Harda

Harda

Autorzy: Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 600

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 26.94 zł

Mężczyzna, którego kocha. Ogień, który rozpala. Królestwa, którymi włada.

Świętosława od dziecka była harda. Od najmłodszych lat, wraz z bratem Bolesławem Chrobrym, uczyła się niuansów politycznej gry. Miała stać się pionkiem w układzie sojuszy swego ojca, księcia Mieszka. Jej ambicje sięgały znacznie dalej. Chciała zostać królową.

Los okazał się nieprzewidywalny. W drodze na dwór męża spotkała kogoś, kto zawładnął jej sercem. Czy jest w stanie spełnić swe ambicje i kochać? Stawka jest wysoka – przyjaciele zmieniają się we wrogów, miłość w nienawiść. Sakrament w klątwę.

Harda to opowieść o kobiecie niezwykłej, której losy nierozerwalnie wplatają się w dzieje Polski, Szwecji, Danii, Norwegii i Anglii. Namiętności, walka o tron, krwawe bitwy oraz zniewalające historie to królestwo, po którym Elżbieta Cherezińska porusza się z lekkością i drapieżnością sokoła.

„Porywająca powieść o początkach naszego państwa i wielkości jego pierwszych władców: Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Ale przede wszystkim o fascynującej córce pierwszego i siostrze drugiego – Świętosławie. Nareszcie ta – pod każdym względem nadzwyczajna – kobieta, piastowska księżniczka i skandynawska królowa, znalazła godne miejsce w literaturze polskiej. Wraz z wieloma swoimi krewniaczkami, o których historia, jeśli cokolwiek mówi, to jedynie w przypisach.

Harda każe nam spojrzeć zupełnie inaczej na wydarzenia rozgrywające się 1050 lat temu w naszej części chrystianizującej się Europy. I pojąć prawdziwy sens tak często powtarzanych słów: »Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem«.

Zanurzmy się w tamtym świecie, w którym wszystko wydaje się bardziej prawdziwe, wyraziste, z samej swojej natury wielkie. I polityka, i wojna, i miłość.

Harda – najlepsza książka Elżbiety Cherezińskiej”.

Krzysztof Masłoń, „Do Rzeczy"

„Z filmu Seksmisja wiemy, że Kopernik była kobietą. A w XXI wieku okazało się, że Sienkiewicz też jest kobietą. W tym wcieleniu nazywa się Elżbieta Cherezińska. Potrafi opowiadać równie pasjonująco jak autor Trylogii, tyle że na głównych bohaterów wybiera mocne kobiety. Tak jak w Hardej, gdzie cała historia kręci się wokół Świętosławy, córki Mieszka I. A kręci się w takim tempie, że można dostać zawrotu głowy”.

Mariusz Cieślik, „Wprost”

„Połączyć znane i nieznane fakty z przeszłości, nadać im nowy sens i opisać je niczym najlepsze sensacyjne powieści – to sztuka, która udaje się nielicznym. Opowieść Elżbiety Cherezińskiej mówi o naszym początku, o chrzcie, o Chrobrym i o zapomnianej Świętosławie. Zapomnianej? To przeczytajcie Hardą! Sławna królowa Szwecji, Danii i Norwegii, matka króla Anglii. Mało? Autorka nie tylko odkrywa słabo znane fakty z historii Polski, ona je pisze na nowo. I co ciekawe, te jej opowieści brzmią o wiele bardziej przekonująco. Choć znam historię Świętosławy, to z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg opowieści Cherezińskiej”.

Bogusław Chrabota, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”

Elżbieta Cherezińska

Harda

ISBN: 978-83-65521-19-4

Copyright © Elżbieta Cherezińska, 2016

All rights reserved

PROJEKT OKŁADKI: Tobiasz Zysk

REDAKCJA: Bogusław Jusiak

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Książę leśnych polan

Część I

Część II

Część III

Od autorki

Korony Rody Królestwa

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Wszystkim bezimiennym, zapomnianym księżniczkom piastowskim

Mniszkom, żonom, matkom, władczyniom, o których historia milczy

Dziewczynom oznaczonym w biogramach dynastii smutnym N.N.

Książę leśnych polan

MIESZKO z jastrzębiem na ramieniu jechał konno na zachód, wprost w krwistą poświatę rozpalonego nieba. Słońce zaszło płomienną łuną. Krzyknęły ostatnie ptaki wracające do gniazd. Nad podmokłymi łąkami po obu stronach traktu zaczęły unosić się chłodne, siniejące pasma mgły. Gdy przez nie przejeżdżał, na kolanach i udach czuł wilgotny chłód. Po dłuższej chwili czerwień nieba się rozpłynęła, ustępując miejsca fioletowym, a potem granatowym barwom. Ponaglił konia. Zbliżał się szary zmierzch. Po chwili na drodze pojawiła się chmara jeleni prowadzona przez starą łanię. Szły na żer. Wstrzymał konia, przepuszczając je. Gdy przeszły, chciał ruszyć dalej, ale wierzchowiec cofnął się, parsknął, rzucił łbem i zastrzygł uszami. Bał się. Jastrząb siedzący na ramieniu Mieszka przestąpił z nogi na nogę. Na trakt wyskoczyła wataha wilków, szybka niczym dziewięć strzał. Trzy potężne samce już się rozdzielały, by osaczyć stado jeleni. Za nimi susami podążały samice. Mógł zdjąć z pleców łuk, ustrzelić je, wtargnąć w bieg zdarzeń, ale po co? Silniejszy musi wygrać, doświadczył tego aż do bólu. Jelenie i wilki zniknęły w wilgotnym mroku łąki, koń ruszył przed siebie. Nad majaczącym z boku łęgowym lasem wschodził księżyc. Rozmazany mgłą krąg tuż przed pełnią. Mieszko odruchowo zdjął kaptur z głowy i pokłonił się. Spiął konia, miał mało czasu. Nim zapadł mrok, usłyszał ujadanie psów. Gród był blisko. Prowadziło go chłodne światło Księcia Nocy.

Jastrząb siedzący na ramieniu Mieszka przeszedł po twardej skórze rękawicy na drzewce wypalonej pochodni. Poruszył skrzydłami, by je ułożyć. Nie zaskrzeczał.

Urdis stała nago zwrócona twarzą do paleniska. Robiła to często, jakby chciała przyjąć w siebie ciepło płomieni. Dotknął jej pleców. Drgnęła, ale się nie odwróciła. Uniosła ramiona i wyjęła z włosów szpilę. Ciężkie sznury warkoczy leniwie zsunęły się z głowy na plecy. Wsunęła w nie palce i niespiesznym, bezwiednym ruchem zaczęła je rozplatać. Stał za nią i oddychał coraz szybciej. Syknęła i szarpnęła włosy. Chwycił ją za dłoń i przytrzymał. Srebrna spirala jej pierścienia wplątała się w kosmyk włosów. Przybliżył się o krok.

— Muszę zdjąć ci pierścień — szepnął jej do ucha. W nozdrzach poczuł woń jej włosów.

— Nic więcej na sobie nie mam — odpowiedziała, odchylając głowę w tył i opierając na jego piersi.

Pasmo po paśmie wyplątywał włosy z klejnotu, który założył jej na palec kilka lat wcześniej. Kiedy skończył, Urdis się odwróciła, przekładając długie pasma włosów z pleców na piersi. Gdzieś niedaleko, za grubą ścianą dworzyska rozszczekały się psy. W oddali wyciem odpowiedziały im wilki.

— Zdejmiesz żelastwo? — zapytała, poruszając nosem. — Nie jestem córką kowala, żeby cię rozkuwać.

Mówiła to za każdym razem i zawsze rozśmieszało go tak samo. Zrzucił kolczugę, która opadła na ziemię z metalicznym chrzęstem. Zdjął skórzany kaftan. Koszulę. Zastygł na chwilę, napawając się ciepłem płomieni na gołej skórze. Wzruszyła ramionami i poszła do łoża. Niedźwiedzia skóra tłumiła jej kroki.

— Pospiesz się — usłyszał po chwili. — Zawsze muszę na ciebie czekać.

— To już ostatni raz — powiedział, patrząc jak kropla żywicy z sykiem skacze po płonącym polanie. — Obiecuję.

— Nie obiecuj mi nic, czego nie możesz spełnić tej nocy — szepnęła, wyciągając po niego ręce.

Wpadł pomiędzy jej ramiona wprost na miękkie łąki piersi, wdychając woń włosów jak wonnych szuwarów. Zamruczała, zagarniając go na siebie. Zatrzymał się na popas jednego pocałunku, a potem uciekł przez mszyste siedlisko brzucha w dół, na podmokłe łąki. Trzymał jej biodra w dłoniach, przechylał jak misę.

— Zanurz się — jęknęła — proszę…

— Potem — szepnął. — Jeszcze nie teraz. Jechałem z daleka i jestem spragniony. Napój mnie…

Brał każde z jej poruszeń; wyłuskiwał jak okrągłe jądro orzecha z twardej, rozchylonej skorupy. Rozgniatał językiem, aż pękła, wyrzucając w górę biodra z przeciągłym jękiem.

— Gdzieś ty był? — wyszeptała, z trudem łapiąc oddech.

— Na mokradłach — odpowiedział, ocierając spiczastą, ciemną brodę.

— Chodź, chodź, osuszę cię. — Zarzuciła mu ramiona na szyję i przylgnęła do niego całym ciałem.

Oddychali głęboko, równo jak pływacy, którzy płynęli ramię w ramię. Na bramie grodowej zabrzmiał niski, podwójny dźwięk rogu. Jastrząb zaskrzeczał, jakby chciał powtórzyć dźwięk.

— Muszę… — Drgnął.

— Nie. — Oplotła go palcami jak wąskolistnym pnączem. — Ty nic nie musisz. Ty możesz wszystko, mój książę.

Zaśmiał się nerwowo i wyswobodził z jej ramion. Usiadł, odgarniając spadające na twarz włosy. Przeczesał palcami sztywną brodę.

— Mam mało czasu — powiedział twardo. — Muszę wyruszyć przed świtem.

Usłyszał ostre brzmienie swego głosu. Jestem głupcem — pomyślał i odwrócił się do niej. Leżała z ramionami pod głową. Ciemne plamy sutków zdobiły jej nagość, wypukłe jak brosze.

— Wybacz — powiedział, choć czuł, że to słowo brzmi głucho.

Podniosła się z posłania i osłoniła piersi ramionami. Włosy rozlały jej się po plecach jak strugi żywicy.

— Wybacz? — powtórzyła po nim cicho. — Nie mówisz do dziecka, ale do kobiety. Od dawna wiem, że jestem tylko przystankiem na twej drodze, popasem na leśnej polanie…

— Nie mów tak. Urdis, jesteś najmądrzejszą z moich żon. — Odwrócił się, by ją pogładzić po nagim kolanie.

— Myślisz, że mi z tym łatwiej? — Jej niebieskie oczy lśniły pomiędzy pasmami włosów.

— Widzisz przyszłość jak wieszczka. — Popatrzył na nią czule.

— Widzę, ale to nie znaczy, że ją rozumiem. — Smutno potrząsnęła głową. — Gdy wysyłałam cię na dwór margrabiego Gerona, wiedziałam, że przywieziesz stamtąd broń, która osłoni cię przed Sasami i Wieletami, ale nie miałam pojęcia, co nią będzie. Podaj płaszcz, zimno mi.

Mieszko wstał i przyniósł jej okrycie. Siadł przy Urdis ciężko.

Tak, była jego ukochaną żoną, choć miał piękniejsze od niej. Wszemiłę ze złotymi, wijącymi się włosami; Ludmiłę o pełnych, idealnie okrągłych piersiach; wysoką Mojmirę o smukłych udach, które nigdy mu się nie znudziły; Żywię, ach, wesołą Żywię z dołkami w policzkach; Lesławkę, która tańcem bioder rozpraszała wszystkie jego smutki; Gunn, północną, jasnowłosą piękność, którą wykupił z niewoli. No i ją, Urdis — wieszczkę o włosach w kolorze żywicy. Jej matką była kobieta z Gotlandii, ojcem wielki Dalwin, żeglarz i kupiec z bogatego Wolina. Prawda, to Urdis powiedziała: „Jedź do Gerona. Na jego dworze znajdziesz to, czym go pokonasz”.

W tamtym czasie był jak zraniony pies. Margrabia Gero zmiażdżył go dwukrotnie, raz osobiście stanąwszy na czele saskich wojsk, za drugim razem nasyłając na niego grafa Wichmana z wieleckimi posiłkami. Mieszko w tych wojnach stracił najstarszego brata, Dobroniega, setki wojów i ludzi uprowadzonych w niewolę. I twarz. To najgorsze. Po dwukrotnej przegranej wiec mógł mu odebrać przywództwo. Na co komu młody, nieopierzony książę, który nie daje zwycięstwa? Pojechał do Gerona, jak radziła Urdis. Zresztą jaki miał wybór? Dwa razy zmiażdżony na polu bitwy musiał się układać. Zwycięzca przyjął go z pogardą, jaką okazuje się pokonanym. Tak, wielki Gero był w tym czasie pierwszym z panów Rzeszy. Wyniesionym nawet ponad cesarskiego brata. Oprowadził go po swej siedzibie, pokazał ponurą salę, gdzie przed dwudziestu laty sprosił na ucztę trzydziestu słowiańskich wodzów i otruł przy własnym stole. Chełpił się tym, jak przechytrzył kapłanów Świętowita z Arkony. „Ach, te wasze pogańskie bałwany! Cóż mi one?”. — Śmiał się, pokazując pożółkłe, krzywe zęby, aż ślina ciekła mu po gładko wygolonej brodzie. A młody Mieszko zaciskał szczęki, myśląc, jakim potworem jest Bóg, którego na ziemi reprezentuje tak podły, zdradziecki człowiek. By kupić sobie czas potrzebny do przygotowania obrony i by uchronić się przed kolejnym najazdem zakutych w stal wojowników Gerona lub dzikich i wściekłych Wieletów Wichmana, zgodził się płacić trybut z ziem lubuskich po drugiej, podległej marchii stronie Odry. Przełknął tę gościnę jak odwar z piołunu. A w dniu wyjazdu zobaczył irlandzkiego mnicha. Szczupłego człowieka w szarej, czystej sukni i płaszczu z kapturem. Ich spojrzenia się skrzyżowały i Jordan wyruszył z Mieszkiem. W drodze mieli dość czasu, by rozmawiać.

— Co robiłeś na dworze Gerona? — spytał Jordana Mieszko.

— Szukałem pomocy dla mego ludu — odpowiedział mnich.

To tak jak ja — ponuro skonstatował książę.

— Przybyłem z Irlandii nękanej najazdami wikingów. Naiwnie sądziłem, że wielkie chrześcijańskie cesarstwo zechce wesprzeć nas zbrojnie przeciw napadom barbarzyńców z Północy.

— I co? — drwiąco zapytał Mieszko. — Zobaczyłeś, że święte cesarstwo nie różni się wiele od pogańskich plemion, z którymi walczy?

— Zobaczyłem wiele rzeczy, które nie mieściły mi się w głowie, książę. Margrabiego Gerona, co fałszywie krzewił chrześcijaństwo. Zdrady i sprzeniewierzenia popełniane ze świętym imieniem Chrystusa na ustach. Poznałem grafa Wichmana, banitę i awanturnika, który porzucił wiarę i szlachetny ród, z jakiego się wywodził, by stać się najemnym przywódcą straszliwych Wieletów.

— Wichman zabił mi najstarszego brata — powiedział Mieszko.

— A ja jestem najstarszym synem irlandzkiego króla z Dal Cais. Zostawiłem księstwo młodszemu, Monthgraminowi, i najmłodszemu, Brianowi.

Przeprawili się przez Odrę pod osłoną drużynników Mieszka i dalej podążali już przez jego kraj. Leśnym traktem przez nadodrzańskie bory.

— Dobrowolnie zrzekłeś się praw do tronu? — Książę podjął rozmowę, ciekawie zerkając na mnicha.

— Odzyskałem wzrok — tajemniczo odpowiedział Jordan.

— Jaśniej?

— Tak, zrobiło się jaśniej. — Mnich się zaśmiał. — Urodziłem się ślepy. Rodzice zawieźli mnie do Slane, klasztoru założonego przez świętego Patryka na wzgórzu, gdzie ongiś Celtowie spotykali się przy świętym źródle. Mnisi wykąpali mnie w jego wodach i odzyskałem wzrok.

— Czary?

— Łaska Chrystusa — poważnie odrzekł Jordan i dodał: — Prawdziwa łaska, a nie te potworności, które wyprawia margrabia Gero. Doświadczywszy cudu w dzieciństwie, od początku ciągnąłem do Boga. Wstąpiłem do klasztoru przy świętym źródle i tam doznałem wielu dobrodziejstw od świętego Dagoberta. Na Boga! Cóż to? — Jordan przerwał opowieść, uniósł się w strzemionach i wskazał na wielki pas wyciętego boru, który wyglądał jak przerębel wyrąbany siekierą w jeziorze.

— Z dębów, które tu rosły, mój dziad i ojciec pobudowali grody. Zobaczysz je, Jordanie.

— Aż tyle wycięto? — Kapłan nie mógł uwierzyć. — Grody muszą być ogromne…

— Grody nie są aż tak wielkie, jak się zdaje, ale wały owszem. Moi przodkowie bronili się przed dzikimi atakami Wieletów.

— Niekończące się polany… — Jordan się przeżegnał.

— Raczej poręby — powiedział Mieszko.

— Jesteś księciem nieprzebytych borów i leśnych polan — z szacunkiem odrzekł kapłan.

— Powiedz mi, co było dalej, gdy zostałeś w klasztorze przy świętym źródle.

— Modliłem się do Dagoberta o radę, co czynić, gdy kolejne najazdy wikingów rozbijały mój kraj.

— Jeśli ten święty wysłał cię do cesarstwa i Gerona po pomoc, to jak widzisz, zadrwił z ciebie — sucho skwitował opowieść Mieszko.

Jechali bok w bok.

— Nie nam oceniać Boże dzieła, książę. We śnie Dagobert nakazał mi tę wędrówkę. Jako królewski potomek sądziłem, że idę po pomoc dla księstwa, ale być może prawdziwym celem było co innego?

Spojrzeli sobie w oczy po raz drugi.

„Jedź do Gerona. Na jego dworze znajdziesz to, czym go pokonasz”.

— Mieszko? — Urdis dotknęła jego ramienia i natychmiast otrząsnął się ze wspomnień. — Mieszko, co teraz będzie?

Odwrócił się ku niej. Wpatrywał w oczy, które widziały przyszłość, w usta, które o niej mówiły.

— Przecież wiesz, Urdis — powiedział smutno, dotykając jej twarzy. — Widziałaś to…

Nie chciał jej niczym urazić, nie teraz, nie w tej ostatniej chwili. Nade wszystko pragnął zapamiętać jej spojrzenie, woń, wilgoć, ciepło, wszystko, co przez kilka lat ich łączyło. Chciał zostać z tymi dobrymi wspomnieniami jak ze smakiem słonego miodu na czubku języka. Z jej smakiem.

— Czy teraz, jak to się już dopełni, będziesz palił takie jak ja? — spytała, ważąc każde słowo.

— Nie mów tak — żachnął się i dodał po chwili: — Urdis, nie odrzucaj mojej propozycji. Ochrzcij się, proszę.

— Ty masz swoje życie, a ja swoje — odrzekła, kręcąc głową. — I odtąd to będą życia osobne, sam wiesz. Nie naciskaj… Ja muszę pogodzić się z twoim wyborem, więc ty…

— Do końca swych dni będziesz pod moją opieką — powiedział i wychodząc, pocałował ją w czoło.

Z resztą żon poszło mu znacznie gorzej, a chciał osobiście od nich odebrać swoje pierścienie. Każda mieszkała w innym krańcu księstwa, bo wszystkie prócz Gunn, wykupionej z niewoli, pieczętowały sojusz ze swym rodem. Wszemiłę i graniczny Santok zostawił sobie na koniec, wiedząc, że z nią mogą być największe kłopoty.

— Wybacz? — powtórzyła wściekle, a jej złote, wijące się włosy zalśniły, jakby na głowie Wszemiły poruszyło się gniazdo żmij. — Spodziewałam się czegoś więcej!

— Nie mogę już dać ci niczego — powiedział, ważąc słowa.

— Po co ci to było? — żachnęła się z wyrzutem i roześmiała szyderczo. — Jedna żona, jeden bóg? A mogłeś mieć nas wszystkie!… Jesteś głupcem, Mieszko! Robisz coś potwornie, dziwacznie głupiego, nieludzkiego…

Zmrużył oczy.

— Skąd wiesz?

Potrząsnęła włosami.

— O czeskiej żonie? Od Ludmiły. Zawsze jesteś najpierw u niej, potem u mnie.

Zaśmiał się. Nie docenił swych kobiet.

— Jak ona ma na imię? — prowokująco zapytała Wszemiła. — No jak?

— Dobrawa.

— Dobrawa — powtórzyła i rozległ się jej zły, mściwy śmiech. — Tylko dobrawa, nie „najlepsza” albo „najpiękniejsza”. Dobrawa, nic więcej.

Przełknął to. Wszemiła nie ma o niczym pojęcia, jeśli liczy wartość czeskiej żony jej urodą.

— Gdzie słyszałaś o chrzcie? — zapytał.

— Ojciec mi powiedział.

— Przestań! — zganił ją. — Twój ojciec nie żyje. Sam kładłem pochodnię pod stos. Jego kopiec stoi za grodem!

Wszebór był głową nadnoteckiego rodu. Mieszko przy dźwięku piszczałek i rogów wziął ją, jego córkę Wszemiłę, za żonę na znak sojuszu, po tym jak Wszebór poddał mu swych ludzi i ziemię.

— No i co z tego? — żachnęła się Wszemiła. — Umarli mówią, jeśli chce się ich słuchać. Powinieneś coś o tym wiedzieć, skoro chcesz teraz czcić umarłego boga…

— Nie mów o rzeczach, których nie rozumiesz — przerwał jej gniewnie. Jordan dokładnie wyjaśnił mu związek między śmiercią na krzyżu a zmartwychwstaniem.

Zaśmiała się, wyginając palce.

— Dałeś się nabrać. Powtarzam plotki. Ludzie gadają…

Mógł się domyślić.

— Twój stryj wie? — zapytał, mając na myśli najstarszego z braci jej ojca, kapłana w nadwarciańskiej kącinie.

— Dalbor? Nie mam pojęcia. — Wzruszyła ramionami. — Nie biegam do kąciny, odkąd nie jestem dziewicą. Czyli od dnia, gdy poznałam ciebie, mój miły.

— Jadę do niego. Czas już na mnie. — Popatrzył na Wszemiłę.

Uniosła podbródek wyzywająco.

— I co? Jak mnie zapamiętasz, książę?

— Właśnie tak — odpowiedział, patrząc na jej jasne, wijące się włosy. — Moja pani z podmokłych łąk.

Złamała się i pozwoliła, by zobaczył w jej oczach rozpacz. Przyjął ją, choć wolał zapamiętać rozkosz. Wstał z łoża, zbierał rzeczy i ubierał się szybko. Przyklęknął, wciągając buty, i zerknął na nią ukradkiem. Siedziała nieporuszona, smukła jak czapla na mokradłach.

— Do zobaczenia, Mieszko! — powiedziała prowokująco.

— Żegnaj, Wszemiło. — Odwrócił się i ruszył do drzwi. Zrobił krok i uchylił się gwałtownie. Szpila do włosów, którą rzuciła za nim, wbiła się w mech uszczelniający belki ścian.

— Byłabyś świetną oszczepniczką — powiedział. — Trafiasz w punkt.

— Znam wszystkie twoje czułe punkty! — żachnęła się gniewnie.

— Tak jak ja twoje, Wszemiło — powiedział, uniósł dłoń i otworzył, pokazując, że zdjął jej z palca swój pierścień.

— Zostaw, to moje! — syknęła za nim wściekle.

— Już nie. — Pokręcił głową i gwizdnął cicho.

Jastrząb odbił się od belki i wylądował na ramieniu księcia.

— Niech cię bagno pochłonie! — pożegnała go była żona. Ostatnia z siedmiu.

— Kto wie? — powiedział, zamykając za sobą drzwi.

Santok, gród, w którym mieszkała, był ostatnim przyczółkiem kraju Mieszka na zachodzie.

Leżał na podmokłych terenach w widłach Noteci i Warty, strzeżony przed najazdami Wieletów korytami obu rzek jak niemowlę objęciami matki.

Do kąciny na wyspie szło się groblą usypaną między połaciami bulgoczących bagien.

— Zostańcie, strzeżcie grobli! — rozkazał drużynie, która jechała za nim. — Wrócę przed świtem.

Zsiadł z konia i ruszył przed siebie bez pochodni. Księżyc wzeszedł i znaczył drogę sinym światłem pełni. Było cicho, tak cicho, że słyszał swe kroki odbite w mokrej ziemi. Gdzieś w oddali, za pasmem bagiennej łąki wznosiły się lasy łęgowe, bogate w olchy, jesiony, wiązy, wierzby o długich bezlistnych witkach i dęby szeleszczące resztką zeszłorocznych liści. Wreszcie stanął na twardym gruncie wyspy.

— Książę pan! — Słudzy świątyni poznali go i powitali, klękając na jedno kolano.

— Odeślij ich, Dalborze! — rozkazał. — Będziemy mówić sam na sam.

Kapłan skinął dłonią i jego ludzie odeszli drugą, węższą z grobli. Mieszko podszedł do płonącego ogniska.

— Noce są jeszcze chłodne. — Dalbor wyciągnął długie nogi i oparł o kamienną osłonę paleniska.

Siedzieli na zewnątrz, przed chałupą kapłana. W kręgu potężnych drzew, z których jedne były wyłącznie dziełem natury, a drugie powstały przy udziale człowieka. Z daleka wyglądały tak samo; dopiero z bliska widać było, iż co drugie albo co trzecie ma w pniu wyrzeźbioną twarz boga.

Wschodzący księżyc wyglądał zza pni płaską srebrną tarczą, a jego światło nicowało pasma wiszącej między drzewami mgły.

Jastrząb odbił się z ramienia Mieszka i znalazł sobie miejsce na grubym konarze ponad ich głowami.

— Dawno do mnie nie zachodziłeś, książę. — Starzec pogrzebał kosturem w ognisku. Jego długie, siwe włosy układały się na plecach w pasma lśniące odbitym księżycowym blaskiem. — Ludzie gadają, że chcesz przyjąć chrzest. Ale to bzdura, prawda? — Potrząsnął włosami i hardo uniósł głowę. — Woda chrztu nigdy nie obmyje mej kąciny! Nie pozwolę na to! I inni też!

— Wiesz, co się dzieje — ponuro odpowiedział Mieszko. — Czuję oddech Wieletów na karku.

— To żadna nowość. Odkąd pamiętam, pchają się na nasze ziemie.

— Ale dopiero pod wodzą banity, grafa Wichmana, stali się śmiertelnie groźni! Jestem w kleszczach, które zaciskają Sasi i Wieleci.

Kapłan poruszył ramionami i powiedział kpiąco:

— I co? Jordan cię obroni? Ten przybłęda?

— Nie lekceważ go — syknął Mieszko ostrzegawczo. — Czy wiesz, że pół roku po tym, jak Jordan przyłączył się do mnie, wielki margrabia Gero odszedł ze świata żywych?

— Stary był — wszystkowiedzącym głosem oznajmił Dalbor.

Jak ty — mógł odpowiedzieć Mieszko, ale zaniechał. Co Dalbor zrozumiałby ze śmierci Gerona, skoro i jemu trudno to pojąć? Ledwie wyjechali z jego dworu z Jordanem, gdy margrabia, chwilę wcześniej tak pyszny i pełen pogardy, doznał objawienia i po pielgrzymce do Rzymu i pokajaniu się przed tronem Piotrowym wybudował klasztor, w którym zakończył żywot. To był dla Mieszka pierwszy z dowodów na to, że spotkanie z Jordanem mogło stać się przełomem życia.

— Wieleci, Sasi… — mówił monotonnie Dalbor. — Pchają się na nasze ziemie, ale zatrzyma ich rzeka. Co byśmy zrobili, gdyby nie Odra!

Mieszko chciał mu przerwać, poprawiając go: „gdyby nie ona”, jego nowa, jedyna, czeska żona, ale nie powiedział nic, pozwalając kapłanowi się wygadać.

— Rzeka ma wielką moc, woda przenosi te duchy, których nie udźwignie wiatr, których nie tknie ogień… Napijesz się, książę?

— Wody? — Mieszko się skrzywił.

Dalbor się zaśmiał i przeczesał palcami długą, srebrną brodę.

— Miodu. Choć przydałoby się, aby książę obmył się w świętym źródle. Lud potrzebuje przykładu.

— Daj spokój, jest środek nocy, nikogo tu nie ma. Odwiedziłem cię, bo chcę pogadać.

Starzec się dźwignął i ruszył do chałupy po miód. W pół kroku zastygł i odwrócił się do Mieszka.

— Nie ma ludzi, ale to nie znaczy, że jesteśmy sami. Święty gaj kipi życiem o każdej porze.

Książę kiwnął głową w roztargnieniu. Dorzucił do ognia. Iskry strzeliły w górę białym snopem. Jastrząb krzyknął ostrzegawczo. W głębi lasu odpowiedziała mu sowa. „Badajcie duchy, czy są z Boga” — usłyszał w głowie głos Jordana i otrząsnął się. Już tyle tygodni rozmów za nimi. Tyle tajemnic wiary odsłanianych przez irlandzkiego kapłana. O każdą z nich pytał tak długo, aż pojął, co kryje, ale wciąż daleki był od zrozumienia wszystkiego.

— Bogowie lubią ogień — zagadał Dalbor, wracając z dzbanem miodu.

— Skąd wiesz? — spytał Mieszko, biorąc od niego kubek.

— Co? — Starzec nalał im obu.

— Że lubią ogień, że płynąca woda ma większą moc niż martwa?

Jasne oczy Dalbora zwęziły się, patrzył na księcia badawczo.

— Dziwnie pytasz — powiedział, z powrotem siadając na kłodzie.

— Może — przytaknął Mieszko. — Ale powiedz mi, skąd to wiesz?

— Mój dziad był kapłanem, pradziad żercą…

— Oni znali odpowiedź? — natarczywie pytał Mieszko.

Stary kiwnął głową i upił łyk miodu. Skrzywił się, jakby wypił piołun.

— Nie wszystko się mówi ludziom — przyznał po chwili, odstawiając kubek. — Niech uczczą bogów ofiarą z najznakomitszego jeńca, niech spalą śnieg w święto wiosny, natną krąg sera albo bochen chleba, zrobią miejsce dla nieznajomego przy ławie, strzegą się jeziora na przedwiośniu, nie pozwolą dzieciom kręcić się w koło przy palenisku… — Dalbor mówił gorączkowo, kreśląc czubkiem kostura ostre linie na ziemi. — I najważniejsze, niech szanują pamięć przodków. Wtedy zawsze będzie tak, jak było. Tak, jak było.

Jak było — powtórzył Mieszko w myśli, patrząc na linie nakreślone przez Dalbora. Z początku chaotyczny wzór kresek i nakłuć przeobraził się w przyciągający oko wizerunek drzewa o korzeniu równie potężnym jak korona. Starzec przeciągnął czubkiem kostura między gałęziami i Mieszko zobaczył, że z korony drzewa patrzy na niego czyjaś twarz.

— Czasem coś trzeba nazwać, choć w istocie bóg nazwy nie potrzebuje, tylko człowiek. By twój drużynnik wyobraził sobie, że bóg obdarzy go siłą na polu walki, wkładamy w dłoń posągu miecz większy, niż wojownik zdoła udźwignąć.

Mieszko mimowolnie spojrzał na posąg Trzygłowa między drzewami. Gdy opuścił głowę, Dalbor zacierał nogą ślad na ziemi. Zniknęło drzewo z ukrytą wewnątrz gałęzi twarzą.

— Starczy — powiedział kapłan. — Niech wiedzą, jak żyć, co robić, jak składać ofiary. Nie muszą wiedzieć więcej, niż trzeba.

— A gdy umrzesz, kto im powie? Jak ciebie nie będzie…

— I tak będą puszczać wianki na wodę. — Starzec zaśmiał się gorzko.

— Wiesz, co myślę, Dalborze? — odezwał się Mieszko, wstając. — My kochamy siłę.

Mówiąc to, wylał resztę miodu z kubka do ognia i nie patrząc na niebieski płomień, który wystrzelił spomiędzy płonących głowni, zadeptał ognisko.

— Jesteśmy gotowi ubóstwić każdy nadmiar siły — powiedział ostro Mieszko.

— Przestań, to boski ogień! — krzyknął Dalbor. — Starczy!

— Nie, starcze — szepnął książę i sięgnął po nóż. Skoczył ku kapłanowi jak żbik, chwycił go za koszulę na piersi i podniósł. — To tylko ognisko, nic więcej.

Odwrócił kapłana, jakby ten był dzieckiem, a nie potężnie zbudowanym mężczyzną. Uniósł go i przeszedł między drzewami, wyławiając spomiędzy nich te, których pnie były zamienione w posągi.

— Którego z bogów sobie ukochałeś? — spytał natarczywie. — Perun? Świętowit? Trzygłów? A może Weles? Albo mokra matka Mokosz, co? Któremu z bogów złożyć cię w ofierze? Wybacz, nie będzie dziewicy różanolicej do towarzystwa. Sam pójdziesz, nie boisz się?

— Trzygłów jest moim panem — wycharczał Dalbor.

— A ja uważam, że twym panem powinien być książę Mieszko — powiedział, podrzynając mu gardło. — Musi być moja wola.

Krew obryzgała pień Trzygłowa. Dalbor zesztywniał, a potem nagle zmiękł w ramionach księcia. Mieszko położył go pod patrzącym w trzy strony posągiem. Przykucnął i patrzył, jak Dalbor skonał.

— Wybacz, mój stary, nie mam nic do ciebie — wyszeptał. — Mogłeś sobie wierzyć, w co chciałeś, ale jako kapłan powinieneś był służyć mnie.

Wytarł nóż o mchy i schował do pochwy. Poszukał trzech płaskich kamyków. Położył je na obojgu oczach i czole kapłana. Potem wyniósł z jego chaty dary, jakie za dnia przynieśli ludzie. Ustawił przy nim kosz z grochem, prosem i kaszą. Na piersi położył mu jeden jęczmienny podwójny kłos z ubiegłorocznych zbiorów.

— Sporysz — szepnął. — Twoje skażone ziarno, które gryzłeś, wołając swe duchy. Jeśli ma moc, niech przeniesie cię teraz, dokąd zechcesz. Tylko wiedz, że już nic nie będzie, jak było.

Jastrząb sfrunął na ramię swego księcia i obaj ruszyli groblą ku koniom. Wyrzucił w bagno pierścień Wszemiły. Niech cię pochłonie — powtórzył w myślach jej przekleństwo. Czekał na grom, piorun, ogień z nieba lub wody. Nic. Odpowiedziała mu cisza.

Dobrze — pomyślał, patrząc w niebo na zachodzący księżyc. — Pragnę ciszy.

Jechał do Poznania, nie odzywając się do swych ludzi. Spieszył się, czas mu się kończył. Trzy razy zmienili konie. O wschodzie słońca potężna sylweta grodu zamajaczyła im na horyzoncie.

— Jak wielka, samotna góra! — krzyknął Wolrad, chorąży Mieszka. — Niezdobyta i dumna.

Zatrzymali się przed mostem na Warcie, widząc tuman kurzu szybko zbliżający się do Poznania od strony traktu wschodniego.

— Stać! — rozkazał książę. — To oddział mego brata.

— Patrząc po prędkości jazdy, nie możesz się mylić, panie! — Gardomir się zaśmiał. — Młody książę zamiast Czciborem mógłby się zwać „Zajeżdżaczem Koni”.

— Gdy wchodzi do stajni, nawet źrebaki próbują schować się pod żłobem, byleby tylko bystre oko Czcibora na nich nie spoczęło!

Byli już blisko. Mieszko widział smukłą sylwetkę brata, lśniący szyszak ozdobiony pękiem końskiego włosia. Wyjechał mu naprzeciw. Czcibor odłączył się od drużyny i obaj bracia spotkali się w pół drogi.

— I jak? — zamiast powitania spytał Mieszko.

— Tak jak rozkazałeś — odpowiedział książę Czcibor. — Nie sprawią żadnych kłopotów. Kruszwicki kapłan miał życzenie stać się ofiarą dla Świętowita. Gnieźnieński wybrał Peruna, ale mimo iż go wzywał i wzywał, żaden grom z jasnego nieba nie chciał nadejść, więc… — Czcibor zrobił przeciągły ruch — …ja się stałem jego gromem! — Roześmiał się.

— Nie kpij — skarcił młodszego brata Mieszko.

Czcibor wzruszył ramionami i wskazał na splamiony krwią kaftan Mieszka.

— A ty się przebierz. Twoja czeska księżna nie wpuści cię tak do komnat.

— Nie idę do Dobrawy — odpowiedział Mieszko i dał znak, by ruszyli do grodu. — Dziś śpię u ciebie.

Na podwórcu przed stajnią podbiegł do niego Radomir, kasztelan poznańskiego grodu.

— Książę! — zawołał, przytrzymując jego konia. — Kupcy żydowscy zdążyli. Przywieźli z Węgier gąsiory czerwonych win, te, których sobie życzyłeś. W kaplicy też wszystko gotowe. Świece dobrze wyszły z forem, choć pszczoły i w rok nie odrobią zapasów wosku! Bielone płótno na osłonę baptysterium… Jordan mówi, że…

— Zmieniłem plany — twardo powiedział Mieszko. — Baptysterium nie będzie potrzebne.

W oku Radomira na ułamek chwili zalśniła radosna iskra. Zamilkł.

— Poproś do mnie Jordana — powiedział książę. — Muszę z nim pomówić.

— Jak każesz, panie — wyszeptał.

— Chcesz wystraszyć kapłana? — przekornie zapytał Czcibor, zeskoczywszy z konia. Pokazał na splamiony krwią kaftan Mieszka.

Nie odpowiedział mu książę, lecz siedzący na jego ramieniu jastrząb. Zaskrzeczał i rozłożył skrzydła.

Skowronek wciąż jeszcze śpiewał, gdy Mieszko okryty książęcym płaszczem opuszczał palatium. Bose stopy nie zostawiały na kamiennej posadzce śladu. Na podwórcu czekał na niego orszak. Diakoni dźwigali wielkie świece odlane w wonnym wosku na kształt ludzkich postaci. Ostrożnie osłaniali ich płonące knoty dłonią. Zaintonowali śpiew, piękny, choć smutny, w jednotonowym brzmieniu. Na przodzie orszaku szedł Jordan z księgą w dłoni. Drużyna księcia konno eskortowała ich do bram Poznania. Wartownicy rozwarli ciężkie wrota, wpuszczając światło za cień wysokich wałów. Mieszko z jastrzębiem na ramieniu pieszo i boso przeszedł przez bramę grodu.

Wychodzę — przebiegło mu przez myśl, gdy spojrzał na swe nagie stopy. — Kim będę, gdy wrócę? Jeśli wrócę. — Przysłonił oczy przed niskim, porannym słońcem wpadającym przez bramy.

Ruszyli nad rzekę. Warta lśniła. Przez chwilę miał złudzenie, że na jej drugim brzegu rozkwitła łąka. Nie. To wielobarwny tłum ludzi. Setki mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy wylegli na błonia, by zobaczyć swego księcia. Oddzielał ich od niego nurt rzeki i most, na który dzisiaj nikt nie miał wstępu. Stał na nim hufiec zbrojnej książęcej jazdy. Jeden przy drugim powiewały proporce. Tłum, zwykle wiwatujący na widok Mieszka, milczał. Jastrząb odbił się od jego ramienia, krzyknął i niczym wystrzelona z łuku strzała poleciał przed siebie.

Książę spojrzał na ustawiony przy brzegu baldachim. Pod purpurą i złotem furkoczącej na wietrze materii stała ona. Dobrawa. Jego żona w otoczeniu swych dwórek.

Od teraz jedyna — pomyślał, zostawiając w pamięci ostatnie pocałunki na czołach byłych: słodkiej Ludmiły, wyniosłej jak lodowiec Gunn, Mojmiry, Lesławki, Żywii, nawet Wszemiły, która go przeklęła przez bagna. I mądrej Urdis, tej, co widziała, wiedziała i przepowiedziała, mimo iż wieszczba przyniosła jej utratę miejsca przy jego boku. Do tej pory żadna z siedmiu żon nie urodziła mu syna.

Poszukał jasnych oczu Dobrawy, spojrzał w nie z daleka.

Dasz mi dziedzica? — spytał tych oczu.

Skinęła mu głową, aż srebrne kabłączki na przepasce zadźwięczały przy jej skroni niczym refren psalmu. Strojna w purpurę i brokat, jedną ręką przytrzymywała na piersi poły płaszcza, a mimo to Mieszko zobaczył ją nagą. Taką jak w te wszystkie noce, które spędzili razem, nim zaczął się dla niego czas wielkiego postu.

Moja jedyna — pomyślał. — Nie mam innych przed tobą, to, co było, odeszło w przeszłość niczym żal za grzechy, pokuta ciemna chłodnego łoża, puste pasmo bezsennych nocy.

Jordan zatrzymał orszak. Mieszko stanął, patrząc, jak jego jastrząb kołuje nad krzewami u brzegów Warty.

Słudzy podeszli do kapłana z koszem polnych kamieni.

„Święty Patryk na wzgórzu Slane rozpalił ogień paschalny, dając znak Chrystusowi, że oto kraj Celtów wita Jego wiarę. A potem chrzcił lud wodą z pradawnego źródła, więc jeśli taka wola twoja, książę, ochrzczę te ziemie wodą z rzeki stróżującej, Warty” — powiedział Jordan, gdy Mieszko w ostatniej chwili zmienił plany.

Teraz oddał diakonowi księgę i pochylił się, biorąc w obie dłonie jeden z kamieni. Uniósł go nad głową.

— Kamienie z polan! — zawołał. — Znaczę wasze skalne lica krzyżmem świętym, czyniąc z was narzędzie Pańskie!

— Alleluja — zamruczał chór diakonów, chroniąc płomienie trzymanych świec.

Jordan jeden po drugim namaścił kamienie i wrzucając je w pulsujący nurt rzeki, krzyczał:

— W imię Ojca, Syna, Ducha Świętego! Amen!

— Amen — zamruczeli diakoni nie głośniej niż szuwary nadrzeczne.

— Amen — powiedział Mieszko.

Lud zgromadzony na drugim brzegu milczał, patrząc na kręgi wody rozchodzące się w miejscu, gdzie zniknęły kamienie.

— Ojcze nasz — Jordan wskazał na księcia, a potem uniósł ramiona ku chmurom — któryś jest w niebie! Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje…

Księstwo — pomyślał Mieszko. — Ale kto wie?

— …bądź wola Twoja…

Napięte ciało Mieszka walczyło. Mięśnie pleców, ramion i kolan nie chciały się ugiąć. Słyszał słowa wyznania wiary, te same, których Jordan uczył go przez ostatnie tygodnie. I wciąż nie było „woli Twojej”, lecz jego.

— Po co przybywasz? — spytał Jordan uroczyście.

Po miejsce równe pierwszym panom Rzeszy. Po wejście między nich. Zrzucenie wilczej skóry z grzbietu barbarzyńcy, którym mnie nazywają. Po wymuszenie na nich szacunku i miejsca przy stole. Po tarczę przeciw głodnym krwi Wieletom. Odbicie uderzenia grafa Wichmana. Po wszystkie dary chrześcijańskiego władcy, którymi od tej pory obdarzy mnie Pan, bo taka jest Jego i moja wola — pomyślał i wreszcie przeszło mu przez usta:

— Dobrowolnie przychodzę po chrzest.

— Wyrzekasz się szatana, przedwiecznego zła?

Mieszko spojrzał na tłum zgromadzony na przeciwległym brzegu.

— Wyrzekam się Peruna, Świętowita, Trzygłowa, Welesa piekielnego i Mokoszy mokrej matki! Słyszycie?! — ryknął. — Wyrzekam się starych bogów! Patrzcie na mnie! — Jego głos niósł się po wodzie jak grzmot.

Jordan poślinił dłoń i pomazał jego uszy i nos. Szepnął do prawego ucha księcia:

— Niech się otworzy, co ma być otwarte.

A do lewego:

— Uciekaj, szatanie, bo nadchodzi Boży sąd!

I stało się. Odeszli od niego. Opuścili go starzy bogowie. Nowy nie przyszedł. Był sam. Stał w pustce wiekuistej. Sam jeden zawieszony między światami nad brzegiem Warty.

Co robił Chrystus przez te trzy ciemne dni od chwili, gdy krzyknął: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”, do poranka, kiedy siłą zmartwychwstałego odrzucił grobowy kamień? Gdzie był? Mówią, że zstąpił do piekieł? Co tam robił? — Serce Mieszka biło głośno w zimnej klatce żeber, a myśli gorączkowo przebiegały po głowie. — Czy umierał jako Jezus, syn cieśli z Nazaretu, czy jako syn Boga? Czy ani przez chwilę nie zwątpił? Wyszedł. Wyszedł, ale On był Synem Boga, a ja jestem synem Siemomysła zwanego Krwawym Piastem i wnukiem Lestka czczącego własny miecz. Wyrzekłem się was, choć daliście mi ciało i krew, porzuciłem was. A jeśli Bóg uzna, że nie jestem godny należeć do Niego? Co wtedy? Zostanę niczyj? Niczyj?

Jordan dotknął go i Mieszko drgnął, jakby chciał uciec, ale zrozumiał, że nie ma dokąd. Pozbawiony przeszłości, ale nieobdarowany przyszłością. Niczyj. Sam jeden stojący w wiekuistej pustce, w nagim miejscu między światami. W ciszy, która ściskała jego czaszkę bólem.

— …płaszcz… zdejmij płaszcz… — Wreszcie do jego uszu przebił się szept Jordana.

— Płaszcz? — spytał, a słowa zabrzmiały chropawo. — Po co?

— Masz stanąć przed Bogiem nagi — odpowiedział kapłan i dodał ciszej: — Musimy wejść do rzeki.

Ach tak. Przypomniał sobie i zrzucił z ramion płaszcz. Z tłumu na drugim brzegu wydobył się jęk. Nigdy nie widzieli swego księcia nagiego. Stał teraz przed nimi i jego szerokie, wypukłe piersi znaczone szeregiem dawno wygojonych blizn pokazywały ludziom, jaki jest. Wszedł w wodę po biodra. Jordan położył mu dłoń na ramieniu i szepnął do ucha:

— Zanurzysz się po trzykroć.

A głośno zawołał:

— Oto wody rzeki zamienione Bożą mocą świętych olejów w wody chrztu obmywają cię, książę, z grzechów. Chrzczę cię w imię Ojca…

Mieszko się zanurzył. Przez jego pamięć przemknął obraz twardych, zaciśniętych szczęk Siemomysła. Ojca, który milczał, więc odpowiedziała mu cisza.

— …Syna!…

Pod wodą zamknął oczy i choć nie chciał, zobaczył nagi, jasny brzuch Dobrawy, w którym tak bardzo pragnął posiać dziedzica.

— …i Ducha!

Zanurzając się po raz trzeci, rozwarł powieki. I pod wodą przeszyła go światłość. Chciał płynąć do blasku, który ujrzał, ale to on wpłynął w niego. Usłyszał potężny głos Jordana:

— Dokonało się!

Wynurzył się. Potrząsnął głową jak pies. Woda ściekała mu z długich włosów, z końca spiczastej brody.

— Dokonało się! Nie jestem niczyj! Jestem Twój! — krzyczał Mieszko, obracając się na wszystkie strony. — Twój!

Odeszła pustka z jej przerażającą ciszą. Wypełniało go światło; rozpierało mocą, która pchała go, dając poczucie siły.

— Mogę chodzić po wodzie! — krzyknął i złapał Jordana za ramiona. — Mogę!

Kapłan zamrugał. Woda zmoczyła mu szaty i ciężki od niej płaszcz wyraźnie przeszkadzał Jordanowi.

— Możesz — przytaknął niepewnie, jakby się bał czegokolwiek mu zabronić — ale możesz też tego nie robić… Dokończmy obrzęd. — Mówił do niego spokojnie jak do dziecka. — Wyjdź na brzeg…

Mieszko nie wyszedł; wybiegł, rozpryskując wodę. Diakoni natychmiast okryli jego nagość lśniąco białą szatą. Przyklejała się do mokrej skóry. Dobrawa spod baldachimu wpatrywała się w jego piersi, do których przylgnął materiał. Śmiał się do niej, błyszczały mu białka oczu i zęby. Służba pomogła Jordanowi wyjść na brzeg.

— Od tej chwili życie wieczne stało się twoim udziałem — powiedział, stanąwszy przed Mieszkiem.

— Biorę je! — wyrwało się Mieszkowi. — Tak! Nie chcę umierać! Chcę żyć wiecznie!

Zapragnął tego tamtej sobótkowej nocy, gdy zabrał Dobrawę na przejażdżkę. Porwał ją z podwórca przed palatium, wciągnął na siodło, jakby była zwykłą panną, a nie panią żoną, księżną. Trzymał przed sobą w ramionach; zapadał zmierzch. Ciepła noc po upalnym dniu. Las, do którego konno uciekli przed wszystkimi i wszystkim. Gdzieś w oddali słychać było śmiechy dziewcząt i śpiew chłopców, migały płomienie sobótkowych ognisk. Na niebie księżyc w wielkiej, bezwstydnej pełni. Znalazł ustronną polanę, miękką od mchów. Podścielił jej pod plecy swój płaszcz. Całował jej piersi, a ona szeptała: „Nasze życie zaczyna się i nie kończy nigdy, rozumiesz? Nawet po śmierci nie rozłączymy się ze sobą, jeśli uwierzysz, jeśli tylko tego zapragniesz”. Tamtej nocy pragnął, ale nie wieczności, lecz jej. Jasnych dłoni, drobnych piersi i tego szeptu, którym trzymała go na wodzy. A potem leżeli, stygnąc, i patrzyli w bledniejące gwiazdy. Słowiki zamilkły, w lesie zapadła cisza. Dobrawa leżała w jego ramionach i szepnęła: „Mieszko, książę leśnych polan”.

Teraz książę spojrzał na żonę. Zarumieniła się.

Pamięta! — pomyślał i okrył się płaszczem.

— Alleluja — zaśpiewali diakoni.

Czcibor zbiegł ze skarpy, z której oglądał chrzest. Zdjął szyszak i odłożył na brzeg. Zrzucił płaszcz i kaftan. W pośpiechu zzuwał buty.

— Bądź wola twoja, bracie! — szepnął do ucha roześmianemu Mieszkowi. I krzyknął do Jordana: — Ja też! Teraz ja!

— Czy wyrzekasz się?… — zaczął kapłan.

Nim skończył, na brzegu Warty stała cała książęca drużyna. Jastrząb Mieszka niczym gołębica z opowieści Jordana krążył nad nimi, szeroko rozkładając skrzydła. Ludzie po drugiej stronie rzeki nieśmiało nabierali wody w dzbany.

Wieczorem w głównej sali poznańskiego palatium trwała radosna uczta. Oczy Dobrawy lśniły za każdym razem, gdy spojrzała na Mieszka i gdy unosiła kielich, by spełnić toast.

— Moje modlitwy zostały wysłuchane — wyszeptała, gdy zbliżył do niej głowę.

Była wstydliwa, nie lubiła, gdy jej wyznań słuchali obcy.

— Mam dla ciebie prezent, książę — odezwał się Jordan. — Ty wybudowałeś dla mnie kamienną kaplicę, która tak bardzo przypomina mi rodzinne strony. Ja chcę tobie oddać mój skarb.

— Cóż to takiego? — zapytał Mieszko.

— Ewangeliarz, który dostałem od mnichów w klasztorze Slane, gdy wyruszałem w drogę. I krzyż, pamiątkę twego chrztu w nurcie Warty.

Wziął z rąk Jordana drewniany, prosty krzyż i uniósł go wysoko nad głową.

— Pod tym znakiem zawsze zwyciężysz, książę — powiedział kapłan.

Mieszko skinął na Witosza. Ten wyjął zza pasa topór i wbił w szczytową ścianę hak.

— Zawiesić? — spytał, wyciągając ramię.

— Sam to zrobię — powiedział książę.

Mieszko wymknął się z palatium. Potrzebował samotności; chciał przetrawić to, co się wydarzyło. Wciąż czuł na skórze chłód Warty.

— Pożycz mi płaszcz — szepnął do stajennego na dziedzińcu.

— Ależ książę… — Sługa się wystraszył. — To prosta, szara wełna, dość brudna…

— Nie szkodzi. Ja jestem czysty! — Klepnął go w plecy. — Wiesz, że Syn Boży zstąpił na ziemię i żył ze zwykłymi ludźmi? No, nie martw się, oddam ci. Tymczasem łap mój.

Mieszko naciągnął na głowę szary kaptur i biegiem ruszył do bramy. Zamykano ją, jak pozostałe, dopiero o zmierzchu. Wyszedł na most przez Wartę i stanął pośrodku, pochylając się. Zobaczył swe zakapturzone odbicie w tafli wody. Na brzegu wciąż stało podwyższenie i baldachim, pod którym w czasie chrztu była Dobrawa. Po drugiej stronie wody, tam gdzie stały tłumy, płonęło kilka niewielkich ognisk. Wokół nich przycupnęli ludzie.

— Coś ich tu trzyma — usłyszał jej głos tuż obok.

Gwałtownie odwrócił głowę. Dobrawa w burym płaszczu kuchennej służki.

— Co ty tu robisz? — zapytał.

— To samo co ty.

— Jak mnie znalazłaś?

Wskazała na jastrzębia krążącego nad nimi.

— On cię zdradził.

— Książę i księżna przebrani za sługi. — Obrzucił ją rozbawionym spojrzeniem.

— Powinniśmy być sługami sług. — Uśmiechnęła się w odpowiedzi.

Słyszał to zdanie od Jordana; wiedział, że coś znaczy. Nie pamiętał co. Objął ją ramieniem.

— Widzisz? — Wskazała głową na siedzących przy ogniskach. — Nie mogą odejść. Miałeś dobrą myśl, by przenieść twój chrzest nad rzekę. Wszyscy mogli to zobaczyć.

— To nie mój pomysł — odpowiedział.

— Zatem czyj?

— Podpowiedział mi go pewien kapłan Trzygłowa. Miał na imię Dalbor. Powiedział: „Rzeka ma wielką moc, woda przenosi te duchy, których nie udźwignie wiatr, których nie tknie ogień”. I odgrażał się, że ziemia, na której stoi jego kącina, nigdy nie zostanie dotknięta wodą chrztu. No i się mylił.

— Czcił bogów nad Wartą? — domyśliła się.

— Uhm — mruknął Mieszko.

Oparła głowę o jego ramię, poruszyła nosem.

— Pachniesz jak stajenny — powiedziała — ale myślisz jak wielki książę. Jordan poświęcił rzekę, a ta poniosła przez twe ziemie wody chrztu. Piękne. Nie zrobiłeś temu biedakowi krzywdy, prawda? — Zaniepokoiła się.

— Nie — zaprzeczył. — Uczyniłem mu wielki zaszczyt. Spełniłem jego ukryte pragnienie. Ale nie mówmy o tym. Jestem już chrześcijańskim władcą. Zobacz, wschodzi księżyc.

Oboje odruchowo zsunęli kaptury z głów i pokłonili się.

— Nadgryziony przez wilka — szepnęła i zaśmiała się zawstydzona. — Chodź, bo spóźnimy się na liturgię Wielkiej Nocy. — Pociągnęła go za ramię. — Nie wypada, by nowo ochrzczony… Ach! Mieszko! Ty pierwszy raz usłyszysz „Lumen Christi!”. Pierwszy raz usłużysz mi na mszy, odpalając mą świecę od paschału… podasz mi światło… Jak ja ci zazdroszczę, że to wszystko zrobisz po raz pierwszy! — Patrzyła na niego jasnymi oczami. Jej usta wydawały się drżeć.

Pocałował ją. I powiedział wprost do tych ust:

— Bogu niech będą dzięki.

Rok od chrztu był czasem spokoju. Cesarz przybył z Italii do Saksonii, więc jego cioteczny brat, Wichman, przed laty skazany na banicję, zapadł się pod ziemię. Wiedział, że jeśli tylko podniesie łeb, Otto I wymierzy mu zasłużoną karę. Mieszko nie dał się nabrać na to, że niewidzialny wróg zniknął, wiedział, że rodzinne powiązania Wichmana sięgają najważniejszych rodów. Jego siostra, Hedwiga, była synową Gerona. Gero nie żył, mąż Hedwigi nie żył, ale ona sama została ksienią klasztoru w Gernrode i stamtąd mogła skrycie pomagać bratu. Mieszko właśnie teraz, w czas spokoju, przygotowywał się do wojny. Rozpuścił zwiadowców i szpiegów po obu stronach Odry. Zbierał wiadomości od kupców przybywających z dalekich krajów. Wiedział, że Wichman szukał szczęścia u duńskich wikingów, ale ich władca, król Harald, przepędził banitę i nie dał się wciągnąć w jego prywatne wojny. Widziano go u Wieletów: najpierw u Redarów, a na koniec w bogatym wolińskim porcie; to były wiadomości na wagę srebra. Gdy rozeszła się wieść, że cesarz załatwił saskie sprawy i wraca do Italii, Mieszko wiedział, że wojna zacznie się bez zwłoki. Natychmiast posłał po posiłki czeskie, po dwa ciężkozbrojne hufce obiecane przez teścia wraz z ręką Dobrawy. Zapłacił za nie słoną przysięgą, ale człowiek, który ma nóż na gardle i wroga u bram, płaci każdą cenę. „Pierworodnemu synowi dasz moje imię — zażądał Boleslav Przemyślida, książę Pragi. — Nie twego ojca, nie dziada, ale moje”. „Dam” — odrzekł wtedy Mieszko i przemilczał, że żadna z jego wcześniejszych żon nie urodziła mu syna.

Teraz, ruszając na czele wojsk, gdy żegnał w Poznaniu swą jasną, słodką Dobrawę, wpatrywał się w jej ciężarny, okrągły brzuch. „Kto tam jest?” — pytał natrętnie. „Bóg wie” — odpowiadała.

— W drogę! — krzyknął i po chwili kopyta jego konia dudniły po moście nad Wartą.

Musiał być szybszy niż jego wrogowie, musiał zastawić na nich pułapkę, a od zwiadu miał wiadomość, że wojska wolinian i Wieletów połączyły się i idą na południe.

— Którzy z Wieletów stanowią przewagę? — zapytał.

— Redarowie, panie. — W głosie zwiadowcy usłyszał strach.

Redarskie wilki. Wśród wieleckich plemion ci byli najtwardsi. Do niewoli brali tylko kobiety i dzieci. Mężczyzn zawsze wyrzynali na miejscu, a pokonanych wodzów prowadzili na ofiarę swym bogom.

— Wolinian ile?

— Kupcy nie ruszają tyłków z bogatego grodu, ale stać ich było na kupno hufca najemnych.

— A Wichman? Ma przy sobie saską watahę?

— Ma, książę. Setkę takich jak on, wyjętych spod prawa, zaprawionych w boju…

Tych, co nie mają nic do stracenia, bo cesarstwo ich już wypluło i jeśli przyjmie, to tylko pod katowski topór. Jaki jest plan Wichmana? — myślał Mieszko w drodze. — Pokonał mnie dwukrotnie. W Saksonii nie ma dla niego miejsca, może myśli, że zmiażdży mnie, zabije lub wygna z księstwa i osiądzie ze swą saską watahą w Poznaniu? Wieletom pozwoli rabować, by łupami zaspokoić ich żądze. — Poczuł zimny pot na czole, choć początek jesieni był ciepły. Ruszając na wojnę, zawsze zostawiał najlepsze załogi w grodach. Dobrawy w Poznaniu strzegli jego ludzie, ci, o których wiedział, iż póki żyją, nie poddadzą bram. Ale co będzie, jeśli Wichman naprawdę rozgromi go w polu? Jeśli dwa czeskie hufce nie wystarczą?

Walczę o wszystko — pomyślał — i nie jestem już ledwie opierzonym księciem, którego wróg zaskakuje. Moi ludzie ubóstwiają siłę, muszę im ją okazać.

Wieczorem minęli Santok. Bramę i klucz do księstwa. Ostatni raz był tutaj, gdy przed chrztem żegnał się z Wszemiłą. Z grodu lojalnie wysłano drużynę i zastęp pospolitego ruszenia z okolic. Zdawało mu się, że widzi jasne włosy odprawionej żony w strażnicy na wałach. Nie odwracał się.

Patrzę tylko przed siebie — pomyślał.

Minęli łukiem nadwarciańskie bagna, gdzie kiedyś Dalbor czcił Trzygłowa. Mieszko widział, jak część z jego ludzi wodzi oczami, szukając grobli wiodącej do kąciny na wyspie. Jak z niepokojem patrzą, że tam, gdzie posągi bogów kryły się między potężnymi starymi drzewami, dzisiaj na odkrytej przestrzeni stoi tylko wielki, dębowy krzyż. Kazał wyciąć dęby, jesiony i buki, by z dawnej świątyni nie pozostało nic. Biorąc chrzest, zatrzasnął za sobą przeszłość.

„Trzygłów będzie się mścił… Pokara nas w bitwie… Pogrąży…” — słyszał te szepty wieczorem, gdy zarządził ostatni postój. Nie powiedzą mi tego w twarz, ale się boją — pomyślał i zacisnął pięści, by zgnieść własny lęk.

Nie pozwolił palić ognisk. Zwiadowcy donieśli, że nieprzyjaciel rozbił wielki obóz na leśnej polanie.

— To nie polana, tylko karczowisko. — Czcibor strzyknął śliną, gdy spotkali się na naradzie wodzów. — Stamtąd ojciec brał drewno na budowę Santoka. W takiej porębie można się bronić ile wlezie.

— Przed otwartym polem osłania ich tylko rzadki kawał lasu — dodał Witosz. — To znak, że czują się pewnie. Ile mają koni? — dopytał zwiadowcę.

— Nie więcej niż trzy setki.

— A wojska, licząc wszystkich razem?

— Trzydzieści setek, Witoszu.

— Może obsadźmy jary na skraju puszczy, naróbmy wilczych dołów i zasieków i czekajmy, aż na nas uderzą — powiedział stary Derwan.

Mieszko milczał. Liczył. Dzięki czeskim posiłkom miał przewagę konnicy, ale o dziesięć setek mniej piechurów.

— Zdążymy pobudować na drzewach pomosty dla łuczników — ciągnął Derwan. — Jedna, druga linia, ale zaraz za wilczymi dołami, tak żeby nasi wystrzelali tych, co się przedrą. Szkoda wcześniej strzał marnować…

— Nie — przerwał mu Mieszko, rozwierając pięści.

— Co „nie”? — zdziwił się Derwan. — Nie szkoda strzał marnować?

Był najstarszym z wodzów. Walczył przy jego ojcu, Siemomyśle, i starszym bracie, Dobroniegu.

— Zapomniałeś się, Derwanie. To ja dowodzę.

Stary wyprostował potężne plecy i spojrzał na Mieszka z wyższością.

— Dobrze ci radzę — wycedził. — Pamiętaj, książę, że to pierwsza bitwa od czasu, gdy na chorągiew przyjąłeś nowego Boga. Jeżeli przegrasz, ludzie nie wybaczą ani tobie, ani Chrystowi.

Jeżeli przegram — pomyślał Mieszko zimno — wodzowie Redarów oddadzą mnie na ofiarę swym bogom, a Wichman w moim łożu pohańbi ciężarną Dobrawę. To jest stawka tej wojny, starcze.

— Chcę wygrać — powiedział głośno i dobitnie. — Ale żeby tak się stało, nie mogę bić się jak w bitwach, które przegrałem. Gero nas pokonał, gdy walczyliśmy, mając ścianę lasu za oparcie. A Wichmanowi nie przeszkodziły nasze wilcze doły i łucznicy na drzewach. Słuchajcie, powiem wam teraz, co zrobimy o świcie.

Nim wzeszło słońce, na odkrytych łąkach przed lasem, w którego porębie leżał obóz nieprzyjaciół, stała w rozciągniętym szyku bojowym piechota Mieszka. Tarczownicy jeden przy drugim bronili dostępu do gorzej uzbrojonych tyłów. Z nimi pięciu wodzów konno. Brat Mieszka, książę Czcibor, stary Derwan, Witosz, Gardomir, Świelub. I konni gońcy.

Książę widział ich z czatowni schowanej w koronie dębu. Z daleka jeźdźcy wydawali się nie więksi niż dziecięce koniki, a tarczownicy wyglądali jak barwna smuga. Mieszko słyszał, jak straż obozowa Redarów wszczyna alarm dęciem w rogi. Do jego uszu dochodziły wykrzykiwane w oddali rozkazy. Liczył uderzenia serca. W bitwie o wszystko każde może być ostatnim. Wreszcie z lasu przeciwko jego piechocie ruszyły wojska nieprzyjaciół. Piechota. Odetchnął z ulgą. Potem zobaczył uniesioną prawicę Czcibora i zaraz po tym chmurę strzał mknących ku wrogom. Chwilę później strzały poleciały z drugiej strony, krzyżując się w powietrzu.

Redarowie zaraz odrzucą łuki — pomyślał — bo moi schowani za tarczami i ostrzał nie robi im krzywdy.

Ale nie. Widocznie wśród wrogów nie było kogoś w rodzaju Derwana, który powie: „Szkoda strzał”. Wymiana trwała, póki były w kołczanach. Potem z głośnym wyciem Redarowie rzucili się biegiem do ataku. Z boku wojsk kroczyła ich wieszczka, dziwaczna panna z sitem, na które jej służki lały wodę. Zacisnął szczęki. Widział tę kobietę nie pierwszy raz i do tej pory jej gusła niosły mu porażkę.

Gdzie Wichman? — pomyślał gorączkowo. — Gdzie on jest?

Już pierwszy szereg Redarów starł się z jego przednią linią. Zgrzyt tarcz o tarcze słychać było nawet tu, w koronie dębu. W bój poszły włócznie i topory na długich drzewcach. I wtedy go zobaczył. Wichman konno wyjechał zza szeregów piechurów. Za nim szła jego wataha. Zakuta w żelazo setka banitów saskich. Redarowie zrobili im miejsce, a ci wyszli zza ich pleców jak wielki taran, jak żelazem zbrojny klin i uderzyli w piechotę Mieszka. Ta aż jęknęła i cofnęła się, padając na ziemię i rozpryskując się na boki. Radosny okrzyk dodał nieprzyjaciołom skrzydeł. Czcibor nawoływał, by nie pozwolili rozerwać szyku obrony, by stali w miejscu i nie cofali się, ale szereg był już złamany, pole znaczyły trupy.

Mieszko uważnie przeliczał hufce wolinian i Redarów wolno posuwające się naprzód.

— Wolradzie, naliczyłem prawie trzydzieści setek — powiedział do stojącego obok druha.

— Mnie wyszło tak samo. Jeśli nasz zwiad dobrze ich porachował w obozie, to znaczy, że poza taborową służbą do bitwy wyszli wszyscy.

— Zatem czas na nas. — Mieszko skinął głową i poczuł suchość w ustach.

Zszedł z czatowni pierwszy, Wolrad za nim.

W lesie, prostopadle do pola bitwy, stała ukryta cała ich konnica. Sześć setek jeźdźców. Mieszko wsiadł na konia i nim dał rozkaz do wyjazdu z kryjówki, krzyknął:

— Zwyciężymy! Z Bogiem w bój! Za mną!

I nie czekając, ruszył. Usłyszał parsknięcia koni za swymi plecami. Rżenie wierzchowców wychodzących z cienia, spomiędzy drzew na odkrytą przestrzeń. Przy jego boku jechał Wolrad. W ręku trzymał stanicę w wielkim, lśniącym w słońcu krzyżem. Mieszko mieczem wskazał chorągiew.

— Pod jego znakiem po zwycięstwo! Na Wieletów! Na Wichmana i jego watahę! W bój!

Ruszyli. Konie potrzebowały chwili, by nabrać tępa, a nieprzyjaciel, zajęty szarpaniem piechoty Czcibora, w zgiełku toporów i mieczy nie rozpoznał ich od razu. Usłyszał i zobaczył, gdy już było dla niego za późno.

Mieszko rozdzielił konnicę. Czesi ruszyli odciąć wrogów od ich obozu w porębie i zaatakować tyły, a on sam z główną siłą uderzył w odsłoniętą lewą flankę.

— Przegrupować szyk! — darł się Wichman do Redarów, ale ci, widząc pędzące na nich konne wojsko, rzucili się do ucieczki.

To wystarczyło Czciborowi, by złapał oddech i sformował pieszą pogoń. Mieszko z obnażonym mieczem wjechał w walczących, szukając saskiej watahy, najgroźniejszego trzpienia tej armii.

„Za każdego zabitego człowieka Wichmana zapłacę srebrem” — oznajmił podczas nocnej narady wodzów. Ale wiedział, że łatwiej wydać buńczuczny rozkaz, niż go wykonać.

Kopyta wierzchowca miażdżyły trupy poległych. Jego własnych ludzi. Tych, którzy próbowali dosięgnąć zakutych w stal banitów Wichmana.

Koń pędził przed siebie. Ostry promień wschodzącego słońca ukłuł Mieszka w źrenicę. Oślepił na chwilę, po której przeszyło go światło. Wody Warty, chrzest, trzecie zanurzenie. „Jestem Twój!”.

Wzrok wrócił, koń gnał. Miał ich! Przed nim wielkolud w wygniecionym hełmie zdobionym odrapanym srebrnym lwim pyskiem kończył dorzynać chorążego Czcibora. Mieszko nie zwolnił biegu konia. Krzyknął:

— Stań!

Wielkolud się odwrócił. Spod hełmu spojrzały na Mieszka zimne, jasne oczy. Książę w rozpędzie wbił miecz, celując w nieosłoniętą szyję. Pchnął i błyskawicznie wyciągnął ostrze. Koń zatrzymał się gwałtownie i Mieszko omal nie spadł. Wielkolud padł i konał, a jego gigantycznym ciałem wstrząsały drgawki. Książę ruszył do następnego.

Jak stara, zaprawiona w boju armia walczyli jeden przy drugim i on, jadąc między nimi, zabijał ich tak, jak stali: jednego po drugim. Omijał ostrza zdradliwie celujące w koński brzuch. Piesi banici byli dwakroć mniej groźni niż konni. W ciele piątego z nich stracił miecz. Nie zdążył wyciągnąć, gdy trup padał na ziemię. Sięgnął po topór, który miał przy siodle. I teraz ciął ich jak drwal. Krwawa mgła przysłoniła mu oczy. Nie słyszał jęków obok siebie, tylko uderzenia własnego topora o tarcze i hełmy banitów Wichmana. Zabijając ich, myślał, że zabija najeźdźców, którzy chcieli pohańbić jego żonę. Widział bladą, przerażoną twarz Dobrawy próbującej osłonić ciężarny brzuch przed mieczem Wichmana i ten obraz wzmagał jego zaciekłość.

Nagle z boku redarski wojownik w skórzanym hełmie próbował ściągnąć go z siodła. Przed oczy Mieszka napłynęła Wszemiła, choć nie myślał o niej, odkąd ją porzucił. Wściekłość prowadziła jego ręką, gdy odwinął się i z całych sił uderzył toporem w Redara. Odrąbał mu głowę. Z pustego miejsca chlusnęła krew, a bezgłowy wojownik przez krótką chwilę stał niczym potwór z koszmarnych majaków. Koń Mieszka zarżał wystraszony potokiem krwi i uskoczył w bok.

— Krwawy Księżyc! — zawył drugi, potężny Redar, mierząc do niego z oszczepu. — Krwawy Księżyc!

Znam go! — Myśl jak błyskawica przemknęła przez głowę Mieszka. — Widziałem go.

Wojownik w pancerzu z utwardzanej skóry okryty był wilczym futrem. Nie miał hełmu, wilczy łeb z wyszczerzonymi kłami osłaniał mu głowę. Tak! To ten redarski wilk zabił mi brata! Dobronieg padł od jego oszczepu.

— Już nie jestem Księżycem! Już nie jestem synem księcia! — wrzasnął do niego Mieszko i zamachnął się toporem. — Ja jestem książę!…

Rzucił w tej samej chwili, w której Redar wypuścił oszczep. Mieszko uchylił się i lekkie drzewce przeleciało tuż obok. Poczuł pęd powietrza na twarzy.

— …życ! — jęknął redarski wilk i padł z żeleźcem topora w głowie.

— Gdzie Wichman? — krzyknął Mieszko, bo wokół niego nie było już walczących Sasów. — Uciekli? Gdzie oni są? — Okręcał się konno i dopiero teraz dotarło do niego, że jest na pobojowisku.

— Kto? Kto? — nieprzytomnie pytał Wolrad, podjeżdżając do niego między zwałami martwych.

— Wichman! Gdzie Wichman?

— Banita uciekł z kilkoma ludźmi! — krzyknął Radomir. — Książę Czcibor puścił się w pościg za nimi. Panie! Czy widzisz to? Czy ty to widzisz? — Radomir zakrwawionym mieczem pokazywał miejsce bitwy. Jego koń nie mógł przestać się kręcić w koło, jakby oszalał od zgiełku i walki.

Mieszko zdjął hełm, bo pot i krew zalewały mu oczy. Przetarł twarz. I zobaczył rozmiar swego zwycięstwa.

Pod lasem Czesi dorzynali ostatnich wolinian. Derwan, Gardomir i Świelub, których obok własnego brata mianował dowódcami piechoty, prowadzili powiązanych jeńców. Na pobojowisku leżały tysiące zabitych. Z obozu nieprzyjaciół wyprowadzano zdobyczne konie.

— Wichman uciekł z garstką ludzi — zameldował Świelub. — Ale Czcibor ruszył za nim z trzykroć większą siłą.

— Jak to się stało? — spytał Mieszko. Krwawa mgła odeszła sprzed jego oczu. W uszach przestało mu szumieć.

— Kiedy uderzyłeś, książę, graf zrozumiał, że już po nich. On jeden był konno. Skrzyknął swoich, ilu zdołał, i ci pobiegli do obozu. Jakoś przedarli się między konnicą czeską. Czcibor zgarnął trzydziestu konnych Czechów i ruszył za nimi. Ludzie Wichmana mieli w obozie konie, których nie zdążyli użyć do bitwy, bo myśleli, że walczyć będą tylko przeciw piechocie. Czcibor przekazał, że będzie ich ścigał, aż dopadnie.

Stary Derwan wystąpił przed szereg. Jego kolczuga była zbrukana krwią. Zdjął hełm i uklęknął przed Mieszkiem.

— Książę — powiedział ze czcią. — Racja była po twojej stronie. Odkąd żyję, nie walczyłem w takiej bitwie. Ja… szczęśliwy, żem takich czasów dożył.

Jeden za drugim kłaniali mu się pozostali wodzowie. A Mieszko przyzwał Wolrada i kazał podać sobie chorągiew z krzyżem. Chwycił ją pewnie. Uniósł i ścisnąwszy kolanami końskie boki, ruszył dookoła pola bitwy. Stanica załopotała. Krzyż wyszyty srebrną nicią zalśnił w promieniach zachodzącego słońca.

— Pod tym znakiem odnieśliśmy zwycięstwo! — krzyczał Mieszko, rozpędzając się coraz bardziej. — Pod tym znakiem pokonaliśmy wrogów! Bóg kocha Piastów!

— Bóg kocha Piastów! Bóg kocha Piastów! — zaczęli skandować jego wojowie i jeden po drugim kłaniali się swemu księciu i krzyżowi na chorągwi.

*

Księżyc powoli wschodził nad pobojowiskiem. Na noc zajęli porzucony obóz nieprzyjaciół. Wolrad wystawił straże, a Witosz na rozkaz Mieszka posłał zwiadowców, by sprawdzili, czy ktoś zechce ująć się za pokonanymi. Mieszko stał przed wejściem do swego namiotu i patrzył na dziesiątki płonących w porębie ognisk. Słuchał śmiechów i radosnych pieśni wojów. Pili zdrowie księcia i zdrowie Jezu Chrysta. Nikt już nie wspominał o tym, że Trzygłów się zemści.

Przywołał obraz swego ojca, Siemomysła. Mówiono na niego „Krwawy Piast”, a dzisiaj od wilczego wojownika usłyszał o sobie „Krwawy Księżyc”. A przecież ojciec nie tylko walczył. Budował. Dowodem ta potężna poręba. Zostawił po sobie Giecz, Grzybowo, Poznań i Santok obwałowane tak potężnie, że bronić się mogły miesiącami.

Co ja zostawię po sobie? — pomyślał i w tej samej chwili wiedział, że zwycięstwo nad Wichmanem to dla niego mało. — To tylko początek. Obronne grody tak, dobrze, ale ja nie chcę się bronić, chcę zdobywać. Pragnę portu przy ujściu Odry. Dzisiaj pokonaliśmy wolinian, jutro ujarzmię Wolin, a Urdis, najmądrzejszą z mych dawnych żon, uczynię tam moją namiestniczką…

— Książę! — Nadbiegający Witosz przerwał tok jego myśli. W głosie druha drżała euforia. — Książę!

— Chodź, napijmy się za zwycięstwo! — Mieszko zaprosił go do namiotu.

— Książę! Nie wiem, czy masz tyle miodu, by opić wiadomość, którą przynoszę.

— Czcibor dopadł Wichmana?

— Gońcy z Poznania — powiedział Witosz, a oczy mu lśniły. — Masz syna! Syna!

— Jezu Chryste! — jęknął Mieszko i skoczył ku Witoszowi. Uniósł go, jakby ten był snopkiem siana, a nie wielkim, żylastym mężczyzną. — Powtórz!

— Syn! Dobrawa urodziła syna!

Mieszko puścił Witosza i padł na kolana. Wieść rozniosła się jak na skrzydłach. Obóz już skandował:

— Syn! Syn! Piastowic! Piastowic! Sława! Sława!

— Bo-le-sław! Bo-le-sław! Pia-sto-wic! Pia-sto-wic!

Serce mu waliło raz, dwa. W imię Ojca i Syna. Raz, dwa! Uniósł twarz, chcąc się modlić, i zobaczył, jak nad porębą wschodzi wielki, krwawy księżyc.

Pił całą noc. Z wodzami, z druhami, z pancernymi Czechami, ze swoimi jeźdźcami, piechurami i nawet z obozowym ciurą. Pił i nie mógł się upić. Obóz huczał. Obóz nie mógł zasnąć. Coś takiego nie zdarzyło się nigdy. Chrzest. Zwycięstwo nad niepokonanymi. Książęcy syn.

Przed świtem, gdy jego ludzie spali przy dogasających ogniskach, a świergot ptaków już wznosił się ogłuszającą wrzawą, wskoczył na siodło i raz jeszcze pojechał napawać się widokiem pobojowiska. Przed nocą zabrali z niego swoich poległych. Aktem łaski dobili rannych wolinian i Redarów. Wobec poharatanych banitów nie wykazali względów. Mieszko nie był skłonny do litości.

Gdy wyjechał spomiędzy drzew, w rozjaśniającej się szarudze zobaczył stado wilków. W pierwszej chwili struchlał. Umysł zastawił na niego pułapkę i podszepnął, że oto duchy Redarów wyszły z martwych. Potężny basior podniósł łeb, zwietrzywszy człowieka i konia. Wtedy do Mieszka dotarło, że to nie duchy, ale drapieżniki, które przyszły na łatwy żer i posilają się na trupach poległych. Zakrwawiony pysk wilka. Przy jego boku samica szarpała ludzkie trzewia. Niełatwo wydobyć jelita spod kolczugi. Znad trupów uniosła się czarna chmura kruków. Jeszcze nie było much. Nawet pośmiertna walka ma swą upiorną kolejność. Usłyszał wysoki, świdrujący gwizd piszczałki. Czcibor? Poznał jego kościany gwizdek i odwrócił się za dźwiękiem.

Mieszko nosił pęk jasnych, końskich włosów przy smukłym, spiczastym szyszaku. Czcibor miał czarną kitę przy hełmie. Słońce wzeszło. Mieszko musiał osłonić oczy dłonią. Brat jechał na czele trzydziestki zbrojnych. Gdy się zbliżyli, dostrzegł, że coś wiozą pomiędzy końmi.

— Graf Wichman kona — powiedział Czcibor, wskazując na nosze wleczone przez Czechów. — Przywiozłem ci go, bo pomyślałem, że chcesz zobaczyć jego śmierć. — Ciemne źrenice Czcibora lśniły jak obmyte nurtem rzeki kamienie.

— Co z jego ludźmi? — zapytał Mieszko.

— Zarżnięci, odarci z broni do nagich trupów. Karmią kruki jak ci tutaj. — Czcibor niedbale rzucił głową. — Tylko wodza watahy ci przywlokłem. Rzucić go księciu! — krzyknął do Czechów za swymi plecami.

Ci zeskoczyli z siodeł i wziąwszy pod ramiona Wichmana, zawlekli pod kopyta jego konia.

— Na rany… na rany Chrystusa… — jęknął graf.

Mieszko zsiadł z konia i stanął nad leżącym.

Niepobity, krwiożerczy Wichman u jego stóp. Cioteczny brat cesarza Ottona Wielkiego. Boże, Twa moc nie ma granic — pomyślał Mieszko.

— Panie… książę… — jęczał Wichman. — Konam…

— Kończ, nie wzywaj Boga, boś na Jego łaskę nie zasłużył — syknął Mieszko.

— Nasz Pan w chwili śmierci wybaczał łotrom na krzyżu…

Mieszko w milczeniu wpatrywał się w bladą twarz Wichmana. W krwawy strup pod obojczykiem. Oczy grafa zachodziły mgłą, a przetykane siwizną żółte włosy przylegały w strugach śmiertelnego potu do czoła.

— I ja żałuję… pragnę wybaczenia… — szeptał Wichman.

— Co mam ci wybaczyć, wilku? — Mieszko się wściekł. — Że chciałeś mnie zabić, pohańbić, zagarnąć me ziemie? Teraz wzywasz imienia Chrystusa, a rzucałeś się na mnie na czele zgrai czczących Swarożyca pogan! Pluję na twą skruchę! Jesteś jak pies, który poczuł nad sobą silniejszego i w ostatniej chwili podkula ogon, kładzie się na grzbiet i macha łapami! Śmiertelne widowisko! — Mieszko z odrazą kopnął kępę suchej trawy.

— Panie! — Wichman z wysiłkiem wyciągnął ramiona ku jego nogom. — Wielki książę… jam jest grzeszny… ale w ostatnim tchnieniu moja dusza zwraca się ku Bogu! Widzę Maryję, matkę Jego, idącą ku mnie w orszaku aniołów! Wybacz mi! Wybacz i spełnij ostatnią posługę wobec umierającego… miecz mój… Gdzie mój miecz? — Rozpaczliwie szukał u pasa.

— Tutaj, psie! — Czcibor rzucił mu miecz, który wiózł przy swym siodle.

— Panie!… to święty miecz, który podarował mi cesarz… stal poświęcona u źródeł Piotrowych… miecz, który dawał mi przez tyle lat wygraną… Maryjo! Gdzieś zniknęła? — W oczach Wichmana zadrgało przerażenie. — Błagam cię, oddaj cesarzowi mój miecz na znak… na znak… mego ukorzenia… Idą po mnie! — pisnął i jego źrenice się rozszerzyły. — Jezu, ratuj! Idą po mnie zastępy ciemne… aniołowie skrzydlaci… czarni jak smoła… pędzą na rumakach wielkich… Jezu, chroń mnie… Chryste, trzymaj w swych zranionych ramionach, bo widzę, że piekło pod wodzą księcia ciemności galopuje ku mnie konnicą trupich wierzchowców… Aaa! — Wichman wrzasnął i zakrył twarz dłońmi, jakby chciał ją osłonić przed szarżą szatańskiego wojska. I skulony skonał.

— Bracie — Czcibor zeskoczył z konia i położył Mieszkowi dłoń na ramieniu — śmierć banity to dowód na istnienie Boga.

— A ja myślałem, że przekonał cię nasz wspólny chrzest w nurcie Warty — odpowiedział Mieszko, obejmując brata.

— Chrzest był święty. — Czcibor skinął mu głową. — A on widział piekielne wojska tak prawdziwie, że w nie uwierzyłem.

— Wichman dostał to, na co zasłużył. Żywcem zstąpił do piekieł. Na wojowników Bożych czeka raj, miejsce przecudne. Nie w szatana wierz, bracie, a w Boga. On nas w chwili zgonu poprowadzi do wiecznej jasności.

— Skąd wiesz? Od Jordana? — spytał Czcibor.

— Od niego wiem. A od dnia chrztu w to wierzę. Stąd — zgarnął ramię brata z pleców i dotknął swego brzucha — z samych trzewi.

— Miecz Wichmana — powiedział Jordan, gdy zwycięzcy przybyli do Poznania. — Co z nim poczniesz?

— Wolą konającego było odwieźć go do cesarza.

— Ja pojadę — powiedział Jordan. — Pozwól mi go zawieźć.

Dał mu drużynę zbrojną, a sam pochylił się nad Dobrawą. Syn w jej ramionach. Wciąż nie mógł uwierzyć. Miał przed nią siedem żon, a żadna z nich nie dała mu syna. Pieścił to dziecko, jakby było cudem.

— Chciałabym, żeby wyrósł na wielkiego księcia, jak ty — wyszeptała, tuląc czoło do jego piersi.

Nie powiedział jej o krwawym księżycu, co wyszedł w noc jego narodzin. Dobrawa śniła inne pieśni, niż on widział. Wolał, by jego żona pozostała czysta. Mrok, brud, krew i widmo bitwy brał na siebie. Dopiero po powrocie, przy niej i dziecku, dotarło do niego z bezwzględną jasnością, co by się stało, gdyby przegrał.

Nie ruszę na kolejną wojnę — myślał — jeśli nie przygotuję dla rodziny bezpiecznej kryjówki. Siemomysł budował obwałowane grody. Ja stworzę im niezdobytą twierdzę na wyspie.

I wiedział, gdzie to będzie. Między Poznaniem a Gnieznem, wyspa na Jeziorze Lednickim. Ostrów, rzucone na środek jeziora ukryte gniazdo dynastii.

Jordana nie było ponad pół roku. Wyruszył do Rzymu jesienią, zaraz po bitwie. Wrócił wczesnym latem. Powitali go na podwórcu palatium. Kapłan zsiadł z konia, sługa podał mu owinięty purpurową tkaniną długi przedmiot. Jordan wziął go w wyciągnięte ramiona i szedł ku nim, ku Mieszkowi i Dobrawie.

Cesarz nie przyjął miecza buntownika — przeszło przez głowę Mieszkowi, ale oddalił od siebie tę myśl, bo w twarzy Jordana było coś uroczystego.

— Książę — powiedział i spojrzawszy na mocno zaokrąglony brzuch Dobrawy, dodał z powagą: — dynastia się rozrasta.

— Tak, Jordanie! Spodziewamy się kolejnego dziedzica. Z czym przybywasz?

— Z darami najwyższej próby. — Mówiąc to, z namaszczeniem odwinął tkaninę i odsłonił miecz.

To było najdziwniejsze ostrze, jakie Mieszko widział. Stare, choć zadbane, z szerokim sztychem. Nie nadaje się do pchnięć — pomyślał. — Można nim tylko jednostronnie ciąć.

Jordan uniósł miecz i powiedział dobitnie:

— Oto dar Ojca Świętego dla chrześcijańskiego księcia Mieszka. Miecz świętego Piotra, ten, którym obciął ucho Malchosa w ogrodzie Getsemani w noc pojmania naszego Pana…

— Ach! — wyrwało się z ust Dobrawy.

— Miecz Apostoła — potwierdził Jordan, a jego źrenice zalśniły. — Aby go przyjąć, musisz chrzest dopełnić sakramentem bierzmowania…

— Ale bierzmowania udzielić może tylko biskup — wyszeptała wystraszona Dobrawa.

— Oto stoi przed wami Jordan wyświęcony przez papieża Jana XIII na biskupa misyjnego władztwa Mieszka, księstwa leśnych polan — powiedział.

Trwała uczta powitalna na cześć Jordana. Siedzieli za stołem na podwyższeniu, słuchając jego opowieści.

— Mawia się, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a w naszej sprawie, książę, zbiegły się w nim wszystkie szczęśliwe okoliczności. Kiedyśmy dotarli na miejsce, w Rzymie obradował synod. Cesarz Otto I był w podniosłym nastroju, bo udało mu się przeprowadzić koronację swego syna jako Ottona II.

— Za życia ojca? — spytał Mieszko.

— Tak. Stary cesarz boi się zamieszek po swej śmierci i pragnął doprowadzić do uznania następcy, póki żyje. Przyjęli mnie na wspólnej audiencji w dwudziestym trzecim dniu grudnia, który przeznaczony jest na wspominanie świętego Dagoberta. Pamiętasz jeszcze, co ci opowiadałem o swych początkach, książę?

— Pamiętam. To Dagobert nakazał ci we śnie podróż do cesarstwa.

— W którym nie otrzymałem pomocy dla swego brata na irlandzkim tronie! — Jordan zaśmiał się i uniósł kielich jak do toastu. — Ale za to spotkałem ciebie, książę! Tak więc, gdy wyznaczono mi audiencję w dzień świętego, który patronował całej mej wędrówce, wiedziałem, iż to znak, że idę ku swemu przeznaczeniu. Opowiedziałem im o tobie, pogańskim księciu, który przyjął chrzest i pod znakiem krzyża, jak Konstantyn, zwyciężył wrażego Wichmana. A kiedym oddał Ottonowi miecz jego krewniaka, cesarz płakał…

— Ze szczęścia czy z żalu? — spytał Mieszko ciekawie.

Jordan się zaśmiał.

— Z radości, iż Wichman w ostatnim tchnieniu wyraził żal, tak to ujmę.

— Oddanie miecza to poddanie się pokonanego — rzucił książę. — Cesarz mógł poczuć ulgę, że nie musiał przykładać ręki do zgładzenia grafa. Banita, wyrzutek, ale mimo wszystko jego bliski krewny, a nikt nie lubi plamić się krwią rodziny.

— Opisałem szczegółowo potęgę twego zwycięstwa i przedśmiertne wyznanie win — powiedział Jordan. — Otto w dowód wdzięczności za trud oddania miecza, jaki poniosłeś, nadał ci tytuł „przyjaciela cesarstwa”. Od tej pory będziesz zapraszany na zjazdy panów Rzeszy i twój głos będzie na nich słuchany. Papież zaś, nie chcąc być mniej hojny niż cesarz, powiedział: „Miecz za miecz. Za ostrze nawróconego łotra chcę księciu ofiarować miecz Apostoła, by pod jego świętą klingą mógł szerzyć wiarę wśród pogańskich Słowian”.

— Mój ojciec, książę Pragi — odezwała się Dobrawa — od tylu lat zabiegał o własne biskupstwo. Czesi od dawna ochrzczeni, a mimo to nie dostał go. Jesteś cudotwórcą, Jordanie!

— Nie ja — zaprzeczył biskup. — Mówiłem wam, że prowadził mnie święty Dagobert. Gdy papież dał mi dla księcia miecz apostoła Piotra, powiedziałem, że książę Mieszko, jakkolwiek jest wybitnym wojownikiem i wodzem, nie chce zabijać pogan, ale nawracać. A do tego potrzebna jest siła duchowa. Zgodzili się ze mną, zresztą nie wypadało nie przyznać mi racji. — Jordan zaśmiał się nie jak biskup, ale jak chłopiec. — No cóż, z mojej relacji wynikało, że świeżo ochrzczony książę nie tylko pokonał pogan, ale i skłonił wiecznego grzesznika Wichmana do aktu chrześcijańskiej skruchy. Jednak najważniejsze jest to, iż papież wyświęcił mnie na biskupa misyjnego.

— Nie pojmuję różnicy. — Książę rozłożył ręce.

— Ja i moi następcy nie będziemy podlegać arcybiskupom cesarstwa. Ludziom Ottonów. Podlegamy wyłącznie Bogu i papieżowi w Rzymie.

— Amen! — Mieszko zrozumiał to w lot.

Kamienna kaplica, jaką wybudował przy palatium, była niewielka. Gdy ją stawiali, Jordan mawiał, że kościoły w jego rodzinnej Irlandii są małe, ale za to wiara ludu wielka. Poznańska świątynia mieściła jedynie ołtarz, a miejsca było tyle, co dla kilkorga ludzi.

— Twój chrzest w nurcie Warty odbył się na oczach wszystkich. Był pierwszym, a tak dobitnym znakiem. Twoi poddani zobaczyli i uwierzyli. Zaś bierzmowanie i przyjęcie darów Ducha Świętego będzie twoim intymnym spotkaniem z Bogiem — powiedział Jordan, gdy przygotowywał Mieszka.

Dwa lata temu wszedłem w nurt Warty i poprosiłem o chrzest — myślał książę, wstępując do kaplicy. — Jordan spytał mnie wówczas: „Po co przybywasz?”. A ja powiedziałem: „Po chrzest”, ale pomyślałem: Po miejsce równe pierwszym panom Rzeszy. Po wejście między nich. Zrzucenie wilczej skóry z grzbietu barbarzyńcy, którym mnie nazywają. Po wymuszenie na nich szacunku i miejsca przy stole. Po tarczę przeciw głodnym krwi Wieletom. Odbicie uderzenia grafa Wichmana. Po wszystkie dary chrześcijańskiego władcy, którymi od tej pory obdarzy mnie Pan. I dostałem zwycięstwo nad Wichmanem, pierworodnego syna, miecz Apostoła, tytuł przyjaciela cesarstwa i własne, niezależne biskupstwo. O co mam prosić teraz? Co przyniesie mi bierzmowanie, skoro tyle dał mi chrzest?

Dwanaście wielkich świec płonęło pod półkolistą, wyłożoną szklanymi płytkami ścianą kaplicy. Szkło o jantarowej barwie odbijało płomienie, tak iż wydawało się, że cała kaplica migocze. Biskup Jordan wyszedł po Mieszka i poprowadził do ołtarza. Dobrawa stała z boku, z dłonią na brzuchu. Zaczęła się liturgia. Mieszko patrzył, jak Jordan przewraca karty ewangeliarza, i pomyślał, że ta okazała księga i jego kapłan przebyli daleką drogę, by znaleźć się z nim tutaj, w poznańskiej kaplicy.

— Czy już zdecydowałeś książę? — zapytał Jordan. — Imię jakiego świętego wybierzesz na swego patrona?

— Dagobert — powiedział Mieszko i spojrzał w oczy zaskoczonego biskupa. — Niech mnie prowadzi tak, jak ciebie przywiódł do kraju leśnych polan.

— Ducha Świętego nie zobaczysz — mówił cicho Jordan — ale każdy z Jego darów odciśnie się na twym życiu. Duch Święty jest jak wiatr. Widzisz koronę drzewa wygiętą jego siłą, trawę poruszającą się pod jego podmuchem, falę na wodzie, uniesienie płaszcza. Zdejmij płaszcz!

Jordan podszedł do niego i obnażył ramię i bark Mieszka, rozsznurowując mu tunikę. Potem wziął naczynie z krzyżmem i zanurzywszy w nim kciuk, zrobił krzyż na czole księcia.

— Tak jak wiatr roznieca swym podmuchem ogień, tak ty płoń żywym ogniem wiary! Bierzmuję cię, Mieszko-Dagobercie, znacząc olejem świętym w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego.

— Amen.

— Niech od tej chwili Duch zstąpi na ciebie, bo oto przejrzały nie tylko twe oczy, ale i dusza dojrzała do służby Panu!

Mieszko patrzył na pełgające po półkolistej ścianie płomienie świec i miał wrażenie, że unoszą się w powietrzu i suną ku niemu jak świetlny, ognisty znak. Płomienna korona. Jordan sięgnął po leżący na ołtarzu miecz Apostoła i podał go księciu.

— Idź i nauczaj narody, a Bóg będzie z tobą przez wszystkie dni aż do skończenia świata…

— I ja będę z Bogiem — odpowiedział Mieszko. — Wybuduję Mu w Poznaniu katedrę pod wezwaniem świętego Piotra, który tym ostrzem bronił Pana.

— Amen — szepnęła Dobrawa i osunęła się, opierając o ścianę.

Mieszko ją podtrzymał.

— Księżno? — spytał zaniepokojony Jordan. — Dobrze się czujesz?

— Tak — powiedziała cicho. — Zaczęło się…

— Liturgia skończona — powiedział biskup. — Odprowadź swą żonę, by mogła urodzić. Ja pozostanę tutaj i będę się modlił o szczęśliwy poród. O kolejnego Piasta.

Czuwał przed wejściem do alkowy żony i odchodził od zmysłów. Dobrawa krzyczała. Darła się bardziej niż Redarowie biegnący do bitwy, niż uderzeni toporem ranni z odrąbanymi dłońmi i złamanymi nogami.

Jak to możliwe — myślał — że słodka i jasna kobieta wydaje z siebie takie krzyki? Czy ona umiera? Boże, dałeś mi tyle i chcesz wszystko zabrać w świętym dniu bierzmowania? I nagle do niego dotarło, że nigdy nie był przy porodzie, bo gdy kobiety wydawały na świat dzieci, on zawsze wojował.

Drzwi alkowy się uchyliły i wyszła przez nie stara służka z cebrem pełnym zakrwawionych szmat. Złapał ją za ramię.

— Co z nią?! — spytał strwożony. — Co tam się dzieje?!

W tej samej chwili zobaczył, że kobieta ma skrwawioną suknię.

— Nic takiego — odpowiedziała, wzruszając ramionami. — Pani rodzi.

— Ale dlaczego tak krzyczy?

Kobieta spojrzała na niego, jakby był niespełna rozumu.

— Bo wydaje na świat dziecko!

— Ale…

Służka otarła pot z czoła i przygadała mu jak kucharka stajennemu:

— A co się księciu wydaje? Że rodzenie dzieci to jakaś przyjemność? Gdy wykluwa się orzeł, orlica musi dziobem przebić skorupę. A kobieta musi własnymi siłami wypchnąć na świat drugiego człowieka! Idź stąd, książę, bo nie mam czasu, a mężczyźni za miękcy na takie sprawy.

Wcisnęła mu w ręce ceber z brudami i zniknęła z powrotem w alkowie.

Stał jak ogłuszony. Patrzył na krwawe płótna i myślał, jak nie chciał plamić serca Dobrawy opowieścią o brudnej stronie zwycięstwa nad Wichmanem.

Co ja wiem? — pomyślał. — Umiem zabijać, ale to ona potrafi dawać życie…

W tej samej chwili z alkowy dobiegło dzikie, przeciągłe wycie jego żony i zaraz po nim usłyszał krzyk dziecka. To nie było kwilenie noworodka. To był wściekły wrzask. Rzucił ceber i wbiegł do środka. Służki na jego widok przykryły leżącą Dobrawę prześcieradłem.

— Żyjesz? — zapytał.

— Tak — szepnęła.

I wtedy zobaczył. Zobaczył upiorne, sine, umazane krwią dziecko połączone nabrzmiałą liną pępowiny z matką. Stara służka trzymała je wysoko pod ramiona, a ono wierzgało jak kocię trzymane przez samicę dzikiego rysia w pysku i darło się wniebogłosy.

— Narowista dziewucha! — pochwaliła stara.

— Półdiablę — sapnęła druga służka, siadając na posadzce wśród cebrów z wodą i krwawych szmat.

— Na wszelki wypadek dajmy jej jakieś święte imię — powiedziała Dobrawa i wyciągnęła ręce po dziecko.

Część I

Dom Piastów

984–985

Ostrów Lednicki skąpany zimnym światłem księżyca. Wyspa na zamarzniętym jeziorze pośród spiętych ramą lasu pól. Tej nocy, jak każdej zimy, lód łączy wyspę z lądem, lecz do stojącej na niej warowni nie można wejść przez lód. Do chronionej podwójnymi, wysokimi jak jesiony wałami siedziby piastowskiego księcia można dostać się tylko przez mosty. Dwa mosty niczym cumy trzymające łódź. Zachodni i wschodni. Dwa ramiona jak u matki piastującej dziecko. Na zachód biegł trakt do Poznania. Na wschód do Gniezna. Między nimi ukryty Ostrów Lednicki, jak skarb. Był skarbcem. Ukrytym gniazdem dynastii. Jej żywym, pulsującym łonem. Miejscem, gdzie wychowywane są książęce dzieci. A mosty, niczym pępowiny, mogły wyprowadzić te dzieci na świat. Dwa mosty, dwoje niemal dorosłych dzieci. Naokoło lód. Noc w okowach zimowej pełni.

ŚWIĘTOSŁAWA przymknęła powieki. Siedziała z podwiniętymi nogami na szerokiej ławie, pozwalając służce czesać swe długie włosy. Z jej rozchylonych ust dobywały się drobne obłoczki pary. Oddychała coraz głębiej i głębiej, aż wreszcie położyła głowę na przerzuconym przez oparcie ławy futrze. Włosy Świętosławy zafalowały, spadając poniżej oparcia. Dłoń z grzebieniem zastygła w powietrzu.

— Śpi? — zapytała służąca, patrząc w kąt komnaty, gdzie na niskiej, okutej żelazem skrzyni siedziała dziewczyna w prostej wełnianej sukni. Siedziała dokładnie tak, jak Świętosława, z podwiniętymi nogami, z przechyloną głową. Jej twarz nie wyrażała nic.

BOLESŁAW poruszył barkami, by kolczuga ułożyła się dobrze na skórzanym kaftanie. Zapiął pas. Sprawdził, czy nóż gładko wychodzi z pochwy. Odgarnął włosy przysłaniające mu twarz i spojrzał na czekających towarzyszy. Ciemnooki Zarad, rudy Bjornar i płowowłosy, bardzo szczupły Jaksa stali przy drzwiach komnaty, wpatrując się w niego z napięciem. Przy nogach Bolesława warowały dwa psy.

— Gotowi? — zapytał.

— Płaszcz — powiedział Jaksa, rzucając mu podbitą wilczym futrem wełnę.

— Rękawice — dorzucił Bjornar, gdy je podawał.

— I miecz. — W mroku komnaty błysnęły ciemne oczy Zarada.

Jeden z psów czujnie uniósł łeb.

— Nie — zaprotestował Bolesław, wkładając rękawice. Przez jego twarz przemknął ledwie widoczny cień. — Ojciec nie kazał.

Tamci trzej kiwnęli głowami jak na komendę, a Zarad cicho gwizdnął z podziwem dla nieobecnego.

— Książę pan! — dorzucił.

Wyszli z komnaty, nie zamykając drzwi. Bolesław krzyknął przez ramię:

— Duszan, pilnuj psów!

Stukot ich butów na kamiennej posadzce palatium, więcej nic. Z kąta wychynął młodzieniec wcześniej trzymający się w cieniu. Smukły i wysoki, ubrany niepozornie, niezbrojony. Psy zaskomlały przeciągle. Duszan podszedł do nich, poklepał po łbach. Dolał wody do misek. Zaczął zbierać rozrzucone po izbie rzeczy. Z nabożnym szacunkiem ustawił miecz na stojaku.

ŚWIĘTOSŁAWA leżała przechylona przez oparcie ławy.

— Księżniczka śpi? — natarczywie powtórzyła pytanie służąca.

Dziewczyna bezszelestnie wstała ze skrzyni, podeszła ku niej. Przykucnęła przy Świętosławie i delikatnie odchylając włosy, zajrzała jej w twarz. Uniosła wzrok ku pytającej i skinęła głową na potwierdzenie.

Służąca odetchnęła. Nakryła Świętosławę błamem z lisich futer i cicho pozbierała rozrzucone drobiazgi. Dwa kościane grzebienie, nabijaną srebrem skórzaną przepaskę do włosów, jedwabne tasiemki do splatania warkoczy. Zamknęła wszystko w skrzynce i nerwowo rozejrzała się po komnacie. Na rogu stołu stał kubek z wystygłym naparem. Zręcznie wylała jego zawartość do ognia, a krople szybko wyparowały. Służąca wytarła palce w kraj sukni.

— Jak się obudzi, zdejmij jej buty. Pomóż przejść do łoża, nakryj i czuwaj przy ogniu. Zresztą wiesz, co masz robić — powiedziała do dziewczyny i wyszła, nie czekając na odpowiedź.

Drzwi zamknęły się za nią głucho.

Świętosława doskonale udawała sen. Teraz otworzyła powieki. Miała oczy pociemniałe od gniewu.

— A to suka — wyszeptała prosto w twarz kucającej przy niej dziewczyny.

Ta błyskawicznie położyła palec na ustach i głową wskazała drzwi. Świętosława usiadła na ławie, odrzucając przykrycie. Za drzwiami słychać było zbliżające się kroki. Spojrzały na siebie. Dziewczyna wzięła błam i rzuciła na kamienną posadzkę. Księżniczka miała na nogach wysokie, okute buty. Po futrze szła bezszelestnie.

BOLESŁAW wsłuchiwał się w równy rytm kroków na moście. To go uspokajało. Raz, dwa. Raz, dwa. Szedł przodem, za nim Bjornar i Zarad. Jaksa z tyłu. Wschodni Most. Gdy był chłopcem, potrzebował czterech setek kroków, by go przejść. Potem trzech. Sprawdzał się co roku aż do teraz, gdy skończył szesnaście lat, i wyszło ich tyle, ile trzeba dorosłemu mężczyźnie. Dwie i pół setki. Ojciec przyjmował do osobistej drużyny tylko silnych, sprawnych i rosłych. Takich, którym wystarczy dwie i pół setki kroków, by przejść Wschodni Most. Ojciec. Książę pan. Zapalczywy drapieżnik po równo darzony przez poddanych uwielbieniem i lękiem. Mistrz politycznej gry zmieniający sojusze szybciej, niż zawiał wiatr. Wojownik na czele bezgranicznie oddanych mu wojsk. Ojciec trzymający go żelazną dłonią za kark. Żadnej samowoli. Syn robi tylko to, czego ojciec chce. Więc czego chce dziś? W noc przed Godami, przed przyjściem Chrystusa na świat? Dlaczego kazał mu przyjść bez broni na przystań nieopodal Wschodniego Mostu? Raz, dwa, raz, dwa. Równy dźwięk kroków wśród nocnej ciszy uspokajał Bolesława, chłodził jego gorączkowe myśli.

Księżna Oda, piękna jak rasowa suka i zimna niczym lód. Żona ojca, której czas nastał po śmierci matki, Dobrawy. Rok temu urodziła ojcu syna, a ten dał mu własne imię. Zabolało jak uderzenie zmarzniętą rękawicą w twarz. Przez szesnaście lat był jedynym synem. Oczywistym następcą. Liczył się tylko on i Świętosława. Dwoje dzieci Dobrawy jak dwa mosty Ostrowa. Córek ojciec miał więcej, z dawnych jeszcze, pogańskich żon, to inna rzecz. Żadna z nich nie mogła zagrozić pozycji jego siostry. Wiadomo, dziewczyny to pieczęcie pokoju, sojuszu, zawieszenia broni. Ale następcą jest syn. Syn!

Parę dni temu, na uczcie. Oda w nowych, złotych zausznicach, na jej kolanach to dziecko, które jak zadra stało między ojcem a nim. „Mój Mieszko!”. — Ojciec śmiał się i pił. Bolesław zaciskał szczęki. Oda zaś słuchała mnicha czytającego historię o Abrahamie i Izaaku. Gdy Abraham budował na górze Moria ołtarz na oczach przerażonego chłopca, na bladą twarz Ody wystąpiły rumieńce. „Wystarczy!”. — Przerwała mnichowi ruchem szczupłej, upierścienionej dłoni. — „Mieszko zbyt mały, by słuchać tych okropności!”. Ojciec zaprotestował trzeźwo: „Chce być księciem, niechaj słucha, jak Abraham słuchał swego Ojca w niebie. Bezwarunkowo!”. Kazał sobie dolać miodu, jakby to słowo, „bezwarunkowo”, sprawiło mu przyjemność. Przepijał z drużynnikami i nie widział, że im bliżej ofiary z pierworodnego była opowieść, tym twarz Ody pogodniała coraz bardziej. Bolesław nie spuszczał z niej wzroku. Patrzył, jak zachłannie głaszcze jasne włosy swego syna, jak faluje pierś, do której go tuli, jak we władczym geście unosi się jej podbródek.

I dlatego teraz, idąc na rozkaz ojca nocą przez Wschodni Most, czuł lęk, który starał się rozproszyć twardym rytmem kroków. Raz, dwa. Raz, dwa. Czy na przystani czeka na niego ołtarz? Raz, dwa. Mimowolnie dotknął noża przy pasie. Drugi wsunięty miał w cholewę wysokiego buta. Raz, dwa. Cokolwiek się zdarzy, nie będzie barankiem idącym na rzeź.

ŚWIĘTOSŁAWA podsłuchiwała pod drzwiami. Usłyszała rytmiczne brzęczenie okuć od pasa. Dwóch, może trzech mężczyzn i stuk kobiecych butów.

— Śpi? — Wyniosły głos należał do Ody. Zawtórował mu dźwięczny brzęk zausznic.

Świętosława mogłaby przysiąc, że czuje duszną woń różanego olejku, którym księżna smarowała skronie.

— Wedle życzenia najjaśniejszej pani — odpowiedziała Juta, służąca, która przed chwilą czesała jej włosy. — Śpi i nie obudzi się prędko.

Świętosława zacisnęła zęby. Dwie suki, nie jedna — policzyła w myślach.

— Gut. Jest sama?

— Tak. To znaczy jest z nią tylko Dusza, ta niedojda.

— Gut. Ty też idź spać — powiedziała Oda i stuk jej butów oddalił się wraz z wtórującym mu metalicznym dźwiękiem książęcej obstawy.

Za drzwiami zaległa cisza. Świętosława odwróciła się i spojrzała w siwe oczy dziewczyny. Nie wyrażały nic. Zwinnym ruchem wspięła się na stojącą pod ścianą ławę i podciągnęła, by sięgnąć do wysoko posadowionego okna. Pchnęła drewnianą okiennicę. Do komnaty wpadł mroźny powiew. W mroku nocy zobaczyła dwuszereg pochodni sunących ku lądowi przez Wschodni Most.

Raz, dwa… — liczyła w myślach — …dziewięć, dziesięć… Ojciec wyprowadza z Ostrowa drużynę. W noc przed Godami? — Serce zabiło jej mocniej. — Może to już? Po cóż innego drużyna wychodziłaby nocą z warowni, jak nie po ważnego gościa?

Zeskoczyła z ławy. Zapomniała zamknąć okiennicę, więc Dusza, nie pytając, wspięła się i zrobiła to za swą panią.

Gościa — myślała gorączkowo Świętosława. — Najważniejszego. Tego, którego imię wciąż trzymają przede mną w tajemnicy…

— Chodź, Dusza — zakomenderowała szeptem. — Zdejmij suknię. Dziś się zamienimy. Wiedziałam, że ta… — Świętosława pomyślała „suka”, ale zamiast tego wypluła: — Juta! Jest na usługach księżnej. Prosiłam ojca, żeby pozwolił mi samej decydować o służbie, a on nie. „Moja żona”. Tak, mówię mu, to twoja żona, ale nie moja matka! Co było w kubku? — Spojrzała na Duszę.

Dziewczyna stała przed nią w białej, lnianej koszuli. Szczękała z zimna zębami.

— Trucizna? — spytała Świętosława.

Dusza pokręciła głową i podała jej swoją suknię. Świętosława odwróciła się i odgarnęła włosy z pleców. Dziewczyna wprawnym ruchem rozsznurowała swej pani suknię. Pomogła zdjąć i ubrała ją we własną, z szorstkiej, prosto tkanej wełny.

— Więc nie trucizna? — powtórzyła Świętosława i z trudem wzięła oddech. — Za ciasna. Piersi rosną ci wolniej.

Dotknęła własnych, płasko ściśniętych tkaniną.

— A może moje rosną za szybko, odkąd ojciec tyle mówi o ślubie? O moim ślubie z nie wiadomo kim!

Wyciągnęła rękę po płaszcz Duszy. Dziewczyna podała jej jeszcze swój kaptur.

— Każę ci uszyć nowe, większe. Takie, żeby pasowały na mnie. Tylko wiesz, tajemnica. — Puściła oko do dziewczyny, naciągając jej kaptur na głowę. — Wyglądam jak przyzwoita służka? Taka, co nocą musi w pilnych sprawach biec przez most? — Okręciła się ze śmiechem.

Dusza wpatrywała się w księżniczkę, nie odpowiadając.

— No już, wskakuj do łóżka i nakryj się. Śpij, moja Duszko! — szepnęła Świętosława. — Tej nocy ty jesteś księżniczką piastowską. Tylko nie licz na słodkie sny.

Zamknęła za sobą drzwi i w nasuniętym na głowę kapturze śmiało szła przez wąskie korytarze palatium. Nie pierwszy to raz! Ucieczka, przebranie, drobny podstęp. Wszystko, byleby dowiedzieć się więcej. „Kiedy przyjadą posłowie?” — nieraz pytała ojca, a on się śmiał. „W jakim języku będę mówiła do męża?” — zaskakiwała go pod koniec uczty, gdy głowa mu się chwiała, a on w odpowiedzi wystawiał jej język. Gdy wracał z łowów, dopadała go z pytaniem: „Dokąd pojadę? Na południe, zachód czy wschód?”.

— Wschodni Most… — szepnęła teraz, gdy owiał ją ziąb znad zamarzniętych wód Jeziora Lednickiego. — Mój mąż przybędzie ze wschodu!

Owinęła się szczelniej płaszczem i biegnąc przez most, wypatrywała blasku pochodni. Chciała dowiedzieć się jak najprędzej. Gwarancją którego z sojuszy ojca pana ma być? Kijów? Czyżby Kijów? Książę Mieszko jeszcze nie wypowiedział Rusi wojny, a już planuje pokój? Ach! — przebiegło jej przez myśl. — A może za moją rękę odbierze Grody Czerwieńskie, które książę Wladimir zagarnął zeszłego lata? Cokolwiek ją czeka w te Gody, nie chce być owieczką przeznaczoną na rzeź.

BOLESŁAW czekał na przystani, jak kazał ojciec. Pusty pomost wrzynał się w pokryte lodem jezioro. Przy nim kilka żelaznych uchwytów do pochodni. Na brzegu parę przysypanych śniegiem więcierzy, pewnie rybacy zapomnieli o nich po ostatnich połowach. W głębi szopa na łodzie, przy niej równo poskładane drewno na opał. Pustka. Jedyny ślad ludzkiej obecności to odbicia ich własnych stóp na świeżym śniegu.

Zarad, Bjornar i Jaksa stali przy nim, jak zawsze. Zarad był synem Borzymira, chorążego Mieszka, i Bolesław znał go, odkąd sięgał pamięcią. Nawet mleczne zęby stracili jednocześnie. Jaksę Bolesław poznał w Magdeburgu, gdy jako sześciolatek był zakładnikiem cesarza. „Redarskie szczenię” — warczeli Sasi na małego Jaksę, gdy chrzcili go siłą. Bolesław uparł się, że nie wyjedzie z Magdeburga bez niego, i margrabia Hodo, który szczerze nienawidził małego Redara, podarował Bolesławowi Jaksę, niczym psa. Bjornara zaś wykupił ze skandynawskiej niewoli książę Mieszko, gdy Bolesław wypatrzył go na nabrzeżu wolińskiego portu. Dziesięcioletni Bjornar nosił ciężkie skrzynie jak dorośli mężczyźni, na maszty wspinał się ze zręcznością wiewiórki i był rudy jak ona. Bolesław tak gorąco prosił ojca, aż książę zapłacił za wolność Bjornara, chłopca, który wiedział o sobie tylko tyle, że urodził się na wyspie Bornholm.

Bolesław, Bjornar, Jaksa i Zarad wraz z kilkunastoma synami wojów Mieszka od małego ćwiczyli w młodej drużynie. Walki na drewniane miecze, szycie z łuku do chochoła, jazda konna, zapasy, walka wręcz od rana do zmierzchu. Na tych trzech Bolesław mógł polegać jak na sobie. Byli mu braćmi nie urodzenia i krwi, lecz siniaków, wspólnie wylanego potu, zwichniętych nóg, wybitych nadgarstków, wyłamanych palców. Ojciec trzymał go krótko, na placu ćwiczeń traktował jak każdego innego chłopca. Tylko wymagał od niego więcej. A gdy Bolesław pytał: „Kiedy dostanę własną drużynę?”, Mieszko, zamiast odpowiedzieć, śmiał się gromko. I póki, jak chłopiec, wciąż potrzebował trzech setek kroków, by przejść Wschodni Most, łudził się, że to tylko kwestia wieku. Ale gdy zrobił to jak mężczyzna, na dwie i pół, bez naciągania, swobodnym marszem, a ojciec znów tylko się śmiał, pomyślał, że za tym śmiechem kryje się coś więcej. Brzuch ciężarnej Ody, z którego wkrótce miał wyjść drugi syn? Następny po tym, któremu Mieszko darował swoje imię. Od tej pory żadna z nocy nie jest dla niego tylko snem. Czuwa, nie wiedząc, co planuje dla niego ojciec pan. Swymi wątpliwościami nie podzielił się z nikim. Nawet z tą trójką druhów. Jeśli jest im tak bliski jak oni jemu, sami powinni wiedzieć. A jeśli nie, to i tak nie pomogą mu w niczym.

— Zamarzam — jęknął Zarad — a w ciepłej świetlicy pewnie śliczne służące roznoszą grzane piwo, falując biodrami.

— Zimno ci czy chcesz się napić? — dopytał Bjornar.

— Zaraz tu może być gorąco — szepnął Jaksa i wskazał na most.

Bolesław poczuł przyspieszone bicie serca. W jednej chwili Wschodni Most zadudnił równym marszem i rozjarzył się pochodniami.

— O, do czarta! — syknął Zarad. — Co jest?

— Nie wiem, co jest — odpowiedział spokojnie Jaksa — ale na przodzie idzie książę pan.

— Bolesławie — Bjornar trącił księcia w bok — ty…

Młody książę nie odpowiedział. Ojciec i jego drużynnicy schodzili już z mostu i skręcali ku nim w stronę przystani. Jeszcze kilkanaście kroków i zejdą na brzeg. Bolesław poruszył palcami w zesztywniałych od mrozu rękawicach. Mimowolnie się wyprostował, druhowie za jego plecami też. Ojciec był już przed nimi. Ukłonił mu się.

Podnosił głowę powoli. Najpierw zobaczył wysokie, nabijane srebrem buty. Kolczugę sięgającą kolan, miecz przy pasie. Zdobioną pochwę noża. Dłoń w rękawicy zatkniętą za pas. Czerwony książęcy płaszcz podbijany futrem białych popielic. Ciemną, spiczastą brodę ojca, przeciętą tylko jednym siwym pasmem, wąsy sztywne od mrozu. Oczy zmrużone. I na głowie bojowy, nie paradny hełm.

— Synu — powiedział Mieszko głosem, który mógł znaczyć wszystko, lecz nie wyrażał nic.

Za jego plecami stały dwie dziesiątki uzbrojonych wojów. Nie dwunastu. Dwie dziesiątki.

— Ojcze — odparł Bolesław, walcząc z głosem, by ten się nie rwał. — Jestem, jak chciałeś.

Drużynnicy ojca weszli na pomost, wsadzili pochodnie w uchwyty i zostali na miejscu. Zrozumiał, że on i jego trzej druhowie są otoczeni. Patrzył ojcu prosto w oczy.

— Rozpalcie ogień! — wydał rozkaz Mieszko.

Bolesław pomyślał, że Abraham kazał Izaakowi taszczyć drewno na górę Moria i własnymi rękami ustawiać ofiarny stos. Pożałował tej myśli, widząc, że Mieszko uśmiechnął się twardo, gdy mówił:

— Albo nie. Niech mój syn i jego druhowie sami rozpalą.

Bolesław ruszył przed siebie. Mijając ojca, patrzył mu w oczy do ostatniej chwili. Nie odwracał się, słyszał za sobą kroki Bjornara, Jaksy, Zarada. Szedł ku szopie na łodzie, tam gdzie leżało równo poskładane drewno. Patrzył na nagie pnie rzadkiego lasu za szopą. Mógłby… Nie, nie mógłby. Ucieczka nie wchodzi w grę. Jest pierworodnym synem, księciem, a nie tchórzem, który czmycha w mrok.

Gdy schylał się po drewno, wsunął rękę do cholewy buta. Nóż był na swoim miejscu. Ojciec jest od niego silniejszy, ale na pewno nie jest szybszy. Druhowie dali mu znać, że widzą. Zarad dotknął palcem swojej cholewy.

Nie jestem sam — pomyślał Bolesław — jeszcze przez chwilę nie jestem sam.

Ułożyli ognisko. Przykucnęli we czterech, by je rozpalić. Bjornar wyjął z drżącej ręki Bolesława krzesiwo tak zręcznie, że Mieszko nie mógł tego widzieć. Skrzesał iskry szybko i płomień już pełgał po wysuszonym drewnie.

— Synu! — zawołał Mieszko. — Podejdź do mnie.

Poszedł, na siłę prostując plecy, by ojciec nie wyczuł miękkości kolan.

— Dzisiaj ostatnia z długich nocy — powiedział Mieszko.

— Jutro Boże Narodzenie — odpowiedział Bolesław, nie mając pewności, czy będzie jakieś jutro.

— Jesteś gotów? — Mieszko przerwał mu natarczywie.

— Na co? — spytał Bolesław zaczepnie. Dość miał tej gry.

Ojciec zaśmiał się nerwowo i zdjął rękawice.

— Na spotkanie z zimnem! — Sięgnął do zapinki płaszcza i jednym ruchem odrzucił go na śnieg. — Na co czekasz? Rozbieraj się, młody książę!

Z zimnem? — myślał gorączkowo Bolesław, zdejmując swoje rękawice i płaszcz. — Nie z ogniem?

Ojciec zrzucał ubranie zręcznie, jakby rozbieranie się przed wojskiem w mroźną, zimową noc było czymś oczywistym. Bolesław marznącymi palcami ściągnął buty. Złowił przerażone spojrzenie Zarada. Było za późno. Nóż ukryty w cholewie leżał razem z butem na śniegu. Zsunął spodnie, odrzucił je w bok, wyprostował się i spojrzał przed siebie. Mieszko stał przed nim zupełnie nagi. Długie, gęste włosy spadały mu na ramiona. Na muskularnej piersi ojca lśnił wiszący na łańcuchu złoty równoramienny krzyż. Ojciec pan w dłoni trzymał topór. Bolesławowi zaschło w gardle. Księżyc obniżył się już na nieboskłonie i stał teraz niczym srebrna bojowa tarcza wprost za plecami ojca. W mroźnym nocnym powietrzu skóra Mieszka parowała.

— Chodź za mną, synu. — Książę dotknął jego nagiego ramienia i to dotknięcie go oparzyło. Ojciec wstąpił na lód jeziora. Odwrócił się do niego i zapytał: — Gdzie kończy się mielizna?

— Tam. — Bolesław wskazał odruchowo, przywykły do posłuchu. Usłyszał swój głos i przez głowę przemknęło mu, że brzmi chropawo. Miał w głowie tylko jedną myśl: ojciec ma topór, ja nie mam nic.

— Masz. — Mieszko zatrzymał się w tym miejscu, gdzie woda powinna sięgać barków dorosłego mężczyzny, i podał mu swój topór. — Kuj lód.

Chce mnie utopić? — myślał Bolesław, uderzając ojcowskim toporem w taflę. — Po co sam się rozebrał? Po co wziął ze sobą świadków? Cała drużyna patrzy…

— Uważaj — cicho powiedział Mieszko. — Słuchaj, jak pęka, żeby nie wciągnęło nas pod wodę.

W tej samej chwili do ich uszu dobiegł głuchy trzask i w szczelinie na powierzchni lodu pojawiły się pęcherze wody.

— Wykuj przerębel — nakazał ojciec.

Bolesław uderzył raz, drugi. Odrzucał kawały lodu. Woda połyskiwała, odbijając srebrną tarczę księżyca.

— Ostrożnie! — syknął ojciec. — Nie uszkodź tafli wokół przerębla, bo nie będziemy mieli jak wrócić.

— Wrócić? — Bolesław uniósł głowę i spojrzał na Mieszka.

— Książę i jego pierworodny — odpowiedział Mieszko, śmiejąc się. — Przyszłość dynastii nie może chybotać się na niepewnym lodzie. Daj topór, wystarczy.

Bolesław się wyprostował i podał ojcu broń.

— Jesteś ode mnie wyższy — powiedział Mieszko, mierząc go wzrokiem, i przez chwilę wydawało się Bolesławowi, że słyszy w jego głosie dumę. — Wchodzimy do wody!

Ojciec odłożył broń na lód i wskoczył pierwszy. Zanurzył się wraz z głową na chwilę krótszą niż oddech, a wynurzając się, parsknął i krzyknął:

— Na co czekasz?!

Bolesław przykucnął, oparł się o krawędź lodu i wsunął do wody, zamykając oczy. Przeszyło go zimno tak ostre, że na moment stracił oddech. Woda przykryła mu głowę. I wtedy poczuł, jak dłonie ojca łapią go w pasie i wyciągają ponad powierzchnię. Wynurzył się, z trudem łapiąc powietrze.

— Masz grunt? — zapytał ojciec. — Możesz stanąć?

— Nie!… — parsknął wodą, która wpadła mu do nosa i ust. — A ty?

— Jestem od ciebie niższy! — Ojciec chlapnął mu wodą w twarz, jakby to była zabawa. — Musimy się ruszać, bo zamarzniemy. — Oczy Mieszka się śmiały, a na jego ciemnych wąsach osiadał szron.

Obaj raz po raz zachłystywali się.

— Zimno jak diabli, ale wierz mi, synu, kiedy mnie ojciec dawał drużynę, panował większy mróz! — Usta Mieszka były sine. Odchylił głowę i krzyknął w noc: — Drzewa pękały!…

— Drużynę? — wykrztusił Bolesław i miał wrażenie, że głos zamarza mu w gardle.

— Tak! Jutro Gody! Mam dla ciebie prezent i chciałem sprawdzić, czy jesteś gotów go wziąć. Wyskakuj, wystarczy! No, co ci? Zamarzłeś?

— Nie — odparł Bolesław i podciągnął się na lód. Tafla chrupnęła pod jego ciężarem. — Łamie się! — krzyknął do ojca.

— Nie — trzeźwo powiedział Mieszko, podciągając się powoli. — Na razie tylko pęka…

Mieszko nie zdążył dokończyć, bo lód, na który usiłował wyjść, oderwał się od tafli i ojciec z powrotem znalazł się pod wodą. Bolesław błyskawicznie złapał topór leżący na skraju przerębla. Położył się na lodzie i wsunął go do wody. Ojciec już się wynurzał, złapał topór, z trudem chwytając oddech. To trwało mniej niż uderzenie serca. Patrzyli sobie w oczy, ojciec i syn. Źrenica odbita w źrenicy, między nimi ostrze topora, które mogło dać życie lub śmierć. Siny odblask księżyca na ich sinych ustach.

— Wyciągam cię! — syknął Bolesław i łagodnie, ale z całych sił pociągnął za topór.

Mieszko był silny jak niedźwiedź. Po chwili zwinięty klęczał na lodzie. Bolesław podał mu rękę. Ojciec wstał i wyciągnął drugą po topór.

— Nie, nie puszczaj go — rozkazał Bolesławowi. — Chwyć za stylisko. W górę, na raz!

Unieśli go razem, a drużyna zgromadzona na brzegu odpowiedziała radosnym krzykiem i biciem w tarcze.

— A teraz idziemy.

Odwrócili się do brzegu i ruszyli. Pod stopami słyszeli trzask.

— Wyprostuj się. Musimy iść pewnie — powiedział cicho Mieszko, nie odwracając głowy — tak jakby nie pękał pod nami lód. Zapamiętaj, synu, możesz być księciem, a nawet królem, lecz jeśli twoi wojownicy nie będą cię podziwiali, nigdy nie zostaniesz wodzem. Każdy z bogów mego ojca był siłaczem. Perun, Trzygłów, czarny Weles, jasny Swaróg, każdy z nich. Moi wojowie ochrzczeni. Wierzą w Chrysta, jak ja. Ale ich słowiańskie dusze pragną ubóstwienia siły i jeśli chcesz być wodzem ich dusz, musisz im to dać.

— To nie jest bluźnierstwo? — wykrztusił Bolesław, stawiając na lodzie kolejny krok.

— Nie. To codzienność władców.

— Ojcze, mogliśmy nie wyjść cało z tego przerębla. By zaimponować własnym ludziom, narażamy życie?

— Tak — odpowiedział Mieszko. — Dzięki temu nie będą się wahać, oddając za nas własne.

ŚWIĘTOSŁAWA stała skryta za szopą na łodzie. Zorientowała się, że drużyna nie wyszła, by przywitać gości, gdy tylko zobaczyła ognisko, a potem brata i ojca kąpiących się w przeręblu.

Psiakrew! — zaklęła w duchu, bo zrozumiała, że nie dla niej ten nocny pochód. Nie zamierzała jednak ruszać się stąd ani na krok. Skoro mogła zobaczyć coś, co miało być przed nią ukryte, za nic w świecie nie dałaby sobie tego odebrać. Sylwetki mężczyzn wychodzących z zamarzniętego jeziora przesłonił jej mur z pleców drużynników ojca. Skandowali:

— Miesz-ko pan! Miesz-ko pan!

Wiedziała, że są bez ubrań, bo gdy byli w przeręblu, zobaczyła nagie plecy brata. Co tutaj robią? Dlaczego w mroźną noc rozebrali się i weszli do wody? Czy to jakiś męski obrzęd? Czy to aby nie grzech? Serce biło jej szybko. Zapomniała, że jeszcze chwilę temu biło tak, bo spodziewała się usłyszeć imię przyszłego męża.

Ojciec i brat już pewnie wyszli na brzeg, bo wojownicy skandowali ich imiona na przemian. Otoczyli kręgiem ognisko i uderzając o tarcze czynili taki zgiełk, jakby chcieli obudzić wszystkich świętych w niebie. Czy na pewno w niebie? — przemknęło jej przez głowę, bo to, co widziała, nie wyglądało zbyt pobożnie. Było raczej jak…

— Co ty tutaj robisz? — usłyszała za plecami zimny głos księżnej Ody. — To nie jest przeznaczone dla twoich oczu, księżniczko!

Świętosława odwróciła się gwałtownie i odparowała:

— Ani dla twoich, księżno, skoro obie stoimy w krzakach.

Za plecami księżnej Świętosława zobaczyła trzech zbrojnych ludzi z jej obstawy. Oda wydęła usta i prychnęła:

— Wyjdziesz sama zza szopy czy mam kazać cię wyprowadzić?

— Rozkazywać możesz Jucie albo innym swoim służkom, ale nie mnie! — Świętosława zawrzała jak zbyt długo warzone piwo. Ulało się z niej wszystko, czego nie mówiła, odkąd Oda pojawiła się na piastowskim dworze. Od niemal trzech lat. — Jesteś tylko margrabianką, pani! Nie płynie w twych żyłach książęca krew! Ojciec poślubił cię, bo byłaś mu potrzebna, a jak przestaniesz być, to cię odeśle do tego samego klasztoru, z którego cię wyciągnęli! Mój ojciec miał tylko jedną ukochaną żonę i była nią moja matka, Dobrawa. Rozumiesz? Moja matka! Wiesz, ile miał przed nią? Siedem! Odprawił je wszystkie, jak tylko Dobrawa przybyła do Gniezna. Po tobie może mieć siedem kolejnych i może je odprawić jak tamte wcześniej! Pamiętaj o tym, Odo von Haldensleben! Prawda nie jest miła, ale łatwiej z nią żyć!

Świętosława krzyczała, a twarz Ody zamieniała się w sopel lodu. Nie wyrażała nic.

— Nie panujesz nad sobą, córko Mieszka — powiedziała księżna, gdy Świętosława wreszcie zamilkła. — Nie panujesz nad słowami, które wypowiadasz. To znak, że wciąż nie jesteś gotowa, by ojciec wypuścił cię w świat. — Odwróciła się do towarzyszących jej ludzi i dodała lekceważąco: — Pomóżcie pannie wyjść z tych zarośli.

Sama, nie oglądając się na Świętosławę, ruszyła wprost ku płonącemu na przystani ognisku.

— Nie dotykaj mnie! — warknęła Świętosława do zbrojnego, który wyciągnął ku niej ramię.

Cofnął je jak oparzony.

— Sługa saskiej suki — niemal bezgłośnie syknęła do niego, wychodząc zza szopy.

Usłyszał, bo zobaczyła, jak na jego twarz wypływa rumieniec.

Dobrze. Wstydź się — pomyślała mściwie. — Mnie powinieneś służyć, nie jej!

Jakiś suchy badyl przyczepił się do jej sukni i trzymał za kraj. Szarpnęła. Usłyszała trzask dartej wełny. Oda już była przy ognisku. Drużynnicy ojca rozstąpili się i ukłonili księżnej.

Nie mogę biec jak dziecko — nakazała sobie Świętosława i tylko wydłużyła krok, nic nie robiąc sobie z podartej sukni.

Mieszko i Bolesław byli już ubrani. Tylko mokre włosy wymykające się spod książęcych kołpaków świadczyły o tym, że chwilę wcześniej zanurzyli się w lodowatej wodzie. Złowiła zaskoczone spojrzenie brata.

— Moja żona i córka — powiedział Mieszko, i nie było to powitanie.

— Wybacz, panie. — Oda skłoniła mu się lekko. — Nie powinno nas tu być…

— Prawda — twardo odrzekł Mieszko.

— …lecz powierzyłeś mej pieczy swą córkę, a twoje słowo jest dla mnie rozkazem. Nie mogłam zostawić jej samej, skoro powzięła zamiar potajemnego wymknięcia się nocą z palatium…

A to dziwka! — zaklęła w duchu Świętosława.

— Co tu robisz, Świętosławo? — spytał Mieszko i obrzucił uważnym wzrokiem jej strój.

— Podglądam was — odpowiedziała głośno, patrząc ojcu prosto w oczy.

— I co widziałaś? — Zmarszczył brwi.

— Plecy twoich wojów są tak szerokie, że widziałam tylko ich. — Uniosła rękę i wskazując kolejno, wyliczała: — Czcibór, Bogowit, Siemir, Czabor, Świelub… — ci, których imiona wymieniała, skłaniali przed nią głowę — …Czedrog, Derwan, Dalebor…

Dalebor uśmiechnął się do niej promiennie. Świętosława liczyła dalej, na jednym tchu:

— …Gardomir, Kalmir, Jaromił, Tasław, Miłosz, Warcisław, Lutom, Mścibor, Ostrowod, Radomir, Unimir…

Na końcu skierowała palec w pierś ostatniego z obecnych, pokręciła głową i powiedziała niemal oskarżycielsko:

— Tego nie znam!

Wytknięty był bardzo młody jak na drużynników ojca. Patrzył na nią z ukosa.

— To Wilkomir — powiedział Mieszko.

— Ach tak! — westchnęła, udając zaskoczoną. — Myślałam, że Krzywooki.

Wilkomir spojrzał na nią dziko. Kilkunastu wojowników się zaśmiało. Mieszko też. Świętosława poczuła się pewnie. Wystawiła trzy palce, jednocześnie wskazując w lewo.

— Tam stoją jeszcze Bjornar, Jaksa i Zarad. I oczywiście dwaj mężczyźni mego życia — ukłoniła się z promiennym uśmiechem — mój ojciec i brat…

— Starczy, córko. Widziałaś wszystkich, choć mylisz się, mówiąc, iż to moi wojowie. Od dzisiejszej nocy to drużynnicy twego brata.

Ach, więc o to chodziło! — pomyślała szybko, lecz odezwała się niewinnie jak dziecko:

— Wszyscy? Ojcze, oddałeś Bolesławowi wszystkich?

— Czas już na ciebie, dziecko — przerwał jej ojciec. — I na ciebie, księżno — skłonił się Odzie. — Dziękuję, że upilnowałaś naszą… — przerwał na chwilę, szukając słowa — najdroższą córkę. Oczekuję, iż udacie się na spoczynek.

— Jak sobie życzysz, książę — pokornie odpowiedziała Oda i łagodnie ujęła Świętosławę za łokieć.

Gdy stały się niewidoczne dla mężczyzn, za pierwszą linią wznoszących się w stronę Wschodniego Mostu drzew, Oda puściła ją i powiedziała zimno:

— Tak jak sądziłam. Wciąż nie jesteś gotowa. Lecz jeśli chcesz zobaczyć, do czego gotów jest twój ojciec, przyjdź w noc po polowaniu.

— Dokąd? — gwałtownie dopytała Świętosława.

Oda nie odpowiedziała. Pobłażliwie wzruszyła ramionami.

BOLESŁAW chciał być sam. Chciał jechać konno albo biec przez las i krzyczeć: Mój jest świat! Doznawał radości tak intensywnie, jakby raz po raz trafiał w niego piorun. Zamiast spłonąć na stosie ofiarnym, dostał od ojca drużynę. Drużynę! Stary tur pokazał stadu byków swego następcę! Wspomnienie lodowatej wody, zamiast mrozić, paliło go, rozgrzewało niczym najsłodszy miód. Ten lał się z dzbanów do kielichów, kubków i rogów, które krążyły między ławami podczas uczty.

Nastąpił czas Szczodrych Godów, świętowania narodzin Bożego Syna, i on sam czuł się jak ten Syn. Jakby ostatniej nocy narodził się na nowo. Znów pierworodny i tym razem jedyny. Mieszko w jego oczach był wojennym bogiem ojcem, a złoty krzyż na jego piersi, jak tamtej mroźnej nocy, kołysał się we wspomnieniach Bolesława na poły pogańsko, prawie bluźnierczo. Ale nic to! Wspomnienie lodowego przerębla było niemal święte, więc nie spowiadał się z porównania ojca do Boga Ojca.

Wszystko smakowało mocniej, głębiej, wyraźniej, jakby jego uśpione wcześniej zmysły się otworzyły. Serce biło mu przyspieszonym rytmem dzień i noc, krew w żyłach krążyła szybciej i szybciej.

W drugi dzień świąt ruszyli na łowy. Przed wyjazdem dwór zebrał się na dziedzińcu przed lednickim palatium. Kapelan książęcy błogosławił im. Oda z małym Mieszkiem przy piersi wydawała się łagodna i czuła niczym matka.

— Uważajcie na siebie! — Znaczyła ich krzyżem. — Dobrych łowów!

Ten dzieciak na jej ręku już nie psuł mu krwi, mógłby go uznać nawet za pociesznego i niezdarnego jak szczeniak ulubionej suki.

Świętosława na rozpuszczonych włosach, jasnych i połyskliwych niczym jantar, miała diadem wysadzany perłami. Zagryzała wargi jak zawsze, gdy chciała powstrzymać się przed powiedzeniem tego, co ma na myśli. Podszedł do niej.

— Jesteś piękna — powiedział, głaszcząc ją po włosach.

— Ty też — odparowała i mógł mieć pewność, że mówi szczerze.

Jego siostra albo nie odzywała się wcale, albo mówiła, co myśli. Teraz stanęła na palcach i szepnęła mu wprost do ucha:

— Oda kazała mi przyjść do siebie w noc po łowach.

— Po co?

— Powiedziała, że przekonam się, do czego zdolny jest ojciec.

— Harda jesteś, siostro! — pochwalił ją i pogłaskał po lśniących włosach. — Tam, na przystani, nie dałaś się Odzie. Ale nie idź do niej sama. Poczekaj na mnie.

Wspięła się na palce i kładąc mu rękę na ramieniu, przyciągnęła do siebie.

— A gdybyś nie wrócił? — jej ciepły szept dotknął jego ucha.

Podniósł ją do góry i pocałował prosto w usta.

— Mógłbym cię ugryźć w ten niewyparzony język, Harda! — Zaśmiał się Świętosławie w twarz.

Ona roześmiała się w odpowiedzi i ta bliskość siostry speszyła go nagle. Postawił ją na ziemię.

— Wrócę — obiecał.

— Przecież wiem!

Rogi zabrzmiały na odjazd.

Galop, wiatr w twarz, w południe mokry śnieg, mroźne powietrze wbijające się w nozdrza — wszystko to wywiało z niego wspomnienie dreszczy jej szeptu przenikających od ucha do trzewi. Otrząsnął się z nich i tropił zwierzynę. Świąteczne łowy! Nie ciągnęły go stada saren, szukał tego, co zimą trudno jest znaleźć: wielkich, królewskich jeleni. Podzielili się na dwie grupy, Mieszko ze swoją drużyną i łowczymi, a on ze swoją. Bjornar, Zarad i Jaksa tuż przy nim. Wilkomir i Dalebor byli świetnymi tropicielami. Lutom bezbłędnie wypłaszał młode byki z kniei. Ale Bolesław szukał czegoś więcej.

— Dalebor! — krzyknął Bolesław. — Umiesz wyciągnąć starego byka z gęstwiny?

Tropili go dwa dni. Znajdowali olbrzymie ślady jego racic na śniegu. Za każdym razem to jeleń usłyszał ich pierwszy. Ale zobaczyli go dopiero, gdy dotarli na pokot. Królewski stary byk z największym wieńcem, jaki Bolesław widział w życiu. Jego ciemnobrunatna, niemal czarna sierść układała się w dostojną, długą grzywę wokół szyi. Oczywiście ubił go Mieszko. Szedł wzdłuż pokotu z jastrzębiem na ramieniu.

— Łatwo nie było. — Przeciągnął się i podniósł do ust róg z miodem. Jastrząb na jego ramieniu skrzeknął i uderzył skrzydłami.

A Mieszko przyklęknął przy jeleniu i długo patrzył w zaciągnięte mgłą oczy. Wsunął mu w pysk gałązkę i powiedział:

— Ostatni kęs, przyjacielu.

Lutom, który dla niego płoszył tego byka, Wilkomir i Dalebor, którzy go tropili. Derwan, Czcibór, Tasław, Miłosz, Warcisław, Mścibor, Ostrowod, co gonili za nim przy Bolesławie dwa dni, żaden z dawnych wojów ojca nie odezwał się ani słowem. Żaden przed księciem nie pisnął, że na trofeum, które zdobył Mieszko, polował jego syn.

Na polanie płonęło ognisko, na ruszcie skwierczała sarna, słudzy roznosili miód. Drużyny znów się wymieszały, łowczy przepijali do wojów. Bolesław trzymał się na uboczu, z Jaksą. Wpatrywał się w martwe ślepia jelenia. Zdobycz ojca. Podszedł do nich Dalebor z dzbanem. Bolesław podsunął mu swój róg. Dalebor mógł być od niego starszy o dziesięć lat, nie więcej.

— Młody byk, póki jest cielakiem, trzyma się chmary — odezwał się Dalebor, gdy Bolesław upił łyk miodu. — Jak jest już chłystem i przychodzi czas rykowiska, a to wciąż nie jego czas, łazi wokół stada i patrzy, jak dojrzały byk pokrywa swoje łanie. Gdy byk o nie walczy, chłyst zmyka i wraca dopiero, jak jest bezpiecznie. W kolejnym roku próbuje sam dobrać się do łań. Zwykle bez skutku. Byk odpędza go bez trudu. Ryknie raz i dwa, a jak młody jest natrętny, stary użyje poroża. — Dalebor zaśmiał się gardłowo i kontynuował: — Wyrzucone ze stada chłysty łączą się we własne chmary. I gdy skończą czwarty, piąty rok, w czas rykowiska coraz śmielej podchodzą do łań. Zaczynają od skubnięcia jednej na boku. Jak się uda, poczynają sobie śmielej. Aż wreszcie najsilniejszy z nich pokona starego byka i zajmie jego miejsce.

— Co się dzieje z jego towarzyszami? — spytał Bolesław. — Z tą chmarą młodych?

— Rozpierzcha się. — Dalebor wzruszył ramionami. — Każdy byk chce mieć własne stado.

Czy drużyna, którą dał mi ojciec, jest jeszcze jego stadem czy już moim? — myślał gorączkowo Bolesław, gdy wracali na Ostrów Lednicki.

Nim wjechali na Wschodni Most, Mieszko zatrzymał drużyny. Przywołał Bolesława do siebie i wjechali razem. Bok w bok. Na bramie wartownicy dęli w rogi. Pochodnie. Na dziedzińcu zgiełk. Muzykanci. Żelazne kosze z płonącym drewnem. Świeżo wysypany piachem śnieg. Okrzyki na zmianę:

— Miesz-ko! Bo-le-sław!

Książęcy kapelan intonował psalm, ale ten ginął we wrzawie. Dziewczęta i kobiety piszczały, wypatrując swoich mężczyzn. Oda wyszła przywitać męża, ale książę nie zsiadał z konia, póki na podwórzec nie wjechał ostatni wóz z upolowaną zwierzyną. Wtedy uniósł w górę ramię i krzyknął:

— Pobłogosławił nam Bóg! Darzbór!

Jastrząb na jego ramieniu wyciągnął szyję i wstrząsnął łbem.

— Darzbór! — odkrzyknął Bolesław, a za nim obie drużyny.

Równo z ojcem zsiadł z konia. Zobaczył siostrę, która wyprzedziła Odę w wyścigu do ojca. Usłyszał, jak zarzucając mu ręce na szyję, pyta:

— Jakiego języka powinnam się nauczyć, nim wyjdę za mąż?

— Wystarczy, że opanujesz trzymanie go za zębami — odpowiedział jej, ale Świętosławy już przy Mieszku nie było.

Mówi, co chce, i słucha tylko tego, co chce usłyszeć — zdążył pomyśleć, gdy w uchu zaszemrał mu jej szept:

— Pamiętasz? „Noc po polowaniu”. To dziś.

ŚWIĘTOSŁAWA wiedziała, dokąd iść. Alkowa Ody jeszcze przed pięcioma laty należała do ich matki, Dobrawy. Po jej śmierci Świętosława spała w łożu matki tak długo, jak długo czuła jej woń. Gdy zapach dobrej księżnej się ulotnił, opuściła jej komnatę. Rok później ojciec tak dał się we znaki cesarzowi, że ten zmuszony bezzwłocznie udać się do dalekiej Italii, zabiegał o pokój na wschodniej granicy. I aby udobruchać Mieszka, wyciągnął z klasztoru w Kalbe wyświęconą już mniszkę, jedną z córek margrabiego von Haldensleben, Odę. Piastowie skoligacili się dzięki niej z wysokimi rodami Rzeszy, a ojciec w prezencie ślubnym wypuścił dziesięć setek saskich jeńców i dał spokój wojnom na zachodzie. Wszyscy wiedzą, że nie na długo. Świętosława pielęgnowała w sobie przekonanie, że lada dzień Mieszko zbierze siły i uderzy, a wtedy skończy się czas Ody.

— Tędy — pokazała Bolesławowi, jak mają iść.

Do alkowy przylegał szeroki, pięknie wymurowany szyb, którym ojciec planował odprowadzać dym z komnat. Niestety, niechcący w gniewie zabił sprowadzonego z Karyntii mistrza budowlanego, który miał to zrobić, i szyb od lat stał pusty, a w komnatach panował chłód. Do szybu można było wejść przez drewniane, nie większe od okiennicy drzwiczki, a Świętosława wiedziała gdzie.

— Właź — szepnęła do Bolesława. — W murze są stalowe kolce, po których można zejść. No co? — Zdumiał ją zaskoczony wyraz twarzy brata. — Chyba nie sądziłeś, że wejdziemy do alkowy, powiemy „dobry wieczór”, usiądziemy pod ścianą i dowiemy się, w czym rzecz? Dobrze. Ja zejdę pierwsza.

Podwinęła suknię, by jej nie przeszkadzała, i zanurzyła się w czeluści nieużywanego komina. Zręcznie schodziła po wąskich prętach. Gdy zapadła całkowita ciemność, wiedziała, że zszedł i on.

Stali jedno obok drugiego w gardzieli szybu. Patrzyli na alkowę księżnej z góry przez wąską szparę w murze. Słyszeli każde słowo.

Oda czekała na Mieszka. Musiało być jej zimno, bo owinęła się futrem. Służka czesała jej długie włosy. Potem zdjęła swej pani z palców klejnoty. Oda ją odprawiła. Gdy została sama, z powrotem włożyła pierścienie. Wstała i podeszła do niewielkiej skrzynki. Przez chwilę przebierała w złotych łańcuchach. Wybrała jeden i włożyła na szyję. Mocniej otuliła się futrem. Wszedł Mieszko, na jego ramieniu wciąż siedział jastrząb. Oda wyciągnęła ramiona.

— Ulubiony ptak mego księcia — powiedziała głosem, jakiego Świętosława nigdy u niej nie słyszała. Ściszonym, gardłowym.

Mieszko przesadził jastrzębia na pusty uchwyt pochodni, zrzucił płaszcz i podszedł do niej, mówiąc:

— Leciał z polowania do ciepłego gniazda…

Chwycił Odę za ramiona i przyciągnął do siebie. Ona wymknęła mu się ze śmiechem.

— Więc przyleciał tylko, by odpocząć? O nie, mój panie! W moim gnieździe się nie śpi!

Ojciec rozpiął pas i Świętosława przez jedną chwilę miała nadzieję, że uderzy nim znienawidzoną Odę. Wstrzymała oddech. Nie. Łudziła się. Mieszko rozebrał się sam i stał nagi przed Odą wciąż skrytą pod futrem. Przemknęło jej przez głowę, że nie powinna patrzeć, ale nie było wyjścia. Póki nie zasną, ona i Bolesław nie mogą się stąd ruszyć, bo szmer w kominie może zwrócić uwagę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Odrodzone Królestwo. Tom 3. Płomienna korona Królowa Harda Turniej cieni Pasja według Einara Niewidzialna korona 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni