Posiadacz

Posiadacz

Autorzy: John Galsworthy

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 200

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 21.00 zł

Przejmująca, pełna namiętności opowieść o miłości, zdradzie, posiadaniu i śmierci.

Akcja rozpoczyna się w 1886 roku w Londynie, a rodzina Forsyte’ów stanowi symbol mieszczaństwa epoki wiktoriańskiej. Żona jednego z braci, Irena, staje się burzycielką porządku ustalonego przez rodzinę.

Posiadacz to najsłynniejsza powieść w całym dorobku Johna  Galsworthy’ego. Pierwotnie wydana pod tytułem Saga rodu Forsyte’ów, osiągnęła ogromną popularność (autor otrzymał za nią Nagrodę Nobla), doczekała się kontynuacji i wtedy tytuł ten rozciągnął się na cały cykl. Dla kolejnych wydań Autor ustanowił dla niej tytuł Posiadacz, który chyba najpełniej oddaje o czym jest ta opowieść.

 

Sedno całej tej sprawy, pomyślał, to własność, lecz wiele ludzi wolałoby nie stawiać jej na tej płaszczyźnie. W ich pojęciu idzie wyłącznie o „świętość węzłów małżeńskich”. Ale podstawą świętości węzłów mał­żeńskich jest świętość rodziny, a świętość rodziny oparta jest na świę­tości posiadania. A przecież wszyscy ci ludzie są wyznawcami Tego, któ­ry nic nigdy nie posiadał na własność. Ciekawe!

John Galsworthy

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

W końcu listopada, w odwilż, o godzinie dziewiątej rano, po­ciąg drogi petersbursko-warszawskiej całą siłą pary zbliżał się do stolicy. Była taka wilgoć i mgła, że z tru­dnością świtało; o dziesięć kroków na prawo i na lewo od toru kolejowego nie sposób było cokolwiek dojrzeć z okien wagonu. Między pasażerami trafiło się paru powraca­jących z zagranicy; przedziały klasy III były jak zawsze najbardziej zapchane ludem prostym, trudniącym się interesami, z pobliskich okolic. Wszyscy, jak zwykle, pomęczeni, ze znużonymi przez noc oczyma, zziębnięci. Twa­rze przybrały we mgle kolor bladożółty.

W jednym z wagonów III klasy od świtu siedzieli naprzeciw siebie koło okna dwaj pasażerowie, obaj ludzie młodzi, obaj niezbyt elegancko, trochę może za lekko ubrani, obaj o dość niepospolitych twarzach i obaj skłonni do na­wiązania rozmowy. Gdyby wiedzieli jeden o drugim, przez co w danej chwili są godni uwagi, zdziwiliby się, rzecz prosta, że przypadek tak dziwnie umieścił ich naprze­ciw siebie w wagonie klasy III petersbursko-warszawskiej drogi żelaznej. Jeden z nich, niewielkiego wzrostu, wyglą­dał na lat 27, kędzierzawy, prawie brunet, o malutkich, sza­rych, ale ognistych oczach, nos szeroki i spłaszczony, twarz ściągła, cienkie wargi układały mu się bez ustanku do jakie­goś zuchwałego, drwiącego, a nawet złego uśmiechu; za to wysokie, pięknie zarysowane czoło zdobiło prostaczą dolną część twarzy. Szczególnie zwracała uwagę jej trupia bladość, nadającej całej fizjonomii młodego człowieka znamię wycieńczenia, nielicującego z dość silną budową ciała, było też jednak coś nad wyraz namiętnego, aż do bólu, coś, co na tej twarzy nie licowało z arogan­ckim i ordynarnym uśmiechem, z szorstkim, zadowolonym z siebie spojrzeniem. Ubrany był w szeroki, barankowy, czar­ny kożuch; dzięki temu nie marzł w nocy, jak jego sąsiad, który, dygocąc na całym ciele, odczuł najzupełniej słodycz rosyjskiej, wilgotnej, listopadowej nocy, do której widocznie nie był przygotowany, mając na sobie dość gruby płaszcz bez rękawów, z olbrzymim kapturem, jota w jotę taki sam, jakiego używają często podróżni zimową porą gdzieś zagranicą, na przykład w Szwajcarii, albo w północnych Włoszech, nie przewidując, rzecz prosta, takich celów po­dróży, jak Ejdkuny albo Petersburg. Co jednak dostatecz­ne i odpowiednie było w Szwajcarji, to okazało się całkiem nieodpowiednie w Rosji. Właściciel płaszcza z kapturem był człowiekiem młodym, liczył również nie więcej jak lat 27, był więcej niż średniego wzrostu, bardzo jasny blondyn, o bujnym zaroście, zapadłych policzkach, z delikatną, prawie zupełnie białą bródką. Oczy duże, niebieskie, zapatrzone w dal: w wyrazie ich było coś cichego, lecz i przygnębiają­cego, coś, po czym niektórzy na pierwszy rzut oka poznają epileptyka. Poza tym twarz młodego człowieka była dość przy­jemna, delikatna, sucha, bez kolorów, a w danej chwili na­wet sina ze zziębnięcia. W rękach huśtał mu się mizerny tobołek ze starego, wypłowiałego fularu, cały prawdopodobnie podróżny majątek. Obuwie ze sztylpami, o grubych pode­szwach… nic a nic rosyjskiego.

Ciemnowłosy sąsiad w kożuchu zdążył to wszystko już zaobserwować z braku lepszego zajęcia. Nareszcie, uśmie­chając się niezbyt delikatnie, w ten sposób, w jaki wyraża się czasem bez ceremonii, niedbale, ludzkie zadowolenie z niepowodzeń bliźniego… zdobył się na pytanie:

– Zimno?

I wzruszył ramionami.

– Bardzo – odrzekł sąsiad z nadzwyczajną uprzejmością – i niech pan zwróci uwagę, że takie zimno w od­wilż. Co by to było podczas mrozu? Nawet mi na myśl nie przyszło, że u nas tak chłodno. Odzwyczaiłem się.

– Widocznie z zagranicy?

– Tak, ze Szwajcarii.

– A niechże… pana!…

Ciemnowłosy aż zaświstał i zachichotał.

Wszczęła się rozmowa. Gotowość do dawania odpo­wiedzi na wszelkie, choćby najbardziej niedbałe, nie na miejscu i próżne pytania, stawiane przez sąsiada-bruneta, ochoczość wykazana przez jasnowłosego, młodego człowieka, była zadziwiająca i niezdradzająca ani cienia nieufności. Mówił, że istotnie dawno już nie był w Rosji, przeszło czte­ry lata, że wysłany był za granicę z powodu choroby ner­wowej, dziwnej jakiejś choroby, czegoś w rodzaju epilepsji, czy też choroby św. Wita, jakichś drgawek i konwulsji. Słuchając tych słów, brunet się uśmiechał, a najbardziej za­śmiał się, kiedy na pytanie „i cóż, wyleczyli pana?”… blon­dyn odrzekł: „nie, nie wyleczyli”.

– He! Pieniędzy pewno pan wyrzucił sporo i na próżno… A my im wciąż jeszcze wierzymy.

– Najświętsza prawda! – wtrącił się do rozmowy siedzący obok, czterdziestoletni jegomość, kiepsko ubrany, wyglądający na urzędnika zatęchłego w kancelariach, jego­mość z czerwonym nosem, silnej budowy i z wągrowatą twa­rzą – najświętsza prawda, oni tylko rosyjskie pieniądze za nic potrafią do siebie ściągać!

– O, jeżeli chodzi o mnie, to pan jesteś w błędzie – pośpieszył z odpowiedzią szwajcarski pacjent cichym i po­jednawczym głosem – wprawdzie spierać się nie mogę, bo nie wiem o wszystkim, ale mój doktor oddał mi na drogę ostatni grosz, a prócz tego dwa lata prawie utrzymywał mnie na swój koszt.

– Płacić nie miał kto? Czy jak? – spytał brunet.

– Tak, pan Pawliszczew, który na mnie łożył, umarł dwa lata temu; potem pisałem do mojej dalekiej kuzynki, generałowej Jepanczyn, ale nie otrzymałem żadnej odpowie­dzi. Przyjechałem tutaj bez jej pomocy.

– To jest dokąd… tutaj?

– Chce pan spytać, gdzie się zatrzymam? Jeszcze nie wiem, doprawdy… tak jakoś…

– Nie zdecydował się pan jeszcze?

I obaj słuchacze parsknęli głośnym śmiechem.

– Oho! A cały majątek to pewno w tym woreczku? – zapytał brunet.

– Założyłbym się, że nie inaczej – podchwycił z niezmiernie zadowoloną miną czerwononosy urzędnik – i że w wagonie bagażowym też nic nie ma; stwierdźmy jednak, że bieda nie hańbi.

Okazało się, że i tym razem było nie inaczej, młody blondyn natychmiast, w sposób niezwykle uprzedzający, nie omieszkał przyznać się do tego.

– Zawiniątko pańskie, bądź co bądź, ma pewne zna­czenie – ciąg­nął urzędnik, uśmiawszy się do syta (rzecz ciekawa, że i właściciel zawiniątka zaczął się śmiać, patrząc na nich, co jeszcze bardziej zwiększało ich wesołość) – i chociaż można się założyć, że nie zawiera ono w sobie za­granicznych złotych rulonów z luidorami, na co wskazują choćby sztylpy opinające zagraniczne obuwie pańskie, to jednak, gdy się oprócz zawiniątka przyjmie pod uwagę na ten przykład taką generałową Jepanczyn, niby krewną sza­nownego pana, to i zawiniątko nabierze nieco innego zna­czenia, ma się rozumieć, wtedy tylko, jeśli generałowa Jepan­czyn jest rzeczywiście krewną pańską i jeżeli się pan przez roztargnienie nie pomylił, co zresztą bardzo a bardzo… jest wła­ściwe człowiekowi… z nadmiaru wyobraźni chociażby…

– Ach tak, znowu pan zgadł – pośpieszył młody blondyn – doprawdy, omal że się nie pomyliłem, w istocie, prawie że nie krewna; tak dalece, że nie dziwiło mnie to na­wet wtedy, iż nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Byłem na to przygotowany.

– Wydatek niepotrzebny na marki. Hm… no, ale przynajmniej prostota i szczerość… Chwali się to! Hm… Co do generała Jepanczyna, to mam przyjemność… ponieważ osobistość powszechnie znana. A pana Pawliszczewa, co to w Szwajcarii łożył na utrzymanie pańskie, miałem przy­jemność również… o ile był to Mikołaj Andrejewicz Pawliszczew, bo jest dwóch ciotecznych braci. Drugi dotychczas na Krymie; nieboszczyk Mikołaj Andrejewicz był osobą sza­nowną, ustosunkowaną i w swoim czasie posiadaczem czte­rech tysięcy dusz.

– Tak, tak. Nazwisko jego Mikołaj Andrejewicz Pawliszczew – odpowiedziawszy, przyjrzał się młody czło­wiek uważnie i badawczo wszystkowiedzącemu panu, takich wszechwiedzących panów można niekiedy spot­kać, nawet dosyć często, w pewnych sferach towarzyskich. Wiedzą oni o wszystkim, badawczość nieposkromiona ich umysłu i zdolności skierowane są bez ustanku w jednym kie­runku… w braku, rzecz prosta, o wiele ważniejszych poglą­dów i zagadnień życiowych, jakby powiedział myśliciel współczesny. Przez słowa: „wiedzą oni o wszystkim”… ro­zumieć należy dziedzinę zresztą dosyć zamkniętą: w jakiej instytucji pracuje, kogo zna, jaki ma majątek, gdzie był gu­bernatorem, z kim ożeniony, co wziął za żoną, kto jest jego ciotecznym bratem, kto kuzynem itd., itd. w tym ro­dzaju. Zazwyczaj ci wszystkowiedzący mają dziury na łok­ciach i pobierają 17 rubli pensji miesięcznej. Ludzie, o któ­rych wiedzą oni najdokładniejsze szczegóły, nie byliby w stanie, rzecz prosta, wskazać, co za wyrachowanie kieruje ni­mi, a tymczasem wielu z nich osiąga dzięki tej wiedzy, rów­nającej się całej nauce, radość najzupełniejszą, dochodzą do samoszacunku, a nawet wyższego zadowolenia duchowego. Pociągająca nauka! Widziałem uczonych, literatów, poetów, działaczy politycznych, którzy szukali i znaleźli w tej nauce swe najwyższe zadowolenia i cele… i nawet na tym jedynie zrobili karierę.

W ciągu całej tej rozmowy młody brunet ziewał, pa­trzył bezmyślnie w okno i z niecierpliwością wyglądał końca podróży. Roztargniony, może nawet zanadto roztargniony, omalże niestrwożony, stawał się czasem aż dziwaczny; to słu­chał i nie słuchał, to patrzył i nie patrzył, to znów śmiał się, nie wiedząc z czego.

– Przepraszam, a z kim mam zaszczyt… – ni stąd, ni zowąd zagadnął wągrowaty jegomość młodego blondyna z zawiniątkiem.

– Książę Leon Mikołajewicz Myszkin – odpowie­dział z całą uprzejmością młody człowiek.

– Książę Myszkin? Leon Mikołajewicz? Nie mam przyjemności. Nie zdarzało mi się nawet spotkać… – odpowie­dział w zamyśleniu urzędnik – chciałem powiedzieć… to jest nie miałem na myśli nazwiska. Nazwisko historyczne. W historii Karamzina można i powinno się z nim spotkać… a ja o osóbce… coś… jakoś tych książąt Myszkinów się nie spotyka. Ani słychu, ani dychu o czymś podobnym.

– Ma się rozumieć – natychmiast odrzekł książę. – Książąt Myszkinów zupełnie już obecnie nie ma, wyjąwszy mnie; zdaje mi się, iż jestem ostatni. Co się tyczy ojców i dziadów, to niektórzy z nich pracowali i na roli: szlachta zagonowa!… Ojciec wprawdzie był podporucznikiem w armii… z junkrów. Ot, generałowa Jepanczyn też z książąt Myszkinów. Nie wiem nawet jakim cudem. Też ostatnia w swoim rodzaju.

– Ostatni w swoim rodzaju, he, he, to się panu uda­ło – zachichotał urzędnik.

Uśmiechnął się również i brunet.

Blondyn zdziwił się nieco, że mu się udał zresztą dość marny kalambur.

– Niech pan sobie wyobrazi, mnie to tak od niechce­nia… – powiedziałem zupełnie bez myśli… – objaśniał zdziwiony.

– No, tak, tak, rozumie się – wesoło potakiwał urzędnik.

– Czy książę tam może się czegoś uczył u tego profesora? – zapytał nagle brunet.

– Tak… studiowałem…

– A ja nigdy się niczego nie uczyłem.

– No, ja też przecież cokolwiek, tak, aby… – do­dał książę, jakby na swoje usprawiedliwienie. – Uznali za niemożliwe z powodu choroby uczyć mnie czegokolwiek systematycznie.

– Rogożynych pan zna? – spytał szybko brunet.

– Nie, nie mam przyjemności. Ja w Rosji przecież mało kogo znam. A czy pan jest Rogożyn?

– Tak, Rogożyn, Parfen.

– Parfen? Czy to aby nie z tych samych Rogożynów… – rozpoczął z robioną powagą urzędnik.

– Z tych samych, z tych samych – przerwał mu szybko z niecierpliwością i niegrzecznie brunet, który ani razu zresztą nie zwracał się do wągrowatego urzędnika, a od sa­mego początku zwracał się tylko do księcia.

– A więc jakże to? – zdębiał urzędnik, oczy o ma­ło mu na wierzch nie wylazły i twarz poczęła się w mgnieniu oka układać w jakiś wyraz pokory i służalstwa, a nawet przestrachu – więc to tego samego Siemiona Parfenowicza Ro­gożyna, który zmarł z miesiąc temu, tego samego dziedzicz­nego szlachcica honorowego, co zostawił po sobie dwa i pół miliona kapitału?

– A ty skąd o tym wiesz, że zostawił dwa i pół mil­iona czystego kapitału? – przerwał mu brunet, nie darząc go i tym razem spojrzeniem – widzisz go… – mrugnął do księcia, wskazując urzędnika – i co mu z tego przyjdzie, że się czepia jak rzep psiego ogona… A to, że ojciec mój umarł… to prawda. A ja dopiero po miesiącu, omal że bez butów pę­dzę z Pskowa do domu. Ani brat szubrawiec, ani nawet matka pieniędzy ni zawiadomienia nie przysłali. Nic, nic. Jak z psem. Przez cały miesiąc trząsłem się w gorączce w Psko­wie.

– A teraz za jednym zamachem cały milionik się sprzątnie… i to co najmniej, o Boże – klasnął w ręce urzędnik.

– Czego on, no niech pan powie? – ze złością i nie­chęcią kiwnął na niego znów Rogożyn – przecież ani gro­sza nie dostaniesz, choćbyś tu przede mną na łbie stawał.

– I będę, będę stawał.

– To ci dopiero nie dam, nie dam, choćbyś ty tu cały tydzień tańcował.

– Nie dawaj. Nic mi się nie należy, nie dawaj! Ale tańczyć będę. Żonę i małe dzieci rzucę, a przed tobą tańczyć będę. Pochwal tylko!…

– Tfu!… – splunął brunet. – Pięć tygodni temu ja tak, jak i pan – zwrócił się do księcia – z jednym za­winiątkiem tylko, uciekłem od ojca do Pskowa, do ciotki, tam gorączka zwaliła mnie z nóg, a on tymczasem beze mnie umarł. Ospa go zdusiła. Niech mu ziemia lekką będzie, ale o mały włos byłby mnie na śmierć zatłukł. Czy książę uwierzy? Dalibóg! Żebym nie uciekł, byłby mnie zatłukł.

– Czy go pan czym obraził? – odezwał się książę z pewną jemu właściwą ciekawością, przypatrując się milionerowi w kożuchu. I jakkolwiek i w milionie i w dziedzi­czeniu spadku mogło być coś godnego uwagi, to jednak księcia interesowało jeszcze coś innego; zresztą i Rogożyn upa­trzył sobie z jakiegoś powodu w księciu swego powiernika, jakkolwiek powiernik był mu potrzebny raczej mechanicznie niż moralnie, bardziej przez roztargnienie niż przez prostoduszność; z trwogi, ze wzruszenia, aby móc patrzeć na ko­gokolwiek i mleć o czym bądź językiem. Zdawało się, że dotychczas ma on jeszcze gorączkę, a co najmniej febrę.

Tymczasem urzędnik zawisł niemal nad Rogożynem, nie śmiał złapać tchu, chwytał i ważył każde słowo, jakby poszukiwał brylantu.

– Że się rozgniewał, to rozgniewał, było może i o co – odpowiadał Rogożyn – ale brat dopiekł mi najbardziej. O matce nie ma co mówić, kobieta stara, Czeti Minei czyta, z babami siedzi, a co braciszek Sienka powie, tak być musi. Czemuż to on nie dał mi znać na czas? Wiemy, o co chodzi! I to prawda, że byłem wtedy bez przytomności. Mó­wią, że depeszowali. Ale depesza do ciotki przyszła. Trzy­dzieści lat, jak jest wdową, od rana do nocy siedzi z bigot­kami, o zbawieniu duszy myślącymi. Mniszka nie mniszka, albo jeszcze co gorszego. Depeszy się zlękła i nierozpieczętowaną oddała na policję, leżała tam aż dotąd. Tylko Koniew Wasyl Wasylewicz wydobył mnie z kłopotu… opisał wszyst­ko. Z całunu złotogłowego na grobie ojca braciszek frędzle złotolite poobrzynał, niby że, patrzcie, jakie pieniądze kosztują. Za to jedno może pójść na Sybir, niech tylko ze­chcę, ot przecież świętokradztwo. Hej, ty czupiradło – zwrócił się do urzędnika. – Co, według prawa, święto­kradztwo?…

– Tak, tak, świętokradztwo! – powtarzał urzędnik.

– Za to na Sybir?

– Na Sybir, na Sybir! Od razu na Sybir!

– Oni myślą wszyscy, że ja jeszcze chory – ciągnął dalej Rogożyn, zwracając się do księcia – a ja, nic nie mó­wiąc, cichutko, jeszcze niezdrów, do wagonu… i jazda; otwieraj wrota, bracie, bracie Siemionie Siemionyczu! On mnie przed ojcem obgadywał, wiem. A że istotnie przez Nastazję Filipownę wtedy ojca rozgniewałem, to prawda. Tu rzeczywiście moja tylko wina. Straciłem rozum.

– Przez Nastazję Filipownę? – niewolniczo wtrą­cił urzędnik, coś kombinując.

– Toć nie wiesz przecież, o kim mowa! – krzyknął na niego zniecierpliwiony Rogożyn.

– A właśnie, że wiem! – zwycięsko odrzekł urzędnik.

– Patrzcie go! Toć mało Nastazyj Filipowien! I ja­kie z ciebie natrętne bydlę. Czuła moja dusza, że uczepi się mnie, ot taki bydlak! – zwrócił się do księcia.

– Wiedzieć może i wiem – naprzykrzał się urzęd­nik. – Lebiediew wie! Jaśnie oświecony raczy mi robić wyrzuty, a co, jeśli dowiodę? Ta właśnie Nastazja Filipowna, za którą ojciec o mało pana nie wyłoił kalinowym kijem, nazywa się Baraszkowa i jest, że tak powiem, wielką damą i też księżną w swoim rodzaju, a zna się z jednym tylko, z pewnym Atanazym Iwanowiczem Tockim, z obywatelem i kapitalistą wielkim, członkiem, akcjonariuszem wielu towa­rzystw i z tego powodu przyjacielem generała Jepanczyna.

– He, he, patrz no, jak on to wszystko… – zdziwił się ostatecznie Rogożyn – tfu, niech go diabli, toć napraw­dę wie.

– O wszystkim wie. Lebiediew wie o wszystkim! Ja, jaśnie oświecony, i z Olesiem Lichaczowym jeździłem dwa miesiące i też po śmierci ojca, i wszystkie kąty i zakątki znam i doszło nawet do tego, że bez Lebiediewa ani kroku. Pracuję w kancelarii dłużników, gdzie miało się sposobność poznać i Armansównę i Koralię i księżnę Packą i Nastazję Filipownę, i kogo w ogóle nie miało się sposobności poznać!

– Nastazję Filipownę? Jak to, czyż ona z Lichaczowem… – Rogożyn spojrzał na niego wrogo, wargi mu zsi­niały i drgnęły.

– Nic a nic! Ani troszkę! – spostrzegł się i dodał pośpiesznie urzędnik. – Za żadne skarby nie udało się Lichaczowowi! O nie, to nie Armansówna. Tu jeden tylko Tocki. Wieczorem w Wielkim albo Francuskim siedzi we własnej loży. Oficerowie, co to między sobą Bóg wie o czym gadają, a tu niczego nie mogą dowieść, nic powiedzieć: „oto właśnie ta Nastazja Filipowna”… i tyle; poza tym nic, bo i nie ma nic poza tym.

– To wszystko tak – ponuro i spode łba przytakiwał Rogożyn – to samo mówił mi Zależew. Biegłem raz w trzyletnim ojcowskim kaszkiecie po Newskim, a ona wychodzi ze sklepu i siada do karety. Jakby mnie kto obu­chem. Spotykam Zależewa; ani mi się umywać do niego, chodzi jak fryzjer, szkło w oko… a my tymczasem u ojca w butach wyszuwaksowanych i na nieokraszonym barszczu paradowaliśmy. Powiada: nie dla ciebie para, to księżna, zwie się Nastazja Filipowna Baraszkowa, żyje z Tockim. Tocki nie wie, jak odczepić się od niej, bo już całkiem… to jest pięćdziesiątka stuknęła i żenić się chce z najpierwszą pięk­nością w całym Petersburgu. Jednocześnie powiada, że mogę ją spotkać dziś w Teatrze Wielkim na balecie, w loży. Niech oby który z nas u ojca spróbował pójść na balet: awantura, zabiłby. Ja jednak po kryjomu wyrwałem się na godzinkę i znów zobaczyłem Nastazję Filipowną: całą noc nie spałem. Rano daje mi ojciec dwa papiery procentowe, po pięć tysięcy każdy, idź, powiada, i sprzedaj: siedem tysięcy pięćset zaniesiesz do Andrejewych do kantoru, a resztę przyniesiesz tu, nigdzie nie zachodząc, i oddasz mnie. Będę na ciebie cze­kał. Papiery sprzedałem, ale do Andrejewych już nie cho­dziłem, poszedłem, nie zwracając na nic uwagi, do angielskie­go jubilera i za wszystko, co miałem, sprawiłem dwa kolczyki, po brylanciku jak orzech w każdym. Czterysta rubli zostałem jeszcze dłużny. Wymieniłem nazwisko. Uwierzyli. Z kol­czykami do Zależewa. Mówię: tak i tak, chodź do Nastazji Filipowny. Co pod nogami, co przede mną, co z boku, nic nie wiem, nie pamiętam. Weszliśmy wprost do salonu, wy­szła sama do nas. Nie powiedziałem nawet jakoś wtedy, że to ja sam, a że „od Parfena Rogożyna na pamiątkę wczo­rajszego spotkania – powiada Zależew – zechce pani ła­skawie przyjąć”. Otworzyła, spojrzała, uśmiechnęła się. „Niech pan podziękuje przyjacielowi swemu, panu Rogoży­nowi, za jego uprzejmość”. Kiwnęła głową i wyszła. Ach, czemuż ja tam wtedy nie umarł na miejscu. Poszedłem wte­dy, bo myślałem: „Wszystko jedno, już nie wrócę żywy!”. A najbardziej dotknęło mnie to, że ta bestia Zależew przywłaszczył wszystko sobie. Mały, ubrany jak andrus, stoję, milczę, oczy na nią wybałuszam, bo mi wstyd, a on modnie ubrany, wypomadowany, ufryzowany, rumiany, krawat w kratkę… cholewki smali, szasta się, przegina się… na pewno wzięła go za mnie! Jakeśmy wyszli, powiadam: „A ty nie waż mi się nawet myśli do głowy dopuszczać, rozumiesz!”. Roześmiał się. „Ciekawe, jak to ty teraz będziesz ojcu zda­wał sprawę?”. Wolałbym wtedy, co prawda, od razu do wo­dy, ale myślę sobie, co tam, wszystko jedno… i wróciłem do domu jak opętany.

– Ech! Uch! – stękał urzędnik, czując lekki dresz­czyk po skórze – a trzeba wiedzieć, że nieboszczyk nie za dziesięć tysięcy, ale za dziesięć rubeliansów doprowadzać umiał ludzi do światłości wiekuistej – rzucił księciu.

Książę z ciekawością przyglądał się Rogożynowi; zdawało się, że był on jeszcze bledszy w tej chwili.

– Ale, do światłości wiekuistej! – wymówił Rogo­żyn – a ty skąd wiesz? I natychmiast – mówił dalej do księcia – o wszystkim się dowiedział, zresztą i Zależew każdemu, kto się nawinął, o wszystkim plótł. Zamknął mnie ojciec na górze i całą godzinę prawił: „Teraz cię tylko tak przygotuję, a na dobranoc przyjdę jeszcze pożegnać się z to­bą”. Wyobraźcie sobie! Pojechał stary do Nastazji Filipownej; kłaniał się do ziemi, błagał i płakał; wyniosła mu pu­dełko, skoczyła i powiada: „Masz, stary pryku, swoje kol­czyki, teraz stały mi się one dziesięć razy droższe, kiedy z ta­kim strachem dobywał je Parfen. Kłaniaj się – powiada – i podziękuj ode mnie Parfenowi Siemionyczowi”. Ja tymcza­sem z błogosławieństwem matki dostałem dwadzieścia rubli od Sieriożki Protuszyna i jazda pociągiem do Pskowa. Przy­jechałem z febrą; baby zaczęły tam zamawiać chorobę ró­żańcem, ja siedzę pijany, potem za resztę, co mi została, włóczyłem się po szynkach i bez zmysłów tarzałem się gdzieś w rynsztoku. Nad ranem już gorączka, a tymczasem w nocy psy mnie w dodatku obgryzły. Ledwo do siebie przyszedłem.

– No, no, ale teraz to zaśpiewa Nastazja Filipowna – zacierając ręce, chichotał urzędnik – co tam kolczyki! Teraz się sprawi takie kolczyki!

– Słuchaj, jeżeli ty mi raz jeszcze słowo o Nastazji Filipownie powiesz, to Bóg mi świadkiem, że cię spiorę, po­mimo to, żeś z Lichaczowem jeździł! – krzyknął Rogożyn, chwytając go mocno za rękę.

– A jak spierzesz, to tym samym nie odrzucisz! Bij! Spierzesz i tym samym zatwierdzisz!… Otóż przyjechaliśmy!

Rzeczywiście wjeżdżano na dworzec. Chociaż Rogo­żyn mówił, że wyjechał po cichutku, czekało już na niego pa­rę osób. Krzyczeli i machali czapkami.

– Patrzcie, jest i Zależew! – mruczał Rogożyn, pa­trząc na nich z triumfującym i nawet jakby złym uśmiechem; nagle odwrócił się do księcia. – Książę, nie wiem, za com cię polubił. Może dlatego, że cię w takiej chwili spotkałem, ale przecież i jego spotkałem (wskazał na Lebiediewa), a nie pokochałem. Zajdź do mnie, książę. Zdejmiemy z ciebie te kamaszki, ubiorę cię w futro z kuny, w najlepsze jakie mam; frak ci sprawię najprzedniejszy, kamizelkę białą, albo i jaką chcesz, pieniędzy napcham ci pełne kieszenie i… pojedziemy do Nastazji Filipowny. Przyjdziesz czy nie?

– Uważaj, książę Leonie Mikołajewiczu! – poważ­nie i z namaszczeniem podchwycił Lebiediew. – Nie wypuszczaj sposobności!…

Książę Myszkin wstał, podał uprzejmie rękę Rogożyno­wi i powiedział jak najuprzejmiej:

– Z największą przyjemnością przyjdę i bardzo jestem panu wdzięczny za to, że mnie pan pokochał. Może nawet dziś zajdę, jeśli zdążę. Powiem panu szczerze, że i pan bar­dzo mi się spodobał, a szczególnie, jak pan opowiadał o tych brylantowych kolczykach. Nawet i przed kolczykami mi się pan podobał, chociaż ma pan twarz ponurą. Dziękuję pa­nu za obiecane futro i ubranie, niezadługo mi się przy­dadzą. A i pieniędzy w chwili obecnej nie mam ani gro­sza prawie.

– Pieniądze będą, do wieczora będą, przyjdź tylko!

– Będą, będą – wtrącił urzędnik – jeszcze przed wieczorem, przed zachodem słońca!

– A płci pięknej jesteś książę amatorem? Mów od razu!

– Ja n…n…nie! Ja przecież… Pan pewno nie wie, że ja z powodu choroby zupełnie kobiet nie znam.

– Kiedy tak – krzyknął Rogożyn – wychodzi na to, że jesteś, książę, pomylony, a takich Bóg kocha.

– Tak, takich Bóg miłuje – wtrącił urzędnik.

– A ty, pieniaczu, chodź ze mną – zwrócił się Ro­gożyn do Lebiediewa i wszyscy wyszli z wagonu.

Skończyło się na tym, że Lebiediew dopiął swego. Wkrótce hałaś­liwa banda skierowała się w stronę Wozniesieńskiego. Książę musiał zawrócić na Litiejną. Wilgotno było i mokro; książę wybadywał przechodniów; okazało się, że ma ze trzy wiorsty drogi. Postanowił jechać dorożką.

II

Generał Jepanczyn mieszkał we własnym domu, nieco w bok od Litiejnej w stronę kościoła Przemienienia Pańskie­go. Oprócz tego (wspaniałego) domu, którego pięć szó­stych odnajmował, miał generał Jepanczyn inny olbrzymi dom, przynoszący mu również nadzwyczajny dochód. Poza tymi dwiema nieruchomościami miał pod samym Petersbur­giem duży i wygodny majątek ziemski, a w petersburskim powiecie… fabrykę. Przedtem, jak wszystkim wiadomo, generał Jepanczyn brał udział w dzierżawie monopolu wódczanego. Teraz uczestniczył i był bardzo wpływowym członkiem w pewnych solidnych akcyjnych towarzystwach, słynął jako człowiek z wielkim majątkiem, z wielkimi zaję­ciami i z wielkimi stosunkami. Na niektórych stanowiskach potrafił się stać niezbędny, między innymi i w swoim urzędzie. A tymczasem wszyscy wiedzieli, że Jan Teodorowicz Jepanczyn był synem prostego żołnierza i nie otrzy­mał żadnego wykształcenia. To ostatnie mogło bez wątpienia przynosić mu tylko zaszczyt, ale generał, choć mądry, miał też swoje maleńkie, łatwe do przebaczenia słabostki i nie lubił pewnych przytyków. Ale mądrym i zręcznym był bez za­przeczenia. Miał, na przykład, zwyczaj niewysuwania się naprzód tam, gdzie wypadało nie zwracać na siebie uwagi i wielu ceniło go właśnie za jego prostotę, właśnie za to, że był zawsze na swoim miejscu. Gdyby jednak ci sędziowie wiedzieli, co się nieraz działo w duszy Jana Teodorowicza, tak zręcznie umiejącego zawsze być na swoim miejscu! Chociaż rzeczywiście miał i praktykę, i doświadczenie w sprawach życiowych i pewne, bardzo nawet duże zdolności, lubił jed­nakże przede wszystkim podawać się za wykonawcę cudzych pomysłów raczej niż za człowieka samodzielnego, za czło­wieka „oddanego bez pochlebstwa” i… cóż to za czasy na­deszły… nawet za serdecznego i prawdziwego Rosjanina. W tym względzie zdarzyło się z nim parę zabawnych przy­padków, ale generał nigdy nie tracił dobrej miny, nawet przy najzabawniejszych przypadkach; przy tym wiodło mu się i w grze w karty, a grał niezwykle wysoko, nie tylko nie chciał ukrywać swej małej słabostki do karciąt, tak istotnie i w wielu przypadkach mu dogadzającej, lecz popisywał się nią. Bywał w towarzystwie mieszanym, ale zawsze, ma się rozumieć, tylko w towarzystwie grubych ryb. Wszystko wszakże należało do przyszłości, czas był cierpliwy, czas był bardzo cierpliwy i wszystko musiało przyjść w swo­im czasie i we właściwym porządku. I co do wieku był generał Jepanczyn, jak się to mówi, w kwiecie lat, miał ich bo­wiem pięćdziesiąt sześć i ani dnia więcej, co w każdym razie stanowi wiek męski, wiek, w którym istotnie rozpoczyna się prawdziwe życie. Zdrowie, cera, silne, chociaż czarne zęby, krępa i silna budowa ciała, fizjonomia w biurze pod­czas dni zaaferowana, wieczorem zaś przy kartach u jego ekscelencji promienna… wszystko dopomagało do obecnych i późniejszych powodzeń i wyściełało różami życie dygni­tarza.

Rodzinka generalska kwitła. Aczkolwiek nie stanowiły jej same róże, ale też było dużo i czegoś takiego, na czym od dawna już zaczęły się skupiać poważnie i serdecznie naj­większe nadzieje i plany jego ekscelencji. I rzeczywiście, ja­kiż może być w życiu rodziców cel świętszy i ważniejszy? Do czego się przywiązać, jeśli nie do rodziny? Rodzina ge­nerała składała się z żony i trzech dorosłych córek. Ożenił się generał wcześnie, jeszcze jako porucznik, z panną mniej więcej tego samego co i on wieku, nieposiadającą ani urody, ani wykształcenia, za którą wziął wszystkiego tylko pięćdzie­siąt dusz… prawda, że to posłużyło jako podstawa jego póź­niejszego majątku. Jednakże generał nigdy nie biadał na swój wczesny ożenek, nigdy go nie traktował jako wybryk nierozważnej młodości, a żonę do tego stopnia cenił i tak się jej nieraz lękał, że nawet ją kochał. Generałowa pochodziła z książęcego rodu Myszkinów, rodziny nie bardzo świetnej, ale niesłychanie starożytnej i ogromnie ceniła to swoje pocho­dzenie. Ktoś z ówczesnych wpływowych osób, jeden z tych opiekunów, których notabene opieka nic nie kosztuje, zgodził się zainteresować małżeństwem młodej księżniczki. Otworzył furtkę młodemu oficerowi i pchnął go w odpowiednim kie­runku; tam nie potrzebował on już dalszego pchnięcia, dosyć było spojrzeć… nie zginąłby marnie. Z małymi wyjątkami małżon­kowie przeżyli cały długi czas do srebrnego wesela zgodnie. Jeszcze będąc młodą, generałowa jako z pochodzenia księż­niczka i ostatnia z rodu, a może i wskutek osobistych zalet, umiała znaleźć bardzo wysokich opiekunów. Później, kiedy wzrastała zamożność i stanowisko męża, zaczęła się z tym wyższym towarzystwem trochę oswajać.

W ostatnich latach podrosły i dojrzały trzy córki generała, Aleksandra, Adelajda i Agłaja. Prawda, że były to tylko Jepanczynówny, ale po matce z rodu książęcego, z nie­małym posagiem, córki człowieka ubiegającego się, być mo­że później, o bardzo wysokie stanowiska i co również dosyć ważne… wszystkie trzy bardzo przystojne, nie wyłączając naj­starszej Aleksandry, która miała dwadzieścia pięć lat. Śre­dnia miała dwadzieścia trzy lata, a najmłodsza, Agłaja, skoń­czyła właśnie dwudziesty rok życia. Z najmłodszej była nawet skończona piękność i w świecie zaczynała już zwra­cać na siebie ogólną uwagę. Ale i to jeszcze nie wszystko, wszystkie trzy były wykształcone, inteligentne i utalentowa­ne. Każdy też wiedział, do jakiego stopnia się mię­dzy sobą kochają i jak jedna drugą zawsze brała w obronę. Mówiono nawet o pewnych jakoby ofiarach, które poniosły dwie starsze siostry na rzecz młodszej… bóstwa całego do­mu. W towarzystwie nie tylko nie lubiły wysuwać się na­przód, ale nawet były zbyt skromne. Nikt nie mógł im za­rzucić pychy i zapalczywości, a tymczasem wszyscy wiedzieli, że są dumne i wartość swoją znają. Najstarsza była bardzo muzykalna, artystka, średnia zaś znakomita malarka, ale o tym nikt nic przez długie lata nie wiedział i wyszło na jaw do­piero w ostatnich czasach i to przypadkiem. Jednym słowem mówiono o nich niezwykle pochlebnie. Byli jednak i nie­życzliwi. Z przerażeniem szeptano o tym, ile książek prze­czytały. Wyjść za mąż nie było im pilno i chociaż dbały o bywanie w pewnej sferze towarzyskiej, ale też nie za bar­dzo. Było to tym dziwniejsze, że wszyscy znali kierunek, charakter, zamiary i pragnienia rodziców.

Było już około godziny jedenastej, gdy książę zadzwo­nił do mieszkania generała. Generał mieszkał na drugim pięt­rze i zajmował lokal możliwie skromny, chociaż odpowiedni do jego stanowiska. Otworzył księciu lokaj w liberii i długo musiał książę tłumaczyć się przed tym człowiekiem, podej­rzliwie przyglądającym się od samego początku jemu i jego tobołkowi. W końcu, po niejednokrotnym i dokładnym ob­jaśnieniu, że jest rzeczywiście księciem Myszkinem i że bez­warunkowo musi się widzieć z generałem w sprawie niecierpiącej zwłoki, zdziwiony sługa zaprowadził go obok do maleńkiego przedpokoju, przed samą poczekalnią koło gabinetu oddał go w ręce drugiego służącego, który dyżurował tam co rano i meldował generałowi gości. Ów drugi był we fraku, miał przeszło czterdzieści lat i zamyślony wyraz twarzy; był to specjalny sługa i prawa ręka jego eksce­lencji, wskutek czego znał swoją wartość.

– Niech pan się zatrzyma w poczekalni, a zawiniątko proszę tu zostawić – rzekł bez pośpiechu, siadając z godnością na swoim krześle i patrząc z surowym zdziwieniem na księcia, który usiadł obok niego na krześle ze swoim to­bołkiem w ręku.

– Jeżeli można – odpowiedział książę – ja bym wolał tutaj razem z panem, bo tam jakoś samemu…

– W przedpokoju nie wypada czekać. Interesant to przecież tak, jak gość. Do samego generała?

Nie mógł się widocznie lokaj zgodzić z myślą wpuszczenia takiego gościa i postanowił raz jeszcze go wybadać.

– Tak, mam interes… – zaczął książę.

– Nie pytam, jaki mianowicie pan ma interes, moja rzecz meldować, a bez sekretarza, jak już powiedziałem, meldować pana nie pójdę.

Podejrzliwość tego człowieka najwidoczniej coraz bardziej wzrastała; bo też książę zbyt już był niepodobny do codziennych gości i chociaż generał dosyć często, niemal co­dziennie, o pewnej godzinie, musiał przyjmować, zwłaszcza w interesie, nieraz nawet bardzo różnych ludzi, jednak po­mimo zwyczaju i instrukcji dosyć szczegółowej kamerdyner miał poważne wątpliwości; pośrednictwo sekretarza w za­meldowaniu było tutaj niezbędne.

– Pan naprawdę… z zagranicy? – zapytał w końcu jakby nieumyślnie i stropił się; chciał może zapytać: „czy pan rzeczywiście książę Myszkin?”.

– Tak, wprost z wagonu. Zdaje mi się, że chciał pan zapytać, czy rzeczywiście jestem księciem Myszkinem i tylko przez grzeczność pan nie zapytał.

– Hm… – mruknął zdziwiony lokaj.

– Zapewniam pana, że nie skłamałem i że odpowiadać za mnie pan nie będzie. A że sobie tak przyszedłem i z zawiniątkiem, nie ma się czemu dziwić; obecnie moje interesy nie stoją świetnie.

– Ja się tego nie boję, widzi pan. Zameldować muszę i wyjdzie do pana sekretarz, chyba że pan… Bo, o to właśnie idzie, że chyba… Pan nie o zapomogę idzie prosić generała, pozwolę sobie zapytać, jeśli można?

– O nie, proszę być tego zupełnie pewnym. Inny mam interes.

– Wybaczy pan, ja tak, patrząc na pana, spytałem. Niech pan czeka na sekretarza, generał teraz zajęty z pułkownikiem, a potem przyjdzie i sekretarz…

– A więc, jeśli długo wypadnie czekać, to czy nie mógłbym gdzie tutaj zapalić? Mam przy sobie tytoń i fajeczkę.

– Palić? – z pogardliwym niedowierzaniem otworzył szeroko na niego oczy kamerdyner, jakby nie wierząc własnym uszom – palić? Nie, tu pan nie może palić, a co więcej, po­winien się pan wstydzić nawet myśleć o tym. He… dobry sobie!

– O, przecież ja nie w tym pokoju chciałem; przecież ja wiem; wyszedłbym gdziekolwiek bądź, tam, gdzie by mi pan wskazał, bo przyzwyczaiłem się, a od trzech godzin już nie paliłem. Zresztą, jak pan chce, i wie pan, jest przysłowie, że do cudzego klasztoru…

– No, jakże ja takiego człowieka zamelduję – mruk­nął prawie mimo woli kamerdyner. – Po pierwsze, nawet nie wypada, aby pan tu był, powinien pan siedzieć w poczekalni, pan jest w randze klienta, a raczej gościa i ja będę odpowia­dał… A cóż to, czy pan u nas mieszkać zamierza? – dodał, spojrzawszy raz jeszcze spode łba na tobołek księcia, widocz­nie niedający mu spokoju.

– Nie, nie myślę! Nawet gdyby mnie zaproszono, nie zostanę. Po prostu przyjechałem, aby się zaznajomić i nic więcej.

– Co? Zaznajomić się? – zapytał kamerdyner ze zdziwieniem i ze zwiększoną jeszcze podejrzliwością. – Mó­wił pan przedtem, że za interesem!

– O! cóż to za interes! Właściwie, jeśli pan chce, jest pewien interes, tak tylko prosić o radę, ale głównie chcę się przedstawić, ponieważ jestem księciem Myszkinem, a generałowa Jepanczyn też ostatnia z książąt Myszkinów i prócz mnie i niej więcej Myszkinów nie ma.

– To i krewny jeszcze? – zawołał lokaj już prawie zupełnie wystraszony.

– I to prawie że nie. Zresztą, jeśli koniecznie nacią­gnąć, zapewne krewni, ale tak dalecy, że Bogiem a prawdą i w rachubę brać nie można. Pisałem raz z zagranicy do generałowej, ale mi nie odpowiedziała. Ja jednakże uznałem za właściwe po powrocie nawiązać stosunki. Tłumaczę panu to wszystko, aby pan nie miał wątpliwości, bo widzę, że pan się jeszcze niepokoi; zamelduje pan, że jest książę Myszkin i już w samym zameldowaniu powód moich odwiedzin będzie jasny. Przyjmą… dobrze, nie przyjmą… to może nawet i le­piej. Zdaje się jednak, że nie mogą nie przyjąć. Generałowa na pewno będzie chciała widzieć jedynego przedstawiciela swego rodu, a ona swój ród wysoko ceni, jak to z pewnego źródła słyszałem.

Zdawało się, że rozmowa była zupełnie zwyczajna, ale im była zwyczajniejsza, tym stawała się w danym wypadku bezsensowniejsza, i doświadczony kamerdyner nie mógł nie odczuć czegoś, co jest stosowne w rozmowie człowieka z człowiekiem i zupełnie niestosowne w rozmowie gościa z „człowiekiem”. A ponieważ „ludzie” są daleko mądrzejsi, aniżeli zwykle wyobrażają sobie ich panowie, więc kamerdy­nerowi przyszło do głowy, że tutaj mogą zachodzić dwa przypadki: albo książę jest jakimś włóczęgą i przyszedł pro­sić o jałmużnę, albo, że jest on wprost niespełna rozumu, i nie ma ambicji, bo czyżby mądry, mający ambicję książę siedział w przedpokoju i z lokajem mówił o swoich intere­sach; czy więc w jednym lub drugim przypadku nie będzie się za niego odpowiadało?

– A może by tak do poczekalni – zauważył, o ile możności bardziej nalegająco.

– Gdybym tam siedział, tobym panu tego wszystkiego nie wytłumaczył – wesoło zaśmiał się książę – i pan byłby w dalszym ciągu niespokojny, patrząc na mój płaszcz i wę­zełek. A teraz może pan już nie potrzebuje czekać na sekre­tarza, a iść wprost i zameldować.

– Takiego gościa, jak pan, bez sekretarza nie mogę meldować, przy tym sam generał zakazał przeszkadzać, dopóki tam jest pułkownik, a Gabriel Ardałjonowicz wchodzi bez meldowania.

– Urzędnik?

– Gabriel Ardałjonowicz? Nie… On służy w Towa­rzystwie. Niech pan chociaż ten tobołek tam położy.

– Myślałem już o tym; jeżeli pan pozwoli. Wie pan, zdejmę chyba płaszcz?

– Rozumie się, nie wejdzie pan przecież w płaszczu.

Książę wstał, zdjął czym prędzej płaszcz i został w do­syć przyzwoitej i zgrabnie skrojonej, chociaż już znoszonej marynarce. Na kamizelce wisiał stalowy łańcuszek. Na łań­cuszku genewski, srebrny zegarek.

Chociaż książę był niespełna rozumu…. tak już lokaj zdecydował… jednak w końcu wydało się generalskiemu ka­merdynerowi niestosownym prowadzić dalej rozmowę z go­ściem, pomimo że książę podobał mu się, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, no i rozumie się, tylko pod pewnymi względami. Z innego punktu widzenia budził w nim stanowcze i głębokie oburzenie.

– A generałowa kiedy przyjmuje? – zapytał książę, siadając na poprzednim miejscu.

– A to już rzecz nie moja. Rozmaicie przyjmuje, jak kogo. Krawcową i o jedenastej przyjmie. Gabriela Ardałjonowicza też wcześniej niż innych przyjmie, bywa nawet do pierwszego śniadania dopuszczany.

– Tu w mieszkaniu cieplej w zimie niż zagranicą – zauważył książę – a za to tam na ulicach cieplej niż u nas, a w domach zimową porą… trudno nieprzyzwyczajonemu Rosjaninowi wytrzymać.

– Nie palą?

– Tak, a i domy inaczej urządzone, to jest piece i okna.

– Hm! A długo to pan raczył jeździć?

– Tak, cztery lata. Zresztą, prawie cały czas przesiedziałem na jednym miejscu, na wsi.

– Od tutejszego odwykł pan?

– I to prawda. Czy pan da wiarę, mnie samemu dziw­nie, że po rosyjsku mówić nie zapomniałem. Ot, teraz rozmawiam z panem i wciąż sobie myślę: „a przecież ja dobrze mówię”. Być może dlatego tak dużo mówię. Słowo daję, od wczoraj ciągle chce mi się po rosyjsku mówić.

– He! he! A przedtem pan mieszkał w Petersburgu? (Pomimo wszelkich wysiłków nie mógł lokaj nie podtrzy­mywać tak przyzwoitej i grzecznej rozmowy).

– W Petersburgu? Prawie że nie, tak tylko, w przejeździe. I przedtem tu nic nie znałem, a teraz słyszę tyle no­wego, że jak mówią, kto cokolwiek bądź znał, teraz musi na nowo wszystko poznawać. Dużo tu teraz mówią o sądach.

– Hm!… O sądach. Tak, to prawda, mówią o sądach. A jakże tam, sprawiedliwiej w sądach, czy nie?

– Nie wiem. Dużo dobrego o naszych słyszałem. Ot i kary śmierci u nas znów nie ma…

– A tam jest kara śmierci?

– A jakże. Widziałem we Francji, w Lugdunie. Za­brał mnie tam ze sobą Schneider.

– Wieszają?

– Nie, we Francji wciąż głowy ścinają.

– Cóż, krzyczy?

– Gdzie tam. W jednej chwili. Kładą człowieka i spa­da taki szeroki nóż w maszynie, gilotynie, ciężko, silnie… Głowa tak odskoczy, że nie zdąży okiem mrugnąć. Przygotowania przykre. Kiedy ogłaszają wyrok, ubierają, wiążą, prowadzą na szafot, wtenczas straszno! Zbiega się lud, na­wet kobiety, chociaż tam nie lubią, żeby kobiety patrzyły.

– Nie babska rzecz.

– Rozumie się. Taką męczarnię!… Przestępca był to człowiek mądry, nieustraszony, silny, trochę już starszy, na­zywał się Legro. No, słowo panu daję, chcesz pan… wierz, nie chcesz… nie wierz, na szafot wchodził i płakał, biały jak płótno. Nie do wiary! Czy to nie straszne? No, któż płacze ze strachu? Przez myśl mi nie przeszło, że może płakać ze strachu nie dziecko, a człowiek, który nigdy nie płakał, czterdziestopięcioletni człowiek. Co się w takich chwilach dzieje z duszą, do jakich spazmów ją doprowadzają? Znęcanie się nad duszą i nic więcej! Powiedziane jest: „nie zabijaj”, więc za to, że zabił i jego zabijają? Nie, tak nie można. Mie­siąc temu widziałem to, a do dziś dnia stoi mi to przed oczy­ma. Z pięć razy już mi się śniło.

Książę ożywił się, mówiąc, lekki rumieniec wystąpił na jego bladej twarzy, chociaż tak jak i przedtem mowa jego była cicha. Kamerdyner chłonął słowa gościa z życzliwym zainteresowaniem; może był on również człowiekiem z nieco bujniejszą wyobraźnią i pretensjami do myślenia.

– Całe szczęście, że niedużo męczarni – zauważył – gdy głowa odpada.

– Wie pan co? – podchwycił książę gorąco – pan to zauważył i wszyscy to z pewnością także zauważają tak jak pan, i po to wymyślona ta maszyna, gilotyna. A mnie wten­czas taka przyszła myśl do głowy: a co, jeśli to nawet i go­rzej? Pana to śmieszy, wydaje się to panu dzikim, a przy pewnej wyobraźni nawet taka myśl wskoczy człowiekowi do głowy. Pomyśl pan: weźmy na przykład tortury; przy tym cierpienia i rany, męka cielesna i to wszystko prawdopodobnie odciąga od duchowej męki, tak, że człowiek męczy się tylko samymi ranami, dopóki nie umrze. A przecież główny, najsilniejszy ból może nie od ran, a od tego, że wiesz na pewno, że za go­dzinę, potem za dziesięć minut, potem za pół minuty, potem teraz zaraz… dusza wyleci z ciała i że już nigdy człowiekiem nie będziesz, i że to już na pewno; przede wszystkim to, że na pewno. Kiedy głowę kładziesz pod sam nóż i słyszysz, jak zsuwa się nad nią, ta właśnie ćwierć sekundy najstraszniej­sza. Wie pan, to nie mój pomysł, wielu ludzi tak mówiło. Ja do tego stopnia w to wierzę, że powiem panu wprost, co o tym myślę. Zabijać za zabójstwo to bez porównania cięższa kara niż sama zbrodnia. Zabójstwo wskutek wyroku jest bez porównania straszniejsze niż zabójstwo rozbójnicze. Ten, któ­rego zabijają rozbójnicy, zamordowują w nocy, w lesie, czy jak tam, z pewnością ma nadzieję wyratowania się aż do ostatniej chwili. Bywały przykłady, że już gardło poderżnię­te, a on ciągle ma nadzieję, albo ucieka, albo prosi. A tutaj całą tę ostatnią nadzieję, z którą umierać jest dziesięć razy lżej, odbierają n a p e w n o; tu jest wyrok i w tym, że na pewno się go nie uniknie, siedzi cała straszna męczarnia i od tej męczarni nie ma nic na świecie silniejszego. Niech pan przyprowadzi i postawi żołnierza naprzeciwko armaty w bi­twie i niech pan strzela w niego, on ciągle będzie miał na­dzieję, ale niech pan przeczyta temu samemu żołnierzowi wy­rok, a zwariuje albo się rozpłacze. Któż powiedział, że na­tura ludzka jest w stanie znieść to bez obłąkania? Po cóż ta­kie znęcanie się dzikie, niepotrzebne, zbyteczne? Możebne, że jest na świecie człowiek, któremu przeczytano wyrok, po­zwolili pomęczyć się, a potem powiedzieli: „idź, ułaskawiają cię”. Ten człowiek, być może, mógłby opowiedzieć. O tej męce i o tym strachu i Chrystus mówił. Nie, z człowiekiem tak nie można postępować.

Chociaż kamerdyner nie mógłby wyrazić tego wszystkiego tak, jak książę, jednak, choć może nie wszystko, zawsze co główniejsze zrozumiał, co nawet było widoczne na jego twarzy, która przybrała wyraz rozczulenia.

– Jeżeli pan już tak chce – powiedział – popalić trochę, to może by się i dało, byle trochę prędzej. Bo może zawołać, a tu pana nie ma. O tam, pod schodkami, widzi pan, drzwi. Wejdzie pan w drzwi, na prawo jest komórka; tam można, tylko otworzy pan lufcik, bo, widzi pan, niepo­rządek…

Ale książę nie zdążył pójść palić. Do przedpokoju wszedł nagle młody człowiek z papierami w ręku. Kamerdy­ner zdjął z niego futro. Młody człowiek spojrzał zezem na księcia.

– To, Gabrielu Ardałjonowiczu – zaczął konfidencjonalnie i prawie poufale kamerdyner – melduje się, że jest książę Myszkin i pani krewny, przyjechał pociągiem z zagra­nicy i tylko zawiniątko w ręku…

Dalszego ciągu książę nie usłyszał, gdyż kamerdyner zaczął szeptać. Gabriel Ardałjonowicz słuchał uważnie i spo­glądał na księcia z wielką ciekawością, w końcu przestał słu­chać i niecierpliwie zbliżył się do niego.

– Pan jest książę Myszkin? – zapytał nadzwyczaj uprzejmie i grzecznie.

Był to bardzo piękny młody człowiek, lat dwudziestu ośmiu, wysoki blondyn, wzrostu średniego, z maleńką hi­szpanką, z rozumną i bardzo piękną twarzą. Tylko uśmiech jego przy całej swej uprzejmości był cokolwiek sprytny; zę­by prezentowały się przy nim cokolwiek za perłowo równe; spojrzenie, pomimo całej swej wesołości i widocznej prosto­ty, było coś zanadto przenikliwe i badawcze.

„On chyba, jak jest sam, nie tak patrzy i może nigdy się nie śmieje”, poczuł jakoś książę.

Książę objaśnił wszystko, co mógł, naprędce, prawie to samo, co przedtem tłumaczył kamerdynerowi, a jeszcze przed­tem Rogożynowi. Gabriel Ardałjonowicz tymczasem jakby sobie coś przypominał.

– Czy to nie pan – zapytał – był łaskaw z rok temu, czy nawet później, pisać, zdaje się z Szwajcarii, do Elżbiety Prokofjewny?

– Tak jest.

– To pana tu znają i z pewnością pamiętają. Pan do jego ekscelencji? W tej chwili zamelduję… Zaraz będzie wolny. Tylko, żeby pan… może by pan tymczasem do poczekalni… Dlaczegoś nie prosił? – zwrócił się surowo do ka­merdynera.

– Przecież mówię, że sam nie chciał…

W tej samej chwili otworzyły się drzwi gabinetu i wyszedł jakiś wojskowy z teką w ręku, głośno rozmawiając i kłaniając się.

– Ganiu, ty tu? – zawołał głos z gabinetu – chodźże tutaj!

Gabriel Ardałjonowicz kiwnął księciu głową i poszedł prędko do gabinetu.

Po dwóch minutach znów się drzwi otworzyły i dał się słyszeć dźwięczny i zapraszający głos Ardałjonowicza.

– Niech książę będzie łaskaw.

III

Generał Jan Teodorowicz Jepanczyn stał na środku swego gabinetu i patrzył z nadzwyczajną ciekawością na wcho­dzącego księcia, podszedł nawet dwa kroki ku niemu. Książę zbliżył się i przedstawił.

– Tak – odpowiedział generał – czymże mogę słu­żyć?

– Interesu niecierpiącego zwłoki nie mam żadnego; po prostu miałem zamiar zapoznać się z panem. Nie chciałbym przeszkadzać, a nie wiem, kiedy pan przyjmuje ani jakie są pa­na zwyczaje… Ale ja sam dopiero co z wagonu… przyjecha­łem z Szwajcarii…

Generał o mało się nie uśmiechnął, ale pomyślał chwilkę i dał spokój; potem znów pomyślał, przymrużył oczy, obej­rzał raz jeszcze swego gościa od stóp do głowy, następnie wskazał mu krzesło, sam usiadł cokolwiek z boku i zwrócił się do księcia z niecierpliwym wyczekiwaniem. Gania stał w kącie gabinetu i przeglądał papiery.

– W ogóle mało mam czasu na znajomości, ale po­nieważ pan ma, rozumie się, jakiś interes, więc…

– Przeczuwałem – przerwał książę – że pan bez wątpienia będzie upatrywał w moim przyjściu jakiś specjalny zamiar. Ale naprawdę, prócz przyjemności zaznajo­mienia się, nie mam żadnego osobistego interesu.

– Przyjemność, rozumie się, i dla mnie nadzwyczaj­na, ale nie same w życiu przyjemności, czasem, rozumie pan, zdarza się i interes… Poza tym nie jestem w stanie dotychczas zauważyć między nami czegoś wspólnego… że tak powiem, przyczyny…

– Przyczyny, bez kwestii, nie ma i wspólnego też, ro­zumie się, mało mamy… Ponieważ, jeżeli ja jestem księciem Myszkinem i pańska małżonka do naszego rodu należy, to, rozumie się, nie jest przyczyna. A jednak cała moja przy­czyna na tym tylko polega. Nie byłem już cztery lata w Ro­sji, dłużej nawet, i w jakim stanie wyjeżdżałem: prawie obłą­kany! Wtenczas o niczym nie wiedziałem, a teraz tym bar­dziej. Potrzeba mi dobrych ludzi, nawet mam pewien inte­res, a nie wiem dokąd się skierować. Jeszcze w Berlinie po­myślałem: „to są prawie krewni, zacznę od nich; być może, że się sobie na coś przydamy, oni mnie, ja im… jeżeli oni są dobrymi ludźmi”. A słyszałem, że państwo są dobrzy ludzie.

– Wielce obowiązany – dziwił się generał – pozwa­lam sobie zapytać, gdzie się pan zatrzymał?

– Jeszcze nigdzie się nie zatrzymałem.

– Więc wprost z wagonu do mnie? I… z bagażem?

– No, całego bagażu mam jedno małe zawiniątko z bielizną i nic więcej; noszę je zwykle w ręku. Zdążę i wie­czorem numer w hotelu zająć.

– Więc pan trwa w zamiarze zajęcia numeru?

– O, tak, ma się rozumieć.

– Sądząc z pańskich słów, przypuszczałem, że pan tak wprost do mnie.

– Mogło to mieć miejsce, ale nie inaczej, jak wskutek pańskiego zaproszenia. Ja zresztą, przyznam się, nie został­bym pomimo to; nie z jakiegokolwiek powodu, a tak… wsku­tek charakteru.

– No, więc dobrze się stało, że pana nie zaprosiłem i nie zapraszam. Pozwoli książę, że od razu wszystko wyjaśnimy: ponieważ dogadaliśmy się, że co do pokrewieństwa między nami nawet mowy być nie może… chociaż mnie, ma się rozumieć, bardzo by to pochlebiło… zatem…

– Zatem wstać i wynosić się? – Książę powstał, na­wet jakoś wesoło się roześmiawszy, pomimo widocznej niedogodności swego położenia. – I słowo daję, generale, choć najmniejszego pojęcia nie mam o tutejszych obyczajach ani w ogóle jak tu ludzie żyją, od razu pomyślałem, że między na­mi tak się sprawa skończy. Cóż, może to i lepiej… A i wtedy odpowiedzi na swój list nie dostałem… No, do widzenia i przepraszam, że przeszkodziłem.

Spojrzenie księcia było w tej chwili do tego stopnia uprzejme i uśmiech jego tak był bez cienia choćby jakiegokolwiek bądź ukrytego nieprzychylnego uczucia, że generał nagle przystanął i jakoś inaczej spojrzał na swego gościa: cała ta zmiana spojrzenia odbyła się w jedno mgnienie oka.

– A wiesz, książę, co? – rzekł zupełnie innym gło­sem – przecież ja pana jednakowoż nie znam, a Elżbieta Prokofjewna może zechce przyjrzeć się swemu imiennikowi… Może książę poczeka, jeśli ma czas.

– O, ja mam czas; mój czas do mnie należy. – Książę położył swój miękki, okrągły kapelusz na stole. – I przyznam się, liczyłem na to, że może Elżbieta Prokofjewna przypomni sobie, że do niej pisałem. Dopiero co pański słu­żący, gdy tam na pana czekałem, podejrzewał, że przychodzę prosić o jałmużnę; zauważyłem to, oraz że surowe muszą być u pana co do tego instrukcje; a ja doprawdy nie dlatego, ale po to, ażeby się z ludźmi zejść. Tylko zdaje mi się, że panu przeszkodziłem i to mnie niepokoi.

– Otóż to, książę – odezwał się generał z wesołym uśmiechem – jeśliś pan istotnie takim, na jakiego wyglądasz, to przyjemnie będzie, zapewne, z panem się zaznajomić; tyl­ko, widzi pan, ja jestem człowiekiem zajętym i zaraz siądę, aby cokolwiek przejrzeć i podpisać, a potem wybiorę się do jego ekscelencji, a potem na służbę, więc chociaż chętnie wi­dzę ludzi… dobrych, ma się rozumieć… ale… Zresztą, tak jestem przekonany o pańskim dobrym wychowaniu, że… A ile książę ma lat?

– Dwadzieścia sześć.

– Och! A ja myślałem, że dużo mniej.

– Tak, mówią, że młodo wyglądam. A nie przeszka­dzać panu nauczę się prędko, gdyż sam bardzo nie lubię przeszkadzać… I zdaje mi się, że na pierwszy rzut oka tak jeste­śmy różni… z wielu względów, że pomiędzy nami nie może, zdaje się, być wielu punktów wspólnych, a one są… pocho­dzi to z lenistwa ludzkiego, że ludzie tak różnią się mię­dzy sobą powierzchownie i nic nie mogą znaleźć… Zresztą, być może, nudnie zacząłem? Pan, zdaje się…

– Dwa słowa: czy pan posiada jakikolwiek majątek? Lub, może zamierza się poświęcić jakim zajęciom? Wyba­czy pan, że ja tak…

– Ale cóż znowu, zupełnie rozumiem i oceniam pań­skie pytanie. Żadnego majątku dotychczas nie posiadam, ani też nie mam dotychczas żadnego zajęcia, a trzeba by… Pie­niądze teraz miałem cudze, dał mi je na drogę Schneider, mój profesor, u którego się leczyłem i uczyłem w Szwajcarii i dał właśnie tyle, żeby wystarczyło, tak, że na przykład teraz zo­stało mi się wszystkiego kilkanaście kopiejek. Mam pewien interes, co prawda i potrzebuję rady, ale…

– No więc, z czego pan chce obecnie żyć i jakie pan miał zamiary? – przerwał generał.

– Chciałem w jakikolwiek sposób pracować.

– O, to z pana filozof, zresztą… czy pan posiada ja­kieś zdolności, takie, które pozwalają zarobić na chleb powszedni? Niech pan wybaczy…

– O, niech się pan nie tłumaczy. Nie, sądzę, że nie mam żadnych specjalnych zdolności; nawet przeciwnie, ponieważ jestem człowiekiem chorym i nie uczyłem się systema­tycznie. Co się tyczy chleba, to, zdaje mi się…

Generał znów przerwał i znów zaczął się wypytywać. Książę opowiedział na nowo wszystko, co już przedtem opo­wiedział. Okazało się, że generał słyszał o nieboszczyku Pawliszczewie i nawet znał go osobiście. Dlaczego Pawliszczew interesował się jego wychowaniem, tego sam książę nie mógł wytłumaczyć; zapewne wskutek starej przyjaźni z nieboszczy­kiem jego ojcem. Po śmierci rodziców książę jako małe dzie­cko całe życie przepędzał po wsiach, gdyż i zdrowie jego wymagało wiejskiego powietrza. Pawliszczew powierzył go pewnym starym obywatelkom, swoim krewnym; z początku zajmowała się nim guwernantka, potem guwerner; wyznał zresztą, że chociaż wszystko pamięta, niewiele może obja­śnić w sposób zadowalający, gdyż z wielu rzeczy nie zda­wał sobie sprawy. Częste paroksyzmy choroby zrobiły z nie­go idiotę (tak się książę wyraził: idiotę). Opowiedział w końcu, że Pawliszczew spotkał się raz w Berlinie z profesorem Schneiderem, Szwajcarem, który właśnie zajmuje się tymi cho­robami, ma zakład w Szwajcarii w kantonie Valais, leczy idiotyzm i pomieszanie zmysłów według swojej metody zimną wodą, gimnastyką, ponadto uczy i zajmuje się w ogóle rozwojem umysłowym; że Pawliszczew wysłał go do niego, do Szwajcarii, mniej więcej przed pięciu laty, a sam umarł dwa lata temu nagle, nie wydawszy rozporządzeń; że Schneider trzymał go i prowadził dalej kurację jeszcze przez dwa lata, że go nie wyleczył, ale mu dużo pomógł; i że w końcu, na jego własne żądanie i wskutek pewnej okoliczno­ści, wysłał go teraz do Rosji.

Generał bardzo był zdziwiony.

– I pan w Rosji nie ma nikogo, absolutnie nikogo? – zapytał.

– Teraz nikogo, ale mam nadzieję… przy tym dostałem list…

– Przynajmniej – przerwał generał, nie dosłyszawszy o liście – uczył się pan czegoś i choroba nie przeszkodzi pa­nu zająć jakiekolwiek, na przykład niezbyt uciążliwego stano­wiska w jakimkolwiek urzędzie?

– O, na pewno nie przeszkodzi. I co się tyczy miejsca, bardzo bym nawet pragnął, gdyż sam chciałbym zobaczyć, do czego jestem zdolny. Uczyłem się całe cztery lata bez prze­rwy, choć niezupełnie prawidłowo, a tak jakoś, podług jego własnego systemu i przy tym dużo rosyjskich książek udało mi się przeczytać.

– Rosyjskich książek? A więc pan umie czytać i mo­że pan pisać bez błędu?

– O, z zupełną łatwością.

– Ślicznie; a charakter pisma?

– Charakter pisma doskonały. Pod tym względem, pro­szę pana, jestem wprost utalentowany; piszę jak kaligraf. Niech pan pozwoli; napiszę cokolwiek dla próby – powie­dział książę z ogniem.

– Bądź pan łaskaw. I to potrzebne… Bardzo lubię tę pańską ochotę, książę, jesteś pan doprawdy bardzo miły.

– Pan ma takie śliczne przybory piśmienne, ile tu u pa­na ołówków, ile piór, jaki gruby, znakomity papier… I jaki wspaniały pana gabinet! Ten krajobraz znam, to widok ze Szwajcarii. Pewien jestem, że widziałem to miejsce; to w kantonie Uri…

– Bardzo być może, chociaż kupione tutaj. Ganiu, daj księciu papier; oto są pióra i papier, niech książę będzie ła­skaw na tym stoliku. Co to takiego? – zwrócił się generał do Gani, który tymczasem wyjął ze swego pugilaresu i podał mu gabinetową fotografię.

– Oho! Nastazja Filipowna! Jak to, sama, sama ci przysłała, sama? – z ożywieniem i z wielką ciekawością wypytywał generał Ganię.

– Dała mi teraz, kiedy byłem z powinszowaniem. Już dawno prosiłem. Nie wiem, czy to nie przymówka z jej stro­ny, że przyjechałem z pustymi rękami, bez podarunku, w taki dzień – dodał Gania, nieprzyjemnie się uśmiechając.

– No, nie – przerwał generał z przekonaniem – co ci za dziwne myśli do głowy przychodzą! Skądże ma się przymawiać; zupełnie nie jest interesowna. I przy tym, co ty możesz ofiarować, przecież tu potrzeba tysięcy! Czy dasz fotografię? No cóż, nie prosiła cię jeszcze o fotografię?

– Nie, jeszcze nie prosiła; i może być, że nigdy nie poprosi. Pamięta pan, Janie Teodorowiczu, o dzisiejszym wieczorze? Pan jest przecież specjalnie zaproszony.

– Pamiętam, pamiętam, rozumie się, będę! Jeszcze by też, w dniu urodzin, dwadzieścia pięć lat. Hm… A wiesz co, Ganiu, to ci już chyba powiem, przygotuj się. Obiecała mnie i Atanazemu Iwanowiczowi, że dziś u siebie wieczorem po­wie ostatnie słowo: być czy nie być? A więc, żebyś wiedział.

Gania zmieszał się nagle do tego stopnia, że nawet zbladł trochę.

– Naprawdę tak powiedziała? – zapytał i głos jego jakby zadrżał.

– Onegdaj dała słowo. Takeśmy obaj nalegali, żeśmy wymogli. Prosiła tylko, aby tobie tymczasem nic nie mówić.

Generał badawczo przyglądał się Gani, którego zmieszanie widocznie mu się nie podobało.

– Niech pan sobie przypomni, Janie Teodorowiczu – odezwał się Gania lękliwie i niepewnie – że dała mi zupełną swobodę decyzji do chwili, dopóki sama nic nie postanowi, a i wtedy jeszcze ostatnie słowo do mnie należy…

– Czybyś ty… czybyś ty… – przeląkł się generał.

– Ja, nic.

– Zlituj się, jakże ty nas chcesz wykierować?

– Przecież nie wzbraniam się. Może się źle wyrazi­łem?…

– Jeszcze byś się wzbraniał! – zawołał z gniewem generał, nie prag­nąc nawet ukryć gniewu. – Tu, bracie, nie idzie już o to, że ty się nie wzbraniasz, a idzie o twoją goto­wość, o przyjemność, radość, z jaką przyjmiesz jej słowa… A co się w domu u ciebie wyprawia?

– No cóż w domu? W domu wszystko się dzieje podług mojej woli, tylko ojciec, jak zwykle, udaje głupiego, ale on zrobił się już zupełnie nieprzyzwoity; gdyby nie wzgląd na matkę, wskazałbym mu drzwi. Matka, ma się rozumieć, bezustannie płacze, siostra się złości, aż im wreszcie wprost powiedziałem, że jestem panem swego losu i wyma­gam, aby mnie w domu… słuchano. Siostrze przynajmniej rąbnąłem to wszystko w obecności matki.

– A ja, bratku, w dalszym ciągu nie pojmuję – zau­ważył zamyślony generał, wzruszając ramionami i zakładając ręce. – Nina Aleksandrowna także przed kilku dniami, wte­dy, kiedy tu była, pamiętasz? jęczała i wzdychała. „Co pa­ni?”, pytam. Okazuje się, że jakoby dla niej hańba, niech mi kto powie? Kto może cośkolwiek bądź Nastazji Filipownie zarzucić, lub coś przeciwko niej udowodnić? Czyżby to, że żyła z Tockim? Ależ to taki nonsens, zwłaszcza wobec wiadomych okoliczności. „Pan – mówi – nie puści mnie do swoich córek?”. Masz tobie! Ach ta Nina Aleksandrowna. Jakże można tego nie rozumieć, jak można nie rozumieć…

– Swego położenia? – podpowiedział Gania zakłopotanemu generałowi – ona je rozumie, niech się pan na nią nie gniewa. Ja zresztą także jej zmyłem głowę, żeby się do cudzych spraw nie wtrącała. A jednak dotychczas u nas w domu wszystko się jako tako trzyma tylko dzięki temu, że nie powiedziano ostatniego słowa, ale burza będzie. Jeżeli się dziś to ostatnie słowo powie, no to się powie ostatecznie i bez reszty.

Książę słyszał całą tę rozmowę, siedząc w kącie nad swoją próbą kaligrafii. Skończył, podszedł do stołu i podał swój arkusz.

– A więc to jest Nastazja Filipowna? – powiedział, uważnie i ciekawie oglądając fotografię – zadziwiająco ła­dna! – dorzucił zaraz z ogniem.

Fotografia wyobrażała kobietę niezwykłej rzeczywiście piękności. Była ona fotografowana w czarnej, jedwabnej su­kni, skromnej, ale wykwintnej; włosy, o ile się zdawało, ciemnoblond, były z prostotą, po domowemu uczesane; oczy ciemne, głęboko osadzone, czoło zamyślone; wyraz twarzy namiętny i jakby pogardliwy. Twarz miała pociągłą i zdaje się, bladą… Gania i generał ze zdumieniem spojrzeli na księcia…

– Jak to Nastazja Filipowna? Czyż pan już zna i Nastazję Filipownę? – zapytał generał.

– Tak! Jestem dopiero w Rosji od dwudziestu czte­rech godzin, a już znam taką piękność – odparł książę i za­raz opowiedział o swoim spotkaniu z Rogożynem i o wszystkim, co od niego usłyszał.

– Coś nowego! – przeląkł się znów generał, wysłuchawszy opowiadania niezwykle uważnie i spojrzał badaw­czo na Ganię.

– Prawdopodobnie, po prostu wariactwo – mruknął też trochę zmieszany Gania – kupczyk się bawi. Ja już coś niecoś o nim słyszałem.

– Tak, i ja, bracie, słyszałem – podchwycił generał. – Wtedy, zaraz po kolczykach, opowiadała Nastazja Filipow­na o tej hecy. Ale przecież teraz to zupełnie co innego. Na dnie tego może rzeczywiście jest milionik i… namiętność, przypuśćmy nawet, że szkaradna namiętność, ale zawsze na­miętnością mi to pachnie, a przecież wiadomo, do czego ci panowie są zdolni… gdy sobie podpiją! Hm!… Żeby tu aby jaka historia z tego nie wynikła! – dodał generał w zamy­śleniu.

– Miliona się pan boi? – Gania uśmiechnął się.

– A ty się, naturalnie, nie boisz?

– Książę, jak się panu wydało? – zwrócił się nagle do niego Gania. – Co to za jeden, czy to człowiek poważny, czy też taki tylko szubrawczyna? Osobiste pana zdanie?

Coś osobliwego działo się z Ganią w chwili, gdy za­dawał to pytanie. Jakby nowy jakiś i szczególny pomysł urodził się w jego mózgu i niecierpliwie gorzał w jego oczach. Generał zaś, który się szczerze i serdecznie zaniepokoił, spoj­rzał również zezem na księcia, ale jakby się niewiele spodzie­wając po jego odpowiedzi.

– Nie wiem sam, jak panu powiedzieć – odpowie­dział książę – ale wydało mi się, że w nim jest dużo na­miętności, nawet jakiejś chorej namiętności. Zresztą on sam zupełnie jakby był jeszcze chory. Bardzo być może, że zaraz w pierwszych dniach w Petersburgu znów się położy, zwła­szcza jeśli zacznie hulać.

– Tak? Takie pan miał wrażenie? – uczepił się gene­rał tej myśli.

– Tak, tak mi się wydało.

– Jednakowoż tego rodzaju historie mogą mieć miej­sce nie za parę dni, a może jeszcze dzisiaj wieczorem coś mo­że wypaść. – Gania uśmiechnął się do generała.

– Hm! Zapewne! A wtedy to już będzie wszystko zależało od tego, co jej do głowy strzeli – powiedział ge­nerał.

– A przecież pan wie, jaka ona czasem bywa!

– Co przez to rozumiesz? – oburzył się znów generał, doprowadzony do niezwykłego rozdrażnienia. – Posłuchaj, Ganiu, nie kontruj jej dzisiaj zanadto i postaraj się być, wiesz, no tak… jednym słowem… bądź serdeczny… Hm!… Cóż się tak wykrzywiasz?… Słuchaj, Gabrielu Ardałjonowiczu, à propos, zupełnie à propos należy ustalić: z jakiej racji my się staramy? Rozumiesz, że ja, co do mojej osobistej korzyści, o którą mi tu idzie, dawno się już zabezpieczyłem; w ten, czy w inny sposób, zawsze na swoją korzyść sprawę zdecyduję. Tocki powziął stanowcze postanowienie, a więc i ja jestem zupełnie spokojny. Dlatego też, jeśli teraz czegoś pragnę, to tylko twojej korzyści. Osądź sam; cóż to, nie wierzysz mi, czy co? Przy tym jesteś człowiekiem… człowiekiem… no, je­dnym słowem, człowiekiem rozumnym i ja na ciebie liczy­łem… a to, w danym przypadku, to… to…

– To główne – dorzucił Gania, powtórnie przycho­dząc z pomocą zakłopotanemu generałowi i złożył usta do jak najbardziej jadowitego uśmiechu, którego już nie chciał ukryć. Patrzył rozgorzałym wzrokiem prosto w oczy genera­łowi, jakby nawet pragnął, żeby tamten wyczytał w jego wzroku całą jego myśl. Generał zaczerwienił się i uniósł.

– No tak, rozum to główna rzecz! – przytaknął, pa­trząc ostro na Ganię – zabawny z ciebie człowiek, Gabrielu Ardałjonowiczu!… Ty przecież, jak widzę, najwidoczniej jesteś uradowany z tego kupczyka, jako z wybawiciela dla siebie. A tu właśnie rozumem trzeba było dojść od samego początku; tu właśnie trzeba rozumieć i postąpić z obu stron uczciwie i szczerze, a nie… uprzedzić wcześniej, aby innych nie kompromitować, tym bardziej że i czasu było dość i te­raz jest go jeszcze dość (generał znacząco podniósł brwi), pomimo to, że zostaje już tylko kilka godzin… Zrozumiałeś? Zrozumiałeś? Czy ty rzeczywiście chcesz, czy nie? Jeśli nie chcesz, powiedz… i proszę bardzo. Nikt cię, Gabrielu Ardałjonowiczu, nie trzyma, nikt gwałtem w sidła nie pcha, jeśli notabene widzisz tu jakieś sidła.

– Chcę – półgłosem, lecz stanowczo wymówił Gania, spuścił oczy i ponuro zamilkł.

Generał był zadowolony. Generał uniósł się, ale już wi­docznie żałował, że za daleko zaszedł. Odwrócił się nagle do księcia i zdawało się, że po twarzy jego przeszła niepokojąca myśl, że przecież tu książę był i wszystko słyszał. Ale w je­dnej chwili się uspokoił: po jednym spojrzeniu na księcia można się było zupełnie uspokoić.

– Oho! – zawołał generał, patrząc na wzorek kali­grafii podany mu przez księcia – a przecież to wzór do kaligrafii! I to rzadki wzór! Popatrz, Ganiu, jaki to talent!

Na ćwiartce grubego, welinowego papieru napisał ksią­żę średniowieczną rosyjską pisownią zdanie:

„Pokorny opat Pafnucy przyłożył rękę”.

– Oto – objaśniał książę z nadzwyczajną radością i ożywieniem – oto własnoręczny podpis Pafnucego, z au­tografu XIV wieku. Oni się znakomicie podpisywali wszy­scy ci nasi starzy opaci i metropolici i z jakim nieraz smakiem, jak starannie? Czy nie ma pan chociażby wydania Pogodina? Potem napisałem tutaj innym pismem: to okrągłe, duże, francuskie pismo z przeszłego stulecia, niektóre litery inaczej nawet pisano, pismo publicznych pisarzy, zapożyczone z ich wzorów (miałem jeden)… zgodzi się pan, że jest ono bez zalet. Niech pan spojrzy na te okrągłe d, a. Przeniosłem fran­cuski charakter pisma do liter rosyjskich; bardzo to trudne, a udało się. Oto jeszcze piękne i oryginalne pismo, to oto zdanie: „staraniem wszystko przezwyciężysz”. To pismo ro­syjskie, pisarczyków, lub, jeśli pan woli, pisarzy wojskowych. Tak się pisze urzędowy papier do znakomitej osoby, to samo okrągłe pismo, wspaniałe, czarne pismo, czarno pisane, a z nadzwyczajnym smakiem. Kaligraf nie pozwoliłby sobie na te wykrętasy, albo raczej na te próby wykrętasów, o, tych niedokończonych ogonków… uważa pan… a w całości, niech pan spojrzy, przecież to ma pewien charakter i doprawdy cała dusza pisarczyka wojskowego stąd wygląda: chciałoby się rozmachnąć i talent się tego domaga, ale kołnierz wojsko­wy ciasno zapięty, na haftkę, dyscyplina i na piśmie się od­biła, śliczna rzecz! Niedawno uderzył mnie taki jeden wzorek, przypadkiem znalazłem i w dodatku gdzie? W Szwajcarii! To oto jest proste, zwyczajne, najczystsze pismo angielskie; dalej już wykwint iść nie może: to cała perełka, rzecz wykończona; a oto odmiana i znów francuska, zapoży­czyłem ją od jednego podróżującego francuskiego commis: to samo angielskie pismo, ale czarna linia o kropelkę czarniej­sza i grubsza, aniżeli w angielskim… ot i proporcja światła naruszona; proszę zauważyć: owal zmieniony, troszeczkę okrąglejszy i w dodatku pozwolono sobie na zakrętas, a zakrętas to niebezpieczna rzecz! Zakrętas wymaga niezwykłego smaku, ale jeżeli tylko się udał, jeżeli jest znaleziona pro­porcja, to takiego pisma z niczym nie można porównać, tak, że nawet można się w nim zakochać.

– Oho! W jakie to subtelności się pan wdaje – śmiał się generał – ależ z kochanego pana nie zwyczajny kaligraf, lecz artysta. Cóż, Ganiu?

– Zdumiewające – powiedział Gania – i nawet z poczuciem własnego powołania – dodał, śmiejąc się drwiąco.

– Śmiej się, śmiej, a ja ci mówię, że tu jest kariera – rzekł generał. – Wiesz, książę, do kogo my ci teraz listy do pisania damy? Ależ panu można od razu trzydzieści pięć ru­bli miesięcznie ofiarować. Jednak już pół do pierwszej – do­dał, patrząc na zegarek – do rzeczy, książę, bo muszę się śpieszyć, a może się już dziś z panem nie zobaczę. Niech pan spocznie chwilkę; mówiłem już panu, że często pana przyj­mować nie jestem w stanie, ale pomóc panu odrobinkę ser­decznie pragnę… odrobinkę, ma się rozumieć, to jest tyle, ile koniecznie potrzeba, a poza tym, to już jak się panu będzie podobało. Malutkie miejsce w kancelarii już tam dla pana znajdę, nie uciążliwe, ale wymaga dokładności. Teraz co do spraw dalszych: w domu, to jest w rodzinie Gabriela Ardałjonowicza Iwołgina, tego właśnie mego młodego przyjaciela, z którym proszę się zaznajomić, mama jego i siostrzyczka urządziły w swym mieszkaniu dwa czy trzy umeblowane po­koje i wynajmują je doskonale poleconym lokatorom wraz z życiem i usługą. Pewien jestem, że Nina Aleksandrowna przyjmie moje polecenie. Dla pana zaś to więcej niż skarb, a że tak powiem, na łonie rodziny; podług mnie nie może pan od pierwszej chwili znaleźć się sam w takim mieście jak Pe­tersburg. Nina Aleksandrowna… mama i Barbara Ardałjonowna… siostra Gabriela Ardałjonowicza… panie, które nie­zmiernie poważam. Nina Aleksandrowna, małżonka Ardałjona Aleksandrowicza, dymisjonowanego generała, mego byłego kolegi w początkach mej służby, ale z którym wskutek pew­nych okoliczności przerwałem stosunki, co mi zresztą nie prze­szkadza cenić go do pewnego stopnia. Wszystko to, książę, tłumaczę, abyś pan zrozumiał, iż ja, że tak powiem, osobiście pana polecam, a zatem niejako odpowiadam za pana. Zapła­ta jak najbardziej umiarkowana i mam nadzieję, że wkrótce pensja pańska zupełnie na to wystarczy. Prawda, że człowie­kowi potrzebne są i kieszonkowe pieniądze, choćby jakiekol­wiek, ale nie rozgniewasz się na mnie, książę, jeśli ci zrobię uwagę, że lepiej, abyś unikał kieszonkowych pieniędzy i w ogóle pieniędzy w kieszeni. Tak mówię, patrząc na pana. Ale że teraz woreczek pański zupełnie pusty, to na początek po­zwól pan sobie ofiarować te oto dwadzieścia pięć rubli. Obli­czymy się, ma się rozumieć, i jeśli pan jesteś tak szczerym i serdecznym człowiekiem, na jakiego ze słów swych wyglą­dasz, to między nami żadne nieporozumienia zajść nie mogą. Jeżeli ja tak się panem interesuję, to dlatego, że mam nawet co do pana pewne zamiary; później dowiesz się pan o nich. Widzi pan, jestem z panem zupełnie szczery; mam nadzieję, Ganiu, że nic nie masz przeciw umieszczeniu księcia w waszym mieszkaniu?

– O, przeciwnie! I mama bardzo będzie rada – uprze­dzająco grzecznie potwierdził Gania.

– U państwa, zdaje się, dopiero jeden pokój wyna­jęty. Ten, jakże on, Fierd… Faer…

– Fierdyszczenko.

– No tak; nie podoba mi się ten wasz Fierdyszczenko: ordynarny jakiś błazen. I nie rozumiem, dlaczego Nastazja Filipowna tak go popiera. Czy to rzeczywiście jej krewny?

– O nie, to tylko żarty! Cienia pokrewieństwa nawet nie ma.

– No, niech go diabli! Jakże książę, zadowolony pan jesteś, czy nie?

– Dziękuję panu, postąpił pan ze mną jak niezwykle dobry człowiek, tym bardziej że nawet o to nie prosiłem: nie z dumy to mówię; doprawdy, nie wiedziałem, dokąd się udać. Prawda, dopiero co zaprosił mnie Rogożyn.

– Rogożyn? No, nie; już ja bym panu poradził po ojcowsku, lub, jeśli pan woli, po przyjacielsku, abyś zapo­mniał o panu Rogożynie. I w ogóle radziłbym panu trzymać się rodziny, do której pan wejdzie.

– Jeżeli już pan tak łaskaw – zaczął książę – to ja mam interes. Dostałem zawiadomienie.

– Przepraszam – przerwał jenerał – teraz nie mam już ani chwili czasu. Zaraz powiem o panu Elżbiecie Prokofjewnie: jeśli zechce teraz pana przyjąć (postaram się w odpowiedni sposób pana przedstawić), to radzę skorzystać ze sposobności i spodobać się, gdyż Elżbieta Prokofjewna może być panu pomocna, i jesteście przecież z jednej rodziny. Jeśli nie zechce, niech pan nie ma żalu; wtedy, to już innym razem. A ty, Ganiu, tymczasem rzuć okiem na te rachunki, przed chwilą łamaliśmy sobie głowę nad nimi z Fiedosjewym. Trzeba nie zapomnieć je wciągnąć.

Generał wyszedł i książę nie zdążył opowiedzieć o swo­im interesie, o którym już chyba po raz czwarty mówić za­czynał. Gania zapalił papierosa i drugiego ofiarował księciu; książę przyjął, ale nic się nie odzywał, nie chcąc przeszka­dzać i zaczął oglądać gabinet. Gania jednak zaledwie spojrzał na arkusz papieru zapisany cyframi, wskazany mu przez generała. Był roztargniony: uśmiech, spojrzenie, zamyślenie Gani wydały się jeszcze bardziej ciężkie z chwilą, gdy zo­stali sami. Nagle podszedł do księcia, który stał przed fotografią Nastazji Filipowny i przyglądał się.

– Tak się panu ta kobieta podoba? – zapytał nagle, badawczo na niego patrząc, jakby miał jakieś nadzwyczajne zamiary.

– Dziwna twarz! – odpowiedział książę – i pewien jestem, że losy jej nie są zwykłe. Twarz wesoła, a przecież ona okropnie cierpiała, prawda? Mówią o tym oczy, te oto dwie kosteczki, dwa punkty pod oczami, na początku szczęk. To dumna twarz, strasznie dumna i doprawdy nie wiem, czy ona jest dobra. Ach, gdyby była dobra! Wszystko byłoby uratowane.

– A czyby się pan ożenił z taką kobietą? – mówił dalej Gania, nie odrywając od niego rozpalonych oczu.

– Ja z nikim żenić się nie mogę, jestem niezdrów – rzekł książę.

– A Rogożyn ożeniłby się? Jak pan sądzi?

– Cóż, zdaje mi się, że ożenić się można, choćby ju­tro; ożeniłby się, a za tydzień, być może, zamordowałby ją.

Gdy książę wymówił te słowa, Gania tak się nagle za­trząsł, że książę o mało nie krzyknął.

– Co panu? – powiedział, chwytając go za rękę.

– Jaśnie oświecony książę! Jego ekscelencja prosi pa­na do siebie – oznajmił lokaj, stając we drzwiach.

Książę poszedł za lokajem.

IV

Wszystkie trzy Jepanczynówny były to panny słusz­ne, zdrowe, z zadziwiającymi ramionami, o silnej piersi, z mocnymi, prawie jak u mężczyzn rękami i, rzecz prosta, wskutek swej siły i zdrowia lubiły nieraz dobrze zjeść, czego wcale nie chciały ukrywać. Ich matka, generałowa Elżbieta Prokofjewna, patrzyła nieraz krzywo na ich apetyt, ale po­nieważ inne jej poglądy, pomimo całego pozornego poszano­wania, z jakim przyjmowane były przez córki, w rze­czywistości dawno już utraciły dla nich pierwotny i nie­zaprzeczony autorytet i to do tego stopnia, że założone zgodnie konklawe trzech panien zaczynało przeważać, to i generałowa, mając na względzie swą własną potęgę, uznała za właściwe nie sprzeczać się i ustąpić. Prawda, że usposobienie jej bardzo często nie słuchało i nie poddawało się postanowieniom rozsądku; Elżbieta Prokofjewna stawa­ła się z każdym rokiem coraz kapryśniejsza i niecierpliw­sza, zrobiła się z niej nawet jakaś dziwaczka, ale że był zawsze pod ręką pokorny i przyuczony mąż, więc to, co było niepotrzebne, spadało zwykle na jego głowę, a potem w rodzinie znów się tworzyła harmonia i wszystko szło tak dobrze, że nie trzeba lepiej.

Generałowa zresztą sama niezły miała apetyt i zwykle zasiadała razem z córkami o wpół do pierwszej do obfitego śniadania, podobnego nieomal do obiadu. Filiżankę kawy wypijały panie jeszcze wcześniej, punkt o godzinie dzie­siątej, w łóżku, zaraz po przebudzeniu. Tak im się podo­bało i postanowiły to raz na zawsze. O wpół do pierw­szej zaś nakrywano stół w małej jadalni, blisko maminych pokoi, a na to familijne śniadanie zjawiał się czasem i ge­nerał, jeśli mu tylko czas pozwalał. Oprócz herbaty, kawy, sera, miodu, masła, specjalnych placków, ulubionych przez samą generałową, kotletów i tym podobne, podawano mocny, gorący bulion. Tego rana, od którego zaczęło się nasze opowiada­nie, cała rodzina zebrała się w jadalni, wyczekując gene­rała, który o wpół do pierwszej obiecał się zjawić. Gdy­by się spóźnił choć minutkę, natychmiast posłano by po niego, ale przyszedł punktualnie. Podchodząc, aby przywitać się z małżonką, i pocałować ją w rękę, zauważył na jej twa­rzy tym razem coś zbyt osobliwego. I chociaż jeszcze w przeddzień przeczuwał, że dzisiaj właśnie tak będzie wskutek pewnej „anegdoty” (jak się według zwyczaju wy­rażał), i już wczoraj zasypiając, tym się niepokoił, jednak teraz przeląkł się. Córki zbliżyły się, aby go uściskać; tu­taj, chociaż nie gniewano się na niego, jednakże i tu było coś niezwykłego. Prawda, że generał z powodu pewnych oko­liczności stał się zbyt podejrzliwy; ale ponieważ był ojcem i małżonkiem doświadczonym i zręcznym, przedsięwziął za­raz środki ostrożności.

Może nie zaszkodzimy zbyt plastyczności naszego opo­wiadania, jeśli się tu zatrzymamy i uciekniemy się do pomocy pewnych wyjaśnień dla prostego i dokładnego przedstawienia tych stosunków i okoliczności, w jakich znajdujemy rodzinę generała Jepanczyna na początku naszej powieści. Powiedzieliśmy przed chwilą, że sam generał, chociaż był człowiekiem niezbyt wykształconym, a przeciwnie, jak sam o so­bie mówił, „samoukiem”, był jednak doświadczonym mężem i sprytnym ojcem. Między innymi przyjął za zasadę nie spieszyć się z wydaniem córek za mąż, to jest, „nie stać nad nimi, jak kat nad dobrą duszą” i nie nudzić ich zbytnio męczącą rodzicielską miłością i troskliwością o ich szczęś­cie, jak to ma miejsce nawet w najrozumniejszych rodzi­nach, w których jest dużo dorosłych córek. Doszedł do te­go, że przekonał Elżbietę Prokofjewnę do swego systemu, chociaż to była sprawa trudna, dlatego, że nienaturalna, ale argumenty generała były niezwykle poważne, opierały się na namacalnych faktach. Panny, pozostawione w zupeł­ności własnej woli i postanowieniom, będą zmu­szone pójść same po rozum do głowy i wtedy już sprawa pójdzie, bo wezmą się do rzeczy chętnie, odłożywszy na bok kaprysy i zbyteczne przebredzanie; do rodziców nale­żałoby jedynie starannie i jak tylko można najbardziej nie­znacznie obserwować, żeby nie miał miejsca jaki dziwny wybór lub nienaturalna skłonność, a potem, znajdując od­powiednią chwilę, od razu pomóc wszelkimi siłami i pokie­rować sprawą całym swym wpływem. Wreszcie, choćby na przykład tylko to, że z każdym rokiem rosły w postępie geo­metrycznym ich majątek i położenie towarzyskie, a zatem im później, tym więcej wygrywały córki, nawet jako narze­czone. Ale wśród tych wszystkich niezbitych faktów zaszedł jeszcze jeden: starsza córka, Aleksandra, nagle i prawie zupełnie niespodzianie (jak to zawsze bywa) skończyła dwa­dzieścia pięć lat. Prawie jednocześnie i Atanazy Iwanowicz Tocki, człowiek z wyższego świata, z wyższymi stosunkami i niezwykle bogaty, objawił znów swe dawniejsze życze­nie ożenienia się. Był to człowiek lat pięćdziesięciu pięciu, mający wytworny charakter i niezwykle subtelny smak. Chciał się ożenić dobrze; znawcą urody był nadzwyczajnym. Ponieważ od pewnego czasu był z generałem Jepanczynem w wielkiej przyjaźni, wzmocnionej zwłaszcza wzajemnym współudziałem w pewnych finansowych przedsiębiorstwach, przeto zwierzył mu się, prosząc niejako o przyjacielską radę i kierunek: czy miałby szanse jego zamiar małżeństwa z jedną z jego córek? W cichym i pięknym biegu rodzinnego życia generała Jepanczyna nastał widoczny przewrót.

Nie ma dwóch zdań, że najpiękniejszą z rodziny była, jak już mówiłem, najmłodsza, Agłaja. Ale nawet Tocki, człowiek o niebywałym egoizmie, zrozumiał, że nie tędy jego droga i że Agłaja nie dla niego przeznaczona. Być może, że nieco ślepa miłość i zbyt gorąca przyjaźń sio­strzana przesadzały rzecz całą, ale los Agłai był już przez nie wymarzony; miał to nie być zwykły los, lecz ideał raju na ziemi. Przyszły mąż Agłai powinien posiadać wszystkie do­skonałości, nie mówiąc już o majątku. Siostry mówiły nawet między sobą o możliwości zrobienia w razie potrzeby ofia­ry na rzecz Agłai: posag dla Agłai przeznaczono olbrzymi i zupełnie niezwykły. Rodzice wiedzieli o tej zgodzie dwóch starszych córek i dlatego też, kiedy Tocki poprosił o radę, ani przez chwilę nie wątpili, że jedna ze starszych sióstr zgodzi się na pewno spełnić ich życzenie, tym bardziej że Atanazy Iwanowicz nie mógł robić trudności co do posa­gu. Prośbę Tockiego generał ocenił natychmiast z wła­ściwą mu znajomością życia bardzo wysoko. Ponieważ Tocki zachowywał tymczasem na każdym kroku z powodu pewnych okoliczności nadzwyczajną ostrożność, tylko ba­dał sprawę, więc i rodzice przedstawili córkom jak najbardziej ogólnikowo zamiary. W odpowiedzi na to dostali, chociaż też niezupełnie określone, lecz przynajmniej uspokajające zapewnienie, że najstarsza, Aleksandra, może i nie odmówi. Była to panienka o silnym charakterze, ale dobra, rozumna i nadzwyczajnie zgodna w pożyciu; mogła, nawet chętnie, wyjść za Tockiego i gdyby dała słowo, dotrzyma­łaby go uczciwie. Nie lubiła zbytku i nie tylko nie sprawiłaby kłopotu ani żadnych przewrotów w domu męża, lecz mo­głaby nawet osłodzić życie i uczynić je spokojnym. Była ładniutka, chociaż uroda jej była cicha i nienarzucająca się. Cóż mogło być lepszego dla Tockiego?

Cała sprawa szła jednak w dalszym ciągu po omacku. Między sobą, po przyjacielsku, uchwalili Tocki i generał unikać przez jakiś czas oficjalnego i ostatecznego kroku. Nawet rodzice w dalszym ciągu nie zaczynali z córkami zupełnie otwartej rozmowy; powstawał nawet jakby dyso­nans; generałowa Jepanczyn, matka rodziny, zaczynała być z czegoś niezadowolona, a to było bardzo ważne. Przeszko­dą tutaj była pewna okoliczność, pewien zawikłany i przy­kry przypadek, dzięki któremu cała sprawa mogła się rozbić.

Ten zawikłany i kłopotliwy „przypadek” (jak go na­zywał sam Tocki), zaczął się bardzo dawno, mniej więcej przed osiemnastu laty. W sąsiedztwie jednego z najwięk­szych majątków Atanazego Iwanowicza, w jednej ze środ­kowych gubernii, klepał biedę na małym mająteczku bardzo biedny obywatel ziemski. Był to człowiek godny uwagi ze względu na ciągłe i wprost anegdotyczne niepowodzenia… pewien dymisjonowany oficer, z dobrej szlacheckiej rodziny i nawet pod tym względem wyżej stojący od Tockiego, nie­jaki Filip Aleksandrowicz Baraszkow. Siedząc po uszy w długach, doszedł nareszcie, pracując jak skazaniec lub chłop, do tego, że jako tako urządził swoje gospodarstwo. Przy najmniejszym powodzeniu na nowo odzyskiwał du­cha. Uspokojony i pełen różowych nadziei, wyjechał na kilka dni do powiatowego miasteczka, żeby zobaczyć się i, o ile to będzie możliwe, porozumieć ostatecznie z jednym z najgłówniejszych swoich wierzycieli. Na trzeci dzień po jego przyjeździe do miasta zjawił się u niego soł­tys z jego wsi z poparzoną szczęką i opaloną brodą i oświad­czył mu, że „ojcowizna spalona” wczoraj, w samo południe, przy czym „spaliła się i małżonka, a dzieciny ocalały”. Tej niespodzianki nawet Baraszkow, przyzwyczajony do „sińców losu”, nie mógł znieść; zwariował i po miesiącu umarł w gorączce. Spalony majątek, z chłopami, którzy się po ca­łym świecie rozleźli, sprzedano za długi; dwie zaś małe dziewczynki, sześcio- i siedmioletnie dzieci Baraszkowa, wziął wspaniałomyślnie na wyżywienie i wychowanie Atanazy Iwanowicz Tocki. Wychowywały się one razem z dziećmi plenipotenta Atanazego Iwanowicza, dymisjonowanego urzędnika, obarczonego liczną rodziną i w dodatku Niemca. Wkrótce została jedna tylko dziewczynka, Nastia, a młodsza umarła na koklusz; Tocki zaś wkrótce zapomniał o nich zu­pełnie, mieszkając za granicą. W pięć lat potem zachciało się pewnego razu Atanazemu Iwanowiczowi zajrzeć w przejeździe do swego majątku i nagle zauważył w swym wiej­skim domu, w rodzinie owego Niemca, prześliczne dziecko, dwunastoletnią dziewczynkę, żywą, miłą, rozwiniętą i roku­jącą wielką urodę: pod tym względem Atanazy Iwanowicz był niezwykłym znawcą. Spędził wtedy w majątku tyl­ko kilkanaście dni, zdążył jednak wydać polecenia: przyjęto szanowaną i starszą guwernantkę, znającą się na dobrym wychowaniu panien, Szwajcarkę, wykształconą i wykładającą poza francuskim językiem i różne inne nauki. Zamieszkała w wiejskim domu i wychowanie małej Nastazji przybrało niezwykłe rozmiary. Po czterech latach skończyło się to wychowanie, guwernantka wyjechała, a po Nastię przyjechała pewna pani, również jakaś obywatelka ziemska i sąsiadka Tockiego, ale już z innej i oddalonej guberni, wzięła Na­stię ze sobą na skutek zlecenia i pełnomocnictwa otrzyma­nego od Atanazego Iwanowicza. W majątku tym był wy­budowany niewielki dwór, umeblowany bardzo wykwintnie, a w dodatku, jakby naumyślnie, wieś nazywała się „Roz­koszna”. Pani owa przywiozła Nastię wprost do tego ciche­go dworku i ponieważ ona sama, wdowa bezdzietna, miesz­kała zaledwie o wiorstę, przeniosła się do Nasti. Zjawiła się staruszka szafarka i młoda doświadczona panna służąca. W domu były instrumenty muzyczne, wykwintna panień­ska biblioteka, obrazy, szkice, ołówki, pędzle, farby, za­dziwiająca charciczka, a po dwóch tygodniach przybył Ata­nazy Iwanowicz… Odtąd bardzo jakoś polubił tę odle­głą, stepową wieś, przyjeżdżał do niej co lato, bawił dwa, a nawet trzy miesiące i tak upłynęło dosyć dużo czasu, cztery lata, spokojnie i szczęśliwie.

Pewnego razu zdarzyło się, że jakoś na początku zimy, w cztery miesiące po jednym z letnich przyjazdów do „Roz­kosznej” Atanazego Iwanowicza, mającego bawić tym razem wszystkiego dwa tygodnie, rozeszła się wieść, albo ra­czej doszła do Nastazji Filipowny wieść, że Atanazy Fili­powicz żeni się w Petersburgu z panną piękną, bogatą, ze znakomitej rodziny… jednym słowem robi wspaniałą i solid­ną partię. Wieść ta okazała się później nie we wszystkich szczegółach prawdziwa: małżeństwo i wtedy było jeszcze tylko projektem i wszystko było bardzo niewyraźne, ale w losach Nastazji Filipownej nastał jednak od tej pory nad­zwyczajny przewrót. Okazała nagle niezwykłą stanowczość i zupełnie niespodziewane cechy charakteru. Niewiele my­śląc, rzuciła swój wiejski dom i nagle zjawiła się w Peters­burgu, u Tockiego, samiuteńka jedna. Ten zdziwił się, za­czął coś mówić, ale zrozumiał prędko, prawie przy pierw­szych słowach, że trzeba zupełnie zmienić język, ton głosu, poprzednie tematy miłych i wykwintnych rozmów, używane dotychczas z takim powodzeniem, logikę… wszystko, wszyst­ko, wszystko! Przed nim siedziała zupełnie inna kobieta, niepodobna w niczym do tej, którą znał dotychczas i zo­stawił w lipcu w wiosce „Rozkosznej”.

Ta nowa kobieta, jak się okazało, niezwykle dużo wie­działa i rozumiała… tak dużo, że wprost trzeba było się dzi­wić, skąd ona mogła zdobyć takie wiadomości i wypracować w sobie tak dokładne pojęcia. (Czyżby ze swej panieńskiej biblioteki?). Nadto orientowała się świetnie w zagadnie­niach prawnych i miała dokładne pojęcie, jeśli nie o świecie, to przynajmniej o tym, jak idą niektóre sprawy na świecie; po drugie był to nie ten sam charakter, co przedtem; to jest, nie coś nieśmiałego, pensjonarsko nieokreślonego, czasem czarującego swą oryginalną żywością i naiwnością, czasem smutnego i zamyślonego, zadziwionego, niedowierzającego, płaczącego i niespokojnego.

Nie: tu śmiało się przed nim i kłuło go jak najbardziej jadowitym sarkazmami owo stworzenie niezwykłe i niespodziewane, oznajmiające mu wprost, że nigdy nic w swym sercu dla niego nie miało, prócz niezgłębionej pogardy, pogardy aż do obrzydliwości, która obudziła się w nim zaraz po pierwszem zdziwieniu. Ta nowa kobieta oznajmiała, że jej będzie absolutnie wszystko jedno, jeśli on się zaraz ożeni i z kim mu się podoba, lecz że przyjechała, aby mu nie pozwolić na to małżeństwo i nie pozwolić ze złości, jedynie dlatego, że jej się tak podoba i że zatem tak być musi… „choćby po to, abym z ciebie naśmiać się mogła do woli, bo teraz nareszcie i ja chcę się śmiać!”.

Tak się przynajmniej wyrażała; bardzo być może, że wszystkiego tego, o czym myślała, nie wypowiedziała. Ale podczas, gdy nowa Nastazja Filipowna śmiała się i wszyst­ko to wyjaśniała, Atanazy Iwanowicz rozmyślał nad całą tą sprawą i o ile mógł, porządkował swe rozrzucone myśli. To rozmyślanie trwało dosyć długo; zastanowił się i szukał ostatecznej decyzji prawie całe dwa tygodnie; ale po dwóch tygodniach postanowienie było powzięte. Trzeba wiedzieć, że Atanazy Iwanowicz miał już wtedy około pięćdziesię­ciu lat i był człowiekiem w wysokim stopniu solidnym i sta­tecznym. Stanowisko jego w świecie i w społeczeństwie ugruntowało się od dawien dawna na jak najtrwalszych pod­stawach. Siebie, swój spokój i wygodę cenił więcej niż wszystko na świecie, jak przystało na porządnego człowie­ka. Najmniejszego zboczenia ani najmniejszego wahania nie mogło być w tym, co przez całe życie było montowane i co przyjęło tak piękne kształty. Z drugiej strony doświad­czenie i głęboki pogląd na rzeczy dowiodły Tockiemu bar­dzo prędko i niezwykle prawdziwie, że ma teraz do czy­nienia z istotą zupełnie niezwykłą, że to właśnie taka istota, która nie tylko grozi, lecz bezwarunkowo spełni i co najważ­niejsze, przed niczym się nie cofnie, tym bardziej że właś­ciwie nic na świecie nie jest dla niej drogie i przekupić jej nie można. Tu najwidoczniej zachodziło coś innego, trzeba się było domyślać jakiejś duchowej i sercowej sprawy, cze­goś w rodzaju romantycznego oburzenia, Bóg wie za co i na kogo; jakiegoś nienasyconego uczucia pogardy, wy­chodzącego poza granice przyzwoitości. Jednym słowem było to coś w wysokim stopniu śmiesznego i niedopuszczal­nego w porządnym towarzystwie i z czym mieć do czynie­nia było dla każdego przyzwoitego człowieka prawdziwą karą boską. Rzecz prosta, przy bogactwie i stosunkach Tockiego można było natychmiast zrobić jakieś małe i zu­pełnie niewinne świństwo, ażeby uwolnić się od nieprzyjem­ności. Z drugiej strony było jasne, że i sama Nastazja Filipowna nie jest w stanie uczynić coś szkodliwego, na przykład w znaczeniu prawnym; nawet skandalu duże­go nie mogłaby wywołać, gdyż zawsze bardzo łatwo można ją było unieszkodliwić. Ale to wszystko w tym wypadku, gdyby Nastazja Filipowna zdecydowała się postąpić, jak wszyscy i jak w ogóle postępuje się w podobnych przypad­kach, nie wychodząc zbyt ekscentrycznie poza wszelkie gra­nice. Ale i tu przydała się Tockiemu jego wprawa w prze­nikaniu ludzi: umiał odgadnąć, że Nastazja Filipowna sa­ma doskonale rozumie, do jakiego stopnia jest ona w znacze­niu prawnym nieszkodliwa, ale coś innego sobie układała i… coś innego tkwiło w błyszczących jej oczach. Nie dbając o nic na świecie, a tym bardziej o siebie (potrzeba było bardzo dużo rozumu i przenikliwości, aby się w danej chwili do­myślić, że już od dawna przestała dbać o siebie i żeby on, sceptyk i znany cynik, w to uwierzył), Nastazja Filipowna była w stanie zgubić samą siebie, bezpowrotnie i bez sen­su, narazić się na Sybir i katorgę, byleby się znęcać nad człowiekiem, do którego czuła taki nieludzki wstręt. Atanazy Iwanowicz nie ukrywał tego, że był nieco tchórzem, lub raczej w wyższym stopniu człowiekiem zachowawczym. Gdyby, na przykład, wiedział, że go zabiją przed ołtarzem, lub też, że zajdzie coś w tym rodzaju bardzo nieprzyzwoitego, śmiesznego i nie­przyjętego w towarzystwie, to na pewno by się przestraszył, ale nie tyle tego, że go zabiją, lub też, że do krwi pokaleczą, lub pluną publicznie w twarz, ile tego, że się to odbędzie w tak nienaturalnej i nieprzyzwoitej for­mie. A przecież Nastazja Filipowna to właśnie przepo­wiadała, choć jeszcze nic o tym nie mówiła; wiedział, że ona go w wysokim stopniu poznała i rozumiała, a więc wiedziała, gdzie go uderzyć. A ponieważ małżeństwo było rzeczywiście jeszcze tylko w projekcie, Atanazy Iwanowicz ukorzył się i ustąpił Nastazji Filipownie.

Do tego postanowienia dopomogła mu jeszcze jedna okoliczność: trudno było sobie wystawić, do jakiego stopnia ta nowa Nastazja Filipowna nie była podobna z twarzy do poprzedniej. Przedtem było to tylko ładniutkie dziewczę, a teraz… Tocki nie mógł sobie darować, że przez cztery lata patrzył i nie dopatrzył. Prawda, że i to dużo znaczy, gdy z obu stron zajdzie nagle wewnętrzny przewrót. Zresz­tą, przypominał sobie, że i dawniej były takie chwile, kiedy czasem dziwne myśli przychodziły mu do głowy, gdy patrzył na przykład na jej oczy: przeczuć w nich można było głębie niezgruntowanej zagadki. To jej spojrzenie… jakby zadawało do rozwiązania pytanie. Podczas ostatnich dwóch lat dziwiła go często zmiana koloru twarzy Nastazji Filipowny; strasznie bladła i… rzecz dziwna… nawet ładniała wtedy. Tocki, który, jak wszyscy dżentelmeni, którzy użyli życia, z pogardą myślał nieraz, jak łatwo dostał tę duszę, która nigdy nie żyła, w ostatnich czasach zwątpił w swój pogląd. W każdym razie postanowił jeszcze przeszłej zimy, prędko, znakomicie i bogato wydać za mąż Nastazję Filipownę za jakiegokolwiek bądź rozsądnego i porządnego człowieka, mającego posadę w sąsiedniej guberni. (O, jak strasznie i złośliwie wyśmiewała to teraz Nastazja Filipowna!). Teraz jednak Atanazemu Iwanowiczowi, zachwy­conemu nowością, przyszło nawet na myśl, że mógłby znów wyzyskać tę kobietę. Postanowił osiedlić Nastazję Filipowną w Petersburgu i otoczyć ją niesłychanym zbytkiem. A jeśli nie, to można by pochwalić się Nastazją Filipowną i nawet chełpić się nią w pewnym kółku. Atanazy Iwanowicz tak cenił swą sławę pod tym względem!

Upłynęło już pięć lat zamieszkiwania w Petersburgu i, ma się rozumieć, przez taki czas dużo się wyjaśniło. Położenie Atanazego Iwanowicza nie było pocieszające; co zaś było najgorsze, to, że stchórzywszy raz, w żaden sposób później nie mógł się uspokoić. Bał się… i nawet sam nie wiedział czego… po prostu bał się Nastazji Filipowny. Przez pewien czas, przez pierwsze dwa lata podejrzewał, że Na­stazja Filipowna sama chce się za niego wydać, lecz mil­czy wskutek niezwykłej próżności i wyczekuje uporczy­wie jego oświadczyn. Dziwne byłyby te roszczenia. Ata­nazy Iwanowicz marszczył brwi i wpadał w głęboką zadu­mę. W dodatku ku wielkiemu i (takie jest serce człowie­cze!) i nieco nieprzyjemnemu swemu zdziwieniu przeko­nał się nagle, w pewnej okoliczności, że gdyby się nawet oświadczył, nie byłby przyjęty! Długo nie mógł tego zrozu­mieć. Jedno tylko objaśnienie wydało mu się możliwe, a mianowicie, że duma „obrażonej fantastyczki” dochodzi już do takiej ostateczności, że jest jej przyjemniej wyrazić raz swą pogardę odmową, aniżeli raz na zawsze określić swoje stanowisko i stanąć na niedostępnych wyżynach. Najprzykrzejsze było to, że Nastazja Filipowna za bardzo była górą. Na interes wziąć się nie dała, nawet na duży, i cho­ciaż przyjęła ofiarowany sobie dostatek, żyła bardzo skrom­nie i przez te pięć lat nic prawie nie zaoszczędziła. Atanazy Iwanowicz puszczał się na bardzo sprytne sposoby, żeby zerwać swoje kajdany: zaczął ją nieznacznie i umiejętnie nęcić, używając zręcznych środków, różnymi, jak najidealniejszymi ponętami; jednak uosobione ideały: książęta, huza­rzy, sekretarze poselstw, poeci, powieściopisarze, nawet so­cjaliści, nic nie wywarło wrażenia na Nastazji Filipownie, jakby miała kamień, nie serce, a uczucia jej wyschły i wy­marły na zawsze. Żyła bardzo samotnie, czytała, uczyła się nawet, lubiła muzykę. Znajomych miała mało; widywała ciągle jakieś biedne i dziwne urzędniczki, znała jakieś dwie aktorki, jakieś staruszki, lubiła bardzo liczną rodzinę pewne­go szanownego nauczyciela i w tej rodzinie również ją bar­dzo lubiano, a chętnie przyjmowano. Wieczorami zbierało się u niej dosyć często pięć lub sześć osób, nie więcej. Tocki zjawiał się bardzo często i regularnie. W ostatnich czasach zapoznał się nie bez trudu z Nastazją Filipowną generał Jepanczyn. W tym samym czasie zupełnie łatwo i bez żad­nych trudności zapoznał się z nią również pewien młody urzędnik, niejaki Fierdyszczenko, bardzo nieprzyzwoity i pieprzny błazen, pozujący na wesołość, i pijaczyna. Znała też młodego i dziwnego człowieka, nazwiskiem Pticyn; był to skromny, solidny, wymuskany młody człowiek, pocho­dzący z ubogiej rodziny i zajmujący się lichwiarstwem. Za­poznał się z nią wreszcie i Gabriel Ardałjonowicz… Skoń­czyło się na tym, że Nastazja Filipowna dziwną miała opinię: wszyscy wiedzieli o jej piękności, ale i tylko tyle; nikt się niczym nie mógł pochwalić, nikt nic nie mógł opowie­dzieć. Podobna reputacja, jej wykształcenie, wspaniałe uło­żenie, dowcip, wszystko to ostatecznie utwierdziło Atana­zego Iwanowicza w pewnym planie. Tutaj właśnie zaczy­na się chwila, od której przyjął w tej sprawie taki czynny i nadzwyczajny udział sam generał Jepanczyn.

Gdy Tocki tak uprzejmie zwrócił się do niego po przy­jacielską radę co do jednej z jego córek, wtedy uczynił przed nim w sposób bardzo wzniosły, dokładną i szczerą spowiedź. Oznajmił, że postanowił nie cofać się przed żadnymi środ­kami, aby otrzymać wolność; że nie uspokoiłby się nawet, gdyby Nastazja Filipowna sama mu oznajmiła, że mu odtąd da święty spokój, że mu nie wystarczą słowa, że potrzebuje najzupełniejszej rękojmi. Porozumieli się i postanowili dzia­łać wspólnie. Z początku postanowiono wypróbować środ­ków łagodnych i dotknąć jedynie „szlachetnych strun ser­ca”. Przyjechali obaj do Nastazji Filipownej i Tocki proś­ciuteńko zaczął od tego, że jej oznajmił o niewypowiedzia­nym tragizmie swego położenia; we wszystkim oskarżył sie­bie; powiedział otwarcie, że nie może żałować pierwotnego z nią postępowania, gdyż jest zatwardziałym rozpustnikiem i nad sobą nie panuje, ale że teraz chce się żenić, że losy tego w wyższym stopniu przyzwoitego i arystokratycznego małżeństwa w jej leżą rękach; jednym słowem, że zdaje się we wszystkim na jej szlachetne serce. Następnie zaczął mó­wić w roli ojca generał i mówił rozsądnie, unikał wzrusza­jących wyrażeń, wspomniał jedynie, że zupełnie uznaje jej prawo decydowania o losie Atanazego Iwanowicza, zręcznie wysunął własną pokorę, zwracając uwagę, że los jego córki, a może i dwóch pozostałych, zależy teraz od jej decy­zji. Na pytanie Nastazji Filipownej: „Czego właściwie od niej chcą?”, Tocki przyznał się z poprzednią zupełnie nagą otwartością, że go tak nastraszyła przed pięciu laty, że nie może nawet teraz zupełnie się uspokoić, dopóki Nastazja Fi­lipowna sama nie wyjdzie za mąż. Dodał natychmiast, że prośba ta byłaby, rozumie się, zupełnie bez sensu z jego strony, gdyby nie miał do niej pewnych danych. Bardzo dobrze zauważył i na pewno wie, że młody człowiek z bar­dzo dobrej rodziny, mianowicie Gabriel Ardałjonowicz Iwołgin, którego ona zna i u siebie przyjmuje, od dawna ją kocha całą potęgą namiętności i, rozumie się, oddałby pół życia za cień choćby nadziei, że pozyska jej przychylność. Wszystko to wyznał Atanazemu Iwanowiczowi sam Gabriel Ardałjonowicz już dość dawno, po przyjacielsku, pod wpły­wem swego młodego, czystego serca i że o tym dawno już wie Jan Teodorowicz, opiekujący się młodym człowiekiem. Wreszcie, o ile tylko on, Atanazy Iwanowicz się nie myli, Nastazja Filipowna od dawna już wie o miłości młodego człowieka i pobłażliwie patrzy na to uczucie. Rzecz prosta, że jemu trudniej, niż innym, o tym mówić, ale jeżeliby Na­stazja Filipowna przyznała, że w nim, Tockim, oprócz ego­izmu i chęci wygodnego urządzenia sobie życia, jest jeszcze choć trochę przychylności i dla niej, to zrozumiałaby, że dla niego jest dziwną i nawet przykrą rzeczą widok jej osamot­nienia; że tutaj jest tylko nieokreślony mrok, zupełna niewiara w możność innego życia, które by tak pięknie mogło zmar­twychwstać w miłości i w rodzinie i posiąść w ten sposób nowy cel; że tu jest marnowanie zdolności, być może, bar­dzo dużych, dobrowolne męczenie się swoją melancholią, jednym słowem, do pewnego stopnia romantyzm, niegodny ani zdrowego rozsądku, ani szlachetnego serca Nastazji Filipownej. Powiedziawszy raz jeszcze, że jemu trudniej o tym mówić, niż komu innemu, dodał, że nie może wyrzec się na­dziei, że Nastazja Filipowna nie odpowie mu pogardą, je­żeli on wyrazi swoją szczerą chęć zabezpieczenia jej przy­szłego losu i ofiaruje jej siedemdziesiąt pięć tysięcy rubli. Po­wiedział jeszcze jako wyjaśnienie, że zresztą suma ta przezna­czona już jest dla niej w jego testamencie; że, jednym sło­wem, nie jest to jakieś wynagrodzenie… że wreszcie, dlaczegóż by nie można mu wybaczyć ludzkiej chęci zmniejszenia choć w czymkolwiek ciężaru gniotącego jego sumienie, wszystko to, co mówi się w podobnych przypadkach na ten temat. Atanazy Iwanowicz mówił długo i wymow­nie, dodając, że tak powiem mimochodem, bardzo ciekawy szczegół, że o tych siedemdziesięciu pięciu tysiącach wygadał się dopiero po raz pierwszy i że o nich nie wiedział nawet Jan Teodorowicz, który tu oto siedzi: jednym słowem, nie wie nikt.

Odpowiedź Nastazji Filipownej zdziwiła obu przyjaciół.

Nie tylko nie było w niej znać choćby cienia poprzed­niego szyderstwa, poprzedniej nieprzyjaźni i nienawiści, po­przedniego śmiechu, od którego, na samo wspomnienie, dreszcz przebiegał ciało Tockiego, ale przeciwnie, ucieszyła się niejako, że nareszcie może z kimś porozmawiać otwar­cie i po przyjacielsku. Przyznała się, że sama już od dawna chciała zasięgnąć przyjacielskiej rady, że przeszkadzała jej tylko duma, lecz, że teraz, skoro już pękły lody, nie mogło się stać lepiej. Z początku ze smutnym uśmiechem, a potem wesoło i swawolnie się rozśmiawszy, powiedziała, że po­przednia burza w żaden sposób miejsca już mieć nie mogła; że ona już od dawna zmieniła po części swój pogląd na rzeczy i że chociaż w głębi serca nic się nie zmieniło, jednak musia­ła na bardzo dużo rzeczy się zgodzić wobec faktów dokona­nych; co się stało, to się stało, co przeszło, to przeszło, tak, że się nawet dziwi, że Anastazy Iwanowicz w dalszym ciągu taki jest wystraszony. Następnie zwróciła się do Jana Teodorowicza i z wyrazem najgłębszego poważania oznajmiła mu, że dawno już słyszała dużo dobrego o jego córkach i przywykła głęboko i szczerze je poważać. Sama myśl o tym, że mogłaby im być w czymkolwiek pożytecz­na, napełniłaby ją szczęściem i dumą. Prawda, że jest jej teraz ciężko i szaro, Atanazy Iwanowicz odgadł jej myśli; chciałaby odżyć, jeśli już nie w miłości, to w rodzinie, uświadomiwszy sobie nowy cel w życiu, lecz o Gabrielu Ardałjonowiczu nic prawie powiedzieć nie może. Może i prawda, że on ją kocha, czuje, że i ona mogłaby go po­lubić, gdyby mogła uwierzyć w stałość jego uczucia, ale on bardzo młody, jeśli nawet jest szczery; trudno tu coś po­stanowić. Najbardziej jej się zresztą to podoba, że on pra­cuje i sam jeden utrzymuje całą rodzinę. Słyszała, że jest człowiekiem energicznym, dumnym, chce kariery, chce się wybić. Słyszała również, że Nina Aleksandrowna Iwołgina, matka Gabriela Ardałjonowicza, jest dzielną i w naj­wyższym stopniu czcigodną kobietą, że jego siostra, Barbara Ardałjonowna, jest bardzo niepospolitą i energiczną panienką; słyszała o niej dużo od Pticyna. Słyszała, że znoszą mężnie swoje nieszczęście; chciałaby bardzo poznać się z nimi, ale jeszcze pytanie, czy one ją z radością do rodziny swej przyjmą? W ogóle nic nie ma przeciwko możliwości tego małżeństwa, ale nad tym trzeba jeszcze dobrze pomyśleć: chciałaby, by jej nie naglono. Co zaś do siedemdziesięciu pięciu tysięcy… niepotrzebnie wahał się Anastazy Iwano­wicz, czy jej o tym powiedzieć. Ona rozumie wartość pieniędzy i bezwarunkowo je przyjmie. Dziękuje Atanaze­mu Iwanowiczowi za jego delikatność, za to, że nawet gene­rałowi o tym nie mówił, a tym bardziej Gabrielowi Ardałjonowiczowi, ale z drugiej strony dlaczego by on o tym nie miał wiedzieć? Nie ma żadnego powodu wstydzić się tych pie­niędzy, wchodząc do jego rodziny. W każdym razie nie ma najmniejszego zamiaru prosić kogokolwiek o przebaczenie i chciałaby, aby o tym wiedziano. Nie wyjdzie za Gabriela Ardałjonowicza, dopóki się nie przekona, że ani on, ani jego rodzina nie mają w stosunku do niej żadnej ukrytej myśli. W każdym razie nie poczuwa się do żadnej winy i lepiej byłoby, gdyby się Gabriel Ardałjonowicz dowiedział, w jakim charakterze mieszkała przez te pięć lat w Petersburgu, w jakim stosunku pozostawała z Atanazym Iwanowiczem i ile zebrała pieniędzy. Wreszcie, jeżeli teraz przyjmuje pieniądze, to wcale nie jako zapłatę za swoją hańbę, której ona nie jest winna, ale wprost jako wynagro­dzenie za złamane życie.

Wypowiadając to wszystko, tak się przejęła i zdener­wowała (co zresztą było tak naturalne), że generał Jepanczyn był bardzo zadowolony i uważał sprawę za skończo­ną; ale Tocki, który się już raz wystraszył, i tym razem niezupełnie uwierzył i wciąż się obawiał, czy i tu pod kwiatami nie kryje się żmija. Układy jednak się zaczęły; punkt, na którym był oparty cały plan dwóch przyjaciół, mianowicie możliwość, aby Nastazja Filipowna zajęła się Ganią, zaczął powoli się wyjaśniać i sprawdzać do tego stopnia, że nawet Tocki zaczynał niekiedy wierzyć w mo­żliwość powodzenia. Tymczasem Nastazja Filipowna rozmówiła się z Ganią: słów wypowiedziała mało, jak gdyby jej dziewiczość na tym cierpiała. Zgadzała się jednak i po­zwalała mu na jego miłość, ale stanowczo oświadczyła, że niczym wiązać się nie chce, że do samego ślubu (jeśli ślub się odbędzie) zachowuje sobie prawo powiedzenia „nie”, choć­by w ostatniej chwili; zupełnie to samo prawo przyznaje Gani. Wkrótce dowiedział się Gania z dobrego źródła, dzięki usłużnym okolicznościom, że niechęć całej rodziny do tego małżeństwa i osobiście do Nastazji Filipownej, niechęć, objawiająca się w scenach domowych, jest znana Nastazji Filipownie ze wszystkimi szczegółami; z nim nigdy o tym nie mówiła, choć on codziennie się tego spodzie­wał. Zresztą można by opowiedzieć dużo jeszcze rozmai­tych rzeczy, które wypłynęły dzięki tym swatom i układom, lecz i tak za bardzo wyprzedziliśmy wypadki, tym bardziej że niektóre opowieści krążyły jeszcze w postaci zbyt nieo­kreślonych pogłosek. Na przykład, jakoby się Tocki skądś dowiedział, że Nastazja Filipowna zawiązała w tajemnicy przed wszystkimi jakieś nieokreślone stosunki z pannami Jepanczyn… wiadomość zupełnie nieprawdopodobna. Za to innej pogłosce mimo woli wierzył i bał się strasznie; sły­szał, że Nastazja Filipowna zupełnie dokładnie wie, że Gania żeni się jedynie dla pieniędzy, że jest to charakter czarny, że jest on chciwy, niecierp­liwy, zawistny i niepro­porcjonalnie olbrzymio samolubny, że chociaż rzeczywiście przedtem namiętnie pragnął zwycięstwa nad Nastazją Filipowną, to jednak gdy przyjaciele chcieli tę namiętność, po­wstającą z obydwóch stron, wyzyskać na swoją korzyść i kupić Ganię, sprzedając mu Nastazję Filipownę, to wtedy znienawidził ją jak zmorę. Że jakoby w jego duszy dziw­nie się zlała namiętność z nienawiścią i że chociaż po waha­niach zgodził się wreszcie pojąć za żonę „obrzydliwą kobie­tę”, to jednak poprzysiągł sobie w duszy, że się za to na niej zemści, i że jej potem „doskwarzy”, jak się podobno sam wyraził. Że jakoby o tym wszystkim wiedziała Na­stazja Filipowna i coś w tajemnicy obmyślała. Tocki do tego stopnia lękał się, że nawet Jepanczynowi przestał mówić o swoim niepokoju; ale bywały chwile, kiedy i on, jak każ­dy słaby człowiek, nabierał odwagi i odzyskiwał ducha: na­brał odwagi na przykład, kiedy Nastazja Filipowna dała wreszcie słowo obu przyjaciołom, że wieczorem, w dniu swych urodzin, zdecyduje się ostatecznie. Za to najdziwniej­sza i najnieprawdziwsza pogłoska, tycząca się czcigodnego Jana Teodorowicza, stawała się niestety coraz prawdziwsza.

Tutaj na pierwszy rzut oka wszystko wydało się niedo­rzecznością. Trudno było uwierzyć, żeby Jan Teodorowicz u schyłku swych szanownych dni, przy swoim wy­bitnym rozumie i bezwarunkowej znajomości życia sam się zadurzył w Nastazji Filipownie, ale tak i do takiego stopnia, że kaprys ten dochodził prawie do namięt­ności. Czego się w tym przypadku spodziewał… trudno sobie wyobrazić; być może, że liczył na pomoc samego Ga­ni. Tocki podejrzewał właśnie coś w tym rodzaju, podej­rzewał istnienie jakiejś prawie milczącej umowy, polegającej na wzajemnym porozumieniu między Ganią i generałem. Zresztą, wiadoma rzecz, że człowiek zbytnio pochłonięty przez namiętność, zwłaszcza jeśli już jest w pewnym wieku, zupełnie ślepnie i gotów jest żywić nadzieje tam, gdzie jej wcale nie ma; nie tylko traci rozsądek i postępuje jak głupi dzieciak, choćby był mądry jak sam Salomon. Wszyscy wiedzieli, że generał przygotował na dzień urodzin Nastazji Filipowny, jako prezent od siebie, wspaniałą perłę, olbrzy­miej wartości i wielce się tym podarunkiem przejmował, choć wiedział, że Nastazja Filipowna nie jest kobietą chciwą. W przeddzień urodzin Nastazji Filipowny był jak w go­rączce, chociaż zręcznie się maskował. O tej to właśnie perle dowiedziała się generałowa Jepanczyn. Prawda, że Elż­bieta Prokofjewna od dawna już zaczęła odczuwać lekko­myślność swego małżonka, nawet się po części do niej przyzwyczaiła; ale przecież nie można było puścić płazem takiej sposobności: pogłoski o perle niezwykle ją obeszły. Generał spostrzegł to zawczasu: już poprzedniego dnia były rzucane pewne słówka: przeczuwał ważną rozmowę i bał się jej. Oto, dlaczego strasznie mu się nie chciało tego rana, w które rozpoczęliśmy opowiadanie, iść i jeść śniadanie na łonie ro­dziny. Jeszcze przed widzeniem się z księciem postanowił wymówić się interesami i uciec. Uciec, znaczyło czasem dla generała rzeczywiście wprost uciec. Chciał choćby o ten jeden dzień, a zwłaszcza o dzisiejszy wieczór odwlec nie­przyjemności. I nagle tak w samą porę przyszedł ksią­żę. „Chyba go Bóg zesłał!” – pomyślał generał, pod­chodząc do swej małżonki.

V

Generałowa była zazdrosna o swoje pochodzenie. Czymże więc dla niej było dowiedzieć się nagle i bez przy­gotowania, że ten ostatni z rodu książę Myszkin, o którym już coś niecoś słyszała, to wprost godny politowania idiota, niemal nędzarz i przyjmuje jałmużnę. Generał starał się właśnie o pewien efekt, ażeby od razu zainteresować i w ja­kikolwiek bądź sposób odwrócić uwagę w inną stronę.

W nadzwyczajnych przypadkach generałowa zwykle wytrzeszczała oczy i przechyliwszy się nieco ciałem w tył, patrzyła wprost przed siebie, ani słowa nie mówiąc. Była to kobieta wysoka, w równym wieku z mężem, z ciemnymi, mocno już siwiejącymi włosami, z nieco garbatym nosem, chuda, z żółtymi, zapadniętymi policzkami i cienkimi wargami. Czoło miała wysokie, ale wąskie; szare, dosyć duże oczy miały czasem dziwny wyraz. Kiedyś przez prostą słabostkę uwierzyła, że jej spojrzenie jest niezwykle efektowne; to przekonanie nigdy się w niej nie zatarło.

– Przyjąć? Mówisz, żeby go przyjąć, teraz, za­raz? – I generałowa wytrzeszczała ze wszystkich sił oczy na zakłopotanego Jana Teodorowicza.

– O, w tym przypadku można bez wszelkiej ceremonii, jeśli tylko tobie, duszko, podoba się go widzieć – tłumaczył generał. – Zupełne dziecko i w dodatku taki godny pożałowania; miewa jakieś chorobliwe paroksyzmy, przyjeżdża ze Szwajcarii, przyszedł wprost z wagonu, ubra­ny dziwnie, jakoś z niemiecka, i w dodatku nie ma ani ko­piejki, w ścisłym tego słowa znaczeniu, mało nie płacze. Da­łem mu dwadzieścia pięć rubli i chcę się wystarać dla niego o miejsce w kancelarii. A was, mesdames, proszę, abyście go ugościły, bo zdaje się, że on i głodny.

– Zdumiewasz mnie – mówiła dalej generałowa tym samym tonem co i przedtem – głodny i paroksyzmy. Jakie paroksyzmy?

– O, tak się znów często nie powtarzają i przy tym on prawie jak dziecko, poza tym wykształcony. Chciałbym was, mesdames – zwrócił się znów do córek – chciałbym was prosić, abyście go dobrze przeegzaminowały, aby jednak wiedzieć, do czego on jest zdolny.

– Prze-e-gza-mi-no-wa-ły? – wymówiła przeciągle generałowa i z jak największem zdumieniem zaczęła wodzić oczami od córek do męża i odwrotnie.

– Ach, moja duszko, nie bierz tego tak dosłownie… zre­sztą, jak ci się podoba; miałem zamiar przyjąć go uprzejmie i wprowadzić do nas, bo to byłby prawie dobry uczynek.

– Wprowadzić do nas? Ze Szwajcarii?

– Szwajcaria tu nic nie przeszkadza; a zresztą, po­wtarzam, jak chcesz. Ja przecież tylko dlatego, że to, po pierwsze, nasz imiennik i może nawet krewny, a po drugie, nie wie, gdzie głowę skłonić. Myślałem nawet, że cię on trochę zainteresuje, bo przecież nosi jednak nasze nazwisko.

– Ma się rozumieć, maman, jeśli z nim można się nie krępować; przy tym on z drogi, głodny, dlaczego by go nie nakarmić, jeśli on nie wie, gdzie się podziać? – powiedziała najstarsza, Aleksandra.

– I w dodatku zupełne dziecko, z nim można jeszcze grać w ciuciubabkę.

– Grać w ciuciubabkę? Jak to?

– Ach, maman, niechże mama z łaski swojej prze­stanie udawać – przerwała gniewnie Agłaja.

Średnia Adelajda, skłonna do śmiechu, nie wytrzymała i roześmiała się.

– Niech go papa zawoła, mama pozwala – zde­cydowała Agłaja.

Generał zadzwonił i kazał wezwać księcia.

– Ale pod tym warunkiem, żeby mu bezwarunkowo zawiązać serwetę na szyi, gdy tylko usiądzie do stołu – zdecydowała generałowa – i zawołać Teodora, lub Mau­rycego… żeby stał za nim i uważał, gdy będzie jadł. Czy on aby spokojny podczas paroksyzmów? Nie robi jakich ruchów?

– Przeciwnie, bardzo nawet dobrze wychowany z doskonałym ułożeniem. Czasem trochę za bardzo głupkowaty… Zresztą, otóż i on! Oto, przedstawiam ostatniego z rodu księcia Myszkina, imiennik i może nawet krewny. Przyjmijcie go uprzejmie. Zaraz będzie śniadanie, książę, więc prosimy bardzo. Co do mnie, to pan wybaczy, śpie­szę się…

– Już ja wiem, dokąd ci pilno – powiedziała poważ­nie generałowa.

– Pilno mi, duszko, pilno, jestem spóźniony! A dajcie mu wasze albumy, mesdames, niech on w nich co napisze, taki kaligraf to rzadka rzecz! Prawdziwy talent, napisał tam u mnie starem pismem: „Opat Pafnucy rękę przyłożył”… No, do widzenia.

– Pafnucy? Opat? Ależ stój, poczekaj, dokąd pę­dzisz i co to za Pafnucy? – nalegająco z gniewem i prawie ze strachem krzyczała generałowa za odchodzącym mał­żonkiem.

– Tak, tak, duszko, to taki dawnymi czasy był opat… idę do hrabiego, czeka od dawna, sam wyznaczył godzinę. Książę, do widzenia.

Generał oddalił się pośpiesznie.

– Wiem, co to za hrabia! – powiedziała uszczypli­we Elżbieta Prokofjewna i rozdrażniona przeniosła oczy na księcia. – Cóż tam znowu? – zaczęła ze wstrętem, z gniewem, przypominając sobie – no, cóż tam! Ach tak: no, cóż to za opat?

– Maman – zaczęła mówić Aleksandra, a Agłaja nawet tupnęła nóżką.

– Nie przeszkadzaj mi, Aleksandro – odcięła się jej generałowa – i ja też chcę wiedzieć.

– Niech książę tu oto usiądzie, tu, na tym krześle, naprzeciwko; nie, tutaj, do słońca, do światła, przysuń się książę bliżej, ażebym mogła widzieć. No, cóż to za opat?

– Opat Pafnucy – odpowiedział książę z szacunkiem i poważnie.

– Pafnucy? A to ciekawe; cóż to za jeden?

Generałowa wypytywała niecierpliwie, prędko, szorstko, nie spuszczając oczu z księcia, a gdy książę odpowiadał, kiwała głową przy każdym jego słowie.

– Opat Pafnucy, z czternastego stulecia – zaczął książę – zarządzał pustelnią na Wołdze, w dzisiejszej naszej kostromskiej guberni, słynął ze świętobliwego życia, jeździł do Tatarów, pomagał załatwiać ówczes­ne sprawy i podpisał się pod jednym listem, a ja widziałem kopię tego podpisu. Podobał mi się ten podpis i nauczyłem się go. Kiedy przed chwilą generał chciał zobaczyć, jak ja piszę, ażeby się zdecydować co do mej posady, napisałem kilka zdań różnymi pismami i między innymi: „Opat Pafnucy rękę przyłożył”… własnym pismem opata. Generałowi spodobało się bardzo i teraz o tym wspominał.

– Agłaja – powiedziała generałowa – zapamiętaj: Pafnucy, albo lepiej zapisz, bo ja zawsze zapominam. My­ślałam, co prawda, że będzie to coś bardziej zajmującego. Gdzież jest ten podpis?

– Zdaję się, że został w gabinecie generała, na stole.

– Trzeba zaraz posłać i kazać przynieść.

– To już ja może jeszcze raz pani napiszę, jeśli sobie pani życzy.

– Naturalnie, maman – powiedziała Aleksandra – lepiej by teraz zabrać się do śniadania; nam się chce jeść.

– Masz rację – potwierdziła generałowa. – Chodź­my, książę; bardzo się panu chce jeść?

– Tak, bardzo mi się teraz jeść zachciało i bardzo pani jestem wdzięczny.

– To bardzo dobrze, że pan jest grzeczny i uważam, że z pana wcale nie taki… dziwak, za jakiego pana podali. Chodźmy. Niech pan usiądzie tutaj, naprzeciwko mnie – mówiła, sadzając księcia, gdy weszli do stołowego pokoju – chcę na pana patrzeć. Aleksandro, Adelajdo, poczęstujcie księcia. Prawda, że on wcale nie taki… chory? Może serwety nie potrzeba?… Książę, czy panu przy jedzeniu zawiązywano serwetę?

– Dawniej, kiedy miałem siedem lat, pewno zawiązy­wano, a teraz kładę zwykle przy jedzeniu serwetę na ko­lanach.

– Tak być powinno. A paroksyzmy?

– Paroksyzmy? – zdziwił się nieco książę – ja teraz dosyć rzadko miewam paroksyzmy. Zresztą nie wiem; mówią, że tutejszy klimat będzie mi szkodził.

– Dobrze mówi – zauważyła generałowa, zwraca­jąc się do córek i kiwając w dalszym ciągu głową za każdym słowem księcia – nawet nie przypuszczałam. Widocz­nie wszystko głupstwo i nieprawda, jak zwykle. Jedz, ksią­żę, i opowiadaj: gdzie się pan urodził, gdzie wychowywał? Chcę wszystko wiedzieć; pan mnie niezwykle interesuje.

Książę podziękował i, zajadając z wielkim apetytem, zaczął znowu opowiadać wszystko to, o czym już nieraz musiał mówić tego rana. Generałowa była coraz bardziej zadowolona. Panny też dosyć uważnie słuchały. Porozumiano się co do krewnych, okazało się, że książę zna dość dobrze swój rodowód, ale jakkolwiek kombinowali, nie zna­lazło się między nim a generałową żadne pokrewieństwo. Dziadkowie i babki mogli się jeszcze uważać za dalekich krewnych. Ten suchy przedmiot szczególniej spodobał się generałowej, której pomimo jej życzenia nigdy się prawie nie udawało, mówić o swoim rodowodzie, tak że wstała od sto­łu podniecona.

– Chodźmy wszyscy do salonu – powiedziała – tam nam podadzą kawę. Mamy tam wspólny pokój – zwróciła się do księcia, prowadząc go – po prostu mój mały salonik, w którym zbieramy się, gdy jesteśmy same i każda się zaj­muje swoją robotą. Aleksandra, ta oto, najstarsza moja córka, gra na fortepianie, czyta lub szyje. Adelajda… ry­suje portrety i pejzaże i nigdy ich skończyć nie może, a Agłaja siedzi i nic nie robi. Mnie także wszystko z rąk wy­pada i nic mi się nie udaje. Ale oto jesteśmy; niech książę usiądzie tu, przy kominku i proszę opowiadać. Chcę wi­dzieć, jak pan opowiada. Chcę się dokładnie przekonać i gdy się zobaczę ze starą księżną Biełokońską, wszystko jej o panu opowiem. Chcę, żeby się oni wszyscy panem zainteresowali. No, niechże pan mówi.

– Maman, przecież to okropnie dziwnie tak opowia­dać – zauważyła Adelajda, która tymczasem poprawiła swoje sztalugi, pędzle, paletę i zabrała się do kopiowania ryciny dawno już zaczętego pejzażu. Aleksandra i Agłaja usiadły razem na małej kanapce i złożywszy ręce, przygo­towały się do słuchania opowiadania.

Książę spostrzegł, że ze wszystkich stron zwrócono na niego szczególną uwagę.

– Ja nic bym nie opowiedziała, gdyby mi to tak na­kazywano – zauważyła Agłaja.

– Dlaczego? Co tu dziwnego? Dlaczego nie ma opo­wiadać? Język przecież ma. Chcę wiedzieć, jak on umie mówić. O czymkolwiek bądź. Niech pan opowie, jak się panu podobała Szwajcaria, pierwsze wrażenie. No, zoba­czycie, zaraz zacznie i doskonale zacznie.

– Wrażenie było silne… – zaczął książę.

– A co – podchwyciła niecierpliwie Elżbieta Prokofjewna – już zaczął.

– Niechże mu maman przynajmniej pozwoli mówić – przerwała Aleksandra. – Ten książę to może wielki oszust, ale wcale nie idiota – szepnęła do Agłai.

– To prawda, widzę to już od dawna – odpowie­działa Agłaja. – I to podłe z jego strony grać komedię. Cóż to, czy on chce na tym co skorzystać?…

– Pierwsze wrażenie było bardzo silne – powtórzył książę. – Kiedy jechałem z Rosji przez różne niemieckie miasta, patrzyłem tylko w milczeniu i pamiętam, że nawet o nic nie pytałem. Było to po całym szeregu silnych i mę­czących paroksyzmów mojej choroby, a ja zawsze, kiedy się choroba wzmacniała i paroksyzmy się powtarzały kilka razy z rzędu, wpadałem w zupełne ogłupienie, traciłem pa­mięć, a chociaż rozum pracował, logiczny związek myśli zu­pełnie się przerywał. Więcej niż dwóch, lub trzech myśli nie mogłem powiązać. Tak mi się zdaje. Kiedy zaś paro­ksyzmy mijały znów czułem się zdrów i silny, tak jak i te­raz. Pamiętam, przygniatał mnie nieznośny smutek; zbierało mi się nawet na płacz; dziwiło mnie to i niepokoiło: straszne na mnie robiło wrażenie, że to wszystko obce; to zrozu­miałem. Obcość mnie zabijała. Ocknąłem się zupełnie z te­go mroku, pamiętam, wieczorem, w Bazylei, wjeżdżając do Szwajcarii, rozbudził mnie krzyk osła na rynku miejskim. Osioł straszne zrobił na mnie wrażenie i, nie wiem dlaczego, niezwykle mi się podobał, a jednocześnie w mojej głowie wszystko się jakoś rozjaśniło.

– Osioł? To dziwne – zauważyła generałowa. – A zresztą, nic w tym dziwnego, niejedna z nas zakocha się w ośle – rzuciła, spojrzawszy z gniewem na śmiejące się panny. – To się wie jeszcze z mitologii. Niech książę mó­wi dalej.

– Od tej pory strasznie lubię osły. Mam do nich na­wet pewną słabość. Zacząłem się o nie wypytywać, bo przedtem ich nie widywałem i wtedy sam się przekonałem, że to najpożyteczniejsze ze zwierząt, pracowite, silne, cierpli­we, tanie, wytrzymałe i dzięki temu osłu cała Szwajcaria zaczęła mi się podobać, tak, że mi zupełnie przeszedł po­przedni smutek.

– Wszystko to bardzo dziwne, ale o ośle można opu­ścić; przejdźmy na inny temat. Czego ty się ciągle śmiejesz, Agłaja? I ty, Adelajdo? Książę ślicznie opowiedział o ośle. On go sam widział, a ty, cóżeś widziała? Za ­granicą nie byłaś.

– Widziałam osła, maman – powiedziała Adelajda.

– A ja go nawet słyszałam – podchwyciła Agłaja.

Wszystkie trzy znów się roześmiały. Roześmiał się także i książę.

– To bardzo głupio z waszej strony – zauważyła generałowa – niech im książę wybaczy, bo to dobre dziew­częta. Wiecznie je łaję, ale je kocham. Trzpioty, lekkomyślne wariatki.

– Dlaczego? – śmiał się książę – i ja bym na ich miejscu nie opuścił sposobności. A ja się jednak wstawiam za osłem: osioł to dobry i pożyteczny zwierz.

– A książę dobry? Pytam przez ciekawość – zapy­tała generałowa.

Znów się wszyscy roześmieli.

– I znów ten przeklęty osioł mi się nawinął, nawet o nim nie pomyślałam! – zawołała generałowa. – Wierzaj mi, książę, że ja bez najmniejszej…

– Aluzji? O, wierzę, bez najmniejszej wątpliwości.

I książę śmiał się serdecznie.

– To bardzo dobrze, że się pan śmieje. Widzę, że z pana bardzo dobry młody człowiek – powiedziała ge­nerałowa.

– Czasem niedobry – odpowiedział książę.

– A ja jestem dobra – wtrąciła generałowa zupełnie niespodzianie – i jeśli pan chce, jestem zawsze dobra i jest to moja jedyna wada, gdyż nie trzeba być zawsze dobrą. Złoszczę się bardzo często, to na nie, to zwłaszcza na Jana Teodorowicza, ale co jest szkaradne, to to, że jestem najlepsza wtedy, kiedy się złoszczę. Przed chwilą, zanim pan przyszedł, rozgniewałam się i udawałam, że nic nie rozumiem i pojąć nie mogę. Bywa tak ze mną; zupełnie jak z dziec­kiem. Agłaja dała mi naukę; dziękuję ci, Agłaja. Zresztą, wszystko głupstwo. Jeszcze nie jestem tak głupia, na jaką wyglądam i jaką mnie chcą córeczki przedstawić. Mam charakter i nie jestem bardzo wstydliwa. Zresztą, mówię to bez złości. Chodź tutaj, Agłaja, pocałuj mnie… no i dosyć czułości – zauważyła, gdy Agłaja pocałowała ją gorąco w usta i w rękę. – Niech książę mówi dalej. Może też pan wspomni o czymś bardziej zajmującym od osła.

– A ja znów nie pojmuję, jak to można tak wprost opowiadać – zauważyła Adelajda – ja bym sobie nigdy nie dała rady.

– A książę da sobie radę, gdyż książę jest niezwykle mądry i mądrzejszy od ciebie przynajmniej dziesięć, a może i dwanaście razy. Niech je książę o tym przekona i mówi dalej. Osła można rzeczywiście w końcu opuścić. No, cóż pan prócz osła widział jeszcze za granicą?

– Ależ i o ośle było mądre – zauważyła Aleksan­dra – książę opowiedział w sposób bardzo zajmujący szczegóły ze swej choroby i jak wszystko mu się podobało, dzięki jednemu zewnętrznemu impulsowi. Zawsze mnie to zajmowało, jak ludzie tracą zmysły, a potem wracają do zdrowia. Zwłaszcza jeśli się to dzieje nagle.

– Prawda? Prawda? – uniosła się generałowa – widzę, że i ty bywasz czasem rozumna: ale dosyć śmiechu. Zdaje mi się, że książę zatrzymał się na szwajcarskiej natu­rze, cóż dalej?

– Przyjechaliśmy do Lucerny i pływałem po jeziorze. Odczuwałem, jak jest piękne, ale przy tym bardzo mi było cięż­ko – powiedział książę.

– Dlaczego? – zapytała Aleksandra.

– Nie wiem. Zawsze mi jest ciężko patrzeć na taką przyrodę po raz pierwszy i budzi to we mnie niepokój: dobrze mi jest, ale nie mam spokoju; zresztą, wszystko to było jeszcze podczas choroby.

– No nie, ja chciałabym bardzo to widzieć – po­wiedziała Adelajda. – I ciekawi mnie, kiedy to my się wy­bierzemy za granicę. Od dwóch lat nie mogę znaleźć tematu do obrazu. Niech mi książę znajdzie temat do obrazu.

– Ja się na tym zupełnie nie znam. Zdaje mi się, że wystarczy spojrzeć i rysować.

– Nie umiem spojrzeć.

– Cóż to za zagadki układacie? Nic nie rozumiem! – przerwała generałowa – co to znaczy: nie umiem spojrzeć? Masz oczy i patrz. Nie umiesz tutaj patrzeć, to się i za granicą nie nauczysz. Lepiej niech książę opowie, jak sam patrzył.

– Tak, to będzie lepiej – dodała Adelajda. – Książę za granicą nauczył się patrzeć.

– Nie wiem; ja tam tylko poprawiłem sobie zdrowie; nie wiem, czy się nauczyłem patrzeć. Zresztą, prawie cały czas bardzo byłem szczęśliwy.

– Szczęśliwy? Pan umie być szczęśliwy? – krzy­knęła mocno tym zaciekawiona Agłaja – więc jakże pan może powiedzieć, że się pan nie nauczył patrzeć. Jeszcze pan nas nauczy.

– Niech pan nauczy – śmiała się Adelajda.

– Niczego nie mogę nauczyć – śmiał się również książę – prawie cały czas pobytu mego za granicą spędzi­łem w szwajcarskiej wsi; rzadko z niej wyjeżdżałem i to tylko do pobliskich miejscowości; czegóż ja panie nauczę? Z po­czątku tyle tylko, że się nie nudziłem; wracałem prędko do zdrowia; później, każdy dzień stawał się dla mnie drogi, i im później, tym był droższy, do tego stopnia, że zacząłem to zauważać. Szedłem spać z uczuciem zadowolenia, a wsta­wałem jeszcze szczęś­liwszy. A dlaczego tak było… to do­syć trudno opowiedzieć.

– Tak, że nigdzie się panu iść nie chciało, nigdzie pana nie ciągnęło? – zapytała Aleksandra.

– Z początku, z samego początku, owszem, ciągnęło mnie i wpad­łem w wielki niepokój. Myślałem ciągle o tym, jak ja będę żył; chciałem zbadać swe losy i zwłaszcza w pew­nych chwilach bywałem niespokojny. Wiedzą panie, takie chwile zdarzają się, zwłaszcza w samotności. Mieliśmy tam wodospad, nieduży, spadał z wysokiej góry bardzo wąskim strumieniem, prawie prostopadle… biały, burzliwy, pieniący się; spadał z wysoka, a zdawało się, że był nisko, był odle­gły o pół wiorsty, a zdawało się, że jest do niego pięćdziesiąt kroków. Lubiłem po nocach słuchać jego szmeru; i w takich właśnie chwilach dochodziłem czasem do wielkiego niepokoju. Nieraz też w południe, gdy się zajdzie gdziekolwiek bądź w góry i stanie się samotnie pośrodku, dokoła sosny stare, wielkie, smoliste, na górze, na skale, stary zamek śred­niowieczny, ruiny; nasza wioska daleko, na dole, ledwie dostrzegalna, słońce jaskrawe, niebo błękitne, cisza przejmu­jąca. I tu zdarzyło się, że wszystko gdzieś nawoływało i zda­wało mi się, że gdybym poszedł prosto, szedł długo, długo i zaszedł za tę linię, za tę właśnie, na której niebo z ziemią się spotyka, to tam byłoby rozwiązanie zagadki i natych­miast ujrzałbym nowe życie, tysiąc razy silniejsze niż nasze; majaczyło mi się miasto tak wielkie jak Neapol, a w nim same pałace, gwar, huk, życie… O czym to się nie marzy­ło! A później przekonałem się, że i w więzieniu można znaleźć olbrzymie życie.

– Ostatnią myśl godną uznania czytałam w moich wypisach, mając dwanaście lat – powiedziała Agłaja.

– Wszystko to filozofia – zauważyła Adelajda – pan jesteś filozofem i przyjechałeś nas uczyć.

– Może panie i mają słuszność – uśmiechnął się książę – jestem rzeczywiście filozofem i kto wie, może istotnie mam zamiar uczyć… Być może, doprawdy, być może.

– I filozofia pańska zupełnie jest podobna do filo­zofii Jewłampii Mikołajewny – podchwyciła znów Ag­łaja. – To urzędniczka, wdowa, przychodzi do nas jakby w charakterze rezydentki. Całym zadaniem jej życia… ta­niość; aby tylko jak najtaniej zamieszkać, mówi tylko o ko­piejkach, a trzeba wiedzieć, że pieniądze ma; to filutka. Tak i pańskie olbrzymie życie w więzieniu, a może i pańskie czteroletnie szczęście na wsi, za które pan sprzedał swój Neapol, i to zdaje się, z zyskiem, pomimo że sprzedał go pan za grosze.

– Co do życia w więzieniu można by się zgodzić – powiedział książę – słyszałem opowiadanie człowieka, który przesiedział w więzieniu lat dwanaście; był to jeden z chorych pacjentów mego profesora, leczył się. Miewał ataki, był czasem niespokojny, płakał i raz nawet próbował się zabić. Życie jego w więzieniu było bardzo smutne, zaręczam paniom; w każdym razie jednak było więcej warte niż grosz. A ze znajomych miał pająka i drzewo, które pod oknem wyrosło… Ale lepiej opowiem paniom o innym moim spotkaniu w zeszłym roku, z innym człowiekiem. Była tam pew­na, bardzo dziwna okoliczność; dziwna głównie dlatego, że ten wypadek rzadko miewa miejsce. Człowiek ten raz był wprowadzony razem z innymi na szafot i przeczytano mu wyrok skazujący na śmierć przez rozstrzelanie za politycz­ne przestępstwo. Po dwudziestu minutach przeczytano ułaskawienie i naznaczono inny wymiar kary; jednakże ten czas pomiędzy dwoma wyrokami, dwadzieścia minut, lub przynajmniej kwadrans, przeżył w głębokim przekonaniu, że za kilka minut umrze. Straszną miałem ochotę słuchać, gdy sobie czasem przypominał swoje ówczesne wrażenia i kilka razy zaczynałem go na nowo wypytywać. Pamiętał wszystko ze zdumiewającą jasnością i mówił, że nigdy nic z tych chwil nie zapomni. W odległości dwudziestu kroków od szafotu, otoczonego przez lud i żołnierzy, wbito trzy słu­py, ponieważ przestępców było kilku. Przyprowadzono trzech pierwszych, przywiązano ich do słupów, odziano ich w śmiertelne ubranie (białe, długie, płócienne koszule), a na oczy nasunięto im białe czapki, żeby nie widzieli strzelb; na­stępnie przed każdym sformował się oddział z kilku żołnierzy. Mój znajomy był ósmym z kolei, a więc wypadało, aby poszedł do słupów w trzecim rzędzie. Ksiądz z krzyżem obszedł wszystkich. Pozostawało pięć minut życia, nie więcej. Mówił, że te pięć minut wydawały mu się nieskończonym terminem, olbrzymim bogactwem; zdawało mu się, że przez te pięć minut przeżyje tyle żyć, że teraz nie było jeszcze warto myśleć o chwili ostatniej, do tego stopnia, że zrobił sobie rozmaite postanowienia; wyliczył sobie czas, aby się pożegnać z towarzyszami, przeznaczył na to dwie minuty, potem przeznaczył jeszcze dwie minuty na to, ażeby po raz ostatni pomyśleć o sobie, a następnie, aby po raz ostatni do­koła rzucić okiem. Pamiętał bardzo dobrze, że te trzy wła­śnie rzeczy sobie postanowił i właśnie w ten sposób podzielił czas. Umierał, mając lat dwadzieścia siedem, zdrów i silny, pamiętał, że gdy się żegnał z towarzyszami, zadał jednemu z nich dosyć obojętne pytanie i nawet był ciekaw odpowie­dzi. Potem, gdy się już pożegnał, nadeszły te dwie minuty, które przeznaczył dla siebie, aby myśleć o sobie; wiedział zawczasu, o czym będzie myślał; chciał wyobrazić sobie jak najprędzej i jak najjaśniej, że jakże to być może… teraz jest i żyje, a za trzy minuty już będzie czymś, lub kimś, lecz kim? i gdzie? myślał, że rozwiąże to wszystko przez te dwie minuty. W pobliżu stała cerkiew i wierzchołek soboru z pozłacanym dachem błyszczał od jaskrawego słońca. Pamiętał, że patrzył bardzo uporczywie na ten dach i na promienie odbijające się od niego; oczu nie mógł od tych promieni oderwać; wydawało mu się, że te promienie, to jakaś nowa jego natura, że on za trzy minuty w jakiś sposób zleje się z nimi… Nieświadomość i wstręt do tego czegoś nowego, które będzie i zaraz nadejdzie, były straszne; ale on mówił, że nic nie było straszniejszego nad nieustającą myśl: „A gdyby tak można nie umrzeć! A gdyby tak zacząć życie od początku… co za nieskończoność! I wszystko to byłoby moje! Zamieniłbym wtedy każdą chwilę życia na całe stulecie, nic bym nie utracił, liczyłbym każdą chwilę, już by wtedy żadna nie była bezużytecznie stracona!”. Mówił, że w końcu myśl ta przeszła w nim w taką złość, że pragnął być czym prędzej rozstrzelany.

Książę umilkł nagle: wszyscy myśleli, że będzie mówił dalej i wyciągnie wniosek.

– Skończył pan? – zapytała Agłaja.

– Co? Skończyłem – powiedział książę, budząc się z chwilowego zamyślenia.

– A po co pan to opowiadał?

– Tak… przypomniało mi się… tak w rozmowie… – odrzekł książę.

– Pan bardzo lubi urywać – zauważyła Aleksan­dra – chciał książę pewno dowieść, że ani jednej chwili nie trzeba obliczać na grosze i że czasem pięć minut droższe jest od skarbu. Wszystko to bardzo chwalebne, ale proszę pana, jakże to się skończyło z tym przyjacielem, który panu takie straszne rzeczy opowiadał… przecież zmieniono mu karę, więc darowano mu to „nieskończone życie”? No, cóż on potem zrobił z tym bogactwem? Czy żył tak, jakby liczył każdą minutę?

– O nie, mówił mi sam… pytałem go już o to… wcale tak nie żył i stracił dużo minut.

– A więc ma pan próbę; widocznie nie można żyć, „licząc każdą minutę”. Jest powód, dla którego nie można.

– Tak, jest powód, dla którego nie można – powtórzył książę – i mnie się tak zdawało… A jednak nie chce się jakoś uwierzyć…

– To znaczy, że panu się zdaje, że pan mądrzej, niż wszyscy, żyć będzie? – powiedziała Agłaja.

– Tak, i o tym się czasem myślało.

– I myśli?

-– I myśli – odpowiedział książę ze skromnym i na­wet nieśmiałym uśmiechem, patrząc na Agłaję; ale zaraz znów się roześmiał i spojrzał na nią wesoło.

– Przynajmniej skromność! – odezwała się Agłaja prawie z rozdrażnieniem.

– Jakież panie jednak odważne, śmiejecie się, a na mnie wszystko to w jego opowiadaniu takie zrobiło wrażenie, że później we śnie widziałem właśnie te pięć minut…

Badawczo i poważnie obrzucił raz jeszcze spojrzeniem swe słuchaczki.

– Czy się panie za co na mnie nie gniewają? – za­pytał nagle, jakby zmieszany, ale patrząc wszystkim prosto w oczy.

– Za co? – zawołały trzy panny ze zdumieniem.

– A no tak, że wyglądam, jak gdybym ciągle uczył.

Roześmiały się.

– Jeśli się nie gniewacie, to się i nie gniewajcie – powie­dział – ja przecież sam wiem, że żyłem krócej od innych i mniej od wszystkim rozumiem życie. Być może, że czasem mówię bardzo dziwnie…

Zmieszał się już ostatecznie.

– Skoro pan mówi, że pan był szczęśliwy, to widocz­nie nie żył pan mniej, lecz więcej; czemuż więc pan gra komedię i usprawiedliwia się? – surowo zaczęła mówić Ag­łaja. – I niech się pan nie boi, że nas pan poucza, tu żadnego triumfu z pańskiej strony nie ma. Z pańskim obojętnym temperamentem można i sto lat życia szczęściem zapełnić. Pokazać panu ka­rę śmierci i pokazać panu mały paluszek, pan z jednego, jak i z drugiego myśl chwalebną wyprowadzi i jeszcze będzie się pan z tego cieszył. Tak to można żyć.

– Czego ty się ciągle złościsz, nie rozumiem – pod­chwyciła generałowa, obserwująca od dawna twarze mówią­cych – i o czym wy mówicie, też pojąć nie mogę. Jaki paluszek, co to za głupstwa? Książę mówi prześlicznie, tylko trochę smutno. Czemu go onieśmielasz? Śmiał się, kiedy zaczął mówić, a teraz zupełnie osowiał.

– Trudno, maman. A szkoda, że książę nie widział kary śmierci, zapytałabym pana o jedną rzecz.

– Widziałem karę śmierci – odpowiedział książę.

– Widział pan? – zawołał Agłaja – powinnam się tego domyślić! To jest koroną wszystkiego. Jeżeli pan widział, jakże pan może powiedzieć, że pan był cały czas szczęśliwy? No, co? Czy nie miałam słuszności?

– A czy w pańskiej wsi tak karano? – zapyta­ła Adelajda.

– Widziałem to w Lugdunie, jeździłem tam ze Schneiderem, wziął mnie z sobą.

– Cóż, bardzo się panu spodobało? Było poucza­jące? Pożyteczne? – wypytywała Agłaja.

– Wcale mi się to nie podobało i trochę byłem potem chory, ale przyznam się, że patrzyłem jak przykuty, oczu oderwać nie mogłem.

– Ja też bym oczu oderwać nie mogła – powiedziała Agłaja.

– Tam bardzo nie lubią, kiedy kobiety chodzą pa­trzeć, nawet piszą potem w dziennikach o tych kobietach.

– A zatem, jeśli uważają, że to nie kobieca sprawa, chcą przez to samo powiedzieć (a zapewne usprawiedliwić), że jest to rzecz męska. Winszuję logiki. I pan, ma się ro­zumieć, tak samo myśli.

– Niech pan opowie o karze śmierci – przerwała Adelajda.

– Tak nie mam teraz ochoty… – zmieszał się i jakby zasępił książę.

– Widocznie panu żal nam to opowiadać – ukłuła go Agłaja.

– Nie, tylko, że ja dopiero co opowiadałem o tej ka­rze śmierci.

– Komu pan opowiadał?

– Kamerdynerowi… czekając…

– Jakiemu kamerdynerowi? – dało się słyszeć ze wszystkich stron.

– A temu, co siedzi w przedpokoju, taki siwawy, z czerwoną twarzą; siedziałem w przedpokoju, chcąc wejść do Jana Teodorowicza.

– Dziwne – zauważyła generałowa.

– Książę… demokrata – odcięła Agłaja – no, jeśli pan Aleksemu opowiadał, nam pan odmówić nie może.

– Chciałabym koniecznie posłuchać – powtórzyła Adelajda.

– Przed chwilą, rzeczywiście – zwrócił się do niej książę, trochę się znów ożywiając (ożywiał się on bardzo szybko i ufnie) – rzeczywiście myślałem o tym, kiedy mnie pani prosiła o temat do obrazu, aby dać pani pewien temat; wymalować twarz skazańca, na chwilę przed uderzeniem gilotyny, kiedy jeszcze stoi na szafocie przed położeniem się na tej desce.

– Jak to twarz? Samą twarz? – zapytała Adelaj­da. – Dziwny będzie to temat na obraz.

– Nie wiem, ale dlaczego nie? – gorąco nalegał ksią­żę. – W Bazylei widziałem niedawno taki obraz. Mam wielką ochotę pani opowiedzieć… Opowiem kiedyś… duże zrobił na mnie wrażenie.

– O obrazie w Bazylei musi pan również opowie­dzieć, ale później – powiedziała Adelajda – a teraz niech mi pan wytłumaczy obraz przedstawiający to stracenie. Mo­że pan to tak opowiedzieć, jak to sobie pan sam wyobraża. Sama twarz? Cóż to za twarz?

– To na minutę przed śmiercią – chętnie zaczął mówić książę, poddając się wspomnieniom i natychmiast zapominając o wszystkim innym – w chwili, kiedy wszedł po schodkach i dopiero co stanął na szafocie. Wtedy spoj­rzał w moją stronę; widziałem jego twarz i wszystko zrozumiałem. Zresztą, jakże to opowiedzieć! Chciałbym strasz­nie, strasznie, żeby pani, lub ktokolwiek bądź to narysował! Lepiej, żeby to pani! Przyszło mi wtedy na myśl, że byłby to pożyteczny obraz. Wie pani, trzeba tam wyobrazić wszystko, co było przedtem, wszystko… wszystko… Był w więzieniu i oczekiwał stracenia przynajmniej dopiero za tydzień; liczył na zwykłe formalności; myślał, że papier mu­si jeszcze gdzieś być wysłany i wróci dopiero za tydzień. A tu nagle z jakiegoś tam powodu sprawę skrócono. O piątej ra­no spał. Było to pod koniec października; o godzinie piątej chłodno jeszcze i ciemno. Wszedł komisarz więzienny, po cichu, ze strażą i dotknął ostrożnie jego ramienia; on podniósł się, oparł się na łokciu, widzi światło: „Co takiego?…”.

„O godzinie dziesiątej stracenie”. Na razie, ze snu, nie uwierzył, zaczął się spierać, że papier przyjdzie dopiero za tydzień, ale gdy się zupełnie rozbudził, przestał i umilkł… tak opowiadano… potem powiedział: „Jednak to ciężko tak nagle…” i znów umilkł i nic więcej mówić nie chciał. Na­stępne trzy do czterech godzin upływają na znanych spra­wach: ksiądz, śniadanie, do którego podają mu wino, kawę i pieczeń (no, czy to nie kpiny? Przychodzi na myśl, że to okrucieństwo, ale z drugiej strony, Boże drogi, ci ludzie ro­bią tak z dobrego serca i są przekonani, że to miłość bliźnie­go) potem toaleta (panie wiedzą, jaka jest toaleta przestęp­cy?), nareszcie wiozą przez miasto na szafot… Przypuszczam, że i teraz, dopóki wiozą, ma się wrażenie, iż pozostaje jeszcze życie długie, bez końca. Zdaje mi się, że on na pewno my­ślał w drodze: „Jeszcze długo, jeszcze przez trzy ulice będę żył; oto przejadę tę, potem zostanie jeszcze ta, na której jest po prawej stronie piekarz… zanim jeszcze dojedziemy do piekarza!” dokoła lud, krzyk, hałas, dziesięć tysięcy par oczu… wszystko to trzeba znieść, a przede wszystkim tę myśl: „oto ich jest dziesięć tysięcy, a nikogo z nich nie stracą, a mnie stracą!”. Ale wszystko to… rzeczy przedwstępne. Na szafot prowadzą schodki; tu przed schodkami nagle rozpłakał się, a był to człowiek silny i odważny, i był to, jak mówiono, wiel­ki zbrodniarz. Przez cały czas był przy nim kapłan, na wózku jechał i ciągle do niego mówił… ale czy on słyszał: już zacznie słuchać, ale trzeciego słowa nic już nie rozumiał. Tak to być musi. Wreszcie zaczął wstępować na schodki; nogi ma związane, więc idzie maleńkimi krokami. Kapłan, wi­docznie człowiek rozumny, przestał mówić, dawał mu ciągle krzyż do całowania. Wchodząc na schodki, był bardzo bla­dy, a gdy wszedł na górę, na szafot, stał się nagle biały jak papier, zupełnie jak biały papier do pisania. Nogi jego mu­siały słabnąć i kostnieć i dusił się, jak gdyby go coś dławiło w gardle i łaskotało… czuły to panie kiedykolwiek w stra­chu lub w chwilach bardzo strasznych, kiedy się jest zupeł­nie przytomnym, a rozum już nie ma żadnej władzy? Zdaje mi się, że jeśli się na przykład stoi wobec nieuniknionej zagłady, dom się wali, wtedy chciałoby się usiąść, zamknąć oczy i czekać… niech się co chce, dzieje!… Otóż tutaj, gdy nadchodziła taka chwila słabości, kapłan czym prędzej, pręd­kim ruchem i w milczeniu, podsuwał mu krzyż do samych ust, taki maleńki krzyżyk, srebrny, czteroramienny… podsu­wał mu go często, co chwila. I jak tylko ustami dotykał krzyża, otwierał oczy i znów na parę sekund jakby się oży­wiał i nogi niosły go dalej. Całował krzyż chciwie, cało­wał z pośpiechem, widocznie śpieszył się, aby zdobyć coś na drogę, na wszelki przypadek, ale wątpię, czy on w tej samej chwili odczuwał coś religijnego. Tak było aż do sa­mej deski… Dziwna rzecz, że w tych ostatnich chwilach rzadko ludzie mdleją! Przeciwnie, głowa strasznie żyje i pra­cuje, i to pewno mocno, mocno, mocno, jak maszyna pu­szczona w ruch; wyobrażam sobie, że tak się walą różne my­śli, wszystkie niedopowiedziane, a może i śmieszne, takie obojętne myśli: „oto ten patrzy… na czole ma brodawkę, oto zardzewiał dolny guzik przy ubraniu kata”… a tymczasem człowiek wszystko wie i wszystko rozumie; jest pewien taki punkcik, którego w żaden sposób zapomnieć nie można i zemdleć nie można i wszystko do tego punktu wraca i koło niego się kręci. I pomyśleć, że to tak do ostatniej ćwierci se­kundy, kiedy już głowa leży na rusztowaniu i czeka… a wie, że nagle usłyszy nad sobą, jak zgrzytnęło żelazo! To się na pewno usłyszy! Gdybym ja tak leżał, słuchałbym umyślnie i usłyszałbym! Chodzi tu, być może, o jedną dziesiątą czą­steczkę chwili, ale na pewno się usłyszy. I niech sobie panie wyobrażą, że ludzie dotychczas jeszcze dowodzą, że, gdy już głowa odpadnie, wie może jeszcze przez sekundę, o tym, że odpadła… co za uczucie! A jeżeli przez pięć se­kund!… Niech pani narysuje szafot w ten sposób, żeby było widać jasno a blisko jeden tylko ostatni schodek; przestępca wszedł na ten stopień; twarz blada jak płótno, kapłan podaje krzyż, on chciwie wysuwa swe zsiniałe usta i pa­trzy i… wszystko wie. Krzyż i głowa, oto obraz, twarz kapłana, kata, jego dwóch pomocników i kilka głów, i oczu poniżej… wszystko to można narysować, jakby na trzecim planie, zamglone, jako akcesoria… Oto jest obraz.

Książę zamilkł i spojrzał dokoła.

– To bezwarunkowo nie wygląda na obojętność – powiedziała sama do siebie Aleksandra.

– No, teraz niech pan opowie o tym, jak pan był za­kochany – powiedziała Adelajda.

Książę spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Niech pan posłucha – mówiła, jakby śpiesząc się, Adelajda – należy nam się opowiadanie pana o bazylejskim obrazie, ale teraz chcę posłuchać o tym, jak pan był za­kochany. Przy tym, jak tylko pan zacznie opowiadać, prze­staje pan być filozofem.

– Jak tylko pan skończy swe opowiadanie, zaraz się pan wstydzi tego, co pan opowiedział – zauważyła nagle Agłaja. – Dlaczego?

– Jakież to w końcu głupie – palnęła generałowa, pa­trząc z oburzeniem na Agłaję.

– Niemądre – powiedziała Aleksandra.

– Niech jej książę nie wierzy – zwróciła się do niego generałowa – ona to robi umyślnie, przez jakąś złośliwość; ona nie jest wcale tak źle wychowana; niech pan o nich cze­go złego nie pomyśli, że one się panu tak naprzykrzają. Z pewnością już coś umyśliły, ale one pana lubią. Już ja ich twarze znam.

– I ja ich twarze znam – powiedział książę, szcze­gólnie jakoś podkreślając te słowa.

– A to w jaki sposób? – zapytała Adelajda z cie­kawością.

– Co pan wie o naszych twarzach? – zaciekawiły się tamte dwie.

Ale książę milczał i był poważny; wszyscy czekali na jego odpowiedź.

– Powiem paniom później – powiedział cicho i po­ważnie.

– Stanowczo chce nas pan zainteresować – zawołała Agłaja – i to jak uroczyście.

– No, dobrze – pośpieszyła się znów Adelajda – jeżeli już z pana taki znawca twarzy, to na pewno też się pan kochał; widocznie zgadłam. Niechże pan opowiada.

– Nie kochałem się – odpowiedział książę cicho i poważnie – byłem… w inny sposób szczęśliwy.

– Jak to, jak?

– Dobrze, opowiem to paniom – powiedział książę, jak gdyby po głębokim namyśle.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Идиот

Copyright © 2016, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw

ISBN 978-83-7779-371-8

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

handlowyMG@gmail.com

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Posiadacz Koniec rozdziału. Tom 1 Koniec rozdziału. Tom 2 Koniec rozdziału. Tom 3 Na giełdzie Forsyte'ów Nowoczesna komedia. Tom 3