Japoński kochanek

Japoński kochanek

Autorzy: Isabel Allende

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 27.90 zł

Alma Belasco, bogata dama ze znanej i szanowanej rodziny, niespodziewanie porzuca dostatnie życie i przenosi się do Lark House, nietypowego domu seniora pełnego ekscentrycznych staruszków. Tam zaprzyjaźnia się z jedną z pracownic, Iriną Bazili, przed którą stopniowo odsłania swoją przeszłość. Irinę i Setha, ukochanego wnuka Almy, intrygują przede wszystkim zdjęcia nieznanego Japończyka i listy, które starsza pani wymienia z tajemniczym kochankiem; razem próbują zrekonstruować pasjonującą historię jej wielkiej miłości, która mimo licznych przeszkód przetrwała kilkadziesiąt lat. Akcja powieści toczy się w San Francisco. Współczesną opowieść autorka przeplata wspomnieniami Almy i historią jej rodziny, sięgającą początków XX wieku. Główne bohaterki, Almę i Irinę, na pozór różni niemal wszystko: wiek, status społeczny, doświadczenia. Pierwsza jest dumną, pewną siebie kobietą, druga zahukaną dziewczyną, tragicznie doświadczoną przez los. Obie jednak wyemigrowały do Stanów Zjednoczonych z Europy - Alma z Polski, a Irina z Mołdawii - w poszukiwaniu lepszego życia, przeszłość obu kryje tajemnice. "Japoński kochanek" to książka przede wszystkim o miłości, ale także opowieść o starości i umieraniu, o losach japońskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych podczas drugiej wojny światowej, o oderwaniu od korzeni i trudnej walce z konwenansami.

Tytuł oryginału: El amante japonés

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Grażyna Muszyńska

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Ilina Simeonova/Trevillion Images

© Isabel Allende, 2015

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2016

© for the Polish translation by Joanna Ostrowska and Grzegorz Ostrowski

ISBN 978-83-7758-022-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

FRAGMENT

Moim rodzicom, Panchicie i Ramonowi,

mądrym staruszkom

Stań, proszę, mej lękliwej miłości cieniu,

wizjo magiczna, którą kocham skrycie,

piękna ułudo, dla której mrę w zachwycie,

słodka fikcjo, dla której trwam w cierpieniu.

Juana Inés de la Cruz

Spis treści

Lark House

Francuz

Alma Belasco

Niewidzialny mężczyzna

Polska dziewczynka

Alma, Nathaniel i Ichimei

Irina Bazili

Seth Belasco

Fukudowie

Żółte niebezpieczeństwo

Irina, Alma i Lenny

Więźniowie

Arizona

Boston

Zmartwychwstanie

Miecz Fukudów

Miłość

Ślady przeszłości

Światło i cień

Agent Wilkins

Tajemnice

Spowiedź

Tijuana

Najlepsi przyjaciele

Jesień

Gardenie

Nienarodzone dziecko

Patriarcha

Samuel Mendel

Nathaniel

Japoński kochanek

Lark House

Irina Bazili zaczęła pracować w Lark House na przedmieściach Berkeley w 2010 roku. Miała wówczas dwadzieścia trzy lata i nie wiązała z tym miejscem wielkich nadziei, bo odkąd skończyła piętnaście, nieraz zmieniała pracę i adres. Nie przyszło jej nawet na myśl, że ten dom seniora okaże się dla niej miejscem idealnym i że przez trzy następne lata będzie tak szczęśliwa jak w dzieciństwie, zanim los namieszał w jej życiu. Lark House, założony w połowie dwudziestego wieku i mający zapewnić godne warunki staruszkom o niskich dochodach, nie wiedzieć czemu od samego początku przyciągał postępowych intelektualistów, gorliwych adeptów ezoteryki i artystów niezbyt wysokiego lotu. Wraz z upływem czasu zakład pod wieloma względami się zmienił, ale w dalszym ciągu pobierano tu opłaty proporcjonalne do przychodów pensjonariuszy, aby utrzymać – przynajmniej w teorii – pewne zróżnicowanie społeczne i rasowe. W praktyce wszyscy mieszkańcy byli białymi przedstawicielami klasy średniej, a różnorodność polegała na subtelnych niuansach między wolnomyślicielami, poszukiwaczami drogi duchowej, działaczami społecznymi i ekologicznymi, nihilistami i paroma hipisami znad zatoki San Francisco, którzy jeszcze pozostali przy życiu.

W trakcie pierwszej rozmowy Hans Voigt, dyrektor tej wspólnoty, dał Irinie do zrozumienia, że jest za młoda na tak odpowiedzialne stanowisko, ale ponieważ muszą pilnie zatrudnić kogoś na wakujące miejsce w dziale administracji i opieki, będzie mogła tam pracować do czasu, aż znajdą odpowiednią osobę. Irina pomyślała, że to samo można by powiedzieć o nim: wyglądał jak pucołowaty chłopczyk z przedwczesną łysiną i z pewnością przerastało go prowadzenie takiej placówki. Kiedy jednak później przyjrzała mu się z bliska i w lepszym świetle, doszła do wniosku, że wygląd Voigta wprowadza w błąd. Skończył już pięćdziesiąt cztery lata i tak naprawdę był znakomitym administratorem. Zapewniła go, że brak wykształcenia zrekompensuje doświadczeniem w opiece nad seniorami, zdobytym w Mołdawii, swoim rodzinnym kraju.

Nieśmiały uśmiech kandydatki zmiękczył serce dyrektora. Zapomniał nawet poprosić ją o referencje i od razu zaczął wymieniać obowiązki związane z jej stanowiskiem. Można było je streścić w kilku słowach: ułatwianie życia członkom drugiej i trzeciej grupy. Tymi z pierwszej nie musiała się zajmować, byli niezależni i po prostu wynajmowali w Lark House mieszkania. Tymi z czwartej, określanej bardzo trafnie mianem Raju, również, bo czekali oni już tylko na pójście do nieba, większość czasu spędzali na drzemce i nie potrzebowali usług, które mogła zaoferować. Do jej obowiązków miało należeć towarzyszenie pensjonariuszom w czasie wizyt u lekarza, prawnika albo księgowego, pomoc w wypełnianiu zeznań podatkowych i formularzy dotyczących stanu zdrowia, zabieranie ich na zakupy oraz inne tego rodzaju przysługi. Jedyny zaś jej kontakt ze staruszkami z Raju polegałby na organizowaniu im pogrzebów. Będzie otrzymywała szczegółowe instrukcje w zależności od przypadku, bo – jak powiedział Hans Voigt – życzenia umierających nie zawsze pokrywają się z życzeniami ich bliskich. Mieszkańcy Lark House hołdowali różnym wierzeniom; ich pogrzeby przybierały często postać skomplikowanych ceremonii ekumenicznych.

Voigt wyjaśnił, że tylko personel sprzątający, opiekunowie i pielęgniarki są zobligowani do noszenia specjalnych strojów, istniała jednak niepisana reguła dotycząca ubiorów pozostałych pracowników: głównym wskazaniem w tej materii były szacunek dla innych i dobry gust. Na przykład T-shirt z wizerunkiem Malcolma X, który miała na sobie Irina, uchodził w tej instytucji za niestosowny, co dyrektor dobitnie podkreślił. Na podkoszulku widniała podobizna Che Guevary, ale dziewczyna nie sprostowała pomyłki, uznawszy, że Hans Voigt nigdy nie słyszał o partyzancie, który niemal pół wieku po śmierci nadal jest czczony przez Kubańczyków oraz przez garstkę radykałów z Berkeley, gdzie mieszkała również ona. Koszulka kosztowała w sklepie z używaną odzieżą dwa dolary i była prawie nowa.

– Nie wolno tu palić – ostrzegł ją dyrektor.

– Nie palę i nie piję, proszę pana.

– Jest pani zdrowa? To ważne, gdy ma się kontakt ze starymi ludźmi.

– Tak.

– Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?

– Jestem uzależniona od gier komputerowych i powieści fantasy. Wie pan, Tolkien, Neil Gaiman, Philip Pullman. Poza tym dorabiam kąpaniem psów, ale to nie zajmuje mi dużo czasu.

– To, co pani robi po godzinach, jest pani prywatną sprawą. Proszę tylko pamiętać, że w tej pracy nie można się rozpraszać.

– Oczywiście. Jeśli da mi pan szansę, zobaczy pan, że świetnie sobie radzę ze starymi ludźmi. Nie będzie pan żałował – powiedziała dziewczyna.

Po zakończeniu rozmowy dyrektor pokazał jej obiekt, w którym znalazło dach nad głową dwieście pięćdziesiąt osób. Średnia wieku pensjonariuszy to jakieś osiemdziesiąt pięć lat. Lark House był niegdyś wspaniałą posiadłością i należał do pewnego magnata czekoladowego, który podarował ją miastu i zostawił hojną dotację na jej dalsze finansowanie. Całość składała się z domu głównego, pretensjonalnego pałacyku, który mieścił biura i pomieszczenia ogólnodostępne takie jak biblioteka, stołówka czy warsztaty, oraz z szeregu ładnych budynków krytych gontem, doskonale wkomponowanych w park, pozornie dziki, ale w rzeczywistości starannie pielęgnowany przez ekipę ogrodników. Budynki z niezależnymi apartamentami i te, w których mieszkali pensjonariusze drugiej i trzeciej grupy, łączyły szerokie zadaszone galerie, co umożliwiało poruszanie się na wózkach bez względu na pogodę. Galerie miały ściany ze szkła umożliwiające podziwianie przyrody, najlepsze lekarstwo na cierpienie niezależnie od wieku. Raj, stojąca osobno betonowa budowla, stanowiłby dysonans na tle otoczenia, gdyby nie bluszcz całkowicie pokrywający ściany. Biblioteka i sala gier były dostępne o każdej porze, salon piękności miał elastyczne godziny pracy, a w warsztatach prowadzono najróżniejsze zajęcia, od malarstwa po astrologię, dla osób, które pragnęły, by przyszłość jeszcze kiedyś je czymś zaskoczyła. W Sklepie z Przedmiotami Zapomnianymi, jak głosił napis na drzwiach, obsługiwanym przez wolontariuszki z pensjonatu, sprzedawano odzież, meble, biżuterię i inne skarby, których pensjonariusze postanowili się pozbyć albo które pozostały po zmarłych.

– Mamy tu znakomity klub filmowy. Organizujemy projekcje trzy razy w tygodniu, w bibliotece – powiedział Hans Voigt.

– A jakie filmy puszczacie? – zapytała Irina w nadziei, że będą to filmy o wampirach albo z gatunku science fiction.

– Wybiera je specjalna komisja, nasi pensjonariusze preferują kryminały, uwielbiają zwłaszcza Tarantina. Tu panuje coś w rodzaju fascynacji przemocą, ale niech się pani nie obawia, oni wiedzą, że to fikcja i że aktorzy pojawią się w innych filmach cali i zdrowi. Nazwijmy to wentylem bezpieczeństwa. Niektórym z naszych mieszkańców chodzą po głowie myśli o morderstwie, najczęściej kogoś z własnej rodziny.

– To tak jak mnie – palnęła Irina bez zastanowienia.

Hans Voigt uznał, że dziewczyna żartuje, i roześmiał się zadowolony; poczucie humoru cenił u swoich pracowników niemal na równi z cierpliwością.

Pośród starych drzew w parku biegały oswojone wiewiórki i zaskakująco liczne jelenie. Hans Voigt wyjaśnił, że samice przychodzą tu rodzić i wychowywać młode do czasu, aż te zaczną same dawać sobie radę, i że posiadłość jest również ostoją ptaków, zwłaszcza skowronków, od których wzięła się nazwa Lark House, dom skowronków. W strategicznych miejscach rozmieszczono kamery służące do podpatrywania zwierząt w naturalnym środowisku, a przy okazji do lokalizacji staruszków, którzy zabłądziliby albo ulegli jakiemuś wypadkowi, ale poza tym w Lark House nie stosowano innych środków bezpieczeństwa. W ciągu dnia drzwi pozostawiano otwarte, a teren obchodziło tylko dwóch nieuzbrojonych ochroniarzy, emerytowanych policjantów – jeden miał siedemdziesiątkę, drugi siedemdziesiąt cztery lata. Nie potrzeba było niczego więcej, bo jakiż złoczyńca traciłby czas na nękanie starców, którzy nie mieli żadnych dochodów?

Voigt i Irina minęli po drodze dwie kobiety na wózkach inwalidzkich, grupę osób niosących sztalugi i pudełka z farbami na lekcję malarstwa w plenerze oraz kilkoro mieszkańców spacerujących z psami równie niesprawnymi jak oni sami. Posiadłość leżała nad zatoką, więc w czasie przypływu można było popływać kajakiem, z czego korzystało kilkoro pensjonariuszy, którzy nie dali się jeszcze pokonać chorobom. Tak właśnie chciałabym żyć, westchnęła Irina, wciągając głęboko słodki zapach sosen i wawrzynu i porównując miłe dla oka budynki z zatęchłymi norami, w których pomieszkiwała, od kiedy skończyła piętnaście lat.

– Na koniec, panno Bazili, powinienem wspomnieć o dwóch duchach, bo na pewno będzie to pierwsza rzecz, przed którą ostrzeże panią haitański personel.

– Nie wierzę w duchy.

– Cieszę się. Ja też nie. Duchami z Lark House są młoda kobieta w różowej sukni z woalu i mniej więcej trzyletni chłopiec. To Emily, córka czekoladowego magnata. Biedna Emily umarła z żalu, kiedy jej synek utopił się w basenie, pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku. Po tym wypadku magnat opuścił dom i założył fundację.

– Chłopiec utopił się w tym basenie, który mi pan pokazał?

– Tym samym. O ile mi wiadomo, nikt więcej w nim nie zginął.

Irina miała wkrótce zrewidować swój pogląd na temat duchów; odkryła, że wielu staruszkom przez cały czas towarzyszą ich bliscy zmarli. Emily i jej syn nie byli jedynymi rezydującymi tu duchami.

Następnego dnia wcześnie rano Irina stawiła się do pracy w najlepszych dżinsach i skromnym T-shircie. Stwierdziła, że w Lark House panuje luźna atmosfera, ale nikt nie zaniedbuje swoich obowiązków. Zakład przypominał bardziej kampus uniwersytecki niż dom seniora. Jedzenie było takie samo jak w każdej szanującej się restauracji w Kalifornii – możliwie najbardziej organiczne – obsługa sprawna, a personel miły, jak zwykle w tego rodzaju miejscach. W ciągu kilku dni Irina nauczyła się imion i dziwactw swoich kolegów i powierzonych jej pensjonariuszy. Dzięki hiszpańskim i francuskim zwrotom, które zdołała zapamiętać, zyskała poważanie personelu, prawie w całości pochodzącego z Meksyku, Gwatemali i Haiti. Pensje nie były zbyt wysokie jak na tak ciężką pracę, ale narzekali tylko nieliczni. „Babcie trzeba rozpieszczać, ale z szacunkiem. To samo dotyczy dziadków, ale z tymi nie należy zbytnio się spoufalać, bo robią się niegrzeczni”, radziła jej Lupita Farías, mała grubaska z twarzą rzeźby olmeckiej, szefowa ekipy sprzątającej. Pracowała w Lark House od trzydziestu dwóch lat i miała dostęp do wszystkich pokoi, znała zatem najbardziej intymne sekrety lokatorów, wiedziała, jak wygląda ich życie, odgadywała, kiedy źle się czują, i dzieliła z nimi smutki.

– Uważaj na depresję, Irino. Zdarza się tu bardzo często. Jeśli zauważysz, że ktoś się izoluje, chodzi smutny, bez powodu zostaje w łóżku lub przestaje jeść, zawiadom mnie jak najszybciej, rozumiesz?

– I co robisz w takich przypadkach?

– Zależy. Głaszczę ich, za to są zawsze wdzięczni, bo starców nikt nie dotyka; robię wszystko, by wciągnął ich jakiś serial telewizyjny, nikt nie chce umrzeć, dopóki nie zobaczy ostatniego odcinka. Niektórym pomaga modlitwa, ale jest tu wielu ateistów, a ci się nie modlą. Najważniejsze żeby nie zostawiać ich samych. Jeśli nie będzie mnie pod ręką, powiadom Cathy, ona wie, co robić.

Doktor Catherine Hope, pensjonariuszka z drugiej grupy, powitała Irinę w imieniu wspólnoty. Miała sześćdziesiąt osiem lat i była najmłodszą podopieczną ośrodka. Kiedy zaczęła jeździć na wózku inwalidzkim, zdecydowała się na opiekę i towarzystwo, jakie oferował Lark House. Mieszkała tu od kilku lat i w tym czasie stała się dobrym duchem instytucji.

– Seniorzy to najzabawniejsi ludzie na świecie. Dużo przeżyli, mówią to, co chcą, i guzik ich obchodzi opinia innych. Nigdy nie będziesz się tu nudzić – powiedziała Irinie. – Nasi pensjonariusze to ludzie wykształceni; jeśli są zdrowi, dalej się uczą i szukają nowych doznań. W tej wspólnocie jest chęć do działania, co pozwala uniknąć najgorszego nieszczęścia związanego ze starością: samotności.

Irina wiedziała o postępowym nastawieniu mieszkańców Lark House, bo nieraz było o nim głośno. Istniała lista oczekujących, którzy latami próbowali się tu dostać; byłaby dłuższa, gdyby nie to, że wielu kandydatów umierało, zanim przyszła ich kolej. Ci starcy stanowili niezbity dowód na to, że wiek, ze wszystkimi jego ograniczeniami, nie przeszkadza w zabawie ani w uczestniczeniu w sprawach tego świata. Wielu z nich aktywnie działało w ruchu Starcy dla Pokoju, poświęcając piątkowe poranki na uliczne protesty przeciwko wszelkim aberracjom i niesprawiedliwościom, zwłaszcza tym popełnianym przez imperium północnoamerykańskie, za które czuli się odpowiedzialni. Aktywiści, wśród nich pewna mająca sto jeden lat dama, spotykali się na miejscowym placu naprzeciwko posterunku policji, przyjeżdżali tam na wózkach inwalidzkich, przychodzili, podpierając się laskami i balkonikami rehabilitacyjnymi, przynosili transparenty z hasłami przeciwko wojnie czy globalnemu ociepleniu. Ludzie udzielali im poparcia, wciskając klaksony albo podpisując petycje, które zapalczywi dziadkowie podsuwali im pod nos. Nieraz pokazywano tych wichrzycieli w telewizji. Policja ośmieszała się, próbując ich rozproszyć groźbą użycia gazów łzawiących, której nigdy nie wprowadzano w życie. Wzruszony Hans Voigt pokazał Irinie tabliczkę w parku na cześć pewnego muzyka, który zmarł w 2006 roku w wieku dziewięćdziesięciu siedmiu lat na polu walki i w pełnym słońcu: dostał wylewu krwi do mózgu w trakcie protestu przeciwko wojnie w Iraku.

Irina wychowała się w mołdawskiej wiosce zamieszkanej przez starców i dzieci. Nikt nie miał tam zębów – starcom wypadły z powodu zużycia, dzieci właśnie traciły mleczaki. Nie pierwszy raz w ciągu ostatnich lat na myśl o swoich dziadkach poczuła żal, że ich opuściła. W Lark House miała okazję dać innym to, czego nie mogła zaoferować im; z takim podejściem przystąpiła do opieki nad osobami, które jej powierzono. Szybko zjednała sobie wszystkich mieszkańców, także tych z pierwszej grupy, niezależnych.

Od początku zwróciła uwagę na Almę Belasco. Wyróżniała się spośród innych kobiet arystokratycznymi manierami i polem magnetycznym, które oddzielało ją od pozostałych śmiertelników. Lupita Farías twierdziła, że Belasco nie pasuje do Lark House, że nie zagrzeje tu długo miejsca i że w każdej chwili może przyjechać po nią ten sam szofer, który przywiózł ją do ośrodka mercedesem. Ale mijały miesiące i nic takiego się nie wydarzyło. Irina obserwowała Almę Belasco z daleka, ponieważ Hans Voigt polecił jej, by skoncentrowała się na osobach z drugiej i trzeciej grupy i nie zaprzątała sobie głowy niezależnymi. Była i tak wystarczająco zajęta pracą ze swoimi klientami – nie nazywano ich pacjentami – i poznawaniem tajników nowej pracy. W ramach szkolenia musiała obejrzeć filmy z ostatnich pogrzebów: pewnej Żydówki buddystki i nawróconego agnostyka. Z kolei Alma Belasco nie zwróciłaby uwagi na Irinę, gdyby nie okoliczności, które szybko uczyniły z dziewczyny najbardziej kontrowersyjną osobę w całej wspólnocie.

Francuz

W Lark House przygnębiającą większość stanowiły kobiety. Jacques Devine uchodził tu za prawdziwą gwiazdę, jedynego amanta wśród dwudziestu ośmiu mężczyzn mieszkających w zakładzie. Nazywano go Francuzem, nie dlatego, że urodził się we Francji, ale z powodu nienagannych manier – przepuszczał kobiety przodem, odsuwał im krzesło, żeby mogły usiąść, i nigdy nie chodził z rozpiętym rozporkiem – oraz dlatego, że tańczył pomimo pełnych żelastwa pleców. W wieku dziewięćdziesięciu lat trzymał się prosto dzięki prętom, śrubkom i nakrętkom w kręgosłupie. Na głowie pozostały mu resztki kręconych włosów. Ponadto umiał grać w karty, bezczelnie przy tym oszukując. Był zdrowy na ciele, nie licząc normalnego w tym wieku artretyzmu, wysokiego ciśnienia i nieuniknionej u schyłku życia głuchoty, a także dość przytomny, nie na tyle jednak, by pamiętać, czy zjadł obiad. Dlatego zakwalifikowano go do drugiej grupy, gdzie miał do dyspozycji niezbędną pomoc. Przybył do Lark House ze swoją trzecią żoną, która mieszkała tu zaledwie trzy tygodnie, zanim zginęła potrącona na ulicy przez roztargnionego rowerzystę.

Francuz zaczynał dzień wcześnie: brał prysznic, golił się i ubierał z pomocą Jeana Daniela, haitańskiego opiekuna, po czym podpierając się laseczką i uważając na rowerzystów, przechodził na drugą stronę parkingu do Starbucksa na rogu, żeby wypić pierwszą ze swoich pięciu codziennych filiżanek kawy. Raz się rozwiódł, dwukrotnie owdowiał, nigdy nie brakowało też zakochanych w nim kobiet, które uwodził sztuczkami iluzjonisty. Któregoś dnia obliczył, że zakochiwał się sześćdziesiąt siedem razy; zapisał to w notesie, żeby nie zapomnieć przynajmniej liczby, bo twarze i imiona szczęściarek zacierały się w jego pamięci. Miał kilkoro oficjalnych dzieci i jedno spłodzone pokątnie z kobietą, której imienia nie pamiętał, a także licznych siostrzeńców. Niewdzięcznicy liczyli dni do jego odejścia na tamten świat w nadziei na spadek. Chodziły słuchy, że posiada małą fortunę, którą zbił dzięki wielkiej zuchwałości i brakowi skrupułów. Sam bez cienia skruchy przyznawał, że siedział w więzieniu, gdzie dorobił się pirackich tatuaży na ramionach, które zacierały się w miarę upływu czasu z powodu wiotczenia skóry oraz starczych plam i zmarszczek, i gdzie znacznie się wzbogacił, spekulując oszczędnościami strażników.

Pomimo zabiegów wielu pań z Lark House, które nie zostawiały mu zbyt dużego pola na miłosne manewry, Jacques Devine zapałał miłością do Iriny Bazili od chwili, gdy zobaczył ją, jak idzie ze swoim zeszytem do robienia notatek, kręcąc wystającą pupą. Dziewczyna nie miała nawet kropli krwi karaibskiej, dlatego jej tyłek Mulatki należało traktować jako cud natury – tak twierdził Francuz po pierwszym martini, zdziwiony, że nikt oprócz niego nie zwrócił na to uwagi. Najlepsze lata spędził na robieniu interesów, krążąc między Portoryko i Wenezuelą, i tam przyzwyczaił się do oceniania kobiet od tyłu. Ich majestatyczne pośladki wyryły się na zawsze na siatkówce jego oczu, śnił o nich, widział je wszędzie, nawet w tak nieodpowiednim miejscu jak Lark House i u kobiety tak chudej jak Irina. Jego życie staruszka, bez planów na przyszłość i bez ambicji, wypełniła nagle późna zaborcza miłość, która zakłóciła spokojną rutynę. Niedługo po tym, jak ją poznał, okazał swój entuzjazm, ofiarowując jej skarabeusza z topazu i brylantów, jeden z nielicznych klejnotów po zmarłych żonach, z których potomkom nie udało się go ograbić. Irina nie chciała przyjąć prezentu, ale po jej odmowie ciśnienie zakochanego Francuza skoczyło i musiała siedzieć przy nim przez całą noc na oddziale ratunkowym. Jacques Devine, podłączony do worka z solą fizjologiczną skapującą mu do żyły, wyznał pośród westchnień i wymówek swoją bezinteresowną, platoniczną miłość. Pragnął jedynie jej towarzystwa, chciał cieszyć oczy jej młodością i urodą, słuchać jej jasnego głosu, wyobrażać sobie, że ona też go kocha, nawet jeśli miałoby to być tylko uczucie, jakim córka darzy ojca. Mogła go nawet kochać jak pradziadka.

Następnego dnia po południu, po powrocie do Lark House, Jacques Devine sączył swoje rytualne martini, a w tym czasie Irina, z zaczerwienionymi spojówkami i sińcami pod oczyma z powodu nieprzespanej nocy, opowiadała o całym zajściu Lupicie Farías.

– To żadna nowina, dziecko. Co rusz przyłapujemy pensjonariuszy w cudzych łóżkach, nie tylko dziadków, ale także panie. Z braku mężczyzn biedaczki muszą się zadowolić tym, co mają pod ręką. Każdy potrzebuje towarzystwa.

– W przypadku pana Devine’a chodzi o miłość platoniczną.

– Nie wiem, co to takiego, ale jeśli to jest to, o czym myślę, nie wierz mu. Francuz ma implant zamiast siusiaka, plastikową kiełbaskę, którą nadmuchuje się pompką ukrytą między jajami.

– Co ty opowiadasz, Lupito! – zaśmiała się Irina.

– To, co słyszysz. Przysięgam ci. Ja sama nie widziałam, ale Francuz pokazał go Jeanowi Danielowi. Było co oglądać.

Mając na uwadze dobro Iriny, poczciwa kobieta podzieliła się z nią swoimi spostrzeżeniami z wieloletniej pracy w Lark House: zaawansowany wiek nie czyni sam z siebie nikogo lepszym ani mądrzejszym, on jedynie uwydatnia to, kim każdy był od zawsze.

– Ktoś, kto jest zachłanny, z upływem lat nie staje się szczodry; staje się jeszcze bardziej zachłanny. Devine z pewnością zawsze był playboyem i teraz też jest starym rozpustnikiem – zakończyła Lupita. Irina nie mogła zwrócić konkurentowi broszy, zaniosła więc skarabeusza Hansowi Voigtowi, który poinformował ją o absolutnym zakazie przyjmowania napiwków i prezentów. Zasady tej nie stosowano w przypadku dóbr oddawanych Lark House przez umierających ani darowizn przekazywanych po cichu przez tych, którzy chcieli umieścić członka rodziny na początku listy oczekujących, ale nie tego dotyczyła ich rozmowa. Dyrektor przyjął koszmarnego owada z topazu i powiedział, że zwróci go prawowitemu właścicielowi, na razie jednak schował go do szuflady biurka w swoim gabinecie.

Tydzień później Jacques Devine przesłał Irinie sto sześćdziesiąt dolarów w banknotach dwudziestodolarowych. Tym razem zwróciła się bezpośrednio do Lupity Farías, która była zwolenniczką prostych rozwiązań: wrzuciła pieniądze do pudełka po cygarach, gdzie amant przechowywał gotówkę, pewna, że nie będzie pamiętał, czy je kiedykolwiek wyjmował ani ile ich ma. W ten sposób Irina rozwiązała kwestię napiwków, ale nie problem namiętnych listów, zaproszeń na kolację do drogich restauracji, rozmaitych pretekstów, by wezwać ją do swojego pokoju i opowiadać o sukcesach, których nigdy nie odniósł, a wreszcie oferty matrymonialnej. Francuz, tak zręczny w sztuce uwodzenia, teraz jakby powrócił do lat wczesnej młodości z jej bolesnym obciążeniem, jakim jest nieśmiałość, i zamiast oświadczyć się osobiście, wysłał jej bardzo czytelny, bo napisany na komputerze, list. Koperta zawierała dwie strony pełne niewyrażonych wprost myśli, metafor i powtórzeń, które sprowadzały się do tego, że Irina przywróciła mu energię i chęć do życia, on oferuje jej dobrobyt, na przykład na Florydzie, gdzie zawsze grzeje słońce, a kiedy owdowieje, będzie finansowo zabezpieczona. Jakkolwiek potraktuje jego ofertę, zawsze na tym skorzysta, bo różnica wieku działa na jej korzyść. Podpis miał postać gryzmołów przypominających ślady odnóży komara. Dziewczyna nie poinformowała o niczym dyrektora, bo bała się, że wyrzuci ją na bruk, i pozostawiła list bez odpowiedzi w nadziei, że amant o nim zapomni, ale tym razem pamięć Jacques’a Devine’a zadziałała prawidłowo. Odmłodzony przez namiętność dalej słał jej coraz bardziej natarczywe propozycje, a ona starała się go unikać. Zanosiła modły do świętej Paraskewy, żeby staruszek skierował uwagę na tuzin prześladujących go osiemdziesięcioletnich dam.

Sytuacja stawała się coraz poważniejsza. Dalsze przymykanie na nią oczu byłoby niemożliwe, gdyby nie pewne nieoczekiwane wydarzenie, które zakończyło życie Jacques’a Devine’a, a przy okazji rozwiązało dylemat Iriny. W owym tygodniu Francuz dwukrotnie wyjeżdżał gdzieś taksówką, nie udzieliwszy nikomu żadnych wyjaśnień, co w jego przypadku było niezwykłe, bo na ulicy tracił orientację. Towarzyszenie mu należało do obowiązków Iriny, ale on wymykał się po kryjomu, nie zdradzając słowem swoich zamiarów. Drugi wyjazd najwyraźniej nadwerężył jego siły, wrócił do Lark House tak skołowany i słaby, że kierowca musiał praktycznie wynieść go na rękach z taksówki i przekazać recepcjonistce niczym pakunek.

– Co się panu stało? – zapytała kobieta.

– Nie wiem, mnie tam nie było – odparł Devine.

Po zbadaniu Francuza i stwierdzeniu, że ciśnienie jest w normie, dyżurny lekarz uznał, iż nie ma sensu wysyłać go ponownie do szpitala. Zalecił dwudniowy odpoczynek w łóżku, powiadomił jednak Hansa Voigta, że stan umysłu Jacques’a Devine’a nie pozwala na pozostawienie go w drugiej grupie: nadszedł czas, by przeszedł do trzeciej, gdzie będzie miał stałą opiekę. Następnego dnia dyrektor właśnie zbierał się, by powiadomić Devine’a o tej zmianie – a w takich momentach zawsze czuł suchość w ustach, wszystkim bowiem było wiadomo, że trzecia grupa jest przedsionkiem do Raju, oddziału bez powrotu – kiedy Jean Daniel, haitański opiekun, zmieniony na twarzy poinformował Voigta, że poszedł do Jacques’a Devine’a, żeby pomóc mu się ubrać, i znalazł go sztywnego i zimnego. Lekarz zaproponował sekcję zwłok, bo kiedy badał go dzień wcześniej, nie zauważył niczego, co tłumaczyłoby tę niemiłą niespodziankę, ale Hans Voigt nie wyraził zgody. Po co podawać w wątpliwość coś tak przewidywalnego jak naturalny zgon człowieka, który ma dziewięćdziesiąt lat. Sekcja zwłok mogłaby podważyć nieposzlakowaną opinię, jaką cieszył się Lark House. Irina dość długo płakała, dowiedziawszy się o tym zdarzeniu, bo wbrew samej sobie polubiła tego śmiesznego Romea, nie mogła jednak pohamować uczucia ulgi, że się od niego uwolniła, a jednocześnie wstydu, że tę ulgę czuła.

Śmierć Francuza połączyła klub jego wielbicielek we wspólnej wdowiej żałobie, ale zabrakło im pociechy w postaci ceremonii pożegnalnej, albowiem bliscy zmarłego uciekli się do najprostszego sposobu: jak najszybszego spalenia zwłok.

Wszyscy wkrótce zapomnieliby o Devinie łącznie z zakochanymi w nim kobietami, gdyby jego rodzina nie rozpętała prawdziwej burzy. Niedługo po tym, jak bez wielkich emocji rozrzucono jego prochy, potencjalni spadkobiercy dowiedzieli się, że wszystko, co staruszek posiadał, zostało zapisane niejakiej Irinie Bazili. Jak głosiła krótka notatka dołączona do testamentu, Irina obdarzyła Francuza czułością na ostatnim etapie jego długiego życia, dlatego zasługiwała, by po nim dziedziczyć. Adwokat Jacques’a Devine’a wyjaśnił, że jego klient poprosił telefonicznie o dokonanie zmian w testamencie, a następnie dwukrotnie stawił się w jego biurze, najpierw aby przejrzeć papiery, potem zaś by podpisać je w obecności notariusza, i że doskonale wiedział, co robi. Krewni Francuza zarzucili administracji Lark House zlekceważenie stanu umysłu staruszka, a owej Irinie Bazili kradzież z premedytacją. Poinformowali, że postanowili podważyć testament, oskarżyć adwokata o nieudolność, notariusza o to, że był z nim w zmowie, a Lark House o straty materialne i moralne. Hans Voigt przyjął tłum sfrustrowanej rodziny ze spokojem i kurtuazją, nabytymi w ciągu długich lat kierowania placówką, ale w środku gotował się z wściekłości. Nie spodziewał się po Irinie takiej niegodziwości; uważał ją za niezdolną do zabicia muchy, ale człowiek uczy się przez całe życie, nikomu nie można ufać. Na osobności zapytał adwokata, o jaki majątek chodzi; okazało się, że o jakieś pustynne tereny w Nowym Meksyku i akcje kilku spółek, których wartość należało dopiero oszacować. Suma w gotówce nie była znacząca.

Dyrektor poprosił o dwadzieścia cztery godziny, żeby wynegocjować rozwiązanie mniej kosztowne niż spór sądowy, i kazał Irinie pilnie stawić się w swoim gabinecie. Miał zamiar załatwić tę kłopotliwą sprawę w białych rękawiczkach. Nie zależało mu na tym, żeby robić sobie wroga z tej przebiegłej kobiety, jednak kiedy przed nim stanęła, stracił panowanie nad sobą.

– Chciałbym wiedzieć, jak do cholery, udało ci się uwieść starego!

– O kim pan mówi?

– A o kim mam mówić? O Francuzie oczywiście! Jak mogło do tego dojść pod moim nosem?

– Przepraszam, nic nie mówiłam, żeby pana nie martwić, myślałam, że sprawa sama się rozwiąże.

– I rzeczywiście się rozwiązała! Co ja mam powiedzieć rodzinie?

– Nie muszą o niczym wiedzieć. Staruszkowie się zakochują. Pan o tym wie, ale ludzi z zewnątrz to szokuje.

– Spałaś z Devine’em?

– Nie! Jak pan śmie?

– W takim razie nic nie rozumiem. Dlaczego ustanowił cię jedyną spadkobierczynią?

– Co takiego?

Zbity z tropu Voigt skonstatował, że Irina Bazili nie podejrzewała, jakie są prawdziwe intencje Francuza; szczerze zdumiała ją treść testamentu. Zamierzał jej powiedzieć, że odebranie należności może ją drogo kosztować, bo prawowici spadkobiercy będą walczyć o każdy cent, ale ona oświadczyła nagle, że niczego nie chce, to byłyby pieniądze zdobyte nieuczciwie i przyniosłyby jej nieszczęście. Powiedziała, że Jacques Devine miał nie po kolei w głowie, o czym każdy w Lark House mógł zaświadczyć, i że najlepiej załatwić sprawę po cichu, wystarczyłaby diagnoza lekarska o starczej demencji. Musiała to powtórzyć, żeby zdezorientowany dyrektor zrozumiał, do czego zmierza.

Na nic zdały się środki ostrożności podjęte, by utrzymać sprawę w tajemnicy. Wszyscy się o niej dowiedzieli, a Irina Bazili z dnia na dzień została najbardziej kontrowersyjną osobą wspólnoty, podziwianą przez pensjonariuszy i krytykowaną przez Latynosów i Haitańczyków z obsługi, którzy uważali odmowę przyjęcia pieniędzy za grzech. „Nie pluj w niebo, bo ślina spadnie ci na twarz”, oznajmiła sentencjonalnie Lupita Farías, ale Irina nie znalazła rumuńskiego odpowiednika tego zagadkowego przysłowia. Dyrektor, będący pod wrażeniem bezinteresowności skromnej imigrantki z kraju, który trudno znaleźć na mapie, dał jej stały etat, czterdzieści godzin tygodniowo i pensję wyższą niż zarobki jej poprzedniczki. Poza tym przekonał rodzinę Jacques’a Devine’a, żeby przekazała Irinie dwa tysiące dolarów w dowód wdzięczności. Dziewczyna nigdy nie dostała obiecanej sumy, ale ponieważ była dla niej niewyobrażalnie wysoka, szybko o niej zapomniała.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W samym środku zimy Japoński kochanek Ripper. Gra o życie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy