Córki niczyje

Córki niczyje

Autorzy: Wilkie Collins

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 200

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 21.83 zł

Wilkie Collins znany jest w Polsce z takich książek jak Kobieta w bieli, Kamień księżycowy czy Tajemnica pałacu w Wenecji.

Tym razem proponujemy Czytelnikom pierwsze polskie wydanie powieści Córki niczyje, jednego z najbardziej poczytnych i cenionych dzieł tego dziewiętnastowiecznego autora, uważanego za prekursora powieści sensacyjnej i detektywistycznej.

Po tragicznej śmierci obojga rodziców wiodące dotąd idylliczne życie Magdalen i Nora Vanstone odkrywają nagle, że urodziły się jako nieślubne dzieci i na własnej skórze przekonują się, co oznacza piętno społeczne. Pozbawione jakiegokolwiek spadku, wyrzucone z domu, w którym spędziły dzieciństwo, i odarte nawet z prawa do własnego nazwiska, muszą nauczyć się radzić sobie same. Zrównoważona Nora postanawia zostać guwernantką, ale jej dynamiczna i niezależna siostra Magdalen ma inny pomysł: zdecydowana za wszelką cenę odzyskać majątek rodziców i swoje dobre imię, planuje zemstę. W osiągnięciu celu mają jej pomóc niebanalna uroda i talent aktorski oraz niejaki kapitan Wragge – daleki krewny jej matki i zawodowy oszust.

SCENA PIERWSZA

COMBE-RAVEN, HRABSTWO SOMERSET

Rozdział I

Wskazówki stojącego zegara pokazywały wpół do siódmej. Miejscem wydarzeń była wiejska rezydencja na zachodzie hrabstwa Somerset zwana Combe-Raven. Zaczynał się czwarty dzień marca 1846 roku.

Zagadkowej, porannej ciszy panującej w holu i na schodach nie zakłócał żaden dźwięk poza tykaniem zegara i ciężkim chrapaniem wielkiego psa leżącego na słomiance przed drzwiami jadalni. Kim byli ukryci w wyższych partiach budynku i pogrążeni jeszcze we śnie domownicy? Pozwólmy, by dom sam odsłonił przed nami swoje tajemnice. I by jego mieszkańcy sami się ujawnili, gdy powstawszy wreszcie z łóżek, kolejno będą schodzili na dół.

Kiedy zegar wskazał za kwadrans siódmą, pies ocknął się ze snu i gwałtownie potrząsnął całym swoim cielskiem. Nie doczekawszy się lokaja, który zwykł wypuszczać je na zewnątrz, nieszczęsne stworzenie poczęło nerwowo krążyć po holu od jednych zamkniętych drzwi do drugich, by wreszcie w wielkiej konsternacji wrócić na swoją słomiankę i odwołać się do uczuć śpiącej rodziny za pomocą przeciągłego, żałosnego wycia.

Nim przebrzmiały ostatnie tony psiej skargi, gdzieś w wyższych rejonach rezydencji zaskrzypiały dębowe schody i po chwili w holu pojawiła się pierwsza przedstawicielka służby ze spłowiałym wełnianym szalem na ramionach – marcowy poranek był zimny, a kucharkę łączyła długa znajomość z reumatyzmem.

Nic sobie nie robiąc z powitalnych serdeczności psa, kobieta leniwie otworzyła drzwi wejściowe i wypuściła go na zewnątrz. Pogoda była tego ranka niespokojna. Słońce, które wschodziło nad rozległą połacią trawy i pogrążonym w mroku jodłowym laskiem, musiało przedzierać się poprzez kłęby szarych, strzępiastych chmur. Gdzieniegdzie z nieba spadały ciężkie krople deszczu, a rozdygotany marcowy wiatr omiatał narożniki domu i z mozołem kołysał mokrymi drzewami.

Wraz z wybiciem siódmej kolejne oznaki domowego życia poczęły pojawiać się z dużo większą częstotliwością.

Jako druga zeszła na dół pomoc domowa – wysoka, szczupła i ze stanem wiosennej temperatury malującym się czerwono na jej nosie. Po niej pojawiła się pokojówka – młoda, pulchna i sprawiająca wrażenie schludnej, choć zaspana. Następna była podkuchenna, która chorowała na nerwoból twarzy i nie czyniła ze swojego cierpienia żadnej tajemnicy. Na końcu ukazał się lokaj – ziewający ponuro i stanowiący żywy obraz człowieka przekonanego o tym, że został okradziony z należącego się mu nocnego wypoczynku.

Dyskusja służących, którzy zebrali się teraz przed jaśniejącym z wolna kuchennym kominkiem, dotyczyła pewnego świeżo minionego wydarzenia rodzinnego. Zapoczątkowało ją pytanie: czy lokaj Thomas miał okazję posłuchać choćby fragmentu koncertu, na który poprzedniego wieczoru udał się był do Clifton jego pan wraz z młodymi damami? Tak, Thomas mógł posłuchać koncertu, jako że wykupiono mu jedno z miejsc na tyłach sali. Było głośno i gorąco. Na afiszach koncert określano mianem „wielkiego”, ale czy warto było narażać się dla tego widowiska na niewygody i jechać szesnaście mil koleją, a potem o wpół do drugiej nad ranem wracać dziewiętnaście mil powozem? Tę kwestię lokaj pozostawiał ocenie swojego pana i młodych dam, choć jego zdaniem – stanowczo nie. Pomimo kolejno podejmowanych prób służące nie zdołały wydobyć z Thomasa już nic interesującego. Lokaj nie potrafił zanucić żadnej z usłyszanych pieśni i nie umiał opisać sukni żadnej z dam. Zawiedzione słuchaczki wkrótce zatem machnęły nań ręką i pozwoliły kuchennej rozmowie zejść na powszedniejsze tematy. Dyskusja toczyła się w najlepsze, dopóki zegar nie wybił ósmej. Wówczas to służący rozstali się w popłochu i ruszyli ku swoim porannym obowiązkom.

Przez następne dwa kwadranse nie wydarzyło się nic wartego odnotowania. Jednak o wpół do dziewiątej z którejś z położonych na piętrze sypialni poczęły dochodzić kolejne odgłosy życia i chwilę potem na schodach ukazał się pan Andrew Vanstone – właściciel domu.

Był to człowiek o wysokiej, tęgiej i wyprostowanej posturze, jaskrawoniebieskich oczach i zdrowej, rumianej cerze. Guziki brązowej pluszowej marynarki myśliwskiej zapięte miał niedbale i krzywo; wokół jego nóg kręcił się mały, rozszczekany terier szkocki, którego pan nie upomniał jednak ani słowem. Sunąc w dół schodów z jedną dłonią wciśniętą w kieszeń kamizelki, a drugą raźno postukując w poręcz balustrady, nucił pod nosem jakąś wesołą melodię. Pan Vanstone nie ukrywał przed nikim swojego pogodnego usposobienia. Ten przystojny dżentelmen był łatwym w obejściu, dobrodusznym i serdecznym człowiekiem – kroczącym po słonecznej stronie życia i życzącym sobie tylko jednego: by po tej samej stronie kroczyli też jego bliźni. Podług metryki miał już ponad pięćdziesiąt lat, lecz jego beztroskie usposobienie, umiejętność cieszenia się życiem i tężyzna fizyczna stawiały go w jednym rzędzie z większością mężczyzn, którzy przekroczyli dopiero trzydziesty rok życia.

– Thomasie! – zawołał pan Vanstone, zabierając ze stołu w holu swój stary filcowy kapelusz i grubą laskę. – Śniadanie dziś o dziesiątej. Nie sądzę, by po wczorajszym koncercie panny pojawiły się na dole wcześniej… À propos, jak podobał się wam ów koncert, Thomasie? Czy waszym zdaniem był „wielki”? Ani chybi… Jeden wielki łoskot urozmaicony tu i ówdzie wielkim hukiem… Wszystkie kobiety wystrojone jak papugi, upał zapierający dech w piersi, ogłuszająca paplanina i ścisk taki, że nie byłoby już gdzie szpilki wcisnąć. Tak, tak, Thomasie, „wielki” to właściwe słowo. Niestety nie można by powiedzieć tego samego o słowie „przyjemny”.

Podzieliwszy się tą opinią z lokajem, pan Vanstone zagwizdał na swojego teriera, machnął laską w stronę drzwi wejściowych, jak gdyby rzucając wesołe wyzwanie niepogodzie, po czym na przekór deszczowi i silnym podmuchom wiatru ruszył na swój codzienny poranny spacer.

Kiedy przesuwające się niepostrzeżenie po tarczy zegara wskazówki wskazały za dziesięć dziewiątą, na schodach pojawiła się kolejna mieszkanka domu. Była nią panna Garth, guwernantka.

Spostrzegawczy obserwator wnet domyśliłby się, że panna Garth pochodzi z północy kraju. Surowe rysy jej twarzy, męskie, zdecydowane ruchy, uczciwość bijąca zarówno z oczu, jak i z całej postaci – wszystko to dowodziło niezbicie, że urodziła się i wychowała na pograniczu. Choć liczyła sobie niewiele ponad czterdzieści lat, miała całkiem siwe włosy, które nakrywała czepkiem w rodzaju tych noszonych powszechnie przez staruszki. Jednak siwe włosy i staroświeckie nakrycie głowy doskonale harmonizowały z jej obliczem, bowiem to wyglądało na znacznie starsze niż w rzeczywistości było – przecinające je głębokie bruzdy musiały zostać wyżłobione przez bezwzględną rękę jakichś przykrych doświadczeń. Niewzruszony spokój, z jakim rozglądając się wokół, kroczyła w dół schodów, oraz emanująca z niej aura autorytetu zdradzały, że panna Garth nie należy do owego smutnego gatunku osamotnionych, znękanych i zniewolonych guwernantek. Bezspornie była to kobieta szanowana przez swoich chlebodawców i pozostająca z nimi w przyjacielskich stosunkach – kobieta, która byłaby skłonna kazać im pójść precz, gdyby ośmielili się traktować ją gorzej, niż na to zasługiwała.

– Śniadanie o dziesiątej? – powtórzyła panna Garth, gdy wezwany przez nią lokaj napomknął o dyspozycjach pana domu. – Ha! Zastanawiałam się, co też wyniknie z tego koncertu. Kiedy ludzie wiodący spokojny żywot na wsi decydują się nagle wziąć udział w jakiej publicznej rozrywce, ta w podziękowaniu na wiele dni stawia życie wszystkich domowników na głowie. Widzę, że wy, Thomasie, jesteście tego doskonałym przykładem – oczy macie czerwone niczym fretka, a wasz fular wygląda, jakbyście w nim spali… Czajnik proszę przynieść za kwadrans dziesiąta. A jeśli w ciągu dnia nie poczujecie się lepiej, przyjdźcie do mnie – dam wam jakieś lekarstwo.

Gdy Thomas się oddalił, panna Garth na nowo podjęła swój monolog:

– To zacny i pożyteczny młodzieniec, pod warunkiem, że zbyt wiele się od niego nie wymaga. Jednak nie na tyle silnego zdrowia, by dwudziestomilowa wyprawa na koncert mu nie zaszkodziła. Próbowali mnie namówić, bym ja też z nimi pojechała. Cóż za niedorzeczny pomysł!

Niebawem wybiła dziewiąta, ale nim na schodach rozległy się następne kroki, wskazówka zegara przesunęła się jeszcze o kolejne dwadzieścia minut. Wreszcie do holu zeszły dwie damy: pani Vanstone i jej starsza córka.

Gdyby jedynym zewnętrznym atutem pani Vanstone była w młodości typowa dla Angielek świetlistość cery, jej powierzchowność odarta byłaby już teraz z wszelkiego uroku. Jednak w młodszych latach pani Vanstone przewyższała urodą większość swoich rodaczek i wiele z jej ówczesnych zalet przetrwało do dziś. I choć upływał właśnie czterdziesty czwarty rok jej życia, choć los poddawał ją wielu próbom i pozwolił śmierci zabrać kilkoro z jej dzieci, choć wskutek owych nieszczęść nękana była później długimi atakami choroby – jej twarz, mimo że pozbawiona dawnej świeżości, nadal charakteryzowała się subtelną delikatnością rysów i szlachetnymi proporcjami. Idąca teraz u jej boku najstarsza córka była prawie niczym lustrzane odbicie pani Vanstone sprzed lat – jej głowę zdobiły gęste pukle ciemnych włosów (te na głowie matki, choć identyczne, z dnia na dzień stawały się bardziej siwe), a jej policzki pałały ciemną czerwienią (czerwień zdobiąca dawniej policzki pani Vanstone całkiem i bezpowrotnie już wyblakła). Licząca sobie dwadzieścia sześć lat panna Vanstone osiągnęła już pierwszą dojrzałość kobiety. Odziedziczywszy po matce majestatyczny charakter śniadej urody, nie odziedziczyła jednak całego jej uroku. Twarz młodej kobiety bardzo przypominała kształtem twarz matki, ale rysom jej brakowało delikatności, a proporcjom doskonałości. Nie dorównywała też matce wzrostem. I choć miała jej ciemnobrązowe oczy – duże, łagodne i świecące stałym blaskiem (który oczy pani Vanstone już straciły) – było w nich mniej wdzięku, mniej subtelności, mniej głębi. Ich wyraz był delikatny i niewieści, lecz jednocześnie spowijał je pewien cień powściągliwości, od którego spojrzenie matki było wolne.

Gdybyśmy ośmielili się przyjrzeć kwestii dziedziczności bliżej, czyż nie stwierdzilibyśmy, że moralna siła charakteru i duże zdolności intelektualne rodziców częstokroć w zagadkowy sposób giną w procesie przekazywania cech wewnętrznych potomstwu? I czy nie jest możliwym, że ta sama reguła dotyczy również – i to częściej niż skłonni bylibyśmy przyznać – cech zewnętrznych?

Matka i córka niespiesznie zeszły na dół. Ta pierwsza odziana była w ciemnobrązową suknię oraz barwny kaszmirowy szal, który spływał jej z ramion. Druga miała na sobie skromniejsze odzienie: czarną suknię z prostym kołnierzykiem, zwyczajnymi mankietami i gorsem ozdobionym pomarańczową tasiemką. Gdy przechodziły razem przez hol, a potem przestępowały próg pokoju śniadaniowego, panna Vanstone zatopiona była we wspomnieniach poprzedniego wieczoru.

– Jaka szkoda, że mama wczoraj z nami nie pojechała. A przecież od ubiegłego lata zdrowie i siły bardzo jej dopisują. Sama mama mówiła, że czuje się tak, jak gdyby ubyło jej wiele lat. Jestem pewna, że niewielki wysiłek by jej nie zaszkodził.

– Być może masz rację, moja droga. Uznałam jednak, że lepiej nie kusić losu.

– I bardzo słusznie – zauważyła panna Garth, która znalazła się właśnie w drzwiach pokoju śniadaniowego. – Proszę spojrzeć na Norę. (Dzień dobry, moja droga). Proszę tylko na nią spojrzeć: wygląda dziś jak cień człowieka. To żywy dowód na to, że pani i ja mądrze postąpiłyśmy, zostając w domu. Trujące wyziewy, zgniłe powietrze, późna pora – czego można było się spodziewać? Nora nie ma żelaznego zdrowia i teraz cierpi konsekwencje swojej nieroztropności. Nie, moja droga, nie zaprzeczaj. Dobrze widzę, że boli cię głowa.

Śniada, przystojna twarz Nory rozjaśniła się w uśmiechu, jednak tylko po to, by za chwilę na powrót zastygnąć w tak typowym dla siebie wyrazie chłodnej powściągliwości.

– Tylko troszkę. W każdym razie nie na tyle, bym żałowała swojej obecności na koncercie – odrzekła Nora, podchodząc do okna.

Za szybą rozciągał się widok na ogród i wybieg dla koni. Dalej płynął potok, a po jego drugiej stronie widać było kilka budynków gospodarczych oraz ujście skalistej, zalesionej przełęczy wdzierającej się pomiędzy zamykające horyzont wzgórza. Bliżej, wijąc się poprzez nierówności otwartego terenu, biegła droga, którą właśnie wracał ze swojego porannego spaceru pan Vanstone – jego rosłej sylwetki nie sposób byłoby teraz nie rozpoznać. Zauważywszy stojącą w oknie córkę, dżentelmen wesoło pomachał do niej laską, na co ona w odpowiedzi skinęła głową i machnęła dłonią – w sposób wdzięczny i ładny, choć nie bez pewnej dozy staroświeckiej ceremonialności, która do tak młodej kobiety zdawała się nie pasować i która nieprzyjemnie kontrastowała z bezpretensjonalnością ojcowskiego pozdrowienia.

Stojący w holu zegar wybił wreszcie godzinę dziesiątą, o której to porze miało zostać podane przesunięte w czasie śniadanie. Po upływie kolejnych pięciu minut gdzieś w górnych rejonach domu trzasnęły drzwi, zadźwięczał czyjś czysty, młody głos nucący radosną melodię i po schodach poniósł się lekki tupot nóg. Chwilę potem z mroku klatki schodowej wyłoniła się sylwetka młodszej z dwóch córek (i zarazem dwojga jedynych jego żyjących dzieci) pana Vanstone’a. Pokonawszy jednym susem trzy ostatnie stopnie dzielące ją od holu, dziewczyna wbiegła zadyszana do pokoju śniadaniowego, tym samym czyniąc krąg zgromadzonej w nim rodziny kompletnym.

Wskutek jednego z owych przedziwnych kaprysów natury, dla których nauka wciąż nie potrafi znaleźć wytłumaczenia, młodsza latorośl państwa Vanstone’ów nie przejawiała żadnego dostrzegalnego podobieństwa do któregokolwiek ze swoich rodziców. Skąd wziął się kolor jej włosów? W jaki sposób weszła w posiadanie swoich oczu? Podobne pytania zadawali sobie nieraz nawet wspomniani rodzice, jednak wszelkie próby znalezienia na nie odpowiedzi zawsze kończyły się niepowodzeniem.

Jej włosy miały ową czystą, jasnobrązową barwę, która odcieniem nie wpada ani w żółć, ani w len, ani też w rudość, i spotykana jest częściej w ptasim upierzeniu niźli na ludzkiej głowie. Mimo że były miękkie, bujne i spływały z jej niskiego czoła regularnymi falami, niektórym – poprzez swoją jednolitość koloru i całkowity brak połysku – jawiły się jako nijakie i pozbawione życia. Brwi i rzęsy dziewczyny były zaledwie o ton ciemniejsze od jej włosów i zdawały się specjalnie stworzone dla owego rodzaju fiołkowoniebieskich oczu, które rzucają największy urok wówczas, gdy współistnieją z jasną cerą. Lecz to właśnie tutaj następowało rozczarowanie: jej oczy – wbrew wszelkim oznakom – charakteryzowały się niestosownie jasnym, niemal bezbarwnym odcieniem szarości. Jednak ów odcień, mimo iż sam w sobie mało atrakcyjny, ma pewną rzadką właściwość, która rekompensuje wszelkie jego mankamenty – otóż nadaje on oczom zdolność wyrażania nawet najmniejszych drgnień na skali myśli swojego właściciela, najdrobniejszych zmian zachodzących w jego uczuciach, najdelikatniejszych niuansów skrywanych przez niego namiętności – zdolność, której oczy odznaczające się bardziej nasyconym kolorem nigdy nie posiądą.

Podczas gdy w górnej części twarzy panny Vanstone tak wiele przeczyło powszechnie uznawanym zasadom harmonii, w jej niższej części również można było dostrzec sporo kontrastów. Jej wargi miały prawdziwie kobiecą delikatność kształtu, a policzki uroczą krągłość i gładkość młodości. Jednak usta jej były nadmiernie duże i zbyt stanowcze w wyrazie, a broda – jak na kobietę, i do tego tak młodą – zanadto kwadratowa i wydatna. Jej cera charakteryzowała się tą samą monotonną jednolitością koloru, która cechowała jej włosy – była równomiernie jasnokremowa i tylko w chwilach wzmożonego wysiłku fizycznego lub niespodziewanego wzburzenia umysłowego na policzku dziewczyny można było ujrzeć ślad rumieńca. Jej oblicze – nie dość, że tak pełne fascynujących przeciwieństw – frapowało na dodatek swoją nadzwyczajną wyrazistością. Wielkie, elektryzujące oczy panny Vanstone bardzo rzadko zamierały w bezruchu, a wyraz jej plastycznej twarzy nieustannie ulegał przeobrażeniom – przeobrażeniom następującym po sobie w tempie tak zawrotnym, że każdy, kto spróbowałby poddać je jakiejś trzeźwej analizie, pozostałby w tym wyścigu daleko w tyle. Nieposkromiona żywotność dziewczyny emanowała z całej jej postaci. Jej wysoka sylwetka (młodsza panna Vanstone przewyższała wzrostem tak swoją siostrę, jak i każdą przeciętną kobietę) tchnęła zwierzęcą, sprężystą lekkością, a sposób, w jaki się poruszała, nieodparcie przywodził na myśl młodego kota. Jej figura była już tak doskonale rozwinięta, że żaden nieznajomy nie domyśliłby się, iż ma do czynienia z dziewczęciem zaledwie osiemnastoletnim – fizyczność panny Vanstone z racji jej doskonałego zdrowia zdążyła już rozkwitnąć pełną dojrzałością kobiety kilka lat starszej – a rozkwitła w sposób naturalny i niebudzący wątpliwości.

To właśnie w doskonałej kondycji zdrowotnej tkwiła niezwykła siła tego przedziwnego organizmu. Karkołomne tempo, z jakim dziewczyna zbiegała po schodach, zamaszystość jej ruchów, roziskrzone oczy, radość życia, którą podbijała serca swoich bliźnich, nawet jej bezwstydne upodobanie do jaskrawych kolorów (które tego ranka wyrażało się w formie wielobarwnej, pasiastej sukni, powiewających wokół niej wstążek i eleganckich pantofli przystrojonych szkarłatnymi różyczkami) – wszystko to miało swoje źródło w owym niewyczerpanym zdrowiu fizycznym, które naprężało każdy mięsień jej ciała, hartowało każdy jego nerw i sprawiało, że w jej żyłach – niczym w żyłach rosnącego dziecka – pulsowała młoda, ciepła krew.

Po wejściu do pokoju śniadaniowego panna Vanstone przywitana została wymówkami ze strony starszych domowników, których cierpliwość regularnie wystawiała na próbę swoim beztroskim stosunkiem do zasad punktualności. Posługując się ulubionym powiedzeniem panny Garth: Magdalen urodziła się z wszystkimi zmysłami poza zmysłem porządku.

Magdalen! Czyż nie jest to niezwykłe imię? A jednak nadane jej zostało w całkiem zwykłych okolicznościach: nosiła je jedna z sióstr pana Vanstone’a, która umarła we wczesnej młodości, i dżentelmen, chcąc uczcić jej pamięć, nazwał po niej swoją drugą córkę – tak jak starszą nazwał na cześć swojej żony. Magdalen! Czy to znakomite biblijne imię – pełne powagi i dostojeństwa i w pierwszej chwili przywodzące na myśl jego pierwotną posiadaczkę wraz z jej pokutniczym, pełnym samotności życiem – nie zostało przypadkiem nadane niewłaściwej osobie? A jakże: panna Vanstone, jak gdyby nie dość było jej wszystkich kontrastów widocznych w jej wyglądzie, zdołała na dodatek wykształcić w sobie charakter całkowicie sprzeczny z noszonym przez siebie imieniem!

– Znów spóźniona! – zauważyła pani Vanstone, gdy zadyszana córka pocałowała ją na powitanie.

– Znów spóźniona! – zawtórowała panna Garth, kiedy Magdalen skierowała się następnie w jej stronę. – A więc? – Bezceremonialnie ujęła dziewczynę za brodę i badawczo przyjrzała się jej twarzy, a na wpół drwiący, na wpół serdeczny charakter tego gestu zdradzał, że młodsza córka państwa, pomimo swoich wad, jest jej ulubienicą. – A więc? Jak wczorajszy koncert wpłynął na ciebie? Jakich cierpień ów hulaszczy, grzeszny wieczór przysporzył twojemu organizmowi?

– Jakich cierpień? – powtórzyła Magdalen, gdy już odzyskała oddech, a wraz z nim głos. – Nie mam pojęcia, co chce pani przez to powiedzieć. Jeżeli czymś zgrzeszyłam, to chyba tylko niebywale silnym zdrowiem. Cierpień – a to dopiero! Dziś wieczorem gotowa byłabym pojechać na następny koncert, jutro na bal, a pojutrze do teatru. Och! – zawołała, opadając na krzesło i w rozanieleniu krzyżując dłonie na stole. – Uwielbiam się dobrze bawić!

– No, no! Nie ma co do tego żadnych wątpliwości – rzekła panna Garth. – Pope musiał myśleć o tobie, gdy pisał swoje słynne słowa:

Męska natura czasem uciech szuka, czasem ich unika,

Lecz serce kobiety to w głębi zawsze serce rozpustnika1.

– Święta racja! – zawołał pan Vanstone, który wchodził właśnie w towarzystwie swoich psów do pokoju i usłyszał ostatnie słowa guwernantki. – Cóż, człowiek całe życie się uczy. Lecz jeśli to prawda, panno Garth, że z wszystkich was są takie rozpustnice, oznacza to, że tradycyjny porządek płciowy został wywrócony do góry nogami i mężczyznom niedługo nie pozostanie nic innego, jak siedzieć w domu i cerować pończochy… Ale zabierzmy się w końcu za śniadanie.

– Jak się papa dzisiaj czuje? – zapytała Magdalen, obejmując szyję pana Vanstone’a ruchem tak energicznym, jak gdyby ta należała do jakiegoś kudłatego nowofundlanda i została stworzona specjalnie do zabawy. – Nie ukrywam, należę do tych rozpustnic, o których wspomniała panna Garth, i chcę pojechać na kolejny koncert – albo do teatru, jeśli łaska… lub na bal… na jakiekolwiek wydarzenie towarzyskie, które posłuży mi jako pretekst do włożenia nowej sukni, pchnie mnie w tłum ludzi, rzuci na mnie morze światła i sprawi, że od stóp do głów przebiegnie mnie dreszcz podniecenia. Jestem gotowa na wszystko, co nie pozwoli nam pójść spać o jedenastej wieczorem.

Zalewany tym potokiem słów pan Vanstone słuchał spokojnie – niczym człowiek doskonale nawykły do tego typu powodzi.

– Gdybym mógł następnym razem wybrać rodzaj rozrywki – rzekł zacny dżentelmen – bardziej w smak byłoby mi pojechać do teatru. Dziewczynki bawiły się na koncercie znakomicie, moja droga – zwrócił się do żony. – Muszę przyznać, że lepiej ode mnie. Całe to widowisko przerosło moje możliwości. Zagrali co prawda tylko jeden utwór, ale co z tego, skoro trwał aż czterdzieści minut? Nawiasem mówiąc, w trakcie nastąpiły trzy pauzy i za każdym razem, gdy wszyscy myśleliśmy, że to już koniec, i ogromnie z tego radzi zaczynaliśmy żywo klaskać, ku naszej rozpaczy łomot rozlegał się na nowo i trzeba nam było słuchać dalej. Noro, moja droga, jak zwą ten podzielony na trzy części harmider?

– To była symfonia, papo – odrzekła Nora.

– Tak, ty okropny barbarzyńco, symfonia Beethovena! – potwierdziła Magdalen. – Jak może papa mówić, że mu się nie podobało? Czy zapomniał już papa tę Azjatkę o niemożliwym do wymówienia nazwisku? I to, jak zabawnie wykrzywiała twarz w trakcie śpiewu? I jak dygała i dygała w nieskończoność, dopóki nie udało jej się nakłonić durnej publiczności do domagania się bisu? Niech mama popatrzy! Proszę popatrzeć, panno Garth!

Chwyciwszy ze stołu pusty talerz, który miał wyobrażać partyturę, wyciągnęła go przed siebie i odegrała tak akuratną parodię grymasów i dygnięć nieszczęsnej śpiewaczki, że ojciec jej zaniósł się gromkim śmiechem. Nawet lokaj (który pojawił się właśnie z pocztą) zmuszony był wyjść pospiesznie z powrotem za drzwi, zza których zaraz dobiegł jego wielce niestosowny, głośny chichot.

– Przyniesiono pocztę, papo. Potrzebuję klucza – powiedziała Magdalen, gładko przechodząc od swojego występu przy stole śniadaniowym do leżącej na kredensie torby z listami. Jej sposób bycia zawsze cechował się ową płynną raptownością.

Przeszukawszy wszystkie swoje kieszenie, pan Vanstone pokręcił głową. Choć młodsza córka prawdopodobnie nie przypominała go pod żadnym innym względem, łatwo można było się domyślić, po kim odziedziczyła swoją niefrasobliwość.

– Musiałem zostawić go w bibliotece wraz z innymi kluczami – rzekł dżentelmen. – Pójdź go poszukać, kochana.

– Mój drogi, doprawdy powinieneś być bardziej stanowczy wobec Magdalen – zwróciła się pani Vanstone do męża, kiedy ich córka znalazła się już za drzwiami. – Z dnia na dzień utwierdza się w tym swoim okropnym nawyku przedrzeźniania innych, a bezceremonialność, z jaką się do ciebie odnosi, jest iście wstrząsająca.

– Od dawna do znudzenia to powtarzam – wtrąciła panna Garth. – Magdalen traktuje pana Vanstone’a niczym swojego młodszego brata.

– Papa zawsze jest dla nas taki dobry. I to właśnie owa dobroć nakazuje mu pobłażliwie podchodzić do wesołych nastrojów Magdalen, czy nie mam racji? – odezwała się małomówna Nora, biorąc stronę swojego ojca i siostry. Ton jej głosu sprawiał wrażenie tak mało stanowczego, że tylko bardzo bystry obserwator zdołałby się w owej chwili domyślić, jak silny drzemie w niej charakter.

– Dziękuję ci, moja droga – odrzekł dobroduszny pan Vanstone. – Jestem ci niewypowiedzianie wdzięczny za tę krótką mowę obrończą. Co do Magdalen – w tym miejscu dżentelmen zwrócił się do swojej żony i panny Garth – pamiętajmy, że jest jeszcze jak młoda, nieujeżdżona klacz, której należy pozwolić brykać i wierzgać na padoku. Nie ma pośpiechu – do chodzenia w uprzęży zdąży się przyzwyczaić, gdy będzie trochę starsza.

W tym miejscu drzwi się otworzyły i do pokoju wróciła Magdalen z kluczem w dłoni. Podszedłszy do kredensu, na którym leżała torba z pocztą, otworzyła ją i wesoło wysypała na blat jej zawartość. Po odpowiednim posortowaniu listów zbliżyła się do stołu i ze sprawnością, jakiej nie powstydziłby się londyński listonosz, rozdała je domownikom.

– Dwa do Nory… – zakomunikowała, zaczynając od siostry – trzy do panny Garth... żadnego do mamy… jeden do mnie… a pozostałych sześć do papy… Och, nie znosi papa odpowiadać na listy, prawda, leniuszku? – ciągnęła Magdalen, przestając odgrywać listonosza i na nowo wchodząc w rolę córki. – Jakże będzie papa sarkał i wiercił się w swoim gabinecie i przeklinał ten wynalazek, jakim jest poczta! I niezadowolenie sprawi, że czubek jego łysiny stanie się całkiem czerwony! A i tak ostatecznie pisanie swoich listów odłoży papa do jutra… Otwarto już teatr „Bristol”, papo – szepnęła nagle ojcu do ucha, a twarz jej przybrała chytry wyraz. – Wyczytałam to w gazecie, kiedy poszłam do biblioteki poszukać klucza. Proszę, pojedźmy jutro wieczór!

Pośród tego wydobywającego się z ust córki świergotu pan Vanstone machinalnie przeglądał swoje listy. Rzuciwszy okiem na adresy nadawców czterech pierwszych, dotarł do piątego. Jego uwagę, dotąd w głównej mierze skierowaną ku Magdalen, niespodzianie przykuł widniejący na kopercie stempel pocztowy.

Magdalen, pochylona nad ojcem i z dłonią na jego ramieniu, zobaczyła ów stempel równie wyraźnie co on: Nowy Orlean.

– To list z Ameryki! – zawołała. – Czy ma papa jakiegoś znajomego w Nowym Orleanie?

Na dźwięk tych słów pani Vanstone drgnęła i z przejęciem spojrzała na męża.

Pan Vanstone nic nie odpowiedział, tylko spokojnie zdjął dłoń córki ze swojego karku, jak gdyby chciał dać do zrozumienia, że nie życzy sobie, by mu teraz przeszkadzano. Magdalen udała się zatem na swoje miejsce przy stole, podczas gdy ojciec jej, trzymając list w ręku, zwlekał z jego otwarciem. Wyczekujące napięcie, z jakim pani Vanstone wpatrywała się w męża, zwróciło uwagę zarówno panny Garth, jak i obu sióstr.

Po jakiejś minucie wahania pan Vanstone rozpieczętował wreszcie tajemniczy list. Skoro tylko zaczął czytać, jego policzki pobladły, przybierając brunatnożółty odcień (który w przypadku człowieka mniej rumianego byłby popielatą bladością) i całe jego oblicze w jednej chwili okryło się cieniem smutku i przygnębienia. Nora i Magdalen, przyglądając się ojcu z niepokojem, nie dostrzegły nic poza zmianą, która w nim zaszła. Tylko panna Garth zauważyła, jak reakcja męża wpłynęła na panią domu. Co zaskakujące, pani Vanstone sprawiała wrażenie raczej podekscytowanej niż wystraszonej – jej twarz pokryła się delikatnym rumieńcem, oczy się rozjaśniły, a dłoń poczęła z niespotykaną energią mieszać herbatę w filiżance.

To naturalnie Magdalen – zgodnie ze swoją rolą najzuchwalszego dziecka w rodzinie – przerwała milczenie.

– Czy otrzymał papa jakieś złe wieści? – zapytała.

– Nie – odparł pan Vanstone szorstkim tonem, nie podnosząc na nią wzroku.

– Ależ jestem pewna, że w owym liście z Ameryki wyczytał papa jakąś złą nowinę – nie dawała za wygraną.

– W treści tego listu nie ma nic, co dotyczyłoby ciebie – odrzekł pan Vanstone.

Magdalen, która nigdy dotąd nie została potraktowana przez ojca w podobnie nieuprzejmy sposób, spojrzała nań z wyrazem tak ogromnego niedowierzania na twarzy, że w mniej poważnych okolicznościach wywołałaby tym ogólne rozbawienie.

Nikt już niczego nie powiedział i po raz pierwszy w swojej historii członkowie tej rodziny siedzieli przy stole pośród krępującej ciszy. Pana Vanstone’a opuścił apetyt – tak samo jak opuścił go jego poranny wesoły nastrój. Dżentelmen w zamyśleniu ułamał sobie jedynie kilka kawałków suchego tostu, w roztargnieniu dopił swoją pierwszą filiżankę herbaty, po czym poprosił o drugą, choć tej już w ogóle nie tknął.

– Noro – odezwał się wreszcie – nie musisz na mnie czekać. Magdalen, moja droga, możesz wstać od stołu, gdy tylko będziesz chciała.

Córki państwa natychmiast się podniosły, a taktowna panna Garth poszła za ich przykładem. Kiedy łagodnie usposobiony pan domu postanawia nagle zaznaczyć swój autorytet, jego wola od razu – wskutek niezwykłości owego zjawiska – staje się dla domowników prawem.

– Co takiego mogło się wydarzyć? – wyszeptała Nora, gdy wszystkie trzy, zamknąwszy za sobą drzwi pokoju śniadaniowego, ruszyły przez hol.

– Co to wszystko może znaczyć? Dlaczego papa był zły na mnie? – zawołała w rozdrażnieniu Magdalen, cierpiąc od ran, które w swoim mniemaniu odniosła.

– Czy mogę zapytać, jakim prawem próbowałaś się wtrącać w prywatne sprawy swojego ojca? – zapytała surowo panna Garth.

– Jakim prawem? – powtórzyła Magdalen. – Sama nie mam przed papą żadnych tajemnic, więc i papa nie powinien niczego przede mną ukrywać. Uważam, że zostałam znieważona.

– Miałabyś odrobinę więcej słuszności, gdybyś uważała, że zostałaś zasadnie zganiona za nadmierną ciekawość – powiedziała bezceremonialnie panna Garth. – Ach! Jesteś jak cała reszta współczesnych dziewcząt, z których nawet jedna na sto nie wie, gdzie ma czubek głowy, a gdzie pięty…

Nasze trzy damy przestąpiły właśnie próg porannego saloniku i Magdalen podziękowała pannie Garth za słowa napomnienia trzaśnięciem drzwi.

Upłynęło całe pół godziny, lecz pan Vanstone i jego małżonka w dalszym ciągu przebywali w pokoju śniadaniowym. Nieświadomy niczego służący wszedł do środka, by posprzątać ze stołu, a gdy ujrzał tam swojego pana i panią – siedzących tuż obok siebie i żywo nad czymś radzących – natychmiast wyszedł. Nim poufna dyskusja męża i żony dobiegła końca i drzwi pokoju śniadaniowego nareszcie się otworzyły, minął kolejny kwadrans.

– Słyszę w holu kroki mamy – zauważyła Nora. – Być może przyjdzie tutaj, by nam o czymś powiedzieć.

Ledwie skończyła mówić te słowa, w saloniku pojawiła się pani Vanstone. Policzki miała jeszcze bardziej zarumienione niż przedtem, jej oczy połyskiwały na wpół wyschniętymi łzami, a ruchy jej były dużo szybsze niż zazwyczaj.

– Moje drogie, przychodzę z nowiną, która z pewnością was zaskoczy – zwróciła się do córek. – Wasz ojciec i ja udajemy się jutro do Londynu.

Zaniemówiwszy ze zdumienia, Magdalen chwyciła matkę za rękę. Panna Garth upuściła na kolana swoją robótkę. Nawet stateczna Nora zerwała się na równe nogi i powtórzyła w oszołomieniu:

– Do Londynu!

– Bez nas? – dorzuciła Magdalen.

– Wybieramy się tam z waszym ojcem sami – zakomunikowała pani Vanstone. – Być może aż na trzy tygodnie, ale nie dłużej. Wybieramy się tam po to, by… – w tym miejscu dama zawahała się – wybieramy się tam po to, by uregulować pewną kwestię rodzinną. Puść mnie, Magdalen. Ta konieczność spadła na nas tak nagle… Czeka mnie dziś tyle zajęć, tyle spraw muszę uporządkować przed jutrzejszym wyjazdem… Już dobrze, kochana, puść mnie.

Pani Vanstone uwolniła się z uścisku młodszej córki, ucałowała ją pospiesznie w czoło i od razu wyszła. Nawet Magdalen zrozumiała, że na nic zdadzą się próby nakłonienia matki do tego, by odpowiedziała na kolejne pytania.

Czas płynął, ale pan Vanstone ani razu się nie pokazał. Magdalen, ulegając właściwej swojemu wiekowi i charakterowi lekkomyślnej ciekawości i nic sobie nie robiąc z zakazów panny Garth i przestróg swojej siostry, udała się do gabinetu, gdzie spodziewała się zastać ojca. Kiedy jednak znalazłszy się przed drzwiami, nacisnęła klamkę, okazało się, że te są zaryglowane.

– To tylko ja, papo – powiedziała.

– Jestem teraz zajęty, moja droga – brzmiała odpowiedź. – Nie przeszkadzaj mi, proszę.

Pani Vanstone – na swój własny sposób równie niedostępna – przebywała w swojej sypialni, gdzie w otoczeniu służby czyniła niekończące się przygotowania do wyjazdu. Zdezorientowane służące – nienawykłe w tym domu do podejmowanych z nagła decyzji i wydawanych znienacka dyspozycji – z trudem radziły sobie z wykonywaniem poleceń i bezładnie biegały z pokoju do pokoju, potrącając się nawzajem na schodach. Gdyby ktoś obcy przestąpił wówczas próg tego domu, niechybnie doszedłby do wniosku, że doszło w nim do jakiejś nieprzewidzianej katastrofy. Owego dnia nic w Combe-Raven nie toczyło się swoim powszednim torem. Magdalen, która miała zwyczaj spędzać poranne godziny przy fortepianie, teraz nie mogła znaleźć sobie miejsca i błąkała się bez celu po korytarzach rezydencji, od czasu do czasu wychodząc – jeśli pogoda za oknem na to pozwalała – z domu, lecz tylko po to, by zaraz znów do niego wrócić. Słynąca w rodzinie ze swojego zamiłowania do lektury Nora, rozpaczliwie próbując zająć czymś swoją uwagę, krążyła pomiędzy regałami i stołami i co rusz brała do ręki jakąś książkę, którą jednak po chwili odkładała z powrotem na swoje miejsce.

Nawet panna Garth znalazła się pod wszechogarniającym wpływem owego domowego rozprężenia i siedząc samotnie w porannym saloniku przy kominku, kręciła złowieszczo głową, podczas gdy jej robótka leżała obok całkiem zapomniana. „Kwestia rodzinna?” – dumała nad wymijającymi słowami pani Vanstone. „Jestem w Combe-Raven już dwanaście lat i w ciągu całego tego okresu nawet raz nie zdarzyło się, by pomiędzy państwem a ich dziećmi stanęła jakaś kwestia rodzinna. Cóż to może oznaczać? Czyżby czekały nas jakieś zmiany? Być może się starzeję, ale ta ewentualność mi się nie podoba”.

1 Alexander Pope, „List do damy”.

Rozdział 2

Nazajutrz rano o dziesiątej Nora i Magdalen stały samotnie w holu rezydencji Combe-Raven, podążając wzrokiem za oddalającym się powozem, który zabierał ich ojca i matkę na pociąg do Londynu.

Do ostatniej chwili obydwie siostry miały nadzieję, że ktoś udzieli im jakiegoś wyjaśnienia w kwestii tamtej tajemniczej rodzinnej sprawy, o której poprzedniego dnia pokrótce wspomniała pani Vanstone. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Nawet emocje towarzyszące rozstaniu – rozstaniu będącemu okolicznością zupełnie nową tak dla rodziców, jak i dzieci – nie zdołały skłonić tych pierwszych do wyzbycia się owej niezrozumiałej tajemniczości. Pożegnanie odbyło się pośród najserdeczniejszych słów i wielokrotnie powtarzanych, gorących uścisków, ale od początku do końca z ust żadnego z rodziców nie padło nic, co choć w najmniejszym stopniu zdradziłoby cel ich podróży.

Kiedy powóz zniknął za zakrętem i chrzęst jego kół ucichł, siostry spojrzały sobie nawzajem w oczy w obustronnym przygnębiającym poczuciu, że oto po raz pierwszy matka i ojciec wykluczyli je z kręgu swojego zaufania. Zawsze powściągliwa Nora stała się jeszcze bardziej niedostępna i milcząca. Usiadłszy ze zmarszczonym czołem na jednym ze stojących w holu krzeseł, zapatrzyła się w otwarte drzwi wejściowe. Magdalen – tak jak to miała w swoim zwyczaju – otwarcie dała upust swojemu niezadowoleniu.

– Nie dbam o to, kto mnie usłyszy! Uważam, że potraktowano nas haniebnie!

Idąc za przykładem Nory, opadła na krzesło i wbiła wzrok w rozciągający się za otwartymi drzwiami krajobraz.

Niemal w tym samym momencie z pokoju śniadaniowego wyłoniła się panna Garth. Wystarczyło jej rzucić na siostry jedno szybkie spojrzenie, by zrozumieć, że konieczna jest interwencja. Rozsądek od razu podpowiedział jej, co robić.

– Popatrzcie na mnie, proszę, i posłuchajcie – rzekła. – Jeśli teraz, kiedy zostałyśmy same, nie chcemy popaść w przygnębienie, nie wolno nam rezygnować z naszych starych przyzwyczajeń i musimy żyć tak jak dotychczas. Jak to mówią Francuzi: „Trzeba brać rzeczy, jak idą”. Spójrzcie na mnie: właśnie poleciłam, by o zwykłej porze podano znakomitą kolację, a teraz idę do apteczki po lekarstwo dla podkuchennej – biedna dziewczyna… jej nerwoból zaatakował żołądek. Tymczasem ty, droga Noro, swoją robótkę i książki znajdziesz tam gdzie zawsze, czyli w bibliotece. Magdalen, może zamiast wiązać supły na chustce, użyłabyś swoich palców do gry na fortepianie? Lunch zjemy o pierwszej, a po nim wyjdziemy na spacer z psami. Nie pozwólcie, by opuściła was pogoda ducha, bierzcie przykład ze mnie i zajmijcie się czymś. Dalejże, wstawajcie natychmiast. Jeżeli z waszych twarzy za chwilę nie znikną te ponure miny, powiadam wam: jak nazywam się Garth, zostawię waszej matce pisemną rezygnację i pociągiem dwunasta czterdzieści wrócę w swoje rodzinne strony.

Po tej stanowczej przemowie guwernantka zaprowadziła Norę do biblioteki, zaciągnęła Magdalen do porannego saloniku, a następnie sama udała się w okolice szafki z lekarstwami.

To właśnie w ten na wpół żartobliwy, na wpół poważny sposób panna Garth – po tym, jak jej właściwe obowiązki wychowawcze naturalną koleją rzeczy dobiegły końca – utrzymywała nad córkami pana Vanstone’a rodzaj przyjacielskiego autorytetu.

Choć Nora od dawna nie była jej uczennicą i choć Magdalen także zdążyła już zakończyć swoją edukację, panna Garth zbyt długo mieszkała pod dachem pana Vanstone’a i pozostawała z jego rodziną w zbyt zażyłych stosunkach, by mogła tak po prostu wyjechać. Kiedy raz, kierowana poczuciem obowiązku, napomknęła o rozstaniu, jej pomysł spotkał się z tak gwałtownym i tak serdecznym sprzeciwem ze strony domowników, że nigdy już nie wracała do tego tematu, chyba że w żartach. Od tamtej pory oficjalnie sprawowała zwierzchnictwo nad wszelkimi sprawami związanymi z prowadzeniem domu, a swoje nowe obowiązki, według własnego uznania, urozmaicała niekiedy takimi zajęciami jak pomoc Norze w wyborze lektury czy przyjacielski nadzór nad ćwiczeniami muzycznymi Magdalen. Oto jaką funkcję pełniła obecnie panna Garth w rodzinie pana Vanstone’a.

*

Wraz z nastaniem południa pogoda zaczęła się poprawiać, a o wpół do drugiej słońce świeciło już mocnym blaskiem i wszystkie trzy damy wyruszyły wraz z psami na spacer.

Przeprawiwszy się na drugą stronę potoku, podążyły niewielką skalistą przełęczą ku wznoszącemu się dalej wzgórzu, po czym skręciły w lewo, by gościńcem prowadzącym przez wioskę Combe-Raven wrócić do domu.

Kiedy w zasięgu ich wzroku pojawiły się pierwsze wiejskie chaty, napotkały niewysokiego, odzianego na czarno osobnika, który błąkał się po drodze bez żadnego wyraźnego celu i uważnie przyjrzał się mijającym go Magdalen i Norze. Nigdy wcześniej go nie widziały i następny odcinek gościńca przebyły, nie poświęcając mu żadnej myśli.

Znajdowały się już po drugiej stronie wioski, na drodze prowadzącej prosto do rezydencji, kiedy Magdalen ku zaskoczeniu panny Garth oznajmiła, że czarno odziany jegomość zawrócił i teraz podąża za nimi.

– Idzie po tej samej stronie drogi co Nora – dodała szelmowskim tonem. – To nie ja go przyciągam, więc proszę mnie nie winić.

Nawet jeśli mężczyzna szedł za nimi nie przez przypadek, nie miało to już żadnego znaczenia, bowiem zbliżały się właśnie do bramy majątku. Przestępując ją, panna Garth obejrzała się za siebie i dostrzegła, że nieznajomy przyspieszył kroku – zupełnie jak gdyby pragnął nawiązać z nimi rozmowę. Od razu poleciła dziewczętom wrócić z psami do domu, dodając, że sama zaczeka przy bramie, by zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja.

Ledwie zdążyła wydać to dyskretne polecenie, mężczyzna znalazł się na wysokości stróżówki. Guwernantka odwróciła się ku niemu, a on grzecznie uchylił kapelusza. Na pierwszy rzut oka wyglądał niczym duchowny w tarapatach.

Gdyby ktoś zechciał namalować portret całej jego postaci, musiałby zacząć od wieńczącego jego głowę cylindra przewiązanego opaską żałobną z gniecionej krepy. Pod owym cylindrem widniała pociągła, szczupła twarz o ziemistej cerze – twarz, na której ospa pozostawiła głębokie blizny i którą wyróżniała para oczu o dwóch odmiennych kolorach: jedno było złotozielone, a drugie złotobrązowe, przy czym obydwoje charakteryzowało się nader inteligentnym wejrzeniem. Szare niczym żelazo włosy mężczyzny zaczesane zostały na bok w taki sposób, że nie przysłaniały jego skroni. Policzki jego i broda były gładko ogolone, nos miał krótki, rzymski, a kąciki jego szerokich, giętkich ust unosiły się łagodnie w żartobliwym uśmiechu. Pod szyją zawiązany miał wysoko sztywny biały fular, a na wysokości jego brody sterczały rogi równie sztywnego białego kołnierza. Poniżej zgrabną, drobną sylwetkę nieznajomego okrywało przyzwoite, choć nieco podniszczone czarne odzienie. Zapięty ciasno w pasie surdut rozchylał się na wysokości klatki piersiowej, majestatycznie ją uwydatniając. Dłonie mężczyzny osłonięte były czarnymi bawełnianymi rękawiczkami, których palce ktoś schludnie zacerował. Trzymany przez niego parasol, mimo że okucie zdarte miał do granic możliwości, został starannie zabezpieczony nieprzemakalnym pokrowcem. Twarz mężczyzny zdawała się w nim najstarsza i kierując się jej wyglądem, można by dojść do wniosku, że nieznajomy liczy sobie pięćdziesiąt lat lub więcej. Jednak jego plecy i ramiona sprawiały wrażenie tak młodych, że gdyby spojrzeć nań tylko od tyłu, z łatwością uszedłby za człowieka ledwie trzydziestopięcioletniego. Jego zachowanie charakteryzował rodzaj podniosłego spokoju. Kiedy otwierał usta, wydobywający się z nich głos był dźwięczny i głęboki. Sposób, w jaki mężczyzna się wypowiadał, mógł się wydawać przesadnie ozdobny i zdradzał jego upodobanie do słów składających się z większej liczby sylab. Z jego wygiętych w delikatnym uśmiechu warg sączyła się elokwencja, a z całej jego postaci – pomimo okrywającego ją sfatygowanego ubrania – emanowało światło wrodzonej kurtuazji.

– Mniemam, że to rezydencja pana Vanstone’a? – zaczął, wykonując okrągły gest w kierunku budynku. – Czy mam zaszczyt ze współmieszkanką jego domu?

– Owszem – odparła panna Garth w typowy dla siebie, prostolinijny sposób. – Rozmawia pan z guwernantką państwa Vanstone’ów.

Krasomówca uczynił krok do tyłu, z uznaniem przyjrzał się guwernantce pana Vanstone’a, po czym dał krok do przodu i znów przemówił:

– A dwie młode damy, które pani towarzyszyły, to niewątpliwie córki pana Vanstone’a? Tę ciemnowłosą i, jak się domyślam, starszą rozpoznałem dzięki podobieństwu, które łączy ją z jej piękną matką. Młodsza z panien…

– A więc jest pan znajomym pana Vanstone’a? – zapytała panna Garth, przerywając potok jego słów; potok, który jej zdaniem zaczynał płynąć w sposób nazbyt swobodny.

Mężczyzna odpowiedział na ów przejaw zniecierpliwienia z jej strony grzecznym ukłonem, po czym jak gdyby nigdy nic ciągnął:

– Młodsza z panien musi bardziej przypominać ojca? Trzeba przyznać, że jej twarz wywarła na mnie wielkie wrażenie. Przyglądając się jej z pełną ciekawości życzliwością, jaką żywię wobec tej rodziny, pomyślałem sobie, że jej oblicze jest nietuzinkowe. Powiedziałem sobie w duchu: urokliwa, osobliwa i zapadająca w pamięć uroda. I tak niepodobna do urody jej siostry i matki. Bez wątpienia młodsza panna jest żywym odbiciem swojego ojca?

Panna Garth jeszcze raz spróbowała zatamować ów potok słów nieznajomego. Oczywiście nie mógł on znać pana Vanstone’a nawet z widzenia – w przeciwnym razie nie przyszłoby mu do głowy, że Magdalen mogłaby wyglądem przypominać swojego ojca. Być może lepiej znał panią Vanstone? Na to pytanie guwernantka nie otrzymała odpowiedzi. Kim był ten zuchwały jegomość? I czego mógł chcieć?

– Być może jest pan przyjacielem rodziny, ale nie pamiętam pańskiej twarzy – rzekła panna Garth. – Co pana tutaj sprowadza? Czy przybył pan w te strony z zamiarem złożenia panu Vanstone’owi wizyty?

– Miałem nadzieję, że nie ominie mnie przyjemność zobaczenia się z panią Vanstone – odrzekł ten niepoprawnie tajemniczy i niepoprawnie grzeczny mężczyzna. – Jak się ona miewa?

– Nie inaczej niż zwykle – odparła panna Garth, czując, że pokłady jej uprzejmości szybko się wyczerpują.

– Czy przebywa w domu?

– Nie.

– Czy wróci niebawem?

– Pani Vanstone i jej mąż wyjechali do Londynu.

Pociągła twarz nieznajomego w jednej chwili spochmurniała. W jego dwubarwnych oczach pojawił się wyraz zakłopotania, a z całej jego postaci począł bić wyraźny niepokój. Kiedy odezwał się ponownie, zdawało się, że jeszcze staranniej dobiera słowa.

– Czy nieobecność pani Vanstone potrwa długo?

– Prawdopodobnie około trzech tygodni – odrzekła panna Garth. – Sądzę, że zadał mi już pan wystarczająco dużo pytań – dodała, jako że irytacja wreszcie wzięła górę nad jej dobrym wychowaniem. – Proszę uprzejmie powiedzieć, jaka jest pańska godność i co pana tutaj sprowadza. Jeśli zechciałby pan przekazać pani Vanstone jakąś wiadomość, dziś wieczór będę do niej pisała.

– Tysiąckrotne dzięki! Byłaby to doprawdy nieoceniona pomoc. I jeśli tylko pani pozwoli, skorzystam z niej od razu.

Wyraz twarzy panny Garth i ton jej głosu w najmniejszym stopniu nie zbiły go z tropu. Z uczuciem ulgi przyjął uczynioną przez nią propozycję i w ujmujący i otwarty sposób dał wyraz swojej wdzięczności. W jego oczach na nowo zagościł spokój, a kąciki jego ust znów się uniosły. Wsunąwszy sobie z werwą parasol pod ramię, wydobył z górnej kieszeni płaszcza staroświecki czarny pugilares. Wyciągnął zeń ołówek i małą karteczkę, na której po chwili zastanowienia szybko nakreślił jakieś słowa i którą następnie pospiesznie, choć grzecznie, włożył w dłoń panny Garth.

– Byłbym nadzwyczaj zobowiązany, gdyby uczyniła mi pani ten honor i dołączyła ową karteczkę do swojego listu – rzekł. – Nie muszę obarczać pani dodatkowo żadną wiadomością. Samo moje nazwisko przypomni pani Vanstone o pewnej sprawie rodzinnej, o której niewątpliwie zapomniała. Proszę przyjąć moje najserdeczniejsze podziękowania. Był to dla mnie dzień pełen doprawdy miłych niespodzianek: okolica uderzyła mnie swoją niezwykłą urodą, miałem okazję zobaczyć dwie piękne córki pana Vanstone’a i dostąpiłem zaszczytu poznania ich znakomitej guwernantki. Mogę sobie tylko powinszować, a panią przeprosić za to, że skradłem nieco z jej bezcennego czasu. Ponawiam podziękowania i życzę miłego dnia.

Powiedziawszy to, uchylił cylindra. Jego różnobarwne oczy zaiskrzyły, a uniesione kąciki ust uniosły się jeszcze wyżej w czarującym uśmiechu. Odwrócił się na pięcie, jego młodzieńcze plecy ukazały się w całej swojej chwale, a drobne, żwawe nogi poniosły go szybko w kierunku wioski. Raz, dwa, trzy – i już znajdował się na zakręcie. Cztery, pięć, sześć – i już go nie było.

Panna Garth opuściła oczy na spoczywającą w jej dłoni karteczkę, po czym w zdumieniu znów je podniosła. Nazwisko i adres tego przypominającego duchownego osobnika brzmiały:

Kapitan Wragge,

Urząd Pocztowy w Bristolu.

Rozdział 3

Po powrocie do domu panna Garth nie ukrywała, jak niekorzystne wrażenie wywarł na niej czarno odziany jegomość. Jej zdaniem niewątpliwie zjawił się w okolicy z zamiarem uzyskania wsparcia finansowego pani Vanstone. Jednak co do tego, dlaczego mógłby rościć sobie prawo do takiej pomocy, panna Garth już nie miała pewności – być może był to jakiś ubogi krewny. Czy pani Vanstone kiedykolwiek w obecności swoich córek wspominała o kapitanie Wragge’u? Nie, żadna z dziewcząt nigdy dotąd nie słyszała owego nazwiska. A może mówiła im kiedyś o ubogich krewnych pozostających na jej utrzymaniu? Wprost przeciwnie: w ostatnich latach kilkukrotnie zdarzyło jej się napomknąć o tym, iż wątpi, by ktokolwiek z jej rodziny jeszcze żył. A jednak kapitan Wragge jasno dał do zrozumienia, że jego nazwisko przypomni pani Vanstone „o pewnej sprawie rodzinnej”. Jak należało to wszystko rozumieć? Czyżby nieznajomy skłamał, nie mając po temu żadnego wyraźnego powodu? A może mówił prawdę – co oznaczałoby, że równolegle z tajemniczą wyprawą państwa do Londynu pojawiła się jeszcze jedna zagadka?

Wszystko zdawało się wskazywać na to, że pomiędzy „kwestią rodzinną”, która ni z tego, ni z owego kazała państwu Vanstone’om wyjechać z domu, a „sprawą rodzinną” kapitana Wragge’a istnieje jakiś związek. Ale kiedy panna Garth, skończywszy pisać swój list do pani Vanstone, załączała do niego otrzymaną od nieznajomego karteczkę, w głowie jej znów roiło się od wątpliwości.

Odpowiedź przyszła pocztą zwrotną. Gdy ją przyniesiono, guwernantka – która miała zwyczaj wstawać najwcześniej ze wszystkich dam – znajdowała się sama w pokoju śniadaniowym. Przyjrzawszy się pobieżnie treści listu, doszła do wniosku, że najlepiej będzie przeczytać go w spokoju i na osobności – tam, gdzie nikt nie będzie jej przeszkadzał i zadawał kłopotliwych pytań. Poleciła służącemu przekazać Norze, by tym razem to ona zajęła się parzeniem herbaty, po czym udała się na piętro do swojej sypialni.

List pani Vanstone nie należał do krótkich. Pierwsza jego część dotyczyła kapitana Wragge’a i w wyczerpujący sposób wyjaśniała motywy, które stały za jego pojawieniem się w Combe-Raven.

Ze słów damy wynikało, że matka jej była dwukrotnie zamężna. Za pierwszym razem poślubiła niejakiego doktora Wragge’a – wdowca z małoletnimi dziećmi. Jednym z tych dzieci był właśnie ów niewyglądający na oficera kapitan, którego adres brzmiał: „Urząd Pocztowy w Bristolu”. Pani Wragge w swoim pierwszym małżeństwie nie doczekała się potomstwa, a po śmierci męża wyszła za ojca pani Vanstone. Pani Vanstone, która była jedynym owocem tego związku, bardzo wcześnie straciła oboje rodziców. W ciągu kilku następnych lat śmierć zabrała po kolei także wszystkich innych członków jej najbliższej rodziny. Tym sposobem została na tym świecie zupełnie sama – być może żyło jeszcze kilku jej kuzynów, jednak nigdy ich nie spotkała i nie miała co do ich istnienia całkowitej pewności.

Zatem – biorąc pod uwagę te okoliczności – jaki stosunek rodzinny zachodził pomiędzy kapitanem Wraggiem i panią Vanstone?

Otóż żaden. Jako syn z pierwszego małżeństwa męża jej matki kapitan Wragge nawet przez grzeczność nie mógłby zostać zaliczony w poczet najdalszych krewnych pani Vanstone. Mimo to jednak upierał się, że łączy ich pewien rodzaj powinowactwa i natrętnie domagał się rzekomo przysługujących mu z tego tytułu przywilejów. Pani Vanstone niechętnie ulegała jego prośbom, obawiając się, że w przeciwnym razie kapitan da znać o swoim istnieniu jej mężowi i zacznie regularnie wykorzystywać jego wspaniałomyślność. Wzdragając się na samą myśl o tym, że panu Vanstone’owi mogłaby się naprzykrzać osoba podająca się za – jakkolwiek niedorzeczne by się to wydawało – członka jej rodziny, od wielu lat, sięgając do swojej portmonetki, wspierała finansowo kapitana Wragge’a, któremu jednak postawiła jeden warunek: miał nigdy nie pokazywać się w Combe-Raven i nie niepokoić jej męża.

Przyznawszy od razu, iż zdaje sobie sprawę z tego, jak nieroztropne było jej postępowanie, pani Vanstone wyjaśniała dalej, że być może przyczyna jej słabości tkwiła w jej wspomnieniach z dzieciństwa. Odkąd sięgała pamięcią, to, że kapitan żył na koszt rozmaitych krewnych jej matki, nie było dla niej niczym niezwykłym. Choć miał zdolności, dzięki którym mógłby zajść doprawdy daleko, Wragge od zawsze przynosił swojej rodzinie tylko ujmę. Początkowo służył w pułku milicji, z którego jednak szybko został wydalony. Potem kolejno próbował swoich sił w przeróżnych zawodach, ale każda z owych prób kończyła się sromotną kompromitacją. Umiejętnie radził sobie w życiu, ale w najpodlejszym, najnikczemniejszym znaczeniu tego słowa. Wziął sobie za żonę pewną nieszczęsną, bezrozumną kelnerkę z jakiejś podrzędnej jadłodajni, a kiedy ta niespodziewanie otrzymała w spadku drobną sumę pieniędzy, Wragge bez skrupułów roztrwonił wszystko do ostatniego pensa. Mówiąc prościej: był skończonym łajdakiem. I teraz długa lista jego występków powiększała się o kolejny, jako że w zuchwały sposób złamał warunki, na jakich pani Vanstone zgadzała się mu dotąd pomagać. Otrzymawszy od panny Garth zostawioną przez niego karteczkę, dama natychmiast napisała pod podany adres, mając nadzieję, że stanowczością swoich słów raz na zawsze zniechęci kapitana do powtórnego pojawienia się w okolicy. Na tym kończyła się pierwsza część listu pani Vanstone.

Mimo że przedstawione fakty sugerowały, iż pani Vanstone przejawiała pewną słabość charakteru, o którą panna Garth nigdy by jej nie podejrzewała, guwernantka uznała jej wyjaśnienia za satysfakcjonujące i przyjęła je z uczuciem ulgi – tym bardziej, że nie było w nich niczego, czego nie mogłaby powtórzyć umierającym z ciekawości siostrom. Zgoła inne uczucia towarzyszyły jej podczas lektury drugiej części listu.

Ta była poświęcona owej zagadkowej wyprawie do Londynu.

Pani Vanstone wspomniała najpierw o tym, jak długa i głęboka przyjaźń łączy ją z panną Garth, po czym stwierdziła, że przez wzgląd na ową przyjaźń winna jest zdradzić jej w zaufaniu, co skłoniło ją do towarzyszenia mężowi w podróży. Domyślała się, że panna Garth, choć taktownie nie dawała tego po sobie poznać, musiała być zdziwiona ich niespodziewanym wyjazdem z domu. I zapewne wielokrotnie musiała zastanawiać się, dlaczego jakakolwiek sprawa rodzinna miałaby dotyczyć nie tylko pana Vanstone’a, ale również jego żony, skoro ta pozbawiona była jakichkolwiek żyjących krewnych.

Nie wdając się w szczegóły owej sprawy rodzinnej, pani Vanstone obiecała, że w kilku słowach zaraz rozwieje wszelkie obawy i wątpliwości panny Garth – w każdym razie te dotyczące jej osoby. Otóż powodem, dla jakiego towarzyszyła mężowi w wyprawie, była chęć odwiedzenia pewnego renomowanego londyńskiego lekarza i zasięgnięcia jego fachowej opinii co do pewnej delikatnej i niepokojącej kwestii bezpośrednio związanej ze stanem jej zdrowia. Mówiąc dokładniej, pani Vanstone podejrzewała, że być może po raz kolejny zostanie matką.

Kiedy owo podejrzenie pojawiło się w jej głowie po raz pierwszy, potraktowała je jako zwykłą omyłkę. Długi czas, jaki minął od narodzin jej ostatniego dziecka; poważna choroba, na którą zapadła po tym, jak dziecko to zmarło w niemowlęctwie; jej obecny wiek – wszystko to nakazało jej od razu odrzucić tę możliwość. Mimo to owa myśl wciąż od nowa wracała. W końcu pani Vanstone doszła do wniosku, że powinna skonsultować się z jakimś cenionym autorytetem w tej dziedzinie, choć jednocześnie obawiała się, że sprowadzając do Combe-Raven lekarza z Londynu, wystraszy córki. Stąd jej wyprawa do stolicy. Zdążyła już odwiedzić wspomnianego specjalistę i jej domysły potwierdziły się, a przewidywane na późniejszy okres lata rozwiązanie stanowi – biorąc pod uwagę jej wiek oraz kruche zdrowie – niemałe ryzyko. Doktor robił, co mógł, by dodać jej otuchy, jednak zważywszy na charakter zadawanych przez niego pytań, nietrudno było się domyślić, że sam z dużą obawą spogląda w przyszłość.

Zwierzywszy się pannie Garth ze swojej sytuacji, pani Vanstone poprosiła ją, by wszystkie szczegóły zachowała dla siebie. Dama wyjaśniła, że do tej pory nie chciała dzielić się z rodziną niepotwierdzonymi podejrzeniami, a teraz, kiedy się sprawdziły, tym bardziej nie chciała niepokoić córek. Uważała, że na razie najlepiej będzie milczeć na ten temat i nie tracąc nadziei, poczekać do lata na rozwój wydarzeń. Wszyscy tymczasem mieli zobaczyć się ponownie dwudziestego trzeciego bieżącego miesiąca, bowiem na ten dzień pan Vanstone zaplanował powrót do Combe-Raven.

Tutaj następowały zwyczajowe formuły grzecznościowe i na tym ów chaotyczny list raptownie się kończył.

*

Przez kilka kolejnych minut duszę panny Garth wypełniało jedynie współczucie dla pani Vanstone. Niebawem jednak dołączyła do niego niejasna, niepokojąca wątpliwość. Czy wyjaśnienia, których jej udzielono, rzeczywiście były tak pełne i kompletne, jak dawano do zrozumienia? Jeśliby dokładnie przyjrzeć się faktom – na pewno nie.

Pani Vanstone niewątpliwie wyjeżdżała z domu w radosnym nastroju. Czy cel jej podróży – jeżeli było nim zasięgnięcie specjalistycznej opinii co do niepokojącego stanu jej zdrowia – nie powinien takiego nastroju wykluczać? I czy tamten tajemniczy list z Nowego Orleanu, który skłonił pana Vanstone’a do wyjazdu, nie miał nic wspólnego z faktem, że w wyprawie towarzyszyła mu żona? Dlaczego pani Vanstone spojrzała na męża z takim przejęciem, gdy jej córka wspomniała, z jakiej miejscowości list został wysłany? I nawet jeśliby założyć, że wszystko, co teraz napisała, było prawdą – czy jej ówczesne zachowanie nie wskazywało na to, że za ową wyprawą kryją się jeszcze inne powody, o których panny Garth nie poinformowała?

Jeżeli takie rozumowanie było słuszne, nasuwał się jeden niepokojący wniosek: pani Vanstone, zdając sobie sprawę z tego, że wieloletnia zażyłość łącząca ją z panną Garth obliguje ją do jakichś wyjaśnień, wtajemniczyła guwernantkę w szczegóły jednej kwestii, równocześnie ściśle zatajając przed nią szczegóły drugiej.

Uczciwa we wszystkich swoich działaniach panna Garth nie śmiała snuć dalszych domysłów, czując, że byłoby to wykroczeniem przeciwko sprawdzonej i cennej przyjaźni, jaka istniała pomiędzy nią i panią Vanstone. Zamknąwszy list w jednej z szuflad swojego sekretarzyka, podniosła się gwałtownie i nakazując sobie wrócić do codziennych zajęć, udała się do pokoju śniadaniowego. Pośród wielu wątpliwości przynajmniej jedno było jasne: pan i pani Vanstone’owie mieli przyjechać dwudziestego trzeciego marca. Dlaczego po swoim powrocie nie mieliby udzielić pełniejszych wyjaśnień?

Rozdział 4

Państwo Vanstone’owie nie udzielili jednak żadnych wyjaśnień: żadne nadzieje związane z ich powrotem się nie spełniły. Oboje cel swojej podróży do Londynu zdawali się traktować jako temat zakazany i konsekwentnie go unikali. Lecz niezależnie od tego, co było owym celem, wszystko musiało pójść po ich myśli, bowiem do domu wrócili w swoich dawnych nastrojach. Pani Vanstone była znów spokojna i zrównoważona, a pan Vanstone odzyskał swoją charakterystyczną pogodę ducha. Wszystko wróciło do normy i był to jedyny zauważalny rezultat ich wyprawy. Czy rodzinna rewolucja dobiegła już końca? Czy owa niezgłębiona tajemnica miała już na zawsze pozostać ukryta?

Nie, nic na tym świecie nie pozostaje w ukryciu na zawsze. Prędzej czy później przychodzi dzień, w którym złoto od stuleci leżące niepostrzeżenie w ziemi wydostaje się na powierzchnię. Zdradliwy piasek odsłania ślad stopy, która kiedyś po nim stąpała, a woda w końcu wyrzuca na brzeg ciało, które w niej utonęło. Nawet ogień po strawieniu jakiegoś przedmiotu pozostawia wyznanie winy w postaci popiołu. Tajona głęboko w duszy nienawiść znajduje swoje ujście w wyrazie oczu, a miłość ma swojego Judasza w pocałunku. Gdzie by nie spojrzeć, nieuchronne prawo demaskacji jest jednym z praw natury – bowiem niezniszczalność tajemnicy to cud, jakiego świat jeszcze nie widział.

W jaki sposób światło dzienne miała ujrzeć tajemnica kryjąca się w murach rezydencji Combe-Raven? W wyniku jakiego wydarzenia w życiu ojca, matki i córek objawić się miało prawo demaskacji? Otóż wydarzenie to nastąpiło niedługi czas po powrocie państwa Vanstone’ów do domu, a z pozoru nie było niczym więcej jak zwykłą towarzyską wizytą.

*

Trzy dni po tym, jak państwo wrócili, damy przebywały razem w porannym saloniku. Okna tego pomieszczenia wychodziły na ogród kwiatowy i niewielki zagajnik, którego zewnętrzną stronę osłaniał płot z żelazną furtką prowadzącą na ciągnącą się obok dróżkę. Podczas przerwy w rozmowie uwagę dam zwrócił zgrzyt owej żelaznej furtki – ktoś wchodził do zagajnika i Magdalen od razu przesunęła się pod okno, by złowić wzrokiem choćby skrawek przybysza, gdy ten będzie szedł między drzewami.

Chwilę potem w miejscu, w którym biegnąca poprzez zagajnik ścieżka łączyła się z krętą ogrodową aleją prowadzącą do drzwi domu, ukazała się sylwetka jakiegoś dżentelmena. Magdalen z początku wpatrywała się w nią z wytężeniem, jak gdyby nie rozpoznając, kto to taki. Po chwili jednak drgnęła z zaskoczenia i odwracając się gwałtownie do matki i siostry, ogłosiła, że przez ogród idzie właśnie nie kto inny, jak „pan Francis Clare”.

Nazwisko to nosił syn najbliższego sąsiada i zarazem najstarszego znajomego pana Vanstone’a.

Starszy pan Clare zamieszkiwał niewielką chatkę, która stała tuż za płotem wyznaczającym granicę majątku Combe-Raven. Dżentelmen wywodził się z młodszej gałęzi pewnej historycznej rodziny, ale po swoich przodkach odziedziczył tylko jedną wartościową rzecz: wspaniały zbiór książek. Książki te zakrywały rzędami ściany niemal wszystkich pomieszczeń jego skromnej siedziby (również korytarzy i klatek schodowych) i stanowiły jedyną życiową pasję pana Clare’a. Pan Clare od wielu lat był wdowcem, choć utratę żony przyjął z filozoficznym spokojem i nie czynił z tego żadnej tajemnicy. Jako ojciec trzech synów uważał więzi rodzinne za zło konieczne, które nieustannie zagrażało harmonii jego literackich studiów i bezpieczeństwu jego książek. Kiedy chłopcy wkroczyli w wiek szkolny, pan Clare skwapliwie powiedział im „Do widzenia”, a Bogu – „Niech będą dzięki”. Podobnie cyniczny, obojętny stosunek miał do swoich mało imponujących dochodów i do swojego jeszcze mniej imponującego miejsca zamieszkania. Sam mawiał o sobie, że jest nędzarzem z rodowodem. Podejmowanie wszelkich decyzji związanych z prowadzeniem domu pozostawiał swojej niechlujnej pomocy domowej, która była jego jedyną służącą i której stawiał tylko jeden warunek: by przenigdy nie zbliżała się do jego książek ze ścierką od kurzu w dłoni. Jego ulubionymi poetami byli Horacy i Pope, a z filozofów najbardziej cenił Hobbesa i Voltaire’a. Gdyby mu o tym nie przypominano, w ogóle nie zażywałby ruchu na świeżym powietrzu. Kiedy już zdarzało mu się wyjść na spacer, kierował się zawsze na ten sam najbrzydszy gościniec w okolicy i za każdym razem pokonywał ten sam jego odcinek i ani jardu więcej. Miał przygarbione plecy, zapalczywy charakter, znakomicie trawił rzodkiewki i potrafił spać po zielonej herbacie. Jego poglądy na ludzką naturę odpowiadały tym wyznawanym przez Diogenesa2, był niemal całkowitym abnegatem i z dumą mawiał, że „wznosi się ponad wszystkie ludzkie słabości”.

Tak przedstawiał się ów osobliwy człowiek od najbardziej powierzchownej strony. O tym, czy drążąc głębiej, udałoby się znaleźć w nim jakieś szlachetniejsze cechy, nikomu nigdy nie było dane się przekonać. Pan Vanstone co prawda uparcie zapewniał, że „wnętrze pana Clare’a jest dużo zacniejsze, niż mogłoby się wydawać”, jednak wśród swoich sąsiadów był w tej opinii osamotniony. Znajomość tych dwóch tak różnych od siebie dżentelmenów trwała już wiele lat i charakter jej był na tyle bliski, że można by ją prawie nazwać przyjaźnią. Ich wspólnym zwyczajem stały się odbywające się regularnie w określonych dniach tygodnia spotkania, podczas których zamykali się w gabinecie należącym do filozofa cynika, zapalali fajki i sprzeczali się na każdy możliwy temat. Na ogół kłócili się jednego wieczoru, by następnego ranka godzić się na neutralnym gruncie zagajnika. Tę łączącą ich przedziwną więź wzmacniało dodatkowo, w każdym razie ze strony pana Vanstone’a, jego serdeczne zainteresowanie trzema synami sąsiada – zainteresowanie tym dla owych synów cenniejsze, że jedną ze „słabości”, ponad które „wznosił się” ich ojciec, była ta żywiona powszechnie przez rodziców wobec swoich dzieci.

– Patrzę na tych chłopców – mawiał nasz filozof – w sposób doskonale obiektywny, nie przywiązując żadnej wagi do losowego wypadku, jakim jest ich pochodzenie i łączące nas więzy krwi, i stwierdzam, że pod żadnym względem nie są nawet przeciętni. Jedyną rzeczą, którą ubogi dziewiętnastowieczny dżentelmen może usprawiedliwić fakt, że ośmiela się w ogóle istnieć, jest wyróżnianie się nadzwyczajnymi zdolnościami umysłowymi. Moi synowie od niemowlęctwa są durniami. Gdybym dysponował jakimikolwiek środkami finansowymi, z Franka zrobiłbym rzeźnika, z Cecila piekarza, a z Arthura sklepikarza – gdyż wiem, że dzięki tym zawodom mieliby zapewnioną przyszłość. Ale tak się składa, że nie mam dość pieniędzy, by im pomóc, a oni nie mają dość rozumu, by pomóc sobie samym. Widzę w nich tylko trzy zbyteczne ludzkie istoty w zabrudzonych marynarkach i w ciężkich buciskach, istoty, z którymi – jeśli sami nie uwolnią mnie od siebie i nie uciekną stąd – nie wiem, co pocznę.

Na szczęście dla chłopców pan Vanstone nie wznosił się ponad ludzkie słabości. Za sprawą jego wpływów i wstawiennictwa Frank, Cecil i Arthur zostali przyjęci do cieszącej się dobrą reputacją szkoły średniej. W czasie wakacji mogli wprawiać się w jeździectwie na należącym do pana Vanstone’a padoku, a dzięki wizytom w jego domu i obcowaniu z jego żoną i córkami mieli szansę nabrać ogłady i dobrych manier. Pan Clare niekiedy wychodził ze swojego domku (w szlafroku i miękkich pantoflach), by zza płotu lub przez okno kpiącym wzrokiem popatrzeć na swoich synów – zupełnie jak gdyby byli jakimiś dzikimi zwierzętami, które jego sąsiad postanowił oswoić.

– Pan i pańska żona jesteście znakomitymi ludźmi – zwykł mawiać do pana Vanstone’a – i z całego serca szanuję to, że tak przychylnie traktujecie moich chłopców. Lecz doprawdy bardzo się co do nich mylicie! Nie chcę pana urazić, ale niech pan zapamięta moje słowa, Vanstone: z żadnego z nich nie wyrośnie nic dobrego, bez względu na to, jak wiele dla nich zrobicie.

W późniejszych latach owa osobliwa zamiana ról, jaka dokonała się pomiędzy dwoma sąsiadami – ról rodzica i znajomego – przybrała jeszcze bardziej absurdalną formę. Kiedy Frank liczył już sobie siedemnaście wiosen, pewien inżynier budownictwa publicznego z północnej Anglii, który miał wobec pana Vanstone’a jakiś dług wdzięczności, wyraził gotowość wzięcia młodzieńca pod swoje skrzydła, a warunki, jakie zaproponował, nie mogłyby być korzystniejsze. Dowiedziawszy się o owej propozycji, pan Clare swoim zwyczajem odstąpił panu Vanstone’owi swoją rolę ojca, by następnie z punktu widzenia bezstronnego obserwatora podejmować próby powściągnięcia rodzicielskiego entuzjazmu sąsiada.

– To najwspanialsza okazja, jaka kiedykolwiek mogła się przytrafić Frankowi! – zawołał pan Vanstone w ferworze ojcowskiego uniesienia.

– Ależ drogi kolego, on przecież nie podoła – odparł pan Clare z lodowatą obojętnością zdystansowanego znajomego.

– Będzie musiał podołać – upierał się pan Vanstone.

– Proszę powiedzieć raczej, że będzie musiał wykazać się ścisłym umysłem – zareplikował pan Clare – a do tego pracowitością, ambicją i wytrwałością. Phi! Nie patrzy pan na niego obiektywnym okiem. Powiadam panu: chłopak nie ma ani ścisłego umysłu, ani pracowitości, ani ambicji, ani wytrwałości… Frank to jedno wielkie „ani”.

– Niech diabli porwą pańskie „ani”! – wykrzyknął pan Vanstone. – Wydawanie przedwczesnych sądów to coś, co zdecydowanie mi się nie podoba. Frank przyjmie tę znakomitą propozycję i pójdę o zakład, że wykorzysta ją jak najlepiej.

– Jestem bardzo ubogi i z reguły nie stać mnie na to, by wdawać się w zakłady – odrzekł pan Clare – ale chyba mam gdzieś w domu jedną gwineę. I założę się o nią z panem, że Frank wróci w nasze ręce niczym fałszywy szyling.

– Zakład stoi! – powiedział pan Vanstone. – Nie, proszę poczekać! Wyrządziłbym temu chłopcu niesprawiedliwość, gdybym postawił na niego tak znikomą sumę – założę się z panem pięć do jednego, że Frank spisze się na medal! Jak panu nie wstyd mówić o nim w taki sposób? Doprawdy nie wiem, do jakich ucieka się pan sztuczek, ale zawsze udaje mu się skłonić mnie do tego, bym stanął po stronie jego syna… Zupełnie jak gdybym to ja był jego ojcem, a nie pan… O tak, jeśliby panu na to pozwolić, zacząłby pan dowodzić słuszności swojego stanowiska – ale ja nie będę pana słuchał. To, co czarne, jest w pańskich oczach białe. Nie dbam o pańskie zdanie i dla mnie czarne to czarne. Może pan do woli pleść sobie piąte przez dziesiąte – ja tymczasem jeszcze dziś wyślę do owego znajomego wiadomość, że Frank przyjmie jego propozycję.

Tym sposobem pan Francis Clare w wieku siedemnastu lat wyjechał na północ Anglii, by tam kształcić się na inżyniera.

Od czasu do czasu znajomy pana Vanstone’a zdawał mu sprawę z postępów swojego nowego podopiecznego. Na początku chwalił Franka jako spokojnego, kulturalnego i interesującego ucznia, ale wspominał również o tym, że chłopiec dość opornie przyswaja sobie podstawy wiedzy inżynieryjnej. W swoich późniejszych listach znajomy pisał, że Frank nieco zbyt łatwo się zniechęca i za często popada w przygnębienie. Z tego też względu – w nadziei, że zmiana otoczenia wpłynie nań korzystnie – został skierowany do pomocy przy nowych robotach kolejowych. Eksperyment się powiódł i dzięki temu doświadczeniu chłopak zyskał prawie pod każdym względem, choć studia zawodowe wciąż szły mu nielekko. W którymś z kolejnych listów inżynier informował, że Frank pod opieką zaufanego brygadzisty został wysłany do prac publicznych w Belgii. Potem zaś powiadamiał o ogólnych korzyściach, jakie młodzieniec wyniósł z tej nowej przygody, i z uznaniem wyrażał się o jego doskonałych manierach i umiejętnościach towarzyskich, które okazały się bardzo pomocne w kontaktach służbowych z cudzoziemcami – lecz najważniejszą kwestię postępów chłopca w nauce pomijał złowróżbnym milczeniem. Te i wszystkie inne doniesienia znajomego pan Vanstone skrupulatnie powtarzał ojcu Franka. Jednak przy każdej takiej sposobności pan Clare zaczynał triumfować, na co przyjaciel jego reagował złością.

– Przyjdzie dzień, w którym pożałuje pan, że w ogóle przyjął ten zakład – mawiał filozof cynik.

– Pewnego pięknego dnia pańska gwinea znajdzie się w mojej kieszeni – odparowywał jego optymistycznie usposobiony przyjaciel.

Od wyjazdu Franka mijały w tym czasie dwa lata. Po upływie jeszcze jednego roku sprawa ostatecznie się rozstrzygnęła.

Pilne obowiązki sprawiły, że drugiego dnia po powrocie z Londynu pan Vanstone musiał odejść od stołu śniadaniowego, zanim zdążył przejrzeć poranną pocztę. Wcisnął nieotwarte jeszcze listy do kieszeni swojej marynarki myśliwskiej i wrócił do nich w ciągu dnia przy pierwszej nadarzającej się sposobności. Wyciągnął je jednym ruchem, bezwiednie pozostawiając na dnie kieszeni list od inżyniera, w którym ten zdawał ostateczny raport z postępów Franka w nauce i zawiadamiał, że ponieważ dalsza ich współpraca nie ma sensu, młodzieniec w trybie natychmiastowym będzie wracał do domu.

Podczas gdy ta ważna wiadomość leżała w kieszeni niczego niepodejrzewającego pana Vanstone’a, osoba, której dotyczyła, znajdowała się w pociągu zmierzającym szybko w jej rodzinne strony. O wpół do jedenastej wieczorem pan Clare – delektujący się w owej chwili swoimi książkami, zieloną herbatą i samotnością, w której towarzystwa dotrzymywał mu tylko jego ulubiony kot – usłyszał w korytarzu czyjeś kroki. Chwilę potem drzwi jego gabinetu otworzyły się i ukazał się w nich Frank.

Podobny widok zwykłego człowieka wprawiłby w nie lada zdumienie. Jednak zimnego spokoju filozofa amatora nie mogła zmącić taka błahostka, jak niespodziewany powrót jego najstarszego syna do domu. Dżentelmen spojrzał na niego znad swojego uczonego tomu tak, jak gdyby młody człowiek wrócił po trzech minutach, a nie trzech latach nieobecności, po czym rzekł:

– Właśnie tego się spodziewałem. Nie przeszkadzaj mi, nie próbuj mi niczego wyjaśniać i nie wystrasz kota. Jeśli znajdziesz w kuchni coś, co nadawałoby się do jedzenia, zjedz i idź spać. Jutro udasz się do Combe-Raven i powtórzysz panu Vanstone’owi te oto słowa: „Ojciec przesyła swoje wyrazy uznania, sir. Tak jak od początku zapowiadał, wróciłem w wasze ręce niczym fałszywy szyling, i teraz czeka na pięć gwinei, które mu się od pana należą. I ma nadzieję, że następnym razem będzie się pan bardziej liczył z jego zdaniem”. To właśnie powiesz jutro panu Vanstone’owi. Zamknij za sobą drzwi. Dobrej nocy.

W takich to niewesołych okolicznościach pan Francis Clare wszedł następnego ranka na teren majątku Combe-Raven, by z niejaką obawą co do tego, jak zostanie przyjęty, skierować się ku drzwiom rezydencji.

W tym, że Magdalen nie rozpoznała go od razu, nie było nic dziwnego. Frank wyjeżdżał z domu jako siedemnastoletni chłopiec, a wrócił jako dwudziestoletni mężczyzna. W ciągu trzech minionych lat osiągnął średni wzrost męski i jego szczupła sylwetka nabrała siły i wdzięku. Drobne, regularne rysy jego twarzy, które najprawdopodobniej odziedziczył po matce, stały się pełniejsze, choć nie straciły swojej delikatności. Na jego brodzie i policzkach zarost dopiero zaczynał się pojawiać. Jego rozbiegane brązowe oczy wyglądałyby korzystniej w kobiecej twarzy, gdyż ich wyrazowi brakowało spokoju i stanowczości. Dłonie miał tak samo niespokojne jak oczy – były w ciągłym ruchu i nieustannie chwytały każdy zabłąkany przedmiot, który znajdował się w ich zasięgu. Bezspornie był przystojnym, pełnym wdzięku i dobrze wychowanym młodzieńcem, choć patrząc na niego, nie sposób było nie dojść do wniosku, że wcześniejsze pokolenia jego rodu musiały stopniowo zatracać swoje siły witalne i że pan Francis Clare jest już raczej tylko cieniem swoich przodków.

Kiedy pierwszy wstrząs zaskoczenia wywołanego jego pojawieniem się minął, wszczęto poszukiwania zaginionego listu, który ostatecznie odnalazł się na samym dnie przepastnej kieszeni pana Vanstone’a i który od razu został przez niego przeczytany.

Inżynier wyjaśniał, że Frank nie ma niezbędnych zdolności, które czyniłyby go zdatnym do wykonywania zawodu, i dalsze szkolenie go w tym kierunku byłoby tylko stratą czasu. Jako że obie strony po trzyletnim okresie próbnym doszły do tego samego wniosku, nauczyciel uznał, że najwłaściwszym rozwiązaniem będzie odesłać ucznia z powrotem do domu, otwarcie zapoznając jego ojca i przyjaciół z wynikami eksperymentu. Gdyby Frank podjął się zajęcia bardziej dlań odpowiedniego i bardziej go zajmującego, na pewno wykazywałby się pracowitością i wytrwałością, których niestety w tym przypadku mu zabrakło. Jako osoba był lubiany przez wszystkich, którzy mieli okazję go poznać, i każdy z dużego grona jego nowych przyjaciół życzył mu jak najlepiej.

Tak pokrótce przedstawiała się treść tego listu i tak się kończyła.

Wielu doszłoby do wniosku, że owo sprawozdanie zostało zanadto ostrożnie sformułowane i podejrzewając, że za uprzejmymi słowami inżyniera kryje się mniej wesoła rzeczywistość, poczęłoby żywić poważne wątpliwości co do przyszłości Franka. Pan Vanstone jednak był zbyt niepoprawnym optymistą – a także ze zbyt wielką niechęcią myślał o tym, że mógłby ustąpić swojemu przeciwnikowi choć o cal w toczonym przez nich sporze – by spojrzeć na ten list w mniej korzystnym świetle. Czy Frank był winny temu, że nie jest dobrym materiałem na inżyniera? I czy innym nie zdarzało się zaczynać dorosłego życia od pierwszego nieudanego podejścia? W ten sposób zaczynały przecież setki młodzieńców – młodzieńców, którzy pokonawszy wstępne trudności, później dokonywali cudów. Powiedziawszy to, dobroduszny dżentelmen poklepał Franka po ramieniu.

– Rozchmurz się, chłopcze! Tym razem twojemu ojcu udało się wygrać zakład, ale któregoś pięknego dnia wyrównamy z nim rachunki – powiedział pocieszająco.

Za przykładem pana domu poszła natychmiast cała rodzina – cała z wyjątkiem niepoprawnie powściągliwej i zdystansowanej Nory. Podczas gdy jej stosunek do gościa był ceremonialny i chłodny, pozostali domownicy – z Magdalen na czele – odnosili się do Franka z tą samą co zawsze swobodą. Dla nich był po prostu Frankiem. Jedynie Nora z uporem zwracała się do niego per „panie Clare” i nawet jego opowieść o tym, w jaki sposób poprzedniego wieczoru został przyjęty przez ojca, nie zdołała jej rozweselić. Panna Vanstone siedziała z odwróconą nieco głową i opuszczonym wzrokiem, a rumieńce na jej policzkach były ciemniejsze niż zazwyczaj. Reszta domowników, łącznie z panną Garth, z rozbawieniem słuchała sprawozdania na temat powitalnej przemowy starszego pana Clare’a. Hałas i wesołość sięgały właśnie zenitu, kiedy do środka wszedł służący, by poinformować oniemiałą z zaskoczenia rodzinę, że w bawialni czekają goście: „Pan Marrable, pani Marrable oraz panna Marrable z Evergreen Lodge w Clifton”.

Nora zerwała się ze swojego miejsca tak gwałtownie, jak gdyby owa wiadomość przyniosła jej duszy wielką ulgę. Jako druga podniosła się pani Vanstone, która wraz ze starszą córką poszła przodem, by przywitać gości. Magdalen, towarzystwo ojca i Franka przedkładając nad każde inne, usilnie prosiła, aby pozwolono jej zostać. Panna Garth w akcie łaski podarowała jej tylko pięć minut, a po ich upływie wyprowadziła ją z pokoju.

Frank wstał, żeby się pożegnać.

– Nie, nie – zaprotestował pan Vanstone. – Nie odchodź jeszcze, Franku. Tamci nie zostaną długo. Pan Marrable to kupiec z Bristolu, którego spotkałem tylko raz czy dwa w swoim życiu, gdy dziewczęta namówiły mnie, bym zabrał je na przyjęcie do Clifton. Jego rodzina to zaledwie dalecy znajomi. Chodźmy do oranżerii, zapalimy cygaro. Oby jakieś licho porwało wszystkich niespodziewanych gości! Utrapienie z nimi. Wyjdę do nich dopiero w ostatniej chwili, by przeprosić za swoją nieobecność, a ty w bezpiecznej odległości pójdziesz za mną – jako dowód na to, że naprawdę byłem zajęty.

Przedłożywszy mu konfidencjonalnym szeptem szczegóły swojego sprytnego planu, pan Vanstone chwycił Franka za ramię i powiódł go okrężną drogą do oranżerii. Kiedy panowie znajdowali się już w zaciszu tego miejsca, przez pierwszych dziesięć minut nikt im nie przeszkadzał. W pewnej chwili jednak za szybą mignęła w przelocie jakaś barwnie odziana postać, po czym drzwi się otworzyły, kilka doniczek z kwiatami padło na ziemię w hołdzie dla mijających je z karkołomną szybkością halek i przed panem Vanstone’em stanęła jego młodsza córka. Wyglądała tak, jak gdyby nagle postradała wszystkie zmysły.

– Papo! Właśnie spełniło się marzenie mojego życia! – zawołała, skoro tylko odzyskała mowę. – Jeżeli mnie ktoś nie przytrzyma, z radości wyfrunę chyba przez dach tej oranżerii. Państwo Marrable przyjechali z zaproszeniem. Niech drogi papa spróbuje zgadnąć – niech papa zgadnie, co takiego zamierzają zorganizować w Evergreen Lodge!

– Bal – odrzekł pan Vanstone bez wahania.

– Amatorskie przedstawienie teatralne! – wykrzyknęła Magdalen. Jej czysty, młody głos poniósł się po oranżerii niczym dźwięk dzwonu, a krągłe, białe przedramiona wychynęły z obszernych rękawów sukni aż po same łokcie, gdy zadarłszy je wysoko w górę, poczęła euforycznie klaskać. – Sztuka nosi tytuł „Rywale”, papo! „Rywale” pióra owego słynnego… jak mu tam3… I chcą, żebym ja w niej zagrała! W całym wszechświecie nie znalazłaby się rzecz, której chciałabym bardziej. Mój los leży jednak w rękach papy. Mama kręci głową z dezaprobatą, panna Garth rzuca mi mordercze spojrzenia, a Nora jak zawsze się dąsa. Lecz jeśli papa mi pozwoli, wszystkie trzy będą musiały ustąpić. Niechże papa się zgodzi, proszę. – W tym momencie wtuliła się w ojca i przyciskając delikatnie do jego ucha swoje usta, wyszeptała: – Jeśli papa się zgodzi, już do końca życia będę dobrą córką.

– Dobrą córką? – powtórzył pan Vanstone. – Powiedz raczej: szaloną. Do licha z tymi ludźmi i ich amatorskimi przedstawieniami! Wracam teraz do domu, by się tym zająć. Niepotrzebnie odkładasz swoje cygaro, Frank. Ciebie ta sprawa nie dotyczy i możesz tutaj zostać.

– Nie, nie może tutaj zostać – powiedziała Magdalen. – Jego ta sprawa też dotyczy.

Pan Francis Clare, który przez skromność stał dotychczas z boku, teraz z wyrazem czystego zdumienia na twarzy uczynił kilka kroków w przód.

– Tak – ciągnęła Magdalen, z niewzruszonym spokojem odpowiadając na jego pytające spojrzenie. – Ty także masz wystąpić w tym przedstawieniu. Panna Marrable i ja mamy smykałkę do takich spraw i w ciągu pięciu minut wszystko ustaliłyśmy. Zostały dwie role do obsadzenia. Jedna z nich to Lucy, pokojówka, w którą to ja mam się wcielić… jeśli tylko papa pozwoli… – dodała, figlarnie szczypiąc ojca w ramię. – A nie będzie się papa sprzeciwiał, prawda? Dlaczego tak sądzę? Po pierwsze: dlatego że jest papa na to zbyt dobry; po drugie: dlatego że bardzo go kocham, a on kocha mnie, po trzecie: ponieważ nigdy nie dochodzi między nami do różnicy zdań (prawda?); po czwarte: ponieważ dam mu całusa, który zamknie mu usta i od razu rozstrzygnie całą sprawę… Ojej, zaczynam odbiegać od tematu. O czym to ja mówiłam? Ach tak! Chciałam wyjaśnić Frankowi…

– Proszę wybaczyć… – zaczął Frank, który postanowił w końcu zaprotestować.

– Drugą nieobsadzoną jeszcze postacią – mówiła dalej Magdalen, w ogóle nie zwracając na niego uwagi – jest Falkland, zazdrosny amant obdarzony wielkim darem słowa. Panna Marrable i ja przedyskutowałyśmy jego osobę na ławeczce we wnęce okna, podczas gdy pozostali prowadzili ogólną rozmowę. To wspaniała dziewczyna – bardzo spontaniczna, niezwykle racjonalna i niesłychanie naturalna. Zwierzyła mi się, że mają kłopot ze znalezieniem dżentelmena, który wziąłby na siebie okrutnie trudną rolę Falklanda. Oczywiście zaraz ją pocieszyłam, mówiąc: „Tak się składa, że znam dżentelmena, który będzie gotów wziąć na siebie tę rolę”. „Na nieba, kto to taki?” – zapytała panna Marrable. „Pan Francis Clare”. „I gdzie on jest teraz?” „Tak się składa, że właśnie przebywa w tym domu”. „Czy wyświadczy mi pani, panno Vanstone, tę uprzejmość i po niego pójdzie?” „Z wielką przyjemnością, panno Marrable”. Podniosłam się z ławeczki, popędziłam do porannego saloniku, gdzie poczułam zapach cygar, i wiedziona tym zapachem dotarłam tutaj.

– To dla mnie ogromny komplement, że pomyślały panie o mojej osobie – powiedział wielce zakłopotany Frank. – Ale mam nadzieję, że mi wybaczycie…

– Oczywiście, że ci nie wybaczymy. Panna Marrable i ja znane jesteśmy ze swoich silnych charakterów i kiedy raz dojdziemy do wniosku, że ten czy tamten zdecydowanie powinien zagrać Falklanda, żadna siła nie skłoni nas do zmiany zdania. Proszę za mną do bawialni, przedstawię cię gościom.

– Ale ja nigdy nie występowałem w żadnej sztuce. Nie wiem, jak się to robi.

– To nie ma żadnego znaczenia. Jeśli nie wiesz jak, ja cię nauczę.

– Ty go nauczysz! – wykrzyknął pan Vanstone. – A co ty możesz wiedzieć na ten temat?

– Ależ papo, niechże papa będzie poważny! Wierzę głęboko, że potrafiłabym zagrać każdą rolę w tej sztuce, łącznie z rolą Falklanda. Nie każ mi się prosić, Frank. Chodź, zostaniesz przedstawiony gościom.

Chwyciwszy ojca pod ramię, poprowadziła go w kierunku drzwi oranżerii. Na schodkach odwróciła się, by sprawdzić, czy Frank idzie za nimi. Był to zaledwie przelotny, krótki ruch ciała, ale w owym ruchu ukazała się cała siła jej stalowej woli, która połączona z nieodpartą urodą musiała odnieść druzgocące zwycięstwo. Wyglądała pięknie: jej policzki pałały delikatnym, jasnym rumieńcem, oczy iskrzyły radością, a w całym ułożeniu postaci – od talii wzwyż wygiętej do tyłu – uwidaczniały się jej delikatna energia, zwierzęca gibkość i uwodzicielski wdzięk.

– Chodźże! – powtórzyła, przywołując go kokieteryjnym ruchem głowy. – Chodź, Frank!

Niewielu czterdziestoletnich dżentelmenów potrafiłoby się oprzeć takiemu wezwaniu, a Frank liczył sobie dopiero lat dwadzieścia. Mówiąc krótko, młodzieniec natychmiast odłożył swoje cygaro i szybko podążył za dziewczyną.

Gdy wychodząc z oranżerii, odwrócił się, by zamknąć za sobą drzwi, i tym samym stracił Magdalen z oczu, na nowo odżyła w nim niechęć do pomysłu, jakim był jego udział w przedstawieniu teatralnym. Znalazłszy się u podnóża schodów prowadzących do rezydencji, ponownie przystanął. Oberwał gałązkę rosnącego w pobliżu krzewu, złamał ją w rękach, po czym niespokojnie rozejrzał się wokół. Odbijająca w lewo ścieżka wiodła do domu jego ojca i droga ucieczki stała otworem. Dlaczego nie miałby z niej skorzystać?

Gdy stał tak, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, pan Vanstone i jego córka dotarli na szczyt schodów. Magdalen jeszcze raz się odwróciła i ponownie na niego skinęła – z całą siłą swojej nieodpartej urody i ze swoim niezwyciężonym uśmiechem na ustach. A Frank znów podążył za nią – wspiął się po schodach, przestąpił próg domu i drzwi się za nimi zamknęły.

Tak więc wskutek jednego zapraszającego gestu z jej strony i jednego aktu uległości z jego – choć Frank nie wiedział nic na temat tajemnicy spowijającej niedawną podróż państwa Vanstone’ów do Londynu, a Magdalen nie działała z myślą o niej – oboje znaleźli się na drodze, która poprzez wiele czekających ich jeszcze zakrętów prowadziła do rozwiązania rodzinnej zagadki.

2 Diogenes z Synopy – grecki filozof należący do szkoły cynickiej; głosił pogardę dla dóbr materialnych i wszelkich życiowych przyjemności.

3 Richard Brinsley Sheridan (1751–1816).

Rozdział 5

Pytając o mające się odbyć w Evergreen Lodge amatorskie przedstawienie teatralne, pan Vanstone mimowolnie dał początek długiej, dramatycznej opowieści, w której panna Marrable uosabiała niewinną przyczynę wszystkich katastrof, a jej matka i ojciec odgrywali role głównych ich ofiar.

Panna Marrable należała do owego gatunku najbardziej bezwzględnych ze wszystkich tyranów – była jedynaczką. Odkąd wyrżnął jej się pierwszy ząb, swoim uciśnionym rodzicom nie przyznała choćby jednego konstytucyjnego przywileju. Właśnie wielkimi krokami zbliżał się dzień jej siedemnastych urodzin, które postanowiła uczcić wystawieniem spektaklu teatralnego. I kiedy w związku z tym wydała odpowiednie polecenia, jej zawsze potulni rodzice bezwarunkowo się do nich zastosowali. Pani Marrable pozwoliła zrównać z ziemią własną bawialnię, a na jej gruzach ustawić scenę i widownię. Pan Marrable wystarał się o usługi cieszącego się dużym szacunkiem profesjonalisty, który miał wdrożyć młode damy i dżentelmenów w tajniki zawodu i wziąć na siebie ciężar wszelkich innych obowiązków towarzyszących przekształcaniu domowego chaosu w świat teatru. Oswoiwszy się następnie ze zniszczonymi meblami i plamami na ścianach oraz przywykłszy do huku, turkotu, stukania narzędzi, krzyków, trzaskających drzwi i nieustających odgłosów stóp na schodach – nominalny pan domu i jego żona poczęli naiwnie wierzyć, że na tym ich kłopoty się skończą. Jakże infantylne, jakże zgubne złudzenie! Wybudowanie sceny i wybranie sztuki to jedno, jednak zupełnie czym innym okazało się znalezienie aktorów. Dotąd mieszkańcy Evergreen Lodge mieli do czynienia jedynie z drobnymi, wstępnymi trudnościami – prawdziwe problemy miały dopiero nadejść.

Zdecydowawszy się na komedię „Rywale”, panna Marrable zarezerwowała sobie, rzecz jasna, rolę Lydii Languish. Jeden z jej ulubionych adoratorów podjął się zagrania Kapitana Absolute’a, a drugi łapczywie zagarnął dla siebie postać Sir Luciusa O’Triggera. Następnie pewna usłużna, niezamężna krewna wzięła na swoje barki trudne aktorskie zadanie, jakim było odegranie pani Malaprop – i tu przygotowania stanęły w miejscu. Pozostało jeszcze do obsadzenia dziewięć ról mówionych i w związku z tą nieuniknioną koniecznością wystąpiły poważne problemy.

Przyjaciele rodziny nagle stali się ludźmi, na których nie można było liczyć. Choć wszyscy, dowiadując się o planowanym przedstawieniu, entuzjastycznie przyklaskiwali owemu przedsięwzięciu, prawie nikt nie chciał zdobyć się na osobiste poświęcenie i wziąć w nim udziału. Inni, podjąwszy się początkowo którejś z ról, rezygnowali z niej w obliczu trudności, jakich nastręczało zgłębienie charakteru postaci – albo wyrażali chęć wcielenia się w rolę już obsadzoną, odrzucając te czekające jeszcze na swoich odtwórców – albo byli słabego zdrowia i kiedy potrzebna była ich obecność na próbie, jak na złość wymawiali się chorobą – albo mieli purytańskich krewnych i kilka dni po tym, jak na początku pierwszego tygodnia prac nad sztuką z zapałem zatracali się w przygotowaniach, skruszeni kapitulowali pod ciężarem rodzinnej presji… Tymczasem zatrudnieni przy budowie sceny cieśle w pocie czoła wymachiwali narzędziami i dekoracje rozrastały się. Panna Marrable, która i bez tego była wrażliwego usposobienia, teraz, żyjąc w nieustającym napięciu, doznawała regularnych ataków histerii. Doktor rodziny oświadczył, że zrzeka się jakiejkolwiek odpowiedzialności za stan jej układu nerwowego, jeśli coś miałoby pójść nie po jej myśli. Od nowa zatem podjęto wzmożone wysiłki i tym razem podczas poszukiwań aktorów i aktorek do sztuki postanowiono odsunąć na bok wszelkie względy adekwatności. Ponieważ potrzeba nie podporządkowuje się żadnym prawom – czy to w teatrze, czy poza nim – rolę Sir Anthony’ego Absolute’a powierzono osiemnastoletniemu młodzieńcowi, którego opiekun artystyczny zobowiązał się – przy użyciu pomysłowych zabiegów teatralnych – wyposażyć w niezbędne zmarszczki. Pewna odznaczająca się tęgą posturą dama – leciwa, choć pełna dobrych chęci – wyraziła gotowość wcielenia się w sentymentalną Julię (i wzbogacenia przedsięwzięcia własnym wkładem scenicznym, jakim była noszona przez nią na co dzień peruka). Dzięki owym energicznym zabiegom zdołano wreszcie obsadzić wszystkie role – wszystkie z wyjątkiem dwóch najbardziej kłopotliwych: pokojówki Lucy oraz Falklanda – ukochanego Julii. Kiedy dżentelmeni, pojawiwszy się na próbie, dostrzegali swoją Julię wraz z jej tuszą i peruką, pomimo jej dobrych chęci truchleli, prosili o wybaczenie i brali nogi za pas. Damy, które przychodziły na pierwsze czytanie sztuki, zwracały uwagę, że ich Lucy w pierwszej części utworu dysponuje całkiem korzystną ilością czasu scenicznego, by potem przepaść jak kamień w wodę i już więcej się nie pojawić. Nieskore zniknąć w tak raptowny sposób z oczu publiczności, podczas gdy wszyscy pozostali mieliby szansę popisywać się swoimi zdolnościami do samego końca przedstawienia, zamykały książkę, przepraszały i rejterowały. Do występu pozostało osiem dni; zastęp męczenników, których zaproszono w charakterze świadków tego wydarzenia towarzyskiego, liczył sobie aż dwieście dusz; absolutną koniecznością było odbycie trzech pełnych prób, a dwie role w przedstawieniu wciąż pozostawały nieobsadzone.

I właśnie z tą boleściwą opowieścią państwo Marrable zjawili się w Combe-Raven. Przepraszając za to, iż ośmielają się wykorzystywać tak powierzchowną znajomość, z nieustępliwością kogoś doprowadzonego do ostateczności poczęli błagać panny Vanstone, by któraś z nich zgodziła się zagrać Lucy (jednocześnie prosząc Niebo o to, by zesłało im Falklanda).

Takie przedstawienie sytuacji – biorąc pod uwagę fakt, że wśród słuchających owej dramatycznej opowieści znajdowali się ojciec o usposobieniu pana Vanstone’a oraz córka o charakterze Magdalen – musiało przynieść pożądany efekt.

Czy to błędnie interpretując złowrogie milczenie swojej żony i panny Garth, czy też umyślnie je lekceważąc, pan Vanstone nie tylko wyraził zgodę na to, by Magdalen wspomogła swoją osobą znękaną trupę aktorów amatorów, ale także w imieniu swoim i Nory przyjął zaproszenie na spektakl. Pani Vanstone odmówiła towarzyszenia im, usprawiedliwiając się stanem swojego zdrowia, a panna Garth zapowiedziała, że pojawi się na widowni tylko, jeśli nie będzie potrzebna tego dnia w domu. Zeszyciki z kwestiami Lucy i Falklanda (które zrozpaczona rodzina zabierała ze sobą wszędzie niczym zakaźną chorobę) zostały z miejsca przekazane nowym odtwórcom. Słabe protesty Franka zignorowano, dni i godziny prób starannie zanotowano na okładkach zeszycików, i państwo Marrable pośród eksplozji słów wdzięczności pożegnali się.

Skoro tylko powóz odjechał, Magdalen dała się poznać rodzinie od zupełnie nowej strony.

– Jeśli zawitają dziś do nas jeszcze jacyś goście – powiedziała z głęboką powagą – nie ma mnie w domu. To dużo poważniejsza sprawa, niż się wam wszystkim wydaje. Frank, pójdź w jakieś ustronne miejsce i przeczytaj od początku do końca swoje kwestie. Nie pozwól przy tym swoim myślom błądzić. Ja do wieczora będę zajęta. Jeżeli za pozwoleniem papy przyjdziesz później na podwieczorek, chętnie posłużę ci swoimi spostrzeżeniami na temat Falklanda. Thomasie! Powiedz ogrodnikowi, że bez względu na to, jakie prace ma dziś do wykonania, nie wolno mu robić żadnego hałasu pod moim oknem. Resztę popołudnia zamierzam poświęcić na studiowanie sztuki i im mniejszy zgiełk będzie panował w tym domu, tym bardziej będę wszystkim zobowiązana.

Nim panna Garth zdążyła wytoczyć ciężkie działa krytyki i nim z ust pana Vanstone’a wydobyła się pierwsza salwa śmiechu, Magdalen z niewzruszoną powagą skłoniła się wszystkim i majestatycznym krokiem oddaliła się do swojej sypialni – po raz pierwszy w życiu nie wbiegła po schodach na piętro karkołomnym galopem. Komicznego obrazu sytuacji dopełnił wyraz nieporadnego zdumienia malujący się na obliczu Franka. Młodzieniec stał w miejscu, raz za razem przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą, nerwowo zwijając w rulon znajdujący się w jego rękach zeszycik z kwestiami i z rozpaczą w oczach zaglądając w twarze stojących wokół niego przyjaciół.

– Przecież ja się do tego nie nadaję… Czy mogę przyjść pod wieczór, by wysłuchać, co Magdalen ma do powiedzenia o mojej roli…? Dziękuję, wstąpię około ósmej… Proszę nie mówić ojcu, że mam zagrać w przedstawieniu: jeśli się dowie, do końca życia nie pozwoli mi o tym zapomnieć… – Były to jedyne słowa, które zdołał z siebie wydusić.

Pożegnawszy się z sąsiadami, z otwartym zeszycikiem zwisającym bezwładnie z dłoni powlókł się w kierunku zagajnika – sprawiając wrażenie najbardziej nietrafionego z Falklandów i najbardziej bezradnej z ludzkich istot.

Odejście Franka dało domownikom sygnał do ataku na niepoprawną lekkomyślność, z jaką pan Vanstone używał swojego ojcowskiego autorytetu.

– Co też podkusiło cię, Andrew, by wyrazić na to zgodę? – zapytała pani Vanstone. – Czy swoim milczeniem nie dałam ci jasno do zrozumienia, że powinieneś odmówić?

– To wielki błąd, panie Vanstone – dorzuciła panna Garth. – Wprawdzie popełniony w dobrej wierze, ale mimo wszystko błąd.

– Być może to błąd – rzekła Nora, jak zwykle biorąc stronę ojca – ale nie wiem, jak papa lub ktokolwiek inny z nas mógłby w takich okolicznościach odmówić.

– Słuszne słowa, moja droga – zauważył pan Vanstone. – Okoliczności, jak wspomniałaś, sprzysięgły się przeciwko mnie. Z jednej strony mieliśmy tych znajdujących się w potwornych tarapatach nieszczęśników, a z drugiej Magdalen, która szaleńczo chciała wystąpić w ich przedstawieniu. Czy mogłem wyrazić jakieś metodystyczne obiekcje? Nie – wszak nie mam w sobie nic z metodysty. A jakiej wymówki mógłbym jeszcze użyć? Państwo Marrable to szanowani ludzie, obracają się w najlepszym towarzystwie w Clifton. W jaki sposób Magdalen mogłyby zaszkodzić wizyty u nich? I dlaczego nie mielibyśmy pozwolić jej na to, na co pozwalają pannie Marrable jej rodzice? Nie ma żadnych powodów do niepokoju! Niech te biedactwa sobie występują i dobrze się bawią. Wszak sami kiedyś byliśmy w ich wieku… Nie ma sensu zamartwiać się tą sprawą, ot co!

Odparłszy w ten sposób postawione mu zarzuty, pan Vanstone oddalił się niespiesznie z powrotem do oranżerii, by tam wypalić drugie cygaro.

– Nie powiedziałam tego papie – oznajmiła Nora, chwytając matkę pod ramię, kiedy wracały do domu – ale moim zdaniem może wyniknąć z tego wszystkiego jedna niebezpieczna konsekwencja: zażyłość Magdalen i Francisa Clare’a może się pogłębić.

– Jesteś uprzedzona do Franka, kochana – odrzekła pani Vanstone.

Nora opuściła swoje łagodne, tajemnicze spojrzenie i nic więcej nie powiedziała. Nie miała zwyczaju zmieniać swoich poglądów – ale też nigdy nie wdawała się z nikim w dyskusje. Tak jak wszystkie osoby powściągliwego charakteru była nieustępliwa, ale równocześnie miała wielką zaletę – umiejętność taktownego milczenia. „Co się teraz dzieje w twojej głowie?” – myślała panna Garth, spoglądając badawczo na śniadą, pochmurną twarz Nory. „Należysz do gatunku tych nieodgadnionych. Magdalen, mimo swojego przewrotnego charakteru, jest jak otwarta książka, przez którą przenika światło słoneczne. Ty tymczasem jesteś ciemna jak noc”.

Godziny popołudniowe minęły, lecz Magdalen wciąż przebywała w czterech ścianach swojego pokoju. Na schodach ani razu nie rozległ się tupot jej niecierpliwych stóp i cały dom – od poddasza aż do kuchni wolny od dźwięku jej żywego głosu – zdawał się zupełnie inny. Panna Garth, pragnąc na własne oczy zobaczyć owo przeobrażenie, w które pamięć przeszłych doświadczeń wciąż nie pozwalała jej do końca uwierzyć, skierowała się do pokoju dziewczyny. Zapukała do drzwi dwukrotnie, a nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, nacisnęła klamkę i zajrzała do środka.

Magdalen siedziała w fotelu przed podłużnym lustrem, zatopiona w lekturze swoich kwestii. Ponieważ nie nadeszła jeszcze pora, w której należałoby się przebrać do obiadu, miała na sobie wygodną poranną narzutkę. Usadowiona za jej plecami pokojówka powoli czesała obfite pukle jej rozpuszczonych włosów – robiła to z ospałą rezygnacją kogoś, kto musiał poświęcać się tej czynności przez kilka ostatnich godzin. Za oknem świeciło słońce, ale zielone okiennice były szczelnie zamknięte. Przyćmione światło padało łagodnie na dwie siedzące w milczeniu postaci – na małe białe łóżko z zasłonami podwiązanymi różowymi kokardami – na rozpostartą na nim barwną suknię, którą Magdalen miała przywdziać przed udaniem się na obiad – na jej pokrytą śnieżnobiałą emalią i ozdobioną rozkosznymi wzorami wannę – na toaletkę i leżące na niej błyskotki, kryształowe buteleczki i srebrny dzwonek z rączką w kształcie kupidyna – na wszystkie owe zbyteczne drobiazgi, które tradycyjnie przystrajają świątynię kobiecej sypialni. Głęboki spokój przepajający tę scenę, świeża woń kwiatów i perfum unosząca się w powietrzu, skupienie Magdalen na lekturze, regularność, z jaką pokojówka monotonnie przeciągała grzebieniem po jej włosach – wszystko to składało się na wrażenie sennej błogości. Po tamtej stronie drzwi królowało jasne światło słoneczne i realia dobrze znanego rytmu dnia. Po tej stronie znajdowała się kraina elizejskiego spokoju – sanktuarium, w którym zaznać można było niczym niezmąconego odpoczynku.

Panna Garth zatrzymała się na progu i w milczeniu patrzyła.

Osobliwe upodobanie, z jakim Magdalen o każdej porze dnia lub nocy poddawała się czesaniu, stanowiło jedno z dobrze znanych mieszkańcom Combe-Raven dziwactw jej charakteru. Jej ojciec lubił żartować, że przypomina mu wówczas głaskanego po grzbiecie kota i że gdyby tylko czesano ją wystarczająco długo, z jej ust bez wątpienia w końcu wydobyłby się koci pomruk. To porównanie, choć nieco przejaskrawione, zawierało w sobie pewien ładunek prawdy. Ognisty temperament dziewczyny intensyfikował uczucie niewieściej przyjemności, którego doświadcza większość kobiet, gdy ktoś przeciąga grzebieniem po ich włosach – intensyfikował je i przeistaczał w absorbujące doznanie błogiej rozkoszy, tak rzucającej się w oczy i tak głębokiej, że skojarzenie z kotem poddającym się pieszczotom ludzkiej ręki było jak najbardziej na miejscu. Mimo że panna Garth doskonale znała tę osobliwą skłonność swojej podopiecznej, teraz po raz pierwszy miała okazję zobaczyć, jak manifestuje się ona w połączeniu z umysłowym wysiłkiem z jej strony.

Zaciekawiona, jak długo trwa ów stan, guwernantka zapytała o to najpierw młodą panią, a kiedy ta nie udzieliła jej żadnej odpowiedzi, to samo pytanie skierowała do jej służącej.

– Całe popołudnie z przerwami, proszę pani – rzekła tamta znużonym głosem. – Panna Magdalen powiada, że czesanie ją uspokaja i rozjaśnia jej umysł.

Wiedząc dobrze, że wszelkie próby ingerencji w tę sytuację okazałyby się daremne, panna Garth odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju. Gdy znalazła się na półpiętrze, na jej twarzy pojawił się uśmiech. Kobiecy umysł od czasu do czasu – choć niezbyt często – wybiega w przyszłość i pannę Garth w tamtej chwili ogarnęło profetyczne współczucie dla nieszczęsnego męża Magdalen.

Gdy przyszła aktorka zaprezentowała się rodzinie podczas obiadu, jej umysł nadal znajdował się w stanie zaabsorbowania i koncentracji. W normalnych okolicznościach apetyt Magdalen wzbudziłby przerażenie we wszystkich owych bezmyślnych romantykach, którzy zdają się nieświadomi tego, jak istotną rolę odgrywa odżywianie w procesie tworzenia się kobiecego piękna. Tym razem Magdalen wzbraniała się jednak przed każdą kolejną potrawą, a czyniła to ze stanowczością budzącą skojarzenia z najrzadziej spotykanym współcześnie męczeństwem – męczeństwem żołądkowym.

– Zrozumiałam już postać Lucy – zauważyła z głęboką powagą. – Następnym wyzwaniem będzie pomoc Frankowi w zrozumieniu postaci Falklanda. Nie widzę w tym niczego zabawnego – nie byłoby wam do śmiechu, gdyby ciążyła na was ta sama odpowiedzialność, która ciąży na mnie. Nie, papo – żadnego wina dzisiaj, dziękuję. Muszę zachować jasność umysłu. Dla mnie tylko woda, Thomasie – i nałóż mi jeszcze trochę kisielu, zanim zabierzesz go ze stołu.

Kiedy nieświadomy podstawowych wymogów swojej roli Frank stawił się wieczorem w Combe-Raven, Magdalen zajęła się nim tak, jak nauczycielka w wieku średnim zajęłaby się niezbyt zdolnym, małym chłopcem. Kilka nieśmiało uczynionych przez niego komplementów, którymi próbował umilić poważną atmosferę towarzyszącą ich zajęciu, zlekceważyła z pogardliwym spokojem kobiety dwukrotnie od niej starszej. W ścisłym znaczeniu tego słowa pchnęła go w jego rolę. Jej ojciec tymczasem zasnął w swoim fotelu, a pani Vanstone i panna Garth, straciwszy zainteresowanie przebiegiem ich pracy, przeszły na drugi koniec pokoju, by tam oddawać się prowadzonej szeptem rozmowie. Robiło się coraz później, ale Magdalen ani myślała ustawać w wysiłkach. Nora, która od początku wytrwale śledziła postępy siostry, trzymała wartę do samego końca. Gdy przyglądała się Magdalen i Frankowi – siedzącym tak blisko siebie i dążącym do wspólnego celu – jej twarz zasnuwał coraz większy wyraz nieufności. Zanim apodyktyczna Lucy pozwoliła nieporadnemu Falklandowi zamknąć zeszyt z jego kwestiami, zegar stojący na gzymsie kominka pokazał wpół do dwunastej.

– Magdalen jest niezwykle błyskotliwa, prawda? – zauważył Frank, żegnając się z panem Vanstone’em w holu. – Za pańskim pozwoleniem, mam przyjść jutro i wysłuchać, co jeszcze sądzi na temat mojej roli. Proszę jej tego nie mówić, ale to się nigdy nie uda. Skoro tylko zdołam zapamiętać jedną kwestię, poprzednia zupełnie wylatuje mi z głowy. To okrutnie deprymujące. Dobranoc.

Dwa dni później przypadała pierwsza pełna próba przedstawienia. Poprzedniego wieczoru nastrój pani Vanstone znacznie się pogorszył. W przeprowadzonej na osobności rozmowie z panną Garth z własnej woli powróciła do kwestii, które poruszyła w swoim liście z Londynu. Najpierw wyrzuciła sobie, że przez słabość swojego charakteru pozwoliła kapitanowi Wragge’owi wykorzystywać rzekomo łączące go z nią powiązanie rodzinne. Następnie przeszła do tematu swojego zdrowia i niebezpieczeństwa, jakie czekało na nią latem. W tonie jej głosu dźwięczało tak wielkie przygnębienie, że guwernantkę ogarnął niepokój. Pragnąc odwrócić jej uwagę od dręczących myśli i skierować rozmowę na inne tory, panna Garth oznajmiła, że zamierza towarzyszyć Magdalen podczas wszystkich prób do spektaklu i nie spuszczać jej z oczu aż do chwili, w której bezpiecznie wróci do domu.

Zatem kiedy w poranek owego ważnego dnia Frank zjawił się w Combe-Raven, obok Magdalen czekała na niego panna Garth, która miała udać się wraz z Lucy i Falklandem na miejsce przygotowań do spektaklu. Po krótkiej podróży koleją żelazną wszyscy troje znaleźli się w Evergreen Lodge, gdzie o pierwszej po południu rozpoczęła się próba.

Rozdział 6

– Mam nadzieję, że panna Vanstone zna swoje kwestie? – wyszeptała nerwowo pani Marrable do panny Garth, gdy stały w kącie bawialni przekształconej w salę teatralną.

– Jeśli skłonność do popisywania się czyni aktorkę, Magdalen swoim występem rzuci nas wszystkich na kolana.

Z tymi słowy guwernantka sięgnęła po robótkę, po czym zajmując swój posterunek, usadowiła się na samym środku parteru.

Opiekun artystyczny przedstawienia – ruchliwy, drobny człowieczek o przyjemnym, pogodnym sposobie bycia – przysiadł na stołku tuż pod sceną z książką w ręku. Sygnał do rozpoczęcia próby dawał z cierpliwym zainteresowaniem kogoś, kto nie doświadczył dotąd żadnych trudności i nie spodziewa się ich również doświadczyć w przyszłości. Na scenie pojawiły się dwie otwierające pierwszy akt postaci: Sługus i Woźnica. Obaj aktorzy wydawali się zbyt wysocy w stosunku do tła przedstawiającego „jedną z ulic w Bath”; na dodatek wykazywali całkowity brak zdolności panowania nad własnymi kończynami i głosami, zeszli ze sceny oddzielnie i nie tym wyjściem, co trzeba, a znalazłszy się za kulisami, wybuchnęli pełnym uznania dla rezultatów swoich wysiłków śmiechem.

– Proszę o ciszę, panowie – upominał ich pogodny reżyser. – Na scenie możecie mówić tak głośno, jak się wam podoba, ale widownia nie powinna was słyszeć zza kulis. Czy panna Marrable jest gotowa? Panna Vanstone gotowa? Uwaga na dekoracje: „jedna z ulic w Bath” zaczyna się przekrzywiać. Panno Marrable, proszę stanąć przodem do widowni. Panno Vanstone… – W tym miejscu reżyser urwał. – Interesujące – mruknął pod nosem – ustawiła się tak, jak trzeba, zanim ją o to poprosiłem!

Gdy Lucy otworzyła scenę słowami: „Zaprawdę, madame, szukając, przemierzyłam pół miasta; nie ostała się w Bath biblioteka, do której bym nie zajrzała”, reżyser drgnął gwałtownie na swoim stołku.

– A niech mnie! Sama domyśliła się, kiedy powinna wypowiedzieć swoją kwestię!

Dialog toczył się dalej. Po tym, jak Lucy wyciągnęła spod peleryny książki przeznaczone dla panny Lydii Languish, reżyser zerwał się w podnieceniu ze swojego stołka. Wspaniale! Wyjmując książki, Lucy uczyniła to bez pośpiechu i żadnej z nich nie upuściła. Spojrzawszy na ich tytuły, wypowiedziała je na głos, po czym kładąc „Ekspedycję Humphry’ego Clinkera” na „Łzach wrażliwości”, delikatnym, inteligentnym cmoknięciem ust zwróciła uwagę na istniejący pomiędzy tymi powieściami kontrast. Chwilę potem zaanonsowała przybycie Julii, dygnęła z wprawą prawdziwej pokojówki i opuściła scenę wyjściem podanym w didaskaliach. Reżyser przekręcił się na swoim stołku i zdumionym wzrokiem spojrzał na pannę Garth.

– Pani wybaczy, madame – rzekł. – Zanim zaczęliśmy, panna Marrable powiedziała mi, że ta młoda dama po raz pierwszy próbuje swoich sił w sztuce aktorskiej. Ale to chyba nie może być prawda?

– Tak, to prawda – odparła panna Garth, a na jej twarzy, niczym w lustrze, pojawił się ten sam wyraz zdumienia, który widniał na obliczu reżysera. Czyżby owa nadzwyczajna pracowitość, z jaką Magdalen podeszła do przygotowań do występu, miała wynikać z faktu, że dziewczyna poważnie interesuje się tą dziedziną sztuki i przejawia w tym kierunku wrodzone zdolności?

Próba spektaklu szła pełną parą. Tęga dama z peruką na głowie (i sercem przepełnionym dobrymi chęciami), wcielając się w sentymentalną Julię, obrała niepoprawnie tragiczny punkt widzenia i w swojej pierwszej scenie nie przestawała używać chusteczki. Niezamężna krewna panny Marrable podeszła do błędów językowych swojej pani Malaprop tak drobiazgowo i popełniała je tak starannie, że wygłaszane przez nią kwestie przypominały swoim brzmieniem ćwiczenia dykcji. Nieszczęsny młodzieniec, który przewodził straceńczemu zespołowi aktorów jako odtwórca roli Sir Anthony’ego Absolute’a, wiek i wybuchowy temperament swojej postaci postanowił ukazać za pomocą przesadnie rozchwianego kroku i nieustannego stukania laską o deski sceny.

W dalszej części sztuki Magdalen napotkała pewne trudności i nagle jej całkowity brak doświadczenia sprawił, że popełniła kilka ewidentnych błędów. Reżyser – z gorliwością, jakiej nie przejawiał w przypadku żadnego z pozostałych członków obsady – natychmiast interweniował i skorygował niedociągnięcia. Magdalen miała w określonej chwili uczynić pauzę i ruszyć przez scenę – co też zrobiła – a następnie zatrzymać się, potrząsnąć głową i popatrzeć szelmowskim wzrokiem w kierunku widowni – co również z powodzeniem uczyniła. Czy wyciągając kartkę papieru z listą otrzymanych prezentów, mogłaby pstryknąć w nią palcami? (Tak). A potem cicho się roześmiać? (Tak – udało się po dwóch próbach). Czy odczytując poszczególne pozycje z owej listy, mogłaby pod koniec każdego zdania posłać chytre spojrzenie w stronę pierwszych rzędów widowni? (Tak, spojrzenie padło prosto na pierwszy rząd krzeseł i nie mogłoby być chytrzejsze). Pogodna twarz reżysera promieniowała uznaniem. Wcisnąwszy swój egzemplarz sztuki pod pachę, począł radośnie klaskać, a stłoczeni razem w kulisach dżentelmeni poszli za jego przykładem. Damy popatrzyły po sobie niepewnie. W ich głowach poczęła świtać myśl, czy nie lepiej byłoby jednak, gdyby nowicjuszka pozostała w bezpiecznych granicach swojego ustronnego domu. Magdalen, nazbyt pochłonięta swoim zadaniem, by zważać na pozostałych, poprosiła o pozwolenie na powtórzenie całego swojego monologu. Tym razem wypowiedziała go od początku do końca całkowicie bezbłędnie. Skrupulatność, z jaką zastosowała się do otrzymanych wskazówek, reżyser uczcił eksplozją pochwał, która mimowolnie wyrwała się z jego ust.

– Ona chwyta wszystko w lot! – zawołał drobny człowieczek, euforycznie uderzając otwartą dłonią w swoją książkę. – To urodzona aktorka! Daję słowo!

– Miejmy nadzieję, że jednak nie – mruknęła do siebie panna Garth, podnosząc robótkę, którą upuściła na kolana, i przyglądając się jej z pewnym niepokojem. Czegoś takiego się nie spodziewała – dotąd jej największe obawy związane z tym teatralnym przedsięwzięciem dotyczyły potencjalnie nazbyt swobodnego zachowania jej podopiecznej względem niektórych dżentelmenów. Magdalen jako lekkomyślna dziewczyna była zjawiskiem, z którym łatwo można było sobie poradzić. Magdalen jako urodzona aktorka była zjawiskiem wróżącym poważne kłopoty.

Próba spektaklu toczyła się dalej. Lucy wróciła na scenę jeszcze w drugim akcie, by w towarzystwie z Sir Luciusa i Sługusa wypowiedzieć swoje ostatnie kwestie. Jeszcze raz dało o sobie znać niedoświadczenie Magdalen – i jeszcze raz determinacja, z jaką przeciwstawiła się własnym brakom, wprawiła wszystkich w zdumienie.

– Brawo! – wykrzykiwali stojący w kulisach dżentelmeni, kiedy po kolei triumfowała nad swoimi słabościami.

– Niedorzeczność – szeptały damy. – To przecież niewiele znacząca rola.

„Nich Bóg mi wybaczy – pomyślała panna Garth, niechętnie przekonując się do powszechnej opinii – ale zaczynam żałować, że nie jesteśmy katolikami i że nie mamy zakonu, do którego moglibyśmy ją jutro wysłać”.

W chwili, w której owa rozpaczliwa myśl przebiegała przez jej głowę, do pomieszczenia wszedł jeden ze służących państwa Marrable. Guwernantka natychmiast poleciła mu pójść za kulisy z wiadomością od niej.

– Panna Vanstone zrobiła już wszystko, co do niej należało. Proszę poprosić ją, by teraz przyszła tutaj i siadła przy mnie – powiedziała.

Wróciwszy, służący grzecznie przeprosił.

– Panna Vanstone przesyła wyrazy uszanowania i prosi, by pozwoliła jej pani zostać na scenie. Ma teraz pełnić funkcję suflerki pana Clare’a.

Magdalen okazała się tak zręczną suflerką, że młodzieniec zdołał pomyślnie przebrnąć przez wszystkie swoje kwestie. Pozostali dżentelmeni byli w swoich rolach zupełnie nieporadni i choć Frankowi szło niewiele lepiej, prawem kontrastu wypadł na ich tle przyzwoicie.

– Wszystko dzięki pannie Vanstone – zauważył reżyser, który słyszał, jak Magdalen podpowiadała Frankowi. – To ona go uratowała. Kiedy podczas spektaklu po drugim akcie spadnie kurtyna, stracimy wszystkie atuty. Doprawdy wielka szkoda, że nie przydzielono jej większej roli!

– Bogu niech będą dzięki, że nie przydzielono jej większej roli! – mruknęła pod nosem panna Garth. – Przynajmniej aplauz publiczności nie zawróci jej w głowie. To wielkie pocieszenie, że jej rola kończy się w drugim akcie!

Osoby o metodycznym umyśle wzbraniają się przed pokusą pospiesznych podsumowań i konkluzji. A ponieważ panna Garth miała właśnie taki umysł, logicznie rozumując, nie powinna była wyciągać pochopnych wniosków. Niemniej jednak tym razem nie uniknęła popełnienia tego błędu. Prostszymi słowy: kiedy pocieszała się tamtą myślą, zakładała, że początkowe trudności zostały już pokonane i przedsięwzięcie teatralne znalazło się na drodze prowadzącej prosto do sukcesu. Lecz nic z tych rzeczy. Pech jeszcze nie opuścił państwa Marrable.

Po tym, jak próba dobiegła końca, nikt nie zwrócił uwagi, że nosząca perukę tęga dama oddaliła się od towarzystwa. A kiedy później nie pojawiła się przy stole z przekąskami, który gościnny pan Marrable nakazał ustawić w sąsiednim pokoju, nikomu nie przyszło do głowy, że za jej nieobecnością mogą kryć się jakieś poważne powody. Dopiero gdy wszyscy zebrali się ponownie, by przystąpić do kolejnej próby, na jaw wyszedł faktyczny stan rzeczy. W chwili, w której zza kulis miała się wyłonić Julia, nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego do sceny złowieszczym krokiem zbliżyła się pani Marrable z jakimś otwartym listem w ręku. Na co dzień dama ta charakteryzowała się wyśmienitymi manierami i z wprawą mistrzyni przestrzegała najdrobniejszych konwenansów kulturalno-językowych – jednakże napór niekończących się nieszczęść zdołał w końcu wyprowadzić z równowagi nawet tę bezgrzeszną matronę. Pani Marrable po raz pierwszy w swoim życiu pozwoliła sobie na uczynienie gwałtownego gestu i użycie dosadnego słowa. Wyciągnąwszy dramatycznym ruchem rzeczony list do córki, z przeraźliwym spokojem powiedziała:

– Moja droga, zawisło nad nami przekleństwo.

Zanim wprawieni w zdumienie aktorzy zdążyli zwrócić się do niej z prośbą o wyjaśnienia, pani Marrable odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi. Biegłe oko reżysera podążyło za nią z szacunkiem – wyglądało na to, że sposób, w jaki opuściła pomieszczenie, z teatralnego punktu widzenia wielce przypadł profesjonaliście do gustu.

Jakież to nowe nieszczęście spadło na pomysłodawców przedstawienia? Otóż najgorsze z możliwych: tęga dama zrezygnowała ze swojej roli.

Bynajmniej nie przez złośliwość. Jej intencje – od początku jak najlepsze – pozostały takie do samego końca. Dowodzić miał tego list, w którym udzielała stosownych wyjaśnień i który zaczynał się tym oto oświadczeniem: podczas ostatniej próby przypadkiem usłyszała (zupełnie niechcący) pewne uwagi pod adresem swojej osoby. Mówiąc dokładniej, uwagi te dotyczyły jej Fryzury oraz jej Figury, jednak przez wzgląd na uczucia pani Marrable dama nie chciała ich w swoim liście przytaczać. Nie chciała również zdradzić nazwisk winowajców, jako że dolewanie oliwy do ognia było obce jej naturze. Uznawszy, że jedynym rozwiązaniem licującym z jej poczuciem godności będzie zrzeczenie się swojej roli, niniejszym powiadamiała o tym panią Marrable, przepraszając jednocześnie za to, że w swoim Wieku (jak raczył to ująć jeden z dżentelmenów) i przy swojej Figurze i Fryzurze (jak ujęły to pewne dwie źle wychowane damy) zuchwale próbowała wcielić się w tak młodą postać. Wyraziwszy pewność co do tego, że na jej miejsce z łatwością znajdzie się młodsza i bardziej urodziwa odtwórczyni roli Julii, zaznaczyła, iż w pełni wybacza wszystkim zainteresowanym i szczerze życzy im, ażeby sztuka ich spotkała się z jak największym sukcesem.

Spektakl miał zostać zaprezentowany już za cztery dni. Jeśli kiedykolwiek w historii ludzkości jakiekolwiek przedsięwzięcie potrzebowało pomocy szczerych życzeń, niechybnie było nim przygotowywane w Evergreen Lodge przedstawienie.

Na scenie stał jeden fotel i to na ów fotel – tytułem wstępu do zbliżającego się ataku histerii – opadła roztrzęsiona panna Marrable. Jednak nim skończyła wydawać z siebie pierwszy szloch, Magdalen podeszła do niej, wyrwała jej z ręki nieszczęsny list, po czym odpędziła widmo zaglądającej wszystkim w oczy katastrofy.

– To podła, wyłysiała, stara wiedźma – powiedziała, drąc list na drobne kawałeczki, które cisnęła na głowy zebranych. – Ale powiem wam jedno: nie uda jej się zepsuć naszego spektaklu. Ja zagram Julię.

– Brawo! – zawołali panowie chórem. Najwyraźniej zabrzmiał głos owego anonimowego dżentelmena, który przyczynił się do zaistniałej sytuacji (to jest pana Francisa Clare’a).

– Nie boję się przyznać – ciągnęła dalej Magdalen – że to ja jestem jedną z dam, o których wspomniała. Powiedziałam, że jej głowa wygląda jak miotła, a talia przypomina balon. Bo to prawda.

– A ja jestem tą drugą damą – dodała niezamężna krewna. – Jednak ja zauważyłam tylko, że jest nazbyt tęga do tej roli.

– A ja jestem owym dżentelmenem – przyznał się Frank, idąc za ich przykładem. – Ale nie robiłem na jej temat żadnych uwag, zgodziłem się jedynie z opiniami dam.

Korzystając z chwilowej przerwy, która zapadła w rozmowie, panna Garth zwróciła się z parteru do stojącego na scenie towarzystwa.

– Chwileczkę! To przecież jeszcze nie rozwiązuje problemu – zauważyła. – Jeżeli Magdalen zagra Julię, kto wcieli się w Lucy?

Panna Marrable opadła z powrotem na fotel i wydała z siebie kolejny szloch.

– Jak to: kto? – zawołała Magdalen. – To bardzo proste. Zagram i Julię, i Lucy.

Natychmiast skonsultowano się z reżyserem. Zdawało się, że jedyną zmianą konieczną do tego, by plan Magdalen się powiódł, było zrezygnowanie z pierwszego wyjścia Lucy na scenę i przekształcenie krótkiego dialogu na temat książek w monolog Lydii Languish. Obecność Lucy podczas scen kończących pierwszy i drugi akt postanowiono skrócić tak, by dać Magdalen dość czasu na dokonanie potrzebnych zmian w garderobie. Nawet panna Garth, mimo że bardzo się starała, nie zdołała dopatrzeć się żadnych przeszkód. Sprawę załatwiono w pięć minut i próba znów ruszyła. Magdalen, która ćwicząc na scenie rolę Julii, zaglądała do książki, w drodze powrotnej do domu oświadczyła, że zamierza spędzić cały wieczór na nauce nowych kwestii. Kiedy Frank wyraził obawę, że nie będzie miała dość czasu, by pomóc mu w przygotowaniach, Magdalen uderzyła go wesoło w ramię zeszycikiem ze swoimi kwestiami.

– Ty głuptasie, jakże mogłabym się bez ciebie obejść? To ty jesteś przecież owym zazdrosnym adoratorem, przez którego Julia nieustannie płacze. Przyjdziesz dziś do nas w porze podwieczorku i doprowadzisz mnie do łez. Nie musisz już grać z tą złośliwą, podstarzałą kobietą w peruce. Teraz masz złamać moje serce – a ja oczywiście podpowiem ci, jak to zrobić.

*

Cztery następne dni minęły pracowicie na niekończących się próbach odbywanych wspólnie i w pojedynkę. Wreszcie nadszedł wieczór, w którym ów wielki eksperyment teatralny miał zostać przeprowadzony na oczach widzów. Magdalen wykorzystała swój czas najlepiej, jak umiała, i przyswoiła sobie wszystko, czego w tym krótkim okresie zdołał nauczyć ją reżyser. Gdy rozległy się dźwięki rozpoczynającej spektakl uwertury, panna Garth rozstała się z podopieczną i w pełnym powagi milczeniu usadowiła się w kącie za sceną z buteleczką soli trzeźwiących w jednej dłoni i z książką w drugiej – gruntownie przygotowana na czekające ją katusze.

Przedstawienie rozpoczęło się pośród wszystkich atrakcji towarzyszących tradycyjnie amatorskim inscenizacjom: na widowni panował ścisk, temperatura powietrza była iście tropikalna, rozgrzane szklane naczynia ze świeczkami co chwila pękały z hukiem, a kurtyna nie dawała się podnieść. Skoro tylko otwierający spektakl Sługus i Woźnica pojawili się na scenie, opuściła ich pamięć. Wspólnymi siłami zdołali wygłosić jedynie połowę swoich kwestii i kiedy dialog ich raptownie się urwał, zza kulis dobiegł głos niewidocznego reżysera, który prosił o to, by „zeszli”. W następnej części aktu oczom publiczności ukazała się panna Marrable w roli Lydii Languish. Odziana we wspaniałą suknię, siedząca we wdzięcznej pozie i znająca swoje kwestie niczym własną kieszeń, miała wszystkie niezbędne aktorce środki – wszystkie z wyjątkiem głosu. Damy patrzyły na nią z podziwem, dżentelmeni bili brawo, lecz nikt nie zdołał dosłyszeć niczego poza słowami: „Proszę mówić głośniej!”. Wyszeptał je ten sam głos, który chwilę wcześniej nakazał „zejść” Sługusowi i Woźnicy. Wśród młodszej części publiczności rozległ się chichot, który zaraz jednak zagłuszyła salwa wspaniałomyślnych oklasków. Choć w widzach stopniowo podnosiła się temperatura, narodowe poczucie zasady fair play jeszcze się z nich nie ulotniło.

To w trakcie owego pokazu dobrej woli Magdalen weszła po raz pierwszy na scenę. Jako Julia miała na sobie bardzo skromne, ciemne odzienie, a jej włosy upięte były tak, jak upinała je na co dzień. W tym przypadku zrezygnowano ze wszystkich scenicznych zabiegów (z wyjątkiem bardzo delikatnego muśnięcia policzków różem), by w drugiej roli można było jak najskuteczniej ukryć młodą aktorkę pod charakteryzacją. Urocza prostota kostiumu oraz niewzruszone opanowanie, z jakim Magdalen omiatała wzrokiem rzędy wpatrzonych w nią zaciekawionych twarzy, sprawiły, że przez widownię przebiegł cichy szum uznania. Poskromiwszy przelotny dreszcz tremy, Magdalen wypowiedziała swoją pierwszą kwestię spokojnie i wyraźnie, tym samym potwierdzając pierwotne korzystne wrażenie, które wywarła na widzach. Tylko jedna osoba obecna na widowni patrzyła na nią z rezerwą. Główna aktorka wieczoru nie zdążyła spędzić na scenie jeszcze pięciu minut, kiedy Nora ku swemu niewypowiedzianemu zdumieniu zrozumiała, że to na niej wzorowała się zuchwała Magdalen, tworząc postać delikatnej Julii. Bezwstydnie odtwarzała wszystkie słabostki ceremonialnego sposobu bycia siostry, naśladowała jej ruchy i imitowała nawet brzmienie jej głosu – tak udatnie, że niekiedy Norę ogarniały wątpliwości, czy padające na scenie słowa nie wydobywają się przypadkiem z jej własnych ust.

Ta bezczelna kradzież tożsamości Nory wywarła na publiczności – widzącej tylko rezultaty owego przestępstwa – ogromne wrażenie i pociągnęła za sobą lawinę oklasków, która rozszalała się w chwili, w której Magdalen schodziła ze sceny. Podczas swojego pierwszego pojawienia się przed widownią panna Vanstone odniosła dwa bezsporne zwycięstwa. Po pierwsze: dzięki zręcznemu, karykaturalnemu wyolbrzymieniu cech Julii tchnęła życie w jedną z najbardziej bezbarwnych postaci angielskiego dramatu. Po drugie: zdołała wzbudzić entuzjazm w publiczności złożonej z dwustu męczenników pozbawionych dostępu do świeżego powietrza i gotujących się wspólnie w ciepłocie własnych ciał. Czy jakakolwiek zawodowa aktorka potrafiłaby w tych okolicznościach dokonać więcej?

Jednak najważniejsze wydarzenie wieczoru miało dopiero nadejść. Ponowne pojawienie się Magdalen na scenie, tym razem w roli energicznej Lucy, wprawiło publiczność w nie lada osłupienie. Gdy wyszła zza kulis w peruce na głowie, z przyprawionymi sztucznymi brwiami, z policzkami pokrytymi grubą warstwą różu i odziana w mieniącą się kolorami suknię, widzowie zerknęli najpierw do swoich programów, gdzie odtwórczyni roli Lucy figurowała pod przybranym nazwiskiem, następnie przenieśli wzrok z powrotem na scenę i przejrzawszy wreszcie podstęp, dali upust swojemu zdumieniu, wybuchając salwą jeszcze głośniejszych niż dotąd oklasków.

Tym razem nawet Nora nie mogłaby zaprzeczyć, że Magdalen w pełni zasłużyła na ów wyraz uznania. Oto – biorąc górę nad wszystkimi słabościami wynikającymi z braku doświadczenia – oto – w sposób oczywisty nawet dla najmniej pojętnego widza – objawił się zgromadzonym tak rzadko spotykany talent dramatyczny; talent krzyczący z każdego ruchu i spojrzenia tego osiemnastoletniego dziewczęcia, które stało na scenie po raz pierwszy w swoim życiu. Pomimo drobnych kłopotów, jakie sprawiło jej sprostanie niektórym pomniejszym wymogom tego podwójnego zadania, Magdalen udało się to, co najważniejsze: przedstawić swoje postaci jako dwa całkiem odmienne charaktery. Wszyscy obecni rozumieli, że w tym właśnie tkwi największa trudność – a gdy ujrzeli, jak dziewczyna ją przezwycięża, nie mogli nie podzielić entuzjazmu reżysera, który już na próbie okrzyknął ją urodzoną aktorką.

Kiedy po raz pierwszy tego wieczoru spadła kurtyna, to na Magdalen skoncentrowała się cała uwaga, choć widzowie uprzejmie bili też brawo pannie Marrable – jak przystało gościom zgromadzonym w domu jej ojca – i dobrodusznie oklaskiwali pozostałych aktorów. Jednak gdy po chwili przedstawienie ruszyło dalej i Magdalen zabrakło już na scenie, zainteresowanie publiczności ostygło. Nie dało się ukryć: zwerbowana w ostatniej chwili w akcie desperacji nowicjuszka usunęła pannę Marrable i jej kolegów w cień. I to w dzień urodzin panny Marrable! I to w domu jej ojca! I to po sześciu tygodniach ogromnych poświęceń z jej strony! Całej serii nieszczęść, które to niewdzięczne przedsięwzięcie sprowadziło na głowy państwa Marrable, ostatecznie dopełnił sukces odniesiony przez Magdalen.

Gdy spektakl dobiegł końca, panna Garth zostawiła pana Vanstone’a i Norę pośród gości w sali bankietowej i udała się za kulisy – z pozoru aby sprawdzić, czy mogłaby się na co przydać, a w rzeczywistości po to, by przekonać się, czy sukces nie zawrócił Magdalen w głowie. Guwernantka nie byłaby zaskoczona, gdyby okazało się, że jej podopieczna jest w trakcie uzgadniania z reżyserem warunków swojego rychłego występu w teatrze publicznym. Jak się okazało, Magdalen znajdowała się na scenie i posyłała łaskawy uśmiech reżyserowi, który z ukłonem godnym profesjonalisty wręczył jej właśnie jakiś bilecik. Dostrzegłszy pytające spojrzenie panny Garth, układny człowieczek pospiesznie wyjaśnił, że na bileciku widnieje jego nazwisko i że tylko polecał się pannie Vanstone na przyszłość.

– To nie był ostatni spektakl, w którym wystąpiła ta młoda dama, ręczę za to – rzekł. – Łaskawie obiecała mi, że jeśli w przyszłości jacyś jej znajomi będą potrzebowali profesjonalnego nadzoru artystycznego, szepnie za mną słówko. To adres, pod którym zawsze można się ze mną skontaktować, panno Vanstone.

Z tymi słowy reżyser ponowił ukłon, po czym dyskretnie się oddalił.

Duszę panny Garth wypełniły niesprecyzowane podejrzenia, które nakazały jej od razu obejrzeć rzeczony bilecik. Ten jednak okazał się całkiem niewinny – nie widniało na nim nic poza nazwiskiem i adresem reżysera oraz nazwiskiem i adresem jakiegoś agenta teatralnego w Londynie.

– Nie warto tego zachowywać – powiedziała panna Garth.

Magdalen jednak zdążyła przechwycić kartonik, nim guwernantce udało się go wyrzucić. Wkładając go sobie do kieszonki, zauważyła:

– Obiecałam mu, że go komuś polecę. To dostateczny powód, by zachować tę wizytówkę. Poza tym nawet jeśli nigdy na nic się nie przyda, będzie mi przypominała najszczęśliwszy wieczór mojego życia. Dalejże! – zawołała, radośnie zarzucając ramiona na szyję guwernantki. – Proszę pogratulować mi odniesionego sukcesu!

– Pogratuluję ci, kiedy już ochłoniesz – rzekła panna Garth.

Po upływie pół godziny Magdalen, odziana już w swoją własną suknię, dołączyła do gości, by zanurzyć się w morzu gratulacji – tak głębokim, że znalazła się poza jakimkolwiek zasięgiem trzeźwego wpływu panny Garth. Powolny we wszystkich swoich działaniach Frank opuścił okolice sceny jako ostatni z aktorów. Nie próbował dołączyć do Magdalen w sali bankietowej, ale kiedy wezwano pod dom powozy i towarzystwo poczęło się rozjeżdżać, czekał na nią w holu, z peleryną.

– Och, Franku! – zawołała Magdalen, gdy ją nią okrywał. – Tak mi przykro, że to już koniec! Przyjdź do Combe-Raven jutro rano. Porozmawiamy o wszystkim na osobności.

– W zagajniku o dziesiątej? – zapytał Frank szeptem.

Magdalen podniosła kaptur swojej peleryny i wesoło skinęła głową. Stojąca nieopodal panna Garth dostrzegła spojrzenia, którymi się wymienili, choć gwar rozchodzących się gości nie pozwolił jej usłyszeć, o czym rozmawiali. Radosne zachowanie panny Vanstone zdawało się skrywać jakieś potajemne, głębsze uczucia. Gdy z nagłym wyrazem zadumy na twarzy podawała Frankowi ramię, by wyjść wraz z nim do czekającego przed domem powozu, w ruchach jej widoczna była jakaś poufna gotowość. Co to mogło oznaczać? Czy jej przelotne zainteresowanie nim jako uczniem podstępnie przerodziło się w zainteresowanie nim jako mężczyzną? Czy konsekwencją owego próżnego przedstawienia teatralnego miało być, prócz świadomości zmarnotrawionego czasu, coś dużo poważniejszego?

Kiedy panna Garth stała tak zagubiona w swoich myślach pośród cisnącego się obok niej tłumu, głębokie bruzdy przecinające jej oblicze jeszcze bardziej się pogłębiły.

Przypomniała sobie słowa przestrogi skierowane przez Norę do pani Vanstone w ogrodzie – i dotarło do niej, że starsza córka od początku widziała sprawę we właściwym świetle.

Rozdział 7

Nazajutrz wcześnie rano panna Garth i Nora spotkały się w ogrodzie, gdzie rozmówiły się na osobności. Jedynym rezultatem owej wymiany zdań wydawało się wspólne milczenie, którym konsekwentnie pomijały potem przy śniadaniu kwestię minionego spektaklu. Pani Vanstone wszelką wiedzę na temat tego wydarzenia zawdzięczała swojemu mężowi i młodszej córce. Norze i guwernantce najwyraźniej zależało na tym, by o całej sprawie jak najszybciej zapomniano.

Gdy po śniadaniu damy zebrały się, tak jak zawsze, w porannym saloniku, w ich gronie zabrakło Magdalen. Jej zwyczaje były jednak z zasady tak nieregularne, że pani Vanstone nie czuła się ani zaskoczona, ani zaniepokojona jej nieobecnością. Panna Garth i Nora wymieniły się znaczącymi spojrzeniami, choć nie powiedziały na ten temat ani słowa. Upłynęły dwie godziny, ale Magdalen wciąż się nie pojawiała. Wraz z wybiciem dwunastej Nora podniosła się i poszła jej poszukać.

Nie znalazła jej na górze odkurzającej biżuterii czy przetrząsającej garderoby. Nie było jej także w oranżerii ani w ogrodzie kwiatowym. Nie droczyła się w kuchni z kucharką i nie bawiła się na dziedzińcu z psami. Może udała się gdzieś wraz z ojcem? Przy śniadaniu pan Vanstone wspomniał, że nosi się z zamiarem złożenia porannej wizyty swojemu staremu przyjacielowi filozofowi, panu Clare’owi, któremu chciał zdać relację z wczorajszego przedstawienia, wzbudzając w nim tym samym sarkastyczne oburzenie. Żadna z pozostałych mieszkanek Combe-Raven nie odważyła się nigdy wejść pod dach stojącej po sąsiedzku chatki, ale beztroska Magdalen była zdolna do wszystkiego i istniała możliwość, że to tam właśnie przebywa. W chwili, w której owa myśl pojawiła się w jej głowie, starsza panna Vanstone wchodziła do zagajnika.

Pokonując drugi zakręt w miejscu, gdzie wijąca się pośród drzew ścieżka stawała się niewidoczna z okien domu, Nora nieoczekiwanie stanęła twarzą w twarz z Magdalen i Frankiem, którzy szli pod rękę w stronę przeciwną: niespiesznie, głowa przy głowie, pochłonięci prowadzoną szeptem rozmową. Wyglądali razem niepokojąco pięknie i wydawali się podejrzanie szczęśliwi. Na widok Nory oboje drgnęli i natychmiast przystanęli. Frank w zmieszaniu uchylił kapelusza, po czym zawrócił w kierunku domu swojego ojca. Magdalen zbliżyła się do siostry, niedbale wymachując nierozłożoną parasolką i beztrosko nucąc arię z uwertury, którą poprzedniego wieczoru odegrano na początku spektaklu.

– Chyba jeszcze nie pora lunchu? – powiedziała, spoglądając na zegarek.

– Czy przez cały ten czas, który upłynął od dziesiątej, przebywałaś w zagajniku sam na sam z panem Francisem Clare’em? – zapytała Nora.

– Z panem Francisem Clare’em! Jesteś tak niedorzecznie urzędowa. Dlaczego nie nazywasz go po prostu Frankiem?

– Zadałam ci pytanie, Magdalen.

– Ależ dziś srogo wyglądasz! Widzę, że popadłam w niełaskę. Nadal się na mnie gniewasz za mój wczorajszy występ? Nie mogłam nic na to poradzić, kochana; gdybym nie posłużyła się tobą jako wzorem, za nic nie udałoby mi się stworzyć postaci Julii. Na tym polega sztuka. Na twoim miejscu uznałabym to za komplement.

– Ja na twoim miejscu, Magdalen, dobrze bym się zastanowiła, zanim zaczęłabym przedrzeźniać własną siostrę przed publicznością złożoną z zupełnie obcych ludzi.

– Właśnie dlatego nie miałam żadnych oporów, by to zrobić: to byli obcy ludzie. Jak mogliby się domyślić? Już dobrze, nie gniewaj się na mnie. Jesteś ode mnie osiem lat starsza – powinnaś dawać mi dobry przykład swoją wspaniałomyślnością.

– Dam ci dobry przykład swoją szczerością: nie umiem wyrazić, Magdalen, jak bardzo jest mi przykro, że przed chwilą zastałam cię w sytuacji, w jakiej cię zastałam!

– I co jeszcze? Spotkałaś mnie w zagajniku tuż przy domu podczas rozmowy z moim starym towarzyszem zabaw, którego znam, odkąd nie przewyższałam wzrostem tej parasolki. I to ma być ta oburzająca nieprzyzwoitość? Honi soit qui mal y pense4. Jakąś minutę temu prosiłaś mnie o odpowiedź – a więc oto ona, moja droga, udzielona najwyborniejszymi francuskimi słowy.

– Ale ja mówię poważnie, Magdalen…

– Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Wszak nikt nie mógłby ci wypomnieć skłonności do żartów.

– Doprawdy nie podoba mi się…

– Mój Boże!

– Niczego nie wskórasz tym ciągłym przerywaniem mi. Sumienie nakazuje mi poinformować cię – i nic mi w tym nie przeszkodzi – że nie podoba mi się, jak pogłębia się wasza zażyłość. To sekretne porozumienie, które wytworzyło się pomiędzy tobą i panem Francisem Clare’em, jest doprawdy niepokojące.

– Biedny Frank! Jakże ty go musisz nienawidzić. Czym, na Boga, tak bardzo ci się naraził?

Norę wyraźnie poczęło opuszczać opanowanie. Jej śniade policzki poczerwieniały, a delikatne usta zadrżały. Magdalen więcej uwagi niż siostrze poświęcała swojej parasolce. Podrzuciła ją wysoko w górę, po czym złapała, wykrzykując: „Raz!”; znów ją podrzuciła i zawołała: „Dwa!”, po czym podrzuciła ją jeszcze wyżej: „Trzy…!”. Tym razem jednak, zanim Magdalen zdążyła ją złapać, Nora chwyciła siostrę gwałtownie za rękę i parasolka spadła na ziemię.

– Traktujesz mnie bezdusznie – powiedziała. – Powinnaś się wstydzić, Magdalen. Wstydzić!

Nieposkromiony, mimowolny wybuch skrywanych dotąd emocji to siła, której najtrudniej się oprzeć. Spłoszona Magdalen zamilkła. Przez chwilę obydwie siostry – tak osobliwie różne pod względem powierzchowności i charakteru – stały naprzeciw siebie bez słowa. Przez chwilę ciemnobrązowe oczy starszej i jasnoszare młodszej wpatrywały się w siebie nieugięcie i badawczo. To twarz Nory złagodniała pierwsza i to Nora pierwsza odwróciła głowę. Nie mówiąc nic, zabrała ręce z ramienia młodszej siostry. Ta schyliła się, by podnieść z ziemi parasolkę.

– Staram się trzymać swoje nerwy na wodzy – rzekła Magdalen – a ty nazywasz mnie z tego powodu bezduszną. Zawsze byłaś wobec mnie surowa i zawsze taka będziesz.

Nora splotła ciasno palce swoich drżących dłoni.

– Jestem wobec ciebie surowa? – powtórzyła cichym, boleściwym głosem, po czym westchnęła gorzko.

Magdalen cofnęła się nieco i brzegiem swojej ogrodowej peleryny poczęła mechanicznie otrzepywać parasolkę z piasku.

– Tak – potwierdziła upartym tonem. – Surowa wobec mnie i Franka.

– Wobec ciebie i Franka! – powtórzyła Nora, czyniąc kilka kroków w kierunku siostry i blednąc równie szybko, jak wcześniej się zarumieniła. – Czy już uważasz siebie i Franka za jedność? Magdalen! Czy krzywdząc ciebie, krzywdzę także jego? Czy Frank jest ci aż tak bliski?

Słuchając jej, Magdalen przesuwała się coraz bardziej do tyłu. Zahaczywszy peleryną o gałązkę rosnącego tuż obok drzewa, odwróciła się w rozdrażnieniu, ułamała ją i cisnęła na ziemię.

– Jakim prawem zadajesz mi te pytania? – zawołała nagle. – Jaki związek miałoby to mieć z tobą? – ruszyła gwałtownie naprzód, próbując wyminąć siostrę i wrócić do domu.

Nora – jeszcze bledsza niż dotychczas – zagrodziła jej drogę.

– Zamierzam zatrzymać cię tutaj siłą, byś wysłuchała mnie do końca – powiedziała. – Pilnie przyglądałam się temu twojemu Francisowi Clare’owi i znam go lepiej od ciebie. On nie zasługuje na choćby przelotne uczucie z twojej strony; tak samo jak nie zasługuje na pomoc i wsparcie naszego drogiego, prostodusznego ojca. Człowiek mający jakiekolwiek zasady i honor i zdolny do jakiejkolwiek wdzięczności nie zaniedbałby swoich obowiązków i nie wróciłby do domu tak skompromitowany jak on – tak! Skompromitowany! Przyglądałam się mu w chwili, gdy jego przyjaciel – przyjaciel, który jest wobec niego łaskawszy niż jego rodzony ojciec – dobrotliwie pocieszał go i wybaczał mu, choć ten na to nie zasługiwał. Przyglądałam się jego twarzy i nie dostrzegłam na niej nawet cienia zawstydzenia czy smutku – jedynie bezduszny wyraz ulgi. To człowiek samolubny, niewdzięczny i nieszlachetny. Ma zaledwie dwadzieścia lat, a już skupia w sobie wszystkie najgorsze cechy właściwe starym ludziom. I teraz odkrywam, że potajemnie się z nim spotykasz. Co więcej, darzysz go tak silnymi względami, że jesteś głucha na słowa prawdy – nawet jeśli padają z moich ust! Na litość boską, zastanów się nad tym, co ci powiedziałam, i oprzytomnij, zanim będzie za późno!

Pozbawiona tchu, przystanęła gwałtownie i nerwowo chwyciła siostrę za rękę. Magdalen patrzyła na nią z nieukrywanym zaskoczeniem.

– Jesteś taka porywcza – rzekła. – I tak niepodobna do siebie, że ledwo cię rozpoznaję. Im większą okazuję ci cierpliwość, tym większa spotyka mnie za to kara. Żywisz do Franka jakąś przewrotną niechęć i bezpodstawnie gniewasz się na mnie za to, że nie podzielam twoich uczuć. Puść mnie, Noro, to boli!

Nora z pogardą zabrała dłonie z jej ramienia.

– Już więcej nie sprawię ci bólu – powiedziała, po czym odwróciła się do Magdalen plecami.

Przez pewien czas stały w bezruchu. Nora zamarła w swojej pozycji, a oszołomiona Magdalen patrzyła na nią, jak gdyby nad czymś się zastanawiając. Wreszcie ruszyła samotnie w kierunku domu.

Zbliżając się do zakrętu na ścieżce, przystanęła i nerwowo obejrzała się za siebie. „Mój Boże! Mój Boże!” – pomyślała. „Dlaczego Frank nie poszedł sobie wtedy, gdy go o to prosiłam?” Po chwili wahania cofnęła się o kilka kroków. „Oto Nora: jak zawsze uparta i unosząca się godnością. Co mam począć? Nie znoszę kłótni – chyba pójdę ją udobruchać”. Zbliżywszy się do siostry, dotknęła jej ramienia. Ta jednak nawet się nie poruszyła. „Rzadko wpada w gniew – pomyślała Magdalen, ponownie dotykając jej ramienia – ale kiedy to już nastąpi, złość nie przechodzi jej całą wieczność!”

– Dość tego! – rzekła. – Pozwól mi się pocałować na zgodę, Noro. Nie odwrócisz się do mnie? Hm, masz bardzo ładny kark – na pewno ładniejszy od mojego i bardziej wart tego, by go pocałować… A więc oto mój pocałunek, na przekór tobie!

Nie bacząc na to, co między nimi przed chwilą zaszło, Magdalen objęła Norę mocno w talii i przeszła od słów do czynów. Serce Nory musiało zmięknąć, bowiem choć nie odezwała się słowem ani nie odwróciła się, pospiesznie sięgnęła po chusteczkę. W tej samej chwili z głębi zagajnika dobiegł dźwięk zbliżających się kroków oraz radosny głosy nucący jedną z szekspirowskich pieśni. W oddali ukazał się biegnący drobnymi kroczkami terier.

– To papa – zawołała Magdalen. – Chodźże, Noro. Wyjdźmy mu na spotkanie.

Zamiast podążyć za siostrą, Nora opuściła woalkę swojego ogrodowego kapelusza, odwróciła się i pobiegła do domu. Znalazłszy się w swojej sypialni, zaryglowała drzwi, po czym wybuchnęła gorzkim płaczem.

4 Honi soit qui mal y pense (fr.) – Hańba temu, kto widzi w tym coś nieprzystojnego.

Rozdział 8

Kiedy Magdalen i jej ojciec spotkali się w zagajniku, twarz dżentelmena zdradzała, że odkąd wyszedł był rano z domu, wydarzyło się coś, co wprawiło go w nie lada zadowolenie. Zaspokajając ciekawość córki, która zaraz poczęła dowiadywać się przyczyn owego dobrego nastroju, pan Vanstone poinformował ją, że wraca właśnie z domu pana Clare’a, skąd przynosi ważną dla wszystkich domowników Combe-Raven nowinę.

*

Gdy pan Vanstone wszedł tego ranka do gabinetu filozofa, ten wciąż siedział nad swoim późnym śniadaniem. Na stole przed nim – zamiast książki, która zwykle towarzyszyła mu podczas posiłków – leżał otwarty list. Na widok wchodzącego do środka gościa pan Clare uniósł list i z miejsca zapytał, czy pan Vanstone ma mocne nerwy i czy nie wstrząśnie nim zanadto pewna wielce zaskakująca wiadomość.

– Nerwy? – powtórzył pan Vanstone. – Dzięki Bogu nie wiem, co to nerwy. Jeśli ma mi pan coś do powiedzenia, proszę mówić od razu, nie zważając na ewentualne wstrząsy.

Pan Clare uniósł list nieco wyżej i marszcząc brwi, popatrzył ponad stołem na swojego gościa.

– Co panu mówiłem? – zapytał podniośle i cierpko zarazem.

– Dużo więcej niż zdołałbym kiedykolwiek zapamiętać – odrzekł pan Vanstone.

– Mówiłem zawsze – ciągnął pan Clare – że jednym z najznamienniejszych zjawisk współczesnego świata jest pomyślność, jaką cieszą się głupcy. Proszę pokazać mi jednego głupca, a ja pokażę panu ogół społeczeństwa, które dziewięć z dziesięciu szans przyznaje owej uprzywilejowanej jednostce, podczas gdy największemu mędrcowi, jaki chodził po tym świecie, skąpi nawet jednej. Gdzie by nie spojrzeć, każde wysokie stanowisko zajmuje dureń, którego nie zdołają dosięgnąć i ściągnąć na dół nawet największe intelekty. Całym naszym społeczeństwem niepodzielnie rządzi zadowolona z siebie bezmyślność – gasząca bezkarnie wszelkie światło inteligencji i pohukująca niczym sowa na wszelki rodzaj protestu: „Ależ patrzcie, jak dobrze radzimy sobie w ciemności!”. Niebawem jednak owo zuchwałe twierdzenie zostanie obalone i cały nasz zgniły system społeczny rozpadnie się z hukiem.

– Niech Bóg broni! – zawołał pan Vanstone, rozglądając się wokół, jak gdyby huk już nastąpił.

– Z hukiem! – powtórzył pan Clare. – Tak pokrótce przedstawia się moja teoria. A teraz przejdźmy do praktyki, której przejawem jest ten oto list. Mamy więc tutaj mojego niewydarzonego syna…

– Chyba nie chce pan przez to powiedzieć, że Frank dostał drugą szansę? – wykrzyknął pan Vanstone.

– Mamy więc tutaj tego skończonego durnia, Franka – ciągnął filozof – który nie zrobił w swoim życiu nic wartościowego i którego z tej właśnie przyczyny społeczeństwo uparło się wynieść na szczyt. Ledwo zmarnował jedną szansę, a już przychodzi list dający mu kolejną. Pewien mój zamożny kuzyn był łaskawy przypomnieć sobie o moim istnieniu i teraz proponuje, że użyje swoich wpływów, by pomóc mojemu najstarszemu synowi. Proszę przeczytać ten list i zwrócić uwagę na kolejność wydarzeń. Mój zamożny kuzyn to dureń i dobrze prosperujący właściciel ziemski. Wyświadczył jakąś przysługę innemu durniowi, który jest dobrze prosperującym politykiem i który zna trzeciego durnia – pewnego dobrze prosperującego kupca. Ten z kolei mógłby pomóc czwartemu durniowi, który obecnie bynajmniej nie prosperuje i którego zwą Frankiem. Tak oto toczy się to młyńskie koło – tak oto wszelką śmietankę bez końca spijają kolejni głupcy. Już jutro wyprawię Franka w drogę. Z czasem chłopak znów wróci w nasze ręce niczym fałszywy szyling, choć wskutek swojej chwalebnej głupoty dostanie potem jeszcze niejedną szansę. Być może pan i ja już tego nie dożyjemy, ale to nie ma znaczenia – przyszłość Franka jest pewna: proszę postawić go wśród wojskowych, duchownych, polityków, co pan woli, i pozwolić mu płynąć z prądem, a skończy jako generał, biskup albo sekretarz stanu. I wszystko dzięki temu, że cechuje go wielce ceniona w naszych czasach właściwość – mianowicie: do niczego się nie nadaje.

Podsumowawszy w ten sposób ziemskie perspektywy swojego syna, dżentelmen pogardliwie rzucił listem przez stół i dolał sobie herbaty do filiżanki.

Pan Vanstone przeczytał list z żywym zaciekawieniem i przyjemnością. Jego treść utrzymana była w tonie nieco nazbyt wyszukanej serdeczności, ale co do korzyści, jakie mogły wyniknąć dla Franka z przedstawionej w nim propozycji, nie mogło być żadnych wątpliwości. Autor listu donosił, że ma możliwość posłużyć się kontaktami swojego znajomego – kontaktami nie byle jakimi, bowiem chodziło o pewną głośną w mieście Firmę Kupiecką – i że już począł działać w interesie najstarszego syna pana Clare’a. Frank miałby zostać przyjęty do biura na dużo lepszych warunkach niż przeciętny urzędnik. Przy każdej nadarzającej się sposobności byłby „popychany do przodu” i to jemu trafiłaby się pierwsza „dobra posada”, którą dysponowałoby przedsiębiorstwo – czy to w kraju, czy za granicą. Nawet przy przeciętnych zdolnościach i przeciętnej pracowitości z jego strony powodzenie było pewne. A im wcześniej zostałby wysłany do Londynu, tym byłoby dla niego lepiej.

– Wspaniała nowina! – zawołał pan Vanstone, oddając list panu Clare’owi. – Jestem bardzo rad. Muszę natychmiast powiedzieć o wszystkim rodzinie. To ogromna szansa dla Franka, pięćdziesiąt razy pewniejsza od poprzedniej. Co takiego, u licha, ma pan do zarzucenia społeczeństwu? Moim zdaniem zachowało się w tym wypadku niebywale szlachetnie. Gdzie Frank?

– Pewnie siedzi gdzieś przyczajony – odrzekł pan Clare. – Jedną z najbardziej irytujących cech głupców jest to, że nieustannie gdzieś się czają. Nie widziałem dziś jeszcze mojego głupca. Jeżeli go pan spotka, proszę wymierzyć mu kopniaka, a potem przekazać, że chcę się z nim widzieć.

*

Choć opinia pana Clare’a co do zwyczajów syna mogłaby zostać wyrażona w nieco uprzejmiejszej formie, tak się składało, że w swojej istocie doskonale przystawała w owej chwili do rzeczywistości. Po rozstaniu z Magdalen Frank postanowił poczekać w bezpiecznej odległości na wypadek, gdyby dziewczyna zdołała uwolnić się od towarzystwa swojej siostry i zapragnęła ponownie do niego dołączyć. Zaraz po tym, jak Nora się oddaliła, w pobliżu pojawił się pan Vanstone. To, zamiast zachęcić młodzieńca do wyjścia z ukrycia, skłoniło go do udania się w drogę powrotną do domu. Był rozgoryczony i w takim stanie wpadł w szpony swojego ojca – zupełnie nieprzygotowany na wiadomość, że już nazajutrz ma wyjechać do Londynu.

W międzyczasie pan Vanstone podzielił się dobrą nowiną z Magdalen, a potem powtórzył ją swojej żonie i pannie Garth. Nie był człowiekiem dość spostrzegawczym, by zauważyć, że wieść o niebywałym łucie szczęścia Franka Magdalen przyjęła z niezrozumiałym przestrachem, a panna Garth z niepojętą ulgą. Niczego nieświadomy, radośnie rozprawiał na ten temat dopóty, dopóki nie rozległ się dzwonek na lunch. Dopiero wówczas dostrzegł nieobecność Nory. Ta przysłała ze swojej sypialni wiadomość, że dokucza jej ból głowy i że nie zejdzie na posiłek. Kiedy panna Garth niedługi czas potem udała się do niej, by przekazać jej pomyślną nowinę odnośnie do Franka, Nora, co zaskakujące, zdawała się niewiele pocieszona. Pan Francis Clare, jak zauważyła, już raz był wyjechał, ale tylko po to, by niebawem wrócić. Mógł wrócić i tym razem i to wcześniej, niż ktokolwiek się spodziewał. To było wszystko, co Nora powiedziała w tej kwestii pannie Garth – z jej ust nie padło ani jedno słowo na temat porannego zajścia w zagajniku. Zdawało się, że po tamtym wybuchu emocji jej żelazna powściągliwość wzmogła się jeszcze. Gdy później w ciągu dnia spotkały się z Magdalen, zachowywały się tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Nie doszło między nimi do żadnego oficjalnego zawieszenia broni, jako że specyficzną cechą charakteru starszej siostry była niechęć do otwartych pojednań i uciekanie się do tych zawieranych w sposób milczący i dorozumiany. Swoimi spojrzeniami i gestami dała jedynie Magdalen jasno do zrozumienia, że z jej strony nie padną już żadne protesty. Niezależnie od tego, czy przedtem powodowała nią duma, zły nastrój, brak zaufania, czy też jak najlepsze intencje, nie było żadnych wątpliwości – Nora postanowiła na przyszłość do niczego już się nie wtrącać.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

INTERMEDIUM

Dostępne w wersji pełnej

SCENA DRUGA

SKELDERGATE, YORK

Rozdział I

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

INTERMEDIUM

Dostępne w wersji pełnej

SCENA TRZECIA

VAUXHALL WALK, LAMBETH

Rozdział I

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

INTERMEDIUM

Dostępne w wersji pełnej

SCENA CZWARTA

ALDBOROUGH, HRABSTWO SUFFOLK

Rozdział I

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

INTERMEDIUM

Dostępne w wersji pełnej

SCENA PIĄTA

BALIOL COTTAGE, DUMFRIES

Rozdział I

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

INTERMEDIUM

Dostępne w wersji pełnej

SCENA SZÓSTA

SAINT JOHN’S WOOD

Rozdział I

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

INTERMEDIUM

Dostępne w wersji pełnej

SCENA SIÓDMA

SAINT CRUX-IN-THE-MARSH

Rozdział I

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

INTERMEDIUM

Dostępne w wersji pełnej

SCENA ÓSMA I OSTATNIA

AARON’S BUILDINGS

Rozdział I

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © 2016, MG

Copyright tłumaczenia © 2016, Magdalena Hume

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-353-4

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Agnieszka Zielińska

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

handlowyMG@gmail.com

Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca

ul. Nad Drwiną 10,

Hala nr 3, 30-741 Kraków

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tajemnica Mirtowego Pokoju Armadale Córki niczyje Nawiedzony hotel The Woman in White Antonina. or the Fall of Rome