Trip

Trip

Autorzy: Krzysztof Walczuk

Wydawnictwo: Poligraf

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 184

Cena książki papierowej: 30.00 zł

cena od: 20.00 zł

Gdy tak stał naprzeciwko rozjuszonego nieprzyjaciela, przypomniała mu się napaść na Dalibora. To był ten zabijaka, który wtedy spieprzał bez żadnych skrupułów w leśne knieje. Widocznie teraz wykrzesał z siebie trochę więcej odwagi. Właściwie to z nim Młodzian powinien wyrównać rachunki, bo był sprawcą całego niepotrzebnego zamieszania z porwaniem Bogu ducha winnego chłopaka. Nie chciał jednak tej sytuacji rozpatrywać w takich kategoriach. I nie robiłby tego, gdyby nie jeden fakt. Bandzior rzucił w niego trzymanym mieczem, który o centymetry chybił celu i wbił się głęboko w drewniane połacie ściany, tuż za robiącym unik komandosem. Tego było już za wiele, tym bardziej że napastnik wyciągnął błyskawicznie zza pasa kolejne narzędzie do robienia krzywdy bliźniemu. Duży zakrzywiony nóż obrócił się dokoła trzonka w nadgarstku złoczyńcy z wielką wprawą. Biorąc pod uwagę całokształt wizerunku pląsającego przed nim pajaca, Młodzian uznał, że koleś zdecydowanie kwalifikuje się do natychmiastowego odstrzału. Nacisnął spust. Huk spowodowany odpaleniem naboju zapewne rozniósł się dużym echem po osadzie. Teraz już i tak policjantowi było wszystko jedno. Wiedział, że musi przedrzeć się znowu przez całe niecne towarzystwo, chcąc wydostać się z fortecy. Im szybciej utworzy wizerunek wszechmocnej, niosącej śmierć niezidentyfikowanej istoty, tym lepiej. […]

© Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2016

© Copyright by Krzysztof Walczuk, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek

Skład: Wojciech Ławski

Korekta: Klaudia Dróżdż, Agnieszka Mańko, Karol Rutski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

Książka wydana

w Systemie Wydawniczym Fortunet™

www.fortunet.eu

ISBN: 978-83-7856-979-4

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

OD AUTORA

Pierwsze słowa kieruję do moich rodziców. Choć mieszkamy tak daleko od siebie – dziękuję, że Was mam. Zawsze mogłem liczyć na pomoc z Waszej strony i wiem, że nadal mogę. Życie składa się z różnych momentów. Wy zawsze potrafiliście wybaczyć mi gorsze chwile i zaakceptować każdą moją decyzję. Mówią, że rodziców się nie wybiera, ale ja trafiłem naprawdę dobrze. Proszę jeszcze o jedno: przymknijcie oko na bezkompromisowe słownictwo głównego bohatera tej książki ;-)

Dziękuję mojej żonie, bo dzięki jej wsparciu i wyrozumiałości niemożliwe stało się możliwe. Wiele Ci, Aniu, zawdzięczam. Często sama pchasz ten ciężki wózek i nie skarżysz się ani słowem. Dobrze, że przy mnie jesteś.

Specjalne podziękowania kieruję do przyjaciółki Cecylii, która dzielnie ukierunkowywała mój swobodny styl i ma duży wkład w całość tego przedsięwzięcia.

Dziękuję też mojej siostrze Asi oraz Robertowi z Podington. To Wasze entuzjastyczne opinie w początkowej fazie pisania sprawiły, że dostrzegłem sens dalszej pracy. Wielkie dzięki także dla Mirka, najrówniejszego wuja pod słońcem, za konstruktywne dyskusje.

Ta książka jest prezentem dla Was wszystkich.

A teraz usiądźcie wygodnie i zapnijcie pasy, bo będzie się działo...

ROZDZIAŁ I

To był wyjątkowo upalny wrzesień. Dla któregokolwiek faceta, wybranego z ulicy metodą na chybił trafił, trzydzieści kilogramów, jakie musiał w tej chwili na sobie dźwigać, byłoby udręką nie do opisania. Kombinezon z trudnopalnego nomeksu, kamizelka kuloodporna, kamizelka taktyczna, kominiarka, kewlarowy hełm z goglami, glock na udzie i MP5 na ramieniu – wszystko to, przy tej temperaturze powietrza, zdawało się ciążyć podwójnie. Jednak Młodzian nie miał zamiaru narzekać. Zbyt długo czekał na swoją szansę. Szansę wzięcia udziału w poważnej akcji. Odkąd pomyślnie przeszedł testy do Pododdziału Antyterrorystycznego, zaliczał kolejne szkolenia: strzelanie, walka wręcz, skoki ze spadochronem, nurkowanie, stosowanie materiałów wybuchowych, ochrona osób, a nawet ratownictwo wysokogórskie. Dzień po dniu stawał się coraz lepszym policjantem do zadań specjalnych. Oczywiście jego trening się nie skończył i nie skończy się dopóki będzie w oddziale. Rodzaj pracy, którą wykonywał, polegał na nieustannym samodoskonaleniu i podnoszeniu umiejętności, ale już teraz czuł, że jest w stanie podołać trudniejszym misjom. Dotychczasowe zadania sprowadzały się do konwojowania niebezpiecznych więźniów na rozprawy sądowe, obstawiania lotnisk, dworców czy ochrony VIP-ów. Czuł, że dzisiaj trafiło się coś innego niż to, co robił do tej pory. Pomimo tego, że jako młody stażem antyterrorysta nie został przydzielony do głównej roboty, to i tak miał lekko przyspieszony puls i odczuwał przyjemne mrowienie będące oznaką zwiększenia poziomu adrenaliny.

− Młodzian, zgłoś się! – usłyszał dowódcę w swoim zestawie słuchawkowym podłączonym do służbowej motoroli.

− Tu Młodzian. Jestem na pozycji i czekam na dalsze instrukcje.

− I tak trzymaj! Rudi, co u ciebie?

− Gotowy i spięty! – odparł kumpel czekający jakieś trzydzieści metrów dalej.

− To się, chłopie, rozepnij! Działacie we dwójkę. Pamiętajcie o tym, aby być zawsze przygotowanym na możliwie najgorszy rozwój wydarzeń. Możemy was potrzebować. Bez odbioru.

„To jest cały Staruszek. Widać, że martwi go puszczenie samopas dwóch najmniej doświadczonych ludzi z pododdziału” – pomyślał Młodzian. Obaj z Rudim byli żółtodziobami. W jednostce antyterrorystycznej preferuje się wprowadzanie świeżych ludzi stopniowo. Nowicjusze otrzymują najpierw mniej wymagające zadania. Często nawet podczas pierwszej akcji zostają w odwodzie tylko po to, aby poczuć klimat operacji specjalnej. Podczas kolejnego zadania poruszają się za plecami doświadczonego kolegi. Dopiero po pewnym czasie zajmują miejsce w pierwszej linii. Można to w pewien sposób porównać do nabywania umiejętności jazdy samochodem. Na początku oswajasz się z kierownicą, uczysz zmiany biegów na sucho, później wyjeżdżasz na trasę z instruktorem, a na końcu sam bierzesz odpowiedzialność za prowadzone auto, przewożone osoby i wszystkich dokoła. Podobnie rzecz ma się z postrzeganiem otaczającej rzeczywistości. Początkujący kierowca widzi koniec maski swojego auta i trochę drogi. Nie zauważa jednak jeszcze znaków drogowych czy pieszych mogących wtargnąć na jezdnię – to wszystko przychodzi z czasem. Komandos na pierwszej akcji widzi tylko to, co jest przed nim, a umiejętności pełnego przeglądu sytuacji nabywa po wykonaniu kilkunastu poważniejszych zadań.

Miejsce, w którym znajdował się Młodzian, stanowiło świetne stanowisko obserwacyjne. Stara zrujnowana wieża dyspozytorów ruchu kolejowego dawała idealny widok na całość torowiska. Przez wybite szyby widział dokładnie dziesięć torów kolejowych, z czego większość stanowiła od dawna nieużywane bocznice. Wytypował, że tylko cztery tory są nadal w aktywnym użytku. Na pozostałych sześciu widać było wyrastające gęsto chwasty oraz pasujące do całokształtu stare, ledwo trzymające się kupy, drewniane jeszcze wagony. „To cmentarzysko wagoników pamięta chyba czasy Krzyżaków” – pomyślał ironicznie. Wzdłuż pierwszego i ostatniego z torów biegły strome, wysokie nasypy, co sprawiało, że całość arterii kolejowej wyglądała jak położona w ogromnym wąwozie. Powierzchnie tych nasypów były do połowy nieregularnie pokryte czerwoną cegłą. Gdzieniegdzie tę ceglaną narzutę przedzielały czarne, porośnięte krzakami półokrągłe otwory, które z dala wyglądały jak wejścia do jakichś wewnętrznych pomieszczeń.

Obszar, na którym miał skupić swoją uwagę, stanowił północny kraniec drogi kolejowej, zwężający się w tym miejscu do ledwie pięciu torów wychodzących spod nieużywanego ceglanego wiaduktu. Przyłożył karabinek do policzka i spoglądając przez lunetę celowniczą, omiótł interesujący go odcinek. Ani żywej duszy. Dobrze wiedział, że tak będzie. Gdyby coś miało się tu dziać, dostałby sygnał od kumpli obstawiających tory od północy. Opuścił karabin i skierował wzrok naprzeciwko, w okolicę zewnętrznego nasypu. Znajdował się tam punkt obserwacyjny Rudiego. Była to wolnostojąca wieżyczka nieczynnej stacji transformatorowej. W czasach swojej świetności miała w górnej części kilka malutkich, połączonych ze sobą kwadratowych szklanych okienek. Teraz w ich miejscu widniał pusty prostokątny otwór powstały zapewne przy pomocy miejscowych wandali. Z otworu tego skwapliwie skorzystał Rudi, wystawiając lufę swego karabinka snajperskiego. Celował nim, jakże by inaczej, w kierunku północnym.

W swoich słuchawkach Młodzian usłyszał krótkie meldunki kolegów przygotowujących się do wykonania głównego zadania. Dowódca sprawdzał gotowość każdego z nich, a następnie prosił o potwierdzenie pozycji. Główne siły pododdziału, w liczbie dwunastu ludzi, miały zainstalować się w starych magazynach kolejowych, oddalonych o jakieś pięćset metrów od stanowisk Młodziana i Rudiego. Według wysoce prawdopodobnych informacji miało tam dojść do wymiany uprzejmości pomiędzy gangiem Tarana a Rosjanami. To te dwie grupy walczyły obecnie o wpływy w mieście: przejęcie wyłączności na haracze i handel narkotykami. Nagromadzenie w jednym miejscu tylu niebezpiecznych bandziorów nie wróżyło nic dobrego. Zadaniem policji było niedopuszczenie do krwawej jatki i zatrzymanie jak największej liczby gangsterów. Zakładano, że mają przy sobie sporo nielegalnej broni i dużą liczbę prochów. „Chociaż, z drugiej strony, chyba nie najgorszym wyjściem byłoby pozwolić im wytłuc się nawzajem” – pomyślał młody policjant.

Wszyscy komandosi biorący udział w akcji są jak bracia. Dlatego tak bardzo boli ewentualna utrata któregoś z nich. Młodzian wiedział o tym doskonale. Sam dwa lata temu w przykrych okolicznościach stracił starszego brata. Tego rodzonego. Tak bardzo żałował, że nie układało się pomiędzy nimi najlepiej i nie był w stanie zapobiec jego samobójstwu... Właśnie to sprawiło, że teraz próbował w szczególny sposób nawiązywać braterskie więzi z kumplami z oddziału. Dzięki temu w naturalny sposób został szybko zaakceptowany w nowym otoczeniu. Ta akceptacja była czynnikiem niezbędnym do wykonywania pracy antyterrorysty. Tutaj każdy musiał mieć stuprocentową pewność, że kolega nie zawiedzie w krytycznym momencie i nie narazi grupy na niebezpieczeństwo.

Chmara gawronów i gołębi zerwała się gwałtownie do lotu zza północnego wiaduktu. Dosłownie sekundę wcześniej rozedrganym upalnym powietrzem wstrząsnął potężny wybuch. Okolica zadrżała w posadach. Młodzian odniósł wrażenie, że dopiero teraz wygląd zdewastowanej infrastruktury kolejowej, wśród której się znajdował, zaczynał pasować do sytuacji. Nie zdążył jeszcze zanalizować tego, co się właściwie stało, a druga detonacja o podobnej sile dobiegła z tego samego miejsca. Niestety – było to miejsce obstawionych przez policję magazynów. Podniósł swoje MP5 i spojrzał przez przyrządy celownicze ponad wiadukt. Widać było stamtąd ogromny kłąb dymu i pyłu unoszący się coraz wyżej. „Cholera, tego plan nie zakładał. Coś poszło nie tak!” – przebiegło mu przez myśl. Najgorsze w tym wszystkim było to, że w jego słuchawce zaległa absolutna cisza. Nie odzywał się dowódca. Nie było także słychać meldunków żadnego z biorących udział w akcji kolegów, co było już podwójnie dziwne.

− Tu Młodzian. Chłopaki, co się tam dzieje?! – Starał się włożyć jak najwięcej spokoju w swoje słowa. Nie otrzymał żadnego odzewu. − Młodzian do Staruszka. Czekamy na instrukcje – spróbował jeszcze raz.

Spojrzał na radio zamocowane z lewej strony klatki piersiowej na kamizelce taktycznej. Nie wyglądało na to, żeby od ostatniego nawiązania łączności z dowódcą coś w nim wysiadło. Jego wątpliwości co do stanu radia rozwiał ostatecznie Rudi, którego głos rozbrzmiał w słuchawce:

− Młodzian, pod wiaduktem mamy dwóch gości. Biegną w moją stronę. Jeden ma broń.

Komandos z dyspozytorni zrobił szybki przegląd wskazanego obszaru przez lunetę MP5. Faktycznie, pod wiaduktem ukazało się dwóch mężczyzn. Biegli po podkładach kolejowych, zmieniając co chwila tor i przesuwając się w kierunku dalszego nasypu, niemal centralnie na wieżyczkę transformatora.

− OK. Schodzę do nich. Ubezpieczaj mnie.

Policjant wbiegł do ciemnej klatki schodowej dyspozytorni. Szybkimi krokami, schodek po schodku, by nie doznać jakiegoś niepotrzebnego urazu, popędził w dół. Po osiągnięciu najniższego piętra minął otwarty prostokąt wyjścia i znalazł się na zewnątrz. W pierwszym odruchu zmrużył oczy, ale już po kilkunastu sekundach jego źrenice przystosowały się do panującej jasności. Ruszył ostro do przodu, przecinając znajdujące się przed nim torowisko. Karabinek trzymał uniesiony i gotowy do strzału. Balansując pomiędzy wagonikami stojącymi mu na drodze, zbliżył się do przeciwległej strony. Omijając ostatni wagon na ostatnim torze, wypadł na pas trawy dwumetrowej szerokości oddzielający tory kolejowe od nasypu. Stanął za znajdującym się tam betonowym słupem oświetleniowym, licząc na choćby minimalną osłonę. Jakieś dziesięć metrów od niego biegło dwóch facetów. Biegło – to może zbyt duże słowo. W tym momencie słaniali się już na nogach ze zmęczenia i dyszeli jak parowozy starego typu, dobrze współgrając z otaczającymi ich zabytkowymi wagonami. Jeden z nich, około czterdziestoletni, ubrany w ciemny dres, trzymał w dłoni pistolet. Młodzian przyjął twardą, stojącą pozycję z wycelowaną lufą swego karabinu w dwóch przybyszy. Jako cel główny wybrał tego z bronią w ręku.

− Stój, bo strzelam!!! Policja! Rzuć broń! – krzyknął ile sił w płucach. − Policja! Rzuć broń, człowieku! Na ziemię! – powtórzył.

Dwaj faceci stanęli jak wryci, mocno zszokowani zaistniałą sytuacją. Koleś w dresie nie stracił do końca rezonu i gwałtownie uniósł pistolet. Nie było to zbyt mądre z jego strony. Powietrze przeszyły dwa równocześnie oddane strzały. Zanim ręka z bronią bandyty ustawiła się w poziomie, ten miał już dwie dziury w głowie. Jedną z kulą kalibru 9 mm z giwery Młodziana oraz drugą wielkości 7,62 mm – prezent z dedykacją od Rudiego. Facet pofrunął do tyłu niesiony odrzutem niczym kaskader z topowych hollywoodzkich produkcji. Jego kompan, widząc, co spotkało dresiarza, zamiast zastosować się do głośnej prośby komandosa, wykrzesał nieoczekiwaną rezerwę nowych sił, obrócił się w jednej chwili na pięcie i puścił biegiem w stronę nasypu. Pomimo że ubrany był w garnitur, sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar pobić rekord świata na setkę. Policjant nie był zachwycony opcją strzelania w plecy bezbronnego człowieka. Ruszył z kopyta za elegancikiem, lecz ten, mając przewagę kilku metrów, pierwszy dopadł do niemal pionowej ściany nasypu. Wydawało się, że i tak nie ma najmniejszych szans na ucieczkę. Musiałby potrafić latać, aby pokonać piętrzącą się przed nim przeszkodę. Uciekający zrobił jednak coś niespodziewanego i dał nura w półokrągłe zagłębienie w dole nasypu, kosząc przy tym sporą kępę chwastów i wysokiej trawy. Antyterrorysta podbiegł do półkolistego otworu i ze zdziwieniem stwierdził, że faktycznie, jest on wejściem do jakiegoś bocznego tuneliku. „Kurwa mać!” – dał w myślach upust lekkiej frustracji. Wcale nie miał ochoty łazić po jakichś lisich norach.

− Rudi do Staruszka! Odbiór! – Zabrzęczało w słuchawce. – Tu Rudi! Wciąż czekamy na dalsze rozkazy!

− Spróbuj na innych kanałach. Ja wyciągnę naszego kreta – powiedział Młodzian.

− Tylko uważaj. Może być uzbrojony.

Stojący przed nasypem komandos sięgnął do jednej z kieszonek w kamizelce i wyciągnął małą ledową latarkę stanowiącą oświetlenie taktyczne MP5. Przykręcił ją wprawnym ruchem poniżej lufy swojego karabinka i włączył. Podszedł do otworu, w którym zniknął przed chwilą nieznajomy. Pochylił się i delikatnie wsunął lufę, oświetlając tym samym środek jamy. Zdumiony ujrzał, że tuż za wąskim wejściem tunel stawał się o wiele szerszy. Jasne światło docierało do ceglanej ścianki oddalonej, tak na oko, o jakieś półtora metra. W pierwszej chwili ten nowo odkryty obiekt skojarzył mu się z podziemnymi kanalizacjami ściekowymi, które biegną poniżej poziomu ulic w większych miastach. Ten musiał biec równolegle z nasypem, wewnątrz niego. Jedną z opcji, którą mógł zastosować, było wrzucenie granatu dymnego lub z gazem łzawiącym, aby wypłoszyć uciekiniera. Ale jeśli tunel nie był zamknięty i ciągnął się przez wiele metrów, nie miało to sensu, bo faceta już tam pewnie nie było. Młodzian postanowił zorientować się w sytuacji naocznie. Włożył karabin do wnętrza, przeczołgał się przez dziurę i wychylił, rozglądając się po podziemnej ceglanej budowli. Zaskoczył go przyjemny chłód i leciutki szmer wody. Skierował światło na lewo i zobaczył półkoliście sklepiony kanał, wysoki na jakieś dwa metry, a szeroki na półtora. Musiał prowadzić na znaczną odległość, bo nie widział jego końca. Na samym dole płynęła leniwym potokiem cienka strużka wody. Obrócił się w prawo. Z tej strony sprawa była prosta. Kanał był zaślepiony pionową ścianą. Tuż nad poziomem podłogi wystawała z niej końcówka czterdziestocentymetrowej grubej rury z wypływającą wodą. „A więc nasz przyjaciel niechybnie udał się w lewo”. Nie był pewien, czy powinien kontynuować za nim pościg w pojedynkę, bez ubezpieczenia. „OK. Zrobię tylko mały rekonesans i wracam” – postanowił. Swoją drogą zaciekawił go ten tunel, wyglądał na dużo starszy niż górna zewnętrzna strona nasypu.

Zeskoczył na dół, robiąc głośny plusk swoimi butami. Miał na nogach specjalny model adidasów, zaprojektowany dla niemieckiej jednostki antyterrorystycznej GSG9, z których chętnie korzystały także polskie jednostki specjalne. Zapewniały one znakomitą przyczepność, świetne wyczucie podłoża i oczywiście były nieprzemakalne. Młodzian poszedł do przodu jakieś dziesięć metrów. Usłyszał, że szum wody się wzmógł, chociaż siła płynącego po podłożu potoczku, odbijającego smugę jego oświetlenia, była niezmiennie słaba. Wytężył swoje zmysły, starając się dociec, skąd dochodzi ten odgłos. Postąpił kolejne trzy kroki. Kiedy stawiał czwarty, stało się coś, czego zupełnie nie przewidział. Jego prawa noga wpadła w ogromną dziurę, której w jakiś niewytłumaczalny sposób wcześniej nie zauważył. Pomimo desperackiej próby uchwycenia się czegokolwiek stracił równowagę i poleciał do przodu. W mgnieniu oka znalazł się cały w wodzie, jak w ogromnej otchłani. Zaczął rozpaczliwie machać rękoma, aby ratować się przed zatonięciem. Na nic się to jednak zdało. Wydarzenia nabrały niesamowitej szybkości. Ogromny wir porwał go w dół. Miał wrażenie, że jest malutką marionetką wciąganą z siłą wodospadu. Płynął całkowicie zanurzony i zdany na łaskę żywiołu. Zawsze uważał się za świetnego pływaka. Tym razem jednak nic nie zależało od niego. Prąd był tak silny, że ciągnął go niczym magiczny rollercoaster. Zaczynało mu brakować powietrza, gdyż wcześniej nie zdążył nawet wziąć porządnego wdechu. Kiedy już poczuł, że jest na granicy wytrzymałości, po wypuszczeniu całego dwutlenku węgla z płuc i szykując się w odruchu bezwarunkowym do zaczerpnięcia wody, nagle przyszło ocalenie. Z wielkim impetem został wyrzucony z podziemnego potoku na otwarty akwen. Wyskoczył z ujścia znajdującego się jakiś metr wyżej i wpadł do płytkiego, naturalnego zbiornika. Z niemałym trudem podniósł się na nogi, odkaszlnął kilka razy, zaciągnął życiodajne powietrze i przetarł oczy. Ujrzał, że znajduje się w malutkim jeziorku. Jakże przyjemnie było zobaczyć znowu jasność wokół siebie.

Skierował się powoli do pobliskiego brzegu, głośno pluskając. Całe szczęście, że sprzęt, łącznie z MP5 przewieszonym przez ramię, wciąż miał przy sobie. Pytanie tylko: „Czy ten sprzęt nadal działał?”. Dotarłszy do niewielkiej piaszczystej plaży, przyklęknął na jednym kolanie, próbując ochłonąć i zebrać myśli. Nawet nie chciał myśleć o tym, jak blisko był przejścia na drugą stronę. I nie chodziło o stronę nasypu… Podniósł głowę i rozejrzał się wokół. Gdzie nie spojrzeć, widać było gęstą ścianę potężnych dębów. Pomimo że wychowywał się w tym mieście od urodzenia, nie przypominał sobie, aby niedaleko stacji kolejowej był las, i to dębowy. Prąd podwodny musiał go znieść ładny kawał. Chwycił za swoją motorolę i wciskając przycisk, krzyknął:

− Tu Młodzian! Odezwijcie się wreszcie! Odbiór! – W ułamku sekundy otrzymał odpowiedź, lecz nie od osób, które wywoływał. To tylko lekkie echo jego głosu obiło się po lesie. – Rudi! Nadal tkwisz w tej zasranej wieży?!

Odczekał kilkanaście sekund i ponownie spojrzał na swoje radio. „Kurwa jego mać! Albo to gówno nie działa, albo odpłynąłem za daleko”. W rzeczywistości wiedział, że musiałby poruszać się pod wodą z prędkością naddźwiękową, aby przez tę krótką chwilę przekroczyć zasięg radia. Najprawdopodobniej po prostu woda zrobiła swoje. Jej oddziaływanie czuł zresztą na sobie. Nie narzekał już na upalny dzień, wręcz przeciwnie, coś jakby zimny dreszczyk targnął jego ciałem. Przez chwilę przemknęła mu myśl o zrzuceniu z siebie mokrych ubrań, w szczególności kominiarki i hełmu, które najbardziej odbierały mu komfort. Wiedział jednak, że nie może tego zrobić, dopóki nie zakończy się akcja.

Z rozważań tych wyrwał go przeraźliwy wrzask. Stanął w pozycji pionowej, przywracając w tej samej chwili wszystkie swoje zmysły z powrotem do stanu pełnej gotowości. Ten wrzask wydobywał się z gardła człowieka będącego z pewnością w stanie niesamowitej desperacji. Młodzian zrobił gwałtowny zryw i pobiegł w stronę dochodzącego krzyku. Szybkimi susami pokonał kilkadziesiąt metrów wiodących pomiędzy drzewami, przeciął jakąś dosyć szeroką leśną drogę i udał się w stronę lekkiego wzniesienia. Kiedy już był na jego szczycie, przystanął na sekundę, oceniając, który kierunek dokładnie obrać. Zdecydował, że najrozsądniej będzie trzymać się szczytu tego wzniesienia, gdyż było ono podłużne i prowadziło dalej, dając widok na tereny leżące poniżej.

Ledwo pokonał jakieś trzydzieści kroków, a spomiędzy drzew dojrzał scenę rozgrywającą się w oddali. Dwóch meneli stało naprzeciwko klęczącego na kolanach, dobrze znanego mu uciekiniera, dzięki któremu właśnie się tu znalazł. Będący w niezbyt chlubnym położeniu gość w garniturze mówił coś płaczliwym głosem do prześladujących go osób. Komandos uznał ich za niebezpiecznych typów, gdyż jeden z nich trzymał w ręku ostry przedmiot przypominający swym kształtem spory nóż, a właściwie niewielką maczetę. Obaj napastnicy byli wyraźnie rozbawieni całą sytuacją. Młodzian, starając się stąpać bardzo ostrożnie, począł schodzić w dół. Miał do nich jakieś dwadzieścia pięć metrów. Gdy był już w połowie drogi, zobaczył, że koleś uniósł maczetę i zrobił zamach. Zanim policjant zdołał cokolwiek krzyknąć, maczeta poszybowała w stronę klęczącego człowieka. Komandos w wyćwiczonym odruchu podniósł swój karabin i nacisnął na spust. Tak naprawdę nie był nawet pewny, czy przemoczona broń zadziała. Nie na darmo jednak MP5 są na podstawowym wyposażeniu najlepszych na świecie jednostek antyterrorystycznych. To znakomita i niezawodna broń, o czym najlepiej przekonał się właściciel ostrego mieczyka. Pierwszy strzał dosięgnął jego głowy. Ponieważ, wykonując zamach, był już obrócony swoją prawą stroną do przodu, dwie następne kule zmierzające w jego korpus trafiły go w okolice prawego ramienia i piersi. Niestety, problem polegał na tym, że rozpędzonego ostrza nie dało się już zatrzymać. Jego czubek idealnie wcelował się w gardło błagającego o litość mężczyzny, rozrywając je na całej szerokości. Niemalże w tej samej chwili nastąpiła śmierć dwóch osób. Jedna z nich wydała z siebie przeciągły bulgoczący dźwięk zawierający w sobie nutę pretensji i niezrozumienia sytuacji, w której się znalazła. Druga, równie zaskoczona, nie zdążyła pojąć, co za siła w ułamku sekundy rozsadziła jej mózg, i kto ośmielił się zgłosić sprzeciw wobec pana sytuacji trzymającego w ręku wszystkie ostre atuty. Trzeci osobnik, mający na chwilę obecną największe pokłady życia, ogłupiony hukiem wystrzałów i zszokowany utratą kompana począł rozglądać się, skąd wywodzi się źródło jego kłopotów. Dostrzegając komandosa ubranego w swój uniform, stojącego z zakrytą twarzą i mającego go na celowniku, wydarł się tak desperacko, jakby zobaczył istotę z piekła. Kontynuując swój krzyk, obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i rzucił do ucieczki, ile sił w nogach. Młodzian, mający na końcu języka swoje ostrzeżenie: „Policja. Stój, bo strzelam!”, znowu nie zdążył go użyć. Jedyne, co mu pozostało, to puścić się biegiem za uciekającym obdartusem. Będąc kilkanaście metrów za panicznie zmykającym współmordercą, minął dwa leżące ciała i począł przedzierać się przez gęstą, leśną roślinność. Jego ciało co chwila smagały jakieś gałęzie i liście. Całe szczęście, że chroniony był swoim ubiorem i nie odczuwał skutków starcia z naturą. Dawało mu to niewątpliwą przewagę nad uciekinierem, który chyba nawet nie miał porządnych butów na nogach. Dopadnięcie kolesia było tylko kwestią czasu.

Po minucie szybkiego biegu komandos widział już przed sobą plecy gagatka. Kiedy po kolejnych trzydziestu sekundach miał go niemal na wyciągnięcie ręki, los znowu nie pozwolił mu cieszyć się ze schwytania przeciwnika. Ten, zawadzając o jakiś wrednie wystający korzeń, odwinął półsalto, zrobił kilka przewrotów w przód i runął bez ładu i składu w otwierający się przed nim stromy wąwóz. Policjant zdołał wyhamować i widział jak ciało mężczyzny, obracając się wokół własnej osi, leci w dół, niszcząc wszelkie krzewy i młode drzewka stojące mu na przeszkodzie. Osiągając już sam spód leśnego parowu, zaległo nieruchomo obrócone twarzą w bok. Młodzian, stąpając ostrożnie, zszedł po stoku, zbliżając się do leżącego. Widok, który zastał, nie nastrajał go zbyt optymistycznie. Głowa była nienaturalnie wykrzywiona w stosunku do reszty ciała. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić złamanie kręgosłupa na odcinku szyjnym. Zbadał uciekiniera i potwierdził, że ma do czynienia ze stuprocentowym denatem. Następnie przeszukał go sprawnie w nadziei na znalezienie jakichś dokumentów. Niestety, nie było żadnych. Nawet go to nie zdziwiło. Sądząc po zmierzwionych, dawno niemytych włosach, nieogolonym zaroście, zapuszczonych paznokciach i przede wszystkim ubiorze, miał do czynienia z bezdomnym. Brudna płócienna koszula, jakieś garbowane skóry zwierzęce zastępujące wierzchnią bluzę, proste spodnie szyte chałupniczym sposobem, a na nogach zamiast butów jakieś szmaciane owijki z rzemieniami. Nawet jak na bezdomnego koleś wyglądał osobliwie.

Młodzian uciął kilka większych gałęzi i przykrył nimi ciało, by nie rzucało się w oczy i nie wywołało sensacji w razie napotkania przez przypadkowego spacerowicza lub grzybiarza. Rozejrzał się wkoło, starając się zapamiętać miejsce wypadku. „Nic tu po mnie” – zdecydował. Wspiął się z powrotem na strome wzniesienie i skierował w stronę pozostawionych dwóch innych ciał. Przedzierając się przez zarośla, wypiął swoje radio z kieszeni kamizelki i kilkukrotnie przekręcił ustawieniami częstotliwości, nasłuchując jakiegoś głosu w eterze. Jego położenie pozostawało jednak bez zmian.

Kiedy szedł tak samotnie, przyglądał się mijanej roślinności. Wielokrotnie bywał w swoim życiu w lasach. Jednak ten las miał element, który odróżniał go od tych widzianych do tej pory. Młodzian nie bardzo potrafił go jednak zdefiniować. Ta różnica musiała wynikać z pewnej dzikości spozierającej zewsząd na niego. Przyroda była bardzo gęsta, mocno zakrzewiona i jakaś taka strasznie nieuporządkowana, bez większego śladu działalności człowieka. W tej części lasu nie rosły już wszechobecne wcześniej dęby, ale inne gatunki liściaste: klony, jesiony i topole. Drzewa wydawały się bardzo wysokie i stare, takie jak w parkach krajobrazowych. I ten nieziemski zapach uschniętych liści, paproci i mchu przenikający na wskroś wszystkie zmysły. Całości dopełniał wesoły świergot beztroskich ptaszków żyjących w swoim własnym świecie, w koronach drzew. „Niesamowity klimat. Będę tu musiał kiedyś zabrać na spacer moje kochane kobiety”.

Tak rozmyślając, dotarł do polany, gdzie rozegrał się wcześniejszy akt dramatu. Pomiędzy rozrzuconymi w nieładzie kilkoma uschniętymi konarami drzew, na porośniętym mchem podłożu, w sporej kałuży krwi, leżały dwa trupy. Komandos obejrzał zwłoki obu mężczyzn. Były posiadacz ostrego narzędzia leżał wzdłuż, skręcony w lewą stronę. Wydawał się krewnym miłośnika lotów ze skarpy. Miał podobny ubiór i ogólny image. Stan utrzymania higieny i zero jakichkolwiek dokumentów świadczyły wyraźnie o braku miejsca stałego zamieszkania. Drugi z nieboszczyków także robił piorunujące wrażenie. Jego dolna klęcząca partia nóg nadal była w tej samej pozycji, lecz pozostała część ciała leżała na plecach, tworząc w stawie kolanowym niemal kąt zerowy. Młodzian nigdy nie przypuszczał, że nogi w kolanach aż tak bardzo mogą się złożyć. Nie miał też jeszcze okazji widzieć tylu litrów wylanej krwi, wciąż wypływającej z rozharatanego podgardla. Cała marynarka i koszula były teraz w kolorze czerwonym i pomnożyły swoją wartość o ilość wsiąkniętej posoki. Nawet mocno zahartowany w boju żołnierz nie mógł być przyzwyczajony do podobnych wrażeń artystycznych, musiałby się poprzednio szkolić na rzeźnika. Policyjni technicy będą mieli tu kupę roboty. „Co za psychopaci mogli zrobić coś takiego? Ci goście byli chyba na jakichś prochach… A może to była część porachunków mafijnych?... Nie! To bzdura. Ci żebracy na gangsterów mi nie wyglądają”. Tak czy inaczej, jego akcja była skończona. Bandyci nie żyli. Przeszukał szybko drugiego denata, ale znalazł tylko pokaźny zwitek po części ubrudzonych krwią banknotów w kieszeni jego wilgotnych spodni. Wsunął je do foliowego woreczka, który miał przy sobie.

Nożem jako narzędziem zbrodni zaopiekował się szczególnie. Najpierw przyjrzał się dokładniej trzymanemu w ręce przedmiotowi. Nie była to prawdziwa maczeta, jak w pierwszej chwili ocenił. Raczej długi nóż o szerokim ostrzu, z całkiem wdzięcznie zdobioną rękojeścią rzeźbioną delikatnymi ornamentami. Miał też bardzo delikatnie uwypukloną gardę chroniącą rękę przed skaleczeniem. Właściwie to nie znał się za bardzo na takich rekwizytach i nie potrafił sklasyfikować tego, na co patrzył. Niewątpliwie jednak była to broń całkiem fachowo wykonana i miała swoją wartość. „Ciekawe, jak taki łachmaniarz wszedł w jej posiadanie?” Młodzian oderwał kawałek materiału z okrycia mordercy i owinął nim miecz. Tak przygotowane zawiniątko ukrył między leżącymi w pobliżu omszałymi kamieniami. Nie miał ochoty paradować z takim dodatkowym atrybutem po lesie.

Należało teraz poszukać drogi powrotnej i nawiązać w końcu kontakt z grupą. I dowiedzieć się wreszcie, co wydarzyło się w magazynach kolejowych. Komandos powtórzył manewr z maskowaniem ciał, chociaż tu gwarancje utrzymania miejsca zbrodni w ukryciu, ze względu na nieco bardziej otwarty teren, były o wiele mniejsze. Nie mógł jednak pozwolić sobie na odciągnięcie trupów w zarośla, by nie zatrzeć śladów.

Energicznym krokiem Młodzian ruszył w drogę powrotną, miał na dzisiaj dosyć obcowania ze śmiercią. Po przejściu grzbietu wzniesienia i zejściu niżej natknął się znowu na uprzednio mijaną biegiem leśną drogę. Zatrzymał się i przyjrzał jej uważniej. Liczne końskie kopyta odbite w ziemi i bliżej nieokreślone ślady ludzkich stóp dowodziły, że droga jest w miarę często uczęszczana. W pobliżu musiała być jakaś stadnina koni, chociaż nie bardzo mógł sobie przypomnieć, czy wcześniej o niej słyszał. Gdy tak stał i obserwował drogę, nagle wydało mu się, że dochodzą go odgłosy odległej rozmowy. Wytężył słuch. Rzeczywiście, gwar rozmawiających co najmniej kilku osób zaczął się przybliżać. Mając na uwadze wcześniejsze doświadczenia, postanowił, tak na wszelki wypadek, sprawdzić najpierw, z kim ma do czynienia. Zszedł z drogi i schował się za gęstymi krzakami, zachowując pomiędzy gałęziami widok na spodziewanych gości. Myślał, że jest przygotowany na każdy typ bywalców lasu, ale to, co po chwili ukazało się jego oczom, po prostu ścięło go z nóg. Pięciu idących powoli zakapturzonych ludzi, ubranych w szare peleryny, przewiązanych w pasie sznurami, niosących tobołki na plecach i w dodatku rozmawiających głośno w języku, którego nie rozumiał, to nie było to, czego oczekiwał. Wyglądali na jakichś mnichów. „Co tu się, kurwa, dzieje? Czy tu kręcą jakiś film?” Młodzian przez chwilę ich obserwował i zastanawiał się, czy wyjść na drogę. Po krótkim namyśle postanowił ujawnić się i ostrzec dziwnych przybyszy, żeby nie plątali się bez potrzeby po lesie, gdyż w okolicy popełniono morderstwo. Chciał również wykorzystać okazję i spytać, czy nie widzieli czegoś podejrzanego oraz wybadać, gdzie dokładnie się znajduje. Kiedy nadchodzący ludzie byli już w odległości paru kroków, antyterrorysta wyszedł ze swojej kryjówki na środek leśnego duktu i stanął w całej okazałości. Gwar rozmowy gwałtownie ucichł, a dziwnie ubrani ludzie stanęli jak wryci. Widząc policjanta w pełnym rynsztunku bojowym, z zamaskowaną wciąż twarzą i karabinem w rękach, opuścili jak na komendę swoje dolne szczęki, a ich oczy powiększyły się niemal dwukrotnie. Młodzian uniósł lekko lewą rękę w uspokajającym geście, prawą wciąż trzymając na kolbie karabinu, i rzekł:

− Witam panów. Proszę zachować spokój. W tym lesie trwa akcja policji, więc prosiłbym nie spacerować tu bez potrzeby i udać się do domów.

Jeśli do tej pory stan emocjonalny przybyłych można było określić jako mieszankę szoku ze strachem, to od tego momentu zmienił się on na połączenie przerażenia z paniką. Stojący najbliżej komandosa wrzasnął na całe gardło coś, co w uszach Młodziana zabrzmiało jak „Tajfel!!!”. Pozostała czwórka wydała z siebie jakieś bliżej nieartykułowane krzyki i odwracając się, natychmiast zaczęła uciekać w stronę, z której przybyła, w tempie zbliżonym do TGV podczas testów szybkościowych. Piąty koleś, starając się wykazać resztki opanowania, zrobił trzy kroki do tyłu, ale mając nie do końca skoordynowane ruchy, potknął się i przysiadł na piaszczystej drodze. Wyciągnął przed siebie prawą rękę i począł kreślić w powietrzu znaki krzyża, chcąc jakby odgonić od siebie policjanta, który najwyraźniej jawił mu się jako postać z najczarniejszych koszmarów. Po kilkukrotnym machnięciu ręką wstał i biegiem udał się w ślad za kompanami.

„Nie... No to są jakieś jaja! Przecież dziś nie Halloween!” Młodzian zrezygnowany rozejrzał się wkoło siebie. „Cały ten dzień to jakiś pieprzony surrealizm. Może to tylko senny koszmar i niedługo się wreszcie obudzę...”

Antyterrorysta ruszył energicznym krokiem pomiędzy drzewa, by odnaleźć wreszcie stację kolejową. Po przebyciu kilkudziesięciu metrów między starymi dębami zobaczył leśne jeziorko. Miał wrażenie, że to tutaj stracił kontakt ze znaną mu rzeczywistością. Od tego miejsca kolejne historie przybierały rozmiar coraz bardziej irracjonalnych przeżyć. O ile poprzednie wydarzenia dały się logicznie wytłumaczyć, o tyle to wszystko, co nastąpiło potem, było kompletnym fantasy. Dziwni ludzie, morderstwo, pełno krwi, język, którego nie rozumiał, krajobraz jak ze starych filmów...

„Szukałem wrażeń, ale to, co się dziś wydarzyło, to jakiś zupełny odlot. Chyba nie tak wygląda dzień doborowego policjanta? Muszę zweryfikować swoje oczekiwania co do tej roboty. Może jednak to nie takie trudne zwariować w wyniku przeżyć na służbie, jak mnie zawsze ostrzegali?”

Energicznym krokiem ruszył do przodu w poszukiwaniu swojego dzisiaj. Musi je znaleźć, zanim stanie się jutrem. Ocenił szybko kierunek, z którego wyrzucił go prąd wodny i przewidując namiar na stację kolejową, puścił się wzgórzem w stronę domniemanej cywilizacji. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie kolejna niespodzianka. Uszedłszy kilkanaście kroków, usłyszał przytłumione okrzyki człowieka. Intuicyjnie przykucnął i wyostrzył swoje zmysły. Wyglądało na to, że jakaś młoda osoba, najwyżej kilkunastoletnia, woła o pomoc. Jak zawsze wrażliwy na dramat bliźniego Młodzian udał się w kierunku nawoływania. Krzywda działa się komuś oddalonemu o dobry rzut beretem od niego. Skręcił lekko w prawo i po chwili zobaczył widok chłopca przyciskanego do ziemi przez draba odzianego w ubrania pożyczone od rzezimieszków poległych wcześniej podczas dziwnych przygód policjanta po drugiej stronie drogi. W pierwszym odruchu Młodzian chciał krzyknąć formułkę: „Stój, bo strzelam”, ale pomny wcześniejszych doświadczeń najpierw dokładnie wycelował broń w napastnika, a dopiero później podjął próbę ogarnięcia sytuacji.

Eksplodujące w jego głowie emocje sprawiły, że wydarł się na całe gardło:

− Puść tego chłopca, bydlaku!!! – Następnie poprawił się i już kulturalniej zagaił: − Mam cię na celowniku, chuju pierdolony, więc wstań i podnieś ręce do góry!

Zdezorientowany napastnik rozluźnił swój ucisk na ofierze. Nie do końca rozumiał, co się dzieje, spojrzał na komandosa zdziwiony i znieruchomiał. Młody chłopiec w mgnieniu oka zwietrzył szansę na przeżycie, szarpnął gwałtownie całym sobą w bok i wyturlał się spod słabnącego naporu zakapiora. Oddalając się na odległość kilku metrów, zrobił pozycję przysiadu i spoglądając na swego wybawcę, również zastygł w bezruchu. Źrenice chłopca zrobiły się wielkie niczym talary. Nie było pewne, co przeraża go bardziej – brutalny agresor, z którego ręki mógł lada chwila zginąć, czy niespodziewany wybawiciel wyglądający po stokroć groźniej.

Młodzian postanowił najpierw dowiedzieć się, co tu jest właściwie grane. Być może powinien ochłonąć i nie łączyć tego zdarzenia z widzianym wcześniej morderstwem i ściganymi bandziorami. Może przypadkiem trafił tylko na jakąś sprzeczkę i niepotrzebnie robi z siebie idiotę. Tak naprawdę to nie chciał być zbawicielem i uszczęśliwiać ludzi na siłę. Spróbował ocenić spojrzeniem, z kim ma do czynienia. Napastnik ewidentnie pasował do szablonu bezdomnych rzezimieszków, z którymi miał poprzednie problemy. Chłopak natomiast wyglądał na ich młodszego krewnego. Ubrany był w szarą płócienną sukienkę, przewiązaną w pasie sznurem, proste spodnie, uszyte również z płótna oraz brązowe szmaciane buty. Na całość narzuconą miał bluzę bez rękawów z bliżej nieokreślonego futrzastego materiału. Spod jasnych, rozczochranych i lekko przydługawych włosów patrzyła na policjanta całkiem inteligentna twarzyczka, w zaistniałych okolicznościach wyraźnie trochę zagubiona. Jego styl zdawał się potwierdzać to, co za chwilę wydobyło się z jego ust:

− Pomiłuj, Panie! Jam prosty, niewinny człek!

Milczący do tej pory gość, grający rolę bandyty, energicznie stanął na równe nogi i widząc narastające niezdecydowanie policjanta, rozpoczął ucieczkę. Dał nagłego susa do tyłu i zniknął między krzakami. Młodzian, kalkulując w ułamku sekundy argumenty za podjęciem pościgu, a pozostaniem z dziwnie mówiącym młokosem, wybrał tę drugą opcję. Opuścił spokojnie broń i rozluźnił swoje napięte mięśnie. Chwycił się lewą ręką za szyję i powoli, odginając głowę na boki, raz w jedną stronę, raz w drugą, spróbował złapać tak potrzebny mu luz. „Dość ścigania bandziorów – teraz spróbujemy pogadać z ofiarą” – postanowił.

− Jak masz na imię, chłopcze? – spytał, wkładając w swoje słowa spokój, na jaki tylko było go stać.

Wyraźnie przestraszony chłopak rzucił się do nóg komandosa, padając na kolana i twarz, ważąc słowa, które zamierzał wypowiedzieć:

− Zwą mnie Dalibor... Jam człek prosty i Boga się boję. Nikomu krzywdy nie czynię. Pomiłujcie, Panie Wielmożny!

− Wiesz, kto to był i czemu cię napadł?

− To zbój od Raroga. Oni tym lasem rządzą. Tu nawet Krzyżak zbyt często nie chodzi. Chyba że komandą liczną.

W jednej chwili przez głowę skołowanego Młodziana przebiegły tysiące myśli. Jeszcze wczoraj w pierwszym odruchu złapałby gówniarza za kark i zawlókł do najbliższego szpitala psychiatrycznego. Tylko z powodu dzisiejszych zdarzeń, wciąż jeszcze stał w miejscu i przezornie rozważał inne opcje. „Nie... No, kurwa, chłopak jest dobry! W życiu nie widziałem lepszej improwizacji! Ale chyba jest świadomy, że ja nie jestem częścią przedstawienia!?” Komandos pochylił się energicznie nad dzieciakiem, chwycił go za włosy i wykrzyczał:

− Dość tego cyrku!!! Nie jestem w nastroju do głupich zabaw! Gadaj, gnojku, co za film tu kręcicie i gdzie jest reszta twojej ekipy?!!!

Chłopaczyna przerażony zwinął się w kłębek i chwycił obiema rękami za głowę. Wydał z siebie przeciągły głośny szloch i drżącym głosem wydukał:

− Litości! Dobrodzieju!... Ja tu niedaleko żyję... Sam z ojcem... On teraz na wyjazd się udał... Do konającego brata... Na jego ostatnie życzenie... Sam zostałem i domostwa pilnuję. My dobre ludzie. Podług praw żyjem. Z nikim zwady nie szukamy...

Takiej odpowiedzi właśnie Młodzian obawiał się najbardziej. Nawet pod presją małolat wydawał się trzymać swojej wersji. To doprawdy nie było normalne. Miał w zanadrzu jeszcze parę sztuczek, by zastraszyć kolesia i ukrócić tę głupią komedię, ale uznał, że mimo wszystko nie chce posuwać się tak daleko. Po pierwsze, byłoby to wbrew zasadom, po drugie, biedny chłopak na to nie zasługiwał, a po trzecie, nie mógł dać się aż tak ponieść, by terroryzować bezbronnego dzieciaka.

− Dobra, podejrzewam, że nie wszystko jest z tobą w porządku... Ale załóżmy, że mnie to nie obchodzi. Jako policjant pytam cię o przysługę, Daliborze, czy jak ci tam – potrafisz doprowadzić mnie do miasta?

Chłopak milczał chwilę, jakby starając się przetrawić usłyszane słowa, po czym przebywając wciąż na kolanach i mając opuszczoną głowę, odezwał się nieśmiało:

− Dziwnie prawicie, panie... Nie wiem, skąd pochodzicie... Ale stąd do najbliższego miasta z pół dnia konno będzie.

Młodzian westchnął zrezygnowany, po czym podjął ostatnią próbę nawiązania kontaktu z tym obłąkanym typem:

− To może znasz chociaż drogę do jeziorka w dębowym lesie? To pewnie ze trzy dni konno będzie? – zakpił.

− Dębowa Knieja? Toż to, panie, prawie tutaj! Po drugiej stronie duktu! Zaprowadzić mogę. Ja ten las dobrze znam.

Dalibor uniósł głowę, był wyraźnie poruszony tym, że w końcu znalazł jakiś punkt wspólny w konwersacji z nieznajomym. Coś, w czym może pomóc mocarnemu przybyszowi. Teraz w przypływie odwagi spojrzał wreszcie dokładniej na antyterrorystę. Zaciekawiła go przewieszona przez ramię broń i inne elementy wyposażenia, których przeznaczenia nawet nie był w stanie się domyślić.

Młodzian szybko przemyślał usłyszane słowa. Oczywiście drogę do jeziorka z łatwością odnalazł już sam. Ale to właściwie dobrze się złożyło, że chłopak był chętny pójść z nim z własnej woli. Przecież nie można było zostawić go samego w lesie. Powinien doprowadzić go do miasta i oddać pod opiekę lekarzy. „To całe towarzystwo biegające po lesie musiało uciec z jakiegoś szpitala dla obłąkanych, to więcej niż pewne”.

Powolnym ruchem sięgnął do swojej motoroli, po kilku sekundach wahania wcisnął przycisk z boku radia. Sprzęt wydał dźwięki kontrolne, a więc teoretycznie działał, a przynajmniej działało jego zasilanie. Wypuścił w eter zawołanie:

− Tu policyjny operator AT05. Czy ktoś obecnie jest na tej częstotliwości? Odbiór!

Odczekał chwilę, przestawił pokrętło na następny kanał i powtórzył swoją kwestię. Potem sprawdził kolejny kanał, i kolejny. Niestety, za każdym razem efekt przypominał gadanie do śniętej ryby. „Cholera, szkoda, że swoją komórkę zostawiłem w pierdolonej szafce. Trochę by mi to teraz ułatwiło sprawę”.

− Dobra, wstawaj mały, idziemy w stronę jeziora – rzucił do Dalibora chłonącego z zainteresowaniem każdy jego ruch.

Jako że jeziorko było naprawdę niedaleko, już po chwili dotarli do celu. Młodzian przez całą drogę z narastającym przerażeniem obserwował dziwne zachowanie chłopca. Ten biegł o dwa kroki przed policjantem, odginał gałązki rosnących krzewów i drzewek, torując mu przejście i powtarzał na przemian: „Tędy, jaśnie panie” oraz „Tędy, mości rycerzu”. Na miejscu z dużym wyrazem zadowolenia obwieścił:

− Oto jest! Dębowa Knieja, panie!

Komandos rozejrzawszy się wkoło, poznał miejsce, w którym miał już okazję być dwukrotnie tego dnia. Obserwując z daleka strumień wody wpadający do jeziora z dosyć głośnym pluskiem, nie mógł uwierzyć, że to była jego furtka do tego lasu.

− Jesteś pewien, że nie ma tu w pobliżu miasta, chłopcze? Ja oceniam, że góra pół kilometra stąd znajdziemy zabudowania i kogoś, kto nam pomoże.

− O tak, prawda to, panie – przed nami góra i na całej tej górze panoszą się zbóje. Tu samotni wędrowcy giną bez śladu, a rycerstwo zapuszcza się niechętnie.

− Jakie znowu rycerstwo? Jacy zbóje? Naczytałeś się za dużo bajek czy telewizja zrobiła ci sieczkę z mózgu?!

Dalibor ucichł znowu, speszony podniesionym głosem swego wybawiciela.

− No dobra – rzucił Młodzian uspokajającym tonem – proponuję zrobić małą wyprawę w tamtą stronę i przekonać się, kto ma rację. Co ty na to?

− Panie! Ja muszę domostwa doglądać. Długi czas, jak się w las wypuściłem i nie wiem, czy obejście bezpieczne...

− Zawrzyjmy umowę. Jeśli nie będzie tam miasta, to wrócę z tobą i pomogę ci sprawdzić, czy nic złego nie dzieje się w twoim domu. Ale jeśli mam rację i dotrzemy do miasta, to idziesz ze mną tam, gdzie ci powiem. – Młodzian postanowił zagrać kartami dzieciaka, by osiągnąć swój cel.

Widać było, że chłopaczek mocno walczy ze sobą. Nie chcąc jawnie sprzeciwiać się woli nieznajomego, odpowiedział:

− Uwierz mi, panie, tam czyha śmierć za każdym drzewem. Iść tam to szaleństwo!

− Przy mnie nic ci nie grozi! Takich zbójów jak ten co cię napadł, zabijam samym spojrzeniem.

Dalibor jeszcze raz podniósł wzrok na komandosa. To, co ujrzał, pomogło mu przezwyciężyć niepewność. Widział przed sobą wzniosłego herosa, ze zdawałoby się nadludzkimi zdolnościami. W okamgnieniu młodzieńcza ciekawość wzięła górę. Wstał powoli na równe nogi i wygładził swoje prymitywne ubranie.

− Zgoda, panie. Pójdźmy zatem.

SPIS TREŚCI

OD AUTORA

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Trip 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 Nie otwieraj oczu Czapkins Siostry Alienista Zamęt