Wiara w oczekiwaniu

Wiara w oczekiwaniu

Autorzy: Wacław Hryniewicz Justyna Siemienowicz

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 21.69 zł

Katolik nie musi stać w opozycji wobec współczesności – przekonuje ks. Wacław Hryniewicz w szczerej i głębokiej dyskusji z Justyną Siemienowicz. Książka jest pierwszym tak kompleksowym przedstawieniem poglądów wybitnego teologa. Można ją też czytać jako swoisty przegląd palących dla katolików kwestii.
Jak światopogląd naukowy może nam pomóc w stawaniu się lepszymi chrześcijanami?
Czy można godzić wiarę ze sceptycyzmem wobec instytucji Kościoła?
Jak katolik ma budować relacje z ateistami czy wyznawcami innych religii?
Czy eutanazja to „dobra śmierć”?
Ks. Hryniewicz jasno i odważnie przedstawia swój punkt widzenia: nie jesteśmy u kresu, lecz u początku prawdziwego chrześcijaństwa, „bardziej wrażliwego na ludzkie dramaty, współczującego ludzkiej niedoli, miłosiernego na wzór samego Boga, przebaczającego i wyrozumiałego, otwartego, życzliwego i przyjaznego dla wszystkich”.
Wiara musi być wiarą wciąż poszukującą, oczekującą na ostateczną odpowiedź.

Teraz bowiem widzimy niejasno, jakby w zwierciadle,

kiedyś ujrzymy twarzą w twarz.

Teraz poznaję cząstkowo,

ale kiedyś poznam tak, jak zostałem poznany.

Teraz więc trwają wiara, nadzieja i miłość, te trzy.

A z nich największa jest miłość.

(1 Kor 13, 12–13)

I said to my soul, be still, and let the dark come upon you

Which shall be the darkness of God. (…)

I said to my soul, be still and wait without hope,

For hope would be hope for the wrong thing; wait without love,

For love would be love of the wrong thing; there is yet faith,

But the faith and the love and the hope are all in the waiting.

(T.S. Eliot, East Coker III; No. 2 of Four Quartets)

Rzekłem mej duszy: bądź spokojna i niech zstąpi na ciebie ciemność,

Która będzie ciemnością Boga. (…)

Rzekłem mej duszy, bądź spokojna i oczekuj bez nadziei,

Bo [sama] nadzieja byłaby nadzieją na rzecz niewłaściwą; oczekuj bez miłości,

Bo [sama] miłość byłaby miłością czegoś niewłaściwego; jest jeszcze wiara,

Ale wiara i miłość, i nadzieja są wszystkie w oczekiwaniu.

(przekład W.H.)

Zdobyć wyraźne oblicze, czyli krótko o tym, po co jest życie

Darowane przypadki

Co to takiego życie?

W moim odczuciu życie jest wielkim darem. Niezwykłym darem. I tak właśnie staram się je przeżywać. Chociaż ma ono różne karty i wybrzmiewa w różnych tonacjach. Są i te radosne, i te, które wymagają wewnętrznego zmagania, zebrania sił, żeby przetrwać i przemóc pojawiające się trudności.

Obawiam się, że wielu ludzi nie zgodziłoby się z Księdza intuicją.

Na pewno, i mają nieraz ważkie powody, by takiej perspektywy nie podzielać. Dla ludzi gorzko w życiu doświadczonych ich własne istnienie staje się ogromnym ciężarem, często dosłownie nie do uniesienia. Szczęśliwy jest człowiek, któremu dopisuje zdrowie, który cieszy się w życiu pewną pomyślnością. Takiemu łatwiej zgodzić się z wizją życia jako daru. Ale przecież nie zawsze – często także powodzenie zawęża perspektywę, bo skłania do tego, by swoje życie i jego udany kształt traktować jako coś oczywistego, co mi się należy lub co jest wyłącznie własną zasługą. Nie jest to jednak błaha intuicja! Wystarczy spojrzeć na tych, którzy w wielkim nieszczęściu, w niepełnosprawności czy w strasznej chorobie potrafią godnie trwać przy życiu, wcale nie ze strachu, ale dlatego że tak właśnie – jako bezcenny dar – je przeżywają. A i we mnie intuicje te w szczególny sposób pogłębiła choroba nowotworowa i śmierć kliniczna. Wtedy gdy jest się już prawie na drugim brzegu, namacalnie wręcz odczuwa się życie jako dar. Kiedy schodzi się w ciemność (ja przynajmniej schodziłem), tęskni się za powrotem do życia.

Wiele osób, którym także dane było wrócić z tej szczególnej podróży, mówi, że nie tęskniły.

Tak, to prawda. Cóż, moje życie nie było takie złe, abym nie chciał do niego wracać.

Nie ciągnęło Księdza tam?

Jeszcze mnie ciągnęło tu. Niedokończone rzeczy trzymały mnie przy tym życiu.

Jakie?

Nie skończyłem pisać książki Świadkowie wielkiej nadziei. Myślę sobie: no to już jej nie skończę. A tyle pracy w nią włożyłem! I tak po prostu żal mi się zrobiło, że miałbym to tak zostawić. Czułem więc, że warto by jeszcze wrócić. Ktoś powie: błahostka! Cóż to takiego książka, by wracać do tego życia, gdy tamto jest już na wyciągnięcie ręki! Ale jeszcze była we mnie tęsknota za byciem z ludźmi mojego życia, był jeszcze głód tej ziemi. Żadnych pożegnań: „Zostańcie z Bogiem, nie chcę wracać" – nie, tego nie miałem.

Bardzo wyraźnie, intensywnie odczułem, że życie jest wielkim dobrem, że warto się trudzić, iść wyznaczoną nam drogą do końca, bo to jest nasze ludzkie spełnienie. I w perspektywie zarówno tych doświadczeń, jak i minionych lat czuję się człowiekiem szczęśliwym, że dano mi takie życie i taką drogę, która mogła się stać naprawdę moja, na której odnalazłem swoje zadanie do spełnienia, także jako teolog. Myślę, że jeżeli już się na tę drogę wchodzi, to trzeba mieć wyraźne oblicze i człowiek musi pokazać, że coś w tym życiu przemyślał, że coś cennego znalazł. I dla mnie, wiadomo, tym czymś jest eschatologiczna nadzieja ocalenia wszystkich, nadzieja powszechnego zbawienia.

Ciekawe, że użył Ksiądz takiego właśnie sformułowania: „wyraźne oblicze", bo wskazuje ono na coś więcej niż tylko posiadanie jasno określonych poglądów.

Wyraźne oblicze to inaczej także wewnętrzne ludzkie oblicze. Często mówimy, że ktoś jest ludzki. Co chcemy przez to powiedzieć? To, że jest dobry, życzliwy, że ma przyjazny stosunek do ludzi, że promieniuje dobrą, a nie złą energią, co się przecież wyczuwa niekiedy niemal instynktownie, po krótkim nawet zetknięciu z konkretną osobą.

Ale o tym, kto jest surowy, ostry też można powiedzieć, że ma wyraźne oblicze.

Nie do końca. Nasze prawdziwie ludzkie oblicze kształtują relacje z innymi. To one rozstrzygają o tym, czy mamy wyraźne, głęboko ludzkie i szlachetne oblicze. Jacy jesteśmy w relacjach, takie jest nasze oblicze. Jeżeli te relacje są zakłócone i negatywne, jesteśmy mniej wyraźni w stosunku do dobra. Taka jest zresztą etymologia słowa „osoba".

Etymologia ta jest jednak dość dwuznaczna, persona to była przecież maska.

Tak, ale jest to wyjaśnienie zbyt powierzchowne. Zresztą maski, od której wywodzi się termin „osoba", nie należy rozumieć w takim znaczeniu, w jakim używamy tego słowa dzisiaj. Starożytna maska nie miała zasłaniać ludzkiej twarzy, udawać jej, lecz pełniła funkcję mikrofonu, tuby dla ust. Tymczasem bardziej pogłębione teologiczne rozumienie osoby, a także twarzy człowieka, sięga do greckiego terminu prosopon, gdzie pros znaczy „ku", a ōps – „twarz", „oblicze". Jesteśmy jako istoty ludzkie skierowani ku twarzy, ku obliczu drugiego człowieka. Mamy w sobie jakieś ontologiczne nakierowanie na inne osoby, na tworzenie relacji. Dzięki „ty" drugiej osoby kształtuje się także moje osobowe „ja". Jesteśmy istotami relacyjnymi, ludźmi we wzajemnych relacjach. Kształtuje nas jakość tych relacji. Od ich jakości zależy wyrazistość naszego własnego oblicza. Mieć wyraźne oblicze to być bardziej i wyraźniej osobą autentycznie życzliwą i przyjazną, zdolną do współczucia (czucia wespół z innymi, a nie taniej litości!), otwartą w swoich poglądach na to wszystko, co ludzi interesuje, niepokoi i raduje.

Mówiąc o wyraźnym obliczu, mam na myśli jednak przede wszystkim to, że w jakiejś mierze odnalazłem swoją własną twarz jako teolog i ksiądz. I cieszę się z tego, że wciąż jeszcze mogę poszukiwać właściwego wyrazu tej twarzy na mojej drodze życia.

Czy samo obranie takiej właśnie drogi także odczytuje Ksiądz jako dar?

Oczywiście. Nie wiem, dlaczego znalazłem się na uniwersytecie. Po ukończeniu seminarium otwarła się przede mną droga naukowa, choć bardziej prawdopodobne było, że będę misjonarzem. Wstąpiłem przecież do Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. To, że się znalazłem na uczelni i na niej zostałem, to w jakiejś mierze przypadek. Po święceniach miałem być posłany wraz z kilkoma jeszcze współbraćmi do Rzymu, jednak nie wydano nam w tamtym czasie paszportów, więc przełożeni postanowili wysłać nas na KUL.

Można by zarzucić takiej postawie, nastawionej na przydarzanie się, że jest nieodpowiedzialna, że to, co w tak dużym stopniu stanowi o kształcie naszego życia, powinno być dogłębnie przemyślane i bardzo świadomie wybrane.

Ależ przypadek jest u Pana Boga także darem! Tak jak w całej przyrodzie. Nie wiem, dlaczego decyzja przełożonych o tym, by posłać mnie na uniwersytet, była taka, a nie inna. Wiele zależy od decyzji innych ludzi, one także mają duży wpływ na nasze losy.

Czy to nie jest jednak tragiczna świadomość?

Nie, tak po prostu już jest, że drugi człowiek może zarówno pozytywnie, jak i negatywnie wpłynąć na to, jak potoczy się nasze dalsze życie. Ale też nie bez powodu mówimy o Opatrzności Bożej, przeczuwamy bowiem, że to, co nam się przydarza w życiu, nie jest wyłącznie efektem działania jakiegoś ślepego trafu, gdyż napotykani przez nas ludzie byliby wówczas jedynie bezwolnymi narzędziami. Ich decyzje i działania wpływające na kształt naszego życia są poparte z jednej strony ich wyczuciem, z drugiej zaś – wolą, by postąpić tak, a nie inaczej. W jakiejś mierze kieruje naszym życiem przypadek, lecz nie można utożsamiać go z determinizmem, który zakłada jakiś zewnętrzny i bezwzględny przymus. Nawet gdy coś wydarza się w moim życiu wskutek decyzji czy działania kogoś innego, jest to także mój wybór, kiedy go akceptuję i w sobie rozwijam. „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę" – wybrzmiewa mi od razu niczym echo fraza Jerzego Lieberta. Mogę więc powiedzieć, że na KUL-u znalazłem się przez określony bieg przypadkowych zdarzeń, a zarazem, że to wybrałem. Przecież mogłem się sprzeciwić! Mogłem popróbować studiowania i powiedzieć: „Nie, to nie dla mnie, nie chcę iść tą drogą", i po prostu zrezygnować.

To nie jest takie proste. Niekiedy bardzo trudno jest zrezygnować z raz obranej drogi, nawet gdy wiele nam mówi, że to nie „to". Człowiek musi się nierzadko zmierzyć z tkwiącym w nim konformizmem, ale jeszcze częściej z niepewnością co do trafności swojego osądu i strachem o to, co będzie dalej.

Tak też jest. Zawsze takim poważnym decyzjom towarzyszy rozważanie wszelkich „za" i „przeciw" i obawa o to, co będzie, gdy się wycofam, gdy pójdę w innym kierunku. I nieraz z tą niepewnością wygrywa jako takie „urządzenie się" w tym, co już się ma, co już zostało wytyczone. Niemniej pomimo tych wszystkich ograniczeń i lęku, jakkolwiek wielkie one są, zawsze jest w nas przestrzeń dla dokonania wyboru. To, co mówię, nie jest zachętą do tego, by pochopnie uciekać od wszelkich sytuacji życiowych, w których napotykają nas trudności i przeciwności. O nie! Tylko wierność swoim wyborom pozwala poznać prawdziwą głębię i bogactwo życia, których przy powierzchownym zaangażowaniu nawet nie przeczuwamy. Ale faktem jest też, że wielu ludzi szczęśliwie zmienia kierunek życiowy, i ta zmiana wychodzi im na dobre. Tu nie ma prostych recept. Potrzeba dużej rozwagi i uważnego, szczerego wobec samego siebie namysłu. Jeśli przekonuję się, że obranie innej drogi będzie słuszniejsze, to za tym przekonaniem trzeba podążać.

Powinniśmy się z pewnością wystrzegać ostrego przeciwstawiania sobie tego, co się w życiu przydarza naszej wolności i naszym decyzjom. Przypadek nie rozbija się o nas jak o skałę, tylko natrafia na nas zawsze już w jakiś sposób ukształtowanych, przy czym też wciąż zdolnych do mądrego przyjmowania tego, co przynosi nam życie, i pojednania tego w sobie. Taki jest chyba sens mówienia o przy-darzaniu, wy-darzaniu się czegoś. Ostatecznie o tym, jakie znaczenie ma to, co darowane, decyduje obdarowany. To my możemy z przypadku uczynić nasze przeznaczenie.

Dojrzewać do mądrości serca

Czy na jakimś etapie życia świadomość tego, że jest ono darem, pojawia się w sposób szczególny?

Myślę, że taka świadomość narasta stopniowo z wiekiem, w miarę jak człowiek staje się wewnętrznie coraz bardziej dojrzały i refleksyjny. To się także ściśle wiąże z coraz wyraźniej odczuwaną w miarę upływu lat odpowiedzialnością za swoje życie. Być może jesień życia jest takim właśnie czasem, kiedy zarówno świadomość daru, jak i odpowiedzialności staje się szczególnie wyraźna. Wraz z tym, jak posuwamy się w latach, coraz intensywniej dociera do nas, że życie mija, coraz szybciej przechodzą dni, tygodnie, miesiące. W dzieciństwie zdają się one niemiłosiernie dłużyć, a na starość uciekać. Życiem każdego człowieka rządzi taki swoisty czas psychologiczny, który z jednej strony przypomina nam, że nie będzie ono trwało wiecznie, lecz z drugiej – stanowi być może zapowiedź, że choć tak wyraźnie w tych późnych latach ulatuje, to jednak do czegoś zmierza.

Czy człowiek nie uświadamia sobie w tym okresie, że i owszem – życie to dar, ale znikomy, marny? I czy ta świadomość nie smuci?

Na pewno jest jakiś odcień smutku, że to tak szybko. Nie jest to wszak przygnębienie. I nie chodzi o sam fakt przemijania. Tak już jest, że odchodzimy, aby zrobić miejsce następnym pokoleniom. Chodzi raczej o to, że chciałoby się może więcej dokonać, jeszcze coś dobrego zrobić, pomóc komuś. Dlatego ważne jest, by przez całe życie starać się jak najwięcej dobra z siebie wypromieniować, zarówno dobra myśli, jak i uczynków. To potem owocuje i chroni przed poczuciem daremności czy smutkiem. Pomóc człowiekowi bezinteresownie to piękna i wielka rzecz! Często o tym zapominamy, nie doceniamy wagi takiego działania dla naszego życia, nie tylko dla tej osoby, której okażemy serce.

Wydaje mi się, że z wiekiem człowiek po prostu stawia sobie coraz więcej pytań – czy też może przywyka do ich nieuchronnego towarzystwa. Coraz lepiej rozumie, że na wiele z nich nie znajdzie odpowiedzi, że musi jakoś z nimi żyć, jakoś je oswoić wraz z niewiadomą, którą one niosą. Od zawsze mnie zastanawiało, dlaczego to ja jestem, a nie ktoś inny, dlaczego urodziłem się tu, a nie gdzie indziej, w tym, a nie innym czasie. I te pytania wciąż pozostają otwar te, i zbiegają się w jedno wielkie pytanie, które kiedyś w lapidarny sposób wyraził niemiecki filozof Gottfried Wilhelm Leibniz: „Dlaczego jest raczej coś niż nic?". Mnie to pytanie skłania do rozważań nad życiem jako darem. Dlaczego w ogóle zaistniałem? Tylu ludzi wcale tego daru życia nie miało, tylu został on przedwcześnie odebrany, tylu jest tak przygniecionych swoją sytuacją, że nie mają szansy w ogóle go dostrzec, doświadczyć go i cieszyć się nim.

Czy te pytania wiążą się dla Księdza z poczuciem winy?

Nie, nie można tego w taki sposób traktować. Nie miałem żadnego udziału ani zasługi w tym, że pojawiłem się na świecie. Dlatego właśnie to jest dar. Nie mam poczucia winy, że mnie go dano, a innym nie. W żadnym razie nie czyni to jednak mniej zasadnymi wielu pytań. Dlaczego innym przypadło w udziale trudniejsze życie? Dlaczego mają w sobie tyle skargi i tyle żalu do ludzi i do Boga? Dlaczego tak mało radości jest w ludzkim życiu? Dlaczego szczęście jest tak ulotne i wciąż zagrożone? Dlaczego jest w nas tyle lęku, że nawet gdy to szczęście już się pojawi, to wraz z dręczącą niepewnością, czy się go zaraz znów nie straci? Do tego, by być szczęśliwym i wdzięcznym za dar życia, dojrzewamy stopniowo. To nie jest coś, co jest dane raz na zawsze. Powinno w nas narastać zrozumienie dla życia, dla ludzi, także dla ludzkich błędów i win. Tego się wciąż uczymy jak niepojętni uczniowie.

Jak można się tego uczyć?

Trzeba się ćwiczyć w wybaczaniu, starać się nie odpłacać złem za zło, umieć jako pierwszy wyciągnąć rękę do zgody. Tego naprawdę uczymy się całe życie i nieraz popełniamy błędy. Łatwo dajemy się ponieść urażonym uczuciom, których później żałujemy. W sumie uważam jednak swoje życie za spełnione. Starałem się podążać w miarę swoich sił i zdolności za natchnieniami pochodzącymi od Bożego Ducha. Z pewnością mogłem dać z siebie więcej. Tam, gdzie zawiodłem, proszę Boga o przebaczenie. Wiele rzeczy też mi się nie udaje. Szczerze wyznaję, że jestem człowiekiem ułomnym i grzesznym, bynajmniej nie ideałem. Mówimy o wzrastaniu w mądrości życia, uczeniu się sztuki życia. Moja droga jako człowieka wierzącego to lata obcowania z Ewangelią, z nauczaniem Jezusa, z Jego sposobem postępowania wobec ludzi, zwłaszcza zagubionych w swoim człowieczeństwie, chorych i nieszczęśliwych. Wszyscy do tej mądrości nie dorastamy.

Jak ocalić lub wzbudzić w sobie poczucie, że życie jest darem? Jak je w sobie pielęgnować?

Ważne jest, aby zachować szczerość wobec siebie, uważność. O, to jest piękna cnota. Nie sama tylko uwaga, ale uważność.

Uwaga połączona z wrażliwością…

Tak. Ale to jest także dar refleksyjności, namysłu, uciszenia, tak dziś potrzebny, gdy rytm życia staje się coraz szybszy i bardziej wymagający. W swoim długim już przecież życiu namacalnie tych zmian tempa doświadczyłem. Mogę je nawet bardzo konkretnie zobrazować. Swoją pracę magisterską pisałem jeszcze ręcznie, a po mnie przepisywała ją maszynistka. Potem zacząłem pisać na maszynie do pisania. Najpierw był to taki mały czeski consul, po nim coraz lepsze maszyny. Teraz nastała era komputerów, w moim życiu jednak późno. To kolejna duża zmiana. Niektórzy z kolegów nie potrafili się już przestawić, a przecież dziś trudno sobie wyobrazić efektywną pracę teologa bez komputera. W moim jednym życiu widać, choćby na tym prostym przykładzie, jak szybko dziś następują zmiany. To może fascynować, zdumiewać, ale być może czyni nas także w pewnym stopniu nieporadnymi. Przywykamy do szybkiego sukcesu. Prędzej, prędzej, bo inni nas wyprzedzą, bo będą o wiele dalej od nas. To sprzyja niezdrowemu współzawodnictwu, rodzi konflikty, oducza wrażliwości, pozbawia radości z pracy twórczej. Na myśl przychodzą biblijne słowa: „Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zyskali mądre serca".

To słowa jednego z psalmów.

Tak, to Psalm 90, bardzo piękny psalm. Całe życie mamy dochodzić do mądrości, ale zauważmy – do mądrości serca! To jest właśnie biblijna idea człowieka. Ośrodkiem scalającym osobę jest serce, nie sam intelekt. Umysł i serce muszą współdziałać razem, aby człowieka w pełni ukształtować. Nacisk na sam tylko rozwój intelektualny, chłodny, wręcz matematyczny, może być w życiu przeszkodą.

Dlaczego?

Bo nie wszystko da się pojąć rozumem, nie wszystko da się zadowalająco wyjaśnić. Za Pascalem możemy powtórzyć, że serce też ma swoją logikę i swoje racje, których rozum nie zna. Tylko przez zespolenie umysłu i serca – a tego uczymy się od młodości – możemy dojrzewać do prawdziwej mądrości. Od lat to podkreślam: nie można być tylko chłodnym intelektualistą. Człowiek bardzo racjonalny może mieć poważne kłopoty z pojmowaniem Boga, religii i wiary. Bóg to nie tylko rzeczywistość w najwyższym stopniu racjonalna. W Nowym Testamencie mamy najbardziej chyba wzniosłe i celne określenie, że „Bóg jest miłością" (1 J 4, 8. 16)*.

Ksiądz Michał Heller, wybitny filozof i kosmolog, często powtarza za Leibnizem: „Dum Deus calculat, mundus fit" – „Kiedy Bóg liczy, świat się staje". Owszem, w swojej wewnętrznej strukturze świat jest niezwykle racjonalny. Tę jego racjonalność dzięki nauce stopniowo i ze zdumieniem odkrywamy. Niemniej sama logika i racjonalność w podejściu do rzeczywistości to nie wszystko. Na drugi ważny wymiar naszego ludzkiego istnienia wskazuje Jezus, kiedy mówi o niepojętej dobroci i miłosierdziu Boga wobec wszystkich ludzi: „On bowiem każe swemu słońcu wschodzić nad złymi i nad dobrymi i deszcz daje sprawiedliwym i niesprawiedliwym" (Mt 6, 45). To głos mądrości będącej wyrazem nie samej tylko logiki i racjonalności.

Co jest stawką tej nauki? Dlaczego jest ona dla Księdza tak cenna?

Stawką? Radość! To bardzo ważne, by w naszym życiu było na nią miejsce. Wiele tu od nas zależy. Żeby w życiu przeżywać radość, trzeba umieć się na nią otworzyć i ją odnajdywać w codziennym życiu. W Księdze Nehemiasza jest takie wezwanie i przypomnienie zarazem, które pokazuje, że radość nie jest wcale czymś oczywistym i łatwym do odnalezienia. Ona jest owocem mądrości życia: „Nie bądźcie smutni i nie płaczcie! (…) Nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest waszą ostoją" (Ne 8, 9–10). Radość i nadzieja są naszą siłą w całym życiu. Zwłaszcza w starości, gdy wyraźniej zdajemy sobie sprawę z przemijania. Trzeba wciąż uczyć się zachowywać pogodę ducha, wnosić w życie poczucie wdzięczności i święta. Od tego są zwłaszcza okresy Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Boże Narodzenie to wielka nadzieja nowego początku w dziejach naszego świata. Pascha przypomina o kresie życia ziemskiego i przejściu w świat zmartwychwstania.

Oto wielka klamra naszego istnienia, rozpiętego między początkiem i końcem, czas dojrzewania i owocowania daru naszego człowieczeństwa. Ono jest zadane każdemu i każdej z nas. „Stań się prawdziwie tym, kim jesteś" – powtarzam sam sobie. Podobnie jak mówimy, że nikt z nas nie jest w pełni chrześcijaninem, lecz staje się nim każdego dnia na nowo, tak też jest z naszym człowieczeństwem. Ono wciąż jest w nas samych i przed nami, w procesie ustawicznego stawania się i kształtowania, niepozbawionego regresów i załamań. Czym zresztą jest ludzkie życie wobec dziejów kosmosu? Migawką tylko na linii czasu, zmierzającego do ostatecznego spełnienia. Wciąż zdumiewa mnie tajemnica życia. Cieszę się tym niezwykłym darem. Kocham życie. Cieszę się, że nie jest ono bezużyteczną i daremną pasją (aluzja do znanego powiedzenia Jeana Paula Sartre'a passion inutile). Cieszę się, że jest Bóg, moja ostateczna przyszłość. „Ta jedna licha drzewina / Nie trzeba dębów tysięcy! / Z szeptem się ku mnie przegina: / »Jest Bóg i czegoż ci więcej?!«". To z Księgi ubogich Jana Kasprowicza. Był to jeden z wierszy, którym się kiedyś zachwyciłem. I ta zaduma często powraca.

Było to dawno temu?

Przed wielu laty. Poeta napisał ten wiersz, gdy bywał w Tatrach. Na mnie również, dzięki kontaktom z górami, zrobił on duże wrażenie i pozostał w pamięci. Chodzę, patrzę, podziwiam, różne myśli przychodzą do głowy. Często rozważam powyższe słowa. O wielki darze życia! Przedziwne stykanie się światów!

Chodzi Ksiądz nadal po górach?

Raczej koło gór. Nie dla mnie teraz wspinaczka!

A pierwsze spotkanie z górami Ksiądz pamięta?

Święty Krzyż, bo tam są moi bracia i klasztor mojego zgromadzenia zakonnego. Wyruszałem rano ze Świętego Krzyża, szedłem szlakiem aż do Łysicy, do klasztoru Świętej Katarzyny. Tam odpoczynek, a potem ruszałem w drogę z powrotem. Miałem czas, by posiedzieć i podumać, poskakać czasem po gołoborzu. Czysta radość. Bardzo lubię góry. Lubię morze, ale w słotne dni trzeba by siedzieć w pokoju, czytać lub pisać. W górskich miejscowościach łatwiej znaleźć okazję i pospacerować wśród zdumiewającego bogactwa przyrody. To urzeka, skłania do myślenia, pogłębia wrażliwość na piękno.

Stąd to chodzenie „nad przepaściami wiary"?

Może. Choć i życie ma swoje przepaści.

* Teksty Starego (Pierwszego) Testamentu (tzw. Biblii Hebrajskiej) przytaczane będą według Biblii Tysiąclecia, wyd. 5, Poznań 2003. W zależności od tego, czy przekład oddaje wiernie treść oryginału greckiego, Nowy Testament cytowany będzie w zasadzie wg: Pismo Święte Nowego Testamentu i Psalmy. Przekład ekumeniczny z języków oryginalnych, Warszawa 2001. W docieraniu do właściwego sensu pomocny był także Grecko-polski Nowy Testament. Wydanie interlinearne z kodami gramatycznymi, tłum. R. Popowski i M. Wojciechowski. Warszawa 1993.

„Panie Ślicznotkowy!", czyli o tym, jak to jest być dzieckiem

Dziecięce skarby

Podobno z wiekiem człowiek coraz częściej wraca myślami do swego dzieciństwa. Czy jest to dla Księdza ważny okres w życiu?

Chyba dla każdego jest ważny, bo w dużej mierze naznacza całe nasze późniejsze życie. Być może również dlatego na starość, gdy człowiek bardziej skłonny jest do podsumowań i próbuje jakąś klamrą spiąć przeżyte lata, częściej wraca do swoich początków.

Czy te powroty są dla Księdza miłe czy trudne?

Moje dzieciństwo było proste, zwyczajne. Nie było w mojej rodzinie wydarzeń, które pozostawiłyby bolesny, głęboki ślad na mojej psychice. Na szczęście nie zaznałem tego, co bywa udziałem wielu dzieci: permanentnie złych relacji między rodzicami, nieporozumień, kłótni, wzrastania w złej, zatrutej atmosferze, a co odbija się potem trwale na relacjach z innymi i rzutuje na stosunek do samego siebie. Wielu dobrych rzeczy nauczyłem się od moich rodziców, choćby wrażliwości na drugiego człowieka. Gdy przyszedł ktoś ubogi, dostawał zawsze jakieś wsparcie, choć może nieraz drobne, bo w wojennych i powojennych latach było biednie. Na to patrzy się od najmłodszych lat i to w nas zostaje niczym dobroczynne wspomnienie o rodzicach. Ważne jest także to, że wizja ojca nigdy nie rzutowała na moje widzenie Pana Boga jako kogoś surowego i niewyrozumiałego, kto wręcz lubuje się w upominaniu i karaniu. Dla wielu ludzi, którzy mieli nieszczęśliwe dzieciństwo i toksyczną relację z ojcem, jest to bardzo duży problem. Przez długie lata nie potrafią uwolnić się od obrazu Boga wzorowanego na postaci złego rodzica. Także relacja z matką może na pewno zaciążyć na religijności, ale często ten negatywny wpływ ojca na obraz Boga jest większy z powodu silnie patriarchalnego charakteru naszej religii. Biblia jednak nie pozwala nam kształtować obrazu Boga jednostronnie, przypisując Mu tylko jakąś twardą i surową męskość. On jest ponad zróżnicowaniem płci.

Dziś, zapewne właśnie ze względu na uwrażliwienie na patriarchalny charakter kultury, coraz częściej wydobywa się te określenia w Biblii hebrajskiej, które mówią o matczynej miłości Boga.

Tak. Są takie wypowiedzi, zwłaszcza u proroków Izajasza i Ozeasza. Z jednej strony Biblia mówi o Bogu jako Ojcu, z drugiej natomiast – przypisuje Mu równocześnie pewne rysy macierzyńskie. Jest to Bóg czuły i pełen litości, podobny zarówno do czułego Ojca (Ps 103, 13; Iz 63, 16), jak i do czułej matki: „Mówił Syjon: »Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał«. Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach…" (Iz 49, 14–16). „Jak kogoś pociesza własna matka, tak Ja was pocieszać będę" (Iz 66, 13). „Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem (…). Pociągałem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości. Byłem dla nich jak ten, co podnosi niemowlę – schyliłem się ku niemu i nakarmiłem je. (…) Jakże cię porzucić, Efraimie, i jak opuścić ciebie, Izraelu? (…) Moje serce na to się wzdryga i rozpalają się moje wnętrzności" (Oz 11, 1. 4. 8).

Są to bardzo znamienne wypowiedzi. Jan Paweł II w encyklice Dives in misericordia także przywołuje taką antropologię, która łączy w sobie to, co dzielimy na męskie i kobiece. I myślę, że mądrość życia polega na tym, by umieć w sobie docenić i rozwinąć także te cechy, które potocznie przypisuje się kobietom, takie jak czułość i wrażliwość, zwłaszcza na cierpienie, a także całościowe spojrzenie na życie – zamiast tylko chłodnej oceny otaczającej nas rzeczywistości.

Wydaje mi się, że kiedy Ksiądz był dzieckiem, nie tylko bycie mężczyzną i bycie kobietą były bardziej sobie przeciwstawione i sztywniej określone niż dziś, ale też dystans między rodzicami i dziećmi był większy, relacje bardziej chłodne, sformalizowane, rodzicom trzeba było okazywać raczej szacunek niż miłość.

Na pewno wiele się zmieniło. Nie było przecież takiej wiedzy psychologicznej, jaką mamy dziś, a i samo życie było bardziej surowe. Jednak nawet z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, żeby między rodzicami a dziećmi panowały dystans i chłód. Doświadczyłem normalnej, ludzkiej bliskości i czułości. Wiadomo, że wychowanie na wsi, wśród prostych ludzi bez zaplecza intelektualnego, musiało być bardziej spontaniczne, odruchowe. Rodzice na bieżąco niejako uczyli się, jak wobec dziecka postępować, więc bywało pewnie i tak, że popełniali błędy, że jakieś cechy charakteru taty lub mamy dawały bardziej o sobie znać. Nawiasem mówiąc, u nas w rodzinie nie mówiło się: „tata" czy „mama", tylko „tatuś" i „mamusia".

U mnie w rodzinie też tak było. Do dziś do mojej babci jej dorosłe dzieci zwracają się tym zdrobnieniem.

Dziś może wydawać się to śmieszne czy może nawet infantylne, ale taki był wtedy zwyczaj i tak już, widać, zostało. Jest to może jakiś utrwalony w języku dowód na to, że i dawniej było miejsce na czułość między rodzicami i dziećmi.

Do kogo czuje się Ksiądz bardziej podobny?

Wydaje mi się, że więcej noszę w sobie cech po mamie, Feliksie. Tata miał to samo imię: Feliks. Chyba zawsze matczyna czułość jest bardziej wyczuwalna i bliższa. A może jest po prostu tak, że dziewczynki łatwiej odnajdują relację z tatą, a chłopcy z mamą. Myślę, że mama przekazała mi wrażliwość i życzliwość dla ludzi. Była osobą bardzo wyczuloną na ludzkie nieszczęście. Nie tylko starała się pomóc, gdy ktoś był w potrzebie, przychodził prosić o jedzenie czy inną pomoc materialną, ale też przez wiele lat jako zelatorka tak zwanego żywego różańca czuwała nieraz przy zmarłych, przewodząc wspólnym modlitwom. Niemniej dzieciństwo spędzone na wsi to również dyskretna szkoła wrażliwości na przyrodę, nie tylko tę wielką, majestatyczną, lecz także tę bliską, zwyczajną, którą można dotknąć, pogłaskać jak kota, co to go mama każdego ranka wpuszczała do domu. Całą noc gdzieś latał i głodny, nieraz trochę z chłodu nastroszony wbiegał do domu. Pomrukując, wskakiwał nam do łóżka i spało się z nim jeszcze trochę, z tym jego ciepłem i mruczeniem. Niby nic wielkiego, ale to przyjemne wspomnienie zostaje na całe życie.

Ma Ksiądz kota?

Teraz, tutaj, w Lublinie, w ciasnej kawalerce? Nie, ale do dziś większą sympatią darzę koty niż psy. Z kotem się wychowałem, on był domownikiem, niemal członkiem rodziny, którego się lubiło, głaskało, który przesypiał w domu całe zimowe dni przy piecu, gdzie było cieplej, wyciągnięty na ziemi na całego – tak mu było dobrze! Wrażliwość na przyrodę, na piękno kwitnących drzew wiosną i zaaferowanie ptaków wijących w radosnym pośpiechu gniazda, na bujne łany latem, spadające liście jesienią i na to ogołocenie ziemi zimą, na jej wyciszenie i oczekiwanie, aż wszystko obudzi się znowu do życia – ta wrażliwość jest ze mną do dziś i stanowi dla mnie wielki skarb, który wyniosłem z dzieciństwa.

Czy rzeczywiście wyniósł ją Ksiądz z domu rodzinnego, czy raczej to przejaw Księdza osobowości? Wydaje mi się, że ludzie, którzy na co dzień obcują z przyrodą, a do tego jeszcze muszą się z nią zmagać, by przeżyć – tak jak wtedy gdy Ksiądz był dzieckiem – nie zachwycają się nią tak bardzo i nie kontemplują jej z takim przejęciem jak ludzie od niej oddaleni. Wydaje się, iż jest ona wtedy czymś tak oczywistym, że niewidzialnym.

Pewnie różnie z tym bywa, jednak w przypadku moich rodziców to umiłowanie przyrody było wyraźnie widać i się je mimowolnie przejmowało w siebie. Jak się pasało krowy, to trzeba było wcześnie wstawać, a dla takiego rosnącego chłopca był to niemały wysiłek. Spać się chciało strasznie, wiadomo. I gdy się tak rano ociągałem, mama zachęcała mnie, chwytając się różnych sposobów. Najpierw mówiła: „Wstawaj! Potem będziesz się wstydził iść, jak wyjdziesz za późno. Już czas!". Gdy to nie skutkowało, próbowała inaczej, bardziej przemawiając do wyobraźni, a czerpiąc właśnie z wrażliwości na przyrodę: „Wstawaj, zobacz, jak skowronki ładnie śpiewają, jak czajki latają nad łąką, szukają wody, by gniazda w trawie uwić. Widzisz, jak ładnie jest z rana, słońce pięknie świeci. Pójdziesz teraz, to zaraz po dziesiątej wrócisz i polecisz z kolegami nad rzekę się kąpać. Będziesz mieć dużo czasu, cały Boży dzień! A dopiero po trzeciej pójdziesz znowu z krowami na łąkę".

Wyniósł Ksiądz z dzieciństwa nie tylko miłość do natury, ale też nawyk do pracy.

Myślę, że generalnie dzieci ze wsi są przyzwyczajone do pracy. To też jest wyposażenie, które zostaje na całe życie: pracowitość.

Szybciej też się chyba człowiek staje poważniejszy.

Tak, trudniej uchować się jako lekkoduch, który nie wie, co to dyscyplina, gdy od małego trzeba pomagać rodzicom, wstawać wcześnie do swoich obowiązków.

Takie dziecko od najmłodszych lat uczy się odpowiedzialności. I wydaje mi się, że – wbrew pozorom – może z tego czerpać prawdziwą radość. Pamiętam, że kiedy byłam mała, rozpierała mnie duma, gdy wiedziałam, że to, co robię, to już nie zabawa, ale realna pomoc rodzicom. Cieszyło mnie, że w jakimś konkretnym aspekcie mogę być na równi z dorosłymi, że obdarzyli mnie zaufaniem.

Tylko wtedy ta realna pomoc rodzicom była koniecznością. Dzieci musiały pracować wraz z dorosłymi, żeby można było się utrzymać, po prostu żeby było co jeść. W tym względzie moje dzieciństwo i dzieciństwo współczesnych dzieci to zupełnie różne światy. Już u Pani było inaczej, ale te moje lata wojenne to był czas biedy. Niczego nie było. Gdy doskwierał głód, a do posiłku było daleko, to brało się kawałek suchego chleba i maczało w tym, co pozostało na ściankach bańki po zebranej śmietanie, posypywało cukrem i zjadało ze smakiem. Kiedy szedłem do Pierwszej Komunii Świętej, mama uszyła mi spodenki i marynarczynę z jakiejś własnej ciemniejszej sukienki, bo nie stać ją było na nowy materiał, nie mówiąc już o gotowym stroju komunijnym. Tak więc można powiedzieć, że zaznałem surowego, niekiedy wręcz spartańskiego wychowania, ale nie w relacjach międzyludzkich, tylko pod względem stanu posiadania i obowiązków, których wraz z wiekiem przybywało. Oprócz pracy w gospodarstwie, opieki nad młodszym bratem, szkoły – w pewnym momencie doszło jeszcze harcerstwo i ministrantura. Żeby temu wszystkiemu podołać, musiałem nauczyć się samodyscypliny, systematyczności. I tak kształtował się ten mój rytm życia, któremu staram się sprostać do dziś.

To znaczy?

Przywykłem do tego, że wstaję wcześnie rano, msza poranna (czasem, zwłaszcza w niedziele i święta, o późniejszej porze), pracuję do południa, potem obiad. Po południu zazwyczaj już nie piszę, tylko idę na spacer, spotykam się z ludźmi lub pracuję fizycznie na działce moich przyjaciół, gdzie pomieszkują koty, którymi przez kilka lat się opiekowaliśmy. Ruch, wysiłek fizyczny, kontakt z naturą wprowadza bardzo ważną równowagę do mojego teologicznego profesorskiego życia, a i stanowi niekiedy ważną inspirację dla zmagań intelektualnych. Zimą oczywiście rytm ulega zmianom. Wtedy pracuję także po południu, lecz spaceru, także po kolacji, nie zaniedbuję. Jestem perypatetykiem. Chodząc, obmyślam to, o czym mam pisać.

A wieczorami?

Zwłaszcza długimi, zimowymi, także piszę, a na koniec słucham muzyki klasycznej. Bardzo ją lubię. Mam w komputerze setki plików z nagraniami wielkich mistrzów. Przykład? W okresie bożonarodzeniowym, wielkopostnym i wielkanocnym słucham oratoriów Jana Sebastiana Bacha lub Fryderyka Händla. W jesienne święta często powracam do wspaniałych kompozycji mszy Requiem. To dawny nawyk seminaryjnego organisty. Na ogół sypiam dobrze, a jak trzeba, to w przerwach rozmyślam i rozmawiam z Tym, który przedłużył mi życie po zapaści związanej z operacją raka. To dobry czas. Zawsze mam obok tapczanu stolik, a na nim pod ręką papier do pisania i długopis. Nie wolno tracić myśli, które nie powrócą w tym samym kształcie albo pójdą całkowicie w niepamięć. Jest to wtedy swoiste przedłużenie pracy dnia, którą też traktuję jako modlitwę. To ważne połączenie w zawołaniu ora et labora – „módl się i pracuj", w którym praca nie jest czymś obcym modlitwie, a modlitwa pracy.

Wychowanie przez przekonywanie

A sama bieda, niedostatek, których doświadczył Ksiądz we wczesnych latach, czy odcisnęły swoje piętno na dalszym życiu Księdza?

Było biednie, skromnie, ale nie była to nigdy nędza. Zawsze coś się uchowało lub wynalazło. Chcę to wyraźnie podkreślić. Nędza niszczy człowieka, a jak się z niej wyjdzie, to daje nieraz, myślę, o sobie znać w różnych zapędach dotyczących posiadania. Skromne życie, jakiego zaznałem w dzieciństwie, nigdy nie przerodziło się u mnie w tęsknotę za przepychem, komfortem nie z tej ziemi. Przywykłem do tego, że przez całe życie starczy mi jeden pokój, moja księżowska cela, choć mam ją w bloku, a nie w zgromadzeniu zakonnym. Oczywiście jest problem z książkami, które już dawno przestały się u mnie mieścić i wiele z nich trzymam po piwnicach u znajomych i rodziny. Jest to pewne utrudnienie, lecz ksiądz, a tym bardziej zakonnik, nie powinien otaczać się pokojami, pławić w dostatku. Gdy nawyk do skromnego życia wynosi się z domu rodzinnego, łatwiej spełnić to wymaganie.

Jak tę skromność Ksiądz rozumie?

Tak zwyczajnie: by nie mieć i nie gonić za tym, co zbędne, a poprzestać raczej na tym, co potrzebne, co służy skupieniu, a nie rozprasza i odciąga od tego, co w życiu jest istotne, co stanowi jego ciężar właściwy i decyduje o jego sensowności. Tylu rzeczy, które dziś nas otaczają, mnie nie potrzeba. Widzę to i dziękuję Bogu!

To właśnie wyniosłem z dzieciństwa: by umieć zadowolić się tym, co się ma, kim się jest, a także być może – by w pomysłowy sposób korzystać z posiadanych rzeczy, zyskując tym samym większą samowystarczalność. Wspominam o tym, gdyż przychodzi mi na myśl, jak sam robiłem sobie łyżwy.

W jaki sposób?

Strugałem z drzewa podstawę, do niej przybijałem kawałek ostrza z kosy z tępym drugim brzegiem, i już można było się ślizgać na jednej bodaj nodze. A wszystko to całkiem za darmo. Zamiłowanie do majsterkowania pozostało mi do dzisiaj.

Miał Ksiądz o tyle łatwiej, że większość rzeczy pozostawała poza zasięgiem możliwości nie tylko Księdza, lecz także jego rówieśników. Bardzo trudno jest dziś, w świecie nadmiaru, reklam, dekoracji, wychować mądrze dziecko, nauczyć je właściwego stosunku do rzeczy, kiedy nawet my, dorośli, sami w tym wszystkim się gubimy.

Trudno dawać tu jakieś gotowe recepty, zwłaszcza mnie. Wydaje mi się jednak, że największym błędem, jaki w tym względzie mogą popełnić rodzice, to wynagradzanie dziecku nieudanych, złych relacji lub braku czasu dla niego przedmiotami lub jakimiś wystrzałowymi rozrywkami. Największy dar, jaki się wynosi z dzieciństwa, to zwykła codzienna miłość i życzliwość rodziców, ich zrozumienie dla dziecka. Takiej relacji z dzieckiem trzeba się chyba uczyć przez całe życie i dojrzewać w niej. Mądry rodzic dorasta wraz ze swoimi dziećmi. Uczy się także poprzez spotkania z innymi rodzicami, przykłady z ich życia, również te negatywne. Wyczuwam, że jest to trudne i ustawiczne zadanie, ale dziecko będzie potem wdzięczne rodzicom za to, że nauczyli je nie tylko chęci posiadania i wartości przedmiotów, ale przede wszystkim tego, jak być szlachetnym, ludzkim człowiekiem.

W jaki sposób to osiągnąć? Jak zaszczepiać w dziecku tak wymagający ideał człowieczeństwa, oduczać złych zachowań i nawyków, zachęcać do walki z nimi? Jesteśmy dziś uwrażliwieni na przemoc, odchodzimy od kar cielesnych, staramy się, by wychowanie dziecka przybierało jak najmniej opresyjną formę. Ten zwrot od surowości do wyrozumiałości widać także w Księdza namyśle teologicznym, kiedy mówi Ksiądz o tym, by w przepowiadaniu Ewangelii pedagogię strachu zastępować pedagogią nadziei. Jak to robić, schodząc z wyżyn teologicznych rozważań, w codziennym życiu, w relacjach rodzinnych, by nie popaść w permisywizm, przyzwalanie na wszystko?

Myślę, że skuteczność, powodzenie w wychowaniu, jeśli można tak powiedzieć, w dużej mierze zależy od tego, czy od najwcześniejszych lat potrafimy rozmawiać z dziećmi. Rozmowa i cierpliwe, spokojne, wytrwałe przekonywanie są na dłuższą metę bardziej skuteczne aniżeli surowość, kara, dyscyplina. Nie jest to jednak, jak może się niektórym wydawać, pozostawienie dziecka samemu sobie w imię maksymy „wszystko wolno", wszystko natychmiast ci się należy. To nie jest wychowanie. Takie dziecko staje się bowiem wtedy bardzo szybko małym szantażystą, wymusza wszystko płaczem, wrzaskiem, padaniem i sinieniem na podłodze. Rozumiem, że jest potrzebna jakaś mądra karność.

Ale czy bicie, zastraszanie jest tu jedyną alternatywą? Wydaje mi się, że mądre wychowanie ma na celu przede wszystkim nauczyć dziecko odpowiedzialności. Strachem tego nie osiągniemy, a jeśli już – to na krótko i w bardzo niedojrzałej postaci. Jeżeli dziecko ma być odpowiedzialne za to, co robi, musi wiedzieć nie tylko, że coś jest złe, ale także dlaczego takie jest. Żeby mogło to zrozumieć i przyjąć jako swoje własne sądy, potrzeba i przykładu, i bardzo dużo rozmowy. Widzę to wyraźnie, obserwując moich przyjaciół, ich zmagania jako rodziców.

Jak rozmawiać, żeby dotrzeć do dziecka, tym bardziej że ono często nie chce słuchać?

Przede wszystkim rozmawiać, stale. Bardzo łatwo w natłoku różnych spraw stracić w pewnym momencie kontakt z dzieckiem. Ponadto rozmawiać spokojnie, unikając krzyków i złości, bo one jedynie zniechęcają. Droga łagodnej perswazji jest lepsza, choć bardziej wymagająca. Zastraszanie, dyscyplina wprowadzana przy użyciu kar cielesnych – nie daj Boże – fizyczne, ale i psychiczne znęcanie się nad dzieckiem, wszystko to odbija się w późniejszym życiu. Trudno, żeby takie dziecko uchowało w sobie miłość do rodziców. Nie będzie skore przyjść i przyznać się, że źle zrobiło, przeprosić. Raczej będą w nim wzrastać zacięcie i upór. Jak ma się kontakt z takimi dorastającymi młodymi ludźmi, to widać, że coś nie może się w nich rozwinąć, pozostaje stłamszone.

Wychowywanie w duchu pedagogii strachu jest kuszące, bo wydaje się, że uchroni dziecko przed błędami. Ludzie boją się tego bardziej cierpliwego podejścia – nie tylko ze względu na trud, jaki ono ze sobą niesie, ale też dlatego że zakłada ono większą możliwość, iż dziecko pobłądzi. Wydaje się, że jeśli czegoś zakażesz, to lepiej uchronisz je przed jakimś złem.

Pewnych rzeczy trzeba zakazać. Dziecko potrzebuje mądrych ograniczeń, powinno wiedzieć, czego mu nie wolno. Jeżeli nie wytyczy mu się stanowczo pewnych granic, wówczas pójdzie dalej w coraz to szkodliwsze prowokacje. Chyba instynktownie chce się dowiedzieć, co jest dobre, a co złe.

Każde dziecko jest inne i domaga się od rodziców uważności. Trzeba próbować docierać do niego na różne sposoby. Można przyglądać się, jak dziecko reaguje na pochwałę i naganę. Z tym jest różnie. Niektóre dzieci potrafią o wiele lepiej korygować swoje zachowanie, gdy zostaną pochwalone, a nie zganione. Nie jest to pewnie generalna zasada, ale można to dostrzec, gdy dobrze się zna swoje dziecko. Są ludzie, którzy noszą w sobie wielki żal do rodziców i nawet po latach wypominają im z goryczą: „Nigdy mnie nie pochwaliłeś, nigdy, tylko stale mnie ganisz, stale tylko wszystko jest dla ciebie we mnie niedobre, nie znasz mnie, nie rozumiesz!". Takie pretensje, pełen żalu czy złości bunt dają o sobie znać najsilniej w okresie dorastania, i to jest często krytyczny moment relacji między dzieckiem a rodzicami. Wychodzą wówczas na jaw wszystkie wcześniejsze zaniedbania, dochodzą nowe kłopoty, a zarazem jest to czas, kiedy te relacje, ich kształt i jakość ważą się na całe późniejsze życie. I wtedy dopiero z całą mocą pojawia się pytanie, jak pomóc dziecku, w jaki sposób być przy nim, aby nie straciło zaufania i nie zaczęło szukać autorytetów jedynie na zewnątrz.

A kiedy może nie stracić zaufania? Kiedy rodzic może je za­chować?

Wtedy gdy dziecko czuje, że rodzic interesuje się nim i stara się je rozumieć. Jedyną moim zdaniem drogą jest cierpliwość i łagodne, wytrwałe przekonywanie na miarę rozumienia dziecka. Często zapominamy, że ono także doświadcza już w swoim życiu wielu przeciwności i dylematów, z którymi się zmaga.

Ale bywa też, że ma w sobie silny opór, by nie słuchać rodziców.

Zawsze jednak można się starać uświadomić dziecku, że jest kimś, kto wciąż jeszcze rośnie, dojrzewa i zmienia się, że jeszcze wielu rzeczy w życiu nie przeżyło, nie doświadczyło, że wszystko w tym życiu może się jeszcze wydarzyć i żeby patrząc na siebie z tej właśnie perspektywy, nie podejmowało pochopnych decyzji. To jest wielki ciężar dla rodziców, gdy ich dzieci pobłądzą, wpadną w tarapaty, pokomplikują sobie losy. Jeśli są kochający, strasznie się zamartwiają, próbują pomóc, choć nie zawsze wiedzą jak. Nieraz proszą i mnie o radę, osobiście lub mailowo.

Pomaga Ksiądz?

Na ile potrafię, staram się coś doradzić, powiedzieć, jak mnie się wydaje, że trzeba by daną sprawę rozwiązać lub jak spróbować porozmawiać z dzieckiem, od czego zacząć, co mówić, jaką pomoc zaproponować. A może czasami trzeba wspólnie się pomodlić? Modlitwa w domu z dziećmi bardzo pomaga stworzyć więź zażyłości i zaufania. Ale oczywiście nie taka naprędce odklepywana i długa: Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga, 10 przykazańi tak dalej, tylko spontaniczna, dotykająca ważnych w naszym życiu spraw i wypływająca z wnętrza.

Nie lekceważmy tych małych!

Często chyba rodzice nie potrafią i nie chcą się modlić z dziećmi swoimi słowami, bo sami nie są tego nauczeni. Taka modlitwa jest też bardzo intymnym przeżyciem, które wymaga otwarcia. Paradoksalnie, może być ona nawet trudniejsza w rodzinie, w której wciąż zdarzają się jakieś napięcia, niż w grupie nie tak bliskich sobie osób.

To nie musi być nic wielkiego, podniosłego. Można zapytać: „Jak nam dziś minął dzień?". Za wszystko, co nam się udało, podziękujmy Bogu. Dziecko dostało piątkę w szkole. Świetnie, mamy czym się cieszyć, za co dziękować. A czasami radośni jesteśmy bez powodu, za to też podziękujmy, że umiemy się cieszyć, że mam dziś dobry nastrój. W ten sposób można rozwijać w sobie postawę dziękczynienia, którego jest w nas o wiele za mało. Jeśli na drugi dzień czekają nas jakieś trudne sprawy, poprośmy, by udało się je dobrze i mądrze rozwiązać lub przeżyć. Nie bójmy się modlić swoimi słowami, bo najgorsza jest chyba taka modlitwa, gdy mi się wydaje, że muszę pewne teksty już wyuczone na pamięć koniecznie odklepać. Módlmy się może częściej tak, jak uczy papież Franciszek: „A czemu się modlicie tylko »chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj«, czemu nie także: »chleba radości daj nam dzisiaj, chleba zrozumienia, chleba sensu, chleba nadziei?«".

Odmawiajmy wspólnie Ojcze nasz, ale nie bójmy się dodawać czegoś od siebie i w ten sposób czynić tę modlitwę bliską sobie wraz z tym wszystkim, co w danym czasie nas trapi i cieszy. Dzięki temu będzie ona dla nas ciągle na nowo ożywać, przestanie być niema, niezrozumiała.

Czy mógłby Ksiądz taki sposób modlenia się Modlitwą Pańską wprowadzić?

Warto uświadomić sobie na początku, w jakiej kolejności pojawiają się w tej modlitwie prośby. Najpierw Boże sprawy, a potem nasze – dwie wyraźne części. Jest to bardzo pouczające, zwłaszcza gdy modlimy się wspólnie z dzieckiem.

„Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje" – to tak jakby Bóg wskazywał, żeby nasz wzrok sięgał dalej niż nasze życie, nasze codzienne troski i radości. Ojcze nasz, który masz także rysy matki, który jesteś miłosierny, potrafisz litować się nad ludźmi. Mimo że popełniamy grzechy, nie odwracasz od nas swojej twarzy, nie gniewasz się bez końca, przygarniasz nas do siebie.

Coraz częściej pierwsze słowa zamieniają mi się na: „Ojcze, który JESTEŚ". On naprawdę JEST! On BYŁ i zawsze BĘDZIE. Cieszę się z tego, że On JEST. Nasze życie do Niego należy i do Niego powróci. Nie jesteśmy bezpańscy. „Niech się święci imię Twoje". To piękne życzenie, aby ludzie uznawali Jego istnienie i czcili Jego święte Imię, nie znieważali Go. Kto się zamyśli nad dalszymi prośbami, sam dostrzeże, jak powiązać je ze swoim życiem.

Ojcze nasz to piękna i głęboka modlitwa, z którą trzeba się zżyć. Oby tylko nie spowszedniała tak, że słowom nie towarzyszy już żadna myśl i żadne uczucie. Bezmyślność zabija ducha modlitwy. Trzeba modlić się z uczuciem. Niekiedy wystarczy wziąć tylko jedno z jej siedmiu wezwań i pomedytować nad nim, wejść w nie i opowiedzieć własnymi słowami, co ono dla nas dziś konkretnie znaczy, co dziś w nim słyszymy.

Myśli Ksiądz, że dziecko też będzie potrafiło w taką modlitwę wejść?

Myślę, że tak. To zależy od wieku. Oczywiście ono często potem postawi masę pytań. Zwłaszcza w pewnym wieku zaczyna nagle coraz więcej rozumieć i chce wszystko wiedzieć. Buzia mu się wtedy nie zamyka. To jest chyba najbardziej filozoficzny wiek w życiu. Jeśli się nie zbywa pytań dziecka, można mu być może wtedy najwięcej dobrych myśli i intuicji przekazać. To jest bardzo ważna umiejętność: nie lekceważyć pytań dziecka, ale starać się je zrozumieć i zaspokoić jego ciekawość. Wydaje mi się, że później w dorosłym już życiu taki człowiek jest bardziej refleksyjny i umie stawiać odważne pytania samemu sobie, innym i Bogu. Mówi to teolog w bardzo już podeszłym wieku, który nie zapomniał o swoim dzieciństwie i serdecznej przyjaźni Jezusa wobec dzieci.

Co Jezus miał na myśli, gdy mówił, że musimy stać się jak dzieci, by wejść do Królestwa Bożego? Jak Ksiądz rozumie te słowa?

Nie oznaczają one bynajmniej zachęty do permanentnego infantylizmu. Dzieckiem zostań w stosunku do zła. Broń niewinności serca. Doceń to, co w dziecku najlepsze. Doceń jego wielką ciekawość. Pamiętam o słowach apostoła Pawła: „Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, rozumowałem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężczyzną, zaniechałem tego, co dziecięce" (1 Kor 13, 11). Czego zaniechał? Czego się wyzbył? Na pewno nie tego, co w dziecku najlepsze! Nie widzę sprzeczności tych słów z nauczaniem Jezusa, który również i tak mówił: „Oto ja posyłam was jak owce między wilki. Bądźcie więc mądrzy [phrónimoi = rozumni, rozsądni, rozważni, czujni, roztropni, zmyślni] jak węże i niewinni [akéraioi = prostoduszni, szczerzy, czyści, nieskalani, nietknięci] jak gołębie" (Mt 10, 16). Bardzo irytuje mnie przekład słów Jezusa: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom" (Mt 11, 25). Prostaczkom? (tak Biblia Tysiąclecia, nawet w piątym wydaniu!). W tym przekładzie czytamy Ewangelię podczas liturgii. Jak mają te słowa rozumieć ludzie wykształceni, krytycznie myślący? Przecież w oryginale greckim mowa jest wyraźnie o dzieciach (nēpíois). Powiedzielibyśmy dzisiaj, że chodzi o dzieci od dwóch do sześciu lat, a więc w wieku przedszkolnym. To wiek niewyczerpanej ciekawości, kiedy to dziecko zamęcza wręcz otoczenie swoimi pytaniami. Ciekawość to cecha tak bardzo niedoceniana. W powyższym przekładzie razi brak zrozumienia dla najlepszych cech dziecka, o których mówiłem.

Czy stara się Ksiądz to zalecenie Jezusa w swoim życiu realizować?

Usiłuję, staram się realizować. Niełatwa to synteza – z jednej strony mądrości, rozsądku, rozwagi i roztropności, a z drugiej, ufności, prostoduszności, szczerości i czystości serca. Czy czuję się dzieckiem? Tak, do końca życia dzieckiem Bożym, dzieckiem moich rodziców, dzieckiem swojego narodu i swojej ojczyzny. A nawiasem mówiąc: nieraz od bliskich obrywam za to, że zachowuję się jak dzieciak, że się wygłupiam jak dziecko. Profesor? Taki stary, taki mały… A dzieci są często o wiele mądrzejsze od starszych. Infantylizm, o którym wspomniałem, to także lekceważenie i nadużywanie wieku dziecięcego oraz ekspresji dziecięcej przez samych dorosłych.

Lubi Ksiądz dzieci?

Tak, lubię dzieci, zwłaszcza te ciekawe świata i stawiające pytania. Często na spacerze spotykałem je bawiące się w piaskownicy lub z pieskiem na smyczy. Czasem mnie zagadywały, dlaczego tak chodzę tam i z powrotem. Musiałem wyjaśniać, że muszę się przewietrzyć i pooddychać trochę świeżym powietrzem. Rozmawialiśmy o pieskach i kotkach. Od kiedy zaczęto tyle mówić i pisać o skandalach pedofilskich spowodowanych przez duchownych, stałem się ostrożniejszy. No, wiadomo…

Czy coś szczególnego spotkaniom z dziećmi Ksiądz zawdzięcza? Czy jakieś dziecko szczególnie zapadło Księdzu w pamięć?

Nigdy nie byłem katechetą. Nie mam tego typu doświadczeń. Nie zetknąłem się bezpośrednio z problemem dzieci trudnych, sprawiającym nauczycielowi wiele kłopotu. Moje kontakty z dziećmi przyjaciół i znajomych nauczyły mnie uważności, podziwu dla oddania, troski i cierpliwości rodziców. Uświadomiły mi, jak trudne to zadanie dobrze dzieci wychować do dorosłego życia.

Pyta Pani, czy jakieś dziecko zapadło mi w pamięć. Właściwie drobiazg. Przed laty mieszkała w pobliżu mała dziewczynka, adoptowana, wzięta z domu dziecka. Mijając ją, pytałem: „No, jak się masz ślicznotko? Co jadłaś na obiad?". Pewnego razu szedłem zamyślony, nie zwracając na nic uwagi, cały do wewnątrz. Ale w pewnym momencie dociera do moich uszu powtarzający się, natarczywy i coraz głośniejszy krzyk: „Panie Ślicznotkowy! Panie Ślicznotkowy!". Odwróciłem się, a to właśnie ta „ślicznotka". Dziecko chciało desperacko zwrócić na siebie uwagę. Ona jest tak blisko, a ja tego nie dostrzegam! Jak można tak…! Uświadomiłem sobie wtedy, jak bardzo dzieci, zwłaszcza po przejściach w domach dziecka, potrzebują życzliwości, uwagi i czułości. Jak tęsknią za przynależnością. Mała, krótka lekcja została zapamiętana. Odtąd usiłuję nie zapominać zwłaszcza o Wioskach Dziecięcych, gdy zbliża się czas Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Coś tam trzeba podesłać…

Czy znalazł się Ksiądz kiedyś wobec niezawinionego cierpienia dziecka lub jego krzywdy wyrządzonej mu przez dorosłych? Innymi słowy – czy było Księdza udziałem (lub wstrząsnęło Księdzem jako rzeczywistość dziejąca się obok) jedno z tych doświadczeń, które Iwanowi z Biesów zakazywało wierzyć w Boga?

Nie, aż tak dramatycznych wspomnień nie mam. Nie byłem świadkiem znęcania się nad dziećmi. Ale często słyszę o takich przypadkach. Przejmujące to i bolesne. Bicie i terroryzowanie dzieci to przecież groźba, że w wieku dorosłym odpłacą się one kiedyś z tragiczną nawiązką. Takie były początki późniejszych, straszliwie bitych w dzieciństwie tyranów, których teraz wymienia się ze zgrozą: Hitler, Stalin, Mao Zedong, Ceauşescu… Kto zabija w dziecku radość, zabija jego zaufanie do ludzi i życia w ogóle. Stąd tak ważne jest ostrzeżenie Jezusa: „Pamiętajcie, abyście NIE LEKCEWAŻYLI żadnego z tych najmniejszych" (Mt 18, 10). Nasze przekłady mówią raczej: „abyście nie gardzili żadnym z tych małych / najmniejszych". Tu nie chodzi jednak o gardzenie, ale właśnie o lekceważenie! I to lekceważenie, które nieraz pociąga za sobą zastraszające konsekwencje. Dobroć, cierpliwość i wytrwałość tworzą wartości i budują – lekceważenie jest destrukcyjne. Nie pozwala dostrzec rzeczywistych problemów dziecka. Zasłania je. Lekceważąc ciekawość dziecka, którą pobudza każda zdobyta wiedza, lekceważymy tym samym również jego ciekawość Boga, do którego uczymy dziecko się modlić.

To, co powiedziałem, niech będzie apelem starego teologa. Uśmiechajmy się częściej do dzieci, tak jak Jezus uśmiechał się z pewnością do nich wówczas, gdy je przynoszono, aby je pobłogosławił. Nakładał na nie ręce z czułością, uczniom zaś mówił: „Pozwólcie dzieciom przyjść do Mnie i nie zabraniajcie im, bo do takich jak one należy Królestwo Niebios" (Mt 19, 14). Dzieci zawsze potrafią uśmiech odwzajemnić, nawet te najmniejsze. Życie staje się jaśniejsze…

Kto nie miłuje, ten Boga nie zna, czyli o drogach i bezdrożach bycia razem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

In persona Christi, czyli o darze kapłaństwa, celibacie i święceniach kobiet

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Nie samym tylko ciałem, nie samą duszą, czyli o tym, jak to jest być człowiekiem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Człowiek zawsze ma wybór, czyli o wyzwaniach bioetyki

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Jak w zwierciadle, czyli nauka i religia w poszukiwaniu prawdy i sensu

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Bóg nie stoi w miejscu, czyli lekcja z ewolucji

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Być chrześcijaninem, czyli o Kościele i jego granicach

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Bóg był tam przed nami, czyli o dialogu z innymi religiami

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Nie tak będzie między wami, czyli o władzy w Kościele

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

„Jak to właściwie u was jest z tym Kościołem?", czyli o Kościele w Polsce

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

„Ufaj-Onemu", czyli księdza Hryniewicza droga do miłosiernego Boga

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Jeżeli błądzić – to po stronie miłosierdzia

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Projekt okładki

Olgierd Chmielewski

Zdjęcie na okładce

Filip Ćwik / Napo Images

Zdjęcie Justyny Siemienowicz na s. 423

Joanna Socha

Opieka redakcyjna

Przemysław Skrzyński

Adiustacja

Anastazja Oleśkiewicz

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Joanna Forysiak, Klaudia Dróżdż / e-DYTOR

Łamanie

Jan Szczurek

Copyright © by Wacław Hryniewicz

Copyright © by Justyna Siemienowicz

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2016

ISBN 978-83-240-4140-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, 2016. Printed in EU

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wiara w oczekiwaniu Blask miłosierdzia Hryniewicz [teolog]. Minibook 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu