypływ nadziei, że to zwykli złodzieje.

– Pewnie trudnicie się rabunkiem płaszczy? – zapytał.

– Niekiedy – odparł Jednooki, wybuchając śmiechem.

Dał znak Tłuściochowi, wówczas ten przewrócił Alonsa twarzą do ziemi i usiadł na nim.

– Pomocy, na miłość boską! – wołał chłopak.

– Wielka to przyjemność pomóc ci… zginąć! – zaśmiał się Jednooki. – Ale najpierw oddaj nam listę!

Alonsa ogarnęła czarna rozpacz, zrozumiał bowiem, że to zbóje hrabiego.

– Oddaj albo zginiesz!

– I tak mnie zabijecie!

– Owszem, ale bez bólu – drwił Tłuścioch. Pomimo swych rozmiarów śmiał się cieniutko, jakby piszczały zawiasy w drzwiach.

– Gdzie ją schowałeś? – Jednooki wymierzył chłopcu kilka razów pochwą od szpady. – Śpiewaj, ptaszku!

Alonso odczuwał tak dotkliwy ból, że nie był w stanie się odezwać, wił się tylko całym ciałem.

– Skończ z nim, Jednooki, żeby przestał się wiercić!

– Nie bądź durny, Tłuściochu! Jeśli nie ma listy przy sobie, a my go zabijemy, to jak się dowiemy, gdzie ona jest?

– Trochę go pomęczymy!

– Nieżywego? Nieżywi nie potrafią mówić, głąbie!

– A może… ukrył ją od strony kuchni. Ha, ha, ha! Chcesz, żebym mu zajrzał w tyłek?

– Tłuściochu, nie zachowuj się jak pedzio. Tam by nie weszła. Ściągnij mu kaftan i koszulę, może ukrywa ją w ubraniu!

Znaleźli zawoskowany woreczek, który Alonso trzymał pod pachą, i wyjęli z niego listy.

– Do reek… toora… uniiweer… – czytał z wysiłkiem jednooki. – To nie ten. Co za perfidne pismo, do diaska! Sprawdźmy ten: „Do Adeelantado…”. Tak, to jest to, czego szukamy! – powiedział, rzucając dwa pozostałe listy na ziemię.

Alonso zrozumiał, że jego koniec jest bliski. Czuł się zdruzgotany. Nie chciał umierać, ale w żaden sposób nie mógł temu zapobiec. Choćby nie wiem, jak płakał, płaszczył się i błagał, ci dwaj dostali rozkaz zgładzenia go i bez wątpienia go wykonają.

– Mogę go już ukatrupić, Jednooki?

Jednooki kiwnął głową.

Tłuścioch pochylił się i powiedział:

– Wypruję z ciebie wszystkie flaki… powolutku… – Zaśmiał się lubieżnie, trącając Alonsa czubkiem szpady po jądrach.

Nagle na placu pojawił się jakiś młodzian ubrany od stóp do głów w szkarłat, wbiegł ulicą wylatującą po przeciwnej stronie, i widząc, jak dwaj mężczyźni zamierzają przeszyć Alonsa szpadą, zawołał:

– Stać! Puśćcie go, zbóje!

– Zjeżdżaj stąd i nie wciskaj się tam, gdzieś nieproszony, jak nie chcesz oberwać szpadą, intruzie!

– Puszczajcie tego chłopca, tchórze!

– Kim, do diabła, jest ten dureń? Tłuściochu, skończ z tym tutaj, a ja zajmę się tamtym.

Alonso zamknął oczy i zacisnął zęby, widząc, że Tłuścioch zamierza wbić mu szpadę w gardło. Ale zamiast poczuć oczekiwane cięcie, usłyszał przenikliwy świst, po którym rozległo się głuche „Aaa!”, jakby jęk dzikiego zwierza. Otworzył oczy. Tłuścioch, śmiertelnie ranny, upadł obok niego na ziemię. W jego sercu tkwił sztylet, który młodzian w szkarłacie rzucił z odleg­łości kilku łokci.

Jednooki, widząc, że jego kompan padł bez ducha, dostał furii.

– Zdechniesz jak pies przez wtrącanie się tam, gdzie nikt cię nie prosił.

Rzucił się na chłopaka w czerwieni, ale ten okazał się znakomitym fechmistrzem – obracał się i podskakiwał ze zdumiewającą zręcznością. Frędzle, które miał przy podwiązkach, podrygiwały bez przerwy. Rozbawiony oddawał raz za razem ciosy Jednookiego, który chwilami wpadał w szał.

– Przeklęty diable wcielony! Jak cię złapię, jednym ruchem wyrwę ci jaja!

– O języku nie wspomniałeś, a to mój drugi ulubiony organ – zażartował młodzieniec, świadom swej przewagi.

Jednooki plunął mu w twarz. Chłopak zamknął oczy, a wtedy bandyta jednym kopnięciem wytrącił mu szpadę z ręki.

– Jesteś mój! – ryknął ze wzrokiem nabiegłym krwią.

– Uciekajcie! Ratujcie się! – zawołał Alonso.

Ale jego obrońca czekał na Jednookiego z wyzywającym uśmiechem.

Kiedy ten podszedł dostatecznie blisko, złapał napastnika w pasie i uniósł nad głowę.

Czaszka Jednookiego uderzając o ziemię, aż zagruchotała. Alonso zacisnął zęby. Potem ze zdumieniem spojrzał na swego wybawcę.

– Jak zdołaliście go unieść? – zapytał.

– Użyłem jego własnej siły. To taki chwyt, którego nauczył mnie jeden z morysków[19]. Ubierz się i zmykamy stąd jak najszybciej. Narobiliśmy takiego rabanu… że pewnie się zorientowali, gdzie jestem. Niechybnie zaraz tu będą.

– Ktoś was ściga?

– Tak, pośpiesz się!

Alonso podniósł z ziemi listy, sakiewkę i pozostałe rzeczy. Ledwie zdążył umieścić listy w woreczku pod pachą, gdy usłyszeli pośpieszne kroki dobiegające od strony ulicy, którą przybiegł jego obrońca.

– Stać, stójcie w imieniu Świętego Oficjum!

Na placu pojawił się ksiądz, a za nim kilku stróżów prawa.

Alonso i jego wybawiciel rzucili się pędem w dół ulicy. Obaj byli zwinni, toteż udało im się zyskać przewagę dostateczną, by dobiec do kolejnego placu. Miejsce to wypełniali studenci słuchający człowieka, który wygłaszał przy kolumnie wykład.

Wmieszali się na kolanach między nogi studentów. Gdy znaleźli się na środku placu, młodzieniec w szkarłacie wyszeptał:

– Ukryjcie nas, towarzysze.

– To Di! Ścigają Di – mruknął jakiś głos.

Studenci się ożywili. Jedna grupa starała się utrudnić przejście stróżom prawa, druga zatroszczyła się o kapy z kapturami i togi, żeby zakryli swoje stroje i nie odróżniali się od studentów.

Pół godziny później stróże prawa, którzy dość już mieli kręcenia się wśród ciągłych poszturchiwań ze strony stłoczonych żaków, opuścili plac.

Jeden ze studentów, ubrany w tunikę i charakterystyczną szarfę[20], która spływała mu na ramiona i klatkę piersiową, podszedł do młodzieńca w szkarłacie.

– Kto to taki, Di? – Wskazał Alonsa.

„Di…? Mój wybawiciel nosi dziwne imię”, pomyślał chłopak.

– Przyjaciel… choć jeszcze nie wiem, jak się nazywa. – Uśmiechnął się.

– Bądź ostrożny, Di. Jedyny towarzysz, któremu można ufać, to własny cień.

– Ba. Strach to zły doradca. Są jakieś nowiny, Lope?

– Wysłali strażników, by przeszukali kolegia. Chodzą słuchy, że sam książę rozkazał zarekwirować księgi. Ale udało nam się je schować. Masz jakąś bezpieczną kryjówkę?

– Właśnie przyszło mi do głowy jedno miejsce, gdzie na pewno nie będą mnie szukać. Dam wam znać.

Pożegnał się przyjacielskim gestem i dał znak Alonsowi, by szedł za nim.

Po przejściu kilku ulic minęli pałac, którego ściany zdobiły kamienne czaszki, co przykuło uwagę Alonsa. Di zatrzymał się przy następnej przecznicy i wskazał kamienny budynek, którego głównego wejścia strzegli dwaj strażnicy.

– Tam się ukryjemy.

– Nie boicie się, że nas tu znajdą?

– Pan tego domu jest bardzo zajęty… ściganiem mnie!

Okrążył budynek, wdrapał się na parapet okienny i podał Alonsowi rękę, żeby ten się wspiął. Gdy znaleźli się wewnątrz, zamknął okiennice i pomieszczenie pogrążyło się w mroku.

– Potrzebujemy światła. – Di wyciągnął z kiesy krzemień, żelazo i kawał knota.

Tarł krzemieniem o żelazo tak długo, aż pojawiły się iskry i knot się zapalił. W pokoju rozniosła się woń siarki.

– Na stole powinna być lampa, przynieś ją, szybko – powiedział.

Alonso szukał lampy częściowo po omacku. Znalazł przybory do pisania, piasek do suszenia i laseczki laku, z czego wywnioskował, że zakradli się do jakiegoś gabinetu. W końcu wymacał kaganek. Zaniósł go Di, który podpalił go knotem.

Pomieszczenie rozjaśniło się w słabym świetle kaganka. Alonso spojrzał na swego wybawcę. Podczas ucieczki nie zdążył przypatrzyć się jego twarzy. Był bardzo przystojny. Miał wydatny nos, grube wargi, kręcone włosy, a oczy otoczone długimi czarnymi rzęsami.

– Zawdzięczam wam życie – mruknął, rozcierając ramiona obite w czasie bójki. – Gdyby nie wy…

– Nie mogłem pozwolić, by ci bandyci cię zakatowali. Powinnością rycerza jest ruszać na pomoc… Jak się nazywasz?

– Alonso, do usług.

– A ja Bernardí, choć wszyscy mówią na mnie Di. Twój akcent nie jest stąd.

– Jestem z Pontedeu… z Pontevedry – poprawił się szybko. – Wy też wyglądacie na obcego.

– Ja jestem – chwilę się wahał – Baskiem, ale nie chueta[21]!

– Chueta?

– Na… wyspach mówią tak na żydów.

Po chwili milczenia Alonso odparł:

– W Baskonii nie ma wysp.

– Olé! Widzę, żeś wykształcony. W Kastylii mówią „Bask” na wszystkich, którzy mają obcy akcent. Lepiej będzie, jeśli powiem ci prawdę. Urodziłem się w Manacor, małym mieście w Królestwie Majorki. Moi rodzice Joana i Ponç byli prześladowani z powodu zazdrości i intryg politycznych. Oskarżono ich o to, że są żydami. Było to jawne oszczerstwo, chciano po prostu zagarnąć nasz majątek. Rodzice wysłali mnie wcześniej na studia do Salamanki, żeby oddalić mnie od zagrożenia. Niestety, macki możnych sięgają daleko. Święte Oficjum oskarża mnie o ukrywanie i rozpowszechnianie zakazanych ksiąg. Myślę, że dostali rozkaz z Majorki, żeby mnie zgładzić, i używają książek jako pretekstu. À propos, to dom Wielkiego Inkwizytora. – Alonsa przeszedł dreszcz. – Spokojnie, to ostatnie miejsce w Salamance, w którym przyszłoby im do głowy nas szukać.

Alonso powiódł spojrzeniem po jaskrawym stroju Di.

– Pewnie się zastanawiasz, dlaczego mam na sobie strój w stylu „ostrzegam”, prawda?

Alonso kiwnął twierdząco głową.

– Miał pełnić funkcję przynęty, żeby inni… Miałem sporą przewagę nad ścigającymi, kiedy zobaczyłem, jak ci dwaj bandyci cię atakują, i zamarudziłem tam dłużej, niż powinienem. Ostatecznie jednak wszystko poszło zgodnie z planem… Ale czego ci zbóje od ciebie chcieli?

– Chcieli mi odebrać pewien dokument… a potem mnie zabić. – Oczy Alonsa wypełniły się łzami.

Di objął chłopca.

Z jakiejś przyczyny młodzieniec o promiennym uśmiechu budził zaufanie Alonsa, wobec czego ten opowiedział mu wszystko, co zaszło od dnia, w którym podpalono jego dom.

– Nie mam pojęcia, jak mnie tu znaleźli.

– Może czekali na ciebie w Salamance.

– Tak właśnie myślę… Nie wiem, co robić ani gdzie się ukryć – dodał z rozpaczą.

Bernardí nic nie odpowiedział; przemierzał pokój długimi, energicznymi krokami, myśląc, jak pomóc chłopcu, dziec­ku niemal, który nigdy wcześniej nie opuszczał swej wioski. W koń­cu zatrzymał się przed nim i zapytał:

– Ufasz mi?

– Tak.

– Pokaż mi list, który masz dostarczyć.

Alonso drgnął zaskoczony.

– Po co?

– Żeby go sfałszować. Mam pewną łatwość w naśladowaniu charakteru pisma.

– Przyrzekłem, że dam go tylko adelantado.

– Przepiszę jedynie litery; nie będę go czytał.

Alonso dał młodzieńcowi list. Przeor przygotował dokument w ten sposób, że złożył go i zawinął w inny papier, zastępujący kopertę; na wierzchu napisał imię adresata i w czterech miejscach zalakował.

Di uważnie przyjrzał się literom. Podszedł do biurka, wziął kartkę, umoczył pióro w kałamarzu i napisał uważnie, naśladując pismo przeora:

Do dostojnego pana don Juana de Sanabria Adelantado Río de la Plata…

Odwrócił kartkę i napisał na drugiej stronie:

Dostojny Adelantado:

List ten jest tylko przynętą; autentyczny otrzymacie w inny sposób. Niech Bóg zachowa Waszą Dostojność przez długie lata. Xoán Menéndez Varela, przeor klasztoru Caaveiro.

– Nie sposób odróżnić jednego pisma od drugiego! – zawołał Alonso.

Bernardí umieścił cztery lakowe pieczęcie w tych samych miejscach, co na autentycznym dokumencie. Czubkiem ­sztyletu ukuł się w serdeczny palec i zostawił ślad krwi na podrobionym liście.

– Umieszczę ten list w ubraniu zbirów, którzy na ciebie napadli. Kiedy ich znajdą, przestaną się tobą zajmować, będą tropić prawdziwego posłańca.

– Wspaniały pomysł, Bernardí! – Nagle Alonso zdał sobie sprawę z zagrożenia, jakie się z tym wiąże. – Ale… co, jeśli złapią was po drodze?

– Tym lepiej dla ciebie. Powiem, że znalazłem te dokumenty przy twoich zwłokach. Idź na uniwersytet i proś w moim imieniu o pomoc rektora. Nazywa się José Luis de Varea.

– José Luis de Varea? Ojciec Xoán dał mi też list właśnie do niego, prosząc, by pomógł mi dostać się do Medellín.

– Na pewno ci pomoże; to dobry człowiek.

– Dziękuję, Bernardí.

– Żegnaj, Alonso. – Zanim zniknął, obdarzył chłopca promiennym uśmiechem.

Kiedy Alonso się upewnił, że przyjaciel jest daleko, wyskoczył na ulicę i biegł bez ustanku aż do placu obramowanego kolumnadą. Oparł się o jedną z kolumn, żeby odsapnąć. Wtem ku swemu przerażeniu poczuł, że ktoś ciągnie go za płaszcz.

– Nie bój się, chłopcze. – Był to człowiek, który udawał ślepca. – Widzę, że uszedłeś z życiem z tamtej bójki.

– Tak, chociaż nie dzięki waszej pomocy.

– Czego ci bandyci od ciebie chcieli?

– Niczego. Pomylili mnie z kimś innym.

– Jesteś z Galicii, prawda? Mnie nie oszukasz, wiele podróżowałem i poznaję twój akcent. Wiesz, że masz na uniwersytecie krewniaka?

– Nie… nie znam nikogo w tym mieście.

– Jak to nie? Chodź ze mną!

Zaintrygowany Alonso poszedł za żebrakiem. Tak czy inaczej, musiał się udać na uniwersytet, by znaleźć rektora.

Minęli pałac o ścianach ozdobionych muszlami, z przepięknym okratowaniem. Ulica prowadziła na prostokątny plac. Chłopak stanął przejęty na widok wznoszącego się po lewej stronie gmachu. Fasada przypominała koronkę z kamienia.

– Oto i jesteśmy na uniwersytecie – wyjaśnił fałszywy ślepiec.

– Wiecie, gdzie mogę znaleźć rektora?

– Najpierw chodź zobaczyć, co robi twój krewniak.

Pociągnął go do budynku, który wywarł na nim ogromne wrażenie. Wspięli się po pięknych kamiennych schodach opatrzonych dekoracją z motywami roślinnymi i weszli do ogromnego pomieszczenia wypełnionego regałami. Była to największa i najbardziej imponująca biblioteka, jaką Alonso kiedykolwiek widział, ale teraz, w porze obiadu, zdawała się pusta.

Żebrak wskazał malowidło na suficie, przedstawiające firmament z konstelacjami i znakami zodiaku.

– To jest Niebo nad Salamanką. Dzieło Fernanda Gallega[22]…

– Choć nazywa się „Gallego”, nie jest moim krewnym…

W tym momencie zabrzmiał dźwięk dzwonków i żebrak rzucił się biegiem do wyjścia.

– Poczekaj! Nie powiedziałeś mi jeszcze, gdzie mogę znaleźć rektora!

Jakiś rudy chłopak wystawił głowę zza stosu książek i powiedział:

– To pora wydawania obiadu, więc zupnik się śpieszy!

– Zupnik…?

– Jesteś tu nowy? Nie wiesz, że zakony rozdają żebrakom i ubogim studentom darmową zupę? Mówimy na nią w Salamance „zupa nic” – wyjaśnił, umieszczając ułożone wcześniej w stos książki w drewnianej szufladzie stojącej na podłodze. – Ten człowiek, który był tu z tobą, to typowy zupnik; ja bym mu nie ufał.

– Czy moglibyście mi powiedzieć, gdzie znajdę rektora?

– Jest „w kaplicy”.

– O której kaplicy mówicie?

„Z jakiej to dziury przybył ten młokos, że o niczym nie ma pojęcia?”, zastanawiał się student. Już miał mu odpowiedzieć jakąś drwiną, ale bardzo młody wiek chłopca i jego bezradne spojrzenie rozczuliły go.

– O kaplicy biskupa Lucera – odparł z uśmiechem.

– Muszę się natychmiast zobaczyć z rektorem.

– Pewnie nie wiesz też, co znaczy „siedzieć w kaplicy”, ­prawda?

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Powstanie irmandiños – rewolta społeczna o znamionach wojny domowej, która wybuchła w Galicii w latach 1467–1469 z powodu głodu, epidemii i nadużyć ze strony możnowładców (jeśli nie oznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Mila hiszpańska wynosi 5 572,7 m długości.

[3] A ponte do Eume (jęz. galisyjski) – most na Eume.

[4] Fillo (jęz. galisyjski) – synu.

[5] Łokieć (hiszp. vara) – jednostka długości mająca w różnych rejonach ­Hiszpanii różne wartości, od 75 do 92 cm. Najbardziej rozpowszechniony łokieć kastylijski wynosił 83,59 cm (przyp. aut.).

[6] Bargueño – rodzaj kabinetu, rozpowszechniony w Hiszpanii głównie w XVI i XVII w.

[7] Kamienie umieszczone po obu stronach mostu w Pontedeume przedstawiają dziki z herbu hrabiów de Andrade.

[8] Karol V Habsburg (1500–1558) – król Hiszpanii i cesarz rzymski.

[9] Izabela I Kastylijska i Ferdynand Aragoński – para królewska rządząca na przełomie XV i XVI w.

[10] Casa de Contratación – instytucja królewska odpowiedzialna za ruch handlowy i transportowy między Hiszpanią a Nowym Światem.

[11] Kaleta (dawn.) – woreczek skórzany na pieniądze, noszony przy pasie.

[12] Beatilla – rodzaj bawełnianej muślinowej tkaniny.

[13] Hidalgo – członek najniższej warstwy szlacheckiej w Hiszpanii.

[14] Pan de higo – gęsta pasta z suszonych fig z dodatkiem innych składników, m.in. suszonych owoców.

[15] Rosquillas – przysmak przypominający pączki, smażony lub pieczony, wykonywany z różnego rodzaju ciasta.

[16] Aguamiel – napój sporządzany z wody i miodu; w najpopularniejszej wersji z dodatkiem alkoholu.

[17] Traktat z Tordesillas – umowa między Hiszpanią a Portugalią, zawarta na zamku w Tordesillas 7 czerwca 1494 r., w której oba kraje dzieliły między siebie nowo odkryte ziemie. Linia wpływów przebiegała w odległości 370 mil na zachód od Wysp Zielonego Przylądka, w związku z czym odkryta nieco później Brazylia przypadła Portugalii.

[18] Maravedí – dawna moneta hiszpańska.

[19] Moryskowie – muzułmanie, którzy znaleźli się na terytorium chrześcijan i przyjęli katolicyzm, zachowując swoje tradycje i obyczaje.

[20] Szeroką szarfę zwaną beca studenci nosili na znak, że korzystają ze stypendium umożliwiającego im naukę.

[21] Chueta – pogardliwe określenie używane na Wyspach Balearskich, oznaczające żyda konwertytę.

[22] Gallego (hiszp.) – Galisyjczyk.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W sercu oceanu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni