Czarny jak ja

Czarny jak ja

Autorzy: John Howard Griffin

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Filozofia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 256

Cena książki papierowej: 34.99 zł

cena od: 13.99 zł

Poczuj rasizm na własnej skórze.
Kanon lektur szkolnych, jedna z najważniejszych amerykańskich książek o rasizmie.

Przejmująca relacja z niezwykłego eksperymentu Johna Griffina, który jesienią 1959 roku zmienił kolor swojej skóry i wyruszył w podróż po południowych stanach USA. Codzienne zapiski „czarnoskórego” dobitnie ujawniają rażącą niesprawiedliwość, uprzedzenia i przemoc, jakich doświadczali tam Afroamerykanie. Dająca do myślenia, wzruszająca i niezwykle aktualna.

John Howard Griffin

Czarny jak ja

przełożyła Małgorzata Glasenapp

Tytuł oryginału: Black Like Me

Copyright renewed 1989 by Elizabeth Griffin-Bonazzi, Susan Griffin-Campbell, J.H. Griffin Jr, Gregory P. Griffin and Amanda Griffin-Fenton.

Black Like Me. The Definitive Griffin Estate Edition © 2004 by The Estate John Howard Griffin and Elizabeth Griffin-Bonazzi

Posłowie: © 2004 by Robert Bonazzi

Zdjęcia: © 2004 by Don Rutledge

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Glasenapp, MMXVI

Wydanie II

Warszawa MMXVI

Spis treści

Dedykacja

Wstęp

Przedmowa

Motto

Podróż na Południe (1959 rok)

Co było dalej 1960

Epilog (1976)

Poza Obcością 1979

Posłowie do jubileuszowego wydania z okazji pięćdziesiątej rocznicy ukazania się Czarnego jak ja (2011). Robert Bonazzi

Podziękowania wydawcy amerykańskiego

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Pamięci

Johna Howarda Griffina

(1920–1980)

oraz

Elizabeth Griffin-Bonazzi

(1935–2000)

Wstęp

Czytanie Czarnego jak ja czterdzieści pięć lat po pierwszym wydaniu przypomina spacer z duchami. To wędrówka przez ziemię nawiedzoną, bez żadnego przewodnika. Wiele się zmieniło w ciągu minionych burzliwych lat, zwłaszcza na Południu, ale wiele niestety pozostało bez zmian. Napięcia rasowe nadal stanowią Wielką Amerykańską Obsesję.

Jak to jest być Obcym? Przez cztery stulecia, od chwili gdy pierwszy okręt z niewolnikami przybił do portu w Charleston Harbor, nieliczni, bardzo nieliczni życzliwi i odważni biali zastanawiali się nad tym zagadnieniem. Jeden z nich postanowił przekonać się o tym na własnej skórze – był to John Howard Griffin, biały Teksańczyk, który pomyślał i zrobił coś, co wydawało się nie do pomyślenia i nie do zrobienia: stał się czarny.

Pewnego dnia Griffin, swego czasu student teologii i uczeń Jacques’a Maritaina, muzykolog, fotograf i pisarz, postanowił zostać Murzynem (wtedy jeszcze naszego słownika nie wzbogacono określeniem „Afroamerykanin”).

„Zmoczyłem gąbkę, nalałem na nią trochę farby i przyciemniłem wargi i kąciki ust, miejsca zawsze sprawiające najwięcej problemów”. Ta fotografia, przedstawiająca Griffina nakładającego „farbę” na twarz, nie była dotąd publikowana. Podobnie jak reszta zdjęć w tym wydaniu, wykonana została przez Dona Rutledge’a w Nowym Orleanie w 1959 roku.

Pod opieką dermatologa przyjmował leki wzmagające pigmentację skóry i poddał się serii naświetlań ultrafioletem. Choć była to procedura dokuczliwa i męcząca, udało mu się dokonać przemiany. Gdy na koniec ogolił głowę, stał się poważnym Murzynem w średnim wieku. Miał zamiar wędrować po stanach głębokiego Południa, zwłaszcza po Missisipi. Jego książka ma formę dziennika, a pierwszy wpis jest datowany na 28 października 1959 roku – właśnie wtedy Griffin postanowił podjąć wyzwanie. Ostatni wpis: 15 grudnia. Tego dnia wrócił do rodzinnego domu w Mansfield w Teksasie, już jako biały człowiek, mąż i ojciec.

Potem następuje epilog – relacja z burzy, która rozpętała się po opublikowaniu Czarnego jak ja. Oczywiście w ogólnokrajowej prasie, radiu i telewizji Griffin stał się bohaterem, ale jednocześnie podniosła się fala nienawiści. To było nie do uniknięcia. Najważniejsza okazała się – wciąż się okazuje – trudność zrozumienia przez białych Amerykanów, jak to jest być Obcym.

Moja czarnoskóra znajoma mówi czasem o „czującym spojrzeniu”. John Howard Griffin, w swojej niebezpiecznej, upokarzającej, a czasami zabawnej przygodzie, która mimo wszystko w jakiś sposób daje nadzieję, patrzy takim właśnie „czującym spojrzeniem”, jakiego nie ma żaden ze znanych mi białych ludzi.

Ta książka nie zestarzała się ani trochę, zobaczycie.

Studs Terkel

Chicago, 2004 rok

Przedmowa

Moja książka pewnie nie opisuje wszystkiego. Na pewno nie odpowiada w pełni na pytanie, jak to jest być Murzynem w kraju, w którym prześladujemy Murzynów.

Niektórzy biali powiedzą, że to nieprawda. Że opisałem doświadczenie białego człowieka zmienionego w Murzyna, a nie doświadczenie Murzyna.

Ale to są akademickie rozważania, na które nie ma już czasu. Nie ma już czasu na roztrząsanie każdej kwestii, na relatywizowanie, na podawanie w wątpliwość. Dzieje się zbyt wiele złego, podczas gdy spieramy się o nieistotne drobiazgi i komplikujemy sprawy.

Czarna skóra, Południe – to tylko szczegóły. Prawdziwa jest uniwersalna opowieść o ludziach, którzy niszczą ciała i dusze innych ludzi – niszcząc przy tym samych siebie – z powodów, których nikt do końca nie rozumie. To opowieść o prześladowanych, oszukanych, wzbudzających lęk i odrazę. Równie dobrze mógłbym być Żydem w Niemczech, Meksykaninem w niektórych stanach USA albo przynależeć do jakiejkolwiek innej „gorszej” grupy. Tylko szczegóły byłyby różne, historia pozostałaby taka sama.

Wszystko zaczęło się od naukowych badań dotyczących sytuacji Murzynów na Południu, od zbierania materiałów. Materiały zebrałem i zdecydowałem się opublikować zapis tego, co przeżyłem jako Murzyn. Przedstawiam go czytelnikom w surowej, pierwotnej formie. Ukazuje zmiany zachodzące w sercu, ciele i umyśle, kiedy tak zwany obywatel pierwszej kategorii zostaje rzucony na śmietnisko przeznaczone dla kategorii drugiej.

John Howard Griffin, 1961 rok

Drzewa wokół spowiła

Wieczorna mgła…

Mrok zapada powoli

Czarny jak ja.

Langston Hughes, Dream Variation, przeł. Józef Giebułtowicz

Podróż na Południe

(1959 rok)

28 października 1959

Już od lat dręczyło mnie pewne pytanie, które tego wieczora powróciło jeszcze bardziej naglące niż zwykle. Gdyby biały człowiek przeistoczył się w Murzyna na południu Stanów, to jak zmieniłoby się jego życie? Jak to jest być dyskryminowanym ze względu na kolor skóry – cechę, na którą nie mamy żadnego wpływu?

Zacząłem o tym myśleć na nowo pod wpływem raportu, który leży teraz na moim biurku w starej stodole przerobionej na pracownię. Przeczytałem w nim o wzroście liczby samobójstw wśród Murzynów mieszkających na Południu. Zupełnie jakby osiągnęli stan, w którym stało im się obojętne, czy będą żyli, czy nie.

Było więc aż tak źle, mimo zapewnień ze strony władz stanowych, że udało się wypracować „w pełni harmonijne relacje” z Murzynami. Tej nocy zostałem do późna w pracowni na farmie moich rodziców w Mansfield w Teksasie. Żona i dzieci spały już w naszym domu kilka kilometrów dalej. Siedziałem tak, otoczony zapachami jesieni wpadającymi przez otwarte okno, nie mogąc wrócić do domu, nie mogąc zasnąć.

Spośród wszystkich fotografii Dona Rutledge’a przedstawiających Johna Howarda Griffina – zrobionych w Nowym Orleanie w grudniu 1959 roku jako ilustracje do podróży opisanej w Czarnym jak ja – to właśnie zdjęcie najczęściej trafiało na okładki książek wydawanych na całym świecie i nadal pozostaje najbardziej znane.

Jak inaczej biały człowiek mógłby się dowiedzieć prawdy, niż samemu stając się Murzynem? Chociaż tu, na Południu, mieszkaliśmy jedni obok drugich, nie było między nami żadnego porozumienia. Żadna ze stron nie miała pojęcia, jak żyje druga. Murzyn z Południa nie rozmawiał szczerze z białym człowiekiem. Dawno już się przekonał, że jeśli powie białemu jakąś nieprzyjemną prawdę, źle się to dla niego skończy.

Widziałem tylko jeden sposób na przekroczenie dzielącej nas przepaści – stać się Murzynem. Zdecydowałem, że właśnie to powinienem zrobić.

Musiałem przygotować się do życia, które nagle wydało mi się kompletnie nieznane i przerażające. Zdałem sobie sprawę, że ja, mimo że od tylu lat zajmuję się kwestiami rasowymi, w rzeczywistości nie mam pojęcia o prawdziwych problemach Murzynów.

29 października

Po południu pojechałem do Fort Worth, żeby porozmawiać o moim projekcie z dobrym przyjacielem, George’em Levitanem. George jest właścicielem „Sepii”, kolportowanego również za granicą czasopisma środowisk murzyńskich. To potężnie zbudowany facet w średnim wieku, który już dawno zaskarbił sobie mój szacunek tym, że zatrudnia ludzi bez względu na ich przynależność rasową, biorąc pod uwagę jedynie kwalifikacje i uzdolnienia. Dzięki programowi szkolenia stażystów uczynił z „Sepii” wzór do naśladowania. Pismo jest redagowane, drukowane i rozpowszechniane z siedziby w Fort Worth, w którą George zainwestował milion dolarów.

To był piękny jesienny dzień. Dotarłem na miejsce wczesnym popołudniem. Drzwi domu George’a są zawsze otwarte, więc wszedłem do środka i zawołałem.

George nigdy się nie bał okazywania uczuć – uściskał mnie, posadził i poczęstował kawą. Przez szklane drzwi jego pracowni patrzyłem na kilka opadłych już liści, unoszących się na powierzchni ogrodowego basenu.

Kiedy relacjonowałem mu swój zamiar, słuchał cierpliwie z brodą opartą na dłoni.

– To szaleńczy pomysł – powiedział w końcu. – Zabiją cię, jeśli tam pojedziesz i zaczniesz się wygłupiać.

Nie potrafił jednak ukryć entuzjazmu.

Powiedziałem, że sytuacja Murzynów na Południu jest plamą na honorze całego kraju, fatalnie wpływa na nasz wizerunek w świecie. Jeżeli chcemy się dowiedzieć, czy mamy w Stanach obywateli gorszej kategorii i jaki jest ich los, najlepszym sposobem byłoby stać się jednym z nich.

– To będzie straszne – stwierdził. – Ściągniesz na siebie nienawiść najbardziej twardogłowych ludzi w tym kraju. Jeśli cię złapią, na pewno zrobią wszystko, żeby dać ci nauczkę. – Popatrzył przez okno, marszcząc czoło w zamyśleniu. – Ale wiesz, to wspaniały pomysł. Widzę, że już podjąłeś decyzję, więc jak mogę pomóc?

– Daj mi zaliczkę, a ja przygotuję dla „Sepii” kilka tekstów. Albo dam ci kilka rozdziałów z książki, którą o tym napiszę.

Zgodził się, ale zaproponował, żebym najpierw porozmawiał z Adelle Jackson, redaktor naczelną „Sepii”. Obaj darzymy tę niezwykłą kobietę wielkim szacunkiem. Przeszła długą drogę od stanowiska sekretarki, by stać się jednym z najlepszych redaktorów w Stanach.

Po wyjściu od Levitana zaszedłem więc do niej. Na początku uznała mój plan za niewykonalny.

– Nie masz pojęcia, w co byś się wpakował, John – powiedziała.

Była zdania, że gdybym opublikował książkę, stałbym się obiektem ataków ze strony rasistów gotowych na wszystko, żeby mnie zdyskredytować, a przyzwoici biali ludzie baliby się publicznie podać mi rękę. Poza tym dla wielu mieszkańców Południa, nawet tych przychylnie nastawionych, idea białego człowieka przyjmującego czarną tożsamość mogłaby być zbyt szokująca, odstręczająca. Z kolei inne środowiska uznałyby to za pogwałcenie najważniejszej dla nich zasady, by nie jątrzyć, nie mącić i przede wszystkim dążyć do pokojowego współistnienia.

Potem wróciłem do domu i powiedziałem o wszystkim mojej żonie. Kiedy otrząsnęła się ze zdumienia, bez wahania stwierdziła, że jeśli w głębi duszy uważam, że muszę tak postąpić, to znaczy, że nie ma innego wyjścia. Jako swój udział w projekcie zaoferowała gotowość samotnego opiekowania się trójką dzieci i prowadzenia domu pozbawionego ojca i męża.

Wieczorem wróciłem do pracowni. Dobiegające zza okna głosy żab i świerszczy pogłębiały jeszcze panującą dookoła ciszę. W lesie chłodny wiatr szeleścił opadłymi liśćmi i przynosił zapach świeżo zaoranej gleby z pola, na którym kilka godzin wcześniej pracował traktor. Miałem wrażenie, że czuję promieniowanie ziemi, pracę dżdżownic przegryzających się przez skiby, obecność zwierząt szukających w lesie pary bądź pożywienia. Dopadła mnie nagle narastająca samotność i wielka obawa przed tym, co postanowiłem zrobić.

30 października

Poszedłem na lunch z panią Jackson, Levitanem i trzema facetami z FBI, z wydziału w Dallas. Chociaż zdawałem sobie sprawę, że mój projekt nie podlega ich kontroli i że nie mogą w żaden sposób mi pomóc, chciałem, żeby zawczasu o wszystkim wiedzieli. Dyskutowaliśmy długo o szczegółach. Postanowiłem nie zmieniać nazwiska ani tożsamości. Po prostu zmienię kolor skóry i pozwolę ludziom wysnuwać własne wnioski. Jeśli ktoś mnie spyta, kim jestem i co robię, odpowiem zgodnie z prawdą.

– Sądzi pan, że potraktują mnie jako Johna Howarda Griffina, niezależnie od koloru mojej skóry, czy będą we mnie widzieć tylko anonimowego Murzyna, chociaż jestem ciągle tym samym człowiekiem? – spytałem jednego z nich.

– Żartuje pan – odparł. – W ogóle nie będą się panem interesować. Jak tylko pana zobaczą, będzie pan dla nich Murzynem i nic więcej nie będą chcieli o panu wiedzieć.

1 listopada

Nowy Orlean

Mój samolot wylądował o zmierzchu. Zostawiłem bagaże w hotelu Monteleone w Dzielnicy Francuskiej i wyszedłem na spacer.

Dziwne doświadczenie. Kiedyś, gdy na parę lat straciłem wzrok, przyjechałem do Nowego Orleanu i w tej samej dzielnicy uczyłem się chodzić o lasce. Teraz z wielkim przejęciem oglądałem miejsca, które poznałem wcześniej jako niewidomy. Przemierzałem kolejne kilometry, próbując dopasować widoki do zapamiętanych zapachów i dźwięków. Pełno tu było turystów. Wałęsałem się między nimi, zauroczony wąskimi uliczkami, balkonami z kutego żelaza, bujnymi roślinami i winoroślą na dziedzińcach wyłożonych kamieniem. Każdy widok zdawał mi się magiczny, czy to opustoszały zaułek oświetlony jedną latarnią, czy gwarna Royal Street w blasku setek lamp.

Mijałem bary z jaskrawymi neonami nad wejściem, przy których naganiacze namawiali mnie, żebym wstąpił obejrzeć „wspaniałe dziewczyny” kręcące biodrami; otwierali drzwi na tyle szeroko, że mogłem zobaczyć mroczne wnętrza błękitne od dymu, przecinane promieniami różowego światła, zabarwiającego półnagie ciała tańczących kobiet. Szedłem dalej. Z barów dobiegała muzyka, a ulice wypełniała woń kreolskich dań, kawy i starego kamienia.

U Broussarda zjadłem kolację na pięknym dziedzińcu pod gwiazdami: huîtres variées, sałatę, białe wino i kawę; taką samą kolację jadłem tu parę lat wcześniej. Teraz widziałem wszystko: latarnie, drzewa, płonące świece na stolikach, małą fontannę, jakbym patrzył przez odwróconą lunetę. Otoczony szykownymi kelnerami, eleganckimi ludźmi i wykwintnym jedzeniem myślałem o zupełnie innych częściach miasta, w których przyjdzie mi zamieszkać. Czy gdziekolwiek w Nowym Orleanie Murzyn mógłby zamówić huîtres variées?

O dziesiątej skończyłem kolację i poszedłem zadzwonić do starego przyjaciela. Nalegał, żebym zatrzymał się u niego, a ja przyjąłem zaproszenie z ulgą, bo obawiałem się najróżniejszych kłopotów, gdybym musiał mieszkać w hotelu podczas swojej przemiany w Murzyna.

2 listopada

Rano zatelefonowałem do informacji medycznej i poprosiłem o adresy najlepszych dermatologów. Podano mi trzy nazwiska. Pierwszy lekarz, do którego zadzwoniłem, umówił się ze mną od razu, więc pojechałem tramwajem do gabinetu i wyjaśniłem, co mnie sprowadza. Lekarz nigdy wcześniej nie spotkał się z taką prośbą, ale zgodził się pomóc. Po przeprowadzeniu wywiadu poprosił, żebym chwilę zaczekał, podczas gdy telefonicznie skonsultuje sprawę z kolegami po fachu.

Zaprosiwszy mnie z powrotem do gabinetu, powiedział, że wspólnie doszli do wniosku, że najlepszym sposobem czasowego zaciemnienia skóry będzie doustne przyjmowanie pewnego lekarstwa, a następnie poddanie się naświetlaniom promieniowaniem UV. Wyjaśnił, że tego typu kurację stosuje się u ludzi dotkniętych bielactwem, dolegliwością powodującą powstawanie białych plam na twarzy i ciele. Dawniej takie osoby mogły jedynie maskować plamy mocnym makijażem. Powiedział, że przy nowej terapii (obarczonej pewnym ryzykiem) proces ciemnienia skóry trwa zazwyczaj od półtora do trzech miesięcy. Odparłem, że nie mogę czekać tak długo, i wspólnie zdecydowaliśmy się na przyspieszoną kurację, z zastrzeżeniem, że będę regularnie poddawał się badaniom krwi, które pokażą, jak mój organizm reaguje na przyjmowane lekarstwo.

Griffin pod lampą kwarcową. Promienie UV przyspieszały proces ciemnienia skóry po zażyciu Oxsoralenu, leku stosowanego w terapii bielactwa.

Wziąłem recepty, wróciłem do domu i od razu zażyłem przepisaną dawkę. Dwie godziny później położyłem się pod lampą kwarcową.

Mój gospodarz rzadko bywał w domu. Powiedziałem mu, że realizuję pewien plan, o którym wolę nie opowiadać, i żeby nie był zaskoczony, uprzedziłem, że mogę zniknąć bez pożegnania. Wiedziałem, że on sam nie ma żadnych uprzedzeń, ale na wszelki wypadek wolałem, żeby nie był w nic zamieszany i żeby nie groziły mu nieprzyjemności ze strony rasistów lub kłopoty z kontrahentami, którzy po wydaniu książki mogliby nie aprobować udzielonej mi pomocy. Dał mi więc klucze i umówiliśmy się, że każdy zajmie się swoimi sprawami, bez towarzyskich konwenansów.

Po obiedzie pojechałem tramwajem do miasta i poszedłem się przejść po dzielnicy murzyńskiej w pobliżu South Rampart i Dryades Street. To niezamożna okolica, z kafejkami, barami i różnymi sklepikami rozsianymi wśród ciasnej zabudowy. Szukałem jakiegoś punktu otwarcia, wejścia w świat Murzynów, może nawiązania jakiegoś kontaktu. Na razie nie miałem pojęcia, co mnie czeka, a najbardziej niepokoiłem się momentem „przejścia”. Gdzie i jak miałem go dokonać? Przedostanie się ze świata białych do świata czarnych to niełatwe zadanie. Szukałem jakiegoś pęknięcia, szczeliny w murze, przez którą mógłbym przejść niezauważony.

6 listopada

Ostatnie cztery dni spędziłem na zmianę w gabinecie lekarza i zamknięty w swoim pokoju, z zasłoniętymi oczami, pod lampą kwarcową. Dwa razy pobrano mi krew do badania i wyniki okazały się dobre. Ale lekarstwo powodowało ospałość i bez przerwy czułem lekkie mdłości.

Lekarz, który był życzliwym człowiekiem, na różne sposoby ostrzegał mnie przed zagrożeniami wynikającymi z mojego projektu i bliskich kontaktów z Murzynami. Teraz, kiedy zdążył już przemyśleć wszystko na spokojnie, ogarnęły go wątpliwości, czy postąpił słusznie – a może przytłaczało go poczucie odpowiedzialności. W każdym razie poradził mi, żebym miał jakieś zaufane osoby w każdym odwiedzanym większym mieście, żeby rodzina mogła się dowiadywać, co się ze mną dzieje.

– Wierzę w ludzkie braterstwo – powiedział. – Nie mam nic przeciwko innym rasom. Ale nigdy nie zapomnę, co widziałem, kiedy jako stażysta jeździłem z pogotowiem ratunkowym na South Rampart Street. Trzech albo czterech mogło siedzieć w barze albo w domu i wszystko było niby w porządku, aż nagle potrafili się pokłócić i któryś obrywał nożem. Chcemy im pomagać, ile tylko się da, ale jak to zrobić: jak traktować ludzi sprawiedliwie, kiedy boisz się, że ich wyobrażenie o sprawiedliwości nie przeszkodzi im w skrzywdzeniu ciebie? Zwłaszcza że w stosunku do własnej rasy są bardzo brutalni.

W jego głosie brzmiała autentyczna troska. Powiedziałem, że moi znajomi zajmujący się od dawna kwestią rasową twierdzą, że Murzyni są świadomi tego problemu i czynią wielkie wysiłki, by się zjednoczyć i potępiać wszelkie akty przemocy czy niesprawiedliwości, które mogłyby źle świadczyć o społeczności murzyńskiej.

– Dobrze wiedzieć – odparł, wyraźnie nieprzekonany.

Powiedział mi także, co słyszał od samych Murzynów – na przykład, że im jaśniejsza skóra, tym porządniejszy człowiek. Byłem zdumiony, że ktoś inteligentny może wierzyć w takie przesądy i że sami Murzyni je rozpowszechniają, wspierając rasistowski schemat oceniania ludzi według koloru skóry.

Kiedy nie leżałem pod lampą, spacerowałem po ulicach Nowego Orleanu, żeby poznać miasto. Codziennie zatrzymywałem się też przy stoisku ulicznego pucybuta w pobliżu Targu Francuskiego. Czyściciel był już starszym mężczyzną, postawnym, bystrym i rozmownym. Stracił nogę podczas pierwszej wojny światowej. Nie okazywał żadnej służalczości często przypisywanej Murzynom z Południa, ale był uprzejmy i łatwo nawiązywał kontakt. (Oczywiście nie łudziłem się, że udało mi się go choć trochę poznać; miał zbyt wiele rozumu, by pozwolić na to jakiemuś białemu). Powiedziałem mu, że jestem pisarzem i podróżuję po Południu, bo chcę poznać tutejsze warunki życia, przestrzeganie praw obywatelskich i tak dalej, ale nie wyjaśniłem, że mam zamiar robić to jako Murzyn. Na koniec przedstawiliśmy się sobie. Nazywał się Sterling Williams. Postanowiłem, że właśnie jego poproszę o pomoc w przeniknięciu do murzyńskiej społeczności.

7 listopada

Rano poszedłem do dermatologa po raz ostatni. Kuracja nie przyniosła tak szybkich i widocznych rezultatów, jak się spodziewaliśmy, ale moja skóra zrobiła się wyraźnie ciemniejsza i mogłem dodatkowo przyciemnić ją specjalną farbą. Stwierdziliśmy, że muszę też ogolić głowę, żeby nie było widać prostych włosów. Doktor ustalił kolejną dawkę lekarstwa i z czasem ciemny odcień mojej skóry miał się pogłębiać. Od tej chwili byłem zdany już tylko na siebie.

Lekarza wyraźnie nękały wątpliwości, a może nawet żałował, że zgodził się pomóc mi w przemianie. Ponownie dał mi kilka rad i powiedział, że w razie problemów mogę się z nim kontaktować o dowolnej porze dnia i nocy. Gdy wychodziłem z gabinetu, uścisnął mi dłoń i poważnym głosem orzekł: „Teraz odchodzi pan w zapomnienie”.

W Nowym Orleanie zrobiło się chłodno i leżenie pod lampą było całkiem przyjemne. Zdecydowałem, że wieczorem ogolę głowę i w końcu wyruszę w podróż.

Po południu mój gospodarz przyjrzał mi się zaniepokojony.

– Nie wiem, co planujesz – powiedział – ale zaczynam się martwić.

Odparłem, że nie ma powodu, i dodałem, że pewnie wieczorem się wyprowadzę. Powiedział, że ma umówione spotkanie, ale zaraz je odwoła. Poprosiłem, żeby tego nie robił.

– Nie chcę, żebyś tu był, kiedy będę wychodził.

– Ale co zamierzasz zrobić, zmienić się w jakiegoś Portorykańczyka czy coś takiego?

– Coś takiego – odrzekłem. – Mogą być z tego nieprzyjemności. Wolałbym, żebyś o niczym nie wiedział. Nie chcę cię w to mieszać.

Wyszedł koło piątej, a ja zrobiłem sobie kolację i wypiłem kilka filiżanek kawy, odwlekając moment, kiedy będę musiał ogolić głowę, wysmarować się farbą i wyjść na ulice Nowego Orleanu jako Murzyn.

Zadzwoniłem do domu, ale nikt nie odbierał. Byłem strasznie zdenerwowany. W końcu zabrałem się do obcinania włosów i golenia głowy. Straciłem długie godziny i stępiłem kilka żyletek, nim skóra na czaszce zrobiła się gładka. W domu panowała cisza. Robiło się coraz później, od czasu do czasu dobiegał mnie tylko odgłos przejeżdżającego tramwaju. Nakładałem na ciało kolejne warstwy farby, ścierając poprzednią przed nałożeniem kolejnej. W końcu wszedłem pod prysznic, żeby zmyć nadmiar barwnika. Nie spojrzałem w lustro, dopóki się nie ubrałem i nie spakowałem toreb.

Potem wszedłem do ciemnej łazienki i zamknąłem za sobą drzwi. Stałem w ciemności naprzeciwko lustra, z dłonią na włączniku, aż wreszcie zmusiłem się do zapalenia światła.

W jasnych promieniach lampy, odbijających się od białych kafelków, z lustra patrzyła na mnie twarz kogoś obcego – ponurego, łysego, bardzo czarnego Murzyna. Zupełnie niepodobnego do mnie.

Przemiana była całkowita i wstrząsająca. Oczekiwałem, że zobaczę siebie – zmienionego, zamaskowanego – tymczasem efekt był niespodziewany. To był jakiś obcy człowiek, nieznany i niesympatyczny, a ja byłem uwięziony w jego ciele. John Griffin, którym byłem, zniknął bez śladu. Ku swojemu przerażeniu nawet odczuwałem wszystko inaczej niż zwykle. Patrzyłem w lustro i nie mogłem sobie przypomnieć niczego z przeszłości białego Johna Griffina; jego wspomnienia prowadziły teraz do Afryki, do slumsów getta, do bezowocnej walki ze stygmatem czarnej skóry. Nagle, niemal bez uprzedzenia, bez racjonalnego przygotowania, ta świadomość przeniknęła całe moje jestestwo. Pojąłem, że nie ma czegoś takiego jak zamaskowany biały człowiek, o ile czarnego koloru nie da się zmyć w każdej chwili. Człowiek o czarnej skórze jest całkowicie Murzynem, bez względu na to, kim był wcześniej. I ja stałem się teraz Murzynem, który musi wyjść na zewnątrz i zacząć życie w nieznanym świecie.

Przeraziła mnie zupełność tej przemiany. Efekty odbiegały od wszelkich moich wyobrażeń. Czułem się, jakbym był dwiema osobami naraz: jedną, która obserwuje z zewnątrz, i drugą, którą ogarnia panika, która czuje się Murzynem aż do trzewi. Opadło mnie poczucie ogromnej samotności, nie dlatego że byłem Murzynem, tylko dlatego że prawdziwy ja, którym byłem i którego znałem, był teraz ukryty w obcym ciele. Gdybym wrócił do domu, żona i dzieci nie poznałyby mnie. Otworzyłyby drzwi i wpatrywały się we mnie ze zdumieniem. Dzieci zaczęłyby pytać, kim jest ten duży, łysy Murzyn. Gdybym poszedł do przyjaciół, nikt by mnie nie poznał.

Zdecydowałem się na ingerencję w tajemnicę ludzkiego bytu i straciłem poczucie własnego ja. To mnie załamało. John Griffin, który był, przestał istnieć.

Najgorsze, że nie czułem żadnej sympatii do tego nowego Griffina. Nie podobał mi się ani trochę. Może, pomyślałem, to tylko taki szok, pierwsza reakcja. Ale co się stało, już się nie odstanie, nie mogłem nic zmienić. Przez kolejnych kilka tygodni muszę być tym łysym Murzynem w średnim wieku; muszę wędrować wśród ludzi nieprzyjaźnie nastawionych do mojego koloru, do mojej skóry.

Od czego miałem zacząć? Noc trwała za oknem w oczekiwaniu. Do głowy cisnęły mi się setki pytań. Na nowo uderzyła mnie dziwność całej sytuacji: byłem człowiekiem urodzonym do nowego życia o północy, jako dorosły. Jak powinien postępować ktoś taki? Gdzie szukać jedzenia, picia, schronienia?

Zadzwonił telefon i z nerwów podskoczyłem. Podniosłem słuchawkę, powiedziałem, że mojego gospodarza nie będzie przez cały wieczór. Znowu poczułem się dziwnie, wiedząc, iż tamten ktoś nie ma pojęcia, że rozmawia z Murzynem. Z dołu dobiegało melodyjne bicie starego zegara. Wiedziałem, że to północ, chociaż nie liczyłem uderzeń. Nadszedł czas, by ruszyć w drogę.

Wyszedłem z domu na ciemną ulicę spięty i nieprzyjemnie świadomy każdego ruchu. Nikogo nie było widać. Doszedłem do rogu i stanąłem pod latarnią, czekając na tramwaj.

Za moimi plecami rozległy się kroki. Z cienia wyłonił się biały mężczyzna, podszedł bliżej i stanął koło mnie. To była zupełnie nowa sytuacja. Czy powinienem skinąć głową i powiedzieć „Dobry wieczór”, a może go po prostu zignorować? Mężczyzna przyglądał mi się badawczo, a ja stałem niczym posąg, zastanawiając się, czy coś powie, czy zada mi jakieś pytania.

Chociaż noc była chłodna, cały się spociłem. To też było nowe. Po raz pierwszy w życiu ten dorosły Murzyn się pocił. Okoliczność, że czarny Griffin odczuwał to zupełnie tak samo jak biały, wydała mi się znacząca. Tak jak przypuszczałem wcześniej, moje odkrycia były naiwne, jakbym był dzieckiem.

Nadjechał tramwaj, z oknami rozświetlonymi bladym światłem. Pamiętałem, żeby puścić białego mężczyznę przodem. Zapłacił za bilet i skierował się do pustego miejsca, nie zwracając na mnie więcej uwagi. Poczułem ulgę – nic nie powiedział, nie wydałem mu się dziwny. Konduktor skinął przyjaźnie głową, kiedy płaciłem za bilet. Chociaż w tramwajach w Nowym Orleanie nie obowiązuje segregacja, usiadłem na końcu. Murzyni zajmujący miejsca z tyłu spojrzeli na mnie bez żadnej podejrzliwości czy zainteresowania. Poczułem się nieco pewniej i zapytałem jednego z nich, gdzie znajdę jakiś przyzwoity hotel. Odparł, że Butler przy Rampart Street jest w porządku, i wyjaśnił, jak tam dojechać.

Wysiadłem na następnym przystanku i niosąc po płóciennej torbie w każdej ręce, poszedłem wzdłuż Canal Street, ciągnącej się przez środek miasta. Mijałem te same knajpki i bary, przy których zaczepiali mnie wcześniej naganiacze. Teraz też byli zajęci namawianiem białych facetów, żeby weszli do środka i popatrzyli na dziewczyny. Zza uchylonych drzwi dolatywały te same zapachy dymu, alkoholu i piwnicznej wilgoci. Ale teraz nikt mnie już nie zaczepiał. Dziś patrzyli na mnie niewidzącym wzrokiem.

Wszedłem do sklepu, do którego zaglądałem codziennie od dnia przyjazdu. Stanąłem przy ladzie z papierosami, gdzie sprzedawała ta sama dziewczyna, z którą każdego dnia zamieniałem kilka słów.

– Paczkę picayunes poproszę – powiedziałem, gdy spojrzała na mnie bez wyrazu.

Podała mi papierosy, wzięła banknot i wydała resztę bez żadnych oznak, że mnie poznaje, żadnego zwykłego zagadywania.

A ja znowu zareagowałem jak dziecko. Wiedziałem, że zapachy na ulicy oraz aromaty perfum i arniki unoszące się w sklepie są takie same zarówno dla Murzyna, jak i dla białego. Tyle tylko, że tym razem nie mogłem podejść do saturatora i poprosić o lemoniadę czy szklankę wody.

Złapałem autobus jadący na South Rampart Street. Chociaż w barach nadal było tłoczno, gdy dotarłem do hotelu Butler, ulica była pusta. Mężczyzna w recepcji, obsługujący jednocześnie bar, przygotowywał właśnie hamburgera dla jakiejś klientki i powiedział, że poszuka dla mnie pokoju, jak tylko skończy. Usiadłem więc i czekałem.

Wysoki, pogodny Murzyn wszedł po chwili do hotelu i usiadł przy kontuarze. Spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział:

– Hej, dzisiaj to się naprawdę porządnie ogoliłeś, co?

– No, i porządnie to wygląda, prawda?

– Stary, wierzch ci błyszczy jak sam księżyc. Wyglądasz naprawdę ekstra.

Dodał, że o ile mu wiadomo, dziewczyny lecą na całkiem łysych facetów. „Mówią, że tacy na pewno dają radę w łóżku”. Nie wyprowadzałem go z błędu co do moich pobudek. Rozmawiało nam się przyjemnie i spytałem, czy to rzeczywiście najlepszy hotel w okolicy. Powiedział, że hotel Sunset, nieco dalej przy tej samej ulicy, jest może trochę lepszy. Wziąłem więc torby i ruszyłem do drzwi.

– Do zobaczenia, panie Księżyc – zawołał za mną.

Pomarańczowy neon pokazał mi drogę do hotelu Sunset, mieszczącego się w kamienicy obok jednego z barów. Recepcja w nieprzytulnym małym holu była pusta. Czekałem przez chwilę za kontuarem, a potem nacisnąłem guzik dzwonka. Recepcjonista, którego najwyraźniej wyrwałem ze snu, zszedł po schodach, zapinając spodnie, w samej podkoszulce. Oznajmił, że muszę opłacić nocleg z góry i że nie wolno przyprowadzać dziewczyn do pokoju. Zapłaciłem dwa dolary osiemdziesiąt pięć centów, a on poprowadził mnie wąskimi, trzeszczącymi schodami na piętro. Kiedy otwierał drzwi do pokoju, ponad jego ramieniem zobaczyłem ponurą klitkę bez okna. Już chciałem zrezygnować, ale uświadomiłem sobie, że pewnie nic lepszego nie znajdę.

Weszliśmy do środka i zauważyłem, że pokoik jest czysty.

– Łazienka jest na końcu korytarza – powiedział recepcjonista.

Zamknąłem za nim drzwi i usiadłem na łóżku, a sprężyny głośno jęknęły pod moim ciężarem. Ogarnęło mnie przygnębienie, które potęgował hałas głośnych rozmów, śmiechy i muzyka, dobiegające z baru piętro niżej. Pokój był niewiele większy niż podwójne łóżko. Szczelina nad drzwiami, otwarta na korytarz, stanowiła jedyne źródło wentylacji, a w powietrzu mieszały się wyziewy ze wszystkich pokoi. Oprócz łóżka był tam jeszcze malutki piecyk gazowy i zdezelowany stolik nocny. Leżały na nim dwa małe, cienkie ręczniki i pół kostki mydła.

Było już po pierwszej. Żarówka świeciła tak słabo, że nie dało się pisać. W pokoju bez okien czułem się zatrzaśnięty jak w pułapce, brakowało mi powietrza.

Zgasiłem lampę i próbowałem zasnąć, ale hałas był zbyt duży. Przez otwartą szczelinę wpadało światło z korytarza, oświetlając wiszący pod sufitem wentylator i rzucając na przeciwległą ścianę cień czterech nieruchomych łopatek.

Gdzieś w pobliżu zaszczekał pies, a spod przykrytej linoleum podłogi zabrzmiała kolejna piosenka z szafy grającej. Nie potrafiłem otrząsnąć się z niemal rozpaczliwego przygnębienia, w które wtrąciły mnie te hałasy. Nie przypuszczałem nigdy, że dźwięki mogą tak źle oddziaływać na człowieka.

Włożyłem spodnie i wąskim, słabo oświetlonym korytarzem poszedłem boso aż do drzwi, na których wisiała koślawo wykaligrafowana tabliczka „DLA PANÓW”. Kiedy wszedłem do środka, akurat rozległ się głośny szum i bębnienie wody uderzającej w metalową ściankę prysznica. Czuć było zapach spoconych ciał i mydła. Jakiś mężczyzna stał pod prysznicem, a drugi, duży, z bardzo ciemną skórą, siedział nago na podłodze, czekając na swoją kolej. Opierał się plecami o ścianę, z nogami wyciągniętymi przed siebie. Mimo że nie miał nic na sobie, wydawał się pełen godności. Nasze spojrzenia się spotkały i skinął mi głową w pozdrowieniu.

– Robi się zimno, co? – zagadnął.

– I to jak.

– Mówisz coś do mnie? – zawołał człowiek spod prysznica, przekrzykując szum wody.

– Nie, jest tu jeszcze jeden dżentelmen.

– Zaraz wychodzę.

– Nie ma pośpiechu, ten pan nie czeka na prysznic.

Zauważyłem, że łazienka jest czysta, chociaż armatura wyglądała na starą i nosiła ślady rdzy.

– Ma pan piecyk w pokoju? – zapytał ten siedzący na ziemi.

– Mam, ale jeszcze go nie włączałem.

– Naprawdę nie czeka pan na prysznic?

– Nie, jest za zimno. Musi pan strasznie marznąć tak na podłodze bez ubrania.

Jego brązowe oczy spojrzały na mnie z trochę mniejszą powagą.

– Ostatnio było tu strasznie gorąco. Nawet przyjemnie trochę zmarznąć.

Podszedłem do umywalki w rogu, żeby umyć ręce.

– Nie można z niej korzystać – powiedział szybko. – Woda wylatuje prosto na podłogę.

Zajrzałem pod spód, gdzie wskazywał, i zobaczyłem, że rzeczywiście brakowało rury odpływowej.

Tymczasem on sięgnął do tyłu i odsunął mokrą zasłonkę prysznica.

– Hej, może byś zrobił trochę miejsca i pozwolił temu dżentelmenowi umyć ręce?

– Nie trzeba, poczekam – powiedziałem.

– Niech się pan nie krępuje. – Kiwnął głową.

– Jasne, nie ma sprawy – powiedział ten spod prysznica.

Przykręcił kurek, aż woda leciała cienkim strumieniem. W nieoświetlonej kabinie widziałem tylko czarny cień i lśniące białe zęby. Zrobiłem krok nad wyciągniętymi nogami siedzącego i szybko umyłem ręce mydłem, które podał mi kąpiący się. Na koniec podziękowałem.

– Nie ma za co. Żaden problem – odparł i znowu odkręcił mocniej wodę.

Mężczyzna siedzący na podłodze podał mi swój ręcznik, żebym wytarł ręce. W słabym świetle żarówki w tym pozbawionym okien pomieszczeniu zdałem sobie sprawę, że oto po raz pierwszy jako Murzyn mam bliższy kontakt z innymi Murzynami. Cała doniosłość tej chwili ujawniała się w jej zwyczajności, spokoju, wymianie drobnych uprzejmości i przysług. Zastanowiłem się, czy świat na zewnątrz jest tak nieprzyjazny, że musimy tworzyć przeciwwagę dla tej wrogości wzajemną życzliwością.

– Może papierosa? – zapytałem.

– Bardzo chętnie.

Pochylił ku mnie swoje ciężkie ciało, sięgając do paczki. Jego czarna skóra lśniła w świetle wiszącej nad nami lampy. Poszukałem w kieszeni zapałek i przypaliłem papierosy nam obu. Rozmowa zeszła na miejscową politykę. Wyjaśniłem, że jestem nowy w mieście i słabo się orientuję. O nic nie pytał, ale wyjaśnił, że burmistrz Morrison ma opinię uczciwego człowieka i Murzyni mają nadzieję, że zostanie wybrany na gubernatora stanu. Odniosłem jednak wrażenie, że temat naszej rozmowy nie jest wcale istotny, że przez chwilę jesteśmy po prostu bezpiecznie schowani przed światem i żaden z nas nie ma ochoty przerwać nici porozumienia i odejść do swojego pokoju. Rozmowa sprawiała nam przyjemność i było w niej jakieś ciepło, chociaż zwracaliśmy się do siebie bardzo formalnie i z szacunkiem. Przez cały czas nie zapytał ani jak się nazywam, ani skąd przyjechałem.

Kiedy jego towarzysz skończył się kąpać i cały mokry wyszedł spod prysznica, on podniósł się z podłogi, wrzucił niedopałek do sedesu i wszedł do kabiny. Życzyłem im dobrej nocy i wróciłem do pokoju, czując się już mniej samotnie, podniesiony na duchu rozmową z drugim człowiekiem takim jak ja, który pragnie się przekonać, że ludzkie oczy mogą wyrażać coś więcej niż podejrzliwość albo nienawiść.

Przekład: Małgorzata Glasenapp

Redakcja: Marcin Wołk

Korekta: Beata Wójcik, Katarzyna Pawłowska

Projekt okładki na podstawie koncepcji Przemka Dębowskiego: Krzysztof Rychter

Fotografie wykorzystane na I stronie okładki i we wnętrzu książki: © 2004 by Don Rutledge

Skład i łamanie: Anna Hegman

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-3300-9

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czarny jak ja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego Małpa w każdym z nas. Dlaczego seks, przemoc i życzliwość są częścią natury człowieka?