Beatlesi. Powieść

Beatlesi. Powieść

Autorzy: Lars Saabye Christensen

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 732

Cena książki papierowej: 54.90 zł

cena od: 31.92 zł

Beatlesi — klasyczna powieść i największy międzynarodowy bestseller Larsa Saabye Christensena — nareszcie w Polsce!

Oslo, rok 1965. Na świecie szaleje beatlemania. Kim, Gunnar, Seb i Ola, nierozłączni przyjaciele ze szkolnej ławy, chcą być jak słynna czwórka z Liverpoolu. Zapuszczają grzywki, przyjmują pseudonimy Paul, John, George i Ringo i z wypiekami na twarzy czekają na kolejne piosenki. Love Me Do, She Loves You, Strawberry Fields Forever… nie ma dla nich większego święta, niż wspólne słuchanie płyt słynnej grupy. Pewnego dnia chłopcy postanawiają założyć własny zespół.

Piękna książka o dziecięcych marzeniach, pierwszych miłościach i libacjach, buncie i konfrontacji z rzeczywistością? Tak, ale nie tylko. W łagodną opowieść o dojrzewaniu w pewnym momencie zaczyna się wsączać coś mrocznego i niepokojącego. Kim, Gunnar, Seb i Ola dorastają i zmieniają się razem z muzyką Beatlesów – to droga od pierwszych pocałunków i randek z koleżankami z klasy aż do gwałtownych protestów przeciwko wojnie w Wietnamie i rewolucyjnych rozruchów na ulicach Oslo. Od bezgranicznego oddania i przyjaźni aż do bolesnego rozpadu.

Beatlesi to jeden z największych norweskich bestsellerów w historii  i książka otoczona aurą kultowości — zwyciężyła w plebiscycie norweskiego dziennika „Dagbladet” na najlepszą książkę 25-lecia. Miliony czytelników w kilkunastu krajach świata umieszcza ją na listach swoich lektur odmieniających życie. Najczulsza i najbardziej przekonująca powieść o dojrzewaniu, jaką czytałeś od bardzo, bardzo dawna.

Ta proza uwodzi płynnością, a dobór słów jest tu prawdziwie mistrzowski.

„Independent”

Podczas lektury Beatlesów ma się przed oczami własną młodość. Wyśmienita książka.

„Die Zeit”

Spis treści

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I

I Feel Fine. Wiosna 1965

She’s a Woman. Lato ’65

Help. Jesień ’65

Rubber Soul. Zima ’65 / ’66

Paperback Writer. Wiosna ’66

Yellow Submarine. Lato ’66

Revolver. Jesień ’66

Strawberry Fields Forever. Wiosna ’67

A Day in the Life. Lato ’67

CZĘŚĆ II

Hello Goodbye. Jesień ’67

Revolution. ’68

Carry That Weight. ’69

Let It Be. Wiosna / lato ’70

Golden Slumbers. Jesień / zima ’70–’71

CZĘŚĆ III

Come Together. Lato ’71

Sentimental Journey. Jesień ’71

Working Class Hero. Jesień ’71

My Sweet Lord. Jesień ’71

Wild Life. Jesień / zima ’71

Revolution 9. Zima / wiosna / lato ’72

Love Me Do. Lato / jesień ’72

Przypisy

Tytuł oryginału: BEATLES

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: HENRYKA SALAWA

Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, JACEK BŁACH, EWELINA KOROSTYŃSKA

Projekt okładki: Bleu T

Zdjęcia na okładce:

© Inge Yspeert / Corbis / Profimedia (ulica)

© Hulton-Deutsch Collection / Corbis / Profimedia (dzieci)

Opracowanie okładki oraz układ typograficzny: MAREK PAWŁOWSKI

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

Copyright © Cappelen Damm AS 2001

© Copyright for the Polish translation by Iwona Zimnicka

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05861-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

STRAWBERRY FIELDS FOREVER

WIOSNA ’67

Ojciec wrzeszczał. Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby wrzeszczał aż tak. Wymachiwał rękawiczkami i tupał śniegowcami. Ja też wrzeszczałem, waliłem pięściami w bandę i wrzeszczałem. Meier, Łabędź, ostatni raz zjechał na wewnętrzny tor, łyżwy błyskały na lodzie jak noże, ale i tak było za późno. Verkerk pędził już na ostatniej prostej, Łabędź nie miał szans, ale mimo to wrzeszczeliśmy, waliliśmy i tupaliśmy, żeby się rozgrzać. Głowy spowijały nam kłęby pary.

– Siedem koma trzydzieści koma cztery! – zawołał spiker.

Verkerk i Łabędź zjechali na wewnętrzny tor, rękami opierając się o uda, nie mieli siły wyprostować pleców. W świetle reflektorów lód pod nimi lśnił, na wszystkie strony rzucali zgięte wpół cienie.

Ojciec znów uniósł rękawice i zaczął wrzeszczeć jak opętany. Sprzedawca kiełbasek rozkolebanym krokiem podszedł do nas z parującą skrzynką na brzuchu.

Później szliśmy białymi ulicami przez park Urra i przez Bondebakken. Ojciec niósł plecak wypchany gazetami, na których wcześniej staliśmy.

– Verkerk wygra – oświadczył.

– Na to wygląda – przyznałem. – Byle tylko nie wygrał na tysiąc pięćset, bo wtedy będzie miał trzy dystanse.

– Myślisz, że na dziesięć tysięcy też zwycięży?

– To zależy od Łabędzia i Betona.

– I od Schenka – dodał.

Ojciec zaczął mówić takie rzeczy. Od świąt, odkąd został szefem oddziału banku, jakby zupełnie się zmienił. Nie bardzo to rozumiałem. Myślałem, że raczej zacznie zadzierać nosa, ale nie, prawie nie krzyczał, nie trzaskał drzwiami, uśmiechał się. Dziwne.

– Wiesz, ile pieniędzy mieliśmy wczoraj w skarbcu, Kim?

– Nie. Ile?

– Trzysta pięćdziesiąt tysięcy!

– Pomyśl, a jak byłby napad?

Ojciec się roześmiał i poklepał mnie po plecach.

– Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach!

W domu czekała mama z kakao i bułeczkami. Ale my byliśmy najedzeni, na pewno zjedliśmy we dwóch co najmniej dwadzieścia kiełbasek. A w „Wiadomościach” pokazywali relację z mistrzostw świata i kiedy Verkerk w biegu na pięć tysięcy metrów, z jedną ręką na plecach i usztywnionym karkiem, ostatni raz zmienił tor na zewnętrzny, to w tle widać było, jak ojciec i ja stoimy, wrzeszczymy i walimy w bandę. Ledwie to mignęło, ale pokazali nas w telewizji. Ciekawe, ile osób to zauważyło. Na pewno niemało.

Zadzwonił telefon. Odebrała mama. Wróciła roześmiana.

– Ringo Starr do Paula McCartneya – powiedziała.

Zrobiło mi się trochę głupio, ale poczłapałem do telefonu.

Ola o mało nie pękł z podniecenia.

– Zbiórka u Se-Se-Seba! – wydusił z siebie.

– A co się dzieje?

– Jego o-o-ojciec przysłał nową płytę Beatlesów z A-A-Anglii!

– Już lecę! – wrzasnąłem. Wskoczyłem w ciuchy i wypadłem na dwór, szybciej niż Suzuki na ostatniej prostej. Nie zdążyłem nawet zostawić śladów na śniegu.

U Seba atmosfera była bliska punktu wrzenia, gorzej niż na Stadionie Bislett. Jeszcze nawet nie otworzył paczki. Leżała na stole, płaska, kwadratowa, magiczna. Czekaliśmy już tylko na Gunnara, nie mógł się pospieszyć?

– Stary był w Liverpoolu – oznajmił z dumą Seb.

Wreszcie zjawił się Gunnar. Z hukiem i hałasem, co najmniej równie podniecony jak my. Wpadł do pokoju, czerwony na twarzy i biały na włosach.

– Chłopaki – wysapał. – Wiecie co?

Padł na kanapę.

Powiedzieliśmy, że tak, że wiemy co.

Pokazaliśmy na stół, na którym leżała płyta.

Gunnar odzyskał głos i wstał. Na plecach miał wąską smużkę śniegu. On też musiał pędzić.

– Brachol powiedział, że ten jego kumpel, który czyta angielskie gazety, mówi, że Beatlesi się jednak nie rozpadną.

– Naprawdę? – krzyknęliśmy chórem.

Gunnar nabrał powietrza, przewrócił oczami.

– Podpisali kontrakt płytowy na d z i e w i ę ć lat!

Zaczęliśmy tańczyć i krzyczeć z radości, aż matka Seba zapukała w ścianę. Wtedy spojrzeliśmy na siebie z powagą, stanęliśmy w ciasnym kręgu na środku pokoju i popatrzyliśmy sobie w oczy.

– To ja-ja-jasne, że Beatlesi się nie ro-ro-rozpadną – powiedział Ola.

– Jasne – potwierdziliśmy.

– Beatlesi nigdy się nie rozpadną – oświadczyłem.

– Nigdy.

– Na dziewięć lat i na zawsze – powiedział Seb.

– Na zawsze.

– Nie mają sobie równych – dodał Gunnar.

– Nie mają!

Po kolei kładliśmy dłonie jedne na drugich i tak staliśmy długo, w ciasnym kręgu, nad stosem splecionych rąk.

Przyjemnie było to poczuć.

Potem Seb ustawił garrarda na podłodze, zamknął drzwi na klucz i spuścił rolety. Ostrożnie wzięliśmy płytę i z sercami w gardle, oczami na szypułkach i uszami w pełnej gotowości rozwinęliśmy papier.

– Penny Lane – szepnąłem. – Penny Lane.

– Strawberry Fields Forever – szepnął Gunnar.

Mniej więcej przez godzinę studiowaliśmy okładkę.

W końcu Seb odezwał się pierwszy:

– Mają wąsy.

Mieli wąsy. Pociągnęliśmy się za górne wargi. Nie bardzo było za co ciągnąć. Nic tam nie rosło.

Chwilę pocieraliśmy się pod nosami.

W końcu Seb położył płytę na talerz gramofonu i wcisnął ON. Ramię przesunęło się nad rowkami, a kiedy opadło, wstrzymaliśmy oddech. Cały świat się zatrzymał. Dźwięki z ulicy w ogóle nas nie dotyczyły. Dochodziły z innej planety.

Uszy mieliśmy wielkie jak parasole.

Później leżeliśmy wyciągnięci na podłodze, uszy złożyliśmy, a puls powoli spadał. Takie mieliśmy uczucie. Tak było. Jakbyśmy usłyszeli Boga mówiącego pierwszego dnia: Niechaj się stanie światłość. I stała się światłość.

– Identycznie jak z Eleanor Rigby i Yellow Sub-sub-submarine. Dwie strony me-me-medalu.

Ola umiał trafić w dziesiątkę.

Przez chwilę się nad tym zastanawialiśmy.

– Staruszek w liście napisał, że Penny Lane to ulica w Liverpoolu – powiedział Seb.

– Czyli dokładnie tak jak Karl Johan – podsunął Gunnar.

– Ale te trąbki na pewno brzmią lepiej od tego fałszywego dęcia na Siedemnastego Maja.

– Mo-mo-możemy po-po-popracować w wakacje – zaproponował nagle Ola. – I kupić instrumenty za pie-pie-pieniądze, które zarobimy.

Jasne, że mogliśmy tak zrobić! Zaczęliśmy mówić jeden przez drugiego, liczyć, ile mamy i ile nam potrzeba. O rany. Tyle planów. Aż nam się gorąco zrobiło od tego gadania. The Snafus! Nie było żadnych granic. Już wyruszyliśmy w drogę.

– Możemy wziąć Gąsiora z organami – podsunąłem.

Gunnar, Seb i Ola zmierzyli mnie wzrokiem.

– Przydałyby się organy! Animalsi mają organy!

– Przecież Gąsior gra wyłącznie psalmy – przypomniał Seb.

Rozmawiali dalej o gitarach, perkusjach, mikrofonach i wzmacniaczach, ale mnie nie wychodził z głowy Gąsior. To jego spojrzenie, dawniej żółte ze strachu, teraz zmatowiało i zamknęło się, jakby odwrócił oczy i gapił się w głąb czaszki. Na zakończeniu szkoły przed Bożym Narodzeniem grał na organach, szumiały i piszczały, a on siedział jak posąg w samym środku tych drżących dźwięków, zamknięty, uwięziony we własnych akordach.

– Możemy ćwiczyć w naszej piwnicy – oznajmił Gunnar.

– A jesienią może zagramy na zabawie w szkole!

Kolejny raz puściliśmy płytę. Strawberry Fields Forever. Gunnar kręcił się przy głośniku jak osa.

– Co tam się dzieje na samym końcu?

– Może grają od tyłu – podsunąłem. – Tak jak na Rain.

– Cholernie mocny tekst. – Seb jeszcze szerzej otworzył uszy i słuchał z zamkniętymi oczami.

– Co to znaczy Straw-straw-strawberry? – spytał szeptem Ola.

– Truskawka – odparłem. – Truskawkowe pola na zawsze!

Let me take you down,‘cause I’m going to.

– Cholernie mocny tekst – powtórzył, sapiąc, Seb.

Living is easy with eyes closed.

– Mo-Mo-Monkees mogą iść spa-spa-spać – powiedział Ola. – Bo tylko się zbła-zbłaźnią!

– I Herman’s Hermits tak samo!

Znów studiowaliśmy zdjęcia. Wąsy. George miał też brodę. Seb podrapał się w podbródek.

– Mój stary mówi, że jeśli człowiek będzie się golił codziennie, to będzie miał większy zarost.

– Nawet jak w ogóle nie ma brody?

– No.

Chwilę się nad tym zadumaliśmy. Potem musieliśmy już iść. Ola zniknął za rogiem. Gunnar i ja weszliśmy razem w Bygdøy allé.

– Verkerk pobije Łabędzia i Betona – powiedziałem.

– Widziałem was na stadionie w „Wiadomościach”. Nie wiedziałem, że twój ojciec ma takiego świra na punkcie łyżew.

– Ja też nie wiedziałem.

Lekko zaczął prószyć śnieg. Nie zapowiadało się dobrze dla lodu.

– Wiesz, ten kioskarz, który przyłapał Gąsiora... – zaczął Gunnar.

Owszem, wiedziałem.

Gunnar się roześmiał.

– Zamknął budę!

– Dlaczego?

– Stary mi mówił. Zwariował po tym, jak matka Gąsiora do niego przyszła i powiedziała, że do niej dzwonił. Kompletnie mu odbiło.

Rozstaliśmy się przy aptece. Patrzyłem, jak Gunnar sunie w stronę kina Gimle, z rękami w kieszeniach, z uniesionymi ramionami, niewysoki, krępy. Odwrócił się i pomachał, zawołał coś, czego nie usłyszałem. Ja też coś zawołałem, a on pewnie też nie usłyszał.

Najpierw Gąsior. Teraz kioskarz.

Wróciłem do Seba. W salonie siedziała jego matka razem z jakimś facetem. Na stole stały butelki, w powietrzu snuł się niebieski dym. Seb wciągnął mnie do swojego pokoju i zatrzasnął drzwi.

– Ten pajac przychodzi co sobota – warknął. – Zalewa się, wrzeszczy i rzyga. Tłusta świnia! – Zacisnął dłonie w pięści i opadł na kanapę. Potem nagle uświadomił sobie, że wróciłem. – Zapomniałeś czegoś?

Ja też usiadłem na kanapie.

– Ten kioskarz, który złapał Gąsiora... To nie on dzwonił do jego matki. To ja.

– Tyle zrozumiałem. – Seb lekko się zaśmiał.

– A teraz i on zwariował. Zamknął cały kram.

– Przejdzie mu – orzekł Seb. – Trochę się pogubił, nic dziwnego. Ale zapomni o wszystkim.

– Tak myślisz?

– Pewnie.

– No a Gąsior?

– Gąsior zawsze był taki.

– To znaczy jaki?

– To, co się stało tamtego wieczoru, to była tylko kropka nad i. Gąsior świetnie się teraz miewa. Wręcz znakomicie.

Serce biło mi wolniej, żołądek również się uspokoił. Popatrzyłem na Seba z wdzięcznością. Śmiał się, nie otwierając ust.

– Ty chyba nie zamierzasz też zwariować? – Zachichotał.

Z salonu doszedł smętny śmiech, coś upadło na podłogę. Seb drgnął, podszedł do okna.

– A co tam z Guri? – spytałem.

Stał do mnie tyłem.

– W porządku – odparł. – Co prawda nie widziałem się z nią już od dość dawna.

Nie drążyłem. Chciałem się dowiedzieć, czy nie mówiła czegoś o Ninie, ale dałem spokój.

Seb odwrócił się do mnie.

– Nie mam odwagi jej dotknąć – powiedział nagle. – Po tym, co się z nią działo, po tej skrobance i w ogóle. Nie mam odwagi. Boję się... boję się, że ją skrzywdzę.

Zastanowiłem się. Szukałem w myślach odpowiednich słów. Przyszła moja kolej na powiedzenie czegoś mądrego.

– Nic dziwnego. Po tym co przeszła.

Seb tylko na mnie patrzył.

– Ale wiesz, może ona też się boi. Więc mógłbyś jej o tym powiedzieć, o tym swoim strachu.

Seb się uśmiechnął, wyciągnął szufladę i wyjął z niej organki. Ukrył je w dłoniach, zwilżył wargi i zamknął oczy. Potem zaczął w nie dmuchać, dmuchać i zasysać powietrze. Brzmiało to jak wycie psa w nocy do księżyca albo czyjś głośny szloch.

Przerwał.

– To jedyne, co na razie umiem.

– Świetne – powiedziałem. – Cholernie fajne.

Wróciłem do domu i się ogoliłem.

Stryj Hubert po powrocie z Paryża wyglądał wspaniale – w czarnym berecie, kraciastym fularze i długim płaszczu szorującym po ziemi. Kiedy się pojawił, ojciec o mało nie zatrzasnął mu drzwi przed nosem. Hubert przyniósł mi w prezencie radio, kuriera, na baterie. Kiedy wieczorem kręciłem gałką, łapałem całą Europę, pokój wypełniały przeróżne głosy i języki. Czasami łapałem również Kopenhagę. Wtedy wyłączałem radio. Potem znów je włączałem.

Pewnego wieczoru byłem u Huberta na Marienlyst z ładunkiem świątecznych ciasteczek, bo mama zawsze piekła taki zapas tradycyjnych ośmiu rodzajów, że wystarczało ich aż do końca lutego. W mieszkaniu Huberta panował taki sam bałagan jak dawniej. Kiedy przyszedłem, Hubert siedział wśród stosu kartek. Dosyć szybko zjedliśmy prawie wszystkie ciasteczka.

– Przecież gwiazdkowych ciasteczek nie można trzymać aż do marca. – Hubert śmiał się wśród okruchów.

Przyniósł mi colę, dla siebie piwo.

– Twój ojciec jest zadowolony z tej nowej pracy? – spytał i się napił.

– I to jak! W zeszłym tygodniu miał w skarbcu trzysta pięćdziesiąt tysięcy koron!

Hubert pstryknął palcami.

– Oj, przydałoby nam się tyle, co, Kim?

W pełni się z nim zgadzałem.

Hubert poszedł po kolejne piwo.

– Trzysta pięćdziesiąt tysięcy! – powtórzył, wróciwszy z pełną szklanką.

– To dużo pieniędzy – stwierdziłem.

Odchylił się i wypił do dna.

– Chyba aż za dużo – powiedział. Beknął i uśmiechnął się ze smutkiem. – Tak, tak – wymamrotał. – Znów przyszedł czas na to, żeby pracować. Zarabiać.

– Nie zarabiasz na obrazach?

Zaśmiał się głucho.

– Niestety nie. Panowie na zamkach. Ordynatorzy. Kierowcy samochodów wyścigowych. To jest teraz w cenie. Piękne kobiety wyrzucone na brzeg bezludnej wyspy. Można się porzygać.

Pokazał mi paskudny rysunek przedstawiający mężczyznę w białym kitlu, ze stetoskopem na szyi. Za nim stały dwie kobiety, brunetka i blondynka.

Hubert nie miewał się teraz najlepiej. Palce przesuwały się po podłokietniku, oczy zaklęsły się w dzikim spojrzeniu, kolana podskakiwały w górę i w dół.

– Wszystko to wymysły i kłamstwa, Kim! – prawie krzyknął. – A moje rysunki też kłamią. Ludzie nie są tacy. Życie takie nie jest, Kim!

Pojawiły się supły. Hubert zapętlił się w olbrzymim węźle. Widziałem to. On widział, że widzę. Zacząłem go lepiej rozumieć.

– Kiedy wraca Henny? – spytałem szybko.

Roztopił się jak masło i zapadł głęboko w fotel.

– Latem.

– Nina też.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Beatlesi. Powieść Odpływ Półbrat 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej