Od Kutza do Czekaja

Od Kutza do Czekaja

Autorzy: Barbara Hollender

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 45.00 zł

cena od: 29.09 zł

Panorama polskiego kina.

Dlaczego Kazimierz Kutz uważa, że wszystko w jego życiu spóźniło się o 20 lat? Czy Jerzy Antczak myślał o powrocie na stałe do Polski? Czego brakuje w życiu Robertowi Glińskiemu? I o czym mówił Marcin Wrona krótko przed swoją śmiercią?

Po książce „Od Wajdy do Komasy” to kolejny zbiór szkiców Barbary Hollender, który układa się w pełną panoramę polskiego kina. Od Kazimierza Kutza, Tadeusza Chmielewskiego i Filipa Bajona, przez Roberta Glińskiego i Kingę Dębską, aż po Borysa Lankosza i Kubę Czekaja. Historia kina z Polską w tle, ale przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy tę Polskę próbują opowiedzieć widzom. 

Hollender widzi w reżyserach ludzi, a w filmie – zadania estetyczne i moralne. Kiedy brukowe media pastwią się nad tragediami artystów, ona potrafi ich dotknąć najdelikatniej, jak tylko można, po ludzku.

Tadeusz Sobolewski, Wyborcza.pl

Barbara Hollender — krytyk filmowy, przewodnicząca Koła Piśmiennictwa przy Stowarzyszeniu Filmowców Polskich (polskiej sekcji FIPRESCI), członek Europejskiej Akademii Filmowej. Od 1992 r. jest związana z dziennikiem „Rzeczpospolita”, dla którego relacjonuje m.in. festiwale w Cannes, Berlinie, Wenecji, Karlowych Warach, Gdyni. W latach 2000-2005 była korespondentką „Variety”, jest autorką szkiców o polskim kinie w przewodniku „International Film Guide” wydawanym przez brytyjskie wydawnictwo Wallflower Press i współautorką książek „Gwiazdy w zbliżeniu”, „Studio Tor” (razem z Zofią Turowską). W 2014 roku wydała tom szkiców o ludziach kina „Od Wajdy do Komasy”. Przetłumaczyła na język polski kilka powieści, m.in. „Waszyngton za zamkniętymi drzwiami”, „Batman”.

Copyright © Barbara Hollender, 2016

Projekt okładki

ProjektCPekaesz

Zdjęcie na okładce

© Lucas Tange/cultura/Corbis/Profimedia

Portrety reżyserów:

Rafał Guz/www.rafalguz.com

Wojciech Druszcz/REPORTER

Wojciech Olszanka/EAST NEWS

Jacek Szymczak/FORUM

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Maciej Korbasiński

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-490-6

Współfinansowanie:

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Spis treści

Kazimierz Kutz

Ojcu

Żałuję, że nie urodziłem się Żydem.

Kazimierz Kutz

– To jest moje ograniczenie, moje przekleństwo, moja religia – mówi Kazimierz Kutz. – Uciekłem ze Śląska. Od nędzy, gwałtu, cierpień. Od paranoi: ojciec w powstaniu, a brat, ciężko ranny, w Wehrmachcie. Od brudu i pseudo­okupacji komunistów. Chciałem być wolnym człowiekiem. Wyjechałem „do Polski”, wykształciłem się, coś osiągnąłem. Ale nie można się wyrzec własnych genów.

Wrócił na Śląsk jako artysta – nikt tak pięknie nie pokazał na ekranie górniczego świata. I jako polityk, senator, który wierząc w odrębność Ślązaków, przez kilka kadencji upominał się w parlamencie o ich prawo do własnej tożsamości i kultury.

Dzisiaj Kutz mieszka w Warszawie. A właściwie w okolicach Warszawy. Spotykamy się w jego domu w Kaniach, jak sam mówi – w „drugiej wsi za Pruszkowem”. Przestronny salon, zimowa oranżeria, niewielki ogródek. Osiemdziesięciosześcioletni Kazimierz Kutz opowiada mi o kinie. Z ogromną swadą. Ale Śląsk wraca w naszej rozmowie jak bumerang.

– Bo we mnie ta śląskość tkwi. My wszyscy jesteśmy dupowaci. To efekt naszej historii. Zawsze byliśmy prości, nie nauczyliśmy się skurwysyństwa, ceniliśmy uczciwość. I ja jestem podobny. Przez tę swoją dupowatość często nie łapię synchronu z rzeczywistością. I rzeczywistość mnie wypluwa.

Urodził się 16 lutego 1929 roku w Szopienicach. Nieopodal były dwie kopalnie – w Nikiszowcu i Mysłowicach. I huty. Ale z dzieciństwa Kutz pamięta też wiejskie chaty ze słomianymi dachami, obok których wyrastały familoki. Po przyłączeniu Śląska do Polski Niemcy blokowali sprzedaż węgla, już polskiego. Zbudowano osobny, przemysłowy trakt do Gdyni. W Szopienicach były więc dwa dworce – osobowy i towarowy. A tuż obok dzielnice, gdzie mieszkał lumpenproletariat. W ogromnej biedzie.

Katowice były wtedy daleko. Kutz wspomina, że przed wojną wybrał się tam tylko raz, do dentysty.

– Poczułem się jak w Ameryce. Zapamiętałem z tej wyprawy sklep Woolwortha. Katowice i moje Szopienice były innymi światami.

Dorastał w domu typowo robotniczym. Dziadek Jan Kamiński zginął w kopalni, zostawiając żonę z szóstką dzieci. Anastazja, matka Kazimierza, wyszła za mąż za Franka Kuca. Mieli trzech synów i dwie córki. Kazimierz był drugi z kolei.

Ojciec pracował jako dyżurny ruchu na dworcu towarowym. Zaczynał na kolei od zera, nauczył się alfabetu Morse’a, stopniowo awansował. Zarabiał dwieście dziesięć złotych miesięcznie. Jak na Śląsk – dużo, zwłaszcza że matka była gospodarna.

– Przed wojną nie odczuliśmy dobrobytu, ale też nie zaznaliśmy nędzy – mówi Kutz. – Nie mieliśmy hulajnogi, roweru, mięso jadło się raz w tygodniu, ale żyliśmy dobrze. Nigdy nie narzekaliśmy.

W rdzennie śląskiej rodzinie mocne były patriotyczne tradycje. Babka Kazimierza ze strony matki na moście nad Brynicą witała w 1922 roku chlebem i solą generała Szeptyckiego, niosącego tej ziemi polskość. A ojciec brał udział w trzecim powstaniu śląskim.

– Babcie, ciotki mówiły gwarą – wspomina reżyser. – Za ich młodości w szkołach i urzędach był przymus używania niemieckiego, ale Kościół szanował tak zwany język matczyny. Władze niemieckie nie chciały, by Ślązacy kształcili się i awansowali. Byli potrzebni do ciężkiej pracy i na mięso armatnie, a niewyedukowani katolicy najlepiej się do tego nadawali. Ślązacy mieli nadzieję, że za rządów polskich wszystko się zmieni. I zawiedli się. Po przewrocie majowym traktowano ich gorzej niż w czasach niemieckich. Cała generacja strasznie to przeżywała. Dawni powstańcy byli zgorzkniali, popijali. Ojciec też. Pracował dwanaście godzin, na trzy zmiany, a potem szedł z kumplami do knajpy. Nie można mu było niczego zarzucić, był miłym człowiekiem i nawet wstydził się, jak przychodził pijany. Ale nigdy go w domu nie było. Z dzieciństwa pamiętam głównie matkę.

Anastazja Kucowa trzymała rodzinę mocną ręką. To ona – dzielna i światła – rozbudziła w dzieciach ciekawość świata, dała siłę do marzeń.

– W Szopienicach kwitła kultura. Matka i ojciec poznali się w towarzystwie gimnastycznym Sokół, śpiewali w chórze Wyspiańskiego. Ja też jako dziecko należałem i do chóru, i do Sokoła. Poza tym mama namiętnie pochłaniała książki. Ojciec śmiał się, że czytała „beczoki”, bo nad lekturami płakała. Pamiętam, jak przeżywała Hrabiego Monte Christo – opowiada Kazimierz Kutz.

W jego domu to kobiety dbały o edukację dzieci.

– Babka stale powtarzała, że trzeba się uczyć, żeby uciec ze „śląskiego chomąta” i nie pracować na grubie. W Szopienicach mieszkało dwadzieścia tysięcy osób, a do przedszkola, jedynego w okolicy, prowadzonego przez siostry boromeuszki, chodziło tylko trzydzieścioro dzieci. Wśród nich my, bo mama w nas inwestowała. Do dziś pamiętam to przedszkole. W klasztorze, przy cmentarzu. Był tam teatr, w którym grałem, a w kaplicy – organy, więc słuchałem muzyki. Matka uczyła nas też języka polskiego. Jako pięciolatek dość swobodnie czytałem. Potem w szkole zostałem prymusem. Przyjechała nawet komisja z Katowic, żeby mnie przeegzaminować. Ale to był już rok 1939.

Śląsk, obok Zagłębia Ruhry, stał się filarem gospodarki wojennej. A jednocześnie Ślązacy byli rezerwuarem dla armii. Niemcy posegregowali ich na pięć grup narodowościowych. Kucowie, jako dawni powstańcy, znaleźli się w ostatniej, przeznaczonej do wysiedlenia.

– Ojciec stracił na rok pracę – opowiada reżyser. – Potem mógł tylko na dworcu zamiatać śmiecie. Żyliśmy w potwornej nędzy, ale matka, jak to ona, nadal myślała o naszej przyszłości. Wkuwaliśmy niemiecki.

Gdy po roku na Śląsku otwarto szkoły powszechne, Kutz uczył się dalej. Jak mówi, głównie historii Niemiec. A potem został wysłany do karnej pracy, do „landu”. Dostał zawiadomienie, że ma się stawić na dworcu w Mysłowicach.

– Wieźli nas w doczepionym wagonie, nawet nie wiedzieliśmy dokąd. Dziewczyny wylądowały w Zgorzelcu, my – w dzisiejszym Bolesławcu. Przyjeżdżali tam chłopi, macali nas jak na targu niewolników i zabierali do roboty. Byłem mały i chudy i nikt mnie, kurczę, nie chciał. A pod wieczór przyszedł ogrodnik. I trafiłem do niesamowitej rodziny, właścicieli piętnasto­hektarowego, supernowoczesnego gospodarstwa.

Kazimierz miał własny pokój, dostawał pensję – dwadzieścia cztery marki. W Bolesławcu na rynku sprzedawał nasiona i przyprawy. Roznosił też zamówienia do bogatszych domów i zarabiał na napiwkach.

– Wokół były żydowskie obozy pracy. Zrobiły na mnie potworne wrażenie – opowiada. – Ale poza tym było w porządku. Moich kolegów strasznie wykorzystywano, ja miałem jak u Pana Boga za piecem. Byłem jedynym Polakiem w okolicy, dziewczyny traktowały mnie jak powiernika, przychodziły się zwierzać i ja, piętnastolatek, coś im tam radziłem. Moi gospodarze nie mieli syna ani wnuka, traktowali mnie jak własne dziecko, nawet chcieli mnie adoptować. Pisali w tej sprawie do ojca.

Ojciec odpisał, że nie ma dzieci na sprzedaż, sam Kazimierz też zresztą nie chciał zostać Niemcem. Po dwunastu miesiącach wrócił do Szopienic, oddał matce oszczędności. Pół roku przed końcem wojny dostał przydział na ucznia zaopatrzeniowca w kopalni Milowice. Poza tym czytał.

– Nasi sąsiedzi mieli fantastyczną bibliotekę – wspomina. – Utonąłem w literaturze – francuskiej, niemieckiej, rosyjskiej. Pochłaniałem Tołstoja, Czechowa. Nie przebrnąłem tylko przez Dostojewskiego. Wstyd przyznać, ale go nie znam, odrzucał mnie. A najważniejszy był Stendhal, chłopak z biedy, który zaszedł tak wysoko. To pobudzało moją wyobraźnię.

Potem Kutz dostał się do szkoły w Mysłowicach. Gdy rekonstruowano harcerstwo, poprowadził szkolną drużynę. Ojciec należał do PPS-u, Kazimierz też miał zapatrywania lewicowe, jego drużyna nosiła imię Ignacego Krzywickiego. Rozwiązał ją w 1948 roku, gdy zostało zlikwidowane szare harcerstwo, i zapisał się do związanej z PPS-em Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego. Ostatni rok przed maturą spędził na zakładaniu kół OMTUR-u w małych miejscowościach.

– Chciałem być pisarzem, myślałem o studiach w Krakowie, jednak bałem się, że na Jagiellonkę się nie dostanę – mówi. – Wybrałem szkołę filmową jak erzac. Ona nie miała wtedy nawet statusu wyższej uczelni.

Kutz pierwszy raz w życiu znalazł się w Łodzi. Niekonwencjonalny egzamin trwał tydzień. W komisji siedzieli między innymi Antoni Bohdziewicz i Stanisław Wohl. Do dziś pamięta swoją tremę. Ale został przyjęty.

– Dla Ślązaka zawód humanistyczny to idiotyzm. I tak zostałem idiotą – śmieje się.

W Łodzi, jak sam to określa, „walczył o życie”. Po pierwszym roku trzydzieści osób miało zostać skasowanych. Wiedział, że jak go wyleją, czeka go los robotnika. Więc ciężko pracował. Zorganizował nawet grupy samokształceniowe, ale i tak pamięta z tamtego czasu gigantyczny strach. Że nie da rady. A jednak zdał z drugą lokatą, zaraz za Kubą Morgensternem. Uczelnia zaproponowała im obu asystentury. Kutz dostał etat, prowadził zajęcia z literatury i dramatu. Nagle znalazł się w szkolnej elicie.

Poszedł jak burza. Miał determinację Ślązaka. Dziesięć lat po maturze zrobił swój pierwszy film. A przecież droga do debiutu nie była wtedy łatwa. Najpierw trzeba było popracować jako asystent, potem robiło się godzinny obraz telewizyjny, który musiała zatwierdzić rada reżyserów przy Stowarzyszeniu Filmowców. Po debiucie kinowym ta sama rada przyznawała jeszcze twórcy kategorię reżyserską.

– Ceniłem tamten system – mówi Kutz. – Asystowanie pozwalało poznać zawody filmowe, a przy weryfikacji, owszem, zdarzały się błędy, ale generalnie było w porządku. Dzisiaj film może zrobić każdy. I nie wiadomo dlaczego dużą produkcję o Westerplatte, w którą pieniądze inwestuje Polski Instytut Sztuki Filmowej, robi człowiek bez żadnego doświadczenia zawodowego.

On sam po raz pierwszy znalazł się na planie jako asystent w filmie Andrzeja Wajdy Pokolenie.

– Andrzej studiował rok wyżej niż ja – opowiada. – Ładny, miły, po Akademii Sztuk Pięknych, miał do nas lekki dystans. W szkole nie było praktyk, a on dostał się na plan do Forda, który wtedy trząsł kinematografią. Był przyjacielem drugiego człowieka w państwie, dostał misję stworzenia kina, „najważniejszej ze sztuk”. Mając władzę i otwarte budżety, przyjął technikę ruskich bojarów, którzy uważali, że wszyscy powinni się ich bać. Na planie jego filmów panowała kompletna cisza. I właśnie do jego Piątki z ulicy Barskiej trafił Wajda. Ta praktyka była dla niego ważna. W czasie pracy nad Piątką Ford wyjechał do Wenecji, gdzie dostał nagrodę. Andrzej zobaczył faceta, który wyszedł w świat. A przecież głośno było też o Ostatnim etapie Jakubowskiej. Wajda zrozumiał, że trzeba być najlepszym.

W tamtym czasie trzęsąca szkołą filmową Wanda Jakubowska traciła swoje wpływy, nie była w stanie pomóc studentom zadebiutować. Po łódzkich studiach było już około dwustu osób, a nikt nie docierał do zawodu.

– To, jak się wówczas mówiło, „niepokoiło partię” – opowiada Kutz. – Ford nienawidził Wandy i chcąc ją ośmieszyć, pokazać swoją siłę i jej bezsilność, dał zadebiutować Wajdzie,. Ten zaś wziął do ekipy kolegów z uczelni.

Współpracę z Wajdą przy Pokoleniu, a potem przy Kanale Kutz bardzo sobie chwali.

– Fascynowały nas kino amerykańskie i włoski neorealizm, ale tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia, jak się robi filmy – mówi. – Pamiętam, zaczęła się wtedy budowa Pałacu Kultury. Kręcąc Pokolenie, mieszkaliśmy wszyscy naprzeciw, w jednym pokoju w hotelu Metropol, i przez dwadzieścia cztery godziny na dobę kombinowaliśmy. Ford raz w tygodniu przeglądał materiały. Z czasem zaczął kapować, że jesteśmy, kurwa, za dobrzy, i kazał Andrzejowi wycinać sceny. Ale Andrzej ich nie wyrzucał, a Ford miał słabą pamięć i zapominał.

Kiedy Pokolenie było gotowe, Ford znów próbował je zmieniać. Chciał nawet zostać współautorem filmu, ale jakoś udało się tego uniknąć. Po premierze ukazały się świetne recenzje. Wilhelm Mach swój artykuł w „Nowej Kulturze” zatytułował Polska młoda gwardia. Zaczął się okres ważny dla kinematografii, także dlatego, że właśnie powstały Zespoły Filmowe.

– To naprawdę wielkie dokonanie przedwojennej generacji lewicowych filmowców – przyznaje Kazimierz Kutz. – Zespoły były inwestycją państwową, ale panowała w nich wolność. Państwo akceptowało scenariusze, a w nas samych nie było autocenzury. Zespoły sprawdzały się fantastycznie, produkcja z pięciu filmów rocznie wzrosła do dwudziestu czterech. A my tych starych komunistów szybko połknęliśmy i stworzyliśmy polską szkołę filmową.

Kutz zatrudnił się w zespole Start Wandy Jakubowskiej, ale szybko przeniósł się do Kadru. W 1956 roku znów podjął współpracę z Wajdą – tym razem przy Kanale.

– Poszła fama, że to dno – opowiada. – Na wewnętrznej, zespołowej kolaudacji szef produkcji Kadru Ludwik Hager i kierownik literacki Tadeusz Konwicki obejrzeli cztery godziny materiałów. Byli przygnębieni. Konwicki leżał na stole, gryzł paznokcie, a w końcu powiedział: „Jesteście gówniarzami. Ale w tym filmie jest film”.

Wajda pracował dalej, skrócił całość o dwie godziny. Wreszcie profesorowie ze szkoły – Jakubowska i Wohl – powiedzieli, że chcą Kanał obejrzeć. Nie wiedzieli, że to nowa wersja.

– Projekcja trwała ponad dwie godziny, bo musieliśmy robić przerwy po każdym akcie – wspomina Kutz. – Jakubowska siedziała w pierwszym rzędzie, w przerwach wstawała, z wypiekami na twarzy paliła papierosy. Kiedy film się skończył, zapadła groźna cisza, po czym Wanda podeszła do Andrzeja. „Przepraszam cię za wszystko, co złego o tobie powiedziałam i myślałam. Jesteś genialny”, stwierdziła. A Wohl zwrócił się do autora zdjęć Jerzego Lipmana: „To, co tu zrobiłeś, sprawia, że od dzisiaj nie jestem operatorem”. I naprawdę wycofał się z zawodu. Myśmy ich pożarli. Ford zresztą nie umiał sobie z tym w swojej próżności poradzić.

W 1958 roku Kutz zrobił swój pierwszy film.

– Rządzący w Kadrze Konwa miał świetne stosunki z pisarzami z pokolenia pryszczatych, które dało się co prawda nakłuć przez komunę, ale było bardzo zdolne. Każdemu z zespołu potrafił coś zaproponować. Mnie zainteresował prozą Józefa Hena.

Krzyż walecznych składał się z trzech nowel. Druga wojna światowa. Młody żołnierz, który dostaje Krzyż Walecznych i kilka dni urlopu, czuje się bohaterem. Ale w rodzinnej wiosce zastaje tylko zgliszcza. Na wojnie nie ma wygranych. Do polskich żołnierzy przyplątuje się pies nazista z hitlerowskiego obozu zagłady. Po wyzwoleniu młoda wdowa po dowódcy cieszy się szacunkiem miasteczka, dopóki nie zakochuje się w chłopaku, który zjawia się w okolicy. Kutz odzierał wojnę z patosu, mierzył się z narodowymi mitami.

– W tamtym czasie polskie filmy utrzymane były w stylistyce romantycznej, inteligenckiej, szlacheckiej – mówi dzisiaj. – Po Krzyżu krytycy zaczęli pisać, że poszerzyłem paletę naszego kina, wprowadzając do niego motywy plebejskie. Oczywiście mieli trochę racji, ale to mnie strasznie wkurwiło i stąd między innymi wzięło się Nikt nie woła.

Bohater tego pochodzącego z 1960 roku filmu był przeciwieństwem Maćka Chełmickiego. Nie wykonał wyroku wydanego przez podziemie. Jak sam mówił, „nie zabił czerwonego”. Uciekł na Ziemie Zachodnie, bo bał się o własne życie. Kutz opowiedział o miłości, przed którą mężczyzna się broni, wiedząc, że nie może zapewnić kobiecie stabilizacji. Ale też o skomplikowanych polskich losach. O ludziach zagubionych w nowej rzeczywistości. Stworzył na ekranie świeżą filmową estetykę. Czarno-białe zdjęcia Jerzego Wójcika zachwycały plastycznością, niepokoiły, współtworzyły nastrój opowieści. Jednak ówczesna krytyka zmieszała Nikt nie woła z błotem.

– Taka to była krytyka: ideologiczna i sfingowana – wzdycha po latach Kutz. – Ten film był po prostu bezgranicznie odważny. Całkowicie logiczny, tyle że szalony. Wtedy dopiero co powstawała Przygoda, nie było jeszcze Zaćmienia i Powiększenia Antonioniego. Gdyby Nikt nie woła ujrzał we właściwym czasie światło dzienne, to ja bym dzisiaj był hej, hej! Ale mój niewinny film o pierwszej miłości na Ziemiach Zachodnich praktycznie dostał dożywocie: zakaz pokazywania na zagranicznych festiwalach przez dwadzieścia lat. Raz tylko mnie wypuścili z tym tytułem – do Danii. W delegacji byli też Jerzy Bossak i Jan Lenica. Obaj, przerażeni, powiedzieli, że zamordowałem kino. Władze robiły projekcje Nikt nie woła dla redaktorów naczelnych pism, żeby im uświadomić, jak trzeba być pryncypialnym. Mój film był dla nich poza wszelkimi wyobrażeniami o kinie. Tylko Jurek Kawalerowicz i Tadeusz Konwicki go bronili. Powtarzali, że miałem odwagę stworzyć coś nowego, niesztampowego. Po latach jestem z siebie dumny. A te doświadczenia przydały mi się w śląskich produkcjach.

Filmem Nikt nie woła zajęło się Biuro Polityczne, gdzie postanowiono ukrócić samowolę środowiska. Władza chciała pokazać, kto rządzi w kulturze. Wiceminister kultury Tadeusz Zaorski dostał polecenie, żeby „załatwić problem Kutza”. Wezwał go do siebie.

– Przed tym spotkaniem usłyszałem od Konwy: „Muszę ci powiedzieć, że idziesz w trudnej sprawie. Trzymaj się” – opowiada reżyser. – Wchodzę do Zaorskiego, a on przygląda mi się zatroskany: „Panie Kazimierzu, ja się bardzo martwię, co dalej i z czego pan będzie żył. Może zgodziłby się pan pracować z Kawalerowiczem jako asystent?”. Odpowiedziałem: „Panie ministrze, to nie wchodzi w rachubę. Moja obecność na planie byłaby dla niego nieznośna”. Na co Zaorski, który był porządnym człowiekiem, mówi: „Niech pan wraca do domu, może coś wymyślę”.

Kutz przygotowywał już wtedy z Kazimierzem Brandysem Ludzi z pociągu. W Kadrze podjęto decyzję, że będzie pracował incognito. Scenariusz został przedstawiony komisji bez nazwiska reżysera. A tam skierowano go do produkcji.

– Pracowałem bez umowy, nie pozwolono mi zatrudnić Jurka Wójcika – dzisiaj reżyser opowiada o tym już spokojnie. – Kręciliśmy we Wrocławiu, potem za Białymstokiem. Jak przywiozłem gotowy materiał, to wszystkie te skurwysyny przyszły na kolaudację. Powiedzieli: „No tak, Kutz się nawrócił”. Dopiero wtedy podpisałem umowę.

Następne filmy były jak ćwiczenie ręki. Milczenie to historia chłopaka sieroty, którego miasteczko wyklęło, niesłusznie oskarżając o próbę zamachu na proboszcza, Upał – nietypowa dla reżysera komedia muzyczna ze Starszymi Panami – Jeremim Przyborą i Jerzym Wasowskim. Ktokolwiek wie... – opowieść o dziennikarskim śledztwie w sprawie zaginięcia dziewczyny, które staje się pretekstem do przyjrzenia się polskiemu społeczeństwu. Skok – obyczajówka o wchodzeniu w życie kilkorga młodych ludzi.

W 1968 roku w tygodniku „Ekran” ukazał się tekst, w którym Kutz krytykował zespoły.

– Bo z czasem one się wynaturzały – twierdzi. – Coraz bardziej służyły interesom różnych grup. Poza tym wszyscy – szefowie zespołów, kierownicy literaccy – zaczęli za dobrze przy tym żyć i pojawiła się tendencja, która króluje dzisiaj, że kino robi się dla pieniędzy. Za ten wywiad obraził się na mnie Konwicki, choć przecież nie występowałem przeciwko niemu. Po latach na pytanie dziennikarki o tamte wydarzenia i obrazę Konwickiego odpowiedziałem: „Ja nigdy nie byłem w partii, a nie przyszłoby mi do głowy, żeby mieć do kogokolwiek pretensje, że był”. I jednego dnia Tadeusz podszedł do mnie w Czytelniku i przeprosił mnie.

Ale wtedy konflikt dotyczył nie tylko Konwickiego. Był czas pomarcowy, a „Ekranem” rządzili moczarowcy. Środowisko zinterpretowało wypowiedzi Kutza dla tego pisma jako atak na filmowców żydowskiego pochodzenia.

– Zaczęli mówić, że jestem cwanym antysemitą, w jakiejś zmowie politycznej. Gówno prawda – denerwuje się reżyser.

Był już wtedy na Śląsku. Wyjechał z Warszawy w 1967 roku, bo miał tam niezałatwione sprawy. Chciał rozliczyć się z własnymi korzeniami.

– Profesor Tazbir powiedział mi kiedyś: „Proszę pana, my nic o Śląsku nie wiemy”. A dramat polega na tym, że nie chcemy się o nim niczego dowiedzieć.

On chciał o Śląsku opowiadać. Czuł, że to jego obowiązek. Zaczął kręcić tryptyk, który na zawsze pozostanie w historii polskiego kina. Najpierw oddał hołd ojcu.

– Mój ojciec przez udział w trzecim powstaniu wybrał kiedyś Polskę, więc ja musiałem przybliżać Śląsk do Polski i Polskę do Śląska – mówi.

Sól ziemi czarnej, której premiera odbyła się w 1969 roku, to film o drugim powstaniu śląskim. Górnicza rodzina Basistów – ojciec i siedmiu braci – walczy o polskość swojej ziemi. Stary Basista i jego trzej synowie powstania nie przeżyją. Najmłodszego Gabriela ratuje niemiecka sanitariuszka. Potem młode Polki przenoszą go przez granicę. Znajdują go żołnierze. „Kaj jo je?”, pyta chłopak. „W Polsce”, odpowiadają.

Scenariusz Kutz napisał w dwa tygodnie. Wyrzucił go z siebie. Miał przecież w pamięci rodzinne opowieści o dziadku, o ojcu. W Warszawie komisja scenariuszowa odrzuciła tekst jako niewiarygodny. Dopiero pismo potwierdzające prawdziwość tych wydarzeń napisane przez Jerzego Ziętka, przewodniczącego prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej na Śląsku, przyniosło efekt. Potem Ziętek pomagał też Kutzowi w trakcie zdjęć, wybrukował nawet dla jego ekipy kawał drogi. „Strategicznej”, jak tłumaczył. Zresztą nie musiał za dużo tłumaczyć. Był na Śląsku królem. Po premierze Soli, która odbyła się w 1969 roku, zamienił Kutzowi mieszkanie z dwu- na trzypokojowe.

Akcja zrealizowanej dwa lata później Perły w koronie toczyła się w latach trzydziestych. To historia górników, którzy strajkują, gdy niemiecki właściciel chce zamknąć kopalnię. W 1937 roku taki protest w kopalni Mortimer miał miejsce naprawdę. Tyle że skończył się inaczej. Kopalnia została zatopiona. W Perle zdesperowani górnicy są gotowi umrzeć: jeśli dyrekcja postanowi zalać szyby wodą, to tylko razem z nimi. Wygrywają walkę, wychodzą na powierzchnię – wynędzniali, ale zwycięscy. W tle strajku zaś jest opowieść o miłości – sztygara Jaśka, jego żony i dwóch małych synów.

Śląski tryptyk Kutza zamykają Paciorki jednego różańca. W nakręconym w 1979 roku filmie akcja toczy się współcześnie. To historia starego górnika, który nie wyraża zgody na wysiedlenie ze swojego domu. W miejscu starego, kopalnianego osiedla ma zostać wybudowane nowoczesne blokowisko. Po jakimś czasie zapada decyzja, że zasłużonego emeryta powinien spotkać los lepszy niż wegetacja w ciasnym mieszkanku. Razem z żoną przenoszą go do domu z ogródkiem. Ale tam górnik umiera. Nie przesadza się starych drzew. Ostatnie sekwencje filmu to jego pogrzeb. Symboliczny pogrzeb starego Śląska.

Kutz czuł Śląsk. Znał go. Był u siebie. Przedtem bohaterowie jego najważniejszych filmów nie byli zaczepieni w rzeczywistości, stale w drodze, zagubieni. W tryptyku Kutz pokazał siłę śląskiej rodziny. Tu żona patrzyła za mężem idącym do kopalni, potem czekała, aż wróci z szychty, i – ku oburzeniu feministek – myła mu nogi.

– Fakt, że jest się górnikiem, całkowicie modeluje funkcje rodziny – tłumaczy reżyser. – Rola kobiety jest inna. Tak naprawdę ważniejsza. Poza tym Ślązakom zawsze było źle. Mieli poczucie, że trzeba swój los nieść, ale jednocześnie zaznać choć trochę szczęścia. Ich uczestnictwo w życiu kulturalnym, lokalnym, publicznym też jest znamienne. Oni zawsze znali wartość codzienności. Chcieli, żeby było fajnie.

Tryptyk stał się wielkim hołdem złożonym przez Kazimierza Kutza swojemu dziedzictwu. Po raz pierwszy Śląsk tak mocno zaistniał na ekranie.

– Młodsi Ślązacy czasem mi mówią, że ode mnie się zaczęła ich „śląskość” – mówi reżyser. – Nawet niedawno, kiedy leżałem w szpitalu, jeden z lekarzy, mężczyzna po pięćdziesiątce, powiedział mi: „Panie Kazimierzu, pana Sól ziemi czarnej była najważniejszym filmem, jaki obejrzałem w życiu”.

Do spraw śląskich Kutz wrócił po piętnastu latach. W 1994 roku pokazał dwa filmy. Zrealizowany dla telewizji Zawrócony był opowieścią o dojrzewaniu do wolności i podziałach przechodzących nawet przez rodzinę. Śmierć jak kromka chleba to wielkie świadectwo tragedii w kopalni Wujek. Ważne rozliczenie ze stanem wojennym. Nikt się na podobne dzieło nie zdobył. 16 grudnia 1981 roku, w pierwszych dniach stanu wojennego, podczas pacyfikacji Wujka, zginęło dziewięciu górników, a dwudziestu czterech zostało rannych. To, co się tam stało, Kutz pokazał z temperamentem dokumentalisty, kreując na ekranie zbiorowego bohatera.

– To film bardzo osobisty – mówi. – W 1981 roku byłem na Kongresie Kultury. Gdy wróciłem, aresztowali mnie. Siedziałem niedaleko domu, w nowym więzieniu, i nie wiedziałem, co się dzieje. Gdy po tygodniu wyszedłem, doznałem szoku. Przysiągłem sobie, że muszę o tym zrobić film. Zwłaszcza że po powrocie z internatu moje mieszkanie zamieniło się w rodzaj sejfu. Część dziennikarzy zaczęła docierać do uczestników strajku w Wujku. Ubecy wszystko czyścili, przywódców rozprowadzili po różnych kopalniach i bardzo pilnowali. Sami górnicy też byli nieufni. Dlatego reporterzy z trudem zdobywali relacje z wydarzeń z grudnia ’81. Deponowali je u mnie. Potem powstała z tego książka. A ja napisałem scenariusz, który – choć fikcyjny – wiernie odtwarzał tamten czas.

Czas przygotowywania Śmierci jak kromka chleba to gehenna. Jak to określa sam reżyser: wszędzie ściana tępego „nie”.

– Jako człowiek naiwny wierzyłem, że z taką produkcją nie będzie problemu. Tymczasem nikt tego filmu nie chciał.

To wtedy zawiązał się Społeczny Komitet Realizacji Filmu Fabularnego o Tragedii w Kopalni Wujek. Powstał z inicjatywy komisji zakładowych NSZZ Solidarność kopalni Wujek i Telewizyjnej Wytwórni Filmowej POL­TEL w Katowicach. W grudniu 1989 roku został zarejestrowany przez sąd, a wkrótce na jego czele stanął inżynier Kazimierz Matyka, który w czasie pacyfikacji był przewodniczącym samorządu pracowniczego Wujka.

– Zaczęliśmy zbierać pieniądze – opowiada Kutz. – Ówczesny minister kultury Waldemar Dąbrowski dał nam dotację, ale nie było tego dużo. Napisałem do ministra obrony narodowej – wiceszefem resortu był wówczas Bronisław Komorowski, zastępcą Szeremietiew. Nawet mnie nie przyjęli. A ja sobie wyobrażałem, że pan minister da mi za darmo pięć czołgów na dwa tygodnie. Gówno. Pojechałem do Opola, gdzie były czołgi, miałem tam kontakty od czasu Krzyża walecznych. Generał powiedział: „W ramach moich kompetencji, po cichu, dam panu te maszyny, ale benzynę musi pan mieć swoją”. Przewodniczący zrobił cegiełki, pojechał na Kongres Solidarności, bo tam zjechało się tysiąc osób. Wrócił markotny. Sprzedał siedemnaście cegiełek. Izabella Cywińska, następny minister kultury i sztuki, reżyserka, która stała na czele Fundacji Kultury, odmówiła mi wsparcia, argumentując, że mój film nie rokuje przychodów. Wszyscy pracowali w czynie społecznym. W Kromce zagrali głównie aktorzy ze Starego Teatru, którego dyrektor zgodził się podporządkować próby i spektakle pod nasz grafik. Miałem wspaniałą ekipę z Krakowa i jakoś zrobiliśmy zdjęcia. Ale ciągnęły się za nami długi i nie mieliśmy ani grosza na postprodukcję. Zwróciłem się ponownie do ministra kultury. I znów gówno. Przyjechałem do Warszawy, żeby mu pokazać materiały. Spóźnił się godzinę, nawet nie powiedział „Przepraszam”. No i kurwa byłem bezradny. Potem padł rząd solidarnościowy. Władzę przejęła lewica, ministrem kultury został Kazimierz Dejmek. Walę do niego, przyjmuje mnie natychmiast. „Nie mam pieniędzy na skończenie filmu o Wujku”, wypalam od razu. Nie mógł uwierzyć. Wezwał swojego wiceministra od finansów: „Trzeba na to znaleźć fundusze”. Dali mi milion czterysta, sześćset tysięcy wyasygnowała telewizja.

Powstał film przejmujący – wielkie świadectwo tamtego czasu. Opowieść o ludziach, którzy są w stanie wiele poświęcić dla wolności. O reżimie, który nie chce oddać władzy. O straconych złudzeniach, ale też o godności, solidarności i sile tych, którzy nie chcą czuć się nic nieznaczącym pyłem historii. W zderzeniu z totalitarną machiną są osamotnieni i skazani na klęskę, ale próbują mówić „Nie”. Była też w Śmierci piękna postać – ksiądz błogosławiący górników przed strajkiem. Po pokazie filmu w Moskwie jakaś kobieta wsunęła Kutzowi do ręki karteczkę: „Uwierzyłam w Boga”.

Na kolaudacji reżyser usłyszał jednak wiele krytycznych uwag. Odpowiedział: „Możecie sobie gadać, a ja wiem, że kiedyś Śmierć będzie bardzo ważna”. Kiedy zaczęły się ukazywać kiepskie recenzje, myślał podobnie. I dziś jest z tego filmu dumny.

– Niektórzy twierdzili, że nie powinno się opowiadać o Wujku, zanim nie powstanie film o Wybrzeżu. A ja jestem pewien, że Śmierć jak kromka chleba z upływem czasu będzie zyskiwać, ponieważ ma walory artystycznego dokumentu. Z tego filmu ludzie będą się dowiadywać, czym był stan wojenny.

Kutz chciał o Śląsku opowiadać, chciał też tam osiąść. W latach siedemdziesiątych stworzył w Katowicach zespół Silesia.

– Siedziba Silesii stała się miejscem, gdzie zbierała się śląska, anty­komunistyczna inteligencja. Ubekom było to nawet na rękę, bo oni lubili mieć wszystkich razem. Przygotowywaliśmy sesje naukowe, organizowaliśmy festiwal filmów dokumentalnych. No i oczywiście produkowaliśmy filmy.

W Silesii powstały między innymi Na wylot Grzegorza Królikiewicza, Sanatorium pod Klepsydrą Hasa, Przepraszam, czy tu biją? Piwowskiego. To były gry z decydentami i cenzurą.

– Bo jak miałem przeprowadzić film Piwowskiego, w którym milicja posługuje się podstawionym facetem? – pyta Kutz. – Wymyśliłem całą taktykę. Najpierw wysłaliśmy tekst do ministra, żeby go odrzucił. Potem dałem scenariusz świetnemu socjologowi prawa, profesorowi Podgóreckiemu, który zajmował się przestępczością i dla milicji był jak guru. Umówiliśmy się z profesorem w biurze u Bajdora. Poprosiłem, żeby przy spotkaniu był przedstawiciel urzędu na Mysiej. Profesorowi tekst się podobał, powiedział: „Znam wszystkich szefów milicji. Biorę na siebie namówienie ich”. A cenzorka wszystko notowała. I donos poszedł. Po jakimś czasie spotkaliśmy się z milicjantami. „Nareszcie nie będziemy na ekranie kretynami, damy wam opiekunów i wszystkie materiały”. Jeszcze raz wysłałem scenariusz do ministra, a minister skierował film do produkcji.

Historia Sanatorium była jeszcze bardziej skomplikowana. To było „coś za coś”. W KC Kutz usłyszał: „Kręćcie sobie te eksperymentalne filmy, ale zróbcie też coś dla nas”. Podobno dlatego powstała Kutzowa Linia – opowieść o partyjnym działaczu.

Silesia została zlikwidowana w 1983 roku.

– Tak zwane środowisko odetchnęło – mówi z goryczą Kutz. – Nigdy nie byłem pupilem artystycznych elit. Najpierw wybuchła afera z moim rzekomym antysemityzmem. W latach siedemdziesiątych zaczęto mówić, że pojechałem na Śląsk, bo podlizywałem się Gierkowi i pod jego auspicjami buduję imperium. Potem nawet moje internowanie próbowano interpretować jako układ czy taktykę. Do dziś unosi się czasem nade mną dziwna mgła. Potem też nie było lepiej. Nie pozwolono mi rozwinąć skrzydeł w telewizji krakowskiej.

Telewizja to ważny, osobny rozdział w jego życiu. Pierwszy spektakl zrobił w 1965 roku, kiedy wszyscy artyści odwracali się od tego medium z pogardą.

– Zawsze miałem w sobie wścibskość. Ciekawiło mnie nowe medium. Kiedyś jeden z krytyków napisał, że telewizja bez Kutza to jak góra bez szczytu. Czasem też słyszę, że mały ekran należał do Hanuszkiewicza, Antczaka i Kutza.

Kutz wciąż wracał do TVP. W połowie lat siedemdziesiątych był głównym reżyserem w ośrodku w Katowicach, potem przeniósł się do oddziału krakowskiego.

– W 1982 roku wyrzucono mnie z katowickiego Wydziału Radia i Telewizji na UŚ – mówi. – Pod pretekstem, że nie mam dyplomu. Rektorem szkoły teatralnej w Krakowie był mój przyjaciel Jerzy Trela, którego to potwornie rozśmieszyło. Zaprosił mnie, żebym wykładał na reżyserii wyobraźnię pozateatralną. Postanowiłem poprowadzić ćwiczenia dla studentów w telewizji. Dyrektor ośrodka zgodził się, ale pod warunkiem, że pokażemy to potem na ekranie. I że ja też wyreżyseruję coś w ośrodku.

Efektem tej współpracy był spektakl Opowieści Hollywoodu według Christophera Hamptona – jeden z najgłośniejszych, jakie powstały w historii Teatru Telewizji. Jego premiera odbyła się w lutym 1987 roku; na życzenie publiczności emisję powtórzono trzy miesiące później. Potem przyszły kolejne wystawienia, a po zmianie ustroju Kutz został dyrektorem ośrodka krakowskiego. Miał spis prohibitów, a kiedyś obiecał sobie, że jeśli stanie się to możliwe, wszystkie je zrobi. I zrobił. Najpierw trudne, kontrowersyjne Do piachu... Różewicza. Potem między innymi Samobójcę Erdmana, Kolację na cztery ręce Paula Barza, Zapach orchidei Eustachego Rylskiego, Stalina Gastona Salvatore.

– W Warszawie zaczęli się martwić, że w Krakowie powstało imperium. Wpuszczałem do studia młodych filmowców, kwitliśmy. Kończyła się też budowa studia w Łęgu. Wymyśliłem, żeby zrobić tam centrum seriali telewizyjnych. Nawiązałem kontakt z BBC, ogłaszałem konkursy na scenariusze, zgłaszali się wspaniali młodzi poloniści. Myślałem, że to dla Krakowa ważne, bo oznacza przyszłość, pracę. Ale Solidarność zaczęła mnie oskarżać, że chcę okraść Kraków z Łęgu. Napisali list, że to wojna domowa. Odpowiedziałem: „Chuj wam w dupę”. Nie chcą mnie, to idę. Taki mam charakter.

Swoje następne spektakle telewizyjne, ze znakomitą Kartoteką rozrzuconą oraz Sławą i chwałą na czele, Kazimierz Kutz realizował już w Warszawie. Aż do 2004 roku. Wtedy zaczął żegnać się z kamerą. Ostatnim jego spektaklem był Dzień podróżny według Eustachego Rylskiego.

Z kinem pożegnał się wcześniej. W 1995 roku zrobił ostatni film fabularny. Scenariusz Pułkownika Kwiatkowskiego Jerzy Stefan Stawiński oparł na faktach. Kilka miesięcy po wojnie wcielony do wojska lekarz przez przypadek został uznany za wysokiego rangą oficera UB, wiceministra bezpieki. Wykorzystał swą chwilową siłę, najpierw żeby ratować własną skórę, a potem również innych. W przebraniu pułkownika, z kilkoma kumplami i dziewczyną, objechał pół Polski, przeprowadzając „niespodziewane inspekcje” na posterunkach UB i czyniąc wiele dobrego. Kutz opowiedział o tych czasach w komedii. Starannie zbudował sytuacje, odrzucił martyrologię, posłużył się językiem współczesnym, pełnym humoru, jaki może dotrzeć do młodego widza. A zza kadru i tak wiało grozą. Jednak czas dla polskiego kina nie był najlepszy. Widzowie odwrócili się od rodzimych twórców, film okazał się frekwencyjną porażką. Szkoda, bo był znaczący. Kiedyś jeszcze do niego wrócimy.

Natomiast zawsze Kazimierz Kutz był wierny teatrowi.

– Zapukałem do teatru zaraz po pierwszym filmie, kiedy zdałem sobie sprawę, że źle mi się pracuje z aktorami. Chciałem zobaczyć, jak się z nimi rozmawia.

Pierwsze przedstawienie – Śmierć gubernatora Kruczkowskiego – wyreżyserował w 1961 roku we wrocławskim Teatrze Rozmaitości. Z drobnymi przerwami pracował w teatrach Warszawy, Krakowa, Katowic, Gdańska, Wrocławia, Poznania. W sumie ponad pół wieku.

A potem zajął się jeszcze pisaniem komentarzy, w których nigdy nie był pokorny.

– Taki już jestem pyskaty – mówi. – Jak drukowałem swoje teksty w „Kinie”, to naczelny powiedział: „Panie Kazimierzu, niech pan już nie pisze, bo nas zamkną”.

Od dwunastu lat co tydzień publikuje felietony w prasie lokalnej. Warto czytać katowicką „Gazetę Wyborczą”, bo jego komentarze są ostre i inteligentne.

W 2012 roku wyszła jego powieść – Piąta strona świata. W wydawnictwie szacowano, że rozejdzie się góra dziesięć tysięcy egzemplarzy. Ludzie kupili czterdzieści tysięcy.

– Ta książka jest niejadalna dla wielu osób, ale u innych ma fajne reperkusje – mówi Kutz. – Została przerobiona na sztukę teatralną, która idzie stale w Katowicach, a ja dzięki temu dostaję tantiemy. Żałuję, że wcześniej na to nie wpadłem. Ale byłem dupowaty.

I jeszcze jedna twarz Kazimierza Kutza. W 1997 roku dzięki Leszkowi Balcerowiczowi narodził się Kutz-polityk. Reżyser wszedł wówczas do senatu czwartej kadencji jako kandydat bezpartyjny z listy Unii Wolności w województwie katowickim. Czuł się tam przedstawicielem Śląska.

– Drzemie we mnie naiwny patriota i społecznik – przyznaje artysta. – W Polsce Śląsk to jedyna obecnie mniejszość, ogromna, milionowa. I Ślązacy mają prawo czuć się Ślązakami. A politycy nie rozumieją, że to jest pobudzenie obywatelskości. Próbowałem im to tłumaczyć.

Nie zapominał też Kazimierz Kutz o swoim środowisku. O kinie. Pomógł przeprowadzić w parlamencie Ustawę o kinematografii.

– Agnieszka Odorowicz jest zdania, że gdyby nie było mnie w senacie, ustawa by nie przeszła – mówi reżyser, który na dziesięciolecie PISF-u dostał nagrodę „10 lat emocji”.

Pracował w parlamencie wiele lat (w jednej kadencji był posłem, w pozostałych senatorem), w 2010 roku opuścił klub PO w geście solidarności z Januszem Palikotem. W ostatnich wyborach już nie kandydował.

Przypominam Kazimierzowi Kutzowi, że po pierwszych czterech latach senatorowania mówił, że zrobi kiedyś film o świecie polityki. A jednak go nie zrobił.

– I nie zrobię – mówi.

– Nie szkoda więc tego czasu? Filmów, które mogły powstać?

– Nie szkoda. Ja się bardzo dużo nareżyserowałem, z Teatrami Telewizji było tego z sześćdziesiąt tytułów. Zresztą zawsze byłem specyficznym politykiem. Nie interesowały mnie rozgrywki partyjne ani ludzie, którzy bili się o władzę. Szanowałem sejmowe komisje, gdzie pracowałem dla Śląska. Byłem, mówiąc starym językiem, „przyczółkiem czerniakowskim”. Opisywałem to wszystko w swoich bardzo osobistych felietonach, ujawniałem, jak wygląda praca w senacie. Uczyłem postaw obywatelskich. Te felietony to moje rozmyślania, ale i rozmowa z Polakami o kraju, polityce i historii.

Ze swojej „drugiej wsi za Pruszkowem” dalej obserwuje politykę. Z wielką przenikliwością analizuje sytuację w państwie. I komentuje pełen bólu. Od dawna był przerażony wojną polsko-polską, klerykalizmem – jak Kasandra zwiastował zamęt na scenie politycznej. W styczniu 2016 roku jeden ze swoich stałych, katowickich felietonów zaczął: „Zaryzykuję niewiele, jeśli napiszę, że PiS zasługuje – li tylko po trzech miesiącach rządzenia! – na miano partii grabarzy demokracji”. Sprzeciwił się przejmowaniu „pod osłoną nocy” instytucji państwowych, nieliczeniu się z krajowym i europejskim prawem. Przestrzegł przed zagrożeniami, jakie mogą z tego wyniknąć.

Pytam Kazimierza Kutza, o czym dzisiaj powinni opowiadać filmowcy i co zrobiłby sam, gdyby jednak stanął za kamerą.

– W kraju aż furczy – odpowiada. – Aborcja, bezrobocie, konflikty i podziały społeczne, głupota urzędników – to wielkie tematy. Tylko że wszyscy mają zakneblowane usta. Wszyscy są ministrantami, boją się Kościoła i prominentów. Wielkim błędem ekip postsolidarnościowych było to, że nie potrafiły wstać z klęczek. I że tak haniebnie traktowały kulturę. To się będzie mściło. Można po drodze zgubić talenty ludzi, którzy zawsze przyczyniali się do podnoszenia poziomu narodowej edukacji. A co zrobiłbym sam? Ja już naprawdę nie chcę kręcić filmów. Zawiesiłem tę działalność na haku. Może tylko napiszę jeszcze nieformalną historię polskiego kina, w której uczestniczyłem.

Co jest ważne? Dom.

– Przez wiele lat skupiałem się na pracy. Żyłem ciekawie, ale długo nie myślałem o stabilizacji. Reżyser nie może być monogamistą, bo kobiety na to nie pozwalają. Wajda miał cztery żony, Has – trzy, Kawalerowicz... a dajmy już spokój. Ja też miałem wielką słabość do kobiet. Dzisiaj tyle się mówi o molestowaniu. Ja strasznie molestowałem. Dobrze, że to były dawne czasy i uniknąłem więzienia – śmieje się Kazimierz Kutz. – Ale nagle stuknęła mi czterdziecha i zdałem sobie sprawę, że nie mam mieszkania, nie mam rodziny, nie mam dzieci. Wszystko się w moim życiu spóźniło o dwadzieścia lat. Najmłodszego syna spłodziłem, mając sześćdziesiąt dwa lata. Dzisiaj mam osiemdziesiąt sześć, a moja jedyna wnuczka ma trzy lata.

Reżyser mówi, że dopiero teraz żyje tak, jak się żyć powinno. Zrozumiał, że liczy się nie tylko praca. Ma świetną żonę, jest dumny ze swoich dzieci. Młodsza córka ma dwadzieścia siedem lat, skończyła wyższe studia we Włoszech, pracuje w nowojorskim Instytucie Medycyny Molekularnej, robi doktorat w berlińskiej filii Instytutu.

– Było dwustu kandydatów, a tylko pięć stypendiów – opowiada reżyser. – I ona, Polka, bez protekcji, dostała się do tego programu. Jest cudowną dziewczyną, ma wspaniałego chłopa i zaiwania na Nobla.

Starsza córka jest psychologiem klinicznym. Prowadzi psychoterapię, uczy studentów, mieszka w Warszawie. To ona dała Kutzowi wnuczkę, którą on – jak mówi – „obłędnie kocha”.

Dwudziestoczteroletni syn zrobił na SWPS-ie magisterium z psychologii biznesu. Zakochał się, przeniósł do Krakowa, kończy kursy w prywatnej szkole teatralnej, pracuje w teatrach offowych, gdzie jest menedżerem, ale też gra i reżyseruje.

– Oni są niekonwencjonalni, bo nigdy nie byli przez nikogo terroryzowani – mówi reżyser. – Przez te ostatnie lata nadrabiałem swoje powinności rodzicielskie. Dom, w którym mieszkam od dziesięciu lat, staje się prawdziwym domem.

W ostatnim roku Kazimierz Kutz przeszedł ciężką chorobę. Pokonał ją. Ale ma głęboką świadomość upływającego czasu. I dziwi się, gdy ludzie pytają go, czy lubi swoją starość.

– Nie chodzi o to, czy się starość lubi, czy nie – mówi. – Ona po prostu jest. I jest okropna. Nie ma na to rady. Żadnej. Podobnie jak na śmierć. Ze śmiercią jest jak z wściekłym psem, którego ma się w domu. Chce się go oswoić, podporządkować sobie, ale jak? Kiedy byłem mniej stary, to się z siebie śmiałem. Teraz już śmiesznie nie jest. Raka ujarzmiłem. Starości nie powstrzymam. Ale ona nie ma prawa być żałosna. Chcę do niej podchodzić rozsądnie. Rodzina nauczyła mnie, że trzeba być do końca samodzielnym i nie mieć do nikogo pretensji. Żyć w szacunku do śmierci, ale jej nie ulegać. Nie poddawać się nieuchronnemu. Zresztą starość ma też wielką zaletę: ma się dużo czasu dla siebie. Ja lubię swoją samotność, domyślam sobie różne rzeczy, obserwuję życie polityczne, piszę, panuję nad rzeczywistością. I mam dystans do świata. Tę swoją śląską dupowatość. – Kazimierz Kutz milknie na chwilę, po czym dodaje:

– Do końca będę robił swoje. Mam własną biografię i wariackie papiery. I jeszcze nie skapcaniałem.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Kazimierz Kutz

Jerzy Antczak

Wojciech Jerzy Has

Tadeusz Chmielewski

Barbara Sass

Andrzej Barański

Filip Bajon

Janusz Zaorski

Jerzy Domaradzki

Jan Kidawa-Błoński

Robert Gliński

Magdalena Łazarkiewicz

Piotr Łazarkiewicz

Lech Majewski

Piotr Trzaskalski

Dariusz Gajewski

Kinga Dębska

Greg Zglinski

Marcin Wrona

Borys Lankosz

Łukasz Palkowski

Kasia Adamik

Marcin Koszałka

Magnus von Horn

Kuba Czekaj

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Od Munka do Maślony Od Kutza do Czekaja Od Wajdy do Komasy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Czapkins Becoming Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi