Modlitwa o deszcz

Modlitwa o deszcz

Autorzy: Wojciech Jagielski

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 368

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 25.59 zł

Nieustannie aktualny, legendarny tom reportaży Wojciecha Jagielskiego.

Jak to się stało, że mudżahedini i talibowie dalej obchodzą cały świat? Mułła Omar czy Osama ibn Ladin stali się uosobieniem lęków Zachodu przed islamskim terroryzmem. Afganistan to kraj, który wychował mudżahedinów i talibów. Modlitwa o deszcz przybliża nas do zrozumienia jego fenomenu.
W Afganistanie ścierają się interesy wielu potęg świata. To w Afganistanie zaczął rozpadać się ZSRR. To Afganistan wystawił na szwank reputację USA jako najpotężniejszego światowego mocarstwa. Jagielski pisze: „Afgańczycy przestawili kierunek biegu rzeczy. Odgradzając się od obcych, kryjąc się przed nimi w przepastnych dolinach, stracili kontakt ze światem”. Obcy zrobili z ich kraju laboratorium i akademię terroryzmu - oni sami nie przyłożyli do tego ręki.
Książka nie tylko jest bestsellerem, otrzymała także wiele prestiżowych wyróżnień: nominację do Nagrody Literackiej Nike, „Bursztynowego Motyla” w VIII edycji Konkursu im. Arkadego Fiedlera na najlepszą książkę podróżniczą roku oraz Nagrodę im. ks. Józefa Tischnera.

Piotrowi

To uczucie towarzyszy mi zawsze, ilekroć przekraczam afgańską granicę. I nie ma znaczenia, czy jest to zastygła w skalistej martwocie Przełęcz Chajberska czy też wielka rzeka Amu-daria, wciąż dokądś spiesząca, wciąż wzburzona.

Wraz ze zbliżaniem się granicy narasta trudne do wytłumaczenia, lecz wyraźne przekonanie, że wyznacza ona nie tylko ramy przestrzenne, ale i czasowe. Że ważąc się na tę podróż, wkraczam w rzeczywistość odmienną i niepojętą, w której dotychczasowe kryteria logiczne i etyczne okazują się zupełnie nieprzydatne. Nie obce, sprzeczne czy wrogie, ale właśnie nieprzydatne. Ulatuje poczucie czasu, choć wydaje się, że wszędzie upływa on jednakowo, znika wiara w żelazną konsekwencję wydarzeń, logiczną syntezę i geniusz istoty ludzkiej, który, jak sama mniema, pozwolił jej okiełznać naturę.

Wystarczy postawić stopę na drugim brzegu rzeki, pozwolić, by zamknęły się za plecami żeliwne wrota na posterunku granicznym w miasteczku Torkham na Przełęczy Chajberskiej, a nie zostaje już nic z przekonania, że człowiek, i tylko on, decyduje, dokąd i w jakim celu zmierza. Stojąc na tamtym brzegu, wie się już, że graniczną opłatą, której uiszczenia nikt przecież nie żądał, była zgoda na poddanie się niewiadomej. Pozostaje tylko pokora, nadzieja i wiara. Że wszystko będzie dobrze. Musi być.

1

Wiosna znów przyszła wcześniej niż zwykle. Cała w kurzu, gorętsza i suchsza niż poprzednie, i tak już wyjątkowo gorące i suche. Popielate chmury dawały tylko cień. Zbijały się na granatowym niebie po kilka, pęczniały, nabrzmiewały obietnicą, ale nie przynosiły upragnionego deszczu, który mógłby wskrzesić wciąż tlące się, ale gasnące powoli życie.

Nikt nie pamiętał suszy tak strasznej i trwającej tak długo. Przecinająca Kabul rzeka, zwykle wartka i lodowata, wyschła tak bardzo, że na gliniastej skorupie jej koryta stołeczni kupcy porozstawiali stragany między strumyczkami i kałużami, nad które o świcie ściągały kobiety z praniem. Ludzie wpatrywali się zbolałym wzrokiem w otaczające miasto skaliste szczyty, próbując dostrzec na nich zapowiadające nadzieję śnieżnobiałe kopce. Ale nawet w środku zimy, znów mroźnej nocą, pogodnej i bezchmurnej za dnia, górskie łańcuchy wokół miasta straszyły rdzawobrunatną barwą, która oznaczała tylko niedolę.

Zniszczone i splądrowane w czas wojny miasto zapełniło się tysiącami bezdomnych i wygłodzonych nędzarzy, uciekinierów ze spustoszonych przez żywioł wiosek. Słońce wysuszyło studnie, spaliło poletka wieśniaków z podnóży Hindukuszu i wybiło stada koczownikom wędrującym pustynnymi bezdrożami między Pamirem, Górami Sulejmańskimi i Heratem. Uschły na popiół pola pszenicy, bawełny i kukurydzy, ryżowiska, trawa na łąkach, a nawet słoneczniki i sezam. Ziemię pokrył gruby na kilka palców kożuch kurzu, a wielkiej, płynącej wzdłuż północnej granicy rzece Amu-darii znów zabrakło wody, by dopłynąć do wysychającego pośród pustyni Morza Aralskiego.

Oniemiali z bólu i zaskoczenia chłopi i pasterze mogli tylko przyglądać się powolnej śmierci wszystkiego, co stanowiło dotąd jedyny powód ich egzystencji. Odarci z przypisanej im roli, a może od niej uwolnieni, bezradnie i bezmyślnie powlekli się do miast, jakby tam miało nastąpić ich zmartwychwstanie. Nie przynależeli jednak do miast i nie było tam dla nich miejsca.

Zresztą miasta poumierały już dawno, najwcześniej. Upadały opuszczane przez mieszkańców. Nie mogli przystosować się do nowego życia narzuconego im przez zwycięskich żołnierzy, którzy przybyli z bezludnych pustyń i skalistych gór. Wygrali właśnie wojnę o władzę, ale inaczej niż ich wszyscy poprzednicy, nie ograniczyli się do zajęcia Kabulu jako wojennego trofeum, lecz zaprowadzili w nim prawa, według których żyli dotąd w swoich pustynnych oazach i które zdaniem ich emira miały uwolnić raz na zawsze miasta od przyrodzonego im grzechu.

W miastach jednak nikt nie chciał, a może nie potrafił tak żyć. Najpierw uciekli pisarze, myśliciele, uczeni, muzycy, potem inżynierowie, lekarze, studenci, nawet licealiści. Zostali tylko wychodźcy z wiosek, zagubieni, niepewni, obcy. Łatwo się nimi rządziło, ale byli całkiem bezużyteczni, gdy to nowe już życie, w pełni zgodne z bożymi nakazami, nie okazało się rozwiązaniem ostatecznym.

Z najbiedniejszych prowincji Farjab i Ghor oraz z górzystego Badachszanu na wschodzie zaczęły napływać wieści o tajemniczej, powodującej paraliż zarazie wywoływanej przez trujące zielska, które pozbawieni strawy ludzie wrzucali do kociołków wraz z chrząszczami i przyrządzali na wieczerzę. Kobietom mleko wysychało w piersiach, mężczyźni zaś, którzy dożywali czterdziestu lat, stawali się starcami.

Umierające w milczeniu wioski i miasteczka przechodziły we władanie szczurów, które całymi stadami ściągały do ludzkich domostw w poszukiwaniu pożywienia. Dzieciaki, brudne, skołtunione, przypominające bardziej złośliwe duszki z baśni koczowników niż ludzkie istoty, skradały się krok w krok za gryzoniami, tropiły ich kryjówki, a potem rozkopywały szczurze jamy, by wykraść zakopane na zimę ziarno.

Wieśniacy, którzy już dawno pozbyli się całego dobytku, żeby kupić żywność, teraz sprzedawali marne resztki: rodzinne pamiątki, odzież, narzędzia rolnicze, a nawet dachy domów, futryny drzwiowe i okienne. Kiedy i to nie wystarczało, sprzedawali własne dzieci, a w końcu samych siebie oddawali w niewolę, jako gwarancję spłaty pożyczki zaciągniętej u bogatego feudała albo przemytnika narkotyków.

Ludzie wiązali jeszcze nadzieję z cudzoziemcami, którzy z jakichś niezrozumiałych powodów przybywali dotąd z pomocą zawsze, gdy na Afganistan spadały kolejne plagi. Ale tej wiosny zabrakło nawet zagranicznych dobroczyńców. Zamiast darów mieli dla Afganistanu i afgańskich władców tylko słowa największego potępienia.

Oburzenie wywołał edykt emira nakazujący zburzenie posągów, wzniesionych na podobieństwo żywych istot. Emir uznał rzeźby, malowidła i fotografie ludzi za obrazoburcze, a ich tworzenie za uzurpowanie sobie boskich prerogatyw. Niszcząc posągi, z których wiele stanowiło tysiącletnie zabytki ludzkiej cywilizacji, afgańscy władcy zasłużyli sobie na miano niegodnych współczucia barbarzyńców.

„Ale cóżeśmy zawinili my, żeby nas karać odmową pomocy? – pytali dumni Afgańczycy, którzy prędzej by sczeźli, niż otwarcie prosili o jałmużnę. – Czy to nasza wina, że mamy takich władców? Myśmy ich sobie nie wybierali!”

W tysiącletniej afgańskiej historii żaden z władców nie został wyniesiony na tron z woli poddanych. Szachowie, emirowie, królowie, prezydenci i premierzy obejmowali rządy w wyniku wojen lub skrytobójczych mordów. Poddanym zaś pozostawało jedynie mieć nadzieję, że władca okaże się mądry, sprawiedliwy i miłosierny.

Emir, jednooki Omar, rozkazał zabić sto krów w ofierze, a ich mięso rozdzielić między lud i chociaż w ten sposób wynagrodzić mu cierpliwość, z jaką przez tyle lat znosił w swym kraju grzeszne posągi. Emir pragnął też odkupić przed Najwyższym własne winy, a zwłaszcza naganną zwłokę, z jaką on sam i jego świętobliwi ministrowie zajęli się burzeniem obrazoburczych pomników.

– Mieliśmy na głowie tyle ważnych spraw, że kwestię posągów wciąż odkładaliśmy na później – minister kultury mułła Kwadratullah Dżamal, zbudowany jak mocarz, długowłosy brodacz z poczernionymi węglem oczami, tłumaczył mi się w swoim gabinecie zakłopotany jak grzesznik stający w obliczu spowiednika. – Teraz chcemy odkupić nasze zaniedbania.

W Kabulu dwanaście ofiarnych jałówek zostało zarżniętych o świcie na dziedzińcu pałacu prezydenckiego, którego emir nawet nie nawiedził i kazał go oddać swojemu premierowi na kwaterę, aż tak bowiem gardził miastem jako jaskinią występku i zła. Okrwawieni rzeźnicy wielkimi, lśniącymi w słońcu nożami ćwiartowali mięso na kilogramowe kawałki, a żołnierze w czarnych turbanach rozdzielali je między biedotę zebraną przed Błękitnym Meczetem, nad rzeką. Na rozkrzyczanym bazarze ofiara nie została jednak nawet zauważona. Na krótką chwilę przerwała gorączkową krzątaninę. Pakunki z mięsem w mgnieniu oka zniknęły w ludzkim morzu rozszarpane przez łachmaniarzy.

Mułłowie w meczetach kazali ludziom modlić się o deszcz. Ale zamiast nadziei modły przyniosły wiernym zwątpienie i jeszcze większą desperację. Zaczęli przebąkiwać, że Najwyższy nie słucha ich próśb, bo rozgniewał się na nich i zesłał suszę.

Kiedy w miastach watahy wściekłych, zdziczałych psów zaczęły napadać na dzieci i zbłąkanych podróżnych, a z wypalonych słońcem górskich dolin na równiny zleciała szarańcza, Afgańczycy jęli rozpamiętywać swoje postępki i doszukiwać się w nich win. Wielu przyznawało, że Najwyższy mógł mieć powody, by ich ukarać tak surowo.

2

W powietrzu wyczuwało się wyraźnie niepokój, irracjonalne i ulotne, ale silne przeświadczenie o zbliżającej się apokalipsie, nieuniknionej, bo miała nadejść z woli Opatrzności.

Mówiło się o wojnie. Nie o tej, która trwała już od ćwierćwiecza i uczyniła Afganistan najnędzniejszym z krajów świata. Mówiło się o nowej wojnie, znacznie straszliwszej, która miała dopiero nadciągnąć zza gór jak burzowa chmura.

Mówili o niej pojawiający się coraz rzadziej podróżni i kupcy z karawan, jedyni posłańcy przynoszący wieści z dalekiego świata, którego istnienia afgański emir, gardzący wszystkim, co obce i odmienne, postanowił zupełnie nie dostrzegać. Jak monstrualny żółw, chowający się pod swoim pancerzem przed niebezpieczeństwami, niepewnością i nieznanym, tak Afganistan rządzony przez jednookiego Omara, wioskowego mułłę, skrył się, zamknął szczelnie pod pancerzem zaściankowych przesądów i wyobrażeń.

Przybysze z dalekiego świata przepowiadali teraz wielką wojnę, która tym razem miała nie ucichnąć ani w miesiącu świętego postu, ramadanu, ani nawet w kończący go radosny dzień id al-fitr, gdy ludzie powinni obdarowywać się nawzajem przebaczeniem, modlitwą, refleksją, radością i podarkami dla upamiętnienia czasu, w którym prorok Mahomet otrzymał z rąk Najwyższego Świętą Księgę Koran.

Z pozoru nieważne, ledwie zauważalne drobiazgi, zestawione ze sobą, układały się w mroczną, złowieszczo logiczną figurę. Oto zima, będąca dotąd w Afganistanie porą wytchnienia od wojen, tego roku nie przyniosła spokoju. Wyjątkowo krótka i łagodna, tym razem nie zasypała śniegiem górskich przełęczy, nie przykuła ludzi do ich domostw. Jakby sama natura chciała dać sposobność walki bez końca afgańskim wojownikom, którzy zimą walczyć nie lubili ani nie umieli.

Późną wiosną w skalistym Badachszanie doszło do straszliwego w skutkach trzęsienia ziemi, które pogrzebało setki wiosek i tysiące ludzi. Ci, co przeżyli, przysięgali, że góry się poruszyły wyrwane nagle z martwoty eksplozjami atomowych bomb o straszliwej niszczycielskiej mocy w indyjskim Radżastanie i pakistańskim Beludżystanie.

Zauważono też, że wędrowne ptaki zaczęły omijać Afganistan. Dzikie kaczki, żurawie, pelikany i flamingi, które jesienią zwykły przelatywać nad afgańskimi górami w drodze z syberyjskich stepów do ciepłych krajów Azji Południowej, nie mogły dłużej znieść odgłosów strzałów, a może przeczuwały nadciągającą wielką wojnę, zmieniły więc szlaki podróży. Pozbawione bezpieczeństwa, możliwości odpoczynku i snu po morderczej wędrówce, a nawet ugaszenia pragnienia (pod nieuwagę zajętych wojną ludzi pustynie wyssały słodkowodne jeziora i pożarły dające cień dębowe i cedrowe bory), porzuciły zwykłą, krótszą drogę przez Afganistan i wybrały dłuższą, ale bezpieczniejszą, przez Iran. Uciekły z kraju orły, sokoły, pawie, śnieżne lamparty, pumy, wilki, lisy, długowłose jaki, hieny, jakby chcąc na jakiś czas zostawić kraj ludziom do wyłącznej dyspozycji, a może bojąc się razem z ludźmi w nim pozostać.

Wojną straszyli afgańskiego emira cudzoziemcy, którzy uznali go za niebezpiecznego barbarzyńcę, zagrażającego ich porządkom i katalogowi wartości, w ich mniemaniu doskonałych, a więc odpowiednich do zaszczepienia w każdym zakątku świata.

Ten zaś ich nie słuchał. Zamierzał zbudować na pustyni wokół Kandaharu rządzące się bożymi prawami, sprawiedliwe państwo idealne, proste odwzorowanie opisanej w Koranie i surach doskonałej wspólnoty wiernych, jaką półtora tysiąca lat temu stworzył prorok Mahomet. Chciał cofnąć czas, wskrzesić przeszłość. Podjął się dzieła będącego niespełnionym marzeniem dziesiątków władców, filozofów, fantastów i szaleńców. Emir nie był filozofem ani fantastą. Może właśnie dlatego wierzył tak szczerze i gorąco, że właśnie jemu się uda.

Przed nim z taką samą nieugiętą pewnością siebie, właściwą ludziom pozbawionym kompleksu niższości, podejmowali podobne wysiłki inni afgańscy przywódcy, miotający się między skrajnościami i odrzucający wszystko, co odstawało od ideału i co przy pierwszej próbie okazywało się pomyłką lub wymagało najmniejszego nawet odejścia od utopijnych wyobrażeń.

Prowadzili niekończące się wojny przeciwko czemuś, nigdy o coś. W rezultacie dokonali nieprawdopodobnego, rzadko spotykanego w historii dzieła destrukcji. Odrzucając – najczęściej nieświadomie – kompromis i dochowując wierności ideałom, Afgańczycy sprawili jednocześnie, że ich życie stało się nie do zniesienia, a kraj zmienili w apokaliptyczne pobojowisko.

Cudzoziemców, którzy emira potępiali i grozili mu wojną, najbardziej gniewało jednak to, że ten udzielał w swoim kraju gościny przeróżnym banitom i wywrotowcom. Ludzie ci tak jak on pogardzali zastanym stanem rzeczy i odrzucali go. Afgański władca po prostu ignorował uznane prawa i obyczaje, jego goście natomiast zamierzali podjąć z nimi wojnę na śmierć i życie.

W swoich kryjówkach na pustyniach i w skalistych górach Afganistanu snuli plany spisków, przewrotów i rewolucji. Tu szkolili się w zbrodniczym rzemiośle. Stąd wyruszali w dalekie krwawe wyprawy, by w Arabii, Afryce, Europie i Ameryce wysadzać w powietrze budynki, zatapiać statki i okręty wojenne, porywać samoloty, mordować polityków, których w swoim sumieniu osądzali jako zdrajców i bezbożnych tyranów. Tu wreszcie chronili się przed karą i zemstą tej części świata, którą nazywali Wielkim Szatanem i której poprzysięgli śmierć.

Emir nie mógł pojąć, jak niechętni mu cudzoziemcy mają śmiałość domagać się nie tylko, by wymówił gościnę banitom, ale by wydał im pod sąd tych, których chronił. Żądali, nie obiecując niczego w zamian, nawet uznania w nim prawowitego władcy Afganistanu. Nierozumiany i osamotniony emir za wszystkie niepowodzenia i błędy zaczął winić tych, którzy byli mu wrodzy. Tych zaś, którzy go chwalili, zachęcali, wspierali, uważał za najbliższych i najdroższych przyjaciół i braci. Dlatego gościł u siebie ściganych po świecie listami gończymi banitów, którzy go podziwiali – jedni szczerze, inni z wyrachowania, po to by dalej cieszyć się jego opieką i gościną. „Niestraszne mi wasze groźby – odpowiadał cudzoziemcom coraz bardziej zapiekły w uporze emir. – Nie boję się niczego, bo moja sprawa jest święta. Nie wyprę się siebie i gotów jestem bić się choćby ze wszystkimi, choćby i z całym światem”.

Chyba do końca nie wierzył w wojnę, która w samym środku ciepłej i pogodnej jesieni spadła na jego kraj. Już wiosną szpiedzy donosili mu o tajemniczych przybyszach z Ameryki, którzy pojawili się ni stąd, ni zowąd w granicznych prowincjach Kunar, Paktia i Kandahar i podburzali przeciwko emirowi wodzów pasztuńskich plemion. Zachęcając do buntu, obdarowywali ich walizkami wypchanymi po brzegi pieniędzmi (dziesięć tysięcy dolarów w każdej) i telefonami satelitarnymi, jedynym urządzeniem, za pomocą którego można było, bez konieczności wysyłania umyślnych, dowiedzieć się, co się dzieje w sąsiedniej dolinie czy oazie, nawiązać łączność i porozumieć się z innymi wodzami. Szpiedzy emira donieśli mu, że większość wodzów zatrzymała chętnie telefony, ale odesłała z oburzeniem pieniądze, które miały być sowitą zapłatą za rokosz i wsparcie samozwańca wskazanego przez obcych. Mimo tych uspokajających wieści emir ogłosił, że zamyka afgańskie niebo dla wszelkich samolotów.

3

Czerń, ulubiona barwa, ostro podkreślała niezwykłą, niemal ascetyczną bladość oblicza emira. Długa czarna, nienaznaczona siwizną broda, czarny turban i poczernione węglem, na wzór proroka Mahometa, oczy nadawały jego twarzy wyraz posępny, ale i pełen majestatu. Regularność i szlachetność rysów zakłócała paskudna blizna pokrywająca zmiażdżony przed laty prawy oczodół.

W izbie, którą należałoby uznać za salę tronową, nie było żadnych sprzętów poza wzorzystymi dywanami zaścielającymi klepisko i rozrzuconymi pod ścianami poduszkami. W czasach gdy był jeszcze zwykłym partyzanckim komendantem, urzędował rozparty na podłodze. Kiedy ogłosił się emirem, jego żołnierze wstawili do izby niskie łoże, na którym, jak na tronie, rządził i spoczywał całe dnie.

Kiedy w pustynnym Kandaharze, dzierżąc najświętszą relikwię, płaszcz, który należał kiedyś do samego Mahometa, ogłaszał się emirem, w dodatku nie emirem Afganistanu, tylko wszystkich muzułmanów świata, a więc kalifem, dziedzicem dziedziców Proroka, wielu uczonych w Piśmie nie kryło oburzenia, że taki prostak, plebejusz, niedouczony wiejski mułła aspiruje do tronu kalifa. Nazywano go uzurpatorem, samozwańcem. Ba, bluźniercą!

Imamowie i ulemowie nie potrafili mu wybaczyć, że w środku nocy rozkazał swoim żołnierzom wyciągnąć ze świątyni przechowywany w jej lochach płaszcz proroka Mahometa, utkany z wełny baranka złożonego w ofierze przez Abrahama. Do Kandaharu przywiózł go przed wiekami pierwszy afgański król i założyciel afgańskiego państwa Ahmad Szah Durrani. Ostrzegali, że tylko królom, chanom i emirom wolno dotykać relikwii. Ostatnim razem sięgnięto po nią przed siedemdziesięcioma laty, gdy nad Kandaharem zawisła śmiertelna groźba zarazy.

Jednooki mułła Mohammad Omar nie był królem, a płaszcz Proroka był mu potrzebny właśnie po to, by nim zostać. Wierzył, że dzięki magicznej potędze relikwii uda mu się, tak jak kiedyś wielkiemu Ahmadowi Szahowi, zjednoczyć kraj, przerwać wyniszczające go wojny, zaprowadzić porządek i boże prawa. I przywrócić nadzieję ludziom, którzy wierzyli, że już poprzednia, wielka wojna, jaką święci wojownicy, mudżahedini, toczyli w imię Najwyższego, przyniesie im pokój i szczęście.

Spotkało ich gorzkie rozczarowanie. Po zwycięskiej wielkiej wojnie przyszły nowe. Już nie święte, ale zwyczajne – o ziemię, wodę, kobiety, władzę. Mudżahedini zawiedli. Nie okazali się zbawcami. Przeciwnie, ściągnęli na kraj nowe nieszczęścia. Rozczarowany lud odrzucił ich rządy i ich wojny, które niszczyły nędzne resztki ocalałe po świętej apokalipsie. Nie potrafiąc, nie mogąc pozbyć się złych władców, poddani przestali na nich zwracać uwagę.

Odtąd żyli jakby obok siebie, połączeni i skazani jedni na drugich, lecz całkowicie obcy. Z czasem przywódcy zaczęli traktować własny kraj jako ziemie okupowane, podbite, a swoich poddanych jako brańców do partyzanckich armii. Cierpliwie znosząc bezprawie i bratobójcze wojny, Afgańczycy marzyli o nowym przywódcy, zbawcy, który wyrwie ich z niedoli i ziści stary, prawie zapomniany sen o raju na ziemi.

Kiedy mułła Omar na czele uczniów, których skrzyknął pod swoje rozkazy, wyruszył w zwycięski marsz, pokonując i przepędzając kolejnych watażków i władyków, udręczonym Afgańczykom zdało się, że właśnie w nim objawił się wyczekiwany zbawiciel. Mułła Omar zdobywał po kolei Kandahar, Helmand, Ghazni, Herat, Paktię, aż w końcu jego pułki stanęły u bram stolicy Kabulu. Szykując swoje wojska do rozstrzygającej bitwy, świątobliwy mułła postanowił posłużyć się świętą relikwią. W środku nocy rozkazał żołnierzom wyciągnąć z sarkofagu płaszcz Proroka. Następnego dnia o brzasku wdrapał się na dach świątyni, by pokazać najświętszą relikwię zebranym na placu tysiącom wiernych. Cieniutki i kruchy jak pergamin płaszcz migotał w słońcu, wydawało się, że zmienia barwy. Mułła Omar zarzucił go na ramiona, otulił się nim i ogłosił emirem. Z tego wydarzenia pochodzi jedyna fotografia mułły. Któryś ze zgromadzonych wiernych drżącymi z emocji rękami nakręcił amatorską kamerą krótki film o narodzinach emira. Na niewyraźnych zdjęciach widać lewy, nieoszpecony profil Omara. Emir, gdy spogląda z dachu w dół na wiwatującą ciżbę, ma posępną twarz.

Te zdjęcia wywołały światową sensację. Wcześniej bowiem nie widział go nigdy żaden niewierny. Omar nie przyjmował cudzoziemskich gości. Jak wyglądał, co robił i myślał, można się było dowiedzieć tylko z relacji jego nielicznych zauszników i towarzyszy broni. A także dwóch dziennikarzy, których dopuścił przed swoje oblicze i z których opowieści czerpali potem inni.

Sekretna hierarchia jego dworu i armii, niemal całkowita izolacja, niezrozumiała dla obcych, przepełniona mistyką i poczuciem misji polityczna filozofia, a także fakt, że poza nielicznymi wyjątkami żaden z jego ministrów nie spotykał się z obcymi, nie przemawiał, nie pozwalał się fotografować, a przede wszystkim sama zagadkowość postaci emira sprawiły, że w pewnej chwili jego poddani zaczęli powątpiewać, czy naprawdę istnieje.

Nie brakowało plotek, że pod postacią mułły Omara ukrywa się były komunistyczny tyran, okrutny władca Hafizullah Amin, zgładzony przez nasłanych z Moskwy komandosów w noc poprzedzającą najazd rosyjskiej armii na Afganistan. Nikt nie widział mogiły Amina, nikt nie widział jego trupa. Podsycane tajemnicą plotki głosiły, że Amin, choć straszliwie okaleczony, przeżył zamach. Teraz przyszedł czas zemsty. Nazwał się Omarem, bo został oszpecony tak, że nikt nie rozpoznałby w nim dawnego Hafizullaha Amina, a podając się za niego, wywołałby tylko niepotrzebne wątpliwości i wahania. Według innych pogłosek mułłą Omarem miał być jeden z synów wygnanego starego króla Mohammada Zahira Szaha.

Rewolucje, wojny i rządy mają twarze swoich przywódców – buntowników, generałów, mądrych mężów stanu, oszalałych tyranów. Obliczem afgańskiej rewolucji stali się jej szeregowi żołnierze, bosonodzy oberwańcy o zmierzwionych brodach i w czarnych zawojach turbanów na głowach. Mułła zaś, choć mówił o nim cały świat, pozostawał niewidzialny, bez twarzy. Wszechobecny, ale nieznany, więc złowróżbny.

Sami ul-Haq, pakistański święty mąż, mędrzec i polityk, sławny w całej Azji Środkowej, Indiach, a nawet w Arabii, poczytywał sobie za zaszczyt, że nie tylko poznał mułłę Omara, ale że ten uważał go za swojego powiernika i prosił o rady.

– Szczerze go podziwiam. Nasi przywódcy deklarują wierność islamowi, ale w uczynkach kierują się obcym liberalizmem. To hipokryci. Budują nie państwo muzułmańskie, lecz państwo muzułmanów. – Kiedy przeczesując kościstymi palcami długą czerwoną od henny brodę, opowiadał o afgańskiej rewolucji, wydawało mi się, że z jego oczu i słów przebijały zawstydzenie i zazdrość. Mówił wszak o uczniu, który choć nie mógł się mierzyć z nim mądrością i wiedzą, osiągnął to, o czym on, nauczyciel, mógł tylko śnić. I o czym śnił.

Głosząc w swoich medresach potrzebę rewolucji i urządzenia świata na wzór i podobieństwo opisanego w Świętej Księdze Koranie, Sami ul-Haq ograniczał się przecież tylko do słów. Może zbyt wiele wiedział, by nie mieć wątpliwości. Mądrość, doświadczenie i nadmiar wiedzy potrafią być zabójcze dla odwagi. Są w stanie wprowadzić w hipnozę retoryki i odebrać zdolność do działania. Tylko wybrańcom dane jest zwycięsko wyjść ze zmagań z własną mądrością i wyobraźnią, podsuwającą czarne wizje, by przestrzec przed działaniem. Ci, którym się to udaje, stają się rewolucjonistami.

Starzy mistrzowie nie robią rewolucji. Mają umysły pełne książkowych nauk, dokonują więc najpierw kalkulacji, by przekonawszy się o nieuchronności fiaska wynikającej z logiki, statystyki czy też arytmetyki, zaniechać wszelkich działań.

Ci, którzy wiedzy nie mają, nie kalkulują, bo nie potrafią. Nie potrafią też przewidzieć wszystkich skutków swoich poczynań. Działają często wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi. Nie z wyrachowania, ale z nakazu instynktu, często sami tego nie rozumiejąc. Dokonują rzeczy, których wielkości nawet nie pojmują. Przeprowadzają rewolucje nieświadomi, że nie miały prawa się udać. Wyruszają do boju, doskonale wiedząc, przeciwko czemu walczą, ale nie o co. Wygrywają najczęściej dlatego, że kierujący się prawami logicznymi przeciwnik rzuca oręż i umyka przerażony, zaskoczony absurdalną zuchwałością rewolucji.

Mułła Omar niewiele wiedział. Zbyt mało, by zabić w sobie odwagę. Obrazy, które widział w swojej wyobraźni, były proste, malowane grubą kreską, zrozumiałe dla każdego, bez półcieni i szarości. Wcale go nie przerażały.

W relacjach między nauczycielami i uczniami rewolucji podziw miesza się ze wzgardą. Stary, mądry mistrz zazdrości młodemu zuchwalcowi i podziwia go, bo on sam, skrępowany wątpliwościami i wyobrażeniami, nigdy by się nie zdobył na czyn. Ale jednocześnie trudno mu pogodzić się z myślą, że oto prostak osiągnął coś, na badanie czego on poświęcił całe życie. Mistrz uczynił z rewolucji misterium, naukę, religię. Uczeń zaś ściągnął świętość z ołtarza, sprofanował, posiadł.

Po zwycięstwie rewolucji mistrzowie przychodzą do swoich uczniów, by im doradzać, ubierać ich nieposkładane myśli w piękne słowa. Stopniowo przejmują stery rewolucji, z którymi niedokształceni, ale coraz pewniejsi siebie uczniowie radzą sobie coraz gorzej. Dochodzi do nieuniknionej konfrontacji. Żołnierze rewolucji ścierają się z jej zarządcami. Zaczyna się gangrena rewolucji.

Kiedy wędrowaliśmy po najważniejszej z jego medres w miasteczku Akhora Chattak przy drodze wiodącej z Islamabadu do Peszawaru, Sami ul-Haq zapewniał, że afgańska rewolucja mułły Omara jest inna niż wszystkie dotychczasowe i właśnie ona, w przeciwieństwie do poprzednich, nigdy nie przepoczwarzy się w żałosną parodię samej siebie, ale da początek buntowi, który ogarnie cały świat i zaprowadzi nowe, sprawiedliwe wreszcie porządki.

– To zupełnie nowa rewolucja – tłumaczył, gwałtownie gestykulując wśród krużganków. Chowaliśmy się przed palącym słońcem w ich chłodnym, stęchłym cieniu. – Zazwyczaj rewolucje są zakłamane już w chwili swoich narodzin, bo na ich czele stoją ludzie niemający nic wspólnego z tymi, dla których dobra ich dokonują. Mułła Omar został emirem, choć nie był ani sławny, ani bogaty, nie miał możnych sponsorów ani nie pochodził ze szlachetnego rodu. Ale choć został emirem, nie przestał też być jednym z tysięcy zwykłych żołnierzy rewolucji. Jutro równie dobrze emirem może zostać któryś z jego towarzyszy, ktoś równie nieznany, ale wywodzący się z tych, w których imieniu przeprowadzana jest rewolucja. Takiej rewolucji nie da się stłumić ani powstrzymać. Nic nie da zgładzenie jej przywódcy, bo na jego miejsce pojawią się zaraz nowi, wcale nie gorsi ani lepsi. To prawdziwa potęga. Nie dziwię się wcale, że wy, chrześcijanie i Żydzi, widzicie w Omarze i jego rewolucji zagrożenie dla porządku, jaki narzuciliście całemu światu. Emir i jego żołnierze to zaledwie awangarda ruchu wyzwoleńczego, który ogarnie świat, nie tylko świat islamu, i przyniesie mu wolność. Wierzę, że kiedy i w moim kraju nadejdzie czas rewolucji, pokieruje nią ktoś taki jak Omar, nieznany, niczym nieróżniący się od tych tysięcy, na których czele będzie kroczył, niezdeprawowany i ślepo wierzący w świętą sprawę i jej zwycięstwo.

Ludzie, którzy go znali dobrze i którzy nie obawiali się opowiadać o nim cudzoziemcom, co do jednego byli zgodni – wiara była dla niego absolutnie wszystkim.

– Omar nigdy nie wyznawał się na teologii. Wielu innych wiedziało o religii więcej niż on. Ale żaden z nas nie miał w sobie wiary tak gorącej, niemal fanatycznej – opowiadał mułła Szer Mohammad Abbas Stanakzaj.

Wykształcony w indyjskiej akademii policyjnej i władający biegle angielską mową, cieszył się w pełni zasłużenie opinią najbardziej światowego z urzędników i dworzan afgańskiego emira. Był jego sekretarzem, ministrem dyplomacji. W końcu jednak zgubiły go nadmierny liberalizm i ciekawość świata. Oskarżany przez innych towarzyszy o niezdrową fascynację światowymi nowinkami, które odciągają uwagę od Najwyższego, Stanakzaj popadł w niełaskę emira i z posady ministra dyplomacji został strącony na stanowisko wiceministra zdrowia. W takiej właśnie skromnej roli przyjął mnie na audiencji w swoim szarym lodowatym mimo pogodnej wiosny gabinecie.

– Tak, z całą pewnością Omar wyróżniał się nawet spośród nas pobożnością i niezłomną wiarą. Poznałem go jeszcze podczas świętej wojny z komunistami i z Rosją. Jesteśmy rówieśnikami i pochodzimy prawie z tych samych stron. On spod Kandaharu, ja z sąsiedniego Urozganu. Obaj wywodzimy się też ze wschodnich Pasztunów, Ghilzajów. Omar należy do plemienia Hottak, ja do Stanakzajów. W Kandaharze, gdzie mieszkają zachodni Pasztunowie, Durranowie, Ghilzajowie nie mieli nigdy łatwego życia. Można powiedzieć, że obaj jesteśmy niskiego rodu. Przed wiekami przywódca Hottaków Mir Wajs podbił co prawda nawet perski Isfahan i założył pasztuńskie imperium w Persji, ale potem w Afganistanie rządzili już niemal wyłącznie Durranowie z Kandaharu. Omar był niskim rangą komendantem w partyzanckim pospolitym ruszeniu Junusa Chalesa, jednej z siedmiu wielkich armii mudżahedinów. Ja walczyłem w armii Nabiego Mohammadiego. W tamtych czasach szło się pod rozkazy tych komendantów, którzy najlepiej umieli zdobywać karabiny, pociski i pieniądze na wojnę.

Rozmowy ze Stanakzajem nie dłużyły się nigdy. Był znakomitym gawędziarzem i jeszcze lepszym gospodarzem. Kiedy sypał dykteryjkami albo z sarkastycznym humorem opowiadał o przymiotach i przywarach emira i jego dworzan, przypominał wszystkowiedzącego, zgryźliwego felietonistę wielkiej londyńskiej gazety albo wschodniego mędrca, któremu choćby z racji wieku wolno bezkarnie wytykać błędy i śmiesznostki władcy. Jego erudycja, maniery, odwaga i niezależność poglądów, a nawet delikatne rysy twarzy i dłonie nieodmiennie zaskakiwały cudzoziemskich przybyszów, którzy wybierając się na spotkanie z jednym z najważniejszych ministrów afgańskiego emira, spodziewali się ujrzeć kudłatego, nieokrzesanego barbarzyńcę, azjatyckiego wandala. Stanakzaj zaś, nawet jeśli nie miał racji, nawet jeśli w żadnej z kwestii nie zgadzał się z rozmówcą, zawsze wywierał doskonałe wrażenie. Nie przypadkiem, starając się jeszcze o uznanie świata, emir Omar właśnie jego uczynił swoim ministrem dyplomacji i polecił mu utrzymywać kontakty z cudzoziemcami.

– Nie przypominam sobie, bym zapamiętał go z tamtych czasów z jakiegoś szczególnego powodu – ciągnął Stanakzaj. – Niczym specjalnym się nie wyróżnił. Walczył jak my wszyscy.

Walczył – to może za dużo powiedziane. Działający jak pospolite ruszenie pasztuńscy wojownicy z południa kraju rzadko przeprowadzali skomplikowane operacje zaczepne (właściwie nie czynili tego prawie nigdy), obca była im nie tylko strategia, ale i taktyka. Rzadko zapuszczali się też w rodzinne strony, dolinę czy oazę (właściwie nie czynili tego prawie nigdy), stanowiące dla nich świat zamknięty i skończony. Bronili tylko swojego terytorium i starali się tak uprzykrzyć życie najeźdźcom, by udręczeni i wykrwawieni, wyjechali w końcu, uznając dalszą walkę za nieopłacalną.

Terenem działalności oddziału mułły Omara były okolice wioski Singesar w powiecie Majwand, nieco na zachód od Kandaharu. Mudżahedini Omara zaczajali się wśród owocowych drzew, które rosły wzdłuż drogi biegnącej z Kabulu do Kandaharu i dalej do Heratu, i z ukrycia ostrzeliwali przejeżdżające rosyjskie kolumny. Sam Omar wsławił się jako niezrównany strzelec z bazooki. Wdrapywał się na przydrożne drzewa i schowany wśród liści, odpalał z niezwykłą precyzją zabójcze dla czołgów i wozów pancernych pociski.

Mułła Mohammad Chaksar również pamięta Omara jeszcze z czasów świętej wojny sprzed ćwierćwiecza. Przyczynił się do wyniesienia go na tron emira i zanim zdradził, pełnił na jego dworze obowiązki wiceministra policji.

– Był dobrym żołnierzem. Pod tym względem mógł dorównać nawet absolutnemu mistrzowi mulle Abdulowi Salamowi z Paktiki, którego nazywaliśmy zresztą Rakietą. Szkoda, że zginął. Po wojnie zajął się handlem bronią, ale podobno oszukiwał i w końcu jeden z wystawionych do wiatru klientów po prostu go zastrzelił. Omar był równie dobrym kanonierem. Czasami trafiał z ukrycia, ale potrafił też stać wyprostowany i z bazooką na ramieniu spokojnie celować w nadjeżdżający czołg. Nie wiedział, co to strach. Te jego wyczyny wzbudzały w nas podziw, ale i przerażenie.

Kandahar, zbudowany w pustynnej oazie na ruinach starożytnego fortu Aleksandria Arachozja, jednego z sześciu miast wzniesionych na afgańskich ziemiach jeszcze przez Aleksandra Macedońskiego, słynął przez wieki ze swoich bazarów i karawanserajów, gdzie zatrzymywały się karawany kupców wędrujących Jedwabnym Szlakiem z Indii i Chin do Persji, Arabii i Europy, a także ze wspaniałych sadów i ogrodów, skąd pochodziły najlepsze figi, melony, granaty, winogrona i brzoskwinie. Dzięki krętym labiryntom kanałów irygacyjnych, którymi wodę z rzek Helmand i Arghandab pompowano na pustynię, mieszkańcom wiecznie zielonej oazy i jej gościom udawało się znosić nawet letnie, zabójcze upały.

Apogeum rozkwitu przeżył Kandahar w osiemnastym stuleciu, gdy założyciel afgańskiego państwa Ahmad Szah Durrani, chan z plemienia Abdalich, nazywanych później Durranami, podporządkował sobie pozostałe pasztuńskie plemiona i założył w Kandaharze stolicę swojego imperium, rozciągającego się od Chorasanu po Indus. Tak jak Ahmad Szah przyczynił się do rozkwitu Kandaharu, tak jego syn Timur Szah, przenosząc stolicę do Kabulu, mimo woli przyczynił się do upadku pasztuńskiej oazy.

Kandahar, jeszcze niedawno metropolia, stawał się coraz bardziej prowincją pogrążającą się w zaściankowości i zacofaniu, aż w końcu okrzyknięto go najbardziej konserwatywnym z afgańskich miast, najbardziej niechętnym wszelkim nowinkom ze świata. Położona na uboczu i zapominana przez świat oaza podupadała coraz bardziej. Pustynia pożerała wspaniałe niegdyś sady i ogrody, a bezradni wieśniacy przerzucali się na uprawę indyjskich konopi i maku. Opium i haszysz ściągały jeszcze buntowników i marzycieli z Europy i Ameryki, ale i oni przestali przybywać do Kandaharu, gdy w Afganistanie wylądowała Armia Radziecka, by bronić komunistycznego rządu w Kabulu przed muzułmańskimi partyzantami, mudżahedinami.

Dziesięcioletnia radziecka okupacja doprowadziła do całkowitego upadku miasta. Mszcząc się za zabitych żołnierzy i spalone czołgi, Rosjanie wyburzyli przydrożne domy na odległość karabinowego strzału i wyrąbali rosnące przy drogach słynne na całą Azję sady i ogrody, by mudżahedini nie mogli się w nich kryć i organizować zasadzek na przejeżdżające konwoje. Poustawiali też miny na polach ryżowych, czyniąc kandaharską oazę najbardziej zaminowanym regionem nie tylko w całym Afganistanie, ale na świecie. W rezultacie kwitnąca zielona oaza przemieniła się w martwą, rozpaloną słońcem i rozciągającą się aż po widoczne na horyzoncie góry pustynię, na której życie stało się nieznośne zarówno dla jej obrońców, jak dla najeźdźców.

Śmiertelnie umęczeni i upokorzeni Rosjanie postanowili w końcu opuścić niezdobyty Kandahar i całą afgańską krainę. Ale nawet spleceni w beznadziejnym klinczu, do samego końca nie przestawali walczyć, jakby poprzez zadanie przeciwnikowi możliwie największego bólu mieli sobie powetować gorycz porażki.

W wiosce Singesar jeden z wystrzelonych pod koniec wojny pocisków wybuchł na dziedzińcu meczetu, w którym modlił się Omar. Szrapnel ugodził go w skroń, wyłupując prawe oko. Uczniowie Omara gotowi byli przysiąc, iż na własne oczy widzieli, jak ich mistrz, nie zważając na ból, własnymi rękami wyciągał z głowy odłamki. Ani na chwilę przy tym nie stracił przytomności, a nawet panowania nad sobą. Uczniowie uznali to za cud. Jeden z lekarzy, którzy dbali potem o zdrowie emira, utrzymywał co prawda, że od nieszczęsnej kontuzji Omar zdradzał objawy szaleństwa, a w końcu w ogóle postradał zmysły. Wpadał w depresję i zamykał się na wiele dni w izbie, odmawiając przyjmowania posiłków i widywania kogokolwiek. Miewał też przedziwne wizje, a zdarzało się, że zachowywał się jak małe dziecko – potrafił siedzieć w samochodzie i kręcić kierownicą, warcząc jak silnik. Liżąc rany, Omar zaszył się w wiosce Singesar. Schował do skrzyni karabin, oddał się modłom i lekturze Koranu. Nauczał też w wiejskiej medresie, szkole katechetycznej, którą przed laty założył przy meczecie.

Na mułłę wykierował go stryj, który po śmierci swojego brata a ojca Omara (przyszły emir miał wtedy ledwie dwa lata) pojął zgodnie z plemiennym obyczajem wdowę za żonę. Wuj, wędrowny mułła zarabiający na życie modlitwą, zabrał rodzinę Omara z rodzinnej wioski Node do miasteczka Dara Wat, gdzie akurat umarł mułła z tamtejszego meczetu i wierni potrzebowali kogoś, kto pokierowałby ich modlitwami.

W Afganistanie, gdzie nic się nie zmienia, także Dara Wat wygląda dziś tak samo jak dziesięć, dwadzieścia, a zapewne i sto lat temu. Ulepione z gliny i słomy chatki, odgrodzone od świata wysokimi murami, latem duszą się w kurzu, a jesienią i wiosną, gdy rzadko tu widywane deszcze skropią ziemię, toną w mazistym szarym błocie. W wąskich zaułkach, przypominających uliczki labiryntu, i na ubogim bazarze przy głównej drodze nie spotyka się kobiet, dziewczęta nigdy nie chodziły tu do szkoły.

Omar zamieszkał wraz z wujem w wiejskim meczecie, izbie lichej jak wszystkie domostwa w miasteczku. Był nie tyle jego wychowankiem, ile sługą. Miał za to gdzie spać, nie przymierał głodem, a wuj uczył go na pamięć arabskich wersetów Koranu i sztuki pisania. Kiedy pod Dara Wat stanęły rosyjskie wojska, wuj sformował partyzancki oddział i wyruszył na wojnę. Młodego Omara wysłał zaś do sąsiedniego Pakistanu, gdzie jeden z jego znajomych kierował meczetem i przyświątynną medresą. Była to jedyna zagraniczna podróż przyszłego emira i jedyna jego edukacja.

Wrócił do kraju już jako mułła. Osiadł w wiosce Singesar, gdzie – jak niegdyś wuj – zarabiał na życie, przewodnicząc modłom w meczecie. Także wzorem wuja otworzył przy meczecie szkołę, w której uczył wioskowych chłopaków. Za przykładem wuja stworzył też własny partyzancki oddział, na którego czele walczył z Rosjanami. Aż do czasu fatalnej kontuzji.

Dziś nikt go tu już nie pamięta, a może tylko nie chce sobie przypomnieć, nikt go nie zna, nikt nie słyszał o mulle Omarze, nikt nie chce o nim mówić. Jakby go tu nigdy nie było. Jakby nigdy nie istniał.

Zwycięska święta wojna nie przyniosła jednak świętego pokoju i spokoju ani świętych porządków, jakie obiecywali święci wojownicy, mudżahedini. Po niesławnej rejteradzie Rosjan musiały minąć jeszcze trzy długie lata, zanim przypuścili w końcu szturm na Kabul i skłóceni, objęli władzę w kraju. Jeszcze nie zdążyły się dobrze zabliźnić rany i wyschnąć łzy po starej wojnie, gdy wybuchła nowa, bratobójcza, między tymi, którzy zawczasu potrafili zagarnąć największe arsenały i najwięcej pieniędzy. Pomniejsi i ubożsi komendanci, tacy jak mułła Omar, Mohammad Abbas i ich towarzysze, mogli jedynie bezradnie się przyglądać, jak inni walczą o łupy i rwą kraj na strzępy. Omar, który w czas krótkiego i kruchego pokoju poślubił trzy żony i spłodził z nimi pół tuzina dzieci (aby pojąć czwartą żonę, już jako emir kazał ponoć najpierw zabić jej męża, a potem zabrał wdowę do swojego domu), pochłonięty bez reszty modlitwą, zdawał się nie zwracać uwagi na bezprawie, w jakim z roku na rok coraz bardziej pogrążał się Afganistan.

Cały kraj stanął w ogniu, ale nigdzie, z wyjątkiem Kabulu, nieustannie obleganego, palonego, głodzonego i bombardowanego, nie było tak źle jak w Kandaharze. Miejscowi chanowie, mułłowie i komendanci, źle zorganizowani i uzbrojeni, a przede wszystkim od lat skłóceni, zostali całkowicie pominięci przy powoływaniu nowego rządu, który ani myślał zajmować się pustynną oazą. Przez kolejne lata Kandahar był krainą chaosu, terroryzowaną przez watażków łupiących karawany i bazary, zmuszających wieśniaków do uprawy i kontrabandy narkotyków, porywających dla swojej uciechy dziewczęta i chłopców. W końcu nawet zagraniczne organizacje humanitarne przestały wysyłać tam konwoje z pomocą.

– Działo się coraz gorzej. Wciąż tylko grabieże, zabójstwa, strzelaniny w biały dzień, porwania, gwałty. Patrzyliśmy na to wszystko i nie wiedzieliśmy, co począć. Nas, dawnych komendantów, ogarniał wstyd. Nie po to walczyliśmy tyle lat, nie po to ludzie tyle wycierpieli, żeby po zwycięstwie ich życie stało się jeszcze podlejsze. Obiecywaliśmy im, że będą żyli sprawiedliwie i w zgodzie z prawami Najwyższego. A wyszło tak, że ci sami ludzie, którzy kiedyś modlili się za nas, teraz zaczynali nas przeklinać – wspominając tamte czasy, Kwadratullah Dżamal wyłamywał palce w mocarnych dłoniach. – Zbieraliśmy się po meczetach, dawni komendanci, naradzali, dumali. Niby wiedzieliśmy, co należałoby uczynić, ale brakowało nam odwagi, rozumu, a może wiary. Kiedyś pojechaliśmy nawet do gubernatora Heratu komendanta Ismaela Chana, który u siebie zaprowadził wzorowy porządek. Ale zanadto był zaprzątnięty sprawami Heratu, żeby poświęcić uwagę Kandaharowi. Choć mieliśmy już tego po dziurki w nosie, jeden wciąż patrzył na drugiego. I wtedy usłyszeliśmy o Omarze. On powstał jako pierwszy. Jemu nie zabrakło ani determinacji, ani odwagi, ani wiary. Dlatego potem wybraliśmy go na swojego przywódcę.

Jedna z legend, w jakie obrósł żywot wiejskiego mułły, który wspiął się na tron emira, mówi, że pewnego dnia do meczetu, gdzie modlił się i mieszkał, przybyła delegacja zrozpaczonych wieśniaków. Przyszli na skargę na jednego z miejscowych watażków, który porwał i zniewolił dwie młode dziewczyny, a potem oddał je swoim żołnierzom. Przyszli też prosić Omara o pomoc. Wiedzieli, że sam kiedyś walczył. No i do kogo mieli się zwrócić, jeśli nie do tego, kto pomagał im wznosić modły do Boga?

Omar słyszał o bezprawiu i występku, jakie panowały w Kandaharze, ale w jego Singesarze do niczego podobnego nigdy wcześniej nie doszło. I nigdy już więcej miało nie dojść. Na czele uzbrojonych zaledwie w kilkanaście strzelb i karabinów trzydziestu uczniów, którzy dotąd zgłębiali tajemnice kaligrafii i Koranu, zaatakował niespodziewającego się niczego watażkę. Ten, przekonany, iż został napadnięty przez znacznie liczniejszego i potężniejszego wroga – któż ruszyłby do natarcia, nie mając absolutnego przekonania o swojej przewadze! – co prędzej się poddał, wierząc święcie, że okup uratuje mu życie. Omar kazał go jednak powiesić na lufie czołgu, żołnierzom zaś, przerażonym okrutną śmiercią ich komendanta, polecił złożyć broń albo przejść pod jego rozkazy.

Wieść o postępku Omara rozeszła się lotem błyskawicy po kandaharskich równinach i do meczetu w Singesarze ściągały coraz to nowe delegacje z prośbą, by Omar i jego uczniowie zaprowadzili także u nich sprawiedliwość i przegnali złych zarządców. Omar, którego imię stało się już sławne w całej okolicy, przybywał, zabijał lub przepędzał łotrów komendantów, odbierał im broń i żołnierzy. W dodatku niczego nie chciał. Uszczęśliwionym wieśniakom zalecał, by we wszystkim słuchali mułły, a sami zaczęli żyć po bożemu. Był coraz potężniejszy. Przyłączali się do niego żołnierze pobitych komendantów, a nawet oni sami, by uniknąć śmierci i hańby. Omar i jego uczniowie zdobywali kolejne wioski i miasta praktycznie bez bitew. Nikt nie chciał z nimi walczyć. Nikt jakoś nie ośmielił się mierzyć z karabinu w piersi świętobliwych mężów. Armia Omara okryła się legendą nie tylko niezwyciężonej, ale takiej, której żołnierze nie giną. Zyskało mu to kolejnych zwolenników i rekrutów. Tych, którzy stawali mu na drodze lub nie chcieli się do niego przyłączyć, Omar kazał wieszać. „Podjęliśmy walkę przeciwko tym muzułmanom, którzy zbłądzili. Pragniemy sprowadzić ich ponownie na dobrą drogę” – wyznał kiedyś mułła Omar Rahimullahowi Jusufzajowi, jednemu z dwóch dziennikarzy, z którymi zgodził się spotkać.

Zwycięski marsz wojsk Omara znaczyły szubienice z czołgowych luf. Singesar, Kandahar, Ghazni, Herat, Dżalalabad, Kabul. Nie minęło tysiąc dni, a jego żołnierze podbili cały kraj. Ponieważ większość z nich była uczniami wiejskich medres, nazywano ich talibami, czyli Tymi, Którzy Poszukują Prawdy.

Choć wydawało się, że mułła Omar jest naturalnym i oczywistym przywódcą talibów, nie wszyscy z komendantów, którzy przystali do ruchu, gotowi byli uznać jego pierwszeństwo. Sławnym, bogatym i szanowanym wodzom, generałom, a nawet zwyczajnym partyzanckim dowódcom ani w głowie było ustępować pobożnemu prostakowi. Nawet wielu spośród trzydziestu założycieli ruchu talibów uważało, że powierzenie przywództwa komuś takiemu jak mułła Omar będzie skazą i ujmą dla powstania, a kto wie, czy nie najprostszą drogą do jego degeneracji i upadku.

Do objęcia przywództwa nie kwapił się także sam Omar. Mułła Mohammad Chaksar, którego ród wydał wielu wspaniałych kandaharskich ulemów, od początku wierzył w Omara. Uważał, że jak nikt inny nadaje się na przewodnika talibów. Najpierw więc przekonał o tym jego samego, a później kilku wpływowych kandaharskich mułłów, których autorytet i głosy przeważyły szalę.

– Tłumaczyłem im, że Omar może i jest prostym człowiekiem, ale niewielu dorównuje mu odwagą, skromnością i uczciwością. Był jak pustelnik. Władza, majątek, wszelkie sprawy doczesne zdawały się go w ogóle nie zajmować – wspominał mułła Chaksar.

Poznałem go dopiero wtedy, gdy umykając przed nacierającymi wrogami, talibowie w panice porzucili Kabul, a on sam zdecydował się zdradzić Omara, pozostać w mieście i przejść do nieprzyjacielskiego obozu. W afgańskiej stolicy rządzonej przez nowych władców był trochę honorowym gościem, chętnie pokazywanym cudzoziemcom, a trochę więźniem, nieustannie pilnowanym przez mudżahedinów. Chaksar wciąż dumnie nosił długą brodę i ogromny czarny turban, które kojarzyły się z panowaniem talibów.

– Wysłuchali mnie – ciągnął. – Albo też uznali, że lepiej wstrzymać się z walką o władzę aż do czasu, gdy Omar ją dla nich zdobędzie. Ci wszyscy, którzy byli z nami, ale wciąż nie rozumieli naszej walki i po staremu władzę uważali za łup, nie widzieli w Omarze groźnego rywala.

– Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że Omar zawładnie całym krajem, uznałbym go za wariata – zwierzał się siwobrody komendant Naghibullah.

Zanim talibowie stanęli pod bramami Kandaharu, był jednym z trzech jego władców. Wpuścił talibów do miasta i poddał je, bo znał wielu ich dowódców, z Omarem na czele, i liczył, że w podzięce pozwolą mu dalej przemycać narkotyki do Iranu, Pakistanu i Turkmenii.

– Omar emirem?! Nie, stanowczo na takiego nie wyglądał.

Mułła Omar został pierwszym wśród równych. Mienił się przywódcą talibów, ale najważniejsze decyzje wciąż zapadały na naradach, podczas których każdy z mułłów i komendantów miał takie same prawa, a ich głos miał taką samą wagę. Wszyscy byli zarazem przywódcami i poddanymi, komendantami i żołnierzami. Każdy mógł być królem, każdy sługą.

Mułła Chaksar przerywał opowieść na czas modlitwy. Zzuwał pozłacane ciżmy z groteskowo zadartymi czubami i w kącie wyziębionego mimo płonącego piecyka pokoju bił pokłony Panu.

Nigdy nie przestał mnie zadziwiać całkowity brak skrępowania, z jakim muzułmanie wznoszą modły do Boga. Wydaje się, że nic i nikt im w tym nie przeszkadza. Nie potrzebują samotności, modlą się bez pośpiechu i nie czują zawstydzenia ani nerwowego zakłopotania, od których nam tak trudno się uwolnić, ilekroć nie możemy modlić się bez świadków.

Pewnego razu na przeciętej linią frontu drodze wiodącej z Kabulu do miasteczka Dżabal us-Seradż, wrót do podstołecznej doliny Pandższiru, zatrzymał mnie patrol talibów. Ich dowódca kazał mi wysiąść z samochodu i nie pozwolił na dalszą jazdę. W poczuciu winy, a może z ciekawości, zaprosił mnie jednak na poranny, pierwszy dla niego i jego żołnierzy posiłek, złożony z kawałków tłustej, żylastej baraniny, ryżu i słodkich winogron.

Żołnierze wpatrywali się we mnie bez słowa, w pełnym napięcia skupieniu śledzili każdy mój ruch, każdy gest, minę, jakby chcieli zapamiętać mnie na zawsze. Komendant zaś wypytywał i z powagą kiwał głową, słysząc moje odpowiedzi przekładane przez tłumacza. Ciekawiło go, dlaczego jak oni nie modlę się do Boga, skoro w Niego wierzę. Potem z nagłym błyskiem w oczach zapytał, czy potrafię powtórzyć słowa, którymi oni chwalą imię swojego Pana. La ilaha illa Allahu wa-Muhammad rasul Allahi – Nie ma bóstwa nad Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem. Kiedy wydukałem formułkę, oczy komendanta i jego żołnierzy zabłysły radosnym szczęściem. Nie mogli wyjść ze zdziwienia i zachwytu, że tak łatwo przyszło im przekonać mnie do wiary w ich Boga i że tak szybko wyparłem się mego. Byli przekonani, że skoro chwaliłem imię Allaha, nie mogę pozostać przy swojej starej wierze.

Afgańczycy obcują z Bogiem w sposób naturalny i ufny. Wiara jest dla nich tożsama z fizyczną egzystencją. Modlitwa jest czynnością niemal fizjologiczną, jak oddychanie czy sen. Choć setki razy byłem świadkiem ich modłów, za każdym razem ogarniało mnie przemożne przekonanie, że dopiero tam ludzie wierzą w Boga naprawdę. Może dlatego, że poza wiarą w Niego i w zbawienie tak niewiele im jeszcze pozostało.

Pomysł talibów i przewodzących im wiejskich mułłów, by na wojennych zgliszczach zbudować państwo na wzór muzułmańskiej wspólnoty z czasów proroka Mahometa i pierwszych kalifów, światu wydał się szaleństwem. W Europie nikt przecież, nawet najbardziej rozczarowany do życia, nie wzywa do cofnięcia się do czasów Chrystusa i apostołów. Afgańczykom zaś pomysł ten, przynajmniej na początku, wydał się nie tylko ciekawy, ale zbawienny.

Mułła Chaksar, choć zdradził emira, wciąż uważał, że tylko budując państwo boże na ziemi, Afgańczycy i wszyscy ludzie na świecie mogą zaznać prawdziwego i sprawiedliwego pokoju za doczesnego życia.

– Nie ma księgi prawdziwszej niż ta zesłana nam przez Najwyższego – mówił z przekonaniem. – W niej zawarte są dla nas wszystkie mądrości i wszystkie wskazówki. Idzie teraz o to, by właściwie je odczytać, pojąć i zastosować.

Emir rządził, nie ruszając się niemal ze skromnej izby wymoszczonej dywanami. W Kabulu, formalnie stolicy jego państwa, był najwyżej dwa razy. Nie opuszczał pustynnego Kandaharu. Stąd dowodził wojskami, tu podpisywał edykty, tu naradzał się z uczonymi ulemami i ministrami. Tu jadał posiłki, tu zasypiał, tu przyjmował poddanych.

Towarzyszyli mu sekretarze, z których najwyższy rangą, jeśli akurat nie sporządzał notatek, masował stopy i uda emira. Utrata oka nie była jedyną kontuzją, jaką Omar odniósł na wojnach z niewiernymi. Pociski wroga trafiały go co najmniej pół tuzina razy, raniąc dotkliwie tors i nogi.

W swojej tronowej izbie nigdy nie był sam. Od świtu do późnej nocy przewijały się przez nią setki petentów i gości. Ministrowie przychodzili, by wysłuchać jego rozporządzeń, doradcy – gdy emir zapragnął zasięgnąć ich opinii. Z prośbami o pieniądze przybywali komendanci, wojewodowie, a także prości kierowcy i przewodnicy karawan ciężarówek, które utknęły na kandaharskich bezdrożach. Omar wysłuchiwał próśb w milczeniu, po czym dawał znak najważniejszemu z sekretarzy. Ten sięgał do jednej z kieszeni ukrytych w szatach emira i wydobywał z niej wielki klucz do stojącej tuż przy łożu-tronie skrzyni. Wyjmował z niej pakunki banknotów, odliczał odpowiednią sumę i na skinienie emira wręczał przybyłym.

Kiedy służba przynosiła władcy posiłek, sekretarz jako pierwszy próbował każdego z dań, by sprawdzić, czy w ryżu, kawałkach baraniny lub jogurcie któryś z wrogów – a odkąd ogłosił się emirem, Omarowi ich nie brakowało – nie ukrył zabójczej trucizny.

Wydawać by się mogło, że posada sekretarza emira była zajęciem raczej upokarzającym niż godnym szacunku. Nic bardziej mylącego! Najważniejszy sekretarz był na dworze kluczową postacią. To on decydował o kalendarzu audiencji, on szeptał emirowi do ucha, on przynosił plotki krążące po emiracie. Mułła Abdul Wakil Motawakkel, który wywodził się z pośledniego pasztuńskiego plemienia Kakar, pełniąc przez wiele lat obowiązki sekretarza, tłumacza i osobistego kierowcy emira, zaskarbił sobie tak wielkie zaufanie i zdobył tak wielkie wpływy, że powierzono mu posadę ministra dyplomacji. Zyskał też opinię najbardziej liberalnego ze wszystkich dworzan emira.

Kiedyś w Kabulu zapytałem Motawakkela, co oznaczało być liberałem wśród talibów. Jego wiecznie senne oczy ożywiły się nieco, a z pucołowatej twarzy zniknęła na chwilę mina wiecznie rozkapryszonego dziecka. Wydął usta i kazał sobie jeszcze raz powtórzyć pytanie, jakby go nie rozumiał. Tłumacz przez dobrych kilka minut szeptał mu do ucha przerażony groźbą gniewu przełożonego. Bał się, że mułła nie zrozumiał jego przekładu. Bał się też, że nazbyt długo i drobiazgowo objaśniając Motawakkelowi sens pytania, może wywołać wrażenie, iż powątpiewa w intelekt ministra.

W końcu Motawakkel zmarszczył się z niesmakiem i odparł, że nie rozumie, co mam na myśli, rozprawiając o jego liberalizmie.

– Choćby to, że spotyka się pan z cudzoziemcami, i to nie tylko mężami stanu, ale żurnalistami jak ja.

– Ależ to należy do moich obowiązków służbowych – odparł mułła, uśmiechając się z ulgą i pobłażaniem.

Bosonogi, w powłóczystych, zgrzebnych szatach, Omar wyróżniał się spośród towarzyszy jedynie wyjątkowym wzrostem. Zanim jego sekretarze i przyboczna gwardia odgrodzili go od świata szczelnym murem wymogów bezpieczeństwa i protokołu, kwatera Omara niczym nie różniła się od sztabów innych afgańskich komendantów i chanów. Nigdy nie udało mi się pojąć, kim byli ludzie odwiedzający Ahmada Szaha Massuda, hadżiego Abdula Kadira czy Ghari Babę z Ghazni. Po co przychodzili, kto ich wpuszczał i wedle jakiego porządku? Na jakich prawach uczestniczyli we wspólnych wieczerzach, naradach, debatach? Przepływali senną falą przez wiecznie otwarte drzwi, witali się z gospodarzem uściskiem dłoni lub pocałunkiem, a czasem bez słowa rozsiadali się pod ścianami na rozrzuconych na podłodze dywanach, materacach i poduszkach. Przysłuchiwali się, o czym rozmawiano, czasami wtrącali zdanie lub dwa, a czasami po prostu zapadali w zamyślenie i wracali do życia, gdy w drzwiach stanął ktoś nowy. Niekiedy strudzeni lub znużeni, zasypiali na poduszkach. Gospodarze też zdawali się nie zwracać uwagi na gości. Całe dnie upływały na takich pozornie chaotycznych naradach, biesiadach, czekaniu na nie wiadomo co.

Omar odzywał się niewiele. Raczej słuchał, co mają do powiedzenia ci, którzy przybywali do jego izby. Rahimullah Jusufzaj, który rozmawiał z Omarem przynajmniej tuzin razy, odnosił wrażenie, że mrukliwość mułły wynikała z jego nieśmiałości i – w pierwszym okresie sprawowania władzy – niewiary w siebie, a także nieufności do wszystkich i wszystkiego, co było mu obce i nieznane.

– Nie wiem dlaczego, ale szybko udało mi się zdobyć zaufanie Omara. Do tego stopnia, że od czasu do czasu dzwonił nawet do mnie do redakcji – mówił.

Na opowieści o afgańskim emirze Rahimullah starał się zapraszać do swojego gabinetu przynajmniej po kilku zagranicznych dziennikarzy. Poza przywódcami talibów, którzy niechętnie rozmawiali o pierwszym spośród siebie, Rahimullah był właściwie jedynym źródłem wiedzy o Omarze i każdy cudzoziemiec przybywający do Peszawaru przed podróżą do Afganistanu chciał się z nim spotkać choćby na krótką chwilę. Znudzony powtarzaniem w kółko tego samego Rahimullah szukał rozmaitych sposobów, by nie postradać zmysłów.

– Kiedyś zadzwonił do mnie, bym mu coś poradził – wspominał. – Amerykanie domagali się od niego, by im wydał albo przynajmniej przegnał z Afganistanu saudyjskiego banitę Osamę ibn Ladina, który korzystał z jego gościny. Omar powiedział mi, że wymyślił, by wysłać Osamę na Kaukaz, do Czeczenii. Chciał wiedzieć, co o tym sądzę. To był wrzesień dziewięćdziesiątego dziewiątego i rosyjska armia właśnie najechała ponownie na Czeczenię. Powiedziałem więc Omarowi, że wysłanie Osamy w takiej chwili na Kaukaz nie byłoby najszczęśliwszym pomysłem.

W wiejskim meczecie w Singesarze Omarowi zdarzało się wygłaszać kazania, przemawiać do wiernych. Kiedy jako przywódca powstania talibów musiał przenieść się do Kandaharu, wykręcał się, jak mógł, nawet od odprawiania modłów w głównym meczecie miasta. Dopiero gdy ogłosił się emirem i dzięki nieograniczonej niemal władzy w cudowny sposób nabrał wiary w siebie, postanowił prowadzić modlitwy we wszystkie najważniejsze święta, choć zgodnie z obyczajem przywilej ten należał tylko do największych mędrców i uczonych w Piśmie.

Według kandaharskich duchownych Omar, wiejski mułła, prowadził modły fatalnie. Mylił się wciąż, zapominał wersetów, a jego arabska wymowa pozostawiała tyle do życzenia, że wielu nabrało podejrzeń, iż emir nie rozumie, co mówi.

Pakistański doktor Dżalilullah, podobnie jak dziennikarz Rahimullah wywodzący się z pasztuńskiego plemienia Jusufzajów, też dostąpił zaszczytu audiencji u emira i zaskarbił sobie jego zaufanie. Lecząc zaś jego i dwór, doktor niezamierzenie zyskał bezcenną wiedzę o obyczajach afgańskiego władcy. Kiedy w ciemnym pokoju hotelu „Green” w Peszawarze wyliczał przywary emira: gburowatość, prostactwo, brak ogłady, nieskładna i niespójna mowa, niemal całkowity brak wykształcenia, marna znajomość nawet powszechnego w Afganistanie języka perskiego – miało się wrażenie, że sam sobie zadaje pytanie, w jaki sposób Omar został nagle wyniesiony na najwyższy urząd.

Sajjed Abdullah Nuri, przywódca mudżahedinów z sąsiedniego Tadżykistanu, trafił przed oblicze afgańskiego emira, choć wcale nie zabiegał o widzenie. Wraz z grupą parlamentariuszy wracał do Taloghanu z irańskiego Meszhedu, gdzie spotkali się na rozmowach z wysłannikami rządu tadżyckiego, którego nie uznawali i przeciwko któremu prowadzili wojnę. Pobici i wypędzeni z kraju, znaleźli schronienie i opiekę u swoich rodaków, afgańskich Tadżyków, zamieszkujących doliny Hindukuszu.

Niegdyś tadżyccy mudżahedini wzorowali się na afgańskich i wierzyli, że im też uda się pokonać bezbożny komunistyczny rząd i zaprowadzić sprawiedliwe porządki w kraju. Kilka lat wygnania w Afganistanie napełniło ich jednak trwogą. Widząc wojenne spustoszenia u sąsiadów, uznali, że zamiast bić się z komunistami, lepiej będzie się z nimi dogadać. Wracali ze spotkania z komunistami w Meszhedzie, gdy myśliwce talibów zagrodziły drogę ich samolotowi i zmusiły do lądowania w Kandaharze. Z podmiejskiego lotniska przestraszeni nie na żarty Tadżycy zostali zawiezieni na dwór emira.

– Emir chciał wiedzieć, kim jesteśmy i skąd się wzięliśmy na afgańskim niebie – opowiadał Nuri. – Przez trzy kwadranse wypytywał nas, czy jesteśmy muzułmanami, w imię czego wywołaliśmy wojnę i dlaczego ją teraz chcemy przerwać. Na koniec zapytał, jak naszym zdaniem mają się sprawy w jego kraju i jak on sam miał postąpić ze swoimi wrogami, którzy odmówili podporządkowania się jego władzy. Było to trudne pytanie, ponieważ sami korzystaliśmy z gościny jednego z wrogów emira, komendanta Ahmada Szaha Massuda, i właśnie zmierzaliśmy do jego stolicy Taloghanu. Powiedziałem Omarowi, że zgoda i rokowania są zawsze lepsze niż wojna. Emir pokręcił głową i rzekł, że rozmowy i układy nie prowadzą do niczego dobrego, natomiast wojna oraz ostateczne zwycięstwo którejś ze stron jest rozstrzygnięciem sprawiedliwszym i trwalszym. Poprosił nas, żebyśmy spędzili noc na jego dworze, a nazajutrz rano pozwolił nam udać się w dalszą podróż. Rozmawialiśmy po persku, ale słabo władał tą mową. Odniosłem też wrażenie, że nie wyznawał się zanadto w sprawach teologii, a także polityki.

Wkrótce po nieplanowanej wizycie w Kandaharze tadżyccy mudżahedini dobili targu z komunistami. Wielu ich komendantów zostało ministrami, a Nuriego, choć nadal oficjalnie był przywódcą opozycji, uważano w Tadżykistanie za osobistość ustępującą znaczeniem jedynie prezydentowi.

Omar żył prosto i skromnie, jak jego poddani. Nie był to jednak z jego strony akt polityczny, przemyślany gest mający na celu zdobycie poklasku czy demonstracja jakiegoś wzoru postępowania. Nie było w tym żadnej ostentacji.

Drogimi samochodami, które przysyłano mu w prezencie, w miarę jak rosła jego potęga i sława, obdarowywał znaczniejszych komendantów i mułłów lub po prostu tych, którzy go o to prosili. Sam jeździł konno albo na motocyklu. Swojego ogrodnika zbeształ za to, że na dziedzińcu nowego domu wypielęgnował kwiatowe rabatki i trawniki. „Po co to? Komu to potrzebne?” – krzyczał i kazał w miejsce kwiatów posadzić warzywa. Kucharzowi zaś zabronił przyrządzać codziennie posiłki z mięsa, którego jego żołnierze nawet nie widywali. Nad smakowite szaszłyki czy pilaw przedkładał jogurt i warzywa, a szczególnie zieloną cebulę, którą pogryzał z chlebem jak jabłka.

A gdy odwiedził parcelę, na której murarze wznosili mu wspaniały pałac ufundowany przez jego saudyjskiego gościa Osamę ibn Ladina, i zauważył wystające z murów zbrojeniowe pręty, szczerze zachwycony, kazał je tak zostawić, by służyły jako znakomite wieszaki na ubrania i karabiny. Kazał też usunąć z łazienek sedesy i zamiast nich wybić w podłodze kloaczne otwory.

W nowej rezydencji na przedmieściu, tam gdzie pustynna równina wspina się mozolnie w góry, a powietrze jest czystsze, mniej upalne i rześkie, Omar zamknął się za wysokim ceglanym, strzeżonym przez żołnierzy murem odgradzającym go od dawnego życia. Przed zgubną pamięcią i tęsknotą za tym, co było, miały go strzec wykładane najpiękniejszymi marmurami podłogi, schody i kominki, kryształowe żyrandole, kolumny krużganków imitujące pnie drzew, fontanny, ścienne malowidła przedstawiające ośnieżone góry, kwieciste łąki, zielone rzeki i heroiczne sceny bitewne, źródlana woda płynąca prosto z chromowanych kranów i ukryte w ścianach dmuchawy, które nawet w najbardziej upalne dni dawały przyjemny, ożywczy chłód. Na Omarze zrobiło to tak ogromne wrażenie, że kazał wmurować dmuchawy także do obory, gdzie trzymał siedem krów.

Kazał też udoskonalić dach pałacu tak, by ochronił go przed atakiem samolotów, którymi straszyli go cudzoziemcy. Przez całe lata zaprzyjaźnieni z talibami kupcy sprowadzali do Kandaharu nieprawdopodobne ilości zużytych opon samochodowych, które Omar polecał murarzom umieszczać warstwami na dachu na przemian z deskami, gliną i betonem. Nowa konstrukcja zniszczyła estetyczną wizję architektoniczną, ale miała ratować emirowi życie. Nieprzyjacielskie śmiercionośne pociski miały odbijać się od dachu Omarowego pałacu jak piłki.

Na razie jednak na afgańskich bazarach wciąż opowiadano historie o tym, jak to wzorując się na swoim wielkim imienniku kalifie Omarze, wymykał się w przebraniu ze swego pałacu, by wmieszać się w tłum, nierozpoznany usłyszeć, co naprawdę mówią jego poddani, czym się martwią, z czego się cieszą. Jeśli podczas takiej sekretnej wyprawy jednooki emir usłyszał więcej skarg niż zachwytów, następnego dnia rozkazywał wieszać na obwoźnych szubienicach z czołgowych luf rabusiów, szubrawców, lichwiarzy, nieuczciwych urzędników i niegodziwych komendantów.

Po latach anarchii, bezprawia i gwałtu skromny, prosty, sprawiedliwy i surowy, a czasami nawet okrutny emir wydawał się mieszkańcom Kandaharu darem Niebios. Łatwo godzili się na narzucone im przez władcę zakazy i wyrzeczenia. Pożegnali się z muzyką, telewizją i wszelką rozrywką, zgodzili się nawet pozamykać w domach swoje kobiety. W zamian bowiem otrzymali przejezdne drogi, a co za tym idzie, tańsze towary na targowiskach, dostali bezwzględne prawo, które uporządkowało ich życie. Ulga przeważała nad poczuciem bezsilności i upodlenia. Musiał minąć jakiś czas, a poprawa losu musiała ludziom spowszednieć, żeby porządki emira i jego talibów stały się dokuczliwe.

Afgańczykom łatwo było wyrzec się przyjemności i rozrywek uznanych przez emira za grzeszne także dlatego, że mułła Omar nie pozbawiał ich niczego, czym sam cieszyłby się w ukryciu. Emirowi może brakowało wiedzy, manier i ogłady charakteryzujących władców innych krajów, nie sposób było mu jednak zarzucić hipokryzji.

Miał małe słabości – uwielbiał zapasy i potrafił godzinami przyglądać się splecionym w morderczym uścisku wojownikom, próbującym powalić rywala na ziemię.

Lubił też aromat pachnideł, które nosił zawsze przy sobie w specjalnym flakoniku. Opowiadał, że zostały sporządzone według tej samej receptury, jakiej używał na własne potrzeby sam prorok Mahomet. Lubił też patriotyczne i wojenne pieśni Saradżiego. Podróżując samochodem, kazał kierowcy puszczać kasety Saradżiego i wciśnięty w kanapę, z pochyloną głową, zapominał o bożym świecie, mamrocząc pod nosem:

To jest nasz dom,

tygrysów dom i lwów,

to kraj potężnych gór,

zielonych łąk i rzek.

Lecz nade wszystko to

kraj wojowników jest,

kraj męczenników, tych,

co zań przelali krew.

Choć nikt nie tylko nie uznał w nim przywódcy wszystkich wiernych, a nawet prawowitego władcy Afganistanu, w Kandaharze jego rządy były absolutne i niepodważalne. Nic w kraju nie mogło wydarzyć się bez wiedzy i zgody Omara. Sam podejmował wszystkie decyzje. I te najważniejsze, o wojnie i pokoju, i te z pozoru poślednie – na przykład którego cudzoziemskiego dziennikarza należy wpuścić do kraju, a któremu zabronić wjazdu. Zabierało to wiele czasu i komplikowało życie, ale biada temu, kto ośmieliłby się uzurpować sobie choćby najmniejszą cząstkę władzy.

Biada też ministrowi, który pozwolił sobie mieć jakiekolwiek polityczne ambicje i nie skrywać ich! Groźny mułła Amir Chan Mottaki, który dosłużył się przed laty jednego z najważniejszych w emiracie stanowisk ministra kultury i informacji, nazbyt otwarcie zaczął przymierzać się do jeszcze ważniejszej posady ministra dyplomacji. Nie tylko jej nie otrzymał, ale choć zaliczał się do najstarszych i najwierniejszych przyjaciół Omara, stracił nawet tę dotąd piastowaną i niezwłocznie został zdegradowany do roli ministra szkolnictwa wyższego.

Mottaki przypominał mi irańskiego ajatollaha Mohtaszemiego, którego poznałem w Teheranie. Cieszył się kiedyś opinią jednego z najradykalniejszych, najbardziej wojowniczych przywódców rewolucji muzułmańskiej i usiłował przenosić jej zarzewie w każdy zakątek świata, aby w końcu zwyciężyła i przyniosła sprawiedliwe porządki. Kiedy spotkałem go w Teheranie, jego polityczna gwiazda nie świeciła już tak jasno. Po śmierci przywódcy rewolucji imama Chomeiniego został wraz z innymi, podobnymi mu rewolucjonistami odsunięty od rządu przez sprytniejszych i bardziej zaradnych mułłów i urzędników, którzy głosili potrzebę pragmatyzmu, a których Mohtaszemi nazywał hipokrytami i zdrajcami Sprawy. Dawniej nie zawracał sobie głowy wizytami cudzoziemskich dziennikarzy. Teraz, zapomniany, witał gości ze szczerą radością. Kiedy zostałem wprowadzony do wymoszczonego perskimi dywanami pomieszczenia, które nazywał swoim biurem, powstał z trudem i wyciągnął na powitanie zabliźnione jasnoróżowe kikuty kończących się na łokciach rąk. Dłonie stracił w Bejrucie, dokąd pojechał podburzać tamtejszych muzułmanów przeciwko skorumpowanym, bezbożnym reżimom. Bomba, która omal nie pozbawiła go życia, eksplodowała pod mównicą, kiedy oparty o nią, przemawiał.

W spojrzeniu Mottakiego rozpoznałem ten sam ogień, który wciąż palił się w oczach Mohtaszemiego.

Kiedy ostatni raz widziałem Mottakiego, wielki plaster przyklejony pośrodku czoła na jakiś czas odebrał mu wizerunek okrutnego wojownika. Nie wyglądał już jak rycerz bez skazy i miłosierdzia dla wrogów. Irytujący Mottakiego opatrunek, którego w czasie rozmowy wciąż dotykał dłońmi, założono mu na ranę, jaką odniósł w zamachu bombowym. Minister jechał ze swoimi żołnierzami z ministerstwa do hotelu „Ariana”, gdzie mieszkał, odkąd przeniósł się do Kabulu z rodzinnego Kandaharu. Stojący na poboczu szerokiej ulicy i – jak się potem okazało – nafaszerowany trotylem samochód wyleciał w powietrze w chwili, gdy obok przejeżdżał terenowy datsun Mottakiego. Odłamki śmiertelnie poraniły pięciu przechodniów, ale ministrowi dużej krzywdy nie zrobiły. Kawałki szkła poharatały mu tylko twarz.

– To miasto pełne jest wrogów. Nie pierwszy to zamach i nie mnie jednego chcieli zabić – Mottaki ze stężałą twarzą wracał wspomnieniami do chwili, gdy śmierć przeszła tak blisko. Jeśli bowiem wrogowie wiedzieli, kiedy i którędy będzie jechał przez miasto, oznaczało to tylko jedno: któryś z jego najbliższych doradców i najbardziej zaufanych żołnierzy był zdrajcą. – Chcą zgładzić nas wszystkich.

Dwa lata wcześniej samochód-pułapkę ustawiono w Kandaharze przy drodze do Heratu, tuż przed domem emira. Obok znajdowały się konsulat Pakistanu oraz gospoda, w której zwykli zatrzymywać się komendanci talibów przybywający po poradę lub z prośbą do emira. Ciężarówka, cysterna, wydała się podejrzana wartownikom i postanowili ją odciągnąć sprzed bramy. Bomba eksplodowała, zabijając ponad czterdziestu ludzi, w tym dwóch braci i szwagra emira. Jeden z jego synów został ranny. To, że nie zginął sam mułła Omar, graniczyło z cudem. Życie zawdzięczał młodemu, ślepo mu oddanemu Hafezowi Madżidowi, który wyciągnął go z płonącego samochodu, bo właśnie zamierzał wyruszyć w podróż. Omar uczynił później dwudziestoparoletniego Hafeza komisarzem policji w całym Kandaharze.

Po każdym z zamachów, do których dochodziło w Kabulu tym częściej, im dłużej i bezwzględniej panowali talibowie, ich żołnierze urządzali obławy, aresztując prawdziwych i rzekomych złoczyńców. Jedni trafiali do więzienia Pul-e Czarhi na przedmieściach stolicy, inni kończyli na szubienicach ustawianych na stadionie, targowisku przed meczetem czy też na ruchliwych skrzyżowaniach.

Mottaki nie cierpiał tego miasta nie mniej niż sam Omar. Kosmopolityczny, zapatrzony w Europę Kabul był im obcy i nieprzyjazny, tym bardziej że większość mieszkańców pochodziła z zaczynającej się pod miastem doliny Pandższiru, ojczyzny i niezdobytej twierdzy najgroźniejszego z wrogów talibów, tadżyckiego komendanta Ahmada Szaha Massuda. Talibowie nie ufali obrotnym i wykształconym kabulskim Tadżykom, którzy dzięki swojej zaradności i energii królowali od dawna w afgańskiej stolicy. Wtrącali ich pod byle pozorem do więzień, zwalniali z posad w administracji, by nie szpiegowali dla Massuda. Ale każdy zwolniony, uwięziony czy stracony urzędnik sprawiał, że talibom było coraz trudniej rządzić.

Mottakiego spotykałem też wiele razy na podkabulskim płaskowyżu Szomali, gdzie przebiegał front. Podczas jednej z rozmów przyznał, że wolałby walczyć, niż przesiadywać w gabinetach i że życie żołnierza jest mu bliższe i bardziej zrozumiałe niż stołecznego urzędnika, choćby i dygnitarza. Lubił też rozprawiać o szlaku handlowym do Turkmenii i Uzbekistanu, który zamierza otworzyć Afganistan. Według niego byłoby to równie ważne wydarzenie jak kiedyś odkrycie drogi morskiej do Indii. Narzekał, że przewlekła wojna odgradza Azję Środkową od świata, skazuje na zacofanie i biedę. Rosja – twierdził – celowo straszy Uzbeków, Turkmenów, Tadżyków i Kazachów talibami, by przerażeni, sami prosili ją o pozostawienie wojsk na granicy. W ten sposób – dowodził – Rosja utrzymuje naszych braci w zależności.

Wizje gwarantujących zarobek karawan przemierzających Azję starożytnym Jedwabnym Szlakiem mogły zawrócić w głowie brodatemu, długowłosemu Mottakiemu, któremu zamarzyła się posada ministra dyplomacji. Omar nie tylko odebrał mu nadzieję, ale nie pozwolił też wrócić do dawnego wcielenia mułły i żołnierza, w którym Mottaki czuł się tak dobrze. Emir skazał go na pozostanie w mieście, w którym wszystko było mu nienawistne. W dodatku w roli ministra zajmującego się szkolnictwem, czyli czymś, co w ogóle nie istniało.

Jeszcze okrutniejsza kara spotkała innego starego druha mułły Omara, wiarusa mułłę Mohammada Ghausa. Jako minister dyplomacji bez uzgodnienia z emirem skrzyknął się z ministrem lotnictwa cywilnego i turystyki oraz prezesem banku centralnego Ihsanullahem, tym samym, który pierwszy wezwał, by ogłosić Omara emirem, i wspólnie wyruszyli na wyprawę wojenną przeciwko zamieszkującym afgańskie północne stepy krnąbrnym i wojowniczym Uzbekom. Może chcieli się tylko jeszcze bardziej przysłużyć emirowi. A może, kto wie, prowadząc i wygrywając wojnę na własną rękę, myśleli o rzuceniu mu wyzwania? Wyprawa zakończyła się jednak klęską, ślepy mułła Ghaus stracił najlepsze pułki, a sam trafił do niewoli, z której w dodatku w jakiś niezwykły sposób uciekł. Emir nie tylko nie okazał mu współczucia, ale wygnał bez słowa z dworu i mulle Ghausowi nie pozostało nic innego, jak sprzedawać ziemniaki na targowisku w Kandaharze i modlić się o przywrócenie do łask emira.

Aby utrzymać w posłuchu nazbyt ambitnych dworzan, emir dbał o to, by gubernatorem nie został mianowany ktoś wywodzący się z prowincji, którą miał zarządzać. Przysyłani z Kandaharu namiestnicy traktowani byli przez podwładnych jako obcy, często nie mówili nawet miejscowym narzeczem, nie znali miejscowych tradycji. Nie mieli więc żadnych szans na uczynienie z podległej prowincji udzielnego księstwa, z którego można by wyruszyć po władzę w całym kraju. Emir nie pozwalał też, by któryś z ministrów zasiedział się nazbyt długo na powierzonym stanowisku, za dobrze poznał tajniki resortu, a przede wszystkim podwładnych i poddanych, zdobył ich szacunek albo zwyczajnie posłuch. By poczuł się zbyt pewnie, stał się lepszy niż inni, a więc niebezpiecznie się wyróżniał. Ciągła rotacja, a także rzadki zwyczaj posyłania co jakiś czas ministrów na wojnę należały do najważniejszych reguł utrzymywania równowagi politycznej na dworze emira.

Minister kultury Kwadratullah Dżamal nie widział nic dziwnego ani też nagannego w tym, że od czasu do czasu przychodziło mu porzucać wygodny gabinet w stołecznym śródmieściu i wyruszać na któryś z frontów, by dowodzić talibami podczas bitew, oblężeń czy przemarszów.

– Dla mnie to nie stanowi żadnej różnicy – mówił tubalnym, pewnym siebie głosem. – Wybraliśmy Omara na przywódcę i zgodziliśmy się słuchać jego rozkazów. Osobiste ambicje i żądza władzy są grzechem wobec islamu, który zaleca tylko wzorowe wykonywanie obowiązków związanych z powierzonym urzędem. Emir wyznacza zadania, a nam pozostaje tylko wypełniać je, jak potrafimy najlepiej. Dziś może kazać mi być ministrem, a jutro dowodzić frontem. Muszę być zarówno dobrym ministrem, jak komendantem. Cóż zresztą złego w tym, że ministrowie walczą na froncie? Wszyscy przecież byliśmy kiedyś partyzanckimi komendantami. Wielu z nas lepiej potrafi walczyć, niż zarządzać.

Kwatera Kwadratullaha mieściła się w jednym z nielicznych gmachów, które jakimś cudem wyszły cało z ulicznej wojny i bombardowań. Pobliski hotel „Spinzar”, gdzie zatrzymałem się, kiedy dziesięć lat temu po raz pierwszy odwiedziłem Afganistan, nie miał tego szczęścia. Bomba oderwała całą ścianę frontową, a kikuty ocalałych murów straszyły czarnymi oczodołami wypalonych okien. Niedaleko Ministerstwa Kultury wznosił się też jedyny w całym mieście, kilkunastopiętrowy wieżowiec Ministerstwa Łączności, najwyższy budynek w Kabulu, pamiątka z czasów gdy jeszcze budowano, gdy jeszcze nie nadeszła epoka wielkiej destrukcji. Wmurowany w fasadę gmachu zegar niezmiennie wskazywał godzinę ósmą trzydzieści pięć.

Kiedyś mieściła się tu poczta główna, z której zawsze można było dodzwonić się do pakistańskiego Peszawaru, a przy odrobinie szczęścia nawet do Europy. Znajdował się tam też drugi działający w mieście teleks. Pierwszy stał w hallu hotelu „Kabul”. Wielki, warczący jak karabin maszynowy, podskakiwał w rytm wystukiwanych klawiszy, przemieszczając się chaotycznie po wyłożonej marmurem podłodze. Zwykle zaczynałem nadawanie korespondencji pod oknem, skąd miałem widok na wielki park, po którym przechadzały się znudzone, wyliniałe pawie. Nadawanie kończyłem nierzadko pod schodami, dokąd drobnymi kroczkami uciekał teleks, jakby chciał wymknąć się niepostrzeżenie z hotelu i miasta.

Mudżahedini, którzy właśnie zajęli stolicę, nie bardzo chyba wiedzieli, do czego służył. Stary recepcjonista w garniturze z grubej wełny zapewne wiedział, ale obrażony na cały świat, nie zamierzał dzielić się z nikim swoją wiedzą. Demonstracyjnie nie zauważał brodatych mudżahedinów, których jako najnowszych władców kraju obarczał winą za zmiany, jakie spowodowali w jego życiu, nie pytając go nawet o pozwolenie. Pogrążony we własnych myślach, nikomu nie zamierzał ani pomagać, ani przeszkadzać. Wzruszał ramionami i udawał, że nic nie rozumie, zarówno gdy pytałem go o taśmę perforacyjną, jak o rachunek za wysłaną korespondencję.

Kiedy przyjechałem do Kabulu dwa lata później, po teleksie, recepcjoniście i pawiach nie było już śladu. Zamiast marmurowej podłogi w hotelowym hallu ziała głęboka jama wydrążona przez bombę, która przebiła dach i wybuchła w piwnicy, wciągając w otchłań mury.

Odtąd, ilekroć przyjeżdżałem do Kabulu, zawsze mieszkałem w górującym nad miastem hotelu „Intercontinental”. Z woli emira wszyscy cudzoziemcy odwiedzający jego kraj mieli teraz mieszkać w miejscu, które on sam osobiście wskazał.

„Intercontinental” leżał na przedmieściu, z dala od śródmiejskich dzielnic Wazir Akbar Chan i Szahr-e Nau, w których mieściły się wszystkie urzędy i gdzie do południa można było spotkać ministrów talibów, jeśli akurat wezwani przez emira, nie przebywali w Kandaharze. Gmach podległego Kwadratullahowi Ministerstwa Kultury stał w samym sercu miasta. Stąd wszędzie było blisko. I na położony tuż za rzeką największy bazar w Kabulu, i do odbudowanego Błękitnego Meczetu Pul-e Cheszti, gdzie często odprawiali modły najważniejsi przywódcy talibów, i do Ministerstwa Dyplomacji, gdzie od czasu do czasu odbywały się konferencje prasowe dla dziennikarzy.

W gabinecie Kwadratullaha spędzałem długie godziny, zabijając czas w oczekiwaniu na umówione gdzieś w pobliżu spotkania, odpoczywając przy zielonej herbacie i ocukrzonych migdałach, ale przede wszystkim wysłuchując, jak minister i podlegli mu dyrektorzy tłumaczyli niezwykłe, niezrozumiałe dla obcych prawa oraz konieczność zburzenia liczących półtora tysiąca lat i uznanych za dziedzictwo ludzkości ogromnych skalnych posągów Buddy wykutych w górach Hazaradżatu.

Któregoś popołudnia uciąłem sobie z ministrem Kwadratullahem pogawędkę o muzyce, także zakazanej przez emira jako grzesznej i odciągającej wiernych od modlitwy i Boga. Pora była poobiednia, ministerstwo zamknięte dla petentów, atmosfera nastrajająca refleksyjnie, pogodnie.

Dyskutowaliśmy o muzyce, a więc o czymś, czego w Afganistanie nie ma, a przynajmniej być nie powinno. Muzyki dotyczył jeden z pierwszych dekretów emira, wydanych zaraz po tym jak jego żołnierze zdobyli Kabul. Brunatne szeleszczące na wietrze nitki magnetofonowych tasiemek, powyciągane ze zniszczonych kaset, także dziś kojarzą mi się z tamtymi wrześniowymi dniami w Kabulu. W rozśpiewanej, rozkochanej w muzyce Azji Afganistan stał się pod rządami talibów jedynym krajem milczenia. Minister zdążył się już przyzwyczaić do moich wizyt w urzędzie. Nie szukał nerwowo słów, by odpowiedź była politycznie jak najpoprawniejsza, nie wywołała skandalu i nie ściągnęła na niego gniewu przełożonych.

– Nie jesteśmy przeciwko muzyce jako takiej – powiedział w pewnej chwili minister kultury. – Za złą uważamy tę muzykę, która wyzwala w ludziach najgorsze instynkty, agresję, żądzę, która apoteozuje grzech, sieje zwątpienie w Boga. Nie mamy zaś nic przeciwko muzyce religijnej, opowiadającej o Wszechmogącym i ułatwiającej ludziom odnalezienie Go. Muzyce poważnej, skłaniającej do rozmyślań.

– Beethoven nie będzie więc grzechem?

– Be towen?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

KALENDARIUM

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Katarzyna Ewa Legendź

Zdjęcie na okładce

Paula Bronstein / Getty Images

Opieka redakcyjna

Damian Strączek

Mapa

Anna Styrska-Mróz

Korekta

Artur Czesak

Barbara Gąsiorowska

Copyright © by Wojciech Jagielski

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2016

ISBN 978-83-240-4144-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wieże z kamienia Dobre miejsce do umierania Na wschód od zachodu Modlitwa o deszcz Wszystkie wojny Lary Nocni wędrowcy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze