Śmierć Achillesa

Śmierć Achillesa

Autorzy: Boris Akunin

Wydawnictwo: Świat Książki

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 304

cena od: 11.10 zł

Czwarta z kolei powieść o przygodach Fandorina. Po sześcioletnim pobycie w Japonii, detektyw wraca do Moskwy. Przywozi ze sobą skośnookiego służącego Masę i wiele niezwykłych umiejętności, jak wschodnie techniki panowania nad ciałem i duchem. Wszystko to przydaje mu się w śledztwie dotyczącym tajemniczej śmierci generała Sobolewa, dawnego kompana z wojny rosyjsko-tureckiej... Jak zawsze kapitalnej intrydze towarzyszy frapująco odmalowany, pełen zaskakujących szczegółów obraz carskiej Rosji końca XIX wieku.

Tytuł oryginału

THE PISSED-OFF PARENT’S CLUB

Redaktor prowadzący

Monika Koch

Redakcja

Edyta Domańska

Redakcja techniczna

Julita Czachorowska

Korekta

Beata Paszkowska

Agnieszka Mocarska

Wszystkie postacie, w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy martwych – jest całkowicie przypadkowe.

Copyright © 2010 by Michaela Kapferer

Copyright © for the Polish translation by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Copyright © for the ebook edition by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Świat Książki

Warszawa 2011

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-247-2696-7

Nr 45118

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

Dedykacja

Motto

1

2

3

4

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Mamie i tacie

Nie jest nam lekko, gdyż mamy dzieci – w domu bałagan, dzieciaki drą się bez przerwy…

Aż w końcu pewnego wieczoru [mój mąż]

nie wytrzymał, pieprznął to wszystko

i ruszył do pubu. Powiedziałam mu wtedy:

„Co ty sobie, do jasnej cholery, wyobrażasz?

Masz tu siedzieć i zajmować się nimi!”.

Jo Brand

Live at the Apollo, 2008

1

– Dupa blada – klnę. Przednie kółko okazyjnie kupionego wózka Joey znowu się zakleszczyło, tym razem w wyrwie przed wejściem do sklepu Oxfam. Właśnie kupiłam małej granatową bluzę Umbro (za bezcen – jeden funt!), w której jeszcze bardziej przypomina chłopca. Ponieważ nie ubieram jej od stóp do głów na różowo ani nie wkładam na jej łysawą główkę plastikowych diademów lub cukierkowych czapeczek, często bywa mylona z chłopcem. Po prostu pyzaty chłopczyk w granatowym ubranku. Ale, do licha, jest chłodno, mała ma paskudny katar, a ja zapomniałam wziąć dla niej sweterek. Joey nie wchodzi już w ubrania stosowne do jej wieku, nosi rzeczy dla dwulatki, choć ma dopiero dziesięć miesięcy.

Kiedy tak szamoczę się z wózkiem, próbując go odblokować – Joey obija się przy tych manewrach o jego boki jak piłka – wydaje mi się, że rozpoznaję kobietę pchającą swój wózek w naszym kierunku. No tak, widziałam ją wczoraj w przychodni. Obie jednocześnie rozbierałyśmy na przewi jaku nasze dzieci, żeby je zważyć. Wtedy też miała taką kwaśną minę.

– Jaki wspaniały chłopak! – zaświergotałam, starając się, aby w moim głosie brzmiał szczery zachwyt. Bez wątpienia był to chłopiec, ale żeby zaraz wspaniały? Przesada. Ty – powe dziecko, w najlepszym razie. Zwykle jednak takie zachwyty najlepiej przełamują lody, bo większość mam cieszy się, kiedy obcy ludzie chwalą urodę ich pociech. Wyjątkowo ta mamuśka o skwaszonej minie nie dała się podpuścić.

– Jak ma na imię? – spróbowałam znowu, ale już z mniejszym entuzjazmem.

Wymamrotała coś niezrozumiałego, nie podnosząc głowy.

– Naprawdę uroczy! – zauważyłam wylewnie.

Joey była ważona pierwsza.

– Czternaście kilo – oznajmiła pielęgniarka.

– O rany! – Zdjęłam małą z wagi i przeniosłam na przewi jak. – Dużo jak na dziesięciomiesięcznego dzieciaka?

– Cóż, to przeciętna waga dwulatka. – Pielęgniarka wręczyła mi czerwoną książeczkę zdrowia dziecka i skierowała wzrok na posępnego bachora Kwaśnej Cytryny. Jaka matka, takie dziecko.

– Koniec skrzydełek z KFC, wielkoludzie – zażartowałam na głos.

Rozejrzałam się po twarzach innych matek w poczekalni, ale napotkałam jedynie zbiorowe potępienie. Dałabym głowę, że jeden z dzieciaków cmoknął na mnie z dezaprobatą. Szybko ubrałam Joey i wybyłam z przychodni.

Dwa miesiące temu, po pięciu tygodniach spędzonych u mojej przyjaciółki Charlie w Bath i u moich rodziców w Londynie, wprowadziliśmy się do małego domu na dosyć podejrzanym krańcu Riverside w hrabstwie Berkshire, malowniczego miasteczka, idealnego na scenerię Morderstw w Midsomer. Od tamtej pory rozpanoszyli się u nas budowlańcy, pozorując prace remontowe.

Boże, wolałabym nigdy nie wyprowadzać się z Londynu! Szkoda mi było naszego mieszkania na najwyższym piętrze wiktoriańskiego domu – z wieżyczką, a jakże – w zadrzewionym Chiswick. To Jack, mój chłopak (a właściwie narzeczony, choć równie dobrze może w każdej chwili zmienić status na eks), wywabił mnie z Londynu. Pamiętam dokładnie, co napisał pewnego wieczoru na odwrocie koperty w jedynym stylu, jaki rozumiem (dopasowując się do mojego poziomu) – po prostu sporządził listę wszystkich za i przeciw.

DLACZEGO WYPROWADZKA NA WIEŚ BĘDZIE WSPANIAŁA:

1. Żadnych przestępstw.

2. Żadnych syren, autobusów piętrusów i pędzących po ulicach ciężarówek.

3. Budzą cię ptasie trele.

4. Koniec z chrapaniem, dzięki świeżemu, wiejskiemu powietrzu, i koniec z paleniem.

5. Przyjazne nastawienie (mieszkańców, nie pubów, choć to też prawdopodobne).

6. Tańsze, świeższe jedzenie.

7. Wiejski piec.

8. Dalekie spacery, więcej aktywności, życie bez tytoniowego dymu.

9. Zaledwie sto kilometrów od Londynu – będziesz mogła spokojnie odwiedzać rodziców albo przyjaciół.

1. Wysoki wskaźnik przestępczości.

2. Wysoki wskaźnik zanieczyszczenia powietrza i hałasu (warczące piętrusy i syreny).

3. Przyjaciele nigdy nas nie odwiedzają.

4. Łatwo dostępne jedzenie na wynos, a od tego się tyje. Na wsi czegoś takiego nie ma, więc mamy szansę schudnąć. Bezcenne!

5. Tu nie stać nas na bywanie w restauracjach, teatrach, na koncertach, balecie ani w operze. A nawet jeśli nas stać, to i tak nigdzie nie chodzimy. Na wsi będziemy mogli zaoszczędzić na takich rozrywkach, a jak już się wybierzemy, będzie wielkie halo.

Kupiłam to. Jack miał rację. W Londynie nikt do nas nie wpadał, nie chodziliśmy do teatru, a operę oglądaliśmy tylko na DVD. I choć tata ostrzegał, że na prowincji wcale nie będzie nam lepiej („Stracicie wszystkich przyjaciół! Pociąg zamiast metra? Zapomnij!”), to Jack z zapałem promował wizję lepszego, prostszego życia. Nie sprzeciwiałam się zanadto; liczyłam, że będę mogła zawsze wyskoczyć z Joey do Londynu, że wszyscy schudniemy, zajadając się ekologicznymi owocami z własnego sadu, że będę używać rustykalnych sprzętów kuchennych Cath Kidston, a do piecyka rękawic porozrzucanych po całej naszej wielkiej kuchni w wiejskim stylu. W toalecie będą stały wiklinowe kosze z zapasem rolek papieru toaletowego, z dębowego sufitu w kuchni będą zwisały mosiężne rondle i patelnie, a także pęki ususzonej lawendy i sznury czosnku. Joey nabierze rumieńców i zmieni się w zdrowe, słodkie, pełne wigoru i śliczne dziecko, gdyż wreszcie będzie mnie stać, żeby wystroić ją w ubranka z kolekcji Mini Boden, w których będzie wyglądała jak modelka z katalogu.

Nic z tej wizji się nie sprawdziło – poza wiejskim piecem. Nie myślcie jednak, że chodzi o okaz typu Aga czy Rayburn, nic z tych rzeczy. To po prostu niewielki piecyk, do tego pokryty teraz warstwą gipsu i brudu i powgniatany od odłamków gruzu spadających z sufitu przy okazji robót na piętrze.

A więc zgodziłam się na przeprowadzkę. Prawdę mówiąc, nie miałam wyboru – w żaden sposób nie stać nas było na pokrycie skandalicznie wysokiej raty kredytu hipotecznego wyłącznie z pensji Jacka – a ja prędzej padłabym trupem, niż zdecydowałabym się na pełny etat po przyjściu na świat naszej pięknej, niebieskookiej dziewczynki.

Ojej, czy naprawdę tak powiedziałam o Joey? Dziwne, bo kiedy na nią patrzę, widzę dziecięce wcielenie Benny’ego

Hilla o pucołowatych policzkach, które pęcznieją niczym dwa półksiężyce pod ciemnoszarymi oczami, kiedy się śmieje. Ale może to ja ją tak odbieram? Albo może mała wyrasta na chłopca, stosownie do swojego imienia? Zawsze uważałam, że skracanie żeńskich imion do męskich form jest super. Jo od Josephine, Sam od Samanthy, Charlie od Charlotte, Frankie od Franceski, Stevie od Stephanie – brzmią konkretnie i słodko, przebojowo i efektownie. Prawdopodobnie więc to moja wina (a co nią nie jest?), że w przypadku Joey wyłania się sporna kwestia płci.

W rezultacie zmagam się teraz z tandetnym wózkiem przed sklepem organizacji dobroczynnej, strojąc kretyńskie miny.

– Pewnie rozwaliła się ośka! Jak zwykle – prycham do nadchodzącej naburmuszonej mamuśki. Pcha taki sam wózek jak ja, więc, jak rozumiem, też jest zwolenniczką tanich zakupów internetowych. Pewnie zaraz wdamy się w pogawędkę. Mam nadzieję, że zdobędzie się na uśmiech, choćby nawet krzywy, zatrzyma się i pomoże mi, a potem razem ruszymy dalej, kontynuując żartobliwą rozmówkę – jak mama z mamą – na temat gównianych wózków, gównianych dzieci, dziecięcych gówienek, pogody i tego typu pierdół.

Ale nie, nic z tych rzeczy. Żadnej reakcji, ani śladu zainteresowania. Kwaśna Cytryna po prostu mija nas z kamienną twarzą i martwym spojrzeniem utkwionym w dali. Czuję się wykluczona niczym Dolly Parton w filmie Za pięć dziewiąta – w scenie, w której mówi do męża coś w rodzaju: „Nie rozumiem, okazuję tyle serca, na ile tylko mnie stać, a i tak nikt nie chce ze mną rozmawiać”. Zastanawiam się, na ile trzeba się wysilić w tej zapadłej dziurze, żeby zasłużyć sobie choć na odrobinę życzliwości tubylców.

W końcu wydobywam kółko wózka z wyrwy i udajemy się do lokalnego marketu Słoneczna Farma w szykownej dzielnicy Riverside, żeby zakupić żółtą paprykę dla Joey, mielone mięso i kostki bulionowe dla Jacka, a dla mnie paczkę marlboro lights. Swoją kulinarną specjalność o nazwie Zmokły Pies Jack przyrządza (głównie kiedy ma kaca) z oleju roślinnego, mielonego mięsa wołowego i dwóch kostek wołowych. Żadnych cebuli, czosnku, pomidorów ani nawet soli. Ta wstrętna breja śmierdzi mokrym psem, stąd nazwa. Jack i Joey uwielbiają to danie.

Jesteśmy daleko od domu, w Cowslip Crescent, mogę więc sobie zapalić bez spojrzeń wścibskich gapiów. Zawsze wygłaszam do słuchaczy (czyli głównie do siebie) wyjaśnienie, że wybieramy dłuższą drogę po to, żeby dziecko nie wdychało spalin na ulicy. Ale tak naprawdę chodzi o ukradkowego sztacha bez narażania się na osąd mijających mnie kierowców z dziecięcymi fotelikami na pokładzie.

Wiem, wiem. To wygląda okropnie – rączka wózka w jednej ręce, a papieros w drugiej – sama gromiłam palące matki, kiedy byłam w ciąży. Samolubne krowy! I te niewinne biedactwa duszone skażonymi nikotyną rękami własnych matek! Ale wiecie, jak jest: nałóg to nałóg. Tak czy inaczej, rzucam palenie w poniedziałek.

Joey ma gorączkę i biadoli żałośnie.

– W porządku, maleńka – pocieszam ją kojącym tonem. – Wkrótce będziemy w domu, zjemy coś, wykąpiemy się i zafundujemy sobie długie, słodkie spanko.

Nie daje się nabrać – płacz przechodzi w szloch. Wyrzucam niedopałek w obawie, że jakiś mieszkaniec tej mieściny oskarży mnie, że wędzę dziecko w papierosowym dymie. Co nie jest dalekie od prawdy. Zaczyna padać, a ja, jak można się było spodziewać, nie zabrałam ochronnej folii na wózek.

– Och, Joey, nie denerwuj się, dobrze?

Joey siedzi na podłodze i wrzeszczy wniebogłosy. Ja siedzę na kanapie, z głową w dłoniach, i też ryczę. Obie zasko czone podnosimy głowy, słysząc zgrzyt klucza w zamku. Na widok Jacka Joey przestaje płakać i rozpromienia się, a jej błyszczące od łez policzki wypychają się w uśmiechu, aż oczy zamieniają się w szparki. Nawet zaczyna chichotać. Znowu ukrywam twarz w dłoniach.

– Ene, due, like, fake – intonuje Jack, ciskając torbę na podłogę i biorąc Joey w ramiona. – Jak minął dzień, dobrze?

Nie jestem w nastroju do znoszenia ani Jacka, ani jego sarkazmu.

– A cóż to za smrodliwy zapaszek? Co? – grucha. – Kto jest małym śmierdziuszkiem? To ty, Roxy?

Kopniakiem podsuwam mu torbę z pieluchami i wlokę się na górę.

– Dobra! – woła za mną Jack. – Sam mam ją przewinąć, tak?

Zwalam się na łóżko, wzbijając chmurę gipsowego pyłu, gapię się w obłażący z tynku sufit z zaciekami i myślę o wielkiej dziurze w kuchennym oraz pozbawionym skrupułów Pavlu, naszym murarzu.

Nikt mnie nie uprzedził, co nas może czekać. Chociaż nie, uprzedzali – Charlie i mój brat Alexander, kiedy jeszcze mieszkał w Londynie z żoną (Chrissie jest artystką) i dwuletnim wtedy synkiem. Pamiętam, jak wygłaszał niekończące się tyrady, że dziecko przekreśla nasze życie na co najmniej cztery lata i że na szczęście on ma tylko jedno. A ja dopiero co drugi raz poroniłam, więc uznałam jego wystąpienia za objaw znieczulicy. Trzeba jednak przyznać, że ma ślicznego synka. Naprawdę. Nie mówię tego tylko dlatego, że jestem dumną ciotką. Aleksa zaczepiają przechodnie na ulicy, pytając, czy to mały Leonardo (ten z końcówką Da Vinci, nie DiCaprio). Chłopak jest niezwykle urodziwy – ma długie brązowe wijące się włosy i ogromne sarnie oczy. Kiedyś odbierałam go z przedszkola i na mój widok zapiszczał: „Ciocia Rock!”, cisnął klocki lego, przygnał do mnie, wskoczył mi na piersi i zarzucił ręce na szyję. Gdyby Joey kiedykolwiek – co się nie zdarzyło – okazała mi tyle czułości, pewnie bym się załamała pod jej ciężarem i spędziła długie tygodnie na wyciągu.

Słyszę, jak na dole Jack i Joey się zaśmiewają – tata sumiennie wypełnia ojcowskie obowiązki. Są szczęśliwi, rozradowani, nastrojeni na jedną nutę. To dobrze, bardzo dobrze, cieszę się z tego. Naprawdę. Fajnie jest słyszeć, jak dają z siebie wszystko w swoim towarzystwie. Dwa razy w tygodniu Jack nocuje w Paddington, w mieszkaniu moich rodziców, którzy pracują w Szwecji. Oszczędza mu to koszmarnych dojazdów do pracy i jest świetnie – dla niego. My z Joey mamy raczej przechlapane. W ciągu tygodnia rzadko go widujemy – wychodzi o szóstej trzydzieści rano, a kiedy wraca przed dziewiętnastą, Joey zostaje ledwie pół godziny na wspólną zabawę, zanim zostanie utulona do snu w swojej Łóżkolandii.

Gdy czuję się szczególnie niekochana albo przez Joey, albo przez Jacka (albo przez oboje naraz), pociesza mnie myśl, że to z powodu jego częstej nieobecności w domu i nieuczestniczenia w żmudnej domowej codzienności dziecko tak wylewnie okazuje miłość jemu, a mnie lekceważy. Powinnam się cieszyć, że ojciec, kiedy jest obecny, daje córce tyle radości.

Zwlekam się z łóżka (nie lada wyczyn – wciąż wyglądam i czuję się jak w dwudziestym miesiącu ciąży) i człapię do łazienki. Opuszczam klapę i siadam na sedesie, opierając łokcie na kolanach, a dłonie wpychając w oczodoły. Co jest ze mną nie tak?

Patrzę na pustą ścianę nad wanną, gdzie miał być prysznic – niebotycznie drogi, wypasiony, kupiony za ostatnie pieniądze i zniszczony przez fachowców w trakcie instalacji.

– Rox! – woła Jack z dołu. Nie musi krzyczeć. Ściany i drzwi w tym domu są cienkie jak papier; mógłby szeptać, a i tak usłyszałabym go wyraźnie.

O co chodzi? Co tym razem? Nie ma spokoju nawet przez pięć cholernych minut. Nie odpowiadam, tylko wyrażam głośno zniecierpliwienie i ociężale podnoszę się z sedesu. Pociągam za sznurek pod lustrem, którym zapala się lampki wokół niego (budowlańcy w końcu jednak coś zrobili), i uważnie przyglądam się swojemu odbiciu. Spodziewam się, jak zwykle, zobaczyć szkaradną Meduzę. Ale, o dziwo, moja skóra wygląda gładko. Białka i obwódki oczu co prawda poczerwieniały od płaczu, ale nawilżone łzami tęczówki, zazwyczaj koloru khaki, nabrały zieleńszego odcienia. Momentalnie podniesiona na duchu schodzę do kuchni.

– Płacze – oznajmia Jack. – Nakarmiłaś ją?

Sztyletuję go wzrokiem.

– Dobra, już dobra, tylko pytam. – Twarz Jacka traci chłopięcy, radosny wyraz sprzed zaledwie paru sekund. Podaje Joey serowo-cebulowy chips z paczki, którą ma w kieszeni.

I nagle wyczuwam to – słodkawy, mdły zapach piwa i papierosów w oddechu, nie do pomylenia z czymś innym. Jestem pewna, że nie pochodzi od Joey. Nic dziwnego, że Jack wraca do domu tak późno, skoro wypuszcza się na popijawy. Mierzę go podejrzliwym wzrokiem.

– Piłeś – mówię.

– Taa, wpadłem w drodze do domu na jednego szybkiego do pubu Pod Łabędziem.

Nie kłamie, Jack nigdy nie kłamie.

– Dobra – mój głos brzmi niemal sympatycznie, czym go zadziwiam. – W takim razie otwórz wino. Oporządzę Joey, położę ją spać i możemy napić się na tarasie.

Jasne, zdążył już o tym pomyśleć. Wskazuje palcem butelkę na blacie i dwa kieliszki wypełnione po brzegi. Uśmiecham się zaskoczona, jak bardzo obietnica trunku może rozjaśnić smutny dzień kobiety.

Joey i Jack bawią się w potyczkę o resztkę chipsów, a ja szykuję małej kolację. Nie do wiary, Joey wcina gotowane na parze brokuły i łososia. Potem pluszcze się przez dobre pięć minut w wanience. Zabieram butelkę z mlekiem i niosę córkę na górę. Kiedy Joey zasypia, wciskam klawisz „play” i z odtwarzacza CD płynie zmysłowa muzyka klasyczna z jedynej płyty tego gatunku, jaką mamy. Jack podarował mi ją, kiedy Joey miała trzy miesiące, w nadziei, że muzyka pobudzi moje konające libido. Słucham przez chwilę oddechu dziecka, redukuję światło do ledwo ćmiącego blasku i na palcach wycofuję się przy dźwiękach Bolera Ravela.

Dwie godziny później relaksujące picie na tarasie trwa w najlepsze.

– Myślisz, że jeszcze kiedyś będziemy uprawiać seks? -pytam Jacka rozgrzana winem. Rozgrzana winem? Kogo chcę zrobić w konia? Nazwijmy rzecz po imieniu – jestem totalnie wstawiona.

– My ze sobą? – uśmiecha się Jack i przez ułamek sekundy wydaje mi się całkiem pociągający. – Trudno powiedzieć. Choć w zaistniałej sytuacji oboje, jak sądzę, dojrzeliśmy do romansu.

– Masz romans? – pytam, pociągając łyk wina. Jestem pewna, że znam odpowiedź: nie, nie, po tysiąckroć nie. Jack za nic nie wdałby się w romans – jest zbyt honorowy, zbyt przyzwoity na skok w bok.

– Nie, jeszcze nie – odpowiada nieco zbyt swobodnym jak na mój gust tonem. – Jednak musisz przyznać, że któreś z nas może paść ofiarą zalotów innej, interesującej strony. Na razie sprzeczamy się jak brat z siostrą.

„Może paść ofiarą zalotów innej, interesującej strony”? Od kiedy to posługuje się prawniczym żargonem?

– Co znaczy: „jeszcze nie”? Jestem zbyt zmęczona, żeby nawet pomyśleć o kimkolwiek innym, poza Joey. A w moim myśleniu o tobie brakuje pikanterii.

– Zauważyłem.

Przez dwie sekundy milczymy.

– Myślisz, że to moja wina? – pytam naiwnie.

– Nie, nie do końca…

– Ale głównie, tak? Wszystko jest moją winą – wzdycham.

– Ecie pecie, butla wina, wszystko to jest mamy wina – nuci Jack na melodię Mrugaj, mrugaj gwiazdko ma.

– Ona jęczy, stęka, gdera, czemu… – podejmuję.

– …nie weźmie się w garść, cholera – kończy Jack.

Chichoczemy z naszej przeróbki muzycznej klasyki, a Jack znów napełnia kieliszki.

– Nie wiem. Czuję się ostatnio wybitnie chałowo. Może mam opóźnioną depresję poporodową.

– Nie powinnaś pójść do lekarza?

– Więc uważasz, że mam depresję?

– Nie, uważam, że cierpisz na Syndrom Srania na Nowych Przyjaciół. Rozpowszechniony zwłaszcza wśród mieszkanek miast, z małymi dziećmi, które przenoszą się na wieś.

– Naprawdę?

– Taa. – Głaszcze mnie po włosach, po czym z grymasem spogląda na wnętrze swojej dłoni i wyciera rzekomy tłuszcz o dżinsy, co wywołuje mój śmiech. – Ale wizyta u lekarza mogłaby ci pomóc. Nigdy nie wiadomo, może spotkasz tam inne mamuśki.

– Nie zaszkodzi – przyznaję, wyobrażając sobie siebie jako jedną z tych samotnych, podstarzałych matron wysiadujących całymi dniami w poczekalni u lekarza w celach towarzyskich. Chyba będę mogła też dostać receptę na ventolin, dumam, zapalając kolejnego papierosa.

– I wiesz, może już czas posłać Joey do żłobka, raz lub dwa razy w tygodniu. Żebyś miała czas popracować, zarobić coś – podsuwa Jack i patrzy na mnie ostrożnie, lecz z nadzieją.

No tak, znowu to samo. Cholerna rozmowa o pieniądzach.

– Ale nie stać nas.

– Spróbujmy choć przez kilka tygodni i zobaczmy, czy się sprawdzi. Co o tym myślisz?

Myślę, że propozycja brzmi rewelacyjnie, ale nie chcę za szybko ujawniać, że ślinię się jak pies na samą myśl o zyskaniu trochę czasu dla siebie. Praca – oczywiście, że tak.

– Brzmi okej…

– Jestem pewien, że dobrze ci to zrobi. Zaczniesz jako wolny strzelec, wrócisz choć odrobinę do dawnego trybu życia, poczujesz się bardziej sobą.

– Nieco mniej stara – precyzuję.

– Wiesz, o co mi chodzi – Jack ignoruje moją próżność.

– Hej, a może napisałabym parę słów do „Dobrego Rodzica” na temat depresji poporodowej? – nakręcam się.

– Ale ty nie masz depresji poporodowej, tylko jesteś po prostu wkurzona. Non stop! Pomyśl: czy potrafiłabyś nabijać się z siebie i układać zwariowane rymowanki, gdybyś naprawdę miała depresję?

– Kołysanki – prostuję. – Mrugaj, mrugaj, gwiazdko ma to chyba kołysanka.

– Wszystko jedno.

– Jest mi tak ciężko – wzdycham.

– Dlaczego? Co robisz przez cały dzień?

– Nie wiem. Opiekuję się Joey.

– Zapisałaś się do grupy wsparcia dla matek?

– Nie. Posiadanie dziecka nie oznacza jeszcze, że mam cokolwiek wspólnego z tymi babami. Zawodowe matki to jakaś totalna bzdura.

– Niekoniecznie. Mogą być podobne do ciebie i też zmagać się z dziećmi. Spróbuj, może się z kimś zaprzyjaźnisz. Stanowczo musisz częściej wychodzić, a nie trwać w tym wycofaniu, jeszcze bardziej utrudniając sobie życie.

– Ale to jest trudne.

– Nie tak trudne jak dla mnie. – Jack odwraca się i przygląda mi się uważnie.

Wiem, powinnam teraz zachwycić się, jakim to jest szlachetnym, prawym i dzielnym bohaterem. Docenić, że na jego barki spadł cały ciężar odpowiedzialności za mnie i Joey z tytułu bycia jedynym żywicielem rodziny, i temu podobne kity. Ale ja chcę, żeby zrozumiał, jak to jest tkwić przez cały dzień w pułapce macierzyństwa i nie mieć do kogo otworzyć ust – oprócz dziecka, które, jak się wydaje, nie chce mnie znać.

– Nic nie rozumiesz, bo twoje życie nie zmieniło się ani trochę – mówię z urazą. – Wychodzisz do pracy, sam, wygłupiasz się z kolegami, idziesz na lunch, wpadasz po pracy na piwo, w pociągu możesz przeczytać gazetę albo pogadać przez telefon, zwłaszcza jeśli wracasz do domu, a nie nocujesz u rodziców. Codziennie masz dla siebie wiele godzin. A jeszcze za to ci płacą!

Nie chciałam, żeby moje słowa zabrzmiały podle, ale wręcz chorobliwie zazdroszczę mu, że ma czas na własne sprawy w Londynie i nie musi się stale zamartwiać, co Joey je ani jak śpi. Wiem, wiem, te podróże go wykańczają i jestem wdzięczna rodzicom, że pozwalają mu spać w swoim domu. Ale wolałabym się z nim zamienić. I wolałabym tak za nim nie tęsknić, nie czuć się taka samotna. Bo w rezultacie, kiedy w końcu mamy okazję spędzić trochę czasu razem, zaczynam być porywcza i opryskliwa.

– Praca stresuje i wyczerpuje – oponuje Jack. – A dojazdy to istny koszmar. Codziennie tkwię po trzy godziny w środkach komunikacji, nawet jeśli nie ma opóźnień ani nie odwołują połączeń. Tobie jest łatwiej, bo siedzisz cały dzień w domu, oglądasz telewizję, wydzwaniasz do Charlie i Aleksa. A propos, przyszedł dziś rachunek na czterdzieści funtów!

– Ale najpierw zawsze wybieram tanią taryfę…

– Tym bardziej widać, jak długo wisisz na telefonie! Najwięcej gadasz z Oz, same zamiejscowe. Nie możesz przystopować z telefonami do brata choć na trochę? To mnie wykańcza!

– Ale w tej cholernej dziurze nie ma z kim porozmawiać…

– Dlaczego w takim razie nie wrócisz do pracy? Tam będziesz miała całe hordy ludzi do rozmowy. Ty pójdziesz do roboty, a ja zostanę w domu, żeby opiekować się Joey. Tak by było super.

– Ha! Po tygodniu, po jednym nędznym tygodniu zanudzisz się na śmierć. I będziesz dwa razy bardziej sfrustrowany niż ja – prorokuję ponuro.

– Wątpię – stwierdza już spokojniej. – Ale przynajmniej próbuję ci pomóc, płacę za ten cały majdan. Dlaczego nie postarasz się mi odwdzięczyć?

Rany, znowu będzie o seksie?

– Na przykład jak? Co masz na myśli?

– A to, że mogłabyś nie być w parszywym nastroju za każdym razem, kiedy wracam do domu.

– Jeśli wracasz… Ale nie, nie jestem. Teraz nie jestem.

Oboje opróżniamy kieliszki.

– Może czas rozejrzeć się za pracą bliżej Riverside – podsuwam, uprzedzając odpowiedź Jacka. – Pomyśleć o czymś innym niż IT.

– Nigdzie bliżej nie znajdę zajęcia. I tak mam szczęście, że w ogóle pracuję.

No tak. Kryzys.

Jack zaczyna się rozwodzić, jaki to miał koszmarny dzień, a ja się wyłączam. Nic nie poradzę na jego utrapienia (oprócz, oczywiście, zdobycia pracy dla siebie), daję więc mu się wyżalić i znudzona przytakuję zachęcająco w odpowiednich momentach, aby miał wrażenie, że słucham. W końcu wstaję z głębokim westchnieniem.

– Idę na górę się wykąpać – oznajmiam.

Zero aplauzu, zero wiwatów, zero tańca radości w meksykańskim rytmie. Zaledwie prychnięcie.

– A co, już Boże Narodzenie? – szczerzy do mnie zęby w uśmiechu.

Pod tym względem jest jak dziecko – kiedy sprawy choć trochę się komplikują i pojawiają się kłopotliwe kwestie, wyładowuje na mnie swoją frustrację, a zaraz potem, zanim zdążę się porządnie wkurzyć, zmienia temat. Jakby nic się nie stało, jakby wszystko było w znakomitym porządku. To nieodmiennie mnie śmieszy. I rozbraja.

Staram się więc zrewanżować. Wykrzywiam wargi w koślawym półuśmieszku z nadzieją, że jakimś cudem te grymasy uwydatnią moje superseksowne kości policzkowe.

– Dosyć tych rozmów w toku – ucinam i idąc niezgrabnym, kaczym chodem, znikam wewnątrz domu.

Tak naprawdę jestem na bakier z kąpielami. Nie żebym stroniła od mydła – no, może ostatnio kapkę, bo: a) nie mam czasu, b) spuścić z oka Joey choćby na kilka sekund to tak, jakby spuścić ją ze smyczy i pozwolić buszować wśród wystających ostrych gwoździ w gruzowisku na placu budowy, bo tym teraz jest nasz dom. Wolę brać prysznic. Przypuszczam, że to jeszcze jeden dowód mojego zmatronienia. To samo dotyczy wylegiwania się godzinami na plaży, zakupomanii czy butów. Nie pojmuję, dlaczego kobiety fiksują na punkcie butów. Ale dziś mam absolutną ochotę na kąpiel, ot co!

Sprawdzam swój kwaśny uśmiech w lustrze. Błyskawicznie doznaję rozczarowania – wyglądam raczej jak ofiara udaru niż jak Sharon Stone. No i oczywiście woda jest letnia. Mimo to rozkoszuję się samotną intymnością w tej zamkniętej przestrzeni. Nawet widok mojego obrzmiałego cielska nie szokuje mnie tak jak zazwyczaj. Leżę w wannie, gapię się na kaflową ścianę w kolorze błocka (Zachód słońca w Afryce, psiakrew) i pozwalam wodzie wystygnąć do reszty, rozmyślając o tym, co powiedział Jack.

Jest mu ciężko, to prawda, obojgu nam jest ciężko. Ale grupa wsparcia dla matek z dziećmi? Naprawdę muszę? Tym bardziej nie ma też szans, żebym zaprzyjaźniła się z gromadą perfekcyjnych, szczęśliwych, bogatych rodziców z wiejskich rezydencji, skoro jestem taka wkurzona. Prawda?

Nagle uświadamiam sobie, że obok nas mieszkają sąsiedzi – mili, że aż strach – którzy mają grill na trawniku. Bezdzietne, świeżo upieczone małżeństwo, które zamieszkało w swoim pierwszym w życiu, wymarzonym domu z ogrodem. Ten ich ogród to prawdziwe cacko – profesjonalnie zadbany zielony teren pełen rozsiewających wonie kwiatów, a nie obskurny śmietnik za kuchennymi drzwiami jak u nas. Zapach palonego węgla drzewnego i grillowanych kiełbasek dolatuje przez okna i na chwilę wypiera smród farb, przenikając przez wszechobecny pył. Słyszę śmiechy, brzęk kieliszków i rozmowy z przyjaciółmi (Przyjaciółmi? Mają nawet przyjaciół!). Jasne jak słońce. Jak kryształ.

O rany, uświadamiam sobie nagle, musieli słyszeć naszą sprzeczkę na tarasie! No i dowiedzieli się, że nie uprawiamy seksu, pijemy na umór, kopcimy jak kominy i nie mamy pieniędzy. Do tego utwierdzili się w przekonaniu, że jesteśmy złymi rodzicami. Założę się, że rozpowszechnią te informacje po całej okolicy – wszak plotkarstwo na wsi kwitnie. Poczta pantoflowa, te rzeczy. Jutro zobaczę na pierwszej stronie lokalnej gazety nagłówek:

ALKOHOLICY Z MIASTA

ZAŁAMANI POD WPŁYWEM STRESU

Zanurzam się głębiej w wodzie, żeby zmyć wstyd.

2

Poważnie się zastanawiam, czy nie pomóc sobie prozakiem. Rozmyślam o tym, przechodząc koło Całkiem Fajnej Kafejki i walcząc z wózkiem. Charlie twierdzi, że po tym człowiek ma wrażenie, jakby wyżłopał tuzin red bulli – nie czujesz się zarżnięta, śpiewająco idzie ci sprzątanie domu i szykowanie smakowitych posiłków, podśpiewujesz sobie i kochasz każdą chwilę swojego życia. Niewiele bym pewnie zdziałała, jeśli chodzi o sprzątanie czy gotowanie (tak, rzecz jasna, oceniłby moje wysiłki Jack), ale bardzo bym chciała znów poczuć ochotę na coś, choćby to były dziecięce śpiewanki.

Jestem w drodze do poradni, gdzie mam wyjaśnić sprawę mojej depresji (poporodowa czy normalna?, z frytkami czy bez?), dostać prozac i wrócić do stanu umysłu SJ (sprzed Joey; od razu wyjaśniam, że to nie ma nic wspólnego ze sfiksowaną jędzą!).

Kobieta o nobliwym wyglądzie wyczytuje moje nazwisko. Zrywam się i ruszam niemal biegiem, potykając się o wózek Joey, byle jak najszybciej znaleźć się w gabinecie. Lekarka przypomina aktorkę Hermione Norris – elegancka blondynka, chłodna, opanowana, z rezerwą. Wręcz zimna. Z wyjątkiem momentów, kiedy ubrana w legginsy, czerwona na twarzy z wysiłku, ciężko dysząc, pcha po wsi trzykołowy wózek (lekarka, oczywiście, a nie Hermione Norris).

Zdaniem nobliwej recepcjonistki pani doktor dobrze się urządziła z tą swoją poradnią, no i z facetem. Mają dwoje dzieci i oboje są lekarzami. Wymieniają się obowiązkami. Kiedy jedno pracuje i zarabia na życie, drugie pilnuje dzieciaków w okazałej willi przy Cowslip Crescent. Idealny układ. Poza tym mają pewnie do pomocy nianię, rodzinę i przyjaciół. Krzywię się na myśl, że ta zimna baba mogła podejrzeć kiedyś ze swojego okna, jak palę przy Joey.

– W czym mogę pomóc? – pyta sucho.

Okej, tak jak lekarze w Londynie – rzeczowo i na temat, bez sympatycznych, zapoznawczych pogawędek na wstępie. Miałam nadzieję, że będzie jak jedna z tych cudownych lekarek z Chirurgów. Wiecie – ciepła, troskliwa, wspierająca. Znowu pudło.

– Hmm… czuję się fatalnie. Nie fizycznie, ale emocjonalnie – zaczynam.

Lekarka mruczy coś pod nosem i obraca się twarzą do ekranu komputera.

– Płaczę bez przyczyny – ciągnę. – Nie z powodu dziecka czy rodziny i bez względu na to, czy jest dobrze, czy źle. Płaczę, nawet czytając ogłoszenia o tanim ubezpieczeniu samochodu. Cały czas chce mi się spać, ale nie mogę zasnąć, bo przecież muszę się zajmować małą. Jej tata mi nie pomaga, ale ona i tak woli jego bardziej niż mnie. Nie chce jeść tego, co jej daję, a jest wielka i…

– Od jak dawna tak się pani czuje? – ucina lekarka, nie odrywając wzroku od kartoteki w komputerze.

– Nie wiem, od kilku tygodni? Od kiedy wróciliśmy od moich rodziców. Wprowadziliśmy się tu dwa miesiące temu, ale w domu buszowali budowlańcy, więc razem z Joey przemieszczałyśmy się po kraju, żeby uniknąć życia na kupie gruzu. Wciąż siedzimy jak na bombie, bo fachowcy rozpaprali remont, a nie mamy pieniędzy, żeby go skończyć. Zrezygnowałam z pracy w Londynie – w magazynie „Dobry Rodzic”. Powinnam więc wiedzieć, jak sobie ze wszystkim radzić, ale sobie nie radzę. W dodatku tyję na potęgę, a Jack uważa, że wszystko chrzanię…

– Ile ma lat?

– Trzydzieści dziewięć, tak jak ja.

– Nie mąż, syn.

– Córka ma dziesięć miesięcy – podkreślam ździebko za dobitnie. Nawet Hermione uważa, że Joey to chłopak, choć ma przed nosem nasze dane.

– Czy pani pije więcej niż zwykle?

– Każda okazja jest dobra… – próbuję silić się na beztroskę, pierwszy raz od wieków. Nie działa.

– Ile wypija pani tygodniowo? – naciska lekarka.

– Nie więcej niż zwykle, kilka kieliszków wina… – Taa, i całą resztę.

– Hmm. Cóż, wygląda to na lekki epizod depresyjny – oznajmia tym razem miękko, przechylając głowę na bok i przybierając przymilny, współczujący wyraz twarzy a la księżna Di.

Przypuszczam, że w obecnych czasach takie zachowanie uchodzi za właściwe przy łożu chorego.

– Zupełnie normalne objawy – kontynuuje. – Wychowywanie dziecka to bardzo ciężka praca. Ale zanim zastosujemy leczenie farmakologiczne, może przyłączy się pani do grupy wsparcia dla matek z dziećmi? Wszystkie kobiety są tam życzliwie nastawione i przechodzą to samo co pani. Proszę pochodzić na zajęcia, a jeśli po kilku tygodniach nadal będzie się pani źle czuła, wróci do mnie i zobaczymy, co da się zrobić.

Cholera. Nie daje leków od razu!

– Dobrze, chyba mi to nie zaszkodzi. Aha, Joey leci z nosa i ma lekką gorączkę, więc nie śpimy. Widziałam reklamę medisedu, mogę jej to podać?

– Nie. Wystarczy nurofen albo calpol.

– Okej. Aaa, potrzebuję recepty na ventolin.

– Ma pani astmę?

– I tak, i nie. Pewnie niczego bym nie potrzebowała, gdybym nie zaczęła znowu palić. – Co? Powiedziałam to? Głośno?

– Pali pani? Paliła pani w ciąży?

– Oczywiście, że nie!

Obie patrzymy na wtłoczoną do wózka Joey, która wydyma dolną wargę, żeby złapać gluta, co czyni ją podobną do ogromnego dorsza.

– Przyślę do pani jutro rano pielęgniarkę Liz. Jeśli podejmie pani decyzję, może wypytać ją o grupy wsparcia.

Drukuje receptę dla mnie, wstaje i wymownie zaczyna ciągnąć mój wózek w stronę drzwi. Nie podnoszę się.

– I to wszystko? – Jestem zaskoczona, że nasza „konsultacja” trwała tak krótko.

– Cóż, jesteśmy bardzo zajęci. Jeśli jest coś jeszcze, proszę zapisać się na następną wizytę.

Wychodzę na ulicę, stawiam budkę wózka i ukradkiem rozglądam się, czy na horyzoncie nie pojawi się jakaś mama też z wózkiem lub spacerująca z brzdącem za rękę. Nie ma nikogo. Czysto. Zapalam papierosa i wydmuchuję dym przez prawe ramię. Idziemy pod wiatr, więc leci za mnie, a nie na twarz Joey. Kręcę głową na myśl, że palenie na ulicy stało się tajną operacją.

Nagle kurczę się w sobie. Nie z powodu piekącego wstydu, że kurzę, bo ten stale mi towarzyszy. Krzywię się i garbię zażenowana sposobem, w jaki lekarka pozbyła się mnie z gabinetu. Doprawdy, nie mogła wyprosić nas szybciej.

Tak bardzo chciałabym to wszystko z siebie wyrzucić! Gdybym mogła o tym choćby porozmawiać, rozładować napięcie, to jestem pewna, że poczułabym się lepiej. Ale nie z lekarzem. Jak mówi Krokodyl Dundee w pierwszej części? Coś w rodzaju: „Po co terapia, skoro są kumple?”. Trudno uwierzyć, że do tej pory z nikim się tu nie zaprzyjaźniłam i wciąż nie znam nikogo, kogo z ochotą zaprosiłabym na drinka. I trudno uwierzyć, że cytuję Krokodyla Dundee. Sama dla siebie.

Następnego ranka śpieszę się jak szalona ze sprzątaniem. Próbuję nadać wnętrzu wygląd miejsca choć odrobinę przyjaznego dzieciom (to znaczy uprzątam z podłogi kable, gwoździe, śruby, papier ścierny, nieoheblowane deski itd.), a następnie wlać w małą tyle mleka, ile się da, w płonnej nadziei, że padnie, zanim przyjdzie pielęgniarka Liz. Zważywszy, że Joey przez całą noc nie dała nam (a konkretnie mnie) spać, powinna być wykończona. Ale to rozumowanie nie sprawdza się w jej przypadku.

Rozbolała mnie głowa, a ją prawdopodobnie brzuszek, bo obie jesteśmy spienione jak londyński ściek.

W końcu znajduję książkę Mały smakosz Annabel Karmel (pod stosem najnowszych rozliczeń podatkowych i nieotwartych wyciągów bankowych) i umieszczam ją w strategicznym miejscu na blacie koło kuchenki.

– Wiem, wiem – tłumaczę zdumionej Joey, która z wysokości swojego krzesełka z fascynacją śledzi nietypowe zawirowanie maminej energii. – Ale wiesz, mama chce, żeby pielęgniarka myślała, że wszystko jest pod kontrolą. Pójdziemy na górę i zaśniesz jak grzeczny dzidziuś, dobrze? No jak, będziesz dobrą dziewczynką?

A świnie zaczną latać, dodaję w duchu, usiłując uwolnić jej pulpeciastą postać z wysokiego krzesełka. Joey płacze i grzmoci mnie po twarzy, kiedy wchodzę z nią po schodach.

***

– Herbata? Kawa? – szczebioczę, gdy Liz sadowi się przy kuchennym stole. Zamykam drzwi od kuchni, żeby zagłuszyć dochodzący z góry lament, ale i tak mój wysiłek idzie na marne.

– Tylko jeśli pani robi dla siebie – mówi uprzejmie Liz, wyjmując z teczki plik zadrukowanych papierów.

– No to niech będzie herbata. Dwie do herbaty, herbata dla dwóch – wyśpiewuję, otwarcie okazując podekscytowanie perspektywą pogadania z kimś dorosłym. Lepiej nie daj się ponieść, jeśli nie chcesz wyjść na stukniętą, ostrzegam się w myśli.

Zaparzyłam herbatę. Rezygnuję z pomysłu zaproszenia Liz na zewnątrz w celu zajarania i siadam grzecznie naprzeciwko niej przy stole.

– Tak – zaczyna pielęgniarka, wzdychając ciężko, i opiera dłonie na papierach przed sobą. – Jak się czujesz?

– No, całkiem nieźle… – Mój drżący głos i nagle załzawione oczy zadają kłam staraniom, aby okazać się osobą równie zadowoloną z życia jak wszyscy normalni ludzie. – Mam po prostu dobre i złe dni.

– Jak większość świeżo upieczonych mam. – Zdawkowy, wymuszony uśmiech Liz wskazuje, że słyszała to milion razy i czas zająć się konkretami.

Nagle zauważam sieć kurzych łapek okalających jej mrugające oczy i wydaje mi się od razu sympatyczniejsza, bardziej ludzka i ciepła.

– Tak, wiem – brnę. – Jednak nie spodziewałam się, że to będzie takie trudne. – Czuję się absurdalnie winna i bezbrzeżnie samotna. – Myślę, że wszystko zaczęło się, odkąd…

Liz przestaje mrugać i zerka na zegarek na lewym przegubie.

– …się tu przeprowadziliśmy. Widzę, że się śpieszysz?

– Nie, nie, przepraszam, skarbie. Choć rzeczywiście czas mnie goni, bo mam dziś jeszcze kilka wizyt przed popołudniowym dyżurem w poradni. No więc może przejdziemy do ankiety dotyczącej nastroju i uczuć? – Wręcza mi kwestionariusz i długopis.

– Och, quiz! – piszczę, potęgując idiotyczność sygnałów, jakie wysyłam.

– Coś w tym rodzaju – potwierdza Liz. – Test powstał w oparciu o edynburską skalę depresji poporodowej i ma dać nam obraz, jak się czułaś w ciągu ostatniego tygodnia, nie tylko dziś. Proszę o szczerość i zakreślenie odpowiedzi najlepiej pasującej do twojego samopoczucia: „przez większość czasu”, „dość często”, „tylko czasami”, „nigdy”.

Serce zaczyna mi bić szybciej. Ten test pokaże, czy naprawdę jestem na krawędzi, czy tylko tak się czuję.

„Potrafiłam śmiać się z różnych spraw i dostrzegać ich jasną stronę”. Zaznaczam „tylko czasami”. Przecież Jackowa wersja kołysanki Mrugaj, mrugaj, gwiazdko ma doprowadziła mnie do chichotu. Kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że Jack często mnie rozśmiesza, kiedy jestem w dobrym nastroju.

„Miałam nieuzasadnione poczucie winy, gdy coś się nie udawało”. Zaznaczam odpowiedź „nigdy”. Nie, ostatnio prawie za wszystko obwiniam Jacka.

„Byłam przerażona lub wpadałam w panikę bez specjalnego powodu”. Nie, nigdy.

„Przychodziło mi do głowy, by zrobić sobie krzywdę”. Nie, nigdy. Jeśli nie liczyć sesji wyciskania pryszczy i doprowadzania do ładu wiedźmowatego kołtuna na głowie, co bywa bolesne, ale uroda zwykle wymaga wyrzeczeń. A więc odpowiedź „nigdy”.

Liz sumuje moje punkty i zamiast oczekiwanego stwierdzenia „ciężki epizod depresyjny”, widzę jej uśmiech.

– Masz nieco obniżony nastrój, ale to jeszcze nie depresja poporodowa – wyjaśnia, pakując swoje rzeczy. – To, co odczuwasz, jest bez wątpienia realne i niemiłe, ale nie kwalifikuje się do zdiagnozowania poważnego stanu depresyjnego. Na przykład nigdy nie myślałaś o samobójstwie ani zabiciu dziecka, prawda?

– Nie, może czasem Jacka…

– Uznam to za żart. – Świdruje mnie wzrokiem.

Uśmiecham się blado.

– W każdym razie najlepszym lekarstwem dla ciebie i małej będzie wyjście z domu i spotykanie się z ludźmi. Mogą to być grupa wsparcia dla matek, plac zabaw, próby nawiązania kontaktów, rozmowy.

– Jest w Riverside grupa dla matek o obniżonym nastroju?

– Nie, ale może uda mi się zorganizować dla ciebie pomoc psychologa…

– Nie, nie trzeba, po prostu… więc moje humory to nic niezwykłego?

– Och, każda kobieta przechodzi przez to, wcześniej czy później, po urodzeniu dziecka. Nie ma się czym martwić, jesteś absolutnie normalna.

– Co za ulga… A co z Jackiem? Co powinien zrobić?

– Przygotuj smaczną kolację przy świecach, w miłej atmosferze, tylko dla was dwojga. Rozmawiajcie o sprawach, o których mówiliście przed przyjściem na świat dziecka. Nie bądź tylko dla niego zbyt surowa, bo na pewno odczuwa ogromną presję utrzymania rodziny.

Wielkie dzięki, Liz. A kto stanie po mojej stronie?

– Będzie wam obojgu ciężko przez jakiś czas, ale to się zmieni. Cały trud okaże się wart zachodu i prawdopodobnie wkrótce zapragniecie mieć kolejne dziecko.

– W życiu! – jęczę i obie spoglądamy na sufit, skąd dochodzą głuche odgłosy walenia o drewniane pręty łóżeczka, jakby ktoś grał w pinball wielką twardą piłką demolką.

– Musisz być cierpliwa, Roxane. Dobrze sobie radzisz, mała jest zdrowa i ogólnie zadowolona. I pamiętaj, szczęśliwa mama równa się szczęśliwe dziecko. Postaraj się o więcej optymizmu, obu wam przyniesie to mnóstwo radości. Na pewno potrafisz dać z siebie wszystko.

Dziękuję za wizytę i jeszcze długo po jej odejściu stoję w drzwiach, przyglądając się pędzącym ulicą tirom (tyle ich na wiejskich uliczkach). Kto by pomyślał? Nie mam ani depresji poporodowej, ani żadnej innej. Wygląda więc na to, że moja złość osiągnęła stan permanentny.

Pieprzę edynburską skalę i wymyślam pytania do własnego kwestionariusza – Riversideskie Poporodowe Udupienie:

Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, po jaką cholerę przeniosłaś się ze swojego przytulnego gniazdka na tę rzekomo wyjątkową angielską prowincję? Wbrew swojej woli?

I:

Czujesz, że miejscowi odnoszą się do ciebie podejrzliwie, a kiedy pchasz między nich swój rzęchowaty wózek, mamroczą: „A to kto? Jakaś nietutejsza?”.

I:

Jesteś wykończona z powodu dziecka, które nigdy nie sypia, i faceta, który nie pomaga? Czujesz się nieszczęśliwa, samotna, zdesperowana i pragniesz to z siebie wyrzucić, ale nikt nie chce cię słuchać?

Zawodzenia Joey zagłuszają turkot ciężarówek z bydłem przejeżdżających naszą ulicą i wytrącają mnie z zadumy. Zamykam frontowe drzwi i wracam, aby po raz kolejny stawić czoło swojej udręce.

***

Następnego dnia zabieram Joey na spotkanie mam z dziećmi. Nie ma specjalnej grupy dla kobiet z niemowlakami, więc ta musi wystarczyć. Spotkanie odbywa się o dziesiątej rano w ratuszu, co jest doprawdy fatalną okolicznością – o tej porze Joey zazwyczaj ucina sobie dwugodzinną drzemkę (mija jak mrugnięcie oka), więc wytrącona ze snu będzie marudzić przez resztę dnia. Zresztą nic nowego.

Spróbujmy, skoro wszyscy twierdzą, że takie grupy są świetną okazją do wyjścia z domu, poznania ludzi, wymiany poglądów na temat karmienia i usypiania niemowląt.

– To tu jest wariatkowo? – uśmiecham się do Annabel (imię odczytałam z identyfikatora), która zbiera przy wejściu pieniądze.

– Tak – potwierdza, nie podnosząc wzroku znad (całkiem pełnej) skarbonki. – Wózki zostawiamy na zewnątrz.

O jedenastej jest przerwa na picie i herbatniki dla maluchów, a dla matek na kawę lub herbatę. Kwadrans później mamy grupowe śpiewanie. Razem będzie półtora funta. A kim jest ten mały kolega?

– To Joey. Zdrobnienie od Josephine. Dziewczynka.

Ale Annabel oddala się szybko i nadskakuje już grupie kobiet z dwulatkami.

Tam, gdzie przebywają niemowlaki, unosi się w powietrzu intensywny zapach kupy. Po kilku daremnych próbach nawiązania przypadkowej rozmowy, która prowadzi donikąd (Ja: „To pani córeczka? Jaka śliczna! Jak udaje się pani ją uśpić, kiedy ma katar?”. Mama: „Medisedem”. Ja do pleców innych mam: „Często tu przychodzicie?”), idę do kafejki, zamawiam herbatę i obserwuję scenę przede mną.

Kobiety zbite w grupki – wszystkie młodsze, szczuplejsze, wyższe i sądząc z wyglądu, bogatsze ode mnie – gawędzą z ożywieniem, trzymając w rękach kubki z parują – cą kawą. Podobnie jak ich dzieciaki, sprawiają wrażenie, jakby znały się od dawna – prawdopodobnie chodziły do tej samej szkoły lub coś w tym rodzaju. Nie dostrzegam nikogo, oprócz siebie, kto nie przynależy do żadnej grupy. I nikt nie zwraca na mnie uwagi, nawet Joey.

Mała radośnie raczkuje po podłodze, podnosi klocki i plastikowe lalki Barbie i trzyma je przez chwilę, dopóki jakieś inne dziecko nie wyrwie ich z jej pulchnych rączek. Nie przejmuje się tym jednak – cały czas się szczerzy. Nie widziałam jej tak rozanielonej od czasu… kiedy ostatni raz trzymał ją w ramionach Jack.

Zaczynam się czuć tak, jakbym miała wypisane na czole wielkie N (nieudacznica, niezdara), kiedy zbliżają się w końcu dwie kobiety. To znaczy idą do bufetu, lecz ja tkwię na ich drodze. Podrywam się, starając się ukryć zakłopotanie, i nadstawiam ucha, żeby usłyszeć, o czym rozmawiają.

– …nie do wiary, Eva ma dopiero sześć miesięcy. Jak ona mogła to zrobić? – mówi ta wyższa.

– Fakt, niewiarygodne – odpowiada niższa. – Nie to, żeby Giles nie zarobił na nianię. Prawdopodobnie z jego premiami i dodatkami stać go nawet na dwie.

Kobiety wybuchają śmiechem. To moja szansa na włączenie się do rozmowy.

– Znacie jakieś dobre opiekunki? – pytam.

– O, mnóstwo – zapewnia wyższa, spoglądając na mnie z góry. Widziałam już takie spojrzenie: pełne zadufania, graniczące z arogancją, charakterystyczne dla wyższych warstw społecznych. Niby uprzejme, ale z gatunku tych, jakimi kwituje się kamyk uwierający w luksusowym kaloszu z Aquascutum. – A co, jesteś do wzięcia?

– Nie, nie. – Potrząsam głową.

– Szkoda. – Kobieta taksuje wzrokiem mnie i moją ewidentnie niedesignerską czarną welurową kieckę dla matek karmiących, okrywającą mnie jak namiot, i cofa się o krok. – No tak, nie wyglądasz. Właśnie mówiłam Hannah, że te wczesne lata to najważniejszy i najcenniejszy okres naszego bycia z dziećmi. Moja przyjaciółka oddała swoją córeczkę do żłobka w zeszłym tygodniu. Wyobrażasz sobie?

– Nie – zaprzeczam ostrożnie, starając się wykombinować, do czego zmierza ta kobieta i skąd pochodzi. Na pewno z wyższych sfer Riverside. – Ale tutejszy żłobek jest w porządku, zarejestrowany w Ofsted. Trochę drogi, lecz…

– Nie, nie w tym rzecz – kręci nosem Hannah, ta niższa. – Nie krytykuję ani nie osądzam, tylko…

A, tu cię mam! Nie krytykujesz ani nie osądzasz? Nie, wcale. To tak jakby powiedzieć: „bez obrazy”, i zaraz potem rzucić komuś w twarz raniącą, grubiańską i napastliwą uwagę.

– …tylko trzeba coś wybrać. A słuszny wybór jest jeden: zatrudnić nianię i zostać z dziećmi aż do ich wieku szkolnego, a nie zostawiać na pastwę zupełnie obcych ludzi.

– Właśnie – przytakuje jej koleżanka. – To niesłychane, aby matka opuściła swoje dzieci tylko po to, żeby wrócić do pracy.

Aha. Dla obu tych kobiet pieniądze nie stanowią problemu. Nagle zdaję sobie sprawę, że to ich panowie i mężowie odpowiadają za największą od lat trzydziestych dwudziestego wieku depresję (w kategoriach ekonomicznych, nie mentalnych).

Rozglądając się za drogą ucieczki, dostrzegam najlepszą z możliwych.

– Joey! Nie! Zostaw to dziecko! – Puszczam się pędem w stronę córki, która szykuje się do rwania żywej sztangi. Przepraszam matkę niemowlaka, szybko zgarniam zapłakaną teraz Joey i śpieszę do wyjścia. Zapinając małą w wózku, słyszę wybuchy śmiechu i śpiewankę Na zielonej łące, raz, dwa, trzy.

Już z domu wydzwaniam mamę, Charlie i Jacka – w takiej kolejności – i opowiadam, że grupa wsparcia dla kobiet z dziećmi to dyrdymały i w żaden sposób nie zmieni ona mojego życia. Może jestem dziwolągiem. I prawdopodobnie emanuje ze mnie wyczuwane przez inne matki rozpaczliwe poczucie nieszczęścia, od którego wolą trzymać się z daleka.

– Daj sobie trochę czasu – radzi mama. – I zacznij się odchudzać ze Strażnikami Wagi.

– Zrób listę życzeń – mówi Charlie. – Przyrządź wspaniałą kolację przy świecach dla dwojga.

– Potrzebny ci seks – stwierdza Jack. – Ze mną. Oczywiście najpierw musisz się wykąpać.

3

Zeszłej nocy Jack został w Paddington. Kiedy zadzwonił gdzieś za kwadrans piąta po południu, że nie wraca do domu, serce omal mi nie pękło. A co robi dziewczyna, kiedy jej druga połowa ją opuszcza? Urządza sobie wielkie żarcie, ot co!

Rzeczywiście po każdym takim telefonie Jacka opanowuje mnie nieposkromiony apetyt. Jestem jak psiak zostawiony w domu na cały dzień. Ale zamiast pod wpływem samotności gryźć kanapę, w napływie szaleństwa objadam się tostami kapiącymi masłem, marmite’em i wszystkim, czego nie daję Joey. W efekcie prowokuję wyścig, co pierwsze dosięgnie podłogi – moje cycki czy tyłek? Postawiłabym (gdybym miała forsę!) na cycki.

Z napełnionym do granic możliwości brzuchem i złakniona kontaktu z kimś dorosłym odbywam długą rozmowę z mamą w Szwecji. Bardzo za nią tęsknię. Nie w tym rzecz, że nie mam z niej żadnej wyręki przy Joey – mama twierdzi, że tyle czasu minęło od mojego i Aleksa dzieciństwa, że już nie pamięta, jak się obchodzić z dziećmi. Kiedy jest w Londynie i zostaje sama z Joey, drży ze strachu, i właściwie nie nadaje się na opiekunkę. Szanuję to, naprawdę. I rozumiem – co prawda zgrzytając zębami – że chce spędzać czas w ciekawszy sposób.

Ale w kwestii mojej pęczniejącej wciąż sylwetki i zdystansowania się do tego, że Jacka ciągle nie ma, chyba trafiła w sedno. Zdecydowanie muszę pozbyć się tego nadbagażu skrywanego (z miernym skutkiem) pod ciążową sukienką. Tak, w tym wypadku matka wie najlepiej.

Toteż po skonsumowaniu góry tostów i niemal nietkniętej przez Joey jajecznicy zasiadam do laptopa, aby wyszukać, gdzie odbywają się spotkania lokalnej filii Strażników Wagi.

Ale, oczywiście, nie ma takiej w okolicy. Istnieje natomiast podobny program zainicjowany przez miejscowych działaczy o nazwie Zarządzanie Talią. I - co za szczęśliwy zbieg okoliczności – o dziesiątej, czyli za pół godziny, organizują spotkanie w Męskim Klubie Pracowniczym. Mam więc czas na: a) ogarnięcie Joey i ulokowanie jej w wózku, b) zapakowanie torby z pieluchami, mlekiem i toną niezbędnych dziecięcych akcesoriów oraz c) uciułanie gotówki na wstęp, które polega na pozbieraniu monet z podłogi i wygrzebaniu ich zza oparcia kanapy i z dna torebki.

Oczywiście zjawiamy się spóźnione i powodujemy zamieszanie, kiedy koła wózka zahaczają o framugę drzwi. W końcu udaje się je uwolnić i oto zaczyna się moja niezwykła podróż w świat szczupłej sylwetki.

Skanuję wzrokiem rozbawioną grupę w poszukiwaniu znajomej twarzy, ale żadnej nie rozpoznaję – salę wypełniają panie sześćdziesiąt plus (i wiekowo, i rozmiarowo). Moja waga wciąż mnie szokuje – siedemdziesiąt trzy kilogramy! Przy mikrym wzroście stu pięćdziesięciu dwóch centymetrów wyglądam jak hipopotamica! Przed porodem ważyłam ponad dziewięćdziesiąt, a tydzień po nim – siedemdziesiąt dziewięć. Nawet przy moim matematycznym antytalencie nietrudno policzyć, że w ciągu dziesięciu miesięcy zgubiłam sześć kilo. Co, biorąc pod uwagę sytuację, nie jest najgorszym wynikiem, ale wszystkie wykresy wskazują, że powinnam ważyć od pięćdziesięciu dwóch do pięćdziesięciu pięciu kilo, a to z kolei oznacza, że muszę… hmm… schudnąć ponad dwadzieścia!

Siadam ciężko na najbliższym wolnym krześle, zastanawiając się, który stopień w skali Richtera osiąga się przy tym wstrząsie, i ustawiam wózek z Joey koło siebie.

Ożywione rozmówki przerywa głos liderki stojącej na tle plakatu z jej wizerunkiem z czasów, kiedy była o wiele tęższa.

– Mogę prosić o ciszę?

Członkinie grupy wymieniają się doświadczeniami w kwestii chybionych diet i ich następstw. Ale mam wrażenie, że mnie to nie dotyczy; czuję się tak, jakbym spoglądała w przyszłość za piętnaście lat, co przejmuje mnie dreszczem. Nie chcę opychać się bezcukrowym, beztłuszczowym i kompletnie bezsmakowym ciastem marchwiowym popijanym dietetyczną colą, w dodatku w gromadzie tłustych staruszek. Wiem, że brzmi to nieuprzejmie i obcesowo, ale taka jest prawda. Wolę towarzystwo osób w swoim wieku. I choć seniorki świetnie się bawią, zanosząc się od śmiechu i wyciągając zwiędłe, trzęsące się szyje niczym perliczki, to przestaję wierzyć w sens tego bzdurnego programu.

Po spotkaniu liderka przywołuje mnie i sprawdza moją kartę wstępu.

– Nie wypełniłaś rubryki „zawód”, słonko.

– Ach, tak, nie wypełniłam, bo niczym się teraz nie zajmuję – przyznaję ze smutkiem.

– Z powodu tego ślicznego maleńkiego chłopczyka? -pyta z uśmiechem i szczypie Joey w policzek.

– Tak. Z powodu tej ślicznej maleńkiej dziewczynki – prostuję uodporniona już na takie pomyłki. – Przedtem byłam dziennikarką w Londynie.

– O! W której gazecie?

– Nie pracowałam w gazetach, ale głównie w kobiecych magazynach. W jednym miałam nawet swoją rubrykę – informuję dumna z własnych osiągnięć.

– Cudownie! Taką jak „Seks w wielkim mieście”?

– Chciałabym – kwituję uśmiechem jej entuzjazm.

Pyta mnie, czy chcę poświęcić się pozbywaniu „mamine – go brzuszka”, a ja pewna, że spotkałam towarzyszkę niedoli poporodowego roztycia, potakuję ochoczo.

– Tak, tak – poddaję się ekscytacji. – Prawdę mówiąc, nie zawsze miałam całkiem płaski brzuch, ale teraz…

– Cesarka? – pyta, unosząc brwi.

Potwierdzam, dla wzmocnienia efektu przewracając oczami, wyginając wargi w paskudnym grymasie i wydając głuchy jęk.

– No to trzeba sprawić, żeby zmieścił się w majteczki. – Cmoka i macha na pożegnanie wychodzącym członkiniom grupy, trzęsąc przy tym zwałem obwisłego tłuszczu.

4

Wychodzę ze żłobka z poczuciem winy. Nie to, żeby Joey denerwowała się moim odejściem – wręcz lgnie do pani, która prowadzi ją do pokoju zabaw. Biedny dzieciak, pewnie nie może się doczekać, żebym zniknęła z pola widzenia. Czy można ją za to winić? Niezbyt dobrze się ostatnio razem bawimy. Ale mam wyrzuty sumienia, że ją tam zostawiam, jakbym podrzucała obcym, zamiast sama się nią zająć. Co w istocie ma miejsce. Nie oszukujmy się. Owszem, mówienie o tym, jak świetnie dziecku robi towarzystwo rówieśników, jak się socjalizuje i uczy współżycia w grupie, ma sens, a nawet zawiera odrobinę prawdy. Ale tak z ręką na sercu – pozbywamy się dzieciaków, żeby mieć chwilę oddechu.

Wychodzę ze żłobka z poczuciem winy. Nie to, żeby Joey denerwowała się moim odejściem – wręcz lgnie do pani, która prowadzi ją do pokoju zabaw. Biedny dzieciak, pewnie nie może się doczekać, żebym zniknęła z pola widzenia. Czy można ją za to winić? Niezbyt dobrze się ostatnio razem bawimy. Ale mam wyrzuty sumienia, że ją tam zostawiam, jakbym podrzucała obcym, zamiast sama się nią zająć. Co w istocie ma miejsce. Nie oszukujmy się. Owszem, mówienie o tym, jak świetnie dziecku robi towarzystwo rówieśników, jak się socjalizuje i uczy współżycia w grupie, ma sens, a nawet zawiera odrobinę prawdy. Ale tak z ręką na sercu – pozbywamy się dzieciaków, żeby mieć chwilę oddechu.

Szybko wracam do domu, postanawiając odłożyć przyjemność zapalenia pierwszego papierosa bez Joey do momentu, kiedy zasiądę na tarasie na tyłach domu z filiżanką gorącej, słodkiej herbaty Yorkshire.

Tymczasem nagle, całkiem niespodziewanie, wybucham płaczem. Bez uprzedzenia, bez wstępnych pochlipywań, które potem przechodzą w crescendo – zanoszę się gwałtownym, spazmatycznym lamentem. Chwiejnie wtaczam się do kuchni. Łzy tryskają mi z oczu niepohamowanym strumie – niem. Wyglądam przez okno wstrząsana szlochem. Słyszę żałosne, niemal histeryczne zawodzenie Joey, jakby ktoś ją torturował, zrywał jej paznokcie. I dopiero po kilku sekundach uświadamiam sobie, że małej tu nie ma i że to ja sama jestem źródłem tego zamętu.

Wstawiam wodę na herbatę, przecieram oczy gestem kropka w kropkę takim jak Joey, kiedy jest zmęczona (czyli zawsze), i głośno wycieram nos w kuchenny ręcznik. Sięgam po pojemnik ze słodzikiem, ale jest pusty. O rany. W Riverside, nie wiedzieć czemu, nie można dostać słodzika. Prawdopodobnie dlatego, że tutejsze rozkoszne mamuśki nie potrzebują żadnej diety – wystarczająco się nagimnastykują, uprawiając ogródki oraz stale wsiadając i wysiadając ze swoich SUV-ów. Prowincja sprzyja najwyraźniej smukłym udom.

Nieco pogodnieję, gdy dostrzegam paczkę cukru zostawioną przez budowlańców na szafce. Trzema łyżeczkami nie zyskam zbyt wielu punktów w skali Zarządzania Talią, nie?

Idę na taras i stawiam imbryk z herbatą na naszym starym stole kuchennym, przywiezionym z Chiswick, który Jack polakierował, żeby mógł stać na zewnątrz (w środku i tak by się nie zmieścił). Jack jest naprawdę dobry. Złota rączka. Bardzo stara się stworzyć nam prawdziwy dom.

Widzicie? Bywam dla niego miła, a nawet czasem za nim tęsknię. Ale kiedy tylko wraca, natychmiast zaczyna mnie wkurzać. Nawet gdy zmywa, nie robi tego, jak należy. Na przykład zostawia łyżeczki do wyschnięcia wgłębieniem do dołu i potem są na nich zacieki. Doprowadza mnie to do szału. Biedak, nie może się nawet wykazać, bo wszystko mam mu za złe. Stałam się taka zołzowata chyba od czasu narodzin Joey – dostałam obsesji na punkcie spraw, których przedtem w ogóle nie zauważałam. Jack polakierował też dwa kuchenne krzesła Bentwood. Teraz korzystam z jednego zwrócona twarzą do przerzedzonego rzędu sosen w koń cu ogrodu, który ledwo odgradza nas od świata. Siedzę i komponuję listę życzeń.

1. najpierw stracić tłuszcz, a potem…

2. być mniej surowa dla siebie i mniej szorstka dla ludzi wokół, co może mi pomóc…

3. zyskać przyjaciół i mieć z kim rozmawiać, no i, powiedzmy…

4. nie być wciąż rozdrażniona, zwłaszcza na Jacka; wtedy może okaże mi odrobinę sympatii, i…

5. Joey też. A potem chcę…

6. żebyśmy żyli razem długo i szczęśliwie w Riverside!

To nie Chiswick, mimo wszystko, wzdycham. Tam było mniej SUV-ów na ulicach i prawie nie widywało się dziecięcych wózków modnej marki Bugaboo. Generalnie sporo tu mam z wózkami, ale żadna nie wygląda sympatycznie. Do tego żadna z tych, które widzę na Riverside Downs, nie uczęszcza na spotkania grupy wsparcia dla matek i dzieci ani na mityngi Zarządzania Talią. To gdzie one chodzą?

Na pewno nie jestem osamotniona w poczuciu marności własnego losu. Na pewno nie jestem jedyną mamą pozbawioną bliskości swoich rodziców lub przyjaciół. Zapewne nie jestem też jedyną świeżo upieczoną matką bezgranicznie wkurzoną na życie. I choć już nie jestem młódką (Joey wkrótce skończy rok – tuż po tym, jak mnie stuknie czterdziestka), to wciąż czuję się zdołowana. W miasteczku roi się od dzieci – niemożliwe, żeby wszystkie pochodziły z idealnych, szczęśliwych rodzin.

Myślę o staruszkach poprawiających talię i radości, jaką sprawia im przebywanie w swoim gronie – co prawda poległy z dietami, ale połączone wspólnym celem wspierają się wzajemnie. A co mówiła pielęgniarka Liz? Że nie ma tu grupy wsparcia dla nieszczęśliwych mam, ale od czasu do czasu każdy czuje się struty i skołowany, więc…

Dlaczego nie zebrać się w sobie i nie zmontować własnej grupy?

Uśmiecham się na myśl o ogarniętych chandrą hordach nieuchronnie najeżdżających nasz dom na kawę/herbatę/dżin (w tej kolejności), aby rozładować złość, złagodzić frustrację i wyrzucić z siebie wszystko, co komu leży na żołądku. Może powinnyśmy spotykać się w pubie, gdzie można by się napić i zapalić, nie czując z tego powodu zażenowania?

Byłoby fantastycznie!

Prawda o tym, jak to jest mieć dziecko, wyszłaby w końcu na jaw i przebiłaby się przez wszystkie te napuszone, pompatyczne reklamowe bzdety sławiące słodkie, posłuszne bobasy i młode, zorganizowane, zachwycające mamuśki.

Pomysł zagnieździł mi się w głowie na dobre. Gdybym stworzyła klub dla wnerwionych rodziców – powiedzmy Stowarzyszenie Wkurzonych Rodziców – czy ktoś by się tam pojawił? Czy ktoś by się przyznał, że choć odrobinę jest niezadowolony ze swojego losu rodzica? W tym zatwardziale konserwatywnym kraju? Czy też cała sprawa skończyłaby się moją jeszcze dotkliwszą samotnością, brakiem kogokolwiek, z kim mogłabym porozmawiać, i wpisaniem mnie na czarną listę wyrzutków idealnego społeczeństwa?

Jest chyba tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać. A i tak nie może już być gorzej. Nie może?

Wybieram numer Charlie. Wiem, że jest w pracy, ale skoro spotyka się z facetem z firmy prawniczej, w której pracuje (gość z Francji o imieniu, hmm, Guy – prawie jak gej), to może ma trochę luzu i będzie mogła rozmawiać.

Mówiłam jej, że zadawanie się z kolegą z pracy nie jest dobrym pomysłem, ale przez tyle lat była sama – właściwie od rozwodu z ojcem Rose – i tak cieszy ją odzyskana pewność siebie, że dałam jej spokój. Rozpoczęła aplikację w wieku czterdziestu lat, co jest wyczynem samym w sobie, i ukończyła ją z wyróżnieniem, harując jednocześnie po wiele godzin jako agent nieruchomości i opiekując się Rose.

Chce wyjść za Guya i jest przekonana, że facet oświadczy się jej lada dzień. Był już żonaty, a Charlie gorliwie stara się zatuszować aurę dickensowskiej panny Havisham, która, jak twierdzi, ją otacza. Może aż nazbyt gorliwie. Zwróćcie uwagę – z Jackiem zamieszkaliśmy razem po sześciu miesiącach od pierwszej randki, a oświadczył się po dwunastu (sześć lat temu). Uważam, że w takich sprawach trudno o czymkolwiek przesądzać. Przypuszczam, że w pewnym wieku dochodzi się do wniosku, że nie ma sensu dłużej czekać, i skacze się na głęboką wodę.

Poznałam Charlie, kiedy obie pracowałyśmy jako felietonistki w TVText w Londynie, milion lat temu. Połączone obopólną nienawiścią do szefów – i pracy jako takiej – stworzyłyśmy Poniedziałkowy Klub Nocny. Spotykaliśmy się w koleżeńskim gronie w pubie w poniedziałki po pracy i wywnętrzaliśmy się nad swoim losem. Weekend wydawał się o dzień dłuższy, rozpoczynaliśmy tydzień według własnego upodobania i dostawaliśmy zastrzyk podnoszący nasze morale. Słowo daję, szefowie powinni przyznać nam premię.

Charlie będzie zachwycona Stowarzyszeniem Wkurzonych Rodziców! Lubi sobie wypić, bywa w klubach i wie, jak trudno jest być mamą.

– Hej – witam się i od razu przechodzę do sedna. – Co byś powiedziała, gdyby powstała grupa matek bez dzieci, która spotykałaby się w pubie wieczorami, aby wyżalić się do woli i wysłuchać innych? I mogłyby pić i palić ile wlezie? Dołączyłabyś do niej?

– Taa, pewnie. To się nazywa pójście w miasto ze znajomymi.

– A jeśli nie masz znajomych? Jeśli przeprowadziłaś się gdzieś, gdzie nikogo nie znasz? Gdybyś zobaczyła na poczcie ogłoszenie Stowarzyszenia Wkurzonych Rodziców, poszłabyś na spotkanie?

– Masz na myśli coś w rodzaju Poniedziałkowego Klubu Nocnego, tyle że zamiast o pracy paplałoby się o dzieciach, tak?

– Tak.

– Super. Ale nikt nie przyjdzie. Nikt nie przyzna się, że dzieciak go wkurza, zaręczam ci. Zwłaszcza na prowincji…

– Ale muszą być…

– I nikt nie będzie chciał drążyć swoich kłopotów. Ludzie oczekują pociechy, a nie przypominania im, że ich życie jest gówno warte. Wolą ucieczkę.

– Ale wyjście do pubu jest ucieczką. Chwila oddechu od dzieci i domu też jest ucieczką. Dlatego to zrobię, Charlie. Powieszę kartkę na poczcie i zwołam spotkanie na przyszły tydzień.

– W takim razie powodzenia. Zadzwoń, jak będziesz siedzieć sama w pubie przez dwie godziny.

Głośno wypuszczam powietrze do słuchawki, udając, że się śmieję. Charlie orientuje się, że coś jest nie tak.

– Żartowałam, Rox – mówi. – To naprawdę dobry pomysł. Rzucisz ich na kolana, tygrysico!

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nefrytowy różaniec Planeta Woda Diamentowa karoca Azazel Czarne miasto Śmierć Achillesa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny