Wierzę, żeby rozumieć. Z Michałem Hellerem rozmawiają Wojciech Bonowicz, Bartosz Brożek i Zbigniew Liana

Wierzę, żeby rozumieć. Z Michałem Hellerem rozmawiają Wojciech Bonowicz, Bartosz Brożek i Zbigniew Liana

Autorzy: Michał Heller Bartosz Brożek Wojciech Bonowicz Zbigniew Liana

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 352

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 15.15 zł

Zaczął edukację w radzieckim kołchozie, by po latach zająć się wyjaśnianiem natury Wszechświata. Studia i pierwsze lata życia kapłańskiego upłynęły mu pod znakiem trudnych gier z władzami komunistycznymi. Na seminariach w Castel Gandolfo spotykał się z Janem Pawłem II. Uważa, że Bóg – którego nazywa Wielkim Nieznajomym – uprawia matematykę. W wolnych chwilach oddaje się zamiłowaniu do kryminałów i zabaw na symulatorach lotów.
Prestiżową Nagrodę Templetona z rąk księcia Filipa otrzymał za pokonywanie barier między nauką a religią. Oba oblicza księdza Hellera – to naukowe i to duchowne, a przede wszystkim także trzecie, prywatne – wyłaniają się w pełnej krasie z tej barwnej i wielowątkowej opowieści.
Od dzieciństwa na Sybirze po czerwone dywany Pałacu Buckingham – światowej klasy polski naukowiec po raz pierwszy o swojej drodze życiowej.

W zasadzie lubię podróże

WOJCIECH BONOWICZ: Podobno często grywasz na symulatorach lotów.

MICHAŁ HELLER: Kiedyś sobie na ten temat pogadamy.

WB: Dlaczego kiedyś?

MH: Bo to nie jest nic wielkiego, dziecinna zabawa. Wytracanie czasu.

WB: A może chodzi o to, żeby przekroczyć jakieś swoje ograniczenia?

MH: Chyba nie. Ciekawi mnie technika lotu. To jest pewna sztuka. Dla mnie to było wyzwanie, żeby się tego nauczyć. To nie jest tak, że otwiera się grę, czyta instrukcję, a potem się leci. Nie ma żadnych instrukcji, trzeba się uczyć, odbywając kolejne loty. W pierwszych symulatorach, które miałem, zaczynało się od zwykłego treningu: siadało się za sterami, a głos instruktora mówił, co trzeba robić. Trzeba było cierpliwie iść za tymi wskazówkami, bo jak chciałem lecieć bez nauki, to od razu się rozwalałem. Żeby w miarę dobrze latać na najprostszym samolocie, musiałem z rok poćwiczyć. Niecały rok i nie codziennie ćwiczyłem – ale trochę to trwało. Nie dziwię się, że pilot musi skończyć szkołę wyższą, równą uniwersytetowi.

WB: A dlaczego to jest takie trudne?

MH: Bo trzeba połączyć różne umiejętności. Nie wystarczy wiedzieć, który guzik jest od czego. Trzeba przewidzieć, jak zachowa się samolot, kiedy zrobię to czy tamto, w takich a nie innych warunkach – czyli znać elementy mechaniki i aerodynamiki. Na przykład wiedzieć, że jeśli podczas zbliżania się do lądowania opuszczę klapy, to samolot się podniesie, bo będzie miał większy opór. A jak startuję i chowam klapy, to opadnie i muszę od razu go wyrównać.

WB: Inaczej niż w przypadku samochodu, gdzie można prowadzić, właściwie nie znając praw fizyki.

MH: Zupełnie inaczej. Dlatego że samolot nie trzyma się żadnego podłoża. Co zrobić, przykładowo, żeby przyspieszył? Tak najprościej? Obniżyć mu nos – to zacznie zjeżdżać w dół i zacznie mieć przyspieszenie. A jak chce się prędkość zmniejszyć, to trzeba mu nos podnieść do góry. To samo z nawigacją. Teraz jest elektroniczne naprowadzanie, ale nie wszystkie porty lotnicze je mają. Trzeba nauczyć się, jak ustawić samolot do lądowania, tak żeby trafić wprost na pas startowy, chociaż go jeszcze nie widać. To są wyzwania, które cieszą. Jak człowiek wychodzi zmordowany po długiej konferencji i siądzie sobie za sterami, to zapomina o wszystkim.

BARTOSZ BROŻEK: A nie kusiło cię, żeby spróbować nie na symulatorach? Ojciec Bocheński był po siedemdziesiątce i latał.

MH: Bocheński był wariat pod tym względem. Kiedyś jadłem z nim obiad pod skrzydłami samolotu. Już nie mógł latać, ale zapraszał znajomych na lotnisko, żeby choć przez chwilę posiedzieć w pobliżu... Nie, nie kusiło mnie. To jednak zbyt duże ryzyko nie tylko dla mnie, ale i współpasażerów. Tę wiedzę naprawdę trzeba mieć w jednym palcu. Podobno terroryści uczą się na tych samych symulatorach, na których ja się bawię. Tylko nie uczą się lądować...

WB: Jak to praktycznie wygląda? Siadasz za sterami – to znaczy co?

MH: To są po prostu programy komputerowe. I jak wszystkie programy, mają coraz lepsze, coraz bardziej udoskonalane wersje. Te najnowsze żrą sporo pamięci, więc ja się posługuję wersją sprzed kilku lat. W moim komputerze są prawie wszystkie lotniska na świecie, z wyjątkiem niektórych wojskowych (nie ma na przykład Smoleńska).

ZBIGNIEW LIANA: Mówisz, że dla Ciebie to jest odprężenie. No ale wiadomo, że człowiek nigdy nie jest w stanie odciąć się od tego, kim jest. A ty jesteś fizykiem, kosmologiem i filozofem. Czy jako fizyk – albo jeszcze bardziej jako filozof – masz jakieś przemyślenia związane z tym lataniem?

MH: Mówi się, że myśliciele są złymi pilotami – bo w samolocie trzeba pilnować instrumentów, a nie myśleć o filozofii. Podobno Saint-Exupéry był nie najlepszym pilotem, dlatego że myślał o Małym Księciu, zamiast się skupić na lataniu.

ZL: Czyli wyłączasz wtedy swoje myślenie?

MH: Raczej tak. Za to włączam wyobraźnię. Na przykład lubię latać na północ Kanady, bo to mi przypomina powieści Curwooda czy Londona. Te same miejsca, tylko widziane z innej perspektywy – Labrador, Nowa Funlandia. W Kolumbii Brytyjskiej są góry i tam są bardzo trudne warunki do lądowania. Więc jest jeszcze dodatkowo i takie wyzwanie.

WB: Antoni Kępiński wspominał, że pod koniec wojny w Anglii uczył się na ówczesnych symulatorach pilotowania samolotu. Któregoś razu posadził samolot elegancko, przynajmniej tak mu się wydawało, a instruktor mówi: „Świetnie, ale wylądował pan pod ziemią”. Tobie też się tak zdarza?

MH: Wiesz, jak jest zły program, to można wylądować nawet pod ziemią. W którejś ze starszych wersji było lotnisko na Hawajach, położone bardzo wysoko. Tam jest wulkan Mauna Kea, sławne obserwatoria astronomiczne, i obok jednego z obserwatoriów jest niewielkie lotnisko, gdzie można wylądować małym samolotem. I ja tam lądowałem, ale to lotnisko było w programie źle zrobione i kiedy się tam lądowało, to samolot się zapadał. W kolejnych wersjach już to poprawiono.

WB: A jakie samoloty najchętniej pilotujesz?

MH: To jest osobny rozdział. W pierwszym programie, jaki miałem, tych samolotów było z dziesięć: kilka dużych, do lotów transatlantyckich, i parę mniejszych. Ale w internecie fanów symulacji lotniczych jest cała masa i oni produkują kolejne, jedne lepsze, drugie gorsze, i można sobie ściągnąć dowolną ilość. Są tam dziesiątki tysięcy samolotów – w większości wymyślonych, nie ma przecież na świecie tylu marek.

Podobnie są też wirtualne linie lotnicze. Można zgłosić się do takiej linii, przejść szkolenie i testy, i zostać „zatrudnionym” jako pilot. I wtedy – ale w to już się nie bawię, bo to nie leży w mojej psychice – dają ci zadanie: na przykład masz przelecieć z Hongkongu do San Francisco w czasie rzeczywistym. Wyznaczają ci marszrutę, porę dnia – i lecisz. Trwa to mniej więcej dwanaście godzin.

WB: I przez cały ten czas trzeba siedzieć przed komputerem?!

MH: Tak, a to jest nudne jak licho. Jest autopilot i tylko się sprawdza, czy wszystko w porządku, czy nie ma jakichś niespodzianek – i tyle. Oczywiście, w symulatorach można przyspieszać – czterokrotnie, nawet szesnastokrotnie – ale są takie towarzystwa internetowe, stworzone przez fanów, które latają tylko w czasie rzeczywistym.

BB: Parę razy obserwowałem Cię na lotniskach, kiedy czekaliśmy na jakiś lot. Lubisz siadać przy oknie i mówić: to jest taki model samolotu, to taki. Może to jest coś więcej niż tylko zabawa?

MH: No bo się przy okazji nauczyłem, jak się który samolot nazywa. Trudno byłoby znaleźć taki, którego nie ma na symulatorze.

BB: Swoją drogą, jest jeszcze jeden powód, dla którego lubisz lotniska, a zwłaszcza strefy wolnocłowe. I nie jest to typowy powód, dla którego się je lubi.

MH: Lubię strefy wolnocłowe, bo jak przejdę przez wszystkie kontrole – a ja lubię przyjść wcześniej i mieć jeszcze trochę czasu przed odlotem – to nikt mi już głowy nie zawraca ani w kraju, który opuszczam, ani w tym, do którego lecę. I mam święty spokój.

BB: Duty free – nie ma żadnych obowiązków.

MH: Nie ma. I lubię też sam ten moment, kiedy samolot odrywa się od runwayu – bo wtedy to już pilot się martwi, nie ja.

Moim ulubionym samolotem jest Embraer 145 i bardzo żałuję, że LOT się go pozbył. To jest nieduży samolot, taki na pięćdziesiąt osób, brazylijskiej produkcji. Bardzo dobra maszyna, stabilna. A w dodatku w symulatorze jest dobrze zaprogramowany, tak że rzeczywiście chodzi jak po maśle.

WB: A gdzie latasz najczęściej? Wspomniałeś o Kanadzie.

MH: Latam, gdzie popadnie. Czasem kula ziemska wydaje mi się za mała, bo wszędzie już byłem. Lubię latać po Stanach Zjednoczonych, ale z dość banalnego powodu – amerykańskie lotniska są najlepiej zrobione, także gdy chodzi o grafikę. Do ich opracowania wykorzystano zdjęcia z satelity, więc miasta odtworzone są na ogół bardzo dokładnie, z wieloma szczegółami. Podobnie w Japonii. W Polsce trochę gorzej. Ale jest Łososina Dolna, więc można się wybrać samolotem do Pasierbca.

WB: Wybrałeś się?

MH: Tak. Lądowanie było dosyć trudne – taką małą cesną, na trawie. Symulatory uwzględniają oczywiście nawierzchnię lotniska, informują, czy to jest asfalt, bitumen, trawa czy na przykład koral (jak na Karaibach). Jak jest kontakt z lotniskiem, to mnie uprzedzają, jaka jest wilgotność powietrza, podają też inne dane. Przed lądowaniem trzeba zawsze skalibrować, jakie ciśnienie jest na poziomie morza, inaczej wskaźniki nie pokażą, na jakiej wysokości naprawdę jesteś.

Lądowanie w ogóle jest trudne, o katastrofę bardzo łatwo. Taki przeciętny samolot, jakim zwykle latamy, podchodzi do lądowania z prędkością, powiedzmy, dwustu kilometrów na godzinę. Jak będzie miał mniej, to będzie niestabilny; nie runie na ziemię, tak jak ludzie myślą, tylko będzie niestabilny, nie będzie się dało nim kierować. Z kolei jeśli będzie miał więcej, to nie wyląduje. A samolot w powietrzu nie ma przecież hamulców, więc trzeba manewrować klapami, gazem, no i dziobem przede wszystkim. Każde lotnisko ma tak zwany zapasowy tor, który jest pokazany na GPS-ie. Pilot nawet w ostatniej chwili może oświadczyć, że rezygnuje z lądowania i wtedy wchodzi na ten tor zapasowy, robi kółko i podchodzi drugi raz. Wiadomo, że to jest trudny zabieg i różne rzeczy mogą się tam zdarzyć. Jest ogólna zasada, że jak się coś złego dzieje, to trzeba nos do góry i pełny gaz, bo – jest takie powiedzenie – z niebem jeszcze nikt się nie zderzył.

WB: A czy w symulatorach są też utrudnienia? Na przykład ptaki, które się niespodziewanie pojawiają?

MH: Jest taka opcja, ale ja z niej nie korzystam. Idę na łatwiznę.

WB: A mgła?

MH: Mgłę uwzględniam. Jak chcesz, to możesz sobie też zaprogramować awarię maszyny. Albo poprosić, żeby program sam ci coś wybrał. Na przykład taką paskudną awarię, że wysiądzie elektryczność i wszystkie wskaźniki spadną do zera. Pulpit masz czarny, a silnik pracuje. Duże samoloty mają zapasowe urządzenia, które nie są uzależnione od spadku energii. Ale jak i one wysiądą...

WB: Wiemy już, że przy symulatorach starasz się zapomnieć o wszystkim, czym się na co dzień zajmujesz. Kiedyś powiedziałeś mi, że w ogóle nie lubisz gier, w których trzeba myśleć.

MH: No nie lubię. Nie lubię bridża, nie lubię szachów. Kiedy gram, chcę wypocząć. Ja mam w ogóle głowę dość czułą na zmęczenie. Zwłaszcza gdy zajmuję się czymś z zakresu nauk ścisłych, muszę być wyspany i ogólnie być w dobrej formie. Jak nie gram, to dla rozrywki czytam kryminały.

WB: Kryminał nie zmusza Cię do wysiłku?

MH: Jak się przeczyta sto kryminałów, to na ogół wiadomo, co będzie w sto pierwszym. Trzeba szukać najmniej prawdopodobnego sprawcy i prawie zawsze się trafi. Najbardziej lubię kryminały w stylu angielskim, gdzie jest detective story. Lubię też Camilleriego i jego serię o inspektorze Montalbano. Nie lubię natomiast thrillerów.

BB: Wracając do latania. Chcieliśmy jeszcze porozmawiać z Tobą o lataniu jako metaforze.

MH: Ja nie lubię słowa „metafora”, bo jest nadużywane przez filozofów. Może i jakieś momenty metafory w lataniu są. Ale samolot to przede wszystkim strasznie przyjemne narzędzie przemieszczania się.

BB: A Ty lubisz podróżować?

MH: W zasadzie. Najlepiej, żeby wszystkie podróże były „w zasadzie”. Ale takich nie ma, tylko trzeba pakować manatki.

ZL: Możesz wyjaśnić, o co Ci chodzi z tym „w zasadzie”?

MH: Żeby były same przyjemności, bez kłopotów i zmęczenia. Nawiasem mówiąc, sformułowałem kiedyś – i chyba gdzieś to nawet ogłosiłem – kilka praw dotyczących pakowania się przed podróżą. Pierwsze prawo mówi, że cokolwiek zapakujesz do walizki, to zawsze weźmiesz ze sobą masę rzeczy niepotrzebnych. Drugie prawo – że cokolwiek potem wyrzucisz (bo zawsze coś wyrzucasz), to na pewno będzie wśród tego parę rzeczy potrzebnych. I trzecie – cokolwiek byś robił i tak bagaż będzie za ciężki.

Nieprzyjemną stroną podróżowania jest zmęczenie. I tutaj mam pewne radości wynikające z wieku. Mianowicie jak byłem młody, czyli gdzieś tak do sześćdziesiątki czy siedemdziesiątki nawet, bardzo męczyły mnie w podróży migreny. To był krzyż pański. Mógłbym ładną nowelkę napisać o tych moich migrenach. Pamiętam kilka takich podróży, kiedy nieźle dały mi się we znaki. A teraz migreny przeszły. Zresztą lekarze uprzedzali mnie, że w starszym wieku nie będzie migren. I rzeczywiście, prawie nie ma, a jak są, to bardzo lekkie.

Ale w ogóle lubię podróże, zwłaszcza samolotem. Głównie dlatego, że przypominają mi zabawę na symulatorach... Lubię śledzić, co się dzieje w trakcie lotu. Na przykład przy lądowaniu myślę sobie, że pilot powinien już wysunąć klapy – no i rzeczywiście w tym momencie klapy zostają wysunięte. Jak podchodzimy do lądowania i samolot ma ILS (Instrument Landing System), a lotnisko jest wyposażone w mechanizm naprowadzający, to można po ruchach samolotu odgadnąć, kiedy wchodzi on w zakres tej wiązki. Wiele manewrów, zwłaszcza w airbusach, jest zautomatyzowanych. Niektórzy piloci podobno tego nie lubią, bo w momentach krytycznych można od samolotu wymagać więcej, a jak jest autopilot, to nie pozwoli. Ale czytałem też wywiad z amerykańskim pilotem, który musiał awaryjnie lądować na wodzie, i on opowiadał, że gdyby to był boeing, a nie airbus, to on by nie dał rady tego zrobić. Bo w takich chwilach odgrywają rolę ułamki sekundy. W airbusach, jak coś jest źle, automat od razu podrywa samolot do góry, dzięki czemu ten pilot miał czas, żeby lotem szybowcowym opaść na rzekę. Natomiast gdyby musiał ten manewr wykonać ręcznie, byłoby za późno.

BB: A zdarzyło się kiedyś, że leciałeś i zorientowałeś się, że coś jest nie tak?

MH: Taką najbardziej efektowną przygodę miałem jeszcze za komuny. Leciałem z Krakowa do Warszawy antonowem 24. Usiadłem przy oknie, pod skrzydłem, samolot przygotowywał się do startu, a ja obserwowałem, co się dzieje. I zauważyłem, że w jednej z opon samolotu z wentyla ulatuje dymek. Akurat przechodził steward (wtedy przed startem częstowali cukierkami), więc mu mówię: „Proszę zobaczyć, jedna opona jest nie w porządku”. On popatrzył, ja też, ale dymku już nie było. No to poszedł dalej. Za chwilę samolot ruszył, kołuje, ja patrzę, a ta opona to już flak. Podszedłem do tego stewarda, mówię co i jak, on spojrzał przez okno i natychmiast za telefon i do pilotów. Samolot zatrzymano, poproszono, żebyśmy wysiedli, i autobus zabrał nas z powrotem na terminal. Następnie podjechał dźwig, chwycił tego antonowa za nos, podniósł i wymieniono całe podwozie, wszystkie koła. Trwało to krótko, jakieś pół godziny, i mogliśmy wrócić na swoje miejsca. Jak wylądowaliśmy w Warszawie, pilot podszedł i podziękował mi, bo mogły być kłopoty przy lądowaniu.

BB: To wróćmy do tych pozytywnych stron podróży. Pierwsza to taka, że przypominają to, co się dzieje na symulatorach. A druga?

MH: A druga to coś, co zawdzięczam chyba książkom czytanym w młodości – ciekawość świata. Bardzo lubię obserwować świat z lotu ptaka i denerwuje mnie, kiedy w samolocie każą mi zasłonić okno. Pamiętam pierwszy lot do Ameryki, już nieistniejącą linią PanAm. Lecieliśmy akurat nad Grenlandią, a oni puścili jakiś idiotyczny film o zespole rockowym, który jeździł na koncerty z małpami, te małpy jakieś tam wygibasy robiły, no beznadziejny zupełnie. Podeszła stewardesa i mówi: „Proszę zasłonić okno, żeby nie przeszkadzać ludziom oglądać filmu”. Zasłoniłem, ale po chwili uchyliłem trochę i patrzyłem...

Miałem zresztą ciekawą przygodę związaną z tą moją pasją obserwowania. Leciałem z Waszyngtonu do Minneapolis, pogoda była piękna, rozłożyłem przed sobą mapę Ameryki, taką zwykłą, z polskiego atlasu, i porównywałem z tym, co widziałem za oknem. A siedział obok mężczyzna, niedużego wzrostu, Amerykanin, i w pewnym momencie zapytał mnie, oczywiście po angielsku, czy ładniejsza jest Ameryka, czy Polska. Ja zgłupiałem: „Skąd pan wie, że ja jestem z Polski?”. „A bo napisy na mapie są po polsku”. I zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że pracował w Pentagonie i zajmował się... krajami wschodniej Europy.

WB: Ciekawa znajomość.

MH: Powiedział, że leci do Minneapolis na pogrzeb ojca. Ale oczywiście mógł też lecieć specjalnie, żeby koło mnie siedzieć. Niemniej na żadne tematy polityczne nie rozmawialiśmy.

No więc to jest ten drugi powód – że to jest ciekawe. Pamiętam podróż do Australii, która pod względem krajoznawczym była niesamowicie interesująca. Leci się przez pół świata – z Frankfurtu przez Singapur do Sydney – częściowo w nocy (ale ponieważ leci się „pod prąd”, więc ta noc jest krótka), no i widzi się te wszystkie kraje: kawałek Afganistanu, Indie, Indonezję... Kiedy lądowaliśmy w Sydney, właśnie wstawało słońce. Było straszliwie czerwone, znad oceanu wyłaziło. To są przyjemne rzeczy.

WB: Ciągle mówisz o lataniu. A nas interesuje też to, co w podróży dzieje się pomiędzy lotami.

MH: Tu jest kilka aspektów. Przede wszystkim poznawczy, który był ważny zwłaszcza wtedy, gdy wyjeżdżać było trudno. Niby wiadomo było, że w Ameryce żyje się inaczej, ale co innego wiedzieć, a co innego doświadczyć. A druga rzecz – podróże pozwalają spojrzeć na swój kraj z dystansu, z perspektywy innych. Bo człowiekowi, kiedy tak siedzi w tym Krakowie czy Tarnowie, to wydaje się, że tak jak jest, tak musi być – i że tak jest wszędzie. A to nieprawda.

BB: Jedną z książek zatytułowałeś Podróże z filozofią w tle (2006). Czy podróże są dla Ciebie impulsem do filozofowania?

MH: To się wiąże z innymi moimi zwyczajami. Ja zawsze staram się coś studiować. Niezależnie od tego, nad czym pracuję w danej chwili, to zwykle mam ze sobą jakiś program studiów. Lubię zaczynać dzień od matematyki, ale mam też zawsze jakąś inną pracę, lżejszą, konkretną lekturę na przykład. I kiedy jadę w podróż, to przed wyjazdem robię sobie listę rzeczy, które trzeba zabrać. W pierwszej kolejności pakuję leki, żeby nie zapomnieć. A potem właśnie to, co do pracy, na przykład jakąś książkę matematyczną. Oczywiście, ona musi spełniać pewne warunki: musi być cienka, jak jest gruba, to biorę najwyżej dwa, trzy rozdziały (kiedyś robiłem kserokopie, teraz po prostu wgrywam na tablet). I biorę też jakąś drugą książkę, lżejszą, żebym na przykład jak lecę nocą – a w nocy w samolocie nigdy nie zasnę – miał co robić przez te kilka godzin. No więc ta filozofia, która jest w tle, to jest zwykle to, co zabieram ze sobą do roboty.

Nieraz to, co widzę, kojarzy mi się z tym, nad czym akurat pracuję. Pamiętam, że kiedyś byłem we Włoszech i trochę jeździliśmy samochodem zwiedzać co ciekawsze miejsca. A mnie akurat interesował problem struktur – w filozofii, w matematyce. No więc patrzyłem na te wszystkie widoki pod kątem struktur: że bywają nieraz chaotyczne struktury, które są jednocześnie bardzo piękne. Tak że w sumie nie wiadomo, czy to podróż jest tłem dla filozofii, czy filozofia tłem dla podróży.

WB: A Twoja pierwsza podróż za granicę? Dokąd pojechałeś?

MH: Do Anglii. Anglia to moja pierwsza zagraniczna miłość, której jestem wierny do dziś. To był okres Gierka. Przedtem wiele razy składałem podanie o paszport – łącznie z tym, że biskup chciał mnie wysłać na studia do Rzymu – ale zawsze mi odmawiali. A wtedy mnie puścili, to była podróż prywatna. Miałem w Anglii wuja Zygmunta Steczkowskiego, który był moim ojcem chrzestnym. Trafił tam z armią Andersa, jakoś się urządził, no i mnie zaprosił. Jechałem pociągiem przez Belgię, Holandię, a potem przez kanał La Manche. Pamiętam, jak z promu w Dover przesiadałem się na pociąg i zapytałem konduktora – byłem bardzo dumny ze swojego angielskiego – czy ten pociąg jest do Londynu. I on mi coś odpowiedział, a ja w ząb nie wiedziałem co.

Przyjechałem do Londynu późnym wieczorem – na Liverpool Street Station. Cały czas się bałem, czy wuj wyjdzie po mnie, czy nie, bo jakby nie wyszedł, to ja nie miałem na taksówkę (polskie władze pozwalały wywieźć równowartość dziesięciu dolarów, na pewno by nie starczyło). Ale wuj już czekał, żeby zabrać mnie do siebie. Mieszkał w okolicach Ealing Broadway. Pamiętam, że na drugi dzień rano wyszedłem na spacer, ulice były puste, może to sobota była. No więc spoglądam w lewo i wchodzę śmiało na jezdnię, a z prawej tuż przy mnie hamuje samochód, czarna limuzyna. Cofnąłem się na chodnik, w samochodzie ktoś opuścił szybę, wychylił się starszy gentleman z siwym wąsikiem, uśmiechnął do mnie i powiedział: „Nasty weather have we today, haven’t we?”. Od tej pory pokochałem Anglików.

WB: Zwiedziłeś wtedy Londyn czy coś jeszcze?

MH: Zwiedziłem Londyn, pojechałem też pierwszy raz do Cambridge. To była w sumie dość owocna wizyta. Tuż przed wyjazdem z Polski jeden z warszawskich fizyków dał mi adres młodego jezuity studiującego w Cambridge. „To jest bardzo fajny chłopak, napisz do niego albo zadzwoń, jak tam będziesz”. I ja tak zrobiłem. Student nazywał się Bill Stoeger. Zaprosił mnie do Cambridge, gdzie spędziłem wtedy dwa albo trzy dni. Bill mieszkał w St. Edmund’s House (obecnie to już jest St. Edmund’s College). Kiedy tam przyjechałem, okazało się, że Billa nie ma w mieszkaniu, bo jogguje. Wkrótce zjawił się zgrzany, spocony. „Poczekaj chwilę, wezmę prysznic”, powiedział – i tak zaczęła się nasza przyjaźń, która trwała do jego śmierci (zmarł w 2014 roku).

Bill robił doktorat z kosmologii u Martina Reesa. Rok później przyjechał do Polski z rewizytą, a potem został skierowany do Obserwatorium Watykańskiego w Castel Gandolfo, no i ja pojechałem tam do niego. Tak się zaczęły z kolei kontakty naszego środowiska kosmologicznego z Castel Gandolfo. Kiedy byłem tam pierwszy raz, czekano właśnie na przyjazd nowego dyrektora. „Nie bój się, to strasznie fajny chłop”, zapewniał Bill. I rzeczywiście – w ten sposób poznałem George’a Coyne’a. To wszystko był efekt tej wyprawy do Londynu, którą sfinansował wuj.

BB: Poszedłeś wtedy na grób Newtona?

MH: Poszedłem. I spisałem sobie do kalendarzyka napis na jego nagrobku. To bardzo długa inskrypcja, pisana piękną łaciną, w której są wyliczone wszystkie jego zasługi. Potem ją zresztą przełożyłem i zamieściłem w książce Wszechświat – maszyna czy myśl? (1988).

BB: A pamiętasz, co w Londynie zrobiło na tobie największe wrażenie?

MH: Pamiętam, co najmniejsze. Wuj był przed wojną człowiekiem bardzo majętnym i coś mu z tego pozostało. Po wojnie raczej klepał biedę, najpierw krótko był dyrektorem szpitala, który Anders utworzył w Edynburgu, a jak szpital rozwiązali, to został emerytem. Ale miał takie ciągoty bogatego człowieka. W pierwszym dniu mojego pobytu w Londynie mówi: „Ja cię dzisiaj zaprowadzę do centrum. Pojedziemy metrem, nauczę cię, jak się nim posługiwać, a potem to już będziesz sobie sam jeździł, bo ja sił nie mam”. Pojechaliśmy z wujem na Regent Street i on mi zaczął pokazywać same najdroższe sklepy. „Tutaj się zaopatruje dwór królewski”, mówił. „A tutaj są takie klejnoty, na wystawie nie ma ceny, ale najtańszy z nich kosztuje dwadzieścia, trzydzieści tysięcy funtów”. Myślałem sobie: „Co mnie to obchodzi? Ja bym chciał mieć choć dziesięć funtów, żeby sobie książkę kupić”.

ZL: Poszedłeś wtedy do Dillona?

MH: Poszedłem. Ale największe wrażenie zrobił na mnie Foyles. Jeszcze stary Foyles, sprzed renowacji, gdzie książki leżały nawet na schodach i można było grzebać do woli. Później, jak przyjeżdżałem do Londynu, to zawsze tam zachodziłem.

WB: To jest skądinąd ciekawe – ta potrzeba szperania. Tak jakby z miłością do książek łączyła się niechęć do nadmiernego porządku.

MH: To chyba nie o to chodzi. Ja tam naprawdę mogłem znaleźć wszystko, co było mi potrzebne. A teraz to jest salon, urządzony głównie pod amerykańskich turystów, gdzie nawet spośród naukowych rzeczy wystawia się takie, które łatwo pójdą, a inne trzeba sobie zamówić. Mnie to nie bawi, ja chcę dotknąć, sprawdzić, co jest w środku.

WB: Policzyłeś, w ilu krajach byłeś do tej pory?

MH: Nie. Ponieważ lubię gadać i pisać, może się wydawać, że zwiedziłem kawał świata, a to nieprawda. Głównie moje zmęczenie powodowało, że ograniczałem podróże. Najpierw były problemy z paszportem, potem, jak już miałem paszport, to trzeba było przechodzić te wszystkie gehenny wizowe... Nie byłem w Ameryce Południowej, nie byłem w Afryce.

ZL: A najzabawniejsza historia, jaka Ci się zdarzyła w podróży?

MH: Sporo tego było. Na przykład w drugiej połowie lat osiemdziesiątych pojechałem do Genewy na sympozjum, w którym brał udział ówczesny wicedyrektor CERN-u Ugo Amaldi. I on nas zaprosił do CERN-u na zwiedzanie. Zjechaliśmy na dół, pokazali nam wszystko, zrobili wykład – trwało to ładnych parę godzin. Zadałem wtedy prowokacyjne pytanie (wiedziałem, że nie ma na nie odpowiedzi): „A gdzie są wyniki ostatnio przeprowadzonego eksperymentu?”. Amaldi najpierw się zdziwił, a potem zaprowadził nas do takiej ogromnej sali, gdzie były setki komputerów, i mówi: „Tu jest output, tu są te wszystkie wyniki. To te ciągi jedynek i zer produkowane przez komputery, wysyłane do satelity i rozsyłane po uniwersytetach, żeby tam analizowali, co my widzimy”.

To była bardzo ciekawa wizyta. Ale kiedy wyjechaliśmy na powierzchnię windą, okazało się, że nie jesteśmy w Szwajcarii, tylko we Francji. A myśmy nie mieli wiz francuskich. Goście z Zachodu dowcipkowali, bo nie rozumieli problemu, ale dla nas, z demoludów, to był poważny problem. I wtedy Amaldi powiedział, że jeśli na granicy – tam była taka wewnętrzna granica, bo to wszystko należało przecież do CERN-u – jest Filip (tak miał na imię jeden z żołnierzy), to on nas nie puści i trzeba będzie zjechać na dół i przejść całą drogę jeszcze raz. A jak Filipa nie będzie, to inni nie będą sprawdzać autobusu i przejedziemy bez problemów. Okazało się, że Filipa nie ma – i przejechaliśmy.

BB: Twoja pierwsza naukowa podróż to była Belgia?

MH: Tak, rok 1975 albo 1976. To była zasługa Wojtyły, że tam pojechałem, bo on mi to stypendium załatwił.

WB: Wtedy dużo ludzi z Krakowa jeździło do Louvain.

MH: Episkopat belgijski był bardzo nastawiony na działalność społeczną. Powołał instytucję, która się nazywała L’Entraide des Églises (Pomoc dla Kościołów), a jej szefową została pani Françoise Le Cocq. Nawiasem mówiąc, ona ciągle żyje i powinna od naszego episkopatu dostać co najmniej jakiś order, bo to ona załatwiała te stypendia dla Polaków, a ponadto pieniądze na budowę kościołów i wiele innych rzeczy. Bardzo miła, w dobrym tego słowa znaczeniu świątobliwa kobieta, usuwająca się w cień. Miała zaufanie do Wojtyły, który przydzielał potem te stypendia.

W Louvain spędziłem kilka miesięcy. Mieszkałem w koledżu dla cudzoziemskich studentów w starym Louvain, a do pracy (mam na myśli oczywiście pracę naukową) jeździłem do nowego – Louvain-la-Neuve. To także był pobyt bardzo dla mojej przyszłości ważny. Od czasu studiów interesowałem się kosmologią, wiedziałem, kto to był Lemaître, i wiedziałem, że był profesorem w Louvain. Jak tylko tam wylądowałem, zacząłem rozpytywać o jego uczniów. Powiedzieli mi, że miał tylko jednego asystenta, Odona Godarta – i ja się do niego wybrałem. To był niski, tęgawy pan, bardzo miły. Strasznie się ucieszył, że ktoś się Lemaître’em zainteresował. Pokazał mi kilka szaf z dokumentami, które po nim zostały i czekały na opracowanie. Lemaître zmarł na atak serca jakieś dziesięć lat wcześniej i wtedy rodzina zaczęła palić pozostawione przez niego papiery. Godart to zastopował, a uratowane dokumenty złożył w instytucie, którego był dyrektorem, nie miał jednak czasu zająć się ich uporządkowaniem. Powiedziałem, że chętnie się tego podejmę. Godart zostawał ze mną po godzinach i krok po kroku porządkowaliśmy to archiwum. Były tam prawdziwe skarby: zdjęcia robione przez Lemaître’a, który był fotografem amatorem, korekty jego prac, korespondencja, a do tego setki wydruków komputerowych – bo on pod koniec życia pokochał komputery i dokonywał na nich mnóstwa obliczeń.

Dwa lata później pojechałem do Louvain raz jeszcze, żeby dokończyć tę robotę. W sumie byłem tam kilka razy. Dziś jest tam Muzeum Lemaître’a, a to, co wtedy porządkowaliśmy, jest skatalogowane i dostępne dla badaczy. W 2014 roku dostałem z Louvain wiadomość, że wystrzelono w kosmos kolejny pojazd, który ma dostarczyć żywność i materiały do stacji Alfa, i że ten pojazd został nazwany „Lemaître”.

BB: A Ty w tym samym roku dostałeś Nagrodę Lemaître’a.

MH: Z czego wniosek, że niektóre podróże mogą mieć odległe i nieoczekiwane konsekwencje.

WB: Twoja rodzina też była rodziną wędrującą.

MH: Jeśli chodzi o rodzinę ze strony ojca, to najstarsza informacja pochodzi z końca XVIII wieku. Wtedy, w ostatnich dosłownie latach XVIII wieku, pojawił się we Lwowie austriacki oficer Sebastian Heller, kupił tam kilka kamienic (którymi, zdaje się, później handlował) i ożenił się z Polką. Dokumenty są tu niejednoznaczne: w jednych jest napisane, że miała na imię Zofia, w drugich – że Krystyna. W obu w każdym razie napisano, że była de domo Dąbrowska. Te dokumenty to metryki jego dzieci, które były chrzczone w kościele Dominikanów we Lwowie, więc są raczej wiarygodne. Niewykluczone, że najpierw poślubił jedną pannę Dąbrowską, a po jej śmierci ożenił się z jej siostrą. I tak zainicjowana została polska linia Hellerów. Rodzina dość szybko się spolszczyła, choć Sebastian, który pochodził z Budy, sam po polsku nie mówił. W archiwum rodzinnym zachował się list jednego z krewnych, który jeszcze zdążył go poznać. Pisze on, że małżeństwo Sebastiana z tą Zofią czy Krystyną było bardzo zgodne, nigdy się nie kłócili, bo ona mówiła tylko po polsku i po francusku, a on po niemiecku i po węgiersku. Jest tam też notatka, że gdyby się chciało szukać przodków tego pierwszego znanego Hellera, to trzeba by pytać w Ministerstwie Wojny w Wiedniu. Ale nikt tego nigdy nie zrobił.

Mój dziadek, Bolesław Heller – którego nie znałem, bo urodziłem się po jego śmierci – skończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim i po studiach dostał posadę urzędnika w starostwie w Przemyślu, a potem sam pełnił urząd starosty między innymi w Gorlicach, w Brzesku i w Ropczycach. Kiedy przyszedł rok 1918, dziadek był starostą bodaj w Gorlicach, najpierw austriackim, a potem polskim. Przez cały ten okres gromadził wycinki z gazet, robił notatki na marginesach, a na czerwono zakreślał to, co pisano na jego temat. Te wycinki są bardzo ciekawe, pokazują, jakie to były ogromne napięcia – te pierwsze lata niepodległości. W porównaniu z nimi przejście od komunizmu do kapitalizmu było znacznie łagodniejsze. Dziadek wspomina na przykład, że na rynku powiesili jakiegoś człowieka, a on nic nie mógł zrobić, bo wojska austriackiego już nie było, a polskie jeszcze nie powstało.

WB: I Ty te wycinki przechowujesz?

MH: Wszystkie dokumenty, których zachowało się bardzo dużo od XVIII wieku do dziś, przekazałem jako depozyt do archiwum seminarium tarnowskiego. One są skatalogowane, można do nich zajrzeć. Znajomi historycy mówili mi, że to bardzo ciekawy materiał do opracowania.

WB: Co się dalej działo z dziadkiem?

MH: Kiedy już nastała Polska, wysunięto jego kandydaturę na stanowisko ministra spraw wewnętrznych – i wtedy rozpętała się kampania przeciwko niemu. To także wiem z wycinków: wyciągnięto mu, że był przeciwny nakładaniu przez polski rząd kwot zbożowych na rolników. Dziadek uważał, że to skomplikuje i tak bardzo trudną sytuację w biedniejszych regionach. Dlatego jako urzędnik wykonywał zarządzenia władz, ale opieszale. I to mu wypomniano. Ta kampania tak przybrała na sile, że dziadek w końcu zrezygnował z kandydowania. Kiedy zmarł, już w Krakowie, jego żona została bez środków do życia. Napisała wtedy do rządu prośbę o zapomogę i rzeczywiście przyznano jej jakąś rentę.

Z dziadkiem wiążą się jeszcze inne wspomnienia. Po święceniach zostałem skierowany jako wikary do parafii w Ropczycach. Przyjechałem tam w sobotę wieczór, w niedzielę o szóstej siadłem do konfesjonału, tak jak mi proboszcz kazał, a potem poszedłem na śniadanie. I już w czasie tego śniadania gospodyni powiedziała, że ludzie mówią, iż jestem bardzo podobny do dziadka. A ja tam byłem dopiero parę godzin... Potem kilka razy mnie przesłuchiwano, bo w Ropczycach w urzędzie powiatowym był wydział do spraw wyznań. A ponieważ był to malutki powiat, nie mieli co robić, więc jak im się nie spodobało moje kazanie, to mnie wzywali. I przesłuchiwali mnie w salonie dziadków. A skąd wiem? Stąd, że kiedy ojciec odwiedził mnie w Ropczycach, to mi pokazał ten budynek: „Tu mieszkali moi rodzice”.

WB: A dzieje rodziny ze strony matki też są tak udokumentowane?

MH: Nie, tu moja wiedza nie sięga tak głęboko w przeszłość. Wiem tylko, że mój dziadek Gotfryd Strugalewicz najpierw był rządcą w jakimś majątku w Ukrainie, a potem sam nabył niewielki majątek w guberni kijowskiej, niedaleko Muraty. I tam przyszła na świat moja mama. Mama urodziła się w 1905 roku, więc kiedy wybuchła rewolucja, miała dwanaście lat. A później przeżyła też wojnę 1920 roku. Opowiadała, że to było straszne, przez Muratę kilka razy przechodził front, a po każdym takim przejściu na ulicach zostawały niepogrzebane trupy. W końcu po wojnie polsko-bolszewickiej babci i mamie udało się uciec do Polski. Przedostały się przez granicę chyba niezupełnie legalnie, w każdym razie przekraczały ją osobno. A dziadek został, bo uważał, że trzeba pilnować majątku. Wprawdzie majątek podzielono, ale dziadek był przekonany, że taki durny system nie może trwać długo, i obiecał, że dołączy do rodziny, jak sytuacja się uspokoi. Niestety, zaraz potem zmarł, zresztą naturalną śmiercią – i do Polski już nie przyjechał.

Mama miała dwóch braci. O ile się nie mylę, jeden z nich był w legionach tu, w Polsce, a drugi został z ojcem; mieszkał potem w miejscowości Żmerynka, niedaleko Muraty, i był z nim kontakt listowny tylko. Kiedy wybuchła II wojna światowa, ten brat, który był w legionach, poszedł z powrotem walczyć i słuch po nim zaginął. Natomiast ten drugi, który mieszkał na Ukrainie, został skazany na dziesięć lat łagrów, nie bardzo wiadomo za co. Wyszedł w 1948 roku, bardzo schorowany, i pół roku później zmarł. Jego żona i córka przez pewien czas utrzymywały z nami kontakt, ale potem się urwał, bo dla nich to było niebezpieczne – mieć w Polsce rodzinę. I dopiero po upadku komuny, jakieś dziesięć lat temu, córka (bo matka już nie żyje) znów nawiązała ze mną kontakt. Mieszka we Lwowie, ma tam rodzinę, wnuki. Niedawno przyjechała do Polski, żeby mnie odwiedzić.

WB: Jak mieli na imię Twoi rodzice? I jak się poznali?

MH: Ojciec miał na imię Kazimierz, a mama Zofia. Było między nimi dokładnie dziesięć lat różnicy. Ojciec był wdowcem, miał już dwie córki z pierwszego małżeństwa, Kasię i Marysię. Kiedy zmarła mu żona, moja babcia, czyli mama mamy, najęła się do niego, żeby się nimi opiekować. A potem dołączyła do niej moja mama, której też udało się wydostać z Rosji. Tak się poznali. Ślub wzięli w 1925 roku w Krakowie, w kościele Mariackim.

Ojciec studiował przed wojną w Wiedniu, na politechnice. Niewiele o tym Wiedniu opowiadał, a ja nie dopytywałem. Dziś próbuję to rekonstruować. To był okres rozkwitu pozytywizmu wiedeńskiego. Ojciec studiował na dwóch wydziałach – na mechanice i wydziale elektrycznym. Niestety wybuchła wojna i został wzięty do armii austriackiej, gdzie służył w artylerii. Po wojnie skończył te dwa wydziały na Politechnice Lwowskiej. O to też go nie pytałem, a przecież wtedy działała w najlepsze szkoła lwowsko-warszawska. Ojciec musiał znać tych ludzi, chodzić na ich wykłady. Kiedy przypominam sobie moje dyskusje z nim, to mam wrażenie, że szereg jego poglądów było właśnie tam uformowanych.

Pamiętam, że po wojnie kupił mi podręcznik do analizy matematycznej Antoniego Łomnickiego (pierwszy tom, pozostałych już nie zdążyli wznowić). Powiedział, że kupił go z sentymentu, bo słuchał wykładów autora. Ten podręcznik ogromnie mi się spodobał, był bardzo przystępnie napisany. Wiele lat później w Krakowie w antykwariacie znalazłem wszystkie trzy tomy i natychmiast kupiłem. Matematyka się nie starzeje, styl wykładu trochę trąci myszką, ale od strony dydaktycznej to jest świetna robota. Z przyjemnością czasami do niego zaglądam.

WB: Rodzice byli zgodnym małżeństwem?

MH: Tak, i dobrze się uzupełniali. Mama była bardzo dobra dla dzieci, trochę nas nawet rozpuszczała, natomiast ojciec był wymagający. Przy posiłkach lubił dyskutować z nami na różne tematy, dbał o to, żebyśmy byli intelektualnie wyrobieni. W domu bywali różni jego znajomi, jeszcze z czasów lwowskich, inżynierowie, profesorowie. Przychodził na przykład profesor Stanisław Jasilkowski, który przed wojną wykładał na Politechnice Lwowskiej, a po wojnie był inżynierem w Mościcach. Spierano się o różne rzeczy. Pamiętam, że była wielka dyskusja o Bolesławie Chrobrym Antoniego Gołubiewa. Ojcu się nie podobał, a inni go bronili. Uwielbiałem słuchać tych dyskusji.

Mama natomiast była bardzo silna psychicznie. Okres Syberii przetrwaliśmy głównie dzięki niej. Ojciec, żeby się całkiem nie załamać, wynajdywał sobie wtedy różne zajęcia. Na przykład rysował. Jeśli tylko dorwał gdzieś kawałek papieru i ołówek czy kredkę, natychmiast brał się do rysowania. Czasem rysował z natury, a czasem po prostu kopiował. Miał rosyjski podręcznik do historii starożytnej, tam były małe, czarno-białe obrazki przedstawiające greckie budowle i rzeźby i ojciec je odrysowywał, tyle że w powiększeniu i w kolorach. Nie mógł tego sprzedać ani nic z tym zrobić, ale to mu dawało odprężenie. Natomiast Kasia, która odziedziczyła po ojcu talent malarski, rysowała różne rzeczy dla zarobku. Nawet afisze z Leninem i Stalinem. Ojciec nie zniżał się do takich rzeczy.

A drugim zajęciem ojca była matematyka. Na Syberii zdobył gdzieś gruby rosyjski podręcznik do rachunku tensorowego i studiował go systematycznie. Ponieważ nie było papieru, zadanka robił na marginesie, a ponadto zapisywał datę, do którego momentu doczytał w danym dniu. Skończył ten podręcznik studiować już po powrocie do Polski. Zachowałem go i mam u siebie do dzisiaj.

WB: Do syberyjskich losów jeszcze wrócimy. Chciałbym, żebyś powiedział więcej o tym, co działo się z Twoją rodziną przed wojną.

MH: Ojciec był związany z grupą Eugeniusza Kwiatkowskiego. Jak wiadomo, Kwiatkowski namówił prezydenta Mościckiego do budowy zakładów azotowych w okolicach Tarnowa. Kupiono teren, postawiono fabrykę i osiedle mieszkaniowe. Tak powstały Mościce. To była część szerszego planu, żeby uprzemysłowić ten obszar, zaniedbany wtedy gospodarczo. Ojciec był w to zaangażowany, jeździł często do Stalowej Woli, do Niska. W domu mówiło się, że miał zostać dyrektorem Stalowej Woli, ale na przeszkodzie stanęła wojna.

WB: A w Mościcach był kim?

MH: Dyrektorem elektrowni. Formalnie mówiło się: kierownikiem wydziału elektrycznego. To była dość wysoka funkcja wtedy. Ojciec nie chciał jednak mieszkać w Mościcach. Dostał mieszkanie w Tarnowie i dojeżdżał codziennie do Mościc rowerem, sześć kilometrów w jedną stronę.

Rodzina była dosyć duża. Ojciec, mama, potem dwie córki ojca z pierwszego małżeństwa – Kasia i Marysia. Ich matką była Magdalena z domu Kaden.

WB: Jak Kaden-Bandrowski, pisarz?

MH: Tak, w rodzinie mówiło się o nim „wuj”. A potem moja mama urodziła Hanię, potem był mój brat Bolesław, który żył tylko rok i umarł przed moim urodzeniem, potem byłem ja i wreszcie Baśka, młodsza ode mnie o rok. Mieszkała też z nami Tola, kuzynka, którą traktowaliśmy jak rodzeństwo. Tola była córką tego wuja legionisty, on miał, zdaje się, na imię Władysław. Jak już skończyły się zawieruchy wojenne, Piłsudski dał tym swoim legionistom niewielkie mająteczki, gospodarstwa właściwie. I ten Władysław dostał takie gospodarstwo chyba na terenie dzisiejszej Białorusi, w każdym razie gdzieś za Puszczą Białowieską, z dala od jakiegokolwiek większego miasta. I kiedy Tola doszła do wieku szkolnego, to rodzice zgodzili się wziąć ją do siebie, żeby chodziła do szkoły razem z Hanią. Tola była kaleką, możliwe, że w dzieciństwie przeszła coś w rodzaju choroby Heinego-Medina, w każdym razie nogi miała zniekształcone. Przed wojną chodziła jeszcze samodzielnie, ale po wojnie tylko o kulach. Po latach, kiedy mama zmarła, musiałem się nią opiekować. To było dość trudne, bo wtedy Tola już zupełnie nie chodziła.

Sprzed wojny pamiętam kilka, może kilkanaście obrazów. Na przykład taki, że idziemy z niańką na spacer, rampa jest zamknięta i pociąg przejeżdża. Kamienica, w której mieszkaliśmy, stała blisko przejazdu kolejowego. Przypominam też sobie jakieś sytuacje z ogrodu, ale trudno mi powiedzieć, czy je zapamiętałem, czy to po prostu sceny utrwalone na zdjęciach.

WB: Miałeś trzy i pół roku, kiedy wybuchła wojna.

MH: Ojciec musiał uciekać, ponieważ razem z innymi inżynierami przed nadejściem Niemców unieruchomili fabryki w Mościcach i w Chorzowie (Mościce i Chorzów były przed wojną jednym przedsiębiorstwem). Podstawiono samochody, dwa osobowe i półciężarówkę na bagaż, i ruszyliśmy na wschód. Pierwszy przystanek był u naszej rodziny pod Tarnowem, dwór nazywał się „Diament”. Być może zresztą coś mylę, może wpadliśmy tam wcześniej, żeby się pożegnać... To była rodzina, którą często odwiedzaliśmy, z niej pochodziła Wandunia, inna moja kuzynka, która dołączyła do nas po wojnie. Nawiasem mówiąc, jej ojciec, Jurek Kaden, był – jak się potem okazało – szpiegiem angielskim. W czasie wojny gdzieś nagle przepadł, potem, wiele lat po wojnie, wypłynął we Włoszech, ale już niczego nie pamiętał. Synowie Wanduni, Jurek i Piotr, poszli w Londynie do odpowiedniego ministerstwa, żeby sprawdzić, czy dziadek rzeczywiście był szpiegiem. Przyjęto ich bardzo grzecznie, poproszono, żeby poczekali, a po kilkunastu minutach przyszedł oficer i powiedział im: „Tak, był, ale na razie nie możemy wam powiedzieć nic więcej”.

W każdym razie – wracam do września 1939 – ruszyliśmy na wschód. I pamiętam taki obrazek: jedziemy i nagle samochody stają obok jakiegoś zagajnika, my szybko wysiadamy, rodzice każą się nam położyć w tym zagajniku i leżeć bez ruchu. Po chwili nadlatuje niemiecki samolot i zaczyna ostrzeliwać naszą kolumnę. Leżałem z głową przyciśniętą do ziemi, a chciałem koniecznie zobaczyć, jak ten samolot wygląda. Zapamiętałem tylko cień, który się po nas przesunął. Samolot przeleciał i już nie wrócił.

Nocowaliśmy wtedy w jakimś dworze na Lubelszczyźnie, a potem ruszyliśmy dalej. Dojechaliśmy w okolice Lwowa, gdzie zabrakło nam benzyny. Samochody zostały w rowie. Do Lwowa dotarliśmy furmankami.

BB: I tam Was zastał 17 września.

MH: Natychmiast zaczęły się ogonki, problemy z zaopatrzeniem. W rodzinie opowiadano, że któregoś dnia wysłano Kasię po mleko. Był taki sklep, chyba Masłosojuz się nazywał. Kasia poszła rano, żeby stanąć w ogonku po mleko i do południa nie wróciła. Posłali Marysię, żeby sprawdziła, co się stało. Marysia patrzy, a tu kolejki ani śladu, a Kasia stoi jakieś trzy metry od sklepu oparta o płot i czyta książkę. Tak się zaczytała, że nie zauważyła, kiedy kolejka przeszła. Więcej historyjek z tego okresu, zabawnych i mniej zabawnych, można znaleźć w książce Marysi Nie pytajcie dlaczego, którą niedawno wznowiliśmy*.

* Maria Mierzyńska, Nie pytajcie dlaczego, Copernicus Center Press, Kraków 2014.

W Urbachu: Hania, Michał i Basia Hellerowie z kuzynką Tolą (druga od lewej)

fotografia z archiwum prywatnego Michała Hellera

Kartka świąteczna wykonana na Syberii przez Kasię Hellerównę

fotografia z archiwum prywatnego Michała Hellera

Na Syberię i z powrotem

Dostępne w wersji pełnej

Być księdzem dla inteligencji

Dostępne w wersji pełnej

Między parafią a uniwersytetem

Dostępne w wersji pełnej

Czy ksiądz powinien zajmować się nauką?

Dostępne w wersji pełnej

Dwa stoły

Dostępne w wersji pełnej

Nowe wyzwania

Dostępne w wersji pełnej

„Niech nie wchodzi tu nikt, kto nie zna geometrii”

Dostępne w wersji pełnej

W stronę filozofii w nauce

Dostępne w wersji pełnej

Świat rozchwiany czy bardziej stabilny?

Dostępne w wersji pełnej

Nauka, wiara, wizja

Dostępne w wersji pełnej

Spojrzenie teologa

Dostępne w wersji pełnej

Indeks osób

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Agnieszka Kucharz-Gulis

Fotografia na okładce

Marcin Gulis

Opieka redakcyjna

Daniel Lis

Redakcja i indeks

Wojciech Bonowicz

Adiustacja

Małgorzata Biernacka

Korekta

Katarzyna Onderka

Wybór zdjęć

Iwona Kołodziej

Copyright © by Michał Heller, Wojciech Bonowicz, Bartosz Brożek, Zbigniew Liana

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2016

ISBN 978-83-240-4146-6

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ważniejsze niż Wszechświat Wszechświat jest tylko drogą Utopia u władzy Historia Związku Sowieckiego. Tom 2 Utopia u władzy Historia Związku Sowieckiego. Tom 1 Jak być uczonym Podróże z filozofią w tle 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Czapkins Becoming Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi