W objęciach nocy

W objęciach nocy

Autorzy: Sandra Brown

Wydawnictwo: Świat Książki

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 368

Cena książki papierowej: 32.90 zł

cena od: 15.62 zł

Lydia Bryant jest w ciąży. Jej dziecko jest wynikiem gwałtu, a młoda dziewczyna musi uciec przed swoim prześladowcą. Gdy w drodze zaskakuje ją poród, jest bezradna. Nie umie i nie chce pomóc dziecku przyjść na świat. Sama też woli umrzeć. Lydię znajdują dwaj chłopcy, którzy zabierają ją do swojego domu. Ich matka z zaangażowaniem opiekuje się dziewczyną.

W tym samym czasie piękna i elegancka Victoria, ukochana żona Rossa Colemana, rodzi dziecko, ale umiera przy porodzie. Ross musi sam opiekować się z noworodkiem. Mamką małego Lee zostaje Lydia. Dziewczyna cały czas ukrywa prawdę o swojej przeszłości. Przeszłości, która ją odnajduje...

Ross jest zafascynowany Lydią, ale ma dylemat moralny – jego żona zmarła tak niedawno. Poza tym on również skrywa mroczną przeszłość. Czy tych dwoje zaufa sobie na tyle, żeby stworzyć rodzinę?

Sandra Brown – amerykańska pisarka, autorka ponad 70 romansów, a także powieści kryminalnych i historycznych. Jej książki zostały przetłumaczone na ponad 30 języków i wydane w 80 milionach egzemplarzy. W Polsce ukazały się m.in. „Okruchy zła”, „Mistyfikacja”, „Alibi”, „Deadline”, „Tornado”, „Wyrok śmierci”, „Rykoszet”, „Oblężenie”.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Tytuł oryginału

SUNSET EMBRANCE

Wydawca

Agnieszka Koszałka

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Halina Ruszkiewicz

Korekta

Teresa Steinhagen

Ewa Grabowska

By arrangement with Maria Carvainis Agency, Inc. and Prava i Prevodi.

Translated from the English Sunset Embrance.

Copyright © 1985 by Sandra Brown. First published in the United States by Bantam Books, New York, 1985. Reissued editions published by Warner Books, New York, 1990 and 1992

Copyright © for the Polish translation by Phantom Press International/Refren, Gdańsk 1995

Świat Książki

Warszawa 2016

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

MAGiK

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o., Sp. j.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-220-3

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Rozdział pierwszy

Czemu Bóg sprawił, że śmierć jest tak bolesna? – myślała młoda kobieta.

Przycisnęła ręce do wydętego brzucha, gdy przeszył ją kolejny paroksyzm bólu. Kiedy minął, dyszała z wysiłku jak zranione zwierzę, próbując zebrać siły przed następnym atakiem. Nadejdzie na pewno w ciągu paru minut – mimo wszystko nie wierzyła, że umrze, zanim urodzi dziecko.

Drżała. Padał chłodny deszcz, każda kropla kłuła jak cienka igła, przenikając podartą suknię i strzępy bielizny. Łachmany kleiły się do ciała niczym wilgotny całun, ich ciężar przygniatał ją do ziemi równie mocno jak nieustający ból. Przemarzła do szpiku kości, lecz mimo to, po wielu godzinach bolesnego wysiłku, ociekała potem.

Kiedy to się zaczęło? Wczoraj wieczorem po zachodzie słońca. Promieniujący ból krzyża nasilał się, ściskał jej łono żelazną obręczą. Zachmurzone niebo utrudniało określenie pory dnia, lecz prawdopodobnie był już ranek.

Przy kolejnym skurczu próbowała skupić uwagę na fantazyjnym wzorze, jaki tworzyły nad jej głową konary i liście. Po niebie przesuwały się ciężkie chmury, nieczułe na los dwudziestoletniej kobiety, która samotnie leżała w jakimś lesie w stanie Tennessee, wydając na świat owoc swego łona, o którym nie chciała myśleć jako o dziecku ani nawet istocie ludzkiej.

Wtuliła policzek w posłanie z mokrych, zbutwiałych liści. Łzy mieszały się z kroplami deszczu. Dziecko poczęło się w krzywdzie i poniżeniu i nie zasługiwało na to, by urodzić się w innych okolicznościach.

„Dobry Boże, pozwól mi teraz umrzeć” – modliła się, gdy jej ciało spinał kolejny skurcz. Dudnił we wnętrzu jak grzmot, przetaczał się, nabierał rozpędu i rozbijał o ściany jej brzucha, promieniując bólem na całe ciało.

Wczoraj wieczorem starała się nie zwracać na to uwagi i szła, nie zatrzymując się. Gdy spomiędzy jej ud chlusnęła woda, choć tego nie chciała, musiała się położyć. Każdy dzień wędrówki oddalał ją o kolejnych parę mil od ciała, które z pewnością zostało już odkryte. Próbowała się łudzić, że nigdy go nie odnajdą, lecz w gruncie rzeczy nie oczekiwała tak pomyślnego obrotu sprawy.

Bóg niewątpliwie ukarał ją okrutnym cierpieniem za satysfakcję, jaką odczuwała, patrząc na śmierć jednej ze stworzonych przez Niego istot, a także za niechęć, jaką budziło w niej życie, które nosiła w sobie przez dziewięć miesięcy. Choć było to grzeszne pragnienie, modliła się, by nigdy nie ujrzeć dziecka, które teraz rozpaczliwie walczyło o uwolnienie się z jej ciała. Chciała umrzeć pierwsza.

Następny atak bólu był silniejszy od poprzednich i poderwał ją do półsiedzącej pozycji. W nocy, gdy ulewa zniszczyła jej pończochy, zdjęła je i odrzuciła od siebie. Teraz je odnalazła i wytarła nimi mokrą twarz. Dygotała ze strachu i bólu. Uniosła postrzępiony brzeg sukni i ostrożnie włożyła rękę między nogi.

– Och... – zawyła i poczęła szlochać. Jej łono było szeroko rozwarte. Dotknęła palcami główki dziecka. Cofnęła dłoń unurzaną w śluzie i krwi i otworzyła ze zgrozy usta. Jęczała jak w agonii, gdy jej ciało prężyło się, by wypchnąć na zewnątrz istotę, która była mu obca od pierwszego z dziewięciu wspólnie przeżytych miesięcy.

Uniosła się na łokciach, rozstawiła szeroko uda i zaczęła z całej siły przeć. Oczy nabiegły krwią. Bolały zaciśnięte szczęki, przygryzione wargi upodobniły twarz do upiornej maski. W krótkiej chwili spokoju głęboko oddychała. Potem przyszedł kolejny skurcz. I następny.

Krzyknęła, zbierając resztki sił do końcowego wysiłku i napierając całym ciężarem ciała na jedno wąskie, rozdarte miejsce.

Nareszcie była wolna.

Wyczerpana opadła na liście. Oddychała głęboko i cieszyła się teraz, że chłodny deszcz obmywa jej twarz. W gęstym lesie nie słyszało się żadnego dźwięku prócz jej ciężkiego oddechu i spadających z nieba kropli. Cisza była dziwnie niepokojąca. Nie słyszała krzyku dziecka, które przed chwilą urodziła, nie czuła żadnego ruchu.

Usiadła z trudem i podniosła długą spódnicę. Mimo wcześniejszych modlitw krzyknęła z rozpaczy, gdy ujrzała dziecko, przypominające małą, siną kulkę, leżące martwe między jej udami. Pępowina, która dotąd przekazywała mu pożywienie i tlen, stała się narzędziem śmierci, owijając ciasno jego szyję. Narodziny okazały się aktem samobójczym. Dziewczyna pomyślała, że dziecko może wybrało śmierć, czując instynktownie, iż wzgardzi nim własna matka. Wolało umrzeć, niż żyć w poniżeniu.

– Przynajmniej nie będziesz nigdy cierpieć, moje maleństwo – szepnęła.

Położyła się na wilgotnej ziemi i spojrzała w niebo. Czuła, że ma dreszcze i wysoką gorączkę, a myśl o dzieciach, które umierają w łonach matek, doprowadzała ją do obłędu. Pocieszała się tylko, że jej dziecko nie chciało żyć bardziej, niż ona mu tego życzyła, że wolało umrzeć, czego i ona pragnęła.

Powinna modlić się o przebaczenie za uczucie ulgi, jaką przyniosła jej śmierć dziecka, ale była zbyt zmęczona. Bóg na pewno zrozumie. To przecież On doświadczył ją tak wielkim cierpieniem. Czy nie zasłużyła na odpoczynek?

Zamknęła oczy. Deszcz spływał jej po twarzy jak kojący balsam. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek przeżyła chwilę takiego spokoju.

Teraz mogła umrzeć.

– Myślisz, że nie żyje? – powiedział ktoś zachrypniętym z przejęcia młodym głosem.

– Nie wiem – szepnął ktoś drugi, chyba nieco starszy. – Dotknij jej, to się przekonasz.

– Nie chcę. Sam jej dotknij.

Wysoki, szczupły chłopak uklęknął przy leżącej nieruchomo postaci. Ostrożnie, tak jak uczył go ojciec, oparł o drzewo strzelbę, zwracając ją lufą do góry. Ręce mu drżały, gdy wyciągał je w stronę dziewczyny.

– Boisz się, co? – judził młodszy.

– Nie – burknął w odpowiedzi. Chcąc to udowodnić, zbliżył palec wskazujący do górnej wargi dziewczyny, nie dotykając jej jednak. – Oddycha – rzekł z ulgą. – Żyje.

– Czy sądzisz... Jezu, Bubba, ona krwawi...

Bubba cofnął się odruchowo. Jego brat Luke miał rację. Strumyczek krwi utworzył ciemną kałużę, widoczną pod suknią, która ledwie zakrywała kolana dziewczyny. Nie miała na nogach pończoch, jej skórzane buty były popękane, a zniszczone, porwane sznurowadła – powiązane w wielu miejscach.

– Jak myślisz, może ją ktoś postrzelił? Może powinniśmy zobaczyć...

– Wiem, wiem – odparł ze zniecierpliwieniem Bubba. – Zamknij swoją cholerną gębę.

– Powiem Mamie, że używasz brzydkich słów, jeśli...

– Zamknij się! – Bubba spojrzał z irytacją na brata. – Wtedy ja powiem, że zabrudziłeś ziemią wodę do mycia pani Watkins, gdy poskarżyła się, że za bardzo hałasujesz. – Luke umilkł przestraszony, a Bubba znów odwrócił się do dziewczyny i podniósł niepewnie rąbek jej brązowej sukni.

– O Boże! – krzyknął, puszczając materiał i zrywając się na równe nogi. Opadająca tkanina nie przykryła, niestety, martwego ciałka, leżącego między smukłymi udami dziewczyny. Chłopcy patrzyli ze zgrozą na zwłoki dziecka. Z gardła Luke’a wydobył się dziwny dźwięk.

– Niedobrze ci? – spytał Bubba.

– Nie. – Luke z trudem przełknął ślinę. – Nie sądzę – dodał bez przekonania.

– Idź po Mamę. I tatę. Musi ją zanieść do wozu. Trafisz z powrotem?

– Oczywiście. – Luke poczuł się obrażony.

– To idź. Ona przecież w każdej chwili może umrzeć.

Luke przyglądał się bladej twarzy dziewczyny.

– Ładna. Czy znów ją dotkniesz, gdy pójdę?

– Idź! – ponaglił Bubba, patrząc groźnie na brata.

Luke zaczął się przedzierać przez zarośla. Gdy oddalił się na bezpieczną odległość, zawołał:

– Będę wiedział, jeśli spojrzysz tam, gdzie ci nie wolno. Powiem Mamie.

Bubba Langston chwycił szyszkę i cisnął nią w młodszego brata. Upadła blisko celu, lecz Luke zdążył odskoczyć. Gdy znikł z pola widzenia, Bubba klęknął przy dziewczynie. Przygryzł wargę, nim odważył się znów spojrzeć na martwe dziecko. Potem ujął w dwa palce brzeg jej sukni i przykrył zwłoki.

Pot wystąpił mu na czoło, ale nie widząc dziecka, poczuł się lepiej.

– Proszę pani – szepnął. – Czy pani mnie słyszy? – Ostrożnie dotknął jej ramienia. Jęknęła i niespokojnie poruszyła głową.

Nigdy nie widział takich pięknych włosów. Choć ubłocone i pełne mokrych liści, wyglądały bardzo ładnie i miały niezwykle oryginalną barwę – coś pośredniego między rudością i brązem.

Zdjął z szyi zawieszoną na skórzanym rzemyku butelkę i otworzył ją.

– Chce pani pić? – Przytknął butelkę do warg dziewczyny i wylał parę kropel. Wysunęła język i zlizała je łapczywie.

Bubba patrzył urzeczony, jak otwiera oczy i półprzytomna spogląda na niego. Klęczący chłopak wyglądał na jakieś szesnaście lat. Miał tak jasne włosy, że wydawały się jej białe. Czy był aniołem? Może trafiła już do nieba? Jeśli tak, nie było lepsze od ziemi. Takie samo niebo, drzewa, zalany deszczem las. Ten sam ból między udami. Jednak żyje! „Nie, nie, chłopcze, idź stąd. Chcę umrzeć”. Znów zamknęła oczy i straciła przytomność.

Bubba, czekając na rodziców, usiadł bezradnie pod drzewem i nie spuszczał oczu z twarzy dziewczyny, bojąc się, że może umrzeć. Wreszcie usłyszał, że nadchodzą.

– Co się stało, synu? Luke bredzi o jakiejś dziewczynie – powiedział Zeke Langston.

– Widzicie, mówiłem wam. – Luke podekscytowany wskazał na leżącą postać. – To ona.

– Odejdźcie na bok i pozwólcie mi ją obejrzeć. – Mama niecierpliwym ruchem odsunęła mężczyzn i kucnęła przy młodej kobiecie. Odgarnęła z jej policzków pozlepiane błotem włosy. – Jaka ładna. Co ona robi na tym odludziu?

– Tu jest dziecko, Mamo.

Mama Langston spojrzała na Bubbę, a potem na męża, dając mu znak, by zajął czymś chłopców. Gdy odwrócili się plecami, uniosła wysoko suknię dziewczyny. Wiele w życiu widziała, lecz ten widok był wyjątkowo przykry.

– Boże miłosierny – wymamrotała. – Zeke, pomóż mi tutaj. A wy biegnijcie do wozu i powiedzcie Anabeth, by przygotowała posłanie. Rozpalcie ognisko i postawcie garnek wody, żeby się zagotowała.

Rozczarowani, że ominie ich to, co najciekawsze, zaprotestowali jednogłośnie.

– Ale, Mamo...

– Powiedziałam. – Bojąc się gniewu matki, chłopcy, powłócząc nogami, odeszli do obozu, w którym podróżni z karawany odpoczywali, korzystając z niedzieli.

– Nie jest dobrze, prawda? – spytał Zeke, klękając obok żony.

– Nie. Najpierw trzeba wyjąć łożysko. Tak czy inaczej, może dostać zakażenia i umrzeć.

W milczeniu zakrzątnęli się przy nieprzytomnej dziewczynie.

– Co mam z tym zrobić? – spytał Zeke. Włożył łożysko wraz z martwym dzieckiem do brezentowego worka i zaciągnął rzemienie.

– Pochowaj. Ona na pewno nie będzie miała w najbliższych dniach dość sił, by odwiedzić grób. Oznacz miejsce, gdyby chciała tu kiedyś przyjść.

– Przykryję grób kamieniami, by nie rozgrzebały go zwierzęta – odrzekł z powagą Zeke i zaczął kopać w grząskiej ziemi małą łopatką, którą z sobą przyniósł. – Co z nią? – spytał, gdy skończył i wytarł ręce w chustkę.

– Ciągle krwawi, ale opatrzyłam ją. Nic więcej nie możemy zrobić. Zaniesiesz ją do wozu?

– Jeśli pomożesz mi ją podnieść.

Dziewczyna oprzytomniała i próbowała się bronić, gdy Zeke podniósł ją, biorąc pod kolana i plecy. Po chwili jej ramiona opadły i znów straciła przytomność.

– Ma dziwne włosy – zauważył.

– Nigdy nie widziałam takiego koloru – odrzekła Mama, zbierając rzeczy. – Pośpieszmy się, bo znów zaczyna padać.

*

Paliło ją między udami. Miała wyschnięte gardło. Całe ciało płonęło i sprawiało ból. Mimo to czuła, że jest jej wygodnie, ciepło i sucho. Może wreszcie znalazła się w niebie? Czy ten jasnowłosy chłopak pozwolił jej umrzeć i teraz jest taka spokojna i bezpieczna? Ale w niebie podobno nie odczuwa się bólu.

Otworzyła oczy i ujrzała nad sobą biały sufit. Na skrzyni obok jej łóżka stała paląca się lampka. Wyciągnęła nogi na tyle, na ile pozwalał jej ból, i poczuła, że leży na miękkim posłaniu. Miała na sobie białą nocną koszulę. Niespokojnie przesunęła dłońmi po ciele, które wydało jej się obce. Wtedy uświadomiła sobie, że ma płaski brzuch.

Opadły ją koszmarne wspomnienia. Strach, ból, upiorny widok martwego dziecka, które leżało sine i zimne między jej nogami. Rozpłakała się.

– Już dobrze, uspokój się. Płaczesz przez sen od wielu godzin.

Dłoń, która otarła łzy z jej policzka, była szorstka i spracowana, lecz jej dotknięcie sprawiło taką samą przyjemność, jak pełen troski głos.

– Czy chcesz trochę bulionu? Zrobiłam go z królika, którego chłopcy upolowali rano, nim ciebie znaleźli. – Omal nie zakrztusiła się gęstym rosołem, który kobieta podała jej na łyżce. Smakował jej. Była głodna.

– Gdzie jestem? – spytała.

– W naszym wozie. Nazywam się Mama Langston. Moi chłopcy znaleźli cię w lesie, pamiętasz? Okropnie ich wystraszyłaś. – Zachichotała. – Luke biega wokoło i wszystkim o tym opowiada. Czy mówiłam ci już, że jedziemy do Teksasu?

Za dużo było tych nowin, by mogła je ogarnąć myślą jednocześnie, więc skupiła się na przełykaniu rosołu. Napełnił jej żołądek przyjemnym ciepłem. Uciekała od paru tygodni, tak bojąc się pościgu, że z wyjątkiem kilku dni nie korzystała z żadnego schronienia, tylko spała pod gołym niebem i żywiła się owocami, które zbierała w lesie.

Koścista twarz pochylonej nad nią kobiety była surowa, ale sympatyczna. Rzadkie szarobrązowe włosy tworzyły na karku ciasno zwinięty węzeł. Kobieta była masywna, wielkie piersi sięgały do szerokiej talii. Nosiła czystą, lecz spłowiałą perkalową suknię. Z licznymi zmarszczkami na twarzy kontrastowały zaróżowione jak u młodej dziewczyny policzki. Miało się wrażenie, że jakiś łaskawy bóg, obejrzawszy swoje dzieło, uznał, że jest zbyt chropawe, i pomalował na różowo policzki, aby złagodzić surowość rysów.

– Najadłaś się? – Dziewczyna skinęła głową. Kobieta odstawiła garnek z rosołem. – Chciałabym wiedzieć, jak się nazywasz – powiedziała niepewnie, jakby obawiając się, że pytanie może być uznane za drażliwe.

– Lydia.

– Ładnie, ale to chyba nie wszystko? Kim są twoi bliscy?

Dziewczyna odwróciła głowę. Przypomniała sobie twarz matki; piękną i młodą, ale bladą, pozbawioną wyrazu twarz kobiety umierającej z rozpaczy.

– Tylko Lydia – odrzekła spokojnie. – Nie mam rodziny.

Mama zastanawiała się przez chwilę nad tymi słowami, po czym wzięła dziewczynę za rękę i lekko nią potrząsnęła. Gdy Lydia znów na nią spojrzała, próbowała dalej:

– Urodziłaś dziecko. Gdzie jest twój mąż?

– Nie żyje.

– Och, co za nieszczęście!

– Nie. Cieszę się, że umarł.

Mama Langston była wstrząśnięta, lecz z uwagi na stan zdrowia dziewczyny powstrzymała się od komentarzy.

– Co robiłaś sama w lesie? Dokąd szłaś? – Lydia wzruszyła ramionami.

– Donikąd. Przed siebie. Chciałam umrzeć.

– Bzdura. Nie pozwolę ci umrzeć. Jesteś na to zbyt ładna. – Mama poprawiła koc, chcąc ukryć zmieszanie, w jakie wprawiła ją ta dziwna dziewczyna.

Budziła współczucie. Na bladej, widocznej w świetle lampy twarzy wypisane było nieszczęście.

– Pochowaliśmy twojego synka w lesie. – Lydia zamknęła oczy. Chłopiec. Nie zwróciła na to uwagi, gdy jedyny raz spojrzała na dziecko. – Jeśli chcesz, możemy zaczekać parę dni, aż poczujesz się dość silna, by odwiedzić grób.

Gwałtownie potrząsnęła głową.

– Nie. Nie chcę. – Z jej oczu znów płynęły łzy.

Mama pogłaskała jej dłoń.

– Wiem, jak cierpisz. Urodziłam dziewięcioro dzieci, pochowałam dwoje. To najgorsze zajęcie dla kobiety.

Nieprawda, pomyślała Lydia. Czasami kobieta jest zmuszona zrobić coś znacznie gorszego.

– Spróbuj znowu zasnąć. Mogłaś się przeziębić, leżąc na mokrej ziemi. Zostanę z tobą.

Lydia spojrzała na pełną współczucia twarz. Nie potrafiła się jeszcze uśmiechnąć, lecz jej oczy złagodniały.

– Dziękuję.

– Zdążysz mi jeszcze podziękować, gdy wyzdrowiejesz.

– Nie zostanę z wami. Muszę... iść.

– Nieprędko będziesz mogła pójść dokądkolwiek. Możesz zostać z nami, jak długo zechcesz. Do samego Teksasu.

Chciała oponować. Nie pasowała do tych prostych, uczciwych ludzi. Gdyby wiedzieli o niej i o... Zamknęła oczy i usnęła.

Obmacywał ją. Otworzyła usta do krzyku, lecz zamknął je brudną, spoconą dłonią. Drugą ręką rozdarł jej koszulę. Gniótł piersi wstrętnymi, lepkimi palcami, czerpiąc radość z zadawania bólu. Zatopiła zęby w jego dłoni, za co ukarał ją uderzeniem w twarz.

– Nie walcz ze mną, bo powiem o nas twojej matce. Chyba nie chcesz, by wiedziała, co robimy? To by ją wykończyło. Pewnie umarłaby, wiedząc, że zrobiłem ci dziecko, co?

Nie, matka nie mogła się o tym dowiedzieć. Ale nie pozwoli, by znów to zrobił. Rozchylił siłą jej uda, boleśnie wbijając palce w ciało. Znowu próbował w nią wejść. Gdy przeorała mu twarz paznokciami, roześmiał się.

– Mogę to robić ostrzej, jeśli chcesz – zadrwił.

Broniła się.

– Nie, nie – łkała. – Przestań. Nie...

– Co z tobą, Lydia? Zbudź się, to tylko zły sen.

Łagodny głos wdarł się w senny koszmar i przywrócił ją do rzeczywistości. Znów była w wygodnym wozie Langstonów.

Ból, jaki teraz odczuwała, był następstwem niedawnego porodu, a nie gwałtu Clanceya. Boże, jak będzie mogła żyć ze wspomnieniem tej hańby? Urodziła spłodzone przez niego dziecko i nie widziała już dla siebie miejsca na tym świecie.

Mama Langston tak nie myślała. Gdy Lydia przerażona sennym koszmarem chwyciła rękawy jej znoszonej sukni, starsza kobieta przytuliła głowę dziewczyny do swej obfitej piersi, szepcząc uspokajające słowa.

– To tylko sen. Masz gorączkę i majaczysz, ale nic ci nie grozi, dopóki jesteś ze mną.

Lydia odprężyła się. Clancey nie żył. Widziała, jak leżał martwy, a krew z rany na głowie zalewała jego wstrętną twarz. Już nigdy jej nie dotknie.

Z wdzięcznością oparła głowę o pierś Mamy. Gdy zasypiała, kobieta ułożyła ją z powrotem na twardej poduszce, która zdawała się być miękka jak z puchu. Przez ostatnie miesiące spała tylko na posłaniu z liści i igieł. Parę razy nie miała tego szczęścia i zasnęła oparta o pień drzewa.

Zapadła w czarną, aksamitną niepamięć, a Mama Langston wciąż trzymała ją za rękę.

*

Następnego dnia zbudziło ją kołysanie wozu. Garnki i patelnie dzwoniły w rytm obrotów kół. Skrzypiały rzemienie końskiej uprzęży, a ich metalowe okucia pobrzękiwały wesoło. Mama powoziła, punktując każde wydane koniom polecenie trzaśnięciem bata. W podobnym tonie prowadziła rozmowę z jednym ze swoich dzieci, napominając je i zarazem udzielając rad.

Lydia poruszyła się na łóżku i nieznacznie odwróciła głowę. Obok siedziała jasnowłosa dziewczyna, przyglądając się jej ciekawie wielkimi, niebieskimi oczami.

– Mamo, zbudziła się! – krzyknęła. Lydia drgnęła, słysząc ten niespodziewany okrzyk.

– Zrób, co ci kazałam! – zawołała w odpowiedzi Mama. – Nie możemy się teraz zatrzymać.

Dziewczyna zwróciła się do zdumionej Lydii.

– Nazywam się Anabeth.

– A ja Lydia – odrzekła zachrypniętym głosem. Gardło miała obolałe i wyschnięte.

– Wiem. Mama powiedziała nam to przy śniadaniu i zwróciła uwagę, byśmy nie nazywali cię „dziewczyną”. Jesteś głodna?

Lydia wahała się przez chwilę.

– Nie. Chce mi się pić.

– Mama mówiła, że będziesz miała pragnienie, bo gorączkujesz. Przyniosłam ci wodę i herbatę.

– Najpierw woda. – Lydia wypiła do dna zawartość kubka. Była zdziwiona, że kosztowało ją to tyle wysiłku. – Herbatę wypiję później.

Langstonowie wypełniali obowiązki pielęgniarskie bez najmniejszego skrępowania. Zawstydziła się, gdy Anabeth wsunęła pod jej pośladki basen, po czym wychyliła się z jadącego wozu i wylała jego zawartość na ziemię.

Gdy w południe karawana zatrzymała się, by ludzie i zwierzęta mogli odpocząć, Mama zmieniła Lydii podkład.

– Nie krwawisz już tak mocno. Nieźle się goi, ale będzie cię jeszcze bolało przez parę dni.

Choć Mama traktowała te sprawy zupełnie naturalnie, Lydia była zakłopotana, że stała się przedmiotem takich zabiegów. Cieszyła się, że ostatnie dziesięć lat nie zabiło w niej resztek wstydu i skromności. Widocznie matka wpoiła w nią to, zanim przeniosły się na farmę Russellów. Wiedziała, że ludzie traktują ją jak śmieć, tak samo jak jej gospodarzy. Gdy szli do miasta, co na szczęście nie zdarzało się często, obrzucano ich wyzwiskami. Nie rozumiała wszystkich słów, lecz wyczuwała obraźliwy ton, jakim były wypowiadane, i bała się go.

Nieraz miała ochotę krzyknąć, że ona i matka nie mają nic wspólnego z Russellami. Ale kto uwierzyłby brudnej, obdartej, bosej dziewczynie? Wyglądała równie nędznie jak Russellowie i wyśmiewano ją na równi z nimi.

Jednak chyba nie wszyscy ludzie osądzali innych tak pochopnie. Na przykład Langstonowie. Nie przeszkadzało im brudne, podarte ubranie, jakie miała na sobie. Nie potępiali jej za nieślubne dziecko, lecz traktowali z szacunkiem.

Nie czuła się tego godna, choć bardzo by chciała. Lata upłyną, nim pozbędzie się piętna, jakim naznaczyli ją Russellowie, ale pozbędzie się go na pewno, choćby miało ją to kosztować życie.

Tego dnia poznała całą rodzinę Langstonów. Chłopcy, którzy ją znaleźli, nieśmiało wsunęli głowy do środka, gdy matka przedstawiała ich Lydii.

– To mój najstarszy, Jacob, ale wszyscy nazywają go Bubba. A to Luke.

– Dziękuję wam za pomoc – rzekła cicho. Nie miała już do nich żalu, że uratowali jej życie. Nie wydawało się tak ponure, odkąd pozbyła się Clanceya.

Jasnowłosi chłopcy zarumienili się po uszy i wymamrotali:

– Bardzo nam miło.

Anabeth była wesołą i towarzyską dwunastolatką. Marynell, Samuel i Atlanta przyszli na świat rok po roku. Najmłodszy, Micah, miał trzy lata.

Zeke zdjął z łysiejącej głowy kapelusz i powiedział:

– Cieszę się, że jest pani z nami, panno... mmm... Lydio. – Uśmiechnął się i zauważyła, że ma z przodu tylko dwa zęby.

– Przepraszam, że sprawiłam tyle kłopotu.

– Żaden kłopot – odrzekł z przekonaniem.

– Odejdę, gdy będę miała dość sił. – Nie wiedziała, dokąd pójdzie i co będzie robić, ale nie chciała zostać na utrzymaniu rodziny, w której było już dość osób do wyżywienia.

– Nie myśl teraz o tym. Wracaj szybko do zdrowia, a potem zobaczymy.

Wszyscy Langstonowie zdawali się myśleć podobnie. Ale inni podróżni z karawany z pewnością plotkowali o niezamężnej dziewczynie, którą znaleziono w lesie po urodzeniu martwego dziecka. Mama nie wpuszczała gości, którzy przychodzili pytać o „biedną, nieszczęśliwą dziewczynę”. Mówiła tylko, że wkrótce powinna wyzdrowieć i wtedy będą mogli ją zobaczyć.

Pewnej nocy zbudziło Lydię stukanie do wejścia wozu. Usiadła gwałtownie na posłaniu, ściskając koszulę na piersiach, pewna, że Clancey ożył i przyszedł tu po nią.

– Lydia, uspokój się – powiedziała Mama, pomagając jej położyć się z powrotem.

– Mama Langston! – zawołał niecierpliwy męski głos.

– Do diabła, dlaczego hałasujecie? – mruknął ze złością Zeke. On i chłopcy spali w zawieszonych pod wozem hamakach.

– Victoria rodzi. Czy Mama może do niej przyjść? – Niski, gardłowy głos był pełen niepokoju. – Bóle zaczęły się po kolacji. Na pewno to już poród...

Mama rozsunęła zasłaniające wejście płachty brezentu.

– Pan Coleman? Mówi pan, że żona rodzi? Nie sądziłam, że to już...

– Ja też nie. Ona... – W głosie mężczyzny brzmiała rozpacz. – Bardzo cierpi. Czy przyjdzie pani?

– Już idę. – Mama sięgnęła po buty i włożyła je pospiesznie.

– Śpij spokojnie, Lydia – rzekła łagodnym głosem, który kontrastował z jej szybkimi ruchami. – Anabeth zostanie z tobą. Przybiegnie po mnie, gdybyś czegoś potrzebowała. – Otuliła ramiona wełnianą chustą. – Będziemy mieli jeszcze jedno dziecko.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przekręt Spięcie Następny świt W objęciach nocy Okruchy zła Mistyfikacja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer