Dlaczego bywam humorzastą zołzą

Dlaczego bywam humorzastą zołzą

Autorzy: Julie Holland

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Lifestyle

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 560

Cena książki papierowej: 49.99 zł

cena od: 31.99 zł

Jesteś zmęczona, masz zły nastrój, twoje libido jest obniżone, masz problemy ze snem? Jeśli tak, ten przełomowy poradnik jest dla ciebie.

My, kobiety, od najmłodszych lat uczymy się, że zmienność nastrojów to coś złego. Zołzy są humorzaste. Wmawia się nam, że jeśli chcemy osiągnąć w życiu sukces, musimy trzymać nasze emocje w ryzach. Jednak nasze ciało jest mądrzejsze. Wysyła nam sygnały ostrzegawcze w postaci zmiennych nastrojów. Możemy z nich wywnioskować, kiedy organizm jest w dobrej formie, a kiedy powinnyśmy o siebie zadbać.

Wsłuchiwanie się w swoje emocje, również te trudne, uważność na  sygnały płynące z ciała oraz wiedza o jego funkcjonowaniu to najlepsza droga do osiągnięcia wewnętrznej harmonii.

Pamiętaj, że zdrowie zaczyna się od świadomości!

W tej książce znajdziesz informacje na temat wad i zalet leków hormonalnych i psychotropowych, wpływie jedzenia na nastrój oraz naturalne metody, które pomogą wzmocnić twoje ciało i umysł, poprawić jakość snu i życia seksualnego.

Nareszcie mamy oparty na dowodach naukowych poradnik napisany przez kobietę na temat zdrowia kobiet. Lektura obowiązkowa dla humorzastych zołz i każdego, kto ma z nimi do czynienia.

Gabor Maté, autor książki Ciało a stres. Jak uniknąć fizycznych kosztów ukrytego stresu

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

WPROWADZENIE

CZĘŚĆ I: HUMORZASTE Z NATURY

Zaakceptuj swoje emocje

Złośliwe jak w zegarku

CZĘŚĆ II: MĘŻCZYŹNI, SEKSOWNE MAMUSIE, MONOGAMIA I MENOPAUZA

Twój mózg się zakochał

Małżeństwo i jego niedogodności

Macierzyński zawrót głowy

Perimenopauza – burza przed flautą

CZĘŚĆ III: PRZEWODNIK PRZETRWANIA HUMORZASTEJ ZOŁZY

Stan zapalny – klucz do wszystkiego

Jedzenie – narkotyk, któremu nie potrafimy się oprzeć

Nieprzytomne ze zmęczenia

Seksporadnik, który naprawdę działa

To twoje ciało. Kochaj je albo rzuć!

Przyznaj, że potrzebujesz odpoczynku

Jak zachować zdrowe zmysły w tym zwariowanym świecie

PODZIĘKOWANIA

ANEKS

SŁOWNICZEK

PRZYPISY

INDEKS

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału:

MOODY BITCHES

Redakcja:

Katarzyna Sobiepanek-Szczęsna

Konsultacja farmakologiczna:

Jacek Pomadowski

Projekt okładki:

RM Projekt Daniel Rusiłowicz

Korekta:

Ewa Jastrun, Maciej Korbasiński

Redaktor prowadzący:

Małgorzata Głodowska

Copyright © 2015 by Julie Holland

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-128-4

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Sary Starr Wolff,

nauczycielki, terapeutki i ogrodniczki,

która miała to, co chciała mieć, i mówiła to, co miała na myśli.

I dla jej Syna Jeremy’ego,

którego żarliwa miłość i wsparcie

sprawiają, że w pełni rozkwitam.

Wprowadzenie

My, współczesne kobiety, jesteśmy przepracowane i wyczerpane. Pełne niepokoju i wykończone. Czasem nawet cierpimy na depresję i wypalenie zawodowe. Poziom naszego nastroju i libido sięga dna. Wyczerpujemy swoją energię życiową, usiłując nadążyć za obowiązkami zawodowymi, rodzinnymi i kontaktem z setkami „przyjaciół” on-line. Obwiniamy się o zły nastrój i jesteśmy przekonane, że przecież powinnyśmy sobie z tym wszystkim poradzić. Marzymy o tym, żeby być doskonałe. Próbujemy nawet sprawić, żeby wyglądało to naturalnie. A przecież nie zostałyśmy stworzone po to, żeby blokować swoje uczucia. Natura zaprojektowała nas tak, żebyśmy były żywotne, podlegały cyklom i – tak – żebyśmy były humorzaste. Jesteśmy humorzastymi zołzami i w tym tkwi nasza siła, a nie słabość.

Ewoluowałyśmy w tym kierunku z ważnych powodów. Nasze wahania hormonalne stanowią źródło wrażliwości, która pozwala nam żywo reagować na sygnały płynące z otoczenia. Dzięki naszej żywotności jesteśmy elastyczne i potrafimy się dostosować. Trwanie przy swoim i brak elastyczności nie ułatwiają przetrwania. W przyrodzie albo umiesz się przystosować, albo giniesz. Dowiadując się, jak funkcjonują nasz mózg i ciało, możemy posiąść głęboką mądrość i osiągnąć wewnętrzną harmonię. Zmienne nastroje – drażliwość, zamartwianie się, a czasem nawet głęboka frustracja – stanowią nasze naturalne źródło siły.

Tymczasem wmawia się nam coś zupełnie przeciwnego. Od dziecka wbija się nam do głowy, że zmiany nastroju i wszystko, co się z tym wiąże, to coś złego. Uczymy się przepraszać za nasze łzy, tłumić w sobie złość i bać się, żeby nie nazwano nas histeryczkami. Stres i wyzwania współczesnego świata wpływają w mniejszym lub większym stopniu na stan zdrowia i układ hormonalny kobiety, wywołując ogólne złe samopoczucie (apatia), na które uskarża się tak wiele z nas. Jednak można temu zaradzić.

Niniejsza książka odpowiada na pytanie, jak możemy zapanować nad naszymi nastrojami, a tym samym – nad całym życiem. Łącząc ponadczasową mądrość z osiągnięciami współczesnej nauki, zyskamy kontrolę nad naszymi humorami. Jeśli nauczymy się rozumieć swój organizm, naturalny cykl hormonalny i to, w jaki sposób nowoczesne leki zakłócają nasze precyzyjnie wyskalowane mechanizmy, będziemy mogły dokonywać świadomych wyborów i poprawić jakość naszego życia.

Kobiece hormony podlegają ciągłym zmianom. Odpływają i przypływają w ciągu miesięcznego cyklu, a w trakcie dekad płodności ich ilość zwiększa się i zmniejsza, szczególnie gwałtownie wahając się w czasie dojrzewania i perimenopauzy, czyli wiosną i jesienią okresu rozrodczego. Tymczasem u mężczyzn przez większą część życia poziomy hormonów są stałe. Dzięki tej zmienności hormonalnej potrafimy reagować empatycznie i intuicyjnie na sygnały, które płyną z otoczenia, na potrzeby dzieci i intencje partnerów. Emocjonalność kobiet jest normalnym zjawiskiem. To oznaka zdrowia, a nie choroby, i bezdyskusyjnie stanowi nasz największy atut. A mimo to jedna czwarta Amerykanek postanawia wyleczyć się farmakologicznie ze swojej emocjonalności, zażywając leki psychiatryczne, a skutki ich działania sięgają o wiele dalej, niż większości z nas się wydaje.

Czy to od jedzenia, alkoholu, narkotyków, telefonów komórkowych czy zakupów – wszystkie jesteśmy uzależnione od czegoś, co pozwala nam się znieczulić, kiedy mamy problemy. Każda z tych rzeczy oferuje upragnioną obietnicę, że jak tylko ją skonsumujemy, wszystko będzie dobrze. Ale przecież nigdy nie zdobędziemy wystarczającej ilości tego czegoś, co prawie działa. A ponieważ zwykle szukamy rozwiązań sztucznych, a nie zgodnych z naturą, to zaczyna nam czegoś brakować. Czujemy się niewygodnie we własnej skórze i z własnymi pragnieniami. Czujemy się nieswojo we własnych domach i w pracy, w naszych rolach jako matki albo opiekunki naszych rodziców. Brniemy do przodu i wydaje się nam, że jeśli przez cały czas będziemy „szaleńczo zabiegane”, uda nam się oszukać ten niepokój.

Moje pacjentki, podobnie jak większość kobiet, są spragnione informacji o lekach, które zażywają, i o tym, w jaki sposób mogą one poprawić ich samopoczucie. W tej książce odpowiadam na obie te potrzeby. Podaję konkretne nazwy lekarstw (tych, które uwielbiam, i tych, których unikam), omawiam rzeczywiste efekty uboczne, które obserwuję – takie jak przybieranie na wadze, utrata libido, apatia – i radzę, co można z tym zrobić. Mówię wprost o tym, jak poprawić jakość życia seksualnego, o bezpośrednim związku między jedzeniem a nastrojem, o potrzebie przestrzegania rytmu aktywności i snu. I być może najważniejsze – o tym, jak wsłuchać się w rytm swojego ciała i nawiązać na nowo kontakt z naturalnym, pierwotnym ego.

Kiedy dwadzieścia lat temu zaczynałam praktykę, przychodziły do mnie kobiety, które były zawstydzone swoimi objawami i niepewne, co mają z nimi zrobić. Skarżyły się na trudności z zasypianiem, niepokój, płaczliwość, ale właściwie nie wiedziały, w czym tkwi problem. Pomagałam im nazwać objawy i wyjaśniałam, że istnieją leki, które mogą pomóc. Musiałam wtedy pogłębić swoją wiedzę na temat farmakologii i jednocześnie częściej dodawać otuchy pacjentkom. Przeznaczałam ostatnie dziesięć do piętnastu minut pierwszej, trwającej godzinę, konsultacji na opanowanie łez kobiet, które nie chciały zażywać leków, bo obawiały się, że zmienią chemię ich mózgu.

Teraz przychodzą do mnie nowe pacjentki, przekonane – podobnie jak inne znane im kobiety – że potrzebują środków farmakologicznych na ukojenie swoich nerwów albo na zmienność nastrojów. Uważają, że ja jestem tylko po to, żeby pomóc im je wybrać. Kiedyś pacjentki opisywały swoje problemy w następujący sposób: „Nie rozumiem, dlaczego ciągle budzę się o czwartej rano”, „Trudno mi podnieść się z łóżka i wszystko jest mi obojętne”, „Cały czas czuję złość i nie wiem dlaczego”. Teraz, po latach, rozmowa zaczyna się zwykle od pytań w rodzaju: „Czy może mi pani powiedzieć, czym różnią się Wellbutrin i Effexor?”, „Nie mogę rozgryźć, czy mam ADD1, czy może OCD2”, „Zna pani tę reklamę z kobietą, która jedzie konno po plaży?”, „Czy ta pigułka nasenna z reklamy z motylem jest lepsza niż Ambien?”. I jeszcze pytanie, które chyba najczęściej słyszę od swoich stałych pacjentek: „Czy jest coś nowego, co mogłabym wypróbować?”.

W latach osiemdziesiątych firmy farmaceutyczne zaczęły kierować reklamy leków bezpośrednio do konsumentów. W połowie kolejnej dekady, wkrótce po tym, jak otworzyłam swoją prywatną praktykę, przepisy prawne dotyczące marketingu leków stały się mniej restrykcyjne. W telewizji i w czasopismach coraz częściej pojawiały się reklamy upowszechniające informacje o najnowszych środkach przeciwdepresyjnych i pigułkach nasennych. Przyglądałam się, jak zużycie wszystkich leków wydawanych na receptę w latach dziewięćdziesiątych w Ameryce zwiększa się trzykrotnie, co było bezpośrednim skutkiem tego zmasowanego marketingu. W 2006 roku zyski ze sprzedaży leku przeciwdepresyjnego Zoloft były wyższe niż zyski ze sprzedaży płynu do prania Tide. Wtedy zrozumiałam, że coś się dzieje. Koncerny farmaceutyczne wydają miliardy dolarów, żeby zmienić normalne, ludzkie uczucia strachu albo smutku w jednostki chorobowe. Nie pracują nad metodami leczenia. Produkują klientów. Nasza emocjonalność nie stanowi żadnego problemu. Problem polega na tym, że przekonuje się nas, że mamy ją leczyć.

Ostatnie doniesienia są wyjątkowo zatrważające. Abilify, lek pierwotnie opracowany w celu leczenia ludzi chorych na schizofrenię, został wprowadzony na rynek środków przeciwdepresyjnych i obecnie jest lekiem najczęściej kupowanym przez Amerykanów – i to nie w grupie lekarstw psychiatrycznych. Najlepiej sprzedający się lek Ameryki jest środkiem przeciwpsychotycznym. Jako lekarz psychiatra muszę wam powiedzieć, że to czyste szaleństwo. Pochodzące ze starożytnej greki słowo pharmakon miało różne znaczenia – „sakrament”, „lek” i „trucizna”. W świecie medycyny z kolei jest takie znane powiedzenie, że leczenie jest czasem gorsze niż choroba. Istnieje wiele środków (dobrym przykładem jest chemioterapia), które stosowane w małych dawkach pomagają albo leczą, ale w większych dawkach stają się silnie toksyczne. Prawdą jest również to, że istnieją silne leki, które choć wskazane w przypadku jednej choroby, w innej są absolutnie przesadzone. Przepisywanie farmaceutyków przeciwpsychotycznych w leczeniu depresji wydaje się szczególnie niewłaściwe, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę ryzyko nieodwracalnych efektów ubocznych, takich jak cukrzyca albo zaburzenia ruchowe, które są przecież nieuchronne w przypadku tej grupy leków.

Stanowimy 5% populacji całej kuli ziemskiej, a mimo to zażywamy 50% wszystkich pigułek na świecie. Przypada nam również w udziale 80% spożycia wszystkich środków przeciwbólowych. Jednocześnie odsetek osób, którym przypina się etykietkę choroby psychicznej, stale rośnie. Czyżby w naszych czasach naprawdę wybuchła epidemia chorób i upośledzeń umysłowych? Czy raczej lekarze zbyt szybko sięgają po bloczek recept, żeby nie proponować pacjentom trudniejszych rozwiązań? W czasopismach medycznych króluje jeden rodzaj reklam – całe szpalty informacji na temat najnowszych leków, a ściślej tego, jak je przepisywać. Cztery na pięć recept na środki przeciwdepresyjne nie są nawet wypisywane przez psychiatrów, tylko przez lekarzy pierwszego kontaktu, i to zazwyczaj pacjentom bez potwierdzonej diagnozy depresji. Szczególnie niepokojące są wyniki badań wskazujące na to, że lekarze pierwszego kontaktu wciąż przeceniają działanie antydepresantów. Najwyraźniej, podobnie jak reszta amerykańskiego społeczeństwa, dali się omamić reklamie.

Zaproponowanie dziecku, które uczy się chodzić, żeby wybrało czerwoną albo niebieską sukienkę, winduje rozmowę ponad poziom „musisz włożyć jakąkolwiek sukienkę”. Podobnie zalew reklam antydepresantów przesuwa pytanie: „Czy powinnam zażywać antydepresant?”, na kolejny poziom: „Który antydepresant powinnam wybrać?”. Nie pozwólcie, żeby koncerny farmaceutyczne wpływały na to, jak radzicie sobie ze zmiennością nastrojów. Moim celem jest uświadomienie wam, że istnieją zdrowsze sposoby leczenia depresji, lęku i drażliwości, które nie wymagają zażywania pigułek.

Samopoczucie nie jest uwarunkowane tylko i wyłącznie właściwym współdziałaniem neuroprzekaźników. Najważniejsze jest to, w jaki sposób przeżywamy nasze życie. Możemy poprawić sobie nastrój, zmieniając nawyki dotyczące sposobu odżywiania, seksu, ruchu, nałogów i równowagi między życiem zawodowym i rodzinnym. Kiedy łykamy pigułki szczęścia i jakoś brniemy dalej, to zupełnie tak, jakbyśmy zamiatały brudy pod dywan. A ja chcę, żebyście zdjęły ten dywan i porządnie go przetrzepały.

I nie będzie to wcale wymagało ciężkiej pracy. Wszystko zaczyna się od świadomości, od naturalnego procesu odzyskania kontaktu ze swoim ego (własnym „ja”) i ze swoim ciałem. Zrozumienie tego, co mówią nam nasze emocje, i umiejętne wykorzystanie tej wiedzy, dają dużą siłę. Nawiązanie relacji ze swoim autentycznym, pierwotnym „ja” jest uwalniające, zdrowe i ma działanie lecznicze. Nie tylko dla nas, ale również dla naszych partnerów, rodzin i społeczności, w których żyjemy.

W pierwszej części tego poradnika piszę na temat złożonych mechanizmów, które funkcjonują w naszym organizmie, odkrywam naukowe przyczyny, dlaczego u kobiet, które pełnią rolę opiekunek i żywicielek, rozwinął się inny sposób myślenia i odczuwania niż u mężczyzn. Ukazuję mądrość bycia w kontakcie ze swoimi głębokimi emocjami i niebezpieczeństwa, jakie nam grożą, kiedy się od tej głębi odcinamy. Zastanawiam się, dlaczego cykl menstruacyjny wiąże się z płaczliwością i wilczym głodem (i co można na to poradzić) oraz w jaki sposób doustna antykoncepcja i leki przeciwdepresyjne mogą zaburzać naturalne fazy przypływu pożądania i potrzeby wchodzenia w związki, co może spowodować, że wybierzesz „Pana Niewłaściwego” albo w ogóle porzucisz myśl o szukaniu jakiegokolwiek partnera.

W drugiej części książki zgłębiam tematykę związków i rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem tego, jak nastroje kobiet odzwierciedlają przełomowe momenty w ich życiu. Począwszy od menarche (pierwszy cykl menstruacyjny), aż po etap wchodzenia w związki, od macierzyństwa po menopauzę, hormony, których poziom stale się waha, nie tylko mają wpływ na nasze zachowania, ale również na nie reagują. Testosteron może sprawić, że poczujesz się napalona i zaczniesz rozglądać się za facetem, ale bardziej prawdopodobne jest to, że to widok atrakcyjnego nieznajomego mężczyzny spowoduje, że twój poziom testosteronu skoczy w górę. Mamy tendencję do postrzegania miłości i seksu jako dwóch odrębnych zjawisk, ale zakochanie się po uszy jest równie silnym doznaniem fizycznym jak działanie leku, który wpływa na funkcjonowanie mózgu. Orgazm może pobudzać hormony, zmieniając stopień przywiązania do partnera, i skomplikować przypadkowe kontakty seksualne. W początkowych fazach związku trudno się odnaleźć, ale długofalowa relacja również niesie ze sobą specyficzne problemy. W Humorzastych ujawniam prawdę o monogamii i pożądaniu oraz wyjaśniam, dlaczego SSRI3 i leki przeciwdepresyjne, takie jak Paxil czy Zoloft, najprawdopodobniej niewiele zdziałają w sypialni. Omawiam również fizyczne i emocjonalne konsekwencje ciąży i wychowywania dzieci – macierzyństwo powoduje bowiem zmiany nie tylko w naszym organizmie, ale także w mózgu.

Zmiany stanowią nieodłączną część życia kobiety, a najbardziej dają się we znaki w okresie perimenopauzy, czyli stanu przejściowego przed zakończeniem okresu rozrodczego, który przypomina burzę wieku dojrzewania. W Humorzastych ujawniam biologiczne uwarunkowania „syndromu kuguara”, opisuję zioła i suplementy diety, które mogą pomóc nam poradzić sobie z uderzeniami gorąca, i toruję drogę do wewnętrznej harmonii i wolności, czekającymi na nas po drugiej stronie.

Trzecia część książki, Jak przetrwać. Poradnik dla humorzastych zołz, to instrukcja obsługi dobrego samopoczucia w każdym wieku. Rozpoczynam szerokim wstępem na temat stanu zapalnego, który stanowi początek prawie każdej choroby, łącznie z depresją. Stres i stan zapalny łączą się ze sobą nierozerwalnie, a klucz do pokonania jednego i drugiego tkwi w systemie organizmu, o którym prawdopodobnie nigdy nie słyszałyście – w układzie endokannabinoidowym. Kiedy stres niemalże wyrzuca nas za burtę, nasz wewnętrzny układ endokannabinoidowy pomaga uciszyć sztorm. Nawet jeśli nigdy nie zapaliłyśmy jointa, nasz mózg i organizm za pomocą cząsteczek podobnych do tych zawartych w konopiach indyjskich uodparniają nas na stres, podobnie jak endorfiny w naturalny sposób przynoszą nam ulgę w bólu. Kannabinoidy zmniejszają stan zapalny i wrażliwość na bodźce organizmu i podtrzymują metabolizm, działanie układu odpornościowego, procesy uczenia się i wzrostu. W książce tej często pojawiają się wzmianki o układzie endokannabinoidowym, ponieważ ma on wpływ na prawie wszystko, co robimy: odżywianie, sen, ćwiczenia fizyczne, seks, poród i karmienie piersią.

Praktyki opisane szczegółowo w „poradniku przetrwania” mają kluczowe znaczenie dla osiągnięcia i utrzymania zdrowia fizycznego i psychicznego. Zostały opracowane po to, żeby zredukować stres i stany zapalne oraz jeszcze bardziej zwiększyć i tak ogromną naturalną zdolność organizmu do generowania przyjemności. Poznacie zasady naturalnego odżywiania, dzięki czemu będziecie mogły przestać się odchudzać i jeść dla zdrowia, a także warunki dobrego spania, żeby umieć traktować priorytetowo godziny odpoczynku, tak potrzebne organizmowi. Właściwie dobry sen, zdrowa dieta i regularny trening kardio na słońcu mogą z powodzeniem zastąpić leki przeciwdepresyjne. W „poradniku przetrwania” umieściłam również praktyczne rady na temat seksu, które naprawdę działają, i zajęłam się tym, co najczęściej utrudnia kobietom osiągnięcie orgazmu. Kontakt ze swoim ciałem i cieszenie się nim, kiedy uprawiamy seks, wykonujemy ćwiczenia fizyczne czy też praktykujemy mindfulness (słowo, które budzi postrach), pomoże nam osiągnąć równowagę i harmonię, której wszystkie tak bardzo pragniemy.

Humorzaste to wezwanie do nowego stylu życia. Nie żyjemy w harmonii z Naturą. I obawiam się, że im dalej odejdziemy od życia w zgodzie z Naturą, tym gorzej będziemy się czuły. Naszą chorobą jest utrata kontaktu z własnym ciałem. Musimy na nowo dostroić się do swojego ciała i do świata przyrody, który nas otacza. W całym tym szaleństwie epoki cyfrowej zapomnieliśmy o podstawowej prawdzie – świeże powietrze, światło słoneczne i ruch poprawiają nasze samopoczucie. Codzienny rytm dnia i nocy lepiej wpływa na nasz sen niż jakiekolwiek pigułki. Siedzący tryb życia stanowi największe zagrożenie dla naszego zdrowia, a poza tym wiele tracimy, kiedy nasze relacje stają się wyłącznie wirtualne.

Pisząc Humorzaste zołzy, opierałam się na wynikach badań naukowych i moich własnych doświadczeniach pracy terapeutycznej z pacjentkami. Zdrowie zaczyna się od świadomości, a moim celem jest pokazanie, jak wygląda wewnętrzne życie kobiet – aby mogły dokonywać zmian. Piszę o tym jako lekarka psychiatra, żona i pracująca mama dwójki dzieci. Rady, którymi dzielę się z wami w tej książce, stosuję z powodzeniem sama, podobnie jak moje pacjentki.

Nasze ciało jest o wiele mądrzejsze, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, a wiele przypadłości, które je dręczy, wzajemnie się ze sobą wiąże. Nadmierne stosowanie środków farmakologicznych pozbawia nas poczucia, że mamy na cokolwiek wpływ, a współczesny styl życia powoduje, że jesteśmy odcięte od rytmów przyrody, które mają moc przywracania sił. To zrozumiałe, że reagujemy łzami i frustracją na szaleństwo współczesnego świata, które sami sobie zgotowaliśmy. Odczuwanie bólu i cierpienia prowadzi do zdrowia i wewnętrznej harmonii. Powinnyśmy wsłuchiwać się w nasz ból, a nie próbować go tłumić. Zgoda na to, że czasem jesteśmy drażliwe, poirytowane oraz otwartość w wyrażaniu swoich potrzeb i frustracji poprawią jakość naszego życia.

Kiedy już nauczymy się wsłuchiwać w swoje ciało i emocje, możemy zacząć działać, czyli na przykład zamiast stosować lek na receptę, wypróbować środek naturalny. Możemy też odpowiedzieć sobie na nowo, jak widzimy się w wielu rolach, które pełnimy jako kobiety. Każda z nas udzieli na te pytania innych odpowiedzi. Ale wszystkie musimy na chwilę się zatrzymać i zastanowić, kiedy zaczynamy być zołzami. Czułe zaopiekowanie się naszymi nastrojami sprawi, że będziemy szczęśliwsze.

Musimy zacząć wszystko od początku, nawiązać na nowo kontakt z naszym ciałem i nauczyć się, jak je dobrze traktować. Najwyższy czas, żebyśmy zaczęły żyć w zgodzie z mądrością właściwą Naturze i ze swoim naturalnym, pierwotnym ego. W tym poradniku wskażę wam drogę i nauczę, jak na wiele sposobów możecie o siebie zadbać.

CZĘŚĆ I

HUMORZASTE Z NATURY

Rozdział 1

Zaakceptuj swoje emocje

Większość mojego codziennego harmonogramu zajmuje terapia indywidualna, ale zdarzyło mi się parę razy wystąpić w programach telewizyjnych jako ekspertka w dziedzinie psychiatrii. Niedawno w popołudniowym programie siedziałam w studiu telewizyjnym naprzeciw pewnej dziennikarki. Zanim rozpoczęło się nagranie, ucięłyśmy sobie pogawędkę. Sprawiała wrażenie rogatej duszy, kobiety pełnej energii i takiej, która ma kontakt ze swoimi emocjami. Od razu przypadłyśmy sobie do gustu i świetnie się bawiłyśmy, gawędząc przyciszonymi głosami, jak to bywa przed nagraniem. Nagle zauważyłam, że moja rozmówczyni ma dość mocno obgryzione paznokcie. Kiedy zapytałam ją o to, odparła, że jej terapeuta stale nalega, żeby zaczęła brać leki „na ukojenie nerwów”, ale ona jest temu przeciwna.

„Jestem pewna, że ten niepokój poznawczy pomaga ci w pracy – stwierdziłam. – Musisz być bardzo dobrze zorientowana, żeby wiedzieć, jakim tematem warto się zająć, i spostrzegawcza, żeby umieć we właściwym momencie zadać odpowiednie pytanie w trakcie wywiadu. Jak przypuszczam, masz także pewne cechy obsesyjne, które ułatwiają ci dobrą organizację i efektywność pracy i sprawiają, że jesteś gotowa poruszyć niebo i ziemię”.

Spojrzała na mnie tak, jakbym czytała w niej jak w otwartej książce.

„Tak. – Patrzyła na mnie oniemiała. – Dokładnie tak! Taka właśnie jestem. Nerwowa i porywcza. Zawsze taka byłam. Dlaczego miałabym leczyć się z tego, co stanowi sedno mojej osobowości?”.

No właśnie, dlaczego?

Nigdy wcześniej tak wiele kobiet nie zażywało leków psychiatrycznych jak obecnie, tworząc przy tym nowe pojęcie normalności, która nie jest ani trochę normalna, bo stoi w sprzeczności z naszą naturą. Połączenia między neuronami w mózgu kobiety i mężczyzny różnią się od siebie, a nasze hormony sprawiają, że łatwiej ulegamy nastrojom.

Kobiety nie bez powodu odczuwają więcej emocji. Zgodnie z zamysłem ewolucji mózg kobiety rozwinął się tak, żeby pobudzać empatię, intuicję, emocjonalność i wrażliwość. Jesteśmy piastunkami i dajemy nowe życie. Nasza umiejętność rozpoznawania potrzeb innych ludzi i odpowiadania na nie ma kluczowe znaczenie dla ich i naszego przetrwania. Stanowi podstawę rodziny, społeczeństwa i relacji międzyludzkich. Musimy wyczuwać, kiedy naszym dzieciom grozi niebezpieczeństwo, kiedy są w potrzebie i kiedy mężczyźni, których spotykamy, mają złe intencje. Potrafimy się podporządkować, kiedy uznamy to za najlepsze rozwiązanie, ale umiemy też drapieżnie chronić tych, którymi się opiekujemy, niezależnie od tego, czy chodzi o rodzinę, czy o przyjaciół.

Zawsze stawiano przed nami trudne wyzwania i dlatego nasz organizm wykształcił silne mechanizmy obronne, żebyśmy mogły sobie z nimi poradzić. Jednak korzystanie na co dzień z takich cech jak zmienność nastrojów czy nadwrażliwość może być męczące. Jakby tego było mało, wszystkie żyjemy pod ciągłą presją, że mamy trzymać w ryzach naszą emocjonalność i naturalną moc, zupełnie jak dziennikarka, którą poznałam w studiu telewizyjnym.

ODMIENNE STANY ZJEDNOCZONE AMERYKI, CZYLI O KIEPSKIM SAMOPOCZUCIU AMERYKANÓW

Nasza zmienność nastrojów nie jest wyłącznie skutkiem wahania poziomu hormonów. Przemysł farmaceutyczny wykorzystuje nasze uwarunkowania biologiczne w marketingu. Leki przeciwdepresyjne w większości są przeznaczone dla kobiet, a depresja ma przypiętą etykietkę choroby kobiecej, co sprawia, że mężczyźni rzadziej szukają pomocy, a my dostajemy przyzwolenie na branie swojej codziennej dawki, żebyśmy mogły dalej stać w kuchni i gotować dla swoich rodzin oraz hołubić dzieci. Reklamy antydepresantów (a także leków przeciwpsychotycznych stosowanych w leczeniu depresji) pojawiają się na co dzień w takich czasopismach jak „Good Housekeeping” (Dobra Pani Domu) i „Better Homes and Gardens”(Ładny Dom i Ogród) oraz w programach typu talk show emitowanych w ciągu dnia. Przedstawiają one wizerunek kobiet o smutnym wyrazie twarzy, które wyglądają przez okno i nie są w stanie pobawić się ze swoimi zaniedbanymi, naburmuszonymi dziećmi czy nawet napisać esemesa do przyjaciółek. (Chciałabym, żeby to ostatnie okazało się jedynie żartem, ale obrazek kobiety „po zażyciu” jednego z antydepresantów przedstawia bohaterkę reklamy, która radośnie pisze do kogoś esemesa). Obecnie w wielu reklamach zachęca się kobietę, żeby poprosiła swojego lekarza, aby rozważył dołożenie do tej całej mieszanki jeszcze leku przeciwpsychotycznego (po tym, jak trwająca zaledwie sześć tygodni kuracja antydepresantem „nie przyniosła spodziewanych efektów”).

Liczba Amerykanów, którzy zażywają leki przeciwdepresyjne, rośnie w zawrotnym tempie, jednak dwukrotnie zanotowano naprawdę spektakularny wzrost sprzedaży. Pierwszy nastąpił w 1997 roku, kiedy zwiększono zasięg nadawania reklam skierowanych bezpośrednio do pacjentów, co zawdzięczamy kampaniom reklamowym firmy Big Pharma. Kolejny wzrost sprzedaży nastąpił po zamachu terrorystycznym z 11 września 2001 roku, kiedy to koncerny farmaceutyczne w jeszcze większym stopniu ukierunkowały swoje działania na kobiety. Moje klientki były wówczas wyjątkowo niespokojne i pełne obaw o bezpieczeństwo swoich mężów pracujących na Wall Street, a także dzieci, które uczęszczały do szkół podstawowych w centrum miasta, niedaleko od miejsca, w którym dokonano zamachu. Żyły w ciągłym napięciu, zdenerwowaniu i miały trudności ze snem. Wtedy to zupełnie przypadkiem producenci Paxilu wypuścili na rynek billboardy z podobizną kobiety, która stoi na zatłoczonej ulicy w wielkim mieście, kurczowo trzymając w ręce torebkę i zaciskając zęby, a wokół niej pojawiają się takie słowa jak: „problemy ze snem” i „niepokój” oraz hasło: „Paxil mógłby przynieść ulgę milionom”. Producenci leków uznali atak z 11 września za doskonałą okazję do reklamy. W październiku 2001 roku firma Glaxo przeznaczyła na reklamę szesnaście milionów dolarów, podczas gdy w poprzednim roku w tym samym miesiącu jej budżet wynosił osiem milionów dolarów. Wystarczyło zainwestować w trwającą zaledwie miesiąc reklamę, aby złowić wszystkie kobiety, u których w zupełnie naturalny sposób akt terrorystyczny wywołał reakcję lękową. I opłaciło się to z nawiązką, bo kiedy zaczęły zażywać leki, to już na nich zostały.

Wszystkie te kampanie skierowane bezpośrednio do konsumentów sprawiają, że uważamy się za domorosłe psychofarmakolożki – szczególnie te z nas, które osiągnęły pełnoletność w latach dziewięćdziesiątych. Obejrzałyśmy tyle reklam, że już wiemy, które leki wiążą się z mniejszym ryzykiem wystąpienia zaburzeń seksualnych (mowa o Wellbutrinie, leku przeciwdepresyjnym, który nie podnosi poziomu serotoniny), a o których wiadomo, że zwiększają ryzyko nagłej śmierci (Abilify, lek przeciwpsychotyczny, przepisywany na depresję osobom w podeszłym wieku, cierpiącym na demencję). Moja mama często mawiała: „Mały wycinek wiedzy bywa niebezpieczny”. Osoby z pokolenia X bez zastanowienia zaopatrują się w leki, o których dowiedziały się od przyjaciół, w internecie, zapisane przez różnych lekarzy, po czym rozdają je hojnie znajomym i rodzinie. Jak wyjaśniano to w „New York Timesie”: „Wolą polegać na wynikach własnych poszukiwań i na swoim własnym doświadczeniu w leczeniu takich chorób jak depresja (…) W ich opinii wykształcenie medyczne jest przydatne, ale nie jest niezbędne”.

W ten sposób cała rodzina, łącznie z kotem, jest na lekach przeciwdepresyjnych. A tak na serio – jedna z moich pacjentek ma kota z niedowagą, któremu ostatnio przepisano Remeron, lek przeciwdepresyjny, który może zwiększyć apetyt. W naszym obecnym systemie opieki zdrowotnej, sterowanym przez ubezpieczenia społeczne, najprostszym i najszybszym sposobem na pozbycie się pacjenta z gabinetu, żeby przyjąć następnego, jest wręczenie mu recepty. Taki sposób postępowania stanowi również gwarancję, że pacjenci będą nieustannie wracać, żeby szybko i łatwo dostać następne recepty. Niestety, krótsze wizyty w gabinetach lekarskich, które obecnie są normą, oznaczają, że więcej czasu poświęca się łagodzeniu objawów za pomocą pigułek, a mniej temu, żeby zgłębić problem i go rozwiązać. Właściwie w ogóle już nie porusza się tematu metod, które są trudniejsze, ale za to bardziej korzystne dla zdrowia. Dobrym przykładem są tutaj leki obniżające poziom cholesterolu nazywane statynami. Lekarz może poświęcić dwadzieścia minut na wyjaśnienie pacjentowi zasad zdrowego odżywiania, które obniżą u niego poziom cholesterolu we krwi, albo wręczyć receptę na lek wciśnięty przez pierwszego lepszego przedstawiciela medycznego, który wchodzi do gabinetu, dzierżąc w dłoni tacę duńskich serów.

Kobiety są szczególnie narażone na nadmierne przepisywanie leków. Niezliczone rankingi najpopularniejszych środków farmakologicznych wskazują na to, że lekarze są bardziej skłonni do przepisywania leków psychiatrycznych kobietom niż mężczyznom. A szczególnie tym w wieku od trzydziestu pięciu do sześćdziesięciu czterech lat, które często narzekają na rozdrażnienie, podenerwowanie, kłopoty ze snem, zaburzenia seksualne albo obniżony poziom energii. Pewien pacjent, który skarżył się na niepokój, zapytał mnie ostatnio, czy powinien zażywać Risperdal, lek przeciwpsychotyczny, ponieważ dzięki temu środkowi jego znajoma pozbyła się niespokojnych myśli. Risperdal pierwotnie został opracowany w celu leczenia schizofrenii, ale ludzie chorzy na schizofrenię stanowią zaledwie 1% globalnej populacji. Oczywiście lepszy interes można zrobić, wybierając jako grupę docelową 50% populacji – czyli kobiety. Tak właśnie działają firmy farmaceutyczne.

Nie mam zamiaru sugerować, że każde zastosowanie leków psychiatrycznych przynosi efekt przeciwny do zamierzonego. Po prostu ludzie, którzy tak naprawdę nie potrzebują tych leków, zażywają je, podczas gdy osoby autentycznie chore psychicznie pozostają niezdiagnozowane i nieleczone, często z przyczyn społeczno-ekonomicznych. Oczywiście istnieją sytuacje, kiedy trzeba wytoczyć działa ciężkiego kalibru. Depresja wegetatywna, która ciągnie się tygodniami, kiedy człowiek nie jest w stanie podnieść się z łóżka, wykąpać się ani zjeść, nie zniknie na skutek samego „zaglądania w siebie”. Epizody maniakalne, podczas których pacjent nie może spać przez wiele dni z rzędu, wymagają leczenia środkami stabilizującymi nastrój. Ale w Ameryce sami wpędziliśmy się w sytuację, w której mnóstwo kobiet całymi latami zażywa leki przeciwdepresyjne i przeciwlękowe, obniżając tym samym poprzeczkę dla nas wszystkich i tworząc nową normę zachowania w postaci pozbawionego wrażliwości pozerstwa i emocjonalnego otępienia, i co ważniejsze, przesuwając punkt krytyczny, w którym inne kobiety zaczynają szukać pomocy farmakologicznej.

Psychofarmakologia nie różni się wiele od chirurgii plastycznej. Kiedy coraz więcej kobiet wszczepia sobie implanty piersi, reszta zaczyna nabierać przekonania, że ma płaski biust. Podobnie wygląda sytuacja z kobietami, które biorą środki przeciwdepresyjne i przeciwlękowe. Nagle okazuje się, że jesteśmy dziwadłami, jeśli tak jak nasze przyjaciółki nie zażywamy leków, żeby „coś złagodzić” albo dodać sobie trochę otuchy i jakoś znieść problemy dnia codziennego. I tak coraz więcej kobiet z kiepskim samopoczuciem zaczyna brać leki psychiatryczne i zażywa je o wiele dłużej, niż to było w planie. I niekoniecznie czuje się po nich lepiej.

STWORZONE DO TEGO, ŻEBY MIEWAĆ NASTROJE

My, kobiety, mamy bogate życie emocjonalne, a nasze emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie. Kobiece neuroprzekaźniki i hormony – szczególnie estrogen – tworzą skomplikowane połączenia. Kiedy poziom estrogenu spada, jak podczas napięcia przedmiesiączkowego, w połogu czy w okresie perimenopauzy, następuje również gwałtowne pogorszenie nastroju. Wzrosty i spadki poziomu estrogenu sprawiają, że stajemy się bardziej emocjonalne, płaczliwe, a kiedy poczujemy się czymś naprawdę przytłoczone, możemy nawet doświadczyć załamania nerwowego. W mózgu znajdują się receptory estrogenu, które mają wpływ na nasze samopoczucie i zachowanie, oraz zachodzą złożone interakcje między estrogenem a serotoniną, najważniejszym neuroprzekaźnikiem odpowiedzialnym za niepokój i depresję. Choć w rzeczywistości ten mechanizm jest bardziej skomplikowany, niż go tutaj przedstawiam, pomocne może być wyobrażenie sobie serotoniny i estrogenu jako systemu naczyń połączonych. Kiedy poziom jednego z nich wzrasta, prawdopodobnie poziom drugiego też wzrośnie. Dlatego to wszystko nie jest wytworem naszej wyobraźni. Jeśli jesteśmy w okresie reprodukcyjnym, to mechanizm ten, co miesiąc i przez całe życie, stanowi niezwykle ważny czynnik, który wpływa na nasze samopoczucie.

Wyobraźmy sobie serotoninę jako związek chemiczny „o dobroczynnym działaniu”, który występuje w mózgu. Jeśli jest go za dużo, to mamy poczucie, że na niczym nam nie zależy. Jeśli jest go za mało, wszystko postrzegamy jako problem, który trzeba rozwiązać. Kiedy poziom serotoniny spada, jak podczas zespołu napięcia przedmiesiączkowego, nasza wrażliwość emocjonalna rośnie. Jesteśmy mniej chronione i w efekcie stajemy się bardziej marudne, rozdrażnione i niezadowolone. Najbardziej rozpowszechnione antydepresanty, które stosuje się również w leczeniu stanów lękowych, to selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny (SSRI). Leki te, takie jak Prozac, Zoloft, Paxil, Celexa czy Lexapro, blokują naturalny mechanizm mózgu, który polega na ponownym wchłonięciu serotoniny przez komórkę nerwową, tak że do kolejnego neuronu dostaje się większa ilość tego neuroprzekaźnika. Jeśli ilość serotoniny w naszym organizmie jest stale sztucznie utrzymywana na wysokim poziomie, narażamy się na utratę uczuciowej wrażliwości, która sprawia, że jesteśmy sobą. Być może nie będziemy wybuchać płaczem w biurze albo obgryzać paznokci do krwi, ale możemy mieć problemy z wyrażaniem emocji i nawiązywaniem autentycznych relacji z innymi ludźmi, szczególnie relacji seksualnych.

SSRI nie tylko wpływają na nasze zachowanie, ale również zmieniają sposób postrzegania środowiska, w którym funkcjonujemy. Jeśli zatem „dobroczynnie działający” związek chemiczny zalewa nasz mózg, to czy będziemy zdeterminowane, żeby cokolwiek naprawić? SSRI stosowane w większych dawkach czasem wywołują apatię i zobojętnienie. Pacjentki zgłaszają, że ogólnie mają mniejszą motywację. Kiedy któraś z nich staje się zblazowana i obojętna przez duże „O”, dla mnie jest to znak, że być może zażywa zbyt dużo leków i najwyższy czas, żeby odstawić jej pigułki szczęścia. Lekceważący i obojętny stosunek do rzeczywistości może mieć katastrofalne skutki zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym.

Bywa też tak, że kiedy mam sesję z pacjentką cierpiącą na głęboką depresję albo stany lękowe, wtedy przepisanie SSRI to dobre rozwiązanie, ale nawet jeśli na początku leczenia środek ten jest najbardziej skuteczny, to nie można go stosować w nieskończoność. Głębokie emocje mogą być czasem trudne do opanowania, ale to potężne narzędzie – i w życiu osobistym, i w pracy – które jest niezbędne dla naszego rozwoju. Natura obdarzyła nas wyjątkową zdolnością do przystosowywania się i reagowania na bodźce, a zaakceptowanie tego faktu stanowi pierwszy krok na drodze do osiągnięcia mistrzostwa w życiu duchowym i dbaniu o zdrowie.

STWORZONE DO PRZEŻYWANIA EMOCJI

Mózg kobiety rozwija się inaczej niż mózg mężczyzny, a różnice te mają głęboki wpływ na to, w jaki sposób generujemy i wyrażamy nasze emocje. W łonie matki mózg rozwija się tak samo bez względu na płeć, ale u chłopców sytuacja ulega zmianie w ósmym tygodniu życia, kiedy zaczynają działać jądra. Gwałtowny wzrost poziomu testosteronu, męskiego hormonu płciowego, powoduje zniszczenie wielu komórek w ośrodkach komunikacyjnych i powstawanie większej ilości neuronów odpowiedzialnych za działanie, agresję i popęd seksualny. W mózgu mężczyzny zajmują one dwa i pół razy większą powierzchnię niż w mózgu kobiety.

Jeszcze więcej zmian w mózgu zachodzi w wieku dojrzewania, kiedy następuje gwałtowny wzrost poziomu hormonów płciowych, co powoduje coraz większe zróżnicowanie ze względu na płeć. W miarę rozwoju mózgu kobiety coraz więcej miejsca i komórek nerwowych jest odpowiedzialnych za sposób mówienia, słuchanie i pamięć. Nasze centrum zarządzania pamięcią, hipokamp, jest większe niż u mężczyzn, co może odzwierciedlać przewagę ewolucyjną, która polega na umiejętności zapamiętywania szczegółów różnych przeżyć emocjonalnych i typowego sposobu zachowania naszych potencjalnych partnerów, a szczególnie tego, co obiecali zrobić, a co faktycznie zrobili. Wspomnienia mają wpływ na nasze emocje. Hipokamp może wyciszać gwałtowne reakcje ciała migdałowatego – części mózgu odpowiedzialnej za lęk, agresję i złość. Ciało migdałowate u mężczyzn jest większe i znajdują się w nim receptory testosteronu.

Czy kiedykolwiek zastanawiałyście się nad tym, że kiedy tracicie panowanie nad sobą, zaraz potem potraficie się uspokoić, ale te same emocje są jeszcze długo widoczne u waszych mężów? Większy hipokamp i mniejsze ciało migdałowate w mózgu kobiety mogą przyczynić się do tego, że umiemy lepiej niż mężczyźni radzić sobie z wybuchami emocji, szczególnie w sytuacjach budzących strach lub agresję. Możemy zareagować emocjonalnie, ale potem potrafimy się pozbierać – właśnie dzięki hipokampowi.

Jednak w świecie, w którym przyszło nam żyć, takie reakcje nie są mile widziane. Kiedy jesteśmy pod wpływem dużego stresu, ciało migdałowate działa lepiej, a hipokamp gorzej, co stanowi jedną z przyczyn tego, że wpadamy w panikę i nie możemy sobie czegoś przypomnieć. Podobna reakcja zachodzi wtedy, gdy jesteśmy pod presją. Największe problemy powstają na skutek chronicznego stresu, kiedy hipokamp przestaje prawidłowo funkcjonować i traci komórki nerwowe. Popada wówczas w atrofię i nie jest w stanie uciszyć rozszalałego ciała migdałowatego, a wtedy wszystkie reakcje na bodźce wywołujące stres przybierają na sile. Taki mechanizm pojawia się w zespole stresu pourazowego i zawsze, kiedy występuje chroniczny stres.

Intuicyjne wyczuwanie pobudek i emocji, jakimi kierują się inni ludzie, to podstawowa umiejętność społeczna, postrzegana jako typowo kobieca, którą wykorzystujemy nieświadomie i w sposób automatyczny. Im lepiej potrafimy wyczuwać sygnały płynące z naszego ciała (na przykład puls serca), tym lepiej umiemy nazwać emocje – zarówno swoje, jak i innych ludzi. Wyspa (łac. insula), uważana za centrum samoświadomości, empatii i doświadczeń związanych z relacjami międzyludzkimi, pomaga nam zrozumieć innych i jest zdecydowanie większa niż u mężczyzn. Struktura ta nie tylko ułatwia przetwarzanie „instynktownych przeczuć”, żebyśmy potrafiły rozpoznać emocje swoje i innych ludzi, ale także umożliwia doświadczanie i identyfikowanie sygnałów płynących z organizmu. Wszystko to, co określa się mianem „kobiecej intuicji”, pomaga kobietom w pełnieniu tradycyjnych ról piastunki i karmicielki. Umiejętność intuicyjnego wyczuwania emocji i potrzeb innych osób pozwala nam łatwiej przewidzieć, czy dany mężczyzna może w przyszłości stosować przemoc albo porzucić swoje potomstwo, oraz stwierdzić, czy nasze dzieci, które jeszcze nie potrafią mówić, są głodne albo czy coś je boli.

Mężczyźni nie są obdarzeni przez naturę taką samą wrażliwością jak kobiety. Te ostatnie mają więcej obwodów neuronowych w mózgu, które odpowiadają nie tylko za sposób mówienia i wyrażanie emocji, ale także za intuicyjne wyczuwanie ich subtelnych odcieni i rozpoznawanie, co czują inni ludzie. Biorąc pod uwagę fakt, że tak bardzo różnimy się w sposobie wyrażania emocji, zapewne nie wymyśliłaś sobie tego, że twój partner w połowie przypadków nie ma pojęcia, co czuje (ten stan to aleksytymia), a jego zdolność do okazania tych uczuć jest jeszcze mniejsza. Testosteron upośledza empatię i zdolność do intuicyjnego wyczuwania emocji innych ludzi widocznych w ich oczach. Świadomość albo nieświadomość potrzeb drugiej osoby wiąże się również z tym, ile dajemy z siebie innym, dlatego stanowi jeden z powodów, dla których możemy uznać naszego partnera za egoistę.

Kobiety głębiej niż mężczyźni przeżywają sytuacje konfliktowe i są nimi bardziej zestresowane. W pewnym stopniu jest to z pewnością zachowanie wyuczone, ponieważ dziewczynki są częściej uspokajane niż chłopcy, ale istnieją jeszcze silne uwarunkowania biologiczne. Mężczyźni w stanie zagrożenia przełączają organizm na tryb „walcz albo uciekaj”, a ich poziom adrenaliny wzrasta, żeby dostarczyć energię do mięśni. Z kolei u nas przy wysokim poziomie stresu często dominuje zachowanie w stylu „zaopiekuj się i zaprzyjaźnij”. Kobiety częściej solidaryzują się ze sobą w obliczu przeciwności losu, czerpią siłę z grupy i przytulają się, żeby ochronić swoje dzieci i siebie nawzajem. Oksytocyna, hormon wydzielany przez kobiecy organizm po orgazmie, podczas tulenia dziecka w ramionach i karmienia piersią, sprzyja zachowaniom prospołecznym i zwiększa poczucie zaufania, a testosteron zwykle podsyca agresję i rywalizację. Zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet wysoki poziom testosteronu obniża poziom oksytocyny i odwrotnie, więc istnieje bezpośrednia zależność między agresją a tworzeniem więzi uczuciowej. Uwalnianie oksytocyny ma silniejszy wpływ na kobiety niż na mężczyzn, dzięki czemu jesteśmy bardziej wspaniałomyślne i lepiej budujemy relacje międzyludzkie. Oksytocyna pomaga nam również określić, kto należy do naszego kręgu znajomych, do naszego plemienia, a kto nie. W nieprzyjaznym środowisku albo kiedy jakieś kontakty są dla nas niekorzystne, oksytocyna może nawet spotęgować reakcję na stres, wywołując agresję wobec obcych. Matczyną agresję u opiekuńczych matek przypisuje się właśnie oksytocynie.

Dziewczyny solidaryzują się ze sobą i dbają o harmonię społeczną, często za pomocą dialogu. Utrzymywanie relacji poprzez plotkowanie i poufałe rozmowy powoduje gwałtowny wzrost dopaminy, związku chemicznego w mózgu odpowiedzialnego za przyjemność, i oksytocyny. W okresie dojrzewania wydzielanie dopaminy i oksytocyny jest pobudzane przez estrogen. W połowie cyklu menstruacyjnego obydwa hormony osiągają szczytowy poziom, podobnie jak wylewność i potrzeba intymności. Podczas gdy kobiety mają skłonność do omawiania swoich problemów z przyjaciółkami, mężczyźni zazwyczaj wolą przetwarzać swoje kłopoty sami, niewerbalnie. Może to odzwierciedlać stan równowagi między oksytocyną a testosteronem. Testosteron blokuje skłonność do rozmów i kontaktów towarzyskich. Chłopcy czerpią poczucie własnej wartości z niezależności, a nie z pozostawania w relacjach. Nie mają tak dobrze rozwiniętych zdolności komunikacyjnych, a w sytuacji konfliktowej i podczas rywalizacji nie dają się tak łatwo wytrącić z równowagi. To stanowi o tym, kim są, a może – co równie ważne – o tym, kim będą.

U kobiet połączenia między częściami mózgu, które odpowiadają za emocje, są bardziej aktywne i rozbudowane. Mamy aż dziewięć obszarów, które spełniają taką funkcję, a mężczyźni tylko dwa. W kobiecym mózgu emocje są przetwarzane dwustronnie, z lewej półkuli do prawej i z prawej do lewej, łącząc obszary odpowiedzialne za myślenie analityczne i emocje. Tymczasem mężczyźni zwykle pozostają w obrębie jednej z półkul mózgowych. Można zatem powiedzieć, że kobiety używają całego mózgu jednocześnie, podczas gdy faceci korzystają w danej chwili tylko z jednej półkuli. I rzeczywiście chyba lepiej radzimy sobie z wielozadaniowością niż nasi partnerzy. Mężczyźni nie tylko mają problemy z żonglowaniem naraz wieloma zadaniami o tym samym priorytecie, ale także nie są tak szybcy i zorganizowani jak kobiety, kiedy muszą przechodzić od jednego zadania do drugiego.

Męski mózg ma więcej połączeń z móżdżkiem, częścią mózgowia, która steruje ruchem, więc czas reakcji jest krótszy niż u kobiet. Mężczyźni zwykle wyprzedzają nas w zadaniach angażujących motorykę i wymagających myślenia przestrzennego, za to my potrafimy szybciej rozpoznawać emocje i komunikację niewerbalną. Jesteśmy nie do pobicia w wyzwaniach z gatunku „zgubiony klucz”. Może dlatego cała rodzina ciągle nas pyta, gdzie coś jest, i – co ważniejsze – skąd to wiemy. Pierwotnie mężczyźni byli myśliwymi, a kobiety karmicielkami, dlatego zapamiętanie miejsca, gdzie ostatnio znalazłyśmy dobre jedzenie, było dla nas kluczową umiejętnością.

Oczywiście trzeba być ostrożnym, omawiając różnice między kobietami i mężczyznami, ponieważ w obrębie każdej płci występują bardzo duże rozbieżności, a wychowanie i czynniki kulturowe mają równie duży wpływ jak natura. Nasze wrodzone umiejętności oraz zachowania, które zostały w nas ukształtowane przez wychowanie, są zależne od siebie nawzajem i nie sposób ich rozdzielić. Rzadkie studia przypadków dzieci, których płeć nie została jednoznacznie wykształcona, a które są wychowywane na mężczyzn lub kobiety, mimo iż mają materiał genetyczny przeciwnej płci, uczą nas jednego: nie można lekceważyć natury. Często stosunek poziomu testosteronu do estrogenu w większym stopniu determinuje, jak agresywnie będziemy grali w amatorskim meczu koszykówki (albo że nigdy w życiu byśmy w takim meczu nie zagrali), niż cokolwiek, czego nauczyli nas nasi rodzice.

MINUS GŁĘBOKICH EMOCJI

To, że natura wyposażyła nas w bogaty zestaw atrybutów, począwszy od struktur w mózgu aż po hormony, które pomagają nam pełnić nasze tradycyjne role nianiek i opiekunek, ma jedną wadę. Te same atrybuty mogą również narazić nas na cierpienie z powodu depresji i lęku. W dzieciństwie dziewczynki i chłopcy doświadczają zaburzeń depresyjnych z tą samą częstotliwością. W wieku dorosłym ryzyko zachorowania na depresję u kobiet jest dwukrotnie wyższe niż u mężczyzn, a prawdopodobieństwo zdiagnozowania zaburzeń lękowych, takich jak napady paniki albo uogólniony lęk, dwa do czterech razy większe.

Okres zwiększonego ryzyka zaczyna się w wieku dojrzewania, kiedy w organizmie rozpętuje się burza hormonalna, a kończy w wieku sześćdziesięciu lat, gdy ustaje cykl menstruacyjny. Chociaż zwiększone zagrożenie zachorowania na depresję u kobiet może być częściowo związane z czynnikami społecznymi, np. presją społeczną dotyczącą wyglądu zewnętrznego, z większą skłonnością do szukania pomocy w kwestiach zdrowia psychicznego czy też z tendencyjnymi diagnozami lekarskimi, to istnieją mocne dowody na to, że u obu płci to hormony w dużej mierze wpływają na różnice w występowaniu zaburzeń nastroju.

Niektóre z nas są bardziej podatne na wpływ hormonów niż inne. Istnieje grupa kobiet narażonych na tak zwaną depresję wieku rozrodczego, która polega na zmianach nastroju spowodowanych wahaniem poziomu hormonów, jak to się dzieje przed menstruacją albo w okresie poporodowym. Jeśli należysz do kobiet, które cierpią na zespół napięcia przedmiesiączkowego, to prawdopodobnie będziesz miała depresję poporodową albo huśtawkę nastrojów w okresie perimenopauzy. Niektóre z nas są szczególnie podatne na te zmiany hormonalne, a inne mają szczęście i na to nie reagują, o czym prawdopodobnie decydują geny sterowane zmieniającym się poziomem estrogenu. Dobra wiadomość jest taka, że kiedy hormony przestają szaleć, jak to ma miejsce w okresie postmenopauzy, ryzyko zachorowania na depresję nie wzrasta, a po menopauzie spada nawet do zera (szczególnie dwa lata po ustaniu cyklu menstruacyjnego, kiedy sytuacja się uspokaja). I rzeczywiście okres po menopauzie stanowi dla wielu kobiet szczyt rozkwitu w życiu zawodowym i osobistym.

Mało tego, przypuszczalnie związek między zmiennością nastrojów a wahaniem poziomu hormonów ma swoje uzasadnienie w historii ewolucji człowieka. W pierwszej połowie cyklu menstruacyjnego występuje stan prawidłowego nastroju (zwany eutymią), który prowadzi do owulacji i zachęca kobietę do kontaktów z potencjalnymi partnerami i zajścia w ciążę. Bardziej przygnębiający nastrój, spowodowany wysokim poziomem progesteronu w drugiej połowie cyklu, pomaga zapewnić bezpieczeństwo potencjalnemu zarodkowi, sprawiając, że kobieta staje się bierna, ostrożna i unika niebezpieczeństw. W drugiej połowie cyklu menstruacyjnego poziom progesteronu rośnie, a jeśli jajeczko zostaje zapłodnione, wzrasta jeszcze bardziej. Hormon ten ma kluczowe znaczenie dla podtrzymania ciąży. Wpływa na zespół napięcia przedmiesiączkowego, depresję poporodową i dystymię – typ depresji o łagodnym przebiegu, charakteryzujący się przewlekłym obniżeniem nastroju. Zwiększona zachorowalność na depresję i stany lękowe w czasie ciąży (szczególnie w pierwszym trymestrze) i w następującym tuż po niej okresie połogu występuje w momentach kluczowych dla rozwoju dziecka, kiedy matczyna ostrożność i izolacja mogą stanowić dla niego gwarancję przeżycia. Jeśli kobiety wykształcą w sobie takie zachowania, oszczędzając cenną energię czy też unikając niebezpiecznych sytuacji, cechy te zostaną przekazane następnym pokoleniom. Niech żyje Darwin!

Zachowania lękowe i depresyjne w naszej puli genów przetrwały tysiące lat, ponieważ ułatwiają adaptację. Umożliwiają przeżycie nam i naszemu potomstwu. Pełen niepokoju i obsesyjnego lęku furażer4 nie tylko znajdzie więcej paszy, ale jeszcze wróci bezpiecznie do domu. Kobieta o takim nastawieniu przypuszczalnie będzie trzymać swoje dzieci w bezpiecznym miejscu. Podobnie kobieta cierpiąca na depresję szybciej wycofa się z przedsięwzięć, które są ponad jej siły, żeby zaoszczędzić energię – niezależnie od tego, czy chodzi o zdobycie pożywienia, czy też partnera. Może się ona przydać na moment sezonowego zaburzenia afektywnego, które wpływa na obniżenie poziomu energii i motywacji w czasie, kiedy najbardziej zaczyna brakować pożywienia.

Kiedy czujemy się zagrożone, estrogen pomaga nam „trzymać się”, zachować odporność i dojść do siebie. W ten sposób tak naprawdę pełni funkcję hormonu stresu i hartuje nas, między innymi podnosząc poziom serotoniny, dzięki czemu czujemy się silne, spokojniejsze, bardziej racjonalne i mniej emocjonalne. Jeśli estrogen utrzymuje się na wysokim poziomie, wzmacnia działanie serotoniny. Kiedy jego poziom gwałtownie rośnie, zwiększa się wydzielanie serotoniny i aktywność receptorów serotoninergicznych. Jednak, jak w przypadku większości mechanizmów w naszym organizmie, kiedy poziom czegoś wzrasta, w końcu musi zacząć opadać. Naturalny proces wzrostu poziomu estrogenu wywołanego przez stres ma wbudowany mechanizm stopu, który normalizuje poziom serotoniny.

Inhibitory zwrotne wychwytu serotoniny (SSRI) są najczęściej stosowanym lekiem na depresję i stany lękowe, który powoduje, że w naszym organizmie utrzymuje się stały poziom serotoniny. Przyjmując go, tracimy naturalny cykl opadania i wzrostu poziomu serotoniny w odpowiedzi na działanie estrogenu. Jesteśmy bardziej racjonalne i mniej emocjonalne. Innymi słowy wahania poziomu estrogenu sprawiają, że jesteśmy wrażliwe, a SSRI tę wrażliwość zabijają.

Estrogen może mieć wpływ na to, że na depresję zapada więcej kobiet niż mężczyzn. Hormon ten wpływa na działanie serotoniny w mózgu. Kobiety są bardziej podatne na wahania poziomu serotoniny i działanie narkotyków i leków, które pobudzają wydzielanie serotoniny. Stanowi to jeden z powodów częstszego niż u mężczyzn występowania u nas zaburzeń seksu, które są efektem ubocznym działania SSRI. Dlatego to, w której części cyklu menstruacyjnego albo na jakim etapie perimenopauzy się znajdujemy, ma wpływ na nasz nastrój, czyli w jakim stopniu jesteśmy drażliwe, przewrażliwione albo impulsywne – ponieważ te zachowania wywołuje właśnie serotonina. Jak przeczytacie w następnym rozdziale, to zupełnie normalne, że w niektórych momentach cyklu poziom estrogenu jest niższy i w związku z tym serotonina idzie w jego ślady, a my czujemy się podle. To stan tymczasowy i zgodny z naturą. Niekoniecznie musimy wtedy zażywać antydepresanty, żeby ukryć swoje prawdziwe samopoczucie.

SSRI mogą zdziałać cuda u ludzi cierpiących na poważną depresję i muszę przyznać, że moi pacjenci uwielbiają nastrój wywoływany przez te leki. Przynajmniej na początku. Jednak SSRI mogą również odebrać nam wiele doznań. Zazwyczaj w większym stopniu osłabiają negatywne emocje, niż pobudzają pozytywne. Zażywając SSRI, przypuszczalnie nie będziemy skakać dookoła z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Chodzi o to, że będziemy mniej płaczliwe, rozdrażnione i załamane. U osób, które przyjmują SSRI, notuje się mniej ludzkich odruchów, takich jak zdolność do płaczu, rozdrażnienie, dbanie o uczucia innych ludzi, smutek, marzenia erotyczne, kreatywność, zadziwienie, złość, wyrażanie emocji i martwienie się.

Jedna z moich przyjaciółek z college’u opowiedziała mi historię o tym, jak po raz pierwszy przepisano jej Prozac. „Naprawdę zmniejszył moją empatię. Od dziecka zawsze współodczuwałam, kiedy ktoś inny czuł się źle. To bardzo ważna część mojej tożsamości. Podczas zabawy w polowanie na wielkanocne pisanki dawałam fory innym dzieciom, żeby je znalazły, ponieważ wydawało mi się, że potrzebują ich bardziej niż ja. Pamiętam, że kiedy zaczęłam zażywać Prozac, na widok płaczącej kobiety pomyślałam sobie: »Wygląda na to, że masz jakiś problem. Na szczęście to mnie nie dotyczy«”. Zapewne coś takiego odczuwa zwykle mężczyzna. SSRI wpływają na przetwarzanie emocji i osłabiają empatię. Może to zniszczyć zdolność do pełnienia ról rodzicielskich i umiejętność utrzymywania relacji międzyludzkich.

PŁACZ I ZŁOŚĆ SĄ W PORZĄDKU

Antydepresanty mogą być stosowane jako punkt wyjścia, żeby psychoterapia przynosiła lepsze rezultaty, albo w celu wprowadzenia zmian stylu życia, ale kiedy nowe zachowania zostaną już na dobre przyswojone, można, a nawet trzeba ograniczyć ich zażywanie. Jeśli złamiecie nogę, to przecież nie będziecie chodzić w gipsie i o kulach do końca życia. Zanim skażecie same siebie na dożywotnie zażywanie SSRI, weźcie pod uwagę całe bogactwo uczuć, którego dobrowolnie się wyrzekacie.

Moje pacjentki, które przyjmują SSRI, mawiają: „Wiedziałam, że sytuacja jest przygnębiająca. Powinnam być smutna, ale nie byłam w stanie nawet płakać”. Płacz nie jest związany wyłącznie ze smutkiem. Płaczemy, kiedy jesteśmy sfrustrowane, odczuwamy złość, widzimy niesprawiedliwość albo jesteśmy głęboko poruszone cierpieniem ludzkości. Niektóre kobiety łatwiej wybuchają płaczem niż inne. To normalne. Takie właśnie zostałyśmy stworzone i wcale nie oznacza to, że jesteśmy słabe albo tracimy nad sobą panowanie.

Płacz ułatwia nam głębokie przeżycie danych uczuć, a następnie pójście dalej. Stanowi swoiste crescendo, które pozwala nam rozładować emocje. Większość kobiet została biologicznie wyposażona w zdolność do głębokiego odczuwania, ale jeśli naprawdę nie możecie znieść u siebie płaczu albo jesteście sfrustrowane tym, że nie potraficie wydusić z siebie ani słowa, bo macie ściśnięte gardło, to mam dla was dwa sposoby, które sprawdzają się tak dobrze jak leki. Po prostu skoncentrujcie się na wymyślaniu słów, które się ze sobą rymują, albo odejmijcie siedem od stu. U wielu osób przekierowanie krwi z części mózgu odpowiedzialnych za emocje do części odpowiedzialnych za racjonalne myślenie i chłodną kalkulację może złagodzić emocje. (Musicie tylko pamiętać, żeby to zrobić, co oznacza odwołanie się do swojego hipokampa, żeby zahamować działanie ciała migdałowatego).

Czasami zdarza się, że płacz – mówiąc oględnie – jest kłopotliwy, ale innym razem może okazać się bardzo korzystny. Pozwolenie sobie na łzy może być ważne w komunikacji z partnerem. Jasny, widoczny sygnał, który mówi, że jesteśmy przygnębione, może stanowić właśnie to, czego potrzebują mężczyźni. Kobiety w 90% przypadków zauważają subtelne oznaki smutku u innych. Mężczyźni potrafią lepiej dostrzegać złość i agresję, ale jedynie w 40% sytuacji udaje im się rozpoznać, kiedy ich partnerki są smutne. Gdyby rzucili monetą, próbując odgadnąć odpowiedź, rezultat pewnie byłby lepszy. Dlatego powinnyśmy wyrażać swoje uczucia słownie i nie oczekiwać, że nasi partnerzy wywnioskują z naszego wyglądu albo zachowania, jak się czujemy. Oni po prostu są inni niż my i nie umieją intuicyjnie wyczuwać emocji. Warto czasem pokazać dzieciom, że płaczemy, szczególnie wtedy gdy poczujemy się przerażone ich nieodpowiedzialnym zachowaniem lub sfrustrowane ich bezmyślnością. Łzy mogą wzmocnić lekcję o tym, jaki wpływ ich zachowanie ma na innych ludzi.

Jednak nie da się ukryć, że mamy kłopoty z akceptacją płaczu. Czy zwróciłyście uwagę na to, jak często kobiety przepraszają, że płaczą? Po części jest to spowodowane tym, że mężczyźni czują się skrępowani, kiedy ktoś wyraża emocje, więc zarówno oni, jak i my jesteśmy społecznie ukształtowani, żeby je tłumić. Poza tym płacz zakłóca zawrotne tempo życia, tak bardzo powszechne w naszym społeczeństwie. Problem polega na tym, że kiedy przestajemy płakać, tłumimy w sobie coś, czego potrzebujemy, czego potrzebują nasi partnerzy i rodziny, czego potrzebuje świat.

Przeżywanie smutku może nam pomóc trzeźwo spojrzeć na własne życie. Ludzie cierpiący na depresję przestają wypierać nieprzyjemne albo bolesne fakty. SSRI mogą wywołać uczucie samozadowolenia w sytuacjach, kiedy trzeba działać, czyli na przykład odejść od agresywnego współmałżonka albo rzucić pracę bez perspektyw. Działanie leków sprawia, że kiepska sytuacja stanie się znośna, i tuszuje potrzebę zmiany. W jednym z badań nad kobietami, które zażywały SSRI, stwierdzono, że „pacjentki nadal prowadziły dysfunkcyjne życie, a ich motywacja do wprowadzenia dużych zmian stylu życia wydawała się spadać, podczas gdy objawy depresji przybierały na sile”. W takich sytuacjach objawy te, chociaż potencjalnie nieprzyjemne, mogą być dla nas wezwaniem do działania.

Kolejną kwestią, którą warto rozważyć, jest fakt, że tłumienie uczuć nas unieszczęśliwia. W depresji szczególnie istotne jest hamowanie złości. Osoby cierpiące na tę chorobę częściej powstrzymują złość i obawiają się ją wyrażać, ponieważ wierzą, że muszą ukrywać swoje uczucia, żeby utrzymać dobre relacje międzyludzkie. Pacjenci z depresją mają w sobie więcej złości niż osoby, które potrafią radzić sobie z gniewem. Im więcej stłumionej złości, tym głębsza depresja.

W swoim gabinecie często obserwuję, że ta zależność faktycznie istnieje. Wiele moich pacjentek nie ma zielonego pojęcia, jak wyrażać złość w zdrowy sposób, a tłumiony gniew przyczynia się do wystąpienia u nich objawów depresji, podobnie jak – o czym jestem przekonana – innych problemów zdrowotnych. Kiedy były małymi dziewczynkami, nie nauczono ich, że złość jest normalnym uczuciem, a w szkole nie przygotowano ich do radzenia sobie z nią. Różowe wstążki i białe podkolanówki nie pozostawiają miejsca na nic, co nie jest słodkie. Jeśli nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że czujemy złość, to nie możemy porozmawiać z osobą, której zachowanie wywołało w nas takie uczucie, ani też w inny sposób rozwiązać tego problemu. Płaczemy. Objadamy się. Uspokajamy się na tysiąc innych sposobów. Tymczasem tak naprawdę potrzebujemy w pełni poczuć swoją złość, zastanowić się, jakie są jej przyczyny, pozbierać się, pójść i porozmawiać z kimś twarzą w twarz. Jedna z moich pacjentek zadzwoniła do mnie ze swojego biura zalana łzami i oznajmiła, że musi zwiększyć dawkę SSRI, ponieważ nikt w pracy nie może zobaczyć, jak płacze. Po tym, jak przeanalizowałyśmy dokładnie, dlaczego była przygnębiona (szef upokorzył ją i wbił jej przysłowiowy nóż w plecy na oczach całego zespołu), stwierdziłyśmy, że potrzebuje spokojnej konfrontacji z szefem, a nie zwiększonej dawki leku.

W ocenach pracowniczych kobiet często pojawiają się słowa: „apodyktyczna”, „zgryźliwa”, „ostra” i „agresywna”. Określenia te odnoszą się do liderek. Kiedy kwestionują one czyjeś zdanie, są opisywane jako „emocjonalne” i „irracjonalne”. Mężczyzn, w przeciwieństwie do kobiet, wręcz nakłania się, żeby byli agresywni w pracy. Co ciekawe, SSRI obniżają poziom agresji, słabą kontrolę impulsów i rozdrażnienie, a podnoszą skłonność do współpracy i nawiązywania kontaktów międzyludzkich. Badania nad ssakami pokazują, że SSRI wzmacniają zachowania dominacyjne w grupie, podnosząc status zwierzęcia w hierarchii stada. A więc mogą pomóc kobietom poradzić sobie w pracy, a nawet wyprzedzić innych na ścieżce kariery. Pytanie, jakim kosztem?

W gabinecie obserwuję u moich pacjentek pewną nieśmiałość w obszarze asertywności. „No nie wiem, może” – tak kobieta zaczyna zdanie, chociażby nie wiem jak była pewna, że ma rację. Jąkamy się, żeby sprawiać wrażenie niepewnych, chociaż powinnyśmy ufać swojej intuicji i mówić zdecydowanie i odważnie. W dzieciństwie uczono mnie w pośredni i bezpośredni sposób, jak mam wyrażać swoje myśli, żeby zostały uznane za sugestie i opinie, a nie stwierdzenie faktu. Nie mam zamiaru szkolić swojej córki, żeby tłumiła swoją pewność siebie, kiedy wypowiada się na jakiś temat. Małe dziewczynki potrzebują każdego grama poczucia własnej wartości, jaką możemy im dać. Łatwiej im będzie w życiu wygładzić niedociągnięcia, niż budować pewność siebie od podstaw. A dziewczynki asertywne i mające poczucie własnej wartości są w mniejszym stopniu narażone na to, że jako dorosłe kobiety będą cierpieć na depresję.

SŁOWO NA „H”

W dziewiętnastym wieku histeria była przypadłością zarezerwowaną tylko dla kobiet i stała się uniwersalnym workiem, do którego wrzucano wiele kobiecych bolączek, którym nie dało się natychmiast zaradzić. Wtedy też zawód lekarza był prawie wyłącznie domeną mężczyzn, którzy umieszczali wiele objawów fizycznych i psychicznych zgłaszanych przez kobiety pod jednym szyldem, słowem zaczerpniętym z greki, a oznaczającym macicę – hystera. Histeria obejmowała apatię, bóle głowy, rozdrażnienie, nerwowość, bezsenność, zmęczenie, niski poziom libido, wysoki poziom libido, zatrzymanie wody w organizmie, a nawet każde zachowanie niepożądane społecznie, np. walkę kobiet o prawo do głosowania. Jednym ze sposobów leczenia histerii było doprowadzenie pacjentki do orgazmu, a innym klitoridektomia5, która polegała na chirurgicznym usunięciu łechtaczki i była na porządku dziennym od lat osiemdziesiątych XIX wieku aż po lata dwudzieste wieku XX.

Obecnie histeria jest bardziej precyzyjnie opisywana jako nadmierne wyrażanie emocji, szczególnie łatwość wpadania w rozpacz i panikę. Jeśli kobieta zachowuje się w sposób, który mężczyzna postrzega jako niekontrolowany albo niewygodny, zostanie oskarżona o histerię, przeważnie słysząc, że nie ma prawa czuć się albo zachowywać w taki sposób, ponieważ nie jest to zgodne z tym, jak w takiej sytuacji poczułby się albo zachował mężczyzna. Trzeba mieć na uwadze również i to, że niejeden chłopiec dorasta zdany na łaskę uczuć swojej matki i dlatego mężczyźni boją się emocjonalności kobiet. Być może jest to jedna z przyczyn faktu, że niektórzy lekarze płci męskiej natychmiast duszą w zarodku jakiekolwiek próby wyrażania emocji u swoich pacjentek, najczęściej sięgając po bloczek recept.

Termin „histeria” oficjalnie nie jest już używany w medycynie, ale coraz większą popularność zdobywa „kobieca choroba” zwana fibromialgią. Objawy tego schorzenia mogą obejmować tajemnicze bóle mięśni, bóle stawów i silne zmęczenie. Zupełnie przypadkiem obowiązującą metodą leczenia fibromialgii są aktualnie leki przeciwdepresyjne. Badania epidemiologiczne pokazują, że u kobiet trzykrotnie częściej niż u mężczyzn diagnozuje się stany chronicznego bólu, takie jak fibromialgia. U mężczyzn diagnozuje się ją rzadziej niż u kobiet, nawet jeśli występują podobne objawy.

W moim gabinecie często słyszę od pacjentek historie o błędnie postawionej diagnozie. Przedstawiają one swoim lekarzom całą listę dolegliwości fizycznych, a ci ignorują je, uważając za „histeryczne”, chociaż jeśli są przebiegli, to nie wspominają na ten temat ani słowem. W odpowiedzi kobiety te słyszą powszechnie spotykaną konkluzję: „Jest pani po prostu zestresowana”, albo zostają obarczone diagnozą fibromialgii i poddane leczeniu, najlepiej za pomocą tych samych leków, które dostałyby, gdyby były „po prostu zestresowane” – czyli antydepresantów. W ciągu wielu lat swojej praktyki spotkałam mnóstwo pacjentek, u których błędnie zdiagnozowano fibromialgię, podczas gdy tak naprawdę miały boreliozę, toczeń rumieniowaty układowy, niedoczynność tarczycy, reumatoidalne zapalenie stawów, a nawet w jednym przypadku raka jajnika.

Wrażliwość kobiet ma także wymiar fizyczny. Nasz organizm odczuwa ból silniej niż organizm mężczyzny. Dowody naukowe nie pozostawiają złudzeń, że mamy niższy próg bólu, doświadczamy go z większą intensywnością i w mniejszym stopniu tolerujemy ból wywołany sztucznie. Dzięki uwarunkowaniom neurologicznym, a szczególnie dzięki bardziej aktywnej wyspie, kobiety częściej zauważają różne dolegliwości w swoim ciele. Mamy więcej receptorów serotoniny odpowiedzialnej za zwiększoną wrażliwość na ból, a dodatkowo nasze hormony, estrogen i progesteron, pobudzają wydzielanie endorfin i intensyfikują aktywność receptorów opioidowych, jeszcze bardziej zwiększając odczuwanie bólu.

Warto zauważyć, że na naszą wrażliwość na ból ma również wpływ etap cyklu menstruacyjnego. Tuż przed okresem jesteśmy bardziej podatne nie tylko na afronty ze strony innych ludzi, ale także na cierpienie fizyczne. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że jesteśmy somatyczkami, czyli skupiamy się na tym, jak funkcjonuje nasz organizm, i informujemy o tym innych. To ponownie może być spowodowane działaniem wyspy. Czasem świadomość bólu fizycznego i potrzeba rozmowy na ten temat mogą być wywołane cierpieniem psychicznym związanym z poczuciem bycia wykorzystywanymi albo przeciążonymi, którego nie chcemy do siebie dopuścić. Nasza psyche nieśmiało woła o uwagę i ulgę, ale my projektujemy to na ból fizyczny, który łatwiej zlikwidować za pomocą leków i uwagi lekarzy (często mężczyzn).

Badania nad bólem u kobiet są nadal w powijakach. W czasopiśmie „Pain” (Ból) prawie 80% badań dotyczy pacjentów płci męskiej, a tylko 8% wyłącznie kobiet. Medycyna nie nadąża za bólem, na który cierpi tak wiele kobiet. Tymczasem mężczyźni, u których występują takie same objawy jak u płci przeciwnej, są traktowani poważniej i poddawani bardziej gruntownym badaniom diagnostycznym. Można to stwierdzić na podstawie wyników testów związanych z bólem w klatce piersiowej, rakiem płuc, dolegliwościami natury ogólnej, a także diagnostyki. Niewątpliwie daje się to również dostrzec w przypadku większości chorób psychicznych.

Kobiety w świecie medycyny są, mówiąc wprost, obywatelkami drugiej kategorii. Jeszcze do niedawna chirurdzy niewiele wiedzieli na temat anatomii kobiecej miednicy i o wiele mniej o tak zwanych operacjach oszczędzających nerwy u kobiet niż u mężczyzn. Ta ignorancja przekłada się na tysiące zabiegów histerektomii6 (w naszym kraju wykonuje się tę operację częściej niż gdzie indziej), a te z kolei na komplikacje, których można byłoby uniknąć, takie jak mniejsza intensywność, a nawet zanik orgazmu albo nietrzymanie moczu.

Niemalże wszystkie badania medyczne, a szczególnie testy dotyczące leków, opierają się na osobnikach płci męskiej, zarówno w przypadku ludzi, jak i zwierząt. W związku z tym, kiedy środki te wchodzą już do użytku, problemy specyficzne dla kobiet mogą ujawnić się dopiero po wielu latach stosowania danego lekarstwa. Osiem na dziesięć leków wycofanych z użytku pomiędzy 1997 a 2001 rokiem stanowiło większe zagrożenie dla zdrowia kobiet niż mężczyzn. Tabletki nasenne Ambien po dwudziestu latach funkcjonowania na rynku farmakologicznym w końcu mają określoną zalecaną dawkę dla kobiet, która stanowi połowę podstawowej dawki, ponieważ okazuje się, że kobiety metabolizują ten lek inaczej i ta sama ilość powoduje większe stężenie substancji czynnej we krwi. W końcu zaczyna się mówić o tym, że kobiety są niedoreprezentowane w badaniach klinicznych, ale dopóki środowisko medyczne nie pojmie do końca złożoności kobiecego mózgu i organizmu – i tego, czym różnią się od mózgu i organizmu mężczyzn – nadal będziemy w niekorzystnej sytuacji.

Nie jesteśmy mężczyznami. Jesteśmy kobietami. Odczuwamy głębiej, wyrażamy nasze uczucia częściej i co miesiąc miewamy zmienny nastrój. To normalne. Tak chce natura. I niekoniecznie musimy leczyć się z tej esencji kobiecości, żeby inni czuli się bardziej komfortowo. Co więcej, kiedy lepiej zrozumiemy swoje ciało i emocje, uświadomimy sobie, że jako kobiety dysponujemy wieloma naturalnymi narzędziami, aby sprostać wszystkim wyzwaniom, jakie stawia przed nami nasze aktywne i skomplikowane życie.

Rozdział 2

Złośliwe jak w zegarku

Faktem jest, że w niektóre dni czujemy się jak gwiazdy, a w inne jak chmury gradowe. Zależy to w dużej mierze od tego, na jakim etapie cyklu menstruacyjnego się znajdujemy. Prawdopodobnie mamy najlepszy nastrój w pierwszej połowie cyklu, tak zwanej fazie folikularnej, w trakcie której jajnik odżywia rozwijające się jajeczko. Wtedy właśnie poziom estrogenu rośnie i przewyższa poziom progesteronu. Estrogen sprawia, że czujemy się ponętne, opiekuńcze i wspaniałomyślne – czyli mamy wszystkie cechy, które pomagają zwrócić na siebie uwagę i zachwycić potencjalnego partnera w czasie, gdy nasze jajeczko dojrzewa i staje się gotowe do owulacji. Estrogen działa jak hormon stresu: drobne trudności niepostrzeżenie znikają i spływają po nas jak woda po kaczce. Któż nie chciałby z nami być? Tak łatwo się z nami dogadać!

Druga połowa cyklu, faza lutealna, obejmuje dwa tygodnie pomiędzy uwolnieniem się jajeczka z pęcherzyka jajnikowego a początkiem krwawienia miesięcznego, kiedy poziom progesteronu jest większy niż poziom estrogenu. Wtedy właśnie pojawiają się zmiany nastroju. Progesteron może sprawić, że będziemy ospałe i marudne, a szczytowe wartości osiąga dwudziestego pierwszego dnia cyklu. Tuż przed menstruacją poziom estrogenu spada szybko i gwałtownie, podobnie jak nasza dobra wola w stosunku do innych ludzi. Jeśli co miesiąc, jak w zegarku, stajecie się odrobinę złośliwe, to szukajcie przyczyny w niskim poziomie estrogenu, a wysokim progesteronu. Witamy na pokładzie PMS, syndromu napięcia przedmiesiączkowego.

PMS to naturalne zjawisko. Niewesołe, ale normalne. Jednak w biblii lekarzy psychiatrów, Diagnostyce i statystyce zaburzeń psychicznych, przedmiesiączkowe zaburzenie dysforyczne (PMDD), ostra postać PMS, znajduje się na liście stanów patologicznych, co sugeruje, że wymaga leczenia psychiatrycznego. Jakieś trzy do ośmiu procent kobiet w wieku reprodukcyjnym spełnia kryteria PMDD. Około 15–20% kobiet cierpi na bardzo ciężką postać zespołu napięcia przedmiesiączkowego albo wcale go nie przechodzi. Pozostałe z nas znajdują się gdzieś pośrodku, a intensywność naszych dolegliwości może różnić się w zależności od miesiąca, i co ważniejsze, w trakcie menarche (pierwszej miesiączki, która pojawia się w okresie dojrzewania) i perimenopauzy, czyli podczas dwóch okresów w naszym życiu, w których PMS ma tendencję do pogłębiania się z powodu większych wahań poziomu hormonów.

Płacz z byle powodu, porywczość, uczucie przytłoczenia i niedocenienia, opychanie się czekoladą czy niemożność podniesienia się z sofy są zupełnie zrozumiałe podczas dni poprzedzających menstruację. Obniżony poziom estrogenu powoduje, że na kilka dób przed miesiączką gwałtownie spada poziom serotoniny, co może stanowić biologiczną przyczynę wielu objawów PMS. Niski poziom serotoniny jest jedną z przyczyn depresji, zespołu lęku napadowego i nerwicy natręctw, więc nie bądźcie zaskoczone, jeśli przed okresem będziecie się czuły jak pacjentka psychiatryczna (albo trzy). Mniejsza ilość serotoniny przypomina cieńszą niż zazwyczaj warstwę ochronną, która broni nas przed światem zewnętrznym. Jesteśmy bardziej wrażliwe na ból i krytykę niż zwykle. Mamy mniejszą odporność na stres i w większym stopniu odczuwamy smutek, głód, strach, płaczliwość i gniew. Kiedy porównamy objawy PMS i epizodu depresyjnego, okaże się, że w dużej mierze się pokrywają. Podstawowa różnica polega na tym, że PMS znika, kiedy pojawia się miesiączka. Tymczasem epizod depresyjny może ciągnąć się tygodniami, a nawet miesiącami.

Zespół napięcia przedmiesiączkowego zaczyna się na trzy lub cztery dni przed pierwszym dniem miesiączki, ale kilka moich pacjentek zgłasza, że objawy PMS pojawiają się u nich już dzień lub dwa po owulacji. Czują się wtedy bardzo przygnębione, wręcz załamane i zrozpaczone. Częściej wdają się w kłótnie z członkami rodziny i współpracownikami. Nie mogą zasnąć, źle śpią, czują się wzdęte i są opryskliwe. Kilka moich pacjentek zapewnia mnie, że u nich PMS przebiega łagodnie, ale prawie wszystkie przyznają, że „w którymś z poprzednich cyklów” zaobserwowały u siebie znaczne zmiany samopoczucia. To zupełnie normalne, że mamy wahania nastroju w trakcie comiesięcznego cyklu, dlatego niekoniecznie musimy leczyć się na PMS, ale na pewno powinnyśmy nauczyć się, na czym on polega. Zdecydowanie polecam wam, żebyście na bieżąco śledziły swój cykl i notowały, kiedy zaczyna się okres i kiedy macie owulację. Jeśli będziecie wiedziały, kiedy pojawiają się u was określone nastroje, nie tylko pomoże wam to zaplanować kalendarz na dany miesiąc, ale także umożliwi informowanie na bieżąco członków rodziny, a może nawet współpracowników, czego się mogą spodziewać.

Poznając swój cykl, oprócz świadomości tego, kiedy jesteśmy płodne, uzyskamy też informację, w których dniach możemy być bardziej wrażliwe emocjonalnie i podatne na bodźce wywołujące emocje. Dzięki temu będziemy w stanie zaplanować większe wyzwania na początku cyklu, tuż po menstruacji, kiedy mamy większą odporność psychiczną. Najwyższy poziom estrogenu w okolicach połowy cyklu oznacza poprawę umiejętności wysławiania się i związanych z małą motoryką, więc na tę część miesiąca możesz planować prezentacje biznesowe i projekty krawieckie. Zdecydowanie powinnyśmy wtedy zrezygnować z czynności, które są domeną osób cierpiących na nerwicę natręctw, takich jak sprzątanie szaf, i zarezerwować je na czas, kiedy wystąpi u nas zespół napięcia przedmiesiączkowego. Z kolei w tej fazie mamy najniższy próg tolerancji bólu, dlatego nie jest to najlepsza pora na wizytę u dentysty czy depilację woskiem. Zaplanuj takie przyjemności w pierwszej połowie cyklu.

Moje pacjentki przeważnie mówią, że w ciągu ostatnich kilku dni tuż przed miesiączką są bardziej płaczliwe. Swoistym fenomenem jest wrażliwość na odrzucenie, którą często można zauważyć u pacjentów depresyjnych. W depresji serotonina spada do najniższego poziomu, co zwiększa wrażliwość na wszystkie bodźce i objawia się poczuciem zranienia najmniejszym afrontem lub zniewagą ze strony innych ludzi. Podobnie sytuacja wygląda w dniach poprzedzających miesiączkę: raniące uwagi prawdopodobnie będą nas wtedy bardziej dotykać. W trakcie PMS kobiety łatwiej wybuchają płaczem i nie chodzi tutaj tylko o czyjeś złośliwe komentarze. Stajemy się bardziej wrażliwe na ckliwe reklamy telewizyjne i łzawe piosenki country nadawane przez radio. Kiedy ściska mnie w gardle na widok wzruszających scen na ulicach Nowego Jorku – bezdomnego schizofrenika, który grzebie w śmietniku, biznesmena, który zatrzymuje się, żeby pomóc turystom szukającym czegoś na mapie – doskonale wiem, w której fazie cyklu jestem.

Nasze życie emocjonalne obraca się wokół wewnętrznego zegara biologicznego, a zrozumienie jego działania wymaga sporej uwagi. Śledźcie bacznie, kiedy jesteście napalone, zgryźliwe, macie ochotę na flirt, a kiedy chcecie skopać komuś tyłek. Dzięki zrozumieniu rytmu swojego organizmu będziecie mogły obrócić naturalne wahania nastroju na swoją korzyść, ale żeby prawidłowo odczytać te zmiany, najpierw trzeba ustalić punkt odniesienia. Staje się to szczególnie ważne, kiedy zaczynamy albo przestajemy zażywać leki, zwłaszcza te, które – tak jak doustne środki antykoncepcyjne albo SSRI – sztucznie utrzymują równowagę samopoczucia. Środki te naprawdę mają wpływ na nasz nastrój, libido i inne właściwości, dlatego możecie dojść do wniosku, że więcej przez nie tracicie, niż zyskujecie.

CZEGO UCZY NAS PMS

„Płaczliwość” to jeden ze sposobów nazwania stanu, który można by równie dobrze opisać jako „ujmujące nasilenie kobiecej empatii i wrażliwości”. Ale to tylko część prawdy. Zwiększona wrażliwość, szczególnie na krytykę, może wywoływać gwałtowne reakcje emocjonalne. Moje pacjentki, które cierpią na PMS, zauważają, że są opryskliwe i łatwo wpadają w irytację z powodu spraw, na które w innych dniach miesiąca nawet nie zwróciłyby uwagi. Stają się bardziej nieprzewidywalne w swoich reakcjach i bywa, że pozwalają sobie na słowa i zachowania, które w pozostałych trzech tygodniach cyklu byłyby u nich nie do pomyślenia. Ośrodki odpowiedzialne za emocje są zazwyczaj hamowane przez płaty czołowe mózgu za pomocą sporych dawek serotoniny. Zbliżający się okres napięcia przedmiesiączkowego oznacza obniżenie poziomu serotoniny, więc w przypadku części z nas im bliżej miesiączki, tym większe prawdopodobieństwo włączenia się „funkcji zołzy”. I nie chodzi o to, że jesteśmy przygnębione bez żadnego powodu.

Przyczyny naszego przygnębienia są zupełnie realne, ale po prostu w innych dniach lepiej potrafimy ukrywać smutek i złość. Dzięki wysokiemu poziomowi estrogenu jesteśmy zazwyczaj bardziej odporne. A nawet można powiedzieć: wyluzowane. Pozwalamy, żeby potrzeby innych ludzi były na pierwszym miejscu i łatwiej nam zachować neutralność. Większa lub mniejsza skłonność do opiekowania się innymi podlega naturalnym zmianom i współgra z naszym cyklem menstruacyjnym. Świetnym określeniem estrogenu jest „hormon »jak chcesz, kochanie«”. Estrogen tworzy kurtynę porozumienia. Został stworzony po to, żeby pomagać w zadbaniu o siebie i zwabieniu partnera, a potem w opiekowaniu się członkami rodziny i ich żywieniu. Estrogen stanowi kwintesencję dawania – pozwala nam uszczęśliwiać nasze dzieci i zadowalać partnerów. Kiedy tuż przed miesiączką poziom estrogenu spada, kurtyna podnosi się w górę. Przestajemy być ponętne i płodne. Nie jesteśmy już tak zaangażowane w zatrzymanie potencjalnego tatusia. Najwyższy czas, żeby zrobić porządki w domu. Teraz nie tolerujemy już tych wszystkich aroganckich uwag, które znosimy przez pozostałą część miesiąca.

Powiem tak: wyciągnijcie z tego wnioski. Może nie powinnyście tego wszystkiego znosić przez cały miesiąc, a nie tylko w ciągu tego tygodnia poprzedzającego okres. Uczucie niezadowolenia, które pojawia się co miesiąc, jest dla nas swoistym darem, szansą na wprowadzenie potrzebnych zmian w naszym stylu życia: zmiany tego, ile dajemy innym, i zmiany ciągłego naginania się i naciągania swoich możliwości, żeby sprostać oczekiwaniom wszystkich dookoła. W rozmowach ze swoimi pacjentkami zawsze podkreślam, że uczucia i myśli, które pojawiają się w trakcie tej fazy cyklu, są prawdziwe. Autentyczne. Jeśli czujecie się przytłoczone albo niedocenione tym, że macie więcej obowiązków niż wasi partnerzy, albo tym, że macie poczucie braku równowagi, istnieje duże prawdopodobieństwo, że to prawda.

Pamiętajmy o tym, że naszym imperatywem biologicznym jest rozmnażanie się. Każdy cykl menstruacyjny stanowi szansę na przedłużenie ludzkiego gatunku. Te same hormony, które powodują, że błona śluzowa naszej macicy rozrasta się i przygotowuje na przyjęcie zarodka, zatrzymują nas również w „gnieździe”. W zaawansowanej ciąży, kiedy progesteron osiąga swój najwyższy poziom, kobietę ogarnia gorączka sprzątania domu i przygotowań na przyjęcie dziecka. Co miesiąc, kiedy nasz organizm szykuje się na implantację potencjalnego zarodka, zwiększony poziom progesteronu tworzy i wywołuje zachowania, które stanowią namiastkę gniazdowania. Kiedy zbliża się koniec cyklu, kobieta może stawać się coraz bardziej niezadowolona ze swojego otoczenia i wpadać w obsesję dokonywania zmian, aby upewnić się, że sceneria jest odpowiednia do tego, żeby w kolejnym miesiącu zarodek zagnieździł się w śluzówce macicy. Okres napięcia przedmiesiączkowego to czas psychologicznego remanentu, który pozwala na to, by zrobić bilans i upewnić się, że jesteśmy w naszym życiu dokładnie w tym miejscu, w którym chcemy być. Zwróćcie uwagę na swoje krytyczne oceny i refleksje, ponieważ są bardziej realne, niż jesteście skłonne uwierzyć, i założę się, że możecie coś w tej sprawie zdziałać.

Kobieca zdolność do empatii może być niewyczerpanym źródłem użytecznych informacji oraz siły, i istnieją pewne dowody na to, że zdolność ta osiąga szczytowy punkt w dniach poprzedzających miesiączkę. Zespół napięcia przedmiesiączkowego to wspaniały czas, żeby wsłuchać się w głos swojej intuicji. Obniżony poziom serotoniny powoduje, że tuż przed okresem jesteśmy bardziej surowe i w mniejszym stopniu tłumimy uczucia. To czas na odpoczynek i refleksję, w którym należy podchodzić z szacunkiem do głębokich emocji. W naszej kulturze wrażliwość jest traktowana lekceważąco, a przecież cecha ta naprawdę ma swoje zalety. PMS stanowi okazję do tego, żeby wsłuchać się w swoje ciało i uważnie przyjrzeć się uczuciom. Zaufajmy swojej wredności w trakcie PMS. I zróbmy z niej dobry użytek przez pozostałą część miesiąca. Wykorzystajmy wnioski, które wyciągamy, kiedy mamy bardziej krytyczny stosunek do rzeczywistości; zapiszmy je i wprowadźmy w życie, kiedy po miesiączce staniemy się bardziej nobliwe i powściągliwe. Wypróbujcie taką metodę przez miesiąc albo dwa i sprawdźcie, czy nie wymyślicie jakichś „rozwiązań na nowy miesiąc”.

CZEKOLADA I INNE SPOSOBY

Zarówno w depresji, jak i podczas PMS powszechne są zachcianki, zazwyczaj dotyczące węglowodanów. Najczęstszymi winowajcami są chleb, włoskie pasty i desery, szczególnie te z czekoladą w różnej postaci. Nie jestem miłośniczką deserów, ale kiedy łapię się na tym, że przetrząsam szafki w poszukiwaniu resztek słodyczy z Halloween, to wiem, że dokładnie za dwa dni będę miała okres. Według niektórych badań objadanie się czekoladą w trakcie PMS to przypadłość Amerykanek, która jest wyuczonym zachowaniem społecznym i nie ma nic wspólnego z fizjologią. Zgodnie z tą teorią nauczono nas, że zajadanie się czekoladą podczas PMS jest normalne, więc czerpiemy korzyści z tego akceptowanego społecznie zachowania, dogadzając sobie co miesiąc, kiedy nadchodzi odpowiedni czas. Nie dam się na to nabrać. Po pierwsze, nasz organizm potrzebuje więcej kalorii tuż przed miesiączką, a słodycze i węglowodany mogą je szybko dostarczyć. Po drugie, mamy wtedy niski poziom magnezu, dlatego cierpimy na migreny przedmenstruacyjne, a czekolada może go zwiększyć.

I po raz kolejny najważniejszą częścią tej całej układanki jest serotonina. W depresji i PMS, kiedy poziom serotoniny spada, nasz organizm próbuje zrównoważyć ten stan. Zaczyna więc domagać się węglowodanów, szczególnie cukru, a najbardziej czekolady. Wiadomo, że węglowodany podnoszą poziom serotoniny, ale spróbujcie jeść węglowodany złożone, takie jak pełne ziarno, zamiast słodkich deserów, żeby uniknąć powodowanych przez nie skoków insuliny i katastrofalnego poziomu cukru we krwi. Aminokwasem, którego nasz organizm używa do wydzielania serotoniny, jest tryptofan, więc rozsądnie jest zastąpić węglowodany produktami, które są bogate w ten składnik. Ja radzę swoim pacjentkom, żeby czasem zastąpiły czekoladę bananami, które zawierają dużo tryptofanu i również wywołują uczucie zadowolenia. Produktami bogatymi w tryptofan są także mleko, soczewica i indyk oraz czerwone mięso, więc tak naprawdę lepiej na tym wyjdziemy, jeśli sięgniemy po zdrowe przekąski i spałaszujemy nogę z indyka, niż będziemy pożerać tonami ciasteczka oreo.

Istnieje jeszcze bardziej niskokaloryczny sposób na pobudzenie wydzielania serotoniny: suplementy zawierające aminokwasy tryptofan i 5-hydroksytryptofan (5HTP), czyli cegiełki, z których organizm może wyprodukować serotoninę, dostępne w każdym sklepie ze zdrową żywnością. Suplementy odżywcze, witaminy, minerały i aminokwasy mogą w znacznym stopniu złagodzić objawy PMS, ale nauczenie się, co warto kupić i jak to zażywać, wymaga trochę zachodu. W związku z agresywnym lobbingiem sprzedaż tych suplementów nie jest regulowana przepisami FDA7 w takim zakresie jak leki wydawane na receptę. Produkty różnych marek, a nawet w obrębie tej samej marki, mogą się w dużym stopniu różnić jakością. W wielu sytuacjach warto zasięgnąć rady zielarza albo naturopaty.

Podczas dolegliwości przedmiesiączkowych pomocna bywa także witamina B₆, która uczestniczy w syntezie serotoniny. W dniach poprzedzających okres warto również włączyć suplement magnezu, który może zmniejszyć niepokój i zapobiegać bezsenności. Magnez jest diuretykiem, więc pomaga także w przypadku nabrzmiałych piersi i wzdętego brzucha. Z kolei wapń łagodzi drażliwość i zapobiega bezsenności, więc suplement, który zawiera magnez i wapń, miałby tutaj zbawienne działanie. Czasem kofeina, ananas albo szparagi, które są naturalnymi diuretykami, mogą pomóc pozbyć się do pewnego stopnia wzdęcia i uczucia zmęczenia. Natomiast kwasy tłuszczowe omega-3, które występują w oleju rybnym albo w suplementach zawierających ten olej, potrafią zmniejszyć wrażliwość na bodźce emocjonalne i drażliwość.

Najlepszym sposobem, jaki mogę wam polecić, żebyście poradziły sobie z PMS, są regularne ćwiczenia fizyczne. Szczególnie ćwiczenia kardio wpływają na zmniejszenie wielu objawów PMS i wahania nastroju. Badania udowodniły, że ruch poprawia samopoczucie, podnosi poziom energii i zmniejsza apatię równie skutecznie jak leki przeciwdepresyjne. W wielu przypadkach codzienne ćwiczenia wzmacniające układ sercowo-naczyniowy mogą pomóc tak samo jak SSRI, ale bez wpływania na wagę i tłumienia libido.

Duże znaczenie ma również dieta. Przewaga estrogenu nad innymi hormonami może powodować bardziej obfite miesiączki. Należy wziąć pod uwagę, że hormony w wysoko przetworzonym mięsie i pewne związki chemiczne zawarte w tworzywach sztucznych, mydle i pestycydach naśladują estrogen, podobnie jak soja, która jest składnikiem wielu wysoko przetworzonych produktów żywnościowych. Jeśli już jecie mięso i drób, to upewnijcie się, że są organiczne albo przynajmniej opatrzone etykietką „bez hormonów”, ponieważ substancje używane w przemyśle przetwórstwa mięsnego mogą stanowić przyczynę obfitej menstruacji. Moje pacjentki, które przeszły na dietę wegetariańską albo wegańską, mają skąpsze miesiączki i lżejsze skurcze. Utrzymanie wagi na prawidłowym poziomie także może znacząco wpływać na to, jak przechodzimy okres. Im więcej mamy tkanki tłuszczowej, tym więcej estrogenu będzie produkował nasz organizm, więc jeśli cierpicie na dokuczliwe objawy PMS albo bardzo obfite krwawienie, zadbajcie o szczupłą sylwetkę.

Najważniejsze jest wyczucie czasu. To, że uprawiamy seks albo nie, wpływa na masę różnych rzeczy. Na przykład moment rozpoczęcia aktywności seksualnej oraz jej częstotliwość mogą oddziaływać na naszą płodność. Jeśli zaczęłyśmy wcześniej i uprawiamy seks co tydzień, istnieje większe prawdopodobieństwo, że będziemy mieć regularne cykle. Seks raz na tydzień, który regularnie dostarcza dawki feromonów, przypuszczalnie sprawi również, że rzadziej będziemy doświadczać obfitych i bolesnych miesiączek, nie będziemy mieć problemów z płodnością, a nawet opóźnimy okres menopauzy. I jeszcze jedna ważna rada na temat planowania aktywności seksualnej: w trakcie menstruacji tym, czego potrzebuje nasza macica, może być powstrzymanie się od stosunku i orgazmu. W grupie kobiet, u których występowało intensywne krwawienie, 83% uprawiało seks w trakcie okresu, w porównaniu do 10% kobiet w grupie z lżejszymi miesiączkami.

W przypadku cięższych postaci PMS, które uniemożliwiają normalne funkcjonowanie (kiedy nie jesteśmy w stanie pójść do szkoły albo do pracy, wypełniać obowiązków domowych i robimy ciągłe awantury wszystkim dookoła), można zastosować leki na receptę. Lekarze psychiatrzy najczęściej przepisują SSRI albo SNRI (inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny i noradrenaliny, takie jak Effexor, Pristiq i Cymbalta; szczegóły patrz Aneks). Takie tabletki można zażywać przez cały miesiąc albo tylko w ciągu ostatniego tygodnia poprzedzającego miesiączkę. Leki o krótszym czasie połowicznego rozpadu, takie jak Paxil i Effexor, nie są w tym przypadku najlepszym wyborem, ponieważ proces ich odstawiania może wiązać się z dyskomfortem. Nie musimy co miesiąc męczyć się po odstawieniu leku przeciwdepresyjnego. Ja wybieram Lexapro, ponieważ szybko zaczyna działać i łatwiej jest przerwać jego stosowanie. Mam sporo pacjentek, które zażywały leki przeciwdepresyjne codziennie, a teraz biorą tylko pięć miligramów Lexapro przez cztery do siedmiu dni, tuż przed miesiączką, i to w zupełności wystarcza.

Kolejną metodą leczenia są doustne środki antykoncepcyjne, które utrzymują hormony na stałym poziomie. W przypadku wielu kobiet powodują one znaczne zmniejszenie objawów zespołu napięcia przedmiesiączkowego, podobnie jak skurczów i obfitego krwawienia. Często zdarza się tak, że im dłużej zażywamy pigułki antykoncepcyjne, tym bardziej skąpe mamy miesiączki. Można również zażywać doustne środki antykoncepcyjne bez przerwy i odstawiać je tylko trzy lub cztery razy w roku, żeby wystąpiło krwawienie miesiączkowe. Coraz więcej ginekologów zaleca stałe stosowanie pigułek antykoncepcyjnych, szczególnie pacjentkom z endometriozą (stan, który wywołuje wyjątkowo bolesne miesiączki). Sprawą dyskusyjną jest to, jak często trzeba przerywać przyjmowanie hormonów, żeby doprowadzić do złuszczenia się śluzówki macicy, ale FDA rekomenduje zażywanie Seasonale i Seasonique, które wywołują tylko cztery miesiączki w ciągu roku. A ja spotykam pacjentki, u których miesiączka występuje jeszcze rzadziej.

Mam jednak kilka obiekcji i zastrzeżeń dotyczących doustnych środków antykoncepcyjnych, więc wolałabym, żebyście nie sięgały po nie od razu, żeby wyleczyć PMS, dopóki nie przeczytacie dalszej części tej książki.

WSTYDLIWE SEKRETY PIGUŁEK ANTYKONCEPCYJNYCH

Stosowanie pigułek antykoncepcyjnych w leczeniu PMS nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem. Stały niski poziom hormonów powoduje gwałtowne zmiany, które nie są zgodne z naszą naturą. Trudno przewidzieć, która kobieta będzie dobrze tolerować pigułki, a która nie. Część przychodzących do mnie pań zazwyczaj doświadcza zmienności nastroju, potrafi być impulsywna i wygląda na to, że w trakcie PMS daje się unosić burzliwym falom hormonów. Takie pacjentki po kilku miesiącach przyjmowania doustnych środków antykoncepcyjnych często lepiej je znoszą, mają mniejsze wahania nastroju i minimalne objawy PMS. W ich przypadku pigułki mają działanie stabilizujące i utrzymują stały poziom hormonów w ciągu dnia, a tego im właśnie trzeba, żeby zapanować nad emocjami i złagodzić PMS.

Jednak wiele moich pacjentek, zażywając pigułki, odkrywa, że nie jest w stanie znieść takiej huśtawki nastrojów i po latach testowania produktów różnych firm rezygnuje z tej metody antykoncepcji. W tych przypadkach pigułki działają destabilizująco. Takie pacjentki, spytane o antykoncepcję na pierwszej wizycie, odpowiadają zawsze to samo: „Te pigułki doprowadzają mnie do obłędu”. Dosłownie. Nie mam pojęcia, dlaczego aż tyle kobiet w moim gabinecie zgłasza taki stan, poza tym że wiele z nich przychodzi do mnie, uskarżając się na depresję, a nie tylko PMS. W jednym z badań nad kobietami, które zaczęły stosować doustną antykoncepcję, 16% zaobserwowało pogorszenie nastroju, 12% odnotowało poprawę samopoczucia, a u 71% nastrój się nie zmienił. Kobiety, które miały PMS, zanim zaczęły przyjmować pigułki, zgłaszały znaczną poprawę, podczas gdy u badanych, które wcześniej cierpiały na depresję, a nie tylko na PMS, nastąpiło pogorszenie ogólnego samopoczucia.

Niektóre kobiety są po prostu bardziej wrażliwe na hormony, które wpływają na ich samopoczucie. Działanie pigułek polega na tym, że dostarczają do przysadki mózgowej dokładnie taką ilość estrogenu i progesteronu, żeby odebrała ona sygnał, że owulacja już wystąpiła, i nie pobudzała pęcherzyka jajnikowego do uwolnienia jajeczka. Estrogen i serotonina regulują siebie nawzajem w skomplikowanym tańcu, podobnie jak wiele innych substancji w naszym mózgu i organizmie. Wszystko, co pobudza wydzielanie estrogenu, będzie miało również wpływ na ilość serotoniny. Jedną z możliwych przyczyn tego, że kobiety, które zażywają pigułki antykoncepcyjne, mogą się wydawać odrobinę stuknięte, jest fakt, że estrogen pobudza aktywność receptora serotoninowego zwanego 5-HT₂A. Receptor ten wywołuje efekty halucynogenne jak LSD i jest celem działania niektórych leków przeciwpsychotycznych. U prawie jednej trzeciej kobiet występują wahania jego aktywności, co może powodować problemy, gdy poziom estrogenu jest wyższy niż zwykle.

Jednak największym winowajcą jest prawdopodobnie progesteron. Syntetyczny progestagen ma szkodliwy wpływ na nasz nastrój, a mniej więcej 10% kobiet w ogóle nie jest w stanie go tolerować. Jeśli pojawiają się wahania nastroju, lepsze są doustne środki antykoncepcyjne Yaz i Yasmin, zawierające drospirenon, który ma właściwości bardziej zbliżone do progesteronu niż inne syntetyki. Ponadto składnik ten swoim działaniem przypomina diuretyk, ponieważ zmniejsza zatrzymywanie wody w organizmie tuż przed miesiączką. (Zatrzymanie wody w organizmie wpływa szkodliwie na mózg).

Kolejną przyczyną tego, że doustne środki antykoncepcyjne mogą wpływać na pogorszenie nastroju, jest teoria, że syntetyczne hormony zaburzają metabolizm tryptofanu i poziomu witaminy B₆, które są niezbędne do wydzielania serotoniny. Dlatego jeśli zażywacie pigułki antykoncepcyjne, bierzcie dodatkowo witaminę B₆.

Można powiedzieć, że działanie pigułek antykoncepcyjnych polega na podstępnym skłanianiu organizmu do myślenia, że już jesteśmy w ciąży, żeby jajeczko nie zostało uwolnione. Ponadto szyjka macicy zatyka się gęstym śluzem, podobnie jak to się dzieje podczas ciąży. Działanie pigułek może sprawić, że pochwa będzie bardziej sucha, a seks zacznie sprawiać ból, ponieważ brakuje rozciągliwego śluzu szyjkowego. Jeśli nie zażywamy pigułek, dzięki śluzowi szyjki macicy możemy łatwo śledzić przebieg cyklu i dni płodnych. W połowie cyklu śluz jest ciągliwy jak białko jajka. Kiedy jesteśmy płodne, natura dba o to, żeby zapewnić potrzebne nam większe nawilżenie. Jeśli natomiast blokujemy płodność, przyjmując pigułki antykoncepcyjne, śluzu jest mniej i pochwa nie jest dobrze nawilżona.

Wiele kobiet, które stosują pigułki antykoncepcyjne, ma gładszą skórę. Estrogen naprawdę sprawia, że możemy cieszyć się brzoskwiniową karnacją. Piersi nieco się powiększają, podobnie jak podczas ciąży, prawdopodobnie z powodu stałego poziomu progesteronu, który zapewniają pigułki. Wiem, że mniej obfite miesiączki, mniejszy trądzik i ponętne piersi brzmią kusząco, ale doustna antykoncepcja ma także swoje minusy. Po pierwsze, pojawia się problem przybierania na wadze, a mówiąc ściślej, zmiany rozkładu masy ciała. Estrogen determinuje rozmieszczenie tkanki tłuszczowej, powodując, że przybieramy na wadze w biodrach i udach, a także w tylnych częściach ramion. Istnieje logiczne wytłumaczenie takiego zjawiska. Kobiety w wieku rozrodczym potrzebują innego środka ciężkości. Jeśli mamy zamiar nosić dziecko w brzuchu, potrzebujemy równoważącego obciążenia z tyłu. Estrogen sprawia, że brzuch wygląda korzystnie, ponieważ tkanka tłuszczowa nie jest w tym miejscu potrzebna. (Pamiętajcie, że w okresie perimenopauzy w waszych brzuchach zacznie się gromadzić tkanka tłuszczowa, ponieważ zmniejszy się poziom estrogenu. Uważajcie na menopauzalny brzuszek!).

Po drugie, doustne środki antykoncepcyjne naprawdę mogą zmiażdżyć nasze pożądanie seksualne. W gabinecie nazywam to „wstydliwą tajemnicą pigułek”. Niektóre z nas dzięki pigułkom uwalniają się od lęku przed niepożądaną ciążą, czują się bardziej rozluźnione i doświadczają większej przyjemności z seksu, ale sporo kobiet stosujących doustną antykoncepcję z niepokojem odkrywa spadek libido i zdolności do osiągania orgazmu. Ma to związek z dwoma czynnikami. Przede wszystkim im dłużej zażywamy pigułki, tym bardziej spada poziom testosteronu i z czasem mamy coraz mniejszą ochotę na seks. Doustne przyjmowanie estrogenu podnosi poziom substancji zwanej białkiem wiążącym hormony płciowe (SHGB). Białko to wiąże testosteron, w związku z czym w waszych organizmach krąży mniejsza ilość „wolnego” testosteronu – jedna dziesiąta do jednej dwudziestej normalnej ilości. Związany hormon nie pobudza receptora, więc staje się bezużyteczny dla mózgu, a co gorsza, badania naukowe wykazały, że kobiety po czterech miesiącach od odstawienia pigułek nadal miały cztery razy większy poziom SHGB niż normalnie. Jeden z naukowców badających to zjawisko powiedział mi, że poziom białek wiążących hormony płciowe nigdy nie wraca do normy. Inny znajomy lekarz ginekolog stwierdził, że na opakowaniu powinno znajdować się ostrzeżenie przed tym mechanizmem, a tymczasem nikt o tym nie mówi.

Mimo że mężczyźni mają dwadzieścia razy więcej testosteronu niż kobiety, u nas jest to główny hormon odpowiedzialny również za popęd seksualny i pożądanie. Wahania poziomu testosteronu są wpisane w cykl menstruacyjny każdej kobiety, a najwyższa ilość tego hormonu występuje dokładnie wtedy, gdy nasza płodność jest największa, czyli w połowie cyklu. Prawidłowy poziom testosteronu zmienia się nie tylko w ciągu cyklu, ale również w trakcie dnia (u większości kobiet jest wyższy rano) oraz reaguje na różne sytuacje i aktywności (podnosi się po intensywnych ćwiczeniach fizycznych, sukcesie w pracy i przy regularnym uprawianiu seksu). U kobiet najwyższy poziom tego hormonu występuje w wieku dwudziestu paru lat i spada po menopauzie i zmniejszeniu się ilości wszystkich pozostałych hormonów. W związku z tym poziom działania testosteronu osiąga swój szczyt nie tylko w połowie cyklu. Może być równie wysoki w ciągu krótkiego magicznego okresu dokładnie koło czterdziestki, kiedy kobieta osiąga „szczyt swoich możliwości seksualnych”, a ilość testosteronu jest stosunkowo wyższa niż pozostałych hormonów. Kiedy jednak zażywamy pigułki antykoncepcyjne, to wszystko nas omija.

OWULACJA A FEROMONY: WYBRAĆ DRANIA CZY TATUSIA?

U wielu kobiet w ciągu miesiąca zmienia się nie tylko poziom hormonów, ale także natężenie pożądania. Dopiero po czterdziestce stałam się świadoma tego, w jakim stopniu moje libido, a co ważniejsze, moje uczucia do męża zmieniają się z tygodnia na tydzień. Kiedy przeczytałam o tym w książce zatytułowanej Seksowne mamusie, poczułam się usprawiedliwiona: „Mój mąż wie, że cykl miesięczny dzieli się u mnie na tydzień romantyzmu, tydzień rozwiązłości, tydzień wyhamowania i tydzień obojętności. Radzimy sobie z tym”8.

Płodność stopniowo rośnie aż do owulacji, po czym gwałtownie spada. Wasze libido w sposób naturalny dostosowuje się do tej krzywej. Podczas gdy większość ssaków z rzędu naczelnych ma okres „rui”, na ogół przyjmuje się, że u kobiet nie występuje tak wyraźnie zaznaczony okres gotowości seksualnej i że trwa ona u nich przez cały miesiąc, co określa się jako „stałą gotowość seksualną”. Zapewne przez kilka dni w trakcie cyklu macie większą ochotę na seks niż w inne, co jest skutkiem sprytnych i całkiem logicznych poczynań Matki Natury. Kobiety są bardziej napalone na seks w połowie cyklu, kiedy płodność osiąga swój szczyt, dzień lub dwa przed uwolnieniem jajeczka, gdy poziom testosteronu osiąga maksymalną wartość. To właśnie ta perfekcyjna mieszanka wybuchowa, na którą składa się owulacja, najlepszy moment płodności i skok poziomu testosteronu, budzi w nas namiętne (przyszłe) mamy.

W okresie rui właściwej (zwanej estrusem) zad samicy pawiana przybiera jaskrawoczerwony kolor, który jest sygnałem dla znajdujących się w pobliżu samców, że jest gotowa na uprawianie miłości. Ludzie nie pokazują tego w tak jawny sposób, choć wysoki poziom estrogenu w połowie cyklu rzeczywiście powoduje subtelne rozszerzenie się naczynek krwionośnych na naszych policzkach, podkreślając naturalne rumieńce. Badania dowodzą, że mężczyźni odczuwają większy pociąg seksualny do kobiet, które ubierają się na czerwono, niż tych, które wybierają inne kolory. Ponadto są bardziej skłonni przyjąć, że ubrana na czerwono kobieta jest seksualnie aktywna i otwarta. Powody takich założeń mogą być zarówno kulturowe, jak i biologiczne. Być może kobiety podświadomie zdają sobie z tego sprawę, ponieważ często wybierają kolor czerwony, kiedy chcą uwieść atrakcyjnego mężczyznę.

Owulacja to jedyne dni w ciągu miesiąca, kiedy prawie na pewno będziecie miały ochotę na seks. Łatwiej wtedy rozbudzić w nas pożądanie, a nasza reakcja seksualna jest silniejsza. W tym czasie rośnie również poczucie własnej atrakcyjności. W połowie cyklu, kiedy mamy owulację, dzieje się wiele ważnych rzeczy. Poziom oksytocyny skacze w górę, co oznacza możliwość osiągnięcia większej ilości orgazmów i chęć wchodzenia w relacje z innymi ludźmi. Poziom testosteronu i estrogenu również rośnie, co sprawia, że stajemy się wyjątkowo otwarte i napalone. Kiedy jesteśmy w połowie cyklu i zauważamy potencjalnego partnera seksualnego, widać to nawet w naszych zwężających się źrenicach. Chyba że łykamy pigułki antykoncepcyjne.

Kobiety dysponują całym repertuarem stosunkowo łatwych do zauważenia sposobów zachowania, które jasno sygnalizują, że mają dni płodne. Podczas owulacji częściej czują się seksualnie atrakcyjne i wybierają prowokujące, obcisłe ubrania. W połowie cyklu, kiedy mają dni płodne, ubierają się bardziej kobieco, noszą więcej biżuterii, używają perfum i częściej gdzieś wychodzą. Zdarza im się uprawiać przypadkowy seks i rzadziej używają prezerwatyw. Kobiety w czasie owulacji czują się bardziej atrakcyjne, a mężczyźni potrafią na podstawie zdjęcia ocenić, które z nich zbliżają się do tej fazy cyklu i dają o tym znać swoim wyglądem. Badania pokazują, że faceci dają więcej pieniędzy striptizerkom, które mają dni płodne, niż tym, które są w innej fazie cyklu, i postrzegają głos kobiet w trakcie owulacji jako bardziej seksowny niż tych, które w danym momencie nie owulują.

W ciągu tego jednego lub dwóch dni, kiedy jajeczko jest gotowe do zapłodnienia, hormony (szczególnie testosteron) dają znak organizmowi, że ma znaleźć dawcę spermy. I to nie byle jakiego dawcę. Natura każe nam odszukać najwspanialszego, najlepiej dobranego partnera, który odda swój materiał genetyczny naszemu rodowi. Tym samym zaprasza samca alfa – najlepszego łowcę, ale niekoniecznie kogoś, z kim warto dzielić życie. Kobiety w czasie owulacji są bardziej skłonne wybierać „niegrzecznych chłopców” – facetów z trzydniowym zarostem i motorem, którzy potrafią zaspokoić ich potrzeby, ale nie mają ochoty na stały związek i pomoc w wychowywaniu dzieci. Ten dwojaki charakter aktywności seksualnej jest określany jako seks prokreacyjny i nieprokreacyjny. Niektórzy badacze seksu nazywają ten dylemat: „drań kontra tatuś”. Pragniemy drani, kiedy jesteśmy płodne, a tatusiów, kiedy dni płodne się kończą.

Moje młode pacjentki gustują w mężczyznach, którzy je podniecają i intrygują, którzy mają przewagę nad innymi i trudno ich przy sobie zatrzymać. Kobiety wolą zawierać przelotne znajomości z mężczyznami o niskim głosie (mają wyższy poziom testosteronu i większą skłonność do niewierności), ale nie chcą z nimi budować dłuższych relacji. Prowadzę niezliczone ilości rozmów od serca o wyborach moich pacjentek. Kiedy osiągają wiek dojrzały, często przypominam im, że muszą zmienić swoje kryteria. Teraz przecież szukają męża, a nie chłopaka.

Kobiety w fazie owulacji skupiają się na tych cechach męskich, które zapowiadają dobry materiał genetyczny – DNA samca alfa. Poza dniami płodnymi nadal szukają mężczyzn, ale bardziej pociągające stają się dla nich „materiał niezwiązany z genami oraz wsparcie” – osobnicy z odpowiednimi zasobami, którzy przy nich zostaną, żeby pomóc w wychowywaniu dzieci. Nawet te lepiej sytuowane z nas poszukują facetów z odpowiednimi zarobkami i statusem społecznym. Wiem, że macie pracę, dobrą zdolność kredytową i nie potrzebujecie mężczyzny za wszelką cenę, ale wasz mózg bardziej przypomina mózg kobiety z epoki jaskiniowej, niż jesteście skłonne przyznać. Od epoki ludów zbieracko-łowieckich w naszym kodzie genetycznym nie zaszły żadne spektakularne zmiany. W sposób naturalny pociągają nas przedstawiciele płci przeciwnej, którzy nie tylko mają pieniądze, władzę i wysoki status społeczny, ale również przejawiają gotowość, żeby się tym podzielić. Na dłużej niż miesiąc.

Mniej więcej w czasie owulacji kobiety postrzegają klasyczne męskie rysy twarzy jako bardziej atrakcyjne, a w dni niepłodne wybierają mężczyzn o mniej wyrazistej fizjonomii. W dniach płodnych częściej pociągają nas ci osobnicy płci męskiej, którzy zachowują się w sposób dominujący i rywalizują ze sobą. Kiedy jesteśmy płodne, chodzi nam wyłącznie o materiał genetyczny, a nie o cechy społeczne, co oznacza, że w związku z „tatusiem” nadal może zdarzyć wam się w połowie cyklu flirtować z „draniem”. Podobnie jak mężczyźni, w sposób naturalny szukamy najlepszego dawcy genów dla naszego potomstwa. I znów jak oni, nawet jeśli trzymamy wróbla w garści, i tak wciąż wypatrujemy gołębia. Kobiety w stałych związkach częściej wybierają zapach faceta dominującego, podczas gdy singielki reagują na zapach mężczyzn, którzy są opiekuńczy i na których można polegać. Może się zdarzyć i tak, że kobieta w stałym związku z mężczyzną, który potrafi zapewnić rodzinie godziwe życie („tatuś”), nie może nic poradzić na to, że w połowie cyklu nadal pociągają ją panowie, którzy mogliby udzielić swoich wyjątkowych genów jej kolejnym dzieciom („drań”).

W takim razie co dzieje się z kobietami, które przyjmują doustne środki antykoncepcyjne i nigdy nie mają fazy płodnej? To, czego można się spodziewać, kiedy hormony utrzymują się na stałym poziomie. Nie ma skoku poziomu oksytocyny, który sprzyja tworzeniu więzi i doświadczaniu orgazmów, ani gwałtownego wzrostu poziomu estrogenu czy testosteronu, które podsycają pożądanie. Jeśli chodzi o mózg, to wszystko już się dokonało. W ciąży nie trzeba już wabić dawcy nasienia, więc upodobanie do wyrazistych mężczyzn charakterystyczne dla połowy cyklu znika. Kobiety, które stosują pigułki antykoncepcyjne, zachowują się tak, jakby już były w ciąży, kiedy przedmiotem zainteresowania staje się mężczyzna, który ma do zaoferowania coś zupełnie innego i wnosi więcej niż tylko męskie przymioty genetyczne. Te z nas, które zażywają pigułki, są zainteresowane w mniejszym stopniu albo nie są zainteresowane wcale męskimi rysami twarzy i męskim głosem.

Biologiczne zapotrzebowanie na jedzenie, picie i seks przede wszystkim zapewnia przetrwanie nam samym, a w następnej kolejności umożliwia przeżycie naszemu potomstwu. Najwyraźniej kobiety i mężczyźni mają do tego inne podejście, dlatego skupiają się na różnych cechach, które uznają za ważne. W poszukiwaniach najlepszych dawców genów mężczyźni kierują się wrażeniami wzrokowymi, a kobiety węchem. Właściwie to panowie częściej zakochują się od pierwszego wejrzenia, a obrazowanie pracy ich mózgu w początkowym stadium romantycznej miłości wskazuje na wzrost aktywności w centrach odpowiedzialnych za wrażenia wzrokowe. Mężczyźni są wrażliwi na symetrię twarzy, zarumienioną skórę, a szczególnie – proporcję talii w stosunku do bioder. Na jej podstawie mogą stwierdzić, że kobieta jest zdrowa i zdolna do rodzenia dzieci.

Kiedy kobiety szukają partnerów, przyciąga je zapach. Węch, najstarszy pod względem ewolucyjnym i posiadający najmniej połączeń nerwowych w mózgu zmysł, przetwarza informacje szybciej niż inne narządy zmysłów. Tak naprawdę nie mamy wpływu na to, czy polubimy jakiś zapach, czy też będzie on dla nas odpychający, ponieważ neurony węchowe w mózgu znajdują się w odległości zaledwie jednej synapsy od ciała migdałowatego, naszego centrum zarządzania emocjami. Kobiety mają wrażliwszy zmysł węchu i dzięki estrogenowi dysponują większą powierzchnią mózgu odpowiedzialną za wykrywanie zapachów i feromonów. Estrogen pomaga nam wykrywać feromony, ten charakterystyczny zapach potencjalnego partnera, w bardziej przemyślany sposób, niż robią to mężczyźni, szczególnie podczas owulacji, kiedy hormon ten osiąga najwyższy poziom. Aby stworzyć jak najlepszą parę, potrzebujemy kogoś, kto będzie się od nas różnił, ale nie będzie całkiem obcy – podobnego do nas pod względem genetycznym i charakterologicznym, ale nienależącego do rodziny. Podjęcie tej decyzji ułatwiają nam męskie gruczoły potowe. Kobietom bardziej odpowiada woń pod pachą kogoś niespokrewnionego niż zapach członków rodziny, co od wieków stanowi sygnał, który zapobiega endogamii (kojarzenie krewniacze).

W dobieraniu się w pary tak wiele dzieje się w naszej podświadomości, że tak naprawdę nie mamy nad tym kontroli. Dobrym przykładem są feromony. Kiedy jakaś pacjentka oznajmia mi, że ma nowego chłopaka, zazwyczaj pytam ją, czy lubi jego zapach. I nie mam wówczas na myśli jego wody kolońskiej czy dezodorantu, a także tego, jak śmierdzi po zejściu z boiska do koszykówki. Chodzi mi o jego naturalny zapach ciała. „Gdybyś wsadziła nos pod jego pachę, byłabyś szczęśliwa?”. Zaskakujące jest to, jak często w odpowiedzi słyszę zdecydowane „tak”. Kiedy odpowiedź brzmi: „Mogłabym tam zamieszkać!”, wtedy wiem, że są dobrze dobraną parą. To, w jaki sposób odbierasz czyjś zapach, ma ogromne znaczenie. Między innymi dlatego nie jestem zagorzałą fanką wirtualnych randek. Feromony pomagają nam wybrać idealnych partnerów, a cały ten proces w większym stopniu opiera się na genetyce niż na selfie poprawionym w Photoshopie.

W 1995 roku szwajcarski naukowiec Claus Wedekind przeprowadził badanie znane jako „eksperyment ze spoconym podkoszulkiem”. Poprosił on kobiety o powąchanie podkoszulków, które mężczyźni nosili przez trzy dni, nie biorąc prysznica ani nie używając wody kolońskiej. W ten sposób odkrył, co potwierdziły późniejsze badania, że większość kobiet pociągał zapach mężczyzn, u których główny układ zgodności tkankowej (MHC) wyraźnie różnił się od ich własnego. MHC określa zakres odporności na różne czynniki wywołujące choroby. Kiedy łączymy się w pary, szukamy partnera o odporności na inne czynniki niż te, na które same jesteśmy niepodatne, żeby nasze potomstwo mogło skorzystać z tej różnorodności. Najlepiej jeśli dzieci zyskają większą odporność na choroby niż mama czy tata. Zbyt duże podobieństwo układu odpornościowego przyszłych rodziców może prowadzić do problemów z płodnością i ciążą. Ponadto jeśli kobieta jest w stałym związku z mężczyzną, którego budowa genetyczna jest zbyt podobna, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że go zdradzi. Im bardziej zbliżone są ich geny, tym większa szansa, że będą ją pociągać inni mężczyźni.

Feromony zwykle docierają do naszej podświadomości, ale ostatnio w naszym kraju zaczęło być o nich głośno i organizuje się coraz więcej imprez ze spoconymi podkoszulkami w roli głównej – wariacji na temat eksperymentu Wedekinda. Zaproszeni mężczyźni mają przynieść podkoszulek, który nosili przez dwadzieścia cztery godziny (również w nocy). Każdemu T-shirtowi zostaje przypisany numer i umieszcza się je w szczelnych plastikowych torebkach na suwak. Kobiety, po zapoznaniu się z ich zapachami, wybierają ten, którego woń najbardziej im się podoba, i po numerze odnajdują swojego szczęśliwego wybranka. Organizatorzy tak zwanych „feromonowych przyjęć” twierdzą, że w ten sposób łączą ludzi w trwałe związki. Kieruj się własnym nosem, a osiągniesz szczęście małżeńskie. Jeśli feromony partnera będą dla ciebie pociągające, łatwiej przetrwasz kryzys w związku. Wąchanie czyjegoś zapachu pomaga budować więź. Ssaki z rzędu naczelnych są prospołeczne i umacniają więzi w swojej społeczności, pielęgnując się nawzajem, łącznie z tym, że siadają blisko siebie i się obwąchują, a nawet iskają, zjadając sobie nawzajem pchły z futra. Kiedy następnym razem wściekniesz się na swojego partnera, powąchaj go pod pachami albo zanurz nos w jego T-shircie i sprawdź, czy nie czujesz się trochę lepiej z tym, kim jest i co was łączy. Jeśli masz dzieci, też je wąchaj. Istnieją badania naukowe na temat umacniania więzów pomiędzy matką a dzieckiem poprzez feromony.

Mężczyźni nie tylko uważają, że kobieta w połowie cyklu jest najbardziej atrakcyjna pod względem seksualnym, ale także bardziej podoba im się wtedy jej zapach. Jeśli kobieta przyjmuje pigułki antykoncepcyjne i nie przechodzi owulacji, nie dysponuje taką samą „cykliczną atrakcyjnością zapachową”, którą w sposób naturalny mają te z nas, które przechodzą przez cały cykl menstruacyjny. I co ważniejsze: pigułki antykoncepcyjne wpływają na sposób, w jaki wyczuwamy feromony istotne z punktu widzenia zgodności genetycznej. Wydaje się, że kobiety, które stosują doustną antykoncepcję, nie przejawiają takiej samej wrażliwości na męskie sygnały zapachowe. Wybierają zwykle partnerów, którzy w większym stopniu są podobni do nich samych, a w mniejszym „inni”. Szkocki naukowiec Tony Little odkrył, że zdolność kobiety do oceny mężczyzny jako potencjalnego materiału na męża drastycznie się zmienia, kiedy przyjmuje ona pigułki antykoncepcyjne. W powtórce eksperymentu z przepoconym podkoszulkiem okazało się, że te panie, które stosowały pigułki, wybierały męskie T-shirty przypadkowo, a co gorsza, wykazywały upodobanie do mężczyzn o podobnym poziomie odporności. W jednym z badań stwierdzono nawet, że gdyby kobieta odstawiła pigułki, to mogłaby sobie uświadomić, że jej partner jest dla niej raczej bratem niż kochankiem.

Dobra wiadomość jest taka, że kobiety na pigułkach prawdopodobnie wybiorą „tatusia”, a nie „drania”. Te z nas, które biorą środki antykoncepcyjne, wolą facetów, którzy są mniej męscy, co może być gwarancją, że zostaną, aby pomóc w wychowaniu dzieci. Ale czy ich pragniemy? W badaniu zwolenniczki antykoncepcji uzyskały gorsze wyniki, jeśli chodzi o satysfakcję seksualną i pociąg do partnera. Jeśli związek kończył się rozstaniem, częściej następowało to z ich inicjatywy niż z inicjatywy partnera i częściej narzekały na rosnący brak satysfakcji seksualnej. Jednocześnie były bardziej zadowolone z tego, w jaki sposób partnerzy zaspokajali ich potrzeby życiowe, i nierzadko tworzyły długotrwałe związki.

Zwykle radzę pacjentkom, które stosują antykoncepcję doustną, żeby przerwały ją na czas trzech lub czterech cykli i upewniły się, że mężczyzna, którego poznały, przyjmując pigułki, jest nadal tym, z którym chcą kłaść się do łóżka przez długie lata i stworzyć rodzinę. Kiedy jesteśmy już w związku, przerwanie antykoncepcji po to, żeby przyjrzeć się mężczyźnie, którego już wybrałyśmy, może okazać się nieco skomplikowane. Zdecydowanie lepiej dokonać wyboru partnera, nie będąc pod wpływem żadnych innych hormonów poza swoimi własnymi, co w praktyce oznacza stosowanie niehormonalnej formy antykoncepcji – prezerwatywy, wkładki domacicznej, spirali albo kapturka dopochwowego – kiedy jesteśmy na etapie rozglądania się za mężczyzną swoich marzeń. Radzę również spędzić trochę czasu pod jego pachą i upewnić się, że to ten jedyny. Wcale nie żartuję. Nasze ciało, jeśli mu w tym nie przeszkadzamy, ma świetną intuicję, dlatego warto go słuchać.

CZĘŚĆ II

MĘŻCZYŹNI, SEKSOWNE MAMUSIE, MONOGAMIA I MENOPAUZA

Rozdział 3

Twój mózg się zakochał

Sieć połączeń w mózgu, zarówno neurologiczna, jak i hormonalna, w dużym stopniu wpływa na nasze myśli i uczucia oraz na to, w którym momencie się pojawiają. Ale związki damsko-męskie również wywierają silny wpływ na nasz organizm i umysł. W ciągu pierwszych kilku miesięcy, kiedy jesteśmy sobą zauroczeni, powstaje mieszanka neuroprzekaźników, która tak uderza nam do głowy, że żaden lek nie jest w stanie jej wiernie naśladować. Jako lekarz psychiatra zaryzykowałabym takie stwierdzenie: stan zakochania zmienia kobiety w osoby uzależnione, które cierpią na manię, obsesję i urojenia. Odzierając całą sprawę z romantyzmu, zakochanie się jest mechanizmem nerwowym dobierania się w pary, który ewolucyjnie powstał po to, żebyśmy na pewno usychały z tęsknoty, miały obsesję na punkcie i nie odstępowały na krok tej jednej jedynej osoby, co do której mamy przekonanie, że nie tylko obdarzy nas najlepszym potomstwem, ale również będzie nas wspierać w wychowywaniu go we wczesnym dzieciństwie. Zakochanie się w kimś to skomplikowany taniec mózgu i ciała, który motywuje nas do stworzenia związku z wybranym partnerem i skupia na tym całą naszą uwagę. W początkowym stadium różnica między pożądaniem a zakochaniem może być trudna do zauważenia. Przejście od pożądania do przywiązania jest w równym stopniu procesem fizycznym, co emocjonalnym. (Etap przywiązania, który następuje po fazie pożądania, ma swoją własną chemię mózgu, którą opiszę w kolejnym rozdziale).

Podstawowym związkiem chemicznym związanym z pożądaniem jest dopamina, która odpowiada za zwracanie uwagi na kogoś, odczuwanie przyjemności i poszukiwanie nagrody. Dopamina przekazuje nam dwa komunikaty: „Zauważ to, bo jest ważne” (informacja o poziomie istotności) i „To przyjemne uczucie. Zrób to jeszcze raz”. System połączeń nerwowych w mózgu odpowiedzialny za mechanizm nagrody jest zasilany dopaminą, chemicznym kamieniem węgielnym pożądania. Narkotyki, które zwiększają jej poziom, jak kokaina albo amfetamina, potencjalnie mogą być bardziej uzależniające niż inne. W opinii wielu naukowców narkotyk nie może powodować uzależnienia, jeśli nie ma dodatkowo działania powodującego wzrost wydzielania dopaminy.

Kiedy jesteście zakochane, dopamina sprawia, że pożądacie i potrzebujecie swojego nowego wybranka. Obiekt waszych uczuć wydaje wam się wyjątkowy częściowo dlatego, że dopamina przypina jemu albo jej etykietkę „ważny”. Podczas eksperymentów przeprowadzonych na nornikach preriowych, zazwyczaj monogamicznych, osobniki z wyższym poziomem dopaminy wybrały partnera zgodnie z indywidualnymi preferencjami, podczas gdy zablokowanie wydzielania tego neuroprzekaźnika powodowało, że zwierzęta nie miały szczególnych preferencji. Analiza skanów mózgów należących do osób bardzo zakochanych, której dokonała antropolog Helen Fisher, wykazała, że dopaminergiczny system nagrody działał u nich na najwyższych obrotach, przypominając obraz mózgu ludzi na haju pod wpływem kokainy. W jądrze ogoniastym, części mózgu zasilanej przez neurony dopaminy, zaobserwowano zwiększony przepływ krwi. Jądro ogoniaste, zwane czasem „silnikiem umysłu”, kieruje organizmem tak, żeby osiągnął swój cel, motywując was do szukania nagrody. Dopamina zapewnia, że proces ten staje się przyjemny, i wzmacnia to zachowanie, żebyście z przyjemnością je powtarzały.

Uzależnienie można podzielić na trzy etapy: uwrażliwienie, przyswojenie i odstawienie. W miarę upływu czasu mniejsze dawki wywołują uczucie głodu i trzeba zwiększać ilość danej substancji, żeby odczuwać przyjemność. Odstawienie zaś uzależniającej substancji spowoduje, że będziemy się czuć potwornie. Ten sam wzrost zapotrzebowania, apetytu i pożądania dotyczy zarówno narkotyku, jak i obiektu westchnień. A jeśli ktoś, kogo pożądamy, zerwie relację, to poziom związków chemicznych w mózgu spada na łeb na szyję z powodu nagłego odstawienia. Przygotujcie się na prawdziwą katastrofę. Płacz, spanie, objadanie się i nadużywanie alkoholu to częste zachowania u moich porzuconych pacjentek. Jeśli do siebie wrócicie, część chemii odpowiedzialnej za dobre samopoczucie pojawi się znowu i przekona cię, że byliście sobie przeznaczeni. Ale nie daj się zwieść powitalnemu przyjęciu, które szykują ci związki chemiczne – narkomanki też na początku czują się dobrze, kiedy powracają do nałogu. Nie oznacza to bynajmniej, że to ten jedyny, ale na pewno wyjaśnia, dlaczego odczuwamy szczególną przyjemność, uprawiając seks po kłótni. Walczysz. Będąc w fazie odstawienia od swojego kochanka, wpadasz w otchłań rozpaczy, ale za to kiedy do siebie wracacie, znów czujesz się jak na haju.

System nagrody sterowany dopaminą stanowi nie tylko podłoże przyjemności, ale również oczekiwania na przyjemność i motywacji, żeby ją osiągnąć. Być może w starej jak świat radzie, aby zgrywać niedostępną po to, żeby wydawać się seksualnie atrakcyjną, oraz w przestarzałym poradniku The Rules (Zasady) kryje się logika natury. Badania pokazują, że zbyt szybkie zdobycie nagrody w grze zmniejsza intensywność i czas trwania działania dopaminy w mózgu. Oczekiwanie na zwycięstwo daje najwięcej przyjemności i potencjalnie przynosi korzyść obojgu partnerom.

Jednak nie tylko dopamina wywołuje to rozkoszne uczucie odnalezienia Pana Właściwego. Stan zakochania pobudza uwalnianie noradrenaliny, związku chemicznego, który jest kuzynem adrenaliny i sprawia, że czujecie się podekscytowane i pobudzone, macie spocone dłonie i przyśpieszony rytm serca. Noradrenalina wprowadza wszystkie pięć zmysłów na wyższe obroty, żeby pogłębić naszą świadomość i żebyśmy zapamiętały każdy szczegół naszego obiektu pożądania i wrażenie, jakie ona lub on na nas wywarli. Mózg i ciało są w stanie najwyższej gotowości, chętne do działania i reakcji. W tej sytuacji może pomóc sen. Podobnie jak jedzenie.

Noradrenalina wpływa również na wydzielanie estrogenu, który sprawia, że zaczynamy zachowywać się zalotnie. Podniesiony poziom tych dwóch związków chemicznych obserwuje się w eksperymentach laboratoryjnych u zwierząt, które przybierają pozę zapraszającą do seksu zwaną lordozą9. Wygięcie kręgosłupa w łuk i wystawienie do góry zadu ułatwia penetrację od tyłu. Ludzkim odpowiednikiem lordozy może być noszenie szpilek albo w bardziej bezpośredni sposób – taniec erotyczny Miley Cyrus10.

Dodajmy jeszcze do tej mieszanki dopaminy i noradrenaliny zdrowy zastrzyk endorfin, naszych opiatów, które krążą we krwi i stanowią naturalne środki przeciwbólowe i uspokajające. Tak więc stan zakochania przypomina swoisty chemiczny spid, mieszankę heroiny z kokainą. A nawet coś więcej, ponieważ doświadczenie silnego zauroczenia, a szczególnie miłości od pierwszego wejrzenia oddziałuje podobnie do narkotyków halucynogennych. Kiedy pojawiają się pierwsze oznaki pożądania, mózg jest zalewany przez fenyloetyloaminę (PEA), czasem nazywaną „cząsteczką pożądania”. PEA jest odpowiedzialna za marzycielstwo i roztrzepanie, kiedy po raz pierwszy się zakochujemy. Może leżeć u podłoża miłości od pierwszego wejrzenia i prawdopodobnie jest obecna w mózgu w trakcie jakże ważnego pierwszego pocałunku. Fenyloetyloaminy w sposób naturalny występują w mózgu, ale można je również znaleźć w grupie narkotyków zawierających ekstazę (MDMA) i w niektórych halucynogenach. PEA powoduje również brak apetytu i może działać jako antydepresant o krótkotrwałym działaniu. Fenyloetyloamina występuje także w dobrej jakości czekoladzie, a jej poziom może nagle podskoczyć w trakcie orgazmu, wywołując to odlotowe uczucie wyjścia poza ciało, którego doświadczają niektóre szczęściary.

Biorąc pod uwagę, że wszystkie te pobudzające związki chemiczne zalewają mózg, nic dziwnego, że wielu zakochanym kobietom łatwiej przychodzą odchudzanie i ćwiczenia fizyczne, a trudniej zasypianie. Bardzo często obserwuję, że moim pacjentkom, które się zakochały, łatwiej jest odstawić środki przeciwdepresyjne i przestać chodzić do mnie na wizyty. Nie jestem w stanie wymyślić takiej mieszanki leków, która mogłaby konkurować z tym, co przyrządza ich własny mózg na samym początku nowej znajomości. Istnieją nawet ludzie, którzy tak bardzo lubią tę chemię mózgu w fazie zauroczenia, że stają się seryjnymi podrywaczami. Zakochują się, przez trzy do sześciu miesięcy przeżywają stan euforii, a kiedy magiczny czar pryska, szukają nowej miłości.

W trakcie początkowej fazy zauroczenia w grze biorą udział jeszcze inni chemiczni gracze. Kiedy jesteśmy zakochani, podnosi się poziom hormonów seksu: testosteronu i estrogenu. Pierwszy podsyca pożądanie seksualne, a drugi zwiększa naszą otwartość. Estrogen i progesteron wzmacniają zależność między miłością i zaufaniem, więc o ile nie macie obecnie PMS, możecie stać się bardziej otwarte na zachowania pełne opiekuńczości i miłości. Za to za pożądanie seksualne odpowiada wyłącznie testosteron. Przedstawiciele obu płci, w których krwi krąży większa ilość testosteronu, częściej uprawiają seks i przeżywają więcej orgazmów. Mężczyźni, którzy przyjmują testosteron dożylnie (żeby osiągnąć lepsze wyniki w sporcie albo na Wall Street), doświadczają więcej fantazji seksualnych, częściej mają poranną erekcję i cieszą się większą ilością seksu. Ale niekoniecznie się zakochują.

Kiedy kobiety są zakochane, podniesiony poziom dopaminy może spowodować wzrost ilości testosteronu. U otwartej kobiety wdychanie męskich feromonów również może pobudzić wydzielanie tego hormonu. Nawet samo myślenie o nowym facecie może podnieść poziom hormonów. Co ciekawe, zakochani mężczyźni mają nieco niższy poziom testosteronu niż zwykle, być może po to, żeby nie wystraszyć nowej partnerki tym, jacy napaleni są na co dzień! A zatem podczas miłosnych uniesień u kobiet następuje wzrost testosteronu, a u mężczyzn spadek, dzięki czemu możemy mieć jednoczące poczucie, że przechodzimy przez to doświadczenie razem i jesteśmy dopasowani pod względem libido.

Trudno powiedzieć, jak to wszystko działa w przypadku długotrwałych związków gejów lub lesbijek, głównie dlatego, że dysponujemy o wiele mniejszą ilością badań na ten temat. Oczywiście pary tej samej płci potrafią tworzyć i tworzą zdrowe, pełne miłości relacje i rodziny. W fazach zauroczenia, zakochania i przywiązania w ich mózgu powstaje ta sama przyjemna, uderzająca do głowy mieszanka, co dowodzi, że w związkach chodzi o coś więcej niż tylko prokreację.

PRZYTULANIE ZAMIAST NARKOTYKÓW

Oksytocyna wprowadza nas we wspaniały nastrój. Czy znasz to uczucie błogości, kiedy trzymasz na ręku swoje dziecko? Albo uczucie rozkoszy, kiedy tuż po seksie i doświadczeniu orgazmu twój partner mocno cię przytula? Tak działa oksytocyna, hormon więzi i zaufania. Przytulanie, które trwa dwadzieścia sekund, pobudza wydzielanie oksytocyny i gotowość do odwzajemniania przyjaznych gestów, na przykład odpowiadania uśmiechem na uśmiech. Oksytocyna jest jak superklej, który pozwala scalać związek. Umacnia więź między karmiącą matką a jej dzieckiem i łączy kochanków od pierwszej chwili, kiedy ich wzrok krzyżuje się w zatłoczonym pokoju. Trzymanie się za ręce, pocałunki i seks sprawiają, że poziom oksytocyny skacze w górę. Uśmiech na twarzy dzieci i przytulanie się z partnerem pobudzają nie tylko wydzielanie oksytocyny, ale również zasilany dopaminą mechanizm nagrody, który zachęca nas, żebyśmy wykonywały daną czynność dalej. Można zatem powiedzieć, że oksytocyna zwiększa pragnienie fizycznych kontaktów. Ponadto hormon ten chroni nas przed stresem i sprzyja relaksowi. Według niektórych badań może nawet przyśpieszać proces zdrowienia. Wobec tego obejmowanie się, przytulanie i przeżywanie orgazmu w czasie seksu korzystnie wpływa nie tylko na twoje serce i duszę, ale także na ciało.

W mózgu kobiety znajduje się więcej receptorów oksytocyny niż u mężczyzny. Ponadto hormon ten działa lepiej w środowisku bogatym w estrogen. Dlatego bardziej prawdopodobne jest to, że nawiążesz nową relację i zakochasz się w pierwszej połowie cyklu, zanim poziom estrogenu spadnie. U obu płci oksytocyna wywołuje uczucia ufności, więzi i zadowolenia związane z wybranym partnerem. Obniża tętno i ciśnienie krwi, ułatwia tworzenie relacji społecznych i zwiększa zaufanie. Poczucie spokoju i bezpieczeństwa rozwiewa typową obawę przed obcymi i powoduje, że jesteśmy bardziej wspaniałomyślne. Badania dowodzą, że ludzie, którym podano oksytocynę, są bardziej skłonni okazać zaufanie albo dać pieniądze obcej osobie. Może to również wyjaśniać, dlaczego dotykani podczas rozmowy, jesteśmy bardziej chętni spełnić prośbę albo dotrzymać obietnicy. Całkiem możliwe, że z tego samego powodu stan zakochania może być dla niektórych niebezpieczny. Miałam kiedyś pacjentkę, która pożyczyła pieniądze swojemu nowemu chłopakowi, po czym ten zniknął.

Zauroczenie ma za nic racjonalne myślenie. Kiedy poziom oksytocyny rośnie, możecie być roztargnione i mieć ograniczoną zdolność jasnego myślenia. Stan zakochania tłumi niepokój i osłabia sceptycyzm. W zagłuszaniu lęku i niepokoju szczególnie istotną rolę odgrywa oksytocyna, ułatwiając nawiązywanie relacji i kontaktów seksualnych. Kiedy jesteśmy zakochani, działanie sieci połączeń nerwowych w mózgu odpowiedzialnych za tłumienie strachu w dużym stopniu jest osłabione, więc układ krytycznego myślenia (przedni zakręt obręczy) i centrum zarządzania strachem (ciało migdałowate) są mniej aktywne. Poziom czynnika wzrostu nerwów, zwany neurotropowym czynnikiem pochodzenia mózgowego (BDNF), swoisty nawóz dla mózgu, który pomaga rozwijać nowe połączenia między neuronami, u osób zakochanych jest podniesiony i wywołuje masową reorganizację połączeń neuronowych. (Zapamiętaj BDNF, ponieważ jeszcze do niego wrócimy. Neuropatyczność mózgu, która ujawnia się w ciąży, perimenopauzie i przy ćwiczeniach fizycznych, ma bardzo duże znaczenie). Tony neuronów trzeba „skasować i zastąpić nowymi komórkami. Między innymi z tego powodu stan zakochania przypomina… utratę tożsamości”. Czy to wszystko jest niebezpieczne? Prawdopodobnie nie, ale w momencie zakochania dobrze zachować do siebie zdrowy dystans. Pamiętaj, że wtedy nie myślisz krytycznie tak jak zwykle, kiedy jesteś „przy zdrowych zmysłach”. Wtedy nie jesteś nawet sobą!

MAM OBSESJĘ NA TWOIM PUNKCIE

Zapytajcie mojego męża, jak się poznaliśmy, a odpowie wam, że nigdy w życiu nie zdarzyło mu się, żeby ktoś naprzykrzał mu się tak bardzo jak ja w tamtym czasie. Kiedy zadacie mi to samo pytanie, opowiem wam o miłości od pierwszego wejrzenia. Pamiętam każdą chwilę przyjęcia, na którym po raz pierwszy go zobaczyłam. Musiałam zamknąć się w łazience, żeby uspokoić przyśpieszony oddech i łomotanie serca (działanie noradrenaliny). W trakcie kolejnych dni sprawdzałam niezliczoną ilość razy, czy do mnie nie dzwonił. Całe dnie rozmyślałam tylko o nim, o Nim, o NIM.

To zupełnie normalne, zgodne z naturą i prawdopodobnie u podstaw moich obsesyjnych myśli i zachowania leżał obniżony poziom serotoniny. Kiedy do krwi trafia duża ilość serotoniny, pojawia się uczucie przesytu. Niczego już nie chcemy. Kiedy serotoniny jest mniej, mamy obsesyjne myśli i odczuwamy niepokój. Poziom serotoniny we krwi osób świeżo zakochanych można porównać do poziomu serotoniny u ludzi cierpiących na nerwicę natręctw (OCD). W przypadku jednych i drugich jest wyjątkowo niski i oscyluje wokół 40% grupy kontrolnej.

Dopamina i serotonina działają tak, jakby znajdowały się na dwóch przeciwległych końcach huśtawki. Kiedy jedna się podnosi, druga często opada. Kiedy jesteśmy w stanie zauroczenia i początkowej fascynacji, poziom dopaminy rośnie, a serotoniny opada. W stanach związanych z podniesionym poziomem serotoniny trudniej osiągnąć orgazm, co potwierdzi każdy, kto zażywa Zoloft. Tak więc obniżony poziom tego hormonu jest odpowiedzią nie tylko na pytanie, dlaczego łatwiej osiągnąć orgazm z nowym kochankiem, ale również wyjaśnia uczucie przepełnionego niepokojem pragnienia i obsesyjnych myśli, których doświadczamy w związku ze swoją nową miłością.

Chciałabym podkreślić jedną rzecz: kobiety, które stosują pigułki antykoncepcyjne, prawdopodobnie nie będą doświadczać w takim stopniu tej chemicznej mieszanki fascynacji i zauroczenia. SSRI w sztuczny sposób powodują wzrost poziomu serotoniny, ograniczając zachowania impulsywne i kompulsywne. Macie wtedy większą kontrolę nad swoim zachowaniem i nie wpadacie w obsesję na punkcie niczego, nawet jeśli jesteście zakochane, o ile w ogóle jest to możliwe przy zażywaniu tej grupy leków. Selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny przeszkadzają w kojarzeniu się w pary na kilka zasadniczych sposobów. Serotonina i dopamina równoważą się nawzajem, więc jeśli poziom pierwszej rośnie, to poziom drugiej spada. Pojawia się otępienie emocjonalne i apatia. Ciężko jest wyjść z domu na poszukiwanie faceta, kiedy brakuje nam neuroprzekaźnika „Dopadnij go, tygrysico!”. Trudniej także dostać obsesji i sfiksować na punkcie wymarzonego partnera, kiedy zażywasz lek stosowany w leczeniu nerwicy natręctw. Podczas gdy wysoki poziom dopaminy i niski poziom serotoniny uruchamiają mechanizm nagrody i obsesyjne zachowanie charakterystyczne dla stanu zakochania, to stosowanie SSRI, powodujące odwrócenie ich ilości, takiego zachowania nie wywołuje. Samice szczurów, którym przez długi czas podawano SSRI, zaczęły spędzać mniej czasu w pobliżu samców. Badacze seksu prowadzą obecnie badania, które pokazują, że kobiety przyjmujące SSRI postrzegają mężczyzn jako mniej atrakcyjnych i spędzają mniej czasu, gapiąc się na ich zdjęcia, niż kobiety, które nie zażywają tych leków, i tym samym „są mniej skłonne, aby uznać wybranego mężczyznę za atrakcyjnego pod względem fizycznym i pociągającego jako potencjalnego partnera romantycznego albo seksualnego”. Ja doradzam swoim pacjentkom, żeby przestały zażywać pigułki antykoncepcyjne, kiedy polują na partnera, a istnieją również powody, dla których warto powoli odstawiać leki przeciwdepresyjne. Jeżeli przyjmowanie SSRI powoduje, że czujesz się już zaspokojona i nie chce ci się nawet spojrzeć na faceta po raz drugi, możesz mieć problem z przejściem od fascynacji i zauroczenia do przywiązania.

Zakochanie się i wybór partnera są uzależnione od popędu seksualnego i energii seksualnej. Oczywiste jest, że jeśli poziom libido spada, a reakcja seksualna jest stłumiona działaniem SSRI, będzie to miało negatywny wpływ na cały proces. Systemy połączeń nerwowych związanych z przywiązaniem i dobieraniem się w pary również funkcjonują w oparciu o orgazm i związany z nim wzrost poziomu oksytocyny. SSRI znacznie utrudniają osiągnięcie orgazmu, osłabiając ten kluczowy impuls. Kobieta może przetestować potencjalnego partnera, między innymi sprawdzając, ile czasu i uwagi poświęca na sprawianiu jej przyjemności seksualnej. „Naukowcy uważają, że nieprzewidywalna natura kobiecego orgazmu mogła się rozwinąć po to, żeby pomóc kobietom odróżnić Pana Właściwego od Pana Niewłaściwego”. Mężczyzna, który potrafi poświęcić więcej czasu i uwagi potrzebom kobiety, potencjalnie będzie też lepszym ojcem i chętniej podzieli się swoją własnością (czyli będzie „tatusiem”, a nie „draniem”). Być może podświadomie, kobieta wykorzystuje swoją zdolność do osiągania orgazmu z wybranym partnerem do podjęcia decyzji, czy ten mężczyzna jest odpowiednim kandydatem na partnera i ojca jej dzieci, czy też niezupełnie. Jeśli działanie SSRI powoduje, że osiągnięcie stanu pobudzenia i dojście do orgazmu stają się prawie nieosiągalne, wtedy nie może skorzystać z tego pomocnego narzędzia oceny.

POŻĄDANIE

Patrząc z perspektywy ewolucyjnej, można by powiedzieć, że pożądanie stanowi emocję, która prowadzi do miłości. Umiejętności flirtowania, żeby przyciągnąć partnera, i robienia tego, co należy robić, kiedy już go znajdziemy, trzeba ciągle doskonalić. Chemia pożądania i chemia fascynacji są podobne, ale nie takie same. Testosteron sprawia, że jesteśmy napalone, dopamina dodaje nam energii, żeby iść do przodu, a oksytocyna uwalnia nas od lęku przed obcymi, żebyśmy mogły zrzucić z siebie ubranie i zbliżyć się do mężczyzny. Jednak w pożądaniu, popędzie biologicznym w dążeniu do seksualnego zaspokojenia, bardziej chodzi o testosteron, a mniej o oksytocynę.

Estrogen może sprawić, że będziemy bardziej podatne na bodźce seksualne, i pomóc nam pozbyć się zahamowań, ale to testosteron jest pedałem gazu. Testosteron w pewnym stopniu stanowi nawet podstawę flirtu. Podczas gdy romantyczna miłość jest zarezerwowana wyłącznie dla jednego wymarzonego partnera, obiektem pożądania nie jest idealny mężczyzna, ale raczej „prawie każdy mniej więcej nadający się facet”. Chodzi tutaj nie tyle o „Pana Właściwego”, ile o „Pana Właściwego na Chwilę”. Mechanizm neuronowy wywołujący fascynację nie pozwala na zakochanie się w dwóch różnych osobach jednocześnie, ale można czuć pożądanie w stosunku do więcej niż jednej osoby w tym samym czasie. Kolejną podstawową różnicą jest to, że po seksie ogień pożądania szybko gaśnie, natomiast w przypadku fascynacji częsty seks po prostu przyczynia się do budowania pozytywnych uczuć.

U kobiet testosteron, produkowany w nadnerczach i jajnikach, wzmacnia skłonność do rywalizacji, asertywność i pożądanie. W wieku dojrzewania poziom testosteronu u dziewczynek jest pięciokrotnie wyższy niż normalnie, ale równocześnie poziom estrogenu wzrasta dziesięcio-, dwudziestokrotnie powyżej normy, więc testosteron jest w dużym stopniu zbilansowany. U chłopców w okresie dojrzewania poziom testosteronu rośnie dwudziestopięciokrotnie i nie jest równoważony żadnymi innymi łagodzącymi czynnikami hormonalnymi, co w praktyce oznacza, że chłopcy mają o wiele silniejszy popęd seksualny niż dziewczynki. Ponadto u chłopców ilość testosteronu utrzymuje się na stałym poziomie, a u dziewczynek podlega cyklicznym zmianom. W rezultacie ci pierwsi są bardziej konsekwentni w tym, co robią, co sprowadza się głównie do odczuwania stałego podniecenia. Chłopcy częściej mają fantazje seksualne i się masturbują, co nie oznacza, że dziewczyny tego nie robią. Co ciekawe, gwałtowny wzrost poziomu testosteronu u dziewczynki w wieku dojrzewania może wyznaczać czas pierwszego stosunku.

Kobiety inaczej postrzegają różnicę między przelotną znajomością a związkiem na całe życie. W ciągu ostatnich kilku lat napisano liczne artykuły o tym, że współczesne kobiety, na studiach i tuż po ich ukończeniu, są tak skupione na tym, żeby zacząć odnosić sukcesy na polu zawodowym, że wybierają przypadkowy seks, a nie długofalowe związki. Wolą zaspokajać swoje potrzeby na własnych warunkach i nie psuć sobie kariery tak skomplikowanymi uczuciami jak miłość. Coraz większą wolność na tym polu zawdzięczają Ruchowi Wyzwolenia Kobiet i powszechności doustnych środków antykoncepcyjnych. Uprawianie seksu zostało oddzielone od związków opartych na zobowiązaniach i odpowiedzialności, jaką niesie ze sobą macierzyństwo. To stosunkowo nowe zjawisko i całkowicie je rozumiem. Ale chciałabym was przestrzec przed jedną rzeczą w kwestii przypadkowych przygód seksualnych. Nie oszukujcie się. Pożądanie i seks mogą wywoływać uczucie fascynacji, a nawet miłość. Podniesiony poziom testosteronu może zwiększyć wydzielanie dopaminy i noradrenaliny i obniżyć poziom serotoniny, co przypomina chemię mózgu osoby zakochanej. Natomiast seks, dzięki oksytocynie, na pewno rodzi poczucie przywiązania i więzi. Testosteron może pobudzić wydzielanie oksytocyny, tak jak orgazm, który z pewnością będzie miał podobne działanie. Kiedy szczytujecie albo przytulacie się po seksie, hormony więzi mogą niepostrzeżenie zacząć działać, nawet jeśli miałyście zamiar uprawiać jednorazowy seks. Dzięki oksytocynie może się okazać, że poczujecie miłość i przywiązanie do „Pana Właściwego na Chwilę”.

Kobiety odczuwają silną potrzebę bliskości i przytulania. Wiele z nas używa seksu jako środka służącego zdobyciu miłych wspomnień i przytulania, w zasadzie kupując sobie te doświadczenia za doznania seksualne. Mężczyźni także są spragnieni bliskości. W gabinecie seksuologa często skarżą się na to, że brakuje im dotykania niezwiązanego z seksem. Jednak obejmowanie się nago pobudza wydzielanie oksytocyny, hormonu więzi, więc może być ci ciężko przez dłuższy czas traktować taką znajomość jedynie jako „przyjaźń z usługami seksualnymi”.

CHEMIA SEKSU

Zakochany mózg przypomina szereg powiązanych ze sobą pętli. Hormony mogą wywoływać pewne zachowania, ale równie często to zachowania wpływają na hormony. Aktywność seksualna pobudza wydzielanie testosteronu, co z kolei podkręca pożądanie i stymuluje wydzielanie dopaminy. Euforia i podniecenie wywołane dopaminą pobudzają wydzielanie testosteronu. Dopamina i szczególnie oksytocyna zwiększają wrażliwość na dotyk. Im więcej kontaktów cielesnych, przytulania, całowania, patrzenia sobie nawzajem w oczy i pobudzania sutków, tym więcej wydziela się oksytocyny, która stymuluje testosteron, a następnie dopaminę.

Oksytocyna i endorfiny nie tylko wywołują podniecenie i przyjemność, ale także sprzyjają powstawaniu uczucia bliskości i odprężenia. Kiedy kobieta jest podniecona pobudzaniem sutków, wydziela się oksytocyna, podobnie jak podczas karmienia noworodka piersią. Dalsze pieszczoty pochwy, łechtaczki i szyjki macicy jeszcze bardziej zwiększają ilość oksytocyny i estrogenu, czego efektem jest silna potrzeba penetracji i rozszerzenie mięśni pochwy, która przygotowuje się na to, co ma nastąpić. Estrogen angażuje się w każdą fazę pobudzenia seksualnego, sprawia, że kobiety stają się bardziej podniecone i nawilżone, oraz pobudza wydzielanie oksytocyny. W miarę rozwoju aktu seksualnego rośnie poziom oksytocyny, który osiąga kulminację w momencie wybuchu orgazmu. Estrogen i testosteron stawiają mózg w stanie najwyższej gotowości po to, żeby w cały proces mogły włączyć się dopamina i noradrenalina, nasze dwie chemiczne przyjaciółki, które przekazują komunikat „wstań i zauważ”. Oczywiście dopamina sprawia, że zwracamy uwagę na bodźce, takie jak seks, które mogą zaspokoić nasze potrzeby. Dzięki niej odczuwamy przyjemność. Ponadto wzmacnia doznania zmysłowe i pobudza system nagrody, który motywuje nas do dalszego działania i doprowadza do orgazmu.

W naszym organizmie działają dwa konkurujące ze sobą systemy: współczulny i przywspółczulny. Pierwszy jest oparty na reakcji „walcz lub uciekaj”, natomiast drugi odpowiada za odpoczynek i trawienie. Wyrzut noradrenaliny uruchamia układ współczulny, przyśpieszając akcję serca, podnosząc ciśnienie krwi i sprawiając, że nasz oddech staje się ciężki. Równoważąc to działanie, układ przywspółczulny także angażuje się w cały proces i kieruje przepływ krwi do genitaliów. Seks opiera się na zachowaniu subtelnej równowagi między pobudzaniem tych dwóch układów, które nieustannie się przełączają. We wczesnej fazie zbyt duże pobudzenie przypominające wyrzut adrenaliny może utrudniać, a nawet uniemożliwiać, przejście do fazy plateau i osiągnięcie orgazmu, działając podobnie do takich środków pobudzających jak kokaina i spid. (Jednak niektórzy ludzie potrzebują silnego wybuchu adrenaliny, żeby dobiec do mety).

W finale endorfiny znajdują się w centrum uwagi i sprawiają, że czujemy się wspaniale i pragniemy nieustannie uprawiać seks. Endorfiny podnoszą również próg odporności na ból. W trakcie szczytu pobudzenia seksualnego zwiększa się ona o połowę. Czyżby to wyjaśniało działanie zacisków na sutki? Kiedy jesteście w stanie maksymalnego pobudzenia i na haju pod wpływem heroiny wytwarzanej przez wasz własny mózg, to nie tylko w mniejszym stopniu odczuwacie ból, ale również rozkosz seksualna i ból w pewnym stopniu nakładają się na siebie, ponieważ mechanizmy ich powstawania są ze sobą ściśle powiązane. Jeśli pociąga was seks analny albo ssanie palców stóp, wiedzcie, że bodźce analne biegną tymi samymi drogami, co bodźce genitalne, a obszar mózgu, który przewodzi impulsy czuciowe z genitaliów, znajduje się tuż obok obszaru przewodzącego bodźce z palców stóp. Odpowiednie pobudzenie jednego z tych obszarów powoduje przeniesienie bodźców do części mózgu odpowiedzialnej za wrażenia czuciowe dotyczące genitaliów. Mechanizmy przewodzenia impulsów nerwowych w piersiach i genitaliach także nakładają się na siebie, co może tłumaczyć fakt, że niektóre kobiety potrafią osiągnąć orgazm sutkowy. Czyż mózg nie jest cudowny? Istnieje też całe mnóstwo dowodów naukowych na to, że rozkosz seksualna pobudza również układ endokannabinoidowy, czyli naturalne kannabinoidy, które znajdują się w naszym organizmie.

CHEMIA ORGAZMU

Orgazmy są dla was korzystne. Redukują śmiertelność, dobrze działają na serce i układ sercowo-naczyniowy, zapobiegają endometriozie, a kiedy nadchodzi właściwy moment, ułatwiają zajście w ciążę i donoszenie jej do terminu porodu. Dopamina inicjuje rozkosz seksualną, a za drugi akt, którego apogeum stanowi orgazm, odpowiadają endorfiny. Oksytocyna i dopamina odgrywają dużą rolę w doprowadzaniu nas do orgazmu, ale sam moment szczytowania i jego odurzające efekty zawdzięczamy działaniu potrójnej mieszanki oksytocyny, endorfin i PEA, przypominającego halucynogen związku chemicznego w mózgu, który sprawia, że możemy poczuć się tak, jakbyśmy naprawdę wyszły „daleko poza ciało”. Odjechane, psychodeliczne doświadczenia wyjścia z ciała albo na zmianę śmiech i płacz to zupełnie normalne reakcje podczas orgazmu.

Oksytocyna sprawia, że czujesz się związana ze swoim kochankiem. Wywołuje odprężenie i rodzi w tobie poczucie spokoju, bezpieczeństwa i zaufania, potrzebne do tego, żeby osiągnąć orgazm. Osiągając najwyższy poziom w czasie orgazmu, wywołuje skurcze macicy, które pomagają „wessać” nasienie do jej szyjki. Może być także źródłem wspaniałych uczuć otwartości, zaufania i poczucia więzi. U kobiet miłe emocje wywołane przez oksytocynę trwają od jednej do pięciu minut po orgazmie.

Po szczytowaniu rośnie też poziom serotoniny, wywołując poczucie szczęścia, odprężenia, zadowolenia seksualnego i zaspokojenia. U niektórych kobiet po orgazmie uruchamia się negatywna pętla przyczynowo-skutkowa, której towarzyszy wydzielanie prolaktyny, co sprawia, że czują się senne, otumanione, a często znacznie mniej chętne na seks. Inne natomiast po doświadczeniu zwiększonej dawki przyjemności reagują zawsze tak samo: „Chcę więcej”. Zdarza się czasem, że dopamina, noradrenalina i testosteron podsycają chęć na seks. Oksytocyna także zwiększa wrażliwość na dotyk i potrzebę przytulania się nago, co z kolei może spowodować następny skok poziomu testosteronu.

PRZEPŁYW KRWI W MÓZGU PODCZAS ORGAZMU – PIKANTNE SZCZEGÓŁY

Laboratorium Barry’ego Komisaruka na Uniwersytecie Rutgersa w północnej części stanu New Jersey to największa jednostka naukowo-badawcza na świecie, która zajmuje się badaniami nad orgazmem. To tutaj mężczyźni i kobiety wjeżdżają do aparatu tomografii komputerowej, gdzie muszą leżeć nieruchomo z głową w komorze pomiarowej. Następnie przeprowadza się pomiary przepływu krwi w mózgu, podczas gdy pacjenci przeżywają orgazm. Od lat w laboratorium prowadzone są badania nad tym, co wywołuje orgazm, łącznie z przyglądaniem się kobietom, które potrafią szczytować na skutek fantazji seksualnych. Bada się tu również, czy kobiety, które doznały urazu kręgosłupa, nadal mogą przeżywać orgazm. (Okazuje się, że mogą, pod warunkiem że nie został uszkodzony nerw błędny, który unerwia genitalia).

Najnowsze badania przeprowadzone w laboratorium prezentują różnice między orgazmem osiąganym przez masturbację a tym, który jest efektem zaspokojenia przez partnera. Większość z nas z pewnością z miejsca zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że te dwa rodzaje orgazmu różnią się między sobą pod względem jakości, szczególnie jeśli chodzi o bogactwo emocji. Pytanie, czy różnią się również pod względem fizjologicznym? Początkowo uważano, że tak.

Podczas orgazmu do mózgu płynie krew bogata w tlen i składniki odżywcze. W miarę zbliżania się szczytowania następują zmiany w przepływie krwi do mózgu. Po pierwsze zostaje aktywowana kora somatosensoryczna, część mózgu, która przewodzi wrażenia czuciowe. Następnie obserwuje się zmniejszony przepływ krwi do kory czołowej. Chcemy mniej krwi w korze czołowej, bo tak jak w samochodzie, musimy zdjąć nogę z hamulca, żeby jechać do przodu, a kora czołowa mogłaby zahamować cały mechanizm. Niedługo potem aktywowana jest drugorzędowa kora czuciowa somatosensoryczna, która wzbogaca doznania fizyczne o komponent emocjonalny. Następnie zwiększa się przepływ krwi do ciała migdałowatego, centrum zarządzania twoimi emocjami, a potem do podwzgórza, które jest odpowiedzialne za wydzielanie oksytocyny.

Ostatnią część układanki stanowi układ dopaminowy, który leży u podłoża dążenia do zdobycia nagrody oraz przeżycia przyjemności i euforii. Ten system w mózgu odpowiada za ostatni krok na drodze do spełnienia seksualnego. Dopamina nie tylko pomaga nam zwrócić uwagę na naszą nagrodę, skupić się na niej i bacznie ją śledzić, ale również nadaje temu wydarzeniu priorytetowe znaczenie. Dlatego nie bądźcie zaskoczone, kiedy mężczyzna, na którym do tej pory średnio wam zależało, nagle zyska w waszych oczach, ponieważ doprowadził was do orgazmu przez duże „O”. Skoki poziomu dopaminy obniżają także progi czuciowe, żeby zintensyfikować nasze doznania, i przygotowują nasz mózg na większą dawkę przyjemności. Czy któraś z was ma ochotę na wielokrotne orgazmy? (Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej na temat rozkoszy seksualnej, przeczytajcie, proszę, rozdział o seksie).

Rozdział 4

Małżeństwo i jego niedogodności

W miarę upływu czasu chemia fascynacji ulega zmianie i po sześciu-osiemnastu miesiącach zaczyna stopniowo odpływać, a jej miejsce powoli zajmuje chemia przywiązania. Dzięki temu, że w naszym organizmie krąży mniejsza ilość dopaminy, noradrenaliny i fenyloetyloaminy (PEA), miłość zaangażowana jest spokojniejsza, nie mamy już spoconych dłoni ani motyli w brzuchu. Zgodnie z opisanym wcześniej mechanizmem huśtawki, niższy poziom dopaminy automatycznie oznacza wyższy poziom serotoniny. Mechanizm nagrody nie zostaje uruchomiony, a płaty czołowe mózgu działają na pełnych obrotach, wobec czego dzięki stabilnej ilości serotoniny racjonalne myślenie wygrywa z burzą emocjonalną. Wyniki badania, w którym porównano poziom serotoniny u pacjentów z nerwicą natręctw i osób w stanie zauroczenia, wykazały, że w końcu ulega on stabilizacji na etapie przywiązania, kiedy kochanek przestaje być przedmiotem obsesyjnych myśli. Mniejsza ilość dopaminy oznacza również mniejszą ilość testosteronu u obojga partnerów, więc czynnik odpowiedzialny za pożądanie ulega znacznemu osłabieniu. Poziom testosteronu u mężczyzn, którzy są w stałym związku dłużej niż rok, jest niższy w porównaniu do tych, którzy przeżywają pierwsze pół roku stałej znajomości.

Chciałabym tutaj przywołać kwestię wyboru „tata kontra drań”. U mężczyzn wyższy poziom testosteronu („drań”) osłabia potrzebę nawiązania więzi. Męski facet może być wspaniałym wyborem na jednorazową przygodę seksualną i zapewnia materiał genetyczny z górnej półki, ale stały związek i zmienianie pieluch nie leżą w jego naturze. Ptaki, którym podaje się większą dawkę testosteronu, porzucają swoje gniazda. Mężczyzna o niższym poziomie testosteronu może być wspaniałym ojcem i mieć mniejszą skłonność do porzucenia rodziny, ale prawdopodobnie nie będzie miał supermęskiego podbródka. I jeszcze jedno: zwykle na etapie rodzicielstwa mniejsza ilość testosteronu zapewnia, że ojcowie skupiają się na swoim nowo narodzonym dziecku i nie odchodzą. Tak więc ojcostwo mogłoby pomóc zamienić „drania” w „tatę”. A zatem nie tylko mężczyźni o niższym poziomie testosteronu mają większą wrażliwość na potrzeby dziecka, ale również „obowiązki rodzicielskie” mogą obniżać poziom testosteronu u tych bardziej „męskich”.

Długotrwały, zaangażowany związek bywa czasem nazywany „harmonijnym”. Zażyłość i obcowanie ze sobą wywołują poczucie komfortu, dobrego samopoczucia, wewnętrznej harmonii, a nawet zmniejszają wrażliwość na ból, co zawdzięczamy oksytocynie i endorfinom, które przez cały czas robią swoje.

W neurochemii stałego związku może brakować intensywności fazy początkowej fascynacji, jednak trzeba docenić wpływ długofalowej relacji na nasze dobre samopoczucie. Kiedy jednak chemiczna więź pierwszych dni znajomości znika, pary, które decydują się pozostać razem, muszą włożyć więcej wysiłku, żeby utrzymać związek. Monogamia może mieć szczególnie negatywny wpływ na libido, co częściej dotyka kobiet niż mężczyzn.

U kobiet więź emocjonalna jest związana głównie z oksytocyną (i estrogenem, który wzmacnia jej działanie), a u mężczyzn – z hormonem zwanym wazopresyną. To hormony przywiązania i tworzenia więzi. Szczególnie wazopresyna jest uważana za hormon monogamii i wyłączności, który nie tylko wzmacnia zaangażowanie mężczyzny w związek z kobietą, ale również leży u podłoża bliskiej, silnej więzi między mężczyznami bez kontaktów seksualnych – bromance11. Podobnie jak w przypadku oksytocyny i testosteronu, które rywalizują między sobą, wazopresyna i testosteron także często są w konflikcie. Wazopresyna zmniejsza wpływ testosteronu na rywalizację i agresję, sprzyja obronie i ochronie potomstwa oraz w sposób istotny zapobiega swobodzie seksualnej i niewierności. U monogamicznych norników preriowych, którym podaje się wazopresynę, bierze górę testosteron. Bzykają się z jedną samicą, po czym porzucają ją dla innej.

W badaniach nad genem receptora wazopresyny (w książce Mózg kobiety12 nazwanym „genem monogamii”) odkryto dwie jego wersje, o długim i krótkim łańcuchu peptydowym. Wersja z dłuższym łańcuchem wiąże się z większą skłonnością do tworzenia więzi oraz zachowaniami sprzyjającymi łączeniu się w pary i bardziej pożądanymi społecznie. Taką wersję genu mają nasi kuzyni z rodziny naczelnych, szympansy karłowate (bonobo), które są skore do tego, żeby się przytulać, całować, a nawet uprawiać seks, aby utrzymać równowagę wewnętrzną w stadzie. Wariant genu o krótszym łańcuchu peptydowym występuje w populacji szympansów zwyczajnych. Co ciekawe, krótsza wersja genu znajduje się u ludzi cierpiących na autyzm, którzy mają pewne deficyty w zachowaniach społecznych i nawiązywaniu więzi.

Wazopresyna ułatwia także jasność myślenia, uważność, zapamiętywanie i panowanie nad emocjami. W obrazowaniu mózgu magnetycznym rezonansem jądrowym, które przeprowadziła antropolożka Helen Fisher, u ludzi zaangażowanych w długie, stałe związki zaobserwowano wzmożoną aktywność przedniego zakrętu obręczy (w którym oddziałują na siebie uważność, emocjonalność i zapamiętywanie) oraz wyspy, w której są przetwarzane emocje. Wynika z tego, że mózg tworzy i segreguje pamięć o emocjach. Początkowa faza fascynacji jest płomienna i namiętna, a faza przywiązania – bardziej spokojna, zrelaksowana i rozluźniona. W obu fazach najczęściej występującą substancją chemiczną jest oksytocyna, która przyciąga do siebie dwoje ludzi, osłabia ich mechanizm obrony, który sprawia, że obawiają się zaufać partnerowi i stworzyć z nim związek, a potem podtrzymuje więź. Kontakt wzrokowy, „zakotwiczenie wzroku”, jest bardzo skuteczną metodą nawiązywania relacji z kobietami, ponieważ wywołuje poczucie intymności, a często nawet pragnienie zbliżenia seksualnego. Omijanie wzrokiem, odwracanie się albo jakiekolwiek zachowanie, które uniemożliwia nawiązanie więzi, może pobudzać hormony stresu, które wchodzą w drogę oksytocynie i endorfinom.

Jesteśmy zaprogramowani do potrzebowania więzi i tworzenia relacji z innymi ludźmi. W ponad dziewięćdziesięciu krajach, w których przeprowadzono badania na temat związków, więcej niż 90% kobiet w wieku czterdziestu dziewięciu lat przynajmniej raz wyszło za mąż. W Stanach Zjednoczonych pobieramy się, rozwodzimy i ponownie wstępujemy w związki małżeńskie częściej niż w innych krajach, ale połowa dorosłych Amerykanek w wieku powyżej osiemnastu lat jest niezamężna. Od 2000 roku liczba ta wzrosła z czterdziestu pięciu do pięćdziesięciu sześciu milionów. Małżeństwa zawarte po raz pierwszy kończą się rozwodem w czterech na dziesięć przypadków. Najniższy odsetek rozwodów notuje się wśród par z wyższych warstw klasy średniej, po studiach, i wynosi on jeden do trzech. W Ameryce lepiej już być nie może.

Na samym dole piramidy potrzeb ludzkich Maslowa znajdują się podstawowe potrzeby fizjologiczne: pożywienie i schronienie. Wyżej umieszczona została potrzeba bezpieczeństwa, dalej mamy potrzeby miłości i przynależności, potrzeby szacunku i uznania, aż dochodzimy do najwyższej w hierarchii: potrzeby samorealizacji. Podobnie wyglądała ewolucja małżeństwa, począwszy od jego charakteru instytucjonalnego, kiedy zaczęło istnieć jako forma ochrony przed przemocą, zapewniając pożywienie i schronienie, poprzez harmonijny związek oparty na miłości i seksie, aż po małżeństwo czerpiące z samorealizacji obojga partnerów. W naszych czasach w większym stopniu niż niegdyś oczekujemy od związku partnerskiego, że będzie dla nas wsparciem na drodze rozwoju osobistego i odkrywania samych siebie. Jakość małżeństwa sprzyja naszemu dobremu samopoczuciu. Problemy małżeńskie prowadzą do depresji i innych dolegliwości psychicznych, a korzyści bycia w stałym związku pomagają nam utrzymać dobrą kondycję zdrowotną i energię.

DOPEŁNIASZ MNIE. NIENAWIDZĘ CIĘ

Natura skłania nas, abyśmy wiązali się z kimś, kto ma inny system odpornościowy, ponieważ zwiększa to repertuar środków obrony u naszych dzieci. Zarówno jeśli chodzi o główny układ zgodności tkankowej (MHC), jak i stan odporności, dla naszych pociech najzdrowsze są owoce związku dwóch przeciwieństw. Moje dzieci lubią mieć świadomość, że z jednymi rzeczami powinny pójść do taty, a z innymi do mamy. Każde z nas wnosi inne talenty i umiejętności, dzięki czemu nie tylko budujemy silniejszy związek i nawzajem się dopełniamy, ale także wydajemy na świat zdrowe krzyżówki.

W związkach często chcemy, żeby nasz partner był wszystkim tym, czym my nie jesteśmy. Pewne zachowania u innych przypominają nam o dawnych, zepchniętych na dno podświadomości aspektach naszego „ego”. W dzieciństwie zostaliśmy ukształtowani przez reakcje rodziców na nasze zachowania. Unikaliśmy kłopotliwych zachowań, tłumiliśmy intensywność naszych emocji i ukrywaliśmy nasze potrzeby, żeby ułatwić im zadanie. Tymczasem po jakimś czasie zaczęło nam brakować tych porzuconych aspektów naszej osobowości. Bardzo chcielibyśmy na nowo zintegrować zapomniane części naszego „ja”, żeby osiągnąć wymarzoną pełnię. I tutaj zaczyna się magia spotkania dwojga ludzi, którzy rozpalają w sobie nawzajem iskrę oświetlającą głęboko schowane części ego. Dopełniasz mnie. Jesteś wszystkim tym, czym ja nie jestem, i razem tworzymy coś wspanialszego i lepszego, niż gdybyśmy działali w pojedynkę.

Na początkowym etapie miłości czułe słowa w rodzaju „skarbie” i „kochanie” przypominają nam o naszym pierwszym pozytywnym doświadczeniu miłości, kiedy byliśmy dziećmi w ramionach matki. Podobnie jak we wczesnym dzieciństwie zostaje zaspokojona nasza potrzeba bezpiecznej więzi z kimś, kto nas kocha i się o nas troszczy. W tym czasie wszystko idzie dobrze. Jednak po tym magicznym okresie następuje faza walki o władzę, kiedy zaczynają nas irytować denerwujące tiki i zwyczaje partnera. Te same rzeczy, które z początku nas w nim pociągały, teraz doprowadzają nas do szału. Uświadamiamy sobie, że osoba, z którą wzięliśmy ślub albo związaliśmy się w inny sposób, w ogóle nie jest do nas podobna, dlatego musi się zmienić albo trzeba będzie się leczyć. W szpitalu psychiatrycznym.

Podczas gdy my walczymy, żeby nadal zaspokajać swoje potrzeby miłości i więzi z wczesnego dzieciństwa, osoba, którą wcześniej postrzegaliśmy jako efekt wysłuchania gorących modlitw, staje się w naszych oczach chodzącym koszmarem. Manewrujemy i manipulujemy, wycofujemy się i straszymy, płaczemy i krytykujemy, ale partner nie jest w stanie sprostać naszym potrzebom. W emocjonalnym arsenale metod „wet za wet” na przemian korzystamy z wrzasków i czyścimy konto do zera. Skoro ty nie chcesz zrobić tego, na czym mi zależy, to ja też nic dla ciebie nie zrobię. W końcu przekonujemy się, że ani nie jesteśmy w stanie zmienić drugiej osoby, ani sprawić, żeby kochała nas tak, jak my tego potrzebujemy. W tym momencie często decydujemy się na romans, rozwód, rozluźnienie stosunków charakterystyczne dla małżeństwa, które nie uprawia seksu (bardzo często spotykane w populacji moich pacjentek), albo, miejmy nadzieję, na terapię dla par.

Zrozumienie, dlaczego w związku pojawia się ten etap, stanowi kluczową broń wśród środków walki o przetrwanie miłości. Fascynacja, jak dwubiegunowy magnes, może zamienić się we wstręt. Osoby, które przypominają nam o tym, kim nie jesteśmy, budzą w nas odrazę. Nauczono nas przecież nienawidzić tych cech, które za namową rodziców zepchnęliśmy na dno podświadomości, więc teraz je odrzucamy. Dlatego jeśli ktoś naprawdę działa nam na nerwy niektórymi swoimi zachowaniami, spróbujmy odwrócić sytuację i przyjrzeć się sobie. Istnieją duże szanse, że to projekcja nienawiści do samych siebie podsyca naszą palącą wściekłość.

Warto pamiętać o czymś jeszcze: kiedy projektujemy na naszych partnerów krzywdy, których doznaliśmy, brak poczucia bezpieczeństwa, lęki, złość i inne uczucia, których doświadczyliśmy w naszej traumatycznej przeszłości, odtwarzamy środowisko, w którym się wychowaliśmy. Jeśli nasi rodzice byli godni zaufania i pełni ciepła, taki model związku będzie nas pociągał w dorosłym życiu. Jeśli zaniedbywali swoje obowiązki, nie angażowali się, byli niekonsekwentni i skupieni na sobie, wybierzemy partnera o takich właśnie cechach.

Mózg nie jest zbyt dobry w szukaniu przyczyn cierpienia, którego doświadczamy tu i teraz, w wydarzeniach z przeszłości. Partnerzy często nieświadomie uruchamiają w sobie nawzajem różne mechanizmy, odtwarzając sceny z dzieciństwa, które w przeszłości zostały oznaczone jako istotne z emocjonalnego punktu widzenia. Bez względu na to, jak sielankowe miałyście dzieciństwo, przeżyłyście psychiczną traumę. Wasze potrzeby w jakimś stopniu nie zostały zaspokojone i byłyście tym przygnębione. Wszystko, co przypomina tę niedoskonałą więź z wczesnego dzieciństwa, będzie wywoływać niepokój w sieci połączeń neuronowych w mózgu, które są odpowiedzialne za stres, i w całym organizmie. Ośrodki pamięci w hipokampie z pomocą ciała migdałowatego, czyli ośrodka lęku, ocenią, jak duży ładunek emocjonalny niesie ze sobą dana sytuacja. W płacie czołowym jest podejmowana ostateczna decyzja, jakie uczucia mamy wyrazić. Dlatego im bardziej jesteście świadome swoich emocji i obecne tu i teraz, tym mniej emocjonalne będą wasze reakcje. Mindfulness wzmacnia inhibicję przedniego płata czołowego, części mózgu wysyłającej komunikat „nie rób tego, bo będziesz żałować”. Silne emocje wyłączają wyższe funkcje poznawcze. Praktykowanie mindfulness może pomóc wam utrzymać równowagę emocjonalną w sobie i w relacjach z partnerem. Zwiększenie świadomości pozwoli wam wzmocnić tę „nadrzędną” kontrolę, stymulując racjonalność i studząc nadmierną emocjonalność. W ten sposób staniecie się świadomym małżeństwem, które praktykuje mindfulness, żeby utrzymać silną więź.

Na jodze zwykle nienawidzimy wykonywać pozycji, których nasz organizm najbardziej potrzebuje. Dlatego właśnie są najtrudniejsze. Odsłaniają nasze najsłabsze, najmniej rozciągnięte części ciała. W życiu, co wydaje się oczywiste, najwięcej możemy się nauczyć od tych ludzi, którzy są dla nas największym wyzwaniem. W przeciwieństwie do par współuzależnionych, które pielęgnują niezdrowe zachowania, świadomi partnerzy wzmacniają u siebie nawzajem pozytywne i zdrowe aspekty zachowania i przechodzą wspólnie przez proces uzdrawiania ran z dzieciństwa. Powinniście dążyć do kompromisu i poszerzać wspólny repertuar zachowań. Ponieważ stanowicie swoje przeciwieństwa, każde z was dysponuje strategią rozwoju osobistego partnera. Człowiek dąży do osiągnięcia równowagi między cechami żeńskimi i męskimi. Podobnie robią pary. Harmonia yin i yang, które wnosicie do związku jako jednostki, przyniesie korzyści wam obojgu.

Kiedyś mojej pacjentce, która nieustannie narzekała na męża, powiedziałam coś takiego: „Przestań skupiać się na tym, jak bardzo on się od ciebie różni. Nikt nie jest dokładnie taki jak ty i z pewnością nie chciałabyś związać się z kimś, kto byłby twoją wierną kopią. Dzięki tym wszystkim różnicom między wami wasz związek dobrze działa. Przeciwieństwa z jakiegoś powodu się przyciągają. We dwoje możecie stworzyć więcej niż każde z osobna. Na przykład skuteczną drużynę”.

PODZIAŁ PRACY: SEKS I WŁADZA

A teraz coś interesującego: kobiety upodabniają się do mężczyzn, o których poślubieniu kiedyś marzyły. Liczba kobiet, które są jedynymi albo głównymi żywicielkami rodziny, gwałtownie wzrasta i stanowi obecnie 40% populacji w porównaniu do 11% w roku 1960. Wszystko się zmienia w stosunku do tego, gdzie byłyśmy w latach pięćdziesiątych, kiedy to ostrzegano nas: „Jeśli utoniesz w jego ramionach, obudzisz się z rękami utopionymi w jego zlewie”. Kobiety pragnęły wówczas mężczyzn, którzy robią karierę. Teraz to one przynoszą mięso do domu, a jedna na pięć zamężnych matek ma wyższe dochody niż mąż. Najnowsze badania przeprowadzone przez jedną ze szkół biznesu wykazały, że obecnie więcej kobiet postrzega sukces przez pryzmat kariery zawodowej, podczas gdy dla mężczyzn najważniejszy jest rozwój osobisty. W Nowym Jorku powszechnie funkcjonuje układ, w którym samica alfa pełni stanowisko kierownicze, a jej mąż pracuje zdalnie w domu albo w ogóle nie ma pracy. Za to odbiera dzieci ze szkoły i może nawet wykonuje część obowiązków domowych, kiedy mamusia ma spotkania i wyjazdy służbowe. Silna kobieta i mąż obibok. Widzicie? Przeciwieństwa naprawdę się przyciągają.

W ponad dwóch trzecich rodzin oboje rodzice pracują, więc podział obowiązków domowych to prawdziwa loteria. W moim przekonaniu ludzie są bardziej lub mniej skrupulatni w wykonywaniu różnych czynności, więc trzeba brać to pod uwagę przy podziale pracy. Przyznajcie się przed sobą nawzajem, które czynności nie sprawiają wam trudności. Ujawnianie swoich cech charakteru sprawia, że stajemy się bardziej autentyczni w relacji z drugim człowiekiem. Dzielenie się swoimi zarobkami i obowiązkami domowymi zmniejsza prawdopodobieństwo rozwodu, chyba że żona zarabia więcej od męża – wtedy partnerzy częściej zgłaszają kłopoty małżeńskie i rozważają separację. Największe szanse na udane małżeństwo mają pary, w których zarobki żony stanowią około 40% dochodów gospodarstwa domowego, a mąż wykonuje około 40% prac domowych.

Chociaż małżeństwo oparte na zasadach partnerskich daje większą satysfakcję pod względem emocjonalnym i przyczynia się do trwałości związku, to jest pewien wyjątek od tej reguły. Seks. Z jednej strony badane kobiety wyraźnie zaznaczały, że poślubienie mężczyzny, który chce pomóc w wychowywaniu dzieci i obowiązkach domowych, ma dla nich większe znaczenie niż poziom zarobków albo kwestie wiary. Chcemy poślubić gospodynię domową tak samo jak oni. Problem polega na tym, że jednocześnie wolałybyśmy nie uprawiać seksu z pomocą domową. Okazuje się, że seksizm jest sexy. Chcemy, żeby mężczyźni wykonywali męskie obowiązki, takie jak wyrzucanie śmieci albo naprawa samochodu. Kiedy nasi mężowie zmywają naczynia i robią pranie, rzadziej mamy ochotę się z nimi kochać.

Nie potrafię powiedzieć, ile spośród moich pacjentek żyje w małżeństwie bez seksu, ale jest ich o wiele więcej, niż byłabym skłonna przypuszczać. Żyją w doskonale zgodnych związkach partnerskich, w których podział obowiązków wydaje się właściwy, mają miłość i poczucie bezpieczeństwa, ale nie uprawiają seksu przez bardzo długi czas – miesiącami albo latami. Brakuje tej iskry, dreszczyku między partnerami, który jest niezbędny do zwierzęcego kopulowania. Energia seksualna potrzebuje zróżnicowania płci. Jestem męski, a ty jesteś kobieca i nasze bieguny się przyciągają. W gospodarstwach domowych, w których tatusiowie zajmują się domem, może się okazać, że on straci pewność siebie bez „pracy na etat”, a jego znękana, pracująca żona – szacunek do męża z powodu jego statusu społecznego. Mężczyźni, którzy zajmują się dziećmi i domem, mogą wydawać się nam mniej męscy, kiedy już wskoczymy wieczorem do łóżka, nawet jeśli zapewniamy ich, jak bardzo jesteśmy zadowolone z podziału obowiązków w ciągu dnia. Na czym polega problem? Równość i „zgodność we wszystkim” po prostu nie jest sexy.

Wiele z nas postrzega władzę jako jeden z elementów sprawiających, że seks staje się bardziej namiętny. Kontrola, dominacja i „branie siłą” to czynniki, które często wywołują podniecenie. Chociaż jesteśmy za równouprawnieniem kobiet, to niektórych nawyków bardzo trudno się pozbyć, szczególnie w sypialni. Z moich obserwacji wynika, że wśród kobiet częsta jest bezpośrednia zależność między posiadaniem władzy poza domem, na sali posiedzeń, a pragnieniem bycia uległą w sypialni. Z drugiej strony kiedy mężczyzna spędza całe dnie na pakowaniu zmywarki zgodnie z zaleceniami żony albo składa pranie, traci swój seksapil i nie może zaspokoić potrzeb seksualnych żony.

I wtedy pojawia się frustracja. Tak aseksualna i powszechna. Żony, które przychodzą do mojego gabinetu, stale skarżą się na to, jak ciężko pracują, jak nie dostają pomocy i wsparcia, którego potrzebują i na które zasługują, i jak nie da się zapomnieć o tych niedogodnościach, kiedy w końcu położą się do łóżka. Sypialnia czasem jest jedynym miejscem, w którym możemy powiedzieć „nie” i nie musimy się z tego tłumaczyć.

KRYZYS PO SIEDMIU LATACH MAŁŻEŃSTWA NAPRAWDĘ ISTNIEJE

Jak można się było spodziewać, im dana para ma dłuższy staż, tym większe prawdopodobieństwo, że w końcu pojawi się niewierność seksualna, co zdarza się najczęściej około siedmiu lat po ślubie. Kiedy zacierają się różnice między płciami, zmienia się również moment, w którym występuje kryzys. Kobiety częściej zdradzają swoich partnerów między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, a rzadziej między pięćdziesiątym a sześćdziesiątym, podczas gdy mężczyznom zdarza się to najczęściej w trzeciej lub czwartej dekadzie życia. U kobiet największe prawdopodobieństwo romansu występuje w siódmym roku małżeństwa, po czym stopniowo się zmniejsza. U mężczyzn ryzyko skoku w bok zmniejsza się w miarę upływu czasu aż do osiemnastego roku małżeństwa. Potem rośnie. Największe ryzyko zejścia z drogi cnoty jest zwykle związane z okresem ciąży i połogu. Przy czym może mieć w większym stopniu podłoże psychologiczne niż biologiczne, ponieważ poziom testosteronu u mężczyzn w naturalny sposób nieco spada, kiedy zostają świeżo upieczonymi tatusiami. Jeśli jednak w tym czasie ich potrzeby seksu i uwagi nie zostaną zaspokojone, mogą zacząć szukać zainteresowania gdzie indziej. U kobiet wszystkim steruje płodność, dlatego częściej zdradzają swoich partnerów w trakcie owulacji, z powodu gwałtownego skoku testosteronu, hormonu nowości.

CZY MONOGAMIA LEŻY W NASZEJ NATURZE? NIEZUPEŁNIE

Tak naprawdę bardzo niewiele gatunków zwierząt jest seksualnie monogamicznych: 3% ssaków i zaledwie jeden na dziesięć tysięcy bezkręgowców. Wśród ssaków łączenie się w pary jest rzadkie. Jedynie 3% wychowuje wspólnie potomstwo. „A pingwiny i łabędzie?”, zapytacie. Cóż, przykro mi, że rozwieję wasze złudzenia, ale one też nie uprawiają seksu z jednym partnerem przez całe życie. Pingwiny są monogamiczne, dopóki nie wyklują się młode. W następnym roku wybierają nowych partnerów. W ciągu swojego życia taki „monogamiczny” pingwin może założyć dwa tuziny rodzin. Chociaż łabędzie łączą się w pary, żeby razem wychowywać potomstwo, to w ich gniazdach, jak odkryto, mogą znajdować się młode pochodzące od wielu ojców. W zasadzie, kiedy przyjrzymy się potomstwu nielicznych „monogamicznych” ptaków i ssaków, to w stu procentach badanych gatunków pojawia się niewierność. Dlatego właśnie sądzę, że monogamia nie jest zgodna z naturą. Nie niepożądana, nie nieosiągalna, ale z pewnością niezgodna z naturą.

Przyjrzyjmy się naszemu drzewu genealogicznemu, na którym umieszczony jest rząd naczelnych. Przede wszystkim nie pochodzimy od małp. My jesteśmy małpami. Należymy do tej samej rodziny małp człekokształtnych (Hominoidea), do której należą także goryle, orangutany, szympansy i bonobo. Szympansy i bonobo (wcześniej nazywane szympansami karłowatymi) to nasi najbliżsi krewni z rzędu naczelnych. Samice bonobo i szympansów dobierają się w pary z wieloma samcami po kolei i wychowują potomstwo, które ma różnych ojców. Ludzie i bonobo, ale nie szympansy, uprawiają seks w pozycji misjonarskiej, patrząc sobie w oczy. I jedni, i drugie całują się z języczkiem i patrzą sobie w oczy, kiedy dobierają się w pary. Ludzie i bonobo mają ten sam kod genetyczny odpowiedzialny za uwalnianie oksytocyny, który pomaga nawiązać więź z kochankiem. Szympansy wolą penetrację od tyłu. Srom u samic szympansów jest umieszczony z tyłu, a nie z przodu jak u samic bonobo i kobiet.

W stadach bonobo pozycja społeczna samicy jest silniejsza niż pozycja samca, a starsze samice mają przewagę nad młodymi samicami. Bonobo są znacznie mniej agresywne niż szympansy. Seks stanowi metodę utrzymania porządku społecznego, a samice ocierają się o siebie genitaliami, żeby wzmocnić więzi między sobą. W tym miejscu należy zauważyć, że szympansica bonobo ma trzy razy większą niż my łechtaczkę, która zajmuje dwie trzecie sromu i jest położona optymalnie, jeśli chodzi o penetrację pochwy, więc ocieranie się o siebie genitaliami jest bardzo przyjemne. Dość powiedzieć, że u szympansów nie występuje ani matriarchat, ani ocieranie się genitaliami, żeby utrzymać zgodę w stadzie. Ludzie i bonobo jako jedyne gatunki uprawiają często seks homoseksualny i co najważniejsze, seks poza owulacją, co w królestwie zwierząt jest rzadkością. Monogamiczne zwierzęta połączone w pary rzadko kopulują i robią to tylko w celach reprodukcyjnych. Nie uprawiają seksu, żeby utrzymać zgodę w stadzie albo wzmocnić więzi.

Wśród wszystkich ssaków naczelnych, które żyją w stadach i wykazują zachowania społeczne, monogamia nie stanowi normy. Jedyna małpa, która jest monogamiczna, samotnicza i żyje w koronach drzew, to gibon należący do rodziny małp średniej wielkości. Ludzie są najbardziej społecznymi istotami spośród wszystkich naczelnych, no może z wyjątkiem bonobo, więc niemądrze byłoby twierdzić, że monogamia jest zgodna z naszą naturą. Dymorfizm płciowy (zróżnicowanie wielkości ciała w zależności od płci) wiąże się z męską rywalizacją o partnerki. Gdyby mężczyźni i kobiety byli monogamiczni, to mielibyśmy te same rozmiary ciała, podobnie jak gibony. Gdybyśmy byli wyłącznie poligamiczni (mężczyzna miałby wiele partnerek), mężczyźni byliby dwa razy więksi od kobiet, podobnie jak samce goryli i orangutanów. Szympansy, bonobo i mężczyźni są około dziesięciu do dwudziestu procent więksi i ciężsi od samic i kobiet, co wskazuje na to, że mamy podobne współczynniki swobody seksualnej.

BIOLOGIA NIEWIERNOŚCI – WAZOPRESYNA I NORNIKI PRERIOWE

Monogamiczne norniki preriowe, na temat których przeprowadzono wiele badań naukowych, utrzymują związek z jednym partnerem, wychowując kilka miotów młodych. Podobnie jak u ludzi, u samic norników seks pobudza wydzielanie oksytocyny, a u samców wazopresyny. Z drugiej strony norniki łąkowe są aspołeczne, prowadzą samotniczy tryb życia i uprawiają seks z przypadkowymi partnerami. Receptor wazopresyny u obu gatunków jest zupełnie inny. Kiedy do mózgu rozwiązłych samców norników łąkowych wszczepiono geny monogamicznych samców norników preriowych, powstało więcej receptorów wazopresyny, a zwierzęta zaczęły mieć bzika wyłącznie na punkcie jednej samicy i łączyły się z nią w parę.

Poziom wazopresyny u mężczyzn skacze w górę podczas pobudzenia seksualnego, co nie tylko doprowadza do wyboru określonego partnera, ale również wpływa na zdolność opieki samca nad potomstwem. Zapewne pomyślałyście sobie teraz: „Czy mogłabym wstrzyknąć wazopresynę mojemu mężowi?”. Nie, a poza tym niektórzy mężczyźni mają więcej wazopresyny niż inni. Hormon ten kodują różne rodzaje genów, a niektórzy panowie mają geny, których inni nie posiadają. Mężczyźni z wariantem genetycznym 334 uzyskali niższe wyniki w badaniu, jeśli chodzi o uczucie przywiązania do swoich żon, i częściej doświadczali kryzysu małżeńskiego w ciągu roku poprzedzającego test albo żyli w związku nieformalnym.

Poziom testosteronu nie tylko wywiera wpływ na popęd i wrażliwość na bodźce seksualne, ale ma również wiele wspólnego z niewiernością i instynktem rodzicielskim. Żonaci mężczyźni i ojcowie mają niższy poziom tego hormonu niż kawalerowie i mężczyźni bezdzietni. Tuż po zostaniu ojcem poziom testosteronu może spaść nawet o 30%. Mężczyźni, którzy spotykają się z wieloma partnerkami (poligamia), mają wyższy poziom testosteronu niż żonaci w związkach monogamicznych. Jak można się spodziewać, żonaci mężczyźni z wyższym poziomem tego hormonu uprawiają seks częściej niż faceci z niższym, a ci, którzy zdradzają, mają go więcej od tych, którzy tego nie robią. Podświadomie kobiety mogą sobie zdawać z tego sprawę. W jednym z badań oceniły one, że mężczyźni o niższym głosie (więcej testosteronu) mogą być bardziej niewierni, i częściej wybierały panów o bardziej męskich cechach jako partnerów na krótkie przygody niż na stałe związki.

EFEKT COOLIDGE’A

Anegdota o prezydencie Coolidge’u, znanym jako „Milczący Calvin”, opowiada o tym, jak pewnego razu był wraz z pierwszą damą oprowadzany po fermie drobiu. Kiedy pani Coolidge usłyszała, że kogut kopuluje dziesiątki razy dziennie, powiedziała do przewodnika: „Proszę opowiedzieć o tym mojemu mężowi”. Chwilę później prezydent, któremu przekazano uwagę żony, zapytał: „A robi to cały czas z tą samą kurą?”. „Nie. Za każdym razem z inną”, odpowiedział przewodnik. „Proszę to przekazać mojej żonie”, odparł na to Coolidge.

Tzw. efekt Coolidge’a, czyli zjawisko polegające na tym, że zmiana partnerek seksualnych pobudza libido, został udokumentowany u wielu samców ssaków, w tym u mężczyzn. Jednak okazuje się, że samice z rzędu naczelnych także podnieca zmiana partnerów. Nieznane samce są bardziej atrakcyjne niż znany stały partner. „Badania wykazały, że poszukiwanie nowych doświadczeń jest dla samic ważniejsze niż inne cechy”. Natura wszczepiła miłosne podboje do naszych genów, wzmacniając skłonność do dobierania się w pary i częstszego kopulowania, aby zwiększyć prawdopodobieństwo przekazania tych genów. Jeśli mężczyźni, którzy są zawodnikami, będą płodzić więcej dzieci, to w puli genów zwiększy się liczba zawodników.

Czy kiedykolwiek zastanawiałyście się nad tym, dlaczego mężczyźni, którzy wydają się mieć wszystko – sławę, pieniądze i kochającą rodzinę – nagle rzucają to dla czegoś innego? To natura bierze górę nad rozsądkiem i silną wolą. Nowość to najsilniej przyciągający czynnik. Wiele z nas jest „poszukiwaczkami nowości”. Lubimy nowe restauracje, nową muzykę, nowych przyjaciół i nowe zainteresowania. Badania sugerują, że ludzie, którzy zdradzają, lubią nowości, ale również są w większym stopniu ekstrawertykami niż ich partnerzy. A także szybciej się nudzą.

PRZESTRZEŃ

Partnerzy, którzy spędzają razem za dużo czasu, mogą w końcu stać się sobie zbyt bliscy. Podobnie jak ogień, który gaśnie pozbawiony tlenu, energia seksualna opada, kiedy nie ma przestrzeni, żeby swobodnie odetchnąć. Każde z was powinno wnieść do związku coś odrębnego i „innego”, co oznacza, że musicie wychodzić na zewnątrz i zdobywać własne doświadczenia. Babski wieczór przyniesie korzyści wam obojgu. Nie mylcie miłości ze zlewaniem się w jedno. Erotyka wymaga odrębności. Najpierw trzeba wyznaczyć granice, żeby móc je potem przekraczać.

Zazwyczaj jedno z partnerów jest bardziej przylepne, a drugie próbuje się wymknąć. Niektórzy ludzie czują się lepiej w parach, a na innych uspokajająco działa samotność. Kluczem jest tutaj kompromis, ponieważ każdy z nas ma swoje preferencje, jeśli chodzi o intymność. Niektórzy chcą dzielić się z partnerem wszystkim i być nierozłączni, podczas gdy inni potrzebują trochę przestrzeni tylko dla siebie.

Problem częściowo wynika z wpojonego nam przekonania, że nasz współmałżonek powinien zapewnić nam wszystko, czego potrzebujemy: miłość, bezpieczeństwo, towarzystwo i namiętny seks. Tymczasem intymność i poczucie komfortu, jakie daje stały związek, niosą ze sobą zupełnie inną energię (nie mówiąc już o chemii mózgu) niż erotyka i pożądanie. Zapewne najbardziej namiętny seks uprawiałyście z kimś, kogo nie znałyście zbyt dobrze, prawda? Radosne podniecenie, które towarzyszy spotkaniu dwojga ludzi, wynika z niepewności, dokąd ta znajomość zmierza i czy przetrwa. Kiedy jesteście ze sobą związani na stałe, ta iskra znika. Cała sztuka polega na tym, żeby zachować równowagę między potrzebami niezależności i nowości a potrzebami stałości i niezawodności. A nie jest to łatwe.

Nasz seks może być mniej namiętny, jeśli każde z nas nie „zasmakuje życia”, ale istnieje także konkurencyjna teoria, która mówi, żeby spędzać czas razem dla dobra związku. Pary, które raz na tydzień poświęcają chwilę na rozmowę lub jakąś wspólną aktywność, są częściej szczęśliwe niż partnerzy, którzy przeznaczają mniej czasu na umacnianie więzi. Małżonkowie, którzy mają wspólnych przyjaciół i częściej robią coś razem, cieszą się bardziej udanym związkiem. Począwszy od lat siedemdziesiątych, spędzamy coraz mniej czasu z naszymi partnerami (od trzydziestu pięciu do dwudziestu sześciu godzin tygodniowo), a więcej poświęcamy na aktywności poza domem, głównie na pracę. W przypadku par z dziećmi ilość wspólnych godzin spadła z trzynastu do dziewięciu.

Z emocjonalnej strony możemy domagać się spędzania więcej czasu razem, ale zwierzęce, płonące pożądaniem komponenty naszego „ja” mogą żądać, żebyśmy więcej czasu poświęcali samym sobie, zaspokajając potrzebę nowości. Zachowanie równowagi między potrzebą intymności a potrzebą izolacji stanowi nie lada wyzwanie i staje się często źródłem stresu w naszych związkach. Przede wszystkim trzeba uczciwie ocenić swoje potrzeby i pragnienia, po czym z miłością poinformować o nich swojego partnera. Nie można prowadzić negocjacji na temat kart, które nie zostały wyłożone na stół, dlatego odkryj swoje karty, żeby wygrać. Autosugestia na tę okazję brzmi tak: „Mogę to zrobić dla samej siebie” albo „Możesz to zrobić dla mnie”. Istnieje również wzajemna sugestia: „Robimy to dla siebie nawzajem”. Jeśli dwoje ludzi aktywnie uzdrawia swój związek, to związek odwzajemni im się tym samym. Poświęć uwagę tej przestrzeni między wami, a będziesz mogła z niej czerpać garściami.

JAK PRZETRWAĆ ZDRADĘ

Prawie jednej trzeciej małżeństw udaje się przetrwać zdradę. Niejednokrotnie odkrycie romansu może przynieść pozytywne zmiany w związku w postaci chęci przepracowania problemów, poprawy komunikacji czy jakości relacji. Zdrada stanowi okazję do przeformułowania zasad, na których zbudowane jest małżeństwo, i zrozumienia naszych nieuświadomionych zachowań, którymi grozimy partnerowi, żeby nie stawiał niczego ponad małżeństwo. Jedno z partnerów wyszło poza strefę komfortu waszej „wspólnej bańki”, żeby zaspokoić swoje potrzeby. To niezwykle istotna informacja, która pomoże wam wzmocnić świadome małżeństwo.

Zazwyczaj mężczyzna, który ma romans, uświadamia sobie, że żona w większym stopniu zaspokaja jego potrzeby i lepiej się nim opiekuje niż kobieta, dla której ją porzucił. Niestety wiele z nas ma wpojone przekonanie, że należy odrzucić skruszonego zdrajcę, ponieważ sytuacja może się powtórzyć. Seryjna monogamia – pożądanie, przywiązanie i zaangażowanie, które trwa do momentu zauroczenia kolejnym partnerem, po czym wszystko zaczyna się od początku – to nasza metoda borykania się z dwoma rywalizującymi ze sobą mistrzami, naturą i społeczeństwem.

PRZEFORMUŁOWANIE ZASAD

Niektóre pary uważają, że ważniejsza jest szczerość niż wierność. Akceptują fakt, że partnerzy czasem zainteresują się innymi kochankami, i nie chcą z tego powodu przekreślać całego związku. Mam kilka postępowych pacjentek, które za obopólną zgodą są niemonogamiczne. Oznacza to, że każde z partnerów ma świadomość tego, co robi drugie. Niektóre uprawiają seks grupowy, inne żyją w wolnych małżeństwach, a kilka określa się mianem poliamorycznych. Wspólnym mianownikiem, który łączy je wszystkie, jest świadomość i – nie bójmy się tego powiedzieć – sumienność. Partnerzy jasno określają zasady i czuwają nad ich przestrzeganiem oraz dyskutują na ten temat. Wszystko jest jawne, dzięki czemu mogą przejść przez cały proces razem. Wzajemne zaufanie opiera się na prawdzie.

Czasem to, że ludzie uprawiają seks poza stałym związkiem, nie jest spowodowane wadami drugiej osoby czy brakiem satysfakcji seksualnej. Co zrobić, jeśli na przykład jedno z partnerów jest biseksualne? Jak pisze Esther Perel w książce Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze, „pary precyzyjnie ustalające granice seksualności wcale nie kochają się mniej. Tak naprawdę to właśnie pragnienie, by utrzymać związek, popycha je do niestandardowych rozwiązań”13.

U obu płci wodzenie wzrokiem za kimś innym i głód nowych doznań w postaci nowych partnerów są zupełnie normalne i naturalne. Udawanie, że sytuacja wygląda inaczej, to trwanie w iluzji. To od nas zależy, co zrobimy z tymi pragnieniami. Powinnyśmy zacząć od otwartej rozmowy z partnerem na temat naszych potrzeb i pragnień. Szczera rozmowa może przynieść zaskakujące odkrycia, na przykład niektórych mężczyzn podnieca sama myśl o żonie w ramionach innego mężczyzny. Rozmawiajcie o swoich fantazjach i dzielcie się doświadczeniami spoza domu, kiedy już do niego wrócicie. Ukrywanie zdrady i okłamywanie partnera spowodują jedynie wstyd i stres, a w końcu i tak prawda może wyjść na jaw. Nie czekaj z ujawnieniem szczegółów, aż sytuacja wymknie się spod kontroli. Zadbanie o poczucie bezpieczeństwa w związku pomoże wam we wspólnym żeglowaniu po tych niebezpiecznych wodach i sprawi, że wasza relacja będzie odporna na burze.

SEKS NA OSTATNIM MIEJSCU: POKUSA MONOGAMII

Wiele osób zaangażowanych w stałe związki po trzech, czterech latach zaczyna czuć, że coś się wypaliło, co często kończy się rozwodem. Antropolodzy przyczyn takiego stanu rzeczy upatrują głównie w biologii. Przywiązanie, zaufanie, poczucie bezpieczeństwa – wszystkie te uczucia napędzane wazopresyną i oksytocyną rozwinęły się po to, żeby pary zostały razem przynajmniej tak długo, aby wychować potomstwo. Partnerzy rozmnażają się i dbają razem o dziecko, aż nauczy się chodzić, a kiedy mija ten trudny okres rodzicielstwa, pojawia się biologiczny popęd, który pcha ich do kolejnego kochanka w nieustannym poszukiwaniu najlepszego materiału genetycznego dla swojego rodu. Stąd seryjna monogamia, czyli następujące po sobie zaangażowane związki.

Obecnie żyjemy dłużej, więc i relacje miłosne są bardziej długotrwałe, niż to bywało w poprzednich pokoleniach. Pytanie brzmi, w jaki sposób sprawić, żeby miłość była ciągle żywa i przetrwała wszystkie wyboje na wspólnej drodze. Bawcie się dobrze, uprawiajcie seks i dajcie sobie nawzajem trochę wolności. Dobra zabawa w tym przypadku oznacza nowe doznania i adrenalinę. Nowe doświadczenia podnoszą poziom dopaminy, ponieważ mózg zwiększa tempo działania, żeby być bardziej uważnym i czerpać z nich przyjemność. Dopamina pobudza wydzielanie testosteronu, więc aktywności, które wymagają skupienia uwagi, mogą pomóc wzbudzić pożądanie. Dopamina wstrzyknięta do krwiobiegu samca szczura wywołuje kopulację, a napalone szczury, które często uprawiają seks, mają więcej dopaminy we krwi. Jeśli potrafisz znaleźć sposób, żeby wprowadzić odrobinę poczucia zagrożenia do waszych aktywności, zrób to. Noradrenalina, odpowiednik adrenaliny w mózgu, może także pobudzać produkcję i wydzielanie testosteronu, który podkręci pożądanie. Wszystko, co odrobinę nas stresuje, przeraża, wykracza poza obowiązujące normy albo sprawia niewielki ból, może także podsycać nasze pożądanie. W badaniach naukowych nad seksem mechanizm ten jest znany jako transfer pobudzenia. Potocznie bywa określany jako „świntuszenie”.

Uprawianie seksu pobudza hormony, które są potrzebne, żeby odczuwać pożądanie. Zachęcam często moje pacjentki, które narzekają na niskie libido, żeby po prostu poszły na żywioł i zaczęły uprawiać seks. Kiedy już zaczniecie, niezbędne zmiany w mózgu same zaczną się uruchamiać i zanim się obejrzycie, będziecie odczuwać frajdę. Powiedzenie: „Zaangażuj się albo daj sobie spokój”, zdecydowanie odnosi się do seksu. Regularne przeżywanie orgazmów stymuluje działanie wszystkich hormonów seksu. Im więcej będziecie się kochać, tym częściej będziecie chciały to robić. Stała ekspozycja na działanie męskich feromonów utrzymuje hormony na zdrowym poziomie, więc wąchajcie nieustannie zapach swojego mężczyzny. Chemia orgazmu wzmacnia bliskość, poczucie więzi, a może nawet monogamię, które zachęcają do większej aktywności seksualnej. Ale tutaj sprawy się komplikują.

Ciepła woda przywiązania gasi ogień pożądania. Oksytocyna może zakłócać działanie dopaminy i noradrenaliny, zmniejszając ich wpływ. Jak powszechnie wiadomo, poufałość rodzi lekceważenie. Czy mam rację, drogie mężatki? U wielu kobiet, a z pewnością u zwierząt doświadczalnych, bliskość studzi pożądanie. Badacze seksu, którzy prowadzą badania z udziałem ssaków z rzędu naczelnych, twierdzą, że muszą dostarczać samicom nowych samców co jakieś trzy lata. (Jesteście zazdrosne?).

Pociąg ku nowym doznaniom z partnerami seksualnymi jest naturalny. Biologia uczy nas, że „prawie wszystkie osobniki spośród wszystkich gatunków mają awersję seksualną do osobników, z którymi łączą je zażyłe stosunki emocjonalne. Wolą kopulować z obcymi”. Dlatego zróbcie wszystko, co w waszej mocy, żeby zachować inność. Bądźcie tajemnicze i niedostępne. Zaskoczcie go czymś, czego jeszcze o was nie wie. I upewnijcie się, że stworzyłyście i podtrzymujecie „przestrzeń wolności” w waszym związku. Róbcie różne rzeczy oddzielnie, miejcie swoich znajomych i swoje zainteresowania, żebyście mieli o czym rozmawiać, kiedy już spędzacie czas razem. I kiedy tylko macie okazję, oddawajcie się razem nowym i przyjemnym rzeczom. Podróżujcie do nieznanych miejsc, spróbujcie nowych form aktywności i, jeśli okaże się to niezbędne, wprowadźcie ducha rywalizacji. Konkurowanie ze sobą niezawodnie podnosi poziom testosteronu, podobnie jak intensywne ćwiczenia kardio. Więc bawcie się dobrze. Może to zaowocować wspaniałym seksem, który pozwoli umocnić więzy wielkiej miłości.

Pamiętajcie o tym, że gracie w tej samej drużynie. Przestańcie trzymać się kurczowo przekonania, że zawsze musicie mieć rację, nie osądzajcie, nie kontrolujcie, nie obwiniajcie, nie zawstydzajcie i nie krytykujcie. Negatywizm to niewidoczna forma przemocy, która jest toksyczna dla relacji i zrywa więź między partnerami. Unikanie takich zachowań to połowa sukcesu w dążeniu do waszego wymarzonego związku. Zastanówcie się również nad mądrymi radami, których udzielacie innym. Zazwyczaj jest to projekcja, i to wy jesteście osobami, które najbardziej potrzebują tych mądrości. Pamiętajcie też, że mamy skłonność do obdarowywania innych tym, czego same potrzebujemy. Wydaje nam się, że w ten sposób dajemy im przykład. A tylko w kalamburach da się pokazać coś bez słów; w związkach jest dokładnie na odwrót. Trzeba precyzyjnie nazwać swoje potrzeby, a nie demonstrować je partnerowi, dając mu to, na czym nam zależy, i licząc na to, że się domyśli i zrewanżuje tym samym. Zrozumiano?

Poza tym tylko jedno z was może w danym momencie wejść w rolę dziecka. Dwie pasywne, nieodpowiedzialne osoby nie mogą prowadzić gospodarstwa domowego i wychowywać dzieci. Jeśli uprzecie się, że oboje chcecie odgrywać taką rolę w relacji, to ostatecznie żadne z was nie zaspokoi tej potrzeby. Możecie uzgodnić między sobą, że rola ta będzie przechodnia, ale zawsze jedno z was musi pełnić funkcję dorosłego. Jeśli nie dajecie sobie rady emocjonalnie i coś z przeszłości, co stanowi dla was dodatkowy ciężar, uruchamia jakiś mechanizm, to poinformujcie o tym partnera albo partnerkę, żeby mogli przejąć stery.

Kiedy już zdecydujecie się ze sobą porozmawiać, pamiętajcie o kilku rzeczach. Nikt nie jest w stanie dyskutować racjonalnie, kiedy płonie układ limbiczny. Dochodzi wtedy do zwarcia między częścią emocjonalną i racjonalną mózgu. Zaczekajcie z rozmową, aż oboje się uspokoicie i będziecie mogli podczas niej patrzeć sobie w oczy. (Rozmowa w samochodzie albo w sypialni po ciemku nie przynosi takich efektów jak dialog twarzą w twarz). Podczas wypowiedzi używajcie zwrotów: „Mam poczucie, że…” zamiast: „Zrobiłeś to i to”. Podążajcie za tym, co mówi partner, żeby miał poczucie, że go uważnie słuchacie. Współodczuwajcie razem z nim, żeby czuł się doceniony. „To, co mówisz, ma sens. Gdybym była na twoim miejscu, czułabym to samo”. Ta technika działa także w relacjach z dziećmi i znajomymi. Podążajcie, doceniajcie i współodczuwajcie.

Nawet jeśli nasza konstrukcja psychiczna sprzyja szukaniu wielu partnerów, tak naprawdę jesteśmy szczęśliwe, kiedy wiążemy się na stałe z jednym. Dla większości z nas monogamia jest trudna, ale bycie z jednym człowiekiem przez dziesiątki lat przynosi niezliczone korzyści. Tak jak słońce przyczynia się do rozkwitu pąków kwiatów, tak prawdziwe poznanie i zaakceptowanie drugiej osoby oraz to, że sami dajemy się poznać i zaakceptować, pozwala nam na niesamowity rozwój. Długi związek to dla nas najlepsze środowisko, w którym możemy w pełni rozkwitnąć. W życiu najważniejsze jest pielęgnowanie i podtrzymywanie głębokich relacji z rodziną i przyjaciółmi, które są pokarmem dla naszej duszy albo przynajmniej sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi. Zadanie: sprawcie, żeby wasi współmałżonkowie, którzy są kamieniami węgielnymi waszej rodziny, stali się również waszymi przyjaciółmi.

Rozdział 5

Macierzyński zawrót głowy

Macierzyństwo wywiera głęboki wpływ na nasze ciało i mózg, pozostawiając w nich ślady na całe życie. Podobnie jak podczas masowej reorganizacji połączeń nerwowych okresu zakochania, w początkowych fazach ciąży w mózgu zachodzą niezliczone zmiany. Z moich badań wynika, że neurony mnożą się wówczas w tempie 250 tysięcy na minutę, ponieważ macierzyństwo usprawnia proces uczenia się i zapamiętywania. To prawda, że niektóre kobiety czują, że w trakcie ciąży głupieją. „Zlasowany mózg” może osłabiać koncentrację i wielozadaniowość. Mówiąc krótko, mózg ulega wtedy reorganizacji. Podniesiony poziom estrogenu napędza neuroplastykę w hipokampie, centrum zarządzania pamięcią w mózgu, ponieważ organizm przygotowuje się do wykonywania nowych czynności, takich jak karmienie, ochrona potomstwa i opieka nad nim. Pamięć słowna i emocjonalna matki musi być wyostrzona, żeby rejestrować zachowania partnera, które potencjalnie mogłyby stanowić zagrożenie dla dzieci, np. ryzyko porzucenia lub przemocy. Szczególnie ważna jest w tym czasie orientacja w przestrzeni, ponieważ karmicielka musi pamiętać, gdzie było zlokalizowane pożywienie. (Prawdopodobnie dlatego matki potrafią zlokalizować zagubione rzeczy lepiej niż ktokolwiek inny z rodziny. To nasze dziedzictwo z czasów, kiedy chodziłyśmy po sawannie). Neuroplastyczność mózgu wywołana przez instynkt macierzyński może trwać latami, prawdopodobnie zapewniając ochronę przed zmianami w mózgu związanymi z procesem starzenia się organizmu, w tym przed zaburzeniami pamięci, które występują w demencji starczej.

Hormonem odpowiedzialnym za tę reorganizację połączeń nerwowych jest oksytocyna. Monogamia, zaangażowanie i opieka nad dzieckiem są sterowane przez zmiany neuroplastyczne w mózgu, częściowo wywołane przez ten sam hormon, który sprawia, że wiernie trwamy przy naszych partnerach i poświęcamy się dla naszych dzieci. Podczas zapłodnienia oksytocyna stymuluje aktywność macicy, która pomaga doprowadzić plemniki do jajeczka. Podczas porodu z kolei wywołuje skurcze macicy, żeby wyprzeć płód. W trakcie karmienia oksytocyna pomaga dostarczyć mleko do sutków, co jest nazywane odruchem wypływu pokarmu z piersi. Hormon ten zdobywa coraz większe uznanie za umacnianie więzi między matką i niemowlęciem poprzez wywoływanie pozytywnych uczuć i poczucia przynależności. Jednak oksytocyna nie sprzyja nawiązywaniu więzi w sposób bezkrytyczny. Pomaga nam odróżnić, kto należy do naszego plemienia, a kto nie. W kilku eksperymentach badani, którym podano dodatkowe dawki oksytocyny, stali się bardziej surowi w stosunku do tych osób, wobec których czuli, że nie należą do tej samej grupy. Macierzyństwo w porównaniu do innych etapów życia przynosi całą gamę nowych zachowań. W badaniach naukowych częściej obserwuje się agresję u samic ssaków, które karmią piersią i chronią swoje młode. Możliwe, że część tej matczynej obronnej agresji jak u niedźwiedzicy grizzly jest efektem działania „hormonu miłości”.

Hormon matczynej miłości można by również nazwać hormonem amnezji, ponieważ potrafi on wymazać wyuczone zachowania i zastąpić je nowymi mechanizmami. Bywa i tak, że w miejsce istniejących połączeń komórek nerwowych pojawiają się nowe. To zjawisko może leżeć u podłoża zakochania się we własnym dziecku kosztem osłabienia więzi z partnerem. Pary, które wspólnie wychowują dzieci, są połączone więzami rodzinnymi, ale mimo to napotykają na swojej drodze coraz to nowe przeszkody.

Macierzyństwo, od momentu zapłodnienia i ciąży aż po poród, karmienie i dalsze etapy, jest czasem olbrzymich zmian. Dla wielu kobiet to magiczne doświadczenie, ale również wycieńczające, trudne i wymagające. Zrozumienie, jakie mechanizmy biologiczne dochodzą do głosu w różnych okresach życia, może pomóc wam kierować tym rollercoasterem, a może nawet czerpać nieco więcej przyjemności z jazdy.

TYKANIE ZEGARA

Kobiety są kreatorkami. Potrafimy stworzyć porządek z chaosu, bez względu na to, czy chodzi o gotowanie, składanie prania czy organizację gospodarstwa domowego. Jako kreatorki rodzimy dzieci i produkujemy mleko. Nie wszystkie kobiety decydują się na taką drogę, ale większość z nas ją wybiera. I chociaż coraz później podejmujemy decyzję o macierzyństwie (w wieku trzydziestu lat w porównaniu do dwudziestu trzech w latach pięćdziesiątych) i mamy mniej dzieci (dwoje zamiast trojga), to większość z nas (około 80%) nadal w pewnym momencie wkracza na tę ścieżkę.

Zegar biologiczny to nie żarty. Kiedy miałam dwadzieścia parę lat i spotykałam na Upper East Side kobiety z dziećmi w spacerówkach i rodziców uprawiających jogging z wózkami, uśmiechałam się pod nosem ironicznie i myślałam: „Po moim trupie” (à la George W. Bush). Ale kiedy widziałam niemowlę w wieku trzydziestu jeden lat, czułam, jak pulsuje mi miednica, więc stwierdziłam, że pragnę mieć własne dziecko. Jakby mój organizm stosował cały chemiczny arsenał środków, żeby podstępem skłonić mnie do rozmnażania. Wiele z nas postrzega to wrażenie, jakby jajniki przejmowały kontrolę nad naszym mózgiem, jako wszechogarniające. W połowie cyklu estrogen i progesteron robią, co mogą, żebyśmy zachowywały się jak kocice w czasie rui, i z każdym kolejnym miesiącem coraz trudniej jest nam się oprzeć temu imperatywowi rozmnażania.

Najwyższą średnią wieku osób zakładających rodzinę odnotowują największe aglomeracje miejskie. Wiele moich pacjentek, które są grubo po trzydziestce, a nawet czterdziestce, nadal jeszcze ma nadzieję na powiększenie rodziny. Wiele z nas przed podjęciem decyzji o małżeństwie chce rozwinąć karierę zawodową, podczas gdy kilka pokoleń temu sytuacja była dokładnie odwrotna. Jakość jajeczek produkowanych przez jajniki po czterdziestce znacznie się pogarsza. Odwlekanie decyzji o macierzyństwie sprawia, że wiele moich pacjentek, które przez lata zażywały doustne środki antykoncepcyjne, zaczyna przyjmować leki wspomagające płodność, żeby zajść w ciążę. A między tymi skrajnościami nie zatrzymują się ani na chwilę.

Leki wspomagające płodność mogą powodować pogorszenie nastroju. Clomid, środek używany do stymulacji jajników, żeby wyprodukowały kilka dodatkowych jajeczek, może wywołać silne objawy przypominające zespół napięcia przedmiesiączkowego, podobnie jak wiele innych leków hormonalnych i stymulatorów pęcherzyków jajnikowych, które są obecnie stosowane, żeby pomóc kobietom zajść w ciążę. Mogą one powodować także uderzenia gorąca, niestabilność emocjonalną, rozdrażnienie i depresję. Zanotowano również pojedyncze przypadki psychozy i manii.

Gniazdowanie, ta szczególna gorączka sprzątania, która pojawia się pod koniec ciąży, to bardzo rzeczywiste zjawisko. Nie do końca wiemy, czy istnieją jakieś uwarunkowania biologiczne, które zaczynają działać jeszcze przed ciążą, pomagając nam doprowadzić dom do porządku. Moja siostra doszła do fantastycznej formy, zanim zaszła w ciążę. Rzuciła palenie (nie lada wyczyn), została abstynentką, schudła i osiągnęła doskonałą kondycję, przygotowując swój organizm na przyjęcie płodu. Wiele moich pacjentek postępuje podobnie. Chcą odstawić leki przed zajściem w ciążę i tak robią. Ginekolodzy czasem radzą im, żeby przestały brać środki z grupy SSRI, ponieważ serotonina podnosi poziom prolaktyny, co może wpływać na płodność. Ja zalecam swoim pacjentkom, żeby zrezygnowały również z tabletek nasennych z melatoniną, która także podnosi poziom prolaktyny i obniża hormon odpowiedzialny za pobudzanie pęcherzyka jajnikowego, zmniejszając płodność.

Decyzja, czy zażywać leki w trakcie ciąży, czy też wszystkie odstawić, jest trudna i złożona. Psychiatrzy wiedzą, że silny stres i wysoki poziom kortyzolu, którym towarzyszą silny lęk i niedbanie o siebie charakterystyczne dla depresji, mają niekorzystny wpływ na rozwijający się płód, ale skutki działania leków psychiatrycznych na dziecko są mniej oczywiste. Ryzyko jest niewielkie, ale obecne. W zależności od tego, w którym trymestrze ciąży matka przyjmuje leki psychiatryczne, mogą one powodować przedwczesny poród albo poronienie, a także wady serca, hiperwentylację, drgawki i syndrom odstawienia u dziecka. Istnieją też pewne powody do niepokoju związane z wpływem działania SSRI na występowanie chorób spektrum autystycznego. W jednym z badań udowodniono, że chłopcy, którzy w łonie matki byli narażeni na skutki uboczne działania SSRI, trzykrotnie częściej chorowali na autyzm, podczas gdy w innym teście ryzyko zachorowania na autyzm wzrosło dwukrotnie. Jednak pozostałe badania nie potwierdzają takiego związku.

Wszystkie moje pacjentki wolą odstawić leki w trakcie ciąży, ale kilka z nich musiało nadal je zażywać, ponieważ dolegliwości, których doświadczały, wymagały leczenia farmakologicznego. Taka sytuacja zdarza się często u kobiet z zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi, kiedy ryzyko wystąpienia silnych objawów psychiatrycznych przewyższa niebezpieczeństwo działania skutków ubocznych leków na dziecko. W przypadku łagodnej depresji i stanów lękowych ciąża stanowi wspaniałą okazję do tego, żeby wypróbować inne metody leczenia, takie jak psychoterapia, akupunktura, przezczaszkowa stymulacja elektryczna albo fototerapia.

W obliczu nieuchronnie zbliżającej się ciąży moje pacjentki nie tylko potrafią skutecznie odstawić leki z grupy SSRI i ADHD, ale również zmieniają dietę, więcej ćwiczą i mniej się stresują. Instynktownie robimy dla naszych dzieci to, czego nie zrobiłybyśmy dla samych siebie, nawet zanim jeszcze zostaną poczęte. A więc tak, jajniki naprawdę przejmują kontrolę nad naszym mózgiem, ale w sposób, który pomaga nam chronić i opiekować się naszym potomstwem.

Tak naprawdę podczas ciąży poziom hormonów utrzymuje się na bardziej stabilnym poziomie niż w jakimkolwiek innym okresie naszego życia. Nie mamy miesięcznego cyklu menstruacyjnego, więc nie czujemy się napalone w trakcie owulacji ani nie jesteśmy wredne tuż przed miesiączką. Dla wielu kobiet to okres stabilizacji i spokoju. Podczas studiów uczono mnie, że ciąża „chroni” przed problemami psychiatrycznymi. Wskaźnik zapadalności na depresję u kobiet w ciąży jest niższy w porównaniu do innych etapów wieku reprodukcyjnego, chociaż u niektórych może wystąpić nasilenie objawów nerwicy natręctw. (Przypuszczam, że jest to związane z imperatywem gniazdowania i chemią, która mu towarzyszy). Jednak młodsze kobiety mogą zapaść na depresję, jeśli wcześniej na nią chorowały, otrzymują mniejsze wsparcie społeczne albo mają ambiwalentny stosunek do ciąży.

W trakcie standardowego przebiegu ciąży mogą wystąpić pewne objawy, takie jak zmęczenie albo bezsenność, które są charakterystyczne dla depresji, co może utrudniać rozróżnienie oznak tych dwóch stanów. Wiele kobiet zgłasza, że w ciąży miały największe problemy ze snem. Bezsenność pojawia się w trzecim trymestrze, kiedy w gonitwie myśli zamartwiamy się tym, jak przebiegnie poród i jak będzie rozwijać się dziecko, macica uciska nasz pęcherz moczowy i niczym manaty14 z trudem przewracamy się na łóżku z boku na bok. Całkiem możliwe, że mózg próbuje przygotować nas na to, co ma nastąpić później. Po porodzie życie z niemowlęciem zakłócają bezsenne noce, co może trwać miesiącami, a nawet latami. Moja rada dla kobiet w ciąży cierpiących na bezsenność brzmi: przeczytajcie kilka poradników na temat karmienia. Czynność ta nie jest wyłącznie intuicyjna i można popełnić kilka błędów, więc warto się o niej dowiedzieć jak najwięcej, zanim nie będziecie już mogły wytrzymać z własnymi cyckami.

PORÓD I KARMIENIE PIERSIĄ

Porody w naszych czasach są bardzo dalekie od natury – farmakologiczne, zaplanowane i ze znieczuleniem – dlatego tracimy kontakt z ich naturalnym rytmem i czasem. Pitocin15, który podają nam w szpitalu, uruchamia nienaturalnie intensywny i bolesny proces, wymagający zastosowania znieczulenia zewnątrzoponowego, żebyśmy w ogóle mogły go przetrwać. Albo odwrotnie: dostajemy znieczulenie zewnątrzoponowe, które opóźnia akcję porodową, więc jesteśmy zmuszone przyjąć Pitocin, aby ją wywołać. I znowu nie mamy kontaktu z własnym organizmem i intuicją, która mówi, jak powinien przebiegać poród zgodnie z rytmem natury, a nie sztucznym rytmem wyznaczonym przez lekarza. Pełnia rozwoju kwiatu przejawia się w owocowaniu, a owoce dojrzewają we własnym tempie. Dlatego właśnie, jako lekarz, do obydwu moich porodów wybrałam położną. Lekarzom bardzo trudno jest nie ingerować w poród. To sprzeczne z naszą lekarską naturą.

Wiem, że czasem interwencja lekarska jest potrzebna i ratuje życie, ale zdaję sobie również sprawę, że poród to dla kobiet bardzo delikatna sprawa. Odczuwamy pewną dumę z tego, w jaki sposób rodzimy, a kiedy sprawy przybierają inny obrót, niż planowałyśmy, czujemy wstyd i rozczarowanie. Moją dwójkę dzieci urodziłam w sposób naturalny i chociaż odczuwałam silny ból, wszystko poszło szybko dzięki moim przyjemnie szerokim, „stworzonym do rodzenia” biodrom, tej części mojego ciała, którą doceniłam chociaż dwa razy w życiu. Podczas krótkiego, gwałtownego „naturalnego” porodu czułam, jak cholernie zmienia mnie działanie endorfin, endokannabinoidów i adrenaliny. Miałam rozszerzone źrenice, a między skurczami przez cały czas zapewniałam mojego męża, Jeremy’ego, jak wspaniale się czuję. (Endokannabinoidy pomagają podtrzymać ciążę, a największe ich stężenie występuje podczas wywoływania porodu). Podczas całego procesu nie przyjmowałam żadnych środków znieczulających, więc moje dzieci urodziły się rozbudzone, ożywione i spokojne. Pamiętam, że nie od razu poczułam więź z tym ciepłym, śliskim stworzeniem, które położono mi na piersiach na sali porodowej. Przez chwilę nie wiedziałam, co począć. Co ja najlepszego zrobiłam i co teraz mam z tym robić? Ale przyłożyłam ją do piersi, zaczęła ssać i gwałtowny wzrost poziomu oksytocyny pomógł wszystko uruchomić. Nagle stałam się matką i byłam na to gotowa.

Dla wielu kobiet jednak karmienie piersią jest trudne, a czasem, zanim je opanują, bolesne. Słuchając rad trzeciej z kolei konsultantki do spraw karmienia piersią albo czytając czwarty z rzędu poradnik na ten temat, warto pamiętać, że przynosi ono ogromne korzyści. Mleko matki zawiera wszystko, czego potrzebuje dziecko, a także wiele składników, których brakuje w sztucznym mleku, jak enzymy, przeciwciała, hormony wzrostu, białka i bakterie. Niemowlęta karmione piersią rzadziej zapadają na infekcje właśnie dzięki tej odporności przekazanej z mlekiem matki. Kwasy tłuszczowe w pokarmie z piersi pobudzają także rozwój komórek nerwowych. Niemowlęta karmione mlekiem matki mają wyższy iloraz inteligencji niż dzieci, które dostają sztuczne mleko. To również lepsze rozwiązanie dla ciebie. Matki, które karmią piersią, rzadziej chorują na raka piersi i jajników i wykazują większą odporność na stres dzięki wysokiemu poziomowi oksytocyny. Jednak trzeba pamiętać o tym, że hormon ten może także wywoływać matczyną agresję. Nigdy nie należy wchodzić między mamę niedźwiedzicę a jej młode, szczególnie kiedy jeszcze karmi je piersią. Oksytocyna wyłącza reakcję na lęk w przypadku ataku, więc nie boimy się stanąć do walki.

Mleko matki zawiera tryptofan, podstawową cząsteczkę, z której zbudowana jest serotonina, hormon stymulujący produkcję endorfin u niemowląt. W pokarmie z piersi znajduje się grupa endorfin zwanych galatorfinami, a zarówno u matki, jak i u dziecka poziom endorfin tuż po karmieniu wzrasta. Mleko ssaków zawiera kannabinoidy, substancje występujące naturalnie w organizmie, podobne do tych, które wchodzą w skład konopi indyjskich, bez względu na to, czy matka jest albo kiedykolwiek była narkomanką. Najwięcej kannabinoidów znajduje się w mleku kozim, ale na pewno występują one także w pokarmie kobiecym. Teraz już wiecie, dlaczego niemowlęta wyglądają na takie uszczęśliwione i robią się senne tuż po karmieniu. Aktywacja receptorów kannabinoidowych ma również decydujące znaczenie w pobudzaniu mięśni jamy ustnej do ssania u noworodków. Kiedy nowo narodzonym myszom podano związki chemiczne antagonistyczne wobec receptorów kannabinoidowych, małe całkowicie przestały ssać i rosnąć, a po kilku dniach zdechły. Niemowlęta karmione sztucznym mlekiem mogą przytyć z tej samej przyczyny, z powodu której osoby niepalące trawki są szersze w talii od tych, które ją palą. Nawet jeśli palacze trawki przyswajają więcej kalorii, to nie powoduje to zwiększenia indeksu masy ciała. Kannabinoidy w mleku z piersi w podobny sposób pomagają regulować metabolizm niemowlęcia.

Czy karmienie piersią ma jakąś wadę? Z powodu coraz większego skażenia środowiska kobiece mleko zawiera teraz pokaźne ilości zanieczyszczeń, takich jak substancje niepalne i polibromowane etery difenylowe (PBDE). Mogą one powodować zaburzenia funkcji tarczycy i występowanie męskich cech u dziewcząt oraz żeńskich cech u chłopców. Mimo to jestem przekonana, że korzyści z karmienia piersią, szczególnie związane z substancjami, które występują wyłącznie w mleku matki, przeważają nad tymi niepokojącymi danymi. I jeszcze jedna zaleta: karmiąc, spalamy około trzydziestu kalorii na każde 28,35 grama mleka, które produkujemy. Chociaż w pierwszym okresie macierzyństwa jadłam jak szalona, dość szybko udało mi się zrzucić „ciążowy tłuszczyk”. Ściągałam mleko do butelki i liczyłam kalorie w miarę, jak się napełniała. Dwieście osiemdziesiąt gramów działało tak jak bieg na pięć kilometrów!

WIĘZI

Poczucie więzi jest niezwykle istotne dla naszych partnerów i dzieci, stąd nagły wzrost poziomu oksytocyny po odbyciu stosunku seksualnego i stały poziom tego hormonu podczas karmienia piersią. Więziotwórcza oksytocyna działa jak klej, który spaja razem dziecko i matkę, matkę i ojca, a nawet ojca i dziecko. U niemowląt hormon ten działa tak samo jak u matki. Przytulanie i karmienie powodują wzrost poziomu oksytocyny, osłabiając reakcję na stres. Okazuje się, że tatusiowie też podlegają tym zmianom. We wczesnym okresie rodzicielstwa matka i ojciec, którzy mieszkają razem, mają podobny podniesiony poziom oksytocyny, co często jest ze sobą powiązane. Chociaż niektórzy mężczyźni wykazują większe skłonności do zdrady, kiedy ich partnerki są w ciąży albo właśnie urodziły, to jeśli pozwolicie partnerom spędzać dużo czasu z dzieckiem, będą oni odczuwać silniejszą więź nie tylko z nim, ale i z wami. Kluczowym czynnikiem, który ma wpływ na zachowania rodzicielskie, jest wazopresyna, która pomaga tacie chronić potomstwo i czuć więź z jego matką. Mężczyźni też mają prolaktynę, której poziom wzrasta, kiedy słyszą płacz dziecka, tak jak dzieje się to u kobiet.

Podobnie jak inne zwierzęta, a szczególnie ssaki z rzędu naczelnych, rozkwitamy, kiedy łączy nas więź z drugim człowiekiem, i usychamy, kiedy takiej więzi nam brakuje. Małpy wychowane bez fizycznego kontaktu z matkami w dorosłym wieku stają się agresywne i są upośledzone pod względem społecznym, a zaburzenia równowagi związków chemicznych w mózgu występują u nich już kilka dni po rozstaniu. Zwierzęta doświadczalne, których matka nie odpowiadała na wezwanie pomocy, zdychały, nawet jeśli były karmione. Rodzaj więzi, jakiej doświadczamy w dzieciństwie, rzutuje na nasze reakcje emocjonalne w późniejszym życiu. Opieka macierzyńska w okresie niemowlęctwa ma wpływ na działanie mechanizmów regulacji poziomu lęku u potomstwa. Każde zerwanie więzi we wczesnym dzieciństwie może powodować nadwrażliwość na stres w dorosłym życiu. Warto pamiętać o tym, nie tylko pełniąc rolę matki, ale także troskliwej żony czy partnerki. Zerwanie relacji oznacza bolesne przeżycia związane z zawodem miłosnym i wstrząsem emocjonalnym.

Wsłuchiwanie się w emocje i potrzeby naszych dzieci pomaga nam stworzyć z nimi harmonijne relacje. Kiedy obdarzamy je pełną miłości uwagą, wpływamy nie tylko na powstawanie połączeń nerwowych w ich mózgu, ale również na kształt ich przyszłych związków. Kiedy jesteśmy zdenerwowani, zestresowani albo nieobecni, nasze dzieci przez to cierpią. W przyszłości mogą wybrać partnerów, którzy będą je traktować w podobny sposób, odtwarzając brak poczucia więzi z dzieciństwa.

Uważny i świadomy rodzic kształtuje dziecko o zdrowej psychice. Dzieci najbardziej potrzebują naszej autentycznej obecności. Powszechny dziś widok rodzica, który przez cały dzień siedzi z nosem w komputerze albo smartfonie, wywołuje u dzieci dezorientację i uraz. Możemy być obecni ciałem, ale jesteśmy niedostępni pod względem emocjonalnym. Małym dzieciom trudno pojąć ten paradoks zwany „bliską nieobecnością”. Jestem tutaj i jednocześnie tak naprawdę dla ciebie mnie nie ma. Musimy głęboko i prawdziwie zaangażować się w relacje z naszymi dziećmi, patrzeć im prosto w oczy, uważnie ich słuchać, doceniać wagę ich emocji i doświadczeń i traktować je z empatią. Wymaga to uwagi i skupienia, więc nie pozwólmy, żeby zakłócały je świecące ekrany urządzeń elektronicznych.

DEPRESJA POPORODOWA

Najgroźniejszym czynnikiem, który może zakłócać pierwszą relację niemowlęcia i matki, jest silna depresja pojawiająca się tuż po porodzie. Mama jednego z moich kolegów popełniła samobójstwo, kiedy miał cztery miesiące, przekonana o tym, że bez niej będzie mu lepiej na świecie. Rzutuje to na cały jego sposób bycia. Zerwanie więzi z matką na zawsze zostało wpisane do jego połączeń nerwowych odpowiedzialnych za reakcje na stres i temperament.

W połogu, który jest niebezpiecznym okresem dla kobiet zarówno pod względem farmakologicznym, jak i psychologicznym, często występuje załamanie nerwowe. Aż 50 do 80% kobiet cierpi na łagodną formę depresji, czasami zwaną poporodową, która może trwać do dwóch tygodni. Ale mniej więcej 10 do 15% kobiet doświadcza prawdziwej depresji poporodowej, która co najmniej na dwa tygodnie zakłóca pewne obszary funkcjonowania organizmu: energię, apetyt, sen i libido. Rzadziej mamy do czynienia z syndromem zwanym psychozą poporodową, która występuje w jednym na tysiąc przypadków i której często towarzyszą niebezpieczne myśli. Kiedyś przeprowadziłam wywiady ze świeżo upieczonymi matkami na izbie przyjęć w szpitalach Mount Sinai i Bellevue. Miały one podobne urojenia, że ich dziecko stanowi źródło wszelkiego zła i gdyby je udusiły, uratowałyby świat. Przerażające zjawisko. Kobiety z takimi objawami trzeba hospitalizować i leczyć środkami przeciwdepresyjnymi oraz przeciwpsychotycznymi o krótkotrwałym działaniu, a także na jakiś czas odseparować od dzieci. Stąd moja rada, żeby lekarz psychiatra ocenił, czy nie potrzebujecie przypadkiem leczenia farmakologicznego, jeśli odczuwacie przygnębienie dłużej niż tuż po porodzie.

Prolaktyna, hormon odpowiedzialny za produkcję mleka, osiąga najwyższy poziom, kiedy karmimy piersią. To dobra wiadomość dla głodnego niemowlęcia, ale niekoniecznie dla jego mamy. Prolaktyna może spowodować, że będziemy senne i przygnębione. Depresja poporodowa czasami jest wynikiem podniesionego poziomu tego hormonu. A czasami winowajca to szybki spadek poziomu estrogenu, który występuje bezpośrednio po porodzie. Chociaż zmiany poziomu hormonów w trakcie ciąży są ogromne, to zwykle następują stopniowo. Natomiast po porodzie wiele z nich szybko wraca do normy. Dlatego w ciągu kilku dni euforię może zastąpić kłębek nerwów. Jeśli przyjrzymy się temu uważniej, to zrozumiemy, dlaczego to, że po porodzie jesteśmy nieco nerwowe i przewrażliwione, może być korzystne z biologicznego punktu widzenia. Natura stworzyła nasze zmienne nastroje po to, abyśmy mogły zapewnić bezpieczeństwo naszemu dziecku i zaspokoić wszystkie jego potrzeby. Dla wielu świeżo upieczonych matek ten spadek poziomu hormonów może być uciążliwy i trudny. A kiedy jesteśmy niewyspane i nieustannie potrzebujemy prysznica, nasze rozdrażnienie i płaczliwość stają się zupełnie zrozumiałe.

Największe nasilenie objawów depresji poporodowej nie występuje zaraz po urodzeniu dziecka, ale około dziesięciu tygodni po porodzie. Opóźniona depresja poporodowa może pojawić się również w związku ze spadkiem oksytocyny po odstawieniu dziecka od piersi. Karmienie piersią zdecydowanie zmniejsza ryzyko depresji poporodowej, jednak u kobiet, które chciały, ale nie mogły karmić w ten sposób, odsetek wystąpienia tego stanu jest w rzeczywistości wyższy. Kobiety potrzebują wówczas więcej wsparcia emocjonalnego. Jeśli niemowlę ma skłonność do kolek albo wciąż płacze i nie można go uspokoić, ryzyko zachorowania matki znacznie się zwiększa. Kobiety, które wcześniej cierpiały na depresję albo miały silne objawy zespołu napięcia przedmiesiączkowego, częściej zapadają na depresję poporodową. Warto pamiętać o tym, żeby po porodzie starać się o siebie zadbać, chociaż może to stanowić nie lada wyzwanie. Śpijcie, kiedy tylko możecie, odżywiajcie się najlepiej, jak to możliwe, i wychodźcie z domu na spacer, żeby pozostać przy zdrowych zmysłach.

POCZUCIE WIĘZI

Ta książka nie jest poradnikiem dla rodziców, a ja nie jestem Najlepszą Matką Roku, więc będzie krótko i na temat. Mózg dziecka nie jest w pełni ukształtowany. Płaty czołowe odpowiedzialne za racjonalne myślenie nie do końca blokują jeszcze połączenia nerwowe w układzie limbicznym, które odpowiadają za emocje, aż do osiągnięcia wieku dwudziestu paru lat. Dzieci, a szczególnie nastolatki, mają zwykle problemy z zapanowaniem nad swoimi impulsami i wybuchami emocji. Nie są w naturalny sposób świadome swoich uczuć. I tu pojawia się zadanie dla nas. Musimy stworzyć dla nich takie środowisko, w którym będą się czuły na tyle bezpiecznie, żeby swobodnie wyrażać swoje emocje. Najprostszym sposobem jest tak zwane odzwierciedlanie uczuć16. Nie lekceważmy ich. Komunikat: „Widzę, że masz teraz wielką ochotę na zjedzenie ciastka!”, działa lepiej niż „Przecież wiesz, że nie można jeść ciastek przed obiadem”. Dzieci lubią mieć poczucie, że mają na coś wpływ, więc zaproponuj im do wyboru kilka możliwości, oczywiście takich, które są osiągalne, na przykład: „Chciałabyś wziąć kąpiel przed czy po bajce?”. Jeśli masz w domu nastolatkę, postaraj się stworzyć przyjazny port, do którego zawsze można zawinąć, zamiast być nadopiekuńczą matką, która śledzi każdy jej krok. Bądź pełnym miłości azylem, gdzie zawsze można się schronić i złapać oddech. Ona nadal pragnie więzi i kontaktów z tobą, chociaż nie zawsze daje temu wyraz swoim zachowaniem. Pamiętaj, żeby być na bieżąco z jej cyklem menstruacyjnym. Pomoże ci to przewidzieć, kiedy będzie miała podły nastrój, i zostawić przestrzeń dla jej emocji.

Mantry na temat małżeństwa odnoszą się również do macierzyństwa. To ta sama bajka. Konflikt pojawia się, kiedy dzieci próbują dorosnąć. Rodzice i dzieci mają strategie rozwoju dla siebie nawzajem. Te ostatnie, chcąc nas sprowokować, mogą trafić w czuły punkt. Nasze demony wychodzą na światło dzienne, kiedy coś przypomina nam o ich istnieniu. A wtedy atakujemy. Ta humorzasta mała zołza jest twoim nauczycielem jogi, spustem, który uruchamia autorefleksję, a nie powodem, żeby sięgać po leki psychiatryczne. Przede wszystkim nie daj się sprowokować. Twoja córka doskonale wie, jak cię wkurzyć, a ty musisz świadomie podjąć decyzję, że nie dasz się wciągnąć w tę grę. Zignorowanie danego zachowania szybciej je osłabi niż silna reakcja, szczególnie jeśli będzie negatywna. Spróbujcie utrzymywać z waszymi córkami jak najlepsze relacje i przez cały czas być sobą. Macierzyństwo polega na tym, żeby rozwijać się, aby być autentyczną i pełną empatii matką, a jednocześnie wychowywać swoją córkę tak, żeby odnalazła samą siebie.

CAŁA WIOSKA JEST ZAANGAŻOWANA

Od lat siedemdziesiątych, dekady mojego dorastania, przewaga rodzin dwupokoleniowych spadła z 45 do 23%. Odsetek narodzin nieślubnych dzieci wzrósł czterokrotnie. Kolejnym nowym zjawiskiem jest wspólne prowadzenie gospodarstwa domowego przez pary w nieformalnych związkach, w których matki wychowują dziecko ze związku z innym mężczyzną. W ciągu ostatnich dwudziestu lat liczba tych par skoczyła w górę o 170%.

W swojej prywatnej poradni spotykam wiele pacjentek przed czterdziestką i tuż po, które naprawdę chcą mieć dziecko. Świadome, że czas ucieka, marzą o znalezieniu odpowiedniego mężczyzny do tego przedsięwzięcia. Mam w zwyczaju rozmawiać z nimi o tym, co musiałoby się wydarzyć, żeby urodziły wymarzone dziecko bez względu na tego idealnego faceta. Istnieje tyle sposobów pozyskania spermy, można ją dostać albo kupić, a poza tym i tak nie ma gwarancji, że tatuś dziecka zostanie z matką albo zapewni wszystko, czego potrzebuje jego partnerka i potomstwo. Jeśli pragniesz dziecka, to radzę ci zebrać wszystkie siostry, matki, przyjaciółki i mentorki i założyć wioskę. W wielu kulturach tak właśnie się robi, a w przyrodzie aż roi się od przykładów, szczególnie wśród ssaków z rzędu naczelnych, które dowodzą, że taki oparty na więzach siostrzeństwa model doskonale się sprawdza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zespół deficytu uwagi (przyp. tłum.). [wróć]

Nerwica natręctw (przyp. tłum.). [wróć]

Selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny (przyp. tłum.). [wróć]

Dawniej żołnierz mający za zadanie gromadzenie i dostarczanie furażu – paszy dla koni wojskowych (przyp. tłum.). [wróć]

Obrzezanie kobiet (przyp. tłum.). [wróć]

Chirurgiczne usunięcie macicy (przyp. red.). [wróć]

Food and Drug Administration – Departament Kontroli Żywności i Leków (przyp. tłum.). [wróć]

C. Winks, A. Semans, Seksowne mamusie. Jak być atrakcyjną młodą matką, przełożyła Paulina Głuchowska, Bellona, Warszawa 2008, s. 140 (przyp. tłum.). [wróć]

Łukowate wygięcie kręgosłupa w stronę brzuszną (przyp. tłum.). [wróć]

Amerykańska aktorka, wokalistka i autorka tekstów. Zdobyła sławę dzięki głównej roli w serialu Hannah Montana emitowanym na antenie Disney Chanel (przyp. tłum.). [wróć]

Termin powstał z połączenia słów brother – brat i romance – romans (przyp. tłum.). [wróć]

L. Brizendine, Mózg kobiety, VM Group, Gdańsk 2006 (przyp. tłum). [wróć]

E. Perel, Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze, tłum. M. Zielińska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2008, s. 220 (przyp. tłum.). [wróć]

Ssak wodny, najmniej znany przedstawiciel gatunku syren, który osiąga długość ponad 3,5 m i masę około 500 kg (przyp. tłum.). [wróć]

Syntetyczna postać oksytocyny (przyp. tłum.). [wróć]

Polega to na odszyfrowaniu emocji, które przeżywa druga osoba, i wyrażaniu ich własnymi słowami (przyp. tłum.). [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dlaczego bywam humorzastą zołzą 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sekretne życie Chanel No. 5