Malowidło

Malowidło

Autorzy: Grzegorz Gajek

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 272

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 8.99 zł

Pamięć boli. Ale nie sposób się od niej uwolnić… Czasem wystarczy moment. Tragedia, rozbite życie, nawet nie wiesz, co się stało. Tak było z Karolem. Dlatego uciekł – od miasta, od firmy, od znajomych. Dlatego kupił stary dom na Śląsku. Nie wiedział o obrazie, o młodzieńcu, który tam na niego czekał, w ukryciu, cierpliwie. Nie wiedział, w jak dziwne miejsca zawiedzie go droga ku zapomnieniu. Czy obsesyjne zgłębianie tajemnicy obrazu pomoże mu rozwikłać przyczyny rodzinnej tragedii?

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Pra­cow­nia WV

Na okład­ce wy­ko­rzy­sta­no frag­ment ob­ra­zu Ca­ra­vag­gia Ofia­ro­wa­nie Iza­aka ze zbio­rów Ga­le­rii Uf­fi­zi we Flo­ren­cji/© Wi­ki­me­dia Com­mons

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2015

Tekst © Grze­gorz Ga­jek

ISBN 978-83-7835-518-2

* * *

Pau­li­nie, bez któ­rej wspar­cia żad­nej hi­sto­rii nie opo­wie­dział­bym do koń­ca

* * *

Rozdział I. Stary, stary dom

Wszyst­ko za­czę­ło się od tego ob­ra­zu. On był dla Ka­ro­la po­cząt­kiem koń­ca.

Choć nie, to nie tak. Wła­ści­wie… Wła­ści­wie wszyst­ko za­czę­ło się od domu – wiel­kie­go sta­re­go do­misz­cza z ele­ganc­kim gan­kiem, tym­pa­no­nem i mie­dzia­ny­mi rzy­ga­cza­mi rzeź­bio­ny­mi w smo­cze gło­wy.

Ka­rol ku­pił owo pra­sta­re sie­dli­sko ja­kie­goś za­po­mnia­ne­go rodu, bo ta­kie miał wi­dzi­mi­się. Wy­dał na ten cel pół­to­ra mi­lio­na. Re­no­wa­cja mia­ła go kosz­to­wać pra­wie dru­gie tyle, mimo iż ubrda­ło mu się wszyst­kie ro­bo­ty wy­ko­nać wła­sno­ręcz­nie. Po­trze­bo­wał za­ję­cia. Po­wie­cie, że są tań­sze spo­so­by na to, by za­jąć czymś ręce i my­śli, jed­nak każ­dy ina­czej ra­dzi so­bie z ża­ło­bą. Z pew­no­ścią nie moż­na się spo­dzie­wać tego sa­me­go po bo­ga­czach, co po nas, bied­nych żucz­kach.

Z po­cząt­ku Ka­rol my­ślał o tym, żeby za­cho­wać wszyst­ko do­kład­nie w ta­kim sa­mym sta­nie jak wte­dy, gdy po raz pierw­szy uj­rzał swój przy­szły dom. Cho­dzi­ło o wspo­mnie­nia. Gdy­by mógł, na­wet słoń­cu ka­zał­by świe­cić w iden­tycz­ny spo­sób. A tak mu­sia­ły mu wy­star­czyć wgry­za­ją­cy się w mury bluszcz, kurz, brud, po­rzu­co­ne za­baw­ki pod za­chod­nią ścia­ną, nie­szczel­ne okna i drzwi.

Oczy­wi­ście po­przed­ni lo­ka­to­rzy – czte­ry wie­lo­dziet­ne ro­dzi­ny – za­bra­li swo­je szpar­ga­ły. Mie­li do tego pra­wo, na­wet wbrew ży­cze­niom no­we­go wła­ści­cie­la. Całe szczę­ście ucho­wa­ły się cho­ciaż gra­ciar­nie – ta w piw­ni­cy i ta na pod­da­szu, i ta w daw­nej sali dla służ­by, skąd lu­dzie mu­sie­li wy­nieść się już daw­no, bo dach prze­cie­kał jak dia­bli i gro­ził za­wa­le­niem.

Przez kil­ka pierw­szych dni Ka­rol błą­kał się tyl­ko po bez­lud­nych wnę­trzach: sa­lo­nach po­dzie­lo­nych byle ja­ki­mi ścian­ka­mi dzia­ło­wy­mi, bi­blio­tecz­kach prze­ro­bio­nych na kuch­nie i kuch­niach prze­ro­bio­nych na Bóg wie co. Na­pa­wał się. Roz­ko­szo­wał nie­po­rząd­kiem i dusz­nym smro­dem potu, któ­ry wsiąkł w ścia­ny i sza­re li­no­leum.

Gdy w koń­cu doj­rzał do tego, by wziąć się za po­rząd­ki, nie był sys­te­ma­tycz­ny. Raz coś od­ku­rzał, raz coś roz­wa­lał, a raz tyl­ko prze­kła­dał z miej­sca na miej­sce. Mo­gło­by się wy­da­wać, że czyn­no­ści te nie mia­ły celu, ale to nie­praw­da. Dom oswa­jał się ze swym pa­nem. Wkrót­ce za­czął mu mó­wić róż­ne rze­czy; tłu­ma­czył bez­gło­śnie, tak jak to sta­re domy po­tra­fią, gdzie co było i gdzie co po­win­no być.

Ka­rol za­po­zna­wał się z prze­strze­nią, uczył wi­dzieć na wskroś przez na­ro­śle, któ­re zja­wi­ły się wraz z ko­lej­ny­mi po­ko­le­nia­mi nie­chcia­nych miesz­kań­ców. Aż któ­re­goś dnia dom po­sta­no­wił zdra­dzić mu swój naj­skryt­szy se­kret. Za­pew­ne nie wie­dział, ja­kie będą tego kon­se­kwen­cje. Domy w ogó­le nie­wie­le wie­dzą i nie my­ślą, lecz tam­ten w pe­wien spo­sób prze­czu­wał, że gdzieś w jego wnę­trzu kry­je się coś nie­zwy­kłe­go.

* * *

To był dżdży­sty dzień. Sza­re świa­tło prze­sią­ka­ło przez brud­ne szy­by (tam, gdzie były szy­by, a nie de­ski, rzecz ja­sna). Deszcz po­ru­szył róż­ne za­pa­chy: w po­wie­trzu dało się wy­czuć wil­goć, pleśń, smród przy­wo­dzą­cy na myśl sta­re szma­ty. Jed­nak w pew­nej chwi­li przez szpa­ry w oknach i drzwiach wkra­dło się świe­że tchnie­nie, któ­re po­bu­dzi­ło Ka­ro­la do wsta­nia z krze­sła. Je­dy­ne­mu miesz­kań­co­wi domu za­chcia­ło się zwie­dzać i sprzą­tać.

Wy­szedł do sie­ni. Sta­nął przed drew­nia­ną klat­ką scho­do­wą, za­sta­na­wia­jąc się, do­kąd pójść. W tym mo­men­cie po­wiał wiatr. Pierw­sze za­trzesz­cza­ły trzy za­cho­wa­ne okien­ni­ce na po­łu­dnio­wej ścia­nie. Po­tem dach. Wresz­cie drże­nie prze­nio­sło się do wnę­trza i już wszyst­kie me­ble i pod­ło­gi zda­wa­ły się skrzy­pieć uni­so­no.

Po chwi­li po­dmuch osłabł, a od­gło­sy za­czę­ły cich­nąć. W koń­cu tyl­ko w jed­nym miej­scu coś jesz­cze tłu­kło się upar­cie – może ja­kaś ob­lu­zo­wa­na de­ska albo okno na stry­chu, roz­ko­ły­sa­ne wście­kłym prze­cią­giem. Brzmia­ło to tro­chę, jak­by gdzieś tam, na gó­rze, ktoś nie­pew­nie stą­pał.

Ka­rol wszedł na scho­dy. Po­ko­nał kil­ka stop­ni. Zro­bi­ło się cał­kiem ci­cho, więc od­ru­cho­wo wstrzy­mał od­dech. Nic. Pu­sto. Tyl­ko błę­kit­na­wy kurz wi­ro­wał w po­wie­trzu, deszcz bęb­nił o ścia­ny, okna i dach.

Wtem coś się po­ru­szy­ło. Skrzyp­nę­ła pod­ło­ga. Ka­rol przez uła­mek se­kun­dy był prze­ko­na­ny, że wi­dzi skra­wek roz­wia­nej w bie­gu suk­ni. Po­tem uświa­do­mił so­bie, że to tyl­ko cień. Stru­gi wody spły­wa­ły po ja­kimś oknie na pię­trze, a ich mrocz­na ka­ry­ka­tu­ra – po ścia­nie na­prze­ciw­ko.

Mimo to ru­szył na górę. Chciał zo­ba­czyć, co to tak skrzy­pia­ło. Wdra­pał się na pię­tro, a po­tem na pod­da­sze i sta­nął wśród gro­ma­dzo­nych przez dzie­się­cio­le­cia ru­pie­ci. Na pierw­szy rzut oka nie było tam nic cie­ka­we­go. Żad­nych skar­bów. Ot, sta­re ba­lie, ja­kieś dziu­ra­we garn­ki, pół wor­ka ce­men­tu, tro­chę pla­sti­ko­we­go ba­dzie­wia. Zna­lazł się na­wet fo­tel do po­ło­wy zje­dzo­ny przez my­szy. Ka­rol przy­siadł na nim. Sklej­ka za­trzesz­cza­ła ostrze­gaw­czo.

Przez kil­ka mi­nut sie­dział nie­ru­cho­mo. Gdy­by go ktoś za­py­tał, nie umiał­by na­wet po­wie­dzieć, o czym my­śli. Wpa­try­wał się tyl­ko upar­cie w je­den punkt, aż wresz­cie zro­zu­miał, na co pa­trzy.

Pod ścia­ną le­żał duży, po­ła­ma­ny wie­szak na ubra­nia – z ro­dza­ju tych, któ­re wi­du­je się cza­sem w szat­niach. Kie­dyś miał dwie nogi i po­przecz­kę, ale po­tem skoń­czył jako in­wa­li­da. Ni­żej pię­trzył się stos za­wil­gnię­tych, zgnie­cio­nych kar­to­nów. Spod nich wy­glą­dał skra­wek po­żół­kłej ze sta­ro­ści fo­lii. W fo­lię coś było za­wi­nię­te – przez zma­to­wia­łą po­wierzch­nię dało się do­strzec za­rys kan­cia­ste­go przed­mio­tu.

Ka­rol wstał, od­rzu­cił na bok wie­szak. Ścią­gnął pierw­szą war­stwę kar­to­nów i od­sko­czył z obrzy­dze­niem. Spod roz­mię­kłe­go pa­pie­ru roz­peł­zło się mnó­stwo po­dłu­go­wa­tych brą­zo­wych ro­ba­li. Aby unik­nąć ko­lej­nych tego typu nie­spo­dzia­nek, ode­rwał je­dy­ną nogę zbu­twia­łe­go wie­sza­ka i przy jej po­mo­cy kon­ty­nu­ował od­kryw­kę. Wresz­cie do­ko­pał się do po­żół­kłe­go PCV. Było mo­kre, a na jego po­wierzch­ni wy­kwi­tło… coś ru­da­we­go, ja­kiś grzyb albo pleśń. Nie wy­glą­da­ło to za­chę­ca­ją­co, lecz Ka­rol prze­ła­mał wstręt i spró­bo­wał roz­wi­nąć pla­stik. Z po­cząt­ku szło opor­nie, bo płach­ta była gru­ba i sztyw­na, jed­nak po ja­kimś cza­sie uda­ło mu się ją z jed­nej stro­ny od­wi­nąć. Się­gnął do środ­ka. Jego pal­ce na­tra­fi­ły na mięk­ką, po­ro­wa­tą po­wierzch­nię, któ­ra ugię­ła się pod na­ci­skiem, a po se­kun­dzie rzy­gnę­ła ma­zią.

Ka­rol wzdry­gnął się i od­su­nął. Był za­wie­dzio­ny. Fo­lia nie skry­wa­ła ni­cze­go poza ka­wa­łem gąb­ki wy­pru­tym z ta­niej ka­na­py czy łóż­ka, a po­tem zło­żo­nym na stry­cho­wym cmen­ta­rzy­sku.

Przy­kuc­nął, za­cią­gnął się ple­śnio­wą wo­nią. Po­wo­do­wa­ny ja­kimś dziw­nym im­pul­sem dźgnął gąb­kę pal­cem, po­tem na­ci­snął ją całą dło­nią, wresz­cie wstał i z roz­ma­chem na nią na­stą­pił. Roz­legł się ohyd­ny ba­gni­sty dźwięk, gąb­ka zbro­czy­ła się szla­mem. Jed­no­cze­śnie coś trza­snę­ło.

Ka­rol zmarsz­czył brwi. Po­chy­lił się i usu­nął resz­tę fo­lii wraz z za­war­to­ścią, od­sła­nia­jąc spróch­nia­łą pod­ło­gę. Jed­na z de­sek była pęk­nię­ta; mu­sia­ła za­ła­mać się pod jego cię­ża­rem. W po­wsta­łej szpa­rze błysz­cza­ło zło­to. Za­parł się, za­czął szar­pać, a gdy śli­skie od ple­śni drew­no ustą­pi­ło, uj­rzał na­wo­sko­wa­ną płach­tę bre­zen­tu, spod któ­rej wy­sta­wał róg po­zła­ca­nej ramy i nie­wiel­ki frag­ment po­ma­lo­wa­ne­go płót­na. Ob­raz, uświa­do­mił so­bie Ka­rol.

Pod­eks­cy­to­wa­ny, obu­rącz chwy­cił nogę wie­sza­ka i przy jej po­mo­cy wziął się za pod­wa­ża­nie ko­lej­nych dech. Za­gry­zio­ne przez rdzę gwoź­dzie z pi­skiem wy­ska­ki­wa­ły z próch­na. Wy­star­czy­ło kil­ka spraw­nych ru­chów, aby po­więk­szyć otwór. Od­gar­nął bre­zent, a wów­czas… ecce homo: z dziu­ry wyj­rzał czło­wiek, męż­czy­zna na oko dwu­dzie­sto­let­ni, o okrą­głej, de­li­kat­nej twa­rzy oko­lo­nej pu­chem ru­dych wło­sów. Jego duże oczy w kształ­cie mig­da­łów zda­wa­ły się pa­trzeć przed sie­bie z wy­ra­zem stra­chu i fa­scy­na­cji. Drob­ne ko­bie­ce usta za­sty­gły w pół­u­śmie­chu i pół­dr­że­niu.

Ka­ro­lo­wi przy­szło do gło­wy, że za­wil­gnię­ty strych to nie jest do­bre miej­sce dla ta­kiej oso­by. Ostroż­nie wy­do­był ob­raz spod pod­ło­gi, wy­pa­ko­wał go z za­tę­chłej płach­ty, wziął pod pa­chę i zniósł na dół – do jed­ne­go z sa­lo­nów. Po krót­kim za­sta­no­wie­niu po­sta­wił ma­lo­wi­dło na gzym­sie sta­re­go ce­ra­micz­ne­go ko­min­ka i pod­parł ka­wał­kiem ce­gły, aby na pew­no nie spa­dło. Uczy­niw­szy to, przy­niósł so­bie krze­sło z po­ko­ju, któ­ry urzą­dził na tym­cza­so­we miesz­ka­nie (je­śli ter­mi­nem „urzą­dził” moż­na na­zwać wnie­sie­nie krze­sła, po­ło­że­nie ma­te­ra­ca na pod­ło­dze i ob­sta­wie­nie go kil­ko­ma tor­ba­mi peł­ny­mi ciu­chów i szpar­ga­łów). Usiadł na­prze­ciw­ko ko­min­ka i za­pa­trzył się w ob­raz.

A czło­wiek z ob­ra­zu przy­glą­dał się jemu i uśmie­chał przy tym.

Oczy w kształ­cie mig­da­łów hip­no­ty­zo­wa­ły Ka­ro­la. Do tego stop­nia za­ab­sor­bo­wa­ły jego uwa­gę, że być może w ogó­le nie za­uwa­żył­by, że coś jest nie tak, gdy­by duża kro­pla brud­nej wody nie spły­nę­ła wprost do źre­ni­cy mło­dzień­ca. Ka­rol drgnął. Po­de­rwał się z miej­sca. Spod gór­nej kra­wę­dzi ramy na płót­no wy­pły­wa­ła sza­ro­bu­ra ciecz. Po­spiesz­nie zna­lazł ja­kąś szma­tę, ścią­gnął ob­raz z gzym­su i za­czął go wy­cie­rać. Jed­nak wil­goć cią­gle się po­ja­wia­ła, zu­peł­nie jak­by sta­re drew­no za­czę­ło się po­cić. Uno­si­ła się przy tym nie­przy­jem­na woń mo­kre­go ku­rzu.

„Mu­szę go osu­szyć” – po­my­ślał go­rącz­ko­wo Ka­rol.

Jego wzrok padł na ko­mi­nek. Od­sta­wił ob­raz na bok i za­czął grze­bać przy dźwi­gniach otwie­ra­ją­cych i za­my­ka­ją­cych cug. Z wnę­trza ko­mi­na uniósł się ob­łok sta­rej sa­dzy. Ka­rol za­krztu­sił się, ka­słał przez chwi­lę. Gdy mu prze­szło, zaj­rzał do szy­bu ko­mi­no­we­go. Przez ciem­ność prze­dzie­ra­ła się odro­bi­na świa­tła, czuł też po­wiew desz­czo­we­go po­wie­trza, więc wnio­sko­wał, że ko­min nie jest cał­kiem nie­droż­ny.

Po­trze­bo­wał jesz­cze ga­zet, drew­na i za­pa­łek lub za­pal­nicz­ki. Z ga­ze­ta­mi nie było pro­ble­mu – w gra­ciar­niach się od nich ro­iło. Go­rzej z drew­nem. Po krót­kim na­my­śle po­biegł na pod­da­sze i przy­ta­chał stam­tąd sta­ry fo­tel, któ­ry wcze­śniej zna­lazł. W po­kaź­nym ze­sta­wie na­rzę­dzi, ku­pio­nym na oka­zję re­no­wa­cji, jak na złość nie było sie­kie­ry, ale mło­tek wy­star­czył do po­roz­bi­ja­nia nad­gry­zio­nej zę­bem cza­su i my­szy sklej­ki. Te­raz po­zo­sta­ła tyl­ko kwe­stia ognia. Nie ko­rzy­stał co praw­da z ga­zo­wej kuch­ni, odzie­dzi­czo­nej po po­przed­nich lo­ka­to­rach, ale miał na­dzie­ję, że znaj­dzie przy niej ja­kieś sta­re za­pał­ki. Za­wiódł się.

Wró­cił do sa­lo­nu i z roz­pa­czą spoj­rzał na płót­no, któ­re po­kry­ło się sia­tecz­ką za­cie­ków.

„Sa­mo­chód!” – przy­po­mniał so­bie.

Zła­pał klu­czy­ki i po mi­nu­cie czy dwóch wró­cił z roz­grza­ną za­pal­nicz­ką sa­mo­cho­do­wą i gar­ścią pa­pie­rzysk. Za­pa­lił jed­ną kart­kę, po­tem dru­gą, do­rzu­cił ga­ze­ty. Były wil­got­ne i na po­cząt­ku głów­nie dy­mi­ły, ale w koń­cu za­ja­śniał pło­mień. Ka­rol dmuch­nął parę razy, wło­żył do ko­min­ka kil­ka dłu­gich drzazg. Gdy się za­ję­ły, po­pra­wił więk­szy­mi szczap­ka­mi. Ogień za­raz się roz­sza­lał.

Ka­rol z za­do­wo­le­niem po­sta­wił ob­raz na ko­min­ku. Wil­goć mo­men­tal­nie za­czę­ła zni­kać. W cie­płym po­ma­rań­czo­wym bla­sku twarz na­ma­lo­wa­ne­go mło­dzień­ca na­bra­ła no­we­go, żyw­sze­go od­cie­nia. „Ale czy drew­no się nie wy­pa­czy? – za­sta­no­wił się Ka­rol, któ­ry po­wo­li od­zy­ski­wał zdol­ność ra­cjo­nal­ne­go my­śle­nia. – Czy płót­no nie ro­zej­dzie się od go­rą­ca?”. Na wszel­ki wy­pa­dek wbił w jed­ną ze ścian spo­ry gwóźdź i na nim za­wie­sił ob­raz. Tym­cza­so­wo.

Ode­tchnął. Ogień trza­skał przy­jem­nie, zda­wał się wy­sy­sać zim­no i wil­goć ze sta­rych mu­rów. W któ­rymś mo­men­cie dom za­czął wzdy­chać i skrzy­pieć z roz­ko­szy. Pan dzie­dzic za­wsze pa­lił w tym pie­cu. Sia­dał tam sam, we fla­ne­lo­wej pi­ża­mie, nie­bacz­ny na cie­kaw­skie spoj­rze­nia służ­by. Przy­no­sił ze sobą faj­kę, książ­kę i kie­li­szek bran­dy. Ka­ro­lo­wi ten ob­ra­zek sta­nął żyw­cem przed ocza­mi. W jego wi­zji dzie­dzic miał rude wło­sy i oczy w kształ­cie mig­da­łów. Tyl­ko był dość sta­ry, koło pięć­dzie­siąt­ki, wiek zdą­żył już nie­co za­ostrzyć mu rysy.

Ro­zej­rzał się po sa­lo­nie. Blask prze­ma­lo­wy­wał ścia­ny na ich daw­ne bar­wy, dym oka­dzał po­miesz­cze­nie, wy­gry­za­jąc za­pach potu. Dom od­ży­wał.

„Ju­tro wy­bu­rzę te cho­ler­ne ścian­ki dzia­ło­we” – obie­cał w my­ślach Ka­rol.

Tym­cza­sem inny po­mysł za­lągł mu się pod czu­pry­ną. Tak jak z po­cząt­ku chciał za­cho­wać cie­nie obec­no­ści daw­nych lo­ka­to­rów, tak te­raz za­pra­gnął się ich po­zbyć, wy­pa­lić ze szczę­tem. Za­czął zno­sić wszyst­kie pa­pie­ry, me­ble, sta­re ciu­chy i inne pal­ne przed­mio­ty, któ­re po­zo­sta­wi­li po so­bie po­przed­ni miesz­kań­cy. W mia­rę po­trze­by roz­ry­wał je lub roz­bi­jał, a po­tem wrzu­cał w pło­mie­nie, któ­re ro­sły co­raz śmie­lej. Dymu na­ro­bi­ło się od tego co nie­mia­ra, więc mu­siał po­otwie­rać okna, ale to mu nie prze­szka­dza­ło. Tym bar­dziej że po go­dzi­nie czy dwóch deszcz ustał, a wie­trze­nie i tak było ko­niecz­ne.

W swym nisz­czy­ciel­skim dzie­le za­tra­cił się zu­peł­nie. Żeby nie prze­grze­wać jed­ne­go ko­min­ka, oczy­ścił dwa po­zo­sta­łe i w nich tak­że na­pa­lił. Do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem, gdy wrzu­cał ostat­nie sta­re pie­lu­chy do pie­ca, za­trzy­mał się na chwi­lę. Przy­szło mu do gło­wy, że oto spa­lił czy­jeś ży­cie. Cięż­kie, peł­ne pra­cy, bied­ne. Ży­cie kil­ku po­ko­leń. Ale czy ci lu­dzie na­praw­dę za­słu­gi­wa­li na jego współ­czu­cie?

Po­pa­trzył na ob­raz. W twa­rzy mło­dzień­ca do­strzegł tę samą od­ra­zę, któ­rą sam w głę­bi du­szy od­czu­wał. Tu nie cho­dzi­ło o do­bro czy zło. Bie­da, po­dob­nie zresz­tą jak bo­gac­two, ni­ko­go nie uszla­chet­nia. Tu cho­dzi­ło o to, że każ­dy ma swo­je miej­sce, a oni wdar­li się (lub zo­sta­li we­pchnię­ci) w miej­sce, któ­re nie dla nich było prze­zna­czo­ne.

Bez dal­sze­go za­sta­no­wie­nia spa­lił ostat­nie śla­dy po byt­no­ści ob­cych. To, cze­go nie mógł wrzu­cić do ko­min­ka, już wcze­śniej za­pa­ko­wał w wiel­kie fo­lio­we wor­ki i wy­niósł na po­dwór­ko. Wy­ro­ku unik­nę­ło tyl­ko kil­ka przed­mio­tów, któ­re mo­gły się kie­dyś przy­dać: nie­zła ło­pa­ta, zma­sa­kro­wa­na, ale moż­li­wa do od­re­stau­ro­wa­nia, przed­wo­jen­na ko­mód­ka, wiel­ka skrzy­nia z de­sek, pół skrzyn­ki za­po­mnia­nych gwoź­dzi. To wszyst­ko wy­wę­dro­wa­ło do obo­ry.

Te­raz dom był pu­sty. Te­raz Ka­rol był u sie­bie.

„Jesz­cze tyl­ko te ścian­ki” – po­my­ślał sen­nie, sia­da­jąc na krze­śle. Chęt­nie po­czy­tał­by książ­kę, ale oczy mu się kle­iły. Nie chciał jed­nak opusz­czać sa­lo­nu. Do­brze mu było w po­bli­żu cie­płe­go ko­min­ka i w to­wa­rzy­stwie ob­ra­zu. Przy­cią­gnął so­bie za­tem ma­te­rac i tam się po­ło­żył. Usnął bły­ska­wicz­nie, lecz przez całą noc mę­czy­ły go dziw­ne sny.

Wy­da­wa­ło mu się, że w domu kry­je się prze­ra­żo­na mała dziew­czyn­ka. Ucie­ka­ła przed nim. Sły­szał wy­raź­nie jej kro­ki i przy­spie­szo­ny od­dech, od cza­su do cza­su po­chwy­cił wzro­kiem rą­bek su­kien­ki, gdy mała wbie­ga­ła do któ­re­goś z po­miesz­czeń. Nie spie­szył się. Prze­cież nie mia­ła jak wyjść. Nie wie­dział za bar­dzo, po co za nią cho­dzi, lecz w jego my­ślach za­lę­gła się nie­na­tu­ral­nie bez­na­mięt­na świa­do­mość, że za­mie­rza zro­bić jej coś bar­dzo, bar­dzo złe­go.

W któ­rymś mo­men­cie dziew­czyn­ka wbie­gła do sa­lo­nu z ko­min­kiem i ob­ra­zem. Wszedł tam za nią i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że ktoś śpi na jego ma­te­ra­cu. Po­pa­trzył na ścia­nę. Ob­raz był pu­sty.

W tym mo­men­cie Ka­rol się obu­dził. Gło­wa i mię­śnie bo­la­ły z prze­mę­cze­nia, a kosz­mar wy­trą­cił go z rów­no­wa­gi. Do­szedł do sie­bie do­pie­ro po zje­dze­niu słod­kiej buł­ki, wy­pi­ciu wiel­kie­go kub­ka kawy i prze­łknię­ciu trzech ibu­pro­mów. Umył się, na ile mógł w prze­ra­ża­ją­co brud­nej ła­zien­ce, a po­tem wy­szedł na po­dwór­ko. Po­ra­nek był mgli­sty, lecz do­syć cie­pły. Wy­glą­da­ło na to, że po po­łu­dniu może się wy­po­go­dzić.

Ka­rol po­wiódł kry­tycz­nym wzro­kiem po pu­stym pla­cu za do­mem i za­bu­do­wa­niach go­spo­dar­czych. „Po­trze­ba mi in­fra­struk­tu­ry” – po­my­ślał. Gdy­by tym­cza­so­wo uszczel­nił dach obo­ry papą, mógł­by tam zro­bić skła­dzik na ma­te­ria­ły. Przy­szło mu też do gło­wy, żeby wy­na­jąć albo na­wet ku­pić wóz kem­pin­go­wy. Ła­zien­kę cze­ka­ła szyb­ka de­kon­struk­cja. Wy­mia­na ka­na­li­za­cji sta­ła dość wy­so­ko na li­ście prio­ry­te­tów: za­raz po na­pra­wie da­chu, osu­sze­niu piw­nic i wy­mia­nie in­sta­la­cji elek­trycz­nej. Ła­zien­ka tu­ry­stycz­na by­ła­by jak zna­lazł, a poza tym w pa­kie­cie do­stał­by jesz­cze ku­chen­kę. Nie mógł się wiecz­nie sto­ło­wać po knaj­pach.

Wró­cił do domu. Przy ko­lej­nej ka­wie wziął się za prze­glą­da­nie szcze­gó­ło­we­go pro­jek­tu re­no­wa­cji (uwzględ­nia­ją­ce­go do­kład­ny spis ma­te­ria­łów), któ­ry przy­go­to­wał dla nie­go wy­spe­cja­li­zo­wa­ny ar­chi­tekt. Trze­ba było wresz­cie wziąć się za to na po­waż­nie. Całe szczę­ście bu­dy­nek znaj­do­wał się tyl­ko w ewi­den­cji, a nie re­je­strze za­byt­ków, więc przy­naj­mniej nie było ko­niecz­ne uże­ra­nie się z kon­ser­wa­to­rem.

Przy­niósł so­bie lap­top. Z po­mo­cą wuj­ka Go­ogle’a za­czął wy­ko­ny­wać ko­lej­ne te­le­fo­ny. Jesz­cze tego sa­me­go dnia uda­ło mu się za­mó­wić fa­ce­ta od wy­wo­że­nia śmie­ci i zło­mu, któ­re­mu poza zgro­ma­dzo­ny­mi na po­dwór­ku wo­ra­mi wci­snął też sta­rą ku­chen­kę, dwie pral­ki, pół­to­rej lo­dów­ki i tro­chę in­nych, mniej lub bar­dziej spraw­nych, ar­ty­ku­łów go­spo­dar­stwa do­mo­we­go. Na­stęp­ne­go dnia mie­li się zja­wić lu­dzie od osu­sza­nia. Na od­po­wied­nią licz­bę da­chó­wek mu­siał tro­chę po­cze­kać, ale prze­wo­dy, pusz­ki, gniazd­ka, ko­lan­ka, rury, a tak­że znacz­ne ilo­ści papy mógł do­stać od ręki. Do go­dzi­ny pięt­na­stej zwiózł wszyst­kie te rze­czy i zło­żył je w uprząt­nię­tej obo­rze. A że po­go­da fak­tycz­nie nie­co się po­pra­wi­ła, na­tych­miast za­brał się za uszczel­nia­nie da­chu tym­cza­so­we­go skła­dzi­ku. Do wie­czo­ra ska­to­wał się nie­ludz­ko, ale był za­do­wo­lo­ny, bo jego pra­ca przy­nio­sła wi­docz­ne efek­ty.

Przed snem po­zwo­lił so­bie na wy­pi­cie piwa w to­wa­rzy­stwie mło­dzień­ca z ob­ra­zu. Tej nocy nie drę­czy­ły go kosz­ma­ry, acz­kol­wiek śni­ło mu się, że zgu­bił się w nie­skoń­cze­nie wiel­kiej ga­le­rii sztu­ki. Ścia­ny były tam za­wie­szo­ne por­tre­ta­mi, a wszy­scy uwiecz­nie­ni na nich męż­czyź­ni pa­trzy­li na nie­go tymi sa­my­mi ocza­mi w kształ­cie mig­da­łów.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Powrót królów Malowidło Peterkin & Brokk: Księga Czterech Ścieżka wśród fal Szaleństwo przychodzi nocą Ciemna strona księżyca 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione