Chłopak, który stracił głowę

Chłopak, który stracił głowę

Autorzy: John Corey Whaley

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 352

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 26.99 zł

Hej!
Poznaj Travisa. Ma 16 lat, superdziewczynę i nieuleczalnego raka. Gdy staje przed wyborem: śmierć lub eksperymentalna operacja, nie zastanawia się długo. Godzi się na to, by od szyi w dół przeszczepiono mu zdrowe ciało. Jest tylko jeden problem – na razie rozwój medycyny nie pozwala na przeprowadzenie tak skomplikowanego zabiegu, dlatego chłopak musi zostać wprowadzony w śpiączkę podobną do hibernacji i czekać. Żegna się więc z bliskimi, bo nie wie, czy i kiedy się z nimi zobaczy.
Budzi się pięć lat później. Ma własną głowę i atrakcyjne, choć obce ciało. Świat z pozoru jest taki sam jak dawniej. Jednak powrót do życia wygląda inaczej, niż Travis sobie wyobrażał. Jego przyjaciele są już na studiach, rodzice coś przed nim ukrywają, a dziewczyna… Hmm, wygląda na to, że ma narzeczonego. Trudno się dziwić, że chłopak nie ma zamiaru się z tym pogodzić.
W końcu you only live twice.

OPINIE CZYTELNIKÓW

Poruszająca historia o nowym życiu, poszukiwaniu siebie i o miłości. Wraz z Travisem wkraczasz do starszego o pięć lat świata i próbujesz się w nim odnaleźć. To książka dla tych, którzy mają głowę na karku!

PATRYK OBARSKI, moje-bestsellery.blogspot.com

Najbardziej zakręcona opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, jaką przeczytałem. Jest pełna humoru, autor nie stroni od refleksji, a czytelnik mimowolnie stawia się w niełatwym, wręcz absurdalnym położeniu Travisa i zastanawia, co by było, gdyby… Raz przeczytana zostaje z nami już na zawsze.

DANIEL MUNIOWSKI, strefaczytacza.pl

Tak zabawnej, a zarazem smutnej historii dawno nie czytałam. To książka o tym, jak poradzić sobie ze zmianami, na które nie mamy wpływu.

ADRIANA BĄCZKIEWICZ, ujrzec-slowa.blogspot.com

Najbardziej oryginalna powieść młodzieżowa tego roku – ma w sobie wszystko, co sprawia, że nie można się od niej oderwać. Jest zaskakująca, mądra, nieco dziwna, a jej bohaterowie zarażają swoim poczuciem humoru.

GABRIELA RUTANA, recenzentkaksiazek.blog.pl

Uprzedzam – to nie jest typowa książka dla młodzieży. Kiedy myślisz, że wszystko w życiu Travisa zaczyna się układać, nagle czujesz bolesne uderzenie rzeczywistości i wiesz, że nic nie jest tak, jak być powinno.

ALEKSANDRA STAFA, biblioteczka-blanki.blogspot.com

Mamie i tacie,

dzięki którym mam głowę na karku

To tylko my na Ziemi mamy złudzenie, że chwile następują jedna za drugą, jak korale na sznurku, i że chwila raz przeżyta jest stracona na zawsze.

Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć,

tłum. Lech Jęczmyk

ROZDZIAŁ 1

ZAAWANSOWANE BADANIA

NAD REANIMACJĄ MÓZGU

Posłuchajcie. Kiedyś żyłem. Potem moje życie się skończyło. Tak po prostu. Teraz znowu żyję. To, co wydarzyło się „pomiędzy”, dalej jest dla mnie trochę zagmatwane, ale tak czy siak, w którymś momencie moją głowę odłączyli od reszty ciała i umieścili w zamrażarce w Denver w stanie Kolorado.

Wam też to się mogło przytrafić. Chodzi mi o umieranie. A przynajmniej o decyzję, żeby umrzeć. Podobno człowiek jest jedynym gatunkiem na tej planecie, którego osobniki mają świadomość nieuchronnie zbliżającego się końca. Po prostu dla niektórych z nas ten koniec nadchodzi znacznie wcześniej niż można by się spodziewać. Wierzcie mi: życie może się zmienić z fajnego i udanego w jakieś gotyckie smuty szybciej, niż będziecie w stanie powiedzieć: „Ostra białaczka limfoblastyczna”.

Dawny Travis zachorował tak nagle, że właściwie nie było czasu na nic poza rozmowami o tym, jak ciężko zachorował i jak szybko to się stało. A chemia, naświetlania i przeszczep szpiku kostnego tylko pogorszyły jego stan.

Podobno raz się żyje i raz umiera. Nie mogę się z tym zgodzić. Ale to nie jest historia śmierci mojego dawnego ja. Nikt nie chciałby słuchać o tym, jak mówiłem rodzicom, najlepszemu przyjacielowi Kyle’owi i swojej dziewczynie Cate, że nie mam już siły walczyć. O tych sprawach nie chcę opowiadać. Chcę wam opowiedzieć o nagłym przebudzeniu w szpitalnej sali z tak obolałym, suchym i piekącym gardłem, jakby ktoś napakował mi do niego nasączonych octem wacików. Chcę wam opowiedzieć, jak poruszałem palcami u rąk i nóg, i o tym, jakie wrażenie robiło to na stojących dokoła mnie lekarzach i pielęgniarkach. Nie bardzo wiem, dlaczego moje mruganie wywołało aplauz i dlaczego to, że nasikałem do woreczka, było dla wszystkich tych ludzi takie ważne, ale zachowywali się, jakby byli świadkami cudu. Niektóre pielęgniarki nawet płakały.

Chcę wam opowiedzieć o tym, jak człowiek może się nagle obudzić do życia, które nie było mu pisane. To, co mnie spotkało, równie dobrze mogło się przytrafić wam. A wtedy pewnie i wy spróbowalibyście odzyskać życie, które wam się należy. Tak samo jak ja.

Zabronili mi mówić. Powiedzieli, że jeszcze na to za wcześnie. Nie wiedziałem dlaczego, ale tak czy owak ich posłuchałem. Potem do pokoju weszli rodzice. Mama płakała jak bóbr, a tata zbliżył się, żeby dotknąć mojej twarzy, ale pielęgniarka poprosiła go, żeby zaczekał, żeby się odsunął, dopóki nie będą pewni, że wszystko ze mną w porządku.

Wręczyli mi małą białą tablicę i marker i kazali napisać, jak się nazywam. Napisałem. Travis Ray Coates. Poprosili mnie, żebym napisał, gdzie mieszkam. Napisałem. Kansas City w stanie Missouri. Poprosili, żebym zapisał nazwę szkoły. Zrobiłem to. Liceum Springside. Poprosili mnie, żebym napisał, do której chodzę klasy. Napisałem. I wtedy w pokoju nagle zapadła cisza. Choć było jasno, czysto i czułem zapach lekarstw oraz środków dezynfekujących, wiedziałem, że coś jest nie tak.

Wtedy właśnie oznajmili, że to zrobili. Dokonali tej całej hibernacji czaszki i wybudzenia. Naprawdę odcięli mi głowę. A ja byłem pewien, że po podaniu mi narkozy zmienią zdanie i cała moja papierkowa robota pójdzie na marne. Wtedy jednak mama podsunęła mi lusterko i zobaczyłem, że głowę mam ogoloną prawie na zero, a szyję owiniętą bandażami. Zobaczyłem gębę twardziela – fioletowe, popękane usta, zaczerwienione policzki, wielkie, szkliste oczy odurzone lekami. Miałem spojrzenie gościa nafaszerowanego środkami uspokajającymi.

Będę z wami szczery. Ani przez chwilę, ani trochę, nawet przez mgnienie oka nie wierzyłem, że to wariactwo się uda. Nie sądziłem też, że oni w to wierzą. To znaczy rodzice. Ale podniosłem wzrok, zobaczyłem ich oczy pełne łez, poczułem ich dłonie na swoich dłoniach i od razu wiedziałem, że to dwoje najszczęśliwszych ludzi na świecie. Ich zmarły syn leżał w łóżku przed nimi. Milczał, ale jego serce znowu biło. W tamtym szpitalu w Denver spełniła się upiorna wizja Mary Shelley z powieści Frankenstein.

Szpitale. Znajome otoczenie. Inne dzieciaki znają swoje domy i swoje sąsiedztwo, wiedzą, od których posesji należy się trzymać z daleka, a na których można bezpiecznie zostawić rower. Ja znałem szpitale. Wiedziałem, że pielęgniarka może podać dodatkowe środki przeciwbólowe tylko pod warunkiem, że lekarz je wcześniej przepisze, ale żeby dostać drugą galaretkę, wystarczy zażartować i kilka razy się uśmiechnąć. Ewentualnie pokazać dołeczki. Szpital, jak fabryka, działa w swoim własnym rytmie, w rytmie dobiegających z każdej sali dźwięków, które zderzają się w powietrzu i rozbrzmiewają echem w uszach, raz po raz, nawet nocą, kiedy świat tak bardzo pragnie się wydawać milczący, cichy i spokojny. Piski, odgłosy kroków, rozdzieranego plastiku, kółek pchanych korytarzem wózków, Koła fortuny w telewizorze sąsiada. Te dźwięki otaczały mnie, kiedy umierałem, i powitały, kiedy wróciłem do życia. Świat tak hałaśliwy, że teraz trzeba nadstawić ucha, gdy rozmawia się z sympatycznym lekarzem próbującym to wszystko przekrzyczeć. Żeby wyłowić jego słowa, musiałem znów zamknąć oczy, choć dopiero co zacząłem się przyzwyczajać do światła. Wszystko wyglądało prawie identycznie jak wtedy, kiedy odchodziłem, i aż chce mi się śmiać, bo tak niewiele brakowało, żebym miał to już za sobą. Wreszcie dobiega was głos lekarza, który mówi, tym razem trochę głośniej:

– Witamy ponownie, panie Coates.

ROZDZIAŁ 2

WITAMY PONOWNIE, PANIE COATES

Kiedy doktor Lloyd Saranson z Centrum Podtrzymywania Życia Saransona pojawił się u nas w domu, właśnie rzygałem w łazience dla gości. Tato siedział na brzegu wanny i klepał mnie po plecach. Chorowałem już prawie od roku, zdążyłem poznać onkologów z trzech sąsiednich stanów i porzucić nadzieję, że z tego wyjdę.

Aż tu nagle wchodzi ten facet i upiera się, żebym podźwignął się z łoża śmierci, bo on chce wcisnąć nam bzdury, o jakich świat nie słyszał. Więc go wysłuchaliśmy, ponieważ to właśnie robią ludzie, którzy nie mają już nic do stracenia. Słuchają wszystkiego, co macie im do powiedzenia.

– Travis – powiedział. – Chcę uratować ci życie.

– Na koniec kolejki, proszę! Bez przepychanek. – Zerknąłem z uśmiechem na rodziców, ale byli albo zbyt zmęczeni, albo zbyt przygnębieni, żeby się śmiać.

– A jak pan zamierza tego dokonać? – zapytał tata.

– Wie pan, co to jest kriogenika? – odparł poważnie doktor Saranson.

– Wystarczy. Dziękujemy, że zechciał pan nas odwiedzić – powiedziała mama, wstając i wskazując mu drzwi.

– Pani Coates, proszę tylko o to, żeby mnie pani przez kilka minut posłuchała. Proszę.

– Panie doktorze, naprawdę dużo przeszliśmy i…

– Mamo – przerwałem jej – naprawdę nie musisz mnie przed tym chronić.

Mama westchnęła, z powrotem siadając.

– W porządku, proszę mówić dalej.

– Travis – zaczął doktor Saranson. – Twoje ciało do niczego na tym świecie się już nie przyda. Wszyscy to wiemy. To smutne, ale tego nie da się już zmienić.

– Proszę się bardziej postarać, doktorze. Traci nas pan – uprzedziłem go.

– Dobrze. Zmierzam do tego, że w kontekście mojej propozycji to bez znaczenia.

– A to dlaczego? – zapytałem, zerkając na rodziców, którzy wyglądali, jakby mieli zaraz się zerwać z miejsc i rzucić na lekarza.

– Cóż… dlatego, że w przyszłości pojawią się nowe sposoby na to, żebyś mógł… funkcjonować.

– W przyszłości – powtórzyłem. Ostatnio jakoś nie zaprzątałem sobie głowy przyszłością.

– Właśnie. W przyszłości. Wyobraź sobie, Travis, że zwyczajnie zasypiasz w tym życiu i pewnego dnia budzisz się w zupełnie nowym.

– W jak dalekiej przyszłości? – zapytałem. Oczami wyobraźni widziałem już swój statek kosmiczny, który składa się do rozmiarów walizki, jak w Jetsonach.

– Biorąc pod uwagę ostatnie przełomowe odkrycia, mamy nadzieję uzyskać możliwość wybudzania pierwszych pacjentów w ciągu dekady, maksymalnie dwóch.

– Pan mówi poważnie, prawda? – upewnił się tata.

– Zupełnie poważnie, panie Coates.

– Czy ktoś jeszcze postanowił skorzystać z tej propozycji? – zapytałem.

– Byłbyś siedemnastym pacjentem.

– Więc kriogenika – powiedział tato. – Chcecie zamrozić Travisa z nadzieją przywrócenia go kiedyś do życia?

– Niezupełnie – odparł. – Jak wspomniałem, ciało Travisa na nic się już nie przyda.

– O, mój Boże – wyszeptała mama w wyrazem przerażenia i odrazy na twarzy.

– Głowa? – Wskazałem ją palcem, zupełnie jakby bez tego to słowo było niezrozumiałe dla chirurga. – Chcecie zamrozić tylko moją głowę?

Facet mówił tak, jakby siedział w tym z nami przez cały czas – z zażyłością i swobodą, na jakie większość obcych osób nigdy by się nie zdobyła w obecności „umierającego dzieciaka”. Prawdę mówiąc, bardzo mi się to podobało.

– Czyli chcecie mnie uśpić, odciąć mi głowę i zamrozić, a ja mam się obudzić w przyszłości bez ciała i zwyczajnie żyć sobie dalej?

– Ściśle rzecz ujmując, gdybyśmy mieli przejść do tego etapu, istnieje kilka możliwych scenariuszy twojego hipotetycznego powrotu do zdrowia.

Scenariusze mojego hipotetycznego powrotu do zdrowia

(w skrócie)

Regeneracja całego ciała poprzez wszczepienie komórek macierzystych do kontrolowanego środowiska płynnego.

Transplantacja pełnej struktury czaszki do konstrukcji mechanicznej.

Transplantacja pełnej struktury czaszki do ciała dawcy.

Załadowanie zawartości mózgu do ciała i mózgu dawcy.

Moje reakcje na „Scenariusze mojego hipotetycznego przyszłego powrotu do zdrowia”

(w skrócie)

Fuj

RĘCE ROBOTA!!!

Ehm… nie ma mowy

Że co?

Tamtego dnia po wyjściu doktora Saransona mama i tata zaczęli się śmiać, co było naprawdę miłą odmianą. Tylko że ja już postanowiłem zgłosić się do udziału w tym eksperymencie, czy im się to podoba czy nie. Byłem zmęczony umieraniem i uznałem, że to najlepszy pomysł, o jakim słyszałem od miesięcy. Nie wymagał naświetlania ani rzygania tygodniami, więc nie widziałem powodu, żeby nie spróbować. Patrzyłem na to w ten sposób: tak czy siak umrę. Dlaczego nie miałbym po prostu zasnąć z jakąś tam (no dobrze: bliską zeru, ale wciąż jakąś) szansą powrotu, zamiast ciągnąć w nieskończoność tę udrękę i zmuszać wszystkich, których kocham, do patrzenia, jak powoli gasnę? Tak naprawdę pewnie nigdy nie wrócę, ale niech to szlag, kiedy już wbiłem sobie do głowy ten pomysł, nie było mowy, żebym odpuścił.

Rodziców udało mi się przekonać łatwiej, niż myślałem. Kochali mnie. Byłem umierający i pojawiła się szansa, żeby to zmienić. Nie do uwierzenia, jakie to wszystko stało się proste, kiedy decyzja została już podjęta. Nie sądziłem, że znajomość własnej daty przydatności do spożycia zrobi mi jakąś różnicę, a jednak zrobiła. Zrobiła różnicę nam wszystkim. Tych kilkoro ludzi, którzy się dowiedzieli, co chcemy zrobić, nie mogło pojąć, dlaczego to robimy, ale ostatecznie myślę, że przyjęli moją decyzję o poddaniu się z taką samą ulgą jak ja. Więc się poddałem. Poddaliśmy się. A potem wróciłem. Ja pierniczę, wróciłem.

Cieszyłem się z tego mniej więcej tak długo, ile zajęło moim rodzicom i doktorowi Saransonowi wyjaśnienie mi, że jestem przymocowany do ciała kogoś innego. Potem znowu musieli dać mi coś na uspokojenie, ponieważ cały czas drapałem się w szyję i wyszarpywałem sobie kroplówkę. Kiedy znowu się obudziłem, moje nadgarstki i nogi w kostkach były przypięte do łóżka miękkimi paskami, a twarze rodziców wyglądały na zmęczone, jakby zapomnieli, co to sen. Teraz znacznie bardziej przypominali ludzi, których zapamiętałem.

Gdy minęło kilka dni i lekarze wreszcie pozwolili mi mówić, byłem gotów na dokładniejsze wyjaśnienia. Mogłem też obiecać, że mi nie odbije i nie będę próbował oderwać się od swojego nowego ciała. Wiecie, normalka.

– Dobra wiadomość, Travis, jest taka, że wróciłeś – zaczął doktor Saranson. – Jesteś zupełnie zdrowy i będziesz mógł przeżyć swoje życie tak, jak spodziewałeś się je przeżyć.

– A zła wiadomość? – Mój głos brzmiał szorstko, wręcz chrapliwie.

– To nie tyle zła wiadomość, co trochę dziwna i pewnie będziesz potrzebował czasu na oswojenie się z nową sytuacją.

– Chodzi o to ciało?

– Tak. O twoje ciało, Travis. Teraz należy do ciebie.

– Skąd pochodzi?

– Od dawcy. Szesnastoletniego młodego człowieka, takiego jak ty, którego nie mogliśmy uratować.

– Co mu się stało?

– Guz mózgu – powiedział cicho tata.

– Wiedział, co zamierzamy zrobić. Chciał ocalić czyjeś życie i dzięki temu tu jesteś.

– A jego rodzina? Czy oni o mnie wiedzą?

– Wiedzą. Nie wiadomo, czy będą chcieli się z tobą skontaktować, ale w przyszłości może się tak zdarzyć. To mili ludzie. Nie chcieli, żeby to, co zrobił Jeremy, pozostało tajemnicą. Byli z niego dumni.

– Ale to od ciebie zależy, czy kiedykolwiek zechcesz się z nimi spotkać – dodał tata.

– Jeremy? – zapytałem.

– Tak. Jeremy Pratt – potwierdził doktor Saranson. – Dobry chłopak.

– Jak długo mnie nie było?

– W zeszłym miesiącu minęło pięć lat – powiedziała mama.

– Pięć lat? – zapytałem, oszołomiony.

– Nauka posunęła się naprzód znacznie szybciej, niż można się było spodziewać – wyjaśnił z uśmiechem doktor Saranson.

– Cóż, aż tak dobrze byście się nie trzymali, gdyby minęło dwadzieścia – zażartowałem.

– Hola, hola, nie bądź taki pewien.

– Czy… czy jest nas więcej? – zapytałem.

– Jest jeden mężczyzna o nazwisku Lawrence Ramsey, z Cleveland. Wybudziliśmy go sześć miesięcy temu i już na nowo cieszy się życiem.

– W zeszłym tygodniu wystąpił w reklamie samochodów dostawczych – powiedział tato, przewracając oczami.

– I wiesz, Travis, prawdopodobnie przyjdzie czas, że będziesz chciał z kimś porozmawiać… z kimś, kto rozumie, przez co przechodzisz. Myślę, że Lawrence byłby w sam raz, kiedy już będziesz gotowy.

– Dobra. Chociaż na razie nie wiem, czy jestem gotowy na cokolwiek.

– Tak. Oczywiście. Twoja sytuacja jest wyjątkowa. Możliwe, a nawet całkiem prawdopodobne, że przez jakiś czas wszystko będzie ci się wydawało dość dziwne. Ale wrócisz do domu i do normalnego życia.

– Takiego, jakim było, zanim zachorowałeś – wyjaśniła mama.

– Tak. Wrócisz do domu, pójdziesz do szkoły, poznasz nowych przyjaciół. To nie będzie najłatwiejsza rzecz pod słońcem, ale dasz radę, prawda?

Wtedy dotarło do mnie, że Cate i Kyle nie będą już Cate i Kyle’em. Będą starszymi wersjami samych siebie i w jakimś sensie będę musiał ich poznać na nowo, przyzwyczaić się do nich. Zresztą, część ich wspomnień o mnie też pewnie już zdążyła się zatrzeć, szczególnie tych sprzed mojej choroby. Patrzyli, jak umieram, ale ich życie toczyło się dalej. Zastanawiałem się, czy starczy im sił, żeby spróbować jeszcze raz.

Nowi przyjaciele? Nie chciałem nowych przyjaciół. Miałem przecież przyjaciół. Miałem dziewczynę. Miałem najlepszego przyjaciela. Cate Conroy siedzi teraz pewnie przy telefonie w swoim domu przy Twelve Oaks Road i czeka na wieści o tym, jak się czuję, a Kyle Hagler właśnie do niej jedzie, żeby zabrać ją na lotnisko i jak najszybciej przylecieć do Denver.

Tylko że nie pozwolili mi do niej zadzwonić. Ciągle pytałem, kiedy mogę to zrobić, kiedy będę mógł się z nią zobaczyć, kiedy ona tu przyjedzie, a moi rodzice tylko patrzyli na siebie, jakby to były jakieś zawody. Główna konkurencja: kto dłużej wytrzyma, odmawiając współpracy z Travisem. A potem mama zaczęła wciskać mi jakieś kity, że niby Cate na pewno potrzebuje czasu, żeby się „oswoić” z tym, co się dzieje. Czasu, żeby się oswoić? Kurde, a kto tu ma ręce i nogi obcego faceta, że o okolicach intymnych nie wspomnę? Skoro ja muszę od razu się z tym oswoić, to dlaczego ona nie może?

– Chcę do niej zadzwonić. Wiem, że czeka na mój telefon.

– Travis – wyszeptała mama. – Muszę ci coś powiedzieć.

– Dobra.

– Chodzi o Cate – mówiła takim spokojnym, słabym głosem, jakby za chwilę miała kompletnie stracić mowę.

– O Cate? Czy coś jej się stało?

– Jest zaręczona. – Mama natychmiast ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać.

Nie powiem, żebym był na to gotowy. Nowe ciało nie reagowało tak, jak bym zareagował ja. Nie mogłem się zebrać w sobie, żeby zrobić cokolwiek, więc w pokoju zapadła grobowa cisza. Starczyło mi energii tylko na to, żeby zsunąć się trochę na łóżku i wydać jakiś zwierzęcy jęk.

Cate była zaręczona. Moja dziewczyna miała chłopaka i zamierzała za niego wyjść – zamierzała wyjść za kogoś, kogo w życiu nie spotkałem. Może był ode mnie lepszy. Pewnie miał nawet własne ciało. Obiecałem jej, że do niej wrócę, i chociaż sam za bardzo w to nie wierzyłem, byłem przekonany, że ona mi wierzy. Myślałem, że zaczeka. Dlaczego na mnie nie zaczekała? Dlaczego po moim powrocie do życia wszystko inne nie może po prostu wrócić na swoje miejsce?

Ani Kyle, ani Cate się nie pojawiali. Dni mijały, a ja dalej na nich czekałem. Nie mogłem tego zrozumieć. To, że ich nie ma, wydawało mi się bez sensu. Dopiero co tu byli. Dopiero co się widzieliśmy. Pożegnałem się z nimi i zamknąłem oczy. Otwieram je, a ich nie ma. Żadnego znaku życia od dwojga ludzi, których chciałem zobaczyć najbardziej. Jeżeli naprawdę minęło tylko pięć lat, to jak mogli przez ten czas zmienić się nie do poznania? Co mi z tego, że dostałem drugą szansę, jeżeli teraz wszystko będzie tak obce, że nie będę mógł tego znieść?

A potem, którejś nocy, kiedy wreszcie ubłagałem rodziców, żeby poszli do hotelu i trochę się przespali, przyszła pielęgniarka i zapytała, czy czegoś nie potrzebuję. Miała miłą twarz i miły głos.

– Nie, dziękuję – powiedziałem.

– To musi być dla ciebie okropnie dziwne, co?

– Nie ma pani pojęcia, jak bardzo.

– Wiesz, byłam tam.

– Gdzie?

– To znaczy tu. – Usiadła na krześle przy oknie i popatrzyła na mnie. – Kiedy leżałeś tu poprzednio.

– Proszę się nie krępować – odparłem. – Proszę powiedzieć, że była tu pani, kiedy odcięli mi głowę.

– Tak. Uśmiechałeś się. To było zdumiewające. Wszyscy, cały personel, patrzyliśmy na tę operację i nikt z nas nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Byłeś taki młody. Z innymi było inaczej. Ale ty byłeś taki młody, że cały czas wstrzymywałam oddech.

– Wierzyła pani, że to się uda? Naprawdę myślała pani, że jest jakaś szansa?

– Zostałam – powiedziała, wstając. – Niektórzy po tym, co ci zrobiliśmy, odeszli.

– Dlaczego pani została?

– Musiałam to zobaczyć – odparła. – Nie wiedziałam, czy to się uda, ale wiedziałam, że gdyby się udało, zrobię, co tylko będzie możliwe, żeby przy tym być.

– Ta-dam. – Powoli uniosłem swoje nowe ręce.

– Wiem, że czujesz się nieswojo. Jesteś zdezorientowany i pewnie zszokowany. Ale nie wraca się bez powodu.

– Słucham?

– Właśnie wręczono ci klucze do królestwa, Travis. Nie marnuj czasu na użalanie się nad sobą.

Następnego dnia zapytałem, czy mógłbym się znowu spotkać z tą pielęgniarką. Powiedziano mi, że odeszła przed kilkoma tygodniami, zrezygnowała z pracy i dokądś się przeprowadziła. Nie byłem pewien, czy mi się to nie śniło. Podobno mogą nam się przyśnić tylko ludzie, których wcześniej widzieliśmy – w rzeczywistości, albo w telewizji – a ludzki umysł nie potrafi tworzyć nowych twarzy, co najwyżej ponownie wykorzystuje wizerunki przechowywane w podświadomości. Może więc widziałem ją pięć lat temu, na tamtej sali operacyjnej, na chwilę przed tym, jak podali mi narkozę. Mój mózg zarejestrował jej wygląd i to, że była miła. Może przypomniałem ją sobie teraz tylko po to, żeby jakoś to wszystko połączyć. Może dawny ja i obecny ja nauczą się wspólnie egzystować. Z kluczami do królestwa w dłoni.

Kansas City wyglądało w sumie mniej więcej tak samo jak przedtem, jeśli nie liczyć dziwnych elektronicznych billboardów na każdym kroku i nowego gigantycznego budynku w centrum miasta, przypominającego dwa błyszczące metalowe statki kosmiczne do połowy zakopane w ziemi.

– Centrum sztuki widowiskowej imienia Kaufmana – wyjaśnił tato, kiedy jechaliśmy do domu z lotniska. – Organizują tam koncerty, sztuki teatralne, no wiesz, takie rzeczy.

– Odjechane.

– Byli tacy, co kręcili nosem, mówili, że jest zbyt futurystyczne, ale w końcu się uspokoili.

– Wygląda jak z kosmosu.

– Rzeczywiście. Ale mnie się podoba. Jest oryginalne.

Nasz dom się właściwie nie zmienił: te same zasłony w salonie, ta sama kanapa, ten sam stół w jadalni, tylko przykryty innym obrusem. Telewizor był znacznie większy i bardziej płaski od tego, który zapamiętałem. Po moim odejściu tata musiał spędzić jakiś weekend po Święcie Dziękczynienia, stojąc w idiotycznie długiej kolejce, żeby go kupić. Od razu zacząłem się zastanawiać, czy stary, i tak całkiem duży, przenieśli może do mojego pokoju.

Gdy wchodziłem po schodach, zauważyłem pewną zasadniczą różnicę. Na ścianie wisiały wciąż te same rodzinne zdjęcia. Tyle tylko, że kiedyś nie mogłem się przejrzeć w szybkach ramek – wisiały po prostu za wysoko. Teraz, dzięki ciału Jeremy’ego Pratta, byłem wyższy i widziałem całą swoją twarz aż po bliznę na szyi. Od ostatniego razu, gdy tędy szedłem, minęło sporo czasu. Kiedy już byłem chory, wnosili mnie na górę, ale szybko doszli do wniosku, że sensowniej będzie zainstalować mnie na dole w pokoju gościnnym. To było mniej więcej wtedy, kiedy wszyscy zrozumieliśmy, że to paskudztwo mi jednak nie przejdzie. Łazienka w korytarzu była biała i wyszorowana na wysoki połysk, jak zawsze, ale wisiały w niej nowe ręczniki i automatyczny dozownik mydła przy umywalce. Natychmiast postanowiłem go wypróbować. Rodzice stali w drzwiach i mi się przyglądali.

– Dużo ludzi ma teraz takie coś? – zapytałem, cofając rękę i ponownie umieszczając ją pod urządzeniem. Powtarzałem to, aż w końcu zielone mydło wypełniło całą moją dłoń i zaczęło z niej ściekać.

– Coraz więcej – powiedziała mama. – To bardzo higieniczne.

– Brzmi sensownie – odparłem, opłukując ręce.

Czy to już wszystko?, zastanawiałem się. Czy tylko tyle udało nam się osiągnąć w ciągu pięciu lat? Gdzie te odrzutowce składające się do rozmiarów walizki? Lewitujące deskorolki z Powrotu do przyszłości? Skoro zdołali mnie wskrzesić z martwych, to dlaczego przy każdych drzwiach nie wita mnie teraz robot, pytając, czego mi trzeba?

Swojego pokoju nie poznałem. Stary telewizor z salonu rzeczywiście tam stał, ale to by było na tyle. Oprócz tego dostrzegłem łóżko, w którym nigdy nie spałem, komodę, w której nigdy nie trzymałem ubrań, i biurko, przy którym nigdy nie odrabiałem lekcji. Nawet ściany miały teraz inny kolor, zniknęła tapeta w zielono-biało-rdzawą szkocką kratę, której tak zazdrościli mi koledzy. Zastąpił ją jakiś jasnoszary koszmarek z Ikei. Ja miałem tu mieszkać?

– Co się stało? – wykrztusiłem z trudem.

– Travis, minęło tyle czasu – powiedziała mama.

– Wyrzuciliście moje rzeczy?

– Za ciężko było na to codziennie patrzeć. Rozumiesz?

– W tym tygodniu idziemy na zakupy – oznajmił tata. – Kupimy ci, wszystko, czego będziesz potrzebował, żeby znowu poczuć się tu jak w domu. Dobrze?

– Tak mi przykro, Travis. – Mama odwróciła się i poszła korytarzem do sypialni rodziców. Zamknęła za sobą drzwi.

– Przepraszam – powiedziałem, siadając na brzegu łóżka.

– To dziwne dla nas wszystkich – tłumaczył się tata. – Dziwne, ale i wspaniałe. Mama bywa drażliwa. Na pewno o tym nie zapomniałeś. – Zachichotał krótko.

– W porządku – odparłem. – Z tym pokojem. Chyba rozumiem.

– Jakoś damy radę, co? – zapytał, rozglądając się po pustej, nieprzytulnej przestrzeni.

– Kiedy się dowiedzieliście, że wracam?

– Jakieś dwa tygodnie przed operacją. To mało, żeby się przygotować.

– Co z mamą?

– Nic jej nie będzie. Chodźmy na kolację. Jesteś głodny?

Kuchnia pachniała tak samo jak zawsze: świeżym praniem i wanilią, z lekką nutą czegoś jeszcze – może cytrusów: jakby za rogiem cały czas ktoś obierał pomarańczę, robiąc przy tym pranie.

– Mogą być jajka? – Tata otworzył lodówkę.

– Pewnie. Tylko bez sera.

– Pamiętam.

Tata zaczął trochę siwieć nad uszami i w okolicach skroni, ale na twarzy wcale zbytnio się nie postarzał. Miał nowe okulary, w czarnych plastikowych oprawkach. Na moje oko wyglądały zaskakująco modnie. Poza tym byłem teraz od niego wyższy. Dziwnie się z tym czułem. Wciąż dziwnie się czuję.

– Jak tam w pracy?

– Dobrze. Nie uwierzyłbyś, ile się wydarzyło od twojego odejścia.

Mój tata był menedżerem w największej sieci salonów gier komputerowych w kraju, Arnie’s Arcade, Inc. To oznaczało dwie rzeczy:

Praca mojego staruszka była o wiele bardziej odlotowa niż praca innych ojców.

Ciągle przesiadywałem w salonach gier, nawet w tygodniu.

Jeśli nigdy nie byliście w Arnie’s, to dużo straciliście. Jak mówi tata, w Arnie’s chodzi o to, żeby ludzie czuli klimat „złotej epoki” gier wideo. Każdy salon ma wyglądać na starszy od odwiedzających go osób. I wszędzie mają kultowe gry, których nie znajdziecie już w żadnym innym salonie gier. Szef taty, Arnold „Arnie” Tedeski wygrał jeszcze w latach osiemdziesiątych sporo konkursów branżowych. Był dość sławny, przynajmniej tak twierdzi tato. Zanim zachorowałem, Kyle i ja praktycznie mieszkaliśmy w Arnie’s w Springside.

A właśnie, Springside. Muszę wam opowiedzieć o Springside. To część Country Club District w Kansas City, największej dzielnicy w Stanach Zjednoczonych w całości zaplanowanej i zbudowanej przez jednego dewelopera. Do 1948 roku nie wolno było osiedlać się w niej czarnym ani Żydom. Niektórzy nie chcą tu mieszkać, bo ich to wkurza. Nie muszę dodawać, że Springside jest pełne białych snobów. Mama nie chciała posłać mnie do prywatnej szkoły. Nie żebyśmy nie mogli sobie na to pozwolić, tylko że sama nie cierpiała tej, do której chodziła jako dziecko. Nie przeszkadzało mi to. Niedobór snobów i tandetnych pasiastych krawatów z nawiązką rekompensowali mi ludzie tacy jak Kyle i Cate. Zresztą żadne z nich nie przetrwałoby w takim miejscu jak Springside. No i mieliśmy sklepy! Mnóstwo centrów handlowych, parków i salon Arnie’s Arcade w samym Whiteside… przepraszam: Springside. Większość czasu spędzałem z Kyle’em i Cate i prawdę mówiąc, nie miało dla nas żadnego znaczenia, w jakiej akurat jesteśmy dzielnicy ani co jej mieszkańcy myślą na jakikolwiek temat.

– Masz jakieś wspomnienia z okresu, kiedy cię nie było? – Tata przesunął w moją stronę talerz z jajecznicą.

– Nic a nic. Pamiętam, że zamknąłem oczy, a potem, że je otworzyłem. A teraz to.

– Mama pytała mnie kiedyś, czy uważam, że śnisz.

Kiedy wypowiedział to ostatnie zdanie, rozpłakał się. Złapał obiema rękami za blat i pochylił głowę, kręcąc nią. Wyglądało to tak, jakby chciał przeprosić, no wiecie, za okazanie emocji, ale opanował się i na dłuższą chwilę zapadła cisza.

– Tacy jesteśmy szczęśliwi, że wróciłeś, Travis.

– Ja też.

Przed pójściem spać poszedłem do sypialni rodziców i zapukałem do drzwi. Mama powiedziała, żebym wszedł. Leżała w łóżku z zapuchniętymi oczami. Była już w piżamie, czarnej, w małe czerwone serduszka. Usiadła i uśmiechnęła się lekko, kiedy podszedłem do łóżka od drugiej strony i usiadłem obok niej.

– A więc, Sharon Coates. – Wyciągnąłem niewidzialny mikrofon. – Pani jedyny syn właśnie powstał z martwych. Co ma pani do powiedzenia?

Milczała, rzucając mi to samo spojrzenie co kiedyś, gdy w kościele próbowałem ją rozśmieszyć w czasie nabożeństwa. W końcu uśmiechnęła się i pokręciła głową.

– Proszę nam powiedzieć, jak się pani czuje.

– Myślę o tym, że najprawdopodobniej jestem jedyną matką na świecie, która kiedykolwiek prowadziła podobną rozmowę.

– Może nie licząc matki Lawrence’a Ramseya – zauważyłem.

– Może. A ty, Travisie Coates? Właśnie przywrócono cię do życia. Jak ty się czujesz?

– Zastanawiam się, ile czasu zajmie mi zapamiętanie, że wszystko aż tak się zmieniło. Na razie chyba to do mnie nie dociera.

Pochyliła się i uścisnęła mnie, opierając głowę na moim ramieniu. Poklepała mnie lekko po plecach.

– Myślę, że będziemy musieli się przyzwyczaić do wielu niezrozumiałych rzeczy.

W tej kwestii miała rację. Nie rozumiałem nic z tego, co się działo dokoła mnie. Tylko dlaczego w takim razie wszystko wydawało się takie znajome, każdy ruch, oddech i dźwięk? Jak mogło mi się wydawać, że życie toczy się jak dawniej, skoro nie byłem sobą od szyi w dół?

ROZDZIAŁ 3

OD SZYI W DÓŁ

Nawet pomijając kwestie zdrowotne, ciało Jeremy’ego Pratta było o wiele lepsze od mojego. Wiedziałem o tym dobrze, bo dzieliła mnie od niego jedynie prosta różowa linia na szyi. Nie było szwów – powiedziano mi, że to już przeszłość. Łączyły nas – ciało Jeremy’ego i mnie – rdzeń kręgowy, naczynia krwionośne, zakończenia nerwowe i ta napuchnięta blizna dokładnie w połowie drogi pomiędzy obojczykiem a podbródkiem. Z czasem miała zblednąć, przybierając mniej wyraźną, lecz trwalszą purpurową barwę.

Chłopak był wysportowany, tyle mogę wam powiedzieć. Musiał robić brzuszki, pompki i inne rzeczy, których nagle i mnie się zachciało spróbować, żeby zachować tę niewiarygodną rzeźbę. Ale na to było jeszcze trochę za wcześnie. Wciąż przyzwyczajałem się do samodzielnego stania i oddychania bez wypluwania płuc. Jakby na razie to ciało opiekowało się mną, do czasu, aż ja będę gotów zająć się nim. Był kaloryfer mięśni na brzuchu – poważnie – i ramiona prawdziwego faceta, takie, że chyba naprawdę dało się coś nimi podnosić, i klatka piersiowa niemająca nic wspólnego z tamtą prawie wklęsłą, obciągniętą skórą powierzchnią, do której byłem przyzwyczajony.

Pierwszego wieczoru w domu stałem przed lustrem, zawieszonym na drzwiach mojego pokoju od wewnątrz, i po prostu się na siebie gapiłem. Prawie nie miałem włosów, ale reszta mojej twarzy wyglądała zupełnie tak samo jak dawniej. Zielone oczy, dołeczki, ten maleńki brązowy pieprzyk u góry prawego policzka. Trochę jakbym widział swoją głowę przyklejoną w Photoshopie komuś innemu. Zdjąłem koszulkę, dżinsy i w samych bokserkach oglądałem nowego siebie kawałek po kawałku.

Pewnie, to wszystko było nieźle porąbane. Wyobraźcie sobie, że w większej części nagle staliście się kimś innym, a teraz przyszła pora na pierwszą chwilę prywatności. Samo oglądanie nowej klatki piersiowej, brzucha czy nóg nie było chyba najdziwniejsze. Podobnie jak to, że poniżej nie moich pleców znajdował się nieznany tyłek. Ani, co ciekawe, moment, w którym odważyłem się wreszcie dokładnie, bez pośpiechu, obejrzeć nowego fiuta. Jasne, że to dziwne, ale jeśli mam być szczery, wcale nie rozczarowujące. Szczerze mówiąc, najdziwniejsza była świadomość, że robię to wszystko – całe to rozbieranie, oglądanie i upewnianie się, że drzwi są zamknięte na klucz – rękami, które nie przypominają moich rąk, rękami, które nigdy nie dotykały Cate, nie przybijały żółwika z Kyle’em ani nie otwierały mojej szkolnej szafki. To były sprytne ręce Jeremy’ego Pratta, a ja dawałem się zbajerować, że są moje.

Tamtej nocy leżałem w łóżku i bez końca je oglądałem. Wnętrze dłoni, paznokcie, knykcie i krawędzie. Ich skóra miała prawie taki sam odcień jak reszta ciała, może była trochę bardziej opalona, ale nie różniła się aż tak, żeby ktoś oprócz mnie mógł to zauważyć. Paznokcie były nieco za długie jak na mój gust, więc poszedłem do łazienki i obciąłem je tak, żeby przypominały te, które oglądałem każdego dnia swojego dawnego życia.

– Przyzwyczaisz się szybciej, niż ci się zdaje. Idę o zakład – powiedział tata przy śniadaniu.

– Nie wierzę ci – odparłem. Bo nie wierzyłem. Miałem w końcu opakowanie kogoś innego.

– Jesteś teraz wyższy, wiesz? – powiedziała mama.

– Wyższy od taty – uściśliłem, wskazując głową w jego stronę. – To dziwne.

– Masz ponad metr osiemdziesiąt. Zawsze chciałeś mieć metr osiemdziesiąt. Udało ci się.

– Na pewno jest jakiś lepszy sposób – odparłem.

– Byłeś sensacją porannych wiadomości – zauważył tata.

– Drugi pacjent cudem wraca do życia! – dodała mama. Podeszła do mnie od tyłu i uścisnęła mnie.

– Widziałem.

Nie spałem przez całą noc, jak zresztą przez większość nocy po powrocie. Skakałem po kanałach informacyjnych, żeby się przekonać, co o mnie mówią. Wszyscy nazywali mój powrót „cudem” i za każdym razem, kiedy słyszałem to słowo albo widziałem je wypisane w pasku u dołu ekranu, musiałem zamknąć oczy i głęboko oddychać. Wróciłem, tak. Uważałem, że to niedorzeczne i niewiarygodne. Po prostu nie byłem gotowy, by nazywać to cudem.

– W szkole będzie dziwacznie – powiedziałem.

– Wiele rzeczy z początku będzie dziwne – zauważył tato. – Ale dasz sobie radę. Wiem, że tak będzie.

– Czy ktoś do mnie dzwonił?

– Babcia. Chce cię jak najszybciej zobaczyć. Twoja ciotka Cindy może ją przywieźć w przyszłym tygodniu.

– Świetnie. Ktoś jeszcze?

– Będziesz musiał dać im trochę czasu, Travis.

– Czas. Więcej czasu – powtórzyłem, trochę sfrustrowany.

– Przyjadą. Po prostu zaczekaj.

Nie mogłem uwierzyć, że obudziłem się prawie trzy tygodnie temu, a ani Cate, ani Kyle do tej pory się do mnie nie odezwali. Mama i tata powtarzali mi, żebym postarał się ich zrozumieć, żebym zdobył się na trochę cierpliwości. A to tylko skłaniało mnie do myślenia, że może rodzice zwyczajnie zgrywają twardzieli, że tak naprawdę w głębi ducha świrują, dostają bzika. Może doktor Saranson i jego personel ostrożnie ich na to przygotowali. Może poinstruowali ich, żeby przez cały czas byli maksymalnie spokojni i opanowani – z obawy, że nadmiar emocji mi zaszkodzi.

Ale ja musiałem z kimś porozmawiać. Może potrzebowałem Lawrence’a Ramseya. To jedyny człowiek na ziemi, który miał pojęcie, co czuję. Byliśmy dwoma facetami odklejonymi od rzeczywistości i niezależnie od tego, jak bardzo bym chciał o tym wszystkim zapomnieć, wiedziałem, że nie obejdę się bez pomocy. To dość smutne, kiedy czujecie, że jedyną osobą, do której możecie się zwrócić, jest zupełnie obcy człowiek.

Jasne, że starałem się nie tracić nadziei i nie zmarnować szansy, o której mówiła – albo nie mówiła – pielęgniarka tamtej pamiętnej nocy w szpitalu. Ale przecież dla tych ludzi już na zawsze będę „Travisem, który umarł”… Czego bym nie zrobił, oni nigdy nie zapomną, że musieli mnie pożegnać. Zdaje się, że wcale nie trzeba tak do końca umrzeć, żeby zostać uznanym za zmarłego.

ROZDZIAŁ 4

ZMARŁY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 5

POWRÓT

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 6

BLIZNA I CAŁA RESZTA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 7

TAKIE MIEJSCE JAK SZKOŁA ŚREDNIA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 8

WOLNE ŻARTY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 9

PA, TRAVIS

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 10

ŻADNEGO SENSOWNEGO ZASTOSOWANIA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 11

ŻYJE SIĘ TYLKO DWA RAZY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 12

TO, CO NAPRAWDĘ WAŻNE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 13

DAWNY TRAVIS

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 14

DZIĘKUJĘ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 15

POWRÓT

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 16

DRUGI RAZ KOZIE ŚMIERĆ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 17

ZAŚPIEWAĆ COŚ O MIŁOŚCI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 18

DO CATE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 19

WĄTPLIWOŚCI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 20

UCIECZKA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 21

NIEMOŻLIWE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 22

TO NAPRAWDĘ PROSTE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 23

ZBYT TRUDNE DO WYJAŚNIENIA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 24

NAJLEPSZA Z MOICH DECYZJI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 25

CO MUSZĘ ZROBIĆ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 26

PÓKI CZAS

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 27

ŚWIATŁA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 28

COŚ UPIORNEGO

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 29

PĘKA MI SERCE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 30

WSZYSTKO W NIEPORZĄDKU

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 31

WSZYSTKO DLA SIEBIE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 32

NIE ZADAJĄC PYTAŃ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 33

OTWÓRZ OCZY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 34

BŁĄDZIMY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 35

JEREMY PRATT

Rozdział dostępny w pełnej wersji

EPILOG

MIESIĄC PÓŹNIEJ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

PODZIĘKOWANIA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Tytuł oryginału: Noggin

Polish language copyright © 2016 by Małgorzata Kafel

Original English language edition copyright © 2014 by John Corey Whaley

Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska

Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak

Adiustacja: Joanna Mika

Korekta: Iwona Boruszkowska, Joanna Mika

Łamanie: Agnieszka Szatkowska

Projekt okładki: Piotr Chuchla

Fotografia na okładce: pognieciony papier – © FreeImages.com / Jan Flaska

ISBN 978-83-7515-724-6

www.otwarte.eu

Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków, tel. (12) 427 12 00

Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Chłopak, który stracił głowę 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę