Powrót do bezsennych nocy

Powrót do bezsennych nocy

Autorzy: Józef Hen

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Biografie Literatura faktu Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 296

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.52 zł

Ironiczne, dygresyjne i niezmiennie aktualne zapiski Józefa Hena cieszą sę niesłabnącym od kilku dekad uznaniem wśród czytelników.

Po Nie boję się bezsennych nocyDzienniku na nowy wiek oraz Dziennika ciągu dalszym

autor oddaje Powrót do bezsennych nocy.

Ostatni wpis zrobił zaledwie kilka tygodni przed publikacją książki. Począwszy od 2014 roku, aż do pierwszych tygodni roku 2016, śledzimy aktualne wydarzenia polityczne i kulturalne oczami nestora polskiej diarystyki, biografistyki i beletrystyki.

W styczniu 2011 pisał: „Doświadczenie Dziennika podszeptuje, że warte utrwalenia są wydarzenia na pozór nieważne, ot błahostki. One kiedyś opowiedzą o życiu, codzienności, o zmaganiu się z inercją, z poczuciem bezsensu...".

Z jakimi uczuciami wkracza w dziesiątą dekadę swojego życia?

Kogo musiał pożegnać, a dla kogo zrobić miejsce w swoim życiu?

Odpowiedzi znajdziemy w Powrocie do bezsennych nocy - dziennikach Józefa Hena z lat 2014-2016.

POWRÓT DO BEZSENNYCH NOCY

Copyright © by Józef Hen 2016

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Zdjęcie na okładce: © Maciej Hen

Redakcja: Krystyna Borowiecka-Strug

Korekta: Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-832-6

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

TAK, POWRÓT do bezsennych nocy. Nie da się ukryć. I stąd te zapiski. Nie będzie powieści, nie będzie opowiadań, ale są bezsenne noce, są kartki wydarte z notesu i jest długopis. Bez strachów…

TRZEBA DOJŚĆ do dziewięćdziesiątki, żeby nauczyć się wreszcie mówić „nie!”, odmawiać, czasem tak, by nikogo nie dotknąć, wykręcać się, kłamać. Nadesłano mi program uroczystości wręczania laurów Regionalnej Izby Gospodarczej w Zabrzu. Nazajutrz zaproszenie na mszę (koncelebruje arcybiskup) i kolędowanie.

STYCZEŃ, 2014. Wczoraj niepokój o Ewę: miała lecieć z Berlina do Bostonu, stamtąd już autokarem do Dartmouth. Ale czy poleci? Bo w Stanach niebywałe mrozy, w Nowym Jorku śnieżyca, są ofiary w ludziach, loty odwołane. Komórka Ewy nie odpowiada. Pocieszałem jej Tatę, że w Bostonie może być łagodniejszy klimat, jest wpływ oceanu.

I oto rano mail od Ewy: „Doleciałam. Teraz czekam na autokar”. (Tam jest środek nocy). Leciała, jak się okazuje, z Amsterdamu, gdzie jej komórka, z kartą wykupioną na Niemcy, nie działała. I tak to dziecko, „Cudusiem” zwane, zostało globtroterem (po polsku: „obieżyświat”).

WIADOMOŚĆ z W.A.B., że w Turcji ma się ukazać antologia noweli polskiej, chcą w nią włączyć moje Szóste, najmłodsze – czy ja się zgadzam? No pewnie, że się zgadzam. Po turecku jeszcze nic mojego nie było, do mojej statystyki tłumaczeń przybywa jeszcze jeden język.

Kiedy powiedziałem Nice, mojej siostrzenicy, która dzwoniła z Krety, że Szóste, najmłodsze ukaże się po turecku, była szczerze zdumiona. Dla Greków Turcy to wciąż barbarzyńcy. (Są między nimi i barbarzyńcy, ale znajdzie się takich i w Grecji, i wszędzie indziej). Opowiedziałem Nice, że kilkadziesiąt lat temu popijałem na jakimś przyjęciu z tureckim tłumaczem Quo vadis. Był mi wdzięczny, kiedy nauczyłem go przyrządzać „harcerzyka”, przyda mu się dla zakamuflowania alkoholu w soku owocowym.

(Ten tekst skrobnąłem na pokaz, pod kamerę, bo pani Ogrodowska, która robi filmik dla RIG w Zabrzu, koniecznie chciała mieć ujęcie, jak piszę wiecznym piórem – podobno to ewenement).

SPOTKANIE ze stowarzyszeniem „Dzieci Holokaustu”. Sala pełna, chyba z osiemdziesiąt osób. „Dzieci” wszystkie po siedemdziesiątce i wszystkie z wyższym wykształceniem. Proponuję, że najpierw coś przeczytam – może to wzbudzi dyskusję. Sprzeciwów nie ma.

Zaczynam od krótkiej Nikaragui, potem Szóste, najmłodsze. I tu czuje się zaskoczenie, ale i zainteresowanie, odbiór żywy, czasem repliki w dialogu wywołują śmiech (na przykład, kiedy major Chazin pyta Żenię Chitrowa o jakieś jego powiedzenie: „– To Szekspir? – Nie wiem, może ja sam”).

Czy czułość majora Chazina dla małej Goebbelsówny ich nie gorszy? Nie, „dziecko to dziecko”, odzywa się ktoś z widowni, przy ogólnej aprobacie. Taka opinia – tych właśnie ludzi, którzy jako dzieci przeszli przez piekło – to może być coś szczególnie poruszającego. Głos zabiera kobieta, o której wspominam w Nie boję się bezsennych nocy, siostra właściciela wypożyczalni książek „Parnas” na Nowolipiu, który wyraźnie dbał o to, żebym nie czytał byle czego, moja książka to jedyny ślad jego istnienia. Ona często wraca do fragmentu o nim i zawsze ze wzruszeniem.

Inna pani, okrągła na buzi: „Jestem siostrą Bogdana Wojdowskiego. Czy pan go znał?”. „Byliśmy zaprzyjaźnieni”. Trochę o tym, jak mnie poufnie uświadamiał, co się dzieje we „Współczesności”, w której miał etat, wspominam o artykule początkującego wtedy poety, który odmawiał Leśmianowi i Tuwimowi prawa do nazywania się polskimi poetami. Inna pani, o wyglądzie takim, że chyba gładko przeszła przez Holokaust (matka Żydówka, ale ojciec „Aryjczyk”), porusza kilka drażliwych zagadnień, między innymi pyta, jak się układały w naszej kamienicy stosunki z rodzinami chrześcijańskimi, czy bywaliśmy u siebie? Opowiadam o zażyłości z Krzyżewskimi z czwartego piętra. I o dwóch współpracujących z ojcem technikach budowlanych, Dobrzańskim i Wysockim, dla których, kiedy mieli przyjść, by przedstawić plany instalacji wodociągowych, mama szykowała to, co lubili: śledzika z cebulką i rybę faszerowaną. Pod wódkę, oczywiście, ale bez przesady, trzeba było pracować. Przypominam, że w kręgu „Ziemiańskiej”, „Wiadomości Literackich” tego podziału nie było, żaden wybitny autor nie gardził Szyfmanem czy Grydzewskim, żadna aktorka – Tuwimem. Co nie odnosi się, rzecz prosta, do prasy endeckiej czy faszyzującej.

Dostałem kwiaty i tom wspomnień Dzieci Holokaustu mówią.

Ta pani „o wyglądzie więcej niż dobrym” zaofiarowała się, że odwiezie mnie do domu. Jest fizykiem, współpracowała z profesorem Sugarem. Kiedy dowiedziała się od matki, że jej ojca, Polaka, zabił inny Polak, powiedziała sobie: „Odtąd jestem Żydówką”. Jej córka (a może wnuczka?) jest zainteresowana korzeniami żydowskimi. (Odkryć, że należy się do plemienia, które cztery tysiące lat temu ułożyło Dekalog, to, tak się domyślam, nie byle co, budzi ciekawość).

PRZED CHWILĄ dzwoniła Madzia, która akurat przebywa we Wrocławiu: cieszy się, że zdecydowałem się w końcu, namówiony przez pana Tadeusza Donocika, prezesa Regionalnej Izby Gospodarczej, jechać do Zabrza na uroczystość przyznania mi „Lauru z Diamentem”. Miała do mnie żal, że się wymiguję, ale chyba rozumie, że każde takie spotkanie wymaga ode mnie dobrej formy. Madzia zapytuje, czy pamiętam nazwisko tego ministra, który po transformacji powiedział, że najlepszą polityką przemysłową jest nie mieć żadnej polityki. Tak wygłupiali się fundamentaliści „niewidzialnej ręki rynku”. Owszem, pamiętam go – i od razu go wtedy skreśliłem. I widać nie tylko ja, skoro minęło dwadzieścia z górą lat i nic o nim nie słychać.

Przyszło mi na myśl, że tę wypowiedź, credo niejako, mógłby mój Zastępca przytoczyć uroczej Wróżbiarce w zamierzonej przeze mnie powieści. A Dziewczyna na to: „To bardzo dobre dla mnie! Nic nie będzie zaplanowane, nie wiadomo, co ta niewidzialna ręka wyczyni, trzeba będzie przybiec do wróżbiarki, żeby wyczytała w kartach, co nas czeka”.

(I myślałem też, że w Zabrzu może komuś przyjść do głowy, żeby zaśpiewać laureatowi „Sto lat”. A potem, że chociaż to, jak mówią, „piękny wiek”, ale przecież te „sto lat” już niezadługo. I pomyślałem też (co rzadko mi się na ten temat zdarza), że nieuchronność śmierci, matematyczne ograniczenie życia, ten wyrok – z zawieszeniem tylko – to bardzo niesympatyczna perspektywa. Łatwiej się godzimy na śmierć w bitwie, w wypadku czy od kuli bandyckiej, nawet od nieuleczalnej choroby, niż na to zgaśnięcie nieuchronne, bo dopełniła się liczba.

PRZYJEŻDŻA PO MNIE pan Pyz (z żoną), zawozi mnie do synagogi. Mam być taką świecką ozdobą spotkania duchownych różnych religii. (Ostatnio taka rola przypadła podobno Julii Hartwig). Sala zapełniona. Zajmuje się mną pan Białek, redaktor naczelny „Charakterów”, katolik, aktywny organizator tych spotkań. Sadza mnie w pierwszym rzędzie, między Stanisławem Krajewskim a Pawłem Śpiewakiem.

Pierwszy zabiera głos młody człowiek, raczej pyzaty, gładko ogolony – więc na pewno nie rabin. A właśnie że rabin, no proszę! Sas Wojciechowicz. Czyta po hebrajsku krótkie, końcowe podobno, psalmy. Informuje zebranych, że za ich twórcę uchodzi król Dawid, który był „muzykiem”. (Pięknie grał na harfie, według księgi Samuela, i swoją grą rozpraszał melancholię króla Saula). A co z psalmem Nad wodami Babilonu siedzieliśmy…? Tego nie mógł skomponować Dawid, skoro tęsknota wygnańców w Babilonie była czterysta lat później. Redakcja Psałterza Dawidowego trwała zapewne przez kilka wieków.

„Halleluja!”. Chwalcie Boga! – tłumaczył rabin Sas. Pan Rydzyk, wykrzykując „Alleluja i do przodu!”, odwołuje się do hebrajszczyzny, nie wiem, czy z pełną świadomością. Szczery antysemita powinien zrezygnować z zakończenia „Amen”, z okrzyku „Hosanna!” (radujcie się!). Wszędzie mącą coś ci Żydzi…

Po oracji pana Białka, potem księdza prawosławnego (księdza – nie popa), po błyskotliwym wystąpieniu księdza ewangelickiego („księdza” – tak o sobie mówił – nie pastora) i po przepięknym występie znakomitego chóru prawosławnego z Kielc miałem, jako ostatni, przy wymęczonej już publiczności, czytać ja. Po naradzie z panem Białkiem zrezygnowałem z Długiej, chyżej łodzi, opowiadania z elementami zabobonności pogańskiej, i zdecydowałem się na Nieznanego. To był, jak się okazało, trafny wybór – jakby odniesienie do tego, o czym tu się mówiło, spór z Bogiem o los ludzki, przewrotne błaganie, by, jeśli już muszą ginąć, ginęli nieznani, których śmierć dla nikogo nie będzie tragedią. Głos mi się łamał w tym samym miejscu, co zawsze. Panowie działacze i duchowni wydawali się przejęci. Powiedzieli mi to zresztą.

Potem luz, wino, można też coś przegryźć. Szczupła, wysoka pani w okularach, w popielatej wełnianej sukni: „Spędziłam z panem sylwestra. Czytałam Nie boję się bezsennych nocy. Kiedy mnie pytano: jak spędzasz sylwestra?, odpowiadałam: z Henem”.

I jeszcze ów wysoki, bardzo młodzieńczy ksiądz ewangelicko-augsburski (jeśli to był on): „Mam z panem kłopot. Kiedy zaczynam czytać jakąś pana książkę, muszę ją od razu przeczytać do końca”. Polecam mu Bruliony profesora T. „Czytałem! – wykrzykuje. – Ale wie pan, które pańskie książki najbardziej lubię? – Zniża głos, jakby to miało być poufne. – Te miłosne: Milczące między nami i ta druga, grubsza: Odejście Afrodyty”.

Pan Pyz, w towarzystwie żony, odwozi mnie do domu.

„SOBIESKI”, POCIĄG DO KATOWIC, jedzie dalej do Wiednia. Przyszło mi na myśl, że mógłbym pojechać dalej, do samego „Widnia”, wypiję kawę u Sachera, który wciąż jeszcze funkcjonuje – paszportu ani wiz nie trzeba, wystarczy kupić bilet. I skoro tak można, to świat jest lepszy (mimo wszystkich paskudztw), lepszy, ale już nie kusi, podróż jest mniej atrakcyjna, zbyt łatwa.

Jesteśmy w przedziale we dwóch z pięćdziesięcioczteroletnim Japończykiem (zdradził mi, ile ma dokładnie lat, kiedy wyraziłem przypuszczenie, że jestem chyba dwa razy starszy od niego; przesadziłem, aż tyle to nie), w Katowicach będzie się przesiadał, pracuje w Gliwicach, „in a factory”. Dostaję wizytówkę, on jest Supporting Group Manager w polskiej fabryce ceramiki.

Polskiego wciąż jeszcze nie zna. Dowiaduje się ode mnie, co różni Sosnowiec od Katowic, o granicy imperiów, jaka przebiegała między nimi. Zamówiłem do przedziału pierogi ruskie. Japończyk polskiego nie zna, ale pierogi „oh, yes!”.

Rozmowa schodzi na Lwów. Japończyk dowiaduje się ode mnie, kto to miasto dawniej zamieszkiwał. Pyta o Litwę – wie, że było to państwo zjednoczone z Polską. Jakie teraz są stosunki? Po co jadę do Katowic? Ma tam być pewna uroczystość, I am participating in. Aha, dlaczego? Wychodzi na to, że muszę coś odsłonić: jestem „writerem”. Co pan pisze? („Writer” niekoniecznie kojarzy mu się z literaturą). Mógłby, mówię, znaleźć coś mojego i po japońsku, a na Amazonie po angielsku. Przedstawia się: na imię ma Akira – „jak Kurosawa”, wtrącam – o tak, Kurosawa, wie. Muzyką specjalnie się nie interesuje, ale kiedy wymieniam nazwisko Matsushita, japońskiej pianistki, którą czasem pokazują na kanale Mezzo, twarz mu się rozjaśnia – o tak, słynna.

Ta Matsushita jest na pewno świetna, ale nadmiernie, moim zdaniem, eksponuje muzykę mimiką – ach, jak ona ją przeżywa – no i koncertuje ta pani w sukni odsłaniającej nagie plecy i ramiona – to pytam was, panie feministki, dlaczego pianistki i skrzypaczki tak eksponują ciało, dlaczego nigdy nie pokazywali swoich nagich pleców Menuhin czy Artur Rubinstein, ani teraz dyrygenci Barenboim, Castle czy niedawno zmarły Abbadio? Coś nas jednak od pań różni (na szczęście).

Mój Japończyk pomaga mi wysiąść. Od razu pokazuje się Jurek Woźniak. Dorota czeka w samochodzie, jest w pantoflach na wysokich szpilkach, trudno w nich się poruszać na peronie. Zawożą mnie do hotelu „Diament”. Zakładam białą koszulę (której nie nosiłem chyba z pięć lat), wiążę krawat – trudno, taka uroczystość – i jedziemy do Zabrza. W holu Domu Muzyki i Tańca dudni orkiestra dęta – tym razem nie górnicza, jak kilka tygodni temu w Katowicach – policyjna.

Dostaję miejsce między Jerzym Buzkiem a Januszem Steinhoffem, po chwili pojawiają się oboje Pendereccy. Najpierw przemówienie pana Donocika, który RIG-owi śląskiemu prezesuje, potem rozdawnictwo laurów: kolejno złote, platynowe, specjalne i cztery „orły śląskie”. Ja mam dostać „laur z diamentem”, a Krzysztof Penderecki jeszcze wyższy: diamentowy. Niektórzy laureaci – prezydenci miast, ordynatorzy, dyrektorzy – dziękując, mówią, że nagroda jest właściwie zbiorowa, zawdzięczają ją ekipie, która z nimi współpracowała.

Dorota zapowiada mnie. Robi to krótko, serdecznie, na koniec mówi, że „Józef Hen to znawca kobiet”. Z ekranu leci piękny pochwalny tekst profesora Mariana Kisiela. Jakaś dziewczyna prowadzi mnie na scenę. Panowie Buzek i Steinhoff wręczają mi mój „laur” i dyplom w ciężkiej ramie. Publiczność oklaskuje, stojąc. Zupełnie jakbym był Ślązakiem. Podszedłem do mikrofonu. Miałem powiedzieć coś o tym, że w takich chwilach myślę o mojej mamie, coś o moich niezwykłych kontaktach śląskich, a także o tym, że chciałbym ich przekonać, że kultura ma dobry wpływ także na gospodarkę. Sprowokowany przez Dorotę i przedmówców, powiedziałem coś całkiem innego. Zaimprowizowałem trzy krótkie zdania.

1) „Muszę zacząć od protestu: nie jestem znawcą kobiet! Ktoś taki nie istnieje. Kobieta jest zawsze zagadką”.

2) „Muszę powiedzieć, że nie uważam swojej nagrody za zbiorową. (Wybuch śmiechu). Już Montaigne zauważył w swojej wieży, że pisarstwo jest to «sprawa samotnicza», opuszcza się dom, rodzinę, szuka się odosobnienia, żeby móc skupić się na zamyśle twórczym. Obecny tu mistrz Penderecki mógłby nam coś o tym powiedzieć”.

3) „Mam taką nadzieję, że dostałem tę nagrodę nie dlatego, że się zestarzałem, ale za dokonania. (Oklaski). Dziękuję”.

Przy stoliku podpisuję książki. Musimy przerwać, zaczął się koncert. Dyskretnie ktoś mnie prowadzi do pierwszego rzędu i usadawia koło pana Jerzego Buzka. Poinformował mnie szeptem, że jazzowy zespół, śląski przecież, specjalizuje się w muzyce afroamerykańskiej. (Ja, słuchając: „Chyba to południe”; kiwnął głową i szepnął: „Luizjana”). Śpiewali Old man river, Missisipi, ale przechodząc od tęsknych, niewolniczych tonów do energicznego, zdobywczego jazzu. Przy Georgii wspominałem z sentymentem chrapliwy głos Armstronga. A także powitaną oklaskami zapowiedź kompozycji „afroamerykańskiej” George’a Gershwina, rodem raczej z Mazowsza: Summertime i w ogóle Porgy and Bess. Szepnąłem premierowi Buzkowi, że oglądałem w roku 1954 w Teatrze Polskim w Warszawie czarnoskóry zespół, który przywiózł do nas Porgy and Bess. Ta data, 1954, zrobiła na byłym premierze wrażenie: jeszcze trwał stalinizm, ale zaczęły się lekkie podmuchy aury odwilżowej.

Koncert w Zabrzu znakomity. I niewątpliwie to zasługa kierowniczki zespołu, niezmordowanej i zarazem oryginalnej dyrygentki – Anny Szostak.

Po koncercie z Woźniakami do restauracji „Gościniec”. Tu coś w rodzaju bankietu dla laureatów, przy okrągłych stoliczkach na stojąco. Dorota zmusza mnie do obejścia wszystkich stolików, najdłużej zatrzymałem się przy bytomskim, wspominałem fryzjerkę poznaną pod koniec 1945 roku w pociągu (jechałem na reportaż do Szczecina), tylko kilka godzin wspólnej jazdy, minęło prawie siedemdziesiąt lat, a ja wciąż pamiętam jej imię i nazwisko. Ta rozmowa w pociągu zrodziła postać kobiety (fryzjerki) w Twarzy pokerzysty. Wspominałem też spotkanie autorskie w bytomskim Klubie Literackim (tak, był taki, potwierdza prezydent miasta, jeszcze do niedawna), świetny poziom, na ogół lwowianie. Śląsk – powiedziałem Jurkowi Woźniakowi – bardzo wiele zyskał na migracji ze Lwowa, przyjechali ludzie wykształceni, czytający, uczestniczący w kulturze – Bytom, Gliwice mówiły „po lwowsku” – teatr Wyspiańskiego to był po wojnie teatr lwowski, widziałem tam w roku 1945 wspaniały Wieczór trzech króli w reżyserii Bronisława Dąbrowskiego, z Tadeuszem Kondratem (ojcem Marka) jako Chudogębą, z Bardinim jako Tobiaszem Czkawką – co to była za para!…

Poznałem profesora Mariana Zembalę, dyrektora Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, który przejął po Zbigniewie Relidze.

Jurek pomógł zanieść dyplom i „laur” do pokoju. Kwiaty są dla Doroty.

TYM RAZEM W PRZEDZIALE żadnego Japończyka nie ma. Czytam wywiad w „Gazecie Prawnej” z Pawłem Huelle, wydał nową powieść Śpiewaj ogrody – to cytat, wyjaśnia, z Rilkego (masz ci los: jestem chyba jedynym literatem w Polsce, który napisał coś krytycznego o Rilkem) – powieść jest o Wagnerze, i tu lęk, że Paweł będzie go apoteozował, ale nie, potępia go, tak jak – pisze – potępiał jego ciężkie, pragermańskie utwory Tomasz Mann.

„POLITYKA” BEZ LUDWIKA I PASSENTA, za to znakomity, gniewny zarazem, tekst Jacka Żakowskiego Obóz Wielkiego Kłamstwa, o książce Resortowe dzieci, w której opluwa się znaczące osoby niechętne PiS-owi. Są dziećmi aktywistów partyjnych, czasem wnukami, a zdarzało się, że wredna matka była nauczycielką rosyjskiego… Bestseller!… Do „Szkła kontaktowego” kilka wściekłych telefonów, na ogół dzwonią starcy: dzieci ubeków nami rządzą, są w sądach, w prokuraturze, a powinni (jako potomstwo tamtych) wisieć. Czyli to jest taka upragniona rzeczywistość, jaką fundowali sobie, wraz z korzyściami, moczarowcy: dzieci tych, którzy im nie odpowiadają, nie mają żadnych praw. Pod spodem rasizm i antysemityzm, ale nawet ci wściekli wiedzą, że słowa „Żyd” lepiej nie używać, jeden z telefonujących mówi o „Izraelitach” – jak to się popierają, jacy solidarni.

Przed południem pani Maryna Szöllösi, która zamierza mnie rzeźbić. Przynosi w prezencie popiersie Stanisława Augusta (bardzo młodzieńczy, pełen wdzięku), więc coś o mnie wie. Obfotografowuje mi głowę, centymetr po centymetrze. Dostaję od niej promocyjną broszurę, na okładce głowa pięknej dziewczyny. „Kto to jest?”. „Moja prababka”. Na odwrocie obraz przedstawiający uroczą dziesięciolatkę. „A to kto?”. „Moja wnuczka Ewa”. Pani Maryna jest z wykształcenia biologiem, wykładała nawet, i to we Francji, ale tam właśnie malarka i rzeźbiarka wzięły w niej w końcu górę.

KILKA DNI TEMU telefon z Krakowa, dzwoni pan Joachim Russek z Fundacji Judaica, omawia ze mną spotkanie poświęcone mojej pracy dla filmu, może na początku lutego. (Zapowiadają syberyjski mróz; co prawda ja najgorszy mróz odczuwałem na Kozaczyźnie, na stepach nad Donem – trzydzieści stopni przy ostrym wichrze, przenikającym nawet przez gruby kożuch i walonki). Chcą uwzględnić moją przygodę reżyserską, wyświetlą Perły i dukaty. A później, już beze mnie, pójdzie Don Gabriel, a także – i tu niespodzianka – Rancho Teras. Protestuję: to nie mój scenariusz, miałem umowę na dialogi, ale i tak Wadim (Berestowski) kręcił, co chciał. Pan Russek się śmieje: „Panie Józefie, oglądałem to niedawno, świetnie się ogląda!”. To prawda, że film miał rekordową publiczność, Wadim umiał trafić do „ludu”, Bitwę o Kozi Dwór kręcił z pełnym przekonaniem według poetyki filmu niemego, nieme kino to było prawdziwe kino, stamtąd ściągał gagi, okazały się nieśmiertelne.

Maja skarży się, że w jej sklepie, takiej troszkę pieczarze, okropnie zimno. Ma na sobie spodnie, kilka swetrów, kurtkę, na kurtce futro. Tyle warstw! „Wyobrażasz sobie – mówię – jaki to może być świetny striptiz?!”. Maja wybucha śmiechem. Mam wrażenie, że od tego śmiechu zrobiło jej się cieplej. Może zrzuciła futro…

Szukaliśmy z Madzią na półce z zapomnianymi książkami czegoś o Chinach i natrafiliśmy, ku uciesze Madzi, na… Odkrycie Indii. Autor: Jawaharlal Nehru. (Przekład: Stanisław Majewski, Kazimierz Rapaczyński). Skarb! Madzia się zaczytała, potem podrzuciła mi na jeden dzień książkę, bo coś dla mnie znalazła. Zapisałem.

Jedna z legend o wedyjskich bogach – pisze Nehru – The Dight of Moon, opisuje stworzenie kobiety. „Na początku, gdy Twasztri chciał stworzyć kobietę, okazało się, że wyczerpał wszystkie materiały na stworzenie mężczyzny i nie pozostało już nic stałego. (…) Wziął tedy kolistość księżyca i wklęsłość fal, giętkość bluszczu, drżenie traw, smukłość trzciny, puch kwiatu, lekkość liścia, okrągłość trąby słonia, spojrzenie łani, spoistość pszczelego roju, figlarną wesołość promieni słonecznych, łzawość chmur, niestałość wiatru, trwożliwość zająca, próżność pawia, miękkość piersi papuziej, twardość diamentu, słodycz miodu, okrucieństwo tygrysa, żar ognia, chłód śniegu, gadatliwość kraski, kukanie kokili, fałszywość czapli, wierność czakrawaki, i zamieszawszy to wszystko razem, stworzył kobietę i dał mężczyźnie”.

Wszystko tu jest, wszystkie nasze heroiny, wszystkie Telimeny i Maryle, Izabele i Oleńki, i Hajduczki, i Pretty Woman, i Kochanica Francuza. Miałem ochotę coś podkreślić, uwypuklić – zderzenia miękkości z twardością, słodyczy z okrucieństwem, fałszywości z wiernością, ale skoro nie podkreślił tego Nehru, skoro dla niego te wszystkie zderzenia są naturalne, oczywiste, to i mnie nie wolno tego robić – każdy, czytając to, westchnie po swojemu.

DZIŚ DZIEŃ ULGOWY – w podwójnym sensie: po pierwsze, nikt nie będzie nachodził; po wtóre – pracowałem wczoraj cały dzień nad felietonem dla „Pro Medico”, napisałem, wysłałem do pani Ogrodowskiej (która kręciła u mnie w domu film wyświetlany później podczas uroczystości w Zabrzu), otrzymałem odpowiedź: „Czytałam jednym tchem” – i czuję ulgę. Zatytułowałem felieton: Wyznania niesfornego pacjenta. Żeby usprawiedliwić tę „niesforność”, opowiedziałem, jak w 1950 roku komendant wojskowego sanatorium w Kudowie chciał mnie od razu odesłać do domu, bo wygrałem turniej pingpongowy – z nim w finale. Przespał się z tym jednak, nazajutrz zmienił zdanie i mogłem nadal korzystać z biczów wodnych o sile pięciu atmosfer. Być może, dla pani Ogrodowskiej są tam pewne nowe, a raczej stare, zapomniane dziś informacje. Kto na przykład pamięta dziś o Rodzinie Thibault noblisty Rogera Martin du Garda (mieszkali w Maisons-Laffite!), o tym, że jest w tym cyklu tom Dzień przyjęć doktora Thibault? Czy ktoś, nawet z medyków, pamięta o książkach Stefana Pollatschka (Doktor Berghof przyjmuje między 1. a 2.) i o Cytadeli Cronina? Nie wspomniałem w tym felietonie o Korczaku, może dlatego, że jego związki z medycyną są znane.

W NIEDZIELĘ U MADZI NA OBIEDZIE z panem Erykiem. Nieoczekiwany komplement: „Arystokracja pana lubi”. „Ledóchowski?…” (z którym pan Eryk się przyjaźni). „Tak, ale i Lubomirska. Za Króla”. Miała powiedzieć, że do połowy książki myślała, że narrator, Gaston Fabre, to postać autentyczna.

Dzwonił Różewicz. Chciał się podzielić pewną nie byle jaką satysfakcją: ukazał się tom jego wierszy po chińsku, w enklawie Macao. A więc te wiersze Różewicza, tak tkwiące w polskiej rzeczywistości, w polskich dramatach, jeszcze raz potwierdziły swoją uniwersalność, może się nimi przejąć i czytelnik chiński, odnaleźć w nich swój własny n i e p o k ó j. Każdy, kogo nazywamy człowiekiem – Chińczyk, Serb czy Anglik, czy czarnoskóry Amerykanin – może być czytelnikiem Różewicza, jeśli w ogóle czyta.

NIC MNIE TAK W KRAKOWIE nie rozśmieszyło (a był to śmiech żałosny), jak to, że sprzedawczynie bajgli mają kasy fiskalne. Koniec rynkowego romantyzmu! Nie wiedziałbym o tym, gdyby nie to, że w torebce z bajglem znalazłem kwitek. Obok kiosku mężczyzna na wózku, bez nóg, wpatrywał się w bajgle tęsknym wzrokiem. Spytałem: „Chce pan bajgla?”. „Chcę. Z serem”. Jego „dziękuję” było na szczęście bez wylewności. Przez telefon do Madzi: „Popatrz, jak łatwo być dobrym. Wystarczy złoty sześćdziesiąt”.

(A może ja się mylę, może handlująca preclami kobieta jest dumna z tego, że ma kasę fiskalną? Jak prawdziwa kupcowa, prawie urzędniczka…).

Notatka z pociągu do Krakowa. „Jest nas w przedziale czterech. Tym razem nikt nie sięga po laptopa. Panowie w swetrach, wszyscy rośli, obok mnie dryblas z dużym brzuchem, ze szpakowatym zarostem. Naprzeciw mnie gość w zielonym polo; nie znamy się, ale coś o sobie jednak wiemy: on czyta „wSieci”, ja – „Politykę”.

Na dworcu powitał mnie pan Russek. Najpierw zawozi do hotelu. („Francuski”). Apartament na 2. piętrze. Cztery podpisy – i dostaję honorarium, pan Joachim wyjmuje banknoty z portfela. Bez biurokracji, oczekiwania na przelew itd. Od razu poczułem się pewniej. Jedziemy na Kazimierz, do Centrum Kultury Żydowskiej. Jest trochę czasu. Do pokoju z kilkoma stołami zawalonymi papierzyskami, w którym urzęduje pani Weronika, młoda dziewczyna, schodzą się ludzie, którzy chcą się przywitać – jest pan Ireneusz Kania (okazuje się, że nie dostał tomu wywiadów – moja wina), jest profesor Jerzy Vetulani, nadchodzi jego syn (nic mojego nie czytał, mówi ojciec, ale natrafił na wywiad Donaty Subbotko i miał powiedzieć: „ Tato, muszę tego pana poznać”), jest Andrzej Kurz i mężczyzna, który przedstawił się: „Faron”. (– Ach, pamiętam, pisał pan o Uniłowskim! Był przez pewien czas ministrem kultury). Będzie ciekawa publiczność. Wśród widzów odkrywam profesora Bronisława Łagowskiego. Pojawiła się pani Ola Surdykowska z WL, zajmie się sprzedażą Nikt nie woła. No i wreszcie jest pan Tadeusz Lubelski, wykłada na uniwersytecie historię filmu. To on poprowadzi dzisiejsze spotkanie.

Dobrze nam się z panem Lubelskim rozmawiało. Zaczął od Nowolipia, ale nie tyle o mnie pytał, ile o „formację”. Nie udało się jednak abstrahować od rozwoju dziecka, które w pewnym momencie poczuło, że czymś się różni od kolegów. (…) Pytanie: dlaczego zająłem się Montaigne’em, Boyem, Stanisławem Augustem (dorzuciłem: i Jagiełłą!), tak – zgodził się pan Lubelski, Jagiełłą też, Królewskie sny. – Bo ci wielcy Polacy byli szkalowani, obrzucani oszczerstwami, poczułem, że mogę być obrońcą, kimś, kto powie prawdę. Inaczej z Montaigne’em: on mojej pomocy nie potrzebował. To polska inteligencja potrzebowała jego.

(Brawa). Opowieść o tym, jak w księgarni „Maspero”, w roku 1969, dostałem od Gallimarda dwie grube książki o Montaigne’u: Thibaudeta i Friedricha, i to one przyczyniły się do tego, że postanowiłem o nim pisać. Jak zwykle opowieść o tym, jak doszło do filmu Nikt nie woła. Czy to prawda, że chciałem reżyserować Więźnia i jasnowłosą – dlaczego do tego nie doszło? „Zaczekajmy – powiedział pełen dobrych chęci wiceminister Zaorski. – Zobaczymy, skąd wiatr wieje”. No i wiadomo, skąd powiał. O tym, jakie trudności miała książka Toast, która nie mogła się ukazać, chociaż film według niej (Prawo i pięść) już kręcono. I o tym, jak podczas uroczystości w Belwederze, w roku1965, podeszła do mnie wszechmocna w wydawnictwach pani Zatorska, kiedy zobaczyła, że dostaję order. Pomyślała, że muszę być na górze dobrze widziany, ona nie znała właściwie systemu, w którym szalała, nie wiedziała, że jest to despotyzm łagodzony przez bałagan. Od jej parafy zależało wydanie książki! „Ach – wzdychała – ile lat się znamy!… Tylko nie mówcie o tym mężowi”.

Pokaz komedyjki Perły i dukaty. Siadam i ja, żeby to obejrzeć, lubię przypatrywać się Holoubkowi i Wiśniewskiej, Gucio zawsze bezbłędny, ale Ewa ma tu więcej do grania, wyśmienita.

W restauracji z panami Russkiem i Lubelskim. Pijemy czerwone wino. Ponad dwie godziny rozmowy. Obiecuję panu Lubelskiemu Bruliony profesora T. Wie o tej książce, wie, że chciał kręcić film Janusz Majewski. Jedyna książka, mówi, której nie ma.

Jestem nieludzko zmęczony, ale zasnąć wcale nie jest łatwo. W apartamencie zimno, kaloryfery ledwo-ledwo, bolą mnie plecy, wstaję, zażywam rutinoscorbin, naciągam sweter i w swetrze zasypiam.

Rano mam trochę czasu, wychodzę na miasto – trzeba zerknąć na Rynek, pustawo, nawet na Floriańskiej – luty to nie sezon. Dawny „Maurizio”, gdzie w grudniu 1946 roku piłem kawę z Ksawerym Pruszyńskim i jedliśmy marcello, już nie istnieje.

TRZY GODZINY w pociągu z Krakowa warto odnotować. Naprzeciw mnie siedział mężczyzna dobrze zbudowany, mocno szpakowaty, w czerwonej rozpiętej bluzie. Rozmawiał z kimś przez telefon, przeskakując z francuskiego na angielski i z powrotem. Po prawej ode mnie: młoda ładniutka dziewczyna, czarnowłosa, perkaty nosek, trzyma jakiś kolorowy kobiecy miesięcznik. Mężczyzna kończy rozmowę i zwraca się do mnie: „Dzień dobry. Jak się pan ma?”. „To jest takie How do you do?” – pytam. On: „Tego wymaga grzeczność. Jak kogoś spotykam, to się witam”. „Comment allez Vous?”. „Merci, monsieur, ça va”. „Prawidłowo – ocenia pasażer. – Pan jest profesorem?”. „Nie”. „Bo wygląda pan na profesora”. „Bo jestem dobrym aktorem”. (Dziewczyna uśmiechnęła się, odkłada miesięcznik). On opowiada o sobie, że jest robotnikiem, skończył tylko siedem klas, ale – dodaje z dumą – „jestem bibliofilem”. Mieszka we Francji, chyba jednak dużo wędrował po świecie, zmieniając zajęcia, bo zna angielski, rosyjski (całkiem nieźle), włoski. Rozmawiamy o książkach, ten pan rzeczywiście dużo wie, chociaż ja raz po raz muszę coś korygować (taki mam nieznośny charakter). W pewnej chwili, wspominając Monteskiusza, powiedział: „To siedemnasty wiek”. „Bardziej osiemnasty” – uściśliłem. „Siedemnasty” – upierał się. „Chce pan się założyć?”. Nie, odpowiada, przytaczając popularne powiedzenie, że przy zakładzie jeden jest oszustem, a drugi głupcem. Ja o tym, że w 1752 roku Stanisław Poniatowski spotkał w salonie pani Geoffrin, na rue Saint-Honoré, Monteskiusza, rozmawiał z nim. On: „To pan wie lepiej”. On, że nie lubi Stanisława Augusta. „A ja go kocham!”. Mówię o oszczerstwach szerzonych przez opozycję. On czytał teraz jego pamiętniki, w przekładzie polskim. „On nie był inteligentny”. Pamiętniki, tłumaczę, są opisem niemal reporterskim. Świetne obserwacje, sylwetki ludzkie. Minimum filozofii i idei. Dziewczyna: „Słucham panów zafascynowana”. Robotnik-bibliofil porusza sprawę Rękopisu znalezionego w Saragossie. Wie, że tłumaczył Edmund Chojecki, wylicza kolejne wydania. Film mu się nie podoba. No cóż, wolno mu. Ja o tym, że czytałem scenariusz Tadeusza Kwiatkowskiego. (Dziewczyna zaczyna się domyślać). On o Herlingu-Grudzińskim: że ożenił się z córką Ignazia Silone (że też zna to nazwisko!). „Nie, z córką Benedetta Croce”. On, który o Rosjanach, także dzisiejszych, mówi „bolszewicy”, wspomina coś o fizyku Weissbergu. „Weissberg-Cybulski”, uzupełniam.

Pytam: „Czy zna pan nazwisko Mérétik?”. Zna! „Wydał książkę Noc generała, o Jaruzelskim”. Opowiadam o obiedzie z panią Cybulską w Paryżu u Mérétików.

Według niego, Czechow został zesłany na Kamczatkę. Nie zesłany, prostuję, pojechał z własnej woli – na Sachalin. On na to przystaje. Kupił w Krakowie pierwsze wydanie Szymborskiej. Myślę teraz, że nie mając doktoratów, miewa jednak jakieś odczyty na uniwersytetach, jest zaprzyjaźniony z profesorem Trierem z Montpellier. Trochę rozmawialiśmy o Montaigne’u. Zdaje się, że dziewczyna (pani Ewa) domyśliła się, kim jestem. Kiedy znaleźliśmy się na peronie, ona: „Miło było pana poznać”. Oboje stwierdzamy, że ten pan jednak dużo wie: kiedy wymieniłem jako swoje wykształcenie wojenne „moje uniwersytety”, pokwitował: „Wielka książka Gorkiego”. Znał też Cronina, co nieczęsto dziś się zdarza. Pani Ewa podaje kartkę z numerem swojego telefonu. „Niech pan koniecznie mnie odwiedzi. Zapraszam na kawę”.

Mail od pana Krzysztofa Lisowskiego. Podobały mu się Perły i dukaty – lekki, dowcipny, miły filmik. Ale ma sprawę: miesięcznik „Kraków” chce zamieścić rozmowę ze mną. Pan Krzysztof przesyła mi pytania.

POWINIENEM CHYBA odnotować tu rozmowę z Marcinem Królem, którą przeprowadził w „Wyborczej” Grzegorz Sroczyński. Poświęconą nadziejom i złudzeniom transformacji w 1989. Marcin Król, przyciśnięty przez bezwzględnego rozmówcę, przyznaje: „GŁUPI BYLIŚMY”, i tak zatytułowany jest ten wywiad. Chciałbym go szerzej omówić, zacytować, także czasem irytację pana Sroczyńskiego („Coście, u diabła, zrobili z pegeerami; dlaczego kilkaset tysięcy osób skazano z dnia na dzień na nędzę?”). Noc miałem ciężką, wciąż pokasływałem, coś tam ssałem, zażyłem aspirynę – m.in. na ból w łopatce. Mogę tylko o sobie powiedzieć: j a n i e b y ł e m g ł u p i. Nie muszę bić się w piersi z powodu mojego ówczesnego stanowiska. (Czy to miało znaczenie? Nie musiałeś podejmować decyzji. Za nic nie odpowiadałeś). Nie wiedziałem, że mogę się nazwać „keynesistą”, nie padałem plackiem przed Hayekiem, którego Marcin Król narzucał rządzącym. Miałem własne doświadczenia ekonomiczne: obserwowałem, chcąc nie chcąc, prawa, którymi rządził się bazar w Samarkandzie. Król przytacza ze zgrozą, co mówił o przyszłości Nowej Huty ten sam minister, o którym ja powiedziałem do Madzi: „Skreślony!”. Narobili, przez wyznawaną przez siebie doktrynę, strasznych głupstw, on i inni – i wszystko bezkarnie.

Zacytuję Króla: „Kryzys nie dlatego wstrząsnął światem, że padły giełdy i przyszła recesja. Wstrząsnął, bo okazało się, że eksperci to jest całkowita fikcja. Najważniejsze instytucje gospodarcze i banki okazały się dziećmi we mgle”.

Dopisuję: „Zapomniano, że eksperci to tylko ludzie. Omylni. Mogą być przekupni. A czasem po prostu głupi”.

„Z jakiegoś powodu – mówi pesymistycznie nastrojony pan Król, a może tylko widzący świat rzeczywisty – selekcja do polityki jest negatywna, pewnie dlatego, że lubimy wybierać ludzi takich jak my sami. A potem dostajemy od nich to, czego nieświadomie pragniemy – dawkę środka usypiającego…”.

Kiedy Sroczyński mówi, że to, co się stało na Bałutach i w pegeerach, ta nędza, to dlatego, że zabrakło e m p a t i i, Król upiera się: w y o b r a ź n i. Ale czasem, moim zdaniem, to jest to samo: bez wyobraźni nie ma empatii.

Może jeszcze jako puenta coś z Króla: „Wie pan, myśmy w opozycji też mieli swoje złe charaktery, tylko wspólny wróg jakoś to maskował”.

Może warto przypomnieć, co pisałem wtedy, znalazło się to w księdze trzeciej Nie boję się bezsennych nocy:

„ROAD poprze chyba teraz Wałęsę. Na pewno w tym sensie przemówi Mazowiecki, żeby ratować kraj przed ośmieszeniem i zagładą polityczną”.

Przerywam pisanie, pędzę do Iskier po korektę Nowolipia. Przynajmniej to.

Więc Lech Wałęsa jest prezydentem. Naród pośpieszył do urn, żeby powstrzymać maniaka z Peru. Wałęsa, podochocony (…): „A nie mówiłem, że będzie 70-80 procent? Mówiłem o finale – nie o eliminacjach”. Jednak trzy i pół miliona wyborców oddało głos na Tymińskiego i gdyby frekwencja w dogrywce nie przekroczyła 25%, Tymiński zostałby prezydentem.

Garstka ludzi oświeconych, dobrych (niekoniecznie intelektualistów) poczuła się osierocona i bezdomna. Skupia się wokół Mazowieckiego, by bronić pewnych drogich sobie wartości, ważnych zresztą w ogóle dla życia narodu, dla uchronienia go przed całkowitą degradacją. „Wybrałem go – mówi o Mazowieckim w wywiadzie dla ‘Elle’ Wałęsa – bo jest flegmatyczny, trzeba było premiera, który by nic nie robił”. Tak prezydent elekt podsumował ogromną robotę – nie zawsze szczęśliwą, ale zawsze istotną – której dokonał Mazowiecki.

ZAJMUJĄC SIĘ Z KONIECZNOŚCI swoim dniem powszednim, odczytałem w sobie uczucie, któremu dałem wyraz w notatce:

„Egoizm. Wymuszony. Przez życie. Przez sam fakt, że żyjesz, że istniejesz, jesteś obleczony w ciało, działające jak maszyna z wymaganiami: trzeba nalewać paliwo, oliwić, smarować, chronić od wilgoci, od szkodliwej temperatury, odetkać rurę wydechową.

Córka źle się czuje, syn ma kłopoty, Rena na cmentarzu – a ja m u s z ę zajmować się sobą. Nie ma ucieczki. Chyba że gdzieś na pustynię, pokutować jako Słupnik. Ale to też byłby egoizm (co wyśledził w Ojcu Sergiuszu hrabia Lew Tołstoj). I bardzo wymyślny”.

MAIL OD KOBIETY, która usiłuje tłumaczyć niektóre moje opowiadania na rosyjski. Inesa Melnytchenko. Nazwisko co się zowie ukraińskie. A imię? Kochanki Lenina, Inesy Armand, nauczycielki z Longjumeau. Strasznie ta Polska jest etnicznie poplątana. Wpisywałem do laptopa kontakt z lubelską dziennikarką: Ewą Hadrian. Co za nazwisko! Wydaje mi się, że żadne społeczeństwo europejskie nie może pochwalić się taką różnorodnością w nazwiskach jak polskie. Nie licząc szlacheckich z końcówką na „ski” (i z tą samą końcówką żydowskich: Warszawski, Białostocki, Krakowski etc.), z dodatkiem herbów, lub same herby, przezwiska chłopskie, czasem zabawne, czasem obraźliwe, nazwiska od uprawianych zawodów – to w całej Europie, szczególnie w Niemczech i w angielszczyźnie, ptaki i w ogóle zwierzęta (Wrona, Kruk, Wróbel, Jastrząb, Lisy, Wilki itp.), nazwiska ukraińskie, białoruskie, góralskie, kaszubskie, śląskie, czeskie, węgierskie, rumuńskie, tureckie, włoskie (Nardelli, Bacciarelli, Framboli, Lardelli, Semadeni itp.), no i niemieckie, od czasów mieszczańskich z XV wieku, aż do naszych, całe rody – Estreicherów, Koenigów, Stuhrów, Lothów, Gebethnerów i Wolffów, Rydlów, Szmidtów, od razu przychodzi mi na myśl Staff, Berent, Brueckner, Kolberg, Gloger, Linde, rody kupieckie i rzemieślnicze, pierwsze z brzegu nazwiska: Mann, Kern, Brun, Spiess – można się zabawić w grę: kto wyliczy więcej. Młody Wokulski pracuje w sklepie Mincla, piwo popija się tam u Hopfera, powieść Dołęgi-Mostowicza nosi tytuł: Bracia Dalcz i spółka.

Wracam do tłumaczki. Pani Melnytchenko zaczęła od tego, że przełożyła na jakiś konkurs portalowy noweletkę Ona. Napisałem ją w 1955 roku, jeszcze przed rewizytą w Samarkandzie, wydrukował ją tygodnik „Świat”. To o tym opowiadaniu powiedział mi Andrzej Wirth, wtedy pracujący w „Nowej Kulturze”: „Napisałeś o Alicji?”. Bo okazało się, że Alicja (później żona Jeremiego Przybory) myła włosy naftą, ale nie walcząc o czystość, jak w Samarkandzie Rena, lecz dla połysku. Tłumaczka odniosła na portalu sukces, 11 głosów było „blestiaszcze!”, wywiązała się polemika w sprawie używania zaimków osobowych – po polsku nie zawsze są potrzebne, inaczej po rosyjsku, w czasie przeszłym. Wszystko jest w porządku – przeważały głosy – rytmika jest zachowana. Ale kiedy to się dzieje? Gdzie? Młodzi Rosjanie już nie wiedzą, jak to było w czasie wojny. Ktoś sięgnął do życiorysu autora, podał dane – Azja Środkowa, aha – dziękuję.

„OLIMPIADA PUTINA” – tak o olimpiadzie zimowej w Soczi, na którą poszły podobno miliardy – pisano w naszej prasie, od centrowej „GW” do prawicowej. Ale teraz, kiedy Polska zdobyła już cztery złote medale, głosy krytyki cichną, dobry ten Putin, zorganizował zimowe igrzyska nareszcie dla naszych. Dla Tuska – „prawdziwym Polakom” na złość. Bo akurat, kiedy pan prezes wygłaszał przemówienie programowe, polski łyżwiarz zdobywa złoty medal (wyprzedzając Holendra o cztery centymetry!) i nikt nie zwraca uwagi na socjalno-kulturalny program Kaczyńskiego: będzie się wspierać tylko patriotyczną sztukę, żadnych „degeneracji”.

Te gadki o „degeneracji” coś mi z przeszłości przypominają – wolę nie powiedzieć kogo i co.

KAŻDA OKAZJA JEST DOBRA, żeby dowalić Ruskim. Zapowiadają w prasie, że w TVP wyświetli się dokument o Eugeniuszu Bodo: Za winy niepopełnione. „Ale nie kariera aktora jest tematem tego filmu – po wybuchu wojny Bodo podzielił los tysięcy Polaków, którzy wpadli w sowieckie ręce – w październiku 1943 aktor zmarł w łagrze”. Otóż Bodo nie podzielił „losu tysięcy Polaków” – gdyby dzielił ich los, toby przeżył, w październiku 1943 nie byłby w łagrze, ale bawiłby zapewne żołnierzy armii Andersa w Palestynie. Bodo został aresztowany jako S z w a j c a r (Eugeniusz Junod) i to właśnie wtedy, kiedy po traktacie Sikorski – Majski Polaków wypuszczano z więzień i łagrów. Zwrócił się nawet do ambasady polskiej, wtedy w Kujbyszewie, z prośbą o interwencję, w odpowiedzi przysłano mu… kwestionariusz do wypełnienia. A wystarczyłby telefon do Gromyki lub Mołotowa z informacją, że aresztowano wybitnego polskiego aktora. Podejrzewam, że urzędnik ambasady, do którego trafiła prośba Boda, nie chciał interweniować, dla niego to był „kolaborant”, jeździł z zespołem Warsa z koncertami po całym Związku Radzieckim, prowadził konferansjerkę po rosyjsku (znał język z przedwojennego łódzkiego gimnazjum). Rosjanie aresztowali go tuż przed najazdem niemieckim, kiedy złożył podanie o zezwolenie na wyjazd do Szwajcarii. Ten paszport, którego mu zazdroszczono, zgubił go: zaistniało, jak twierdziła sowiecka prokuratura, „prawdopodobieństwo”, że był szpiegiem. Znał nie tylko rosyjski, ale i niemiecki, i francuski. Kto go tego nauczył? Rosyjski muzyk, który przez pewien czas siedział z nim w jednej celi w Butyrkach („Junod, prawda?”), opowiadał, że Bodo był całkowicie załamany, bez chęci do życia. Ale autor notatki pojęcia nie ma o tamtym czasie, o tym, jak zginął Bodo; dla niego – „dzielił los wszystkich Polaków”.

WIADOMOŚĆ w „GW”, która jest rewelacją historyczną, ale także moralną. Wielki tytuł: Hiszpania przyjmie (potomków) wypędzonych Żydów. Po pięciuset latach. Historiozofowie, politolodzy, etnografowie powinni tę decyzję odnotować. Żydzi hiszpańscy, wykształceni, zamożni, byli patriotycznie usposobieni. (Jacques Attali w świetnej książce 1492 opowiada, że wygnani Żydzi świętowali w Amsterdamie podbój przez Hiszpanów Grenady, który zakończył triumfalnie rekonkwistę).

Sefardyjczycy (czyli hiszpańscy Żydzi) nigdy nie zapomnieli kraju, z którego ich wygnano. Kultywowali pieśni pochodzenia hiszpańskiego, mówili językiem „ladino”, w Holandii, w Turcji, w południowej Europie, we Francji i na Bałkanach wyróżniali się nazwiskami latynoskimi.

Czasy są podłe, wraca szowinizm, rasizm, nienawiść, także na tle religijnym, a tu nagle zdarzyło się coś, co rozświetla historię – po pięciuset latach gorzkiej pamięci (w jakimś sensie jak „nad wodami Babilonu”). Dramatyczna pieśń Koł Nidre, odśpiewywana w wieczór Sądnego Dnia, będzie już tylko uroczystą pamiątką dawnego poczucia krzywdy.

JAN KULMA PRZYSŁAŁ MI przez panią Małgosię Berwid swoje wspomnienia: Dykteryjki przedśmiertne. Lekko napisane, ale i tak widać, że książka śmiała, chwilami drastyczna, prawdomówna. Dla mnie rewelacyjna, bo nigdy nie podejrzewałem, że przedwojenne harcerstwo polskie skłaniało się ku faszyzmowi, że okupacyjne „Szare Szeregi” podlegały nie Armii Krajowej, ale narodowcom, nie uznawały rządów Londynu. I co teraz z Kamieniami na szaniec?…

Powołał się p. Kulma na to, że przytoczyłem gdzieś wypowiedź mędrca o „dobrym sąsiedzie”. Ach, to z Miszny – wyjaśniam mu przez telefon – „szochen tow” – ale gdzie ja tego użyłem? W Pingpongiście – przypomina Madzia.

W „Dużym Formacie” rozmowa z Jennifer Teege, która niedawno, mając lat 38, dowiedziała się, że jest wnuczką… Amona Götha, komendanta obozu w Płaszowie. Matka przed nią to ukrywała, oddała ją do sierocińca, rzadko ją odwiedzała. Kiedy miała już siedem lat, jakieś małżeństwo niemieckie ją adoptowało, nie wiedząc, czyją jest wnuczką. Bo Jennifer jest Mulatką, rysy ma europejskie, znajduje w sobie podobieństwo do swojego nordyckiego dziadka, ale skórę ma ciemną. Pewne sprawy, powiązania – jak w opowiadaniu Szóste, najmłodsze. Tyle że moja „Ruth” wiedziała, czyją jest córką: Goebbelsa. Ale ten romans matki Jennifer z nigeryjskim studentem w roku 1965 – jakie to charakterystyczne. Matka wyrzekła się dziecka, korzystając z niemieckiego prawa, że skoro od razu musi iść do pracy, nie może się nim zajmować. Przypuszczam, że bardzo chodziło tej matce o to, żeby nie pokazywać się z czarnoskórym dzieckiem, bękartem…

Jennifer zwierza się, że wiadomość o dziadku mordercy i sadyście (który czuł się oczywiście niewinny, działał jako patriota, przed zarzuceniem mu pętli na szyję wykrzyczał „Heil Hitler!”), więc ta informacja wywołała w niej depresję. Po dwóch latach jej przyjaciółka we Francji, Żydówka, której rodzice pochodzili z Polski, namówiła ją na wspólną podróż do Izraela. Nikt jej tam nie wypominał pochodzenia. Przyjmowano ją z przyjaźnią: wnuczka hitlerowskiego zbrodniarza rasisty Mulatką! – ależ to odwet naszych czasów.

Ciekawa jest gorzka uwaga Jennifer, że kiedy jej „ojciec” (to znaczy człowiek, który ją adoptował) dowiedział się od niej o Göcie, zaczął sprawdzać, ile naprawdę osób zabił. Jakby to, że zabił o kilkaset osób mniej, miało jakieś znaczenie.

U IRKI KOWALIK kolacja dla sześciu osób. Z dwóch powodów: bo Irka przeprowadziła się piętro wyżej i to trzeba oblać, a także uczcić dziewięćdziesięcioletniego profesora Janusza Szajewskiego, toksykologa, który wciąż pracuje. Warto podzielić się myślą, jakie to szczęście móc rozmawiać z inteligentnymi, oczytanymi i zarazem życzliwymi ludźmi, którym nawet to, że są profesorami, nie zamąciło inteligencji.

I profesor Juszczyk (z którym widziałem się przedtem w Mariotcie, przyjechał z Poznania) i profesor Szajewski (u Irki) zwierzali się ze swoich ostatnich lektur. Pan Juszczyk, że czyta ponownie pewne ważne książki, a to dlatego, że pierwszy raz po nie sięgnął za wcześnie, miał lat dwanaście i na pewno ich nie zrozumiał. Przeczytał ostatnio całego Babla i całego Stendhala. Pan Szajewski – odwrotnie: „Babla nie lubię”. „Dlaczego?”. „Bo to takie krwawe, ludzie okrutni”. „Ale to prawda”. „Wie pan, co ja teraz czytam? Alicję w Krainie Czarów”. Cytuje kawałek po angielsku i dodaje: „To nieprzetłumaczalne”. A jakie świetne są książki dla panienek! Czytał Tajemniczy ogród – cudowne! (Madzia, kiedy jej to powtórzyłem, potwierdza: cudowne!). A pani Szajewska (Barbara) wykrzykuje: „I Ania z Zielonego Wzgórza!”. Irka zaleca im Pingpongistę, nie znają tego – to nie dla panienek, ale może warto przeczytać.

Opowiadam o rewelacjach, które wyczytałem w książce Sylwii Frołow o Dzierżyńskim. Nie wiedziałem, że rodzony brat Feliksa mieszkał przed wojną w Polsce, pracował w ministerstwie. Pan Szajewski na to: „Znałem go”. Daje mi swoje wspomnienia.

Podczytuję to teraz. I natrafiam na epizod o Janie Dzierżyńskim. Pracował na dość wysokim stanowisku w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, był lubiany i szanowany. (Nie było więc w przedwojennej Polsce szpiegomanii, którą przyniosła okupacja, a oficjalnie upowszechniła się w roku 1948, kiedy Bierut, może pod presją Berii, wezwał do „szczujności”). Kilkunastoletni Januszek Szajewski poznał pana Dzierżyńskiego, bo jego ciotka pracowała w tym samym ministerstwie, a on lubił ją odwiedzać.

Szajewski to nowe nazwisko w tej rodzinie, przedtem było inne, bardzo dziwne: Zmorzysko, nadane kilkaset lat temu, kiedy przodkom udało się uniknąć śmierci od morowego powietrza. Ale tata, patriotycznie i powstańczo usposobiony, przedostał się w 1914 roku do Galicji, zaciągnął się do Strzelca, potem był w Legionach. Otóż Piłsudski rozkazał, by wszyscy legioniści z zaboru rosyjskiego zmienili nazwiska i mieli dokumenty austriackie, to ich uchroni w razie dostania się do niewoli od oskarżenia o dezercję, o zdradę i od kary śmierci.

SPOTKAŁEM SIĘ W KAWIARNI „W biegu café” z panią Olą Szarłat. Chciała porozmawiać o środowisku literackim w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. (Trzeba dodać, na wszelki wypadek, „ubiegłego wieku”). Ktoś jej powiedział o „słodkich latach sześćdziesiątych”. Jakie „słodkie”?! (Chyba tylko dla nowych pretendentów do laurów i do SPATiF-u z pokolenia „Współczesności”). Przypatrzmy się. 1963 – likwidacja „Nowej Kultury” i „Przeglądu Kulturalnego”; 1964 – List 34 i represje władz; 1966 – usunięcie z partii Kołakowskiego; usunięcie lub odejście z partii kilkunastu wybitnych pisarzy. I cały czas gomułkizm, moczaryzm, rasizm, awantura z usunięciem ze sceny Dziadów w reżyserii Dejmka, zmuszanie do emigracji, Marzec 1968, Sierpień 1968 (bratnia interwencja w Czechosłowacji). „Słodkie lata”?

POSŁANKA BEATA KEMPA w Tarnowie, w pięknej Sali Lustrzanej. „Zniszczę gender” – taką rzuca poselską obietnicę. Ktoś z sali: „A co pani powie o prezydencie Komorowskim? On się na hrabiego robi, a czytałem w gazecie, że jego dziadek Osip Szczykunowicz z żydowskiej rodziny, co polskich hrabiów Komorowskich zamordowali i przywłaszczyli sobie nazwisko, herby, majątek i ten sygnet, co on nosi! Żydowski!”.

(Czy ktoś z obecnych zreflektował się, że ten opętaniec nie boi się tak mówić, wie, że nic mu nie grozi, że Żydzi się nie zemszczą, nie „rządzą”, można powtarzać każdą podłość, każdy idiotyzm?)

A co na to pani Kempa? Nic. Kiedy uczestnik w swetrze domaga się odpowiedzi, ona opędza się: „Innym razem”. Taka zuchwała w Sejmie, tak śmiało atakuje premiera Tuska, zapowiada „zniszczenie gender”, a tu, wobec opętanego nienawiścią warchoła zabrakło jej odwagi. Czemu nie powiedziała: „Wygaduje pan brednie!”, czemu nie potępiła powtarzania idiotyzmów? Przecież ona wie, że to idiotyzmy! Ale to idiotyzmy wymierzone w t a m t ą stronę, jej nie szkodzą – tak jej się wydaje, chociaż naprawdę szkodzą.

Po ciepłym liściku od profesora Łagowskiego, który odzywa się na przesłany przez wydawnictwo tom wywiadów Wiem, co mówię, list w sprawie tej samej książki od Ireneusza Kani. Przeczytał „właściwie jednym tchem, trudno się było oderwać…”. I dalej: „Znakomita, piękna i mądra książka, pełna spokoju i pogody, życzliwości dla świata i jakiejś, chyba głębokiej wewnętrznej równowagi… godnej najwyższego podziwu, jeśli wziąć pod uwagę dramatyczne koleje Pańskiego życia i losów Pańskich bliskich”.

Sukces wywiadów – jak stwierdziliśmy z Madzią – jest dla nas zaskakujący. Wątpiłem, czy w ogóle należy taką książkę wydać – czytelnik otwiera szeroko oczy, że ktoś w t e d y mógł tak myśleć i tak mówić. Pamiętam – jest to odnotowane w Dzienniku na nowy wiek – Janusz Osęka, po przeczytaniu wywiadu Polską rządzi bigoteria, wyznał: „Ja bym się tak nie odważył”. Wydaje mi się, że nie myślałem o odwadze – po prostu inaczej wypowiedzieć się nie umiałem. Czytelnik jest też czasem zafascynowany tym, że ma w ręku dokument. Wywiad przywraca konflikt tamtego czasu. Historia puka do jego drzwi.

PRZEGLĄDAM KSIĘGĘ PIERWSZĄ Nie boję się bezsennych nocy, żeby unikać powtarzania się. I natrafiam – w nocie o wprowadzeniu tzw. „stanu wojennego” – na coś, co mogę chyba przypomnieć. „Nie ma w tej chwili dla kraju większego niebezpieczeństwa niż kleszcze stereotypów. Bo sytuacja jest nowa, bez precedensu – ulice patrolują nie obcojęzyczni najeźdźcy, ale żołnierze polscy, będący częścią tego samego społeczeństwa – to właśnie jest coś niebywałego, coś, co trzeba rozgryźć. Trudność polega nie na tym, że mamy znowu «okupację», ale na tym, że mamy do czynienia z czymś, czego nigdy nie było. Pierwsze zadanie działacza politycznego – z tej czy z tamtej strony – to rozeznać się w tym, co się stało. Zobaczyć sytuację taką, jaka jest naprawdę”.

Więc może jeszcze to: „Osobliwością wszelkiej propagandy jest, że stanowi ona pułapkę na elitę władzy. Podejmuje ona decyzje wynikające nie z jasnego rozeznania rzeczywistości, ale z rzeczywistości kreowanej przez aparat propagandy. A aparaty miewają własne interesy, niekoniecznie pokrywające się z interesem władzy. Podsuwając wymyślone przez siebie fakty, wyolbrzymiając i odpowiednio komentując inne, t w o r z ą n i e i s t n i e j ą c e z a g r o ż e n i a”.

Książka wyszła w 1987 roku. Wprawdzie z trzyletnim opóźnieniem, z siedemnastoma ingerencjami cenzury, ale wyszła! Kiedy to teraz czytałem, byłem zaskoczony, że niektóre teksty jednak przez cenzurę przeszły. Także krytyka stanu wojennego (jest w książce na ten temat więcej i bardziej wprost, niż tu przytaczam). Na Mysiej było jednak za Jaruzelskiego liberalniej – i mądrzej – niż za Gierka i Gomułki.

WCZORAJ, O SZÓSTEJ, W DOMU BRONIEWSKIEGO. Spotkanie autorskie, które prowadzi dyrektorka muzeum, pani Eliza Czapska. Sala pełna, trzeba było dostawić krzesła. Uczestnicy wykształceni, oczytani. Wydawnictwo dostarczyło trochę książek, niektórzy przyszli ze swoimi. Sama pani Czapska szczególnie przejęta jest Nowolipiem. O opowiadaniach powiedziała, że zdarza się, że przeczyta jakieś i dzwoni do przyjaciół, żeby im je streścić.

Zacząłem od uroczystego oświadczenia: „Proszę państwa, ja nigdy z Broniewskim nie piłem”. Dodałem: „Ale raz czy dwa widziałem go podochoconego”.

Okazało się, że na to spotkanie przyszła adoptowana przez Broniewskiego córka świetnie zapowiadającej się aktorki Marii Zarębińskiej; obliczyłem, ile ta pani ma lat, świetnie wygląda, przyszła z mocno posiwiałym panem, to jej syn; akurat miałem mówić o tym, jak Boy we Lwowie przyszedł do jej mamy z kwiatami po tym, jak Broniewskiego aresztowano, ale kiedy okazało się, że na sali jest córka, wymusiłem na niej, by ona to opowiedziała.

Dwa zdania o tym, że Broniewski komplementował mnie w stołówce literackiej na Krakowskim za felietony sportowe w tygodniku „Świat”, a ja miałem żal o to, że te felietony czytał, a nie zauważył prozy, której bohater, kierując się na front w gorączce malaryjnej, wypowiada jego wiersze. Moje zetknięcia z Bagnetem na broń, od przedwojennej publikacji aż do września 1952 roku, kiedy nie pozwolono mi tego wiersza nadać w audycji dla wojska. („Za tę dłoń podniesioną nad Polską / – kula w łeb!”).

Mówiłem też o wierszu opublikowanym zaraz po wrześniu 39 po sowieckiej stronie (jeszcze się udało), zaczynającym się od słów: „Syn podbitego narodu, syn niepodległej pieśni / O czym i jak mam śpiewać, gdy dom mój ruiny i zgliszcza…”. Urwałem, bo głos mi się załamał, za dobrze to recytowałem, do oczu cisnęły się łzy…

Mówiłem o wierszu Grób Tamerlana, którym zaczynam i kończę reportaż w Skromnym chłopcu w haremie. O Pruszyńskim, który kończy przedmowę do mojego debiutu cytatem z Broniewskiego: „Droga wiodła do Polski ze wszystkich na świecie Norwegii”, linijka wiersza zainspirowana książką Ksawerego właśnie: Droga wiodła przez Narvik.

O tym, co Wat opowiadał Miłoszowi o hardej postawie Broniewskiego podczas przesłuchań w więzieniu. I o dzienniku wojennym z 1920 roku, i o ówczesnych wierszach, jeszcze bez wyrazu, jeszcze nie znalazł siebie, swojego tematu.

A co ze Słowem o Stalinie? Jak do tego doszło? Powiedziałem tylko: nie powinien był brać w tym konkursie udziału. Potem upierał się, że to dobry poemat. I wmawiał sobie – psycholog miałby tu coś do powiedzenia – że Stalin, dzięki wstawiennictwu Wandy Wasilewskiej, uratował mu życie, bo Beria by go wykończył. No, to niezupełnie tak, w lipcu 1941 roku Polaków już wypuszczano z łagrów i więzień.

WIADOMOŚĆ DNIA: PRZYJEŻDŻA Madzia z nowym sznurem do słuchawki telefonu, bo ten stary przestał łączyć. Telefon działa! „Ile to kosztowało?”. „Siedem złotych”. Za siedem złotych taki komfort!

TELEFON OD PROFESORA SZAJEWSKIEGO, któremu kilka dni temu przesłałem Najpiękniejsze lata. Już przeczytał. (…) Wymienia kilka epizodów, które zrobiły na nim najsilniejsze wrażenie. „I ten wuj Lew. Co za tragiczna postać”. Ja o tym, że czytam jego książkę. O tej parze – Polak i Żydówka, aktywna w środowisku żydowskim, bardzo się kochali – i oto, kiedy on dostał alzheimera, co z niego wylazło: „Po co ty łazisz do tych okropnych Żydów?!”. Zmiana osobowości czy ujawnienie czegoś, co dotychczas było stłumione?

W SAMO POŁUDNIE przemówienie Putina na Kremlu w „Gieorgijewskiej Sali”. (Znam ją, odbywały się tam przyjęcia dla wizytujących dygnitarzy, z udziałem zagranicznych korespondentów – stąd i ja, stąd moje zetknięcie z Nikitą, rozmowa z Mikojanem, wszystko utrwalone w Nie boję się…). Bez ogródek Putin mówił o tym, że przekazanie przez Chruszczowa Krymu Ukrainie było pomyłką, niekonstytucyjne, ale cóż, przyznaje, Związek Radziecki był „państwem totalitarnym” – tego wyrażenia użył – i wtedy (o czym dobrze wiemy) nie miało znaczenia, do administracji jakiej republiki Krym przynależy, był jeden Związek Radziecki.

W przemówieniu Putin uznał za stosowne pominąć wojenne zbrodnie krymskich Tatarów, a potem ich wywózkę. Podkreślił za to, że na Krymie język tatarski będzie jednym z urzędowych, na równi z rosyjskim i ukraińskim.

Dziś usłyszałem, że prawicowa opozycja atakuje premiera Tuska, że to jego „uległość wobec Moskwy” doprowadziła do aneksji Krymu. Że gdyby był bardziej stanowczy, groźniejszy dla Rosjan, Putin by się „nie ośmielił”. No pewnie! Przestraszyłby się pogróżek Tuska i skuliłby ogon. Kiedy Tusk jest w ocenie Putina ostrzejszy, rzecznik PiS zarzuca mu, że robi „podróbkę”, przyswaja sobie retorykę jego szefa, a wiadomo, że ludzie wolą „oryginał” od „podróbki”.

WYDAWNICTWO LITERACKIE nadesłało zaliczkę – wszystko przyzwoicie – obiecałem panu Lisowskiemu, że kiedy skończę opracowywanie roku 2011, nadeślę im tekst, żeby mogli zacząć pracować. Ale czy zdążę? Wciąż ktoś mi wykrada godziny. A tyle by się chciało odnotować na bieżąco, na przykład refleksje na temat procesu Pistoriusa, tego biegacza na protezach (którego nigdy nie darzyłem sympatią, coś mi w nim przeszkadzało, całe szczęście, że nie zdobył złotego medalu na igrzyskach olimpijskich). Twierdzi, że zabił swoją dziewczynę przypadkowo, oddał cztery strzały, przekonany, że w łazience ukrył się włamywacz. Dlaczego nikt nie zapyta: a czy wolno zabić włamywacza, który nie atakuje, nie strzela, ukrył się w łazience? Nie wiem, może w RPA wolno, może aż taki jest kult własności w dawnym państwie Burów, ale w Europie byłoby to określone jako „nadmierna reakcja” i pan Pistorius już za to znalazłby się za kratkami. Ale i tak jest oczywiste, że kłamie, zabił, bo chciał jej się pozbyć, zabił, bo był pewny, że mu wszystko wolno.

W PONIEDZIAŁKOWYM DODATKU do „GW” – „Ale Historia!” – o bon vivantach z PRL-u: Marku Hłasce, Tyrmandzie, Polańskim, Januszu Głowackim, wywiad z Januszem Majewskim. Jest piękne zdjęcie Ewy Frykowskiej (dzisiaj czcigodna pani Morelle), o której podobno mówiono – to przekazuje Majewski – że jest najpiękniejszą dziewczyną w Polsce. Jedyna kobieta, z którą naprawdę chciał się ożenić wróg więzów małżeńskich Mietek Jahoda. Ale jakoś do tego nie doszło. Dzwonię do Majewskiego i plotkujemy zawzięcie.

Kiedy poznałem w łódzkiej „Honoratce” Ewę (zwierzyła mi się, że naprawdę ma na imię Maria, ale uznała je za zbyt pospolite), spytała: „To ty napisałeś Autobusy jak żółwie?”. Czytała to – no proszę, bardzo mi przyjemnie. Nie wiedziałem, co mnie czeka. „Nie podobało mi się – powiedziała. – Bo dlaczego ona do niego nie przyjeżdża?” Kobieta nie powinna nawalać.

Przypomniałem sobie teraz, że kiedyś spytała mnie: „Jedziesz do Czech? To przywieź mi rzęsy”. Po co ci sztuczne rzęsy, pomyślałem, przecież jesteś piękna. Ale przywiozłem.

Kiedy w „Honoratce” opowiedziałem o filmie, który oglądałem z Hanką Iżykowską, Ewa, nie wiedzieć czemu, zrobiła mi awanturę. Wygląda na to, krzyczała, używając mocnego słownictwa, że do kina ciągnę Hankę, a z nią iść się wstydzę. „Idziemy!” – zdecydowałem z miejsca. Pamiętam: to była Prawda Clouzota, z Brigitte Bardot. W kinie, w otaczających nas rzędach wciąż na nią popatrywano – zupełnie jakby Bardotka oglądała własny film. Było coś jeszcze, o czym ci widzowie nie wiedzieli: że na ekranie rozgrywała się do pewnego stopnia jej własna historia. I Ewa miała w oczach łzy.

DWIE NOCE TEMU, już nad ranem, śniła mi się dziewczyna, z którą początkowo sprzeczaliśmy się, potem uśmiechnęła się, coraz milsi stawaliśmy się dla siebie, schodzimy po jakichś schodach, trzymając się za dłonie, oboje odczuwaliśmy to samo: że nie wolno nam się zgubić, chcemy być ze sobą, żadnych pocałunków, żadnych dotyków, tylko świadomość, że dobrze nam obok siebie – budzę się pod kołdrą – a gdzie ona? Jeszcze przez chwilę ta dziewczyna istnieje, dziwne, że to był sen, że nigdy już jej nie zobaczę. A może jednak…?

MADZIA POLECI DO STANÓW zaproszona przez własną córkę. Wypełniała kwestionariusz, żeby dostać amerykańską wizę. Czy zamierza być prostytutką? Nie zamierza. A handlować żywym towarem? A obalić rząd amerykański? Prowadzić akcję terrorystyczną?

Dostała (przez Internet) potwierdzenie przyjęcia kwestionariusza.

Z ŁODZI DZWONI PANI PRODUCENTKA, ma organizować nagranie filmiku o mnie dla TVP2. Pytam o honorarium. To ją „zaskakuje”. Mówi: „Bez honorarium”. „Bez honorarium nie ma pracy”. Pyta: ile? Mówię ile.

Nazajutrz dzwoni pani reżyser, przedstawia się. Nie mają pieniędzy, mój występ byłby dla nich „zaszczytem” itd. Może mi odstąpić swoje wynagrodzenie. „Nie będę pani ograbiał z wynagrodzenia”. Uległem. Jesteśmy umówieni na najbliższy poniedziałek.

W poniedziałek zwala się ekipa: siedem osób. Będzie się kręcić w domu, w pokoju Reny, bo na dworze, jak początkowo planowaliśmy, deszcz i zimno. Nieźle to idzie. Pani producentka zadowolona. Wchodzi ze mną do mojego pokoju, siedzi w fotelu – może dobrze ją usposobiło, że wygodny – zapewnia, że „gratyfikacja” będzie, i to taka, jaką wymieniłem. Zrozumiała, że brak honorarium wytwarza zadziwiającą sytuację: siedem osób bierze udział w realizacji filmiku, każda za pieniądze, i tylko autor, ten, o którym film się robi, dla którego wypowiedzi tu przyszli, ma pracować nieodpłatnie. (Dopisek: żadne pieniądze nigdy nie wpłynęły).

W „FAKTACH PO FAKTACH” pan Piotr Marciniak przyciska posła Karola Karskiego (profesora, jak się okazuje), jaki jest jego stosunek do słów księdza Małkowskiego, że w pałacu „namiestnikowskim” (tej nazwy ksiądz użył) zamieszkał Szatan i on go stamtąd egzorcyzmami wygoni i popędzi do piekła. Pan Karski wił się, żeby jakoś od odpowiedzi się wykręcić, PiS za te słowa nie odpowiada, w partii są ludzie o różnych poglądach. (Ale czy opętanie można nazwać „poglądem”?). Pan Marciniak pokazuje fragment wściekłego przemówienia posłanki Pawłowicz (też profesor, a jakże!) zakończonego okrzykiem: „Krzyżyk na drogę – i do piekła!”. Czy ktoś ją w partii za to potępił?

Andrzej Celiński uważa, ża Małkowski zwariował. (Zauważyłem jego opętanie już 25 lat temu, w 1989, kiedy oglądałem w telewizji jego występ). Celiński przypomniał, że konkordat z 1925 roku nakazywał biskupom przysięgać lojalność wobec prezydenta państwa.

(Tę notatkę, bardzo skróconą, bo nie chcę się dać wciągnąć w politykierskie targowisko, wpisuję po raz drugi, bo pierwszy wpis nagle mi zniknął. Sprawka Szatana! Jest po stronie księdza Małkowskiego! Nie dziwota. Są z jednego bractwa).

O DZIESIĄTEJ RANO dzwonił Uchański: „Tadeusz zmarł”. Tadeusz? Który? „Różewicz”. Nic tego nie zapowiadało, mówię, niedawno rozmawialiśmy, cieszył się z wyjścia tomu wierszy po chińsku… Co prawda, dodaję, w tym wieku wszystkiego można się spodziewać. Na to Wiesław: „No właśnie. Nie forsuj się!”.

Miałem do Tadeusza dzwonić, bo redagując Dziennika ciąg dalszy, wciąż natrafiałem na nasze rozmowy. Namawiał mnie do napisania pogodnej książki: „wykorzystaj swoje cudowne poczucie humoru”. Skreśliłem dla książki to „cudowne”, ale teraz, po jego śmierci, myślę, że powinienem je przywrócić. Skoro tak się wyraził, niech to po nim zostanie.

DZISIAJ „WYBORCZA” uczciła go należycie – cała pierwsza strona jest jego: duży portret, a pod spodem okolicznościowa notka Tadeusza Sobolewskiego. I chce mi się powiedzieć: „No widzisz, chyba jesteś zadowolony”. Wciąż takie wrażenie, że można z nim porozmawiać, on tę gazetę przegląda i choć nieraz krytyczny, tym razem aprobuje.

Podczas promocji książki Krystyny Kolińskiej powiedziałem komuś, że odczuwam to tak, jakby Różewicz zrobił mi kawał. Planowaliśmy jakieś krótkie spotkanie w Konstancinie, zwykle to wyglądało tak, że ja przyjeżdżałem na kilka godzin, rozmawialiśmy do obiadu, który on zjadał w swojej „jedenastce” samotnie. (Ostatnio ujawnił, że to nie na skutek przypisywanego mu „pustelnictwa” czy niechęci do ludzi, tylko dlatego, że jedząc, czasem się zachłystuje i nie chce nikogo narażać na taki przykry widok).

Dzwonił pan Fogler, prezes ZAiKS-u, chciałby, żebym napisał coś o Różewiczu, trochę jakby w imieniu stowarzyszenia. Odmówiłem. Nie jestem w stanie. Nie wydusiłbym z siebie nic tak z dnia na dzień. Pamiętam, jak Giedroyc prosił mnie, kiedy wracałem do kraju, żebym namówił Andrzejewskiego do napisania wspomnienia o Marku Hłasce. Andrzejewski odmówił. „Powiedz mu, że o miłości się nie pisze”. Różewicz nie był moją „miłością”, oczywiście, ale był przyjacielem, prawdziwym, bodaj jedynym z moich literackich rówieśników, i dlatego tak trudno o nim pisać, brak dystansu, chłodnego zastanowienia…

NIE ODNOTOWAŁEM – na skutek kawału, który zrobił mi Różewicz – że zmuszony przez Mirka Chojeckiego miałem wziąć udział w otwarciu festiwalu filmowego „Żydowskie motywy” i wygłosić, wraz z Andrzejem Wajdą (jak co roku), przewidzianą formułę. Madzia miała tego dnia stawić się rano w konsulacie amerykańskim. Wstałem o siódmej, na wszelki wypadek, żeby w razie czego ją obudzić. Telefonuję – niepotrzebnie, jest już na nogach. Urzędniczka w konsulacie poinformowała ją, że wiza została przyznana (na dziesięć lat!), Madzia zostawia paszport. „A gdzie mieszka córka?”. „Studiuje w Dartmouth”. „Ja tam studiowałam!” – wykrzykuje uradowana urzędniczka. Nagłe poczucie bliskości.

Po szóstej przyjeżdża po mnie taksówką wolontariuszka, ta sama co przed rokiem, młodziutka Martyna Kowalewska. Jedziemy do Muzeum Historii Żydów, tam odbędzie się ceremonia otwarcia. Wajda już jest, chodzi o lasce, przy nim Krystyna Zachwatowicz, która mądrze przy nim czuwa. Wajda jest honorowym gościem festiwalu (jak ja przed rokiem). Powinien więc coś okolicznościowego powiedzieć, na przykład o motywach żydowskich w jego filmach. Skąd się wzięły. „Andrzej – mówię – powiedz, że istnienie takich motywów jest w twoich filmach naturalne, bo to część naszej historii”. Tak, na to pani Krystyna, nie tłumacz się, powiedz po prostu to.

Wprowadzają nas na scenę, jesteśmy pod ostrzałem fotografów. Wajda zabiera głos, mówi swobodnie, głowa jasna. Potem, kiedy wolontariusze ustawiają się do zdjęcia, komenderuje: „Ja reżyseruję!”.

Zostaję na pokazie amerykańskiego dokumentu (reż. Malcolm Clarke): The Lady in Number 6 („Kobieta spod szóstki”). Jest to opowieść pianistki, lady Alice, ma lat 109 (!), przeżyła Holocaust, mieszka w Londynie. Była w grupie młodych muzyków żydowskich w obozie w Teresinie (Theresienstadt), Niemcy stworzyli orkiestrę żydowską, którą prezentowali inspektorom Czerwonego Krzyża, naiwnym Szwedom, żeby na własne oczy mogli się przekonać, jacy z nich humaniści, w jak dobrych warunkach są ci Żydzi. Słuchać gry pani Alice, która była w tej orkiestrze najstarsza, miała już 37 lat, lubili naprawdę. Młodsza od niej kobieta, mądrzejsza, wiolonczelistka, opowiedziała, że odwiedzał ją sam Mengele, prosząc, by dla niego grała. Możemy się przekonać, że twierdzenie, iż „muzyka łagodzi obyczaje”, jest fałszem – muzyka występuje oddzielnie, a „obyczaje”, czyli bestialstwo i mord – oddzielnie.

Chwilami, kiedy oglądałem ten film, siedząc obok Wajdy, który najwyraźniej był przejęty, drażniła mnie optymistyczna filozofia życiowa starej pianistki: „wszystko zależy od nas samych” – od nas samych? W państwie hitlerowskim? Łatwo demonstrować taki optymizm, kiedy przeżyło się więcej niż sto lat – no cóż, nie każdy może się tym pochwalić. Nie, mówię do pewnych osób, przekonaliśmy się podczas wojny, że nic nie zależy od nas, trzeba było po prostu mieć szczęście. W moim przypadku pomogłem szczęściu tym, że byłem pewny, iż pod okupacją niemiecką nie przeżyję, uciekałem od hitleryzmu, w tej ucieczce też mogłem zginąć, ale nie jako bezwolna ofiara, kilka razy uratowałem się cudem.

Kiedy mieliśmy wygłosić formułę na zakończenie festiwalu, już w kinie „Muranów”, okazało się, że Wajdy nie będzie, zajęty. „Będzie pan solo” – powiedziała Magda Łazarkiewicz. Czyli muszę przed wygłoszeniem formuły zamknięcia coś bardziej osobistego powiedzieć, może nawet zabawić publiczność.

Zacząłem od tego, że być może Wajdzie znudziło się moje towarzystwo, znamy się od 1954 roku, kiedy byłem na przedkolaudacyjnym pokazie Pokolenia w salce na Puławskiej. (Przy tej dacie – szmer na widowni, wielu obecnych urodziło się dużo później). Uprzedziłem, że w moim wieku ma się skłonność do dygresji, wszystko się z czymś kojarzy. Ale postaram się zdyscyplinować siebie. Zacząłem od wspomnienia, że tu obok, na nieistniejącej już ulicy Przejazd, było kino Fama, w którym odbywały się premiery filmów w języku żydowskim. Bilet kosztował siedemdziesiąt pięć groszy, więc nie był to zero ekran. Za rogiem, na Lesznie, było kino Riwiera, dalej znany z literatury bar „Central”, w którym Baszewis Singer jadał wątróbkę po żydowsku i czulent, kilka domów dalej gimnazjum Finkla, do którego przyjmowano łobuzów wyrzuconych z przyzwoitszych gimnazjów, w pobliżu Sądów kino Maska, w którym oglądałem niedozwolone dla młodzieży melodramaty. Siedzieliśmy na końcu sali, pod ścianą, w pobliżu zapasowych drzwi, bo a nuż pojawiłaby się „kontrol” i trzeba by było nas wypuścić; dalej szkoła rzemieślnicza imienia Konarskiego, w niedzielę w sali gimnastycznej wyświetlano kowbojskie filmy, jeszcze nieme, z Tomem Mixem i Kenem Maynardem, którego mądry biały koń nazywał się Tarzan, niektórzy chłopcy wisieli na drabinkach i w chwilach grozy krzyczeli: „Uważaj, z tyłu!” – i spadali z drabinek. „A skoro jesteśmy przy Sądach, to pozwolę sobie na prywatę: naprzeciw, na Lesznie 56, mieszkała Gina (szmer na widowni, czytelnicy Nowolipia, a pewnie byli tacy wśród publiczności, wiedzieli, o kogo chodzi). A po drugiej stronie tego domu było Nowolipie 53 i tam znajdowało się centrum świata.

W MAJOWĄ NIEDZIELĘ z Madzią do hotelu Intercontinental na przyjęcie z okazji kolejnej rocznicy istnienia państwa Izrael. Jest kolejka do kontrolnej „bramki”, ale nie pozwalają mi stać w kolejce, wszyscy zgodnie proszą mnie na czoło („z wieku” – nie „z urzędu”).

Wśród zaproszonych, obok tłumu dyplomatów, na ogół ci, którzy bywają na wszystkich tego rodzaju uroczystościach. Przy stoliku z nami pan Miedziński opowiada, bodaj po raz pierwszy, pewne szczegóły ze swoich przejść. Ja opowiadam o zadziwiającej dla mnie rozmowie z Joanną Szczepkowską w „Przeglądzie” – dowiedziała się niedawno, że jej babcia, Parandowska, była Żydówką. Nie wiedziała, że Helclówna, ze znanej lwowskiej rodziny, była pochodzenia żydowskiego? (A więc podczas okupacji była zagrożona; i matka Joasi, pani Roma, też była zagrożona; Parandowscy, pewnie na wszelki wypadek, opuścili Lwów, zamieszkali w jakiejś miejscowości w pobliżu Wisły, gdzie nic o nich nie wiedziano; pamiętam, że we wrześniu 1944 Rokossowski, może na prośbę Borejszy, wysłał po nich samolot, żeby ich sprowadzić do Lublina. Tak przynajmniej mówiono). Madzia przypomina, jak nasza przyjaciółka na Śląsku odkryła, że jej babcia jako Żydówka zginęła w Auschwitz i jak się ucieszyła, że ona sama nigdy nie miała ciągot antysemickich; ja mówię, że nawet „Matylda” znalazła sobie babcię Żydówkę. „Nie ma innych babć!” – konkluduję – i wszyscy wokół stolika wybuchamy śmiechem. Beztroskim. Bywają takie chwile…

DZWONI GRZEGORZ MIECUGOW, chciałby rozmowy dla swojej niedzielnej audycji „Inny punkt widzenia”. Zgoda, ale chyba tym razem nie będziemy rozmawiali, jak kilka lat temu, o piłce nożnej. „Nie, o panu, o literaturze”. Umawiamy się na nagranie w TVN na Wiertniczej, przyślą samochód.

Z MADZIĄ NA CZERSKIEJ, ma być panel z Ukraińcem, Białorusinem, Rosjaninem i Timothym Gartonem Ashem, a przede wszystkim ma być obecny M i c h a i ł C h o d o r k o w s k i, do niedawna więzień łagru, teraz na wolności w Szwajcarii – odbierze laur „Człowieka Roku 2014” przyznany mu przez „Gazetę Wyborczą”. Która świętuje dwudziestopięciolecie istnienia. Prezydent Komorowski przypina wytypowanym dziennikarzom medale.

W panelu pan Łucenko (były minister spraw wewnętrznych Ukrainy, którego wsadził do więzienia Janukowycz, a wyszedł, podobno, za staraniem Kwaśniewskiego), otóż ten były dygnitarz zaprezentował się jako fanatyczny ukraiński nacjonalista, Rosjanie to „barbarzyńcy” (wciąż powtarzał słowo „warwary”), bredził coś o granicach europejskich, że muszą być przesunięte na wschód, coraz dalej na wschód, a tam już „za Donbasem, zaczyna się Azja”.

Potem rozmowa z Donatą Subbotko; domyśla się, jak przeżyłem śmierć Różewicza, przecież to ona, przypomina, cytowała w wywiadzie jego wiersz o mnie. Podchodzi Krzysztof Bobiński, komplementuje mnie za „ciekawą rozmowę” radiową. Dziękuję i dodaję: „Czasem cieszę się, że ktoś mnie nie czytał, bo dzięki temu wszystko, co mówię, brzmi dla niego świeżo”.

Przedtem rozmowa z Drewnowskimi. O Różewiczu. Marysia pyta, czy rozmawiałem już z Różewiczową. Nie, nie śmiałem. Ona rozmawiała. „Tadeusz zmarł we śnie. Po prostu nie obudził się”. Madzia: „Idealna śmierć”. (Czy ja wiem?…). Byli z nim umówieni, mieli się spotkać w Konstancinie.

Przed chwilą dzwoniłem do Różewiczów. Zdobyłem się na to. Numer znam na pamięć. Telefon odebrał syn. „Pan Kamil? – spytałem. – Dzień dobry. Hen”. A potem: „Chyba nie dziwiliście się państwo, że nie dzwoniłem. Wiadomo, że w takich sytuacjach, chociaż było mi ciężko, ale słowa tego nie oddają, wszystko brzmi schematycznie, banalnie”. Mówiłem, że czasem mi się wydawało, że „Tadeusz zrobił mi kawał”. „My odczuwamy tak samo. Zrobiła się dziura”. (W tym domu wszystko kręciło się wokół niego). Ja: „Dla mnie – prawdziwy przyjaciel, chociaż na odległość”. On: „Wiem”. (Przez cały czas miałem łzy w oczach i łzy chyba słychać było w moim głosie). Powiedziałem, że kiedy nazajutrz zobaczyłem „Wyborczą”, pomyślałem: „Tadeusz byłby zadowolony, że środowisko tak go uczciło”. „Myśmy też to tak odczuwali”. Słyszę ciche dzwonienie w liveboxie. „Ktoś się do mnie dobija”. Kamil: „Dziękuję za dobre słowo”.

W dodatku kulturalnym „Dziennika Gazety Prawnej” ładny artykuł Jacka Wakara Pożegnanie Różewicza. Wakar pisze, że Różewicz lekceważył Nobla, nie zależało mu na nim. Myli się. Tadeusz chciał Nobla, uważał, że mu się należy, oczywiście demonstrował swój żal z humorem, to mogło wprowadzać w błąd. W moich notatkach ze spotkań i rozmów z Różewiczem jest tego kilka świadectw.

PANI ANIA MARSZEWSKA, kierowniczka księgarni na Wiejskiej, wybiegła za próg, wołając: „Panie Józefie, niech pan tu wejdzie, pokażę panu coś!”. Okazuje się, że w książce o Jacku Kaczmarskim jest informacja, że kiedy był już ciężko chory, na stoliku obok łóżka, prócz leków, leżała cały czas jedna książka. Teraz wymowne spojrzenie pani Ani. Zgaduję: Nie boję się…? Nie, Król. Kiedy Król się ukazał, w listopadzie 2003 roku, jeden z przeciwników Stanisława Augusta cytował ostry wiersz Jacka Kaczmarskiego zwrócony przeciw królowi. Skomentowałem to wtedy tak: kiedy to napisał, był młody, czupurny, zbuntowany, nie znał prawdy. Kiedyś ją pozna i będzie tych słów żałował. I stało się! Poznał prawdę dzięki mojej książce i już się z nią nie rozstawał.

NA WIERTNICZEJ, W TVN 24. Czeka tu na mnie Grzegorz Miecugow. Zajmuje się mną młoda asystentka, panna Kułak. Muszę przejść przez charakteryzatornię, wyjdę upudrowany, żebym pod okiem kamery nie błyszczał. „Czy pan coś mojego czytał?” – pytam w przejściu Miecugowa. „Jestem od dawna pańskim fanem”.

Ale przepytywał mnie tak, jakby nic nie czytał, żeby dowiedzieli się o mnie ci widzowie, którzy naprawdę nic nie czytali. Najpierw o „debiucie”, kiedy miałem dziewięć lat, w „Małym Przeglądzie”, wizyta na wezwanie redaktora, więc Newerly, i czego się o sobie dowiedziałem, potem kino z Korczakiem. Oblężenie Warszawy, ja jako komendant domu. Opuszczenie okupowanej Warszawy i moje przygody na „ziemi niczyjej”. Ukraińska szkoła pedagogiczna w Dąbrowicy. Powołanie z kołchozu do Armii Czerwonej; kołchoźnice pośpiesznie szydełkują dla nas rękawice i nauszniki. Odesłanie z powrotem do kołchozu. Na stacji w Morozowskiej aresztuje nas patrol. Skierowanie do Armii Czerwonej, tym razem serio. Pięć dni marszu przez śnieżną zawieję. Gościnność w każdej chacie. Odkomenderowani na front do Donbasu. „Kiedyśmy tam byli, nikomu z nas nie przychodziło do głowy, że jesteśmy na jakiejś Ukrainie”. Miecugow nie wydawał się zaniepokojony. Spytał: „Czy boi się pan Rosji?”. „Nie, to są bardzo przytomni ludzie”. Dodałem: „Bałbym się, gdyby próbowali coś organizować przeciw krajom bałtyckim. One należą do NATO. Mogłaby być wojna… Ale tego nie zrobią”.

Ocena PRL-u? „Nie da się oceniać jednoznacznie. Do roku 1948 było dużo luzu. I była nadzieja, że będzie kraj lewicowy, ale socjaldemokratyczny”.

A obecna Polska? „To kraj trudny – odpowiedziałem. – Konstytucja jest w porządku, kodeks karny zapewne też. Ale w praktyce tego się nie egzekwuje. Zło jest bezkarne”. „Gdyby to porównać z II RP?”. „Wtedy szło już ku faszyzacji, ale bezkarności nie było”.

Mówiłem, że administracja była sprawniejsza niż dziś, szczególnie ta odziedziczona po Austrii i Prusach. Wygłosiłem z pamięci, bez zawahania się Lament pana radcy ze Słówek Boya. „Dziś – mówię – pan radca by nie lamentował, dałby komu trzeba łapówkę i sprawa załatwiona. W Słówkach nie ma ani słowa o łapówce”. Nagle słyszę: „Był z nami pan Józef Hen”. Przerwa? Nie, skończyliśmy! Czterdzieści minut minęło nie wiedzieć kiedy.

Panna Kułak, odprowadzając mnie do samochodu, wykrzyknęła: „Lecę kupić wszystkie pana książki!”.

WCZORAJ WIADOMOŚĆ, że zmarł Wojciech Jaruzelski. Nie udało się zaciekłym, mściwym prześladowcom osądzić starego, schorowanego generała. Dużo mógłbym o nim mówić. W poprzednich tomach są ślady naszych krótkich, przypadkowych zetknięć, kiedy wspominał czule Kwiecień (ostro atakowany w swoim czasie w dowodzonej przez niego prasie wojskowej), chwalił mojego Boya, a któregoś razu sugerował nawet jakąś wspólnotę naszych losów, której nie było. Miał bardzo paskudny, karierowiczowski okres od 1963 do końca lat siedemdziesiątych: współpraca z Moczarem, rasistowska czystka w wojsku (przeczytałem w jakimś wywiadzie, że powiedział: „tego najbardziej się wstydzę”) – i najgorsze: wkroczenie podlegającego mu wojska z „bratnią pomocą” do Czechosłowacji; „Żołnierz Wolności” jako najbardziej antysemickie pismo w Polsce. Nie znaczy to, że on sam był antysemitą – był po prostu posłuszny, wykonywał potulnie, co mu zalecano; kiedy po upadku Gierka na niego spadła cała odpowiedzialność, doradcą został Wiesław Górnicki, który antysemitów nie znosił. Spytałem Górnickiego, mojego zapalonego czytelnika, jak to teraz będzie z „Żołnierzem Wolności”. Odpowiedział krótko: „Tam są teraz inni ludzie”. Aha, ludzie; oni robili swoją politykę, podlegali innemu ośrodkowi, Jaruzelskiego to jednak obciążało, nie protestował.

Spodobało mi się, że nie dopuścił do tego, by go mianowano marszałkiem, poszedł tu może w ślady de Gaulle’a, któremu mądrość nakazała zostać do końca życia w randze generała. Pozwolił siebie mianować marszałkiem – bo taka zapewne była wola towarzysza Gomułki – porucznik. Marian Spychalski, z zawodu architekt. „Towarzyszu marszałku – zwrócił się na jakimś przyjęciu do Spychalskiego podpity Broniewski. – Kto będzie dowodził armią, jak będziemy mieli wojnę?”. Na to Spychalski, podobno spokojnie: „Miejmy nadzieję, że jej nie będzie”.

NIGDY NIE PRZYPUSZCZAŁEM, że będę kiedyś przejęty pogrzebem Wojciecha Jaruzelskiego. Nie przychodziło mi do głowy, że aż takie chamstwo, taka ohyda się ujawni wśród tych, którzy na cmentarzu wojskowym przeciw jego pochówkowi protestowali. Krzyczeli: „Hańba!”, nie czując, że hańbią siebie.

A należę do osób, które działalnością Jaruzelskiego w latach 1963-68 bezpośrednio były skrzywdzone Ale stanu wojennego akurat za „zbrodnię” nie uważam. Można na ten temat dyskutować – i wygląda na to, że rozstrzygnięcia, w tę czy w tamtą stronę, nigdy nie będzie.

Ci na cmentarzu wykrzykiwali, że w wyniku stanu wojennego w ciągu ośmiu lat 100 osób (stu Polaków, tak, stu!) straciło życie. Zamach Piłsudskiego w maju 1926 roku spowodował śmierć 400 żołnierzy w ciągu kilku dni. A potem terroryzowanie sejmu, uwięzienie posłów opozycyjnych, znęcanie się nad nimi. (Zaznaczam, że przypominam to, będąc wciąż nieuleczalnym piłsudczykiem). A cóż dopiero Pinochet! Tysiące zabitych!… I pielgrzymka do Londynu jego polskich świątobliwych wyznawców z hołdem dla przepędzonego zabójcy.

O tym i o innych sprawach gawędziliśmy sobie z panem Jerzym Nussbaumem, korczakowcem z Kanady, przez dwie godziny w pustej o tej porze kawiarni Bliklego. Czy Rosjanie weszliby do Polski w 1982 roku, gdyby „Solidarność” przejęła władzę? Tak, jestem przekonany. Wczoraj coś takiego powtórzył Adam Michnik: „Na sto procent by weszli!”. I że on z Bartoszewskim, dodał, jako internowani, gratulowali sobie, że siedzą aresztowani przez polskie władze, a nie przez Breżniewa.

Przemówienia pożegnalne, wygłoszone nad grobem generała armii, byłego prezydenta, więc z obowiązku – Komorowskiego, biskupa polowego Guzdka, Kwaśniewskiego. Pogrzeb postaci tragicznej.

DZWONIŁ POMIANOLO – przepraszam: profesor Jerzy Pomianowski (poznaliśmy się ponad sześćdziesiąt lat temu). Trafił, grzebiąc w papierach, na numer „Twórczości” sprzed dwóch lat z moim opowiadaniem Szóste, najmłodsze. Po komplementach uwaga, że powinienem wzmocnić zakończenie. „Czy dasz to «Nowej Polszy»?”. Dałby, ale z innym zakończeniem. W ogóle ma rację – opowiadanie jest dramatyczne, a kończy się tak, jakby świat był piękny – ale wciąż nie mam pomysłu. I nagle – jest wiadomość w gazecie: jakiś łobuz, który schronił się w Szwajcarii, domaga się honorariów za korzystanie z dzienników Goebbelsa – zdążył w swoim czasie nabyć do nich prawa. I sąd w Niemczech te prawa uznał. Mąż bohaterki mojego opowiadania, który nie wie, że żona jest córką Goebbelsa, będzie zazdrościł temu łobuzowi. „Popatrz, Ruth, taki szmal! I bez żadnego wysiłku!”. A ona musi zachować spokój. „Jimmy, słyszysz? Grzmi! Będzie ulewa. Zamknij okna!”

BYŁA EWA WONTOR – z Wrocławia do Warszawy w drodze do Izraela. Z nią i z Madzią na obiad do „Czytelnika”. Tłok jak nigdy. „Zbiegli się dla ciebie” – mówię. Dałem jej Nowolipie Street, może jej się przyda. Ona kupiła w Empiku polskie wydanie. Więc to nieprawda, że są zwroty. Wszystko można sprzedać, trzeba czasem pewnego wysiłku. Trzeba chcieć.

Wieczorem do „Szkła” dzwoni pani z Barcina. Chce powiedzieć panu Miecugowowi, że „w niedzielę była fantastyczna rozmowa z panem Henem”. Ma dziewięćdziesiąt jeden lat – rzeczywiście prawie tego tyle jest – i jak mówi, co mówi. Tego się nie spodziewałem. (W czwartek dowiedziałem się, że te niedzielne rozmowy Miecugowa przed północą ogląda facet, który przynosi mi raz na tydzień wodę – „ale uczony ten pan Miecugow” – i jeszcze: „Dużo się o panu dowiedziałem, no, miał pan ciężkie przejścia…”. Przekazałem mu mój kod, żeby łatwiej mógł się do nas dostać, coś mu się za to północne czuwanie należy). B a r c i n – przecież to jest ta miejscowość, w której mieszkał i pracował Jakub Wojciechowski, robotnik, którego narracja zachwyciła Boya-Żeleńskiego; zajął się jego twórczością, wydał następne wspomnienia (Raz kiedyś a obecnie), wypłacał mu zaliczki, sprowadził do Warszawy i poznał go ze sławnymi bywalcami „Ziemiańskiej”. A Beata C., „poznanianka”, przypomniała mi: „Mój ojciec (lekarz) też pochodził z Barcina”.

SENSACYJNY LIST MAILOWY Z KIJOWA (po polsku): wydawnictwo „Tempora” chciałoby wydać Mojego przyjaciela króla. Nakład: 1000 egzemplarzy (czyli tyle, ile wydano na liczącej dwadzieścia razy mniej mieszkańców Litwie). Rynek księgarski, piszą, wygląda u nich fatalnie – czy przyjmę zamiast honorarium książki? A ile ich sobie życzę? A czy ja wiem ile… I co to za wydawnictwo, ta „Tempora”? Maja odnajduje informację w Internecie: wydawnictwo poważne, jedno z czołowych. Mają własną sieć dystrybutorską; ale księgarnie padają, rynek ukraiński zalewany jest przez książki rosyjskie.

Tłumaczem będzie Ihor Andruszczenko, bardzo podobno profesjonalny, tłumaczy też z kilku języków zachodnich.

Pan Grzegorz Gauden, dyrektor naszego Instytutu Książki, potwierdza, że stan księgarstwa wygląda na Ukrainie katastrofalnie. (Ale nie na Krymie, mówi Madzia, w Symferopolu widziała na głównej ulicy cztery księgarnie. No tak, ale to przecież miasto zamieszkane przez Rosjan). „Wiadomość jest wspaniała! Postaramy się zorganizować promocje we Lwowie”. Obiecujemy sobie z Madzią, że wybierzemy się do Nawarii, za którą tak tęskniła Rena, i do Kozłowa, ukraińsko-polskiej wsi, w której mieszkałem, kiedy budowałem drogę Lwów – Kijów, najpierw u Makuchów, potem u Majbów. Czy są jakieś ślady ich rodzin? Czy ktoś mnie pamięta?

Odlot od rzeczywistości, którego już się po sobie nie spodziewałem.

W sobotę dotarłem na Saską Kępę do państwa Członkowskich, Anny i Andrzeja, zaproszony na domowy obiad, który sobie od kilku lat obiecywaliśmy. Kwiaciarnia w soboty koło mnie zamknięta, wziąłem więc ze sobą eleganckie wydanie Crimenu zamiast kwiatów dla pani Anny – utrafiłem, właśnie Crimenu nie mają. Poza tym mają prawie wszystko, łącznie z Nikt nie woła. Prócz mnie zaproszony jest pan Maciej Grabski, ojciec Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, którą często widuję w okolicach Alej Ujazdowskich i zawsze ślicznie się na powitanie uśmiecha. I jest jeszcze pani Magdalena Bajer, pracowity historyk.

Najpierw szampan jako aperitif, na balkoniku, nad ogrodem, muskani przez słońce, do tego kanapeczki z czerwonym kawiorem. Podczas obiadu (ja z panem Członkowskim – wódkę pod śledzia i rybę po grecku) pamiętałem, że trzeba pozwolić mówić także pani Bajer (ma o czym). Żadnych tematów polityczno-partyjnych nie poruszaliśmy, z wyjątkiem tego, co się dzieje w prokuraturze, której rada uniewinniła właśnie sędziego z kary dyscyplinarnej; miał ją dostać za to, że uznał, iż swastyka nie jest znakiem nazistowskim, lecz „hinduskim znakiem miłości”.

Pan Członkowski, lekarz, wykładowca, wie, ku mojej satysfakcji, kto to był profesor farmaceutyki Biniecki, wie o binazinie, tabletce przeciw nadciśnieniu, więc ja o uroczej Małgosi Binieckiej, także farmaceutce i wykładowczyni, i o tym, jak wychodziła za granicą za mąż za kolejnych Włochów, łudząc się, że tym razem będzie nareszcie szczęśliwa. Przy tym drugim spytałem ją, bodajże w Oborach: „I jak jest w małżeństwie?”. Westchnęła: „Nudno”.

Do domu odwiózł mnie pan Maciej Grabski.

TWIERDZIĆ, JAK PEWIEN ORDYNATOR SZPITALA, że własne sumienie jest ważniejsze niż ustawy – nazywało się kiedyś WARCHOLSTWEM. Na sumienie powoływał się rokoszanin Zebrzydowski, o swoim krystalicznym sumieniu perorował Diabeł Stadnicki – niszczyciele Rzeczypospolitej.

TELEFONICZNA ROZMOWA z Ewą u Madzi, która wybiera się do Ameryki. Co ci przywieźć? – pyta Madzia. Krakowską suchą? – Nie, krupę i grzyby suszone. Więc ma być krupnik, symbol domowego ciepła. (Jest o tym mowa i w Dzienniku).

Budzę Madzię o ósmej. O 12.45 ma samolot do Paryża. Po godzinie samolot do Bostonu. Przylot o dziewiątej wieczór (u nas trzecia w nocy). Ma już wykupiony bilet do Hanoveru (miasteczko przy Dartmouth). Jest pełna wigoru, energii. Umówiliśmy się, że nie będę na lotnisku. „Starik” pracuje.

TRZEBA ODNOTOWAĆ, chociażby pobieżnie, sobotę w Ogrodzie Krasińskich, tzw. „Imieniny Jana Kochanowskiego”. Najpierw na stoisku W.A.B. podpisuję Błazna, Nowolipie, Nie boję się… i coś tam jeszcze. Uchański przyprowadza do mnie młodego człowieka – to pan Dalili, Tunezyjczyk, ma ze sobą komplet Przeciw diabłom i infamisom (później wydany jako Przypadki starościca Wolskiego, w serialu zaś – Rycerze i rabusie), pierwszą książeczkę dostał jeszcze na Saharze, od matki. Zafascynowały go rysunki Szancera. Odtąd te książeczki systematycznie zbierał. Podpisuję każdą.

Obok mnie podpisuje Małgorzata Szpakowska. Będziemy oboje, także Uchański, na scence podczas panelu poświęconego Boyowi-Żeleńskiemu, który poprowadzi Tadeusz Nyczek. Za nami, oddzielnie, Janusz Tazbir z żoną.

Z panią Szpakowską na ogół się zgadzamy, szczególnie kiedy ona podkreśla, że Boyowi chodziło – jako tłumaczowi i recenzentowi – o Polskę oświeceniową. Zwraca uwagę, że Boy gorzko pisze o kobietach. Ja wtrącam, że to zależało od tego, co akurat przeżywał. Kiedy porzuciła go Niusia Leszczyńska, w jego recenzjach kobiety wyglądały rzeczywiście nie najlepiej. Na przykład pisze o Lady Macbeth, że podczas gdy dla Macbetha korona oznaczała władzę, politykę, dla niej to była biżuteria. Opowiadam (który to już raz) o bardzo chyba osobistej recenzji z Nory Ibsena. „Przez osiem lat byłaś szczęśliwa”. „Zdawało mi się”. Boy: Jeśli przez osiem lat zdawało jej się, że jest szczęśliwa, to to nie byle co. I jeszcze o tym, że aby zdobyć trochę gotówki, Nora przetłumaczyła kilka powieści z francuskiego. Boy: „Oto tajemnica złych przekładów”.

Recenzja z Tajemnicy lekarskiej Fodora. Streszcza wspaniałą sztukę – podoba się państwu, prawda? – i nagle czytamy: „Taką sztukę mógł napisać Fodor. Ale jej nie napisał”. Tym, co napisał, nie warto się zajmować.

Kiedy Wiesław mówi o tym, że Boy nie lubił kina, nie chodził do kina – Słonimski uważał, że Boy nie rozumiał montażu filmowego – wtrącam, że to niezupełnie tak, nie chodził do kina z Krzywicką, chodził z żoną. Kino, zwierzał się, nie daje mu wypoczynku, bo angażuje to samo, co w pracy: siedzenie i oczy. Słonimski we wspomnieniach niezupełnie jest wiarygodny, napisał na przykład, że siedział w mieszkaniu Boyów na niewygodnym krześle projektowanym przez Wyspiańskiego, a wiadomo, że młodzi Żeleńscy sprzedali te krzesła komuś w Zakopanem. Wierzę – powiedziałem – że krzesło było niewygodne, ale nie każde niewygodne krzesło projektował Wyspiański.

Lunął deszcz, ale publiczność nie uciekła, pojawił się nad głowami grzybiasty las parasolek, zrobiło się kolorowo.

O Słówkach Wiesław, że sprzedano po wojnie osiemset tysięcy egzemplarzy. Ja o tym, że wysoko cenił je Różewicz, że Szymborska w liściku wyznała mi, że jest wielbicielką Boya. Pana Nyczka informuję, że występuje w Dzienniku ze swoją opinią o wierszach Szymborskiej (są lubiane, „bo coś się w nich dzieje”).

W pałacu Rzeczypospolitej wystawa depozytów: wybór rękopisów chronionych przez Bibliotekę Narodową. Odkrywam, nie bez poruszenia, że jest mój Montaigne i Mój przyjaciel król. Z siedzącą, jak zazwyczaj w towarzystwie teatrolożki pani Ani, Julią Hartwig, trochę sobie plotkujemy, rozmawiamy o Ksawerym, jej niewygasłej miłości.

Na czwartą dotarłem do stoiska Grupińskich („MG”), gdzie podpisuję Twarz Pokerzysty. Przychodzi pewna zażywna pani z przyjaciółką – mówi, że chce podpis dla mamy, mama starsza ode mnie o trzy lata, ma wszystkie moje książki, tylko Twarzy… nie ma; kiedyś, mówi pani, przyniosła mi butelkę. „Wilnianka!” – krzyknąłem. Tak, to ona, przy butelce była karteczka. Panie odchodzą i po kwadransie wracają z Milczącym między nami, gdzieś to tu sprzedają. Jakaś intelektualistka przygląda się okładce. „Romans z lat sześćdziesiątych – czyta. – Pan pisze romanse? Autor Montaigne’a?”. „To jest bardzo poważna książka” – bronię się. Pani odchodzi ze wzgardliwym uśmiechem. Nawiasem: zakochana w Montaigne’u panna de Gournay spróbowała napisać romans i nawet podarowała rękopis panu Michałowi.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oko Dajana. Pingpongista Ja, deprawator Królewskie sny Błazen - wielki mąż Bruliony Profesora T. Powrót do bezsennych nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Czapkins Becoming Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi