Wersal. Prawo krwi

Wersal. Prawo krwi

Autorzy: Elizabeth Massie

Wydawnictwo: Książnica

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.32 zł

Namiętności, spiski i zdrada na dworze Króla Słońce

Po śmierci matki Ludwik XIV może wreszcie rządzić samodzielnie. Pamiętając o niedawnych buntach społecznych, młody król pragnie za wszelką cenę wzmocnić władzę monarszą i utrzymać szlachtę pod kontrolą. Planuje budowę pałacu w Wersalu, z dala od Paryża, chcąc uczynić z niego złotą klatkę dla arystokratów.

W nowej siedzibie monarchy uczciwość i lojalność ścierają się z kłamstwem i podstępem, namiętności i żądze rozpalają krew. Wkrótce okazuje się, że Ludwik jest uzdolnionym strategiem i makiawelicznym władcą. Będąc najpotężniejszym królem Europy, musi jednak zdecydować, komu może zaufać: swoim ministrom i doradcom, bratu, wiernemu pokojowcowi czy kolejnym kochankom?

Powieść, oparta na nakręconym z rozmachem serialu Canal+, ukazuje pikantne szczegóły życia na dworze Króla Słońce.

WROCŁAW 2016

Tytuł oryginału

Versailles, le rêve d’un roi

Adaptacja logotypu tytułu na język polski

MACIEJ HORODNICZY

Redakcja

MAŁGORZATA GROCHOCKA

Korekta

IWONA WYRWISZ

Skład

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Cytaty z Pisma Świętego za Biblią Tysiąclecia, wyd. III popr., Pallottinum 1983

Copyright © Éditions Michel Lafon – Paris 2015

Published by arrangement with Lester Literary Agency

All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MMXVI (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Wydanie elektroniczne 2016

ISBN 978-83-245-8226-6

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

1. Wiosna 1667 roku

2. Późna wiosna – wczesne lato 1667 roku

3. Lato 1667 roku

4. Późne lato 1667 – początek 1668 roku

5. Wiosna 1668 roku

6. Jesień 1670 roku

7. Jesień 1670 roku

8. Jesień – zima 1670 roku

9. Zima 1670 roku

10. Zima 1670 roku

Przypisy

1

Wiosna 1667 roku

Była urzekająco piękna. Młodziutka i drobna, lecz przez cieniutką białą koszulkę przeświecały już kuszące krągłości. Biegła lekko po trawie, oglądając się za nim, chichocząc zalotnie. Ludwik zaśmiał się i ruszył w pościg, lecz wciąż pozostawał kilka kroków w tyle.

W labiryncie przystrzyżonych krzewów przyśpieszyła, za każdym zakrętem znikała mu z oczu. Przesiane przez gałęzie plamy słońca pieszczotliwie muskały jej ciało. Pragnienie przeszyło go bólem, każdy mięsień drżał z żądzy. Musiał ją mieć. Nasycić nią usta, dłonie, posiąść ją całą.

Zatańczyła w cienistym gaju pomarańczowym, w biegu zrywając z gałęzi dojrzały owoc. Odwróciła się i uśmiechnęła. Tak samo jak on chciała, by ją zdobył.

Za oranżerią rozpoczynało się wzniesienie, na którego szczycie stał olbrzymi, rozsłoneczniony pałac, lśniący i zdobny ponad ludzką fantazję. Zdawał się rezydencją Pana Boga Wszechmogącego przeniesioną z obłoków na ziemię. Serce Ludwika wezbrało zachwytem. Nigdy wcześniej nie widział tej budowli, lecz czuł, że jest jej panem. To jego dom.

Dziewczyna zniknęła w sklepionej wdzięcznym łukiem bramie. Poszedł za nią. Otoczyła go głucha nieprzenikniona ciemność.

Zatrzymał się. Czekał.

– Królowie nie płaczą, cokolwiek ich spotka – rozległ się znajomy głos. – Cokolwiek ich spotka!

Rozpoznał ten głos. Należał do Anny, zwanej Austriaczką. Jego matki.

Obrócił się powoli. Stała w jasnym promieniu światła, zbroczona krwią, dumna i mężna. U jej kolan klęczał młodszy brat Ludwika. Łkał, kurczowo uczepiony matczynej dłoni.

– Strach to słabość – powiedziała spokojnie. – Strach umniejsza człowieka i może go zniszczyć. Nawet ciebie, mój synu.

Ludwik zamarł ze zgrozy.

– Zostałeś namaszczony przez Boga – ciągnął głos z przeszłości. – Opromieniony słońcem. Ale brakuje ci jeszcze tego, co naprawdę się liczy: siły. Bez niej zginiesz, a wraz z tobą cała Francja. To naturalne, że się boisz. Twoja matka umiera. Świat płonie. Jeśli historia czegokolwiek nas uczy, to tego, że los królów częstokroć jest straszny. I dlatego musisz znaleźć w sobie siłę stu ludzi, by poważyć się na wszystko, co będzie konieczne, by wywieść nas z ciemności w światło.

Patrzyła mu prosto w oczy. Wytrzymał jej spojrzenie, wstrzymując oddech.

Naraz, jakby znikąd, pojawiła się młoda ślicznotka. Stanęła obok matki i obie jednocześnie wyciągnęły ręce, wzywając go ruchem dłoni. Ludwik zawahał się, sięgnął po dziewczynę, ale wyrwała mu się i uciekła. Popędził za nią.

Wypadli z mroku w światło dnia, biegli przez amfiladę jasnych, bogato urządzonych komnat, gonili się wśród marmurowych posągów i olbrzymich portretów w skrzących się złoceniami ramach, aż znaleźli się w długiej galerii o ścianach wyłożonych lustrami. Igrające w nich światło zdało się oślepiać. Ludwik ujrzał fragment odbicia dziewczyny – nagą pierś, porcelanowobiałe ramię, kruchy kark. Zrzuciła koszulę, odtrąciła ją stopą. Naga wbiegła do pokoju na końcu galerii.

– Ja już widzę raj – dobiegł go zza pleców ostrzegawczy głos matki – ale ty musisz zbudować własny. Cały świat powinien się dowiedzieć, że nastał Ludwik Wielki.

Ludwik zastał dziewczynę na łożu z baldachimem. Psotny uśmiech wygiął jej pełne wargi. Powoli rozchyliła kształtne uda.

Zdarł z siebie ubranie i rzucił się na łoże, nakrył ją swoim ciałem. Zaatakował dziarsko, niepowstrzymanie, raz, drugi, trzeci...

Obudził się w chwili, gdy rozkosz osiągnęła szczyt. Wracająca świadomość przeniosła go w półmrok sypialnej komnaty. Miał zaciśnięte zęby, pierś śliską od potu, zachłannie garnął do siebie splątaną pościel. Gorące nasienie prędko stygło mu na brzuchu. Odgarnął przylepione do twarzy włosy. Oczy go piekły. Potarł je, niechętnie godząc się z tym, że już nie śpi.

Wokół myśliwskiego zameczku szalała nocna burza. W zamknięte okiennice uderzały wiatr i deszcz. U stóp królewskiego łoża siedział cicho wierny pokojowiec, Bontemps – człowiek w średnim wieku, o pogodnej, nacechowanej cierpliwością twarzy.

Sen już ulatywał, lecz Ludwik zachował w pamięci jeden obraz.

– Wezwij do mnie Le Vau, architekta – powiedział. – Chcę z nim porozmawiać o lustrach.

Bontemps skinął głową.

Za murami przetoczył się grzmot. Wiatr wstrzymał na chwilę oddech, po czym ze zdwojoną siłą chlusnął deszczem w okno.

Król obciągnął koszulę, przytomniejąc do reszty.

– Jak się czuje moja pani małżonka? – spytał. – Wszyscy mówią, że to będzie chłopiec.

Z zewnątrz dobiegł ostry brzęk tłuczonego szkła. Poprzez wycie wichru słychać było rżenie koni i krzyki. Na korytarzu zadudniły szybkie, ciężkie kroki. Podniecone głosy zbliżały się do sypialni. Chwilę później ktoś załomotał do drzwi. Bontemps pobiegł otworzyć. W komnacie zaroiło się od szwajcarskich gwardzistów, którym następowali na pięty wystraszeni dworzanie. Zbrojni z posępnymi minami otoczyli królewskie łoże. Ludwik cofnął się, czując, jak mu puls przyśpiesza.

– W jakiej sprawie? – zapytał surowo Bontemps.

– Zamach na życie króla – odparł gwardzista.

– Kto? Hiszpanie? Holendrzy?

– Jeszcze nie wiemy. Pan Fabien robi teraz wszystko, żeby usunąć zagrożenie.

– Bontemps... – wykrztusił Ludwik. – Co to znaczy?

– Najjaśniejszy panie... – rzekł pokojowiec zduszonym z niepokoju głosem – musisz natychmiast schronić się w wartowni. – Podszedł do okna i uchylił okiennicę.

– Z czyjego rozkazu? – Ludwik wyswobodził się z pościeli, odepchnął szatnych, którzy czekali już z odzieżą, i stanął obok Bontempsa.

– Nie zbliżać się do okna! – krzyknął jeden ze Szwajcarów.

– Nie znam tych ludzi, Bontemps – powiedział z naciskiem Ludwik.

Zbrojni otoczyli go i siłą odciągnęli od okna. Szarpnął się w uścisku.

– Nigdzie się stąd nie ruszę! – syknął. – Mój drugi syn przyjdzie na świat tu, w Wersalu! Dopóki żyję, nie okażę strachu. Nigdzie nie pójdę!

Gwardziści jakby go nie słyszeli, a szatni robili, co do nich należało. Przebrali go jak dziecko i śpiesznie wyprowadzili na ciemny korytarz. Pełgające tu i ówdzie wątłe płomyki świec oświetlały blade, spłoszone twarze dworzan, zginających się w ukłonach, kiedy mijał ich król. Ludwik zdołał się uwolnić z rąk drabantów, ale nie był w stanie oprzeć się ludzkiej rzece, która go unosiła.

– Gdzie jest Filip?! – wrzasnął. – Gdzie jest mój brat?

Filip, książę Orleanu, nazywany przez wszystkich Monsieur, uniósł głowę i uśmiechnął się do przystojnego, kędzierzawego mężczyzny siedzącego w wyściełanym aksamitem fotelu. Kawaler Lotaryński, jego imiennik i kochanek, miał na sobie koszulę – i nic więcej. Tym łatwiej było Filipowi rozkoszować się jego uroczą zabawką. Pieszczony na przemian dłońmi i językiem Kawaler kurczowo uchwycił się poręczy fotela i wyprężył, odrzucając w tył głowę.

– Na Boga! – westchnął przez zaciśnięte zęby. – Jesteś mistrzem!

Filip uśmiechnął się ponownie. Oczywiście, że nim był.

Ktoś zaczął się dobijać do drzwi. Filip obejrzał się z roztargnieniem i znów nachylił nad twardym, lśniącym członkiem. Bębnienie nie ustawało.

– Król cię wzywa, Monsieur! – zawołał lokaj zza drzwi.

– Słyszeliśmy za pierwszym razem! – żachnął się ze złością Lotaryńczyk.

Filip odgarnął ciemny kosmyk za ucho i posłał mu przepraszający uśmiech. Wstał i bez pośpiechu ruszył do drzwi. Kawaler niedbale pociągnął skraj koszuli, zakrywając krocze.

– Dziecko przyszło już na świat? – spytał brat królewski, otwierając drzwi.

– Musisz natychmiast stawić się u króla, panie.

Monsieur przewrócił oczami i ziewnął. Obejrzał się na kochanka. Ten machnął z rezygnacją upierścienioną dłonią.

– Poślę po coś do jedzenia.

– Na nic innego nie mam apetytu! – zaśmiał się Filip i wyszedł na korytarz, zamykając za sobą drzwi.

Nim zdążył zrugać lokaja, ten poinformował go o planowanym zamachu na życie króla.

– Złapali ich? – Erotyczne igraszki w mgnieniu oka wywietrzały Filipowi z głowy.

Lokaj potrząsnął głową.

– Wciąż szukają, Monsieur.

Zalany deszczem rynek Wersalu był ciemny i pusty – mieszczanie smacznie jeszcze spali. Fabien, królewski śledczy, stał na środku ulicy, przytrzymując wodze czterech płoszących się koni. Zmrużył oczy, wpatrując się z napięciem w mrok. Jeszcze chwila... I jeszcze... Są! Z bocznej uliczki wymknęli się chyłkiem czterej owinięci w płaszcze mężczyźni. Skręcili w jego stronę.

Najwyższy z grupy zmierzył Fabiena wzrokiem i przystanął jak wryty przed pustym koniowiązem na poboczu.

– Gdzie konie? – zawołał, przekrzykując szum deszczu.

– Te? – Fabien puścił wodze i paroma mocnymi klapsami przegnał zwierzęta.

Twarz mężczyzny skurczyła się z wściekłości. Rozbryzgując rzadkie błoto, ruszył na Fabiena. Jednocześnie z dochodzących do rynku uliczek wysypało się dwudziestu zbrojnych, którzy otoczyli spiskowców.

– Zabłądziliście, panowie? – spytał uprzejmie śledczy.

Zamachowiec warknął wściekle, uświadamiając sobie, że znalazł się w pułapce. Z furią wydobył ukryty pod opończą muszkiet z oberżniętą lufą, lecz w tej samej chwili kule gwardzistów podziurawiły go jak sito. Runął twarzą w błoto. Fabien przycisnął butem jego głowę. Mężczyzna przez krótką chwilę miotał się w konwulsjach, nim skonał. Pozostali trzej zerwali się do ucieczki, lecz zbrojni zablokowali im drogę odwrotu.

– Rzućcie broń – rozkazał Fabien.

Hiszpanie rzucili muszkiety na ziemię i zbili się w grupkę plecami do siebie, jak spłoszone zwierzęta w obliczu drapieżnika. Fabien podszedł, pochwycił spojrzenie najmłodszego – prawie jeszcze chłopca – i rzucił mu uśmiech równie zimny jak lejący się z nieba deszcz.

Ludwik strząsnął z siebie ręce gwardzistów, którzy starali się za nim nadążyć, kiedy wracał do swojej sypialni. Tak wielu ludzi chciało go dotknąć, tłoczyło się wokół, dusiło... W duchu wrzeszczał: „Odsuńcie się! Zostawcie mnie w spokoju!” Jednakże coraz więcej twarzy wyrażających szczery albo udawany niepokój zlewało się w jeden irytujący obraz.

„Idźcie precz!”

Wpadł do komnaty, stanął w oknie i oparł się o parapet. Jego ciężki przyśpieszony oddech osiadał mgłą na szybie, zacierając odbicie. Bontemps i dworzanie zatrzymali się w stosownej odległości, przestępując nerwowo z nogi na nogę. Ludwik czuł na plecach ich wyczekujące, naglące spojrzenia.

„Precz!” – pomyślał.

Nagle posłyszał znajomy chłopięcy głos. Brzmiał cicho, zatarty przez minione lata.

– Maman! Dokąd jedziemy?

Obrócił głowę i w wirze chaotycznych obrazów zobaczył matkę. Krzątała się w pośpiechu po urządzonej z przepychem sypialni, pakując do szkatuły biżuterię. Jedna z dam dworu chwytała suknie oraz pantofle i upychała je do stojącego obok kufra.

– Mamo...!

– Opuszczamy Paryż – wyjaśniła Anna. Jej arystokratyczna twarz była skupiona i spięta. – Już tu nie wrócimy. Pośpiesz się.

– Ale ja się boję! – chlipnął Ludwik.

Zmierzyła go ostrym spojrzeniem.

– Królowie nie płaczą – powiedziała.

„Królowie nie płaczą...”

Zamknął oczy, odetchnął kilkakroć i otworzył je z powrotem. Zjawa znikła, tylko poddani przyglądali mu się z trwożną uwagą. Odwrócił od nich wzrok, spojrzał w okno na gwałtowne strugi deszczu, które najwyraźniej miały zatopić cały świat.

Drzwi się otwarły, ktoś wszedł. Ludwik rozpoznał charakterystyczne chrząknięcie.

– Powiedz mi, Filipie – rzekł, nie odwracając się – co się dzieje?

– Odkryto kolejny spisek – wyjaśnił brat. – W wiosce schwytano czterech ludzi wysłanych, by cię zabić. Musimy natychmiast wyjechać do Paryża. Ten zameczek cię nie obroni.

– Ja decyduję, dokąd się udam. Ja decyduję, co zrobię. – Ruchem głowy wskazał gwardzistów i dworzan. – Każ im odejść.

– Wyjdźcie – rozkazał Filip. Tłumek wycofał się cicho z komnaty. Pozostał tylko król, Monsieur i pokojowiec.

Ludwik podszedł do stojącego na środku stołu. Obiema rękami oparł się o blat, śledząc wzrokiem rysunek drewnianych słoi.

– Znów miałeś ten sen? – spytał Filip.

Ludwik prychnął ze złością. Brat znał go aż za dobrze.

– Trzymałeś ją za rękę – mruknął w końcu.

– Mogłeś zrobić to samo.

– Król? Własną matkę? Dworski protokół nie przewiduje takich gestów. – Zawrócił do okna i znów do stołu.

– Któż może udzielać zgody królowi? Tylko on sam – rzucił przekornie Filip.

– Nie zrozumiesz. To coś, co jest większe od człowieka.

Filip potrząsnął głową i ruszył do wyjścia. Bontemps zatrzymał go uniesieniem ręki.

– Jego Wysokość nie pozwolił wam jeszcze odejść, panie.

– Drogi Bontemps! – prychnął brat królewski. – Doskonale znam tę minę. Komuś może się stać krzywda i wolałbym, żebym to nie był ja.

Ludwik wycelował w niego palec.

– Chcieli mnie zabić. No to niech przyjdą! Niech spróbują!

– Jesteś silniejszy od nich wszystkich – rzekł Filip. – Uwierz w to.

Ludwik wrócił do okna. Zmrużył oczy, próbując przez strugi deszczu dostrzec w oddali ciemniejszą smugę boru. Gniew z wolna go opuszczał. Wyobraził sobie drzewa, strumienie, dzikie piękno gęstej kniei.

– Jelenie w naszych lasach chodzą tymi samymi ścieżkami co ich przodkowie – powiedział. – Od setek lat. To instynkt, któremu nie śmią się sprzeciwić. Gdybyś zawiązał mi oczy i obrócił ze sto razy w koło, znalazłbym drogę powrotną. Przebiegłem w tym lesie każdą ścieżkę, nie ma drzewa, na które bym się nie wspinał. Dlatego tu poluję. – Obejrzał się. – A teraz możesz już iść – rzekł wesoło i z powrotem przytknął twarz do szyby.

Filip i Bontemps wymienili zaniepokojone spojrzenia.

W końcu deszcz ustał, jakby sam się znużył własną zaciętością. Nasiąknięta wodą mieścina robiła wrażenie skulonej i zziębniętej. Płomienie pochodni syczały i tańczyły, odbijając się w kałużach na drodze i twarzach mężczyzn.

Pobici bez litości jeńcy ledwie trzymali się na nogach. Zbrojni przeszukiwali ich odzienie. Niewiele znaleźli, kilka monet i nóż myśliwski. W kabacie jednego ze spiskowców gwardzista namacał zwinięty w rulon papier. Podał go Fabienowi.

Śledczy rozprostował arkusz i zbliżył go do światła. Wzdłuż brzegu karty biegł ciąg dziwacznych liter i cyfr. Szyfr. Tego właśnie szukał.

Z zadowoleniem podniósł wzrok i skinął na gwardzistę z nożem.

– Starszych okulaw.

Mężczyzna schylił się i dwóm więźniom przeciął ścięgna Achillesa z taką siłą, że prawie odciął im stopy. Runęli na ziemię, wyjąc z bólu. Najmłodszy zamknął oczy i zaczął się głośno modlić.

Jean-Baptiste Colbert, generalny kontroler finansów królestwa Francji, był człowiekiem obowiązkowym. Siedział więc w kantorze przy wersalskim rynku, zbierał wpłaty i wpisywał je do rejestru. Wkroczywszy w wiek podeszły, znajdował w sobie niewiele miłości do bliźniego – zwłaszcza zaś do tych bliźnich, od których brał pieniądze. Właśnie gniewnym machnięciem ręki przegnał od biurka jednego cuchnącego poborcę podatków i skinął na następnego, który stał w kolejce, dzierżąc pełną szkatułę, gdy do kantoru wpadł Louvois, królewski minister wojny, za nim zaś Fabien i kilku drabantów. Louvois kazał poborcom wyjść i sam zamknął za nimi drzwi.

– Czy wiesz – sarknął – wczoraj obudziłem się w łożu wysłanym gęsim puchem, mając za oknem widok na swe ziemie ciągnące się na odległość pięciu lig[1] aż do rzeki. Tutaj jest tak ciasno, że śpię w kredensie. Dokończymy rachunki w Paryżu. Będzie tam i bezpieczniej, i znacznie wygodniej. – Obrócił się do gwardzistów. – Zabezpieczcie skrzynie i ładujcie je na wozy. Czterech ludzi przy każdym.

– Co to ma znaczyć? – Colbert uniósł się zza biurka. – Mam tu jeszcze wiele do zrobienia!

Fabien potarł dłonią krwawą plamę na przodzie skórzanego koletu.

– Schwytaliśmy czterech hiszpańskich najemników planujących zasadzkę na terenach łowieckich. Na szczęście spisek został udaremniony.

– To dobrze – sapnął Colbert. – Czyżby chcieli zakończyć wojnę, nim się zacznie?

– Madryt niepokoją nasze plany wobec hiszpańskich Niderlandów. Podobnie jak samych Niderlandczyków.

Colbert machnął ręką w stronę okutych szkatuł, które gwardziści ustawiali w rzędzie na podłodze.

– Możliwe, że szczęście im dopisze. Z tym przychodem nie zdołamy sfinansować wojny. Co najwyżej jeden lub dwa pojedynki – parsknął gorzko.

– Królowa powinna otrzymać swój posag – wtrącił Fabien. – Dotąd go nie wypłacili. Francja musi zareagować.

Louvois skrzyżował ręce na piersi.

– Tym bardziej nie powinniśmy tkwić w tej dziczy. Ochrona, jeśli w ogóle można ją tak nazwać, jest dziurawa. Im prędzej wrócimy do Paryża, tym lepiej.

– Król wybierał się na polowanie – zauważył Fabien. – Bardzo wątpię, czy zechce wyjechać już dziś.

– Odwołałem je – przerwał mu Louvois. – Może zapolować w Fontainebleau.

– A zatem pan Bontemps musi go...

– Pierwszy pokojowiec, podobnie jak król, nie zdaje sobie sprawy z rozmiaru zagrożenia. Zresztą, sądzisz, że państwem rządzi jeden człowiek? Ministrowie, Rada, wszyscy sterują tą nawą. – Louvois ponaglił gwardzistów i wyszedł w ślad za nimi, mijając się w drzwiach z Bontempsem.

Twarz kamerdynera była szara i ściągnięta ze zmartwienia.

– Król już wie? – zagadnął go Colbert. – I co on na to?

– Ja... nie wiem – wyjąkał Bontemps.

Fabien czujnie przekrzywił głowę.

– Gdzie on jest?

– Powiedział mi, że będzie tutaj. – Bontemps bezradnie rozłożył ręce.

Śledczy zacisnął pięści i odetchnął ze świstem.

– Więc musimy go znaleźć. – Chwycił za łokieć Bontempsa, który już zawracał do wyjścia, i dodał: – Tylko dyskretnie.

Tętent kopyt klaczy brzmiał jak bicie serca, szybki i mocny. Przenikał drżeniem ziemię i ciało jeźdźca. Ludwik czuł jedność ze zwierzęciem, z chłodną poranną mgłą, z lasem... Czuł się wolny. Pochylił się w siodle, ściskając wodze, i puścił się galopem wąską ścieżką przez knieję. Owszem, Filip będzie go szukał. Bontemps wpadnie w panikę. Pewnie już sformowano grupę poszukiwawczą. Ale znacznie ich wyprzedzał i czuł w tej chwili taką samą niczym nieskrępowaną radość jak w dzieciństwie.

– Hej! – wrzasnął w poranne niebo.

Na zakręcie nisko się pochylił. Spięty na ramionach płaszcz łopotał za nim jak ogromne skrzydło. Karmiące się w poszyciu wróble poderwały się spłoszoną chmarą tuż sprzed końskich kopyt.

Stare dęby kłoniły się przed nim, splatając w górze konary w gęsty zielony baldachim. Ludwik szturchnął obcasami boki klaczy, kierując ją w tę wspaniałą naturalną aleję. Zerknął w górę na niebieskie łatki pogodnego nieba przezierające przez listowie i znów w dół – w samą porę, by uniknąć wysadzenia z siodła przez obwisłą gałąź. Schylił się i zaśmiał, rad, że mu się udało.

Pędzili.

W końcu ścieżka doprowadziła go do strumienia i niewielkiej połaci niższego młodnika. Zwolnił, przedzierając się przez gęste poszycie na polanę. Tam zsiadł z konia. Stał w milczeniu, z podziwem chłonąc proste piękno różowych leśnych kwiatów, kołyszących się traw i roztańczonej strugi. Zszedł na jej brzeg, przyklęknął na mokrej ziemi. Przez chwilę przyglądał się swemu odbiciu w krystalicznej wodzie, nim zaczerpnął jej w dłonie i spryskał twarz.

Wraz z wolnością odzyskał też jasność myśli.

Naraz klacz parsknęła, zarżała i zerwała się do ucieczki. Ludwik poderwał się na równe nogi i odwrócił.

Spomiędzy krzewów skradał się ku niemu wilk, chudy, wyleniały i najwyraźniej głodny. Górna warga zwierzęcia uniosła się, obnażając kły. Słysząc głuche warknięcie, Ludwik znieruchomiał. Powoli przesunął dłoń w stronę kordelasa, który miał u boku.

„Cóż to, leśny królu? – pomyślał. – Rzucisz wyzwanie królowi Francji?”

Kątem oka dostrzegł wyłaniające się z zarośli dwa inne wilki, tak samo wychudzone. Pochylały łby, mrużyły ślepia. Palce Ludwika zacisnęły się na rękojeści. On również zmrużył oczy. Był gotowy do walki. Niech przyjdą.

– Co ty wyprawiasz! – dobiegł go gniewny okrzyk. Na polanę wpadł jeździec i wstrzymał konia tuż przed nim. Wilki skuliły się i czmychnęły.

– Mogłeś zginąć, bracie! – Filip zeskoczył z siodła. Twarz miał purpurową z wściekłości.

Ludwik wsunął kordelas głębiej do pochwy i wzruszył ramionami.

– Być może.

– Być może? – Filip potrząsnął głową i mimo woli zachichotał. – Wiesz, czasem przekraczasz wszelkie granice.

Ludwik rozejrzał się, sprawdzając, czy wilki rzeczywiście uciekły. Potem popatrzył na brata. Nadarzyła im się rzadka okazja, żeby pomówić bez świadków. Mógł sobie pozwolić na szczerość.

– Chyba nigdy dotąd nie byliśmy naprawdę sami i pewnie nie trafi się nam druga taka możliwość. Chcę więc, żebyś mnie wysłuchał. Mam zamiar wydźwignąć ten kraj z ciemności w światło. Narodzi się nowa Francja, a ten pałac będzie jej kolebką.

– Jaki pałac? – Filip ściągnął brwi.

– Ten. – Ludwik wskazał na północ.

– Masz na myśli zameczek myśliwski naszego ojca?

– Mam na myśli Wersal.

Od strony ścieżki dobiegły głosy rogów i poszczekiwanie psów. Zbliżała się grupa poszukiwawcza.

– Żaden z nas nie planował dzisiejszego spotkania – ciągnął Ludwik. – Przywiodła nas tu Fortuna. Musimy wykuć nasze przeznaczenie. Tu i teraz.

Dźwięki rogów i szczekanie były coraz bliżej.

– Wielka przemiana – ciągnął Ludwik – przysporzy nam wielu wrogów. Wkrótce sami się o tym przekonamy. Chcę wiedzieć tylko jedno, natychmiast. Czy będziesz ze mną, bracie, na dobre i na złe?

Filip odetchnął głęboko.

– Czy będziesz mnie ubezpieczał? – ponaglił go Ludwik.

Brat spojrzał mu głęboko w oczy.

– A co robię teraz?

Król zatrzymał na nim wzrok, a potem z zadowoleniem kiwnął głową. Ujął wodze Filipowego konia, wskoczył na siodło i wciągnął brata za siebie. Zawrócił wierzchowca na ścieżkę. Niemal tuż przed sobą ujrzeli gwardzistów.

– Król! – rozległ się okrzyk.

Królewscy bracia jak gdyby nigdy nic ruszyli w stronę pałacu. Fabien, Bontemps i Louvois w milczeniu odprowadzili ich wzrokiem. Potem cały orszak zawrócił zgonione konie i pojechał w ślad za monarchą.

Znalazłszy się z powrotem w zamku, Ludwik usiadł na ławce w wielkiej sieni, żeby zdjąć buty do konnej jazdy. Żołnierze i dworacy wpatrywali się w niego z widoczną ulgą.

– Głodny jestem – rzekł po prostu, upuszczając but na posadzkę.

– Sire... – Louvois wystąpił naprzód. – Dzięki niech będą Bogu! W miasteczku i okolicznych lasach roi się od spiskowców! Musimy natychmiast wracać do Paryża!

– Nigdzie się nie wybieram. – Drugi but stuknął o ziemię.

– Ale... – Louvois zawahał się. – Rada wojenna... Generałowie czekają na Waszą Wysokość w Luwrze.

Ludwik wstał i przybrał władczą królewską pozę. Pośród tłumu otaczających go twarzy dostrzegł jastrzębie oblicze hrabiego Montcourta. Nie był pewien, czy szlachcic się sroży, czy uśmiecha.

– Zaprośmy ich na obiad – rzekł, odwracając się do Louvois. – Niechże wojna odwiedzi nas w Wersalu.

Fabien czerpał niewiele uciechy z drobiazgów, a prawdziwą radość sprawiała mu władza. Władzę zdobywali ci, którzy na nią zasłużyli. Pociągała za sobą odpowiedzialność... i przywileje.

Najmłodszy z niedoszłych skrytobójców stał na środku skąpo oświetlonej celi. Młodość skłonna jest do brawury, lecz brak jej siły ducha.

Bose stopy chłopca były skute kajdanami, ciało znaczyły smugi krwi, błota i moczu. Twarz miał skurczoną, próbował ukryć strach, lecz zdradzały go drżące ramiona.

Na drewnianym stole leżał jeden ze starszych więźniów. Był nagi, oddychał płytko i szybko. Pętały go skórzane pasy, brudne i mokre od potu. Jedna noga kończyła się okrwawionym kikutem. Obok, na mniejszym stole, spoczywały narzędzia, które Fabien cenił przy zadawaniu tortur – młotek, kilka noży, kowalskie cęgi oraz drugie, mniejsze, którymi w innych okolicznościach mógłby rwać zęby dobrotliwy cyrulik.

Fabien przyglądał się chłopcu obojętnym wzrokiem.

– Z pewnością podano wam jakieś nazwisko – rzekł. – Ktoś miał wam tu pomóc. Jak się nazywał?

Młodzik, niezdolny oderwać wzroku od skatowanego ciała na stole, potrząsnął głową. Jego przerażone oczy z wysiłkiem pobiegły do Fabiena i znowu wróciły do torturowanego.

Śledczy podszedł do stołu z narzędziami.

– Tylko... tylko Calderón wiedział! – wykrztusił chłopak. – Mówił, że czeka na wiadomość.

Fabien sięgnął za pazuchę i wyjął mapę odebraną ujętym zamachowcom. Wskazał szyfr biegnący wzdłuż jej górnego brzegu.

– Tę?

– Nigdy tego nie widziałem – wyszeptał więzień.

Tego Fabien sam się domyślał. Nic to, chłopak będzie mówić, potrzebuje tylko nieco więcej zachęty. Obrócił się na pięcie, wybrał cęgi i młotek, ważąc je w dłoni, a potem podszedł do związanego jeńca. Zlustrował wzrokiem ciało, żeby wybrać najdogodniejsze miejsce. Wyrżnął młotem w goleń, łamiąc kość i miażdżąc mięśnie. Nieprzytomny więzień ocknął się z potępieńczym wrzaskiem. Chłopak zaczął płakać.

Następnie w ruch poszły cęgi. Umiejętnie użyte, kruszyły kości przedramion jak hubkę. Potem Fabien powoli, metodycznie poodcinał wszystkie palce u rąk. Jeniec wył, szarpał się w więzach, błagał Boga o litość.

Śledczy uśmiechnął się szeroko. Czuł się prawie jak sam Bóg i w żadnym razie nie zamierzał zlitować się nad tym łotrem. Chłopiec szlochał, łzy mieszały się ze smarkami na jego twarzy.

Torturowany skonał dziesięć minut później. Jedyne, co można jeszcze było rozpoznać w zmasakrowanym ciele, to włosy na czubku głowy.

Fabien rzucił cęgi na stół i podszedł do płaczącego wyrostka. Skrwawione dłonie wytarł o jego koszulę.

– Gdy wrócę – rzekł ciepłym, niemal ojcowskim tonem – będę chciał poznać to nazwisko.

Henrietta wyszła z basenu. Strużki wody ściekały po alabastrowej skórze jej pełnych piersi na płaski brzuch i krągłe biodra. Przeczesała palcami mokre złociste włosy, wytrząsnęła z nich wodę. Dwie damy dworu pośpieszyły z ręcznikiem, owinęły ją w płaszcz kąpielowy i ruszyły za nią do wyjścia z wielkiej łaźni.

Budynek kąpielowy usytuowany był na wypielęgnowanym zboczu na tyłach zameczku. Otaczały go starannie przystrzyżone drzewa i żywopłoty, wśród których można było znaleźć cień, odpoczynek, piękno, a także w razie potrzeby schronić się przed ludzkim wzrokiem. Kiedy jednak Henrietta rzuciła okiem w stronę zamku, zobaczyła tylko szpetnego jednorękiego ogrodnika, Jacques’a, który się jej przyglądał. Stał oparty na rydlu dostatecznie długo, by zyskała pewność. Prędko odwróciła wzrok.

Weszła znów do pawilonu, a damy posłusznie podreptały za nią. Kiedy przestąpiła próg garderoby, drzwi zatrzasnęły się z hukiem, pozostawiając spłoszone kobiety na korytarzu.

Spostrzegła białe płatki rozsypane na posadzce. Podniosła jeden, przycisnęła do ust. Zadrżała, nie z chłodu, lecz z oczekiwania. Serce zaczęło jej bić szybciej, między nogami rozlało się rozkoszne ciepło.

– Wyglądasz na zmarzniętą – rzekł mężczyzna, który zamknął drzwi.

– Przeciwnie, jest mi gorąco – odparła. Odwróciła się twarzą do króla, dziwiąc się po raz kolejny, jak szybko jego przenikliwy wzrok i męski urok potrafiły sprawić, że czuła się zarazem mdlejąca i ożywiona – i bardzo, bardzo zakochana.

Powąchała płatek.

– Tuberoza.

– Wiosna przyszła – rzekł Ludwik. Wyciągnął rękę i przygarnął Henriettę do siebie.

– Najwyraźniej – szepnęła. Zrzuciła luźną szatę, która spadła na podłogę, okrywając białe pachnące płatki.

Ludwik patrzył na jej ciało wzrokiem, jakim malarz mierzy mistrzowskie dzieło.

– Co słychać u twego małżonka?

– Proszę, nie mów o nim teraz.

– Lubię słuchać twojego głosu.

– To ty kazałeś mi za niego wyjść.

– Jakże inaczej mógłbym cię tu zatrzymać? – Przycisnął ją mocniej. Wrażliwe, nabrzmiałe z pożądania kobiece sutki otarły się o jego koszulę.

– O czym mam ci mówić?

Przesunął wargami po jej szyi.

– O wszystkim... – Pocałował ją w usta, a potem ujął piersi i każdą obwiódł językiem. – O wszystkim, co mój brat mówi i robi.

Osunął się na podłogę, pociągając ją za sobą. Przewróciła się na plecy. Zdjął spodnie, odrzucił je na bok i nakrył ją swoim ciałem. Patrzyła na niego, wdychała bijącą od niego zmysłowość – i władzę. W tej chwili nie pragnęła niczego ponad to, by mieć go przy sobie, na sobie, w sobie. Rozsunął jej nogi kolanem. „Ach – pomyślała – jego królewski członek jest bardziej niż gotowy, by mnie zdobyć”.

I tak się stało.

W prywatnych komnatach Kawalera panowała gorączkowa krzątanina. Chłopiec służący, poganiany szorstkimi rozkazami Lotaryńczyka, biegał tam i z powrotem, pakując odzież do kilku kufrów. Jego pan siedział przy stole w smudze bladego słonecznego światła i pożywiał się ostrygami, pieczenią z dzikiej kaczki oraz wędzonym węgorzem.

Książę Orleanu stał obok stołu, patrząc to na jednego, to na drugiego.

Kawaler rzucił na blat muszlę ostrygi i otarł usta rękawem.

– Myślałem już, że straciłem cię na zawsze. Martwiłem się o ciebie.

– Niepotrzebnie – uciął szorstko Filip. Wskazał kufry. – A to co?

– Chyba nie zamierzasz tu dłużej siedzieć? Właśnie próbowano zgładzić króla. A jeśli w końcu im się to uda, kto będzie następny? – Zanim brat królewski zdążył wtrącić choć słowo, Kawaler uniósł brew i wycelował w niego palec. – W sumie jest to idea godna zastanowienia.

– Chyba nie życzysz mi śmierci? – Filip cofnął się odruchowo.

– Ależ ty czasami bywasz nierozgarnięty. – Lotaryńczyk potrząsnął głową z udawanym zgorszeniem. – Nasz mały delfin wygląda na... chorowitego, nie sądzisz?

– Przestań.

– Zauważ, że dzieci mrą tu jak muchy. Jakie jest prawdopodobieństwo, że to ostatnie wyjdzie żywe z królewskich pieluch, a co dopiero dotrwa do koronacji? Twój brat nie bez powodu tak usilnie się stara o kolejnego chłopca. Cały dwór się modli o drugiego męskiego potomka.

Filip żachnął się. Nie miał ochoty tego słuchać.

– Nie rozumiesz? – ciągnął Kawaler. – Jeśli te usiłowania się nie powiodą, wszystko przypadnie tobie. I co zrobisz, mając taką władzę? – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Każesz nam tkwić w tych bagnach? Nie. Uczynisz Paryż stolicą świata i codziennie będziesz wydawał huczne bale.

– Odłóż to wszystko na miejsce! – wrzasnął Filip do sługi. – Natychmiast!

– Pakuj dalej – rozkazał Kawaler. Przewiesił ramię przez oparcie krzesła i patrząc na Filipa, wycedził: – Co za król jedzie samotnie na łowy i gubi się w lesie? Twój brat postradał resztki rozumu. Koronowany dureń!

Rozjuszony książę wymierzył mu siarczysty policzek. Kawaler zerwał się, przewracając krzesło, i uderzył go pięścią w pierś. Kiedy brat królewski zgiął się z bólu, kochanek chwycił go za ramię i pchnął na łóżko. Chłopiec odwrócił się do nich plecami i pakował dalej.

Górując nad Filipem, Lotaryńczyk syknął przez zaciśnięte zęby:

– No i co teraz? Przekonamy się, kto tu rządzi?

Monsieur spojrzał na niego upokorzony, wściekły i mocno podniecony jego fizyczną siłą.

– Nie waż się tak mówić o moim bracie – warknął.

Kawaler prychnął i nachylił się tak, że czubkiem nosa niemal dotknął nosa Filipa.

– Chyba zdążyłeś mnie już poznać, kwiatuszku. Mówię to, co zechcę. – Jednym szarpnięciem zdarł z niego spodnie i uśmiechnął się cynicznie, widząc wzwiedziony członek. – Nie należy sądzić po słowach, lecz po czynach – rzekł. – Nie bój się. Będę dla ciebie miłosiernym władcą.

Ludwik wszedł bez zapowiedzi do prywatnych apartamentów swojej żony. Ciemnowłosa, jasnooka królowa westchnęła i rozpromieniła się na jego widok. Damy dworu dygnęły nisko i cofnęły się pod ścianę.

Komnata była pięknie umeblowana, a jednak pomieszczenie zdawało się tchnąć smutkiem, opuszczeniem. Ludwik uświadomił sobie nagle, że od dawna nie zaszczycał małżonki wizytą... ale takie jest życie panującego.

Najwyraźniej jednak wciąż był tu mile widziany. Maria Teresa ruszyła mu naprzeciw, wygładzając zieloną jedwabną suknię na wydatnym już brzuchu. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, lecz jej uśmiech zgasł, gdy zauważyła obcego mężczyznę, który stał wraz z Bontempsem w progu.

– To Masson, twój nowy lekarz. – Ludwik wskazał starszawego mężczyznę o rzadkich włosach i krzywych zębach. – Gdy nadejdzie czas, będzie przy porodzie i odbierze naszego chłopca.

Masson skłonił się przed królową.

– Wasza Wysokość – rzekł z namaszczeniem. – Ta nominacja jest apoteozą honoru zarówno dla mnie, jak i całej mojej rodziny.

Maria Teresa spojrzała bezradnie na Ludwika.

– Qué? – bąknęła.

– Królowa pochodzi z Hiszpanii – wyjaśnił Ludwik i rzekł ciszej do żony: – Nie zasłaniaj się nieznajomością języka. Nie wypada.

Królowa ściągnęła brwi, lecz kiwnęła przepraszająco głową. Znów dotknęła brzucha.

– Myślę, że już czeka. Kiedy pojedziemy do Paryża?

– Wszystko jest już przygotowane do połogu – uciął Ludwik. – Nigdzie nie wyjeżdżamy. Zgodzisz się ze mną, doktorze?

– Z całą pewnością, sire. – Masson skłonił się jeszcze niżej. Ludwik odprawił go gestem, a Bontemps odprowadził do wyjścia.

Czoło Marii Teresy przecięła zmarszczka.

– Nie podoba mi się, że jestem tu zamknięta. Nawet na mszę chodzisz beze mnie! Jestem zazdrosna!

– To dla dobra dziecka. I twojego.

– Wróćmy do Paryża! Tam możesz zamknąć mnie w pałacu.

Ludwik podprowadził ją łoża. Usiedli oboje. Pogłaskał ją po włosach, jakby pocieszał rozżalone dziecko. Nie miał zamiaru spełnić tego życzenia. Zresztą jego małżonka świetnie o tym wiedziała.

– Każ im przynajmniej zmienić obicia ścian. Obiecałeś.

– Zrobię to.

– Chciałabym, żebyś częściej spełniał obietnice. To łoże jest za duże, kiedy ciebie w nim nie ma.

Ludwik położył dłoń na jej brzuchu i poczuł potężne kopnięcie. Wytrzeszczył oczy.

– Silny jest! – rzekł z uznaniem.

– Jak jego ojciec.

– Sire – odezwał się Bontemps od drzwi – ksiądz Bossuet wzywa nas do kaplicy.

Maria Teresa wbiła wzrok w podłogę, nagle bardziej spłoszona niż znudzona.

– Kiedy nadejdzie czas – odezwała się powoli, z wahaniem – nie chcę, żeby było przy tym wielu ludzi.

– Dlaczego?

– Nie czuję się tak samo jak poprzednim razem.

Ludwik ucałował ją w policzek, na którym zaschły łzy.

– Wszystko będzie dobrze. Nie martw się. – Wstał i znów pozostawił ją samą.

„Jak zawsze” – pomyślała, kiedy drzwi się zamknęły. Radość, którą odczuła na jego widok, zgasła. Obróciła się do damy dworu.

– Herbata. Każ, żeby przynieśli.

Znów otaczały ją ściany pokryte niegustowną tapiserią i łoże, w którym sypiała samotnie. Nic, co mogłoby ją uszczęśliwić. Nic...

Nagle poczuła łaskotanie z tyłu ud i zachichotała. A to łobuz!

– Nabo!

Czarny afrykański karzeł ubrany w jaskrawy, obszyty frędzelkami kostium, wystawił głowę spomiędzy fałd jej spódnicy.

– Dziecko się rodzi! – oznajmił falsetem.

– Nabo, ty bezwstydniku! – zbeształa ulubieńca, rada z rozrywki.

Nabo wygramolił się spod spódnic królowej, zerwał na równe nogi i złożył jej głęboki ukłon. Potem fiknął kozła w powietrzu. Dzwoneczki przy kostiumie rozdzwoniły się cienko.

– Spać! – rozkazała mu Maria Teresa, pstrykając palcami. Odbiegł do kąta na swoje posłanie i skulił się tam jak szczeniak.

Wierni opuszczali kaplicę po mszy, wychodząc przez rzeźbione drewniane odrzwia pod zasnute rzadkimi chmurami niebo. Ludwik stał w królewskiej stalli, błądząc wzrokiem po dworskiej szlachcie, która mijała go, kłoniąc się i dygając w nadziei, że zostanie przez Jego Królewską Mość zauważona, ale nie, broń Boże, podsłuchana.

Louvois szedł z Colbertem i księciem Orleanu.

– Jaka szkoda, że nie możemy się cieszyć widokiem pięknej Sekwany o tej porze roku – rzekł półgłosem.

– Istotnie – przyznał Filip. – Zdaje się, że zostaniemy tu do rozwiązania.

– Król oczekuje potomka, a minął ledwie rok od zgonu królowej wdowy. Strata matki to ciężkie przeżycie dla młodego człowieka. Dla dobra Francji musimy wrócić do Paryża tak prędko, jak to możliwe. Zgodzi się pan ze mną, Monsieur?

Filip machnięciem ręki odgonił muchę sprzed twarzy.

– Jak sobie wyobrażasz nakłonienie do tego mego brata, markizie?

– Tego nie wiem. – Louvois pokręcił głową.

Nieco dalej przepychał się przez tłum Kawaler w towarzystwie dwóch olśniewających piękności, podobnych do siebie jak bliźniacze siostry. Były to pani Béatrice, jego daleka kuzynka, oraz jej śliczna córka, szesnastoletnia Sophie. Matka beształa ją właśnie za niezgrabny chód.

– Zwolnij – mówiła. – Podnieś wzrok i nie zadzieraj tak podbródka. I nie rozglądaj się, to inni mają na ciebie patrzeć. Chodzenie jest sztuką, tak samo jak taniec.

– Parę lekcji tańca też by się jej przydało. – Kawaler wydął usta.

– Dlaczego król ją ignoruje? – spytała Béatrice. – Jest najpiękniejszą panną na dworze.

– Król wyżej ceni charakter niż urodę. Nic dziwnego, że nie zwraca na was uwagi.

Zawstydzona dziewczyna i jej zdeterminowana matka przesunęły się dalej wraz z ludzką rzeką.

Król patrzył na nich wszystkich, głosy dworzan zlewały mu się w uszach, przypominając gęganie wystrojonych gęsi. Towarzyszyli mu Fabien, Bontemps i Louise de La Vallière, która choć wytwornie odziana w białozłotą suknię, czuła się najwyraźniej nieswojo w Domu Bożym. Po części winny był temu jej stan, po części to, że na oczach wszystkich stała obok mężczyzny, któremu zawdzięczała ów owoc swego grzechu.

– Bossuet wygłosił bardzo piękne kazanie – powiedziała, chcąc zwrócić na siebie uwagę króla.

– Pobożność dodaje ci urody, pani – odparł Ludwik i nie patrząc na nią, szepnął: – Pragnę cię przez to jeszcze bardziej.

Dygnęła lekko.

– Służę Waszej Wysokości, tak jak służę Bogu: całym sercem. A jednak... sire, wyczuwam w tobie zmianę. Znam cię i widzę, że coś się zmieniło.

– Wciąż jesteś mi bardzo droga.

Louise lekko dotknęła brzucha.

– Mam gorącą nadzieję, że dziecko urodzi się zdrowe.

Wreszcie na nią spojrzał i obdarzył tak długo wyczekiwanym uśmiechem.

– Tak czy owak zostanie uznane za dziecię Francji. Tego możesz być pewna.

Przysunęła się bliżej. Nie dotknął jej, ale też się nie cofnął.

– Fabien – przywołał do siebie śledczego – Czy to nie szlachetnego Montcourta widziałem przed chwilą z markizem Louvois?

– W błękitnym stroju? Tak. – Fabien skinął głową. – Jeśli można, chciałbym rzec słowo o hiszpańskim spisku...

Ludwik pokręcił głową.

– Nie teraz. – Podał ramię Louise i wyprowadził ją ze stalli.

Kiedy się oddalili, Bontemps rzekł ostrzegawczo:

– Ma pan odpowiadać, gdy król spyta. Ale nie uchodzi narzucać mu się z rozmową.

– Mam więc milczeć? – nachmurzył się Fabien.

– Jak głaz.

– A więc jesteśmy okradani? – Ludwik rzucił pióro na blat obok arkusza, na którym kreślił szkic wielkiego, bogato zdobionego budynku, i utkwił w Colbercie oskarżycielskie spojrzenie.

– Co Wasza Wysokość ma na myśli? – Finansista siedzący przy dużym stole wraz z innymi czarno odzianymi ministrami stanu niepewnie poprawił się w krześle. Drzwi strzegł wysoki, milczący Szwajcar, obok niego stał Fabien, rejestrując każdy gest i każde słowo.

– Dobrze wiesz, o czym mówię – syknął król. – Sam przyniosłeś mi zestawienie wpływów z podatków. Z Nantes przekazano o siedem procent mniej niż w zeszłym roku. Z Limousin czternaście procent mniej. Z Andegawenii dwadzieścia jeden. Wpłaty z Bourbonnais spadły o dwadzieścia osiem procent, z Sabaudii i Owernii trzydzieści jeden, a z Epernon aż o trzydzieści pięć procent! To rabunek!

Ministrowie zerkali na siebie. Ludwik pchnął szkic na drugą stronę stołu do Bontempsa i podjął:

– Robią to, bo nie boją się konsekwencji. Co gorsza, okradają lud Francji, nabijając sobie kiesę w m o i m imieniu! Ale złodziej w jedwabiach wciąż jest zwykłym złodziejem!

– Najjaśniejszy pan pytał także o wydatki w ramach apanaży... – Colbert podał Ludwikowi opasły rejestr. Król przerzucił go z niewzruszoną miną.

Louvois splótł ręce na stole.

– Sire, pobór podatków jest zagmatwany i nużący, a pragnąłbym, aby Wasza Miłość skupił uwagę na istotniejszych kwestiach. Problemy administracyjne będzie można rozwiązać po powrocie do Paryża, wszak tam są wszystkie archiwa. Tymczasem jednak...

Król z trzaskiem zamknął rejestr.

– Kto jest naszym dzierżawcą podatkowym w Epernon?

Louvois zamrugał oczami, ale zanim zdążył odpowiedzieć, strzegący drzwi gwardzista uderzył halabardą o podłogę. Do gabinetu wszedł młody człowiek, skłonił się i wręczył kamerdynerowi list.

– Kto zakłóca posiedzenie Rady? – spytał Ludwik.

– Pilna wiadomość z Wyspy Świętego Ludwika – odparł goniec, wbijając wzrok w czubki butów.

Król zerknął na Bontempsa, którego dom stał na wyspie. Pokojowiec skrzywił się tylko i wsunął list do rękawa.

– Przeczytaj – rozkazał Ludwik.

– Ja... przeczytam, sire. Gdy tylko skończymy.

– Zatem ja to zrobię. – Ludwik wyrwał mu list, przebiegł go wzrokiem i z powagą oddał Bontempsowi. Ten przeczytał wiadomość i twarz mu zbielała.

– Jedź zaraz – rzekł król ze współczuciem. – Weź ze sobą dwóch zbrojnych. Na drogach grasują zbójcy.

Bontemps bez słowa opuścił komnatę.

Ludwik przez chwilę patrzył na puste krzesło przyjaciela. Członkowie rady czekali zaciekawieni, czy rzuci światło na pilną sprawę, która spowodowała odwołanie Bontempsa. Król jednak milczał. W końcu wstał i wycelował palec w Fabiena.

– Znajdź poborcę z Epernon i poucz go. Jedno niech będzie jasne: stan naszych finansów nie może wyjść poza drzwi tego pokoju. Dla świata nasze przychody są stabilne, a skarbiec jest pełen. Należy dbać o reputację. Zrozumiano?

Wszyscy skłonili się na potwierdzenie.

– Co wiemy o tym poborcy? – Król zwrócił się do Louvois. – Dopuszczał się już defraudacji?

– Trzeba by to sprawdzić w archiwum, sire. Archiwum zaś jest w Paryżu.

– Więc sprowadźcie je tutaj, do licha!

Doktor Masson zajmował spory dom w miasteczku. Miał tam gabinet wyposażony we wszelkiego rodzaju instrumenty, cuchnący krwią i żelazem. Leczył w nim chorych, a także nauczał bystrych młodych ludzi, którzy chcieli zdobyć wiedzę medyczną. Tego chmurnego popołudnia po pracowni krzątała się tylko Claudine, jego córka. Badała zwłoki niedawno zmarłej kobiety. Ciało nie było stare, lecz wyniszczone jakąś nieznaną chorobą.

Słysząc, że wszedł do pracowni, Claudine podniosła głowę.

– Widziałeś królową? Jest taka, jak ją sobie wyobrażałeś? – spytała jednym tchem.

Masson z uśmiechem pokiwał głową.

– A króla?

– Też, chociaż jest wyższy, niż wydaje się na malowidłach. – Podszedł do stołu i dwoma palcami ujął żółtawą skórę zmarłej. – Nóż odkryje przyczynę jej śmierci.

Pochwycił spojrzenie córki wędrujące ku bliznom wokół kostek zmarłej.

– Puszczanie krwi oczyszcza ciało z choroby – wyjaśnił. Dziewczyna zmarszczyła brwi. – Mów, skoro musisz. Bóg świadkiem, że i tak nie zdołałbym cię powstrzymać.

Jego córka była niska i drobna, ale silna i obdarzona lotnym umysłem. Oparła dłonie na blacie i powiedziała prosto z mostu:

– Mam wrażenie, że medycy, stając nad zwłokami i orzekając o przyczynach śmierci, nie biorą pod uwagę najbardziej oczywistej: własnej niekompetencji.

Masson pokręcił głową.

– Jesteś taka jak matka. Silna jak muł i dwakroć bardziej uparta.

– I tak jak ona będę zadawać pytania. Dlaczego chłopka rodzi sześcioro dzieci, z których czworo przeżywa na samych korzonkach, a w tym domu na wzgórzu dzieci szlachetnej krwi, karmione przez mamki i tuczone bażantami, wciąż umierają?

– Bażanty są ciężkostrawne.

– Czy nie sądzisz, że winny jest sposób leczenia? Gdyby sam Pan Bóg kurował te dzieci, czy pozbawiałby je życiodajnej krwi? – Wyjęła z fartucha wiązkę suchych pędów. – Moje zioła zwalczają ból i gorączkę nie gorzej od...

– Wywary i trucizny! Babska medycyna, dobra dla akuszerek!

– Jestem akuszerką. A te zioła naprawdę leczą.

– Moje drogie dziecko... – Masson potrząsnął głową. – Jesteś mądra i dobra, ale mało kto to dostrzeże. Kobieta uczona, która mówi, co myśli, nazywana jest...

– Czarownicą. Powiedz to.

– Straciłabyś życie.

Claudine westchnęła, delikatnie pogładziła go po ręce i wyszła do przedsionka.

– I ja także – dodał cicho, wciąż patrząc tam, gdzie przed chwilą stała.

Claudine tymczasem lustrowała wzrokiem półki, na których ojciec przechowywał rozmaite części ciała, które padły ofiarą jego lancetu. Słoje i garnki mieściły znajdujące się w różnych stopniach rozkładu narośle, dłonie powykręcane przez reumatyzm, zgangrenowane stopy, trzewia, oczy i języki, a nawet serca. Obejrzała się ukradkiem, czy za nią nie wyszedł, po czym wygarnęła z kubła krwawy ochłap, zawinęła w płótno i przemknęła do swojej alkówki. Zamknęła drzwi, siadła za stołem i otworzyła dziennik, w którym zamieściła już liczne szkice kończyn i różnych narządów. Rozwinęła płótno, przyjrzała się krwawym organom i zaczęła rysować na czystej stronie zatytułowanej: Rozród kobiecy. Łono i macica.

W gabinecie Rady Wojennej umieszczono wielki blat oparty na krzyżakach. Zastawiony był miniaturowymi makietami zamków, fortec, maleńkimi żołnierzami i końmi. W dzieciństwie Ludwik używał ich do zabawy, tocząc fantastyczne bitwy.

„Ale dla króla wojna nigdy nie jest zabawą – pomyślał. – Wojna jest prawdziwa. Stanowi o różnicy między suwerennym królestwem a krajem niewolników”.

Stał przy oknie, podczas gdy generałowie omawiali plan, który miał doprowadzić Francję do pierwszej wojny za jego panowania. Hiszpanie powinni ponieść karę za butną odmowę wypłacenia posagu królowej, infantki Marii Teresy.

– Jeśli mamy zwyciężyć – mówił Louvois – powinniśmy uchwycić hiszpańskie Niderlandy obiema rękami. Od północy i wschodu. Dwie zgrane ze sobą linie ataku...

Ludwik zmarszczył brwi.

– Dwa fronty? Rozmawialiśmy o jednym uderzeniu.

– Wasza Wysokość był tak zajęty innymi sprawami państwa, że...

Drzwi się otwarły i do komnaty wkroczył Filip w czerwonym kaftanie ozdobionym żółtymi kokardami. Generałowie skłonili się przed nim. Ludwik złożył ręce na piersi.

– Zostawcie nas – rzucił.

Generałowie skłonili się powtórnie i wyszli.

Ludwik podszedł do makiety, nie spuszczając oczu z brata. Spojrzał nań z ukosa i rzekł oskarżycielskim tonem:

– Wydałeś pięćdziesiąt tysięcy na buty. Widziałem rachunki.

– Och, ale nie widziałeś tych butów! – Filip uniósł nogę, pokazując wytworne trzewiki na białych obcasach.

„Niech go szlag! – pomyślał Ludwik. – Stroi się jak frywolna kokietka!”

Opanował się jednak. Wyciągnął rękę i przesunął kilku żołnierzyków bliżej Brugii. Być może plan Louvois jest wart zastanowienia. Będzie musiał go przemyśleć.

– Kiedy prosiłem, żebyś był przy mnie, miałem na myśli pomoc, nie rabunek.

– Ty budujesz sobie pałac, ja się ubieram. Jak sam twierdzisz, trzeba dbać o reputację. Ale powiem ci jedno: jeśli poślesz mnie na wojnę, nie tylko pomogę, lecz dam ci zwycięstwo.

– A co ty wiesz o wojnie?

Filip wskazał rozstawioną makietę.

– Odsłaniasz flanki. To niebezpieczne. W tamtym terenie wystrzegałbym się nadmiernego rozciągnięcia linii. Dobrze wymierzony atak może odciąć armię od zaopatrzenia albo wręcz ją rozerwać na dwie połowy. – Uniósł figurkę, chcąc ją przestawić.

Ludwik trzepnął go po dłoni.

– Chcę ci tylko pokazać – wyjaśnił Filip.

– Postaw to z powrotem.

– Gołym okiem widać...

– Oddaj mi to! – Ludwik chwycił go za rękę. Zaczęli się szamotać.

– Jestem wobec ciebie lojalny i co za to mam? – krzyknął Filip, wijąc się w uścisku brata – Szacunek? Władzę? Nic!

– Pieniądze, które trwonisz bez opamiętania!

– Ilekroć masz okazję, starasz się mnie upokorzyć!

– Nie zapominaj, do kogo mówisz! Oddaj. Prosimy po raz ostatni.

Filip ustąpił. Królewskie „my” uświadomiło mu, żeby nie przeciągać struny.

– Nigdy nie byłeś skłonny dzielić się zabawkami – sarknął.

– Idź do swoich. Nas, mężczyzn, czeka praca.

Gdy Filip ruszył do wyjścia, Ludwik odstawił żołnierza na poprzednie miejsce.

Ależ był wściekły! Boże, jaki był wściekły! Wpadł do komnat swojej żony, Henrietty. Podniosła wzrok znad wazonu, w którym układała kwiaty, i od razu spostrzegła, w jakim jest humorze.

– Myślisz, że twemu bratu spodobają się te kwiaty? – spytała.

Filip nie odpowiedział. Złapał ją, zdarł z niej spódnicę i odrzucił na bok. Potem sięgnął pod halkę i szarpnął pantalony.

– Chyba chciałbym mieć syna – powiedział przez zęby, czując pod palcami wilgotną szczelinę.

– A zatem – głos Henrietty zadrżał – powinniśmy się o niego modlić.

Filip pchnął żonę na łóżko i rozpiął spodnie.

– Módl się sama, jeśli chcesz – warknął. – Ale na mnie nie licz.

Król zaprosił do swych apartamentów Le Vau, utalentowanego architekta, oraz Le Nôtre’a, cieszącego się znakomitą renomą projektanta ogrodów. Chciał, żeby obejrzeli sporządzone przez niego szkice. Właśnie przyglądali się wielkiemu arkuszowi, na którym widniał plan.

– Jak wspomniałem – rzekł Ludwik, kryjąc podniecenie na myśl, że oto czyni decydujący krok w kierunku spełnienia swoich marzeń – czworobok powinien objąć istniejący budynek. Wewnątrz, wzdłuż całej długości tarasu, chcę mieć wielką galerię symetrycznych luster. Szkło trzeba będzie sprowadzić z Wenecji. Ogrody po tej stronie będą sięgać aż tutaj.

– Wspaniale! – zachwycił się Le Nôtre. – A co to za duży prostokąt?

– Jezioro. Olbrzymie jezioro.

Le Nôtre potarł podbródek. Malujący się na jego twarzy sceptycyzm natychmiast wprawił Ludwika w złość.

– Sire, żeby zasilić tej wielkości jezioro...

Ludwik zacisnął pięści, czując, że gniew go dławi. Za plecami posłyszał głos matki. Oczywiście rozumiesz, w czym kłopot – szepnęła. – Gdy tylko odkryjesz karty, wrogowie będą mogli zaatakować.

– W Wersalu nie ma dostatecznie obfitych cieków wodnych – wtrącił Le Vau.

Ludwik patrzył przez chwilę na obu architektów. „I tak zrobicie, co każę” – pomyślał.

– A zatem trzeba je będzie tu skierować – rzekł władczo.

Kiedy wyszli, zszedł do ogrodów, gdzie umorusani ziemią mężczyźni zajęci byli kopaniem i sadzeniem. Zatrzymał się, zobaczywszy wśród nich jednorękiego. Ten na widok króla upuścił motykę i zgiął się w niskim ukłonie.

– Jak cię zwą?

– Jacques, najjaśniejszy panie.

– Jak długo tu pracujesz?

– Pół roku, najjaśniejszy panie.

– A przedtem?

Ogrodnik podniósł na niego wzrok.

– Byłem na wojnie.

– Co się stało z ręką?

– Zostawiłem ją na polu pod Malines.

– Ot, zapominalski! – zachichotał Ludwik. Podniósł głowę ku niebu, pławiąc się w ciepłych promieniach słońca, a potem znów spojrzał na mężczyznę. – Czy żołnierze nadają się na ogrodników?

– Mamy wprawę w kopaniu, sire. Szańców i grobów. Te tarasy są umocnione. Drzewa będą maszerować w szyku. Planowanie takiego ogrodu jest bardzo podobne do prowadzenia wojny. Ale za sto czy dwieście lat ludzie będą się tu przechadzać i podziwiać jego piękno. Bo tu wojnę toczy piękno z zamętem.

– Ile czasu trwałoby wykopanie jeziora długości pół ligi, do tamtych drzew?

– Dość sporo, najjaśniejszy panie. I potrzebna będzie armia.

Ludwik zastanawiał się nad tym przez chwilę.

– Z Bogiem, dobry człowieku.

– Z Bogiem, panie. Niech z Jego pomocą królowa urodzi zdrowo. A tobie niech Opatrzność da piękne sny.

Ludwik przystanął.

– Sny?

– Matka mi kiedyś mówiła, że nim mężczyzna zostanie ojcem, przeżywa we śnie własne dzieciństwo.

Na paryskiej Wyspie Świętego Ludwika wznosił się spory dwór, słoneczny i jasny, utrzymywany w nieskazitelnym porządku przez legion zręcznej służby. Zwykle wypełniała go radość. Jednakże tego pogodnego popołudnia pięknie urządzone pokoje okrywał posępny cień. Synek Bontempsa, blady i spocony, leżał bez sił w łóżku, trawiony śmiertelną chorobą.

Bontemps wbiegł do domu, zakurzony po podróży z Wersalu. Objął żonę i mocno ją przytulił, jakby ta chwila mogła jej wrócić choć ułamek długich tygodni rozłąki. Potem ukląkł obok syna i przetarł mu czoło wilgotną ściereczką. Serce mu się ścisnęło, łzy zapiekły pod powiekami. Ospa wietrzna. Boże!

Przywiózł ze sobą dwóch królewskich lekarzy. Ci wymienili kilka przyciszonych uwag, a potem zasiedli u nóg chorego. Jeden postawił na podłodze miskę, drugi wyjął nogę dziecka spod nakrycia. Chłopiec zadrżał na widok brzytwy w dłoni lekarza.

– Ja... czuję się już dużo lepiej – wychrypiał.

Bontemps ponownie otarł mu czoło.

– Taką mają pracę. To medycy samego króla, najlepsi we Francji.

– Ojcze, proszę... – Złapał go za rękę i ścisnął ją kurczowo, kiedy ostrze zbliżyło się do jego kostki. – Proszę. Opowiedz mi coś.

– Pewnego razu – zaczął Bontemps, starając się, żeby głos mu nie drżał – był sobie wielki i wspaniały król, który mieszkał w pałacu w samym środku lasu. Miał wiernego sługę, oddanego mu całym sercem. Człowiek ów objął tę zaszczytną funkcję po swoim ojcu, tak jak któregoś dnia... ty obejmiesz ją po mnie.

– Będę służył królowi? A co będę robił?

Bontemps dotknął rozpalonego policzka.

– Będziesz pierwszym człowiekiem, którego król widzi rano, i ostatnim, z którym żegna się wieczorem. Będziesz uprzedzał każde jego życzenie, tak by bez przeszkód śmiało i dzielnie dążył do wielkości. To wspaniały monarcha, nie znajdziesz drugiego, który byłby tak mądry, dobry i szczodry. Staniesz się jego powiernikiem, jednym z niewielu, którym zdradzi swe najskrytsze myśli. Wielki to zaszczyt i wielkie szczęście, mój synu. A gdy będziesz już stary, opowiesz o tym swemu synowi i jemu przekażesz tę funkcję.

Chłopczyk oblizał spierzchnięte od gorączki usta i tak cicho, że tylko ojciec go usłyszał, spytał:

– Ale jeśli zamieszkam u króla, to kiedy będę w domu?

Zamtuz w Epernon niczym nie różnił się od zamtuzów w innych miastach. Handlowano tam ziołami i lekami, świadczono pomniejsze usługi medyczne, ale głównym towarem były cuchnące włochate picze i mokre, umalowane usta, jedne i drugie zręcznie odsysające z mężczyzn gniew i żądzę w zamian za kilka monet.

Rozpytawszy się tu i ówdzie, Fabien ustalił, że nieuczciwy poborca korzysta właśnie z tego rodzaju usług.

Zabrał ze sobą w podróż niewielki oddział zbrojnych i skórzaną sakwę, a w niej toporek. Wersal dzieliło od Epernon ponad dziesięć lig; w drodze miał czas przemyśleć sprawę hiszpańskiego spisku na życie króla. Był pewien, że zamachowcy mają na francuskim dworze kogoś, kto po kryjomu im sprzyja. Mogła o tym świadczyć zaszyfrowana wiadomość, której do tej pory nie udało się odczytać. Nieuczciwy poborca odrywał go od znacznie ważniejszych zadań. Im prędzej będzie to miał za sobą, tym lepiej.

Przyświecając sobie pięcioramiennym świecznikiem, przeszukiwał ciasne, brudne klitki, aż znalazł mężczyznę, którego szukał. Poborca zabawiał się z dwiema dziwkami na zapadniętym łóżku. Jedna leżała z rozrzuconymi nogami, druga wtulała twarz w jej podbrzusze. Tę drugą łysy grubas brał z wigorem od tyłu, pocąc się obficie i sapiąc jak kowalski miech.

Fabien odchrząknął. Mężczyzna podniósł głowę zły i zbity z tropu. Dziwka, którą chędożył, sturlała się z łóżka i z piskiem poderwała na nogi.

– Potrzymaj. – Fabien podał jej świecznik. Usłuchała, wytrzeszczając oczy ze strachu.

Nagus próbował przybrać godną pozę. Wstał, potrząsnął pięścią, na której w blasku świecy zalśnił pierścień ze szmaragdem.

– Co jest? – wrzasnął.

– Prosta arytmetyka – odparł uprzejmie Fabien. – Że też los Fouqueta niczego was nie nauczył!

Przyskoczył bez ostrzeżenia, złapał rękę łysonia i przygniótł ją do ściany, drugą ręką dobywając z sakwy toporek. Mocny, celnie wymierzony cios pozbawił poborcę wszystkich palców dłoni. Mężczyzna zawył z bólu i osunął się na podłogę. Śledczy przygniótł mu pierś kolanem i wyjętą z lichtarza świecą przyżegł kikuty. Ranny wrzeszczał, tuląc do piersi okaleczoną, okopconą dłoń. Kiedy urwał, by zaczerpnąć tchu, jego oprawca spytał:

– Powiedz mi, dobry człowieku: jako poborca umiesz liczyć, prawda?

Tamten z wysiłkiem kiwnął głową.

– To na przyszłość pamiętaj, że my też.

Zbliżał się czas rozwiązania królowej. W miarę jak wieczorne cienie rysowały zawiłe desenie na posadzce, coraz gwałtowniej rzucała się na łożu, oddychając ciężko i tłumiąc jęk, gdy przychodziły skurcze, nieregularne i coraz bardziej bolesne. Masson i Claudine zręcznymi ruchami masowali jej plecy, chociaż ręce im drżały. Doktor szepnął na boku do córki, że jeśli urodzi się dziewczynka, muszą być przygotowani do ucieczki. Stawką może być ich życie.

Podczas gdy Maria Teresa kurczowo ściskała kołdrę, wzdychając za wiecznie nieobecnym małżonkiem, ten przygotowywał się właśnie do balu, w czasie którego chciał oznajmić coś, co planował od miesięcy. Dwór będzie podekscytowany!

Królewski szatny precyzyjnie ułożył mu na ramionach fałdy aksamitnej peleryny i poprawił koronki przy rękawach. Ludwik przejrzał się w lustrze, które trzymał przed nim drugi szatny, obracając się w tę i we w tę.

Fabien zbliżył się na tyle, na ile mu było wolno, zdecydowany przemówić bez pytania i ostrzec władcę.

– Sire – rzekł cicho. – Wśród twoich dworzan są tacy, którzy chętnie sprzedają informacje temu, kto da więcej, nie myśląc wcale, jakie to może mieć skutki dla bezpieczeństwa Waszej Wysokości. Hiszpanie, których mamy w lochu, byli przekonani, że za pewną kwotę zyskają dostęp do wnętrza zamku.

Ludwik odwrócił wzrok od swojego odbicia.

– Ludzie, o których wspomniałeś, przekazują na zewnątrz wieści o tym, co tu się dzieje?

– Bez wątpienia, sire. Czy mam przedsięwziąć dalsze kroki?

– Nie.

– Przywieźli ze sobą zaszyfrowaną wiadomość, której wciąż nie umiemy odczytać. Mieli tu pomocnika, Wiedzieli, że ich oczekuje...

Ludwik podniósł rękę.

– Dzisiejszego wieczoru przyjdzie taka chwila, w której pan Montcourt zechce nas opuścić. Niech to uczyni. Przygotujcie mu konie.

Śledczy cofnął się i skinął głową.

– Ludzie sądzą, że jesteśmy słabi – ciągnął król. – Niech wiedzą, że jesteśmy silni. Wystarczy to powiedzieć głośno, a usłyszą.

Skinieniem ręki nakazał Fabienowi odejść.

W wielkiej sali trwała wystawna uczta. W lichtarzach i kandelabrach paliły się setki świec. Stoły udekorowano kwiatami i piórami egzotycznych ptaków. Akrobaci żonglowali i wykonywali karkołomne salta, połykacze ognia zdumiewali widzów, wkładając do ust płonące pochodnie, na antresoli zaś grał kwartet smyczkowy. Kiedy dały się słyszeć żywe dźwięki allemande, biesiadnicy wylegli na środek sali do tańca.

Fabien stał na uboczu z rękami skrzyżowanymi na piersi, obserwując uczestników zabawy. Jego uwagę przykuło zamieszanie na parkiecie. Kawaler Lotaryński usiłował nauczyć tańczyć młodą Sophie, dziewczynę śliczną, ale pozbawioną wdzięku. Im staranniej ustawiał jej stopy i ramiona we właściwej pozycji, tym bardziej plątały jej się nogi. Fabien przyglądał się przez chwilę nieudanej lekcji, po czym zerknął na panią Béatrice, wyraźnie przygnębioną niepowodzeniem córki. W końcu Lotaryńczyk dał za wygraną, machnął ręką i zirytowany odsunął Sophie od siebie. Wówczas podszedł do niego brat królewski, podał mu dłoń i we dwóch nader zgrabnie odtańczyli końcówkę.

Gdy melodia ucichła, Béatrice obróciła głowę w stronę Fabiena. Ich spojrzenia się spotkały, splotły. Fabien poczuł wstrząs, który poruszył nim do głębi. Jakby został szarpnięty niewidzialną liną, która połączyła go z tą kobietą. Z tą piękną, jakże piękną kobietą...!

Z walącym sercem uciekł na korytarz. Spojrzenie Béatrice przyprawiło go o zawrót głowy. Oparł się o ścianę, próbując zebrać myśli. Miał pracę, wiele zadań, które wymagały jego niepodzielnej uwagi. To dobrze, dzięki nim zapomni...

Na korytarzu pojawił się król w otoczeniu lokajów i gwardii. Wszedł do wielkiej sali. Fabien zawrócił i poszedł za nim.

Od północy przylegała do sali alkowa zasłonięta ciężką kotarą. Na skinienie Ludwika lokaje odsunęli zasłonę, ukazując duży stół nakryty bogato wyszywaną materią, pod którą coś się znajdowało. Kawaler ujął Sophie za rękę i wypchnął ją do pierwszego rzędu widzów.

Ludwik przez chwilę przyglądał się swoim gościom, po czym rzekł:

– Wielu z was zadaje sobie pytanie, dlaczego wciąż przebywamy w Wersalu. Powód jest taki, że mam dla was dar. Dar, z którego korzystać będziemy wszyscy. Cud, który wprawi świat w osłupienie.

Skinął głową i słudzy ostrożnie unieśli płachtę.

Całą powierzchnię stołu zajmowała wspaniała makieta pałacu – największa, jaką Fabien kiedykolwiek widział. Drzwi, okna, kolumny, maleńkie białe posągi i miniaturowe ogrody zostały odtworzone ze zdumiewającą pieczołowitością. Przez tłum przebiegło westchnienie podziwu i zrobiło się zupełnie cicho.

– Oto nowe serce Francji. – Ludwik objął gestem model pałacu. – Serce matczyne, bo przygarnie nas jak matka, a my, dzieci, będziemy je darzyć miłością. Ktokolwiek z nas choć raz ujrzy jego urodę, zawsze będzie mu wierny.

Damy unosiły ręce do twarzy. Panowie z powagą kiwali głowami. Fabien zerknął na Béatrice i spostrzegł, że znów na niego patrzy. Zabrakło mu tchu. Odwrócił wzrok.

– Będą tu przyjeżdżać ludzie z najdalszych krańców ziemi – podjął król – tylko po to, by raz spojrzeć na ten cud. A gdy go zobaczą, nie zapomną do końca życia. Panie i panowie, daję wam... Wersal.

Ciszę pierwszy przerwał Kawaler, który zaśmiał się i zaczął klaskać. Inni poszli za jego przykładem. Król uśmiechnął się, połechtany.

Tłum ruszył do przodu, by przyjrzeć się makiecie. Wzrok Fabiena wyłowił spośród innych Montcourta, który zdawał się zafascynowany, lecz wycofał się z tłumu i chyłkiem wymknął z sali. Fabien zerknął na króla. Tak, on też widział odejście hrabiego.

Montcourt szedł ciemnym tunelem dla dostawców, od czasu do czasu oglądając się przez ramię. Stawiał stopy ostrożnie, by nie robić hałasu. Twarz miał poważną, skupioną. Zatrzymał się przy ścianie i wyjął z niej luźny kamień. W powstały otwór włożył zwitek papieru, osadził kamień z powrotem i cicho się oddalił.

Słońce jeszcze nie wstało, gdy Bontemps obudził króla, mówiąc, że królewski potomek już pcha się na świat. Ludwik owinął się prędko poranną szatą w kolorze burgunda i pośpieszył do apartamentów królowej, a za nim ruszyli Bontemps, Colbert i gwardziści. Obudzony gwarem Louvois wystawił głowę zza drzwi, kiedy je mijali.

– Królowa? To już? – spytał.

Kamerdyner kiwnął twierdząco głową.

Markiz przyłączył się do pochodu. Kiedy jednak dotarli pod drzwi królowej, Ludwik zwrócił się do niego:

– Twój plan ofensywy jest do niczego, Louvois. Nie możemy tak bardzo odsłonić flanki. Ruszymy, zdobywając kolejno każde miasto. Skierujecie się najpierw w stronę Renu, a potem na północ, ku morzu. Chcę całkowitego zwycięstwa.

Nieprzyjemnie zaskoczony minister wojny wyjąkał:

– Nie mogę... nie mogę planować kampanii w ten sposób. Nie stać nas...

– Pieniądze są w Niderlandach – uciął Ludwik. – A co więcej, czeka nas tam sława.

Bontemps otworzył drzwi do komnat królowej. Weszli, lecz zanim Louvois przekroczył próg, król zatrzasnął mu je przed nosem.

[...]

Przypisy

[1] liga (fr. lieue) – dawna miara długości odpowiadająca ok. 3,25 km [Przypisy pochodzą od tłumaczy].

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wersal. Prawo krwi 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni