Spartan Up! Bądź jak Spartanin

Spartan Up! Bądź jak Spartanin

Autorzy: Jeff O’Connell Joe De Sena

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 256

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 22.43 zł

Bezkompromisowy przewodnik, jak pokonywać przeszkody i osiągać szczytową formę w życiu.

Książka, która z linii startu zabiera cię prosto do mety.

42,195 kilometra już nie wystarczy. Dziś świat szturmem zdobywają biegi z przeszkodami, łączące wydolnościowe wyzwania maratonu z pozornie niewyobrażalnym wysiłkiem potrzebnym do pokonania kolejnych utrudnień. Poznaj Spartan Sprint, Spartan Super, morderczy Spartan Beast i... sprawdź się!

Czołganie się pod drutem kolczastym, dźwiganie 18-kilogramowych baniaków wody, wspinaczka po pokrytej tłuszczem ścianie, brak snu, ból, wycieńczenie, rezygnacja… Tym i innym wyzwaniom podołały już setki tysięcy ludzi.

Joe De Sena, twórca i siła napędowa Spartan Race, w Spartan UP! Bądź jak spartanin prezentuje strategię, dzięki której opuścisz strefę komfortu i wkroczysz w strefę bojową. Ta książka, pełna niezwykłych opowieści o spartańskich zawodnikach, pomoże ci w pełni zrealizować swój potencjał – w życiu, biznesie, związku i każdej innej sferze, którą chciałbyś zmienić lub udoskonalić. Bo jeśli poradzisz sobie ze Spartan Race, poradzisz sobie ze wszystkim, co przyniesie ci los.

***

Lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce wejść na wyższy poziom, zarówno w sporcie, jak i w życiu.

Dean Karnzales, ultramaratończyk i autor bestsellera "Ultramaratończyk. Poza granicami wytrzymałości"

Po przeczytaniu tej książki już nigdy nie zwątpisz w swoje możliwości, a pokonywanie przeszkód zarówno podczas biegania, jak i w życiu codziennym nabierze zupełnie nowego znaczenia.

Radosław Czyż, trener personalny, trener przygotowania motorycznego. Mistrz Polski w biegu na 400 m przez płotki. Jeden z najlepszych Polaków w Spartan Race Sprint.

KODEKS:

• Spartanin doprowadza swoje ciało i umysł do granic wytrzymałości.

• Spartanin doskonali się w kontrolowaniu swoich emocji.

• Spartanin ciągle się uczy.

• Spartanin jest hojny.

• Spartanin jest przywódcą.

• Spartanin za wszelką cenę broni własnych przekonań.

• Spartanin zna swoje wady tak samo jak swoje zalety.

• Spartanin udowadnia swoje racje czynem, nie słowem.

• Spartanin przeżywa każdy dzień tak, jakby to był jego ostatni.

Wielu życiowych rozbitków to ludzie, którzy nie zdawali sobie sprawy, jak bliscy są sukcesu, kiedy się poddali.

Thomas Edison

Dedykuję tę książkę moim rodzicom, którzy opuścili ten świat zbyt wcześnie, ale na swój sposób byli Spartanami do szpiku kości.

OD AUTORA

Spartański styl życia, choć satysfakcjonujący, może być również niebezpieczny, dlatego należy podchodzić do niego z rozwagą.

Prolog: 35 na minusie i nie masz dokąd uciec

Raid International Ukatak to długodystansowy bieg organizowany w Quebecu w samym środku zimy. Temperatura spada tam wtedy do poziomu minus 30 stopni Celsjusza. Do startu namówili mnie znajomi – tylko oni mogli sprawić, że razem z trzema innymi członkami drużyny stanąłem na linii startu na rzece Świętego Wawrzyńca w Quebecu. Znajdowaliśmy się na odludnym, jałowym i lodowatym terenie, a od mety dzieliły nas 563 kilometry. Mieliśmy pokonać tę odległość na ślizgach lodowych, w rakietach, na nartach i, wierzcie lub nie, na rowerach górskich, przedzierając się przez na wpół zamarznięte rzeki i pokryte śniegiem skaliste obszary, które odstraszyłyby każdego zdrowego psychicznie człowieka. Wiedziałem, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wyścig zajmie sześć dni. Wiedziałem też, że w takich warunkach nic nie idzie zgodnie z planem.

Pomimo lodowatej temperatury dzień był słoneczny, a niebo bezchmurne. Jaskrawe stroje zawodników wyraźnie kontrastowały z białym śniegiem. Zaczęliśmy wyścig na ślizgach lodowych, poruszając się rzeką Świętego Wawrzyńca, co przypominało nawigowanie czwórką wioślarską na Oceanie Arktycznym. Pływająca na wodzie kra wdzierała nam się do łodzi i wyrzucała nas za burtę; wpadaliśmy do lodowatej wody niczym nurkujące foki. Podczas takiego wyścigu nie ma gdzie się przebrać ani ogrzać. Kiedy ubranie przemaka ci lodowatą wodą, pozostajesz wyziębiony, dopóki temperatura się nie podniesie. Jest ci tak zimno, jakbyś był nagi. W takich warunkach ludzie umierają w wyniku hipotermii. A był to dopiero początek wyścigu.

Po dotarciu na ustalone miejsce przy brzegu rzeki przez dwa dni bez przerwy, w temperaturze od minus 25 do minus 35 stopni, szliśmy w śniegu po kolana. Aby wykrzesać z siebie niezbędną energię, zatrzymywałem się razem z pozostałymi członkami mojego zespołu i piłem z butelki oliwę z oliwek. Wydawało mi się to logicznym rozwiązaniem: oliwę mogłem nosić przy sobie i miała ona dużo kalorii. Metoda ta okazała się skuteczna. Nie obyło się jednak bez skutków ubocznych.

Każdy, kto kiedykolwiek uczestniczył w wyścigu wytrzymałościowym, musi chociaż w pewnym stopniu dysponować specjalną mentalnością, niezbędną do tego, aby odseparować się od własnego ciała i przeć do przodu bez zwracania uwagi na odruchy organizmu oraz zdrowy rozsądek, który nakazuje ci dać sobie spokój. W końcu przestajesz w ogóle myśleć racjonalnie, tracisz zdolność rozumowania i funkcjonujesz w sposób czysto pierwotny.

Trzeciej nocy, kiedy w rakietach śnieżnych podążaliśmy w kierunku górskiego grzbietu, przed oczami pojawiły mi się twarze krewnych i przyjaciół. Wszędzie, gdzie nie spojrzałem, widziałem ich głowy. Całymi godzinami zastanawiałem się, co oni tu robią. Przy szlaku dostrzegłem też restaurację McDonald’s, której nie mogło tam być, ponieważ znajdowaliśmy się na zupełnym odludziu. Nie tylko widziałem dwa charakterystyczne złote łuki, ale również czułem wyraźny zapach McRoyala oraz frytek. Kiedy zaczynasz tracić rozum, tak jak ja wtedy, twoimi myślami potrafią zawładnąć zaskakujące rzeczy – w moim przypadku były to najwyraźniej tłuszcze trans i keczup. Zdecydowanie mi odbijało.

W pewnym momencie musieliśmy zejść po 450-metrowym klifie, a następnie rozpocząć ostatni etap wyścigu. Znajdowaliśmy się wtedy na drugim miejscu, tuż za prowadzącymi, i nadal nie traciliśmy nadziei na wygraną – co ogromnie mnie zdumiewało, ponieważ nie byłem sportowcem i nie należałem do tego świata. Moi koledzy z zespołu mieli łącznie kilkudziesięcioletnie doświadczenie. Ja pracowałem na Wall Street, a wcześniej czyściłem baseny. Liczyłem na to, że swoje braki kondycyjne nadrobię wytrzymałością psychiczną. Były to prawdziwe igrzyska olimpijskie wśród rajdów przygodowych, a jednym z zawodników byłem ja: czyściciel basenów, usiłujący dotrzymać tempa pozostałym.

Kiedy zbliżaliśmy się do grani, czułem, że coś jest nie tak. Zespół przed nami miał pecha: liny przymocowane do skał poluzowały się i nie zapewniały już bezpieczeństwa. Zejście po klifie w takich warunkach mogłoby się zakończyć czerwonym kleksem na dziewiczym śniegu i było to ryzyko, którego nawet my nie zamierzaliśmy podejmować.

Oto zatem staliśmy nad klifem, nie mając dokąd pójść, podczas gdy pierwszy zespół próbował znaleźć sposób na ponowne zamocowanie lin. Słyszeliśmy odgłosy zamieszania i widzieliśmy światła czołówek pod krawędzią skał. Kiedy doświadczasz halucynacji i widzisz ludzkie głowy oraz złote łuki, to najprawdopodobniej nie jest to najlepszy moment na schodzenie po 450-metrowym klifie, zwłaszcza jeśli pojawia się dodatkowo jakiś problem z linami. Zbliżał się zmierzch, a my nie widzieliśmy żadnej innej drogi w dół i nie mogliśmy zawrócić. Najbliższym obozem, złożonym z kilkuset namiotów, był ten, który opuściliśmy rano. Miotani świszczącym wokół nas wiatrem, bez słowa spoglądaliśmy na siebie nawzajem, myśląc dokładnie to samo: kuuurwaaa. Mieliśmy spędzić noc w śniegu, pozbawieni jakiejkolwiek osłony, ponieważ w pełni oprzyrządowany namiot byłby zbyt ciężki, żeby nosić go przez sześć dni. Nie planowaliśmy spać i chcieliśmy iść tak długo, aż nie padniemy. Taki był nasz „plan”. Zignorowaliśmy wymogi bezpieczeństwa zakładające konieczność posiadania namiotu. Ponieważ nie zamierzaliśmy z niego korzystać, postanowiliśmy zmniejszyć ciężar bagażu.

Nocą mieliśmy mieć przechlapane, choć nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo. Zagrzebałem się w lodowatym śniegu, ponieważ był to jedyny sposób na osłonięcie się przed biczującym nas arktycznym wiatrem, ale fatalne warunki i spowodowany nimi wydatek energetyczny uniemożliwiały zaśnięcie. Tego typu warunki przejmują władzę nad racjonalnie rozumującą częścią twojego mózgu, którą utożsamiasz ze swoim ja. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko dygotać w swoim nieszczęściu aż do świtu. Byłem dokładnie w takim stanie, jaki osiągają ludzie zagubieni w dziczy i stwierdzający, że mają już w dupie, czy przeżyją, czy umrą, bo jeśli umrą, to przynajmniej ich cierpienie dobiegnie końca.

Następnego dnia, wraz z pierwszymi promieniami słońca, okazało się, że mocowania lin nie da się naprawić. Pierwszy zespół zdołał dotrzeć na dół, a my mogliśmy jedynie czekać w nadziei, że jego członkowie rozwiążą jakoś ten problem, albo spróbować mimo wszystko zejść z klifu i dogonić ich pieszo. Po przedyskutowaniu naszego kłopotliwego położenia postanowiliśmy, że spróbujemy zejść po lodowej ścianie bez użycia liny, mimo że normalnie powinno się ją pokonywać wyłącznie z zabezpieczeniem. Na każdej analizowanej przez nas potencjalnej trasie, po której moglibyśmy zjechać, zsunąć się lub stoczyć, znajdowała się jakaś śmiertelnie niebezpieczna przeszkoda. To jakby próbować zjechać po najtrudniejszym czarnym stoku narciarskim, po którym jeszcze nikt nigdy nie zjeżdżał. Trasa przed nami pokryta była miejscami metrową warstwą śniegu i roiło się na niej od śmiertelnych pułapek.

W końcu dostrzegliśmy wstęgę śniegu biegnącą po skalistej ścianie. Z braku innych opcji ruszyliśmy w dół, szukając punktów oparcia dla rąk i stóp. Pokryty śniegiem lód był mniej stabilny niż formacje skalne, ale zważywszy na ograniczoną liczbę sprzętu, jaki przy sobie mieliśmy, wydawał się też bezpieczniejszy. Przejście było bardzo wąskie i nie mogliśmy odbijać zbytnio na prawo czy lewo, bo skończyłoby się to śmiertelnym upadkiem. Schodziliśmy po obalonych drzewach i nagle trafiliśmy na trzymetrową rozpadlinę, przez którą zaczęliśmy zsuwać się po śniegu niebezpiecznie blisko powierzchni zbocza. To sześciogodzinne zejście miało się okazać w najlepszym wypadku ryzykowne. A ja byłem tylko zwyczajnym facetem w nietypowej sytuacji. Trenowałem do tego wyścigu zaledwie przez sześć miesięcy. Mieszkałem w Nowym Jorku i pracowałem za biurkiem.

W końcu udało nam się dotrzeć na dół. Odwróciłem się i spojrzałem na 450 metrów wznoszącej się nad nami skały oraz cienką wstążkę w śniegu, po której zeszliśmy. Patrząc w górę, wszyscy myśleliśmy: chyba nas popierdoliło. Metr czy dwa w złym kierunku i bylibyśmy martwi. Z pewnością było to duże osiągnięcie, ale nie chciałbym go już nigdy powtórzyć.

Później napotkaliśmy jeszcze więcej przeszkód. Pokonywaliśmy na nartach dystans 100 kilometrów, ale ponieważ mieliśmy złe narty i nie zabraliśmy ze sobą wosku, znaleźliśmy się w kiepskim położeniu. Poruszaliśmy się biegnącym przez środek kraju szlakiem złożonym z dwóch niewielkich żłobień na narty. Ubity w ten sposób śnieg ciągnął się przez 100 kilometrów na zupełnym pustkowiu. Trasa była bardzo górzysta i trzeba było pokonywać strome wzniesienia.

Szybko się zorientowaliśmy, że jesteśmy unieruchomieni. Nie mogliśmy wjechać na naszych nartach pod górę. Sfrustrowani, spoglądaliśmy na siebie, zdejmowaliśmy narty i zapadaliśmy się po pas w śniegu przypominającym ruchome piaski. Być może brzmi to zabawnie, ale dosłownie tam utknęliśmy. Nie mogliśmy się ruszyć do przodu ani do tyłu, a kiedy zdjęliśmy narty, nie mieliśmy możliwości założenia ich z powrotem.

Jeden z nas, Adrian, zdobył kiedyś Everest i pełnił w naszym zespole funkcję specjalisty. Jego obecność sprawiała, że podczas wyścigu czułem się bardziej komfortowo: był to profesjonalista, przyzwyczajony do radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Spojrzałem na niego takim wzrokiem, jakim zestresowany pacjent zerka na lekarza. W pewnym momencie Adrian odwrócił się do mnie i powiedział:

– Mamy poważny problem. To się może skończyć tragicznie.

Prawie się posrałem.

A jednak jakimś sposobem przedarliśmy się przez zaspy, a kiedy temperatura spadła, dalej mogliśmy jechać. Ci, którzy znają się na narciarstwie przełajowym – my się nie znaliśmy – wiedzą, że różne rodzaje wosku „przyklejają” się do śniegu przy różnych temperaturach. Dzięki temu po ociepleniu się nagle mogliśmy dalej poruszać się na nartach – zupełnie jak w jakimś filmie.

Tamta noc, którą spędziłem na górze, dręczony halucynacjami, była najgorszym doświadczeniem w moim życiu. A muszę w tym miejscu zaznaczyć, że w ciągu ostatnich 40 lat przeżyłem kilka prawdziwych chwil grozy. W nieprzyjemnych sytuacjach zazwyczaj widać światełko w tunelu. Okej, może i jest potwornie zimno, ale za dwie godziny będę z powrotem w aucie i włączę ogrzewanie. Jasne, podczas tego zabiegu boli mnie jak cholera, ale w razie czego mogę poprosić dentystę lub innego lekarza o wiekszą dawkę znieczulenia. Tak, właśnie uderzyłem się w duży palec u nogi, ale zaraz poczuję się lepiej.

Tamtej nocy nie było światełka w tunelu. Wiedziałem, że nawet kiedy słońce w końcu wzejdzie, temperatura dalej pozostanie ujemna. Nawet w najlepszym wypadku nadal mieliśmy kompletnie przejebane. Nikt nie szedł nam na ratunek. Musieliśmy sami znaleźć drogę w dół. I ją znaleźliśmy. Jeśli robisz coś takiego wystarczająco wiele razy, w końcu zyskujesz poczucie bezpieczeństwa – być może fałszywe – i zaczynasz myśleć, że jeśli tylko nie przestaniesz przeć do przodu, wszystko będzie dobrze. Powiedzmy sobie szczerze: wiedziałem, że niezależnie od tego, co spotka mnie w ciągu dnia, prawdopodobnie nic nie okaże się tak trudne jak warunki na grzbiecie tamtej góry.

Im bardziej zmordowany jest człowiek podczas wyścigu, tym lepiej czuje się po jego zakończeniu, więc możecie sobie wyobrazić, że po wszystkim czułem się jak król świata. Kiedy przechodzisz istne piekło i kończysz wyścig, który wydawał ci się nie do ukończenia – i podczas którego wielokrotnie wszystko szło nie tak – coś się w tobie zmienia. Doświadczasz uczucia spełnienia, ogromnej dumy i w pewnym sensie jesteś już innym człowiekiem.

Po ukończeniu Raid International Ukatak byłem na tyle głupi i miałem na tyle szczęścia, że udało mi się wziąć udział w kilku najtrudniejszych wyścigach, jakie kiedykolwiek wymyślono. Kiedy mówię ludziom, co mam zamiar zrobić, patrzą na mnie jak na debila albo samobójcę. Ale wiecie co? Można do tego podchodzić inaczej. Podejmowanie wyzwań, które cię przerastają, nie jest niczym głupim – pomaga ci zrozumieć, do czego jesteś zdolny. Buduje zupełnie nową perspektywę, z której możesz skorzystać, stając w obliczu innych wyzwań uznawanych powszechnie za trudne. Pokazuje ci możliwości, o których istnieniu nie miałeś pojęcia.

Dlatego właśnie zacząłem organizować Spartan Race i dlatego napisałem tę książkę. Bądź jak Spartanin!

1. Stąd do szaleństwa

Praca wytrwała zwycięża wszystko.

Wergiliusz

OŚWIADCZENIE UCZESTNIKA SPARTAN RACE

Wszyscy uczestnicy wyścigu Spartan Race oraz towarzyszących mu konkurencji muszą przyjąć do wiadomości wszelkie niedogodności i wyrazić zgodę:

1) Podczas udziału w wyścigu Spartan Race istnieje poważne ryzyko wystąpienia kontuzji lub śmierci. Mam tu na myśli głównie, choć nie tylko: utonięcia, podtopienia, zwichnięcia, naciągnięcia, złamania, oparzenia i odmrożenia, obrażenia powstałe w wyniku potrąceń przez pojazdy i kontaktu z trującymi roślinami, pogryzienia przez zwierzęta oraz ukąszenia.

Poza tym należy liczyć się z ryzykiem obrażeń podczas: brodzenia w wodzie, wspinaczki, jazdy rowerem, marszu, jazdy na nartach i chodzenia w rakietach śnieżnych, a także poruszania się łodzią, ciężarówką, samochodem albo innym środkiem lokomocji. Wszyscy uczestnicy muszą również zdawać sobie sprawę z ryzyka wystąpienia zawału serca, paraliżu albo śmierci. Przestrzeganie spartańskich zasad, stosowanie odpowiedniego wyposażenia i utrzymywanie dyscypliny mogą je zmniejszyć, ale nie sposób całkowicie ich wykluczyć.

2) W pełni rozumiem powyższe niebezpieczeństwa i dobrowolnie akceptuję wszystkie związane z wyścigiem formy ryzyka, zarówno te znane mi, jak i nieznane.

Oto warunki, na które muszą wyrazić zgodę wszyscy zawodnicy chcący wziąć udział w moim Spartan Race. Możecie pomyśleć, że chronię w ten sposób tylko własny tyłek, ale jeśli przez chwilę się nad tym zastanowicie, zrozumiecie, że tak naprawdę jest to oświadczenie, które powinna podpisać każda osoba zamierzająca po prostu żyć. Ja tak właśnie żyję: po spartańsku. I mogę was zapewnić, że płynące z tego korzyści znacznie przewyższają ryzyko.

Nazywam się Joe De Sena i dorastałem w nowojorskiej dzielnicy Queens. Nie byłem urodzonym sportowcem, ale mimo wszystko ostatecznie sport stał się moją wizytówką. Bo widzicie, jestem pomysłodawcą wyścigu Spartan Race, który w ciągu dziesięciu lat z wariackiego biegu z przeszkodami zmienił się w wartą kilka milionów dolarów globalną firmę lajfstajlową. Milion hardkorowych fanatyków opiera obecnie swoje życie na kodeksie, który dla nich stworzyliśmy, a wielu innych ludzi po prostu ten kodeks stosuje. W każdy weekend tysiące uczestników zbierają się na naszych zawodach, organizowanych przez cały rok we wszystkich zakątkach świata. Ci ludzie dążą do samorozwoju i chcą odpowiedzieć na wyzwanie: „Bądź jak Spartanin!”. Jestem ich największym kibicem i najgorszym koszmarem – często jednocześnie.

Ludzie mogą uważać mnie za szaleńca, sadystę, maniaka, samobójcę albo wszystko naraz, ale i tak do mnie ciągną, wyczuwając w jakiś sposób, że w tym szaleństwie jest metoda. I że moje zasady zmieniają ludzkie życie, tworzą nowe możliwości, przynoszą efekty.

W 2009 roku Noel Thompson, jeden z trenerów olimpijskiej kadry zapaśników, wysłał do mnie swoich zawodników na weekend. Noela poznałem kilka miesięcy wcześniej, podczas jednego z moich wyścigów – był zaintrygowany moimi unikalnymi i często szalonymi metodami treningowymi. Uznał, że mogę pomóc jego drużynie.

Zadbałem o to, aby po pięciogodzinnym locie i przybyciu na lotnisko Rutland zapaśnicy musieli się skonfrontować z niespodziewaną sytuacją. Nie powiedziano im, dlaczego przylatują się ze mną zobaczyć, i nie wiedzieli, czego spodziewać się na miejscu. Wylot zorganizował im ich trener, ale zapaśnicy, należący do najlepszych na świecie, nie mieli pojęcia, co to właściwie za wyprawa i w jakim treningu mają wziąć udział.

Chciałem zapewnić im odpowiednie wprowadzenie do spartańskiego stylu życia, dlatego kazałem kierowcy odebrać ich z lotniska, a następnie w bezceremonialny sposób wysadzić na poboczu drogi numer 100 do Vermont. Aby dostać się do mojej farmy, stanowiącej również siedzibę Spartan Race, musieli pokonać pieszo 15 kilometrów w górzystym terenie i drogą o bardzo wąskim poboczu. Było bardzo zimno i zapaśnicy kilka razy próbowali do kogoś zadzwonić, ale ponieważ znajdowali się na pustkowiu, nie mieli zasięgu. Ubrani byli raczej jak na spotkanie biznesowe niż na marsz w górach, musieli nieść również swoje bagaże. W taki właśnie sposób, z dala od nowoczesnej siłowni, rozpoczęli weekendowy trening z jakimś mieszkającym w górach szaleńcem.

Zawodnicy uznali to przywitanie za wariackie, a przede wszystkim za nieuprzejme. Nie tak traktowało się członków reprezentacji olimpijskiej. A jednak była w tym metoda. Ci chłopcy należeli do najlepszych zapaśników na świecie, lecz, jak większość z nas, przez całe życie prowadzeni byli przez kogoś za rękę – w ich wypadku zadanie to wypełniali trenerzy. Musiałem sprawdzić, jak zareagują, kiedy ich zapał zostanie poddany szaleńczej próbie. Najlepsze wino powstaje z winogron dojrzałych ponad miarę, diamenty rodzą się z węgla poddanego olbrzymiemu ciśnieniu, a miecz, aby stał się doskonałą bronią, należy wielokrotnie kuć i hartować. Na tej samej zasadzie reakcja tych zapaśników na stres związany z moimi metodami treningowymi miała mi pokazać, czy są to tylko olimpijskiej klasy sportowcy – to już wiedziałem – czy również prawdziwi mistrzowie. W końcu w każdej kategorii wagowej przyznaje się tylko jeden złoty medal.

W ramach treningu kazałem im porąbać olbrzymią górę drewna, a następnie przenieść je i ułożyć. Musieli bardzo dużo maszerować. Mam wielką szpulę kabla, która waży prawdopodobnie jakieś 140 kilogramów – kazałem im wtaczać ją na szczyt wzgórza. Chodzili w górę i w dół z workami z piaskiem, kopali rowy, wspinali się po skałach i pływali – musieli pokonać w wodzie łącznie około 13 kilometrów. Wykonywali dużo jogi bikram w ponadczterdziestostopniowym upale.

Z początku wydawali się niezbyt szczęśliwi – nie był to rodzaj treningu, do którego przygotowywali się przez ostatnie 15 lat, i wszystko to wydawało im się bezsensowne. Narzekali między sobą i zastanawiali się, co właściwie tutaj robią. Byli tu tylko dlatego, że dostali takie polecenie od trenera.

Nie widzieli w tym żadnego sensu – do czasu, kiedy kilka miesięcy później dostałem telefon od jednego z nich. Wygrał właśnie mistrzostwa świata i chciał mi podziękować. Kiedy u mnie ćwiczył, zmieniła mu się perspektywa. Kiedy jesteś na macie, do końca walki pozostaje dziesięć sekund, a twój rywal cię obija, myślisz sobie, że wytrzymałeś 48 godzin z tym pierdolonym szaleńcem w Vermont. Wiesz, że wytrzymasz też te dziesięć sekund. Od tego właśnie zależało, czy ten chłopak zostanie mistrzem świata, czy nie.

Wyścig z przeszkodami, podczas którego kilka miesięcy wcześniej poznałem trenera Thompsona, wymagał od zawodników pokonania dużego dystansu kajakami, a w pewnym momencie przeciągnięcia ich na odległość 20 metrów w chwastach i mule głębokim po pas. Wszystkie inne zespoły dały radę, ale Noel, wyprzedzający pozostałych zawodników ze swojej drużyny o jakieś 100 metrów, nagle utknął. Nie zatrzymał go muł, ale jego własny umysł, który nie pozwolił mu wejść w błoto z kajakiem, tak jak zrobili to pozostali. Odruchowo chwyciłem go razem z jego kajakiem i przeciągnąłem przez bagno. Po drugiej stronie udało mi się zepchnąć go do rzeki.

Thompson, podobnie jak bardzo wielu innych zawodników, których widziałem, po prostu nie potrafił się przystosować do nieznajomych warunków. Przez całe życie unikał błota i w chwili, kiedy się w nim zanurzył, wszystkie jego obawy oraz zaszczepiane od zawsze przestrogi w stylu: „Nie pobrudź się!” – formułowane przez rodziców, nauczycieli i tak dalej – nagle wypłynęły na powierzchnię, całkowicie go paraliżując. Nie miał pojęcia, jak sobie z tym poradzić.

Później, po wyścigu, podszedł do mnie i zapytał:

– Możemy pogadać?

– Jasne – odparłem. – O co chodzi?

– Jak ty się tego nauczyłeś?

– Trzeba po prostu wejść w muł i ruszyć przed siebie.

Nie zastanawiam się nad tym. Tak właśnie podchodzę do życia: stawiam jedną stopę przed drugą, skupiam się na jakimś małym, osiągalnym celu i wtedy prawie wszystko jest możliwe. W rezultacie nauczyłem się przeć do przodu, kiedy wszyscy inni – nawet ten trener światowej klasy sportowców – stają w miejscu. Jak mógł zostać tak sparaliżowany? Uważam, że trzeba się czemuś poświęcić, a potem to zrobić, niezależnie od wszystkiego. Thompson pozwolił, żeby do głowy wkradło mu się zwątpienie – jest to jeden z podstawowych błędów, jakie ludzie bez przerwy popełniają.

Podczas zapasów nie zostaniesz unieruchomiony w błocie – przynajmniej nie podczas zapasów na poziomie olimpijskim – ale możesz dać się unieruchomić w jakimś silnym chwycie albo w innej trudnej sytuacji. Zapasy należą do najbardziej nieprzewidywalnych dyscyplin sportowych. Walka olimpijska ma swój początek i koniec, ale nie sposób przewidzieć, co wydarzy się w ciągu tych pięciu minut. Nie sposób przewidzieć, ile energii będziesz musiał zużyć ani co spotka cię na macie. Zapasy nie są tak prostą dyscypliną jak na przykład maraton. Twój przeciwnik może się zachowywać całkowicie nieprzewidywalnie, nieustannie próbując chwytów, z których nie będziesz mógł się wyzwolić.

Trener Thompson przysłał więc do mnie swoich zawodników, ponieważ wiedział, że pomogę im przygotować się na to, co niespodziewane. Mogłem nauczyć tych elitarnych sportowców, że jeśli odpowiednio dużo wycierpią poza matą, będą mogli sprostać każdemu wyzwaniu na macie. Moim celem nie było przygotowanie ich do wygranej – miałem przygotować ich na to, co nieznane.

Najlepszym przykładem nieznanego jest muł. Przykleja się do nas, spowalnia nas i próbuje nas zatopić. Od początku istnienia ludzkości mężczyźni i kobiety musieli zmagać się z błockiem. Muł spowolnił Napoleona pod Waterloo, przeszkodził nazistom w najeździe na Rosję i zmienił używany przez wietnamskich powstańców szlak Ho Chi Minha w tor przeszkód. Mieszanka ziemi i wody, która przylepia ci się do butów, zmieniła historię świata. Podejrzewam, że i ciebie kilka razy opóźniła.

Podczas wyścigów Spartan Race zawsze konfrontujemy zawodników z błotnistymi kałużami i bagnami, w których człowiek zanurza się, tylko jeśli jest do tego zmuszony. Przeszkody te przygotowują ludzi na „błoto” codziennego życia i na problemy, które ciągną nas na dno, a przynajmniej próbują. Może nie dostałeś tego awansu, ale pokażemy ci, jak dalej wytrwać w pracy. Może zostałeś porzucony, ale chcemy, żebyś szukał nowego partnera z pozytywnym nastawieniem. Kiedy jesteś wyczerpany i nie masz już sił, błoto może przeważyć szalę i podsycić w tobie pragnienie kapitulacji. Na każdej trasie znajduje się więc przynajmniej jedna błotna pułapka. Bez nich Spartan Race nie byłby taki sam.

To jednak dopiero początek. Spartan Race zmusza cię do osiągnięcia czegoś więcej. Dlatego właśnie każemy ci pokonać brutalną trasę, która pozostaje w pamięci na zawsze. Naszą misją jest zaskoczyć naszych zawodników, doprowadzić ich ciała i umysły na skraj wytrzymałości oraz pomóc im stać się zdrowszymi dzięki trudnym, ekstremalnym i wymagającym wyścigom z przeszkodami. Spartańskie zawody uodparniają ludzi na załamania.

Moim celem podczas każdego wyścigu Spartan Race jest zmusić zawodników do przezwyciężenia ich chwilowej potrzeby komfortu, a przez to umożliwić im przeskoczenie samych siebie. Każdy może wbiec na górę. Ale wczołgać się na nią pod rozciągniętym na 100 metrach drutem kolczastym? Przeszkody i wyzwania psychiczne wymagają od naszych sportowców bezwzględnej zwinności i sprawności, a także elastyczności w obliczu wielu niespodzianek.

Spartan Race jest dla każdego, kto chce zmienić swoje życie i życie otaczających go osób. Standardowy schemat wygląda tak: zaczynasz od zawodów Spartan Sprint, gdzie na dystansie niecałych pięciu kilometrów pokonujesz 15 przeszkód, następnie bierzesz udział w Spartan Super, czyli prawie 13-kilometrowym wyścigu z 20 przeszkodami, aż w końcu zaczynasz myśleć o największym i najtrudniejszym biegu spartańskim, czyli Beast, podczas którego trzeba pokonać ponad 21 kilometrów oraz 25 przeszkód. Odległości te nie zostały wybrane przypadkowo. Uznałem, że dystans wyścigu Spartan Sprint musi zostać dostosowany do możliwości współczesnego społeczeństwa: każdy powinien być w stanie wstać z kanapy i przebiec pięć do siedmiu kilometrów. Super miał być wyzwaniem, ale takim, któremu może sprostać zarówno wysportowany nowicjusz o dobrej kondycji, jak i zawodnik innej dyscypliny. Z kolei Beast zaprojektowany został w celu testowania silnej woli nawet najtwardszych sportowców.

Nasz sezon kończy się we wrześniu zawodami Spartan World Championship, dlatego już w styczniu wielu z naszych zawodników wychodzi z zimowej hibernacji i zaczyna budować formę przed tą imprezą.

To nie są zawody, których pomysłodawca i współwłaściciel (to znaczy ja) ogląda rozgrywki z wygodnego, klimatyzowanego boksu, czekając na pięciosekundową przebitkę po jakimś partactwie albo przyłożeniu, kiedy kamera ma pokazać, czy jest wkurzony, czy może świętuje ze swoimi eleganckimi przyjaciółmi. Podczas Spartan Race wszyscy zanurzamy się w tym samym ferworze walki, a ja próbuję wejść w relację z każdym zawodnikiem albo przynajmniej na każdego zwrócić uwagę. Niezależnie od tego, gdzie się pojawiam, ludzie najczęściej pytają mnie: „Jak udaje ci się pozostać zmotywowanym?”. Dzięki temu wiem, że tysiące ludzi, którzy zadają mi to pytanie, potrzebują naszej pomocy w odnajdywaniu motywacji. Nie jest to łatwe, ale warto to robić.

Większość spartańskich zawodników znajduje się już daleko na ścieżce motywacji, ale niektórzy dopiero na nią wkraczają. Według mnie nasze wyścigi wzbudzają w człowieku silniejsze poczucie celu niż maratony czy inne tradycyjne zawody wytrzymałościowe. Myślę, że to dlatego, że imprezy Spartan Race stanowią wyzwanie na wielu poziomach, a jednocześnie są całkowicie w zasięgu ręki. Człowiek harujący całymi dniami w biurze nie wystartuje w zawodach Ironman. Za 80 dolarów może jednak wziąć udział w pięciokilometrowym biegu Spartan Sprint.

Aby zrozumieć unikalność i energię naszych biegów, trzeba w którymś z nich wystartować. Uczestnik ma wrażenie, że znajduje się równocześnie na zawodach sportowych i na koncercie rockowym. Jesteśmy skrzyżowaniem nowojorskiego maratonu i festiwalu Burning Man, doprawionym do smaku szczyptą prymitywnego szaleństwa. Gdybyś pojawił się na wyścigu, pewnie zadałbyś sobie pytanie: „Kim są ci ubłoceni i spoceni ludzie, z których wielu ma pomalowane twarze i śpiewa wspólnie przed rozpoczęciem zmagań? Skąd się wzięli i co ich skłoniło, żeby dobrowolnie robić coś takiego? Przecież to się wydaje cholernie trudne”. Stopień poświęcenia naszych zawodników odzwierciedlają nasze statystyki. Na początku wyścig kończyło średnio około 65 procent uczestników, a dziś jest to prawdopodobnie około 90 procent, choć w przypadku Spartan Beast wskaźnik ten jest odrobinę niższy. Każdy z zawodników mówi coś takiego:

– Byłem gruby.

– Miałem kiepską kondycję.

– Nudziło mnie moje życie.

A potem odkryli Spartan Race i wszystko się zmieniło.

Spartańscy zawodnicy stanowią idealny przekrój amerykańskiego społeczeństwa. Jeśli chodzi o wiek, to raczej nie zobaczysz czołgających się w błocie dzieci czy większości seniorów (choć jeśli jakaś starsza osoba chce spróbować, zachęcamy ją do tego). W zawodach biorą udział głównie mężczyźni i kobiety w wieku od kilkunastu do pięćdziesięciu kilku lat, pokonujący trasy w różnym tempie. Nie są to wyłącznie supersportowcy – choć o wielu z nich rzeczywiście można tak powiedzieć. Znajdują się wśród nas wysportowane mamy, zwycięzcy w walce z rakiem, osoby odchudzające się i wszyscy inni, którzy mają w sobie ogień determinacji.

Spartan Race ukazuje też pełen przekrój wykonywanych w Ameryce zawodów. Nasze wyścigi przyciągają bankierów, studentów, żołnierzy, nauczycieli, hydraulików, policjantów, strażaków i przedstawicieli wielu innych profesji. Niektórzy uczestnicy wywodzą się z odmiennych dyscyplin sportowych, takich jak maratony, triatlony, kulturystyka, CrossFit, mieszane sztuki walk czy joga. Dla innych jest to pierwszy kontakt ze zorganizowaną aktywnością sportową.

Dlaczego zawodnicy godzą się na tak olbrzymi wysiłek? Po co poddają się takim torturom, skoro nie czeka ich żadna wymierna nagroda, a jedynie koszulka i poklepanie po plecach? Dlaczego ja i inni bierzemy udział w tak nieprawdopodobnie wymagających wyścigach i wyruszamy w trasy, które mogą nas złamać, a w najlepszym wypadku sprawić, że wielokrotnie poczujemy się bezsilni? Czy nie po to wymyśliliśmy samochody, klimatyzację oraz windy, żeby właśnie tego unikać?

Od małych sal ze spinningiem przez szkoły tańca aż po CrossFitowe „boxy” wszędzie widać powszechne zainteresowanie dbaniem o sprawność fizyczną. Zamiast wysypiać się w niedzielny poranek, Spartanie wolą się poddawać piekielnym sprawdzianom woli i siły fizycznej. Robią to, ponieważ chcą czegoś więcej niż wygody, przeciętności i ekskluzywnej szczotki do czyszczenia sedesu. Prawdopodobnie zrozumieli – niekoniecznie wypowiadając to na głos – że przygotowując się do takiego wyścigu, a potem biorąc w nim udział, staną się lepsi, nawet jeśli w danym momencie większość z nich wygląda, jakby była na wojnie.

Death Race

Korzenie wyścigu Spartan Race sięgają zupełnie innej batalii, którą szczególnie dobrze obrazuje pewna scena. W 2005 roku dwaj byli żołnierze marines – 180 centymetrów wzrostu, wyrzeźbieni, cztery procent tłuszczu w organizmie – płakali, leżąc w piachu obok kobiety, która zdejmowała sobie protezę nogi. Następnie kobieta wylała z niej wodę i metodycznie założyła ją z powrotem, jakby robiła takie rzeczy codziennie. Natykając się na tę scenę, mógłbyś pomyśleć, że trafiłeś do piekła albo na plan zdjęciowy horroru, tylko że żołnierze płakali naprawdę, a proteza nie była rekwizytem. Pomijając fakt, że w filmach rzadko widuje się tak dziwne sceny.

To wszystko działo się naprawdę. Ci ludzie uczestniczyli w zawodach nazywanych Death Race, czyli „wyścig śmierci” – zupełnie nowej imprezie sportowej, którą ja i moi znajomi wymyśliliśmy, aby łamać zawodników albo dawać im inspirację. Było to na długo, zanim pojawił się pomysł na Spartan Race, ale już na tamtym szlaku położyliśmy podwaliny pod nową, ekstremalną dyscyplinę sportową, która dziś porywa tłumy.

Wcześniej tego samego ranka powiedziałem tamtym trzem zawodnikom, że mają przepłynąć pięć kilometrów w lodowatej wodzie. Zdołali to zrobić, ale w czasie wykraczającym poza opracowane przeze mnie reguły – reguły, o których właśnie się dowiedzieli. Kobieta po amputacji przyjęła to do wiadomości i natychmiast ruszyła dalej, dostosowując się do nowych warunków. Wiedziałem, że jest rozczarowana, ale bez zastanowienia przeszła nad tym do porządku dziennego. Byli żołnierze nie potrafili jednak zaakceptować tej zmiany zasad; nie mogli przyjąć nowej perspektywy. Obaj odważnie służyli swojemu krajowi i pod każdym względem byli przykładnymi obywatelami. Może nawet należałoby nazwać ich bohaterami. A jednak wpadli przy mnie w histerię, co było dalekie od zachowania, jakiego można byłoby się spodziewać po osobach doświadczonych na polu bitwy.

Death Race tak właśnie wpływa na wybitnych i doświadczonych sportowców. Ma przełamywać granice i doprowadzać uczestników na skraj wytrzymałości – a nawet dalej. Ten brutalny 48-godzinny sprawdzian psychicznej i fizycznej wytrzymałości jest w równym stopniu wyścigiem co egzorcyzmem. Na naszej wolnej od ściemy stronie internetowej poświęconej tej imprezie – youmaydie.com – znajduje się następująca informacja:

„To jest krańcowe wyzwanie. Death Race stworzony został z myślą o skonfrontowaniu cię z czymś nieoczekiwanym i kompletnie szalonym! Na ten wyścig wytrzymałościowy składają się brodzenie w błocie, bieg z przeszkodami, bieg na orientację oraz psychiczne i sprawnościowe wyzwania zorganizowane w formie liczącego ponad 48 godzin biegu przygodowego. 90 procent z was nie zdoła go ukończyć. Prosimy, abyście rozważali uczestnictwo w tym biegu przygodowym, tylko jeśli do tej pory żyliście pełnią życia”.

Każdego roku organizujemy trzy wyścigi Death Race: letni, objazdowy i drużynowy. Każda edycja ma swój motyw przewodni. Jednego roku była to religia, a wyścig zaczynał się i kończył w kościele. W roku zdrady umieszczaliśmy na szlaku oszustów, aby inni zawodnicy podążali za nimi. Wyścig opisany powyżej odbywał się pod hasłem „Hazard”, dlatego uczestnicy musieli próbować przechytrzyć śmierć, rzucając kośćmi. Podczas wielu wyścigów Death Race zawodnicy pokonują 80-kilometrowe trasy po zalesionych górach wokół mojego rodzinnego miasteczka Pittsfield w stanie Vermont, gdzie mieszka 546 osób. W ciągu roku więcej ludzi przyjeżdża do Pittsfield, żeby zmierzyć się ze śmiercią, niż żeby tak naprawdę żyć w miasteczku.

Death Race trwa tak długo, aż w grze pozostanie zaledwie 15 procent zawodników – kończy się, kiedy 85 procent z nich zrezygnuje. Zanim to się stanie, wyścig trwa. Wrogami każdego uczestnika są więc nie tylko jego rywale, ale też my, organizatorzy. Jednak to, co sprawia, że Death Race jest prawdziwie wyjątkowym wyścigiem, to przeszkody i wyzwania na trasie. Niektóre z nich służą określonym celom, a inne wymyśliliśmy tylko po to, żeby wkurwiać ludzi. Psychiczna gra rozpoczyna się na długo przed samym wyścigiem. Uczestnicy mogą dostać polecenie przywiezienia ze sobą fraka, dwóch kilogramów siana, kamizelki ratunkowej, pięciu dolarów w ćwierćdolarówkach albo pół kilograma nasion trawy. Celem jest podniesienie poziomu ich niepewności.

Podczas samego wyścigu wykonują zadania, takie jak nurkowanie po monety, jedzenie cebuli, wyciąganie pni z ziemi, noszenie kajaków i opon na bardzo duże odległości, dźwiganie skał przez sześć godzin, rąbanie drewna przez pięć godzin czy robienie trzech tysięcy burpee – wszystko, byle tylko zmusić ich do rezygnacji. W tym szaleństwie jest jednak metoda. Uważam, że konfrontowanie się z takimi wariackimi przeszkodami to najlepszy sposób na przywrócenie umysłowi sprawności po latach albo dekadach rozpieszczania, przewidywalności i wymówek.

Podczas wyścigu, w którym brali udział dwaj wspomniani wyżej żołnierze marines, ostatnim znanym uczestnikom etapem była druga noc w naszej siedzibie w Riverside Farm. Dobrze jest móc spotkać wszystkich „dobrych” zawodników na takim checkpoincie i przekonać się, kto już zrezygnował. Uwielbiam, kiedy docierają tam wszyscy, zwłaszcza jeśli jest już blisko końca imprezy.

Dzień trzeci zaczyna się jednak trochę ryzykownie. Zawodnicy są wyczerpani, a ich mechanizmy obronne szwankują. Dzieje się tak, kiedy fundujesz człowiekowi ekstremalne warunki i pozbawiasz go snu, a spotyka to zwłaszcza osoby, którym brakuje bezpieczników nakazujących im zwolnić, zatrzymać się albo zrezygnować. Niektórzy ludzie nie reagują po prostu na sygnały wysyłane przez organizm, bo zaprogramowani są na osiągnięcie celu. Za wszelką cenę. Pod pewnymi względami jest to niebezpieczne, ale z drugiej strony skłania ludzi do sięgnięcia po bardziej pierwotne instynkty i mechanizmy. Obserwowanie ich w trakcie rywalizacji to coś naprawdę niesamowitego: nigdy nie wiesz, czego się po nich spodziewać.

Ostatniego wieczoru kazaliśmy zawodnikom pojawić się następnego ranka o godzinie 6.00 w Białej Stodole we frakach i ze sprzętem oraz plecakami. Kiedy przyszli na miejsce, zaskoczył ich wystrój wnętrza przypominający kasyno. Po kolei zapraszaliśmy ich na pokera. Kiedy siadali za stołem, dawałem im wybór. Mogli dostać swoją „plakietkę” – dowód ukończenia wyścigu – albo pójść na całość i stanąć do walki o czaszkę, którą kupiliśmy w aptece CVS za 13 dolarów. Było to duże ryzyko: jeśli uczestnik wybrałby czaszkę i przegrał, straciłby plakietkę i wrócił do domu z pustymi rękoma, bez żadnego dowodu na to, że ukończył wyścig. Po co więc ktoś miałby to robić? Ludzie codziennie ryzykują swoim życiem, związkiem, zdrowiem i tak dalej. Wyścig zmusił zawodników do tego, aby zaczęli myśleć właśnie takimi kategoriami.

Mam do tych zawodników ogromny szacunek: wycierpieli tak dużo tylko po to, żeby nagle zwątpić w swoje trofeum, a potem podjęli nowe wyzwanie, mimo że byli prawie nieprzytomni z wyczerpania. Było to jednak ich ostatnie wyzwanie i jedyny sposób na zdobycie czaszki.

Wyścig rozpoczęło 350 uczestników, a na koniec, spośród tych, którzy przegrali ostatnie hazardowe zadanie, 20 osób wciąż uważało, że zasługuje na czaszkę. Zdarza się to każdego roku: pewien procent zawodników zawsze czuje, że potraktowano ich niesprawiedliwie, zupełnie jak w życiu. Mogliśmy się z nimi zgadzać, ale zostało nam tylko siedem czaszek. Po naradzie i burzy mózgów wymyśliliśmy rozwiązanie: powiedzieliśmy tym ludziom, że powtórzymy ostatni dzień wyścigu. Mieli raz jeszcze pokonać krwawy szlak, czyli morderczą, 30-kilometrową trasę w nieprzystępnych górach, która była absurdalnie trudna nawet jak na standardy Death Race. Przypuszczaliśmy, że w tym momencie 20 osób narzekających na niesprawiedliwość da sobie spokój i wróci do domów. Zamiast tego zrobiło się paskudnie. Mężowie całowali swoje żony na pożegnanie, a dorośli mężczyźni padali na ziemię i płakali na samą myśl o powrocie na szlak – co w ogóle mnie nie dziwi. Ja też bym się na ich miejscu rozpłakał.

A jednak o świcie ci ludzie byli gotowi na dalszą mordęgę. Jeden mężczyzna, nie mogąc założyć butów, owijał sobie stopy taśmą klejącą, próbując w ten absurdalny sposób załagodzić swoje dolegliwości. Moja propozycja oznaczała, że mieli raz jeszcze pokonać trasę, której wczoraj nie zdołali pokonać wystarczająco szybko, a na dodatek zapowiadał się bardzo upalny dzień. Naprawdę nie mogłem w to uwierzyć – oni rzeczywiście zamierzali to zrobić. Okłamaliśmy ich jednak. Chcieliśmy zakończyć to szybciej, nie informując ich o tym wcześniej: kilka kilometrów od Białej Stodoły zamierzaliśmy nagrodzić pierwszą siódemkę, a pozostałym powiedzieć, że przykro nam, ale nie zdobyli nagrody. Wytyczyliśmy pięciokilometrową trasę i co półtora kilometra rozstawiliśmy koordynatorów. Mieli informować uczestników, że na pokonanie kolejnego półtorakilometrowego dystansu mają maksymalnie dziesięć minut. Gdyby nie dotarli do checkpointu na czas, zostaliby wyeliminowani, nawet jeśli koordynator miałby siłą ściągać ich z trasy. Bez sentymentów: tylko siedmiu najszybszych zawodników będzie mogło nazwać się zwycięzcami.

Było to nielogiczne, ale dla nas miało sens. Zmienianie reguł i wprowadzanie uczestników w błąd to część tego wyścigu. Tych ludzi czekał pięciokilometrowy bieg, a pierwsza siódemka miała otrzymać swoje czaszki i tytuły zwycięzców. Tyle. Wyścig miał dobiec końca. W porze obiadu zamierzałem siedzieć już nad rzeką z dzieciakami. Co mogło pójść nie tak?

Moja żona Courtney stanęła przy pierwszym checkpoincie obok naszego krytego mostu, jakiś kilometr od linii startu. Zawodnikom biegnącym zbyt wolno miała powiedzieć, że to koniec i że mają wracać do domu. Niektórzy naprawdę biegli, co stanowiło niesamowity widok, inni wlekli się, cali w bandażach i przypominający zombie, szukając sposobu na zakończenie tej potwornej męczarni. Jeden mężczyzna owinął sobie taśmą klejącą biegówki za dwieście dolarów, które na trasie zupełnie mu się rozpadły. A jednak, mimo tego, jak wyglądał, poruszał się zadziwiająco szybko.

Nigdy nie zapomnę jednego faceta, który ledwie zdołał dotrzeć do checkpointu. Odliczałem w dół, a on przekroczył linię zaledwie kilka sekund po tym, jak moja Courtney krzyknęła:

– Dawaj, dawaj!

Ten facet zasługiwał na to, aby kontynuować wyścig. Dla wszystkich znajdujących się za nim musiałem jednak zakończyć tę rywalizację.

– Zawróćcie i wracajcie do rodzin – mówiła Courtney. – Prześpijcie się, zobaczymy się za rok.

Kilka osób rzeczywiście zawróciło, ale inne nie chciały się zatrzymać. Szły prosto na nią, patrząc przed siebie nieprzytomnym wzrokiem, jakby w ogóle jej tam nie było. Nie miały zamiaru rezygnować.

Mijając ją, kilkoro uczestników mruknęło:

– Przepraszam panią, ale ja się nie zatrzymuję.

– To było okropne uczucie – powiedziała Courtney. – Widziałam, jak na mnie patrzyli, i zrozumiałam, że ciągle są w trybie działania. Wiele razy widziałam to samo spojrzenie u Joego. To takie miejsce, do którego się udaje, kiedy postanawia, że będzie parł do przodu i ani jego wykończone ciało, ani ekstremalne temperatury, ani żadne sprzeciwy nie przeszkodzą mu w dotarciu na linię mety.

Ci goście szli dalej i mijali jej checkpoint. Courtney myślała najpierw: „Dlaczego mi nie wierzą?” a potem: „Dokąd, u diabła, oni idą?”. Przybrała ton wściekłej matki i była nieustępliwa jak nigdy. Ale oni i tak ją ignorowali. W końcu uświadomiła sobie, że ci ludzie są przekonani, że linia mety znajduje się trzydzieści kilometrów dalej i że czeka ich przeprawa przez morderczą trasę. „Jasna cholera – pomyślała – niemożliwe, żeby aż tak bardzo się to na nich odcisnęło”. Nie mogła uwierzyć, że ci ludzie zamierzają przejść przez to piekło i zmusić swoje wykończone ciała do kolejnych 72 godzin wysiłku. Byli jak bakterie, które stały się zbyt silne dla antybiotyku. Weszli w swoje „strefy” i nie zamierzali ich opuścić.

Courtney zadzwoniła do dwóch członków ekipy zajmujących miejsce przy kolejnym checkpoincie i wyjaśniła im, że ci goście kontynuują swoją misję. Byli niczym uprowadzony pociąg zmierzający w stronę ostatniego oficjalnego checkpointu przed lasem. Jeśli minęliby ten punkt, mogłoby się zrobić naprawdę niebezpiecznie – znaleźliby się w lesie bez wody, checkpointów i wolontariuszy na trasie. Ostatnią osobą stojącą pomiędzy nimi a niebezpieczeństwem był dyrektor wyścigu Andy Weinberg. Andy jest niezwykle charyzmatycznym człowiekiem i używa języka mocno ześwirowanego uczestnika wytrzymałościowych ultrabiegów, ponieważ nim jest. Powiedział Courtney, żeby się nie martwiła.

– Idź spać. Wyścig dobiegł końca.

Niezupełnie. Siedem ostatnich czaszek wręczono „oficjalnym zwycięzcom”, czyli facetom, którzy biegli najszybciej. Stojąc przy wejściu do lasu, Andy zdołał przekonać wielu pozostałych uczestników, że wyścig został zakończony. Mimo to pięciu z nich się nie zatrzymało. Rozumieli, że wyścig dobiegł końca, ale szli dalej, w pełni świadomi tego, że teraz zdani będą tylko na siebie. Postanowili, że będą kontynuować marsz niezależnie od wszystkiego i że zakończą swoją misję, wbitą im na siłę do głów, które w tamtym momencie nie funkcjonowały prawidłowo.

Była to niebezpieczna sytuacja. Tę piątkę stanowili dobrze wyszkoleni żołnierze, a ponieważ było lato, prawdopodobnie nie groziła im śmierć z głodu ani wyziębienia. Zgubienie zawodników w lesie nie jest jednak najlepszą reklamą. Uważam, że uczestnik Death Race powinien się liczyć ze złamaniem kostki podczas nieudanego zamachu siekierą, ze skaleczeniami, hipotermią, a nawet zawałem – zawodnicy przyjmują do wiadomości, że udział w wyścigu wiąże się z takim ryzykiem. Pozwolenie komuś na zgubienie się byłoby jednak niedopuszczalne.

Uczestnicy podpisują wprawdzie oświadczenie, w którym znajduje się informacja: „Możesz zginąć”, ale mimo wszystko są naszymi gośćmi. To świetni ludzie o ciekawej i inspirującej przeszłości. Mają swoje życie, rodziny i pracę, a mnie zależy na każdym z nich. Dlatego po przeanalizowaniu wszystkich faktów postanowiliśmy wyruszyć za niesfornymi uczestnikami.

Dwaj nasi pracownicy udali się za nimi do lasu krwawym szlakiem. Courtney, Andy i ja zamierzaliśmy przejechać głównymi drogami wokół góry około 50 kilometrów w nadziei, że zauważymy ich, gdy będą się wyłaniać spomiędzy drzew. Z naszej trójki to ja byłem najbardziej wyspany, a Courtney przez całą drogę mnie pouczała, dlatego po jakichś 15 kilometrach wysiadłem i ruszyłem ścieżką pieszo. Andy i moja żona pojechali dalej.

Nawet przy założeniu, że zawodnicy podążają właściwą trasą i nie napotkają po drodze nawet najmniejszych problemów, był to wątpliwy plan. Innego jednak nie mieliśmy. Courtney była zdenerwowana i przerażona perspektywą śmierci któregoś z tych facetów. Była też wściekła na samą siebie za to, że nie zatrzymała ich na pierwszym checkpoincie. Wszyscy nasi ludzie zaangażowali się w poszukiwania. Byliśmy wykończeni. Nie powinno dojść do takiej sytuacji. Jednak nie braliśmy pod uwagę, że jacyś uczestnicy mogą nam uciec. Przez blisko dziesięć lat organizowania podobnych wyścigów ani razu nie zdarzyło się nic podobnego. Wiedząc, jak wolno poruszają się ci goście i jak bardzo są wykończeni, spodziewaliśmy się, że możemy szukać ich bardzo, bardzo długo.

Później, tego samego zimnego i deszczowego dnia, w końcu zobaczyliśmy marines siedzących nad brzegiem jeziora. Byli głodni, spragnieni, zmęczeni i mieli halucynacje. Zastanawialiśmy się wcześniej, co im powiemy, kiedy ich znajdziemy, w jaki sposób ich powstrzymamy i jak im przetłumaczymy, że nie są już na szlaku, a wyścig został zakończony. Na ich widok Courtney poczuła jednak tak silną ulgę i taką wściekłość, że jej matczyne instynkty wzięły nad nią górę, a wszelkie strategie zdały się na nic. Wyskoczyła z samochodu i pobiegła w ich kierunku, ku ich widocznemu rozczarowaniu. Myśleli prawdopodobnie, że to Andy albo ja będziemy na nich krzyczeć lub wręczymy im nagrodę za bycie „najbardziej szalonymi”. Jeden z nich powiedział mi później, że liczył na konfetti przy końcowej linii, to znaczy przy jeziorze. Kurwa, co?

Courtney wyjaśniła im, że zeszli z trasy, że wyścig dobiegł końca i że pora udać się do auta i wrócić do domu. Wytłumaczyła im, że w dziczy szuka ich ekipa ratunkowa – co było prawdą – i że to czas, aby w końcu odpuścić. Żaden z nich nawet nie drgnął. Ponieważ widziała już wcześniej u mnie taki nieobecny wzrok i zdawała sobie sprawę, że to jedyna szansa na uniknięcie katastrofy, moja żona – na co dzień najsłodsza osoba na świecie – straciła cierpliwość.

– Natychmiast wsiadać do samochodu, zasrani egoiści! – wrzeszczała. – Mój mąż i moi przyjaciele szukają was, a wy igracie z życiem!

Krzyczała i wzbudzała w nich poczucie winy, ponieważ wydawało się, że to jedyny sposób, żeby ich przekonać, że wyścig się skończył.

Ruszyli w końcu do samochodu, wszyscy oprócz faceta bez butów i ze stopami owiniętymi taśmą klejącą. Oświadczył, że nie obchodzi go, co powiem ani co zrobię. Stwierdził, że pokonał raka i biegnie dla dzieci dotkniętych tym samym, bo chce im pokazać, że mogą wygrać z chorobą i osiągnąć w życiu wielkie rzeczy. Brał udział w wyścigu, żeby zebrać pieniądze niezbędne na ich leczenie. Jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa, za to umysł odmawiał złożenia broni.

– Dobrze, w takim razie jest nas dwoje – powiedziała Courtney. – Idę z tobą. Mam nadzieję, że wiesz, jak przetrwać w takiej dziczy, bo będziesz potrzebował tej wiedzy, żeby ochronić mnie dziś w nocy. Utknęliśmy tu razem.

Miała na sobie sandały, krótkie dżinsowe spodenki oraz koszulkę na ramiączkach, i nie była przygotowana na żadną wędrówkę, a już na pewno nie na 30-kilometrowy marsz śmierci z powrotem do Pittsfield.

W tym momencie facet zaczął pękać. W końcu wszedł do samochodu razem z innymi. Wszyscy zapadli w niespokojny sen. Courtney jeździła w kółko, aż w końcu odnalazła mnie oraz wszystkich innych członków wyprawy ratunkowej i wszyscy pojechaliśmy z powrotem. Zawodnicy byli skrajnie wyczerpani, a jednak zamierzali iść dalej, utykając i brnąc przez piaszczyste drogi, górskie zbocza oraz błoto tylko dlatego, że kochali doprowadzać się do granic wytrzymałości i sprawdzać, co są w stanie przetrwać, a jednocześnie wytyczać sobie nowe granice.

Kiedy w kontekście wyścigu Death Race i niezbędnych do niego przygotowań mówię ludziom, że „muszą cierpieć”, nie chodzi mi o to, że mają być nieszczęśliwi. Chodzi mi o to, że powinni rzucić wyzwanie własnym oczekiwaniom i opuścić strefę komfortu. Kiedy zmuszasz ciało do krańcowego wysiłku, kiedy brakuje ci tchu, odczuwasz ból i wyczerpany leżysz na ziemi, to właśnie wtedy zaczynasz rozumieć, jak źle może się potoczyć twoje życie. Poddając się temu cierpieniu, zyskujesz nową skalę porównawczą. Po zakończeniu takiego wymagającego treningu wszelkie drobne troski twojego życia wydają się niczym.

Poszukiwanie współczesnych Spartan

Death Race był pierwowzorem wyścigu Spartan Race i bardziej uporządkowaną wersją tego ultrabiegu, w którym rzuca się wyzwanie śmierci. Spartan Race opiera się jednak na tych samych regułach. Bo widzicie, Death Race to tak naprawdę bardzo dokładnie zaprojektowany proces, który ma na celu znalezienie właściwych osób. Takich, które w normalnym życiu wydają się zmotywowane i pełne zapału, ale które w określonych warunkach oraz w danych sytuacjach mogłyby wykorzystać te cechy do maksimum.

– Ile właściwie takich osób istnieje na świecie? – pytałem sam siebie.

Większość okazuje się rozczarowaniem, ponieważ w naszym społeczeństwie 99 procent ludzi szuka łatwych rozwiązań. Ale co takiego ma ten jeden procent, czego nie mają inni? Okazuje się, że oprócz bycia twardymi i cholernie wytrwałymi potrafią oni odsuwać w czasie „moment gratyfikacji” i nieustannie powiększać swoją skalę porównawczą – są to dwie cechy, o których napiszę więcej w dalszej części książki.

Po trzech lub czterech godzinach wyścigu Death Race każdy jest wyczerpany; reszta to po prostu ponad 72 godziny prawdziwej katorgi. Musisz się wtedy trzymać swego postanowienia, że dotrwasz do końca, mimo że każda komórka twojego ciała pragnie zrezygnować. Ludzie startujący w Death Race nie szukają sławy ani popularności. Ścigają się, doprowadzając się na skraj, aby dążyć do realizacji własnych celów. Ekstremalny wysiłek sprawia, że przez długie okresy odczuwają niewygodę i ból. Uczestnicy Death Race uparcie prą do przodu. Zdecydowali się na to i z każdą godziną postanawiają dalej znosić ból, nawet jeśli się on nasila.

Z psychologicznego punktu widzenia to, co wtedy robisz, to przesuwanie wbudowanej w twój organizm granicy stresu. Nasz mechanizm „walcz lub uciekaj” powinien się uruchomić, kiedy uciekamy przed lwem, aby ocalić życie, a nie kiedy nasze kiełki brukselki są lekko niedogotowane albo martwimy się tym, że nasz dom nie jest tak duży jak dom naszego kolegi z klasy, który właśnie został naszym znajomym na Facebooku. Najprostszym sposobem na to, aby przekonać nasz organizm, że stanie w korku nie jest warte wywołanej stresem furii, jest pokazanie mu, w kontrolowanych warunkach codziennego treningu, jak wygląda prawdziwy stres.

Codziennie rano zapewniam sobie 60 minut bólu – uwalnia to wszystkie rodzaje substancji odpowiadających za odczuwanie przyjemności po ciężkim treningu i w porównaniu z tym reszta dnia wydaje mi się łatwa. Co jakiś czas potrzebuję też czegoś więcej – muszę przesunąć granice wytrzymałości mojego ciała. Muszę wyjść w środku nocy na dziesięciogodzinną wyprawę rowerową z Andym. Wiem, że poszerzyłem swoją skalę porównawczą, kiedy padam na beton i wydaje mi się, że to najbardziej ekskluzywny materac na świecie.

Dzięki temu nic nie może mnie później zestresować. Jeśli przetrwałem ostatnią serię burpee, kiedy drżały mi wszystkie mięśnie, albo przebiegłem ostatnie pół kilometra, kiedy płonęły mi płuca, to z łatwością pokonam wszelkie przeszkody, jakie pojawią się przede mną w ciągu dnia.

Podczas maratonu lub triatlonu dokładnie wiesz, czego się spodziewać. Podczas wyścigu Death Race nie znasz czekających cię przeszkód i wyzwań. Po zakończeniu zawodów to procentuje. Docierając do mety, ludzie często zyskują potężne poczucie celu. Myślę, że jest ono silniejsze niż po maratonie i innych tradycyjnych biegach wytrzymałościowych, ponieważ Death Race jest wymagający pod bardzo wieloma względami.

– Ten wyścig był dla mnie momentem przełomowym – powiedział Will Bowden, jeden z pierwszych uczestników Death Race, który w roku 2013 ukończył zawody na piątym miejscu. – Każda sytuacja, która popycha cię do granic fizycznych lub psychicznych możliwości i pozwala ci decydować, czy chcesz się przed nimi zatrzymywać, czy je przekraczać i tworzyć nowe, zmienia rdzeń twojej osobowości. Death Race zrobił ze mną właśnie coś takiego.

Wiele osób przychodzi do mnie i mówi, że wyścig zmienił ich życie. Dzieje się tak, ponieważ Death Race buduje coś, co nazywamy „odpornością na przeciwności”, czyli umiejętność przezwyciężania niespodziewanych przeszkód bez popadania w nadmierny stres. Z naukowego punktu widzenia jest to zdolność unikania reakcji „walcz lub uciekaj” i zachowywania spokoju oraz jasności myśli. Zdobywa się ją dzięki określonemu przygotowaniu, które zapobiega odczuwaniu stresu w nietypowych dla nas sytuacjach. Oto kilka klasycznych przykładów praktykowania odporności na przeciwności, jakie stosowano w ciągu ostatnich tysięcy lat:

Greccy stoicy wierzyli, że największą życiową przeszkodą jest nie śmierć, ból ani cierpienie, ale tchórzostwo. Ćwicząc się w akceptowaniu tego, czego nie można zmienić, i w budowaniu własnej odwagi, wyeliminowali strach przed śmiercią.

Tybetańscy mnisi uważają, że największą przeszkodą jest brak kontroli nad własnym umysłem. Całymi dniami sypią więc z piasku mandale, a kiedy obraz jest gotowy, zamiatają efekt swojej pracy szczotką. Nie chodzi o przeznaczenie, ale o samą podróż i o proces, który daje im możliwość trenowania własnej świadomości, skupienia oraz kontroli.

Adepci kung-fu muszą przezwyciężyć przeciwność, jaką jest zmęczenie. Dlatego mistrz każe swoim uczniom wnosić na szczyt góry podkłady kolejowe, a następnie znosić je z powrotem. Jest to wysiłek bezproduktywny, ale adept kung-fu nie będzie miał później problemu, aby wbiec na górę bez dodatkowego ciężaru.

Trener Michaela Phelpsa, Bob Bowman, uważał, że największymi przeszkodami dla jego podopiecznego są niespodziewane wyzwania mogące doprowadzić do utraty przez niego koncentracji. Dlatego też przygotowując Phelpsa do igrzysk olimpijskich, odbierał go na trening zbyt późno, żeby musiał opuścić posiłek, albo zbijał mu gogle przed wejściem do basenu. Kiedy podczas igrzysk w 2012 roku Phelpsowi pękły gogle, zdołał przezwyciężyć tę przeszkodę i zdobył złoty medal.

Niezależnie od tego, jakie człowiek ma marzenia i czy jest sportowcem, czy nie, napotka na swej drodze przeszkody. Pytając ludzi o to, czego pragną w życiu, otrzymamy bardzo różne odpowiedzi. Wymarzone życie 30-letniego mężczyzny żyjącego na ulicy w Tajlandii będzie zupełnie inne niż wymarzone życie 16-latka przebywającego na łodzi w okolicach wysp Hamptons. Wątpliwe, czy istnieje jeden idealny wzór „dobrego życia”. W pewnym momencie wszyscy doświadczymy bólu i rozczarowania. Niespodziewanie umrze nasz krewny. Zdradzi nas przyjaciel. Stracimy pieniądze. Jak to mówią, shit happens.

Death Race jest trudny, zgadza się? Lekko przerażający. A jednak decydujesz się wziąć w nim udział, wytrzymujesz i jakoś udaje ci się przetrwać. Wtedy wszystko inne w życiu wydaje się nieistotne. Założyłeś do pracy elegancki garnitur i zaczęło padać. Wielkie mi rzeczy. Podano ci chłodną kawę, samochód rano nie zapalił, a dzieciaki wrzeszczą. Wszystko to pestka, bo zbudowałeś sobie odporność na przeciwności. Czujesz się ze sobą dużo lepiej. Jesteś pewniejszy siebie. Staje się to zaraźliwe. To doświadczenie zmienia twoje życie.

Podczas każdego wyścigu Death Race spotkasz elitarnych sportowców, olimpijczyków, żołnierzy z Navy SEAL, pierwszoligowych futbolistów, zapaśników i tak dalej. Niezależnie od tego, co ci ludzie robili w życiu, motywujemy ich do wchodzenia na nowy poziom. E-maile, które później otrzymujemy, są do siebie bardzo podobne: „Zmieniliście moje życie. To niewiarygodne”. To nie tak, że wygrali u nas na loterii i daliśmy im 40 milionów dolarów. To nie tak, że nagle daliśmy im piękną żonę i piękne dzieci. Daliśmy im jedynie posmak tego, jak kiedyś wyglądało ludzkie życie.

Dostajemy też coś w zamian: inspirację.

– Wymyśliliśmy Death Race, żeby odszukać ludzi, z którymi mielibyśmy ochotę spędzać czas – wyjaśnia Andy. – Chcieliśmy otaczać się osobami, które nas inspirują. A ludzie najbardziej nas inspirujący to ci, którzy się nie uginają, nie rezygnują, nie idą na skróty i nie zawodzą. Każdy z nas może być kimś takim, jeśli chce. Trzeba tylko zarezerwować dzisiaj czas i dokonać poświęcenia, żeby później mieć tego czasu więcej.

Spartańska linia startu

Ze względu na ekstremalny charakter wyścigów Death Race mogą brać w nich udział wyłącznie elitarni sportowcy, którzy mają czas na intensywne treningi. Stosując tę zasadę, pomijaliśmy jednak zdecydowaną większość populacji. Postanowiliśmy więc stworzyć bardziej przystępną wersję tej imprezy, aby wyczerpanie ekstremalnym, przygodowym i wytrzymałościowym biegiem mogły poznać miliony osób, które normalnie by tego nie doświadczyły. Spartan Race miał zawierać elementy Death Race, ale zmodyfikowane w taki sposób, aby ludzie rzeczywiście mogli brać w nim udział – chcieliśmy, aby ten wyścig był odpowiedni zarówno dla początkujących sportowców, jak i dla poważnych zawodników. Tylko w ten sposób mogliśmy stworzyć popularny ruch sportowy i zmienić świat na lepsze.

Początkowy koncept był w najlepszym razie mglisty: wiedzieliśmy tylko, że ma to być pieszy wyścig z naturalnymi i sztucznymi przeszkodami, który będzie testował fizyczną oraz psychiczną sprawność zawodników. Miał się odbywać na suchym lądzie, w wodzie, w błocie, a nawet w ogniu. Ostateczny jego kształt opracowaliśmy w oparciu o przeszkody i wyzwania, które człowiek powinien umieć pokonać, bo w takiej czy innej formie wykonuje je od stuleci. Innymi słowy, wszystko na trasie powinno być w zasięgu możliwości uczestników i nie wymagać żadnego specjalnego wyposażenia – jedynie dużo serca i genów, które nakazują ci wytrwać.

Na początku nie wiedzieliśmy, jak nazwać ten nowy wyścig. Pamiętam, jak siedzieliśmy w kuchni naszego wiejskiego domu razem z Andym, Courtney i innymi współpracownikami i rzucaliśmy dziesiątkami nazw. Żadna nam się nie podobała. Ta właściwa powinna być wyczerpująca, zrozumiała dla wszystkich i poważna.

Wróciłem wspomnieniami do szkolnych lekcji historii, na których uczyliśmy się o Spartanach ze starożytnej Grecji. Opowieści o tych wojownikach zrobiły na mnie wtedy duże wrażenie i pozostały ze mną na zawsze.

– Nazwijmy to Spartan Race – powiedziałem.

Wszyscy zamilkli. Nie było żadnych sprzeciwów, nie było potrzeby dyskusji. To miała być nasza nazwa, ponieważ Spartanie uosabiali wszystko, w co wierzyliśmy. Byli silnymi, odważnymi i zaradnymi obywatelami, którzy nie tolerowali mazgajstwa. Słynęli z tego, że potrafili pokonać znacznie liczniejsze armie wyłącznie dzięki silnej woli. W równej mierze skupiali się na ciele co na umyśle.

Podobało nam się również to, że Spartanie żyli w starożytności, ponieważ w naszej filozofii silnie sprzeciwialiśmy się nowoczesnemu społeczeństwu i z nostalgią myśleliśmy o bardziej prymitywnych czasach, kiedy do lasu chodziło się bez nawigacji GPS i wytyczało własne szlaki, zamiast szukać skrótów przygotowanych przez innych, i zaczynało się dzień bez kawy ze Starbucksa.

– Coś ci nie poszło? – mawia Andy. – To wyobraź sobie, co czuli ci pod Termopilami.

Tworzenie tej dyscypliny sportu, imprezy czy jakkolwiek by tego nie nazywać, stało się bardzo angażujące. Błagałem przyjaciół z Queens, krewnych i wszystkich znajomych o pomoc w rozpowszechnianiu tej koncepcji prostszego i formalnie zorganizowanego wyścigu Death Race. Czegoś, w czym mógłby wziąć udział każdy. Czegoś, co mogło się kiedyś stać dyscypliną olimpijską. Każdemu, kto chciał nas słuchać, powtarzaliśmy:

– Po prostu się zapisz. Nie martw się, czy masz wystarczające umiejętności i czy jesteś w odpowiedniej formie.

Zorientowaliśmy się, że z chwilą zapisania się na Spartan Race ludzie zaczynali trenować bardziej intensywnie. Czuli się zmotywowani, aby ukończyć wyścig, i podczas codziennych treningów zmuszali się do coraz większego wysiłku. To normalne, że przed zawodami intensywnie się trenuje, i oni właśnie to robili. A kiedy pojawiali się na wyścigu, byli w formie, o której wcześniej tylko marzyli, i potrafili przekroczyć linię mety razem z innymi. Poznawali też więcej prosportowo nastawionych osób.

Możecie pomyśleć, że to wszystko to jakieś szaleństwo… ale wyobraźcie sobie, co by było, gdyby wszyscy zaczęli to robić.

Spartan Up!

A Take-No-Prisoners Guide to Overcoming Obstacles and Achieving Peak Performance in Life

Copyright © 2014 by Spartan Race, Inc.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2016

Copyright © for the Polish translation Jakub Małecki 2016

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Aneta Wieczorek / Editor.net.pl

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografie na okładce – Spartan Race Polska

Wykresy – Spartan Race Inc.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2016

ISBN EPUB: 978-83-7924-467-6

ISBN MOBI: 978-83-7924-466-9

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Od autora

Prolog: 35 na minusie i nie masz dokąd uciec

1. Stąd do szaleństwa

2. Pokonywanie największej przeszkody: twojego zwątpienia

3. Pokonywanie przeszkód i test ciasteczkowy

4. Zmienianie skali porównawczej

5. Zdobywanie spartańskiej sprawności

6. Zmień swoją dietę, zmień swoje życie

7. Ruch w górach

8. Wymazywanie granic

9. Przemiana: zawiązywanie nowych więzi

10. Linia mety: stajesz się Spartaninem

Dodatek

Podziękowania

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Spartan Up! Bądź jak Spartanin 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia