Legia mistrzów

Legia mistrzów

Autorzy: Piotr Jagielski

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 35.00 zł

cena od: 22.40 zł

Choć jest to opowieść o drużynie piłkarskiej Legii Warszawa, która w 1995 r. wywalczyła awans do elitarnych europejskich rozgrywek Ligi Mistrzów, gdzie biła się z mistrzami Anglii, Rosji, Norwegii i Grecji, faktycznie jest to historia legii, zaciężnego wojska atletów, sprowadzonych do warszawskiego klubu, by zdobywać najwyższe cele, wygrywać mistrzostwa i puchary. Nie musieli się przyjaźnić, musieli razem pracować, choć tak bardzo się od siebie różnili. 

Wszystko to na tle Warszawy połowy lat 90., usiłującej równać do największych europejskich stolic, tak jak Legia usiłowała równać do najlepszych drużyn na kontynencie. 

Piotr Jagielski (ur. 1986 w Warszawie), dziennikarz muzyczny Polskiej Agencji Prasowej, publikował w „Newsweeku”, kwartalniku „Kontynenty”, a także portalach internetowych xiegarnia.pl i jazzarium.pl. Laureat Warszawskiej Nagrody Literackiej za książkę „Bird żyje” (2010). Od zawsze i nieuleczalnie kibic Manchesteru United.

Copyright © Piotr Jagielski, 2016

Projekt okładki: Bartosz Jabłoński

Zdjęcia na okładce:

przód okładki – © Eugeniusz Warmiński/archiwum Legii Warszawa, Ćwierćfinał Ligi Mistrzów, Legia Warszawa vs Panathinaikos (0:0), na zdjęciu Radosław Michalski, tył okladki – © Piotr Kucza

Redaktor prowadzący: Anna Derengowska

Redakcja: Krzysztof Cieślik

Korekta: Mariola Będkowska

ISBN 978-83-8097-536-1

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Spis treści

1. DO PRZERWY 1:0

2. CZAS POMIĘDZY

1. DO PRZERWY 1:0

Nie minęło nawet pół godziny, gdy Jałocha został wyrzucony z boiska.

Schodził powoli, rozpamiętując sytuacje, w których dał się przechytrzyć albo nie utrzymał nerwów na wodzy. W niecałe trzydzieści minut popełnił dwa faule, dostał dwie żółte kartki i sędzia kazał mu opuścić boisko. Szedł teraz samotnie przez cały plac, głowa spuszczona, wzrok utkwiony w zielonej trawie stadionu w Atenach, po której nie mógł już dłużej biegać. Zmierzał pod prysznic jak skazaniec idący na szafot.

Cały stadion z uwagą śledził każdy jego krok, siedemdziesiąt tysięcy kibiców cieszących się z jego nieszczęścia, śmiejących mu się w twarz, szydzących z niego w obcym języku. Jałocha wszedł do tunelu, którym pół godziny wcześniej, zdeterminowany, gotowy do walki, wybiegł na boisko. Teraz wrócił do szatni.

– Na jedną żółtą kartkę sobie rzeczywiście zasłużyłem. Co do drugiej… – Jałocha krzywi się na samo wspomnienie meczu w Atenach, choć minęło już dwadzieścia lat. – Myślę, że gdyby trafiło na kogoś innego, to też po pierwszej żółtej dostałby zaraz i drugą. Wypadło na mnie, co poradzić?

– Czasami wracam do tego w myślach – uśmiecha się, ale zza uśmiechu przebija smutek, wciąż żywy. – Człowiek był ambitny, wiadomo, każdy chce dobrze. No i ta cała otoczka tego meczu.

Siedział sam w pustej szatni, wsłuchując się w przytłumione odgłosy stadionu, dalekie, niewyraźne śpiewy greckich kibiców. Kiedy podnosiła się wrzawa, próbował odgadnąć, co oznacza – bramkę dla Panathinaikosu czy dla Legii?

– Usłyszałem okrzyk trybun i od razu wiedziałem, że to jednak oni nam strzelili – wygląda przez okno krakowskiej kawiarni, popija kawę. Jest słoneczne, ciche popołudnie, ale Jałocha wciąż słyszy ryk szczęścia greckich kibiców, towarzyszący mu w drodze do szatni. – Jak człowieka wyrzucają z boiska i każą wracać do szatni, dostaje się klucze i idzie pod prysznic. Inni dalej żyją meczem. On jeden zostaje wykluczony.

Kilkanaście minut później, kiedy sędzia oznajmił przerwę, dołączyli do niego w szatni pozostali gracze. Przegrywali mecz, który musieli wygrać. A do końca mieli grać w dziesięciu przeciwko jedenastu. Potrzebowali przynajmniej remisu, by awansować do półfinału Ligi Mistrzów. Walczyli nie tylko o puchar i nagrody, ale o wejście do ścisłej elity, znalezienie się w ścisłym gronie tych, którym przeznaczone są wieczna sława, ogromne pieniądze i wielki świat.

Wystarczyło strzelić jedną bramkę.

Pierwszy mecz w Warszawie zremisowali, choć byli lepsi. Nie zdobyli gola, ale też nie stracili bramki na własnym stadionie. Dlatego w Atenach wystarczyło ponownie zremisować, trafić tylko raz. Najpierw zadanie wydawało się proste, potem nieskończenie trudne. Ale przecież nie niewykonalne. Już wcześniej zwyciężali w meczach, które wydawały się nie do wygrania.

Tym razem jednak wszystko od początku szło nie tak – szybko stracili zawodnika, a chwilę później bramkę. Najwyraźniej to nie był ich szczęśliwy dzień. Nic nie wskazywało na to, że i tym razem karta się odwróci, że fortuna będzie po ich stronie.

A przecież mieli najlepszych piłkarzy w kraju, lepszych od Greków. Mieli Szczęsnego, Wieszczyckiego i Zielińskiego, mieli Stańka i Podbrożnego. No i mieli Pisza.

Choć jest to opowieść o warszawskiej Legii, w gruncie rzeczy to także historia legii, oddziału do zadań specjalnych, zaciężnego wojska, pułku atletów, powołanego, by sięgać po zwycięstwa, mistrzostwa, najważniejsze trofea i laury.

Od poprzednich złotych czasów, ostatniego snu o wielkości, minęło dwadzieścia pięć lat. W futbolu to cała epoka. Ćwierć wieku frustracji, bezradności i powtarzania historii – teraz już niemal baśni – o wielkich piłkarzach z Polski, którzy kiedyś niemal zdobyli mistrzostwo świata, byli zwycięzcami.

Wierzyłem na słowo.

Mój ojciec pamiętał tamte czasy, oglądał tamte słynne mecze. Zazdrościłem mu tych opowieści, w których nasi bili najsilniejszych, sami byli najlepsi, a wszyscy, których dziś uznawano za niedoścignionych mistrzów, bali się Polaków, bo ci mogli pokonać każdego. Tak było wtedy, dawniej.

Ale potem wszystko potoczyło się źle. Inni grali coraz lepiej, my coraz gorzej. Drużyny z Polski zaczęły przegrywać z coraz słabszymi rywalami. W końcu bił je już prawie każdy. Sukcesy przychodziły tak rzadko, że ilekroć cokolwiek się udawało, w kraju ogłaszano święto narodowe. Kibice tańczyli na ulicach jak obłąkańcy, oszołomieni, pijani niespodziewaną radością. Tak było, gdy w dziewięćdziesiątym drugim drużyna młodzieżowa wywalczyła wicemistrzostwo olimpijskie. Świętowano je, jakby triumfowała pierwsza reprezentacja, i to nie na igrzyskach, ale przynajmniej w mistrzostwach Europy. Wydawało się, jakby wszyscy puścili w niepamięć najważniejszy mecz – przegrany finał. W zbiorowej świadomości to ostatnie spotkanie, decydujące o prawdziwym zwycięstwie, nie istniało, nie liczyło się. Choć drugie miejsce oznaczało klęskę w decydującym starciu, uznawano je za sukces.

Radość i dumę zastąpiły więc wstyd i upokorzenie. Pamiętam, że ojciec ze swoimi znajomymi robili zakłady – kto jeszcze i jak dotkliwie pokona polskie drużyny? Mnie, dziewięciolatka, nie stać było na tak zgorzkniałą kapitulację. Wobec gry naszych drużyn odczuwałem zwyczajną rozpacz. Czułem się pokrzywdzony i oszukany, a przede wszystkim zupełnie względem tego jawnego oszustwa bezradny.

Teraz wreszcie miało być inaczej. Za sprawą Legii w Lidze Mistrzów. Wygrana na boisku w Atenach wszystko miała odmienić.

Bo też wszystko dokoła rzeczywiście zaczęło się zmieniać. Nastały przecież wielkie czasy, wkraczaliśmy do Europy, w której zniesiono granice i gdzie czekały nas wszystkich, tak przynajmniej zapewniano, wieczna szczęśliwość, pełnia życia, cudowny świat i wielkie przestrzenie. Ludzie żegnali się na zawsze z zaściankiem, poczuciem skrępowania, ciągłym odgrywaniem roli gorszego krewnego, który nie wie, jak się zachować ani co powiedzieć, żeby się nie ośmieszyć. Ci z Europy we wszystkim nas wyprzedzili, w piłce też.

Dla ojca Europa była dalekim, niedostępnym światem, kolorowym snem. Dla mnie Europa to był bazar na drugim brzegu Wisły na Stadionie Dziesięciolecia, gdzie kiedyś grywała reprezentacja Polski. Odkąd jednak sięgałem pamięcią, na stadionie znajdowało się targowisko, podobno największe na kontynencie. Jarmark Europa.

Kupowało się tam koszulki piłkarskie, oczywiście podrabiane. Herby klubów z Anglii czy Hiszpanii z grubsza tylko przypominały te prawdziwe, a nazwiska Redondo, McManamana, Batistuty czy Zidane’a wydrukowane były z błędami. Drugi taki bazar z koszulkami i naszywkami był w samym Śródmieściu, pod Pałacem Kultury.

Najbardziej lubiłem pasiastą koszulkę Gabriela Batistuty z reprezentacji Argentyny. Nawet pomimo tego, że napis na plecach był rozmazany i oczywiście niepoprawny – „Batitusta”, pamiętam do dziś – a sama koszulka po trzech, czterech bardziej zaciętych podwórkowych meczach zaczynała rozchodzić się w szwach. Nie wolno było jej też prać, bo groziło to całkowitą dekompozycją, przeobrażeniem w zwyczajną szmatę w błękitno-białe pasy.

– Wystarczy strzelić jedną bramkę i będziemy w Europie – ojciec nerwowo kiwał się w fotelu i powtarzał, że jak tylko przejdziemy Greków, piłkarsko też znajdziemy się w wielkim świecie. Gdyby Legii udało się pokonać w dwumeczu Panathinaikos, znalazłaby się w samej elicie, ekskluzywnym gronie czterech najsilniejszych drużyn na kontynencie.

Ale póki co trwała przerwa po pierwszej połowie. Legioniści siedzieli w szatni w Atenach, przegrywali 0:1, a na drugą część spotkania mieli wyjść bez Jałochy. Trener Janas przekonywał, że wcale nie wszystko stracone, wiele się jeszcze może zdarzyć. A nawet jeśli nie teraz, to najdalej za rok. Prędzej czy później podbiją Europę. Wciąż jednak mogli to zrobić już dziś wieczorem, w Atenach, bez konieczności czekania na następną szansę.

– Z jednobramkową stratą wciąż jeszcze liczyliśmy się w grze. Wystarczyło strzelić gola. Przy odrobinie szczęścia to my mogliśmy wywalczyć ten awans – przekonuje Jałocha, słońce go oślepia. Ma zaciśnięte pięści, jest śmiertelnie poważny. Widzę, że to nie czcza gadanina, wróżenie z fusów. Jest pewny swoich słów. – Byliśmy zespołem, który umiał walczyć. W szatni nikt nie spuszczał głowy. Mówiliśmy sobie, że nie mamy nic do stracenia, że trzeba dalej robić swoje, że może się uda. Mieliśmy w drużynie zawodników, którzy potrafili wygrać pojedynek jeden na jeden, strzelić bramkę „z niczego”, jak Podbrożny. Mieliśmy Leszka Pisza, który potrafił w dowolnym momencie meczu zrobić coś niezwykłego, coś, co mogło wszystko odmienić. Wiedzieliśmy, że przy odrobinie szczęścia możemy jeszcze wygrać.

Mieli na to niecałą godzinę.

2. CZAS POMIĘDZY

Wszystko wokół zmieniało się nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A w każdym razie miało się zmienić. Jeśli nie zmieniło się wczoraj, powinno zmienić się już za chwilę, najdalej pojutrze.

Na zawsze odejść miały szarzyzna, bylejakość i brzydota. Teraz będzie inaczej – znikną brudne dworce, nierówne chodniki, szare ubrania, puste sklepy, smutni ludzie o smutnych twarzach. Nastawał czas rozkwitu i kolorów ułożonych w tęczę. Wszystko miało być już dobrze, skoro upadła przeklęta Polska Ludowa i nadchodził wyczekiwany, wymodlony po kościołach czas powszechnej wolności, wolnego rynku, wolnej prasy, wszelkich wolności. Niektórzy zdążyli nawet obwieścić koniec historii.

Dla jednych oznaczało to cudowne wskrzeszenie stłamszonych marzeń o normalności i życiu na miarę Zachodu. Wszystko miało być wspaniale, choć nie wiedziałem nawet, że wcześniej nie było.

Ale dla innych, wcale nie tak znów nielicznych, nowe czasy były jak koniec świata. Wszystko się zawaliło, a wraz ze wszystkim także świat piłki nożnej. A to ona mnie wtedy głównie obchodziła. Nie miałem pojęcia o polityce ani ekonomii, nic mi nie mówiły takie pojęcia jak boom gospodarczy, inflacja, restrukturyzacja, prywatyzacja, denominacja. Ważna była tylko piłka. Piłka była rzeczywista. Reszta to spekulacja i skomplikowana terminologia.

Tak naprawdę liczyło się to, że upadał Górnik Zabrze. Spadał w przepaść wraz z partyjnymi mecenasami i kopalniami węgla, z których czerpał swoje bogactwo i możliwość pozyskania każdego piłkarza, którego klub zechciał. Teraz komunistyczni dygnitarze tracili wpływy, a kopalnie bankrutowały, bo wydobywanie węgla spod ziemi okazało się nieopłacalne. Górnik był więc po raz pierwszy od lat biedakiem, tak jak górnicy, i po zawodników musiał – jak wszystkie „zwyczajne” kluby – ustawiać się w kolejce, modląc się o mannę z nieba, gotówkę na transfery, sprzęt, bieżące wydatki. Niegdyś bogacz i panisko, w nowych czasach musiał się troszczyć o pieniądze, których wcześniej miał tyle, że nawet ich nie liczył. Był tak zamożny i miał takie dojścia do władz, że swoich piłkarzy udawało mu się od czasu do czasu wybronić przed powołaniem do wojska, które oznaczało przymusową grę w Legii Warszawa, największym rywalu Górnika.

Klub z Zabrza miał pieniądze i kupował kogo chciał. Legia obrała strategię równie prostą i równie skuteczną. Jeśli była zainteresowana pozyskaniem jakiegoś piłkarza, wysyłała mu po prostu kartę powołania do służby wojskowej. Obywatelski obowiązek ochrony granic ludowej ojczyzny zaprowadził na stadion przy ulicy Łazienkowskiej w Warszawie takich sztukmistrzów jak Lucjan Brychczy czy Kazimierz Deyna, największe legendy w stuletniej historii klubu.

Kiedy Deyna został wcielony do wojska, był zawodnikiem ŁKS-u. Łódzcy działacze postanowili oszukać Legię i nie oddawać jej swojego najzdolniejszego piłkarza. Przekonywali, że obywatel Deyna Kazimierz nie nadaje się do służby zasadniczej ze względu na kiepski stan zdrowia, że raz dostał już z tego powodu odroczenie. Ale Legia nie dawała za wygraną. Kategorycznie domagała się, żeby poborowy Deyna stawił się wyznaczonego dnia w jednostce wojskowej w celu spełnienia zaszczytnego obywatelskiego obowiązku. W końcu, przestraszony nie na żarty, że oskarżą go o upor­czywe uchylanie się od służby wojskowej i ukarzą, jak za dezercję, Deyna sam przyjechał do Warszawy, by po latach stać się symbolem Legii. W drużynie ŁKS-u zdążył zagrać jeden mecz ligowy.

Gdyby grał dla milicyjnej – też bardzo wpływowej – Wisły Kraków, działacze uchroniliby go pewnie przed wojskiem i zatrzymali u siebie. Udawało im się to już wcześniej, gdy powołanego „w kamasze” piłkarza, którego szukała żandarmeria wojskowa, klubowe władze zamykały w więzieniu, a na mecze dowoziły radiowozem, pod eskortą, prosto na boisko.

Legii postawił się także Ruch Chorzów, któremu generałowie ze stolicy chcieli zabrać Gerarda Cieślika, bohatera narodowego, strzelca dwóch bramek w meczu z ZSRR na Stadionie Śląskim. Był największym idolem chorzowskich kibiców, którzy regularnie znosili go z boiska na rękach. Został w Ruchu dzięki interwencji towarzysza Markiewki, wpływowego kibica, posła na Sejm i przodownika pracy.

Krakowskiej Garbarni Legia podebrała za to Roberta Gadochę. Jako dwudziestolatek Gadocha został powołany, zwyczajna kolej rzeczy, do wojska. A skoro już i tak trafił do koszar, to władze Legii po prostu postanowiły przenieść go z jednostki, do której został przydzielony, do innej, tej przy ulicy Podchorążych, niedaleko Stadionu Wojska Polskiego przy Łazienkowskiej. Gdy skończył służbę i wychodził do cywila, pod bramą koszar czekali już na niego działacze najsilniejszych klubów w Polsce z kontraktami gotowymi do podpisu. W licytacji na pieniądze Legia nie miałaby szans, ale wojsko stanęło na głowie i Gadochę zatrzymało.

– Legia wprawdzie brała do wojska – to znaczy oczywiście nie Legia jako drużyna, lecz Ministerstwo Obrony – ale po odsłużeniu obowiązkowych dwóch lat zawodnik wracał z urzędu do swojego macierzystego klubu, w którym grał przed powołaniem. Gadocha występował w Garbarni Kraków. Z kartą powołania trafił najpierw do innego wojskowego klubu, do Wawelu Kraków, ale za jego macierzysty klub mogła uważać się wyłącznie Garbarnia. – Tłumacząc mi zawiłości transferowej sagi, która zawiodła Roberta Gadochę z Krakowa do Warszawy, Stefan Szczepłek nachyla się nad stolikiem, jakby powierzał mi jakąś pilnie strzeżoną tajemnicę. Jako kibic i dziennikarz sportowy od lat sześćdziesiątych przyglądał się budowaniu potęgi Legii. A co ważniejsze, przyglądał się temu z bliska, niemal z pierwszego rzędu. Przyjaźnił się z Kazimierzem Deyną, poznał mechanizm, który pozwolił Legii święcić triumfy w kraju i w Pucharze Europy. – Żeby nie oddać nikomu Deyny, Legia uciekła się do sposobu. Po dwóch latach obowiązkowej służby, zamiast oddać Deynę łódzkiemu ŁKS-owi, wojsko przeniosło go do marynarki wojennej. A tam służba trwała trzy lata. Legia dostała więc Deynę na kolejny, trzeci rok służby. Bo choć oficjalnie był marynarzem, służącym na okrętach podwodnych, Deyna oczywiście nie ruszył się na krok z Łazienkowskiej, gdzie dalej kopał piłkę. Kiedy odsłużył wojsko, wiele klubów chciało go ściągnąć do siebie. Bardzo starała się o niego krakowska Wisła, ale nie miała z Legią szans, bo sam Deyna nie chciał się już ruszać z Warszawy. Oczywiście, najbardziej pragnął wyjechać za granicę, ale na to nikt by mu w ówczesnej Polsce nie pozwolił. Dużo trudniej było Legii zatrzymać na Łazienkowskiej Gadochę. Kiedy sprawa stanęła na ostrzu noża, Legia poprosiła o pomoc jednego z jej wiernych kibiców Janusza Prutkowskiego, znanego w tamtych czasach satyryka i aktora. Pochodził ze Lwowa. Przeszedł szlak bojowy od Lenino do Berlina. Znał wszystkich i wszyscy zabiegali o jego przyjaźń, także ludzie z najwyższych władz państwowych, partyjna wierchuszka. Każdego potrafił sobie okręcić wokół palca, ale jednocześnie nie uznawał żadnych autorytetów ani tabu. Wszystko to wraz z żołnierską legendą sprawiało, że Prutkowski pozwalał sobie na więcej niż inni i wiele mógł załatwić. Opowiadano mi, że w sprawie Gadochy poszedł do samego Zenona Kliszki, wówczas najważniejszego w kraju dygnitarza po pierwszym sekretarzu Gomułce. „Czy ty wiesz, Zenek, że Loga próbuje ci spod nosa Gadochę sprzątnąć?” – zapytał. Loga-Sowiński przewodniczył związkom zawodowym i wiele w tamtych czasach znaczył. Kliszko mógł nawet nie wiedzieć, kto to był ten cały Gadocha, którego mu Loga chciał zabrać. Uznał jednak, że nie może sobie pozwolić, żeby mu Loga czy ktokolwiek inny podbierał cokolwiek, co jemu, Kliszce, podlega, bo pomniejszałoby go to w oczach podwładnych, zagrażało jego autorytetowi. Wydał więc jakieś zarządzenie, przestrzegające wszystkich, mających chrapkę na Gadochę, żeby wybili sobie podobne pomysły z głowy. I tak Gadocha został w Warszawie.

Wszystko nieprzyjemnie ociekało polityką. Legioniści sypiali w koszarach przy Podchorążych, młodzi zawodnicy stołecznej Gwardii kwaterowali w jednostce Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. I tu, i tam królowali ludzie w mundurach. W latach siedemdziesiątych drużyna Legii pojechała na zgrupowanie do wojskowego ośrodka wypoczynkowego w pałacu Potockich w Helenowie, nieopodal Pruszkowa. Piłkarze ćwiczyli na boisku i biegali po lesie, a tuż obok pijani oficerowie zabawiali się strzelaniem do bażantów.

Ale generałowie mieli gest i znajomości. Za ich rządów na Łazienkowskiej przebudowano stadion, zainstalowano elektryczne oświetlenie, wyremontowano korty tenisowe. Wojskowi potrafili zorganizować zgrupowania zagraniczne i mecze towarzyskie z drużynami z Hiszpanii i Francji. Wysyłając powołania do wojska, Legia sprowadzała na Łazienkowską najwybitniejszych piłkarzy w kraju: Ernesta Pohla, Edwarda Szymkowiaka, Romana Korynta, później także Mirosława Okońskiego czy Włodzimierza Smolarka.

Żyło się.

Lucjan Brychczy też otrzymał od wojska propozycję nie do odrzucenia, chociaż jego rocznik powołania otrzymać miał dopiero za pół roku. Grał w Piaście Gliwice i taki był dobry, tak bardzo potrzebny Legii, że wojskowi nie chcieli zwlekać z wcieleniem go do armii. Trener Steiner buduje silny zespół – oznajmiono mu, a on przyjął do wiadomości, że będzie trenerowi Steinerowi w tym celu niezbędny. Krzywił się, ale wsiadł w Gliwicach do pociągu i przyjechał do Warszawy. Z wojskiem się nie dyskutowało, a w gazetach napisano, że wstąpił na ochotnika. W Legii został już na dobre, spędził w niej ponad sześćdziesiąt lat.

Trudno się dziwić, że nienawidzono Legii wszędzie poza Warszawą.

Rzadko zdarzali się buntownicy, którzy – otrzymawszy powołanie – postanawiali, że prędzej odbędą dwuletnią służbę w koszarach i na poligonach, niż zagrają w wojskowej Legii. Karą za krnąbrność była złamana kariera.

Jednym z tych, którzy unieśli się honorem i odmówili stołecznej drużynie był Jerzy Wijas. Dopóki był zawodnikiem GKS Katowice, chronił go etat kopalniany – oczywiście fikcyjny. Ale gdy trafił do Widzewa, wojsko już nie odpuściło, a łodzianie byli bezsilni.

Gdyby zgodził się grać dla Legii, pewnie z miejsca trafiłby do pierwszego składu, grywał już wówczas przecież w reprezentacji Polski. Ale nie chciał i zamiast pracować na chwałę wojskowych, wylądował w dwudziestoosobowej sali sypialnej w koszarach w Czarnem. Przez jakiś czas Wijas, reprezentant Polski, występował więc w Czarnych Czarne, drużynie z A-klasy. Ale w nadziei, że w końcu uda im się złamać opór hardego poborowego, wojskowi zakazali mu nawet i tego.

Wijas odsłużył w armii rok i trzy miesiące. Zwolniono go przed terminem, uginając się pod presją opinii publicznej, nie mogącej pogodzić się z tym, że władze pozwalają, żeby tak marnował się piłkarski talent. Ominęły go jednak mistrzostwa świata w Meksyku. Ćwiczył w lesie musztrę i strzelanie do celu, gdy jego koledzy grali z Brazylią i Anglią. I marna to pociecha, że przegrywali. Kiedy po służbie wrócił do GKS-u, był już po trzydziestce, przez rok ani razu porządnie nie trenował. Było za późno, by raz jeszcze spróbować od nowa.

Ale teraz czasy się zmieniały, a w nadchodzącym świecie wojsko straciło monopol na władzę, zniknęły pieniądze i wpływy. Policja, zakłady tekstylne i huty również przestawały się liczyć. W zapomnienie szły fikcyjne etaty sztygarów i spawaczy. Nadciągał wolny rynek, na którym utrzymać mógł się tylko ten, kto był zaradny i umiał czerpać zyski.

Dla działaczy klubowych nastanie tych nowych porządków było prawdziwą katastrofą. Nagle musieli nauczyć się zarabiać na siebie bez pomocy generałów, ministrów, partyjnych sekretarzy, górników, hutników, włókniarzy, kolejarzy, milicjantów, bez wsparcia z zewnątrz, bez kombinowania, załatwiania pod stołem. Odnalezienie się w nowej rzeczywistości szczególnie trudno przychodziło działaczom klubów wojskowych, przywykłych do sięgania po państwowe pieniądze i upragnionych piłkarzy. Musieli odnaleźć się w nowym świecie, z którego zasadami ciężko było im się pogodzić, a nawet je pojąć.

Polska piłka nożna od lat już zresztą cierpiała, skazana na wspominanie dawno minionych czasów świetności. Ostatnim sukcesem był srebrny medal na igrzyskach w Barcelonie, wywalczony przez reprezentację olimpijską. Ale to było w dziewięćdziesiątym drugim, ledwie pamiętałem bramki Kowalczyka i Stańka w finałowym meczu z gospodarzami, Hiszpanią, na ogromnym stadionie Camp Nou.

Przegrali finał 2:3, ale grali znakomicie. W nagrodę dostali od władz po złotym polonezie. I wszyscy byli młodzi. Juskowiak, Mielcarski, Kowalczyk, Koźmiński, Staniek i Brzęczek – wszyscy ledwie skończyli dwadzieścia lat. Świat leżał u ich stóp, mogli zdobyć wszystko, wystarczyło, żeby się schylili, żeby zechcieli się schylić. Wtedy, w dziewięćdziesiątym drugim, nie tylko byli młodzi i mieli czas, ale także umiejętności, wystarczające, żeby walczyć jak równy z równym z hiszpańskimi rówieśnikami, wśród których byli Guardiola, Abelardo, Luis Enrique i Kiko. W kadrze Włoch grali Demetrio Albertini, Dino Baggio i Francesco Antonioli, a Polacy i tak zmiażdżyli ich trzy do zera, nie zmuszając się nawet do większego wysiłku.

Ale zmarnowali talent i możliwości. Guardiola, Abelardo i Luis Enrique w następnych latach stanowili o sile FC Barcelony. Kiko grał w Atletico Madryt, został klubową legendą, Albertini i Antonioli bronili barw AC Milan, a Dino Baggio był gwiazdą Interu Mediolan. Polacy też dokądś powyjeżdżali, niektórzy nawet do zupełnie niezłych klubów, ale karier na miarę swoich rywali z Włoch i Hiszpanii nie zrobili. Nie zawojowali świata.

Juskowiak wyjechał do Portugalii, grał dla Sportingu Lizbona (potem przeniósł się do Moenchengladbach, Olimpiakosu Pireus i znów do Niemiec, do Wolfsburga), Kowalczyk został w Legii. Staniek miał być jednym z najlepszych ofensywnych piłkarzy w Europie, trafić do Realu czy Interu, a skończył ledwie w Osasunie Pampeluna. Koźmiński wyjechał do Włoch, do Udinese, a Świerczewski zamienił GKS Katowice na Saint-Etienne, Marsylię, Bastię, aż wylądował w Birmingham. Miało być lepiej, powinno było być lepiej, ale było, jak było. Tak jak z polską transformacją.

Olimpijczycy nie mieli szczęścia. W nowych czasach trafili na działaczy ze starej epoki. Sparaliżowani kompleksem zaścianka i minimalizmem, nie potrafili wykorzystać w pełni sukcesu młodych piłkarzy, nie widzieli potrzeby, żeby sięgać po więcej, nie przestawali za to myśleć, jak cudzy sukces przekuć na własny, na pieniądze, zaszczyty, przywileje.

W tamtych czasach w polskiej piłce panował kult cwaniactwa i przeciętniactwa. Na treningach się nie przemęczało, po treningach się piło. Po co zbędny trud? W końcu byli medalistami igrzysk olimpijskich. Co i komu mieli jeszcze udowadniać? Pieniądze zarabiane na polskich boiskach, choć nieporównywalne z fortunami, które czekały na Zachodzie, nie kosztowały aż tyle wysiłku, co w Anglii, Niemczech, Hiszpanii czy Francji, a przecież i tak pozwalały żyć po królewsku.

Olimpijski srebrny medal był sukcesem – największym od czasu brązu z mistrzostw świata w osiemdziesiątym drugim – i nie było mowy, żeby zachować wobec niego jakąkolwiek powściągliwość. Należało go wykorzystać do cna, wykrzyczeć do ostatniego tchu. Kibice nie przesadzali jednak z radością, trzeźwo oceniając poziom piłki na igrzyskach. Nie można było jak w latach siedemdziesiątych podczas igrzysk w Monachium wmówić ludziom, że odniesiono niewyobrażalny sukces, bo udało się wygrać z Węgrami i Związkiem Radzieckim.

Olimpijczycy przekonywali, że trzeba dać im szansę, postawić ich przed kolejnym wyzwaniem, z nich właśnie zbudować „dorosłą” kadrę, tę prawdziwą, najważniejszą. Odgrażali się: „Zmieniamy szyld i jedziemy dalej”. Młodzieżowcy z Barcelony mieli dorosnąć, nawiązać do największych osiągnięć polskiej piłki i bić się z Niemcami, Francuzami i Holendrami o medale mistrzostw świata i Europy. Ale nie zdołali się nawet nigdzie zakwalifikować.

Problemów tej drużynie przysparzał jej twórca i trener, Janusz Wójcik. W piłkarskim środowisku uchodził za pyszałka, aroganta i gbura. Nikt go nie lubił, nikt nie chciał mu pomóc, nikt się za nim nie wstawiał. Niechęć do Wójcika przekładała się na podejście do jego piłkarzy, którzy obrywali za trenera.

Szczepłek: – Wójcik miał w sobie jakiś rodzaj charyzmy, którą zjednywał sobie piłkarzy. Wystarczyło, żeby na nich skinął i rzucił swoje bojowe zawołanie „kiełbasy w górę i golimy frajerów”, a szli za nim jak w dym. Ubolewałem nad tym, bo przypominało mi to raczej agresywną butę. Ale Wójcik umiał wejść w serca piłkarzy, mówił ich językiem, rozumował ich kategoriami.

Dowodzoną przez Wójcika reprezentację sponsorował jeden z pierwszych bogaczy w wolnej Polsce, Zbigniew Niemczycki – przedsiębiorca i inwestor.

Szczepłek: – Według mnie drużyna olimpijska była pierwszą próbą sprywatyzowania PZPN. Miało to nastąpić poprzez przejęcie kadry narodowej przez prywatny kapitał. Zaczynała się nowa Polska i wydawało się to znakomitym interesem. Niemczycki i spółka chcieli przejąć rolę PZPN, usadowić Wójcika na stanowisku trenera reprezentacji. Potem mogliby już decydować o dosłownie wszystkim.

Dzięki rzutkości Niemczyckiego młodzi piłkarze mogli przygotowywać się do meczów nawet w lepszych warunkach niż ich starsi koledzy z dorosłej kadry. Zapanowało przekonanie, że sukces w sporcie można zbudować tylko na wielkich pieniądzach, że innego sposobu nie ma. Triumfy osiągnie się tylko wówczas, gdy ktoś – raczej prywatny przedsiębiorca niż państwo – wyłoży poważne pieniądze i osobiście o wszystko zadba. Inaczej skończy się zawiedzionymi nadziejami, tradycyjnym „Chcieliśmy dobrze, wyszło jak zawsze”.

Ale i Niemczycki nie zamierzał stawać murem za Wójcikiem. Stracił na sporcie pieniądze, a wraz z pieniędzmi także serce do piłki. Chciał więcej, niż otrzymał. Dla inwestora interes był interesem. W nowych czasach wszystko musiało się opłacać.

Mirosław Żukowski, dziennikarz sportowy „Rzeczpospolitej”, znawca tenisa i chyba wszystkich pozostałych dyscyplin sportu, przyglądał się polskiemu środowisku piłkarskiemu ze zdumieniem, a nawet – niepozbawionym pewnego zażenowania – rozbawieniem.

– To był czas budowania fortun – zaczyna, gdy pytam o początki ustrojowej transformacji w sporcie. Nowe czasy niosły nowe możliwości biznesowe, wynikające z upadku reżimu. Wydawało się to korzystne dla wszystkich: dla piłkarzy, kibiców, a przede wszystkim dla potencjalnych inwestorów. – Wszyscy sądzili, że da się zainwestować w piłkę. Wydawali pieniądze w nadziei, że przyniesie to zysk, że dobrze zarobią. Byli przecież kibice, telewizja, reklamy. A tu nic! Potem zamiast poważnych przedsiębiorców w poważnych klubach zaczęły pojawiać się wynalazki typu „Miliarder” Pniewy – utrzymywana przez bogacza drużyna z małego miasteczka, która awansowała do pierwszej ligi, a wkrótce potem się rozpadła. Jakiś facet z Zamościa zapowiadał, że Hetman zostanie mistrzem Polski. Albo Igloopol Dębica Brzostowskiego! Komunistyczny bonzo, prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej z czasów mundialu w Meksyku w osiemdziesiątym szóstym. Igloopol, to dopiero była potęga! Sędziowie opowiadali, że po przyjeździe do Dębicy na mecz od razu słyszeli: „Panie sędzio, pan da kluczyki, bo samochód pan źle zaparkował, musimy przestawić”. Wiadomo było, o co chodzi. Cały bagażnik był potem wyładowany szynkami i kabanosami. Tak działano.

Żukowski śmieje się, jakby oglądał komedię Barei, ale po chwili poważnieje. W końcu to nie film, tylko rzeczywistość, sprawa jak najbardziej poważna. – Ta mentalność – wszystko da się jakoś załatwić – powodowała, że i piłka była siermiężna i taka jakaś śliska.

Ja sam na Legię chodziłem rzadko, od przypadku do przypadku, i głównie dlatego, że nie było dla niej w Warszawie piłkarskiej alternatywy. „Milicyjna” Gwardia rozleciała się wraz z upadkiem starego porządku, który przez lata zapewniał jej silną pozycję. Mnie „Gwardia” kojarzyła się już wyłącznie z zapuszczonym stadionem, na którym zorganizowano koncert Aerosmith – wielkie wydarzenie, bo Polskę rzadko odwiedzały wówczas gwiazdy.

Polonia występowała w drugiej lidze. Na jej mecze chodziło się jedynie po to, żeby oglądać, jak Stanisław Terlecki gra w jednej drużynie ze swoim synem, Maciejem, uchodzącym za geniusza. O starym Terleckim ojciec opowiadał mi, że stanowił materiał na wielkiego piłkarza i naprawdę mógł nim zostać. Był wirtuozem, któremu karierę zrujnowały kontuzje i ustrój, przed którym uciekł w końcu na Zachód. W kraju został wyklęty, nazwany zdrajcą i zapomniany. A mógł być wielki jak Gadocha, może nawet większy. Grał nie tylko skutecznie, ale i pięknie. Potrafił strzelić gola uderzeniem z trzydziestu metrów i minąć jak w slalomie pół tuzina obrońców, oszukać bramkarza i wjechać z piłką do bramki. Musiał być naprawdę dobry, bo ojciec wspominał, że choć Terlecki bronił barw nielubianej na Legii stołecznej Gwardii, a potem ŁKS-u, to kiedy przyjeżdżał ze swoimi drużynami na Łazienkowską kibice nie wygwizdywali go, z cichym pomrukiem aprobaty przyjmując jego efektowne zagrania. Wszędzie go było pełno, wciąż chciał być przy piłce. Odnosiło się wrażenie, że to Terlecki w pojedynkę gra przeciwko Legii. Ojciec opowiadał, że kiedy podczas któregoś z meczów sędzia przyznał ŁKS-owi rzut rożny, a Terlecki złapał piłkę, żeby ją wybić z narożnika boiska, kibice z trybun wołali do niego: „Stasiek, nikomu nie podawaj! Kiwaj z rogu!”.

Gdyby sprawy potoczyły się inaczej, pojechałby z reprezentacją na mistrzostwa świata do Argentyny i grał w ataku z Szarmachem i Latą, na lewym skrzydle, jak wcześniej Gadocha. Przed turniejem, podczas towarzyskiego meczu, doznał jednak poważnej kontuzji i mistrzostwa oglądał w telewizji. Ledwie odzyskał zdrowie i formę, a stał się jednym z kozłów ofiarnych „afery na Okęciu”. Pod koniec roku osiemdziesiątego przed meczem z Maltą w eliminacjach do mistrzostw świata reprezentacja trenera Ryszarda Kuleszy zbierała się w Warszawie, w drodze na zgrupowanie we Włoszech. Bramkarz Józef Młynarczyk przyjechał na lotnisko kompletnie pijany, za karę więc Kulesza postanowił zostawić go w kraju. Za kolegą ujęli się Terlecki, Zbigniew Boniek i Władysław Żmuda. W efekcie Młynarczyk poleciał z drużyną, ale władze PZPN, na czele z prezesem-generałem Rybą, całej czwórce nakazały natychmiast wracać do kraju. Prezes osobiście pofatygował się do Włoch, żeby ich przywieźć. Bał się, że piłkarze odmówią powrotu, wystąpią o azyl polityczny i zostaną w Rzymie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI

1. DO PRZERWY 1:0

2. CZAS POMIĘDZY

3. NOWA LEGIA

PISZ

JÓŹWIAK

SZCZĘSNY

JAŁOCHA

PODBROŻNY

JANAS

BEDNARZ

KUCHARSKI

WIESZCZYCKI

4. GARAŻ

5. PRZEDSIONEK

6. NA SALONACH

LEGIA – ROSENBORG

SPARTAK – LEGIA

LEGIA – BLACKBURN

BLACKBURN – LEGIA

ROSENBORG – LEGIA

LEGIA – SPARTAK

LEGIA – PANATHINAIKOS

7. DRUGA POŁOWA

GDZIE ONI SĄ?

LEGIA MISTRZÓW

ELIMINACJE

ROZGRYWKI GRUPOWE

TABELA KOŃCOWA

ĆWIERĆFINAŁ

DZIEWIĘTNAŚCIE MGNIEŃ JESIENI

OD AUTORA

PODZIĘKOWANIA

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Legia mistrzów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia