Diamentowa karoca

Diamentowa karoca

Autorzy: Boris Akunin

Wydawnictwo: Świat Książki

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 720

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 20.50 zł

Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp – bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież elegancją.

Rosja, maj roku 1905. Trwa wojna z Japonią. Losy wojny i rewolucji przechylić chce nieuchwytny japoński dywersant, zwany Akrobatą. Nieubłaganie tropi go cywilny doradca rządowy do spraw bezpieczeństwa kolei Erast Pietrowicz Fandorin. „Łowca ważek”, jak sam siebie nazywa, świetnie wie, kto go ściga. I chciałby mu powiedzieć coś bardzo ważnego...

Japonia, maj roku 1878. Z rąk zamachowców ginie twórca nowoczesnej Japonii, potężny minister Okubo. Dopaść sprawców zbrodni próbuje młody rosyjski dyplomata z Jokohamy, Erast Pietrowicz Fandorin. Choć nie ma pojęcia o Japonii i nie zdoła ukarać zabójców ministra, pozna kraj, który pokocha, znajdzie największą miłość swego życia i czeka go spotkanie z mędrcem, który zdołał wzbić się myślą ponad dobro i zło...

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ŁOWCA WAŻEK Kami-no-ku Zgłoska pierwsza, mająca pewien związek ze Wschodem

Zgłoska druga, w kórej dobiegają kresu dwie ludzkie perci

Zgłoska trzecia, w której Wasyl Aleksandrowicz odwiedza klozet

Zgłoska czwarta, w której na łów rusza wolny strzelec

Zgłoska piąta, w której przewija się godny uwagi pasażer

Naka-no-ku Zgłoska pierwsza, w której Wasyl Aleksandrowicz bierze urlop

Zgłoska druga, w której Masa narusza neutralność

Zgłoska trzecia, w której Rybnikow wpada w sidła

Zgłoska czwarta, w której Fandorinowi robi się straszno

Zgłoska piąta, prawie bez reszty złożona z rozmów tête-à-tête

Zgłoska szósta, w której ważną rolę grają ogon i uszy

Zgłoska siódma, w której wychodzi na jaw, że nie wszyscy Rosjanie wielbią Puszkina

Simo-no-ku Zgłoska pierwsza, w której z niebios sypią się żelazne gwiazdy

Zgłoska druga, na wskroś kolejowa

Zgłoska trzecia, w której Rybnikow daje upust namiętności

Zgłoska czwarta, w której daremnie przyzywany jest japoński bóg

Zgłoska ostatnia, najdłuższa

MIĘDZY WIERSZAMI Z lotu motyla

Stara kuruma

Oczy bohatera

Niebieska kość nie kocha Borsuka

Niebieska kość kocha gaijina

Flaga wielkiego mocarstwa

Stromo opadająca brukowana jezdnia

Najzupełniej zdrowy nieboszczyk

Iskry na klindze katany

Szklany wzrok gronostaja

Srebrzysty pantofelek

Pierwszy promień słońca

Serce mamushi

Noworoczny śnieg

Biały koń w mydle

Ostatni uśmiech

Przedwczesny śliwowy deszcz

Gwiazda Syriusz

Końskie łajno

Tygrys na swobodzie

Zapach irysów

Zew miłosny

Furtka

Nauka jōjutsu

Klaskanie jedną ręką

Kiście akacji

Łut szczęścia

2.18

Zasłona z oczu

Słowo to słowo

Jesienny listek

Dzikie szczęście

Łaskotki

Głowa z karku

Fotografia żony

Don-don

Ból głowy

Cichy głos

Tęczowe skrzydełka ważki

Błękitna gwiazda

Wrzoścowa fajka

Złączenie rąk

Martwe drzewo

Rozżarzone węgle

Śmierć wroga

Miłość kretów

Nocne zespolenie świata

Rozlana sake

Wielkie ognisko

Nie odrzekł słowa

Listonosz

Prawdziwy akunin

Tako rzecze Tamba

PS. List napisany i spalony przez aresztanta przezwiskiem Akrobata 27 maja 1905 roku

Tytuł oryginału

AŁMAZNAJA KOLESNICA

Łowiec striekoz, Mieżdu strok

Wydawca

Grażyna Woźniak

Konsultant terminów japońskich

Marcin Sasin

Redaktor prowadzący

Ewa Niepokólczycka

Redakcja

Elżbieta Rawska

Korekta

Jadwiga Piller, Bożenna Burzyńska, Elżbieta Jaroszuk

Copyright © B.Akunin, 1999

Copyright © for the Polish translation by Jan Gondowicz, 2016

Świat Książki

Warszawa 2016

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Magik

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-574-7

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

ŁOWCA WAŻEK

Autor dziękuje za pomoc K.N. i L.E.

Kami-no-ku

Zgłoska pierwsza,

mająca pewien związek ze Wschodem

Tego dnia, w którym zbliżał się do końca straszliwy pogrom floty rosyjskiej pod Cuszimą i ledwie zaczęły przelatywać nad Europą pierwsze głuche, niepokojące wieści o krwawym tryumfie Japończyków – tego właśnie dnia sztabskapitan Rybnikow, zamieszkały w zaułku bez nazwy na Piaskach, otrzymał z Irkucka taką depeszę:

„Arkusze wysłać natychmiast, uważać na chorego, wy-datki zapłacić”.

Sztabskapitan Rybnikow uprzedził natychmiast swą gospodynię, żeby nieobecność jego nie sprawiła jej niepokoju, gdyż interesy zmuszają go do wyjazdu z Petersburga na jeden lub dwa dni. Potem ubrał się, wyszedł z domu i nigdy już tam nie wrócił[1].

Dzień Wasyla Aleksandrowicza upływał od rana jak najzwyklejszym trybem, czyli na koszmarnej krzątaninie. Dojechawszy dorożką do centrum miasta, dalej przemieszczał się już wyłącznie pieszo i nie bacząc na ułomność (wyraźnie kulał na prawą nogę), zdołał odwiedzić niewiarygodną ilość miejsc.

Zaczął od komendantury, gdzie odszukał sekretarza referatu transportowo-obrachunkowego i z tryumfalną miną zwrócił pożyczonego onegdaj rubla. Potem skierował się na plac Simeonowski, do kwatery głównej wojsk kozackich, by wywiedzieć się o złożone przed dwoma z górą miesiącami podanie, które utknęło w kolejnej instancji. Stamtąd udał się do wojskowego zarządu kolejnictwa – od dawna ubiegał się o stanowisko archiwisty tamtejszego wydziału planów. Owego dnia jego drobną, zabieganą postać widziano i w generalnym inspektoracie artylerii na Zachariewskiej, i w intendenturze służb remontowych na Morskiej, i nawet w komitecie pomocy rannym na Kirocznej (Rybnikow ani rusz nie mógł się doprosić zaświadczenia o kontuzji głowy pod Laojanem).

Wszędzie tam wścibski wojak zdołał już spowszednieć. Biuraliści poufałym gestem pozdrawiali starego znajomka i czym prędzej robili zwrot, by z widocznym zaaferowaniem dać nura w papiery i służbowe rozmowy. Z doświadczenia wiedziano, że gdy sztabskapitan raz się przyssie, już nie popuści.

Wasyl Aleksandrowicz zwykł czas jakiś kręcić strzyżoną makówką, węszyć śliwkowatym nosem – typował ofiarę. Wybrawszy, bez ceremonii rozsiadał się wprost na biurku, puszczał w ruch nogę w sfatygowanej cholewie, gestykulując i plotąc, co popadnie: o rychłym pogromie japońskich makaków, swoich wyczynach na froncie, stołecznej drożyźnie. Posłać go w diabły było niesporo – bądź co bądź, oficer, ranny pod Mukdenem. Pojono więc intruza herbatą, częstowano papierosami, odpowiadano na bzdurne pytania i co prędzej spławiano go do innego wydziału, gdzie wszystko powtarzało się od nowa.

O trzeciej po południu sztabskapitan, zajrzawszy w sprawach zaopatrzeniowych do biur sanktpetersburskiego arsenału, zerknął raptem na ręczny zegarek o lśniącym niby lustro szkiełku (wszyscy po tysiąc razy słyszeli historię tego chronometru, jakoby daru od pojmanego w niewolę japońskiego markiza) i jął się okropnie śpieszyć. Łypnąwszy żółtobrązowym okiem, rzekł do dwóch spedytorów, umęczonych do cna jego trajkotem:

– Pogadało się setnie. Ale darujcie, czas na mnie. Entre nous – schadzka z uroczą damą. Katusze żądz i te rzeczy. Jak mawiają japciuchy, kuj żelazny, póki golący.

Parsknął na pożegnanie śmiechem.

– Niezły okaz – westchnął pierwszy spedytor, młodziutki podchorążak. – I proszę, znalazł sobie jakąś.

– Łgarstwo, podpuszcza – osadził go drugi, w tymże stopniu, lecz sporo starszy. – Kto na taką tryumfujarę poleci?

* * *

Bogatszy w doświadczenie życiowe spedytor miał rację. W mieszkaniu na Nadieżdińskiej, dokąd Rybnikow długo przemykał z Litiejnego przechodnimi bramami, oczekiwała nie urocza dama, lecz młodzian w marynarce w pepitkę.

– A cóż tak późno? – zakrzyknął nerwowo młodzieniec, otwarłszy na umówione pukanie (dwa, trzy, po czym znów dwa razy). – Pan jest Rybnikow, tak? Czterdzieści minut czekam!

– Musiałem trochę pokluczyć. Coś mi się wydawało, że... – odparł Wasyl Aleksandrowicz, penetrując ciasny lokal, przy czym zajrzał nawet do wychodka i na kuchenne schody. – Przywiózł pan? Proszę dać.

– A jakże, z Paryża. Mnie, wie pan, zlecili, żeby nie wpierw do Petersburga, tylko przedtem zajechać do Moskwy, bo...

– Wiem – nie pozwolił mu skończyć sztabskapitan, biorąc dwie koperty: jedną wypchaną, drugą cieniutką.

– Granicę przekroczyłem, aż dziw, całkiem gładko. Na walizkę ani spojrzeli, żadnych opukiwań. A w Moskwie powitali dziwnie. Ten Drozd był jakiś sztywny – oznajmił galant w pepitce, którego widać wielce świerzbił język. – Bądź co bądź, nadstawiam głowy i mam prawo liczyć na...

– Żegnam pana – znów przerwał mu Wasyl Aleksandrowicz, nie tylko obejrzawszy, ale i obmacawszy wzdłuż zaklejeń obie koperty. – Tuż po mnie proszę nie wychodzić. Odczekać jakąś godzinę – potem może pan wyjść.

Wynurzywszy się z bramy, sztabskapitan zwrócił głowę w obie strony, przypalił papierosa i dawnym krokiem – podrygującym, ale nad podziw szparkim – ruszył ulicą. Obok zabrzęczał elektryczny tramwaj. Rybnikow porzucił nagle chodnik na rzecz jezdni, puścił się biegiem i zręcznie wskoczył na stopień.

– Pa-anie wielmożny – z wyrzutem pokręcił głową konduktor – tak ino łobuziaki robią. A jakby tak, odpukać, poślizg? Bo to i nóżka chroma...

– E tam – odparł dziarsko Rybnikow. – Ruski wojak jak mawia? Raz krzyż ze srebra, raz bagnet w żebra. Zginę – krótki żal. Sam jak palec, łzy nikt nie uroni... Nie, bracie, ja tylko tak, na minutkę – odżegnał się od biletu i w istocie za moment w tenże łobuzerski sposób dał susa na jezdnię.

Uskoczywszy przed dorożką, smyrgnął tuż koło maski auta, które zaniosło się histerycznym porykiem klaksonu, i żwawo pokuśtykał w zaułek.

Tu było całkiem pusto – ani pojazdów, ani przechodniów. Sztabskapitan otwarł obie koperty. Rzucił wzrokiem w głąb grubszej, dostrzegł ceremonialne powitanie, i równe rządki ideogramów i odłożył lekturę – schował kopertę do kieszeni. Za to drugi list, nakreślony energiczną katakaną, zawładnął bez reszty uwagą idącego.

Oto treść listu:

Drogi synu! Rad jestem z Ciebie, lecz nadszedł czas, by wymierzyć cios decydujący – teraz już nie w rosyjskie tyły, a nawet nie w armię, lecz w Rosję samą. Nasze wojska zdziałały, co mogły, ale spłynęły krwią; moce naszego przemysłu są na wyczerpaniu. Czas, niestety, działa na naszą niekorzyść. A Twoje zadanie – to uczynić, by czas przestał być sojusznikiem Rosjan. Trzeba, żeby tron zadrżał pod carem i odeszła go chęć do wojny. Całą przygotowawczą pracę wykonał nasz przyjaciel, pułkownik A. Wysłany przezeń ładunek dostarcz do Moskwy, do znanego Ci adresata. Ponaglij go. Dłużej niż trzy–cztery miesiące się nie utrzymamy.

Jeszcze jedno. Istnieje wielka potrzeba poważnej dywersji na magistrali. Każda przerwa w zaopatrzeniu armii Liniewicza odroczy nieuniknioną katastrofę. Pisałeś, że o tym pamiętasz i masz pomysły. Wprowadź je w życie, przyszła pora.

Wiem, że żądam od Ciebie nieomal niemożliwego. Ale przecież uczono Cię: „Co prawie niemożliwe – możliwe”.

Mamusia prosiła przekazać, że się za Ciebie modli.

Na zdobnym wydatnymi kośćmi policzkowymi obliczu Rybnikowa nie odbiły się żadne uczucia. Sztabskapitan potarł zapałkę, podpalił kopertę i kartkę, popiół strząsnął na ziemię i roztarł obcasem. Ruszył dalej.

Druga przesyłka była od attaché wojskowego w Europie, pułkownika Akashi, i cała niemal składała się z liczb i dat. Sztabskapitan przebiegł ją wzrokiem, studiować nie musiał: pamięć miał Wasyl Aleksandrowicz wyborną.

Znów zapalił zapałkę, i podczas gdy kartka płonęła, spojrzał na zegarek, podniósłszy go prawie pod sam nos.

I tu czekała Rybnikowa niemiła niespodzianka. W zwierciadlanym szkiełku japońskiego chronometru odbił się człowiek w meloniku, z laseczką. Jegomość ów siedział w kucki, oglądając coś na chodniku – w tym właśnie miejscu, gdzie sztabskapitan spalił przed minutą list ojca.

List – głupstwo, spalony był do cna; Wasyla Aleksandrowicza zaniepokoiła bardziej rzecz inna. Nie pierwszy już raz spoglądał w swe sprytne szkiełko i wcześniej nikogo poza sobą nie widział. Skąd wziął się człowiek w meloniku: oto co było ciekawe.

Jak gdyby nigdy nic, Rybnikow ruszył dalej, częściej niż dotąd popatrując na zegarek. Lecz z tyłu znów nie było nikogo. Czarne brwi sztabskapitana wygięły się niespokojnie. Zniknięcie ciekawskiego jegomościa zafrasowało go bardziej niż to, że się zjawił.

Ziewając, Rybnikow skręcił w przejezdną bramę, skąd trafił na bezludne, kamienne podwórze. Obrzucił wzrokiem okna (martwe, niezamieszkane) i naraz, przestawszy kuleć, podbiegł do parkanu dzielącego podwórko. Ogrodzenie było bardzo wysokie, lecz Wasyl Aleksandrowicz przejawił bajeczną sprężystość – podskoczył niemal na sążeń, złapał się rękoma za szczyt płotu i podciągnął ciało. Nic nie stało na przeszkodzie, by przerzucił się na drugą stronę, lecz sztabskapitan poprzestał na tym, że zajrzał tam przez krawędź.

Sąsiednie podwórze okazało się zaludnione – na pokreślonym kredą asfalcie skakała na jednej nodze chuda dziewczynka. Druga, mniejsza, stała obok i patrzyła.

Rybnikow poniechał przełażenia. Zeskoczył, szybko ruszył na powrót ku bramie, rozpiął rozporek i zaczął sikać.

Przy tej intymnej czynności zastał go człowiek w meloniku i z laseczką, wbiegłszy kłusem do bramy.

Stanął jak wryty i zamarł.

Wasyl Aleksandrowicz speszył się.

– Pardon, przypiliło mnie – wyjaśnił, otrząsając krople i gestykulując wolną ręką. – Nasze rosyjskie niechlujstwo, za mało publicznych latryn. A w Japonii, jak mówią, co krok wychodek. I dlatego to nie sposób przeklętych małpiszonów pobić.

Widząc uśmiech sztabskapitana, skłonny do pośpiechu jegomość, choć nasrożony, także rozchylił pod wąsem wargi.

– Samuraj – jak taki wojuje? – bajdurzył dalej Rybnikow, zapinając spodnie i podchodząc bliżej. – Nasz okop żołnierzyk z czubem ugnoi, a samuraj skośnooki opcha się ryżu – i, rzecz jasna, go zatka. Tak z tydzień można na stronę nie chodzić. Za to zluzowany z pierwszej linii na tyły dwa dni z kibla nie złazi.

Wielce rad ze swej błyskotliwości, sztabskapitan zaniósł się piskliwym śmiechem i, zapraszając jakby do podzielenia tej wesołości rozmówcę, szturchnął go leciutko palcem w bok.

Wąsaty nie zaśmiał się, lecz jakoś dziwnie czknął, złapał się za lewą stronę piersi i siadł na ziemi.

– Mamuniu – powiedział niespodzianie cienkim głosem. I jeszcze raz, cicho: – Mamuniu...

– Co z panem? – spłoszył się Rybnikow, oglądając się. – Serduszko złapało? Aj, aj, kiepsko! Ja zaraz, po doktora! Migiem!

Wybiegł w zaułek, lecz tam raptem przestał się śpieszyć.

Jego twarz przybrała wyraz obojętności. Sztabskapitan zakołysał się na obcasach, rozważając coś czy postanawiając, i ruszył z powrotem w stronę Nadieżdińskiej.

* * *

1 Aleksander Kuprin: Podkapitan Rybnikow, przełożył Janusz Jędrzejewicz, Towarzystwo Wydawnicze „Ignis”, Warszawa 1924, str. 5. Nie sposób dojść dzisiaj, czemu przyszły minister WRiOP i premier tłumaczył tę nowelę z użyciem nieistniejącej rangi „podkapitan”(przyp. tłum.).

Zgłoska druga,

w kórej dobiegają kresu dwie ludzkie perci

Eustracjusz Pawłowicz Mylnikow, naczelnik sekcji inwigilacji zewnętrznej Oddziału Specjalnego Departamentu Policji, wrysował w kartusz sierp i młot, dodając po bokach dwie pszczółki, powyżej – mundurową czapkę, a na wstędze u spodu łacińską dewizę: „Gorliwość i służba”. Schyliwszy łysawą głowę, napawał się swoim dziełem.

Herb rodu Mylnikowów radca dworu zaprojektował osobiście i nie bez głębszych intencji. Że, niby, do arystokracji się nie pchając, gminnego pochodzenia nie wstydząc – ojciec był zwykłym kowalem (młot), dziad włościaninem (sierp) – dzięki gorliwości (pszczółki) tudzież cesarskiej służbie (czapka) dostąpiło się stosownego do zasług wywyższenia.

Szlachectwo dziedziczne Eustracjusz Pawłowicz zyskał już w zeszłym roku, wraz z orderem Włodzimierza trzeciej klasy, lecz Heroldia zwłóczyła wciąż z akceptacją herbu, wciąż się czepiała. Zatwierdziła, owszem, sierp, młot oraz pszczółki, lecz przy czapce stanęła okoniem: nazbyt jakoby podobna do przysługującej tylko utytułowanym korony.

Od niejakiego czasu Mylnikowem owładnął pewien nawyk: gdy zdarzyło mu się popaść w zadumę, kreślił na kartce drogi sercu emblemat. Na początku, co prawda, nie wychodziły mu pszczoły, lecz z czasem Eustracjusz Pawłowicz nabrał wprawy, aż miło było spojrzeć. Teraz właśnie starannie kreskował ciemne paseczki odwłoków niestrudzonych pracownic – wyszło jak złoto – popatrując na plik papierów, leżący obok jego lewego łokcia. Dokument, który wprawił w zadumę radcę dworu, nosił tytuł „Dziennik inwigilacji w m. Sankt Petersburgu obywatela honorowego Androna Siemionowa Komarowskiego (ps. »Spięty«) w dn. 15 maja 1905 r.”[2]. Osobnika nazwiskiem „Komarowski” (wedle wszelkich podejrzeń – na fałszywych papierach) przejęto z ręki do ręki od moskiewskiej Ochrany w celu ustalenia kontaktów i powiązań.

No i masz tobie.

Obiekt przejęty od filera moskiewskiego Lotnego Oddziału na dworcu o godz. 7 min 25. Przekazujący (filer Hnatiuk) powiadomił, że po drodze Spięty z nikim nie rozmawiał, a z przedziału wychodził tylko za własną potrzebą.

Przejęty obiekt śledzono w dwóch dorożkach do domu Buntinga przy ul. Nadieżdińskiej. Tam Spięty wszedł na trzecie piętro, do lokalu nr 7 i więcej stamtąd nie wychodził. Lokal nr 7 podnajmuje niejaki Zwilling, mieszkaniec Helsingforsu, który jednak pojawia się w mieszkaniu nadzwyczaj rzadko (ostatni raz, jak zaświadcza stróż, był w początkach zimy).

O godz. 12 min 38 obiekt zawezwał dzwonkiem elektrycznym stróża. W charakterze stróża udał się do niego filer Maksymienko. Spięty dał rubla, kazał kupić bułki, kiełbasę i parę piw. Poza nim, jak się zdaje, w lokalu nie było nikogo.

Przyniósłszy zakupy, Maksymienko otrzymał jako napiwek resztę (17 kop.). Zwrócił uwagę, że obiekt bardzo się denerwuje. Całkiem jakby na kogoś czy na coś czekał.

O godz. 3 min 15 do bramy wszedł oficer, któremu nadano ps. „Kałmuk”. (Sztabskapitan, odznaki intendentury na kołnierzu, kuleje na prawą nogę, wzrostu niedużego, kości policzkowe wydatne, włosy czarne.)

Wszedł do lokalu nr 7, ale po czterech minutach wyszedł i poszedł w stronę ul. Bassiejnej. Skierował się za nim filer Maksymienko.

Spięty z bramy nie wyszedł. O godz. 3 min 31 podszedł do okna, postał, popatrzył na zewnątrz, potem się cofnął.

Maksymienko nie wrócił do tej pory.

Obecnie (8 wieczór) inwigilację zewnętrzną przekazuję zmianie starszego filera Ziablikowa.

St. filer Smurow

Na pozór krótko i jasno.

Krótko, bo krótko, ale ni diabła nie jasno.

Półtorej godziny temu, ledwie Eustracjusz Pawłowicz otrzymał przytoczony meldunek, zatelefonowano doń z cyrkułu na Bassiejnej. Powiadomiono, że na podwórzu domu w zaułku Mitawskim znaleziony został martwy mężczyzna z legitymacją na nazwisko filera Lotnego Oddziału Wasyla Maksymienki. Nie minęło dziesięć minut, a radca dworu był już na miejscu i upewnił się naocznie: ano tak, Maksymienko. Oznak gwałtownej śmierci, jak też śladów walki czy nieładu odzieży, nie stwierdzono. I bez przeprowadzania sekcji doświadczony jak mało kto medyk sądowy Karł Stiepanycz stwierdził ustanie akcji serca.

Cóż: Mylnikow, rzecz jasna, nie pozostał nieczuły, puścił nawet łezkę po starym druhu, z którym przeżyło się ramię w ramię dziesięć latek w nielichych, bywało, opałach. Skądinąd i ów Włodzimierz, dzięki któremu wziął początek nowy ród szlachecki, osiągnięty został nie bez udziału Wasyla.

W zeszłym roku bowiem, w maju, wpłynął sekretny raport konsula w Hongkongu, że w kierunku Kanału Sueskiego, a ściślej do miasta Aden, zmierza w charakterze handlowców czwórka Japończyków. Tyle że żadni to handlowcy, ale oficerowie marynarki wojennej: dwaj minerzy i dwaj nurkowie. Mają w planach umieszczenie podwodnych bomb na trasie detaszowanych na Daleki Wschód krążowników Eskadry Czarnomorskiej[3].

Eustracjusz Pawłowicz zabrał ze sobą sześciu najlepszych agentów, starych wygów (w tej liczbie i nieboszczyka Maksymienkę), pognał do Adenu i tam, na bazarze, odgrywając schlanych marynarzy, urządzili nożową rozprawę – porżnęli Japońców na dzwonka, a ich bagaż utopili w zatoce. Krążowniki przeszły jak po maśle. Co prawda, makaki i tak wkrótce posłały je na dno, ale tu już, jak to mówią, nasza chata z kraja.

Proszę, jakiego współpracownika utracił radca dworu. I żeby tak jeszcze z jakiej godnej przyczyny – a tymczasem: „ustanie akcji serca”!

Wydawszy rozporządzenia w sprawie doczesnych szczątków Maksymienki, Mylnikow powrócił do siebie, na Fontankę, odczytał meldunek w sprawie Spiętego i zdjął go jakiś niepokój. Polecił, by Lońka Ziablikow, chłopak z głową na karku, przeszukał lokal nr 7.

No i cóż? Węch nie zawiódł starego wilczarza.

Przed dziesięcioma minutami zameldował się telefonicznie Ziablikow. Że – relacjonował – jak należy, za hydraulika się podawszy, dzwoni i puka pod siódemkę, odpowiedzi żadnej. Więc otwiera drzwi wytrychem.

Spięty wisi w pętli przed oknem, na karniszu do zasłon. Wedle wszelkich oznak, samobójstwo: siniaków, zadrapań brak, na stole kartka, ołówek – widać człowiek zbierał się pisać list pożegnalny, lecz się rozmyślił.

Eustracjusz Pawłowicz wysłuchał zdyszanej relacji agenta, kazał mu czekać na ekipę śledczą, a sam siadł przy biurku i jął kreślić herb: dla rozjaśnienia umysłu, a jeszcze bardziej dla uspokojenia nerwów.

Bo nerwy miał radca dworu ostatnio do luftu. W orzeczeniu lekarskim widniało: „Neurastenia ogólna w wyniku przemęczenia; rozszerzenie osierdzia, rozedma płuc i częś-ciowe porażenie rdzenia kręgowego, zagrażające paraliżem”. Paraliżem! Za wszystko w życiu się płaci, i to zwykle dużo drożej, niż się sądziło.

Ale, bądź co bądź: szlachcic dziedziczny i naczelnik najważniejszego oddziału, uposażenie sześć tysięcy srebrem, co tam uposażenie – trzydzieści tysięcy na fundusz bezosobowy, marzenie każdego urzędnika. A tu zdrowia nie staje, i czymże wobec tego całe złoto ziemi? Dopadła Eustracjusza Pawłowicza conocna bezsenność, a gdy się zaśnie – jeszcze gorzej: sny paskudne, z siłą nieczystą, koszmary. Ocyka się człek w zimnych potach, ząb na ząb nie trafia. Cały czas zwiduje się, że po kątach coś się rusza, i rzekłbyś, chichocze, w kułak, ale szyderczo, a nieraz i zawyje. Dźwigając szósty krzyżyk Mylnikow, postrach terrorystów i zagranicznych szpiegów, sypiać zaczął przy zapalonej przed ikoną lampce. Bo to i świątobliwiej, i łatwiej mrok z zakamarków przepłoszyć. Umordowały siwka strome wzgórza...

Podał się w zeszłym roku do dymisji – chwalić Pana, i grosik uzbierany, i mająteczek nabyty w dobrym, grzybnym miejscu, nad Zatoką Fińską. A tu wojna. Naczelnik Oddziału Specjalnego, dyrektor departamentu, sam minister upraszali: nie opuszczaj nas pan, Eustracjuszu Pawłowiczu, nie porzucaj w ciężkich czasach. Jakże odmówić?

Radca dworu zmusił się do powrotu myślą ku wypadkom. Szarpnął długiego zaporoskiego wąsa, potem narysował na kartce dwa kółka, połączył je falistą linią ze znakiem zapytania u góry.

Dwa fakciki: każdy sam w sobie mniej więcej zrozumiały.

Cóż, zmarło się Wasylowi Maksymience, nie wytrzymało nadszarpnięte brzemieniem służby serce. Bywa.

Obywatel honorowy Komarowski, czort go wie, kto on taki (przez moskwian podczepiony przedwczoraj do siatki konspiracyjnej eserowców), wziął i się powiesił. I to się czasem rewolucjonistom neurastenikom przytrafia.

Lecz żeby tak szast-prast jednocześnie dobiegły kresu dwa w pewnej mierze powiązane żywoty, dwie, by tak rzec, ludzkie perci? Bez cudów. Co to takiego „perć”, Eustacjusz Pawłowicz uświadamiał sobie niejasno, lecz podobało mu się słowo – nierzadko wyobrażał sobie, jak brnie przez życie ową percią, wąziutką i krętą, zdławioną przez nagie skały.

Co to za Kałmuk? Po co zachodził do Spiętego – za interesem może, przez pomyłkę (był raptem cztery minuty)? I co też Maksymienkę poniosło w ślepe podwórze?

Uch, nie podobał się radcy dworu ów Kałmuk. Nie sztabs-kapitan, lecz istny anioł śmierci (tu radca przeżegnał się śpiesznie): wyszedł od jednego – ten dawaj się wieszać; idzie za nim drugi i kitę jak pies odwala w zaplutej bramie.

Mylnikow spróbował narysować koło herbu skośnooką kałmucką gębę, lecz wyszła niepodobna – zabrakło mu wprawy.

Ech, Kałmuku, Kałmuku, gdzieżeś ty teraz?

* * *

Sztabskapitan Rybnikow zaś, tak trafnie ochrzczony przez filerów (twarz miał istotnie cokolwieczek kałmucką), wieczór tego uciążliwego dnia spędzał na jeszcze gorliwszej krzątaninie.

Po wydarzeniach w zaułku Mitawskim wpadł do telegrafu i pchnął dwie depesze: jedną lokalną, do stacji Kołpino, drugą transkontynentalną, do Irkucka, przy czym poprztykał się z pocztowcem o taryfę – wściekło go, że do Irkucka biorą dziesięć kopiejek za słowo. Przyjmujący wy-jaśnił, że połączenie telegraficzne z azjatycką częścią cesarstwa wycenia się wedle podwójnej taksy, i nawet pokazał cennik, lecz sztabskapitan nawet słuchać go nie chciał.

– Jakaż to Azja? – zawodził Rybnikow, rozglądając się wokół żałośnie. – Słyszeliście, ludziska, co on mówi o Irkucku? Toż to wspaniałe miasto, prawdziwa Europa! A jak! Kto nie był, niech nie gada, ale ja tam służyłem, trzy niezapomniane lata! Więc cóż to takiego, pszepaństwa? Rozbój w biały dzień!

Poszalawszy, Wasyl Aleksandrowicz przeniósł się do kolejki przed okienkiem na zagranicę, skąd wysłał telegram do Paryża, i to błyskawicę, czyli aż po trzydzieści kopiejek za słowo, ale tu był cichutki jak trusia, nie gderał.

Następnie niestrudzony sztabskapitan dokuśtykał na dworzec Nikołajewski, gdzie zdążył akurat przed odejściem ekspresu o dziewiątej.

Chciał kupić bilet drugiej klasy – nie było.

– Cóż, nie moja wina – z widomą satysfakcją oznajmił Rybnikow kolejce. – Trzeba będzie jechać trzecią, choć jest się oficerem. Mus jechać, konieczność służbowa. Oto sześć rubelków i proszę bilecik.

– W trzeciej tym bardziej nie ma – odparł kasjer. – Jest coś w pierwszej, za piętnaście rubli.

– Za ile? – żachnął się Wasyl Aleksandrowicz. – Czy ja wyglądam na syna Rotszylda? Ja, za pozwoleniem pańskim, w ogóle jestem sierota!

Zaczęto mu tłumaczyć, że niedostatek miejsc, że ilość przejazdów pasażerskich do Moskwy ograniczono z uwagi na transporty wojskowe. A i ten właśnie bilet pierwszej klasy zwolnił się czystym przypadkiem, dwie minuty temu. Jakaś dama chciała jechać sama w przedziale, a to z polecenia naczelnika linii zabronione, i zmuszono pasażerkę do oddania drugiego biletu.

– Więc jak, bierze pan czy nie? – spytał niecierpliwie kasjer.

Sobacząc z cicha, sztabskapitan nabył przepłacony bilet, lecz zażądał „papierka z pieczątką”, iż żadnych tańszych do dyspozycji nie było. Ledwo dał się spławić – posłano go po „papierek” do dyżurnego ruchu, sztabskapitan jednak doń nie poszedł, odwiedził za to przechowalnię bagażu.

Zabrał stamtąd tandetną walizkę i długi, wąski tubus, w jakich nosi się zwykle rysunki techniczne.

A stamtąd pośpieszył już wprost na peron – rozległ się właśnie pierwszy dzwonek.

* * *

2 Daty według starego (przedrewolucyjnego) stylu. Bitwa pod Cuszimą rozegrała się 27–28 maja 1905 (przyp. tłum.).

3 Na mocy traktatu berlińskiego (1878) rosyjska Flota Czarnomorska nie mogła opuścić tego akwenu i nie uczestniczyła w działaniach (przyp. tłum.).

Zgłoska trzecia,

w której Wasyl Aleksandrowicz odwiedza klozet

W przedziale pierwszej klasy siedziała pasażerka – najpewniej ta właśnie, której rozporządzenie dyrekcji kolei wzbroniło podróżować samotnie.

Sztabskapitan przywitał się chmurnie, wciąż widać przetrawiając swój piętnastorublowy wydatek. Na sąsiadkę ledwo spojrzał, aczkolwiek dama była znacznej urody – nawet nie „znacznej”, ale wręcz wyjątkowej: akwarelowo przejrzysta karnacja, wilgotny blask ogromnych oczu zza popielatej woalki, elegancki, w odcieniu perłowym, podróżny kostium.

Pięknej nieznajomej Rybnikow także nie zaciekawił. Na „brywieczór” skinęła chłodno głową, jednym jedynym spojrzeniem omiotła pospolitą fizjonomię towarzysza po-dróży, jego workowaty mundur, zrudziałe cholewy, po czym odwróciła się do okna.

Rozległ się drugi dzwonek.

Wytwornie zarysowane nozdrza pasażerki rozdęły się, usteczka wyszeptały:

– Ach, żeby to już szybciej! – jawnie jednak nie kierując tych słów do sąsiada.

Korytarzem, z tupotem, przebiegli gazeciarze: jeden z dystyngowanej „Wieczornej Rosji”, drugi z bulwarowego „Ruskiego Wiecu”. Obaj wrzeszczeli co sił, starając się przekrzyczeć wzajem.

– Hiobowe wieści o tragedii na Morzu Japońskim! – darł się pierwszy. – Spalenie i zatopienie rosyjskiej floty!

– Sławetna szajka Moskiewskich Filutów uderza w Petersburgu! Dama z najwyższych sfer w negliżu!

– Pierwsze listy poległych! Masa nieodżałowanych mężów i synów! Cały kraj szlocha!

– Hrabina N*** wypchnięta z karety w stroju Ewy! Rabusie wiedzieli o ukrytych pod suknią klejnotach!

Sztabskapitan kupił „Wieczorną Rosję” w szerokiej żałobnej ramce, dama – „Ruski Wiec”, lecz przystąpić do lektury nie zdołali.

Drzwi otwarły się nagle i wtargnął kolosalny, niemal szerszy niż przejście bukiet róż, natychmiast napełniając przedział dusznym aromatem.

Zza kwiatów wystawała urodziwa męska głowa z nieskazitelną hiszpańską bródką i podkręconym wąsem. Tęczowo błysnął brylant w szpilce krawata.

– A któż to zacz?! – Przybysz wpił wzrok w Rybnikowa, czarne brwi groźnie podjechały w górę, lecz w tej samej chwili, oceniwszy niepokaźną powierzchowność oficera, piękniś uspokoił się co do niego całkowicie i już nie zaszczycał go uwagą.

– Lika! – wykrzyknął, padając na kolana i rzucając bukiet pod nogi damy. – Ciebie tylko jedną kocham całym sercem! Przebacz, błagam! Znasz wszak mój temperament! Jam człowiek namiętny, artysta!

Jakoż widać było, że artysta. Właściciela hiszpanki nie peszyła bynajmniej publiczność – a oprócz zerkającego zza „Wieczornej Rosji” sztabskapitana ciekawą scenę obserwowali też widzowie z korytarza, zwabieni rozgłośnymi wykrzykami i oszałamiającą wonią róż.

Audytorium nie stropiło także uroczej damy.

– Wszystko skończone, Astrapow! – oznajmiła gniewnie, błysnąwszy oczyma spod odrzuconej woalki. – I nie śmiej pokazać się w Moskwie! – Odsunęła się gwałtownie od wyciągniętych błagalnie dłoni. – Nie i nie, nie chcę nawet tego słuchać!

Pokutnik zareagował osobliwie: nie wstając z kolan, złożył ręce na piersi i głębokim, cudownym tenorem zaśpiewał:

– Una furtiva lagrima negli occhi suoi spuntò[4]...

Dama pobladła, zatkała dłońmi uszy, lecz boski głos wypełnił przedział – co tam przedział: cały wagon ucichł zasłuchany.

Urzekającą kantylenę Donizettiego przerwał trzeci dzwonek, szczególnie przeciągły i natrętny.

W drzwi zajrzał konduktor.

– Osoby odprowadzające uprasza się o bezzwłoczne opuszczenie wagonu, ruszamy. Czas najwyższy, łaskawy panie! – Dotknął łokcia czarodziejskiego śpiewaka.

Ów rzucił się do Rybnikowa.

– Odstąp mi pan bilet! Daję sto rubli! Dramat zdruzgotanego serca! Pięćset!

– Nie waż się pan tego robić! – krzyknęła dama.

– Pan wybaczy – twardo odrzekł artyście sztabskapitan. – Osobiście najchętniej, lecz niecierpiąca zwłoki służbowa konieczność...

Konduktor wyciągnął zalanego łzami Astrapowa na korytarz.

Pociąg drgnął. Z peronu dobiegł rozpaczliwy krzyk:

– Likusza! Będziesz mnie miała na sumieniu! Przebacz!

– Nigdy! – wykrzyknęła pokraśniała pasażerka i cisnęła przez okno wspaniały bukiet, zasypując cały stolik purpurowymi płatkami.

Opadła bez sił na pluszowe oparcie, zakryła paluszkami twarz i zaszlochała.

– Szlachetny z pana człowiek – oznajmiła, pochlipując. – Odmówił pan pieniędzy! Taka jestem panu wdzięczna! Wyskoczyłabym przez okno, daję słowo!

– Pięćset rubli to nielicha sumka – burknął Rybnikow. – Nie dostaję tyle kwartalnie, nawet ze zwrotem diet i kosztów podróży. Ale służba to służba. Zwierzchnictwo nie toleruje opóźnień...

– Pięćset rubli dawał, błazen! – nie słuchając go, powtarzała dama. – Przed publiką się popisywał! A w życiu taki małostkowy, gospodarny! – Ostatnie słowo wymówiła z bezgraniczną pogardą, nawet chlipać przestała. – Nie potrafi żyć zgodnie z dochodami!

Zaintrygowany zawartą w tej wypowiedzi logiczną sprzecznością, Wasyl Aleksandrowicz spytał:

– Proszę wybaczyć, nie do końca pojmuję. Jest gospodarny, czy nie potrafi żyć zgodnie z dochodami?

– Dochody ma ogromne, ale nie umie z nich korzystać! – wyjaśniła towarzyszka, nie płacząc już, lecz troskliwie badając w lusterku zaczerwieniony nosek. Przetarła go puszkiem, poprawiła na czole złocisty kosmyk. – W zeszłym roku zebrał prawie sto tysięcy, a wydaliśmy ledwie połowę. Wszystko odkłada na czarną godzinę!

Tu uspokoiła się do reszty, zwróciła spojrzenie na sąsiada i przedstawiła się ceremonialnie:

– Glikeria Romanowna Lidina.

Swoje nazwisko wymienił i sztabskapitan.

– Bardzo mi miło – rzekła z uśmiechem dama. – Powinnam wyjaśnić, skoro już stał się pan świadkiem tej skandalicznej sceny: Żorż uwielbia urządzać widowiska, zwłaszcza przy ludziach!

– Więc naprawdę jest artystą?

Glikeria Romanowna zamrugała z niedowierzaniem calowymi niemal rzęsami.

– Jakże? To nie zna pan Astrapowa? Tenor Astrapow-Lidin. Nazwisko na każdym afiszu!

– Gdzie mi tam do teatrów! – Rybnikow obojętnie wzruszył ramionami. – Nie ma kiedy po operach się włóczyć. I środki nie pozwalają. Żołd mizerny, zapomogę dla rannych wstrzymują, a ceny w Petersburgu słone. Fiakrzy po siedemdziesiąt kopiejek za byle kurs żądają...

Lidina nie słuchała, nie patrzyła nań nawet.

– Jesteśmy dwa lata po ślubie – oznajmiła, zwracając się jakby nie tyle do prozaicznego sąsiada, ile do godniejszego, okazującego współczucie audytorium. – Ach, jaka ja byłam zakochana! Teraz rozumiem już, że nie w nim, lecz w jego głosie. Cóż to za głos! Dość, że zaśpiewa, a ja tak taję, że choć miskę podstaw. I on to wie, łajdak! Widział pan, jak się przed chwilą rozśpiewał, manipulator podły? Szczęściem przeszkodził mu dzwonek, bo już czułam zawrót głowy!

– Szykowny pan – przyznał, poziewując, sztabskapitan. – I, przypuścić wypada, wielbiciel płci pięknej. To stąd ten dramat?

– Już wcześniej mi o tym napomykano! – Glikeria Romanowna błysnęła oczyma. – W teatralnym światku życzliwych na pęczki. Ale nie wierzyłam. Aż tu widzę na włas-ne oczy! I to gdzie! W moim własnym salonie! I z kim? Z Koturnową, tą starą kokotą! Noga moja w tym zhańbionym mieszkaniu nie postanie! I w Petersburgu także!

– Jak z tego wynika, przenosi się pani do Moskwy – podsumował sztabskapitan. Ton zdradzał, że pilno mu zakończyć błahą pogawędkę i zagłębić się w gazetę.

– Owszem, mamy mieszkanie i w Moskwie, na Ostożence. Zimą Żorż bierze czasem engagement w Wielkim.

Tu Rybnikow skrył się za „Wieczorną Rosją” i dama, chcąc nie chcąc, zmuszona była zamilknąć. Rozpostarła nerwowo „Ruski Wiec”, przebiegła wzrokiem artykuł z pierwszej strony i odrzuciła gazetę, ze słowami:

– Boże, jakież to żenujące! Do naga, na drodze – koszmar! Może nie całkiem do naga? I co to za „hrabina N***”? Wika Ołsufiewa? Nelly Woroncowa? Ach, mniejsza z tym!

Za oknem przepływały dacze, zarośla, pokrzywione parkany. Sztabskapitan nadal szeleścił gazetą.

Lidina westchnęła raz, drugi. Ciążyło jej milczenie.

– I cóż pan tak zapamiętale studiuje? – nie wytrzymała w końcu.

– No przecie spisy nazwisk oficerów poległych za cara i ojczyznę w bitwie morskiej koło wyspy Cuszima. Przekazane przez europejskie agencje telegraficzne ze źródeł japońskich. By tak rzec, panorama żałoby. Zapowiadają w następnych numerach ciąg dalszy. Sprawdzam, czy nie ma kogoś z towarzyszy broni. – I Wasyl Aleksandrowicz wyraziście, z uczuciem, jął czytać: „Na pancerniku «Książę Kutuzow-Smoleński»: zastępca dowódcy dywizjonu, kontradmirał Leontiew, dowódca okrętu, kapitan pierwszej rangi Endlung, płatnik eskadry, radca stanu Ziukin, pierwszy oficer, kapitan drugiej rangi von Schwalbe...”.

– Ach, proszę przestać! – Glikeria Romanowna klasnęła w rączki. – Ani myślę słuchać! Kiedyż skończy się ta okropna wojna!

– Niebawem. Prawosławne rycerstwo ukorzy podstępnego wroga – przyobiecał Rybnikow, odkładając gazetę i wyjmując jakąś książkę, w której pogrążył się z jeszcze większym zapałem.

Dama zmrużyła krótkowzrocznie oczy, by odczytać tytuł, lecz tomik obłożony był w brunatny papier.

Pociąg, zatrzymując się, zgrzytnął hamulcami.

– Kołpino? – zdziwiła się Lidina. – Dziwne, ekspres tu nigdy nie staje.

Rybnikow wychylił się z okna i krzyknął do zawiadowcy:

– Czemu stoimy?

– Ano bo, wasza łaskawość, trza przepuścić specjalny z pilnym ładunkiem wojskowym.

Korzystając z nieuwagi sąsiada, Glikeria Romanowna zaspokoiła ciekawość: szybko odchyliła okładkę, przyłożyła do oczu wytworne face-à-main na złotym łańcuszku – i zmarszczyła nosek. Książka, którą sztabskapitan zgłębiał z taką pasją, zwała się Tunele i mosty. Krótki zarys dla służb kolejowych.

Do zawiadowcy podbiegł telegrafista z taśmą depeszy w dłoni. Ów przeczytał, wzruszył ramionami i machnął chorągiewką.

– I co? – spytał Rybnikow.

– Sodoma i Gomora. Kazali odprawiać, nie czekać na specjalny.

Pociąg ruszył.

– Pan jest pewnie inżynierem wojskowym? – zaciekawiła się Glikeria Romanowna.

– Czemu pani tak myśli?

Przyznać się do podpatrzenia tytułu było Glikerii Romanownie niesporo, lecz znalazła wyjście – wskazała skórzany tubus.

– No, to tam. Chyba do planów?

– Owszem. – Wasyl Aleksandrowicz zniżył głos. – Tajna dokumentacja. Do Moskwy wiozę.

– A ja myślałam, że pan na urlop. Odwiedzić żonę czy rodziców.

– Jestem kawalerem. Z takimi dochodami rodzinę zakładać? Płótno w kieszeni. A i rodziców nie mam. Kompletny sierota. Nawet, że tak powiem, kazański, bo w pułku, przez te skośne oczy, przezwali mnie Tatarzynem.

Postój w Kołpinie wpłynął na sztabskapitana ożywczo: stał się rozmowniejszy, nawet szerokie kości policzkowe pokrył lekki rumieniec.

Naraz spojrzał na zegarek i wstał.

– Przepraszam, pójdę na papierosa.

– Proszę zapalić tutaj, przywykłam – zezwoliła łaskawie Glikeria Romanowna. – Żorż pali cygara. To znaczy, palił.

Wasyl Aleksandrowicz uśmiechnął się, zmieszany.

– Pani wybaczy, papieros to pretekst. Nie palę, zbędny wydatek. Tak naprawdę muszę na stronę, za potrzebą.

Dama odwróciła się godnie.

Tubus wziął sztabskapitan ze sobą. Podchwyciwszy oburzone spojrzenie sąsiadki, wyjaśnił przepraszającym tonem:

– Nie wolno mi go spuścić z oka.

Odprowadziwszy współpasażera wzrokiem, Glikeria Romanowna wymamrotała:

– A jednak gbur z niego, i tyle.

I jęła patrzeć przez okno.

Sztabskapitan zaś minął szybko drugą i trzecią klasę, po czym wyjrzał na platformę hamulcową końcowego wagonu.

Z tyłu dobiegł przeciągły, kategoryczny gwizd.

Na platformie stali nadkonduktor i strażnik kolejowy.

– Ki diabeł? – rzucił pierwszy. – Jak nic specjalny. A depeszowali, że odwołany!

Nie dalej niż o pół wiorsty dwie lokomotywy ciągnęły długi skład. Buchały czarnym dymem, za nimi widniał łańcuch okrytych plandekami platform.

Pora była już nocna, godzina jedenasta, lecz ledwie zaczęło zmierzchać – zbliżał się czas białych nocy.

Strażnik obejrzał się na sztabskapitana i zasalutował.

– Wielmożny panie, proszę za pozwoleniem zamknąć drzwi. Instrukcja surowo zabrania.

– I, bracie, jak najsłuszniej – poparł go Rybnikow. – Czujność i te rzeczy. Co do mnie, zapalić tylko chciałem. Ale i w korytarzyku mogę. Albo w wygódce.

I w rzeczy samej skierował się do ubikacji, która w trzeciej klasie była ciasna i niezbyt czysta.

Zasunąwszy rygielek, wychylił się z okna.

Pociąg wjeżdżał właśnie na przedpotopowy, z Kleinmichelowskich[5] jeszcze czasów most, przerzucony nad niewielką rzeczką.

Rybnikow przydepnął pedał odpływu – w dnie muszli odsłonił się okrągły otwór, ukazując migocące podkłady.

Sztabskapitan przycisnął na tubusie jakiś ledwo widoczny guziczek i wepchnął wąski skórzany futerał w dziurę; ten ledwie się zmieścił w jej świetle, wypadło więc użyć nieco siły.

Gdy tubus znikł w otworze, Wasyl Aleksandrowicz spłukał ręce pod kranem i wyszedł na pomost, otrząsając palce z wody.

W minutę później wchodził już do swego przedziału.

Lidina spojrzała nań surowo – nie darowała mu jeszcze własnego zmieszania z racji „potrzeby” – i chciała się znów odwrócić, lecz nagle wykrzyknęła:

– Pański tajny futerał! Czyżby zapomniał go pan w toalecie?

Na twarzy Rybnikowa odmalowała się irytacja, lecz odpowiedzieć Glikerii Romanownie nie zdążył.

Skądś doniósł się straszliwy łomot, wagonem zakołysało.

Sztabskapitan skoczył ku oknu.

Z innych okien także sterczały głowy. Wszyscy patrzyli wstecz.

Plant opisywał w tym miejscu niewielki łuk i widać było jak na dłoni tory, rzeczkę i most, przez który niedawno przejechali.

A raczej to, co zeń zostało.

Most zarwał się dokładnie w środku, i to w tej samej chwili, gdy przejeżdżał nim ciężki wojskowy transport.

Obraz katastrofy budził zgrozę: słup wody i pary, wzbudzony upadkiem obu lokomotyw, spiętrzone platformy, z których urywały się jakieś masywne stalowe konstrukcje, i rzecz najokropniejsza – sypiące się w dół ludzkie figurki.

Glikeria Romanowna, przyciśnięta do ramienia Rybnikowa, krzyknęła rozdzierająco. Krzyczeli i inni pasażerowie.

Ostatni wagon pociągu specjalnego, przeznaczony zapewne dla oficerów, chwiał się chwilę na samej krawędzi wyłomu; ktoś zdołałby może wyskoczyć przez okno, lecz podpora osunęła się nagle i wagon także runął w dół, na stos sterczącego z wody, splątanego żelastwa.

– Boże, Boże! – zawołała histerycznie Lidina. – Czemu pan tak patrzy? Trzeba coś robić!

I dała susa na korytarz. Ułamek sekundy później Wasyl Aleksandrowicz podążył za nią.

– Zatrzymać pociąg! – zaatakowała z egzaltacją kobieta nadkonduktora biegnącego do czołowego wagonu. – Tam są ranni! Tonący! Trzeba ich ratować!

Wczepiła mu się w rękaw, i to tak mocno, że kolejarz musiał stanąć.

– Jakie „ratować”? Kogo ratować? To istna kasza. – Blady jak trup kierownik pociągu próbował się wyrwać. – Co my możemy? Na stację trzeba, powiadomić.

Nie słuchając, Glikeria Romanowna biła go pięścią w pierś.

– Oni giną, a my odjeżdżamy? Zatrzymaj pan! Żądam tego! – wrzasnęła. – Łap się pan za ten swój, jak mu tam, hamulec!

Krzyki wywabiły z sąsiedniego przedziału czarniawego jegomościa o farbowanych wąsikach. Widząc wahanie kierownika pociągu, zawołał z pogróżką:

– Ja ci zatrzymam! Mam pilne sprawy w Moskwie!

Rybnikow łagodnie wziął Lidinę pod ramię i zaczął uspokajająco:

– Droga pani, istotnie... Oczywiście, straszliwa katastrofa, lecz jedyne, w czym możemy pomóc, to jak najszybciej zadepeszować z najbliższej...

– A niechże was! – zakrzyknęła Glikeria Romanowna.

Rzuciła się do hamulca bezpieczeństwa i szarpnęła uchwyt.

Kto tylko stał w korytarzu, poleciał na łeb, na szyję. Pociąg, stanąwszy dęba, zazgrzytał po szynach. Ze wszystkich stron buchnęły krzyki i jęki – nikt z pasażerów nie wątpił, że ich także dosięgła zagłada.

Pierwszy oprzytomniał czarniawy, który nie upadł, lecz rąbnął jedynie głową w futrynę.

Z okrzykiem: „Zatłukę cię, cholero!” runął na ogłuszoną upadkiem histeryczkę i chwycił ją za gardło.

Sądząc z ogników, które błysnęły w oczach Wasyla Aleksandrowicza, podzielał on w pewnej mierze uczucia czarniawego jegomościa. Lecz we wzroku, jakim obrzucił duszoną Glikerię Romanownę, był – obok wściekłości – jakby i cień podziwu.

Rybnikow z westchnieniem złapał za kołnierz niepowściągliwego bruneta i odciągnął go na bok.

* * *

4 Gaetano Donizetti, Napój miłosny, akt II, aria Nemorina (przyp. tłum.).

5 Hrabia Piotr Kleinmichel, minister komunikacji Mikołaja I, nadzorował budowę pierwszej dalekobieżnej linii kolejowej między Sankt Petersburgiem a Moskwą, oddanej w 1851 r. Wykreślając ją przy linijce na mapie, car obrysował swój palec, co wiernie odtworzono w terenie. Na tym jedynym łuku trasy toczą się opisane wypadki (przyp. tłum.).

Zgłoska czwarta,

w której na łów rusza wolny strzelec

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska piąta,

w której przewija się godny uwagi pasażer

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Naka-no-ku

Zgłoska pierwsza,

w której Wasyl Aleksandrowicz bierze urlop

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska druga,

w której Masa narusza neutralność

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska trzecia,

w której Rybnikow wpada w sidła

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska czwarta,

w której Fandorinowi robi się straszno

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska piąta,

prawie bez reszty złożona z rozmów tête-à-tête

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska szósta,

w której ważną rolę grają ogon i uszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska siódma,

w której wychodzi na jaw, że nie wszyscy Rosjanie wielbią Puszkina

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Simo-no-ku

Zgłoska pierwsza,

w której z niebios sypią się żelazne gwiazdy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska druga,

na wskroś kolejowa

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska trzecia,

w której Rybnikow daje upust namiętności

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska czwarta,

w której daremnie przyzywany jest japoński bóg

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zgłoska ostatnia,

najdłuższa

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

MIĘDZY WIERSZAMI

Z lotu motyla

Motylek omurasaki postanowił przefrunąć z kwiatka na kwiatek. Ostrożnie rozpostarł lazurowe, biało nakrapiane skrzydełka i wzbił się w powietrze – ledwie odrobinę, lecz oto jakby umyślnie zawiał rześki wietrzyk, uniósł nieważkie stworzonko i poderwał hen, w niebo, by już go nie puścić i w okamgnieniu przenieść ze wzgórz na równinę, gdzie rozparło się miasto; zakołował jeńcem ponad łuskowatymi dachami tubylczych dzielnic, pognał go zygzakiem nad regularną geometrią Settlementu, po czym cisnął nim w stronę morza i wyczerpany ucichł.

Odzyskawszy wolność, omurasaki obniżył się ku zielonej niczym łąka tafli, lecz w porę rozeznał swój błąd i zdołał wznieść się, nim dosięgły go szkliste bryzgi. Zakrążył krótko nad zatoką, gdzie kotwiczyły ładne żaglowce i nieładne parowce, nic ciekawego w tym widoku nie znalazł i zawrócił ku nabrzeżu.

Tam uwagę motyla skupił tłum oczekujących, podobny z góry do kwiecistej polany: jaskrawe plamy czepków, kapeluszy, bukietów. Omurasaki z minutę zataczał kręgi, wyszukując najciekawszy obiekt, a dokonawszy wyboru, siadł na goździku w butonierce mizernego pana, spoglądającego na świat przez niebieskie okulary.

Goździk był soczyście szkarłatny, zerwany tuż przed chwilą, myśli okularnika zaś sączyły się płynną akwamaryną, omurasaki rozsiadł się więc wygodniej: złożył skrzydełka, rozłożył i znów złożył.

„...Byle tylko okazał się kimś do rzeczy, a nie elegantem z morskiej pianki” – myślał posiadacz goździka, nie widząc, że jego butonierka zyskała na urodzie. Nazwisko dżentelmen ów miał długie i faliste: Wsiewołod Witaljewicz Doronin. Piastował godność konsula Cesarstwa Rosyjskiego w wolnym porcie Jokohama, ciemne zaś okulary nosił nie ze skłonności do sekretów (na brak których nie mógł w pracy narzekać), lecz z racji chronicznego zapalenia spojówek.

Wsiewołod Witaljewicz przybył na nadbrzeże służbowo, na spotkanie nowego członka korpusu dyplomatycznego (nazwisko: Erast Pietrowicz Fandorin, ranga: radca tytularny). Szczególnych nadziei, że nowy nabytek okaże się do rzeczy, Doronin zresztą nie żywił. Przestudiował dokumentację przebiegu służby Fandorina i nic tam nie przypadło mu do gustu. Ani fakt, że smarkacz już w dwudziestym drugim roku życia zyskał dziewiątą rangę (widać był czyimś protégé), ani to, że służbę zaczynał w policji (fi donc!), ani że potem przydzielono go do Trzeciego Oddziału (za jakież zasługi?), ani że wprost z rokowań w San Stefano wyleciał na kiepską placówkę (nic, tylko czymś podpadł).

Doronin już ósmy miesiąc tkwił bez zastępcy, gdyż wicekonsula Webera prześwietne petersburskie zwierzchnictwo wysłało do Hangczou, niby czasowo, lecz najwyraźniej na bardzo, ale to bardzo długo. Ze wszystkimi bieżącymi sprawami musiał teraz Wsiewołod Witaljewicz borykać się sam: witał i żegnał rosyjskie statki, troszczył się o skreślonych z list załóg marynarzy, chował zmarłych, rozsądzał marynarskie burdy. A wszak on, człowiek o strategicznym umyśle, zasiedziały w Japonii, skierowany został do Jokohamy bynajmniej nie dla głupstw i drobiazgów. Tu rozstrzygało się, gdzie trafi Japonia, a wraz z nią cały Daleki Wschód – pod skrzydło dwugłowego orła czy szponiastą łapę brytyjskiego lwa.

W kieszeni surduta konsula leżał złożony numer „Japan Gazette” z wybitą tłustym drukiem depeszą agencji Reutera: „Cesarski ambasador, hrabia Szuwałow, opuścił Londyn. Wojna między Wielką Brytanią a Rosją bliższa niż kiedykolwiek”. Fatalnie. Ostatnim tchem położyliśmy nieszczęsnych Turków, gdzież nam wojować z Brytyjczykami? Szykowało się cielę na wilka. Pogardłuje się, oczywista, brzęknie szabelką i ogon pod siebie. A obrotni Anglicy cały świat chcą zagarnąć. No i przeputamy na ich rzecz Daleki Wschód, jak przeputaliśmy już Bliski wraz z Persją i Afganistanem.

Omurasaki nerwowo zadrgał skrzydełkami, czując, jak myśli Wsiewołoda Witaljewicza nasącza przykra purpura, lecz w tejże chwili konsul stanął na palcach i wbił wzrok w pasażera w białym tropikalnym stroju i oślepiającym kasku korkowym. Fandorin czy nie Fandorin? Zbliż się, łabędziu biały, niechże ci się przypatrzę.

Z dociekań politycznych konsul zstąpił ku powszednim i motyl uspokoił się od razu.

„Ileż czasu, ile atramentu zmarnowano na rzecz najoczywistszą – myślał Wsiewołod Witaljewicz. – Toż jasne, że bez zastępcy żadnej strategicznej roboty podjąć tu nie sposób: rąk nie starcza. Centrum polityki dalekowschodniej leży nie w Tokio, gdzie bawi jego ekscelencja pan ambasador, lecz tutaj. Jokohama to główny port Dalekiego Wschodu. Tu rodzą się wszystkie brytyjskie knowania, stąd biorą początek wszelkie perfidne intrygi. Jasne jak dzień, a ileż trwało!

No trudno, lepiej późno niż wcale. Bądź co bądź, Fandorina, mianowanego z początku drugim sekretarzem ambasady, skierowano do konsulatu w Jokohamie, by uwolnił Wsiewołoda Witaljewicza od rutynowych obowiązków. Ów salomonowy wyrok pan ambasador wydać musiał zapewne po zapoznaniu się z wykazem służby tytularnego radcy. Ani myślał trzymać przy sobie takie beztalencie. Racz przyjąć, Wsiewołodzie Witaljewiczu luby, co nam zbyteczne”.

Śnieżysty kolonizator zstąpił na pomost i znikły wszelkie wątpliwości. Niechybnie Fandorin. Wszystko się zgadza: brunet, oczy niebieskie i główna osobliwość – wczesna siwizna na skroniach. Ech, wystroił się jak na safari.

Pierwsze wrażenie było mało krzepiące. Konsul westchnął i ruszył na spotkanie przybysza. Od wstrząsu motylek omurasaki machnął skrzydełkami, lecz został na kwiatku, niedostrzeżony wciąż przez Doronina.

„O rety, pierścień z brylantem! – notował w duchu Wsiewołod Witaljewicz, wymieniając z przybyłym ukłony. – Proszę, jaki podkręcony wąsik! Skronie rozczesane włos przy włosku! Wzrok zmącony zadumą! Istny Czacki, co tam: Oniegin! I podróże, jak wszystko na świecie, też mu już zbrzydły”.

Tuż po wzajemnej prezentacji zapytał z prostoduszną miną:

– Niechże pan zaraz powie, Eraście Pietrowiczu, czy widział pan Fudżi? Schowała się przed panem czy odsłoniła? – I konfidencjonalnie wyjaśnił: – To dla mnie taka wróżba: jeśli ktoś, podpływając do brzegu, ujrzy górę Fudżi, to znaczy, że Japonia otworzy przed nim swą duszę. Jeśli zaś kapryśna Fudżi skryje się w obłokach, to, niestety – można spędzić tu z dziesięć lat, a najważniejszego nie zobaczy się i nie pojmie.

Skądinąd Doronin świetnie widział, że dziś Fudżi z powodu niskiego pułapu chmur jest niewidoczna z morza, lecz miał chętkę zbić odrobinę z tropu tego Childe Harolda z Trzeciego Oddziału.

Jednakże radca tytularny nie stracił kontenansu. Z lekkim zająknięciem odparł:

– Ja tam we w-wróżby nie wierzę.

No jasne – materialista. Dobrze, spróbujmy skubnąć z drugiej strony.

– Zapoznałem się z pańskimi aktami. – Wsiewołod Witaljewicz uniósł w zachwycie brwi. – Zrobił pan niezłą karierę, ma pan nawet ordery! I tak świetną karierę porzuca pan dla naszego partykularza? Przyczyna może być tylko jedna: musi pan nadzwyczaj kochać Japonię. Zgadłem?

– Nie – Pieczorin wzruszył ramionami i zerknął na goździk w butonierce konsula. – Jak można lubić coś, czego się kompletnie nie zna?

– Jeszcze jak można! – upewnił go Doronin. – Dużo łat-wiej niż coś, co zna się na wylot. Hm... Czy to wszystko pańskie bagaże?

Istotnie, galant miał ich tyle, że wymagały dobrego tuzina tragarzy. Walizy, pudła, paki książek, ogromny trójkołowy welocyped, a nawet wysoki na sążeń zegar w kształcie londyńskiego Big Bena.

– Piękna rzecz... i poręczna. Ja, co prawda, przedkładam kieszonkowy... – nie powstrzymał się od sarkastycznego komentarza konsul. Lecz zaraz wziął się w karby. Zajaśniał łaskawym uśmiechem i wyciągnął ręce w stronę bulwaru. – Witamy w Jokohamie. Spodoba się panu, wspaniałe miasto!

Ostatnie zdanie wypowiedziane zostało już bez ironii. W ciągu trzech lat Doronin zdołał szczerze przywiązać się do miasta, które rosło i piękniało z dnia na dzień.

Zaledwie dwadzieścia lat wcześniej była tu tylko mała rybacka wioszczyna, i oto dzięki zetknięciu dwu cywilizacji wyrósł najprawdziwszy nowoczesny port: pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, z których prawie piątą część stanowili cudzoziemcy. Skrawek Europy na samym krańcu świata. Wsiewołod Witaljewicz cenił sobie zwłaszcza Bund – nadmorską esplanadę z pięknymi kamiennymi budowlami, latarniami gazowymi i elegancką publicznością.

Jednak Oniegin, ogarnąwszy spojrzeniem całą tę wspaniałość, zrobił kwaśną minę, i Doronin na dobre zraził się do nowego pracownika. Werdykt nasuwał się sam: napuszony indor, nadęty snob. A i ja jestem niezły: wtykać sobie dla takiego goździk, pomyślał konsul. Zirytowanym gestem wskazał Fandorinowi, by szedł za nim. Kwiatek z butonierki wyjął i wyrzucił.

Motylek wzleciał w górę, zatrzepotał skrzydełkami nad głowami rosyjskich dyplomatów i, oczarowany bielą, ulokował się na kasku Fandorina.

* * *

„Diabli nadali tak idiotycznie się wystroić!” – snuły się liliowe myśli właściciela niezwykłego nakrycia głowy.

Ledwie stanąwszy na trapie i obrzuciwszy wzrokiem publiczność na przystani, Erast Pietrowicz zrobił odkrycie nader niemiłe dla każdego, kto ceni sobie stosowność stroju. Gdy jesteś ubrany jak należy, otoczenie spogląda ci w twarz, a nie gapi się na ubranie. Uwagę przykuwać winien portret, nie zaś rama. Tu zaś wyszło akurat na odwrót. Nabyty w Kalkucie ubiór, w Indiach całkiem na miejscu, w Jokohamie wyglądał głupio. Sądząc po zgromadzonych, w tym mieście ubierano się nie jak w koloniach, lecz najzwyczajniej po europejsku. Fandorin starał się czynić wrażenie, że nie dostrzega ciekawskich spojrzeń (w których podejrzewał szyderstwo), twardo silił się na obojętność i myślał tylko o jednym: jak najszybciej się przebrać.

Także konsula zaszokowała chyba gafa Erasta Pietrowicza – wyczuwało się to w palącym wzroku, którego nie mog-ły skryć nawet ciemne okulary.

Przyglądając się Doroninowi, Erast Pietrowicz dawnym zwyczajem kreślił sobie detektywistyczno-analityczną syntezę: wiek – czterdzieści siedem, czterdzieści osiem; żonaty, ale bezdzietny; wykształcony, żółciowiec, skłonny do ironii. Wybitny profesjonalista. Co jeszcze... ma szkodliwe nałogi. Podbite oczy, żółtawa cera świadczą o chorej wątrobie.

A Jokohama istotnie na pierwszy rzut oka nie spodobała się młodemu urzędnikowi. Miał nadzieję ujrzeć obrazek z lakowej szkatułki: kondygnacyjne pagody, pawilony herbaciane, ciągnące wodami dżonki o żebrowanych żaglach, a tu – najzwyklejszy europejski bulwar. Nie Japonia, lecz jakaś Jałta. Warto było w tym celu okrążać połowę globu?

Fandorin przede wszystkim pozbył się kretyńskiego kasku – w sposób najprostszy: najpierw zdjął go, że niby za gorąco, po czym, wchodząc schodami na bulwar, dyskretnie położył wynalazek kolonizatorów na stopniu i tam zostawił – kto chce, niech bierze.

Omurasaki nie zamierzał porzucać radcy tytularnego. Pożegnawszy kask, zatrzepotał skrzydełkami nad szerokim barkiem młodego człowieka, lecz nie siadł – spostrzegł bardziej obiecujące lądowisko: na ramieniu rikszy pstrzył się usiany kropelkami potu czerwono-granatowo-zielony tatuaż w kształcie smoka.

Lekkoskrzydły podróżnik dotknął łapkami bicepsa i zdołał złowić prostoduszną brązowożółtą myśl tubylca (Kajuj![21]), po czym jego krótki żywot dobiegł końca. Riksza, nie patrząc, klepnął się w ramię i z lekkoducha został ledwie pylisty, szarobłękitny kłębuszek.

* * *

21 Łaskocze! (jap.).

Stara kuruma

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nefrytowy różaniec Planeta Woda Diamentowa karoca Azazel Czarne miasto Śmierć Achillesa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny