Rzeźbiarz śmierci

Rzeźbiarz śmierci

Autorzy: Chris Carter

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 424

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 22.10 zł

„W intrydze Chrisa Cartera czuć dotyk Patricii Cornwell”, Mail on Sunday

Studentka pielęgniarstwa przeżyła szok, gdy odkryła, że jej pacjent, prokurator Derek Nicholson został brutalnie zamordowany we własnym łóżku. Zbrodnia wydawała się bezsensowna, bo Nicholson był śmiertelnie chory i pozostało mu najwyżej kilka tygodni życia. Jednak detektywa Roberta Huntera z wydziału zabójstw policji Los Angeles najbardziej zdumiała wiadomość pozostawiona przez mordercę.

            Hunter i jego partner, Garcia, nie mają wątpliwości, że zabójca próbuje nawiązać kontakt z policją. Jakie jest ukryte przesłanie, które stara się przekazać? Kiedy policja znajduje kolejne ciało, pojawia się nowa wiadomość.

Zmuszony do współpracy z nieustępliwą śledczą, Alice Beaumont, Hunter musi jak najszybciej poskładać elementy układanki… zanim Rzeźbiarz Śmierć ukończy swoje dzieło.

„Powieść trzyma w napięciu… nie dla bojaźliwych”, Heat

Tytuł oryginału:

THE DEATH SCULPTOR

Copyright © Chris Carter, 2012

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Szara Sowa

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Barbara Meisner, Iwona Wyrwisz, Anna Just

ISBN: 978-83-7999-669-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Podziękowania

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Rozdział 86

Rozdział 87

Rozdział 88

Rozdział 89

Rozdział 90

Rozdział 91

Rozdział 92

Rozdział 93

Rozdział 94

Rozdział 95

Rozdział 96

Rozdział 97

Rozdział 98

Rozdział 99

Rozdział 100

Rozdział 101

Rozdział 102

Rozdział 103

Rozdział 104

Rozdział 105

Rozdział 106

Rozdział 107

Rozdział 108

Rozdział 109

Rozdział 110

Rozdział 111

Rozdział 112

Rozdział 113

Rozdział 114

Rozdział 115

Rozdział 116

Rozdział 117

Rozdział 118

Rozdział 119

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dedykuję Rzeźbiarza śmierci wszystkim Czytelnikom,

którzy wzięli udział w konkursie dla kandydatów

na bohatera powieści, a szczególnie jego zwyciężczyni,

Alice Beaumont z Sheffield. Mam nadzieję, że moja książka

dostarczy Wam przyjemności.

Podziękowania

Wielu uważa, że pisarstwo to zawód samotniczy, ale mnie daleko do samotnika. Jestem szczęściarzem, mogąc liczyć na wsparcie i przyjaźń wielu niezwykłych ludzi. Mam przyjaciela i agenta literackiego, o którym mógłby pomarzyć każdy pisarz – Darleya Andersona. Camilla Wray pomaga mi przekształcić prosty szkic w gotową powieść. Maxine Hitchcock, moja nieoceniona redaktorka z wydawnictwa Simon & Schuster, znakomicie wykonuje swoją pracę – dostarcza mi wsparcia, sugestii i cennych rad od pierwszego do ostatniego słowa książki. Jestem wdzięczny Emmie Lowth za oko i radę fachowca. Dziękuję Samancie Johnson za to, że zawsze była dostępna i chciała mnie wysłuchać. Dziękuję wszystkim pracownikom Darley Anderson Literary Agency za ciężką pracę w każdym wymiarze działalności wydawniczej. Składam podziękowania Tanowi Chapmanowi, Suzanne Baboneau, Florence Partridge, Jamie Groves i pozostałym pracownikom Simon & Schuster UK – jesteście najlepsi. Na koniec dziękuję moim Czytelnikom i każdemu, kto od początku entuzjastycznie wspierał mnie i moje powieści.

Rozdział 1

– O Boże! Jestem spóźniona! – jęknęła Melinda Wallis, wyskakując z łóżka, gdy jej zmęczone oczy spoczęły na budziku cyfrowym stojącym na nocnym stoliku. Zasnęła dopiero o wpół do czwartej nad ranem. Uczyła się do egzaminu z farmakologii klinicznej, który czekał ją za trzy dni.

Zaspana, poruszała się niezgrabnie po pokoju, aż jej mózg zdecydował, co powinna zrobić. Pobiegła do łazienki i rzuciła okiem na swoje odbicie w lustrze.

– Cholera! Cholera! Cholera!

Sięgnęła do kosmetyczki i zaczęła pudrować twarz.

Melinda miała dwadzieścia trzy lata. Zdaniem autora artykułu zamieszczonego w magazynie ilustrowanym, który przeczytała kilka dni temu, cechowała ją niewielka nadwaga przy tym wzroście – metr sześćdziesiąt pięć. Długie kasztanowe włosy zawsze ściągała w koński ogon, nawet kiedy kładła się spać. Nigdy nie wychodziła z domu bez przypudrowania twarzy, aby ukryć ślady trądziku na policzkach. Zamiast umyć zęby, szybko wycisnęła na nie odrobinę pasty, żeby usunąć nieświeży oddech.

Wróciła do pokoju i sięgnęła po ubranie schludnie złożone na krześle stojącym przy biurku – białą bluzkę, pończochy, białą spódniczkę do kolan i białe buty na płaskiej podeszwie. Ubrała się w rekordowym czasie i wybiegła z małego mieszkania dla gości, zmierzając w kierunku głównego budynku.

Melinda była na trzecim roku studiów licencjackich w UCLA1, na kierunku pielęgniarskim. W każdy weekend zgodnie z programem studiów odbywała staż w domu pacjenta. Przez ostatnie czternaście weekendów opiekowała się panem Derekiem Nicholsonem mieszkającym w Cheviot Hills, w zachodnim Los Angeles.

Dwa tygodnie przed jej zatrudnieniem u pana Nicholsona wykryto złośliwy nowotwór płuc w zaawansowanym stadium. Guz wielkości pestki śliwki zżerał go szybko od środka. Chodzenie sprawiało mu duży ból i czasami musiał korzystać z aparatu do oddychania. Zwracał się do Melindy ledwie słyszalnym głosem. Mimo próśb swoich córek pan Nicholson odmówił leczenia farmakologicznego. Nie chciał spędzić ostatnich dni życia w szpitalnym pokoju, wolał je przeżyć we własnym domu.

Melinda otworzyła drzwi frontowe i weszła do przestronnego holu, a następnie przebiegła przez duży, choć skromnie urządzony salon. Sypialnia pana Nicholsona znajdowała się na pierwszym piętrze. Jak co rano, w domu panowała upiorna cisza.

Derek Nicholson mieszkał sam. Jego żona zmarła dwa lata temu i chociaż córki odwiedzały go codziennie, miały własne życie, które je absorbowało.

– Przepraszam za spóźnienie! – zawołała z dołu, ponownie spoglądając na zegarek. Spóźniła się dokładnie czterdzieści trzy minuty. – Cholera – mruknęła pod nosem. – Derek, obudziłeś się?! – zawołała, idąc w kierunku schodów, a następnie pokonując je po dwa stopnie.

W pierwszy weekend pracy Derek Nicholson poprosił, żeby zwracała się do niego po imieniu. Nie lubił oficjalnej formy „pan Nicholson”.

Zbliżając się do jego sypialni, Melinda poczuła silny, odpychający zapach dochodzący ze środka.

Jasny szlag, pomyślała. Musiała się spóźnić na pierwszą wizytę w toalecie.

– Najpierw pana umyję, a później… – powiedziała, otwierając drzwi. – …a później przyniosę śniada…

Nagle zesztywniała. Wytrzeszczyła oczy z przerażenia. Powietrze uleciało jej z płuc, jakby nagle zostało siłą wypchnięte. Poczuła w ustach zawartość żołądka i zwymiotowała tam, gdzie stała, przy drzwiach.

Dobry Boże! Melinda chciała wypowiedzieć te słowa, poruszając drżącymi wargami, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Poczuła, że nogi się pod nią uginają i cały świat zaczyna wirować. Chwyciła oburącz framugę, żeby nie upaść. W tym momencie spojrzała na przeciwległą ścianę. Jej umysł potrzebował chwili, żeby zrozumieć to, co ujrzała, ale gdy to się stało, z siłą gromu uderzyły w nią pierwotny lęk i panika.

Rozdział 2

Lato właśnie się zaczęło. W Mieście Aniołów temperatura dochodziła do trzydziestu stopni Celsjusza. Detektyw Robert Hunter z wydziału rozbojów i zabójstw (RHD2) policji Los Angeles zatrzymał stoper ręcznego zegarka, dobiegając do swojego domu w bloku mieszkalnym w Huntington Park, w południowo-wschodniej części miasta. Pokonał jedenaście kilometrów w trzydzieści osiem minut. Nieźle, choć spocił się jak indyk w Święto Dziękczynienia, a nogi i kolana potwornie go bolały. Może powinien był wykonać więcej ćwiczeń rozciągających. Oczywiście wiedział, że powinien to zrobić przed biegiem i po nim, szczególnie po pokonaniu dłuższego dystansu, ale nigdy nie zawracał tym sobie głowy.

Hunter wszedł schodami na trzecie piętro. Nie lubił wind, a ta, która znajdowała się w jego domu, nie bez powodu była nazywana „puszką na sardynki”.

Otworzył drzwi swojego mieszkania i wszedł do środka. Mieszkanie było małe, ale czyste i wygodne. Z drugiej strony można by pomyśleć, że Hunter dostał meble – czarną skórzaną kanapę, niepasujące krzesła i porysowany stół kuchenny, który pełnił jednocześnie funkcję biurka komputerowego, oraz starą biblioteczkę, która wyglądała tak, jakby za chwilę miała się rozlecieć pod ciężarem stojących na niej książek – od organizacji dobroczynnej Goodwill.

Hunter zdjął podkoszulek i wytarł nim pot z czoła, karku oraz muskularnego torsu. Jego oddech powrócił do normalnego tempa. Wszedł do kuchni, wyjął z lodówki dzbanek z mrożoną herbatą i napełnił dużą szklankę. Czekał go nudny dzień poza budynkiem administracyjnym policji i kwaterą główną wydziału. Rzadko brał wolne. Może pojedzie do Venice Beach i pogra w siatkówkę? Nie grał w siatkówkę od lat. A może wybierze się na mecz Lakersów? Był pewny, że tego wieczoru rozgrywają mecz. Najpierw jednak weźmie prysznic i odbędzie krótką podróż do pralni samoobsługowej.

Hunter dopił herbatę, wszedł do łazienki i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Trzeba będzie się ogolić. Kiedy sięgnął po krem do golenia i maszynkę, w sypialni zadzwoniła jego komórka.

– Wspaniale – mruknął do siebie, odbierając. Doskonale wiedział, co oznacza dziesięć nieodebranych telefonów i głos jego partnera rozbrzmiewający w słuchawce wczesnym rankiem w dniu, kiedy wziął sobie wolne.

– Witaj, Carlosie – powiedział, przykładając aparat do ucha. – Co się stało?

– Jezu! Gdzie jesteś? Dzwonię od pół godziny.

Telefon co trzy minuty, pomyślał Hunter. Źle to wygląda.

– Nie było mnie w domu. Biegałem – wyjaśnił spokojnie. – Nie sprawdziłem telefonu, kiedy wróciłem. Dopiero teraz zauważyłem, że wydzwaniałeś. Co masz?

– Wielki bajzel. Przyjedź jak najszybciej. W życiu czegoś takiego nie widziałem… – Garcia przerwał nagle, jakby się zawahał. – Nie sądzę, aby ktokolwiek widział coś takiego.

Rozdział 3

Mimo niedzielnego poranka Hunter potrzebował niemal godziny, żeby pokonać dwadzieścia cztery kilometry dzielące Huntington Park od Cheviot Hills.

Garcia nie przekazał mu wielu szczegółów przez telefon, ale był wyraźnie zaszokowany, a lekkie drżenie głosu zupełnie nie pasowało do jego charakteru.

Hunter i Garcia należeli do małej, wyspecjalizowanej grupy działającej w ramach RHD – sekcji specjalnej zabójstw, w skrócie HSS3. Grupa zajmowała się wyłącznie przypadkami seryjnych, głoś­nych zabójstw wymagających doświadczenia i sporych nakładów czasu. Jako specjalista w dziedzinie psychologii behawioralnej Hunter był członkiem jeszcze bardziej wyspecjalizowanej grupy. W ich wydziale wszystkie zabójstwa nacechowane dużą brutalnością lub sadyzmem były określane mianem „UV” (ultrabrutalnych). Robert Hunter i Carlos Garcia należeli do sekcji UV, więc niełatwo było nimi wstrząsnąć. Naoglądali się więcej potworności niż ktokolwiek na ziemi.

Hunter zatrzymał się za jednym z kilku czarno-białych radiowozów zaparkowanych przed dwupiętrowym domem w Zachodnim Los Angeles. Przedstawiciele mediów byli już na miejscu, tarasując małą uliczkę, ale nie było to żadnym zaskoczeniem. Reporterzy zwykle docierali na miejsce przestępstwa przed detektywami.

Hunter wysiadł ze swojego starego buicka lesabre i poczuł uderzenie ciepłego powietrza. Rozpiął kurtkę i przypiął odznakę do pasa, wolno rozglądając się dookoła. Chociaż dom znajdował się przy prywatnej drodze, w spokojnym sąsiedztwie, wokół policyjnej taśmy zebrał się pokaźny tłum gapiów, który rósł z każdą chwilą.

Hunter odwrócił się i spojrzał w kierunku domu – ładnego dwupiętrowego budynku z czerwonej cegły, o ciemnoniebieskich oknach i czterospadowym dachu. Podwórko od frontu było duże i zadbane. Z prawej strony znajdował się garaż na dwa samochody, choć na podjeździe stały wyłącznie policyjne radiowozy. Furgonetka zespołu kryminalistycznego zaparkowała kilka metrów dalej. Hunter ruszył w kierunku drzwi i ujrzał Garcię. Jego partner miał na sobie klasyczny biały kombinezon Tyvek z kapturem. Blisko dwumetrowy Garcia był pięć centymetrów wyższy od Huntera.

Garcia stał obok kamiennych schodów werandy i naciągał kaptur na głowę. Długie, ciemne włosy upiął w kucyk. Garcia natychmiast spostrzegł swojego partnera.

Hunter zignorował tłum rozgorączkowanych reporterów, mig­nął odznaką funkcjonariuszowi, a następnie schylił się i przeszedł pod żółtą taśmą policyjną.

W miastach rodzaju Los Angeles ekscytacja reporterów była wprost proporcjonalna do brutalności i makabryczności popełnionej zbrodni. Większość z nich znała Huntera, wiedziała również, jakimi sprawami się zajmuje. Posypały się pytania.

– Złe wiadomości rozchodzą się lotem błyskawicy – powiedział Garcia, wskazując głową tłum, kiedy Hunter do niego dotarł. – Ale potencjalnie interesująca historia jeszcze szybciej. – Garcia podał partnerowi nowy kombinezon Tyvek w szczelnie zamkniętym plastikowym opakowaniu.

– Co masz na myśli? – spytał Hunter, który odebrał torbę, wyjął kombinezon i zaczął się ubierać.

– Ofiara jest prawnikiem – wyjaśnił Garcia. – To Derek Nicholson. Oskarżyciel z biura prokuratora okręgowego stanu Kalifornia.

– Super.

– Już nie praktykował.

Hunter zapiął kombinezon.

– U pana Nicholsona zdiagnozowano zaawansowanego raka płuc – ciągnął Garcia.

Hunter spojrzał na niego z zaciekawieniem.

– Zostało mu niewiele czasu. Wiesz, maska tlenowa, nogi odmawiające posłuszeństwa… Lekarze dawali mu najwyżej sześć miesięcy życia. Cztery miesiące temu…

– Ile miał lat?

– Pięćdziesiąt. Wszyscy wiedzieli, że umiera. Po co było go zabijać w taki sposób?

Hunter przystanął.

– Czy nie ma wątpliwości, że został zamordowany?

– Nie. Najmniejszych.

Garcia i Hunter weszli do domu. Obok drzwi znajdowała się klawiatura alarmu. Hunter spojrzał pytająco na Garcię.

– Alarm nie był włączony – wyjaśnił Garcia. – Wygląda, że rzadko to robili.

Hunter przewrócił oczami.

– Wiem – podjął Garcia. – Po co instalować alarm, jeśli się go nie używa?

Ruszyli dalej.

W salonie dwóch techników kryminalistycznych pobierało odciski palców z poręczy schodów przy przeciwległej ścianie.

– Kto znalazł ciało? – spytał Hunter.

– Prywatna pielęgniarka ofiary – odrzekł Garcia, kierując uwagę Huntera na otwarte drzwi we wschodniej ścianie. Drzwi prowadziły do dużego gabinetu. W środku na starej skórzanej kanapie chesterfield siedziała młoda kobieta w białym stroju. Włosy miała zaczesane do tyłu i upięte w kucyk. Zaczerwienione oczy podpuchły od płaczu. Na kolanach trzymała kubek z kawą, który ściskała oburącz. Jej spojrzenie wydawało się zagubione i dalekie. Hunter zauważył, że co jakiś czas lekko kołysze tułowiem z boku na bok. Nie miał wątpliwości, że kobieta jest w szoku. Towarzystwa dotrzymywał jej funkcjonariusz w mundurze.

– Czy ktoś z nią rozmawiał?

– Ja – odparł Garcia. – Zdołałem uzyskać podstawowe informacje, ale zamknęła się w sobie. Nie jestem zaskoczony. Możesz później spróbować. Jesteś w tym lepszy ode mnie.

– Była tutaj w niedzielę? – spytał Hunter.

– Przychodzi tylko w weekendy – wyjaśnił Garcia. – Nazywa się Melinda Wallis. Studiuje na Uniwersytecie Kalifornijskim. Robi dyplom z pielęgniarstwa. Pracowała tu na stażu, żeby zdobyć doświadczenie. Dostała robotę tydzień po zdiagnozowaniu nowotworu u Nicholsona.

– Kto przychodził w pozostałe dni tygodnia?

– Nicholson zatrudniał drugą pielęgniarkę. – Garcia rozpiął kombinezon i sięgnął do kieszeni na piersi po notes. – Nazywa się Amy Dawson – odczytał nazwisko. – Amy nie jest studentką jak Melinda. To wykwalifikowana, dyplomowana pielęgniarka. Zajmowała się Nicholsonem w ciągu tygodnia. Oprócz niej codziennie odwiedzały go dwie córki.

Hunter uniósł pytająco brwi.

– Jeszcze się z nimi nie skontaktowaliśmy.

– Czyli ofiara mieszkała tu sama?

– Taak. Jego żona, z którą przeżył dwadzieścia sześć lat, zginęła w wypadku samochodowym dwa lata temu. – Garcia schował notes do kieszeni. – Ciało jest na górze – powiedział, wskazując schody.

Ruszyli na piętro, starając się nie przeszkadzać kryminalistykom. Podest na pierwszym piętrze przypominał poczekalnię: dwa krzesła, dwa skórzane fotele, mała półka, gazetnik i kredens ze zdjęciami w eleganckich ramkach. Skąpo oświetlony korytarz zaprowadził ich w głąb domu, do czterech sypialni i dwóch łazienek. Garcia powiódł Huntera do ostatnich drzwi z prawej strony i przystanął na zewnątrz.

– Wiem, że naoglądałeś się w życiu wielu potworności, Robercie. Bóg wie, że ja również… – Oparł dłoń w lateksowej rękawiczce na gałce drzwi. – Ale to… czegoś takiego nie widuje się nawet w sennych koszmarach – powiedział, otwierając drzwi.

Rozdział 4

Hunter stanął w otwartych drzwiach prowadzących do dużej sypialni. Jego oczy zarejestrowały scenę, która się przed nim znajdowała, ale logiczny umysł miał problem z jej ogarnięciem.

Pośrodku północnej ściany stało regulowane, podwójne łóżko. Z prawej strony łóżka Hunter zauważył małą butlę z tlenem i maskę leżącą na nocnym drewnianym stoliku. Przed łóżkiem stał wózek inwalidzki. W pokoju była również stara komoda z szufladami, wyglądająca na antyk, mahoniowe biurko i duża półka przy ścianie naprzeciw łóżka. Jej centralnym elementem był telewizor z płaskim ekranem.

Hunter wypuścił powietrze z płuc, ale się nie poruszył, nie mrugnął ani nie powiedział słowa.

– Od czego zaczniemy? – szepnął Garcia, stając z boku.

Krew była wszędzie – na łóżku, podłodze, dywanie, ścianach, suficie, zasłonach i większości mebli. Ciało Nicholsona, a raczej to, co z niego zostało, leżało na łóżku. Zwłoki były rozczłonkowane – ręce i nogi odcięto. Jedno z ramion zostało podzielone w stawach na kawałki. Od obu nóg oddzielono stopy.

Jednak to rzeźba najbardziej zdumiewała wszystkich wchodzących do pokoju.

Na małym kawowym stoliku przy oknie leżały odrąbane kawałki ciała, tworząc krwawy, pokręcony i niepojęty kształt.

– To jakiś żart? – szepnął do siebie Hunter.

– Nawet nie zapytam, bo wiem, że nigdy czegoś takiego nie widziałeś, Robercie – powiedziała doktor Carolyn Hove stojąca w przeciwległym rogu pokoju. – Żadne z nas nie widziało.

Doktor Hove pracowała jako główny anatomopatolog biura koronera okręgu Los Angeles. Była wysoka i szczupła, z głębokimi, przenikliwie patrzącymi zielonymi oczami. Długie kasztanowe włosy wsunęła pod kaptur białego kombinezonu, a pełne wargi i mały nos ukryła za maską chirurgiczną.

Hunter na chwilę zatrzymał na niej wzrok, a następnie spojrzał na duże kałuże krwi pokrywające podłogę. Zawahał się. Nie mógł wejść do pokoju bez stąpania po krwi.

– Nic się nie stanie – powiedziała doktor, zapraszając jego i Garcię do środka. – Zrobiliśmy zdjęcia całej podłogi.

Mimo to Hunter starał się ominąć krew. Podszedł do łóżka, zbliżając się do tego, co pozostało z ciała Nicholsona. Twarz denata pokrywała zakrzepła krew. Jego oczy i usta były szeroko otwarte, jakby zamarł na nich ostatni przeraźliwy krzyk, zanim wydostał się na zewnątrz. Prześcieradła, poduszki i materac były podziurawione i rozdarte w kilku miejscach.

– Zabito go na tym łóżku – oznajmiła Hove, podchodząc do Huntera.

Hunter wpatrywał się w ciało.

– Sądząc po plamach i ilości krwi – ciągnęła – zabójca zadał ofierze maksimum bólu, zanim pozwolił jej skonać.

– Najpierw go poćwiartował?

Skinęła głową.

– Zaczął od małych fragmentów, których odcięcie nie zagrażało życiu.

Hunter zmarszczył brwi.

– Odcięto mu wszystkie palce, a także język… – Jej wzrok wrócił do odpychającej rzeźby z części ciała. – Powiedziałabym, że zrobił to najpierw. Przed odcięciem kończyn.

– Czy był sam w domu?

– Tak – odpowiedział Garcia. – Melinda, studentka pielęgniarstwa czekająca na dole, przychodzi tu w weekendy, ale noce spędza w mieszkaniu dla gości, nad garażem, który widziałeś z przodu. Zeznała, że córki Nicholsona odwiedzały go codziennie i spędzały z nim dwie godziny, czasami więcej. Ostatniej nocy wyszły około dwudziestej pierwszej. Melinda wyszła około dwudziestej trzeciej, po ułożeniu Nicholsona do snu i skończeniu pracy w domu. Wróciła do swojego mieszkania i do trzeciej trzydzieści uczyła się do egzaminu.

Hunter bez trudu odgadł, dlaczego pielęgniarka niczego nie słyszała. Garaż znajdował się w odległości około dwudziestu metrów od głównego budynku. Pokój Nicholsona był położony w tylnej części domu, na końcu korytarza. Jego okna wychodziły na tylne podwórko. Nawet gdyby zorganizowano tu przyjęcie, Melinda Wallis niczego by nie usłyszała.

– Nie ma przycisku napadowego? – spytał Hunter.

Garcia wskazał jedną z torebek na dowody w kącie pokoju. W środku znajdował się przewód elektryczny zakończony przycis­kiem.

– Przewód został wyrwany.

Hunter spojrzał na plamy krwi pokrywające łóżko, meble i sąsiednią ścianę.

– Czy znaleziono narzędzie zbrodni?

– Jeszcze nie – odpowiedział Garcia.

– Kształt rozprysków krwi i nierówne krawędzie ran wskazują, że zabójca użył jakiegoś elektrycznego narzędzia do cięcia – dodała doktor Hove.

– Czegoś w rodzaju piły łańcuchowej? – zapytał Garcia.

– Możliwe.

Hunter pokręcił głową z powątpiewaniem.

– Piła łańcuchowa jest głośna. To byłoby zbyt ryzykowne. Ostatnią rzeczą, której pragnął zabójca, było zaalarmowanie kogoś, zanim skończy. Oprócz tego piła łańcuchowa jest trudna do opanowania, szczególnie jeśli komuś zależy na precyzji cięć. – Przyglądał się ciału i łóżku jeszcze przez chwilę, a następnie podszedł do niskiego stolika przy oknie i upiornej rzeźby, która się na nim znajdowała.

Obie ręce Nicholsona były groteskowo wykręcone i zgięte w nadgarstkach, tworząc charakterystyczny, choć pozbawiony sensu kształt. Poszczególne fragmenty łączył cienki, ale mocny drut. Drutu użyto również do przytwierdzenia do ramion kilku odciętych palców. Nogi spoczywały obok siebie, tworząc podstawę rzeźby. Wszystko pokrywała krew.

Hunter wolno okrążył stolik, starając się dostrzec każdy szczegół.

– Nie mam pojęcia, co to ma być – powiedziała Hove – ale nie można tego zbudować w ciągu kilku minut. Wykonanie takiej rzeźby wymaga czasu.

– Jeśli zabójca poświęcił czas, żeby połączyć ze sobą odcięte fragmenty ciała – dodał Garcia – musi to coś oznaczać.

Hunter cofnął się kilka kroków i spojrzał na makabryczną instalację z większej odległości. Nadal nie miała dla niego żadnego sensu.

– Czy wasze laboratorium mogłoby wykonać kopię naturalnej wielkości? – zwrócił się do doktor Hove.

Poruszyła ustami pod maską chirurgiczną.

– Dlaczego nie? Wprawdzie już zrobiono zdjęcia, ale zadzwonię do fotografa i poproszę, żeby zdjął to coś pod różnymi kątami. Jestem pewna, że zdołają wykonać replikę.

– W takim razie o nią poproszę – powiedział Hunter. – Nie rozwiążemy zagadki tutaj i teraz. – Odwrócił się w stronę przeciwległej ściany i zamarł. Nowy szczegół był tak usmarowany krwią, że prawie go nie zauważył. – Co to takiego?

Garcia spojrzał na Huntera, a następnie przesunął wzrok na ścianę. Spojrzał i westchnął głęboko.

– To… najgorszy koszmar każdego.

Rozdział 5

Hove ściągnęła maskę chirurgiczną i odwróciła się do Garcii.

– Czy on nie wie?

Garcia rozpiął kombinezon i ponownie wyciągnął notes.

– Pozwól, że powiem ci, co ustaliliśmy. Żebyś wszystko zrozumiał, musimy się cofnąć do wczorajszego popołudnia.

– Słucham – odrzekł wyraźnie zaintrygowany Hunter.

Garcia zaczął czytać.

– Olivia, starsza córka Nicholsona, przyszła około siedemnastej. Jej młodsza siostra, Allison, zjawiła się pół godziny później. Zjadły obiad z ojcem i dotrzymywały mu towarzystwa do dwudziestej pierwszej. Wyszły razem. Po ich odejściu Melinda, pielęgniarka, pomogła Nicholsonowi w łazience i położyła go do łóżka, jak w każdy weekend. Na ogół zasypiał w ciągu pół godziny. Melinda nigdy nie wychodziła wcześniej. – Garcia wskazał fotel stojący z boku łóżka. – Siedziała tam. Miała ze sobą kilka podręczników, z których się uczyła. – Garcia przewrócił kartkę w notesie. – Następnie Melinda zgasiła światło i wyjęła naczynia ze zmywarki na dole. Około dwudziestej trzeciej poszła do swojego pokoju gościnnego.

Hunter skinął głową i spojrzał wymownie na ścianę.

– Zaraz do tego dojdę – podjął Garcia. – Melinda pamięta, że zamknęła wszystkie drzwi, w tym tylne drzwi kuchenne. Nie pamięta jednak, czy pozamykała okna. Dwa na dole nie były zamknięte: jedno w gabinecie i jedno w kuchni. Członkowie zespołu szybkiego reagowania Departamentu Policji Los Angeles powiedzieli, że niczego nie dotykali.

– Zatem mogły być otwarte całą noc – zauważył Hunter.

– Prawdopodobnie tak właśnie było.

Hunter rzucił okiem na rozsuwane drzwi balkonowe.

– Te były uchylone – wyjaśnił Garcia. – Wygląda na to, że w pokoju robiło się duszno, szczególnie latem. Nicholson nie lubił klimatyzacji. Z balkonu rozciąga się widok na tylne podwórko i basen. Problem w tym, że cała zewnętrzna ściana jest porośnięta wilcami. Jak zapewne wiesz, to najbardziej rozpowszechniona roślina pnąca w Kalifornii. Drewniana krata jest wystarczająco silna, aby można było się po niej wspiąć. Wejście do sypialni od tyłu domu nie stanowiłoby problemu.

– Technicy zajmą się tylnym podwórkiem, gdy tylko skończą w domu – dodała Hove.

– Około północy – ciągnął Garcia, czytając z notesu – Melinda zorientowała się, że zostawiła jeden z podręczników w pokoju pana Nicholsona. Wróciła do domu, otworzyła drzwi frontowe i poszła na górę. – Garcia odgadł następne pytania Huntera i udzielił odpowiedzi, zanim ten zdążył je wypowiedzieć. – Tak, drzwi frontowe były zamknięte. Melinda pamięta, że użyła klucza, aby je otworzyć. Nie, kiedy wróciła do domu, nie zauważyła niczego podejrzanego. Nie usłyszała też żadnego hałasu.

Hunter skinął głową.

– Melinda weszła na górę – mówił Garcia. – Nie chciała budzić Nicholsona, a ponieważ wiedziała, że zostawiła książkę… – mówiąc to, wskazał mahoniowe biurko – …na tym biurku, nie włączyła światła. Weszła na palcach do pokoju, wzięła podręcznik i wyszła.

Hunter ponownie przesunął wzrok na zakrwawioną ścianę przy łóżku. Serce zabiło mu mocniej, bo relacja Garcii w końcu nabrała sensu.

– Następnego ranka Melinda zaspała – podjął Garcia. – Kiedy się obudziła, ubrała się pospiesznie i przybiegła tutaj. Zeznała, że otworzyła drzwi frontowe o ósmej czterdzieści trzy. Pamięta dokładnie, bo spojrzała na zegarek. – Garcia zamknął notes i włożył go do kieszeni. – Od razu poszła na górę. Weszła do pokoju i ujrzała nie tylko to, co tu widzisz, ale także wiadomość od tego, kto był w pokoju. – Wskazał ścianę.

Na ścianie pośród plam krwi widniał skreślony dużymi, krwawymi literami napis: DOBRZE, ŻE NIE ZAPALIŁAŚ ŚWIATŁA.

Rozdział 6

W pokoju zapanowało dziwne milczenie. Hunter zrobił kilka kroków w kierunku ściany, dłuższą chwilę przyglądając się słowom i kształtowi liter.

– Czym zabójca to napisał? Kawałkiem tkaniny umoczonym we krwi? – zapytał.

– Też tak pomyślałam – powiedziała Hove. – Za dzień lub dwa laboratorium dostarczy nam dokładniejszych informacji. – Odwróciła się od ściany i ponownie spojrzała na łóżko. Jej głos zadrżał z niepokoju. – To wprost nie do wiary, Robercie. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam. Zabójca spędził w tym pokoju godzinę, najpierw torturując, a później ćwiartując ofiarę. Mało tego, kiedy skończył, stworzył to coś. – Wskazała krwawą rzeźbę. – I znalazł czas, żeby pozostawić wiadomość. – Spojrzała na Garcię. – Ile lat ma ta dziewczyna? Studentka pielęgniarstwa?

– Dwadzieścia trzy.

– Wiesz lepiej od innych, że będzie potrzebować miesięcy, może nawet lat terapii, aby się od tego uwolnić, Robercie. Jeśli w ogóle zdoła tego dokonać. Zabójca był w pokoju, kiedy wróciła po książkę. Gdyby zapaliła światło, mielibyśmy dwa ciała, a ona stałaby się pewnie elementem tej groteskowej układanki. – Ponownie wskazała rzeźbę. – Jej pielęgniarska kariera dobiegła końca, zanim zdążyła się na dobre rozpocząć. Stabilność psychiczna tej dziewczyny została trwale zaburzona, choć nocne koszmary i bezsenne noce jeszcze się nie zaczęły. Sam wiesz, jakie to nisz­czące doświadczenie.

O bezsenności, na którą cierpiał Hunter, wiedziało wiele osób. Zaczął na nią cierpieć w wieku siedmiu lat, kiedy choroba nowotworowa zabrała mu matkę.

Hunter był jedynym dzieckiem niezamożnej, robotniczej rodziny z Compton, biednej dzielnicy w południowej części Los Angeles. Dla chłopca niemającego nikogo bliskiego oprócz ojca uporanie się ze śmiercią matki było bardzo trudnym zadaniem, z którym musiał sobie radzić sam. Tęsknił za nią tak bardzo, że odczuwał fizyczny ból.

Po pogrzebie zaczął się bać własnych snów. Wystarczyło, że zamknął oczy, a widział twarz matki. Widział, jak płacze, wykrzywiona z bólu. Jak błaga o pomoc, jak modli się o śmierć. Jej niegdyś sprawne i zdrowe ciało stało się tak pozbawione życia, kruche i słabe, że nie była w stanie usiąść o własnych siłach. Niegdyś piękna twarz, o najpogodniejszym uśmiechu, jaki znał, podczas ostatnich miesięcy życia zmieniła się nie do poznania. Mimo to pozostała twarzą, której nigdy nie przestał kochać.

Sen stał się dla niego więzieniem, z którego pragnął uciec za wszelką cenę. Bezsenność była logiczną reakcją jego ciała na strach i upiorne koszmary, które nawiedzały go nocą. Prostym mechanizmem obronnym.

Hunter nie odpowiedział doktor Hove.

– Kto jest zdolny do czegoś takiego? – Hove pokręciła głową z odrazą.

– Ktoś mający w sobie mnóstwo nienawiści – odrzekł cicho Hunter.

Ich uwagę odwróciły donośne głosy dochodzące z dołu. Kobiecy głos szybko przerodził się w histeryczny krzyk. Hunter spojrzał z niepokojem na Garcię.

– To jedna z córek – powiedział Hunter, szybko podchodząc do drzwi. – Nie otwierajcie ich. – Wyszedł z pokoju, błyskawicznie pokonał korytarz i ruszył schodami na dół. U ich podstawy stała trzydziestoletnia kobieta powstrzymywana przez dwóch funkcjonariuszy. Jej długie, kręcone, jasne włosy opadały swobodnie do połowy pleców. Miała twarz w kształcie serca, jasnozielone oczy, wystające kości policzkowe i mały, zadarty nos. Jej mina wyrażała czystą rozpacz. Hunter dotarł do niej, zanim zdążyła się wyrwać policjantom.

– W porządku – powiedział, unosząc rękę. – Zajmę się tym.

Policjanci ją puścili.

– Co się stało?! Gdzie jest tata?! – spytała ochryple.

– Jestem detektyw Robert Hunter z Departamentu Policji Los Angeles – przedstawił się najspokojniej, jak potrafił.

– Nie obchodzi mnie, kim pan jest! Gdzie mój ojciec?! – rzuciła kobieta, próbując odepchnąć Huntera na bok.

Cofnął się, delikatnie blokując jej drogę. Ich oczy spotkały się na chwilę. Hunter delikatnie poruszył głową.

– Bardzo mi przykro.

Zamknęła zapłakane oczy i zasłoniła usta dłonią.

– Boże, tata…

Hunter dał jej chwilę.

Zatrzymała się i spojrzała na Huntera, jakby nagle coś do niej dotarło.

– Dlaczego tu jesteś? Dlaczego w domu jest policja? Dlaczego otoczyliście podwórko taśmą policyjną?

Ponieważ lekarze zdiagnozowali chorobę cztery miesiące temu, rodzina Dereka Nicholsona zdążyła się przygotować na jego odejście. Śmierć ojca była oczekiwana, nie stanowiła żadnego zaskoczenia dla jego córki. W odróżnieniu od wszystkiego innego.

– Przepraszam, ale nie dosłyszałem, jak pani na imię – powiedział Hunter.

– Nazywam się Olivia, Olivia Nicholson.

Hunter zdążył już zauważyć blady pasek skóry na jej serdecznym palcu. Albo niedawno owdowiała, albo wzięła rozwód. Większość amerykańskich wdów nie przestaje nosić obrączki i używać nazwiska męża. Olivia wyglądała zbyt młodo na wdowę, chyba że doszło do jakiejś tragedii, zatem prawdopodobnie w grę wchodził rozwód.

– Czy moglibyśmy zamienić słówko na osobności, pani Nicholson? – spytał, wskazując salon.

– Możemy pomówić tutaj – odparła buntowniczo. – Co się tu dzieje? Co to ma znaczyć?

Hunter spojrzał na dwóch funkcjonariuszy stojących u dołu schodów, którzy przysłuchiwali się uważnie ich rozmowie. Szybko zrozumieli sygnał i odeszli w kierunku drzwi frontowych. Hunter ponownie skupił uwagę na Olivii.

– Pani ojciec nie umarł śmiercią naturalną… – przerwał, żeby Olivia w pełni pojęła znaczenie jego słów. – Został zamordowany.

– Co?! To… to śmieszne!

– Proszę, czy moglibyśmy gdzieś usiąść?

Olivia ciężko westchnęła, a w jej oczach ponownie błysnęły łzy. W końcu ustąpiła i ruszyła za Hunterem do części dziennej. Hunter nie chciał, żeby znalazła się w tym samym pokoju co pielęgniarka.

Olivia usiadła w jasnobrązowym fotelu przy oknie. Hunter zajął miejsce na kanapie, naprzeciw niej.

– Może szklankę wody? – spytał.

– Tak, proszę.

Hunter zaczekał w drzwiach na funkcjonariusza, który przyniósł im dwie szklanki wody. Podał jedną Olivii, która opróżniła ją dużymi łykami.

Ponownie usiadł na kanapie i spokojnie wyjaśnił, że późną nocą ktoś wtargnął do domu i sypialni pana Nicholsona.

Olivia nie mogła opanować drżenia ciała ani płaczu. Oczywiście wszystko zakwestionowała.

– Nie wiemy, dlaczego zamordowano pani ojca. Nie wiemy, jak zabójca wszedł do domu. W chwili obecnej mamy mnóstwo pytań i żadnych odpowiedzi. Zapewniam panią jednak, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby je uzyskać.

– Inaczej mówiąc, nie macie pojęcia, co zaszło – odrzekła gniewnie.

Hunter nie odpowiedział.

Olivia wstała i zaczęła chodzić po pokoju.

– Nie rozumiem. Kto mógłby chcieć zabić mojego ojca? Przecież chorował na raka. On… on był umierający. – W jej oczach ponownie wezbrały łzy.

Hunter w dalszym ciągu milczał.

– Jak? – zapytała.

Hunter spojrzał na nią.

– Jak został zamordowany?

– Będziemy musieli poczekać na autopsję, aby określić przyczynę śmierci.

Olivia zmarszczyła brwi.

– W takim razie skąd wiecie, że został zamordowany? Został postrzelony? Dźgnięty nożem? Uduszony?

– Nie.

Spojrzała na niego z osłupieniem.

– Skąd wiecie?!

Hunter wstał i podszedł do niej.

– Wiemy.

Jej oczy powędrowały w kierunku schodów.

– Chcę zajrzeć do jego pokoju.

Hunter delikatnie położył dłoń na jej lewym ramieniu.

– Proszę mi zaufać, pani Nicholson. To nie dostarczy odpowiedzi na żadne z pani pytań. Nie złagodzi również pani bólu.

– Dlaczego? Chcę wiedzieć, co się z nim stało! Czego mi pan nie powiedział?

Hunter zawahał się chwilę, bo wiedział, że Olivia Nicholson ma prawo wiedzieć.

– Jego ciało zostało okaleczone.

– Boże… – Olivia zasłoniła usta.

– Wiem, że wczoraj wieczorem była tu pani razem z siostrą. Zjadłyście obiad z ojcem, czy tak?

Olivia dygotała tak mocno, że z trudem skinęła głową.

– Proszę – powtórzył Hunter. – Niech to będzie pani ostatnie wspomnienie ojca.

Olivia zaczęła rozpaczliwie szlochać.

Rozdział 7

Wczesnym popołudniem Hunter i Garcia wrócili do swojego biura na piątym piętrze budynku administracji policji przy Pierwszej Zachodniej. Gmach był nową centralą operacyjną Departamentu Policji Los Angeles, w tej roli zastąpił blisko sześćdziesięcioletnie Parker Center.

Po usłyszeniu najświeższych wiadomości na miejsce przybyła także kapitan Barbara Blake, rezygnując z dnia wolnego. Czekała już na detektywów z całym mnóstwem pytań.

– Czy to prawda, co mi mówiono? – spytała, zamykając za sobą drzwi. – Że ktoś poćwiartował ofiarę?

Hunter skinął głową, a Garcia wręczył jej kilka fotografii.

Barbara Blake była od trzech lat kapitanem wydziału rozbojów i zabójstw. Wybrana osobiście przez poprzedniego kapitana, Williama Boltera, i zaakceptowana przez ówczesnego burmistrza Los Angeles, szybko zyskała opinię osoby rozsądnej, kierującej zespołem żelazną ręką. Blake była intrygującą kobietą – elegancką i atrakcyjną, o długich czarnych włosach i lodowatych ciemnych oczach, których spojrzenie powodowało, że większość ludzi zaczynała dygotać. Trudno było zbić ją z pantałyku lub wcisnąć jej kit. Nie dała się także zastraszyć wpływowym politykom ani urzędnikom rządowym, jeśli próbowali przeszkadzać jej w pracy.

Kapitan Blake przeglądała zdjęcia, a wyraz jej twarzy stawał się coraz bardziej zatroskany. Kiedy dotarła do końca, zrobiła pauzę i wstrzymała oddech.

– Co to ma być, na Boga?

– No… jakaś rzeźba – odpowiedział Garcia.

– Rzeźba wykonana… z części ciała ofiary?

– Właśnie.

W pokoju na kilka sekund zapanowała cisza.

– Czy to coś oznacza?

– Z pewnością – odrzekł Hunter – tylko jeszcze nie wiemy co.

– Skąd wiesz?

– Jeśli chce się kogoś zabić, po prostu podchodzi się do niego i strzela. Bez ryzyka. Nie marnując czasu na takie rzeczy, chyba że ma to jakiś sens. Zwykle, kiedy sprawca pozostawia coś takiego, pragnie przekazać przesłanie.

– Komu? Nam?

Hunter wzruszył ramionami.

– Komuś. Zanim się tego dowiemy, musimy odgadnąć, co to oznacza.

Blake ponownie spojrzała na zdjęcie.

– Czyli ofiara nie została wybrana w sposób przypadkowy. Skąd wiesz, że zabójca nie stworzył tego dzieła pod wpływem wybuchu sadystycznego natchnienia, tam i wtedy?

Hunter pokręcił głową.

– To bardzo mało prawdopodobne. Powiedziałbym, że zabójca dokładnie wiedział, co zrobi z części ciała Dereka Nicholsona, zanim pozbawił go życia. Doskonale wiedział, jakich części ciała będzie potrzebować. Zdawał też sobie sprawę, jak będzie wyglądać jego upiorne dzieło, kiedy skończy.

– Wspaniale. – Blake przerwała na chwilę. – A co to oznacza? – Kapitan wskazała zdjęcie przedstawiające krwawy napis na ścianie.

Garcia przedstawił jej tło. Kiedy skończył, Blake osobliwie zaniemówiła.

– Co to jest, u licha, Robercie? – powiedziała w końcu, zwracając zdjęcia Garcii.

– Nie wiem, pani kapitan – Hunter oparł się o biurko. – Derek Nicholson przepracował dwadzieścia sześć lat na stanowisku prokuratora stanu Kalifornia. Wsadził za kratki wielu ludzi.

– Sądzisz, że to zemsta? Do licha, czy facet wyekspediował do pierdla Lucyfera i bandę z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną?

– Nie mam pojęcia, ale od tego trzeba będzie zacząć. – Hunter spojrzał na Garcię. – Musimy mieć listę wszystkich, których Nicholson wysłał za kratki: zabójców, podejrzanych o usiłowanie zabójstwa, gwałcicieli i tak dalej. Głównie tych, którzy wyszli na wolność, zostali ułaskawieni lub zwolnieni za kaucją w ciągu ostatnich… – zastanowił się chwilę – …piętnastu lat. Trzeba też uwzględnić ciężar popełnionego czynu. Zaczniemy od sadystycznych przestępców.

– Zorganizuję zespół poszukiwawczy – Garcia skinął głową – ale jest niedziela. Nie będziemy mieć niczego do poniedziałku wieczór.

– Rozumiem. Trzeba połączyć te nazwiska z członkami najbliższej rodziny, krewnymi, innymi członkami gangu i tak dalej. Z każdym, kto mógłby odpłacić Derekowi Nicholsonowi w zastępstwie kogoś innego. To morderstwo może być pośrednim aktem zemsty. Może osoba, którą Nicholson wysłał do więzienia, nadal żyje… może zmarła, nie odzyskawszy wolności, a odpłacił za nią ktoś inny.

Garcia skinął głową.

Hunter sięgnął po zdjęcia i rozłożył je na biurku. Zatrzymał wzrok na fotografii przedstawiającej rzeźbę.

– W jaki sposób zabójca połączył ze sobą poszczególne elementy? – spytała kapitan Blake, podchodząc do biurka Huntera.

– Drutem.

– Drutem?

– Tak.

Blake pochyliła się nad biurkiem i ponownie obejrzała zdjęcia. Nagle jej ciało przeszedł zimny dreszcz.

– Niby jak według ciebie mamy odgadnąć, co to znaczy? Im dłużej na to patrzę, tym bardziej dziwaczne i niepojęte się wydaje.

– Laboratorium kryminalistyczne stworzy dla nas wierną kopię. Pokażemy ją jednemu lub dwóm ekspertom od sztuki. Może oni coś dostrzegą.

Mimo wielu lat pracy w policji i stykania się z najdziwniejszymi zabójcami, kapitan Blake nie widziała czegoś takiego.

– Czy kiedykolwiek widziałeś lub słyszałeś o takiej zbrodni? – spytała Huntera.

– Słyszałem o zabójcy, który wykorzystywał krew ofiar do tworzenia malowideł na tkaninach – wtrącił Garcia – ale to tutaj bije wszystko na głowę.

– Nigdy nie słyszałem ani nie czytałem o czymś takim – przyznał Hunter.

– Czy ofiara mogła zostać wybrana w sposób przypadkowy? – zapytała Blake, wertując notatki Garcii. – Odnoszę wrażenie, że dla mordercy ważniejszy od ofiary był sadystyczny charakter zbrodni i stworzenie makabrycznego dzieła. Zabójca mógł wybrać Nicholsona, bo ten stanowił łatwy cel. – Zatrzymała się na jednej z kartek notesu Garcii. – Derek Nicholson cierpiał na nieuleczalną chorobę nowotworową. Był słaby, praktycznie przykuty do łóżka. Całkowicie bezbronny. Nie mógłby wezwać pomocy, nawet gdyby zabójca podał mu megafon. Do tego był sam w domu.

– Pani kapitan ma rację – przytaknął Garcia, kiwając głową.

– Nie sądzę – odparł Hunter, wstając zza biurka i podchodząc do okna. – Zgoda, Derek Nicholson stanowił łatwy cel, ale w takim mieście jak Los Angeles jest mnóstwo łatwiejszych celów – włóczęgów, bezdomnych, narkomanów, prostytutek… Gdyby ofiara nie miała znaczenia dla zabójcy, w jakim celu włamałby się do domu prokuratora z Los Angeles i poświęcił tyle godzin na stworzenie tego dzieła? Poza tym nie był całkiem sam. W mieszkaniu gościnnym nad garażem przebywała pielęgniarka, pamiętacie? O ile wiemy… – przejrzał fotografie, żeby odnaleźć tę z napisem na ścianie – …ta kobieta natknęła się na zabójcę. Na szczęście nie zapaliła światła. – Hunter odwrócił się i spojrzał na obecnych w pokoju. – Proszę mi wierzyć, pani kapitan, zabójcy chodziło właśnie o Dereka Nicholsona. I chciał, żeby facet cierpiał, zanim umrze.

Rozdział 8

Zamiast grać w siatkówkę w Venice Beach lub oglądać mecz Lakersów, Hunter spędził resztę dnia na studiowaniu zdjęć z miejsca zbrodni i cały czas dręczyło go pytanie: Co, u licha, oznacza ta makabryczna rzeźba?

Postanowił wrócić do domu Dereka Nicholsona.

Ciało i groteskowa rzeźba zostały przewiezione do biura koronera. Pozostał jedynie ponury, pozbawiony życia dom pełen bólu, cierpienia i lęku. Ślady ostatnich godzin życia Dereka Nicholsona były widoczne w całym pokoju. Były widoczne i oznaczały tylko jedno – straszliwy ból.

Hunter wpatrywał się w wiadomość, którą zabójca pozostawił na ścianie, i czuł, jak w jego wnętrzu narasta pustka. Oprawca pozbawił Dereka Nicholsona życia, przy okazji niszcząc trzy inne – obu córek prokuratora i młodej pielęgniarki.

Członkowie ekipy kryminalistycznej znaleźli w domu co najmniej cztery zestawy odcisków palców, ale Hunter wiedział, że ich analiza zajmie dzień lub dwa. Znaleźli również kilka włosów i fragmentów tkanki w pokoju na górze. Mimo wielogodzinnych oględzin tylnego podwórka i kratownicy na ścianie domu Dereka Nicholsona nie wykryli żadnych śladów. Nic nie wskazywało również na to, aby sprawca wtargnął do środka siłą. Nie wybito żadnego okna, nie uszkodzono ani jednego zamka w drzwiach. Nikt też przy nich nie majstrował. Z drugiej strony Melinda Wallis, pielęgniarka przychodząca w weekendy, nie pamiętała, czy zamknęła tylne drzwi. W nocy dwa okna na dole były otwarte, a drzwi balkonowe prowadzące do sypialni Nicholsona zastano uchylone.

Hunter spróbował porozmawiać z Melindą Wallis, ale Garcia miał rację – młoda kobieta całkiem się zamknęła. Jej umysł próbował się uporać z szokiem wywołanym odkryciem zakrwawionego ciała Dereka Nicholsona w jego sypialni oraz świadomością, że ledwie włos dzielił ją od śmierci.

Hunter skupił się na badaniu pokoju na piętrze, szukając wskazówek, które wcześniej mógł przeoczyć. Chociaż nie odkrył niczego, czego wcześniej nie znaleźli członkowie ekipy kryminalistycznej, potworność miejsca zbrodni była głęboko niepokojąca. Można było odnieść wrażenie, że zabójca celowo spryskał sypialnię krwią.

Wiadomość pozostawiona na ścianie nie stanowiła elementu jego pierwotnego planu, tylko wyraz spontanicznego zadziornego buntu. Miejsce zbrodni przypominało wystawę sklepową, eksponującą wściekłość i bezduszność mordercy, co martwiło Huntera.

Kiedy wrócił do swojego mieszkania, zapadł już zmrok. Zamknął drzwi i oparł się o nie zmęczony. Przesunął wzrokiem po ciemnym i pustym salonie, zastanawiając się, czy spędzenie tu nocy jest dobrym pomysłem.

Mieszkał sam. Nie miał żony ani dziewczyny. Nigdy się nie ożenił, a jego znajomości zwykle nie trwały długo. Presja związana z pracą oraz poświęcenie, którego wymagała, okazały się niezrozumiałe dla większości kobiet. On sam nie miał nic przeciwko samotności. Nie przeszkadzało mu także to, że mieszka sam. Jednak po spędzeniu całego dnia w atmosferze śmierci, wśród ścian obryz­ganych krwią, nie chciał siedzieć sam w czterech ścianach małego mieszkania.

Nocne życie Los Angeles należy do najbardziej barwnych i ekscytujących na świecie, więc miał duży wybór: od luksusowych, modnych nocnych klubów, w których bywali celebryci, po bary tematyczne i mroczne, nielegalne speluny, gdzie zabawiali się psychopaci. Niezależnie od nastroju w Los Angeles zawsze się znajdzie odpowiednie miejsce.

Hunter wybrał lokal Jay’s Rock Bar – spelunę położoną dwie przecznice od jego domu. Był to jeden z jego ulubionych barów, mający bogaty wybór szkockiej, szafę grającą z repertuarem ro­ckowym oraz przyjazny, pełen życia personel.

Usiadł przy barze i zamówił podwójnego dwunastoletniego glendronacha z dwiema kostkami lodu. Szkocka whisky single malt była jego wielką namiętnością. Chociaż kilka razy zdarzyło mu się przedawkować, wiedział, jak cieszyć się aromatem i jakością trunku, zamiast zwyczajnie się upić.

Powoli sączył whisky, ciesząc się jej delikatnym dębowo-orzechowym aromatem. Bar był pełen gości, ale po dniu wypełnionym potwornościami Hunter z radością przebywał w gronie wesołych, śmiejących się ludzi.

Cztery kobiety przy sąsiednim stoliku rozmawiały o najgorszym tekście, którym próbowano je poderwać.

– Pewnej nocy w jednym z barów Santa Monica podszedł do mnie łysy facet i powiedział – w tym momencie krótkowłosa blondynka zmieniła głos na baryton: – „Słuchaj, mała, wprawdzie nie jestem Fredem Flintstone’em, ale mogę ci obiecać, że twoje łóżko zakołysze się, jak w prawdziwym Bedrock!”.

Na dwie sekundy zapadła cisza, a później wszystkie wybuchnęły śmiechem.

– Marny tekst – powiedziała babka wyglądająca na najmłodszą – ale mam coś jeszcze gorszego. W ostatni weekend byłam na Sunset Boulevard. Za dnia, na środku ulicy, podszedł do mnie jakiś facet i powiedział: „Laleczko, musisz mieć na imię Gillette, bo jesteś najlepsza dla mężczyzny”.

Ponownie wybuchnęły śmiechem.

– No, no, za taki tekst powinien dostać medal – skomentowała długowłosa brunetka. – W życiu nie słyszałam czegoś równie beznadziejnego.

Hunter przyznał jej rację i uśmiechnął się do siebie. Pierwszy raz w ciągu dnia.

– Nalać jeszcze kolejkę? – spytał Emilio, młody portorykański barman, wskazując pustą szklankę. Hunter czuł zmęczenie, ale wiedział, że nie zaśnie, jeśli wróci do domu. I tak prawie nie sypiał. Zatroszczyła się o to bezsenność, na którą cierpiał.

– Jasne, dlaczego nie.

Emilio nalał kolejną podwójną whisky i wrzucił do jego szklanki jedną kostkę lodu. Hunter patrzył, jak pęka, zanurzona w brązowawym płynie. Mężczyzna w podniszczonym, szarym garniturze, siedzący na drugim końcu baru, zaniósł się chrapliwym kaszlem palacza. Myśli Huntera poszybowały do Dereka Nicholsona i jego zabójstwa. Po co mordować człowieka, który umiera na raka płuc? Po co zabijać kogoś, kto został już skazany na bolesną śmierć? Nicholsonowi pozostały dwa, najwyżej trzy miesiące życia. Jego egzystencja z pewnością zostałaby przerwana przez chorobę. Ale zabójca nie mógł… nie chciał na to pozwolić. Sam pragnął zadać śmiertelny cios. Chciał spojrzeć w oczy umierającego Nicholsona i zabawić się w Boga.

Hunter wziął łyk szkockiej i zamknął oczy. Miał niedobre przeczucie co do tej sprawy. Naprawdę złe.

Rozdział 9

W takich miastach jak Los Angeles brutalne przestępstwa nie należą do rzadkości. Właściwie stanowią normę. Nic więc dziwnego, że przeciętny anatomopatolog pracujący dla okręgu Los Angeles jest równie zajęty, jak lekarz na oddziale ratunkowym. Praca nawarstwia się niczym śnieg, dlatego wszystko musi się odbywać zgodnie z planem. Mimo pilnej prośby doktor Hove mogła przystąpić do wykonania autopsji Dereka Nicholsona dopiero po upływie doby.

Hunterowi udało się przespać zaledwie cztery godziny. Rano czuł piasek pod powiekami, a u podstawy czaszki czaił się ból, typowy objaw u osób cierpiących na bezsenność. Z doświadczenia wiedział, że nie może niczego zrobić ani wziąć żadnego leku, aby się go pozbyć. Przeszło trzydzieści lat ból stanowił stały element jego życia.

Zamierzał jechać do siedziby wydziału, kiedy zadzwoniła doktor Hove z wiadomością, że właśnie zakończyła sekcję Dereka Nicholsona.

O siódmej trzydzieści rano pokonał odległość jedenastu kilometrów dzielącą jego mieszkanie od biura koronera okręgu Los Angeles przy North Mission Road w równe siedemnaście minut. Garcia przybył minutę wcześniej i czekał na niego na parkingu. Był ogolony i miał wilgotne włosy po niedawnym prysznicu, lecz wory pod oczami psuły świeży, poranny wygląd.

– Muszę ci wyznać, że nieszczególnie na to czekam – powiedział, witając się z Hunterem wysiadającym z samochodu.

Hunter spojrzał z zaciekawieniem na partnera.

– Czy kiedykolwiek z niecierpliwością czekałeś na wizytę w kostnicy?

Garcia spojrzał na budynek starego szpitala zamieniony w prosektorium. Gmach odznaczał się imponującą architekturą. Fasadę tworzyło eleganckie połączenie czerwonych cegieł z jasnoszarymi nadprożami. Okazałe schody wiodące do wejścia nadawały kolejny elegancki akcent gmachowi, który mógłby zostać z łatwością wzięty za typowy budynek europejskiego uniwersytetu. Jednak piękna bryła gmachu skrywała w sobie ogrom śmierci.

– Punkt dla ciebie – przyznał Garcia.

Doktor Hove powitała obu detektywów przy drzwiach dla personelu, z prawej strony budynku. Upięła włosy w kok. Nie umalowała się, a białka jej oczu miały wystarczająco czerwonawe zabarwienie, aby odgadli, że ostatniej nocy ona również kiepsko spała.

Hunter i Garcia przywitali Hove skinieniem głowy i w milczeniu ruszyli za nią długim, jasno oświetlonym korytarzem. Rano o tej porze w kostnicy nie było nikogo, co w połączeniu z pustymi, białymi ścianami i czystą podłogą pokrytą skrzypiącym linoleum powodowało, że budynek wydawał się jeszcze bardziej złowieszczy.

Doszedłszy do końca korytarza, zeszli schodami do piwnicy i krótszego, nieco gorzej oświetlonego przejścia.

– Przeprowadziłam autopsję w specjalnej sali – wyjaśniła Hove, podchodząc do ostatnich drzwi z prawej strony.

Specjalna sala sekcyjna numer jeden była używana do oględzin zwłok, które z jakiegoś powodu nadal stwarzały zagrożenie – na przykład denat zmarł na chorobę wywołaną przez groźnego wirusa, wskutek skażenia radioaktywnego lub chemicznego itd. Sala miała własną, odrębną bazę danych i chłodnię. Jej ciężkie drzwi były zabezpieczone zamkiem elektronicznym otwieranym hasłem złożonym z sześciu znaków. Pomieszczenia tego czasami używano podczas śledztw w sprawie głośnych zabójstw, bo jego zabezpieczenia uniemożliwiały przedostanie się poufnych informacji do mediów i innych niepożądanych osób. Hunter bywał w nim wiele razy.

Kiedy Hove wprowadziła hasło na metalowej klawiaturze wpuszczonej w ścianę, ciężkie drzwi otworzyły się z cichym szmerem.

Weszli do dużego pomieszczenia utrzymanego w chłodnej, zimowej tonacji. Wnętrze oświetlały dwa rzędy świetlówek bieg­nących na całej długości sufitu. Przestrzeń zdominowały dwa stalowe stoły: jeden przytwierdzony do podłogi, drugi na kółkach. Obok ściany z chłodnią o małych, kwadratowych, polerowanych drzwiczkach znajdował się niebieski podnośnik hydrauliczny. Oba stoły sekcyjne przykrywały białe prześcieradła.

Doktor nałożyła parę lateksowych rękawiczek i podeszła do stołu bardziej oddalonego od drzwi.

– Chodźcie, pokażę wam, co znalazłam.

Garcia przestąpił niecierpliwie z nogi na nogę, a Hunter sięg­nął po maskę chirurgiczną. Nie obawiał się skażenia, ale nie znosił charakterystycznego odoru sali sekcyjnej – jakby coś zepsutego unosiło się do nieba pod wpływem silnego środka dezynfekującego. Jakby nieświeża woń dochodząca zza grobu prześladowała żywych.

– Oficjalną przyczyną śmierci jest niewydolność serca… – zaczęła, odsuwając białe prześcieradło i obnażając okaleczony tułów Dereka Nicholsona – …wywołana dużą utratą krwi i przypuszczalnie silnym bólem. Ale Nicholson żył jeszcze jakiś czas…

– Jak to? – zdziwił się Garcia.

– Urazy skóry i mięśni wskazują, że stracił palce u rąk i nóg oraz język i przynajmniej jedno ramię, zanim jego serce przestało bić.

Garcia wziął głęboki oddech, odpędzając przechodzące go ciarki.

– Mieliśmy rację. Do amputacji użyto narzędzia przypominającego piłę – ciągnęła. – Bardzo ostrego, o ząbkowanym ostrzu. Jednak ząbki nie były tak drobne, jak można by się spodziewać. Odległość między nimi była też z pewnością większa niż w narzędziach używanych do amputacji.

– Może ręczna piła stolarska? – zasugerował Garcia.

– Nie sądzę. – Pokręciła głową. – Cięcia są zbyt podobne. Widać nierówności tam, gdzie narzędzie trafiło na kość, co nie jest niczym zaskakującym, zważywszy na to, że ofiary nie znieczulono. Wykonamy badania toksykologiczne na obecność narkotyków we krwi ofiary, ale bez środków znieczulających ból byłby nie do zniesienia. Nawet gdyby mocno ją trzymano, ofiara szarpałaby się i wykręcała, co znacznie utrudniłoby amputację.

Garcia wciągnął chłodne powietrze przez zaciśnięte zęby.

– Utrzymanie ofiary przy życiu nie miało dla niego znaczenia. Sprawca mógł odrąbać mu ręce i nogi w dowolny sposób.

– Ale tego nie zrobił – powiedział Hunter.

– Nie, nie zrobił – przyznała doktor Hove. – Zabójca chciał, żeby ofiara żyła jak najdłużej. Pragnął, aby cierpiała. Nacięcia zostały wykonane sprawnie i fachowo.

– Czy zabójca znał się na medycynie? – zapytał Hunter.

– Chociaż w dzisiejszych czasach każdy może pomyszkować kilka godzin w Internecie i uzyskać szczegółowe wskazówki oraz rysunki pokazujące, jak dokonać amputacji, powiedziałabym, że zabójca znał przynajmniej podstawy procedur medycznych i anatomii. – Hove przesunęła wzrok na drugi stół sekcyjny. – Doskonale wiedział, co robi. Spójrzcie na to.

Rozdział 10

Coś w postawie i tonie głosu doktor zmartwiło obu detektywów. Podeszli za nią do drugiego stołu sekcyjnego.

– Nie mam wątpliwości, że wszystko, co wydarzyło się w tamtym pokoju, zostało starannie zaplanowane – powiedziała, unosząc prześcieradło. Makabryczna rzeźba pozostawiona przez zabójcę została rozebrana. Rozczłonkowane części ciała Dereka Nicholsona starannie ułożono na zimnej metalowej powierzchni. Wszystkie zostały obmyte z zakrzepłej krwi, która je wcześniej pokrywała. – Nie martw się – zwróciła się do Huntera. – Zrobiliśmy dość zdjęć i pomiarów, żeby wykonać replikę, jak chciałeś. Dostaniesz ją za dzień lub dwa.

Hunter i Garcia nie odrywali wzroku od części ciała denata.

– Czy dopatrzyła się pani czegoś w tej rzeźbie, pani doktor? – spytał Garcia.

– Niczego, a sama musiałam ją rozebrać. – Odchrząknęła, żeby oczyścić gardło. – Sprawdziłam pod paznokciami. Żadnych włosów ani skóry. Jedynie zwyczajny brud i kał.

– Kał? – Garcia skrzywił się z niesmakiem.

– Jego własny – przytaknęła doktor Hove. – Ogromny ból towarzyszący amputacji bez znieczulenia sprawił, że ofiara utraciła kontrolę nad pęcherzem i zwieraczem. Właśnie tu natrafiłam na coś niezwykłego.

– Co? – zaciekawił się Garcia.

– Nicholson był czysty. Kiedy dotarliśmy na miejsce zabójstwa, jego prześcieradła powinny być nasiąknięte moczem i fekaliami. Nie były. Z powodu choroby i utraty mobilności – ciągnęła – chodzenie do łazienki przestało być banalną czynnością. Musiały mu w tym pomagać pielęgniarki. Kiedy ich nie było, używał jednorazowych pieluch dla dorosłych.

– Taak. Widzieliśmy paczkę w jednej z szuflad – przytaknął Garcia.

– Technicy znaleźli kilka brudnych pieluch w plastikowym worku. W śmietniku na dole.

Garcia wytrzeszczył oczy.

– Czy zabójca go umył?

– Nie tyle umył, ile wyrzucił brudne pieluchy.

Kiedy przez chwilę nikt nie powiedział ani słowa, Hove podjęła swoją opowieść:

– A oto powód, dla którego uważam, że zabójca wie co nieco o procedurach medycznych. – Wskazała górną część jednego z ramion, w okolicy miejsca dokonania amputacji. – Zobaczyłam to dopiero wtedy, gdy obmyłam ręce i nogi z krwi.

Hunter i Garcia przysunęli się bliżej. Na przypominającej gumę skórze widniały słabe ślady czarnego markera. Kreska tworzyła niepełny obwód wokół ramienia, w pobliżu miejsca, w którym wykonano cięcie.

– Podczas skomplikowanych procedur medycznych, takich jak amputacje, gdzie miejsce nacięcia musi być bardzo dokładnie określone, lekarze lub inne osoby przeprowadzające zabieg zaznaczają odpowiednie punkty markerem.

– Tak samo postąpiłby każdy, kto znalazł informacje na ten temat w książce lub Internecie. Sama pani to powiedziała – przypomniał jej Garcia.

– Tak, ale spójrzcie na to. – Wróciła do pierwszego stołu i pochyliła się nad tułowiem Dereka Nicholsona. Hunter i Garcia podążyli jej śladem. – Podczas amputacji bardzo ważne jest odpowiednie podwiązanie wszystkich głównych naczyń krwionośnych, na przykład tętnicy ramiennej lub tętnicy udowej. W przeciwnym razie pacjent bardzo szybko się wykrwawi.

– Tętnice Dereka Nicholsona nie zostały podwiązane – powiedział Hunter, pochylając się nad denatem. – Sprawdziłem to na miejscu zbrodni. Nie zauważyłem szwów ani węzłów.

– Bo zabójca nie użył nici chirurgicznej do powstrzymania krwawienia, jak większość lekarzy. Tętnica ramienna prawej ręki została zamknięta kleszczami. Można zobaczyć ślady pod mikroskopem. Sprawca użył kleszczy medycznych.

Hunter się wyprostował.

– Tylko w prawym ramieniu?

Hove poprawiła czepek chirurgiczny.

– Tak. Pewnie dlatego, że serce ofiary przestało bić, zanim zdążył amputować kolejną część ciała. Robercie, nie ulega wątpliwości, że morderca chciał maksymalnie wydłużyć życie i cierpienia ofiary. Żeby tego dokonać bez pomocy zespołu chirurgicznego, musiał wykonać cięcia bardzo szybko i sprawnie. I skutecznie zatamować krwotok – podsumowała Hove.

– Jest pani pewna, że nie użył piły lekarskiej podobnej do tych, których używacie w kostnicy? – zapytał Garcia.

– Nie – odparła, sięgając po piłę sekcyjną Mopec, która leżała na stoliku z instrumentami za jej plecami. – Przenośne piły sekcyjne Mopec mają okrągłe ostrza o bardzo małych zębach. – Pokazała instrument Hunterowi i Garcii. – Im drobniejsze zęby, tym bardziej precyzyjne nacięcie. Łatwiej też przecinać twardsze powierzchnie, jak mięśnie w stężeniu pośmiertnym i kości.

Hunter i Garcia sięgnęli po piłę, żeby zbadać jej ostrze.

– Jednak piła używana podczas autopsji nie jest dostatecznie szeroka. Trzeba narzędzia, które jest dłuższe od amputowanej części ciała. Piły o okrągłym ostrzu pozostawiają również charakterystyczny ślad nacięcia, gładszy od innych.

– A w tym wypadku użyto czegoś innego – odgadł Hunter.

– Tak, widać ślady tarcia. Dwa bardzo ostre, umieszczone obok siebie ostrza poruszały się tam i z powrotem, w przeciwną stronę, dając efekt piłowania.

Hunter oddał piłę Hove.

– Masz na myśli… coś w rodzaju elektrycznego noża kuchennego?

– Żartujesz?! – zdziwił się Garcia.

– Dokładnie o tym pomyślałam – powiedziała doktor. – O dużym, mocnym kuchennym nożu elektrycznym.

– Czy taki nóż może przeciąć kość? – spytał Garcia.

– Najmocniejsze mogą przeciąć kawał zamrożonej wołowiny – wyjaśniła Hove. – Szczególnie jeśli ostrza są nowe.

– Czy ofiara miała taki nóż w domu? – zapytał Garcia.

– Jeśli faktycznie użyto noża elektrycznego, nie pochodził z kuchni ofiary – odrzekł Hunter. – Zabójca przyniósł go ze sobą.

– Skąd wiesz?

– Gdyby tego nie zrobił, amputacja byłaby niezaplanowana, a on zjawiłby się na miejscu nieprzygotowany.

– O nim z pewnością nie można tego powiedzieć – dodała Hove. – To mi coś przypomniało. Żeby połączyć ze sobą elementy rzeźby, zabójca użył nie tylko metalowego drutu, ale szybkoschnącego kleju, czegoś w rodzaju superglue.

– Superglue? – Garcia zachichotał.

Skinęła głową.

– Idealny do tej roboty – łatwy w użyciu, wysychający w ciągu kilku sekund, łatwo przylegający do skóry i tworzący niezwykle mocne połączenie. Najbardziej dziwi mnie jednak bezsensowność tego zabójstwa.

– Czy one wszystkie nie są pozbawione sensu? – Hunter zadumał się.

– Fakt. Chodziło mi o to, że zabijając Nicholsona, tak niewiele osiągnął. – Hove podeszła do tablicy umieszczonej na zachodniej ścianie, gdzie wyszczególniono ciężar mózgu, serca, płuc, wątroby, nerek i śledziony zmarłego. Na blacie obok tablicy stała plastikowa torba, w której umieszczono kilka narządów denata. Hove sięgnęła i podniosła ją. – Nowotwór w dużym stopniu zniszczył jego płuca. Najpewniej nie przeżyłby następnego tygodnia lub dwóch. Ten rodzaj uszkodzenia płuc oznacza ból… dużo bólu. On już umierał, ba, doświadczał niewyobrażalnych cierpień. Po co było go zabijać?

Nikt nie odpowiedział.

Nikt nie znał powodu.

Rozdział 11

Prokurator okręgu Los Angeles, Dwayne Bradley, był twardzielem, który nie okazywał litości nikomu, kto choćby planował popełnienie przestępstwa. Ten sześćdziesięciojednoletni mężczyzna pracował w zawodzie od trzydziestu lat, a stanowisko prokuratora okręgowego piastował od czasu, gdy został wybrany w 2000 roku. Po zaprzysiężeniu nakazał swoim podwładnym, żeby bez lęku ścigali przestępców i za wszelką cenę dążyli do wymierzenia sprawiedliwości. Dwayne Bradley sam narzucił sobie podobne standardy.

Bradley był niskim, korpulentnym facetem o siwych włosach w ilości wystarczającej do pokrycia skroni. Jego pulchne policzki nabierały różowego zabarwienia i dygotały gwałtownie, gdy przedstawiał swoje argumenty. Odznaczał się porywczym temperamentem, a gdyby praca prokuratora polegała na gestykulowaniu, Dwayne Bradley z pewnością byłby mistrzem. Krótko mówiąc, wyglądał jak nadmiernie pobudzony mafijny don, który zdecydował się podążać drogą prawa i porządku.

Tego ranka zamiast pojechać do swojego biura przy West Temple Street, zajrzał do budynku administracji policji, aby porozmawiać z kapitan Blake. Rozmawiali od pięciu minut, kiedy do gabinetu zapukał Hunter.

– Wejść! – krzyknęła zza biurka Blake.

Hunter wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.

– Chciała pani mnie widzieć?

– Nie ona, ale ja – wyjaśnił Bradley z kąta pokoju.

Jeśli Hunter był zaskoczony obecnością prokuratora okręgowego, nie okazał tego w najmniejszym stopniu.

– Witam, panie prokuratorze. – Pozdrowił Bradleya uprzejmym skinieniem głowy, nie wyciągając ręki na powitanie.

– Witam, detektywie – odwzajemnił chłodne pozdrowienie Bradley.

Hunter przesunął wzrok na kapitan Blake, by po chwili ponownie skupić uwagę na osobie prokuratora okręgowego.

– Nie przyjechałem tutaj, żeby marnować pański i swój czas na pierdoły – oznajmił Bradley, od razu przechodząc do sedna. – Wszyscy jesteśmy bardzo zajęci, szanuję to. – Przerwał dla wzmocnienia efektu, jak zawsze. – Derek Nicholson. Jest pan detektywem wyznaczonym do kierowania dochodzeniem. Będę sprawował nad nim osobisty nadzór. – Wskazał głową teczkę leżącą na biurku kapitan Blake. – Zapoznałem się z pańskim raportem wstępnym, detektywie. Widziałem też zdjęcia z miejsca zabójstwa. – Bradley zaczął chodzić po gabinecie. – W ciągu trzydziestu lat pracy prokuratorskiej nie widziałem czegoś takiego, a wierzcie mi, naoglądałem się wielu okropności. To nie było morderstwo, ale bezprecedensowy akt bestialstwa. Akt tchórzliwej, obłąkanej, niewyobrażalnej przemocy popełniony przez śmiecia niegodnego miana człowieka. Jeśli o mnie chodzi, chcę dla skurwysyna kary śmierci. Do licha, odkurzę dla niego pieprzoną gilotynę. Będę siedzieć i patrzyć z uśmiechem, jak jego głowa uderza o podłogę. – Policzki prokuratora Bradleya zaczęły się różowić. – Co to za zwariowana rzeźba, którą zostawił?

Nikt nie odpowiedział.

– Zdjęcia z miejsca zbrodni przedstawiają chaotyczną scenę pasującą do wybuchu wściekłości niespotykanych rozmiarów. Jednak z pańskiego raportu wynika, że zbrodnia została zaplanowana, starannie przemyślana. Chce pan powiedzieć, że morderca zaplanował, iż straci nad sobą kontrolę?

– Nie stracił – odrzekł Hunter.

Bradley zmarszczył brwi.

– Nie stracił czego?

– Nie stracił kontroli.

Bradley zaczekał chwilę, ale Hunter nie dodał nic więcej.

– Ma pan trudności z wysławianiem się? Nie potrafi pan formułować pełnych zdań?

– Tak.

– Co, tak? – Bradley spojrzał wymownie na kapitan Blake, jakby chciał zapytać: „Czy naprawdę wyznaczyłaś go do kierowania śledztwem?”.

– Tak, potrafię formułować pełne zdania.

– W takim razie słucham. Proszę sformułować ich tyle, ile pan chce, i rozwinąć myśl, którą przedstawił pan przed chwilą.

– Którą?

– Pan żartuje?! – W kącikach ust prokuratora okręgowego zaczęła się gromadzić ślina. – Powiedział pan, że zabójca nie stracił nad sobą kontroli.

Hunter wzruszył ramionami.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jestem śmiercią Geniusz zbrodni Jeden za drugim Rzeźbiarz śmierci Krucyfiks Nocny prześladowca 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione