Żałobne opaski

Żałobne opaski

Autorzy: Brandon Sanderson

Wydawnictwo: Mag

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 35.00 zł

cena od: 19.72 zł

Ciąg dalszy opowieści znanej ze "Stopu prawa" i "Cieni tożsamości", dziejącej się w fantastycznym odpowiedniku dziewiętnastowiecznej Ameryki.

"Żałobne Opaski" to mityczne metalmyśli należące do Ostatniego Imperatora, wedle opowieści obdarzające posiadacza wszystkimi mocami, jakie miał do dyspozycji władca sprzed stuleci. Mało kto wierzy w ich istnienie. Oto jednak badacz kandra powraca do Elendel z rysunkami, które przedstawiają Opaski, jak również zapiskami w nieznanym języku. Waxillium Ladrian wyrusza na południe, do miasta Nowy Seran, by zbadać tę sprawę. Po drodze napotyka wskazówki, dzięki którym zaczyna w końcu rozumieć prawdziwe cele wuja Edwarna i tajnej organizacji zwanej Kręgiem.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Mapy

Prolog

Część pierwsza Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Część druga Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Część trzecia Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Epilog

Post scriptum

Ars Arcanum

Podziękowania

Tytuł oryginału: The Bands of Mourning

Copyright © 2016 by Dragonsteel Entertainment, LLC

Copyright for the Polish translation © 2016 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Dominik Broniek

Opracowanie graficzne okładki: Dark Crayon

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-702-9

Wydanie III

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60

e-mail kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Benowi Olsenowi,

Który przyjaźni się z bandą zwariowanych pisarzy

I ciągle znajduje czas, żeby uczynić nasze książki lepszymi.

Mapy dostępne w pełnej wersji eBooka.

PROLOG

– Telsin! – syknął Waxillium, wyślizgując się z chaty nauk.

Telsin obejrzała się, skrzywiła i przycupnęła jeszcze bardziej. Szesnastoletnia siostra Waxilliuma była od niego starsza o rok. Długie ciemne włosy okalały twarz o niewielkim nosie i wąskich wargach. Nosiła tradycyjne terrisańskie szaty zdobione kolorowymi wzorami w kształcie litery V, które na niej zawsze leżały lepiej niż na nim. Na Telsin wydawały się eleganckie. Kiedy nosił je Waxillium, czuł się tak, jakby włożył na siebie worek.

– Odejdź, Asinthewie – powiedziała, przesuwając się ostrożnie wzdłuż ściany chaty.

– Przegapisz wieczorną recytację.

– Nie zauważą mojej nieobecności. Nigdy nie sprawdzają listy.

Wewnątrz chaty mistrz Tellingdwar ględził o tradycyjnej terrisańskiej postawie. Podporządkowanie, potulność i coś, co nazywali „pełną szacunku godnością”. Zwracał się do młodszych uczniów – starsi, tacy jak Waxillium i jego siostra, mieli w tym czasie medytować.

Telsin ruszyła biegiem przez zalesione okolice Elendel zwane po prostu Wioską. Waxillium po chwili wahania pośpieszył za siostrą.

– Wpakujesz się w tarapaty – powiedział, kiedy ją dogonił i mijali pień olbrzymiego dębu. – Wpakujesz mnie w tarapaty.

– I co z tego? – spytała. – Co ty masz z tymi zasadami?

– Nic. Po prostu...

Ruszyła w głąb lasu. Westchnął i dalej szedł za nią, aż w końcu spotkali się z trójką młodych Terrisan – dwiema dziewczynami i chłopakiem. Kwashim, jedna z dziewcząt, szczupła i śniada, obrzuciła Waxilliuma uważnym spojrzeniem.

– Przyprowadziłaś go?

– Poszedł za mną – wyjaśniła Telsin.

Waxillium uśmiechnął się z nadzieją do Kwashim, a później do Idashwy, drugiej z dziewczyn, jego rówieśniczki. Idashwy miała szeroko rozstawione oczy i, na Harmonię... była cudowna. Zauważyła jego zainteresowanie, zamrugała kilka razy, po czym ze skromnym uśmiechem odwróciła wzrok.

– Naskarży na nas – stwierdziła Kwashim, odwracając jego uwagę od drugiej dziewczyny. – Wiesz, że to zrobi.

– Wcale nie – warknął Waxillium.

Kwashim spiorunowała go wzrokiem.

– Spóźnisz się na wieczorne zajęcia. Kto odpowie na wszystkie pytania? W sali będzie panowała zardzewiała cisza, jeśli zabraknie tego, który zawsze podlizuje się nauczycielowi.

Wysoki chłopak imieniem Forch stał w cieniu. Waxillium nie patrzył na niego, nie spojrzał mu w oczy. On nie wie, prawda? Nie może wiedzieć. Forch był najstarszy z nich wszystkich, ale rzadko się odzywał.

Był Podwójnym, jak Waxillium. Choć ostatnio żaden z nich nie korzystał z Allomancji. W Wiosce wychwalano ich terrisański aspekt, to znaczy Feruchemię. Fakt, że obaj byli Monetostrzelnymi, nie miał dla Terrisan większego znaczenia.

– Chodźmy – powiedziała Telsin. – Koniec kłótni. Pewnie i tak nie mamy dużo czasu. Jeśli mój brat chce się wlec za nami, to jego sprawa.

Ruszyli za nią pod koronami drzew, liście szeleściły pod ich stopami. Tak wielka ilość listowia sprawiała, że człowiek mógł bez trudu zapomnieć, iż znajduje się w środku ogromnego miasta. Krzyki ludzi i uderzenia podków o bruk wydawały się odległe, nie było też widać ani czuć dymu. Terrisanie bardzo się starali, by ich część miasta była spokojna i zaciszna.

Waxillium powinien być zachwycony.

Pięcioro młodzików wkrótce dotarło do Chaty Synodu, gdzie swoje gabinety mieli najważniejsi spośród starszych Terrisan. Telsin gestem kazała im zaczekać, a sama podbiegła do okna, przy którym zaczęła nasłuchiwać. Waxillium rozejrzał się z niepokojem dookoła. Nadchodził wieczór, w lesie zapanował półmrok, ale w każdej chwili ktoś mógł na nich wpaść.

Nie martw się tak bardzo, powiedział sam sobie. Musiał zacząć brać udział w ich wybrykach, jak zrobiła to jego siostra. Wtedy zaczęliby go postrzegać jako jednego z nich. Prawda?

Po twarzy spływał mu pot. Kwashim opierała się o drzewo, zupełnie beztroska, a kiedy zobaczyła zdenerwowanie Waxilliuma, na jej wargach pojawił się złośliwy uśmieszek. Forch stał w cieniach, nie kucał, ale, na rdzę, mógłby być drzewem – tak mało okazywał emocji. Waxillium spojrzał na wielkooką Idashwy, a ona zarumieniła się i odwróciła wzrok.

Telsin wróciła do nich.

– Ona tam jest.

– To gabinet naszej babki – powiedział Waxillium.

– Oczywiście, że tak. Została tam wezwana w pilnej sprawie. Prawda, Idashwy?

Cicha dziewczyna przytaknęła.

– Widziałam, jak starsza Vwafendal biegnie obok mojego pokoju medytacji.

Kwashim uśmiechnęła się szeroko.

– A to znaczy, że nie będzie pilnować.

– Pilnować czego? – spytał Waxillium.

– Cynowej Bramy – odparła Kwashim. – Wydostaniemy się do miasta. Będzie nawet łatwiej niż zwykle!

– Zwykle? – powtórzył Waxillium, spoglądając z przerażeniem to na Kwashim, to na siostrę. – Robiliście to wcześniej?

– Pewnie – odparła Telsin. – W Wiosce trudno o drinka. Ale dwie ulice stąd jest świetny pub.

– Jesteś obcy – powiedział do niego Forch, podchodząc bliżej. Mówił powoli, z namysłem, jakby każde słowo z osobna wymagało zastanowienia. – Dlaczego się przejmujesz, że wychodzimy? Trzęsiesz się. Czego się boisz? Spędziłeś tam większość życia.

„Jesteś obcy”. Dlaczego jego siostrze udawało się wpasować w każdą grupę? Dlaczego on zawsze musiał stać na zewnątrz?

– Nie trzęsę się – odpowiedział Forchowi. – Po prostu nie chcę się wpakować w tarapaty.

– On na nas naskarży – powiedziała Kwashim.

– Nie. – A w każdym razie nie za to, dodał w myślach Waxillium.

– Chodźmy – rzuciła Telsin.

Poprowadziła grupkę przez las w stronę Cynowej Bramy – wymyślne określenie na coś, co w rzeczywistości było kolejną ulicą – choć rzeczywiście zdobił ją kamienny łuk z wyrytymi starożytnymi terrisańskimi symbolami szesnastu metali.

Za nią leżał inny świat. Wzdłuż ulicy stały gazowe latarnie, gazeciarze wlekli się do domów z niesprzedanymi gazetami pod pachami. Robotnicy szli w stronę hałaśliwych pubów, żeby się napić. Nigdy właściwie nie poznał tego świata – dorastał w luksusowej rezydencji wśród wspaniałych strojów, kawioru i wina.

Coś w tym prostym życiu go pociągało. Może odnajdzie to właśnie tutaj? To coś, czego nigdy nie odnalazł. To coś, co wszyscy pozostali mieli, a czego on nawet nie umiał nazwać.

Pozostała czwórka wybiegła na zewnątrz, mijając budynek z ciemnymi oknami, w którym o tej porze zazwyczaj siedziała babka Waxilliuma i Telsin i czytała. Terrisanie nie mieli strażników przy wejściach, co nie znaczyło, że ich nie obserwowali.

Waxillium jeszcze nie wyszedł. Spuścił wzrok i odsunął rękawy szaty, by odsłonić metalowe bransolety.

– Idziesz?! – zawołała Telsin.

Nie odpowiedział.

– Oczywiście, że nie. Zawsze boisz się kłopotów.

Pociągnęła za sobą Forcha i Kwashim. Co zaskakujące, Idashwy się ociągała. Cicha dziewczyna spojrzała na niego pytająco.

Mogę to zrobić, pomyślał Waxillium. To nic wielkiego. Z szyderstwem siostry dzwoniącym w uszach zmusił się, by dołączyć do Idashwy. Zrobiło mu się niedobrze, ale szedł obok niej, ciesząc się jej nieśmiałym uśmiechem.

– Co to była za pilna sprawa? – spytał ją.

– Hę?

– Ta pilna sprawa, w której wezwano babcię?

Idashwy wzruszyła ramionami i ściągnęła terrisańską szatę. Był wstrząśnięty, dopóki nie zobaczył, że miała pod spodem zwyczajną spódnicę i bluzkę. Wrzuciła szatę w krzaki.

– Niewiele wiem. Zobaczyłam, jak wasza babcia biegnie do Chaty Synodu, i usłyszałam, jak Tathed o to pyta. Jakiś kryzys. Planowaliśmy się dziś wyślizgnąć, więc uznałam, że to dobry czas.

– Ale ta pilna sprawa... – Waxillium obejrzał się przez ramię.

– Chodziło o jakiegoś kapitana konstabli, który przyszedł ją przesłuchać – powiedziała Idashwy.

Konstabl?

– Chodźmy, Asithew – powiedziała, biorąc go za rękę. – Twoja babcia szybko załatwi obcego. Może właśnie już tu wraca!

Znieruchomiał. Idashwy spojrzała na niego. Te pełne życia ciemne oczy utrudniały mu myślenie.

– Chodź – zachęciła go. – Wyślizgnięcie się to żadna zbrodnia. Przecież mieszkałeś tam przez czternaście lat, prawda?

Na rdzę.

– Muszę iść. – Odwrócił się i pobiegł w stronę lasu.

Idashwy przez chwilę stała w miejscu, w którym ją zostawił. Waxillium wszedł do lasu i pobiegł w stronę Chaty Synodu. Wiesz, że teraz uzna cię za tchórza, powiedział sobie w duchu. Wszyscy cię uznają.

Waxillium zahamował gwałtownie pod oknem gabinetu babki, serce waliło mu w piersi. Przycisnął się do ściany i słuchał przez otwarte okno.

– Sami troszczymy się o porządek – powiedziała wewnątrz babka Vwafendal. – Dobrze pan o tym wie.

Waxillium odważył się podnieść i zajrzeć przez okno do środka. Babka siedziała za biurkiem jak uosobienie terrisańskiej praworządności, włosy miała splecione w warkocz, a szaty idealnie czyste.

Mężczyzna stojący po drugiej stronie biurka na znak szacunku trzymał czapkę konstabla pod pachą. Był starszym mężczyzną o długich wąsach, a insygnia na jego piersi oznaczały, że jest kapitanem i detektywem. Wysoki stopień. Ważny.

Tak! – pomyślał Waxillium i sięgnął do kieszeni po notatki.

– Terrisanie sami troszczą się o porządek – stwierdził konstabl – ponieważ rzadko potrzebują utrzymywać porządek.

– Teraz też nie potrzebują.

– Mój informator...

– Teraz mówi pan, że ma pan informatora? – spytała babka. – Sądziłam, że to był anonimowy donos.

– Anonimowy, owszem. – Konstabl położył kartkę papieru na biurku. – Ale uważam to za coś więcej niż „donos”.

Babka podniosła kartkę. Waxillium wiedział, co na niej jest. Sam ją posłał do konstabli, razem z listem.

„Koszula, która pachnie dymem, wisząca za jego drzwiami.

Zabłocone buty, których rozmiar pasuje do odcisków pozostawionych przed spalonym budynkiem.

Butelki oliwy w skrzyni pod jego łóżkiem”.

Na liście był tuzin poszlak wskazujących, że to właśnie Forch kilka tygodni wcześniej spalił chatę jadalną. Waxillium poczuł przyjemny dreszczyk na myśl, że konstable poważnie potraktowali jego znaleziska.

– Niepokojące – przyznała babka – ale nie widzę na tej liście niczego, co dawałoby panu prawo wtargnięcia na nasze terytorium, kapitanie.

Konstabl pochylił się i oparł dłonie na brzegu biurka, rzucając jej wyzwanie.

– Nie odrzuciliście tak szybko naszej pomocy, kiedy wysłaliśmy straż pożarną, by zgasić ten pożar.

– Zawsze przyjmiemy pomoc, która ratuje życie. Nie potrzebuję jednak pomocy, która je więzi. Dziękuję.

– Czy to dlatego, że ten Forch jest Podwójnym? Boicie się jego mocy?

Spojrzała na niego pogardliwie.

– Starsza. – Mężczyzna odetchnął głęboko. – Jest wśród was zbrodniarz.

– Jeśli rzeczywiście tak jest, sami zajmiemy się tym osobnikiem. Odwiedzałam domy smutku i zniszczenia, które wy nazywacie więzieniami, kapitanie. Nie pozwolę, by jeden z moich ludzi został tam uwięziony na podstawie pogłosek i anonimowych fantazji posłanych pocztą.

Konstabl odetchnął i znów się wyprostował. Z trzaskiem postawił coś na biurku. Waxillium zmrużył oczy, ale konstabl przykrywał ten przedmiot dłonią.

– Jak wiele wiecie o podpaleniach, starsza? – spytał cicho konstabl. – Często są, jak to określamy, przestępstwem towarzyszącym. Odkrywamy, że miały zatuszować włamanie, ułatwić oszustwo lub być początkowym aktem agresji. W przypadku takim jak ten pożar często jest zapowiedzią. W najlepszym wypadku macie w swoich szeregach podpalacza, który czeka, żeby znowu coś spalić. W najgorszym... nadchodzi coś większego, starsza. Coś, czego wszyscy pożałujecie.

Babka zacisnęła usta. Konstabl podniósł dłoń, odsłaniając to, co położył na biurku. Kula.

– Co to? – spytała babka.

– Przypomnienie.

Babka machnięciem ręki zrzuciła nabój z blatu, aż uderzył o ścianę w pobliżu miejsca, gdzie ukrywał się Waxillium. Chłopak odskoczył i skulił się, a serce mocno biło mu w piersi.

– Niech pan nie przynosi do tego miejsca swoich narzędzi śmierci – syknęła babka.

Waxillium wrócił pod okno w chwili, gdy konstabl zakładał kapelusz.

– Kiedy chłopak znów coś podpali – powiedział cicho – poślijcie po mnie. Miejmy nadzieję, że nie będzie za późno. Dobranoc.

Odszedł. Waxillium kulił się przy ścianie budynku, obawiając się, że konstabl się odwróci i go zobaczy. Nie zrobił tego. Mężczyzna pomaszerował ścieżką i wkrótce zniknął w półmroku.

Ale babka... ona nie uwierzyła. Nie widziała? Forch dopuścił się przestępstwa. Zamierzali zostawić go w spokoju? Dlaczego...

– Asinthewie – powiedziała babka, jak zawsze używając terrisańskiego imienia Waxilliuma. – Czy mógłbyś przyjść do mnie?

Natychmiast poczuł ukłucie przerażenia, a zaraz potem wstydu. Wstał.

– Skąd wiedziałaś? – spytał przez okno.

– Odbicie w lustrze, dziecko. – Trzymała w obu dłoniach kubek herbaty i nie patrzyła na niego. – Spełnij łaskawie moje polecenie.

Niechętnie obszedł budynek i wszedł frontowym wejściem do drewnianej chaty. Całość pachniała bejcą, którą ostatnio pomagał nakładać. Wciąż miał jej resztki pod paznokciami.

Zamknął drzwi.

– Dlaczego...?

– Usiądź, proszę, Asinthewie – powiedziała cicho.

Podszedł do biurka, ale nie zajął krzesła dla gości. Stał, dokładnie w tym samym miejscu, co konstabl.

– Twój charakter pisma – stwierdziła babka, muskając papier, który zostawił konstabl. – Powiedziałam ci, że sprawa Forcha jest pod kontrolą.

– Wiele rzeczy mówisz, babciu. Uwierzę, kiedy zobaczę dowód.

Vwafendal pochyliła się. Z kubka w jej dłoniach unosiła się para.

– Och, Asinthewie. Sądziłam, że bardzo chcesz tu pasować.

– Owszem.

– To dlaczego podsłuchujesz pod moim oknem, zamiast odbywać wieczorną medytację?

Odwrócił wzrok i zarumienił się.

– Dla Terrisan liczy się porządek, dziecko. Nie bez powodu mamy zasady.

– A palenie budynków nie jest wbrew zasadom?

– Oczywiście, że tak. Ale nie ty jesteś odpowiedzialny za Forcha. Rozmawialiśmy z nim. Żałuje. Jest bezmyślnym młodzikiem, który zbyt wiele czasu spędza w samotności. Poprosiłam innych, żeby się z nim zaprzyjaźnili. Odpokutuje swoje przestępstwo na nasz sposób. Wolałbyś, żeby zgnił w więzieniu?

Waxillium po chwili wahania westchnął i opadł na krzesło po drugiej stronie biurka.

– Chcę się dowiedzieć, co jest właściwe – szepnął – i tak postępować. Dlaczego to jest takie trudne?

Babka zmarszczyła czoło.

– Łatwo odkryć, co jest właściwe, a co nie, dziecko. Przyznam, że decyzja, by zawsze postępować zgodnie z tym, co właściwe, bywa...

– Nie – powiedział Waxillium i zaraz się skrzywił. Przerywanie babce V. nie było mądre. Nigdy nie krzyczała, ale jej dezaprobata była wyczuwalna równie łatwo jak nadchodząca burza. Mówił dalej już ciszej. – Nie, babciu. Odkrycie, co jest właściwe, nie jest łatwe.

– Zostało zapisane w naszych zwyczajach. Uczysz się tego każdego dnia na swoich lekcjach.

– To jeden głos, jedna filozofia. Istnieje tak wiele...

Babka sięgnęła nad biurkiem i położyła dłoń na jego dłoni. Jej skóra była ciepła od kubka z herbatą.

– Ach, Asinthewie. Rozumiem, że jest ci ciężko. Jesteś dzieckiem dwóch światów.

Dwa światy, pomyślał od razu, ale żadnego domu.

– Ale musisz postępować zgodnie z tym, czego się uczysz – kontynuowała. – Obiecałeś mi, że w czasie pobytu tutaj będziesz przestrzegać naszych zasad.

– Próbuję.

– Wiem. Tellingdwar i inni nauczyciele mówią o tobie same dobre rzeczy. Mówią, że uczysz się lepiej niż ktokolwiek... to znaczy, jakbyś spędził tu całe życie. Jestem dumna z twoich wysiłków.

– Inne dzieciaki mnie nie akceptują. Próbowałem robić to, co mi poradziłaś... być bardziej terrisański niż ktokolwiek, udowodnić swoje pochodzenie. Ale dzieciaki... nigdy nie będę jednym z nich, babciu.

– Młodzi często nadużywają słowa „nigdy” – babka pociągnęła łyk herbaty – ale rzadko je rozumieją. Niech zasady staną się twoim przewodnikiem. W nich odnajdziesz spokój. Jeśli niektórzy darzą cię niechęcią z powodu twojej gorliwości, pozwól im. W końcu dzięki medytacji wyzbędą się takich uczuć.

– Czy mogłabyś... może polecić kilkorgu z pozostałych, żeby się ze mną zaprzyjaźnili – spytał, wstydząc się jednocześnie słabości, o której świadczyły te słowa. – Jak to zrobiłaś z Forchem?

– Zobaczę. A teraz uciekaj. Nie zgłoszę tego uchybienia, Asinthewie, ale proszę, obiecaj mi, że pozbędziesz się obsesji na punkcie Forcha i pozostawisz karanie innych Synodowi.

Waxillium zaczął się podnosić, lecz wtedy jego stopa poślizgnęła się na czymś. Opuścił rękę. Kula.

– Asinthewie? – spytała babka.

Zacisnął kulę w dłoni, kiedy się prostował, a później wybiegł na zewnątrz.

* * *

– Metal jest twoim życiem – powiedział Tellingdwar, przechodząc do ostatnich części wieczornej recytacji.

Waxillium klęczał w pozycji do medytacji, wsłuchując się w słowa. Wokół niego rzędy spokojnych Terrisan również pochylały się z szacunkiem, wychwalając Zachowanie, starożytnego boga ich wiary.

– Metal jest twoją duszą – powiedział Tellingdwar.

Tak wiele było doskonałości w tym cichym świecie. Dlaczego Waxillium czasem miał wrażenie, że nanosi brud samą swoją obecnością? Że oni wszyscy byli częścią jednego wielkiego białego płótna, a on plamą na samym dole?

– Chronisz nas – powiedział Tellingdwar – a my będziemy twoi.

Kula, pomyślał Waxillium, wciąż ściskając w dłoni kawałek metalu. Dlaczego zostawił nam kulę jako przypomnienie? Co to znaczy? Wydawało mu się, że to dziwny symbol.

Po zakończeniu recytacji młodzi, dzieci i dorośli podnieśli się i zaczęli przeciągać. Trochę rozmawiali ze sobą, ale zbliżała się cisza nocna, co oznaczało, że młodsi ruszyli do domów lub wieloosobowych sypialni. Waxillium się nie podniósł.

Tellingdwar zaczął zbierać maty, na których wcześniej klęczeli medytujący. Miał ogoloną głowę, a jego szaty były jaskrawożółte i pomarańczowe. Z matami w ramionach zatrzymał się, kiedy zobaczył, że Waxillium nie wyszedł z pozostałymi.

– Asinthewie? Dobrze się czujesz?

Waxillium pokiwał ze zmęczeniem głową i wstał. Nogi mu zdrętwiały po tak długim klęczeniu. Ruszył powoli w stronę wyjścia, jednak zatrzymał się w drzwiach.

– Tellingdwarze?

– Tak, Asinthewie?

– Czy w Wiosce kiedykolwiek doszło do aktów przemocy?

Niski mężczyzna znieruchomiał, zaciskając ręce na matach.

– Dlaczego pytasz?

– Z ciekawości.

– Nie musisz się martwić. To było dawno temu.

– Co było dawno temu?

Tellingdwar zebrał pozostałe maty, poruszając się szybciej niż wcześniej. Może ktoś inny uniknąłby odpowiedzi na pytanie, ale Tellingdwar był wyjątkowo szczery. Klasyczna terrisańska cnota – w jego oczach uniknięcie odpowiedzi byłoby równe kłamstwu.

– Nie zaskakuje mnie, że wciąż o tym szepcą. Piętnaście lat nie zmyło całej krwi, jak sądzę. Ale pogłoski są fałszywe. Zginęła tylko jedna osoba. Kobieta, z rąk męża. Oboje byli Terrisanami. – Zawahał się. – Znałem ich.

– Jak ją zabił?

– Musisz to wiedzieć?

– Cóż, pogłoski...

Tellingdwar westchnął.

– Pistolet. Broń z zewnątrz. Nie wiemy, skąd go wziął. – Tellingdwar pokręcił głową i zrzucił maty na stertę z boku pomieszczenia. – Pewnie nie powinniśmy być zaskoczeni. Ludzie są wszędzie tacy sami, Asinthewie. Musisz o tym pamiętać. Nie uważaj się za lepszego od innych tylko dlatego, że nosisz szatę.

Tellingdwar każdą rozmowę mógł zmienić w lekcję. Waxillium skinął mu głową i wyślizgnął się na zewnątrz. Słychać było grzmoty zapowiadające deszcz, ale mgła jeszcze się nie pojawiła.

„Ludzie są wszędzie tacy sami, Asinthewie...”. Jaki w takim razie był cel wszystkiego, czego tu uczyli? Jeśli nie mogli powstrzymać ludzi przed zachowywaniem się jak potwory?

Dotarł do sypialni chłopców. Cisza nocna już się zaczęła i Waxillium musiał ukłonić się przepraszająco opiekunowi sypialni, zanim pobiegł korytarzem do swojego pokoju na parterze. Ojciec Waxilliuma upierał się, że jego syn ze względu na szlachetne pochodzenie ma mieć własny pokój. To jeszcze bardziej odróżniało go od pozostałych.

Zrzucił szatę i otworzył szafę, w której wisiały jego stare ubrania. Deszcz zaczął uderzać o szybę w chwili, kiedy włożył spodnie i koszulę zapinaną na guziki, które uważał za wygodniejsze od tych zardzewiałych szat. Skrócił knot lampki i otworzył książkę, żeby poczytać.

Na zewnątrz niebo burczało jak pusty żołądek. Waxillium próbował czytać przez kilka minut, po czym odrzucił książkę na bok – omal nie przewracając lampki – i poderwał się na równe nogi. Podszedł do okna i wpatrzył się w ulewę. Ze względu na baldachim drzew deszcz padał nierówno, kolumnami. Waxillium zgasił lampę.

Wpatrywał się w deszcz, a w głowie kłębiły mu się myśli. Wkrótce musiał podjąć decyzję. Zgodnie z umową zawartą przez jego babkę i rodziców Waxillium miał spędzić w Wiosce rok, z którego pozostał już tylko miesiąc. Później sam miał zadecydować, czy tu zostanie.

Co czekało na niego na zewnątrz? Białe obrusy, pozerzy z nosowymi akcentami i polityka.

Co czekało go tutaj? Ciche sale, medytacja i nuda.

Życie, którego nienawidził, albo życie pełne otępiającej powtarzalności. Dzień po dniu po dniu... i...

Czy ktoś poruszał się wśród drzew?

Waxillium przycisnął czoło do chłodnego szkła. Rzeczywiście ktoś wlókł się przez mokry las, ciemna postać o znajomym wzroście i sylwetce, pochylona i niosąca na ramieniu worek. Forch spojrzał w stronę sypialni, zaraz jednak ruszył dalej w mrok.

Czyli wrócili. Szybciej, niż się spodziewał. Czy tak właśnie Telsin zamierzała wrócić do sypialni? Wślizgnąć się przez okno i twierdzić, że wrócili przed ciszą nocną, a opiekun po prostu ich nie zauważył?

Waxillium czekał, zastanawiając się, czy zauważy również trzy dziewczyny, ale niczego nie widział. Jedynie Forcha znikającego w cieniach. Dokąd on szedł?

Kolejny pożar, pomyślał od razu Waxillium. Ale Forch z pewnością nie podłożyłby ognia w taki deszcz, prawda?

Waxillium spojrzał na zegar tykający cicho na ścianie. Godzina po ciszy nocnej. Nie miał pojęcia, że tak wiele czasu spędził, gapiąc się na deszcz.

Forch nie jest moim problemem, powiedział sobie stanowczo. Postanowił wrócić do łóżka, ale natychmiast odkrył, że miota się po pokoju. Z niepokojem wsłuchuje się w deszcz i nie może powstrzymać ciała przed poruszaniem się.

Cisza nocna...

„Niech zasady staną się twoim przewodnikiem. W nich odnajdziesz spokój”.

Zatrzymał się przy oknie. Po chwili je otworzył. Kiedy wyskoczył na zewnątrz, jego bose stopy zagłębiły się w wilgotnej, sprężystej ziemi. Ruszył przed siebie, a strumienie wody uderzały go w głowę i spływały za koszulę. Dokąd poszedł Forch?

Waxillium wybrał kierunek, który wydał mu się najbardziej prawdopodobny. Mijał ogromne drzewa, jak wykute w skale monolity, a szum deszczu zagłuszał wszystko inne. Odcisk buta w błocie obok pnia drzewa świadczył, że był na dobrym tropie, ale musiał się pochylić, żeby go zobaczyć. Na rdzę! Robiło się ciemno.

Co teraz? Waxillium rozejrzał się dookoła. Tam, pomyślał. Magazyn. Stara sypialnia, obecnie nieużywana, w której Terrisanie trzymali zapasowe meble i dywany. To by było doskonałe miejsce do podpalenia, prawda? W środku mnóstwo łatwopalnych rzeczy, a w takim deszczu nikt by się tego nie spodziewał.

Ale babka z nim rozmawiała, pomyślał Waxillium, potykając się wśród deszczu. Stopy mu marzły, kiedy rozgarniał liście i mchy. Będą wiedzieli, że to on. Czy go to nie obchodziło? Celowo starał się wpakować w kłopoty?

Waxillium podszedł do starej sypialni, masywnego dwupiętrowego budynku, czarnego na tle coraz ciemniejszej nocy. Strumienie wody spływały z jego dachu. Nacisnął klamkę. Drzwi oczywiście nie były zamknięte na klucz – to w końcu była Wioska. Wślizgnął się do środka.

Tam. Kałuża wody na podłodze. Ktoś tędy niedawno wchodził. Ruszył dalej pochylony, dotykając odcisków butów, jednego po drugim, aż dotarł do schodów. Jeden bieg schodów, drugi. Co tam było? Dotarł na najwyższe piętro i zobaczył przed sobą światło. Skradał się korytarzem wyłożonym dywanem, aż dotarł do migoczącej świecy ustawionej na stole w niewielkim pokoju pełnym mebli, z ciężkimi draperiami na ścianach.

Waxillium podszedł do świecy. Drżała, krucha i samotna. Dlaczego Forch ją tu zostawił? Co było...

Coś ciężkiego uderzyło go w plecy. Sapnął z bólu i poleciał do przodu, aż wpadł na dwa krzesła ułożone jedno na drugim. Za plecami usłyszał kroki. Udało mu się odskoczyć w bok i rzucić na podłogę w chwili, kiedy Forch uderzył starym drewnianym słupkiem w krzesła, które popękały.

Waxillium podniósł się, ramiona go bolały. Forch odwrócił się w jego stronę, jego twarz kryła się w cieniach.

Waxillium się cofnął.

– Forch! Nic się nie dzieje. Chciałem tylko porozmawiać. – Skrzywił się, kiedy uderzył plecami w ścianę. – Nie musisz...

Forch zamachnął się na niego.

Waxillium jęknął i wybiegł na korytarz.

– Pomocy! – krzyknął, kiedy Forch ruszył za nim. – Pomocy!

Zamierzał ruszyć w stronę schodów, ale pomylił kierunki i w rzeczywistości się od nich oddalał. Uderzył ramieniem o drzwi na końcu korytarza. Jeśli ta sypialnia miała ten sam rozkład co ta, w której mieszkał, prowadziły do górnej sali spotkań. I może drugich schodów?

Waxillium wpadł do jaśniejszego pomieszczenia. Stare stoły ustawione jeden na drugim otaczały otwartą przestrzeń pośrodku, przypominając widownię i scenę.

Tam, na samym środku, oświetlony blaskiem tuzina świec, leżał może pięcioletni chłopczyk, przywiązany do deski ułożonej między dwoma stołami. Jego koszula została rozcięta i rzucona na podłogę, a knebel tłumił jego krzyki. Dziecko szarpało się słabo w więzach.

Waxillium zatrzymał się gwałtownie, obejmując wzrokiem chłopca, rząd błyszczących noży ułożonych na pobliskim stole, ślady krwi z rozcięć na piersi chłopca.

– A niech to piekło – szepnął Waxillium.

Forch wszedł za nim i z trzaskiem zamknął drzwi.

– A niech to piekło – powtórzył Wax i odwrócił się z szeroko otwartymi oczyma. – Forch, co z tobą nie tak?

– Nie wiem – odparł cicho chłopak. – Muszę po prostu zobaczyć, co jest w środku. Rozumiesz?

– Wyszedłeś z dziewczynami, żeby mieć alibi. Jeśli ktoś zobaczy, że twój pokój jest pusty, będziesz mówił, że byłeś z nimi. Pomniejsze wykroczenie, żeby ukryć zbrodnię. Na rdzę! Moja siostra i jej koleżanki nie wiedzą, że wróciłeś, prawda? Są pijane i nawet nie będą pamiętać, że zniknąłeś. Będą przysięgać, że byłeś...

Waxillium przerwał, kiedy Forch podniósł wzrok. Jego oczy odbijały blask świec, a twarz była bez wyrazu. W ręku trzymał garść gwoździ.

Racja. Forch jest...

Waxillium krzyknął i rzucił się w stronę sterty mebli w chwili, kiedy gwoździe wyleciały z dłoni Forcha popychane jego Allomancją. Uderzyły jak grad o drewniane stoły, nogi krzeseł i podłogę. Uciekając, Wax poczuł nagły ból w ramieniu.

Krzyknął i chowając się za meblami, zacisnął rękę na bolącym miejscu. Jeden z gwoździ oderwał kawał ciała w pobliżu jego łokcia.

Metal. Potrzebował metalu.

Minęło wiele miesięcy, odkąd po raz ostatni spalił stal. Babka chciała, by zaakceptował swoją terrisańską naturę. Uniósł ramiona i odkrył, że są nagie. Jego bransolety...

W twoim pokoju, idioto, pomyślał Waxillium. Sięgnął do kieszeni spodni. Zawsze trzymał... Woreczek płatków metalu. Wyciągnął go, cofając się przed Forchem, który odrzucał na bok stoły i krzesła, żeby się do niego przedostać. Z tyłu dochodziły jęki uwięzionego dziecka.

Palce Waxilliuma drżały, kiedy próbował otworzyć woreczek z płatkami metalu, ale on nagle wyrwał się z jego palców i przeleciał przez pokój. Zdesperowany Waxillium odwrócił się do Forcha i zobaczył, że tamten zdejmuje ze stołu metalowy pręt i rzuca w jego stronę.

Waxillium próbował się uchylić. Zbyt wolno. Odepchnięty pręt uderzył go w pierś i popchnął do tyłu. Forch sapnął i się zatoczył. Nie miał praktyki w Allomancji i nie zapewnił sobie stosownego oparcia. Jego Odpychanie rzuciło go do tyłu niemal tak samo, jak Waxilliuma.

Waxillium wpadł na ścianę i poczuł, że coś w nim pęka. Sapnął i osunął się na kolana, czując, że robi mu się ciemno przed oczami. Pokój zaczął się kołysać.

Woreczek. Bierz woreczek!

Gorączkowo przeszukiwał podłogę wokół siebie, ledwie zdolny myśleć. Potrzebował tego metalu! Jego zakrwawione palce musnęły tkaninę. Niecierpliwie chwycił woreczek i otworzył go. Odchylił głowę, by wrzucić do ust płatki.

Nagle pojawił się nad nim cień i kopnął go w brzuch. Złamana kość ustąpiła pod naciskiem i Waxillium krzyknął. Połknął jedynie szczyptę metalu. Forch wytrącił mu torebkę z ręki, rozrzucając płatki, i podniósł go.

Młodzik wyglądał na masywniejszego niż wcześniej. Sięgnął do metalmyśli. Rozgorączkowany Waxillium próbował Odepchnąć bransolety mężczyzny, ale Feruchemiczne metalmyśli z trudem poddawały się Allomancji. Jego Odpychanie nie było dość silne.

Forch wypchnął Waxilliuma przez otwarte okno i wywiesił na zewnątrz, trzymając go za szyję. Waxillium z trudem łapał oddech, zalewały go strugi deszczu.

– Proszę... Forch...

Forch go puścił.

Waxillium spadał z deszczem.

Trzy kondygnacje w dół, przez gałęzie klonu, wśród wilgotnych liści.

Stal zapłonęła w jego wnętrzu, z piersi wyrosły niebieskie linie prowadzące do pobliskich źródeł metalu. Wszystkie nad nim, żadne pod. Nic, od czego mógłby się Odepchnąć, żeby uratować życie.

Za wyjątkiem jednego kawałka w kieszeni spodni.

Koziołkując w powietrzu, Waxillium Odepchnął go desperacko. Metal przebił kieszeń, ześlizgnął się po nodze i rozciął bok stopy, zanim wystrzelił w stronę ziemi, popychany ciężarem ciała. W chwili kiedy kawałek metalu uderzył w ziemię, Waxillium szarpnął się w powietrzu i zwolnił.

Uderzył stopami o mokrą ścieżkę, ból przeszył jego nogi. Upadł na ziemię i odkrył, że jest oszołomiony, ale żywy. Odpychanie go uratowało.

Deszcz padał na twarz Waxilliuma, który czekał, ale Forch nie zszedł, żeby go dobić. Młodzik zatrzasnął okiennice, może obawiał się, że ktoś zobaczy światło świec.

Waxillium czuł ból w całym ciele. Ramion od pierwszego ciosu, nóg od upadku, piersi od uderzenia prętem – ile żeber połamał? Leżał w deszczu i kaszlał, aż w końcu przetoczył się i zaczął szukać kawałka metalu, który uratował mu życie. Bez trudu go odnalazł, śledząc jego Allomantyczną linię, zanurzył rękę w błocie i wyciągnął go.

Kula konstabla. Deszcz obmywał jego dłoń, oczyszczając metal. Nawet nie pamiętał, kiedy wcisnął ją do kieszeni.

„W przypadku takim jak ten pożar często jest zapowiedzią...”.

Powinien wstać i pójść po pomoc. Ale ten chłopiec na górze krwawił. Noże już zostały wyjęte.

„Nadchodzi coś większego, starsza. Coś, czego wszyscy pożałujecie”.

Nagle Waxillium poczuł, że nienawidzi Forcha. To miejsce było doskonałe, spokojne. Piękne. Ciemność nie powinna w nim istnieć. Jeśli Waxillium był plamą na białym płótnie, to ten mężczyzna był studnią czystej czerni.

Waxillium krzyknął, podniósł się i przez tylne drzwi wszedł do starego budynku. Mimo bólu wspiął się dwa piętra po schodach, po czym z trzaskiem otworzył drzwi do sali spotkań. Forch stał nad płaczącym dzieckiem, w ręku trzymał zakrwawiony nóż. Powoli odwrócił głowę, ukazując Waxilliumowi jedno oko, pół twarzy.

Waxillium rzucił między nich kulę – jej łuska błyszczała w blasku świec – i Odepchnął ze wszystkich sił. Forch odwrócił się i również ją Odpychał.

Reakcja była natychmiastowa. Kula zatrzymała się w powietrzu, cale od twarzy Forcha. Obaj mężczyźni polecieli do tyłu, ale Forch złapał się stołów i zachował równowagę. Waxillium uderzył o ścianę przy drzwiach.

Forch uśmiechnął się, a jego mięśnie napęczniały, gdy zaczerpnął siłę z metalmyśli. Wziął pręt leżący na stole obok noży i rzucił nim w Waxilliuma, który krzyknął i go Odepchnął.

Nie był dość silny. Forch nadal Odpychał, a Waxillium miał mało stali. Pręt poleciał do przodu, uderzył w pierś Waxilliuma i przycisnął go do ściany.

Czas znieruchomiał. Jedna kula wisząca tuż przed Forchem, ich główna walka o pręt, który z każdą chwilą coraz bardziej miażdżył Waxilliuma. Jego pierś wypełnił ból, a z ust wyrwał się krzyk.

Miał tu umrzeć.

„Chcę postępować właściwie. Dlaczego to jest takie trudne?”.

Forch z uśmiechem zrobił krok do przodu.

Waxillium skupił wzrok na złocistym naboju. Nie mógł oddychać. Ale ten nabój...

Metal jest twoim życiem.

Nabój. Trzy części z metalu. Pocisk.

Metal jest twoją duszą.

Łuska.

Chronisz nas...

I ten mały kawałek na końcu, w który uderzał kurek.

W tej chwili w oczach Waxilliuma rozdzielił się na trzy linie, trzy części. Widział je wszystkie jednocześnie. Po chwili, choć pręt wciąż go miażdżył, wypuścił dwie części.

I pchnął spłonkę.

Nabój wybuchł. Łuska poleciała do tyłu, Odpychana Allomancją Forcha, sam pocisk zaś poleciał nietknięty do przodu i wbił się w czaszkę Forcha.

Waxillium osunął się na ziemię, kiedy pręt poleciał do tyłu. Zwinął się w kłębek, z trudem łapiąc oddech, a woda spływała z jego twarzy na drewnianą podłogę.

Ledwie słyszał głosy na dole. Ludzie w końcu zareagowali na krzyki, a później odgłos strzału. Zmusił się do wstania i przekuśtykał przez pokój, ignorując głosy Terrisan i Terrisanek, którzy wspinali się po schodach. Dotarł do dziecka i zerwał jego więzy. Chłopiec nie uciekł przerażony, tylko mocno objął nogę Waxilliuma i się rozpłakał.

Do środka weszli ludzie. Waxillium pochylił się, podniósł łuskę z mokrej podłogi i wyprostował się. Tellingdwar. Babka. Starsi. Widział ich przerażenie i wiedział, że go znienawidzą, bo sprowadził przemoc do ich wioski.

Znienawidzą go, bo miał rację.

Stał obok trupa Forcha i zaciskał jedną dłoń na łusce, a drugą opierał na głowie drżącego dziecka.

– Znajdę swoją drogę – szepnął.

Dwadzieścia osiem lat później

Drzwi kryjówki uderzyły o ścianę, wzbijając chmurę kurzu. Ściana mgły otoczyła mężczyznę, który otworzył je kopnięciem, podkreśliła jego sylwetkę – mgielny płaszcz z falującymi pasmami, uniesiona śrutówka.

– Ognia! – krzyknął Migs.

Chłopaki wystrzeliły. Ośmiu mężczyzn, uzbrojonych po zęby i ukrytych za barykadą we wnętrzu starego pubu zaczęło strzelać do ciemnej sylwetki. W powietrzu zaświstały kule, które jednak omijały mężczyznę w długim płaszczu. Uderzały o ścianę, poszatkowały drzwi i rozłupały futrynę. Zostawiały ślady w zbierającej się mgle, ale stróż prawa, idealnie czarny w półmroku, nawet się nie wzdrygnął.

Migs rozpaczliwie wypuszczał kolejne pociski, jeden po drugim. Opróżnił magazynek jednego rewolweru, później drugiego, wreszcie uniósł strzelbę i strzelał najszybciej, jak mógł. Jak oni się tu zaleźli? Na rdzę, jak do tego doszło? Nie tak miało być.

– To bez sensu! – zawołał jeden z chłopaków. – On nas wszystkich pozabija, Migs!

– Co tak tu stoisz?! – krzyknął Migs do stróża prawa. – Weź się do roboty! – Wystrzelił dwa razy. – Co z tobą nie tak?

– Może odwraca naszą uwagę – powiedział jeden z chłopaków – żeby jego kumpel mógł się do nas podkraść.

– Ej, to...

Migs zawahał się, spoglądając na tego, który się odezwał. Okrągła twarz. Prosty kapelusz woźnicy, jak melonik, ale o spłaszczonym denku. Kto to właściwie był? Przeliczył swoją ekipę.

Dziewięciu?

Chłopak obok Migsa uśmiechnął się, uchylił kapelusza i walnął go w twarz.

Wszystko wydarzyło się oszałamiająco szybko. Gość w kapeluszu woźnicy w mgnieniu oka rzucił Śliskiego i Guilliana na ziemię. Nagle znalazł się przy dwójce na drugim końcu sali i powalił ich laskami pojedynkowymi. Kiedy Migs się odwrócił, żeby podnieść broń, którą upuścił, stróż prawa z łopotem pasm płaszcza przeskoczył przez barykadę i kopnął Szufladę w pierś. Obrócił się i wycelował ze śrutówki do mężczyzn po drugiej stronie.

Rzucili broń. Migs ukląkł za przewróconym stołem i pocąc się, czekał na odgłos strzałów.

Nie usłyszał ich.

– Czekają na pana, kapitanie! – krzyknął stróż prawa.

Do środa wpadła gromadka konstabli, rozpraszając mgłę. Na zewnątrz blask świtu i tak zaczynał już ją wypalać. Na rdzę. Naprawdę ukrywali się tu przez całą noc?

Stróż prawa wycelował w Migsa.

– Rzuć broń, przyjacielu – powiedział.

Migs się zawahał.

– Po prostu mnie zastrzel, stróżu prawa. I tak wpakowałem się po uszy.

– Postrzeliłeś dwóch konstabli – odparł mężczyzna, trzymając palec na spuście. – Ale przeżyją, synu. Nie zawiśniesz, jeśli postawię na swoim. Rzuć broń.

Wcześniej Migs słyszał te same słowa, wykrzykiwali je ci, którzy ich okrążyli. Teraz odkrył, że w nie wierzy.

– Dlaczego? – spytał. – Mógłbyś nas wszystkich zabić i nawet się nie spocić. Dlaczego?!

– Jeśli mam być szczery, nie jesteś wart tego, by cię zabijać. – Uśmiechnął się przyjaźnie. – Już dość mam na sumieniu. Rzuć broń. Jakoś to załatwimy.

Migs rzucił broń i wstał, po czym machnął ręką do Szuflady, który podnosił się z rewolwerem w ręku. Tamten z wyraźną niechęcią również rzucił broń.

Stróż prawa odwrócił się, Allomantycznym skokiem przeleciał nad barykadą i wcisnął krótką śrutówkę do kabury na udzie. Dołączył do niego młodszy mężczyzna w kapeluszu woźnicy, pogwizdywał cicho. Wydawało się, że zwinął ulubiony nóż Guilliana – z jego kieszeni wystawała rękojeść z kości słoniowej.

– Należą do pana, kapitanie – powiedział stróż prawa.

– Nie zostanie pan, żeby dopilnować zatrzymania, Wax? – spytał kapitan konstabli.

– Niestety nie. Muszę iść na ślub.

– Czyj?

– Obawiam się, że swój własny.

– Wziął pan udział w nalocie w dzień swojego ślubu? – spytał konstabl.

Stróż prawa, Waxillium Ladrian, zatrzymał się w drzwiach.

– Na swoją obronę mogę powiedzieć, że to nie był mój pomysł.

Jeszcze raz skinął głową zgromadzonym konstablom i członkom szajki i wyszedł w mgłę.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Waxillium Ladrian zbiegł po schodach baru zamienionego w kryjówkę, mijając kręcących się konstabli w brązowych mundurach. Mgły już się rozpraszały, świt zapowiadał koniec ich czuwania. Obmacał rękę – pocisk wyrwał sporą dziurę w mankiecie koszuli i boku kurtki. Wcześniej czuł, jak przelatuje.

– Ano – powiedział z boku Wayne. – To był niezły plan, co?

– Ten sam, co zawsze. Ten, w którym ja jestem wabikiem.

– To nie moja wina, że ludzie lubią do ciebie strzelać, stary – stwierdził Wayne, kiedy dotarli do powozu. – Powinieneś być zadowolony. Wykorzystujesz swoje talenty, a moja babcia zawsze powtarzała, że to właśnie powinien robić człowiek.

– Wolałbym, żebym moim talentem nie był „ruchomy cel”.

– Cóż, trzeba korzystać z tego, co się ma. – Wayne oparł się o bok powozu, kiedy stangret Cob otwierał drzwi Waxowi. – Z tego samego powodu zawsze mam w potrawce mięso szczura.

Wax zajrzał do powozu, popatrzył na miękkie poduszki i elegancką tapicerkę, ale nie wsiadł.

– Nic ci nie będzie? – spytał Wayne.

– Ależ oczywiście. To moje drugie małżeństwo. Można powiedzieć, że mam już spore doświadczenie.

Wayne uśmiechnął się szeroko.

– Ach, tak to działa? Bo mnie wydaje się raczej, że małżeństwo jest jedną z tych rzeczy, z którymi ludzie z upływem czasu radzą sobie coraz gorzej. I jeszcze z utrzymywaniem się przy życiu.

– Wayne, to zabrzmiało wręcz głęboko.

– A niech mnie. Celowałem we wnikliwie.

Wax stał nieruchomo, wpatrując się w powóz. Stangret, który wciąż przytrzymywał otwarte drzwi, odchrząknął.

– To naprawdę elegancki stryczek – zauważył Wayne.

– Nie dramatyzuj.

Wayne pochylił się, żeby wejść do środka.

– Lordzie Ladrianie! – zawołał ktoś z tyłu.

Wax obejrzał się i zobaczył wysokiego mężczyznę w ciemnobrązowym garniturze i muszce, który przeciskał się między konstablami.

– Lordzie Ladrianie – powtórzył mężczyzna – czy mogę zająć chwilę?

– Niech pan weźmie wszystko. Ale proszę to zrobić beze mnie.

– Ale...

– Spotkamy się na miejscu – powiedział Wax do Wayne’a i skinął mu głową.

Upuścił zużytą łuskę pocisku i Odepchnął się w powietrze. Po co marnować czas na jazdę powozem?

Czując w żołądku przyjemne ciepło płonącej stali, odepchnął się od pobliskiej elektrycznej latarni – wciąż świecącej, choć nadszedł już ranek – i wzniósł się wyżej w powietrze. Elendel rozciągało się przed nim – poplamione sadzą cudowne miasto, wypuszczające dym z setek tysięcy kominów domów i fabryk. Wax odepchnął się od stalowego szkieletu na wpół ukończonego budynku i serią skoków przebył Czwarty Oktant.

Minął pole powozów do wynajęcia, rzędy pojazdów czekających cierpliwie w szeregach. Robotnicy unosili wzrok, kiedy ich mijał. Jeden pokazał go palcem – może to mgielny płaszcz zwrócił jego uwagę. Kurierzy Monetostrzelni nie byli w Elendel rzadkością, a ludzie szybujący w powietrzu nieczęsto przykuwali uwagę.

W kilku kolejnych skokach przeleciał nad kompleksem magazynów ustawionych w stłoczonych rzędach. Każdy skok radował Waxa. Zadziwiające, że coś takiego wciąż wydawało mu się wspaniałe. Wiatr na twarzy, te krótkie chwile nieważkości, kiedy zawisał na szczytach łuków.

Wkrótce jednak ciążenie i obowiązek ściągnęły go w dół. Opuścił dzielnicę przemysłową i przeleciał nad porządniejszymi drogami. Ich gładka nawierzchnia ze smoły i żwiru służyła tym przeklętym automobilom lepiej niż bruk. Bez trudu zauważył kościół Ocalitów z jego wielką kopułą ze szkła i stali. W Weathering wystarczyła prosta drewniana kaplica, ale dla Elendel nie byłaby dość wspaniała.

Budowlę zaprojektowano w taki sposób, by wierni mogli w nocy oglądać mgły. Wax uważał, że jeśli chcieli zobaczyć mgły, powinni po prostu wyjść na zewnątrz. Ale może był cyniczny? W końcu kopułę – ze szklanych tafli umieszczonych między stalowymi wspornikami, przez co wyglądała jak cząstki pomarańczy – można było przy szczególnych okazjach otworzyć, by mgły spływały do wewnątrz.

Wylądował na wieży ciśnień na dachu budynku naprzeciwko kościoła. Może kiedy wybudowano świątynię, jej kopuła była dość wysoka, by przyćmić sąsiadujące budynki. Z pewnością miała ładny zarys. Teraz budowle wznosiły się coraz wyżej, zasłaniając kościół. Wayne umiałby odkryć w tym metaforę. Pewnie prymitywną.

Siedział na wieży ciśnień górującej nad świątynią. Oto w końcu był w tym miejscu. Poczuł, że zaczyna mu drgać powieka, a w sercu wzbiera ból.

Wydaje mi się, że już tamtego dnia cię kochałam. Taki śmieszny, a jednocześnie taki szczery...

Przed sześcioma miesiącami pociągnął za spust. Wciąż słyszał odgłos strzału.

Podniósł się i wziął się w garść. Kiedyś udało mu się uleczyć tę ranę. Znowu mu się to uda. A jeśli jego serce pokryją blizny, może właśnie tego potrzebował. Zeskoczył z wieży ciśnień i spowolnił upadek Odpychaniem od łuski pocisku.

Uderzył w ziemię i przeszedł obok długiego szeregu powozów. Goście już przybyli na miejsce – zgodnie z zasadami śluby Ocalitów odbywały się albo wczesnym rankiem, albo późnym wieczorem. Wax skinął głową kilku mijanym ludziom. Nie mógł się powstrzymać przed wyjęciem śrutówki z kabury i oparciem jej na ramieniu, kiedy wbiegł po schodach i otworzył drzwi Odpychaniem.

Steris spacerowała po przedsionku ubrana w gładką białą suknię, którą wybrała, ponieważ wedle pism ten fason był modny. Z zaplecionymi włosami i profesjonalnym makijażem wyglądała całkiem ładnie.

Uśmiechnął się. Jego napięcie i nerwowość nieco osłabły.

Steris uniosła wzrok i natychmiast do niego podeszła.

– I jak?

– Nie dałem się zabić. I tyle.

Spojrzała na zegar.

– Spóźniłeś się, ale nie za bardzo.

– Przepraszam?

To ona nalegała, żeby wziął udział w nalocie. Wręcz go zaplanowała. Takie było życie ze Steris.

– Jestem pewna, że zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy.

Steris wzięła go pod rękę. Była ciepła i nawet drżała. Steris była skryta, ale wbrew temu, co sądzili o niej niektórzy, nie beznamiętna.

– Nalot? – spytała.

– Poszedł dobrze. Żadnych ofiar. – Przeszedł z nią do bocznej salki, gdzie jego lokaj Drewton czekał obok stołu, na którym rozłożono biały ślubny garnitur Waxa. – Wiesz oczywiście, że udział w nalocie w dniu własnego ślubu jedynie umocni mój obraz w oczach społeczeństwa.

– Jaki obraz?

– Zbira – powiedział, zdejmując mgielny płaszcz i podając go Drewtonowi. – Ledwie cywilizowanego łotra z Dziczy, który przeklina w kościele i przychodzi uzbrojony na przyjęcia.

Spojrzała na śrutówkę, którą rzucił na sofę.

– Lubisz bawić się tym, jak postrzegają cię ludzie, prawda? Starasz się, by czuli się niezręcznie, wytrącasz ich w ten sposób z równowagi.

– To jedna z niewielu prostych przyjemności, jakie mi pozostały, Steris.

Uśmiechnął się, kiedy Drewton rozpiął jego kamizelkę. Następnie zdjął ją razem z koszulą, odsłaniając tors.

– Widzę, że zaliczam się do tych, którzy mają się poczuć niezręcznie – zauważyła Steris.

– Korzystam z tego, co mam – odparł Wax.

– I dlatego zawsze masz w potrawce mięso szczura?

Wax zawahał się, zanim oddał rzeczy Drewtonowi.

– Tobie też to powiedział?

– Owszem. Jestem coraz bardziej przekonana, że wypróbowuje te teksty na mnie. – Założyła ręce na piersi. – Ten kundel.

– Nie wyjdziesz, kiedy będę się przebierał? – spytał z rozbawieniem Wax.

– Za niecałą godzinę będziemy małżeństwem, lordzie Waxilliumie. Sądzę, że zniosę widok twojej nagiej piersi. Tak na marginesie to ty jesteś Ścieżkowcem. Pruderia jest częścią twojego systemu religijnego, nie mojego. Czytałam o Kelsierze. Oceniając po tym, czego się dowiedziałam, wątpię, by on się przejmował...

Wax zaczął rozpinać drewniane guziki spodni.

Steris zarumieniła się, obróciła i w końcu stanęła plecami do niego. Po chwili dodała wyraźnie wytrącona z równowagi:

– Cóż, przynajmniej zgodziłeś się na pełną ceremonię.

Wax uśmiechnął się, usiadł w samych slipkach i pozwolił, by Drewton szybko go ogolił. Steris pozostała na swoim miejscu, nasłuchując. W końcu, kiedy Drewton wycierał krem z jego twarzy, spytała:

– Masz wisiorki?

– Oddałem je Wayne’owi.

– Że... co?

– Pomyślałem, że będziesz chciała mieć trochę zamieszania na ślubie. – Wax wstał i wziął od lokaja czyste spodnie. Włożył je. Od czasu opuszczenia Dziczy rzadko chodził w bieli. Tam trudno było zachować czystość, przez co białe ubrania nabierały większej wartości. – Uznałem, że to się uda.

– Chciałam mieć zaplanowane zamieszanie, lordzie Waxilliumie – warknęła Steris. – Nie denerwuję się, jeśli je rozumiem, jestem na nie przygotowana i nad nim panuję. Wayne to całkowite przeciwieństwo, nie sądzisz?

Wax zapiął guziki, a Drewton zdjął z wieszaka koszulę. Na ten dźwięk Steris natychmiast się odwróciła, wciąż z rękami na piersiach, zupełnie po sobie nie pokazując, że choć przez chwilę była zażenowana.

– Jak się cieszę, że kazałam zrobić kopie.

– Kazałaś zrobić kopie naszych ślubnych wisiorków?

– Tak. – Zagryzła wargi. – Sześć kompletów.

– Sześć?

– Pozostałe cztery nie dotarły na czas.

Wax uśmiechnął się szeroko, dopiął guziki, i pozwolił lokajowi zająć się mankietami.

– Jesteś jedyna w swoim rodzaju, Steris.

– Formalnie rzecz biorąc, Wayne też... jak również Zniszczenie, skoro o tym mowa. Jeśli się nad tym zastanowić, to żaden komplement.

Wax założył szelki i pozwolił, by Drewton zajął się jego kołnierzem.

– Nie rozumiem, Steris – mruknął, stojąc sztywno, gdy lokaj pracował nad jego ubiorem. – Przygotowujesz się tak starannie na wszystko, co mogłoby pójść nie tak... jakbyś wiedziała i spodziewała się, że życie jest nieprzewidywalne.

– Tak, i co z tego?

– I życie jest nieprzewidywalne. Dlatego twoje przygotowania na różne nieprzewidziane wydarzenia gwarantują jedynie, że coś innego pójdzie nie tak.

– To dość fatalistyczny punkt widzenia.

– Życie w Dziczy tak działa na ludzi.

Popatrzył na nią, olśniewającą w białej sukni. Stała z założonymi rękami i stukała palcem wskazującym prawej dłoni w lewe ramię.

– Ja po prostu... czuję się lepiej, kiedy próbuję – powiedziała w końcu. – Chodzi o to, że jeśli coś pójdzie nie tak, przynajmniej próbowałam. Czy to ma sens?

– Sądzę, że tak.

Drewton cofnął się zadowolony. Garniturowi towarzyszyły bardzo ładny czarny fular i kamizelka. Tradycyjne, zgodnie z preferencjami Waxa. Muszki były dla sprzedawców. Włożył marynarkę, jej poły musnęły tył ud. Po chwili wahania zapiął pas i wsunął Obrońcę do kabury. Nosił broń na swoim ostatnim ślubie, więc dlaczego i nie na tym? Steris pokiwała głową z aprobatą.

Ostatnie były buty. Nowa para. Wydawały się koszmarnie niewygodne.

– Czy jesteśmy już dość spóźnieni? – spytał Steris.

Spojrzała na zegar w rogu.

– Planowałam, że wyjdziemy za dwie minuty.

– Ach, cudownie. – Wziął ją za rękę. – To znaczy, że możemy być spontaniczni i wyjść wcześniej. To znaczy mniej spóźnieni.

Trzymała go mocno, pozwalając, by poprowadził ją przez boczną salkę w stronę wejścia do świątyni. Drewton podążył za nimi.

– Jesteś pewien... że chcesz kontynuować? – spytała Steris, zatrzymując go, zanim weszli do korytarza prowadzącego do nawy głównej.

– Masz wątpliwości?

– Absolutnie nie – odparła natychmiast Steris. – To małżeństwo posłuży mojemu rodowi i pozycji. – Objęła lewą dłoń Waxa obiema swoimi. – Ale lordzie Waxilliumie – powiedziała cicho – nie chcę, żebyś czuł się w potrzasku, szczególnie po tym, co wydarzyło się wcześniej tego roku. Jeśli chcesz się wycofać, zaakceptuję to.

Sposób, w jaki ściskała jego dłoń, kiedy wypowiadała te słowa, świadczył o czymś zupełnie innym. Ale ona najwyraźniej tego nie zauważała. Patrząc na nią, Wax zaczął się zastanawiać. Kiedy zgodził się na ślub, zrobił to z poczucia obowiązku wobec swojego rodu.

Teraz jednak zdał sobie sprawę, że jego uczucia się zmieniły. Jej obecność przez te wszystkie miesiące, kiedy był w żałobie... Sposób, w jaki teraz na niego patrzyła...

Na rdzę i Zniszczenie. Naprawdę polubił Steris. Nie była to miłość, ale wątpił, by zdołał pokochać raz jeszcze. To musiało wystarczyć.

– Nie, Steris – powiedział. – Nie wycofam się. To by... nie było w porządku wobec twojego rodu, ze względu na wszystkie pieniądze, jakie wydaliście.

– Pieniądze nie są...

– W porządku. – Wax lekko ścisnął jej dłoń. – Doszedłem już do siebie. Jestem dość silny, by to zrobić.

Steris otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale rozległo się pukanie do drzwi i po chwili wysunęła się zza nich głowa Marasi. Siostra Steris miała ciemne włosy i delikatniejsze rysy, malowała wargi na czerwono i nosiła strój nowoczesnej damy – plisowaną spódnicę i obcisły zapinany żakiet.

– W końcu – powiedziała. – Ludzie zaczynają się denerwować. Wax, jest tu ktoś, kto chce cię widzieć. Próbowałam go odesłać, ale... no...

Weszła do środka i zostawiła otwarte drzwi, ukazując szczupłego mężczyznę w brązowym garniturze, którego Wax widział już wcześniej. Stał teraz z popielnymi dziewczętami w przedsionku kopuły.

– Jak pan tu dotarł przed Wayne’em? – spytał Wax.

– Pański przyjaciel raczej tu nie dotrze.

Mężczyzna wszedł do środka, skinął Marasi, a później zamknął drzwi przed nosem popielnych dziewcząt. Odwrócił się i rzucił Waxowi kulkę zmiętego papieru.

Kiedy Wax ją złapał, usłyszał brzęczenie. Po rozwinięciu ujrzał dwa ślubne wisiorki. Na papierze nagryzmolono następujące słowa: „Zamierzam się narąbać tak, że nie będę sikał prosto. Szczęśliwego ślubu i w ogóle”.

– Cóż za obrazowy styl – powiedziała Steris. Wzięła ślubny wisiorek Waxa okrytą białą rękawiczką dłonią, a Marasi popatrzyła mu ponad ramieniem, żeby przeczytać wiadomość. – Przynajmniej o nich nie zapomniał.

– Dziękuję – zwrócił się do mężczyzny w brązie Wax – ale jak pan widzi, jestem zajęty własnym ślubem. Czegokolwiek pan ode mnie chce, może...

Twarz mężczyzny stała się przezroczysta, ukazując kości czaszki i kręgosłup.

Steris zesztywniała.

– O święty... – szepnęła.

– Święta zaraza – stwierdził Wax. – Powiedz Harmonii, żeby tym razem zwrócił się do kogoś innego. Jestem zajęty.

– Powiedz... Harmonii... – wymamrotała Steris, szeroko otwierając oczy.

– Niestety, na tym polega częściowo problem – wyjaśnił mężczyzna w brązie, a jego skóra znów przybrała normalny odcień. – Harmonia jest ostatnio dość nieobecny.

– Jak Bóg może być nieobecny? – spytała Marasi.

– Nie jesteśmy pewni, ale się niepokoimy. Potrzebujemy pana, Waxilliumie Ladrian. Mam zadanie, które może pana zainteresować. Rozumiem, że śpieszy się pan na ceremonię, ale później, jeśli będzie miał pan chwilę...

– Nie – stwierdził Wax.

– Ale...

– Nie.

Wax pociągnął Steris za ramię, gwałtownym ruchem otworzył drzwi, minął Marasi i zostawił kandrę. Minęło sześć miesięcy od czasu, kiedy te stwory go zmanipulowały, bawiły się nim i go okłamały. Skutek? Martwa kobieta w jego ramionach.

Kanalie.

– Czy to naprawdę był jeden z Bezimiennych Nieśmiertelnych? – spytała Steris, oglądając się przez ramię.

– Tak i z przyczyn oczywistych nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.

– Spokojnie – powiedziała, ściskając jego ramię. – Potrzebujesz chwili?

– Nie.

– Pewien jesteś?

Wax się zatrzymał. Czekała, a on oddychał głęboko, wyrzucając z umysłu obraz tej straszliwej sceny, kiedy klęczał samotnie na moście, trzymając Lessie. Kobietę, której, jak sobie uświadomił, nigdy tak naprawdę nie znał.

– Nic mi nie jest – powiedział do Steris przez zaciśnięte zęby. – Ale Bóg powinien wiedzieć, że nie należy do mnie przychodzić. Szczególnie tego dnia.

– Twoje życie jest... zdecydowanie dziwne, lordzie Waxilliumie.

– Wiem. – Przeszedł parę kroków i stanął z nią obok ostatnich drzwi dzielących ich od głównej nawy. – Gotowa?

– Tak, dziękuję.

Czy miała... łzy w oczach? Nigdy nie widział, by w taki sposób okazywała uczucia.

– A czy ty się dobrze czujesz? – spytał.

– Tak. Wybacz mi. Po prostu... to cudowniejsze, niż sobie wyobrażałam.

Otworzyli drzwi i ujrzeli błyszczącą kopułę. Promienie słońca wpadały przez nią i oświetlały oczekujący tłum. Znajomi. Dalecy krewni. Szwaczki i hutnicy zatrudnieni przez jego ród.

Wax szukał wzrokiem Wayne’a i poczuł się zaskoczony, kiedy go nie zobaczył, mimo wiadomości. Chłopak był jedyną prawdziwą rodziną Waxa.

Popielne dziewczęta wybiegły na zewnątrz, rozrzucając popiół na wyłożony dywanem pasaż, który okrążał kopułę. Wax i Steris ruszyli dostojnym krokiem, prezentując się zgromadzonym. Na ceremonii Ocalitów nie było żadnej muzyki, ale kilka piecyków zarzuconych zielonymi liśćmi wypuszczało dym, który miał symbolizować mgłę.

Dym się wznosi, a popiół opada, pomyślał, przypominając sobie słowa kapłana z czasów młodości, kiedy jeszcze uczęszczał na uroczystości Ocalitów. Obeszli cały tłum dookoła. Przynajmniej rodzina Steris się pojawiła, w tym jej ojciec – zaczerwieniony mężczyzna z entuzjazmem uniósł pięść, kiedy go mijali.

Wax odkrył, że się uśmiecha. Tego właśnie chciała Lessie. Czasem śmiali się ze swojej prostej ścieżkowej ceremonii, dokończonej na końskim grzbiecie, kiedy uciekali przed rozwścieczonym tłumem. Powiedziała, że pewnego dnia zmusi go, żeby zrobił to właściwie.

Migoczący kryształ. Cichy tłum. Kroki chrzęszczące na dywanie posypanym popiołem. Uśmiechnął się szerzej i spojrzał w bok.

A tam oczywiście stała niewłaściwa kobieta.

Prawie się potknął. Idioto, powiedział sobie. Skup się. Ten dzień był ważny dla Steris, mógł się postarać, żeby go nie zepsuć. A przynajmniej nie zepsuć w sposób, którego się nie spodziewała. Cokolwiek to znaczyło.

Niestety, kiedy przechodzili ostatni odcinek wokół rotundy, czuł się coraz gorzej. Miał mdłości. Pocił się. Było mu źle, jak w tych nielicznych przypadkach, kiedy był zmuszony uciekać przed zabójcą i zostawić niewinnych w niebezpieczeństwie.

Wszystko to zmusiło go w końcu, by stawił czoło bolesnemu faktowi. Nie był gotów. Nie chodziło o Steris ani otoczenie. Po prostu nie był na to gotów.

To małżeństwo oznaczało porzucenie Lessie.

Znalazł się w potrzasku i musiał być silny. Zacisnął zęby i wstąpił wraz ze Steris na podwyższenie, na którym czekał już kapłan, między dwoma stojakami, na których umieszczono kryształowe wazony z kwiatami pragnienia Mare. Ceremonia miała swoje źródła w starożytnych wierzeniach Larsta, zapisanych w Odrodzonych wierzeniach Harmonii, jednym z tomów Słów Stworzenia.

Kapłan wypowiedział słowa, ale Wax go nie słyszał. Był odrętwiały – zaciśnięte zęby, oczy wpatrzone przed siebie, mięśnie napięte. W tej właśnie świątyni znaleźli zamordowanego kapłana. Zabitego przez Lessie, kiedy oszalała. Czy nie mogli czegoś dla niej zrobić, zamiast wysłać go na polowanie? Nie mogli powiedzieć mu prawdy?

Siła. Nie ucieknie. Nie będzie tchórzem.

Trzymał Steris za rękę, ale nie mógł na nią spojrzeć. Uniósł głowę, by przez szklaną kopułę popatrzeć na niebo. W większości zasłaniały je budynki. Drapacze chmur po obu stronach, ich okna błyszczące w porannym słońcu. Ta wieża ciśnień z pewnością zasłaniała widok, choć na jego oczach poruszyła się...

Poruszyła się?

Wax wpatrywał się w przerażeniu, jak podpory ogromnego cylindra zginają się, jakby chciały przyklęknąć, i powoli przechyliły ciężar na bok. Pokrywa wieży zsunęła się, wypuszczając tony wody w spienionej fali.

Przyciągnął do siebie Steris, obejmując ją mocno w pasie, po czym oderwał drugi guzik kamizelki i rzucił go na ziemię. Odepchnął się od tego guzika, odlatując wraz ze Steris z podwyższenia. Kapłan krzyknął zaskoczony.

Woda uderzyła w kopułę, która stawiała opór jedynie przez krótką chwilę, zanim otworzyła się do środka, gdy zawiasy ustąpiły pod ciężarem wody.

ROZDZIAŁ DRUGI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ TRZECI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ PIĄTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ TRZECIA

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

EPILOG

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

POST SCRIPTUM

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ars Arcanum

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

PODZIĘKOWANIA

Powieść ta ukazuje się na dziesięciolecie serii noszącej tytuł „Z Mgły Zrodzony”. Biorąc pod uwagę wszystko inne, co robiłem, wydaje się, że sześć książek w dziesięć lat to wspaniałe osiągnięcie! Wciąż pamiętam początkowe miesiące, gorączkowe pisanie trylogii i próbę stworzenia czegoś, co naprawdę pokaże moje umiejętności jako pisarza. „Z Mgły Zrodzony” stał się moją pokazową serią i mam nadzieję, że uznacie ten tom za wartościowy dodatek do kanonu.

Jak zawsze stworzenie tej książki wymagało wysiłków wielu ludzi. Oprawą graficzną zajęli się Ben McSweeney i Isaac Stewart – Isaac jest autorem map i symboli, a Ben wszystkich ilustracji w gazecie. Obaj pomogli również w stworzeniu większości tekstów w gazecie, Isaac zaś osobiście napisał tekst Nicki Savage – w końcu Jak zatrudnił kogoś, by pisał za niego, a my chcieliśmy, by ta osoba miała inny styl wypowiedzi. Uważam, że wyszło doskonale!

Autorem okładki amerykańskiej jest Chris McGrath, a brytyjskiej Sam Green. Obaj od lat współpracują przy tej serii, a ich grafiki stają się coraz lepsze. Redakcją zajmowali się Moshe Feder w wydawnictwie Tor, a Simon Spanton w wydawnictwie Gollancz UK. Agentami zatrudnionymi przy tym projekcie byli Eddie Schneider, Sam Morgan, Krystyna Lopez, Christa Atkinson i Tae Keller z Jabberwocky w Stanach, którymi kierował wspaniały Joshua Bilmes. W Wielkiej Brytanii możecie podziękować Johnowi Berlyne z Zeno Agency, naprawdę niesamowitemu gościowi, który przez wiele lat ciężko pracował, by wprowadzić moje książki na brytyjski rynek.

Na podziękowania zasługują również następujące osoby z wydawnictwa Tor: Tom Doherty, Linda Quinton, Marco Palmieri, Karl Gold, Diana Pho, Nathan Weaver i Rafal Gibek. Adiustacją zajmował się Terry McGarry. Książkę w wersji audio czyta Michael Kramer – i pewnie właśnie się zarumienił, bo musiał przeczytać ten fragment tekstu wszystkim słuchaczom. W Macmillan Audio nad książką pracowali Robert Allen, Samantha Edelson i Mitali Dave.

Ciągłością, nieustającym wsparciem redakcyjnym i niezliczonymi innymi zadaniami zajmował się Nieskalany Peter Ahlstron. W moim zespole pracują również Kara Stewart, Karen Ahlstrom i Adam Horne. I oczywiście moja cudowna żona Emily.

Ponieważ powieść ta nie miała szans przejść przez grupę pisarską, wyjątkowo polegaliśmy na czytelnikach beta. A byli wśród nich: Peter Ahlstrom, Alice Arneson, Gary Singer, Eric James Stone, Brian T. Hill, Kristina Kugler, Kim Garrett, Bob Kluttz, Jakob Remick, Karen Ahlstrom, Kalyani Poluri, Ben „wow, ta książka jest dedykowana mnie, popatrzcie, jaki ważny jestem” Olsen, Lyndsey Luther, Samuel Lund, Bao Pham, Aubree Pham, Megan Kanne, Jory Phillips, Trae Cooper, Christi Jacobsen, Eric Lake i Isaac Stewart. (Jeśli się zastanawiacie, Ben wraz z Danem Wellsem i Peterem Ahlstromem tworzył moją pierwszą grupę pisarską. Z zawodu jest specjalistą od komputerów i jako jedyny z pierwotnej grupy nie miał ambicji wydawniczych, ale od lat jest ważnym czytelnikiem i przyjacielem. A do tego pokazał mi serię Fallout, więc sami rozumiecie.) Korektą zajmowała się większość z wyżej wymienionych, a oprócz nich: Kerry Wilcox, David Behrens, Ian McNatt, Sarah Fletcher, Matt Wiens i Joe Dowswell.

Sporo tego! Ci ludzie są cudowni, a jeśli porównacie moje wczesne książki z późniejszymi, sądzę, że zauważycie, iż ich pomoc była bezcenna nie tylko w polowaniu na literówki, ale też w zapanowaniu nad narracją. Na zakończenie chciałbym podziękować Wam, Czytelnicy, że wytrzymaliście ze mną przez te dziesięć lat i byliście skłonni zaakceptować moje dziwne pomysły. Zrodzony z Mgły nie dotarł jeszcze do połowy przeobrażenia, które dla niego zaplanowałem. Nie mogę się doczekać, aż zobaczycie, co nadchodzi, a w tej książce niektóre z tych rzeczy w końcu zostają ujawnione.

Bawcie się dobrze!

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Calamity Legion Idealny stan Bezkres magii Rozjemca Elantris 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów