Kiedy odszedłeś

Kiedy odszedłeś

Autorzy: Jojo Moyes

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 496

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 29.99 zł

GDY COŚ SIĘ KOŃCZY, COŚ NOWEGO SIĘ ZACZYNA.

Nie myśl o mnie za często…
Po prostu żyj dobrze.
Po prostu żyj.
Will

Tyle że Lou nie ma pojęcia, jak to zrobić. I trudno jej się dziwić.
A jednak Kiedy odszedłeś to nie tylko historia o podnoszeniu się po utraconej miłości, lecz także inspirująca opowieść o nowych początkach. Pamiętając o obietnicy złożonej ukochanemu, Lou stara się znajdować nowe powody, dla których warto czekać na każdy kolejny dzień.
*
Miłośnicy pisarstwa Jojo Moyes odnajdą w tej książce to, co najbardziej cenią w jej twórczości: ujmujący humor, autentyzm i zapadających w serce bohaterów. A ci, którzy jeszcze nie znają tej autorki, mogą być pewni, że po lekturze Kiedy odszedłeś popędzą do księgarń, by jak najszybciej nadrobić zaległości.

Jojo Moyes to ulubiona autorka milionów czytelników, a jej pisarstwo jest światowym fenomenem wydawniczym. Udało jej się wyrównać rekord należący do Harlana Cobena i Stephena Kinga – trzy jej książki znalazły się równocześnie na listach bestsellerów „New York Timesa”. Na listach najlepiej sprzedających się tytułów wyprzedza Marie Kondo, Paulę Hawkins czy George’a R. R. Martina.
Poprzednia książka o perypetiach Lou Clark sprzedała się w ponad 5 milionach egzemplarzy (w Niemczech utrzymywała się na pierwszym miejscu list bestsellerów przez rekordowe 46 tygodni). Film na jej podstawie trafia właśnie na ekrany kin.

Dla mojej babki, Betty McKee

Rozdział pierwszy

Tęgi mężczyzna przy drugim końcu baru się poci. Trzyma głowę nisko nad swoją podwójną szkocką, ale co kilka minut podnosi wzrok i ogląda się za siebie, w stronę drzwi. Cienka warstewka potu na jego skórze lśni w świetle jarzeniówek. Mężczyzna robi długi, drżący wydech, udając, że to westchnienie, i wraca do swojego drinka.

– Halo. Przepraszam?

Zerkam znad wycieranych kieliszków.

– Mogę jeszcze raz to samo?

Chcę mu powiedzieć, że to nie najlepszy pomysł, że to nie pomoże, a ochrona może nawet uznać, że jest w stanie wskazującym na spożycie. Ale to dorosły facet, do zamknięcia zostało piętnaście minut, a ja w świetle firmowych wytycznych nie mam powodu mu odmówić, więc podchodzę do niego, biorę szklankę i zbliżam ją do miarki. Mężczyzna kiwa głową w stronę butelki.

– Podwójna – mówi i przesuwa tłustą ręką w dół po wilgotnej twarzy.

– To będzie siedem funtów dwadzieścia pensów.

Jest wtorek wieczorem, za piętnaście jedenasta, i dzień pracy w pubie Pod Koniczynką, irlandzkim lokalu na londyńskim lotnisku East City Airport, który z Irlandią ma mniej więcej tyle wspólnego, co Mahatma Gandhi, powoli dobiega końca. Zamykamy dziesięć minut po odlocie ostatniego samolotu i w tej chwili jestem tutaj tylko ja, skupiony młody człowiek z laptopem, dwie rozchichotane kobiety przy stoliku numer dwa i mężczyzna popijający podwójnego jamesona i czekający albo na lot SC107 do Sztokholmu, albo na DB224 do Monachium – ten drugi ma czterdzieści minut opóźnienia.

Siedzę tu od południa, bo Carly bolał brzuch i poszła do domu. Nie przeszkadza mi to. Nigdy nie mam nic przeciwko zostawaniu w pracy do późna. Nucąc cicho do wtóru Celtyckich dud ze Szmaragdowej Wyspy, cz. III, podchodzę i zbieram szkło ze stolika, przy którym dwie kobiety wpatrują się w jakiś filmik na ekranie telefonu. Zanoszą się swobodnym śmiechem osób po paru kieliszeczkach.

– Moja wnuczka. Ma pięć dni – oznajmia blondynka, kiedy sięgam przez stół po jej kieliszek.

– Śliczna – uśmiecham się. Wszystkie niemowlęta wyglądają dla mnie jak bułeczki z rodzynkami.

– Mieszka w Szwecji. Nigdy tam nie byłam. Ale trzeba się wybrać, żeby zobaczyć pierwszą wnuczkę, prawda?

– Oblewamy jej urodziny. – Znów wybuchają śmiechem. – Przyłączysz się do nas? No dalej, na pięć minutek możesz zapomnieć, że jesteś w pracy. Inaczej nigdy nie skończymy tej butelki na czas.

– Oho! Pora na nas. Chodź, Dor.

Komunikat na ekranie stawia kobiety do pionu. Zbierają swoje rzeczy, i może tylko ja zauważam chwiejność ich kroku, kiedy idą w stronę bramek. Odstawiam ich kieliszki na bar i rozglądam się po sali, czy nie ma tam czegoś jeszcze do pozmywania.

– Nigdy cię nie kusi? – Niższa kobieta wróciła po swój szal.

– Słucham?

– Żeby pod koniec pracy po prostu się tam przejść. Wskoczyć do samolotu. Mnie by kusiło. – Znowu się śmieje. – Dzień w dzień.

Uśmiecham się tym zawodowym uśmiechem, który może wyrażać absolutnie wszystko, i odwracam się w stronę baru.

Wokół mnie sklepy zamykają się na noc, stalowe rolety, chrobocząc, zjeżdżają w dół i zasłaniają absurdalnie drogie torebki i batoniki Toblerone, czekające na tych, którzy zapomnieli kupić upominki. Światła mrugają i gasną nad wyjściem numer trzy, pięć, jedenaście, ostatni podróżni tego dnia wznoszą się w nocne niebo. Violet, sprzątaczka z Konga, popycha wózek w moją stronę, idąc wolnym, kołyszącym krokiem, a jej podgumowane buty skrzypią na lśniącym marmoleum.

– Dobry wieczór, złotko.

– Dobry wieczór, Violet.

– Nie powinno cię tutaj być o tej porze, kochanie. Powinnaś być w domu z najbliższymi.

Co wieczór mówi dokładnie to samo.

– Już niedługo – odpowiadam co wieczór tymi samymi słowami. Violet, usatysfakcjonowana, kiwa głową i rusza dalej.

Skupiony młodzieniec od laptopa i spocony koneser szkockiej sobie poszli. Kończę odstawiać szklanki i kieliszki, podliczam utarg, sprawdzając dwa razy, dopóki wydruk z kasy nie zgadza się z zawartością szuflady. Zapisuję wszystko w rejestrze, sprawdzam nalewaki, notuję, co trzeba będzie zamówić. Dopiero wtedy zauważam, że płaszcz tęgiego mężczyzny ciągle wisi na stołku przy barze. Podchodzę do niego i zerkam na monitor. Pasażerowie lecący do Monachium właśnie wchodzą na pokład, gdybym miała ochotę biec z płaszczem za tym człowiekiem. Zerkam jeszcze raz, a potem wolnym krokiem idę do męskiej toalety.

– Przepraszam? Jest tu kto?

Głos, który dobiega zza drzwi, jest zduszony i pobrzmiewa w nim histeryczna nutka. Wchodzę do środka.

Amator szkockiej pochyla się nad umywalką i ochlapuje sobie twarz wodą. Jego skóra jest biała jak kreda.

– Wywołują mój lot?

– Dopiero zaczęli. Ma pan jeszcze kilka minut.

Ruszam do wyjścia, ale coś mnie powstrzymuje. Mężczyzna wpatruje się we mnie oczami jak dwa małe guziczki pełne strachu.

– Nie mogę. – Bierze papierowy ręcznik i wyciera nim twarz. – Nie mogę wsiąść do tego samolotu.

Czekam.

– Mam polecieć na spotkanie z moim nowym szefem i nie jestem w stanie. Nie odważyłem się powiedzieć mu, że boję się latać. – Kręci głową. – Nie boję się. Umieram ze strachu.

Puszczam drzwi, które zamykają się za moimi plecami.

– Co to za nowa praca?

Mężczyzna mruga powiekami.

– Y… części samochodowe. Jestem nowym starszym dyrektorem regionalnym, w nawiasie części zapasowe, w Hunt Motors.

– To wygląda na poważne stanowisko – odzywam się. – Ma pan… nawias.

– Długo na to pracowałem. – Mężczyzna głośno przełyka ślinę. –

I dlatego nie chcę zginąć w ognistej kuli. Bardzo nie chcę zginąć w unoszącej się w powietrzu ognistej kuli.

Kusi mnie, by mu powiedzieć, że właściwie to nie byłaby unosząca się w powietrzu ognista kula, tylko prędzej taka spadająca gwałtownie w dół, ale przypuszczam, że to by raczej nie pomogło. Mężczyzna znów ochlapuje sobie twarz, a ja podaję mu następny papierowy ręcznik.

– Dziękuję. – Robi drżący wydech i prostuje się, próbując wziąć się w garść. – Pewnie nigdy wcześniej nie widziała pani, żeby dorosły facet zachowywał się jak idiota, co?

– Jakieś cztery razy dziennie.

Szeroko otwiera małe oczka.

– Mniej więcej cztery razy na dzień muszę kogoś wyławiać z męskiej toalety. Z reguły chodzi o strach przed lataniem.

Mężczyzna mruga powiekami, wpatrując się we mnie.

– Ale wie pan, tak jak mówię wszystkim pozostałym, żaden samolot z tego lotniska nigdy nie spadł na ziemię.

Cofa się zdumiony.

– Poważnie?

– Ani jeden.

– Nie było nawet… żadnego wypadku na pasie startowym?

Wzruszam ramionami.

– Tak naprawdę jest tu dosyć nudno. Ludzie odlatują, docierają tam, gdzie mieli dotrzeć, i wracają kilka dni później. – Opieram się o drzwi, żeby je uchylić. Jakoś wieczorem te toalety nigdy nie chcą ładnie pachnieć. – A zresztą osobiście uważam, że człowiekowi mogą się zdarzyć gorsze rzeczy.

– No tak. W sumie racja. – Mężczyzna zastanawia się nad tym, zerkając na mnie z ukosa. – Czterech dziennie, mówi pani?

– Niekiedy więcej. A teraz, jeśli nie ma pan nic przeciwko, to naprawdę muszę wracać. Klienci nie powinni widywać mnie zbyt często, jak wychodzę z męskiej ubikacji.

Uśmiecha się i przez moment widzę, jaki może być w innych okolicznościach. Człowiek tryskający energią. Wesoły. Prawdziwy znawca części samochodowych produkcji kontynentalnej.

– Wie pan, zdaje mi się, że wywołują pański lot.

– Jak pani myśli, nic mi się nie stanie?

– Nic się panu nie stanie. To bardzo bezpieczne linie. Zresztą to raptem parę godzin z życia. Niech pan posłucha, SK491 wylądował pięć minut temu. Idąc do bramek, zobaczy pan stewardesy i stewardów, którzy przechodzą tamtędy w drodze do domu, cali roześmiani i rozgadani. Dla nich wsiąść do samolotu to mniej więcej tak, jak dla nas wsiąść do autobusu. Niektórzy robią to dwa, trzy czy cztery razy dziennie. A nie są głupi. Gdyby to nie było bezpieczne, toby się tam nie pakowali, prawda?

– Jak wsiąść do autobusu – powtarza mężczyzna.

– A pewnie nawet znacznie bezpieczniej.

– No tak, to na pewno. – Podnosi brwi. – Na drogach roi się od idiotów.

Kiwam głową.

On poprawia sobie krawat.

– No i to nie byle jaka praca.

– Szkoda by było, żeby przepadła z takiego błahego powodu. Jak się pan już oswoi z tym, że jest pan w powietrzu, to wszystko będzie dobrze.

– Może tak. Dziękuję…

– Louiso – mówię.

– Dziękuję, Louiso. Bardzo miła z ciebie dziewczyna. – Przygląda mi się z wahaniem. – Nie sądzę, żebyś… miała ochotę… wybrać się kiedyś ze mną na drinka?

– Chyba wywołują pański lot – stwierdzam i otwieram przed nim drzwi.

Mężczyzna kiwa głową i żeby pokryć zmieszanie, z przesadnym przejęciem klepie się po kieszeniach.

– No tak. Faktycznie. Komu w drogę…

– Powodzenia z nawiasami.

Dwie minuty po jego wyjściu zaglądam do kabiny numer trzy i odkrywam, że mój rozmówca pochorował się tam i nie zostawił ani kawałka czystej powierzchni.

Docieram do domu kwadrans po pierwszej i otwieram drzwi do mieszkania, w którym panuje cisza. Przebieram się w spodnie od piżamy i bluzę z kapturem, a potem otwieram lodówkę, wyciągam z niej butelkę i nalewam sobie kieliszek białego wina. Jest okropnie kwaśne. Przyglądam się etykiecie i zdaję sobie sprawę, że musiałam je otworzyć poprzedniego wieczoru i zapomnieć je zakorkować, a później stwierdzam, że zbyt długie zastanawianie się nad takimi rzeczami nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Osuwam się na krzesło z kieliszkiem w dłoni.

Na kominku stoją dwie kartki. Jedna od rodziców, z życzeniami urodzinowymi. „Wszystkiego najlepszego” mojej mamy przeszywa mnie jak cios sztyletu. Druga jest od siostry, która proponuje, że wpadną do mnie z Thomem na weekend. Kartka stoi tu od pół roku. Na sekretarce mam nagrane dwie wiadomości, jedną od dentysty. A jedną nie.

– Cześć, Louisa. Z tej strony Jared. Poznaliśmy się w Dirty Duck, pamiętasz? W każdym razie wyszliśmy stamtąd razem. – Stłumiony śmiech pełen zakłopotania. – No więc… wiesz… było fajnie. I pomyślałem, że może byśmy to powtórzyli? Masz moje namiary…

Kiedy w butelce nic już nie ma, zastanawiam się nad kupieniem następnej, ale nie chcę znów wychodzić. Nie chcę, żeby Samir z monopolowego znowu żartował sobie na temat mojej wiernej miłości do pinot grigio. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Nagle czuję przemożne zmęczenie, ale to taki rodzaj szumiącego w głowie wyczerpania, który zapowiada, że jeśli położę się do łóżka, nie będę w stanie zasnąć. Przez chwilę myślę o Jaredzie i o tym, że miał paznokcie w dziwnym kształcie. Czy przeszkadza mi dziwny kształt paznokci? Wpatruję się w puste ściany salonu i raptem dociera do mnie, że tak naprawdę potrzeba mi świeżego powietrza. Muszę odetchnąć świeżym powietrzem. Otwieram okno w korytarzu, chwiejnie wspinam się po schodach przeciwpożarowych i wreszcie wychodzę na dach.

Za pierwszym razem, kiedy się tu znalazłam, dziewięć miesięcy wcześniej, pośrednik nieruchomości pokazał mi, że poprzedni lokatorzy urządzili tu ogródek dachowy, rozstawiając kilka ołowianych donic i ławeczkę.

– Oczywiście oficjalnie nie należy to do pani – powiedział – ale tylko pani mieszkanie ma bezpośrednie wyjście. Myślę, że jest tu całkiem ładnie. Mogłaby pani nawet urządzić tutaj przyjęcie!

Wlepiłam w niego wzrok, zastanawiając się, czy naprawdę wyglądam na osobę, która urządza przyjęcia.

Od tamtego czasu rośliny dawno już zwiędły i uschły. Najwyraźniej opiekowanie się różnymi rzeczami nie jest moją mocną stroną. Teraz stoję na dachu, wpatrując się w mrugającą ciemność Londynu pode mną. Wokół mnie miliony ludzi żyją, oddychają, jedzą i się kłócą. Miliony istnień zupełnie oderwanych od mojego. Daje to dziwny rodzaj spokoju.

Latarnie sodowe świecą, a nocne powietrze przenikają dźwięki miasta, wycie silników, trzaskanie drzwi. Kilka kilometrów na południe słychać odległy brutalny łoskot policyjnego śmigłowca, którego reflektor przeczesuje ciemność parku w poszukiwaniu jakiegoś zaginionego złoczyńcy. Gdzieś z oddali dobiega dźwięk syreny. Zawsze słychać jakąś syrenę.

– Ani się pani obejrzy, a będzie się tu pani czuła jak w domu – powiedział pośrednik. Omal nie wybuchnęłam śmiechem. To miasto wydaje mi się równie obce, jak zawsze. Chociaż właściwie od jakiegoś czasu wszędzie się tak czuję.

Waham się przez chwilę, a potem robię krok i staję na gzymsie, z rozpostartymi ramionami, jak lekko wstawiony linoskoczek. Jedna stopa przed drugą, posuwam się ostrożnie naprzód po betonie, a wietrzyk łaskocze włoski na moich wyciągniętych rękach. Zaraz po przeprowadzce, kiedy było mi najciężej, czasami rzucałam wyzwanie samej sobie, zmuszałam się do przejścia po gzymsie z jednego końca budynku na drugi. Gdy dochodziłam do drugiego końca, śmiałam się na głos w nocne powietrze. Widzisz? – zwracałam się do niego w myślach. – Jestem tutaj, żyję, na samej krawędzi. Robię, jak mi kazałeś!

Stało się to moim potajemnym nałogiem, ja, pejzaż miasta, komfort ciemności, anonimowość i pewność, że tu, w górze, nikt nie wie, kim jestem. Podnoszę głowę, czując powiew nocnego wiatru, słysząc pod sobą śmiech i stłumiony odgłos tłuczonej butelki. W stronę śródmieścia sunie wąż aut, widzę niekończącą się rzekę czerwonych tylnych świateł, samochodowy dopływ krwi. Jedynie godziny pomiędzy trzecią a piątą rano są względnie spokojne, pijani zwalili się na swoje łóżka, kucharze pościągali białe fartuchy, puby zaryglowały drzwi. Ciszę tych godzin tylko z rzadka przerywają nocne cysterny, otwierająca się kawałek dalej przy mojej ulicy żydowska piekarnia i spadające z miękkim pacnięciem na ziemię poranne gazety rozwożone przez furgonetki. Znam najdrobniejsze poruszenia miasta, bo przestałam sypiać.

Gdzieś w dole zamykają White Horse, pełen hipsterów i mieszkańców East Endu, z których kilkoro awanturuje się na zewnątrz, a po drugiej stronie miasta szpital główny zbiera to, co zostało z chorych, rannych i tych, którym prawie udało się przetrwać kolejny dzień. Tu, na górze jest tylko powietrze, ciemność i lot towarowy z Heathrow do Pekinu, i niezliczeni podróżni, w rodzaju amatora szkockiej, w drodze do jakiegoś nowego miejsca.

– Osiemnaście miesięcy. Całe osiemnaście miesięcy. No to kiedy wreszcie będzie dość? – pytam w ciemność. I proszę bardzo – znów zaczyna we mnie wrzeć ten nieoczekiwany gniew. Robię dwa kroki przed siebie, patrząc na swoje stopy. – Bo wcale nie czuję, że żyję. W ogóle nic nie czuję.

Dwa kroki. I jeszcze dwa. Dziś dojdę aż do rogu.

– Nie dałeś mi, do cholery, żadnego życia, prawda? Nie bardzo. Po prostu zniszczyłeś moje dawne życie. Rozwaliłeś je w drobny mak. I co mam teraz zrobić z tym, co zostało? Kiedy w końcu poczuję… – Wyciągam ręce, chłodne nocne powietrze dotyka mojej skóry, a ja zdaję sobie sprawę, że znów płaczę. – Pieprz się, Will – szepczę. – Jak mogłeś mnie zostawić.

Żal znów we mnie wzbiera, niczym nagły przypływ, intensywny, wszechogarniający. W chwili, gdy czuję, jak w nim tonę, z cienia odzywa się głos:

– Chyba nie powinnaś tam stać.

Robię półobrót i na schodach przeciwpożarowych miga mi drobna, blada twarz z szeroko otwartymi ciemnymi oczami. Jestem zszokowana, stopa ślizga mi się po gzymsie, mój ciężar nagle znajduje się po niewłaściwej stronie spadku. Serce podchodzi mi do gardła, a ułamek sekundy później czuję szarpnięcie w całym ciele. A potem, jak w sennym koszmarze, nagle jestem nieważka, w otchłani nocnego powietrza, moje nogi rozpaczliwie wymachują ponad głową, słyszę krzyk, który może wychodzić z moich własnych ust…

Łup.

A potem wszystko zalewa czerń.

Rozdział drugi

– Jak się nazywasz, kochanie?

Kołnierz ortopedyczny wokół mojej szyi.

Czyjaś ręka wprawnie i delikatnie obmacuje mi głowę.

Żyję. To właściwie dosyć zaskakujące.

– Tak jest. Otwórz oczy. A teraz na mnie popatrz. Spójrz na mnie. Możesz mi powiedzieć, jak się nazywasz?

Chcę odpowiedzieć, otworzyć usta, ale słowa, które się z nich wydobywają, są zduszone i nie mają sensu. Chyba ugryzłam się w język. W ustach mam krew, jest ciepła i smakuje żelazem. Nie mogę się ruszyć.

– Położymy cię na desce ortopedycznej, dobrze? Możliwe, że przez chwilę będzie ci nieprzyjemnie, ale dam ci morfinę, żeby trochę złagodzić ból. – Głos mężczyzny jest spokojny, zrównoważony, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, być połamanym i leżeć na betonie, gapiąc się w ciemne niebo.

Mam ochotę się roześmiać. Chcę mu powiedzieć, jakie to absurdalne, że tutaj jestem. Ale wygląda na to, że nic nie działa tak, jak powinno.

Twarz mężczyzny znika mi z pola widzenia. Kobieta w odblaskowej kurtce, z ciemnymi kręconymi włosami związanymi w koński ogon, nachyla się nade mną i znienacka świeci mi latarką w oczy, patrząc na mnie z tym samym obojętnym zainteresowaniem, jakbym była jakimś okazem, a nie osobą.

– Trzeba ją podłączyć do respiratora?

Chcę się odezwać, ale moją uwagę odwraca ból w nogach. Jezu – mówię, ale nie jestem pewna, czy na głos.

– Złamania wielokrotne. Źrenice w normie, reaktywne. Ciśnienie dziewięćdziesiąt na sześćdziesiąt. Miała szczęście, że spadła na tę markizę. No powiedz, jakie jest prawdopodobieństwo, że człowiek wyląduje na leżaku?… Ale nie podoba mi się ten siniak. – Zimne powietrze na moim brzuchu, lekki dotyk ciepłych palców. – Krwotok wewnętrzny?

– Sprowadzić drugą ekipę?

– Proszę się odsunąć. Do tyłu, proszę pana.

Głos innego mężczyzny:

– Wyszedłem sobie na fajkę, a ona normalnie zleciała na mój balkon. Mało nie wylądowała na mnie, do cholery.

– No widzi pan, jaki z pana szczęściarz? Jednak wylądowała obok.

– W życiu czegoś takiego nie przeżyłem. Człowiek się nie spodziewa, że ktoś sobie na niego po prostu spadnie z nieba. Spójrzcie tylko na mój leżak. Osiemset funtów, z Conran Shop… Myślicie, że mogę złożyć wniosek o odszkodowanie?

Chwila ciszy.

– Może pan robić, co pan uważa za stosowne. Wie pan co, właściwie to mógłby pan przy okazji obciążyć ją kosztami czyszczenia balkonu z krwi. Co pan na to?

Spojrzenie pierwszego mężczyzny spotyka się ze wzrokiem koleżanki. Czas płynie, a ja podążam za jego ruchem. Spadłam z dachu? Twarz mam zimną i jak przez mgłę dociera do mnie, że zaczynam dygotać.

– Sam, ona wpada we wstrząs.

Gdzieś w dole otwierają się przesuwne drzwi furgonetki. A potem deska pode mną porusza się i przez chwilę – ten ból ten ból ten ból… Wszystko zalewa czerń.

Syrena i migające niebieskie światło. W Londynie zawsze słychać jakąś syrenę. Przemieszczamy się. Błękitny rozbłysk przesuwa się po wnętrzu karetki, czkawka i powrót, oświetla nieoczekiwanie ciasne wnętrze, człowieka w zielonym uniformie, który wstukuje coś w telefon, a potem odwraca się i poprawia kroplówkę nad moją głową. Ból się zmniejszył – morfina? – ale przytomność niesie ze sobą narastający strach. Gigantyczna poduszka powietrzna powoli nadyma się wewnątrz mnie, nieubłaganie odcinając mnie od wszystkiego innego. O nie. O nie.

– Brzebrażab?

Muszę to powtórzyć dwa razy, zanim mężczyzna z ramieniem opartym o tylną ścianę szoferki wreszcie mnie usłyszy. Odwraca się i pochyla nad moją twarzą. Pachnie cytrynami i ma na policzku fragment niedogolonej skóry.

– Wszystko w porządku?

– Dży ja…

Mężczyzna nachyla się niżej.

– Przykro mi. Słabo słychać przez tę syrenę. Niedługo będziemy w szpitalu. – Kładzie na mojej ręce swoją dłoń. Jest sucha, ciepła i dodaje otuchy. – Trzymaj się jeszcze przez chwilę. Donna, o której powinniśmy dotrzeć?

Nie jestem w stanie tego wymówić. Język wypełnia mi usta. W głowie mi się mąci, moje myśli się plączą. Czy ruszałam ramionami, kiedy mnie podnosili? Podniosłam prawą rękę, prawda?

– Jezdeb zbaraliżowada? – Z moich ust wydobywa się tylko szept.

– Co? – ucho tamtego znajduje się gdzieś przy moich ustach.

– Zbaraliżowada? Jezdeb zbaraliżowada?

– Sparaliżowana? – Mężczyzna się waha, nie odrywając wzroku od moich oczu, a potem odwraca się i spogląda na moje nogi. – Potrafisz podkurczyć palce u stóp?

Usiłuję sobie przypomnieć, jak się rusza stopami. Zdaje się to wymagać znacznie więcej wysiłku i skupienia niż kiedyś. Mężczyzna wyciąga rękę i lekko dotyka jednego z moich palców, jakby chciał mi przypomnieć, gdzie one są.

– Spróbuj jeszcze raz. O, proszę.

Fala bólu płynie w górę po obu moich nogach. Westchnienie, może szloch. Mój.

– Nic ci nie jest. Ból to dobry znak. Na razie trudno powiedzieć coś na pewno, ale nie sądzę, żebyś miała uszkodzony kręgosłup. Załatwiłaś sobie biodro i jeszcze parę innych części.

Jego oczy nie odrywają się od moich. Dobre oczy. Wydaje się rozumieć, jak bardzo potrzebuję, żeby mnie ktoś przekonał. Czuję, jak jego ręka zaciska się na mojej. Nigdy wcześniej tak bardzo nie potrzebowałam ludzkiego dotyku.

– Serio. Jestem właściwie pewny, że nie jesteś sparaliżowana.

– Och, dzięgi Bogu. – Słyszę mój głos, jakby dobiegał z daleka. Oczy mam pełne łez. – Brożę, dzie bużdżaj bdzie – szepczę.

Przysuwa swoją twarz do mojej.

– Nie puszczam cię.

Chcę coś powiedzieć, ale jego twarz rozmazuje mi się przed oczami i znów mnie nie ma.

Później mówią mi, że spadłam dwa piętra w dół (z pięciu), rozwaliłam markizę, a mój upadek zamortyzował najwyższej klasy stylizowany na płótno i wiklinę gigantyczny leżak z wodo­odpornymi poduszkami na balkonie pana Antony’ego Gardinera, speca od prawa autorskiego i sąsiada, którego nigdy wcześniej nie spotkałam. Moje biodro rozpadło się na dwa kawałki, a dwa żebra i obojczyk pokruszyły się jak suche gałązki. Złamałam dwa palce u lewej ręki i kość śródstopia, która przebiła skórę i doprowadziła jedną ze studentek medycyny do omdlenia. Moje zdjęcia rentgenowskie są podobno fascynujące.

Ciągle dźwięczy mi w uszach głos sanitariusza, który się mną zajmował: „Nigdy nie wiadomo, co się stanie, kiedy człowiek spadnie z dużej wysokości”. Najwyraźniej miałam mnóstwo szczęścia. Mówią mi to i czekają rozpromienieni, jakbym miała zareagować na tę wiadomość uśmiechem od ucha do ucha albo może odtańczyć jakiś numer ze stepowaniem. Nie czuję się szczęściarą. Nic nie czuję. Drzemię i budzę się, niekiedy widzę nad sobą jasne światła sali operacyjnej, a potem jakieś ciche, spokojne pomieszczenie. Twarz pielęgniarki. Strzępki rozmów.

– Widziałaś, jakiego bajzlu narobiła ta starsza babka na D4? Przyjemny koniec zmiany, nie?

– Ty pracujesz w szpitalu Księżniczki Elżbiety? To możesz im powiedzieć, że my tutaj traktujemy ludzi po królewsku. Ha, ha, ha, ha, ha.

– Louiso, ty sobie po prostu odpoczywaj. My się wszystkim zajmiemy. Odpoczywaj sobie.

Od morfiny chce mi się spać. Zwiększają mi dawkę; jak dobrze czuć ten chłodny strumyczek niepamięci.

Otwieram oczy i w nogach łóżka widzę moją matkę.

– Obudziła się. Bernard, ona się obudziła. Myślisz, że trzeba zawołać pielęgniarkę?

Zmieniła kolor włosów, myślę z roztargnieniem. A potem: O. To mama. Mama już ze mną nie rozmawia.

– Och, dzięki Bogu. Dzięki Bogu. – Mama podnosi rękę i dotyka krzyżyka, który ma na szyi. To mi o kimś przypomina, ale nie potrafię powiedzieć, o kim. Mama pochyla się w moją stronę i delikatnie głaszcze mnie po policzku. Nie wiedzieć czemu, oczy w jednej chwili wypełniają mi się łzami. – Och, moja malutka. – Nachyla się nade mną, jakby chciała ochronić mnie przed całym złem tego świata. Czuję zapach jej perfum, tak samo znajomy jak mój własny. – Och, Lou. – Wyciera moje łzy chusteczką. – Ależ mi napędzili stracha tym telefonem. Bardzo cię boli? Trzeba ci czegoś? Wygodnie ci? Co mogę ci przynieść?

Mówi tak szybko, że nie jestem w stanie odpowiedzieć.

– Przyjechaliśmy, jak tylko nam powiedzieli. Treena opiekuje się dziadkiem. Przesyła ci ucałowania. To znaczy, wydał ten taki dźwięk, no wiesz, ale wszyscy się domyślamy, o co mu chodzi. Och, kochanie, jakżeś ty się w to wpakowała? Co ci strzeliło do głowy?

Wygląda na to, że nie potrzebuje odpowiedzi. Wystarczy jej, że ja sobie tutaj leżę.

Mama ociera oczy sobie, a potem znowu mnie.

– Dalej jesteś moją córką. I… i nie zniosłabym tego, gdyby coś ci się stało, a my nie… no wiesz.

– Babo… – połykam słowa. Mój język jest absurdalnie spuchnięty. Brzmi to tak, jakbym była pijana. – Dzia dzigdy dzie chciałab…

– Przecież wiem. Ale, Lou, to było dla mnie takie straszne. Nie mogłam…

– Może nie teraz, co, kotku? – Tata dotyka jej ramienia.

Mama odwraca wzrok, spogląda w przestrzeń, a potem bierze mnie za rękę.

– Kiedy do nas zadzwonili. O Boże. Myślałam… nie wiedziałam… – Znów pociąga nosem, przyciskając do ust chusteczkę. – Dzięki Bogu, że nic jej nie jest, Bernard.

– No chyba, że nic jej nie jest. Taka to zawsze spadnie na cztery łapy, dobrze mówię?

Postać taty majaczy nade mną. Ostatni raz rozmawialiśmy przez telefon dwa miesiące temu, ale nie widziałam się z nim od półtora roku, odkąd wyjechałam z rodzinnego miasteczka. Wydaje się ogromny i swojski, i rozpaczliwie zmęczony.

– Brzebrażam – szepczę. Nie przychodzi mi do głowy nic

innego.

– Nie bądź głupia. Po prostu się cieszymy, że nic ci nie jest. Chociaż trzeba przyznać, że wyglądasz jak po sześciu rundach z Mikiem Tysonem. Widziałaś się w lustrze od czasu, jak cię tu przywieźli?

Kręcę głową.

– Może… może poczekaj z tym jeszcze chwilę. Pamiętasz Terry’ego Nichollsa, jak jechał na motorze i pod spożywczakiem przeleciał przez kierownicę? No, to wyglądasz mniej więcej tak, jak on wtedy, poza wąsami. A nie, czekaj – przypatruje się z uwagą mojej twarzy – właściwie to chyba nawet…

– Bernardzie.

– Jutro przywieziemy ci pęsetę. No, w każdym razie, jak jeszcze kiedyś uznasz, że przydałoby ci się parę lekcji latania, to wybierzemy się na stary, dobry pas startowy, co ty na to? Skakanie i machanie rękami najwyraźniej się w twoim przypadku nie sprawdza.

Próbuję się uśmiechnąć.

Pochylają się nade mną oboje. Twarze mają napięte, pełne niepokoju. Moi rodzice.

– Bernard, ona schudła. Nie wydaje ci się, że schudła?

Tata nachyla się bliżej i wtedy widzę, że oczy ma trochę mokre, a uśmiech bardziej drżący niż zazwyczaj.

– E… pięknie wygląda, kotku. Wierz mi. Wyglądasz diabelnie pięknie.

Ściska moją rękę, a potem podnosi ją do ust i całuje. Tata przez całe moje życie nigdy nie zrobił czegoś takiego.

To w tym momencie zdaję sobie sprawę, że oni myśleli, że ja umrę, i z piersi nieoczekiwanie wyrywa mi się szloch. Zacis­kam powieki, broniąc się przed gorącymi łzami, i czuję, jak duża, stwardniała dłoń taty nakrywa moją.

– Jesteśmy tu, kochanie. Już wszystko w porządku. Wszystko będzie dobrze.

Przez dwa tygodnie codziennie jeżdżą tu osiemdziesiąt kilometrów porannym pociągiem, a po upływie tych dwóch tygodni odwiedzają mnie co kilka dni. Tata dostał specjalne zwolnienie z pracy, bo mama nie chce podróżować w pojedynkę. W końcu w Londynie można spotkać najróżniejszych podejrzanych osobników. Powtarza to kilkakrotnie, za każdym razem oglądając się ukradkiem za siebie, jakby jakiś zakapturzony nożownik w tej samej chwili zakradał się na mój oddział. Treena znów mieszka u rodziców, żeby mieć oko na dziadka. Sposób, w jaki mama o tym mówi, każe mi się domyślać, że moja siostra raczej się do tego nie paliła.

Mama przywozi domowe posiłki – robi tak od dnia, kiedy wszyscy, mimo pięciu minut intensywnego wpatrywania się w mój lunch i wysuwania rozmaitych przypuszczeń, nie byliśmy w stanie dojść, co to właściwie jest.

– I to na plastikowej tacy, Bernardzie. Jak w więzieniu.

Ze smutkiem dziobnęła posiłek widelcem, a potem go powąchała. Od tego czasu przyjeżdża tu z ogromnymi kanapkami, z grubymi plastrami szynki albo sera w świeżym białym chlebie i z domowymi zupami w termosie.

– Przynajmniej wiesz, co jesz – mówi i karmi mnie jak niemowlę.

Mój język powoli wraca do normalnych rozmiarów. Podobno lądując, omal go sobie nie odgryzłam. Mówią, że to nic niezwykłego.

Mam dwie operacje na biodro, a moja lewa stopa i lewa ręka są w gipsie aż do stawu. Keith, jeden z salowych, pyta, czy może się na nim podpisać – dziewicza biel przynosi jakoby pecha – i natychmiast wypisuje tam tak sprośny komentarz, że Eveline, pielęgniarka z Filipin, przed obchodem musi go zakryć świeżą warstwą gipsu. Kiedy Keith wiezie mnie na prześwietlenie albo do apteki, opowiada mi plotki z całego szpitala. Jakoś przeżyłabym bez opowieści o pacjentach, którzy umierają powoli i w męczarniach – mam wrażenie, że jest ich nieskończona liczba – ale on to lubi. Czasem zastanawiam się, co opowiada innym na mój temat. Jestem dziewczyną, która spadła z piątego piętra i przeżyła. W szpitalnym rankingu najwyraźniej plasuje mnie to nieco powyżej chronicznego zatwardzenia z oddziału C czy Tej Głupiej Baby, Która Niechcący Odcięła Sobie Kciuk Sekatorem.

To zadziwiające, jak szybko człowiek ulega instytucjonalizacji. Budzę się, poddaję się zabiegom kilku osób, które teraz już rozpoznaję, staram się odpowiadać składnie na pytania lekarzy specjalistów i czekam, aż zjawią się mama z tatą. Moi rodzice wynajdują sobie różne drobne zadania w moim pokoju i okazują lekarzom niezwykłą czołobitność. Tata kilkakrotnie przeprasza za to, że ja niestety jeszcze nie wywijam koziołków, aż wreszcie mama kopie go w kostkę, całkiem mocno.

Po obchodzie mama zazwyczaj urządza sobie spacer po sklepach i lokalach w holu na dole i wraca, wydając przyciszone okrzyki zdumienia nad liczbą barów szybkiej obsługi.

– Ten człowiek z oddziału kardiologicznego z jedną nogą, Bernardzie. Siedzi tam sobie i napycha się frytkami i cheeseburgerem tak, że sobie nie wyobrażasz.

Tata siedzi na krześle w nogach mojego łóżka i czyta lokalną gazetę. Przez cały pierwszy tydzień sprawdza, czy są doniesienia o moim wypadku. Usiłuję mu wyjaśnić, że w tej części miasta nawet podwójne morderstwa ledwie zasługują na wzmiankę, ale w Stortfold w zeszłym tygodniu pierwszą stronę gazety wypełniał nagłówek „Wózki z supermarketu porzucone po złej stronie parkingu”. Newsem poprzedniego tygodnia z kolei byli „Uczniowie zasmuceni stanem stawu dla kaczek”, więc mojego tatę trzeba będzie jeszcze trochę poprzekonywać.

W piątek po ostatniej operacji mojego biodra mama przywozi szlafrok, który jest na mnie o rozmiar za duży, oraz wielką papierową torbę pełną kanapek z jajkiem. Nie potrzebuję pytać, co to takiego: siarkowy zapach wypełnia pokój, jak tylko mama otwiera torbę. Tata macha sobie ręką przed nosem.

– Josie, pielęgniarki pomyślą, że to moja sprawka – mówi, otwierając i zamykając drzwi.

– Dzięki jajkom Lou nabierze trochę ciała. Jest za chuda. A zresztą ty nie masz prawa się odzywać. Zrzucałeś winę za te swoje okropne zapachy na psa jeszcze dwa lata po jego śmierci.

– Skarbie, po prostu nie chciałem, żeby w naszym związku zabrakło romantyzmu.

Mama przycisza głos:

– Treena mówi, że jej ostatni typ naciągał jej kołdrę na głowę, kiedy puścił bąka. Wyobrażasz sobie?

Tata zwraca się do mnie.

– Gdybym ja to zrobił, noga twojej matki nie postałaby nawet w obrębie tego samego kodu pocztowego.

Mimo ich śmiechu w powietrzu wisi napięcie. Czuję to. Kiedy cały świat nagle zamyka się w obrębie czterech ścian, człowiek robi się wyczulony na najdrobniejsze zmiany w atmosferze. Wyczuwa się je w tym, jak lekarze odwracają się, analizując zdjęcia rentgenowskie, albo jak pielęgniarki zasłaniają usta, gdy rozmawiają o kimś w pobliżu, kto właśnie umarł.

– Co? – pytam. – O co chodzi?

Spoglądają po sobie z zakłopotaniem.

– No więc… – Mama siada w nogach mojego łóżka. – Pan doktor powiedział… ten specjalista… że nie do końca wiadomo, jak ty stamtąd spadłaś.

Wgryzam się w kanapkę z jajkiem. Potrafię teraz podnosić prawie wszystko lewą ręką.

– A, to. Zdekoncentrowałam się.

– Chodząc po dachu.

Żuję przez chwilę.

– Czy to możliwe, że lunatykowałaś, kochanie?

– Tato, ja nigdy w życiu nie lunatykowałam.

– Owszem. Nie pamiętasz, jak miałaś trzynaście lat i przez sen zeszłaś na dół i zjadłaś pół tortu urodzinowego Treeny?

– Hm. Niewykluczone, że to nie było przez sen.

– No i jeszcze poziom alkoholu we krwi. Mówili… że wypiłaś… strasznie dużo.

– Miałam w pracy ciężką noc. Wypiłam parę kieliszków wina i po prostu wyszłam sobie na dach zaczerpnąć świeżego powietrza. A potem moją uwagę odwrócił ten głos.

– Usłyszałaś jakiś głos.

– Stałam na dachu i wyglądałam. Czasem tak robię. A potem za mną odezwał się nagle głos jakiejś dziewczyny, wystraszyłam się i straciłam równowagę.

– Dziewczyny?

– Tak naprawdę słyszałam tylko jej głos.

Tata pochyla się w moją stronę.

– Jesteś pewna, że to naprawdę była dziewczyna? A nie że coś sobie wyobra…

– Tato, to biodro mam pokiereszowane, a nie mózg.

– Rzeczywiście mówili, że pogotowie wezwała jakaś dziewczyna. – Mama dotyka jego ramienia.

– Czyli powiadasz, że to naprawdę był wypadek – ustala tata.

Przestaję jeść. Rodzice jak na komendę odwracają od siebie wzrok. Na twarzy mają wypisane poczucie winy.

– Co? Wy… wy myślicie, że ja stamtąd skoczyłam?

– My nic takiego nie mówimy. – Tata skrobie się po głowie. – Tylko po prostu… no wiesz… wszystko się popsuło, od kiedy… i tyle czasu cię nie widzieliśmy… no i trochę nas zdziwiło, że spacerujesz po dachu w środku nocy. Kiedyś miałaś lęk wysokości.

– Kiedyś byłam zaręczona z człowiekiem, który uważał za normalne liczenie, ile kalorii spalił podczas snu. Jezu. To dlatego jesteście dla mnie tacy mili? Myślicie, że chciałam się zabić?

– On nas po prostu ciągle pytał…

– Kto pytał o co?

– No ten cały psychiatra. Oni chcą się po prostu upewnić, że wszystko jest w porządku, skarbie. Wiemy, że nie było ci… no wiesz… od czasu, jak…

– Psychiatra?

– Wpisali cię na listę oczekujących. Wiesz, żeby z kimś porozmawiać. A my pogadaliśmy sobie od serca z lekarzami i wrócisz z nami do domu. Póki nie wydobrzejesz. Nie możesz siedzieć sama w tym swoim mieszkaniu. To…

– Byliście u mnie w mieszkaniu?

– No, musieliśmy tam pojechać po twoje rzeczy.

Zapada długa cisza. Wyobrażam ich sobie, jak stoją w moich drzwiach, mama zaciska dłonie na rączce torebki, przyglądając się niewypranej pościeli, rzędowi pustych butelek po winie na kominku, samotnej połówce batonika musli w lodówce. Widzę, jak kręcą głowami, patrząc po sobie. „Bernardzie, jesteś pewien, że to tutaj?”

– Na razie potrzebujesz być z rodziną. Tylko przez jakiś czas, dopóki nie staniesz na nogi.

Chcę powiedzieć, że dam sobie radę w swoim mieszkaniu, nieważne, co oni myślą na jego temat. Chcę pracować, robić, co do mnie należy, wracać do domu i nie myśleć aż do następnej zmiany. Chcę powiedzieć, że nie mogę wrócić do Stortfold i znów być „tą dziewczyną”, „tą, która wiecie”. Nie chcę odczuwać ciężaru starannie ukrywanej dezaprobaty mojej matki ani pogodnej determinacji ojca, utrzymującego, że „wszystko jest w porządku, jest po prostu świetnie”, jakby wypowiedzenie tego wystarczająco dużo razy mogło sprawić, że naprawdę tak będzie. Nie chcę codziennie mijać domu Willa i myśleć o tym, w czym brałam udział, o tym, co zawsze tam będzie.

Ale nie mówię żadnej z tych rzeczy. Bo nagle czuję się zmęczona, wszystko mnie boli i po prostu nie mam już siły walczyć.

Dwa tygodnie później tata przywozi mnie do Stortfold swoją służbową furgonetką. Z przodu jest miejsce tylko dla dwóch osób, więc mama została, żeby przygotować dom, a w miarę jak spod kół uciekają nam kolejne kilometry autostrady, czuję, że żołądek ściska mi się ze zdenerwowania.

Wesołe ulice mojego rodzinnego miasteczka wydają mi się teraz obce. Patrzę na nie chłodnym, badawczym wzrokiem, rejestrując, jakie wszystko jest tu małe, jakie zmęczone, jakie cukierkowe. Uświadamiam sobie, że tak właśnie musiał to widzieć Will, kiedy wrócił do domu po wypadku, i odpycham tę myśl. Wjeżdżamy w naszą ulicę, a ja przyłapuję się na tym, że kulę się na siedzeniu. Nie chcę uprzejmie gawędzić z sąsiadami, tłumaczyć się przed nimi. Nie chcę, żeby osądzali mnie za to, co zrobiłam.

– Wszystko dobrze? – Tata odwraca się do mnie, jakby odgadł którąś z myśli przebiegających mi przez głowę.

– W porządku.

– Grzeczna dziewczynka. – Na chwilę kładzie mi rękę na ramieniu.

Kiedy podjeżdżamy pod dom, mama już czeka przy drzwiach. Podejrzewam, że przez ostatnie pół godziny stała przy oknie. Tata kładzie na schodach jedną z moich toreb, a potem wraca do samochodu, żeby mi pomóc, i zarzuca sobie na ramię drugą torbę.

Ostrożnie opieram laskę na kostce brukowej i czuję drżenie

firanek za moimi plecami, kiedy powoli idę ścieżką w stronę domu. Patrzcie, kto przyjechał – szepczą na pewno ludzie. Jak myślicie, co ona znów narobiła?

Tata prowadzi mnie i obserwuje moje stopy, jakby mogły nagle wystrzelić i pomknąć gdzieś, gdzie nie powinny.

– Dajesz radę? – pyta co chwilę. – Tylko nie za szybko.

Widzę dziadka, który stoi za mamą w przedpokoju, ubrany w kraciastą koszulę i swój najlepszy granatowy sweter. Nic się nie zmieniło. Tapeta jest ta sama. Dywan w korytarzu jest ten sam, na wytartym włosiu widać linie wskazujące na to, że mama dziś rano go odkurzała. Na wieszaku dostrzegam mój stary niebieski skafander. Półtora roku. Czuję się tak, jakby nie było mnie tutaj przez dziesięć lat.

– Nie tak prędko – mówi mama, splatając dłonie. – Bernard, za szybko ją prowadzisz.

– Trudno ją nazwać Usainem Boltem, do licha. Jeśli jeszcze trochę zwolnimy, ślimaki zaczną nas wyprzedzać.

– Uwaga na stopnie. Bernard, nie lepiej, żebyś stanął za nią, jak będzie wchodziła po schodach? No wiesz, na wypadek, gdyby upadła do tyłu?

– Wiem, gdzie są stopnie – mówię przez zaciśnięte zęby. – Mieszkałam tu zaledwie przez dwadzieścia sześć lat.

– Bernard, uważaj, żeby się nie zaczepiła o tamtą krawędź. Nie chcemy, żeby popsuła sobie drugie biodro.

O Boże, myślę. Will, czy u ciebie tak to właśnie wyglądało? Dzień w dzień?

I wtedy w drzwiach staje moja siostra, która przepchnęła się obok mamy.

– Na litość boską, mamo. No dalej, kulasie. Robisz z nas przedstawienie dla całej okolicy.

Treena podsuwa ramię pod moją pachę i na chwilę się odwraca, żeby spiorunować wzrokiem sąsiadów, unosząc brwi, jakby chciała powiedzieć: „Serio?”. Niemal słyszę szelest zasuwanych zasłon.

– Ciekawscy się znaleźli. Niech pilnują swojego nosa. No ale ty się, swoją drogą, pospiesz. Obiecałam Thomasowi, że będzie mógł obejrzeć twoje blizny, zanim go zawiozę do klubiku. Boże, ile ty schudłaś? Twoje cycki wyglądają teraz pewnie jak dwie mandarynki włożone do pary skarpetek.

Trudno jest jednocześnie iść i się śmiać. Thomas biegnie mnie uściskać, tak że muszę się zatrzymać i oprzeć o ścianę, by nie stracić równowagi podczas zderzenia.

– Naprawdę cię rozkroili, a potem znowu poskładali? – pyta. Głową sięga mi już do piersi. Brakuje mu czterech zębów na przedzie. – Dziadek mówi, że pewnie poskładali cię zupełnie nie tak, jak trzeba. I że Bóg jeden wie, jak my się zorientujemy.

– Bernard!

– Przecież ja tylko żartowałem.

– Louisa – głos dziadka jest zachrypnięty i niepewny. Staruszek chwiejnie wyciąga ku mnie ręce i obejmuje mnie, a ja odwzajemniam uścisk. Dziadek się odsuwa, jego stare dłonie zaskakująco mocno ściskają moje ramiona, a on marszczy brwi z wyrazem udawanego gniewu.

– Wiem, tatusiu. Masz rację. Ale teraz jest już z powrotem w domu – odzywa się mama.

– Wracasz do swojego starego pokoju – mówi tata. – Muszę ci powiedzieć, że położyliśmy tam nową tapetę z Transformersami, ze względu na Thoma. Parę Autobotów czy Predaconów nie będzie ci przeszkadzało, prawda?

– Miałem robaki w pupie – wtrąca Thomas. – Mama powiedziała, że mam o tym nie mówić poza domem. Ani wkładać palców do…

– Święci pańscy – wzdycha mama.

– Witaj w domu, Lou – mówi tata i w tej samej chwili upuszcza torbę na moją stopę.

Rozdział trzeci

Gdy wracam myślą do tamtego czasu, stwierdzam, że pierwsze dziewięć miesięcy po śmierci Willa upłynęło mi w dziwnym oszołomieniu. Pojechałam prosto do Paryża i zwyczajnie nie wróciłam do domu, upojona wolnością i pragnieniami, które zaszczepił mi Will. Zatrudniłam się w ulubionym barze ekspatów, gdzie nikomu nie przeszkadzała moja okropna francuszczyzna, i zaczęłam robić w niej postępy. Wynajęłam pokoik na poddaszu w szesnastej dzielnicy, nad środkowowschodnią restauracją, leżałam w nim z otwartymi oczami, słuchając odgłosów nocnych pijatyk i porannych dostaw, i co dzień miałam wrażenie, że żyję cudzym życiem.

Podczas tych pierwszych kilku miesięcy czułam się tak, jakby pozbawiono mnie jednej warstwy skóry – odczuwałam wszystko bardziej intensywnie. Budziłam się ze śmiechem albo z płaczem i widziałam świat jakby po zdjęciu jakiegoś filtra. Jadłam nowe potrawy, chodziłam nieznanymi ulicami i rozmawiałam z ludźmi w nie swoim języku. Niekiedy miałam wrażenie, że on nadal mi towarzyszy, jakbym patrzyła na to wszystko jego oczami, słyszała w uszach jego głos.

„No i co o tym sądzisz, Clark?”

„Mówiłem ci, że będziesz zachwycona”.

„Zjedz to! Spróbuj tego! Śmiało!”

Czułam się zagubiona bez naszego stałego rytmu dnia. Musiało minąć kilka tygodni, by opuściło mnie wrażenie, że moje dłonie są bezużyteczne bez codziennego kontaktu z jego ciałem: bez miękkiej koszuli, którą zapinałam, bez ciepłych, nieruchomych rąk, które myłam delikatnie, bez jedwabistych włosów, których dotyk ciągle czułam na swoich palcach. Tęskniłam za jego głosem, za nieoczekiwanym śmiechem, który tak trudno było wywołać, za dotknięciem jego warg na moich palcach, za tym, jak jego powieki opuszczały się, kiedy miał zaraz zapaść w sen. Moja matka, nadal przerażona tym, w czym brałam udział, powiedziała mi, że choć mnie kocha, nie jest w stanie pogodzić wizji takiej Louisy z córką, którą wychowała. W ten sposób, z chwilą utraty rodziny i mężczyzny, którego kochałam, została przecięta ostatnia nić łącząca mnie z tym, kim byłam wcześniej. Czułam się tak, jakbym po prostu podryfowała w niewiadomym kierunku, bez żadnej cumy, w jakiś nieznany wszechświat.

Odgrywałam więc nowe życie. Zawierałam bezpiecznie, nie­zobowiązujące znajomości z innymi podróżnikami: młodymi Ang­likami, jeżdżącymi po świecie przed podjęciem studiów, z Amerykanami, podążającymi śladem bohaterów powieści i przekonanymi, że nigdy nie wrócą do siebie na Środkowy Zachód, z zamożnymi młodymi bankowcami, z jednodniowymi wycieczkowiczami, ze zmieniającymi się ciągle aktorami, którzy pojawiali się i znikali; uciekinierami z innego życia. Uśmiechałam się, gawędziłam i pracowałam, i powtarzałam sobie, że robię to, czego on chciał. Przynajmniej w tym musiała być jakaś pociecha.

Zima rozluźniła swój lodowaty uścisk i nastała przepiękna wiosna. I wtedy, niemal z dnia na dzień, obudziłam się i pewnego ranka stwierdziłam, że odkochałam się w tym mieście. Albo przynajmniej nie czułam się na tyle paryżanką, żeby tam zostać. Opowieści ekspatów zaczęły brzmieć nużąco podobnie, a paryżanie wydali mi się nieżyczliwi – w każdym razie co i rusz zauważałam niezliczone rzeczy sprawiające, że nigdy do końca nie będę tu pasować. Pomimo całego swojego uroku miasto było dla mnie czymś w rodzaju olśniewającej i kosztownej sukienki, którą kupiłam w pośpiechu, ale w której ostatecznie wcale nie jest mi dobrze. Złożyłam wymówienie i ruszyłam w podróż po Europie.

Nigdy nie przeżyłam takich dwóch miesięcy, podczas których czułabym się mniej na swoim miejscu. Prawie przez cały czas byłam samotna. Nie mogłam znieść tego, że nie wiem, gdzie spędzę kolejną noc, bezustannie denerwowałam się rozkładami i walutami i trudno mi było się zaprzyjaźniać, skoro nie ufałam nikomu, kogo spotykałam. A zresztą, co mogłabym powiedzieć o sobie? Kiedy ktoś mnie pytał, byłam w stanie podawać tylko zupełnie powierzchowne szczegóły. Wszystko to, co było dla mnie ważne albo interesujące, należało do rzeczy, którymi nie mogłam się dzielić. Bez kogoś, z kim mogłabym porozmawiać, każdy zabytek czy widok – nieważne, czy była to fontanna di Trevi, czy kanał w Amsterdamie – sprawiał wrażenie rubryczki do odhaczenia na liście. Ostatni tydzień spędziłam na plaży w Grecji, która za bardzo przypominała mi plażę, gdzie byłam z Willem niewiele wcześniej, i wreszcie po tygodniu siedzenia na piasku i oganiania się od opalonych mężczyzn, z których każdy zdawał się mieć na imię Dmitri, i wmawiania sobie, że właściwie świetnie się bawię, poddałam się i wróciłam do Paryża. Głównie dlatego, że wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że nie mam dokąd wracać.

Przez dwa tygodnie spałam na kanapie u dziewczyny, z którą dawniej pracowałam w barze, i usiłowałam zdecydować, co dalej. Przypomniawszy sobie rozmowę z Willem na temat wyboru zawodu, napisałam do kilku szkół z pytaniem o kursy projektowania ubrań, ale nie miałam żadnego doświadczenia w branży i wszyscy uprzejmie mi odmówili. Miejsce na kursie, które zdobyłam zaraz po śmierci Willa, przypadło komuś innemu, bo nie złożyłam podania o odroczenie terminu przyjęcia. W przyszłym roku mogę spróbować jeszcze raz – powiedziała pani z dziekanatu tonem osoby, która wie, że tego nie zrobię.

Przejrzałam w internecie oferty pracy i przekonałam się, że pomimo wszystkiego, przez co przeszłam, nadal nie mam wystarczających kwalifikacji do wykonywania zajęć, którymi mog­łabym być zainteresowana. I właśnie wtedy, gdy zastanawiałam się, co teraz, zadzwonił Michael Lawler, prawnik Willa, i zasugerował, że przyszedł czas zrobić coś z pieniędzmi, które Will mi zapisał. Był to pretekst, którego potrzebowałam, żeby się przeprowadzić. Michael pomógł mi w negocjowaniu ceny przerażająco drogiego dwupokojowego mieszkania na skraju Square Mile, które kupiłam głównie dlatego, że pamiętałam, jak Will raz wspomniał o tamtejszym barze winnym na rogu, i dzięki temu czułam się, jakbym była trochę bliżej niego. Na umeblowanie mieszkania nie zostało mi prawie nic. Sześć tygodni później wróciłam do Anglii, dostałam pracę w pubie Pod Koniczynką, przespałam się z mężczyzną imieniem Phil, z którym miałam się nigdy więcej nie zobaczyć, i czekałam, aż poczuję, że wreszcie zaczęłam naprawdę żyć.

Dziewięć miesięcy później nadal czekałam.

Podczas pierwszego tygodnia w domu nie wychodziłam za wiele. Wszystko mnie bolało, szybko się męczyłam, więc łatwo było leżeć w łóżku i drzemać po końskiej dawce środków przeciwbólowych, tłumacząc sobie, że najważniejsze to pozwolić organizmowi się zregenerować. Bycie z powrotem w naszym małym rodzinnym domku w dziwny sposób mi odpowiadało: było to pierwsze miejsce, w którym udało mi się przespać więcej niż cztery godziny z rzędu od czasu, jak stąd wyjechałam; powierzchnia była na tyle mała, że nigdy nie miałam problemu z dosięgnięciem do ściany, żeby się o nią oprzeć. Mama mnie karmiła, dziadek dotrzymywał mi towarzystwa (Treena wróciła na studia, zabierając ze sobą Thoma), a ja przez większość dnia oglądałam telewizję, nie mogąc się nadziwić niekończącym się reklamom szybkich pożyczek i platform przyschodowych dla seniorów oraz plotkom na temat pomniejszych celebrytów, których po spędzeniu sporej części roku za granicą nie potrafiłam rozpoznać. Czułam się jak w małym kokonie, w którego rogu – nie da się ukryć – przycupnął sobie gigantyczny słoń.

Nie rozmawialiśmy o niczym, co mogłoby naruszyć tę delikatną równowagę. Oglądałam nowinki z życia tej czy innej gwiazdki, o której akurat była danego dnia mowa, po czym pytałam przy kolacji:

– No to co powiecie o tej Shaynie West?

A mama i tata skwapliwie i z wdzięcznością podejmowali temat, zauważając, że to flądra albo że ma ładną fryzurę, albo że nikt się po niej nie spodziewał, że będzie lepsza. Omawialiśmy Skarby na twoim strychu („Zawsze się zastanawiałem, ile byłaby warta ta donica twojej matki z czasów wiktoriańskich… stare paskudztwo”.) oraz Idealne domy na wsi („Psa bym nie wykąpała w tej łazience”). Nie wybiegałam myślami poza kolejny posiłek, poza podstawowe wyzwania, takie jak ubranie się, umycie zębów i wykonanie mini­zadania, jakie wyznaczała mi mama („Wiesz, kochanie, gdybyś mogła, kiedy mnie nie będzie, posortować swoje pranie, to wstawię je razem z moimi kolorowymi rzeczami”).

Jednak świat zewnętrzny, niczym powolny przypływ, stale i nieubłaganie wciskał się w nasze życie. Słyszałam, jak sąsiedzi zadają mamie pytania, kiedy wiesza pranie.

– Czyli wasza Lou wróciła do domu, tak?

I jej nietypowo lakoniczną odpowiedź:

– Tak.

Przyłapałam się na tym, że unikam w domu pomieszczeń, z których widać zamek. Ale wiedziałam, że tam jest, że jego mieszkańcy są żywymi ogniwami łączącymi mnie z Willem. Czasem zastanawiałam się, co się z nimi stało; kiedy byłam w Paryżu, przesłano mi list od pani Traynor, która składała mi formalne podziękowania za wszystko, co zrobiłam dla ich syna. „Zdaję sobie sprawę, że uczyniłaś wszystko, co było w Twojej mocy”. Ale to było tyle. Ta rodzina z czegoś, co było całym moim życiem, zmieniła się w upiorną pozostałość czasu, o którym nie pozwalałam sobie pamiętać. Teraz, kiedy nasza ulica co wieczór przez kilka godzin znajdowała się w cieniu zamku, odczuwałam obecność Traynorów jak wyrzut.

Spędziłam w domu dwa tygodnie, zanim zauważyłam, że mama i tata nie chodzą już do swojego klubu.

– Czy dziś nie jest wtorek? – zapytałam w trzecim tygodniu, kiedy siedzieliśmy przy obiedzie. – Nie powinniście już iść?

Zerknęli po sobie.

– A, nie. Dobrze nam tutaj – odparł tata, żując kawałek kotleta.

– Ja naprawdę mogę być sama – powiedziałam. – Mam się już znacznie lepiej. Oglądanie telewizji jest całkiem przyjemne. – Potajemnie marzyłam, żeby posiedzieć sobie spokojnie, przez nikogo nieobserwowana, sama w pokoju. Odkąd wróciłam do domu, rzadko zdarzało się, żeby ktoś zostawiał mnie samą na dłużej niż pół godziny. – Poważnie. Idźcie się zabawić. Mną się nie przejmujcie.

– My… my właściwie nie chodzimy już do klubu – rzuciła mama, krojąc ziemniaka.

– Ludzie… mieli dużo do powiedzenia. O tym, co się wydarzyło. – Tata wzruszył ramionami. – Koniec końców łatwiej było po prostu trzymać się z dala od tego wszystkiego. – Cisza, która po tym nastąpiła, trwała pełne sześć minut.

Były też inne, bardziej konkretne sposoby na przypomnienie mi o życiu, które za sobą zostawiłam. Takie ubrane w obcisłe spodnie do biegania o specjalnych właściwościach oddychających.

Czwartego poranka, kiedy Patrick przebiegł obok naszego domu, pomyślałam, że może to coś więcej niż zwykły zbieg okoliczności. Usłyszałam jego głos pierwszego dnia, z wysiłkiem pokuśtykałam do okna i wyjrzałam przez żaluzję. I oto stał piętro niżej, rozciągając sobie ścięgna podkolanowe i rozmawiając z jakąś blondynką z kucykiem, ubraną w dopasowany kolorystycznie strój z niebieskiej lycry, tak obcisły, że można było z powodzeniem odgadnąć, co jadła na śniadanie. Wyglądali jak dwoje olimpijczyków, tylko bez bobslejów.

Odsunęłam się od okna, żeby Patrick nie spojrzał przypadkiem w górę i mnie nie zobaczył, i po chwili już ich nie było, biegli ulicą, plecy mieli wyprostowane i energicznie wyrzucali przed siebie nogi, niczym para lśniących turkusowych kuców pociągowych.

Dwa dni później usłyszałam ich, kiedy się ubierałam. Patrick mówił coś głośno o węglowodanach i tym razem dziewczyna obrzuciła mój dom podejrzliwym spojrzeniem, jakby się zastanawiała, dlaczego drugi raz zatrzymali się dokładnie w tym samym miejscu.

Trzeciego dnia siedziałam z dziadkiem w salonie, gdy się pojawili.

– Powinniśmy poćwiczyć sprint – mówił donośnie Patrick. – Zróbmy tak, ty pobiegniesz do trzeciej latarni i z powrotem, a ja zmierzę ci czas. Odstępy dwuminutowe. Start!

Dziadek wymownie przewrócił oczami.

– Robi tak przez cały czas, odkąd wróciłam?

Dziadek przewrócił oczami tak, jakby zamierzał obejrzeć sobie tył czaszki.

Patrzyłam przez firanki, jak Patrick stoi ze wzrokiem wbitym w stoper, lepszym profilem w stronę okna. Miał na sobie czarną rozpinaną bluzę polarową i pasujące do niej szorty z lycry, i kiedy tak tkwił parę metrów ode mnie, po drugiej stronie firanki, ja mog­łam się mu przyjrzeć, w milczeniu dziwiąc się temu, że to naprawdę jest człowiek, którego tak długo byłam pewna, że kocham.

– Bez przystanków! – wrzasnął, podnosząc wzrok znad stopera. A dziewczyna, posłuszna niczym pies myśliwski, dotknęła latarni i znów wystrzeliła w tym samym kierunku. – Czterdzieści dwa i trzydzieści osiem setnych sekundy – powiedział Patrick z uznaniem, kiedy jego zdyszana towarzyszka znalazła się z powrotem przy nim. – Zdaje mi się, że mogłabyś obniżyć to jeszcze o jakieś pięć setnych.

– To na twoją cześć – odezwała się mama, która weszła do pokoju z dwoma kubkami.

– Rzeczywiście przeszło mi to przez myśl.

– Jego matka zapytała mnie w supermarkecie, czy wróciłaś, a ja powiedziałam, że tak. Nie patrz tak na mnie, przecież nie mogłam jej okłamać. – Mama ruchem głowy wskazała okno. – Ta tutaj powiększyła sobie piersi. Całe Stortfold o tym gada. Podobno można na nich postawić po filiżance herbaty. – Na chwilę stanęła obok mnie. – Wiesz, że są zaręczeni?

Czekałam na ukłucie zazdrości, ale było tak trudno wyczuwalne, że równie dobrze mógł to być wiatr.

– Wyglądają… na dobraną parę.

Mama stała jeszcze przez moment, przyglądając się Patrickowi.

– To nie jest zły chłopak, Lou. Ty się po prostu… zmieniłaś. –Wręczyła mi kubek i odwróciła się.

Wreszcie w dniu, kiedy Patrick zatrzymał się i zaczął robić pompki na chodniku pod naszym domem, otworzyłam drzwi i wyszłam na zewnątrz. Z założonymi na piersiach ramionami oparłam się o ganek i patrzyłam na niego, dopóki nie podniósł wzroku.

– Na twoim miejscu nie zatrzymywałabym się tutaj zbyt długo. Pies sąsiadów ma słabość akurat do tego kawałka chodnika.

– Lou! – wykrzyknął Patrick, jakbym była ostatnią osobą, jaką spodziewał się ujrzeć przed moim własnym domem, który odwiedzał kilka razy w tygodniu przez siedem lat, kiedy ze sobą byliśmy. – No proszę… kto by pomyślał, że znów cię tu zobaczę. Byłem pewny, że wyjechałaś podbić świat!

Narzeczona, która robiła pompki obok niego, podniosła wzrok, a potem znów opuściła go na chodnik. Możliwe, że tylko mi się zdawało, ale chyba jej pośladki zacisnęły się jeszcze ciut mocniej. Dół, góra, dół, pompowała jak szalona. W górę i w dół. Zaczęłam odczuwać lekki niepokój o bezpieczeństwo jej biustu.

Patrick skoczył na równe nogi.

– To jest Caroline, moja narzeczona. – Nie odrywał ode mnie wzroku, być może oczekując jakiejś reakcji. – Szykujemy się razem do następnego Ironmana. Mamy za sobą już dwa.

– To bardzo… romantyczne – powiedziałam.

– Cóż, Caroline i ja jesteśmy zdania, że warto robić różne rzeczy wspólnie – rzekł Patrick.

– Nietrudno to zauważyć – odparłam. – W dodatku oboje w turkusowej lycrze!

– A. Tak. Barwy drużyny.

Na chwilę zapadła cisza.

Wykonałam mały wymach pięścią, jakbym zagrzewała ich do walki.

– Naprzód, drużyno!

Caroline zerwała się gwałtownie i zaczęła rozciągać sobie mięśnie ud, wyginając nogi do tyłu jak bocian. Skinęła głową w moją stronę; absolutne minimum uprzejmości, jakie mogło jeszcze ujść jej na sucho.

– Schudłaś – odezwał się Patrick.

– Hm, cóż. Tak właśnie działa dieta kroplówkowa.

– Słyszałem, że miałaś… wypadek. – Przechylił głowę na bok ze współczuciem.

– Wieści szybko się rozchodzą.

– No, w każdym razie dobrze, że nic ci nie jest. – Pociągnął nosem i spojrzał w stronę drogi. – Ten ostatni rok pewnie był dla ciebie ciężki. No wiesz. Po tym, co zrobiłaś, i w ogóle.

To musiało paść, prędzej czy później. Starałam się zapanować nad oddechem. Caroline najwyraźniej nie zamierzała na mnie spojrzeć, zajęta rozciąganiem ścięgien. Wreszcie powiedziałam:

– W każdym razie… gratulacje z okazji zaręczyn.

Patrick z dumą przyjrzał się przyszłej żonie, podziwiając jej umięśnioną nogę.

– Tak jak to wszyscy mówią: kiedy trafisz na właściwą osobę, to od razu wiesz, że to jest to. – Posłał mi uśmiech pełen fałszywej skruchy. Tego już było za wiele.

– Wy z pewnością wiedzieliście. No i domyślam się, że niemało sobie odłożyłeś na to wesele. To nie są tanie imprezy, prawda?

Spojrzeli na mnie oboje.

– Przecież sprzedałeś moją historię gazetom. Ile ci zapłacili, Pat? Parę tysięcy? Treenie nigdy nie udało się dowiedzieć, jaka była dokładna kwota. No, w każdym razie śmierć Willa powinna wystarczyć na kilka eleganckich kombinezonów z lycry, mam rację?

Gwałtowność, z jaką twarz Caroline zwróciła się w jego stronę, kazała mi przypuszczać, że była to akurat ta część historii Patricka, którą jeszcze nie zdecydował się podzielić z narzeczoną.

Wbił we mnie wzrok, a na jego policzkach pojawiły się dwie krwistoczerwone plamki.

– Ja nie miałem z tym nic wspólnego.

– No jasne. W każdym razie miło cię było zobaczyć, Pat. Powodzenia z weselem, Caroline! Na pewno będziesz… najjędrniejszą panną młodą w okolicy. – Odwróciłam się i powoli weszłam do domu. Zamknęłam drzwi i stałam, opierając się o nie z walącym sercem, dopóki nie miałam pewności, że tamci wreszcie sobie pobiegli.

– Dupek – powiedział dziadek, kiedy chwiejnym krokiem weszłam do salonu. A potem powtórzył, zerkając lekceważąco w stronę okna: – Dupek – i zachichotał.

Wlepiłam w niego wzrok. I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, zorientowałam się że się śmieję, po raz pierwszy od nie pamiętam jak dawna.

– I co, wymyśliłaś, co będziesz robić? Gdy już wydobrzejesz?

Leżałam na swoim łóżku. Treena dzwoniła z uczelni, skracając sobie czas oczekiwania, aż jej synek skończy grać w piłkę nożną w klubiku. Zapatrzyłam się w sufit, gdzie Thomas nakleił całą plejadę świecących w ciemności nalepek, których jakoby nikt nie był w stanie odkleić, nie zrywając razem z nimi połowy sufitu.

– Nie bardzo.

– Musisz coś robić. Nie możesz siedzieć tu na czterech literach przez całą wieczność.

– Nie będę siedzieć na czterech literach. A zresztą biodro ciąg­le mnie boli. Fizjoterapeutka mówi, że najlepiej, żebym leżała.

– Mama i tata się zastanawiają, co z tobą będzie. W Stortfold nie ma pracy.

– Wiem o tym.

– Ale życie przecieka ci przez palce. Zachowujesz się tak, jakby nic cię nie interesowało.

– Treen, ja niedawno spadłam z piątego piętra. Dochodzę do siebie.

– A wcześniej snułaś się po Europie z miejsca na miejsce. A potem znowu zatrudniłaś się w barze, żeby dać sobie czas na zastanowienie się, co właściwie chcesz robić. Słuchaj, w którymś momencie będziesz musiała coś zdecydować. Jeśli nie wracasz na studia, to musisz wymyślić, jak tak naprawdę zamierzasz pokierować swoim życiem. Tak tylko ci mówię. No, w każdym razie, jeśli masz zostać w Stortfold, to trzeba wynająć komuś tamto mieszkanie. Rodzice nie mogą cię utrzymywać do końca świata.

– I to mówi osoba, którą od ośmiu lat utrzymuje Bank Rodzicielski.

– Ja jestem na studiach dziennych. To zupełnie co innego. No, mniejsza z tym. Kiedy byłaś w szpitalu, przejrzałam twoje wyciągi z konta i jak zapłaciłam wszystkie rachunki, to wyszło, że masz jeszcze jakieś tysiąc pięćset funtów, razem z ustawowym zasiłkiem chorobowym. A swoją drogą, co to w ogóle było, te wszystkie telefony do Ameryki? Wydałaś na nie majątek.

– Nie twoja sprawa.

– No więc wypisałam ci agencje nieruchomości zajmujące się wynajmem w tamtej okolicy. A potem pomyślałam sobie, że może mogłabyś jeszcze raz zerknąć, jakie uczelnie prowadzą nabór. Możliwe, że ktoś odpadł z tego kursu, na który ty się chciałaś dostać.

– Treen. Zamęczysz mnie.

– Nie ma sensu zbijać bąków. Poczujesz się lepiej, jak będziesz miała jakiś cel.

Choć strasznie mi to działało na nerwy, to zarazem było jednak coś pokrzepiającego w tym, jak moja siostra mnie strofuje. Nikt inny się nie ośmielił. Miałam wrażenie, że rodzice nadal są przekonani, że coś jest ze mną bardzo nie tak i że trzeba się ze mną obchodzić jak z jajkiem. Mama kładła moje wyprane i starannie złożone ubrania na łóżku, gotowała mi trzy posiłki dziennie, a kiedy zdarzyło mi się złapać ją na tym, że mi się przygląda, na jej ustach pojawiał się zakłopotany uśmiech, przykrywający wszystko, czego nie chciałyśmy sobie powiedzieć. Tata woził mnie na rehabilitację, siadał obok mnie na kanapie, żeby pooglądać razem telewizję, i nawet się ze mnie nie nabijał. Treena była jedyną osobą, która traktowała mnie tak jak zawsze.

– Wiesz, co ci zaraz powiem, prawda?

Skrzywiłam się i przekręciłam na bok.

– Wiem. I nie wiem.

– No, wiesz, co powiedziałby Will. Umówiliście się. Nie możesz się z tego wycofać.

– Dobra. Wystarczy, Treen. Koniec rozmowy.

– W porządku. Thom właśnie wychodzi z szatni. Do piątku! – zakończyła moja siostra, jakbyśmy miały za sobą pogawędkę o muzyce, o tym, gdzie ona się wybiera na wakacje, albo o jakimś serialu.

A mnie pozostało tylko gapienie się w sufit.

Umówiliście się.

Jasne. I proszę, co z tego wynikło.

Treena mogła sobie marudzić, ile chciała, ale w ciągu tych tygodni, które minęły od czasu mojej wprowadzki do rodziców, naprawdę zrobiłam pewne postępy. Przestałam używać laski, przez którą czułam się, jakbym miała jakieś osiemdziesiąt dziewięć lat, i której udawało mi się zapomnieć niemal w każdym miejscu, jakie odwiedziłam od przyjazdu do domu. Praktycznie co rano zabierałam dziadka na spacer po parku, na życzenie mamy. Lekarz kazał mu codziennie zażywać ruchu, ale kiedy mama któregoś dnia za nim poszła, przekonała się, że dziadek po prostu idzie do sklepu na rogu, gdzie kupuje sobie gigantyczną paczkę skwarków wieprzowych, i zajada je, wracając wolnym krokiem do domu.

Chodziliśmy powoli, oboje utykaliśmy i żadne z nas nie musiało właściwie dotrzeć w żadne konkretne miejsce.

Mama ciągle podsuwała, że moglibyśmy wybrać się na teren zamku, „tak dla odmiany”, ale ja puszczałam jej rady mimo uszu i co rano, kiedy furtka zamykała się za nami, dziadek zdecydowanym ruchem głowy wskazywał park. Nie chodziło tylko o to, że ta droga jest krótsza czy że tędy jest bliżej do punktu przyjmowania zakładów. Chyba dziadek wiedział, że nie chcę tam wracać. Nie byłam na to gotowa. I nie byłam pewna, czy kiedykolwiek będę.

Wolnym krokiem dwukrotnie okrążyliśmy staw z kaczkami, a potem usiedliśmy na ławce w wodnistym blasku wiosennego słońca, by popatrzeć, jak maluchy i ich rodzice karmią tłuste kaczki, a nastolatki palą, wrzeszczą i rozdają sobie kuksańce; bezradne zmagania młodzieńczych zalotów. Przeszliśmy się do kolektury, żeby dziadek mógł przegrać trzy funty, typując na zwycięzcę jednego z trzech pierwszych miejsc konia o imieniu Wag The Dog. Później, kiedy on zgniatał swój kwitek i wrzucał go do kosza, powiedziałam, że kupię mu pączka w supermarkecie.

– Estuszowe – odezwał się dziadek, gdy znaleźliśmy się w części z pieczywem i ciastkami.

Zmarszczyłam brwi.

– Estuszowe – powtórzył, wskazując na nasze pączki, i wybuchnął śmiechem.

– A. Tak. Tak powiemy mamie. Beztłuszczowe pączki.

Mama wspominała, że od kiedy zaczął brać to nowe lekarstwo, wszystko go śmieszy. Byłam zdania, że zdarzają się gorsze efekty uboczne.

Ustawiliśmy się w kolejce do kasy; dziadek dalej śmiał się z własnego dowcipu. Ja stałam ze spuszczoną głową, szukając po kieszeniach drobnych. Zastanawiałam się, czy w weekend nie pomóc tacie w ogródku. Dlatego dopiero po chwili dotarło do mnie, co jakieś dwie kobiety szepczą do siebie za moimi plecami.

– Sumienie ją gryzie. Podobno próbowała wyskoczyć z okna.

– Cóż, nic dziwnego. Ja na pewno nie potrafiłabym spojrzeć sobie w oczy.

– Dziwię się, że w ogóle się tu pokazuje.

Stałam jak skamieniała.

– Wiesz, biedna Josie Clark ciągle nie może dojść do siebie. Co tydzień chodzi do spowiedzi, a przecież ta kobieta niczemu nie jest winna. Muchy by nie skrzywdziła.

Dziadek wskazywał palcem pączki i ruchem warg przekazywał kasjerce:

– Estuszowe.

Uśmiechnęła się uprzejmie.

– To będzie osiemdziesiąt sześć pensów.

– Traynorowie od tego czasu zupełnie się zmienili.

– Ta cała historia ich po prostu zniszczyła, nie sądzisz?

– Poproszę osiemdziesiąt sześć pensów.

Dopiero po kilkunastu sekundach zorientowałam się, że kasjerka patrzy na mnie wyczekująco. Wyciągnęłam z kieszeni garść monet. Drżącymi palcami spróbowałam wybrać z nich odpowiednią sumę.

– Można by się spodziewać, że Josie nie odważy się zostawić dziadziusia pod jej wyłączną opieką, prawda?

– Chyba nie myślisz, że ona byłaby w stanie…

– No cóż, nie wiadomo. W końcu już raz to zrobiła…

Policzki mi płonęły. Monety z brzękiem posypały się na ladę. Dziadek dalej powtarzał: „ESTUSZOWE. ESTUSZOWE”, czekając, aż skonsternowana dziewczyna załapie żart. Pociągnęłam go za rękaw.

– Chodź, dziadku, musimy iść.

– Estuszowe – powtórzył jeszcze raz z naciskiem.

– Tak – odparła kasjerka i uśmiechnęła się życzliwie.

– Dziadku, proszę. – Było mi gorąco i kręciło mi się w głowie, jakbym miała zemdleć. Możliwe, że tamte kobiety dalej rozmawiały, ale w uszach dzwoniło mi tak głośno, że nie byłam w stanie tego stwierdzić.

– Pa-pa – powiedział dziadek.

– Do widzenia – odpowiedziała dziewczyna.

– Miła – odezwał się dziadek, kiedy wyszliśmy ze sklepu na słońce. A potem spojrzał na mnie: – Czemu płaczesz?

Kiedy człowiek jest zamieszany w tragiczne wydarzenie, które zmienia całe jego życie, pojawia się pewien problem. Wydaje mu się, że będzie musiał zmierzyć się tylko z tym tragicznym wydarzeniem, które zmieniło całe jego życie: z nagłymi wspomnieniami, z bezsennymi nocami, z obsesyjnym odtwarzaniem w głowie poszczególnych faktów, z pytaniem samego siebie, czy postępował słusznie, czy mówił to, co należało, czy może mógł wszystko zmienić, gdyby zrobił coś choćby odrobinę inaczej.

Mama powiedziała mi, że towarzyszenie Willowi do samego końca będzie miało na mnie wpływ przez resztę życia, i wówczas myślałam, że chodzi jej o mnie, o moją psychikę. Sądziłam, że ma na myśli poczucie winy, które będę musiała nauczyć się przezwyciężać, smutek, bezsenność, dziwne, niestosowne wybuchy gniewu, bezustanny wewnętrzny dialog z kimś, kogo nawet nie ma. Ale teraz zobaczyłam, że nie chodzi tylko o mnie: w epoce cyfrowej będę tą osobą już na zawsze. Nawet gdyby udało mi się wymazać to wszystko z pamięci, nigdy nie zdołam odciąć się od śmierci Willa. Moje nazwisko będzie związane z jego nazwiskiem dopóty, dopóki będą istnieć piksele i ekran. Ludzie będą sobie tworzyć opinie na mój temat, dysponując zupełnie pobieżną wiedzą – albo czasem nie wiedząc zupełnie nic – a ja nie będę mogła nic z tym zrobić.

Obcięłam włosy. Zaczęłam się inaczej ubierać; wepchnęłam do torby wszystko, co mnie wyróżniało, i schowałam ją w głębi szafy. Przejęłam od Treeny jej mundurek: dżinsy i niewyróżniający się niczym T-shirt. Teraz, kiedy czytałam w gazetach historie o urzędniku bankowym, który ukradł fortunę, o kobiecie, która zabiła własne dziecko, o bliźniaku, który zniknął, nie wzdrygałam się już z przerażenia jak dawniej, tylko zastanawiałam się nad kryjącą się za tym opowieścią – taką, która nie była czarno-biała.

Czułam z nimi dziwne pokrewieństwo. Byłam skażona. Świat wokół mnie o tym wiedział. I, co gorsza, ja też właśnie się o tym dowiedziałam.

Schowałam to, co zostało z moich włosów, pod czapkę, włożyłam ciemne okulary i poszłam do biblioteki, usilnie starając się nie utykać, chociaż wymagało to ode mnie takiej koncentracji, że od zaciskania zębów aż rozbolała mnie szczęka.

Minęłam grupkę śpiewających malców w kąciku dla dzieci, potem milczących pasjonatów genealogii, usiłujących potwierdzić, że istotnie są dalekimi krewnymi króla Ryszarda III, i wreszcie usiadłam w kącie z archiwalnymi numerami lokalnych gazet. Nietrudno było znaleźć sierpień 2009 roku. Wzięłam głęboki oddech, a potem otworzyłam segregator i przebiegłam wzrokiem nagłówki.

Mieszkaniec Stortfold kończy życie w klinice w Szwajcarii

Rodzina Traynorów prosi o uszanowanie jej prywatności w „trudnym czasie”

Trzydziestopięcioletni syn Stevena Traynora, kustosza zamku w Stortfold, zakończył życie w Dignitas, kontrowersyjnym ośrodku wspomaganych samobójstw. Pan Traynor cierpiał na porażenie czterokończynowe w następstwie wypadku drogowego, któremu uległ w 2007 roku. Do kliniki udał się podobno w towarzystwie rodziny oraz opiekunki, dwudziestosiedmioletniej Louisy Clark, również ze Stortfold.

Policja prowadzi dochodzenie w sprawie okoliczności jego śmierci. Nasze źródła twierdzą, iż nie da się wykluczyć zakończenia sprawy w sądzie.

Rodzice Louisy Clark, Bernard i Josephine Clark z Renfrew Road, odmówili komentarzy.

Z naszych informacji wynika, że Camilla Traynor, sędzia pokoju, zrezygnowała z pełnienia funkcji po samobójstwie syna. Miejscowy komentator stwierdził, że w świetle poczynań rodziny stanowisko pani Traynor stało się „nie do utrzymania”.

I oto miałam ją przed sobą, twarz Willa; spoglądała na mnie z ziarnistego zdjęcia w gazecie. Ten lekko sardoniczny uśmiech, to szczere spojrzenie. Na chwilę zabrakło mi tchu.

Śmierć pana Traynora kończy błyskotliwą karierę w londyńskim City, gdzie znany był jako bezlitosny strateg, specjalista od obdzierania z aktywów, ale także jako człowiek obdarzony nieomylnym wyczuciem w negocjacjach zbiorowych. Wczoraj jego koledzy zgromadzili się, by oddać hołd mężczyźnie, którego opisują jako

Zamknęłam gazetę. Kiedy miałam już pewność, że udało mi się odzyskać panowanie nad twarzą, podniosłam wzrok. Wokół mnie bibliotekę wypełniało niegłośne, pracowite brzęczenie. Maluchy dalej śpiewały swoimi cienkimi głosikami, nieskładnie i nieco fałszywie, a wzruszone mamy biły im brawo. Bibliotekarka za mną szeptem omawiała z koleżanką przepis na tajskie curry. Mężczyzna obok przesuwał palcem w dół po wiekowym rejestrze wyborców, mrucząc do siebie:

– Fisher, Fitzgibbon, Fitzwilliam…

Nic nie zrobiłam. Minęło ponad półtora roku, a ja nie zrobiłam nic poza sprzedawaniem drinków w dwóch różnych krajach i użalaniem się nad sobą. A teraz, po czterech tygodniach w miejscu, w którym dorastałam, w domu rodziców, czułam, jak Stortfold czyha, żeby mnie wessać, jak zapewnia mnie, że będzie mi tu dobrze. Wszystko będzie w porządku. Oczywiście, pewnie nie czekają tu na mnie wielkie przygody, no i zanim ludzie przyzwyczają się na nowo do mojej obecności, może być trochę nieprzyjemnie, ale są chyba gorsze rzeczy, niż być ze swoją rodziną, niż być otoczonym miłością i spokojem? Być bezpiecznym?

Opuściłam wzrok na leżącą przede mną stertę gazet. Najświeższy nagłówek na pierwszej stronie brzmiał:

AWANTURA O MIEJSCE PARKINGOWE DLA INWALIDÓW PRZED URZĘDEM POCZTOWYM.

Przypomniał mi się tata, jak siedział na szpitalnym łóżku, na próżno szukając doniesienia o niezwykłym wypadku.

Zawiodłam cię, Will, pomyślałam. Zawiodłam cię na całej linii.

Krzyki było słychać na całej ulicy, kiedy wreszcie dotarłam do domu. Gdy otworzyłam drzwi, moje uszy wypełniło zawodzenie Thomasa. Moja siostra stała z synkiem w kącie salonu i beształa go, grożąc mu palcem. Mama nachylała się nad dziadkiem z miską pełną wody i gąbką do zmywania, a dziadek uprzejmie się od niej oganiał.

– Co tu się dzieje?

Mama odsunęła się na bok, a ja po raz pierwszy tego popołudnia zobaczyłam wyraźnie twarz dziadka. Pyszniły się na niej nowe, kruczoczarne brwi oraz gruby, czarny i nieco nierówny wąs.

– Niezmywalny flamaster – powiedziała mama. – Od tej chwili nikomu nie wolno zostawiać drzemiącego dziadziusia w jednym pomieszczeniu z Thomasem.

– Musisz przestać po wszystkim bazgrać – krzyczała Treena. – Wolno ci rysować tylko po papierze, jasne? Nie po ścianach. Ani po twarzach. Ani po psie pani Reynolds. Ani po moich majtkach.

– Chciałem ci zrobić dni tygodnia!

– Nie potrzebuję majtek z dniami tygodnia! – odkrzyknęła moja siostra. – A gdybym nawet potrzebowała, to na pewno nie pisałabym „wtorek” przez „f”!

– Nie krzycz na niego, Treen – odezwała się mama, cofając się, żeby zobaczyć, czy udało jej się coś zdziałać. – Mogło być znacznie gorzej.

W naszym małym domku kroki schodzącego z góry taty zabrzmiały jak nadzwyczaj wymowna burza z piorunami. Wpadł do salonu z ramionami zwieszonymi w geście bezradności i włosami stojącymi dęba po jednej stronie głowy.

– Czy człowiek nie może się spokojnie zdrzemnąć we własnym domu w wolny dzień? Czy to jest jakiś dom wariatów?

Wszyscy umilkliśmy i wlepiliśmy w niego wzrok.

– Co? Co znów powiedziałem?

– Bernard…

– Och, daj spokój. Naszej Lou na pewno przez myśl nie przeszło, że może mi chodzić o nią…

– Dobry Boże! – Mama zakryła dłonią usta.

Moja siostra zaczęła wypychać Thomasa z pokoju.

– O rany – powiedziała. – Thomas, lepiej szybko stąd znikaj. Bo słowo daję, że jak dziadek dostanie cię w swoje ręce…

– Co? – Tata zmarszczył brwi. – Co się dzieje?

Dziadzio parsknął śmiechem. Podniósł w górę drżący palec.

To było wprost zdumiewające. Thomas pokolorował całą twarz taty niebieskim markerem. Oczy wyglądały w niej jak dwie kulki agrestu w morzu kobaltowego błękitu.

– Co?

Głos Thomasa, znikającego w korytarzu, był nabrzmiały poczuciem krzywdy.

– Oglądaliśmy sobie Avatara! I on powiedział, że nie ma sprawy, że może być awatarem!

Oczy taty otworzyły się szeroko. Podszedł do lustra nad kominkiem.

Na chwilę zapadła cisza.

– O mój Boże.

– Bernard, nie bierz imienia Pana Boga nadaremno.

– Josie, on mnie całego pokolorował na niebiesko. Wydaje mi się, że mam prawo wziąć imię Pana Boga, na co mi się żywnie podoba. Czy to jest niezmywalny flamaster? Thommo? Czy tego się nie da zmyć?!

– Zmyjemy to, tato. – Moja siostra zamknęła za sobą drzwi do ogrodu. Dobiegało zza nich stłumione zawodzenie Thomasa.

– Jutro mam nadzorować budowę nowego ogrodzenia wokół zamku. Przyjeżdżają budowlańcy. Jak, do diabła, mam ich nadzorować z niebieską twarzą? – Tata napluł sobie na rękę i zaczął trzeć czoło. Pojawiła się na nim ledwo widoczna smużka, ale wyglądało na to, że kolor głównie rozprzestrzenił się także na jego dłoń. – To nie schodzi. Josie, to nie schodzi!

Mama zostawiła dziadka w spokoju i podeszła z gąbką do taty.

– Bernard, nie ruszaj się. Staram się jak mogę.

Treena poszła po laptopa.

– Zobaczę w internecie. Na pewno da się czymś to wywabić. Pastą do zębów albo zmywaczem do paznokci, albo wybielaczem, albo…

– Po moim trupie! – ryknął tata. – Nie dam oblać sobie twarzy wybielaczem!

Dziadek, ze swoim nowym pirackim wąsem, siedział w kącie pokoju i chichotał.

Zaczęłam powolutku się wycofywać.

Mama lewą ręką trzymała tatę za podbródek, a prawą szorowała mu twarz. Odwróciła się, jakby dopiero teraz mnie zobaczyła.

– Lou! Zapomniałam spytać: wszystko dobrze, kochanie? Udał ci się spacer?

Wszyscy jak na komendę zwrócili się w moją stronę i uśmiechnęli się do mnie, jakby chcieli powiedzieć: „U nas wszystko świetnie, Lou. Niczym nie musisz się martwić”. Nie znosiłam tego uśmiechu.

– Tak.

To była odpowiedź, którą wszyscy chcieli usłyszeć. Mama odwróciła się do taty.

– To cudownie. Bernard, prawda, że to cudownie?

– Tak. Świetna wiadomość.

– Jak przyniesiesz do łazienki swoje białe pranie, skarbie, to wstawię je później z rzeczami taty.

– Właściwie – bąknęłam – nie fatyguj się. Wiecie, tak sobie pomyślałam. Najwyższa pora, żebym wróciła do domu.

Zapadła cisza. Mama zerknęła na tatę. Dziadek jeszcze raz zachichotał i zatkał sobie usta ręką.

– W porządku – powiedział tata z całą godnością, na jaką stać mężczyznę w średnim wieku o twarzy koloru jagód. – Ale jeśli chcesz wrócić do tego mieszkania, Louiso, to pod jednym warunkiem…

Rozdział czwarty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział szósty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział siódmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział ósmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział jedenasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwunasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzynasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czternasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piętnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział szesnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział siedemnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział osiemnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziewiętnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty pierwszy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty drugi

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty trzeci

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty czwarty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty piąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty szósty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty siódmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty ósmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

After You

Copyright © Jojo’s Mojo Ltd, 2015

Copyright © for the translation by Nina Dzierżawska

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

kb-design@o2.pl

Fotografia na okładce

Copyright © Mark Horn/Photonica/Getty Images

Copyright © Marga Frontera/Moment Open/Getty Images

Opieka redakcyjna

Alicja Gałandzij

Aleksandra Kamińska

Ewa Polańska

ISBN 978-83-240-3712-4

30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

We wspólnym rytmie Dziewczyna, którą kochałeś Kiedy odszedłeś Razem będzie lepiej Zanim się pojawiłeś 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej