Stan zagrożenia

Stan zagrożenia

Autorzy: Steve Berry

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 26.00 zł

Steve Berry, autor pełnych przygód bestsellerów, w poszukiwaniu odpowiedzi  na pytanie,

czy federalny podatek dochodowy jest zgodny z prawem

Międzynarodowa intryga, wartka akcja i śmiałe spekulacje tworzą ekscytujący i prowokacyjny thriller, w którym realia epoki Franklina Delano Roosevelta mieszają się ze szczegółami z czasu podpisania 16. poprawki do konstytucji w 1913 roku i współczesnością.

Na podstawie 16. poprawki do konstytucji obywatele Stanów Zjednoczonych muszą płacić podatek dochodowy. Co by się jednak stało, gdyby z samą poprawką wiązały się prawne wątpliwości, a na jaw wyszły tajemnice podważające zasadność poboru podatków?

Cotton Malone, agent Magellan Billet, elitarnej jednostki wywiadowczej w ramach Departamentu Sprawiedliwości USA, przechodzi na emeryturę i zostaje właścicielem antykwariatu w Kopenhadze. Niedługo jednak cieszy się nowym zajęciem, gdyż była szefowa, Stephanie Nelle, prosi go o wytropienie pewnego groźnego Koreańczyka. Jeśli rzeczywiście przestępca zdobył tajne dokumenty Departamentu Skarbu, istnieniu Stanów Zjednoczonych grozi wielkie niebezpieczeństwo…

Malone zostaje wciągnięty w niesamowity, dwudziestoczterogodzinny pościg od kanałów Wenecji po odludne góry Chorwacji.

„Powieść oparta na niezwykłych przesłankach. Szybka, bazująca na prawdopodobieństwie akcja. Miłośnicy political fiction będą bardzo zadowoleni”. Publisher’s Weekly

„Kolejny thriller, od którego nie można się oderwać. Wielowątkowy, pełen przypuszczeń co do możliwego rozwoju sytuacji oraz zapierającej dech w piersiach akcji”. Kirkus

„Miłośnicy Berry’ego nie będą rozczarowani – znajdą tu charakterystyczne dla niego szybkie tempo akcji i złożoną fabułę”. Library Journal

Tytuł oryginału:

THE PATRIOT THREAT

Copyright © 2015 by Steve Berry. All rights reserved

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Marta Chmarzyńska, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-643-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Podziękowania

Motto

Prolog

Czasy współczesne

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Notka autora

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Sama Berry’ego,

mojego ojca.

PODZIĘKOWANIA

To moja pierwsza powieść wydana przez firmę Minotaur Books, należącą do Macmillan Publishers. Wiązało się z tym faktem wspaniałe doświadczenie. Szczere słowa podzięki kieruję do Johna Sargenta, szefa Macmillan, do Sally Richardson, która stoi na czele St. Martin’s, oraz do mojego redaktora prowadzącego Andrew Martina. Dług wdzięczności zaciągnąłem również u Hectora DeJeana z działu reklamy, Jeffa Dodesa oraz pozostałych osób z działu marketingu i sprzedaży, zwłaszcza u Paula Hochmana, a także u Jen Enderlin, wielkiej znawczyni wszystkiego, co jest publikowane w miękkich okładkach, u Davida Rotsteina, który projektował obwolutę, u Stevena Seighmana za znakomicie wykonany projekt wewnętrznego układu książki, jak również u Mary Beth Roche i kolegów z działu audio.

Jak zawsze dzięki Ci, Simonie Lipskar, za kolejną świetną robotę.

Mojej redaktorce, Kelley Ragland, chcę powiedzieć, że poznanie jej było przyjemnością.

Kilka dodatkowych podziękowań: Meryl Moss i jej nadzwyczajnemu zespołowi redakcyjnemu (zwłaszcza dla Deba Zipfa i JeriAnn Geller), Jessice Johns i Esther Garver, dzięki którym Steve Berry Enterprises wciąż trzyma się na rynku, M. J. Rose, jednemu z pierwszych członków Plotters Club, oraz Richardowi Stammowi, kustoszowi Zamku Smithsona (który skierował mnie do właściwego sekretarzyka).

Jak zwykle dziękuję mojej żonie Elizabeth. Nie przestaje być najbardziej wyjątkowa ze wszystkich ludzi.

Powieść tę dedykuję Haroldowi Earlowi „Samowi” Berry’emu, imiennikowi Harolda Earla „Cottona” Malone’a. Jak to się stało, że obaj noszą takie imiona, pozostaje tajemnicą.

Nie mam jednakże najmniejszych wątpliwości, że jeden i drugi wywarli wpływ na moje życie.

Nie ma większego, bardziej uszlachetniającego

i świętszego uczucia niż patriotyzm.

KIM IR SEN,

WIECZNY PREZYDENT

KOREAŃSKIEJ REPUBLIKI LUDOWO-DEMOKRATYCZNEJ

PROLOG

BIAŁY DOM,

CZWARTEK, 31 GRUDNIA 1936 ROKU, GODZINA 17.00

Franklin Roosevelt czuł się fatalnie, przebywając w jednym pomieszczeniu ze swym okrytym złą sławą gościem, zdawał sobie jednak sprawę, że trzeba tę rozmowę przeprowadzić. Stanowisko prezydenta sprawował od czterech lat, a za trzy tygodnie historia miała odnotować początek jego drugiej kadencji, przypadający na 20 stycznia. Dawniej przysięgę prezydencką składano zawsze 4 marca, dla upamiętnienia dnia z roku 1789, w którym po raz pierwszy zaczęła obowiązywać konstytucja kraju. Datę tę zmieniła dopiero dwudziesta poprawka. Właściwie był to dobry pomysł, skracający okres oczekiwania po listopadowych wyborach. Wcześniej wyautowany już polityk pozostawał zbyt długo przy władzy. Rooseveltowi podobała się ta zmiana. Nie cierpiał dotychczasowych rozwiązań.

Szczególnie pogardzał zwolennikami „starego porządku”.

Do których należał jego gość.

Andrew Mellon przez dziesięć lat i jeden miesiąc pełnił funkcję sekretarza skarbu. Zaczynał za Hardinga w 1921 roku, potem pracował dla Coolidge’a i dopiero Hoover zwolnił go ze stanowiska. Ostatnim etapem jego kariery państwowej była funkcja ambasadora przy dworze brytyjskim, którą pełnił rok; na emeryturę odszedł ostatecznie w 1933. Mellon był zagorzałym republikaninem, jednym z najzamożniejszych ludzi w kraju, żywym ucieleśnieniem „starego porządku”, który projekt Nowego Ładu tak bardzo chciał zmienić.

– Oto, panie prezydencie, moja oferta. Mam nadzieję, że zostanie zrealizowana.

Mellon podał Rooseveltowi kawałek papieru.

Prezydent zaprosił tego pariasa na popołudniową herbatę tylko dlatego, że zdaniem jego doradców „nie można już dłużej drażnić wściekłego psa”.

A Mellona Roosevelt drażnił od trzech lat.

Zaczął zaraz po inauguracji swej pierwszej kadencji. Polecił, by Biuro Dochodów Wewnętrznych przeprowadziło audyt zwrotów podatkowych Mellona za rok 1931. W Departamencie Skarbu przyjęto ów przejaw nadużywania władzy prezydenckiej z pewnym oporem – podkreślano, że departament nie może być wykorzystywany jako instrument gry politycznej – polecenie zostało jednak wykonane. Mellon domagał się zwrotu nadpłaty w wysokości stu trzydziestu dziewięciu tysięcy dolarów. Urzędnicy ustalili, że był on winien państwu trzy miliony osiemdziesiąt dziewięć tysięcy dolarów. Władze wniosły do sądu zarzut o uchylanie się od płacenia podatków, jednak ława przysięgłych nie zdecydowała się wszcząć procesu. Roosevelt, niezrażony, polecił Departamentowi Sprawiedliwości wejście na drogę postępowania cywilnego; proces toczył się przed Podatkowym Sądem Apelacyjnym i trwał czternaście miesięcy, podczas których składano zeznania i dostarczano dowody. Zakończył się zaledwie kilka tygodni wcześniej.

Znajdowali się w Gabinecie Owalnym na piętrze, ulubionym miejscu Roosevelta w Białym Domu, gdzie załatwiał sprawy służbowe. Było to powszechnie znane, przesadnie zatłoczone meblami pomieszczenie, pełne regałów na książki, modeli statków i porozrzucanych wszędzie stosów papieru. W kominku wściekle płonął ogień. Prezydent zostawił swój wózek inwalidzki i usiadł na sofie; obok niego znajdował się prokurator generalny Homer Cummings. Mellonowi towarzyszył David Finley, bliski współpracownik byłego sekretarza.

Roosevelt i Cummings czytali treść oferty Mellona.

Zawierała ona propozycję powołania muzeum sztuki, zlokalizowanego w National Mall, które Mellon deklarował wznieść własnym sumptem. Budynek miałby się stać nie tylko miejscem przechowywania bogatych zbiorów samego Mellona, lecz także wszelkich przyszłych nabytków.

I miałby nosić nazwę Narodowej Galerii Sztuki.

– Nie „Galerii imienia Andrew W. Mellona”? – zapytał prezydent.

– Nie chcę, żeby w powszechnej świadomości moje nazwisko wiązano z tym budynkiem.

Roosevelt taksował wzrokiem gościa, który siedział prosto, jakby połknął kij, z wysoko uniesioną głową, nieruchomo, jak gdyby prezydenci wciąż pochylali się nad każdym jego życzeniem. Zastanawiał się zawsze, dlaczego aż trzech kolejnych prezydentów brało tego człowieka do swojej administracji. Pierwszego z nich Roosevelt mógłby jeszcze zrozumieć – Hardinga, słabego i nieudolnego głupca – a może nawet i drugiego, Coolidge’a, który dokończył kadencję Hardinga, gdy ten miał przynajmniej na tyle rozsądku, by umrzeć po dwóch latach sprawowania władzy. Ale w roku 1924, kiedy to Coolidge sam zdobył sobie kolejne cztery lata, dlaczego nie wyznaczył nowego sekretarza skarbu? To byłoby normalne. Tak czynił każdy prezydent. A potem ten sam błąd powtórzył jeszcze Hoover, ponownie mianując Mellona na stanowisko w 1929 roku, po to, by trzy lata później w końcu się go pozbyć.

– Tu jest napisane, że galeria będzie zarządzana przez prywatną radę dziewięciu powierników, z których pięciu mianuje pan. A wydawało mi się, że ta instytucja miałaby być administrowana przez Instytut Smithsona.

– I tak będzie. Chcę jednak, żeby w kwestiach wewnętrznych galeria pozostawała całkowicie wolna od nacisków rządu, czym obecnie cieszy się Instytut Smithsona. Ten punkt nie podlega negocjacjom.

Roosevelt zerknął na prokuratora generalnego, który skinieniem głowy wyraził akceptację.

Pierwszy raz Mellon złożył swoją ofertę rok wcześniej. Budynek miał kosztować od ośmiu do dziewięciu milionów dolarów. Własna kolekcja sztuki Mellona, warta dwadzieścia milionów, stałaby się jądrem zbiorów. Planowano również zakupy i ekspozycję nowych, wartościowych prac – chodziło w tym wszystkim o to, aby Waszyngton awansował na jedną ze stolic artystycznego świata. Mellon planował włożyć w tę instytucję pięć milionów dolarów, a dochód miał być przeznaczony na wypłatę wynagrodzeń dla personelu zarządzającego oraz zakupy kolejnych dzieł. Rząd brałby na siebie koszty utrzymania i konserwacji budynku. Nad uzgodnieniem szczegółów toczyły się wielomiesięczne, zakulisowe negocjacje, które ostatecznie doprowadziły do tego spotkania. Prokurator generalny Cummings cały czas na bieżąco informował prezydenta o wszystkim, ale miejsca na kompromis nie było zbyt wiele. Podobnie jak w biznesie, w kwestii sztuki Mellon targował się ostro.

Jednak wciąż do rozwiązania pozostawał jeden problem.

– Twierdzi pan – powiedział Roosevelt – że wszystkie fundusze na ów budynek oraz na zakupy dzieł sztuki będą pochodzić z pańskiego trustu dobroczynnego. Ale to właśnie ten trust, naszym zdaniem, jest winny państwu ponad trzy miliony dolarów zaległych podatków.

Kamienne oblicze Mellona nawet nie drgnęło.

– Jeśli chce pan tych pieniędzy, to są właśnie te podatki.

Prezydent zdawał sobie sprawę, że gość nim manipuluje. Nie przeszkadzało mu to jednak. Sam prosił o to spotkanie.

– Chciałbym porozmawiać z panem Mellonem na osobności.

Widać było, że prokuratorowi generalnemu nie spodobał się ten pomysł, wiedział jednak, że nie jest to prośba. Cummings i Finley wyszli z gabinetu. Roosevelt odczekał, aż zamkną się za nimi drzwi, i powiedział:

– Pan zdaje sobie sprawę, że nim gardzę.

– Nie dbam o to, co pan o mnie sądzi. Pan się nie liczy.

Prezydent zachichotał.

– Nazywano mnie arogantem. Leniem. Głupcem. Manipulantem. Ale nigdy człowiekiem, który się nie liczy. To mnie naprawdę obraża. Uważam siebie za kogoś mającego wpływ na naszą obecną sytuację gospodarczą, za której powstanie, dodajmy, pan ponosi pewną odpowiedzialność.

Mellon wzruszył ramionami.

– Gdyby Hoover mnie posłuchał, wielki kryzys nie potrwałby długo.

Mijało już siedem lat od tamtego fatalnego piątku w roku 1929, kiedy rynki załamały się, pociągając za sobą upadek banków. Hoover stracił urząd, ale republikanie przetrwali i ciągle kontrolowali Kongres i Sąd Najwyższy, co wystarczało, by polityka Nowego Ładu otrzymywała jeden legislacyjny cios za drugim. Roosevelt stanął w obliczu takiej mnogości przeszkód, że postanowił zawrzeć pokój ze swymi przeciwnikami, włącznie z tym demonem. Ale nie wcześniej, niż powie on to, co ma do powiedzenia.

– Zobaczmy, czy mam dobrą pamięć. Jako sekretarz skarbu doradził pan Hooverowi uregulować kwestie pracy, akcji, rolników i nieruchomości. Oczyścić system ze zgnilizny. Kiedy to się dokona, twierdził pan, ludzie będą pracować jeszcze ciężej i wieść życie – jak pan to ujął – bardziej moralne. Po czym ogłosił pan, że na tej sytuacji skorzystają jednostki najbardziej przedsiębiorcze, kosztem mniej obrotnych.

– To była mądra rada.

– Pochodząca od człowieka posiadającego setki milionów. Rozumiem, że mógł pan mieć takie poglądy. Wątpię, by przyjął pan tę postawę, gdyby umierał pan z głodu i pozostawał bez pracy i nadziei.

Roosevelta głęboko zdumiewał fizyczny wygląd Mellona. Jego twarz była wyniszczona, wysoka postać wydawała się jeszcze chudsza, niż zapamiętał. Skórę miał bladą jak płótno, oczy zmęczone, patrzące jakby tęsknie. Od nozdrzy do kącików ust biegły dwie głębokie bruzdy, częściowo przesłonięte przez charakterystyczne wąsy. Prezydent wiedział, że Mellon ma osiemdziesiąt jeden lat, ale wyglądał na ponad setkę. Jedno pozostawało oczywiste – ten człowiek wciąż budził respekt.

Roosevelt gwałtownie wyciągnął papierosa z pudełka leżącego na bocznym stoliku i wsunął go do cygaretki z kości słoniowej. Papieros o miękkim koniuszku, wystający z jego zaciśniętych ust pod zawadiackim kątem czterdziestu pięciu stopni, stanowił oznakę pewności siebie i optymizmu prezydenta. Bóg wiedział, że krajowi potrzebne było jedno i drugie. Roosevelt zapalił i z wyraźną rozkoszą zaciągnął się głęboko, każdy wdech przynosił mu ukojenie.

– Rozumie pan chyba, że nie będzie żadnej zmiany naszego stanowiska wobec sprawy rozpatrywanej obecnie przez Podatkowy Sąd Apelacyjny. Pański dar nie wpłynie na proces.

– Ależ przeciwnie, wpłynie.

To wzbudziło ciekawość Roosevelta.

– Narodowa Galeria Sztuki powstanie – rzekł Mellon. – Nie może pan mi odmówić i tego nie zrobi. Mój dar jest zbyt znaczący, by go zignorować. Kiedy galeria zostanie już otwarta, stanie się najważniejszym w kraju miejscem wystawowym dla sztuki. Pański małostkowy proces o podatki będzie już dawno zakończony. I o nim zapomną. Ale galeria zostanie tu na zawsze, wszyscy będą o niej pamiętać.

– Rzeczywiście jest pan największym cwaniakiem wśród bardzo zamożnych złoczyńców.

– Pamiętam ten cytat z pana, opisujący mnie w ten sposób. Właściwie potraktowałem pańskie słowa jako komplement. Ale ponieważ pochodzą od zawodowego polityka, zainteresowanego tylko głosami wyborców, nie mają dla mnie takiego znaczenia, jak się panu wydaje.

– Bronię tego kraju przed takimi jak pan.

– Zajmuje się pan jedynie tworzeniem całej rzeszy nowych rad i agencji, których kompetencje dublują się z uprawnieniami już istniejących departamentów. Ci ludzie nic nie robią, powodują tylko rozdymanie budżetu i wzrost podatków. Skutki będą opłakane. „Więcej” to nigdy „lepiej”, zwłaszcza jeśli chodzi o rząd. Niech Bóg ma w opiece ten kraj, kiedy pan zakończy swoje działania. Na szczęście mnie już nie będzie i nie zobaczę smutnych konsekwencji pańskich poczynań.

Roosevelt zaciągnął się papierosem.

– Ma pan rację, odmowa przyjęcia pańskiego podarunku oznaczałaby polityczne samobójstwo. Pańscy republikańscy przyjaciele z Kongresu nie przyjęliby tego radośnie. A ponieważ, jak tu słyszałem, to jest dar od pana, wolno panu stawiać warunki. Dlatego ta pańska wielka narodowa galeria powstanie.

– Nie był pan pierwszy, wie pan.

Prezydent zastanawiał się, co stary człowiek ma na myśli.

– Robiłem to na długo przedtem, nim pan w ogóle o tym pomyślał.

Nagle Roosevelt zrozumiał.

Dwa miesiące temu zmarł James Couzens, który czternaście lat zasiadał w Senacie Stanów Zjednoczonych. Przed trzynastoma laty senator Couzens zainicjował śledztwo kongresowe w sprawie zwrotów podatków firmom należącym do ówczesnego sekretarza skarbu Mellona. W trakcie dochodzenia ustalono, że Mellon wcale nie zrezygnował z kontroli nad owymi firmami, co miał obowiązek uczynić przed objęciem posady państwowej. Pojawiły się głosy wzywające do dymisji Mellona, ten jednak przetrzymał burzę, a w 1924 roku Coolidge znów mianował go na stanowisko sekretarza. Wtedy z kolei Mellon nasłał urząd skarbowy na Couzensa; audyt wykazał jedenaście milionów dolarów zaległych podatków. Jednakże Podatkowa Rada Odwoławcza miała całkowicie odmienne zdanie w tej kwestii i uznała, że Couzensowi przysługuje zwrot nadpłaconej kwoty.

– Czyż nie było to dla pana największe upokorzenie? – spytał Roosevelt. – Rada Odwoławcza opowiedziała się przeciwko panu. Pańska wendeta wobec Couzensa wyszła na jaw.

Mellon wstał.

– Absolutnie tak, panie prezydencie.

Gość wpatrywał się w Roosevelta z góry oczyma czarnymi jak węgiel. Prezydent czerpał satysfakcję z faktu, że to on zawsze dominował w tym gabinecie, umiejąc przejąć kontrolę nad każdą sytuacją. Tym razem jednak ów żywy ludzki posąg sprawiał, że poczuł się nieswojo.

– Umieram – powiedział Mellon.

O tym Roosevelt nie wiedział.

– Rak zabije mnie przed końcem przyszłego roku. Nigdy nie należałem do tych, co jęczą i płaczą. Kiedy miałem władzę, korzystałem z niej. To, co pan robił mnie, swemu rzekomemu wrogowi, nie różniło się niczym od tego, co ja robiłem moim przeciwnikom. Na szczęście nadal mam pieniądze i środki, by dać sobie radę. Muszę coś jednak powiedzieć. Niszczyłem swoich wrogów, ponieważ oni chcieli zniszczyć mnie. Zadawałem ciosy wyłącznie w samoobronie. Pański atak na mnie był niewątpliwie zaczepny. Zdecydował się pan uderzyć we mnie po prostu dlatego, że mógł pan to uczynić. Ja zaś nie zrobiłem niczego ani dla pana, ani przeciwko niemu. Co sprawia, że nasz konflikt jest… inny.

Roosevelt pozwolił, by dla uspokojenia nerwów nikotyna zalała mu płuca. Zabronił sobie okazywania choćby odrobiny zaniepokojenia lub strachu.

– Pozostawiam krajowi dar w postaci kolekcji sztuki. To będzie moja publiczna spuścizna. Dla pana, panie prezydencie, mam osobny prezent, bardziej prywatny.

Mellon wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza złożoną na trzy kartkę papieru i podał ją rozmówcy.

Roosevelt wziął kartkę i przeczytał to, co było na niej napisane.

– To jakiś bełkot.

Na twarzy Mellona mignął przebiegły uśmieszek. Niemalże uśmiech. Cóż za dziwny widok. Prezydent nie pamiętał, by na twarzy tego człowieka widniało kiedykolwiek coś innego poza grymasem.

– Wręcz przeciwnie – powiedział Mellon. – To trop. Osobiście przygotowałem go tylko dla pana.

– Po co?

– To coś, co może wykończyć zarówno pana, jak i ten pański Nowy Ład.

Roosevelt machnął kartką papieru.

– Czy to groźba? Chyba zapomniał pan, do kogo się zwraca.

Jego błąd sprzed dwóch lat stał się już aż nadto oczywisty. Jak brzmiała ta maksyma? „Jeśli chcesz zabić króla, musisz być zdecydowany”. Ale jemu się nie udało. Prokurator generalny Cummings już wcześniej twierdził, że Podatkowa Rada Odwoławcza wyda orzeczenie przeciwko rządowi, a na korzyść Mellona, i to we wszystkich punktach. Nie było żadnych zaległych podatków. Nie doszło do naruszenia prawa.

Całkowita porażka.

Prezydent polecił swemu sekretarzowi skarbu, aby informacja o wyroku dotarła do opinii publicznej możliwie jak najpóźniej. Nie obchodziło go, jak sekretarz to zrobi, po prostu tak miało się stać. A jednak teraz miał wątpliwości. Czyżby jego gość już o tym wiedział?

– Człowiek robi zawsze wszystko z dwóch powodów – rzekł Mellon. – Ma dobry powód oraz powód prawdziwy. Przyszedłem tu dzisiaj, na pańskie zaproszenie, żeby porozmawiać uczciwie i szczerze. Kiedyś w końcu wszyscy ludzie sprawujący władzę, włącznie z panem, umrą. Ja też umrę. Ale Galeria Narodowa będzie trwać, a jest to coś, czego ten kraj potrzebuje. Oto mój dobry powód, by zrobić to, co zrobiłem. Natomiast prawdziwy powód brzmi następująco: w przeciwieństwie do pana jestem patriotą.

Roosevelt zachichotał, słysząc tę zniewagę.

– Jednak chętnie pan przyznaje, że to, co trzymam w ręku, stanowi zagrożenie dla przywódcy pańskiej ojczyzny.

– Zapewniam pana, że są rzeczy, których pan nie wie o tym rządzie. Które mogłyby okazać się… katastrofalne w skutkach. Trzyma pan w ręku informację o dwóch takich rzeczach, panie prezydencie.

– Więc może lepiej po prostu mi o tym powiedzieć i od razu mieć swoją przyjemność?

– Po co miałbym to robić? Przez ostatnie trzy lata pan mną poniewierał. Wytaczano mi procesy, przylepiono łatkę oszusta i szalbierza, upokarzano mnie. Wszystko dlatego, że pan nadużywał swojego urzędu i władzy. Uznałem za stosowne odpłacić pięknym za nadobne. Mój dar stanowi wyzwanie. Chcę, żeby pan nad nim popracował, pan też mnie zmusił do wysiłku.

Roosevelt zwinął papier w kulę i rzucił nią na drugi koniec pomieszczenia.

Mellon wydawał się niewzruszony.

– To nie było zbyt mądre.

Prezydent wymierzył w gościa cygarniczkę, jakby to była broń.

– Na szlaku kampanii wyborczej, jeszcze w trzydziestym drugim, w oknach sklepów wiele razy widziałem pewien plakat. Wie pan, co było na nim napisane?

Mellon milczał.

– „Hoover dmuchnął w gwizdek, Mellon słowa mielił. Wall Street dała sygnał i kraj diabli wzięli. Niech żyje Roosevelt”. Tak właśnie myślą o mnie obywatele.

– Wolę to, co powiedział o panu senator Harry Truman. „Kłopot z prezydentem jest ten, że kłamie”.

Zapadła chwila pełnej napięcia ciszy.

Wreszcie Roosevelt powiedział:

– Niczego bardziej nie kocham niż porządnej walki.

– W takim razie teraz będzie pan zadowolony.

Mellon sięgnął do kieszeni i wyjął z niej szeleszczący banknot jednodolarowy.

– To jeden z tych nowych. Podobno osobiście zatwierdził pan ich projekt.

– Uznałem, że stare pieniądze powinny pójść na emeryturę. Przynosiły odrobinę za dużo pecha.

W 1935 roku Departament Skarbu wypuścił banknot jednodolarowy w zmienionej szacie graficznej: wśród zmian stylistycznych znalazł się wizerunek Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych. Nowe banknoty znajdowały się w obiegu już ponad rok. Mellon wyjął z innej kieszeni pióro i podszedł do jednego ze stolików. Roosevelt przyglądał się, jak tamten rysuje jakieś linie na awersie banknotu.

Wreszcie Mellon podał dolara prezydentowi.

– To dla pana.

Prezydent mógł się przekonać, że na rewersie Wielkiej Pieczęci Mellon narysował dwa trójkąty.

– Pentagram?

– Jest sześciokątna.

Roosevelt skorygował swoją wypowiedź.

– Gwiazda Dawida. Czy to ma coś symbolizować?

– To wskazówka z naszej historii. W przeszłości żyli u nas ludzie, którzy wiedzieli, że któregoś dnia nadejdzie człowiek taki jak pan – arystokrata o usposobieniu tyrana. Uznałem, że to pasuje do tej historii – Mellon wskazał na banknot – i że początkiem poszukiwań powinna być ta anomalia. Jak pan widzi, trójkąty narysowano tak, by łączyły się z pięcioma literami. O S A M N. To anagram.

Roosevelt przyglądał się banknotowi.

– Mason. Tworzą słowo „mason”.

– Owszem.

– Co to oznacza? – zapytał prezydent wbrew sobie.

– Pański koniec.

Mellon stał wyprostowany, w postawie żołnierskiej, z głową lekko opuszczoną, jakby otwarcie drwił z niezdolności prezydenta do wstania z sofy. Z płomieni w kominku wypadło syczące polano i obsypało ich iskrami.

– Znam ja sny osobliwsze i jakoby wieszcze, godne tego nazwania, albo inne jeszcze, przedstawiające „dziwną zbieżność”, że wyrażę, tak jak się wyrażają sądów luminarze.1 – Mellon przerwał. – Lord Byron. Uznałem, że to odpowiedni cytat.

Gość skierował się do drzwi.

– Jeszcze nie skończyłem z panem rozmawiać! – zawołał Roosevelt.

Mellon zatrzymał się i odwrócił.

– Będę na pana czekał, panie prezydencie.

I wyszedł.

CZASY

WSPÓŁCZESNE

Rozdział 1

WENECJA, WŁOCHY

PONIEDZIAŁEK, 10 LISTOPADA. GODZINA 22.40

Cotton Malone dał nura na podłogę w chwili, gdy pociski zabębniły o szklaną ścianę. Na szczęście nie roztrzaskała się przezroczysta tafla, która dzieliła pomieszczenie na dwie części. Cotton zaryzykował spojrzenie w głąb rozległego sekretariatu i w półmroku dostrzegł błyski wydobywające się z lufy broni. Szkło między nim a napastnikiem było niewątpliwie szczególnie wytrzymałe; Malone w duchu podziękował za czyjąś zdolność przewidywania.

Miał dość ograniczone możliwości.

O układzie siódmego piętra budynku wiedział niewiele – bądź co bądź był tu po raz pierwszy. Miał potajemnie obserwować dwadzieścia milionów dolarów, upchniętych do dwóch sporych worków, przeznaczonych do transportu do Korei Północnej. Tymczasem doszło do krwawej łaźni: w pobliskim biurze zginęło czterech mężczyzn, a ich zabójca – Azjata o krótkich, ciemnych włosach, w stroju ochroniarza – skierował teraz uwagę na Malone’a.

Agent musiał znaleźć sobie jakąś kryjówkę.

Przynajmniej był uzbrojony w berettę od Magellan Billet i dwa zapasowe magazynki. Możność podróżowania z pistoletem stanowiła przywilej wiążący się z odznaką funkcjonariusza Departamentu Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych. Cotton zgodził się przyjąć to chwilowe zadanie, aby nie myśleć o tym, co wydarzyło się w Kopenhadze, oraz by trochę zarobić – obecnie bowiem całkiem nieźle płacono za pracę szpiega.

Myśl.

Tamten przewyższał go siłą ognia, ale nie inteligencją.

Kontroluj to, co jest wokół ciebie, a będziesz miał wpływ na wynik starcia.

Rzucił się w lewo, w głąb korytarza, po szorstkiej dekoracyjnej posadzce, dokładnie w chwili, gdy kolejna seria unicestwiła wreszcie szklaną ścianę. Minął wnękę, po obu stronach której znajdowały się drzwi do toalety, i biegł dalej. Niedaleko stał samotnie wózek, używany przez sprzątaczki. Cotton dostrzegł półotwarte drzwi do pobliskiego biura, a następnie kobietę w uniformie, kulącą się ze strachu w jego ciemnym wnętrzu.

– Schowaj się pod biurkiem i siedź cicho – wyszeptał po włosku.

Zrobiła, co jej kazano.

Ten cywil mógł stanowić pewien problem. W raportach dla Magellan Billet używali terminu „straty uboczne”. Malone nie cierpiał tego zwrotu. Należałoby przecież powiedzieć, że zginął czyjś ojciec, matka, brat, siostra. Osoby niewinne, które dostały się w ogień krzyżowy.

Azjata pojawi się tu za kilka chwil.

Cotton zobaczył kolejne drzwi do gabinetu i ruszył w kierunku mrocznego pomieszczenia za nimi. Typowe meble biurowe stały w nieładzie. Drugi korytarz prowadził do sąsiedniego pokoju, spod jego półotwartych drzwi sączyło się światło. Szybkie spojrzenie do środka upewniło go, że pomieszczenie wychodzi na hol.

To może się udać.

Jego nozdrza wyczuły zapach roztworu czyszczącego; kilka metrów dalej spoczywał otwarty metalowy kanister, zawierający kilkanaście litrów płynu. Na wózku sprzątaczki Malone zauważył wcześniej paczkę papierosów i zapalniczkę.

Kontroluj to, co jest wokół.

Złapał oba przedmioty, po czym przewrócił metalowy pojemnik.

Na podłogę holu wylał się z bulgotem przezroczysty płyn, pokrywając płytki rzeką zmierzającą w stronę, z której miał nadejść Azjata.

Malone czekał.

Pięć sekund później napastnik, uzbrojony w karabin automatyczny, wyjrzał ostrożnie zza rogu, bez wątpienia ciekaw, gdzie też jego ofiara może się znajdować.

Malone odczekał jeszcze parę sekund, tak by zostać zauważonym.

Ukazał się karabin.

Cotton rzucił się do wnętrza biura. Pociski z donośnym brzękiem zabębniły o wózek. Wcisnął przycisk zapalniczki i podpalił paczkę papierosów. Papier, celofan i tytoń zapłonęły. Raz. Dwa. Rzucił płonący pakiet za drzwi, tam gdzie podłogę holu pokrywał preparat czyszczący.

Rozległ się szum, po czym płyn zajął się ogniem.

Ruch w drugim pomieszczeniu potwierdził wcześniejsze przypuszczenia Malone’a. Azjata schował się tam, uciekając z płonącej podłogi. Zanim nieprzyjaciel w pełni zdał sobie sprawę, co się dzieje, Malone błyskawicznie przebiegł korytarz i rzucił się na faceta.

Karabin upadł z łoskotem.

Prawa ręka Cottona objęła szyję mężczyzny.

Ale jego przeciwnik był silny.

I zwinny.

Dwukrotnie przeturlali się po podłodze, zderzając z biurkiem.

Malone nie zamierzał poluzować chwytu. Jednak Azjata wykonał obrót, a następnie przewrót w tył i zawisł na moment nad głową przeciwnika. Odepchnąwszy Cottona, poderwał się na nogi. Agent gotów był do dalszej walki, lecz nagle „ochroniarz” uciekł z pokoju.

Malone znalazł swój pistolet i zbliżył się do drzwi: serce biło mu mocno, płuca pracowały pełną parą. Na posadzce wciąż tliły się resztki płynu. W holu nie było nikogo, mokre odciski stóp wiodły na zewnątrz. Ruszył ich śladem. Na rogu zatrzymał się i rozejrzał, ale nikogo nie zobaczył. Podszedł do dwóch wind i spojrzał na wyświetlacz ponad nimi: wskaźnik pozycji wskazywał u obu ósemkę – właśnie to piętro, na którym się znajdował. Wcisnął przycisk „w górę” i odskoczył, gotów wystrzelić.

Drzwi się otwarły.

Prawa winda była pusta. W lewej znajdowały się zakrwawione zwłoki, ubrane jedynie w bieliznę. Prawdziwy ochroniarz, domyślił się Malone. Wpatrywał się w wykrzywioną twarz, na której ziały dwie rany. Wyraźnie planowano nie tylko wyeliminować wszystkich zaangażowanych w tę sprawę, ale także jakichkolwiek świadków. We wnętrzu windy zauważył zniszczoną tablicę rozdzielczą. Również druga kabina została unieruchomiona. Pozostały schody.

Malone wszedł na klatkę schodową i nasłuchiwał. Ktoś zmierzał na dach. Cotton rzucił się przed siebie, ale zachowując ostrożność.

Jakieś drzwi się otwarły, a potem zamknęły.

Na samej górze znajdowało się wyjście. Nagle Malone usłyszał wyraźny warkot turbiny startującego helikoptera.

Szarpnięciem uchylił drzwi.

Śmigłowiec stał tyłem, jego ramię i statecznik znajdowały się blisko, kabina wyraźnie odcinała się w ciemnościach nocy. Łopaty wirnika poruszały się szybko, podczas gdy Azjata pospiesznie ładował do helikoptera dwa wielkie worki pieniędzy. Następnie sam wskoczył do środka.

Łopaty zakręciły się jeszcze szybciej, płozy uniosły ponad dach.

Malone otworzył drzwi na całą szerokość.

Smagnął go zimny wiatr.

Strzelać? Nie. Pozwolić im odlecieć? Wprawdzie przysłano go tutaj tylko dla obserwacji, jednak sprawy przybrały zły obrót i teraz powinien zapracować na swoją gażę. Wcisnął pistolet do tylnej kieszeni, zabezpieczył go i ruszył biegiem. Jeden skok i zdołał uchwycić wznoszącą się płozę.

Śmigłowiec wystartował ku ciemnemu niebu.

Dziwne doznanie, lecieć bez osłony przez noc. Malone przywarł mocno do metalowej płozy, trzymając się jej obiema rękoma. Helikopter wznosił się coraz szybciej, co nie ułatwiało mu zadania.

Spojrzał w dół.

Zmierzali na wschód, poza stały ląd, w kierunku morza i wysp. Miejsce, w którym doszło do morderstw, znajdowało się na włoskim wybrzeżu, kilkaset metrów w głąb lądu, w jakimś nieokreślonym biurowcu nieopodal Międzynarodowego Portu Lotniczego Marco Polo. Lagunę otaczały wąskie rozświetlone pasma ziemi, które łącząc się z kontynentem, tworzyły szeroki łuk; w jego centrum leżała Wenecja.

Śmigłowiec odbił w prawo i przyspieszył.

Cotton objął płozę prawym ramieniem, dla pewności.

Przed sobą widział Wenecję, jej wieże i iglice rozświetlone nocą. Poza miastem ze wszystkich stron zalegała ciemność, sugerująca otwarte morze. Jeszcze dalej na wschód leżało Lido, wychodzące na Adriatyk. Malone zaznaczał w myślach to, co znajdowało się pod nim. Na północy światła zdradzały obecność Murano, dalej Burano i wreszcie Torcello. Wyspy wtapiały się w lagunę niczym lśniące błyskotki w oprawę. Przekręcił się wokół płozy i po raz pierwszy zajrzał do wnętrza kabiny.

„Ochroniarz” patrzył na niego.

Helikopter odbił w lewo, zapewne chcąc sprawdzić, czy da się w ten sposób pozbyć nieproszonego pasażera. Ciało Cottona poleciało w tył, a następnie walnęło z powrotem w płozę; trzymał się jednak mocno i znów spoglądał w lodowate oczy. Zobaczył, jak Azjata lewą ręką otwiera przesuwne okienko, w prawej trzymając karabin. Zanim grad pocisków omiótł płozę, Malone zrobił wymach ciałem, wskutek czego znalazł się na drugiej płozie i złapał się jej kurczowo.

W lewą zabębniły pociski. Na prawej Cotton był teraz bezpieczny, jednak bolały go już ręce. Helikopter ponownie zakołysał się na boki, pozbawiając Malone’a resztek sił. Zaczepił o płozę lewą nogę, objął nią metal. Rześkie powietrze wysuszało mu gardło, ledwie oddychał. Z trudem zebrał ślinę, by przełknąć ją w spieczonej krtani.

Musiał coś zrobić, i to szybko.

Zaczął przyglądać się wirnikom, których łopaty cięły powietrze z ogłuszającym staccato turbiny. Wtedy, na dachu, mógł się jeszcze wahać, lecz teraz nie miał już wyboru. Trzymając się mocno lewym ramieniem i nogami, sięgnął za plecy i odpiął guzik tylnej kieszeni spodni. Prawą ręką wyciągnął berettę.

Istniał tylko jeden sposób, żeby zmusić helikopter do zejścia niżej.

Trzykrotnie wystrzelił do hałasującej turbiny, tuż pod piastą wirnika.

Silnik zaczął się dławić.

Z rury wydechowej i wlotu powietrza wykwitły płomienie. Prędkość spadła. Dziób maszyny uniósł się dla utrzymania stabilności lotu.

Malone spojrzał w dół.

Wciąż znajdowali się mniej więcej na trzystu metrach, szybko jednak tracili wysokość, schodząc w sposób w miarę kontrolowany.

Przed sobą widział jakąś wyspę. Jej prostokątny kształt jarzył się rozmazaną poświatą nieco na północ od Wenecji. Znał to miejsce. Isola di San Michele. Znajdowało się na niej tylko parę kościołów oraz wielki cmentarz, gdzie chowano zmarłych od czasów Napoleona.

Znów dławienie silnika.

Nagły trzask.

Z rury wydechowej dobył się gęsty kłąb dymu, smród dwutlenku siarki i płonącej ropy przyprawiał o mdłości. Pilot wyraźnie starał się ustabilizować opadanie, maszyną szarpało w górę i w dół, jej systemy sterowania pracowały z całą mocą.

Przelecieli nad wyspą, bardzo blisko kopuły głównego kościoła. Znajdowali się teraz na wysokości sześciu metrów nad ziemią, wyglądało na to, że sytuacja jest opanowana. Śmigłowiec wyrównał, a następnie zawisł w powietrzu. Turbina pracowała równomiernie. Niżej wszystko było ciemne, ale – myślał Malone – na pewno muszą być tu jakieś znaki lądowiska, choćby z kamieni. W tym mroku trudno cokolwiek zobaczyć. Załoga helikoptera wie przecież, że ciągle mają towarzystwo. Dlaczego zatem lądują? Żeby ponownie wzbić się w powietrze i zrzucić niechcianego pasażera z wysoka.

Powinien był strzelić w turbinę więcej razy.

Teraz nie miał już wyboru.

Malone puścił płozę.

Wydawało mu się, że spada straszliwie długo, lecz o ile dobrze pamiętał, przedmiot spadający swobodnie leci z przyśpieszeniem 9,8 metra na sekundę kwadrat. Sześć metrów pokona mniej więcej w sekundę. Miał nadzieję, że grunt jest miękki i że uda mu się uniknąć kamieni.

Spadł na nogi, uginając kolana dla złagodzenia wstrząsu, po czym odbił się od ziemi i przeturlał. Poczuł nagły ból w lewym udzie. Jakimś cudem nie zgubił pistoletu. Znieruchomiał i spojrzał do góry. Pilot odzyskał już pełną kontrolę nad maszyną. Helikopter manewrował tak, by znaleźć się bliżej. Jeden obrót w prawo i napastnik zyskał doskonały widok w dół. Malone pewnie zdołałby pokuśtykać w bezpiecznie miejsce, nigdzie nie widział jednak dogodnej kryjówki. Znajdował się na otwartym terenie, pośród grobów. Azjata zdawał sobie z tego sprawę, śmigłowiec wisiał na wysokości około trzydziestu metrów. Okienko w helikopterze otworzyło się i napastnik, trzymając karabin automatyczny w jednym ręku, wycelował.

Malone oparł się o ziemię i oburącz uniósł pistolet. W magazynku pozostały najwyżej cztery naboje.

Wykorzystaj je dobrze.

Wycelował w silnik.

Azjata gestem kazał pilotowi się wycofać.

Ale nie zdążyli przed strzałami Malone’a. Jeden, dwa, trzy, cztery pociski.

Trudno powiedzieć, który to sprawił, lecz nagle turbina eksplodowała oślepiającą kulą ognia, jęzory płomieni opadały na ziemię kaskadą żaru pięćdziesiąt metrów dalej. W nagłym rozbłysku Malone dostrzegł setki nagrobków stojących w ciasnych rzędach. Przytulił się mocno do podłoża, osłaniając głowę przy kolejnych wybuchach; gdzieś obok niego eksplodowała pogruchotana masa poskręcanego metalu, ludzkich ciał i płonącego paliwa.

Przyjrzał się tej jatce.

Trzaskające płomienie pochłonęły helikopter, jego pasażerów oraz dwadzieścia milionów dolarów w gotówce.

Ktoś tu będzie bardzo wkurzony.

Rozdział 2

PORT W WENECJI, GODZINA 23.15

Kim Dzong In stał z jednej strony łóżka, trzymając worek z kroplówką. Jego córka Hana obserwowała go ze strony przeciwnej.

– Domyślam się, że widziałaś już coś takiego? – zapytał cicho po koreańsku.

Mówiąc „coś takiego”, miał na myśli demonstrowanie przewagi silniejszego nad znacznie słabszym. O tak, wiedział, że wielokrotnie była tego świadkiem.

– Nic nie powiesz? – rzucił.

Wpatrywała się w niego.

– Widzę, że chyba nie. Gdyby kózka nie skakała, toby nóżki nie złamała. Prawda?

Skinęła głową.

Uśmiechnął się na ten widok, po czym skierował uwagę z powrotem na łóżko. – Wygodnie panu tutaj? – zapytał.

Ale leżący przed nimi stary człowiek nie odpowiedział. Nie mógł. Narkotyk sparaliżował wszystkie mięśnie, ogłuszył nerwy, uwolnił jedynie umysł. Przewód kroplówki, którą trzymał Kim, opadał niczym wąż, łącząc się z żyłą. Kontrolę przepływu umożliwiał mały zawór. Nie istniało najmniejsze niebezpieczeństwo, by ktokolwiek domyślił się, że jeńcowi podano preparat – był cukrzykiem, a kolejny ślad po igle nie wzbudziłby niczyjego zainteresowania.

– Chyba nie ma znaczenia, czy jest mu wygodnie, czy nie – rzekł Kim. – Głupie pytanie. I tak nigdzie stąd nie pójdzie.

Obojętność na jego władczym obliczu była cechą odziedziczoną po ojcu – razem z rzadkimi włosami, nadwagą, potężną głową oraz zamiłowaniem do dekadenckich rozrywek. Jednak w przeciwieństwie do ojca, który objął schedę po swoim ojcu i stał na czele Korei Północnej prawie ćwierć wieku, Kim nie otrzymał takiej szansy.

I to dlaczego?

Bo odwiedził tokijski Disneyland?

Chciało tam jechać dwoje z jego dziewięciorga dzieci. Załatwił więc fałszywe portugalskie paszporty i spróbował się tam dostać. Niestety, spostrzegawczy strażnik graniczny na międzynarodowym lotnisku w Narita przejrzał oszustwo i Koreańczyków zatrzymano. Aby załatwić zwolnienie Kima, ojciec musiał interweniować osobiście u japońskiego rządu.

Co miało swoje następstwa.

Kim został wydziedziczony, znalazł się poza listą następców.

A był najstarszym synem, mającym prawo do przejęcia władzy, jednak teraz całkowicie wypadł z łask. Dwanaście lat temu, gdy ojciec wreszcie zmarł, to przyrodni brat Kima – i to z nieprawego łoża – zajął jego miejsce jako głównodowodzący armii, przewodniczący Komisji Obrony Narodowej, a także najwyższy przywódca Partii Pracy, obejmując całkowite panowanie nad Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną.

Jak brzmiało to przysłowie?

Tylko zły oracz kłóci się z wołem.

Kim rozejrzał się po apartamencie.

Nie tak luksusowy jak jego, dwa pokłady wyżej, ale wciąż sporo ponad przeciętną. Wraz z Haną spędzili dziesięć dni, żeglując statkiem wycieczkowym po Adriatyku i Morzu Śródziemnym; zawijali do portów w Chorwacji, Czarnogórze, na Sycylii i we Włoszech. Ciągle czekali, aż starzec leżący na łóżku wykona wreszcie jakiś znaczący ruch.

Nie wydarzyło się jednak nic szczególnego.

Dlatego teraz, ostatniego wieczoru, gdy statek rzucił kotwicę w Wenecji, a tysiące jego pasażerów zeszło na ląd podziwiać widoki, przyszli złożyć Paulowi Larksowi wizytę. Wystarczyło zapukać do drzwi.

– Panie Larks – powiedział Kim łagodnie – po co wybrał się pan na tę wycieczkę?

– Żeby naprawić krzywdę.

Głos był znużony, ale odpowiedź zdecydowana. Tak działał ten narkotyk. Mózg potrafił wydobyć z siebie tylko prawdę. Umiejętność kłamania zniknęła.

– Jaką krzywdę?

– Którą wyrządził mój kraj.

Kolejną irytującą cechą podania narkotyku było to, że uzyskiwano zwykle odpowiedź tylko na zadane pytanie, samoistnie nikt nie chciał mówić.

– Od kiedy są u pana dokumenty, które mają naprawić krzywdę?

– Od czasów, gdy pracowałem dla rządu. Wtedy je znalazłem.

Człowiek ten służył kiedyś jako podsekretarz w amerykańskim Departamencie Skarbu, niecałe trzy miesiące temu po cichu zmuszono go do rezygnacji.

– To było przed czy po tym, jak przeczytał pan tę książkę?

– Przed.

On także czytał Stan zagrożenia Anana Wayne’a Howella. Wydany własnym sumptem dwa lata temu, bez fanfar i rozgłosu.

– Czy Howell się nie myli?

– Nie.

– Gdzie jest teraz?

– Spotkam się z nim jutro.

– Gdzie?

– Powiedziano mi, że on znajdzie mnie, gdy zejdę ze statku.

– Czy nie miał się pan spotkać z Howellem podczas rejsu?

– Taki był pierwotny plan.

Ciekawa odpowiedź.

– Miał się pan spotkać z kimś innym?

– Z Koreańczykiem. Uznaliśmy jednak, że lepiej nie.

– Kto to jest „my”?

– Howell i ja.

Kim był zaintrygowany.

– Dlaczego?

– Lepiej, jeśli to zostanie między Amerykanami.

Teraz poczuł rozdrażnienie. Przecież on był tym Koreańczykiem.

– Gdzie są te dokumenty, które naprawiają krzywdę?

Od pierwszego dnia rejsu Larks nosił przy sobie skórzaną teczkę marki Tumi. Na pokład. Podczas posiłków. Nie rozstawał się z nią. Teraz jednak nigdzie w apartamencie nie można jej było znaleźć. Hana już go przeszukała.

– Oddałem Jelenie. Podała prawidłowe hasło.

To imię nic Kimowi nie mówiło. Nowy gracz. Ale bardzo chciał wiedzieć.

– Muszę poznać to hasło.

– Mellon.

– Jak ten owoc?

– Nie. Andrew Mellon.

Zrozumiał ironię, zapytał jednak, dlaczego wybrano taki wyraz.

– On był strażnikiem prawdy.

Uwagę tę mógł zrozumieć tylko ktoś, kto przeczytał książkę Howella.

– Kiedy dał pan Jelenie dokumenty?

– Kilka godzin temu.

Nastręczało to niewątpliwie pewnych trudności. Odzyskanie dokumentów stanowiło jeden z powodów, dla których Kim się tu znajdował. Kilka tygodni temu próbował wyciągnąć je od Larksa po dobroci, ale bezskutecznie. Wpadł więc na pomysł, żeby spotkać się z nim na morzu. Rendez-vous takie mogło nie tylko zaowocować zdobyciem dowodów na piśmie, których poszukiwał, lecz także doprowadzić go do samego inicjatora całej sprawy. Anana Wayne’a Howella. Autora Stanu zagrożenia.

– Czy Jelena zna Howella? – zapytał Kim.

– Zna.

– A w jaki sposób dostarczy mu dokumenty?

– Spotka się z nim jutro po zejściu ze statku.

Najwyraźniej sprawy nie poszły zgodnie z planem. Jednakże Kim zakładał, że na tej niebezpiecznej drodze będzie wiele wybojów. Radzenie sobie z dziwnymi osobnikami i desperatami należało do jego zadań.

– Kim jesteś? – spytał nagle Larks.

Koreańczyk spojrzał w dół, na łóżko.

Narkotyk przestawał działać szybciej, niż się spodziewał, lecz przecież dawka była niewielka, tak by stary człowiek mógł się łatwo komunikować.

– Jestem pańskim dobroczyńcą – odpowiedział. – Tym Koreańczykiem. – Nie zamierzał kryć pogardy dla tego określenia.

Larks próbował się podnieść, ale Hana go powstrzymała. Unieruchomienie starca nie wymagało większego wysiłku.

– Rozczarował mnie pan – powiedział Kim.

– Nie mam ci nic do powiedzenia. To amerykański problem. Nie potrzeba nam, żeby tacy jak ty się wtrącali.

– A jednak przyjął pan moje pieniądze. Wybrał się pan na tę wycieczkę, nie słyszałem skarg.

Kim przekręcił zawór, pozwalając, by więcej narkotyku spłynęło w dół. W brązowych oczach Larksa znów pojawiła się mgła.

– Czemu wyłączyliście Koreańczyka? – zapytał.

– Howell uznał, że tak będzie najlepiej. Był podejrzliwy.

– Dlaczego? Przecież ten Koreańczyk jest pańskim przyjacielem.

– Ta krzywda nie ma związku z cudzoziemcami.

– Jaka krzywda?

– Ta, którą wyrządzono Salomonowi, Mellonowi, Howellowi, wszystkim tym ludziom. Sami musimy to rozwiązać. Niestety, taka jest prawda.

Kim zwiększył przepływ leku, tak by Larks całkowicie utracił własną wolę.

– Co jest prawdą? – zapytał.

– Stan zagrożenia.

Znał ten termin z książki, pytanie jednak, czy dotyczył on rzeczywistości, czy też wyłącznie fantazji jakiegoś drugorzędnego pisarza o skłonnościach do teorii spiskowych. Kim gotów był założyć się o własne życie, że chodziło o to pierwsze.

W kieszeni zawibrował mu telefon.

Podał worek z kroplówką Hanie, stojącej z drugiej strony łóżka, i wyjął komórkę.

– Helikopter eksplodował nad laguną – powiedział jakiś człowiek. – Byliśmy zbyt daleko, żeby interweniować, ale widzieliśmy faceta wskakującego na odlatujący śmigłowiec. Płyniemy teraz łodzią na miejsce katastrofy.

– Dwadzieścia milionów dolarów przepadło? – zapytał Kim.

– Na to wygląda.

– Niedobrze.

– Jakbyśmy nie wiedzieli. Nasze honorarium właśnie spłonęło.

Wynagrodzenie tych ludzi wynosiło połowę całej kwoty.

– Ustalcie, co się stało – powiedział Kim.

– Jesteśmy w drodze.

Kolejne problemy. Nie to chciał usłyszeć. Rozłączył się i spojrzał na łóżko, myśląc o wspomnianej przez Larksa kurierce.

– Chyba istnieje sposób, żeby znaleźć tę kobietę – zwrócił się do Hany. – Tę Jelenę.

Oddała mu worek z kroplówką.

– Jutro – mruknął. – Kiedy zjawi się Howell.

Co znaczyło, że Paul Larks nie jest już potrzebny.

Otworzył maksymalnie zawór.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zaginiony rozkaz Zagadka aleksandryjska Wariacka intryga Trzecia tajemnica Przepowiednia dla Romanowów Bursztynowa komnata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer