Jeszcze czego !

Jeszcze czego !

Autorzy: Młynarska Paulina

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 272

Cena książki papierowej: 34.00 zł

cena od: 17.90 zł

Masz prawo żyć tak, jak chcesz. Choć wszyscy dookoła Ciebie zdają się mówić: Jeszcze czego!

Też masz czasami wrażenie, że mimo pozorów równouprawnienia, ten świat tak na prawdę  nadal jest urządzony przez facetów i dla facetów? Też masz dosyć wmawiania Ci, że żądając dla siebie prawdziwie równego traktowania, prosisz o zbyt wiele? Masz czasami ochotę rzucić wszystko i wyjść, ale boisz się, że nie potrafisz samodzielnie stawić czoła życiu? Jeśli tak, ta książka jest właśnie dla Ciebie.
To opowieść o wyśrubowanych do granic możliwości oczekiwaniach wobec nas – kobiet, i o naszych prawdziwych pragnieniach. O tym, że dla wielu z nas lepiej by było nigdy nie spotkać swojego „księcia z bajki”, i wreszcie o niełatwej umiejętności trzaskania drzwiami.
Paulina Młynarska po raz kolejny, nie bacząc na osobiste ryzyko, wpuszcza nas do swojego życia. Opowiada wstrząsające historie bohaterek programu „Miasto kobiet” i oddaje głos swoim czytelniczkom. Wszystko po to, żeby przekonać Cię, że masz prawo żyć tak, jak chcesz. Choć wszyscy dookoła Ciebie zdają się mówić: Jeszcze czego!


Paulina Młynarska (ur. 1970) – dziennikarka, producentka radiowa i telewizyjna, związana z rynkiem polskim i francuskim. Felietonistka, blogerka, autorka scenariuszy i książek, znana z ciętego języka, własnego zdania i odważnego podejścia do tematów tabu. Przez ponad  dekadę na antenie TVN Style współprowadziła talk-show „Miasto kobiet”. Obecnie tworzy program „Lustro” w Onet.pl, redaguje debaty dla miesięcznika „Sens”, pisze felietony dla miesięcznika „Grazia”, prowadzi autorskie warsztaty samorozwoju „Miejsce Mocy”. Możemy ją także usłyszeć w radiu Kolor, gdzie animuje autorską audycję „#kochaniekocha”. Feministka, narciarka i podróżniczka. Matka dorosłej córki. Mieszka w Kościelisku, gdzie przyjmuje gości, smaży konfitury i pisze książki.

Copyright © Paulina Młynarska-Moritz, 2016

Projekt okładki

Mariusz Kula

Zdjęcie okładkowe

Rafał Masłow

Ilustracje

Aleksandra Jasionowska

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-547-7

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Spis treści

WSTĘP. Czuły punkt

ROZDZIAŁ 1. W którym będzie mowa o niekochaniu

Moim byłym

Pewnego dnia, kiedy będzie można kobiecie kochać nie w swojej słabości, lecz silnie, nie by uciec od siebie, lecz by siebie odnaleźć, nie by się poniżać, lecz by się wyrazić – tego dnia miłość stanie się dla niej, tak jak i dla mężczyzny, źródłem życia i przestanie być śmiertelnym niebezpieczeństwem. W międzyczasie miłość reprezentuje w swojej najbardziej namacalnej formie przekleństwo, które spada na kobietę ograniczoną w kobiecym świecie, kobietę uszkodzoną, niewystarczającą samej sobie.

Simone de Beauvoir

WSTĘP

Czuły punkt

Kochankiem był fatalnym. Szkoda. Poza tym miał wiele zalet. Nie, wróć! Po prostu był wolny od najgorszych męskich wad. Nie był zadufanym maminsynkiem ani przemądrzałym mentorem, wiecznie podkurwioczkiem, psem na baby, leniuchem oczekującym obsługi, kłamczuchem, maniakiem seksualnym, wielbicielem oglądania pornoli w sieci, nałogowym graczem, biegaczem, alkoholikiem, narkomanem ani kompulsywnym kompanem, co to bez kumpli ani rusz.

Z punktu widzenia dzisiejszego mizernego rynku matrymonialnego – niemal ideał. Miły, uczynny i oddany. Miał fajny zawód, który lubił i umiał wykonywać, dobrze wyglądał, czytał te same książki co ja i tak jak ja kochał góry. Ale kochankiem był do niczego.

Poznałam go, jak należy, czyli przez znajomych. Żaden tam podryw w knajpie czy w necie. Raz i drugi zajrzał na herbatkę, trzeci i czwarty poszliśmy razem w górki. Nie minęło pięć minut, a prawie u mnie zamieszkał. Pal sześć, że zarabiał ćwierć tego, co ja, bo nie jestem dziewczyną, co leci na kasę. W ogóle nie jestem już dziewczyną. Za dnia byliśmy w siódmym niebie. W nocy − patrz wyżej.

Problem polegał na tym, że seks w jego wydaniu sprowadzał się do całowania w usta przez trzy do pięciu minut, miętolenia bez ładu i składu przez kolejne trzy, cunnilingusa przez sześć minut, po czym milczącej penetracji aż do szczytowania (tylko on), co zajmowało ostatnie pięć minut. Po wszystkim następowało nieodmiennie pełne ulgi westchnienie: „Kosmos, kosmos!”. Potem obejmował mnie w pasie i mrucząc coś na temat tego, jaki wspaniały jest seks, zapadał w błogi sen, o czym świadczyło błyskawicznie wypełniające cały pokój chrapanie. Ja zostawałam z niczym.

Chrapanie doprowadza mnie do obłędu, więc na domiar złego lądowałam na kanapie pod kocem, gdzie zwinięta w chińską ósemkę, spędzałam noc, podczas gdy mój kochaś rozkosznie przewalał się po moim wielkim, superwygodnym łóżku.

Czy próbowałam zmienić ten stan rzeczy? Oczywiście tak.

Czy on próbował zrozumieć, co staram się mu, możliwie jak najdelikatniej, przekazać? Oczywiście nie. Żeby robić, jak mawia klasyk − „cuda w seksie”, trzeba dwojga. Co najmniej.

Temu panu kobieta w łóżku potrzebna była jako rodzaj żywej lalki. Na pewno nie jako partnerka. Nie pomagały sięgające szczytów dyplomacji rozmowy, prowadzenie jego dłoni tam, gdzie powinna się znaleźć, ani namiętne szepty do ucha, czyli wszystko to, co zwyczajowo radzą czynić w takich sytuacjach fachowcy.

Facet nieodmiennie powracał do rutyny. Jego zdaniem najwyraźniej kobieta składała się z cycków i cipki. Za cycki trzeba złapać, cipkę nawilżyć (niech sobie nikt nie pomyśli, że wędrowanie językiem w te okolice miało na celu sprawienie komukolwiek przyjemności!) i gotowe.

Czym to się różni od masturbacji?

Jak to możliwe, że oczytany chłop, znający się na sztuce, kinoman i meloman, zadowalał się tak ubogim repertuarem w miłości? Włożył, wyjął i już „kosmos”? Nie pojmuję.

Można to znosić przez kilka tygodni. Póki żywa lalka żywi jeszcze nadzieję, że to nie totalny brak umiejętności, wiedzy, zmysłowości, ciekawości, dobrych chęci i seksualnej kultury, a może nawet sympatii dla kobiecego ciała, tylko, na przykład, onieśmielenie jej wspaniałą osobą, jest przyczyną takiego właśnie zachowania. Jednak dość szybko staje się jasne, że ten typ tak ma i się nie zmieni.

Zrywając z nim, nie powiedziałam, dlaczego naprawdę z nim kończę. W ostatniej chwili włączył mi się alarm: „Wykastrujesz go! Już lepiej nie mów nic!”.

Skutek był taki, że delikwent zadręczał mnie jeszcze przez ładnych kilka miesięcy, na przemian wrzeszcząc do słuchawki, jaka to ze mnie głupia gęś, i błagając o kolejną szansę. Jego główny argument brzmiał: „Przecież było nam razem tak dobrze!”. Nam? Razem? Dobrze? Moja wina, moja bardzo wielka wina, że obeszłam się z nim jak z jajem.

Dzisiaj już bym tak nie postąpiła. Walnęłabym prawdę między oczy, a raczej, co wydaje mi się bardziej na miejscu − między nogi.

Wygarnęłabym, żeby raz a dobrze zrozumiał, że żywa kobieta to nie to samo, co dmuchana lala, a prawdziwego kobiecego orgazmu nie da się nie zauważyć. Dodałabym, że oprócz cipki i cycków mam jeszcze głowę, włosy, twarz, uszy, oczy, nos, kark, szyję, dekolt, ramiona, przedramiona, dłonie, pośladki, biodra, uda, kolana, łydki, kostki i stopy. Mam też mózg, a w nim ośrodki czucia, wzroku, słuchu, węchu i wyobraźnię.

Chcesz prawdziwego KOSMOSU, kolego? To przestań się onanizować kobietą! Zrób krok w jej stronę. A jeśli nie wiesz jak, umów się z zaufaną przyjaciółką i każ sobie wytłumaczyć, na czym polega kobieca przyjemność. Poczytaj o tym, zapisz się na zajęcia z tantry, słowem − zrób coś, bo to, co proponujesz, to nie jest seks, tylko jego żałosna imitacja. Po takiej gadce pewnie nie poszłabym z tym mężczyzną do łóżka drugi raz. On ze mną też nie. Ale być może przy następnej kobiecie bardziej by się postarał.

Dzisiaj powiedziałabym mu prawdę, nie oglądając się na to, że mogę go trwale urazić albo „wykastrować”. Szantaż penisem, który, gdy tylko przechodzi w stan spoczynku, staje się wrażliwy jak mimoza, już na mnie nie działa.

Facet, który nie wie i nie interesuje się tym, kiedy (i czy w ogóle) jego partnerka odczuwa w seksie przyjemność, który nie czyta z jej ciała, nie rozmawia, nie pyta, nie patrzy w oczy, nie szuka sposobu, by do niej dotrzeć, nie doczeka się u mnie drugiej szansy. Nawet jeśli nie jest obarczony najgorszymi z męskich wad, które wymieniłam na początku.

Podniosłam poprzeczkę i dobrze mi z tym.

Przez tysiąclecia narzucano kobietom pełne niewyobrażalnego okrucieństwa i pogardy zasady – od kultu dziewictwa począwszy, poprzez stosy, pasy cnoty, kulturę gwałtu, zakaz kształcenia się i − szczyt hipokryzji: piętnowanie tych, które za pieniądze zaspokajały męskie libido. Współcześnie, przynajmniej teoretycznie, cieszymy się prawem do wolności, samostanowienia i przeżywania prawdziwej przyjemności w seksie. Jednak kiedy mężczyzna okazuje się dennym kochankiem, każe się nam taktownie milczeć, by nie zranić jego miłości własnej. Nawet seksuolodzy, będący przecież rzecznikami kobiecego spełnienia w seksie, przestrzegają przed „kastrującymi” uwagami.

Taki chwyt, który doskonale wpędza nas z powrotem tam, gdzie byłyśmy, odkąd pamiętają najstarsze ze starych staruszeczek: w poczucie winy.

Co nam pozostaje? Manipulacja. Naprowadzanie − ręki, myśli i języka. Gra aluzji i sugestii. Gra półsłówek.

O ile w każdej innej sprawie uczy się nas, że mężczyzna jest zadaniowcem i należy mówić mu o swoich oczekiwaniach wprost, o tyle w kwestii seksu milczenie jest złotem! Nie daj Boże pisnąć choćby słówko. A już zażartować albo zaprotestować, kiedy po raz kolejny stajesz się odpowiednikiem dmuchanej lali, to już podcięcie skrzydeł. Zbrodnia na ptaku, która może na zawsze pozbawić go sprawności!

Może przemawia przeze mnie naiwny idealizm, ale głęboko wierzę, że oparta na szczerości relacja między płciami jest możliwa. Dlatego bez ogródek napiszę nie tylko o tym, czego ja i wiele znanych mi kobiet oczekujemy od bliskiej relacji z mężczyzną, ale i o męskich seksualnych grzechach.

Ta książka jest dla kobiet i dla mężczyzn. Chociaż lojalnie uprzedzam, że ci drudzy będą ją czytać raczej bez przyjemności. Mam dość krygowania się i obchodzenia z męską dumą jak z jajkiem. Macie jajka? To sobie poczytajcie.

Piszę otwartym tekstem i otwieram przed wami serce, wierząc, że nic nie robi tak dobrze stosunkom międzyludzkim, jak nazywanie rzeczy po imieniu. Szkoda mi czasu na owijanie w bawełnę.

ROZDZIAŁ 1

W którym będzie mowa o niekochaniu

Dziewczyny, mówię wam: przestańcie wreszcie nad sobą pracować. Siebie się czepiać, że to wasze życie nie wygląda tak, jak byście chciały. Jeśli cierpicie przez mężczyznę, przestańcie jęczeć i udzielać mu moralnych pouczeń. Groch o ścianę! Już raczej zapałajcie furią, gniewem, żądzą zemsty!

Za zniszczony rok albo ranek. Za wysiudanie z pracy, za zmarnowane życie. Za zostawienie samej z dzieciakiem bez alimentów, za chamską zdradę i kłamstwo. Za cały ten cholerny seksizm, który wali w nas zewsząd: od własnej kuchni, przez kościelne nawy, po warsztat samochodowy.

Nie, żeby zaraz zabijać. Wystarczy, jeśli zemsta dokona się w waszych głowach. Niech jej pragnienie chluśnie wam w mózgi i niech wypłucze poczucie winy, że może znowu coś

Z WAMI NIE TAK.

Małe ćwiczenie z wyobraźni: wirtualne miejsce kaźni. Tam pasem po gołym tyłku: szefa, co sobie za dużo pozwala, tatusia i męża − pijaków, a może i kilku polityków, co się mądrzą o naszym życiu, chociaż sami w życiu nie wstali w nocy do dziecka.

Bo niewyróbką i masakrą zupełną jest potulność polskiej kobiety.

Pewien psycholog, z którym przeprowadzałam wywiad, opowiedział mi o pacjentce, która ukrywała przed stosującym przemoc mężem fakt, że zarabia lepiej od niego, by ten nie poczuł się jeszcze bardziej niedowartościowany i nie zaczął jeszcze mocniej bić. Pikanterii dodaje fakt, że wspomniana pacjentka jest prawniczką, specjalistką od prawa rodzinnego! Czysty obłęd i doskonała ilustracja paranoi, w którą uwikłane są polskie kobiety.

Wiecie, co to znaczy wziąć życie w swoje ręce? To znaczy wyrwać je z rąk nieodpowiedniego faceta. Przestańcie wreszcie się poświęcać, ratować go przed nim samym, skakać jak małpki na drucie i usprawiedliwiać świństwa, których nie da się usprawiedliwić.

Spotkanie z sąsiadką z Mokotowa przed laty: „Co u ciebie, Jadziu?”, pytam, poprawiając dzieciaka w nosidełku, smycz psa w lewej ręce i siaty z zakupami w prawej. „Pijak pije!”, pada odpowiedź. „I już, Paulinka, nie wyrabiam, tak mnie bije! Bije, bo NIE WYGLĄDAM JAK TORBICKA! A jak ja mam wyglądać jak Torbicka, kiedy on mnie ciągle bije?”.

Krótka wymiana zdań i każda wraca w swoją stronę: ja do poczucia winy, że nie mogę być jednocześnie w pracy i przy dziecku, z którym zostałam sama. Ona do poczucia winy, że nie wygląda jak Torbicka.

Nie do konstrukcji bomby czy piłowania „obrzyna”, by ręka sprawiedliwości dosięgła winnych naszej sytuacji. Do poczucia winy.

Społeczny przekaz kierowany do kobiet brzmi: „Musisz być mądra, ale głupia − przemądrzałe są samotne. Silna, ale słaba − bo ci chłop wpadnie w kompleksy! Brzydka, ale ładna − weźże się wystylizuj! Gruba, ale chuda − ciąża to nie choroba! Stara, ale młoda − ogarnij się, kocmołuchu!”. A ostatnio, za sprawą Joanny Krupy paradującej w lutym w Warszawie z gołymi nogami, jeszcze: „Ma ci być zimno, ale ciepło!”.

Masz pracować, mieć czas dla rodziny, wychowywać, nie mieć cellulitu i zmarszczek, ale też nie wstrzykiwać żadnego botoksu! Masz mieć dobre geny i zbilansowaną dietę. Masz być wyuzdaną kochanką i perfekcyjną panią domu, spalać tłuszcz na siłowni i chudnąć bez wysiłku. Masz gotować jak Gessler i wyglądać, no, niech już będzie, jak Torbicka. A jeśli ci się nie uda, to się nie dziw, kobieto, że zostaniesz sama z rachunkami, że dostaniesz w łeb. Że wywalą cię z pracy, wszystko zwalą na głowę, bezceremonialnie uszczypną w tyłek, zgwałcą pod blokiem lub we własnym łóżku. Za mało się starałaś. Za krótką nosiłaś sukienkę.

Poczucie winy wysysamy z mlekiem matek i zatruwamy nim własne mleko. Mężczyźni mają łatwiej, bo zamiast tej wiecznej „rozkminki” i szukania winy w sobie odziedziczyli po wojowniczych przodkach cudowny odruch odwetu. „Masz do mnie jakieś wąty? To ci jebnę!”.

Dziewczyny, mówię wam: wszystko jest z wami w porządku! Za cios oddajcie cios. Chociażby symboliczny. Ma być szacun, mores, bo jak nie, to…

Przepraszam Grażynę Torbicką za to, że ją w to wmieszałam, ale taki już los ikony.

Umówiłam się z moim wydawcą, że to będzie książka o mężczyznach, i zamierzam dotrzymać słowa. Ale nie da się pisać o facetach, nie sięgając do nas − dziewczyn i kobiet. Nie umiem też napisać o mężczyznach w oderwaniu od własnej historii.

Spokojnie, moi byli mężowie, kochankowie, szefowie, przyjaciele, kumple, wrogowie, mechanicy, hydraulicy i cała reszto, która radośnie robiłaś mnie w balona na przestrzeni lat – nie zamierzam się nad wami imiennie znęcać. Jestem damą. Będę dyskretna. Co nie znaczy, że mężczyźni, czytając niniejszą książeczkę, nie poczują się w ogólności ciężko obrażeni. Uważam bowiem, że mamy w kraju ogromny problem z facetami. Jak tak dalej pójdzie, po emigracji ekonomicznej czeka nas emigracja seksualna. Wielki exodus Polek w poszukiwaniu życiowych partnerów.

Brutalna prawda jest taka, że polskie kobiety nie mogą już z wami wytrzymać. Co trzecia inicjuje rozwód, to chyba coś znaczy.

Jesteście źle wychowani, rozpieszczeni, roszczeniowi, nieodpowiedzialni, leniwi, zapatrzeni w siebie. Do tego często zaniedbani, źle ubrani, zakompleksieni, nieprzyjemni w obejściu i kiepscy w łóżku, przy równoczesnym przekonaniu, że jest dokładnie odwrotnie.

Ponadto nie płacicie alimentów (Polska ma najniższą ich ściągalność w całej UE), nie zajmujecie się dziećmi, które sami zrobiliście, za dużo pijecie i palicie oraz − jak wskazują statystyki – ciągle miewacie ciągoty do damskiego boksu.

Na poparcie moich krzywdzących i niesprawiedliwych tez na wasz temat (nie mam wątpliwości, że właśnie tak zostanie odebrane to, co napiszę) przytoczę też historie kobiet, które zechciały się ze mną podzielić swoimi opowieściami − a słucham kobiet od kilkunastu lat, przeprowadzając z nimi wywiady w radiu, telewizji i prasie.

Postaram się odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań, które zadajemy sobie, poszukując mężczyzny, z którym da się wytrzymać dłużej niż kilka miesięcy bez uszczerbku na zdrowiu.

Na kogo uważać? Przed kim wiać? Jak rozpoznać, że to właśnie ten fajny, ten w porządku, ten, z którym da się żyć? Od razu mówię: wiem, że tacy też istnieją!

Nie udzielę jednak odpowiedzi na palące pytanie o to, gdzie takowego osobnika można spotkać, a to z tej prostej przyczyny, że niestety, nie mam pojęcia. Gdybym je miała, już bym tam była. Z nim w łóżku albo na pysznej kolacji z szampanem. Ale niestety, jestem tu, gdzie jestem, i piszę te słowa, czyli zamiast praktykować − teoretyzuję. Piszę ku przestrodze i trochę dla śmiechu. W końcu nic tak nie znieczula, jak śmiech, a my bardzo potrzebujemy znieczulenia. Relacje damsko-męskie do bezbolesnych nie należą.

Piszę grubą kreską. Przesadzam i przerysowuję. Sięgam do własnego doświadczenia, ale pomagają mi też bohaterki Miasta kobiet, programu, który przez ponad dekadę prowadziłam w telewizji, i dziewczyny z Facebooka. Moje kochane czytelniczki, które zgodziły się podzielić doświadczeniami na temat swoich mężczyzn i związków.

Gdybym miała dziś odpowiedzieć na pytanie, co mnie, jak dotąd, najbardziej rozczarowało na tym świecie, odpowiedziałabym, że mężczyźni. Nie mam tu na myśli facetów, których spotkałam na swojej drodze. Ci, których kochałam, lubiłam, szanowałam, a czasem nie znosiłam albo się obawiałam, bywali zarówno wspaniali, jak i okropni. Piękni i szpetni. Godni podziwu i niezasługujący na splunięcie.

Niektórzy mnie zawiedli, niektórych to ja wystawiłam. Jak to w życiu.

Rozczarowanie, które mam na myśli, sięga o wiele dalej niż za drzwi mojej sypialni i do mojego stołu. Gdybym miała oceniać męską połowę świata wyłącznie na podstawie osobistych przeżyć, nie byłoby wcale tak źle.

Ktoś, kto patrzy na mój życiorys z oddalenia, opierając się wyłącznie na plotkarskich doniesieniach prasowych, może oczywiście pomyśleć: „Ta to ma pecha do facetów!”.

Nie jest tajemnicą, że kilkakrotnie wychodziłam za mąż i że żadne z moich małżeństw nie przetrwało próby czasu. Jednak ten, kto mnie zna osobiście, wie, że w ogólnym rozrachunku to raczej moi mężowie mieli pecha, że trafili na mnie. Kiedy tylko zaczynały się typowe hocki-klocki à la macho, jak rządzenie moim życiem, połajanki, wymuszanie seksu, sceny zazdrości, zdrady, nadużywanie alkoholu, dragi, kace, humory, wrzeszczenie na moje dziecko i impertynencje w stosunku do moich przyjaciół, kończyło się krótkim „gudbaj!”. Żadnemu nie pozwoliłam zajść mi za skórę tak mocno, bym musiała go, na przykład, znienawidzić.

Obserwowane z mojej perspektywy „zmagania” z męskością przedstawiają się zgoła (nomen omen!) nie najgorzej. Było mi dane poznać mężczyzn fascynujących, pięknych, szalonych i nietuzinkowych. Bywałam i nadal bywam przez nich kochana, rozpieszczana i noszona na rękach.

Dzięki nim wiem, czym jest seksualne spełnienie. Ale też − co to rozpacz, poczucie klęski i porzucenie. To za sprawą mężczyzn odnalazłam i poznałam ważną część siebie. Lekcje, których mi udzielili, bywały bardzo bolesne, ale też niesamowicie skuteczne.

Moja przyjaciółka Beata, góralka spokrewniona z samym Sabałą, powiada: „W miłości nie ma sentymentów!”. Zgadzam się z nią.

Miłość daje w kość. Rozczarowuje, dogina nam kark do ziemi i doprowadza do rozpaczy. Jest jednak tego warta. Ponieważ nic w równym stopniu nie napędza nas do życia. Jak mówią Rosjanie: „Liubow eto kak jebat’ tigra − smieszno i straszno”.

Co tu dużo gadać, mimo udręki i zszarpanych nerwów − miłość jest cudowna.

Dla heteroseksualnej, narwanej i zbuntowanej kobiety, którą jestem, miłość musi oznaczać czołowe zderzenie z męskością. Jeśli wychodzę z tej kolizji poobijana, to też na własne życzenie. Nie jestem osobą zachowawczą. Zdarza się, że przekraczam życiową prędkość, nie przestrzegam przepisów, wjeżdżam pod prąd albo się ścigam i wymuszam pierwszeństwo. Zdarzyło się, że zabrałam na pokład pasażera, który narobił mi kłopotów. Albo sama pakowałam się „na stopa” pod opiekę pijanego kierowcy. Jednak zawsze to byłam ja. Ja i moje decyzje.

Bywałam frajerką, ale nie ofiarą. Jestem na to zbyt silna psychicznie. Popłaczę, pojęczę, otrzepię się i żyję dalej. Mam niski próg szczęścia: nie potrzebuję wiele, by cieszyć się życiem. Nie jestem przywiązana do wygód, prestiżu, koloru i marki. Wystarczy, że dobrze zjem i mam co czytać. A dobre mogą być przecież ziemniaki z cebulką popijane kefirem. Jestem jak wańka-wstańka. Rany goją się na mnie jak na psie. Żyję szybko. Jakimś cudem nie umarłam młodo.

Jeśli mówię o rozczarowaniu męskością, chodzi mi o coś bardziej ogólnego, składającego się na szerszy obrazek. Podkreślam jeszcze raz: to, co chcę napisać, będzie krzywdzące dla ogromnej rzeszy myślących, empatycznych, pracujących nad sobą, dojrzałych mężczyzn. Trudno, mam nadzieję, że mi wybaczą, rozumiejąc, czemu służy generalizacja, którą zamierzam się posłużyć.

Znam kobiety, słucham ich od wielu lat w swojej pracy dziennikarskiej. Mam też przyjaciółki, znajome, koleżanki i współpracownice, które wiedząc, że zawsze trzymam ich stronę, chętnie mi się zwierzają. Znam siebie. Przeżyłam wystarczająco dużo, by wiedzieć, czego mi brak.

Wychodzi na to, że prawie wszystkie bardzo chcemy kochać mężczyzn. Jednak dla wielu z nas okazuje się to zadaniem ponad siły. Bo jak kochać kogoś, kto niby przepuszcza cię w drzwiach i całuje w rączkę, ale w głębi duszy pogardza twoją płcią? To trochę tak, jakby czarnoskóra osoba związała się z kimś, kto ją osobiście kocha, ale tak ogólnie, to jest rasistą.

Jak kochać kogoś, kto pracując na porównywalnym stanowisku, nie sprzeciwia się temu, że ty, jego partnerka, ukochana, światło jego oczu i matka jego dzieci, zarabiasz o jedną trzecią mniej niż on? Bez obrazy, potraktujcie to symbolicznie. Wychodzę z założenia, że stosunek danego mężczyzny do wszystkich kobiet ma przełożenie na jego stosunek do włas­nej partnerki.

Jak szanować osobę, która tylko z racji posiadania między nogami czegoś innego niż kobieta sądzi, że należy jej się obsługa, a fakt, że potrafi przypalić wodę na herbatę (ha, ha, jakie to urocze!), uważa za rozkoszny i pełen wdzięku?

Jak budować bliskość z kimś, kto obejrzał tysiące pornoli, ale gdy przychodzi do prawdziwego seksu, nie wykracza poza schemat „włożyć−wyjąć”, podczas kiedy ty się zastanawiasz, jak można nie zauważyć, że nie miałaś, no znowu nie miałaś tego cholernego orgazmu! A teraz leżysz, słuchając, jak chrapie, i zastanawiasz się, co z tobą jest nie tak?

Jak oddawać się komuś, kto o kobietach mówi „dupy” i „towary”? Jak urodzić mu dziecko, mając z tyłu głowy tragiczne statystyki ściągalności alimentów?

Jak tworzyć dom z kimś, kto uważa, że jego spełnienie zawodowe jest na pierwszym miejscu, i notorycznie zostawia cię samą z obowiązkami, dziećmi, starszymi rodzicami i psem, a sam znika codziennie na pół doby.

Jak układać sobie życie z kimś, kto straszy, że zamieni cię na nowszy model, pozbawiając wszystkiego, czemu poświęciłaś swoje najlepsze lata?

Jak wytrzymać z człowiekiem, który nieustannie rozstawia cię po kątach, zarządza twoim życiem, krytykuje i pozwala sobie na niekontrolowane wybuchy agresji?

Jak znosić jego gburowate odpowiedzi? Mentorski ton? Chamskie zaczepki? Bałaganiarstwo i niedbalstwo w zakresie własnego zdrowia, nieuchronnie prowadzące do tego, że kiedyś, ktoś (czytaj: partnerka) będzie musiał zajmować się schorowanym, gderającym dziadem, któremu nie chciało się rzucić palenia, picia, tłustego żarcia i siedzenia przed komputerem.

Już widzę, jak co poniektórym skoczyło ciśnienie. Jeszcze raz podkreślam: wiem, że istnieją mężczyźni, którzy rozumieją znaczenie słowa „równość”.

Ale wystarczy rozejrzeć się wokół, by się połapać, że wcale nie przesadzam.

Związki, w których widać prawdziwe partnerstwo, czyli współpracę dwojga równych wobec praw i obowiązków, jakie niesie życie, dorosłych osób, należą w Polsce do absolutnej mniejszości i są traktowane jak ewenement, coś niemal podejrzanego.

Większość kobiet, które znam, nawet nie uświadamia sobie, jak bardzo niesprawiedliwy jest układ, w którym tkwią. Do głowy im nie przychodzi, że mogłoby być inaczej. A jeśli nawet, wolą się tym nie dzielić. Rzeczy nienazwane mniej uwierają, mniej ciążą. Rozumiem je, znam ich lęki. Za to nie pojmuję postawy mężczyzn. Gdybym była jednym z nich, jako pierwsza zwalczałabym patriarchat. Dlaczego tak się nie dzieje? Gdzie wasza męska wrażliwość? Rycerskość? Poczucie sprawiedliwości?

Jak można, będąc w miarę inteligentnym, wrażliwym człowiekiem, stać na straży systemu krzywdzącego osoby, które się kocha? Matki swoich dzieci, a także własne matki, siostry, córki i przyjaciółki? Korzystać z tak zwanych tradycyjnych przywilejów kosztem najbliższych? Przecież to obrzydliwe. Jak można dobrze się czuć, widząc, jak życiowa partnerka, żona, kochanka, matka, córka i przyjaciółka są dyskryminowane przez prawo, język i obyczaj? Groza, ohyda i dno.

Łatwo być dżentelmenem, kiedy się ustępuje kobiecie miejsca w tramwaju. Trudniej, kiedy przychodzi do ustąpienia miejsca w świecie.

Przykro mi, panowie, ale nie kupuję waszych pięknych słówek.

Nie wierzę w waszą miłość do kobiet.

Znalezienie swojej „drugiej połówki” uważane jest w naszej kulturze za klucz do spełnienia.

Żadne inne wydarzenie nie jest fetowane tak, jak zaślubiny. Przynajmniej te pierwsze…

Człowiek bez pary, jeśli tylko nie jest osobą duchowną, uważany jest za jednostkę podejrzaną, nieszczęśliwą, taką, co to „nie ułożyła sobie życia”. Miłość i związane z nią nadzieje to główny temat rozmów wszystkich młodych ludzi w zachodniej kulturze. To miłości poświęcamy piosenki, wiersze, filmy, książki, seriale, poradniki, artykuły prasowe, nieprzebrane bajty pamięci na serwerach portali randkowych, forach i czatach.

Osobiście wzięłam sobie to wszystko do serca tak bardzo, że zaślubiałam aż cztery razy. Stałam się dzięki temu pośmiewiskiem, bohaterką niewybrednych komentarzy w realu i w sieci oraz w brukowcach. To jednak nic w porównaniu z hejtem, jaki sama sobie fundowałam.

Bardzo się wstydziłam, że nie potrafię „ułożyć sobie życia”.

Kiedy z rozpaczą zdałam sobie sprawę, że żaden z moich mężczyzn tak naprawdę nigdy mnie nie kochał, przeżyłam załamanie. Kim właściwie dla nich byłam? Wściekałam się, miotając we włas­nej głowie oskarżenia i zarzuty pod adresem swoich partnerów. A kiedy już byłam tym tak wykończona, że niemal martwa, coś mnie tknęło i odwróciłam pytanie.

KIM WŁAŚCIWIE DLA SIEBIE JESTEM?

DLACZEGO SIEBIE NIE KOCHAM?

Proces, który tu opisuję, miał miejsce, kiedy od dawna już definiowałam siebie jako feministkę. W radiu i telewizji prowadziłam programy poświęcone prawom kobiet, pisałam na ten temat artykuły, chodziłam na Manifę i pikietowałam w obronie praw kobiet przed Sejmem.

Ale człowiek taki już jest, że prędzej zobaczy drzazgę w oku bliźniego niż belkę we własnym. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że to ja najbardziej dyskryminuję kobiety, poczynając od siebie samej. Ponieważ wszystko, co myślę o sobie, muszę też myśleć o innych kobietach.

Jeśli wstydzę się, że nie potrafię „ułożyć sobie życia”, to znaczy, że mam w pogardzie inne − takie jak ja, które nie godzą się na byle jaki związek.

Jeśli czuję, że nie dość się starałam, by zasłużyć na czyjąś miłość, to znaczy, że wszystkim kobietom odmawiam bezwarunkowej miłości.

Jeśli zamiast skupić się na twórczej pracy, kompulsywnie ustawiam w szafkach weki i wyręczam bliskich w tym, co z powodzeniem mogliby zrobić sami, oznacza to, ni mniej, ni więcej, że mam kobiety za kuchty, gosposie i służące, które najpierw powinny obskoczyć swoje psie obowiązki, a dopiero potem zabawiać się w suczą samorealizację.

Widział ktoś kiedyś pisarza, który odrywa się od roboty, żeby rozwiesić pranie albo wstawić zupę? Bo jeśli chodzi o pisarki, to widział. Ja taką jedną widzę każdego ranka. W lustrze.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że prawdziwą feministką to ja zostanę, kiedy wygram z własnymi uprzedzeniami i nauczę się tak szanować i kochać kobietę, którą sama jestem, jak oczekiwałabym tego od mężczyzny, na którego czekam.

Nie ma miłości bez równości.

* * *

Tak się złożyło, że mój pierwszy poważny związek zaowocował od razu.

Kiedy staram się przywołać jakiś obraz, który dobrze ilustrowałby podejście, z jakim zaczynałam własne, „dorosłe” życie rodzinne, zawsze wraca do mnie ta jedna chwila: Mam dwadzieścia jeden lat i brzuch, w którym kilka miesięcy wcześniej poczęło się dziecko. Siedzę po turecku na plaży w Dębkach, wpatrzona cielęcym wzrokiem w ukochanego, który w piance i z rozwianą grzywą na desce windsurfingowej „uśmierza grzywy fal”, jak pisał klasyk, który zarazem jest moim tatą. Pod napiętą jak bęben skórą, w okolicach pępka, mała rybka robi „chlup!”. Dziecko wierci się, ocierając maleńkimi stópkami, rączkami i głową o ściany mojego wnętrza. Rozmyślam o zbliżającym się porodzie. Czy się go obawiam? Niekoniecznie.

Myślę raczej o tym, że tydzień przed nadchodzącym terminem będę musiała – uwaga − zrobić masę pierogów, bitek i innych kotletów. I pomrozić. Żeby mój ukochany, który właśnie niezdarnie gramoli się na powierzchnię dechy, z której po raz kolejny spadł, miał co jeść, kiedy ja będę w szpitalu. I kiedy będę musiała zająć się dzieckiem, co oczywiście postaram się pogodzić z obowiązkami domowymi i błyskawicznym powrotem do formy sprzed porodu, no ale, ale − nigdy nie wiadomo, więc na wszelki…

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI

WSTĘP. Czuły punkt

ROZDZIAŁ 1. W którym będzie mowa o niekochaniu

ROZDZIAŁ 2. O Greku Zorbie i wszystkim

ROZDZIAŁ 3. Cipka, czyli sedno, oraz majtki niewidki

ROZDZIAŁ 4. Dziwy i rajfury. Babilon w ogniu i dydaktyczny smród

ROZDZIAŁ 5. Sępy miłości

ROZDZIAŁ 6. Kark, czyli oś

ROZDZIAŁ 7. Nie wierz nigdy kobiecie, czyli 33% hańby

ROZDZIAŁ 8. Molesta – nie ewenement, czyli poznaj moich kolegów

ROZDZIAŁ 9. Grunt to rodzinka, czyli kto to napisał?

ROZDZIAŁ 10. Odrobina (nie)szczęścia w miłości

ROZDZIAŁ 11. Jak babcię kocham!

ROZDZIAŁ 12. Kicia, wiej!

ROZDZIAŁ 13. Gdyby wam jeszcze było mało

ROZDZIAŁ 14. Z mamunią w tle

ROZDZIAŁ 15. Trujący plankton i śliwka robaczywka

ROZDZIAŁ 16. Niebezpieczne Tulipany

ROZDZIAŁ 17. Radio wolna kobieta

ROZDZIAŁ 18. Paradoks udanej ucieczki

ROZDZIAŁ 19. Na własnych (krętych) dróżkach

Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej Tłumaczenie przygotowane na zlecenie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Preambuła

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jesteś wędrówką Rebel Jeszcze czego ! 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mit motywacji Wielka czwórka Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu