Matka młodej matki

Matka młodej matki

Autorzy: Justyna Dąbrowska

Wydawnictwo: Mamania

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 164

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 24.97 zł

„Obserwując różne swoje koleżanki, widziałam, jak zakochując się we wnukach, zdradzały swoje córki. Bardzo chciałam uniknąć takiego scenariusza. A czyhało na mnie wiele pułapek. Stając się matką młodej matki, konfrontujemy się z tym, czego nie dałyśmy naszym córkom. Siłą rzeczy wracają wspomnienia. Jak być przydatną młodym rodzicom, ale im się nie narzucać? Jak mieć cierpliwość i wyrozumiałość dla ich błędów, nieodzownych w zyskiwaniu rodzicielskich kompetencji? Jak uznać, że U. robi różne rzeczy inaczej niż ja i nie traktować tego jak osobistego ataku? Jak nie ulegać poczuciu winy, które dogania, gdy widzę, jak wspaniale U. radzi sobie z macierzyństwem, choć ja wcale sobie tak dobrze nie radziłam?"

Justyna Dąbrowska, założycielka i wieloletnia redaktor naczelna magazynu „Dziecko”, a dziś ceniona psychoterapeutka i autorka związana m.in. z „Tygodnikiem Powszechnym” w swoich tekstach szczerze mierzy się z nową rolą – rolą babci.

Justyna Dąbrowska

Matka młodej matki

Felietony zamieszczone w niniejszym zbiorze publikowane były

w miesięczniku „Dziecko” wydawanym przez Agora S.A.

© Copyright by Justyna Dąbrowska 2016

© Copyright by Grupa Wydawnicza Relacja Sp. z o.o. 2016

Redakcja i korekta: Kamila Wrzesińska

Projekt okładki: Ewelina Malinowska

Zdjęcie na okładce: Paweł Malko

Zdjęcia: Paweł Malko, archiwum rodzinne; Mikołaj Grynberg ("Upadki są nieuniknione")

ISBN: 978-83-65087-43-0

Grupa Wydawnicza Relacja Sp. z o.o.

Słowicza 27a

02-170 Warszawa

www.mamania.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Unia

Bez rad, lecz nie bezradni

Jak pomagać, by pomóc?

Strach jest niedobrym doradcą

Pierś pod presją

Zależność jako źródło cierpień

Pomiary koszmary

Za wysokie progi

Nie ma odwrotu

Matka jest zawsze winna

W poszukiwaniu utraconej przyjemności

Matka matce wilkiem?

Upadki są nieuniknione

Kamienie

Nowy wymiar

Co nagle, to po diable

Miłość bezpłatna

Nieopisany ląd

Niebezpieczna amnezja

Dwulatek jest w każdym z nas

Różowość

Wojna przy stole

Luksus

Oskarżam media

Kryzys

Teściowa

„Społeczeństwo jest niemiłe”

Na manowcach poczucia winy

Pożegnanie

Słodko-gorzka Baba

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Unia

Od samego początku dla nas obu to było jasne. Nie będzie mnie przy porodzie. Ani ja tego nie chciałam, ani U. Na samą myśl, że mogłabym jej „sprzedać” własne – powiedzmy sobie szczerze – fatalne wspomnienia, robiło mi się słabo.

Mniej więcej w połowie ciąży pojechałam z nią (w zastępstwie zięcia) na jakieś badanie. Jak tylko usłyszałam charakterystyczny „tętent” serca wnuka, nogi się pode mną ugięły i tylko upewniłam się w swojej decyzji. O nie, to na pewno nie jest dobry pomysł, żebym w tej dość jednak wymagającej sytuacji wspierała kochanego człowieka, skoro sama zaczynam wymagać wsparcia.

U. też mi jasno (choć życzliwie) oznajmiła, że to jest absolutnie wykluczone. Że bardzo mnie ceni i wie, że dużo wiem, i wierzy, że byłabym świetnym oparciem i tak dalej, ale to jednak jest jej poród i chce go przeżyć bez mamy – tylko wspólnie ze swoim ukochanym.

Czas płynął płynnie (jak to czas), mijały kolejne tygodnie, do terminu został ponad miesiąc. Zięć pojechał na drugi koniec Polski zarabiać pieniądze, a U. zamieszkała chwilowo u nas. I wtedy pojawił się on.

Pierwszy skurcz.

A za nim ochoczo pojawiły się kolejne, następując po sobie dość często. Usilnie starałyśmy się je ignorować, bo przecież to niemożliwe, że to już, bo za wcześnie, bo Zięć daleko, a w ogóle poród miał być w domu. Jednak Młody zdecydował inaczej. Dziarsko rwał się na świat, nie bacząc na nieobecność ojca, brak spakowanej torby do szpitala, co ja mówię – torby! Brak wszystkiego, czego potrzebuje pierworódka. Przynajmniej tak mi się zdawało. Że tego wszystkiego brakuje – długiej listy koszul, staników, woreczków z fasolą. Byłam w błędzie. Okazało się, że wszystko, co niezbędne do porodu, U. ma przy sobie. A ściślej – w sobie. Ale może nie uprzedzajmy faktów.

Wyposażone w dokumenty i malutką torebkę (moja koszula, skarpety mojego męża, butelka wody mineralnej) zjawiłyśmy się na izbie przyjęć. Skurcze deptały sobie po piętach, a U. po krzyżu. Badanie wykazało, że minęła półmetek. Poszłyśmy do sali porodów rodzinnych. Patrzyłam na nią zafascynowana. Widziałam skoncentrowanego na zadaniu maratończyka, który w swoim tempie biegnie do mety. Masowałam plecy, podawałam wodę, ocierałam czoło. Obie byłyśmy spokojne. Ona wsłuchana w swoje ciało i w dziecko. Ja w nią. Ona krzyczała jak wojowniczka. Ja milczałam. Nie mogłam od niej oczu oderwać. Nie bałam się. Jednocześnie zalewały mnie fale empatii, czułam, jakby to przeze mnie przeciskało się to dziecko.

Tak jak maratończyk pokonuje kolejne kilometry, ona pokonywała kolejne centymetry. „Biegła” nieustraszenie, z determinacją, siłą. Tworzyły z położną rozumiejący się bez słów tandem. W którymś momencie dołączył do nas zziajany K. Przejechał nocą kilkaset kilometrów. Obydwoje staraliśmy się nie przeszkadzać.

W pięć godzin po przyjeździe do szpitala nadszedł finał. Młody przyszedł na świat spokojnie i bez krzyku. To myśmy płakali, on nam się przyglądał. Pępowina pomału przestawała tętnić.

I w tamtej chwili poczułam coś niezwykle silnego. Że moja córka jest mi najbliższą kobietą na Ziemi. Że oto właśnie zawiązałyśmy unię matek. I coś, czego bym się po sobie zupełnie nie spodziewała – że żaden mężczyzna tego nie zrozumie.

Bez rad,

lecz nie bezradni

Z zachwytem przyglądam się, jak U. matkuje swojemu malutkiemu synkowi. To wygląda trochę tak, jakby dwoje obcych sobie ludzi (tak, tak wiem, nie są wcale obcy, jeden był w drugim wiele miesięcy, ale jednak do momentu porodu nigdy się na oczy nie widzieli) musiało się nauczyć wspólnie tańczyć dość złożony taniec towarzyski.

Przy czym jedno z partnerów (w tym przypadku ON) ma słabe możliwości komunikacyjne, więc niemal cała odpowiedzialność za te wszystkie figury spoczywa na NIEJ, jego matce. U. musi się stale domyślać, o co mu chodzi, czego potrzebuje, dlaczego jest niezadowolony, czym można go ukoić. Czyli aby taniec sprawiał przyjemność obojgu, to ona musi się nagimnastykować.

Robi to cierpliwie, stosując metodę prób i błędów – mężnie traktując nieuniknione w tej sytuacji porażki jako nauczkę, nie katastrofę. Wspiera ją w tym troskliwie jej mąż, matkujący Młodemu czule i z entuzjazmem.

I tak się we trójkę pomalutku siebie uczą i do siebie docierają, a ja patrzę na to ich dostrajanie się z podziwem i… nutą zazdrości. Czemu ja tak nie umiałam? Nie współgrałam? Nie ufałam ani swojemu dziecku, ani własnej intuicji, tylko radom przypadkowych ludzi?

I tu dochodzę do sedna, otóż moja córka radzi sobie świetnie, bo nie słucha rad. Gdy tylko ktoś jej zaczyna coś autorytatywnie zalecać – intuicja przygasa, a jej miejsce zajmuje lęk i niepewność. Bo może jednak inni wiedzą lepiej? Jak karmić, jak kąpać, czy i kiedy iść na spacer? Póki uwaga jest skupiona na dziecku, taniec toczy się w miarę płynnie. Mleko płynie, Młody rośnie, U. umacnia się w swoim poczuciu kompetencji. Gdy ona lub K. mają jakieś wątpliwości – szukają nie rad, lecz informacji. Najchętniej tych sprawdzonych, popartych badaniami lub czyimś wieloletnim doświadczeniem. Potem dyskutują, debatują i… robią swoje. Bez rad, lecz nie bezradni. Czasem niepewni, a jednak spokojni.

Kto udziela im rad i pouczeń najbardziej wytrącających z równowagi? Zgadnijcie. Tak, zgadliście. Pracownicy Służby Zdrowia: Dlaczego to dziecko takie małe? Może chore? Aha, to wcześniak, dlaczego pani nie powiedziała. Tak, wyniki w normie. Skąd mam wiedzieć, czy pani może się nie martwić, przecież nie jestem wróżką. I po co pani przyjeżdżała, katar jak katar, takie małe dzieci to ja przez telefon konsultuję. Niech pani mu wątrobę zbada, napięcie mięśniowe i oczy, bo wcześniaki są bardzo zagrożone różnymi schorzeniami. Już mu zbadali? To czego pani nie mówi? Czas pani zabiera mi tylko. Syn jest zbyt żółty, trzeba odstawić od piersi na dwa dni i dopajać glukozą, takie są zalecenia. Zna pani inne badania? A co, studiowała pani medycynę? Koniec wizyty.

Skoczyło wam ciśnienie? Mnie też i już chciałam udzielić córce i zięciowi rad nie do odrzucenia – żeby tej pani powiedzieli, co o niej myślą, i opisali szeroko zajście w internecie, ale się powstrzymałam. Nie pytają mnie o zdanie, siedzę cicho. Uczę się być matką matki. Jestem na początku drogi.

Jak pomagać, by pomóc?

W słowie „więź” jest wewnętrzna sprzeczność. To coś, co nas łączy, pozwala czuć się bezpiecznie, nadaje sens relacji, a jednocześnie jest czymś, co może więzić, zniewalać, utrudniać kroczenie własną drogą.

Jako matka młodej matki bardzo wyraźnie doświadczam tej podwójności. Czuję się mocno związana z moimi Młodymi. A także – coraz bardziej – z Najmłodszym, czyli Teosiem. To związanie sprawia, że mam ochotę im nieba przychylić. Ukoić lęki, przekazać wiedzę, zdjąć ciężary, likwidować przeciwności. Pozmywać, ugotować, posprzątać, poprasować. Wziąć Teosia na ręce, utulić, przewinąć, wykąpać. Być pomocną.

Ale jak pomagać, żeby naprawdę pomóc?

Czuję wyraźnie, że dawanie wsparcia Młodym w tych początkach ich rodzicielskiej drogi jest stąpaniem po linie (lina i więź, jak wiadomo, mają ze sobą wiele wspólnego). I to nie dlatego, że jest między nami jakiś konflikt (nie, nie przeciągamy między sobą „liny” kompetencji). Chodzi o to, że w tym budowaniu zrębów rodzicielstwa jest coś szalenie intymnego i delikatnego. Coś, czego nie chciałabym zburzyć swoją nazbyt intensywną obecnością.

Wiem, że mam silny charakter i tendencję do narzucania innym swojego zdania. A przecież nikt nie zna Teosia tak dobrze, jak jego mama i tata, prawda? Dlatego unikam opowiadania o tym, co uważam (a wierzcie mi, potrafię mówić przekonująco), bo resztki zdrowego rozsądku podpowiadają mi, że każde dziecko jest inne i sztuka polega na tym, by w spokoju móc się uczyć swojego dziecka, nie ulegając presjom otoczenia. Pomagam więc, milcząc. I wierzcie mi, to bardzo naszą więź wzmacnia.

Pomału dociera do mnie, że aby pomóc Młodym naprawdę, trzeba się trochę natrudzić. I nie dlatego, że jest więcej do zmywania czy sprzątania. Tu wcale nie o to chodzi. Trzeba odsunąć siebie i wsłuchać w to, czego ONI potrzebują, a nie w to, co JA bym chciała im dać.

Kiedy to teraz piszę, przypomina mi się jeden z wykładów Janiny Ochojskiej. Opowiadała, jak pewnego dnia do oblężonego Sarajewa przyjechały tiry z pomocą humanitarną. Gdy je rozładowano, okazało się, że w środku jest ładunek… popielniczek.

Tak. Pomoc może upokarzać. Staram się o tym pamiętać.

Powiecie – wystarczy poczekać, aż Młodzi poproszą o coś konkretnego. Ale to nie takie proste, bo zwykłe ludzkie wsparcie trudno przełożyć na język konkretnych instrukcji.

Na dodatek czasem po prostu nie można czekać. Trzeba mieć oko i ucho wyczulone na zniżkę formy u Młodych, na ich poczucie zagubienia, przytłoczenia, skołowania. Warto być blisko, pod ręką, „na zawołanie”, a jednocześnie nie za bardzo, nie za blisko, nieinwazyjnie.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Miłość jest warta starania Jaka piękna iluzja Nie ma się czego bać Matka młodej matki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość