Wstać znowu o ludzkiej porze

Wstać znowu o ludzkiej porze

Autorzy: Joshua Ferris

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Poradniki Lifestyle

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 368

Cena książki papierowej: 34.99 zł

cena od: 23.99 zł

Paul ORourke to uzależniony od iPhonea przeciwnik nowoczesnych technologii, dentysta, który nie może rzucić palenia i ateista, nietracący wiary w Boga.  Pewnego dnia odkrywa z przerażeniem, że ktoś podszywa się pod niego w sieci, tworząc jego stronę internetową, profil na Facebooku i konto na Twitterze. To, co początkowo stanowi niegroźne pogwałcenie prywatności, powoli zamienia się w koszmar. Zawieszony między światem realnym a wirtualnym, Paul próbuje odkryć, dlaczego ktoś kradnie mu tożsamość. Musi stawić czoło swojej trudnej przeszłości i zmierzyć się niepewną przyszłością.

Wstać znowu o ludzkiej porze przezabawnie przedstawia absurdy współczesnego świata i jednocześnie stawia poważne, odwieczne pytania o sens życia, miłość i prawdę. To książka głęboko poruszająca i zaskakująca. 

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Syn nieznajomego

1

2

3

4

5

Erzac Izrael

6

7

8

9

10

Epilog

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału

TO RISE AGAIN AT A DECENT HOUR

Redakcja

Mirosław Grabowski

Projekt okładki

Penguin Books Ltd

Adaptacja okładki oryginalnej

Magdalena Zawadzka/Aureusart

Korekta

Ewa Jastrun

Redaktor prowadzący

Anna Brzezińska

Copyright © 2014 by Joshua Ferris

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016

Copyright © for the Polish translation by Magdalena Słysz

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-141-3

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Grantowi Rosenbergowi

„Haaa”

Księga Hioba 39,25

Syn nieznajomego

1

Usta to dziwne miejsce. Ani całkiem w środku, ani na zewnątrz, ani skóra, ani narząd, tylko coś pomiędzy tym a tym: ciemne, wilgotne, umożliwiające dostęp do wnętrza, którego większość ludzi wolałaby nie oglądać – gdzie zaczyna się rak, gdzie pęka serce, gdzie może nie objawić się dusza.

Zachęcałem swoich pacjentów do czyszczenia zębów nicią. Czasami to było trudne. Powinni je nitkować. Nitkowanie zapobiega chorobom przyzębia i może przedłużyć życie nawet o siedem lat. Ale jednocześnie jest czasochłonne i zasadniczo upierdliwe. Chociaż dentyści tego nie mówią. Facet wraca do domu, wypiwszy cztery czy pięć drinków: ale świetny wieczór, wokół zabawa – i biorąc nić, zadaje sobie pytanie: Po co to? W końcu i tak serce się zatrzymuje, komórki umierają, neurony przestają przewodzić sygnały, bakterie zżerają trzustkę, muchy składają jajeczka, robaki przegryzają się przez ścięgna i więzadła, skóra zamienia się w wiejski twaróg, kości się rozkładają, a zęby zostają uniesione przez wodę. Ale wtedy przychodzi ktoś, kto nigdy w życiu nie nitkował zębów – obraz niewyobrażalnego zaniedbania i niepotrzebnego cierpienia: spróchniałe zęby, opuchnięte dziąsła, jeden wielki chodzący łańcuch infekcji, począwszy od szkliwa, a skończywszy na nerwach – i znowu budzi się we mnie to, co nazywam nadzieją, odwagą, a przede wszystkim sprzeciwem, i przez kilka następnych dni od nowa powtarzam wszystkim pacjentom: „Musi pan nitkować, proszę nitkować, nitkowanie jest bardzo ważne”.

Dentysta to tylko w połowie lekarz, którym się mieni. To, że w połowie jest też przedsiębiorcą pogrzebowym, zachowuje dla siebie. Te chore miejsca, które próbuje leczyć. Te martwe, które usiłuje ukryć. Wierci dziury, usuwa to, co zepsute, wypełnia ubytki i maskuje ślady. Wyrywa ząb, bierze wycisk, dobiera odcień i wstawia protezę. Otwarte ubytki to oczodoły czaszki, a trzonowce – nagrobki.

Nazywamy to praktyką, nigdy nie biznesem, ale ciesząca się powodzeniem praktyka stomatologiczna stanowi prawdziwy biznes. Ja zaczynałem od gabinetu bez okien, z dwoma fotelami w Chelsea. W końcu przeniosłem się do małej kliniki na Park Avenue. Stałem się właścicielem połowy parteru w apartamentowcu o nazwie Aftergood Arms. We wschodnim skrzydle mieściło się biuro rachunkowe Bishop & Bishop – wówczas podejrzewane o „kreatywną księgowość”.

Park Avenue to najbardziej elegancka ulica na świecie. Odźwierni wciąż ubierają się jak w latach czterdziestych, noszą czapki i rękawiczki, otwierają drzwi matronom i ich pieskom. Markizy sięgają aż do krawężników, żeby nikt nie zmókł w deszczowy dzień, wysiadając z taksówki albo do niej wsiadając, a pod stopami biegnie dywan, przeważnie zielony, czasami czerwony. Przy odrobinie wyobraźni można niemal odtworzyć czasy konnych powozów, kiedy pierwsi bogaci osadnicy płci obojga, manewrując laskami i spódnicami na halkach, próbowali pokonać błoto. Manhattan przeżywa wstrząsy. Sąsiednie dzielnice przechodzą metamorfozy. Miasto zmienia się, gdy śpisz. Jednak Park Avenue pozostaje Park Avenue, na dobre i na złe – zamożne, dostojne, stanowiące kwintesencję Nowego Jorku.

Żeby urządzić klinikę, zaciągnąłem duży kredyt. A starając się jak najszybciej go spłacić, postąpiłem wbrew radom wykonawcy, zastrzeżeniom pani Convoy, własnej intuicji i generalnie zasadom stomatologów na całym świecie. Zrezygnowałem z prywatnego pokoju. Na jego miejsce wstawiłem piąty fotel i przez następne dziesięć lat zaharowywałem się, obsługując pięć foteli w pięciu gabinetach, narzekając na brak prywatności i zgarniając fury pieniędzy.

Zawsze coś było nie tak. Narzekanie nie pomagało. Czasami naprawdę miałem już dość. Mówiłem sobie, że muszę się pozbierać. Czy mogło być coś lepszego niż kwitnąca praktyka stomatologiczna ze mną samym jako szefem? Nie pracowałem dłużej niż wy, z wyjątkiem czwartków. W niektóre czwartki nie wychodziliśmy z pracy przed dziesiątą wieczorem. Potem w nocy prawie dobrze mi się spało i prawie nie potrzebowałem pigułek. (Kiedy bierzesz leki nasenne, najważniejsze są sny. Skup się na pozytywach – mówiłem sobie, gdy przestawałem śnić. Przynajmniej po przebudzeniu nie odczuwasz potrzeby, żeby dzielić się z kimś żywymi wytworami swojego bogatego życia wewnętrznego).

Niby wszystko grało, ale zawsze coś było nie tak – i na tym polegał cały wic. Kwitnąca praktyka to nie wszystko. Troska o zdrowie pacjentów, popołudniowe mochaccino i piątkowa pizza to nie wszystko. Bandżo, niestety, to też nie wszystko. Ściągnie filmów bezpośrednio do telewizora początkowo było prawie wszystkim, ale wkrótce stało się byle czym. Red Soksi byli wszystkim przez dłuższy czas, ale w końcu się na nich zawiodłem. Największe rozczarowanie w dorosłym życiu przeżyłem w 2004 roku, kiedy Red Soksi po meczu z Jankesami zdobyli tytuł mistrzowski i wygrali World Series1.

Jednego lata przez dwa miesiące wydawało mi się, że golf będzie wszystkim. Do końca życia – myślałem – będę poświęcał golfowi całą energię, cały wolny czas, całą pasję. I tak było, przez dwa miesiące, aż zdałem sobie sprawę, że mógłbym do końca życia poświęcać golfowi całą energię, cały wolny czas, całą pasję. Chyba nigdy nie byłem bardziej przybity. Ostatnia piłka, jaką uderzyłem, okrążyła dołek i gdy do niego wpadła, odniosłem przemożne wrażenie, że moje małe życie wycieka za nią w czarną dziurę.

Tak więc ani praca, ani zabawa, ani totalne oddanie czemuś ważniejszemu niż ja sam, czemuś donioślejszemu – pracy, golfowi, Red Soxom – nie może być wszystkim, nawet jeśli czasami potrafi idealnie wypełnić czas. Jestem jak ten marzyciel rozpaczliwie pragnący opisać swoje marzenie, kiedy usiłuję przedstawić satysfakcję, jaką sprawia mi wstawienie nowego zęba w miejsce starego, zepsutego, żeby pacjent znowu mógł się uśmiechać bez skrępowania. Przywracałem ludziom podstawową godność, a to rzecz niemała. Piątkowa pizza też była rzeczą niemałą. I mochaccino sprawiało mi pewną radość. A w tamten wieczór w 2004 roku, kiedy David Ortiz dokopał Jankesom, zapoczątkowując największy comeback w historii sportu, poczułem się naprawdę szczęśliwy, że żyję.

Chciałbym wierzyć w Boga. To mogłoby być coś, co byłoby czymś lepszym od całej reszty. Gdybym wierzył w Boga, zyskałbym spokój, pociechę i pewność. Byłbym nieustraszony! Miałbym przed sobą wieczność! Wszystko byłoby moje: niesamowity dźwięk organów, przemyślenia biskupów anglikańskich. Wystarczyłoby tylko odsunąć od siebie wątpliwości i uwierzyć. Za każdym razem, gdy już byłem tego bliski, zawracałem znad krawędzi. Zachowaj jasność umysłu! – wołałem. Bądź wierny sobie! Życie jest takie przyjemne z jakiegoś powodu, po co przedłużać tę przyjemność, całkowicie poddając się Bogu – tak myślałem, kombinowałem, uparcie, sceptycznie, co zawsze, niestety, szybko powodowało, że rozprawiałem się z Bogiem.

Non serviam!2 – wołał Lucyfer. Nie to, że chciał wyjadać małym dzieciom buzie. Odmawiał jedynie posłuszeństwa. Gdyby je okazał, stałby się jeszcze jednym wśród aniołów, anonimowym, bezimiennym nawet dla żarliwie wierzących.

Próbowałem czytać Biblię. Nigdy jednak nie przebrnąłem przez ten kawałek o sklepieniu. Sklepienie to coś, co w dniu pierwszym albo drugim oddziela wody od wód. Oto macie sklepienie. Obok niego – wody. Jeśli będziecie się ich trzymać, któregoś dnia być może natraficie na kolejny skrawek sklepienia, które Bóg nazwał niebem. Ale nie jestem tego do końca pewny, bo na pierwszą wzmiankę o sklepieniu zaczynam ronić łzy śmiertelnej nudy. Zaczynam się niecierpliwić. Przerzucam kartki. Wygląda na to, że dalej leci tak samo: sklepienie, bardzo długa środkowa część, Jezus. Można by przez pół życia czytać o bezpłodnych żonach, rozpalającym się gniewie i całej reszcie, zanimby się dotarło do części „nie rób bliźniemu”, która, jak rozumiem, stanowi clou programu. A może nie. Bo z tego, co wiem, clou można znaleźć już, powiedzmy, w Drugiej Księdze Królewskiej. Wyobraźcie sobie, że mielibyście przebrnąć przez Pierwszą Księgę! Nie ułatwiają wam sprawy. Powiem wam coś, co mnie zdumiewa. Praktycznie zawsze siedzę w metrze obok kogoś, kto czyta Biblię, jest już w połowie, na stronie tysiąc pięćsetnej, i podkreśla albo zaznacza na kolorowo co drugie zdanie. Myślę wtedy, że to niemożliwe, aby ten wytatuowany młody Latynos równie skrupulatnie podkreślał albo zaznaczał złote myśli na pozostałych stronach Biblii, tak jaskrawo widoczne tu, w okolicach drugiej części Księgi Wyjścia. Ale potem facet przewraca kartkę i nie ma wątpliwości, do cholery: jeszcze więcej podkreśleń! W różnych kolorach! Z notatkami poczynionymi ręką brata zakonnego! I nie chcę tu sugerować, że chłopak po prostu przewrócił kartkę. Gość przeskoczył trzysta–czterysta stron do przodu, żeby coś sprawdzić czy porównać, a tam takie samo skupisko kolorów, aż świecących! Przysięgam na Boga, są jeszcze ludzie, którzy przez całe życie studiują Biblię. To starsze Murzynki, czarni faceci w średnim wieku, Latynosi w krawatach albo biali, którzy nie wyglądają na białych. Przez całe godziny, tysiące godzin, studiują Pismo Święte i podkreślają jego fragmenty, podczas gdy ja śpię, oglądam mecze bejsbolowe albo molestuję seksualnie samego siebie na kanapie. Czasami myślę, że zmarnowałem życie. Oczywiście, że je zmarnowałem. Czy miałem wybór? Oczywiście, że miałem – dwadzieścia lat z Biblią po nocach. Ale kto mi powie, czy moje życie – żarliwie pobożne, pełne poświęcenia, klasztornie powściągliwe i boleśnie otwarte na wszelkie sugestie i zalecenia boże – byłoby bardziej wartościowe niż to obecne, z wieczorami przy piwku i świtami z podpuchniętymi oczami? To był dopiero zakład Pascala: szansa na wieczność w zamian za kilka godzin w mojej codziennej gonitwie.

Pamiętam czasy, kiedy brałem udział w niektórych z wielu spacerów po mieście. Celem takiego spaceru jest pokazanie, jak wiele się zmieniło, jak wiele się zmienia i jak wiele się zmieni od jakiegoś momentu przed twoimi narodzinami do innego, długo po twojej śmierci. W końcu te spacery stały się tak przygnębiające, że skończyłem z nimi i zacząłem się uczyć hiszpańskiego. Wcześniej jednak zdążyłem się dowiedzieć, jak – gdy zmienił się przekrój imigracji i jedna grupa etniczna zajęła miejsce drugiej – świątynie, niegdyś tak ważne w życiu dzielnicy, straciły swoje znaczenie. Dotyczyło to szczególnie Lower East Side, gdzie liczne synagogi, służące wczesnym imigrantom żydowskim, zostały na użytek napływających później chrześcijan przekształcone w kościoły. Nie można było jednak zmienić architektury takiego budynku ani zdobień jego fasady. Dlatego są w mieście kościoły, w których obok umieszczonego na dachu krzyża i marmurowego posągu Matki Boskiej widnieje gwiazda Dawida, rzeźbiona menora albo odciśnięte w betonie litery alfabetu hebrajskiego.

Zachowaj jasność umysłu! – wołałem. Pamiętaj, jak łatwo można przekształcić jedną świątynię w zupełnie inną, bo jeśli zapomnisz, los twojej duszy stanie się zależny od zmian demograficznych i nieskończonej zdolności człowieka do adaptacji starego na nowe.

Ostatni raz byłem w kościele w czasie podróży po Europie z Connie. W ciągu dwunastu dni, które tam spędziliśmy, musieliśmy odwiedzić osiemset–dziewięćset kościołów. Gdyby ją o to zapytać, odpowiedziałaby, że ze cztery. Cztery kościoły w dwanaście dni! Potraficie to sobie wyobrazić? Z powodu wizyty w jakimś kościele stale zdejmowałem i wkładałem czapkę Red Soxów. Kościół był zawsze sławny, z tych, których nie można pominąć. Ale jeden nie różnił się od drugiego. Od razu po wejściu, niezależnie od pory dnia czy wypitych espresso, chciało mi się ziewać. Connie zwracała mi uwagę, że nie muszę tego robić tak głośno. Porównywała moje ziewanie do strzyżenia trawy. Podobno miała wrażenie, że gdy się odwróci, zobaczy strzelające mi z ust drzazgi. Często mimowolnie kładłem się na ławce, a ona rzucała mi wściekłe spojrzenia. Ale dajcie spokój, to było tylko ziewanie! Nie wykonywałem żadnych wulgarnych gestów. Nie proponowałem, żebyśmy się w kościele zabawili. Kiedyś powiedziałem, że byłoby fajnie, gdyby zrobiła mi laskę za kościołem, przy kubłach na śmieci. Oczywiście żartowałem. Bo nie było tam żadnych kubłów! I to nie był przecież sklep spożywczy. Mam słabość do takich zabaw na tyłach sklepów spożywczych. Na Manhattanie to niełatwy numer. Już łatwiej go zrobić w New Jersey, gdzie akurat jest to legalne. Connie traktuje Europę zbyt poważnie – myślałem. Z poważną miną studiowała te wszystkie freski i drobne napisy, zatroskana o nieskończoność. Poeci to taka ponura gromada (Connie była poetką). I większość z nich to hipokryci. W Ameryce nawet nie wstąpią do kościoła, ale po przylocie do Europy od razu biegną do transeptu, jakby na ich przybycie czekał tam od wieków sam Bóg, Bóg Dantego i chiaroscuro, niebosiężnych przypór i Bacha. Jakiemuż zniewoleniu, jakiejż tęsknocie za świętością ulega w europejskim kościele poeta. A przecież Connie była Żydówką! Trzeciego dnia zamiast „Europa” zacząłem mówić „Eupora” i przestałem dopiero po wylądowaniu w Newark. W Jersey zaproponowałem, żebyśmy podjechali do sklepu spożywczego, zanim wrócimy do miasta, ale Connie miała mnie już dość. Moim zdaniem kościół to miejsce, w którym człowiek się nudzi. Mówię to z całym szacunkiem dla osób wierzących. Nie jestem obojętny na urok ich braterstwa w wierze. Sam chciałbym uczestniczyć w świętych obrzędach, trzymaniu się za ręce, wspólnych żarliwych śpiewach. Ale byłbym przeklęty, dosłownie przeklęty, gdyby jakiś bóg, w którego bym uwierzył, chciał, abym przestrzegał jego zaleceń. Śmiałby się w hostii. Ryczałby ze śmiechu w winie mszalnym. Pewnie w ogóle patrzyłby z pożałowaniem na te ziemskie symbole. Och, zresztą czy ja wiem? Tyle że ta nuda, która ogarnia mnie w kościele, nie jest nudą bierną. To żywa, dręcząca niecierpliwość. Niecierpliwość, aby znaleźć miejsce będące ostatecznym celem, gdzie łatwo się otworzyć; dla mnie to koniec ślepej uliczki, ciemny przystanek autobusowy. Wejść do kościoła to zamknąć wszystko, co sprawia, że wejście do kościoła z pochwałą na ustach jest czymś słusznym i właściwym.

Nazywam się Paul O’Rourke. Mieszkam w Nowym Jorku, na Brooklynie, w dwupoziomowym mieszkaniu z widokiem na Promenade. Jestem dentystą i dyplomowanym protetykiem, przyjmuję sześć dni w tygodniu, a w czwartki dłużej niż zwykle.

Nie ma lepszego miejsca do życia niż Nowy Jork. Są tu najlepsze muzea, teatry i kluby nocne, najlepsze rewie, burleski i imprezy z muzyką na żywo, no i najlepsza na świecie kuchnia. Już dzięki samej ofercie win imperium rzymskie to przy Nowym Jorku smętne kansaskie zadupie. Tutejsze atrakcje są wprost niewyczerpane. Kto jednak ma czas z nich korzystać, gdy wszyscy się zaharowują, żeby na nie zarobić? A kiedy się nie zaharowują, nie mają energii. Odkąd przed dwunastu laty przyjechałem do tego miasta, ja, dumny przybysz z Maine, byłem na filmach studyjnych zaledwie ze dwanaście razy, ze dwa na przedstawieniach broadwayowskich, dwa w Empire State Building i raz na koncercie, który okazał się o tyle pamiętny, że podczas solówek perkusji straszliwie się męczyłem, aby nie zasnąć. We wspaniałym Metropolitan Museum, tej skarbnicy ludzkich osiągnięć, zaledwie kilka przecznic od mojej kliniki, byłem zero razy. Większość wolnego czasu spędzałem przed witryną brokerów nieruchomości, patrząc na ich oferty, razem z innymi marzycielami wciąż niemającymi dość forsy, i wyobrażając sobie ładniejsze widoki i większe pomieszczenia, które by mi osładzały nocne ucieczki z miasta.

Kiedy chodziłem z Connie, trzy albo cztery razy w tygodniu umawialiśmy się na miłą kolacyjkę. Miła kolacyjka w Nowym Jorku to może być posiłek przyrządzony przez sławnego szefa kuchni, który ma na koncie kilka gwiazdek Michelina, wychował się w dolinie Rodanu i/albo prowadzi własny program telewizyjny. Ten sławny kucharz raczej nie przebywa w kuchni, którą przeważnie zaludniają osoby pochodzenia latynoskiego. Mimo to menu jest układane z uwzględnieniem najświeższych produktów sezonowych, starannie wybranych na targach albo dopiero co sprowadzonych zza oceanu. Sale restauracyjne są albo stylowe i przytulne, z przyćmionym światłem, albo głośne i pełne ekskluzywnej klienteli. Do żadnej z nich nie można było się dostać. Nam udawało się tylko dlatego, że byliśmy wytrwali, wydzwanialiśmy cierpliwie, powoływaliśmy się na przysługi, dawaliśmy łapówki i kłamaliśmy. Connie powiedziała kiedyś facetowi, który dokonywał rezerwacji, że umiera na raka żołądka i wybrała tę restaurację na swój ostatni posiłek. Za każdym razem siadaliśmy przy stoliku podnieceni, choć wyczerpani, zaglądaliśmy do menu z przystawkami w astronomicznych cenach, zamawialiśmy dania, które wypada, i piliśmy wina, które wypada. Potem płaciliśmy, wracaliśmy do domu z poczuciem, że jesteśmy głupi i daliśmy się naciągnąć, a rano znowu się zastanawialiśmy, dokąd pójdziemy w następnej kolejności.

Gdy Connie i ja się rozstaliśmy, prowadziłem sam ze sobą na ulicach Manhattanu pewną grę. Nazywała się „mogłoby być gorzej”. Mogłoby być gorzej – myślałem – na przykład gdybym był tym gościem. Mogłoby być gorzej – mówiłem sobie w duchu minutę później – gdybym był tamtym gościem. Wszędzie wokół siebie widziałem pokrzywionych, pozbawionych środków do życia, straszliwie brzydkich, płaczących, samookaleczonych, nieprzyjemnie wkurzonych. Rzeczywiście mogłoby być gorzej. Potem jednak mijała mnie kobieta, jedna z tysięcy mieszkanek Nowego Jorku, kusząco długonoga, w niebotycznie wysokich szpilkach, zawsze sama albo z jedną czy dwiema koleżankami, należąca do tych piękności, których największe okrucieństwo polega na tym, że ma nie ranić, i gdy umierałem z bolesnej żądzy, mówiłem sobie: ale też mogłoby być o wiele lepiej.

Mogłoby być gorzej i mogłoby być o wiele lepiej – to stało się moją grą, moim bieżącym komentarzem na ulicach Manhattanu, i grałem w nią jak inni nieudacznicy, żeby jakoś przetrwać.

Moje życie zmieniło się zaledwie kilka miesięcy przed tamtym pamiętnym latem Red Soxów w 2011 roku. Któregoś dnia w styczniu przyszła do mnie pani Convoy i powiedziała, że w gabinecie numer trzy dzieje się coś dziwnego. Zajrzałem tam. Mgliście przypominałem sobie tego pacjenta. Przychodził regularnie, a potem znikał, i wiedziałem, że pojawi się ponownie z czymś nagłym, co przestraszy go na tyle, że znowu będzie pokazywał się co jakiś czas, dopóki ponownie mu się nie odechce. Był umówiony na ekstrakcję. Spartaczone wypełnienie (nie moje) naruszyło nerw, ale facet odkładał leczenie kanałowe, które zaleciłem mu już dawno temu, i w końcu przyszedł z bólem. Ale nie jęczał ani nie płakał. Nie, śpiewał, cicho i spokojnie. Uniósł dłonie wnętrzem do góry, stykając kciuki oraz najdłuższe palce, i zawodził coś w rodzaju: A-rum… a-rum…

Usiadłem obok fotela. Gdy podaliśmy sobie ręce, zapytałem, co robi. Wyjaśnił, że kiedyś chciał zostać mnichem tybetańskim i chociaż zamknął już ten okres w życiu, czasami, gdy odczuwa potrzebę, stosuje techniki medytacyjne, których się wtedy nauczył. W tym przypadku przygotowuje się do wyrwania zęba bez znieczulenia. Uczył się pod kierunkiem guru, który opanował umiejętność eliminowania bólu.

– Osiągnąłem ekstremalną pustkę – powiedział. – Musi pan pamiętać: opuszczając ciało, człowiek nie umiera.

Jego trzonowiec, z zaawansowaną próchnicą, był już barwy słabej herbaty, ale wciąż mocno unerwiony. Żaden dentysta przy zdrowych zmysłach nie zabrałby się do usuwania takiego zęba bez zastosowania choćby miejscowego znieczulenia. Poinformowałem go o tym i w końcu się na nie zgodził. Kiedy powrócił do swojej pozycji medytacyjnej, zrobiłem mu zastrzyk w dziąsło, po czym zdecydowanym ruchem przystąpiłem do usuwania trzonowca. Po dwóch sekundach zaczął jęczeć. Uznałem, że jęczenie stanowi nieodłączny element dążenia do ekstremalnej pustki, ale stawało się ono coraz głośniejsze, rozbrzmiewało w całym gabinecie i przenikało na zewnątrz, do poczekalni. Spojrzałem na Abby, moją pomoc dentystyczną, która siedziała naprzeciwko, przy drugim boku pacjenta, w różowej papierowej masce. Nic nie powiedziała. Wyjąłem kleszcze z ust faceta i zapytałem go, czy wszystko w porządku.

– Tak. A dlaczego?

– Bo pan jęczy.

– Tak? Nie wiedziałem. Nie ma mnie tu fizycznie – wytłumaczył.

– Ale wydaje pan takie odgłosy, jakby pan był.

– Postaram się zachowywać ciszej – obiecał. – Proszę kontynuować.

Prawie natychmiast jęki zaczęły się od nowa, przechodząc w ciche wycie. Było nieartykułowane, dojmujące, jak u noworodka z niedorozwojem narządów. Drugi raz przerwałem pracę. W jego oczach pojawiły się łzy.

– Znowu pan to robi – poinformowałem.

– Co takiego?

– Jęczy pan – wyjaśniłem. – Wyje. Czy znieczulenie na pewno działa?

– Wyprzedzam ten ból o trzy, cztery tygodnie – nie ustępował. – Jestem już od czterech do sześciu tygodni za nim.

– Przy znieczuleniu miejscowym nie powinno boleć – zauważyłem.

– I nie boli, wcale nie boli – odparł. – Będę cichy jak myszka.

Podjąłem robotę. Przerwał mi niemal w tej samej chwili.

– Mogę prosić o pełne znieczulenie?

Przytknąłem mu maskę do twarzy, usunąłem ząb i wstawiłem w jego miejsce tymczasową koronę. Kiedy facet się obudził, zajmowałem się już innym pacjentem. Connie przyszła do gabinetu i powiadomiła mnie, że tamten jest już gotowy do wyjścia, ale chce się jeszcze pożegnać.

Powinienem był zwolnić Connie, gdy ze sobą zerwaliśmy. Mogłem to zrobić. Ale nie zrobiłem, bo potrzebowała pieniędzy w związku ze swoją poezją. Jedyne, czym się u mnie zajmowała, to wypisywanie nazwisk pacjentów na kartach wraz z datą i godziną następnej wizyty. Tylko tym, przez osiem godzin dziennie, w czwartki dłużej. I jeszcze pomagała pani Convoy w ustalaniu grafiku. I prowadziła rachunki, tak, rachunki też. Chociaż korzystałem z usług biura rachunkowego. No i odbierała telefony, rzeczywiście. Osiem godzin, czasami więcej, wypełniania kart, ustalania grafiku, prowadzenia rachunków, ale nie na tyle, żebym nie musiał opłacać biura rachunkowego, no i odbierania telefonów. Przez resztę czasu siedziała zajęta swoją egocentralą.

– Gdzie on jest? – zapytałem.

– Tam – odparła.

Kiedy wszedłem do poczekalni, pacjent wstał.

– Chciałem tylko… panu podziękować! Za wszystko. Już więcej mnie pan nie zobaczy. Wyjeżdżam do Izraela!

Trochę seplenił, więc pomyślałem, że pewnie to jeszcze skutek znieczulenia.

– Na pewno nie chce pan jeszcze trochę tu posiedzieć, żeby dojść do siebie? – zapytałem.

– O nie, nie, nie wyjeżdżam od razu. Najpierw wracam do siebie, metrem. Chciałem tylko powiedzieć, że bardzo będzie mi pana brakowało. I pozostałych też. Wszyscy są tu tacy mili. Ta pani jest miła. Niezwykle miła. I niezwykle atrakcyjna. Naprawdę, to gorąca laska. Chętnie bym ją przeleciał.

Wskazywał Connie, która tylko patrzyła na tę scenę, podobnie jak cała reszta w poczekalni.

– Dobrze – odezwałem się – ale musi pan jeszcze trochę odpocząć. Proszę ze mną.

– Nie mogę! – wykrzyknął. – Przecież panu mówiłem. Wyjeżdżam do Izraela!

Próbowałem zaprowadzić go do drzwi. Connie podała mi jego kurtkę.

– Pewnie pan pomyślał, że jadę do Izraela, bo jestem Żydem, prawda?

– Proszę włożyć dłoń do rękawa…

– Ale myli się pan!

Otworzyłem drzwi. Zbliżył się i owiewając mnie kwaśnym oddechem po znieczuleniu, szepnął:

– Jestem Ulmem. Dlatego jadę do Izraela. Jestem Ulmem, tak jak pan!

Poklepałem go po plecach i lekko pchnąłem do wyjścia.

– Gratulacje. I powodzenia.

– Wzajemnie! – zawołał.

Ludzie pod wpływem znieczulenia wygadują zabawne rzeczy. Uznałem sprawę za zamkniętą i więcej o niej nie myślałem.

2

Piątek, piętnasty lipca 2011 roku, sześć miesięcy później, zaczął się spokojnie. Konsultacje kosmetyczne, przeszczep dziąsła, odrażająco czarny język. W tle cztery razy cicho leciał Nowhere Man albo to ja byłem w czterech różnych gabinetach i leciał tylko raz. Później złapałem się na tym, że nucę tę piosenkę podczas wydłużania korony. Kok Connie powoli schnął, aż do popołudnia wypełniając klinikę zapachem jej włosów. Pani Convoy zaproponowała nowe rozwiązanie w kwestii nadmiaru kart. Abby milczała.

Żeby być dobrą pomocą stomatologiczną, nie trzeba wiele. Wystarczy nauczyć się nazw oraz funkcji narzędzi i podawać je, przewidując, co będzie potrzebne. To nie chirurgia sercowo-naczyniowa. Ale i nie przelewki. Przychodzili do nas także ludzie z powybijanymi zębami, ofiary wypadków samochodowych i barowych bójek, więc Abby, oprócz tego, że znała na pamięć nazwy narzędzi i wręczała mi je zależnie od potrzeby, musiała jeszcze wykazywać się stalowymi nerwami, kiedy tacy pacjenci otwierali usta. Nie chcielibyście być ofiarą wypadku samochodowego. Jasne, jestem w stanie sprawić, że będziecie znowu mogli jeść i pić, ale nigdy już nie będziecie tacy sami. Wasze szczęście się skończyło. Od tej pory zawsze będziecie musieli iść na jakiś kompromis. Od teraz aż do śmierci może być tylko znośnie.

Pomoc dentystyczna także dezynfekuje, myje i opróżnia. Przygotowuje tace, pomaga prowadzić karty, brać wyciski, wstępnie dopasowywać korony, zakładać i zdejmować ślinochrony. Bez dobrej pomocy dentystycznej nie ruszysz palcem. A Abby była bardzo dobra. Trzymała nawet pacjenta za rękę. Myślę jednak, że miała ze sobą pewne problemy. Jeśli chciała się poskarżyć, zgłosić propozycję albo po prostu wcześniej się zwolnić, nie przychodziła z tym do mnie. Szła do Connie albo do pani Convoy. Podobno nie chciała mi przeszkadzać. Nie chciała mi przeszkadzać? Przez cały dzień siedzieliśmy naprzeciwko siebie! Pewnie wolała, żeby naprzeciwko niej siedział ktoś inny, choćby taki dentysta wesołek, który kocha ludzi i rzuca ujmujące zabawne komentarze – taki, jakim sam zawsze pragnąłem być. Chciałem, żeby przestała tak siedzieć naprzeciwko mnie w milczeniu i stale mnie oceniać. Chociaż może wcale mnie nie oceniała. Może po prostu nie mogłem się zorientować, co myśli, bo zawsze nosiła tę różową papierową maskę, która zasłaniała jej twarz. Może jedynie czekała, żeby z profesjonalnym opanowaniem, którego od niej oczekiwałem, podać mi następne narzędzie. Ale spróbujcie pracować z pomocą dentystyczną, która chodzi za wami od rana do wieczora, siedzi naprzeciwko was, gdy nie macie humoru i nie jesteście w nastroju do żartów, a wtedy sami się przekonacie, czy nie będziecie się czuć oceniani.

– Czy wszystkie gabinety są przygotowane? – spytałem Abby, kiedy tamtego dnia przyszedłem rano do pracy.

Rano, gdy przychodziłem do pracy, pragnąłem jedynie powiedzieć „dzień dobry”. Mówienie „dzień dobry” podnosiło moralnie, niosło wszystkim po kolei przekaz: czy to nie jest coś? Oto jesteśmy tu znowu, z odświeżonymi umysłami, wydezodorowanymi pachami, ciekawi, jakież to ekscytujące niespodzianki przyniesie dzień. Ale bywały takie dnie, kiedy nie mogłem się na to zdobyć. Stanowiliśmy kameralny czteroosobowy zespół; trzykrotne „dzień dobry”, tylko tego ode mnie oczekiwano. A mimo to się wstrzymywałem. Ignorując żałośnie ograniczony zasób „dzień dobry”, jaki przypadał na każdego z nas, nie wypowiadałem tego powitania. Albo udając niewiniątko, zapominałem się przy nielicznych okazjach, kiedy mówi się „dzień dobry”, i zwyczajnie pomijałem ten przerażający nakaz. Albo mówiłem „dzień dobry”, ale powściągliwie, z niechęcią, niepoważnie albo despotycznie. Mówiłem je Abby i Betsy, a Connie już nie. Albo Betsy, ale Abby czy Connie nie. Albo Abby przy Betsy czy Betsy przy Connie, ale Connie nie. Ale co komu po takim zbyt często przewidywalnym, sztywniackim „dzień dobry”? Jeśli chodzi o mnie, zwykle poprzedzała je długa walka o krótką drzemkę, którą tylu ludzi nazywa nocnym odpoczynkiem. Nigdy nie widziałem odpowiedniej okazji, żeby wystąpić z takim ochoczym pozdrowieniem. Więc zamiast „dzień dobry” mówiłem: „Co na dzisiaj mamy?”. Jeśli decydowałem się na: „Co dzisiaj mamy?”, zwracałem się do Connie, która siedziała w recepcji. Albo rzucałem: „Czy wszystkie gabinety są przygotowane?”, jak tamtego ranka, ranka, o który chodzi, i wtedy zwracałem się do Abby. Mówiłem to od razu po wejściu, na powitanie, jakbym się obawiał, że gabinety nie będą przygotowane, i do końca dnia Abby siedziała po drugiej stronie pacjenta, naprzeciwko mnie, oddychając niesłyszalnie za maską, powściągliwie podając mi narzędzia i w milczeniu oceniając mnie według najsurowszych kryteriów. Albo też mówiłem do Betsy: „Dziś będziesz sama”, co oznaczało, że nie może liczyć na pomoc tymczasowej higienistki, a ona odpowiadała: „Ktoś tu jest w podłym humorze”. Ale ja wcale nie byłem w podłym humorze, mimo że znowu daremnie próbowałem przespać porządnie noc i ponownie zbyt szybko widziałem swoje trzy pracownice. Nie byłem w podłym humorze, dopóki pani Convoy nie powiedziała: „Ktoś tu jest w podłym humorze”, co nieodmiennie stanowiło początek dnia w najczarniejszym nastroju.

Jednak wszystkim moim pacjentom mówiłem „dzień dobry!”, „dzień dobry wam wszystkim!”, bo byłem hipokrytą, strasznym hipokrytą, najokrutniejszym i najbardziej fałszywym.

Wśród moich pacjentów tamtego piątkowego przedpołudnia był facet, którego będę nazywał Kontaktem. Kontakt przyszedł na jakiś zabieg kosmetyczny. Coraz więcej ich przychodziło na zabiegi kosmetyczne. Wszyscy chcieli mieć bielsze zęby, prostsze zęby, mniej widoczne dziąsła, jaśniejsze dziąsła, kształtniejsze usta, uśmiechy, których konstrukcja była korygowana ząb po zębie, milimetr po milimetrze, aż wszystkie złe wspomnienia z dzieciństwa ulegały zatarciu. Pragnęli uśmiechu George’a Clooneya, Kim Kardashian albo Toma Cruise’a, uśmiechu szerokiego, powalającego, albo przynosili ze sobą wycięte z prasy zdjęcia celebrytów mniejszego kalibru, których usta miałem im dać, żeby mogli uśmiechać się jak celebryci, chodzić ulicami po celebrycku i żyć wiecznie w blasku celebryctwa. Byli to pacjenci, którzy mogli sobie na coś takiego pozwolić, prawnicy i menedżerowie funduszy hedgingowych, którzy, podobnie jak ich małżonki, nie mieli już ochoty na niedoskonałość, a także osoby z towarzystwa, które bywały na wszystkich galach muzealnych i pozowały w błyskach fleszy. W kontraście do nich byli ci, którzy nie mając ubezpieczenia, przychodzili z komplikacjami na skutek samodzielnego wyrwania zęba obcęgami, w kuchni czynszówki bez windy, po obaleniu pół butelki jima beama. Z coraz częstszymi bólami zębów radzili sobie bez pomocy dentysty, za pomocą aspiryny, whiskey i czego tam, co udało im się wydębić od lekarzy z komisji określającej stopień inwalidztwa. Niektórych z nich trzeba było natychmiast odesłać na pogotowie. To byli ci sami ludzie, którzy często w życiu spotykali się z niechęcią, bo byli zamknięci w sobie i nieprzyjaźni, nigdy się nie uśmiechali, a nie uśmiechali się nigdy nie z powodu jakiejś tam wady osobowości, ale dlatego, że wstydzili się żółtych plam na zębach, szarej próchnicy i ciemnych szczerb. Jeśli przychodzili do mnie po latach cierpień i żmudnego oszczędzania, jeszcze zanim zdarzyła się katastrofa, często załamywali się na fotelu, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, i wtedy wyrzucali z sobie wszystko: okropne przezwiska, złamane serca, stracone możliwości i zmarnowane życia. A to wszystko przez te cholerne zęby. Były takie dni, kiedy miałem szczególne wrażenie, że nie nadaję się do tego zawodu, bo żeby go wykonywać, należało codziennie pozbywać się wszelkiej świadomości, że to długodystansowa dyscyplina, przechodzić obojętnie obok grobowca, jakim były każde otwarte usta. Zużywałem całą energię, aby skupiać się na teraźniejszości, chwili obecnej, tym, co tu i teraz, przez co jeszcze trudniej było mi sobie wmówić, że dokonywany raz na dwa lata przegląd jamy ustnej pacjenta to coś więcej niż konieczne złudzenie. Kiedy jednak przyjmowałem tych chronicznie unikających uśmiechu i potem przychodzili oni po zdjęciu szwów oraz wstawieniu mostu, aby mi podziękować za przywrócenie do życia – właściwie za ofiarowanie nowego życia – czułem zadowolenie z tego, co zrobiłem, i myślałem: a niech diabli wezmą długi dystans.

Tak czy owak właśnie przygotowywałem nowy komplet przednich zębów dla Kontaktu, kiedy wyjął on swoją egocentralę i zaczął przewijać listę kontaktów. Była to prosta robota dla ortodonty, żadna tam operacja mózgu. Niemniej wymagała nieco skupienia i pewnego współudziału pacjenta. Coś wam powiem: gdyby można było dokonywać operacji mózgu bez usypiania pacjentów, oni także w tym czasie przewijaliby swoje listy kontaktów. Różnorodność zajęć, które wydają się ludziom do przyjęcia na fotelu dentystycznym, nie przestaje mnie zdumiewać. Pani Convoy miała kiedyś pacjentkę, która podczas czyszczenia jedną ręką odkręciła buteleczkę lakieru i zaczęła sobie malować paznokcie. To wywołało ze strony Betsy pełne pasji kazanie na temat żałosnego braku szacunku dla bliźnich we współczesnym społeczeństwie, a biedna dziewczyna ani nie mogła przed tym wykładem uciec, ani – ze skalerem w ustach – nie była w stanie w żaden sposób się do niego odnieść. Zapytałem więc faceta, który odczuł nagłą potrzebę przewinięcia listy kontaktów, czy mógłby odłożyć telefon, co też zrobił, wysławszy esemesa. To przypomniało mi pewien okres w moim życiu. Kiedy prozac przestał działać, a nauka hiszpańskiego utknęła w miejscu, zacząłem chadzać do siłowni. Zachęcił mnie do tego mój kolega McGowan. Razem podnosiliśmy i opuszczaliśmy ciężary. To było coś, co na jakieś półtora miesiąca stało się dla mnie wszystkim, stojaki z lśniącymi obciążnikami i wizja sprawności seksualnej, aż w końcu ogarnęło mnie zwątpienie i zacząłem uprawiać halowy lacrosse3. Przypomniałem sobie, jak mówiłem McGowanowi, że gdy poprzedniego wieczoru przeglądałem listę swoich kontaktów, przyszło mi do głowy, że wielu z tych ludzi nie mogę uznać za prawdziwych przyjaciół. Postanowiłem więc wykasować całe to towarzystwo, nawet jeśli niektórych znałem od zawsze.

McGowan wyraźnie się tym zmartwił.

– To twoje kontakty, stary – powiedział.

– Taaa? I co z tego?

– Nie zależy ci na kontaktach?

– A dlaczego miałoby mi zależeć?

– Po prostu tego nie rozumiem – odparł. – Wolałabym, żebyś nie robił takich rzeczy. To dobijające.

Ja z kolei nie rozumiałem, dlaczego to dla niego dobijające. Przecież to były moje kontakty, nie jego. Potem mnie unikał. I pewnego dnia zadzwonił do mnie ni stąd, ni zowąd.

– Halo? – rzuciłem.

– Cześć – odpowiedział głos po drugiej stronie.

– Kto mówi? – zapytałem, bo nie miałem jego numeru na liście kontaktów.

Okazało się, że to był McGowan. Od tamtego czasu nie rozmawialiśmy ze sobą.

Uniósłszy wzrok znad ust Kontaktu, zobaczyłem panią Convoy. Pani Convoy przeważnie wygląda jak niezadowolona przewodniczka. Patrząc na nią, masz wrażenie, że zaraz zostaniesz zabrany na nudne zwiedzanie czegoś pouczającego i że będzie to dla ciebie karą. Częściowo winę za to ponosił jej golf w kolorze ciała, z napisem AARP4, opinający biust i wetknięty surowo w spodnie, częściowo krótko ostrzyżone siwe włosy, a częściowo jasny meszek na szyi i policzkach, który sterczał, jakby usiłował przyciągnąć balony. Ale tamtego dnia uśmiechała się do mnie promiennie.

– Co takiego? – zapytałem.

– Zgodził się pan!

– Na co?

– Myślałam, że jest pan stanowczo przeciwny, a pan się zgodził.

– O czym ty mówisz, Betsy?

– O stronie internetowej.

– Jakiej stronie?

– Naszej – wyjaśniła.

Odsunąłem się od pacjenta i ściągnąłem lateksowe rękawiczki.

– Ale my nie mamy strony internetowej – zauważyłem.

Okazało się jednak, że czekała mnie niespodzianka.

Betsy Convoy była moją główną higienistką i pobożną katoliczką. Gdybym kiedykolwiek chciał zostać chrześcijaninem, co nigdy mnie nie kusiło, ale gdyby tak było, chyba zostałbym katolikiem jak pani Convoy. Chodziła na mszę do Świętej Joanny d’Arc w Jackson Heights, gdzie dawała wyraz swojej wierze za pośrednictwem ruchów dłoni, klęknięć, recytacji, obrzędów, datków, spowiedzi, zapalania świec, święcenia dni świętych oraz kilku rozmaitych wezwań i odpowiedzi. Katolicy, jak bejsboliści, porozumiewają się zaszyfrowanym językiem gestów. Jasne, Kościół rzymskokatolicki to wstyd dla ludzi i obraza dla Boga, ale oferuje wysoce sformalizowaną mszę, kilka świętych miejsc pielgrzymkowych, najstarsze pieśni, najbardziej imponującą architekturę i całą masą ceremonii towarzyszących przyjściu do kościoła. To wszystko razem sprawia, że stajesz się jednym z braci.

Powiedzmy, że przychodziłem z zewnątrz i od razu kierowałem się do umywalki, żeby umyć ręce. Niezależnie od tego, która byłaby to umywalka, pani Convoy podążała moim tropem. Obwąchiwała mnie jak pies myśliwski i pytała:

– Co pan właściwie robi?

Odpowiadałem, a ona indagowała:

– Dlaczego próbuje mnie pan oszukać?

Wyjaśniałem, a ona stwierdzała:

– Dbałość o higienę nie zabija. Zabija palenie. Jaki daje pan przykład pacjentom, wymykając się na papierosa?

Tłumaczyłem jej, a ona kwitowała:

– Oni nie potrzebują, żeby dentysta, do którego chodzą, przypominał im, że to wszystko marność nad marnościami. Od kiedy znowu pan pali?

Udzielałem odpowiedzi, a ona się niecierpliwiła:

– Och, na miłość boską. To dlaczego mówi pan wszystkim, że pan rzucił?

Wyjaśniałem, a ona się dziwiła:

– Nie rozumiem, dlaczego sporadyczny przejaw troski ma być „okropnie męczący”. Chciałabym tylko zobaczyć, że realizuje pan swój potencjał, i to wszystko. Nie wolałby pan mieć więcej samokontroli?

Odcinałem się, a ona protestowała:

– Oczywiście, że się do pana nie przyłączę. Co pan wyrabia? Proszę nie zapalać tego papierosa!

Odkładałem go, rzucając przy tym bezceremonialną uwagę, a ona się oburzała:

– Ja pana osądzam? Nie jestem tu od osądzania. Niech pan sam osądza siebie i swoje nałogi. Chce pan sobie zrujnować płuca i umrzeć jako młody człowiek?

Ripostowałem, a ona mnie karciła:

– Już pan jest w piekle. Mam panu powiedzieć, jakie to piekło?

Odnosiłem się do tego, a ona potwierdzała sarkastycznie:

– Tak, rzeczywiście każda rozmowa może zamienić się w dyskusję na temat zbawienia duszy. Szkoda tylko, że przeważnie tak się nie dzieje. Co pan robi przy tym oknie?

Odpowiadałem, a ona zauważała:

– Jesteśmy na parterze. Najwyżej skręciłby pan sobie nogę w kostce, ale i to raczej mało prawdopodobne.

Kiedy indziej wychodziłem z toalety, a ona stała pod drzwiami.

– Wszędzie pana szukałam – oświadczała. – Gdzie się pan podziewał?

Mówiłem prawdę, a ona zwracała mi uwagę:

– Dlaczego musi pan nazywać to grzmotnikiem?

Tłumaczyłem jej obrazowo, a ona poważniała:

– Proszę nie nazywać tego, co robi pan w toalecie, „fontanną papieża”. Wiem, że papież jest dla pana tematem do żartów. Zdaję sobie sprawę, że Kościół katolicki to tylko osełka dla pańskiego dowcipu. Ale tak się składa, że ja ten Kościół bardzo szanuję i chociaż nie jest pan w stanie tego zrozumieć, to gdyby miał pan dla mnie odrobinę szacunku, uważałby pan w mojej obecności, co mówi o papieżu.

Przepraszałem ją, ale ona to ignorowała:

– Czasami naprawdę się zastanawiam, czy w ogóle liczy się pan z uczuciami innych.

Po czym odchodziła. A ja w końcu się nie dowiadywałem, po co stała pod grzmotnikiem, jeśli nie po to, żeby zepsuć humor nam obojgu.

Później, gdy sprawa się zaogniała, pani Convoy zaczynała od nowa:

– Niech pan będzie ze mną szczery. Liczy się pan z uczuciami innych? Ma pan dla mnie odrobinę szacunku?

Oczywiście, że miałem dla niej znacznie więcej niż odrobinę szacunku. Powiedzmy po prostu, że dzięki niej codziennie wszystko przebiegało zgodnie z planem i musieliśmy sprzątać pięć gabinetów naraz. Żeby zminimalizować stratę czasu i zmaksymalizować wydajność, w normalnych okolicznościach potrzebowałbym trzech, jeśli nawet nie czterech sumiennych higienistek. Ale miałem Betsy Convoy. Betsy Convoy, przy pomocy jednej czy dwóch tymczasowych pracownic, potrafiła obsłużyć całą piątkę foteli. Robiła prześwietlenia, prowadziła karty, usuwała kamień nazębny, piaskowała zęby, uczyła pacjentów właściwej pielęgnacji, sporządzała szczegółowe notatki dotyczące moich kolejnych egzaminów uzupełniających, nadzorowała personel i czuwała nad grafikiem. Większość dentystów by w to nie uwierzyła. Ale większość dentystów nigdy nie miała higienistki z prawdziwego zdarzenia, takiej jak pani Convoy.

– No więc? – pytała. – Dlaczego pan nie odpowiada?

Przeważnie jednak stałem spokojnie i patrzyłem, jak umiera. Lepiej, żeby była martwa – myślałem – niż żeby kręciła się w pobliżu. Nie znalazłbym nikogo na jej miejsce, ale kręcąca się w pobliżu Betsy Convoy to była prawdziwa kalwaria. Biedna Betsy. Nasza wydajność, profesjonalizm i duża część zysku były niewątpliwie jej zasługą. Internalizacja katolicyzmu i instytucjonalne rozczarowania, które uosabiała, doskonale służyły praktyce dentystycznej, gdzie poczucie winy jest często ostatnim sposobem motywowania mas. Wręczając szczoteczkę do zębów pacjentowi, którego przyjmowaliśmy charytatywnie, mówiła:

– Bądź wierny drobnej rzeczy.

Kogo byłoby na to stać? Ale wtedy, ni stąd, ni zowąd, wyobrażałem sobie, że posuwa ją od tyłu na jednym z foteli dentystycznych muskularny Murzyn.

– Oczywiście bardzo panią szanuję, Betsy. Co byśmy bez pani zrobili?

Później, już w barze, jeśli ja byłem ostatnim klientem, to ona była przedostatnim. I pytała:

– Chyba ma pan już dość, nie sądzi pan?

Odpowiadałem, a ona ciągnęła:

– Jak wróci pan do domu?

Wyjaśniałem, a ona kwitowała:

– Connie wyszła, mój drogi. Już dwie godziny temu. Chodźmy, musi pan jechać do domu.

Wsadzając mnie do taksówki, zagadywała jeszcze:

– Da pan sobie radę sam?

Odburkiwałem, a ona informowała taksówkarza:

– Mieszka na Brooklynie.

A co działo się później, tego nie wiem.

Potem wybieraliśmy się razem w jednorazową podróż, gdzieś daleko. Sprzeciwiałem się i mówiłem: „Nie ma mowy, do cholery”, ale jakimś cudem udawało jej się zwabić mnie do samolotu. Kiedyś polecieliśmy z JFK do New Delhi i z New Delhi na Biju Patnaik, a potem pojechaliśmy pociągiem pięćdziesiąt kilometrów w głąb lądu, gdzie spoceni chodziliśmy w upale kloacznymi ulicami, a pozbawieni rąk albo nóg żebracy utykali za nami o kulach, żałośnie prosząc o pieniądze. Przychodnię stanowiły nie więcej niż dwa fotele pod barowym parasolem. Przyjmowaliśmy, mając obok ludzi z rozszczepem podniebienia. Wystarczyło zobaczyć ich przy pracy.

Mówiłem do niej:

– To niewiarygodne, że zaciągnęła mnie pani do tego zapomnianego przez Boga kraju.

A ona zwracała mi uwagę, żebym nie wzywał imienia Pana Boga nadaremno.

Odpowiadałem:

– To może nie najlepsza okazja, żeby domagać się dla niego szacunku. Ile dobry Pan Bóg okazał go tym dzieciakom?

Martwica miazgi zęba, rany języka, różne narośle powstałe z powodu ropni, jak choćby wole. Mógłbym wymieniać dalej: przebarwienia, złamane zęby, zmartwiałe zęby, zęby rosnące jeden za drugim, rosnące krzywo, wyrastające z podniebienia, owrzodzenia, otwarte rany, ropne zapalenia dziąseł, suche zębodoły, zapalenia migdałków, nieuleczalna próchnica i niedożywienie wynikające z tego, że nie można jeść. Te delikatne dziecięce usta były bez szans. Człowiek o zdrowych zmysłach nie tkwi w takim miejscu z nadzieją, że pomoże. Człowiek o zdrowych zmysłach wsiada w pierwszy samolot i wraca do domu. Ja zostałem, ze względów podatkowych. Można było sobie odpisać sporą sumę. No i lubiłem pieczoną jagnięcinę. Takiej jagnięciny nie znajdzie się nawet na Manhattanie. Pani Convoy twierdziła, że mamy do wykonania dzieło boże.

– Ja jestem tu dla jagnięciny – odpowiadałem. A jeśli chodzi o dzieło boże, mówiłem: – Raczej je niweczymy.

Oburzała się na to. Twierdziła, że właśnie ze względu na nie zostaliśmy powołani do życia.

– Pesymizm, sceptycyzm, narzekanie i złość – sprzeciwiałem się. – Po to zostaliśmy powołani do życia. Chyba że człowiek urodził się tutaj. Tu jedynym celem życia jest cierpienie.

Do pani Convoy bardziej niż rozpoczęte dzieło przemawiały skończone biografie. Wszyscy ważni dla niej ludzie już nie żyli: Chrystus Zbawiciel, papież Jan Paweł II i doktor Bertram Convoy, kiedyś także dentysta. Betsy miała dopiero sześćdziesiątkę, ale wdową była już dziewiętnaście lat. Zawsze uważałem ją za osobę samotną, nawet chronicznie samotną. Ale tak naprawdę nigdy nie była sama. Była w trzyosobowym towarzystwie Ojca i Syna, i Ducha Świętego, a także nieskalanej Maryi Dziewicy; zbratana ze świętymi i męczennikami; duchem z papieżem w Rzymie; pełna szacunku dla swojego biskupa; w konfesjonale ze spowiednikiem; pomocna i niosąca pocieszenie wszystkim wiernym z parafii. Jeżeli Kościół katolicki był atakowany z powodu licznych swoich grzechów, w samej świątyni więzi nigdy nie były silniejsze, a Betsy Convoy nie potrzebowała współczucia z powodu wdowieństwa, samotności czy też pozornie pustego życia. Byłem przekonany, że nigdy nie umrze, a jeśli nawet, to choć jej pogrzeb będzie bardzo skromną uroczystością, ona sama szczęśliwie spotka się z wieloma bliźnimi w lepszym ze światów, zjednoczona z kochającym tłumem, podczas gdy na jej grobie będą stale leżeć wieńce z wiecznie żywych kwiatów.

Zamawiała książki. Koniec z szaleńczym planowaniem, Biuro z zerowym bilansem albo Dentysta wart milion dolarów. Tę ostatnią napisał niejaki Barry Hallow. Nawet nie był dentystą. Był konsultantem. Oto facet świeżo po szkole menadżerskiej, rozpaczliwie szuka dla siebie niszy, słyszy o chronicznych problemach nękających gabinety dentystyczne i staje się ekspertem. Zasiada przy biurku w Phoenix w stanie Arizona i pisze książkę. Jego sprawdzone metody mogą odmienić twoją praktykę, poprawić jej kondycję finansową, a nawet przedłużyć ci życie. A przede wszystkim – jak pisze – mogą pomóc ci osiągnąć szczęście. Hej, kto by nie chciał czegoś takiego? Cokolwiek mniej niż całkowite szczęście – to dobre dla nieudaczników, ludzi depresyjnych, starców tracących wzrok i młodocianych aktorów, którzy zamieniają się w dziwolągi. Tu nie ma na to miejsca, nie z Barrym Hallowem. „Planujemy nieudolnie, leczymy nieskutecznie, a rachunki wystawiamy nieefektywnie” – zakonkludowała kiedyś pani Convoy słowami Barry’ego Hallowa. Sprzeciwiłem się twierdzeniu, że leczymy nieskutecznie.

– Poświęcamy za mało czasu na instruowanie pacjentów w zakresie sposobów prewencji, co na dłuższą metę wyszłoby im na zdrowie – nie dała za wygraną.

– Na sposobach prewencji nie zarobimy – zauważyłem. – Prowadzimy klinikę stomatologiczną, nie kursy wieczorowe.

– Wiem, że nie prowadzimy…

– A poza tym – ciągnąłem – tak naprawdę poświęcamy cholernie dużo czasu na sposoby prewencji w związku z innymi zabiegami, ale trzeba pamiętać, z kim mamy do czynienia, Betsy. Z istotami ludzkimi. Leniwymi, krótkowzrocznymi tłukami, których próbuje pani nauczyć mycia zębów po czterech kieliszkach merlota w środowy wieczór. To nic nie da, choćbyśmy nie wiem jak gorliwie nauczali o sposobach prewencji za każdym razem, gdy łaskawie raczą sobie przypomnieć o wizycie i przywlec się tutaj jak dzieci wysłane po zabawki. To nic nie da.

– Ma pan kiepską opinię o ludziach – orzekła, a ja, ignorując ją, kontynuowałem:

– A przecież nie oczekujemy tak wiele. Ręce same sobie radzą, stopy mniej więcej też. Nozdrza od czasu do czasu wymagają trochę uwagi, zwieracz podobnie… i tyle. Odrobina troski o jamę ustną to nie tak wiele w zamian za dobrą zabawę. Szympansy iskają się przez całe dnie, żeby pozbyć się kleszczy i gnid. Ludzie mogliby być jak oni.

– Och, na miłość boską, chyba znowu pana poniosło. Proszę, niech mnie pan posłucha przez chwilę, Barry Hallow ma sprawdzone metody. Jeśli tylko wykona pan dwanaście kroków, które zaleca, to gwarantuje, że… Gdzieś tu je spisałam. „Wszystko po kolei. Zęby będą lśniły. A pacjent podpisze się na wykropkowanej linii”.

– Czysta poezja – skwitowałem. – Ten pajac nie jest nawet dentystą.

– Proszę mi pozwolić wprowadzić jego zalecenia w życie – zaapelowała.

– Czy to będzie wymagało dodatkowej pracy z naszej strony? – zapytałem.

– Tak, może wymagać trochę więcej pracy od niektórych z nas.

– Czy także ode mnie?

– Niewykluczone – odparła.

– Nie ma mowy – oświadczyłem.

Celowo nie udzielałem się w internecie. Nie miałem strony internetowej ani profilu na Facebooku. Ale gdy wpisywałem swoje nazwisko w Google, zawsze pojawiały się te same trzy opinie: jedna napisana przeze mnie, druga przez Connie, a trzecia przez Anonima. Nie myślcie, że nie wiedziałem, kim on jest. Dałem mu wiele okazji na uregulowanie rachunku. W końcu jednak musiałem wynająć egzekutora długów. Tak samo jak wy nie lubię takich ludzi. Traktują cię jawnie i na bardziej subtelne sposoby jak pieprzoną ofermę, aż w końcu tak masz dość ich protekcjonalności i ciągłego nachodzenia, że się z nimi dogadujesz i po dwóch latach wreszcie znowu zaczynają obsługiwać cię w Macy’s. Spotkaliście kiedyś egzekutora długów prywatnie? Jasne, że nie. Nikt nie spotkał. Bo wszyscy nagle zamieniają się menadżerów informacji telefonicznej albo rzeczoznawców firm ubezpieczeniowych. Więc tak, wiedziałem, co robię. Ale gość był mi dłużny osiem patyków. Wykonałem swoją robotę. Dzięki mnie… posłuchajcie tylko, dzięki mnie ten dupek mógł znowu normalnie jeść. Przynajmniej był mi winien zwrot kosztów. A on co? Facet dostaje terminarz spłat – po dwadzieścia dolców miesięcznie – i zaraz potem, oburzony, że ktoś zażądał od niego, aby zachował się honorowo, zamieszcza w internecie opinię na temat mojej usługi, którą nazywa niechlujną i za drogą. Na dodatek jeszcze twierdzi, że mam kozy w nosie! To nieprawda. Specjalnie oglądam sobie w lustrze dziurki od nosa, zanim usiądę przy pacjencie i się nad nim pochylę. To kwestia dobrych obyczajów. A teraz cały świat myśli, że mam kozy. Jeśli ktoś szuka w internecie nowego dentysty, to czy wybierze takiego, który zedrze z niego skórę za fuszerkę, pokazując mu przy tym kozy w nosie? Nie. Ale nie ma takiej instancji, sądu ani instytucji, do której mógłbym się odwołać i poprosić o usunięcie postu. Co miesiąc więc googlowałem samego siebie i kiedy pojawiała się opinia Anonima, jak zawsze do tej pory, przeklinałem głośno i czułem się ofiarą niesprawiedliwości, a wtedy pani Convoy mówiła: „To niech pan przestanie się googlować”.

Tymczasem pytała:

– Co pan ma przeciwko innym ludziom?

A ja odpowiadałem, że usiądę sobie w recepcji, w jednym z obrotowych foteli za kontuarem, zajmę się papierkową robotą albo czymś takim, potem podniosę znad niej głowę i zapytam: „Co mam przeciwko innym ludziom? Absolutnie nic”.

Wówczas ona stwierdzała:

– Alienuje się pan ze społeczeństwa.

Odwracałem się na fotelu i patrząc na nią, pytałem:

– Kto alienuje się ze społeczeństwa?

– Nie ma pan strony internetowej – odpowiadała. – I nie chce pan zarejestrować się na Facebooku. Jest pan nieobecny w internecie. A Barry Hallow pisze…

– I dlatego mi się zarzuca, że alienuję się ze społeczeństwa? Bo nie mam profilu na Facebooku?

– Chcę tylko powiedzieć, że Barry Hallow zachęca wszystkich, aby reklamowali się w internecie. Reklama w internecie gwarantuje lepsze obroty. To dowiedzione. Tylko to chcę powiedzieć.

– Nie, Betsy, nie to chce pani powiedzieć – odcinałem się. – Zupełnie nie to. Gdyby było tak, jak pani mówi, nie zarzucałaby mi pani, że alienuję się ze społeczeństwa.

– Mylnie rozumie pan moje intencje – odpowiadała na to. – Specjalnie je pan wypacza.

– Nie mam nic przeciwko innym ludziom, Betsy. Czy ich rozumiem? Nie. Nie rozumiem większości ludzi. Zadziwia mnie to, co robią. W tej chwili przebywają na dworze, grają w coś na trawie, pływają łódkami i tak dalej. I dobrze. Bo wie pani co, Betsy? Chętnie bym z nimi popływał. Tak, popływajmy sobie! Zjedzmy razem krewetkę!

– Matko Boska, Józefie święty! – wykrzykiwała. – Od kiedy rozmawiamy o jedzeniu krewetek? Żałuję, że w ogóle zaczęłam ten temat.

– Nie, niech pani nie odchodzi, Betsy, dokończmy tę rozmowę. Naprawdę myśli pani, że mógłbym tak sobie beztrosko stąd wyjść i iść popływać?

– Kto mówił, żeby iść pływać? – pytała.

– Mogę rzucić wszystko i iść się opalać, wspinać się na skałki, zbierać jabłka, kupować dywaniki, zamawiać sałatki i co wieczór wydawać pieniądze w tym samym miejscu, prać pościel, słuchać U2 i pić chablis?

– O czym pan mówi, na miłość boską? – niecierpliwiła się. – Próbowałam tylko pana przekonać do założenia strony internetowej i zarejestrowania się na Facebooku, żeby poprawić nasze dochody.

– Nie wiem, dlaczego nie mogę zrobić żadnej z tych rzeczy – odpowiadałem – ale nie mogę i już. Chciałbym je robić. Robić to wszystko, co wieczorami i w weekendy robią inni. Podczas wakacji. Podczas urlopu.

– Niech pan przestanie deptać mi po odciskach – rzucała. – Wie pan równie dobrze jak każdy, że to mała praktyka.

– A pani nie wie – mówiłem na to – jak bardzo lubię chodzić do baru i oglądać mecze? Nie wie pani, jak uwielbiam tę gromadę chłopaków, kolesiów, luzaków, którzy wołają do mnie „hej!”, gdy pojawiam się w drzwiach, wszystkich tych moich kumpli na stołkach barowych, którzy popijają piwko i razem ze mną oglądają mecz?

– Wracam do środka, bo muszę zająć się pacjentem – oświadczała. – Obawiam się, że będziemy musieli odłożyć tę rozmowę na później.

– Naprawdę bardzo bym chciał, Betsy, pokrzykiwać, gwizdać i wiwatować razem ze swoją bracią. Byłbym zachwycony. Ale ma pani pojęcie, ile uwagi trzeba poświęcić meczowi Red Soxów? Nawet zwyczajnemu, takiemu z sezonu zasadniczego?

– Postanowiłam zostać tu i słuchać, dopóki pan nie skończy – stwierdzała – bo czuję, że dotknęłam jakiejś pańskiej wrażliwej struny.

– Niech się pani jednak nie wydaje, że skoro mimo wszystko zrezygnowałem z towarzystwa wyluzowanych kumpli, nie boleję nad tym, co tracę. Niech się pani nie wydaje, że nie dręczy mnie świadomość straty czegoś, czego bardzo nie chciałbym stracić. Otóż dręczy. Uważa pani, że alienuję się ze społeczeństwa? Oczywiście, że się alienuję. To jedyny znany mi sposób, żeby nie przypominać sobie nieustannie, pod jakimi względami jestem wyalienowany ze społeczeństwa. To nie znaczy, że mam coś przeciwko innym ludziom. Czy im zazdroszczę? Oczywiście, że tak. Podziwiam ich? Bez przerwy. Przyglądam im się ukradkiem? Codziennie. Tylko że wciąż jakoś ich nie rozumiem. A lubić coś, czego się nie rozumie, bo jest się bez powodu od tego odizolowanym, pragnąć z tym czymś obcować… po co? Pytam panią, Betsy… po co?

– Czy już pan skończył? – pytała. – To chyba będzie najcięższa próba w moim życiu.

– A chce pani wiedzieć, czego nie rozumiem jeszcze bardziej niż zwyczaju pływania łódką i opalania się? Czytania on line o pływaniu łódką i opalaniu się! Byłem o krok od tego jeszcze przed pojawieniem się internetu. Muszę być jeszcze bliżej? Muszę teraz spędzać cały czas, w którym nie robię tego co inni, na czytaniu o tym, że oni to robią? Muszę przeglądać zdjęcia, na których to robią, komentować, jakie mają szczęście, że to robią, lajkować, przesyłać dalej, udostępniać te wszystkie rzeczy i czuć się jeszcze bardziej odizolowanym niż dotychczas? Skąd wzięła się ta myśl o lepszej komunikacji z innymi? Nigdy w życiu nie czułem się bardziej odizolowany. To tak samo, jak bogaci stają się jeszcze bogatsi. Ci skomunikowani komunikują się jeszcze intensywniej, podczas gdy ci odizolowani są izolowani w jeszcze większym stopniu. Nie, dziękuję bardzo, to nie dla mnie. Życie stanowiło wystarczające wyzwanie, Betsy, jeszcze przed Facebookiem.

– Wycofuję sugestię, że ma pan coś przeciwko innym – obrażała się – i nigdy już nie wystąpię z propozycją założenia strony internetowej ani zarejestrowania się na Facebooku.

Byłem dentystą, a nie stroną internetową. Byłem chodzącym mętlikiem, a nie marką. Byłem człowiekiem, a nie profilem. Oni chcieli ująć swoje życie w karby za pomocą listy zakupów i preferencji, zaleconych leków i przewidywalnych zachowań. To miał być obraz człowieka? To był obraz zwierzęcia w klatce.

Pytała:

– Kiedy ostatni raz był pan w kościele?

Odpowiadałem, a ona się dziwiła:

– To niemożliwe. Każdy był w kościele chociaż raz. Niech pan będzie szczery.

Byłem szczery, a ona się niecierpliwiła:

– Och, na miłość boską. Nikt nie wielbi małego niebieskiego krasnala. Po pierwsze, krasnale nie są niebieskie. Po drugie, wie pan równie dobrze jak wszyscy, że to nie krasnale stworzyły niebo i ziemię. Nie widzę żadnego powodu, żeby wierzyć w krasnale, natomiast widzę wiele, żeby wierzyć w Boga. Dostrzegam Boga na niebie i na ulicy. Jak pan może tu siedzieć i twierdzić, że nie czuje pan ręki bożej w tym, co dzieje się na świecie?

Tłumaczyłem jej, a ona odpowiadała:

– Nie można czuć ręki wielkiego wybuchu. Czy zawsze musi pan powoływać się na wielki wybuch, kiedy dyskutujemy o Bogu?

Wyjaśniałem, a ona mówiła:

– Ale nie można być dobrym za sprawą wielkiego wybuchu. Natomiast można być dobrym za sprawą Boga. Nie chce pan być dobry?

Odpowiadałem, a ona sarkała:

– To metafizyczny szantaż, mój drogi. Chcę, żeby mi pan odpowiedział. Uważa się pan za dobrego?

Potwierdzałem, tak, moim zdaniem jestem dobry. Wtedy ona odpowiadała, że musi się chwilę zastanowić, i kładąc mi rękę na ramieniu, pytała poważnym tonem:

– Czy dobrze się pan czuje? Dobrze się pan czuje?

Pani Convoy i ja dołączyliśmy do Connie przy komputerze. No tak, na ekranie widniała strona O’Rourke Dental. Więc są dwa O’Rourke Dental, pomyślałem wtedy. Biedna pani Convoy nic już nie rozumie i czeka ją rozczarowanie. Wtedy Connie kliknęła w zakładkę „O nas”. I oto pojawiła się nasza czwórka: Abby Bower, pomoc dentystyczna; Betsy Convoy, główna higienistka; Connie Plotz, kierowniczka kliniki; i ja, doktor Paul O’Rourke, lekarz stomatolog i ortodonta. To nie był inny O’Rourke Dental. To był nasz O’Rourke Dental, mój O’Rourke Dental.

– Czyja to robota? – zapytałem ostro.

– Nie moja – odpowiedziała Connie.

– Ani moja – odparła Betsy.

– Abby? – spytała Connie.

Abby, która z niewiadomych powodów kryła się za różową papierową maską, czym prędzej pokręciła głową.

– Ktoś musiał to zrobić – oświadczyłem.

Popatrzyły na mnie wszystkie.

– Na pewno nie ja – zaprotestowałem.

– To musiał być pan – orzekła pani Convoy. – Niech pan spojrzy, to my.

Ponownie spojrzeliśmy na ekran. Niewątpliwie to byliśmy my.

Zdjęcie pani Convoy w zakładce „O nas” na stronie O’Rourke Dental pochodziło z rocznika 1969 jej szkoły średniej, z ostatniej klasy; była to czarno-biała fotografia, na której podobała się sobie wystarczająco, by przeciw niej nie protestować, i mimo typowego dla okresu powojnia tapiru, rażąco już niemodnego pod koniec lat sześćdziesiątych, wyglądała młodo i całkiem ładnie. Podobizna ta jednak nie miała nic wspólnego z ostrzyżoną na jeża heterą, stojącą po mojej prawej stronie. Zdjęcie Abby było profesjonalnym portretem, błyszczącym i wyretuszowanym. Na co potrzebowała takiego portretu? Czyżby była aktorką? Ale skąd mogłem wiedzieć, nigdy o niczym ze mną nie rozmawiała. Wyglądała na tej fotografii efektownie i teatralnie – i też zupełnie nie przypominała samej siebie w realu. Connie nie miała zdjęcia na stronie, co dziwnie ją uraziło. Uznała to za dowód, że kierownicy kliniki czy biura się nie liczą. Moje zdjęcie było z rodzaju szpiegowskich, zrobiono je, gdy schodziłem po schodach – a konkretnie po schodach do metra na stacji przy Eighty-Sixth i Lex. Wyglądałem na nim jak poszukiwany przez FBI terrorysta.

– Czyja to robota? – powtórzyłem.

Trzy moje pracownice spojrzały na mnie niewinnie.

– To nie do przyjęcia – oznajmiłem.

– A mnie się podoba – sprzeciwiła się pani Convoy.

– Trzeba to usunąć.

– Co? Ale dlaczego? Właśnie czegoś takiego potrzebowaliśmy – oponowała dalej. – Ktokolwiek to zrobił, świetnie się spisał.

– Ktokolwiek to zrobił – powiedziałem – działał bez mojego pozwolenia, kierując się powodami, których nawet trudno mi się domyślić. Po co ktoś miałby coś takiego robić? To podejrzane. Wszyscy powinniśmy czuć się zaniepokojeni.

– Sam musiał pan to zrobić, tylko pan nie pamięta. A może wygrał pan tę usługę na cichej aukcji. Ach, tak, pewnie wyciągnęli pańską wizytówkę z misy.

– To mało prawdopodobne, Betsy. Dowiedz się, kto za tym stoi – poleciłem Connie.

– Jak? – zapytała.

Nie miałem pojęcia.

– Nie możesz gdzieś zadzwonić?

– Gdzie niby?

– To skandal – stwierdziłem.

U dołu strony znajdowała się tylko nazwa: Seir Design. Po wpisaniu w Google Seir Design pokazał się tylko jeden link, do strony z krótką charakterystyką usług świadczonych przez firmę i jej adresem elektronicznym: info@seirdesign.com. Natychmiast wysłałem do nich maila.

Napisałem:

Szanowni Państwo z Seir Design!

Nazywam się Paul C. O’Rourke. Jestem w właścicielem i szefem O’Rourke Dental przy Park Avenue 969 na Manhattanie. Uprzejmie proszę usunąć (zdjąć czy jak to się fachowo nazywa) stronę internetową mojej firmy, którą stworzyli Państwo bez porozumienia ze mną.

Czy mają Państwo w zwyczaju projektować strony internetowe dla osób, które o to nie prosiły? Czy może ktoś podał się za mnie i złożył takie zamówienie? Gdyby tak było, chciałbym się dowiedzieć, kto jest tym oszustem. Piszę do Państwa jako prawdziwy Paul C. O’Rourke, który nie życzy sobie strony internetowej. Mam nadzieję, że rozumieją Państwo, jakie to niepokojące – stwierdzić nagle, że ma się stronę internetową.

Czekam na szybką odpowiedź.

Czułem się dziwnie zagrożony i bezsilny. Przez cały dzień zaglądałem do skrzynki odbiorczej, ale nie dostałem żadnej odpowiedzi.

Co roku odnawiałem pakiet bejsbolowy oferowany przez DIRECTV i nagrywałem na staroświeckiej VCR każdy mecz Red Soxów. Miałem wszystkie od 1984 roku, z wyjątkiem tych, których nie udało się zarejestrować z powodu awarii prądu. Była to już moja siódma nagrywarka VCR; z obawy, że ich produkcja się zakończy, kolejnych siedem trzymałem w szafie. Przed każdym meczem jadłem to samo na kolację (kurczaka z ryżem) i tego wieczoru z nikim się nie umawiałem. Nigdy też nie oglądałem szóstej rundy.

– Dlaczego akurat szóstej? – spytała mnie kiedyś Connie.

– To taki przesąd.

– Ale dlaczego nie piątej albo siódmej?

– A dlaczego nie czwartej albo ósmej?

– Po co w ogóle ulegać przesądom, o to pytam.

– Ponieważ nieuleganie przesądom przynosi pecha – wyjaśniłem.

Jeśli kiedykolwiek w sezonie zasadniczym Red Soksi byli dziewięć albo więcej meczów do tyłu względem New York Yankees, jechałem Holland Tunnel do New Jersey, meldowałem się w hotelu Howard Johnson w North Bergen i oglądałem wieczorny mecz poza miastem, żeby przełamać złą passę swojej drużyny.

– Skoro tak nienawidzisz Jankesów – pytała Connie – to dlaczego przeniosłeś się do Nowego Jorku?

Odpowiedź była prosta.

– Żeby się przekonać, co to za miasto wydało takiego potwora jak kibic New York Yankees.

Chociaż od roku 2004 wszystko się dla mnie zmieniło, wciąż oglądałem Red Soxów, gdy tylko grali jakiś mecz. Robiłem to od tak dawna, że gdybym przestał ich oglądać, stanąłbym pośrodku salonu i nie wiedziałbym, co ze sobą zrobić. Och, było wówczas wiele innych możliwości. Więcej niż w jakimkolwiek innym okresie historii świata. I nie było miasta, które miałoby bogatszą ofertę rozrywek niż Nowy Jork. Mogłem kupić sobie kawałek pizzy. Pójść na sushi. Zamówić w barze z winami kozi ser i pić pinota, aż moją duszę przeniknęłoby uwielbienie dla bohemy oraz Billie Holiday i bym się upił, upiłbym się w trupa. Mogłem pójść do Brooklyn Inn i strzelić sobie portera. Po drodze znajdowało się z kilkanaście knajpek, do których mogłem wstąpić na drinka. Były bodegi i koreańskie sklepiki spożywcze, w których mogłem kupić świeże organiczne owoce i warzywa. Mogłem usiąść przy barze nowej włoskiej restauracji, z talerzem klopsików i butelką wina. Szaleńczo modne było wtedy piwko z beczki. Mogłem zamówić kufel takiego piwa. Albo zrobić coś totalnie nieoczekiwanego, jak wrócić do miasta, na Thirty-Fourth Street, i po wykupieniu biletu pojechać na taras widokowy Empire State Building – nie, Empire State Building był już zamknięty. O tej porze dnia wiele miejsc było już zamkniętych albo bliskich zamknięcia: muzea, galerie sztuki, księgarnie. Człowiek musiał się starać, żeby go to nie ograniczało. Do dyspozycji miało się jeszcze tyle innych atrakcji. Można było pójść do Starbucksa. Albo na bajgla. Albo na falafela. Znowu przyszło mi do głowy, że tak wiele rozrywek oferowanych przez Nowy Jork ma związek z jedzeniem i piciem. Czy byliście kiedyś w takim miejscu na ziemi, gdzie oprócz jedzenia i picia nie byłoby co robić? Czy miałem po przyjściu z pracy brać się do jedzenia i picia, jeść i pić przez cały wieczór, pochłaniać falafele, hot dogi i curry z kurczaka, spłukiwać to wszystko wielkimi ilościami piwa i niekończącymi się szklaneczkami whiskey, żeby potem w połowie drogi do łazienki stracić przytomność w swoim fotelu inwalidzkim Pride Freedom? Zdaje się, że tak. Ale nie. Trzeba przecież pamiętać o wszystkich innych rzeczach, dostępnych w tym mieście dla kogoś, kto chce wypełnić czymś czas i przydać mu znaczenia. Jakie na przykład? Na przykład możliwość obejrzenia filmu. W Nowym Jorku są wyświetlane wszystkie najlepsze filmy. Albo lepiej – można pójść na przedstawienie broadwayowskie. Tego nie zrobicie nigdzie indziej. Ale był to piątkowy wieczór w Nowym Jorku. I tylu innych ludzi zastanawiało się właśnie, co ze sobą w ten piątkowy wieczór zrobić, nie wspominając już o wszystkich turystach, którzy chcieli w tym mieście zrobić coś, czego nie mogli zrobić gdzie indziej. Bilety na najlepsze przedstawienia były już wyprzedane. Zresztą żeby się dostać na któreś z nich, musisz przez wiele tygodni przygotowywać się na spotkanie z tabunami turystów walącymi przez Times Square, żeby zaliczyć spektakl. Kiedy już uda ci się dostać na miejsce, dotrzeć do teatru, to przed wejściem pod markizą stoją tłumy, pierwszy akt ciągnie się w nieskończoność, a podczas przerwy, kiedy zapalają się światła, każdy, wstając, rozciągając się i wyrażając swoją opinie na temat tego, co właśnie widział, zastanawia się głośno, dlaczego w piątkowy wieczór jesteś sam ze sobą. Nie zamierzałem więc wystawiać się w piątkowe wieczory na ciekawskie spojrzenia. Z czwartkowymi wieczorami nigdy nie miałem problemów. Problemy miałem z piątkowymi, sobotnimi, niedzielnymi, poniedziałkowymi, wtorkowymi i środowymi. W te wieczory skazany więc byłem na jedzenie i picie. Miasto nie miało mi prawie nic innego do zaproponowania, a jeśli takie duże miasto nie ma nic do zaproponowania, wyobraźcie sobie, co musi się dziać w innych, mniejszych miastach albo na przedmieściach, albo w prowincjonalnych miasteczkach, gdzie większość mieszkańców stanowią urzędnicy albo farmerzy. Wtedy w końcu zrozumiecie, dlaczego ten kraj stał się ojczyzną otyłych alkoholików oraz pielęgniarek i terapeutów, którzy się z nimi zajmują. Wleczemy się ulicami zgarbieni. Nasze zwały tłuszczu zamieniają się w nienazwane jeszcze części ciała. Zjadamy siebie samych za życia, a nasze groteskowe fizyczne zniekształcenia rosną wprost proporcjonalnie do deficytu federalnych i dyskontowych sklepów z bronią. Na całej prowincji nie ma do roboty nic innego, jak tylko jeść, pić i strzelać, a jeśli za sprawą rozporządzeń władz miejskich jest się ograniczonym do jedzenia i picia, równie dobrze można obejrzeć mecz. I tak właśnie robiłem. Zawsze tak robiłem: kupowałem żarcie na wynos i oglądałem mecz – co zresztą wcale nie było takim złym rozwiązaniem. Przynajmniej mogłem na jakiś czas zapomnieć o stronie internetowej, którą stworzono i zawieszono wbrew mojej woli, i nie myśleć, również przez jakiś czas, o swojej bezradności wobec jej zarządców z Seir Design. Tamtego wieczoru graliśmy z Tampa Bay Rays i ze wszystkich sił starałem się skupić. Cała sztuczka polegała na tym, żeby przestać myśleć o tych rozmaitych możliwościach, które zaprzepaściłem, wybierając mecz, możliwościach, które przychodziły mi do głowy właśnie teraz, gdy gra już się zaczęła i żarcie zostało zamówione, licznych możliwościach, związanych z ludźmi, przedsiębiorczością i wyraźnym poczuciem dziania się. Zaliczały się do tego różne zawodowe imprezy, na które zapraszano mnie prawie każdego wieczoru. Czy jednak naprawdę chciałem w piątkowy wieczór być na imprezie zawodowej? Ostatnimi ludźmi, z którymi mam ochotę przebywać, jest banda nudnych dentystów – myślałem zawsze, gdy dostawałem zaproszenie na taką imprezę, i uznawałem ją za kompletną stratę czasu, aż do wieczora, w który impreza się odbywała. Wtedy znowu siedziałem w domu sam, oglądając mecz i czekając na zamówione żarcie. Wówczas impreza zawodowa jawiła mi się w zupełnie innym świetle. W przeciwieństwie do mnie ci wszyscy nudni dentyści mieli w piątkowy wieczór coś innego do roboty niż oglądanie meczu bejsbolowego, i to meczu sezonu zasadniczego. W przeciwieństwie do mnie mogli prowadzić ciekawe rozmowy, poznać kogoś niespodziewanego albo dowiedzieć się o jakichś nowych technikach służących zdrowiu pacjenta. Już samo to sprawiało, że mój wieczór wiele o mnie mówił. Świadczył o zamkniętym umyśle, niechętnym nastawieniu do nowych możliwości, kiedy dwa tygodnie wcześniej, a może nawet zaledwie tydzień, otrzymałem zaproszenie i odrzuciłem je lekceważąco, bo tego wieczoru w telewizji miał być mecz. Wtedy nigdy nie wychodziłem z domu, mimo że nagrywałem mecze i zawsze mogłem je obejrzeć później, bo taki wieczór był dla mnie święty, a gdybym zrezygnował z czegoś świętego, to gdzie bym skończył i z czym? Prawdziwe oddanie wymaga cierpienia. Jeśli moje oddanie Red Soxom osłabło po ich niezwykłym powrocie na scenę podczas rozgrywek ligi amerykańskiej w 2004 roku, prawdziwie historycznym comebacku, i to po meczu z Jankesami – obiektywnie chyba najbardziej prostacką i napiętnowaną drużyną w historii sportu, z tym tak dobrze znanym ohydnym logo w postaci splecionych ze sobą N i Y, widocznym w każdym mieście na świecie, symbolem tak obraźliwym, że da się go porównać tylko z nazistowską swastyką, a jednak wciąż przez wielu uważanym za dobrotliwy, godny podziwu czy wręcz uwielbienia, co tylko świadczy o zdolności człowieka do ulegania masowej iluzji – więc jeśli moje oddanie Red Soxom osłabło od czasu, gdy dowalili Jankesom, pokonali Cardinalsów w World Series i zakończyli osiemdziesięciosześcioletni okres posuchy, w którym nie zdobyli tytułu mistrzów świata, trzydzieści lat mojego oddania nie byłoby prawdziwym oddaniem, gdyby nie wymagało ode mnie ofiary, prawdziwej ofiary, ofiary oznaczającej cierpienie. Dlatego oczywiście zrezygnowałem z imprezy zawodowej i zasiadłem w skórzanym fotelu z piwem i curry, aby zobaczyć, jak nasi zagrają z Raysami. Był to tylko mecz sezonu zasadniczego, i to akurat z Raysami, słabą, trzeciorzędną drużyną. Jego wynik, choć potencjalnie mógł odegrać pewną rolę w dalszej części sezonu, w przypadku dzikiej karty5, tego wieczoru był całkowicie nieistotny. To był tylko kolejny mecz bejsbolowy sezonu zasadniczego, jeden z tysięcy, które ogląda się w życiu, mecz o wyjątkowo niską stawkę i niezasługujący na żadne prawdziwe zaangażowanie emocjonalne. Spytajcie normalnego człowieka, który nie jest fanem sportu, ile znaczy dla niego mecz bejsbolowy sezonu zasadniczego, to wam powie: nic. Mniej niż nic. Wystarczyło więc tylko, żebym pomyślał o tych wszystkich ludziach, którzy nie są fanami sportu, i ich bogatych planach na wieczór, a wówczas całkowicie paraliżowała mnie wizja wolnego świata na początku weekendu, z jego możliwościami i szerokim wyborem kuszących rozrywek, podczas gdy przed moimi oczami rozgrywały się kolejne pozbawione emocji i znaczenia rundy. Jednak potem na boisku coś się działo, nic nadzwyczajnego, na przykład podwójny aut albo spokojne rozwinięcie no-hittera, i znowu ogarniało mnie dawne podniecenie, wszystkie te mimowolne emocje, i wrażenie tajemnicy, jak wtedy, kiedy miałem sześć czy siedem lat i patrzyłem na ojca oglądającego mecz ze wzrokiem wbitym w telewizor, gdy koloru dostarczało bakelitowe radio. Miał do dyspozycji wygodną kanapę, z tymi wszystkimi poduszkami, a jednak siedział na brzegu głębokiego fotela, jakby obserwował trudne lądowanie statku kosmicznego powracającego z misji. Mówił do mnie Paulie. „Paulie, biegnij do lodówki i przynieś mi piwko”. „Paulie, uważaj, teraz, szósta runda, Paulie, oglądaj, to mi powiesz, co się działo”. „Przegraliśmy, Paulie, kolejna porażka, cholera jasna, tak to jest z tymi ofiarami, nie możesz na nich liczyć, na tych dupków”. Zawsze kiedy zasiadał do oglądania meczu, brał mnie na kolana, ale już przed końcem pierwszej rundy zupełnie zapominał o moim istnieniu. Ja, przeciwnie, byłem wyczulony na każdy jego ruch, na dźwięk sprężyn złotego fotela, które skrzypiały za każdym razem, kiedy nerwowo zmieniał pozycję. Były tak wykończone jak sterany koń pociągowy, ale tak samo godne zaufania; śpiewały pieśń o jego nieznośnym napięciu, rozpaczy nie do wytrzymania. Liczył punkty meczowe, notując je na kartce, którą kładł na jednym z płaskich oparć fotela. Krople wody z oszronionej puszki narragansetta spływały na tani dywan. Ojciec był tak zaangażowany w grę, że równie dobrze mógłby siedzieć na ławce rezerwowych. Podnosił się i opadał, podnosił się i opadał, krążył przed telewizorem tam i z powrotem; obgryzał paznokieć kciuka, nienaturalnie wykręcając rękę; podrygiwał nogą, co napawało mnie strachem; rzucał się na kolana i patrzył w ekran razem ze mną. Przyglądałem mu się kątem oka. Naśladowałem jego miny. Skalowałem swoje reakcje, aby dostosować się do jego nastrojów i stopnia ich natężenia, gdy z powodu wydarzeń na boisku wszyscy kibice zrywali się na nogi. Jego emocje mnie przytłaczały. Kim byli ci bostońscy Red Soksi? Czym był świat? Każdy rzut stawał się kwestią życia i śmierci, każde odbicie szansą na spełnienie marzeń. I o czym my tu mówimy? O zwykłym meczu bejsbolowego sezonu zasadniczego. Czyli o niczym. Mniej niż niczym. Jak bardzo kochałem tego przerażającego człowieka. Był taki zdumiewający i dobry, dopóki któregoś dnia nie usiadł w wannie, nie zaciągnął zasłonki i nie palnął sobie w łeb.

Tamtego wieczoru przegrywaliśmy. Zajmowaliśmy pierwsze miejsce w American League East, wyprzedzając Jankesów o półtora meczu, a przegrywaliśmy ze średniakami, jakimi byli Raysi. Sprawy miały się kiepsko, ale to nie było złe. Bo dawało nam szansę na powrót do czołówki, a tylko takie zwycięstwo mnie satysfakcjonowało. W końcu jednak nie udało nam się wrócić do czołówki. Piętnastego lipca 2011 roku przegraliśmy z tymi łajzami Raysami sześć do dziewięciu. Totalnie zniesmaczony, wyłączyłem telewizor. Zatrzymałem nagrywanie, przewinąłem taśmę, opisałem ją i wstawiłem na półkę obok innych. Potem poszedłem do łóżka.

Obudziłem się za piętnaście trzecia. Nie mogłem w to uwierzyć. Prawie cztery godziny nieprzerwanego snu. Tak naprawdę niewiele ponad trzy, ale wolałem myśleć, że cztery. Nie udawało mi się tyle przespać od – ilu? – trzech czy czterech tygodni, więc teraz leżałem w łóżku zadowolony i niemal wypoczęty. Musiałem jednak podjąć decyzję: wstać czy postarać się zasnąć ponownie? Co trzy czy cztery tygodnie mogłem postarać się zasnąć jeszcze na godzinę czy dwie, żeby w sumie przespać pięć–sześć godzin. Co prawda, razem byłoby tak naprawdę cztery czy pięć, ale wolałem myśleć, że pięć–sześć. Po takich nocach było zawsze: „Dzień dobry, Abby. Dzień dobry, Betsy. Dzień dobry, Connie”. Leżałem więc w łóżku i próbowałem zasnąć ponownie, ale najpierw przeszkadzały mi myśli o tym, jakie to frustrujące, kiedy przegrywamy z takimi łajzami jak Raysi, a potem o tym, jak samotnie spędziłem ostatni wieczór. Jak zrezygnowałem ze wszystkich innych możliwości, wybierając zwykły mecz bejsbolowy sezonu zasadniczego i teraz, za piętnaście trzecia, było już za późno, żeby zdecydować się na coś innego. Noc była tak ciemna, jak tylko to możliwe, i od myślenia o ciemnościach i zmarnowanych szansach przeszedłem do refleksji na temat tego, że ta noc może być podobna do mojej ostatniej nocy na tym świecie, kiedy już wszystkie szanse, nie tylko te dotyczące konkretnego wieczoru, zostaną zmarnowane. Każda noc była dla mnie nocą niezliczonych zmarnowanych szans, straconego życia, zaprzepaszczonych możliwości otwarcia się, poznania czegoś nowego, odzyskania nadziei i życia. O tym myślałem, kiedy próbowałem zasnąć ponownie. W mojej głowie, czyli miejscu, w którym żyłem, wybuchały wojny, rzeki występowały z brzegów, lasy zajmowały się ogniem, oceany wdzierały się na ląd, sztormy zagarniały ziemię na dno morza, tak że do końca świata pozostawało tylko kilka dni czy tygodni, kiedy wszystkie te cuda, które na nim dokonaliśmy, miały stać się ciemnością na szerokim horyzoncie wszechświata. W tej sytuacji nie było szansy, żebym znowu zasnął. Wstałem więc z łóżka. Zajrzałem do poczty elektronicznej. Wciąż nie było odpowiedzi od Seir Design. Zaparzyłem sobie kawę i zrobiłem jajecznicę. Usiadłem w kuchni, znowu jedząc i pijąc, jedząc i pijąc, żeby dostarczyć sobie energii na kilka godzin, jak zawsze dostarczając sobie energii przez jedzenie i picie, albo jedząc i pijąc, żeby nie myśleć o tym, jak zupełnie bezsensowne jest dostarczanie jakiejkolwiek energii. Byłem jeśli nie jedynym bezsennym człowiekiem w mieście, to jedynym bezsennym o tej porze, który zasnął wtedy, kiedy ja zasnąłem, i który nie mógł zasnąć ponownie. Może, jakimś cudownym zbiegiem okoliczności, ta noc okazała się szczęśliwa także dla innych cierpiących na bezsenność i teraz tylko ja jeden z nich nie spałem, siedząc samotnie w kuchni, mając przed sobą wiele godzin do świtu, pozbawiony jakichkolwiek możliwości i zachodzący w głowę, co ze sobą zrobić. Zastanawiałem się, czyby nie zadzwonić do Connie, ale musiałbym w tym celu wziąć swoją egocentralę i przekonać się po raz kolejny, że do mnie nie dzwoniła – ani nawet nie esemesowała – a to z kolei sprawiłoby, że zacząłbym się zastanawiać, co takiego porabia, gdy do mnie nie dzwoni ani nie esemesuje. Doszedłbym do wniosku, że może w tej chwili, w której mogłaby do mnie dzwonić albo esemesować, nie robi ani jednego, ani drugiego i według wszelkiego prawdopodobieństwa w ogóle o mnie nie myśli. I nie miałoby żadnego znaczenia, że pewnie właśnie śpi. A gdybym nawet do niej zadzwonił, to co bym jej powiedział? Nie mieliśmy już sobie nic do powiedzenia. Wszystko, co mogło zostać powiedziane, zostało powiedziane. Nie było sensu dzwonić do Connie. Zadzwoniłem mimo to, ale nie odebrała. Było jeszcze ciemno. Pewnie nadal spała. Rozłączyłem się. Potem zdjąłem nagraną wieczorem kasetę z półki, wsadziłem ją do odtwarzacza i od nowa oglądałem mecz aż do świtu, przewijając te wszystkie zmarnowane akcje, i ponownie nie mogąc się nadziwić, jak mogliśmy przegrać tak beznadziejnie z tymi łajzami Raysami.

3

W poniedziałek usiadłem obok Connie za kontuarem w recepcji. Prawie nigdy nie siadałem obok niej, póki nie zaczynała wcierać kremu w dłonie. Patrzyłem, jak go wciera. Jej ręce przypominały nasmarowane zwierzątka odbywające taniec godowy. Zresztą nie była odosobniona: wszędzie ludzie trzymali tubki kremu w biurku albo na biurku i tamtego ranka wszyscy wcierali go w dłonie. Nie wiedziałem, o co w tym chodzi. Nie lubię nie wiedzieć, o co chodzi, ale tamtego dnia nie miałem pojęcia, zupełnie. Gdybym tylko mógł zostać takim kremującym – pomyślałem – ileż innych drobnych przyjemnych gestów, wykonywanych przez cały dzień, stałoby się moim udziałem, i cała ta izolacja, cała ta alienacja i pogarda po prostu by zniknęły? Ale nie mogłem. Nie znosiłem tego wrażenia lepkości, które nie znikało nawet po całkowitym wtarciu kremu i którego nie można się było pozbyć przez dalsze wcieranie. Dochodziłem do granicy wytrzymałości i nie miałem już ochoty na nic, co służyłoby zdrowiu albo próżności, ale na pewno nie byłoby przyjemne. Uważałem, że to obrzydliwe. Ta mała zaschnięta porcja kremu u wylotu tubki – to było naprawdę obrzydliwe. Jednak najwyraźniej stanowiło element całego tego rytuału. Dlaczego zawsze byłem kimś z zewnątrz, kto zagląda do środka, zawsze kimś spoza? Bo jak mówię, Connie nie była odosobniona. W gabinetach lekarskich, kancelariach prawnych i agencjach reklamowych, w kompleksach przemysłowych, centrach dystrybucji i stolicach państw, w placówkach strażników leśnych i nawet w barakach wojskowych ludzie nawilżali sobie dłonie. Posiedli jakiś sekret, byłem tego pewny. Na pewno spali kamiennym snem. Grali w softball. Chodzili na spacery, z psem drepczącym obok, wieczorem opowiadali sobie nawzajem o wydarzeniach dnia. To było przerażające. Ich relaks przepełniał mnie strachem. To takie łatwe, takie naturalne. A jednak człowiek musiał się zastanowić: skąd ta mania, ta paląca potrzeba, żeby nacierać sobie ręce przez cały dzień pracy? Dłonie Connie wykonywały taniec godowy i spółkowały, wcierając lepki krem aż do cieniutkiej, równo rozprowadzonej warstewki na skórze. Było w tym coś niemal groteskowego, co należałoby robić na osobności. I niepotrzebnego. Connie miała ładne dłonie. Można by pomyśleć, że tylko ręce starych ludzi potrzebują nowej warstwy kremu. Są kościste i żylaste, mają plamy wątrobowe i cienką skórę, wyraźnie umierają. Siedziałem przy pacjentce, naprzeciwko Abby, która czekała, żeby podać mi narzędzie, i patrząc na dłonie tej kobiety, dłonie starej kobiety, skupionej na trzymaniu otwartych ust w świetle reflektora, oraz wskazując plamki i przebarwienia na skórze, pytałem:

– Temu Connie próbuje zapobiec?

Abby, jak to Abby, nie miała zdania na ten temat. Och, to znaczy miała zdanie, na ten i inne tematy, jestem tego pewien, tyle że nie chciało jej się go wyrazić przez różową papierową maskę. Chociaż sądzę, że chętnie by je wyraziła pod moją nieobecność. Byłem przekonany, że w którymś punkcie dnia Abby życzyła mi, abym dostał wylewu i został sparaliżowany. Wtedy wreszcie mogłaby swobodnie wyrzucić z siebie wszystko. Moje ruchome gałki oczne, zapadnięte policzki, usta niezdolne do przełknięcia śliny stanowiłyby dla niej tylko zachętę i leżąc bezwładnie na podłodze, po raz pierwszy usłyszałbym w końcu całą prawdę i tylko prawdę, bez cenzury. Wciąż zajęty pacjentką na fotelu, zapytałem:

– A ty kremujesz ręce, Abby?

Spojrzała na mnie.

– Czy kremuję ręce?

– To chyba bardzo ważne… nawilżać dłonie? – wyjaśniłem. – I inne części ciała.

I inne części ciała! Z moich ust przez przerwy wylewały się obrzydliwe głupoty! Najobrzydliwsze, niby niewinne głupoty z aż nadto czytelnym podtekstem! Abby nigdy by czegoś takiego nie powiedziała, ale tak pomyślała, tak pomyśleliśmy oboje – i pewnie to stare babsko na fotelu też.

Kremując ręce, Connie w pewnym momencie jakby zmieniała tempo. Całe to maniackie wcieranie zamieniało się w coś delikatniejszego, bardziej świadomego. Dochodziła do etapu, w którym krem, wchłonięty przez skórę, przestawał być śliski i utrudniał ruchy. Już więcej go nie wyciskała. Teraz wcierała go bardziej starannymi ruchami, skupiając się oddzielnie na każdym palcu i jasnej błonie między nimi. Składała dłonie jak do zmysłowej modlitwy, a potem je rozłączała, żeby zająć się kciukiem, a wszystko to robiła tak cierpliwie jak bejsbolista wcierający oliwę w nową rękawicę. Kończyła (częściowo poświęcając uwagę już jakiejś nowej czynności) serią zrytualizowanych, całkowicie bezdźwięcznych uścisków dłoni, ujmując jedną z nich w drugą, a potem odwrotnie, i tak dalej, co wprawiało każdego postronnego obserwatora w nieopisane zadowolenie, że oto została wykonana kolejna dobra robota. Powiem bez przesady, że doprowadzało mnie to do łez. Przyznaję, że osoba wykonawcy nie była tu bez znaczenia. Obserwowanie Big Jima Rangera w trakcie tej czynności nie doprowadziłoby mnie do łez. Udawało się to tylko Connie i zawsze żałowałem, że nie rozumiem w bardziej intuicyjny i intymny sposób tych wszystkich drobnych zmór, które ludzie wokół mnie usiłowali uspokajać pokrzepiającymi rytuałami, tak łatwymi do zbagatelizowania jako puste i świadczące o próżności.

– Znowu to robisz – powiedziała, nie podnosząc wzroku.

– Co takiego?

– Przyglądasz mi się. Uprzedmiotawiasz mnie.

– Wcale cię nie uprzedmiotawiam.

– Zawsze mnie uprzedmiotawiasz – odparła. – Idealizujesz mnie, a gdy się okazuje, że nie jestem idealna, czujesz się rozczarowany. Masz do mnie pretensję, że nie jestem boska. To męczące.

– Uwierz mi – sprzeciwiłem się. – Jeśli ktoś tu wie, że nie jesteś idealna, to właśnie ja.

– To dlaczego tak się zachowujesz? Dlaczego mnie obserwujesz? Nie znudziło ci się to jeszcze? Zwłaszcza że wyraźnie powiedziałeś, jak bardzo nie spełniam twoich oczekiwań.

– Kiedyś uważałem, że jesteś idealna, ale to było dawno temu.

– Więc proszę, przestań się na mnie gapić.

– Szkoda, że nie nauczyłaś mnie tego o kremowaniu – zauważyłem.

– O kremowaniu?

– Uhm, czemu to służy.

– Przecież wiadomo, czemu służy – zdziwiła się. – Wcierasz krem, żeby było przyjemniej.

– Mnie nigdy nie robi się przyjemniej. Zawsze mam wrażenie, że się od niego lepię.

– Bo trzeba go dobrze wetrzeć. Gdy się wchłonie, od razu jest ci przyjemniej. Ręce stają się miłe w dotyku. Nawilżone.

– Ale co to da, skoro i tak w końcu staną się kościste i żylaste, z plamami wątrobowymi i cienką skórą?

– Bo tak się je pielęgnuje przedtem – wytłumaczyła, odwracając się wreszcie i klepiąc mnie w czoło rozłożoną dłonią. Potem znowu się odwróciła i spojrzała w górę, ku Bogu, wykonując zamaszysty błagalny gest, który byłby nawet śmieszny, gdyby nie trwał tak długo. – Wyciśnij trochę kremu na rękę, wetrzyj go i sprawdź, czy twoje ręce nie staną się milsze w dotyku.

– Nie, dziękuję – odrzekłem.

– Nie chcesz, bo gdybyś to zrobił, mogłoby ci się spodobać. A broń Boże, żeby coś ci się spodobało, bo przecież wiesz, co będzie dalej, wiesz, że w końcu twoje ręce pokryją się plamami wątrobowymi i umrą. Lepiej nic nie robić niż robić, poczuć przyjemność, nawet gdyby miało się ją w końcu utracić.

Wstałem i odszedłem. Ale zaraz wróciłem.

– Nie oddzwoniłaś – rzuciłem.

– Przestań do mnie dzwonić, Paul.

– To dlatego, że była noc. W nocy nie jestem sobą.

– Noc to tylko część problemu.

– Czasami próbuję się z tobą skontaktować drogą esemesową.

– Nie dostałam od ciebie ani jednego esemesa.

– Esemesowanie jest dobre dla dzieci, nie znoszę pisania esemesów, bolą mnie od tego palce. Ale to nie znaczy, że nie próbuję.

– Nieważne, telefon czy esemes, Paul. O tej porze w nocy sygnalizujesz jedno i to samo.

– Nie dzwoniłem, żeby cię odzyskać – zaprotestowałem. – Przecież powiedziałem, że możemy zostać przyjaciółmi. A przyjaciele do siebie dzwonią.

– Nie odzyskasz mnie – oznajmiła. – Nie wrócimy już do siebie.

– Wcale nie po to dzwoniłem.

– To po co?

– Bo była noc.

Spojrzała na mnie po raz drugi.

– To już nie mój problem.

Powiedzenie „chodzić na pasku” chyba dobrze oddaje sytuację. Stwarza pewien obraz. Od razu wyobrażacie sobie mięczaka, cieniasa. Zdejmuje jaja i odkłada jak protezę na szafkę nocną, żeby przytulić się do królowej Nefretete i obejrzeć Bezsenność w Seattle. Jeśli to wam odpowiada, proszę bardzo. Co do mnie, jeśli już robię coś romantycznego, musi to mieć coś wspólnego z krwią, gorączką i ryzykiem więzienia. Nie chodzę na pasku. Staję się zakładnikiem cipki. Staję się zakładnikiem cipki i tylko liczę, że uda mi się ujść z życiem. Co cię nie zabije, to cię wzmocni, jak mówią – możecie więc spodziewać się ostrego łomotu ze strony modliszki, która w końcu załatwi was na cacy.

Być zakładnikiem cipki oznacza, że pojawiasz się pod jej drzwiami bez zapowiedzi. Że dzwonisz do niej o każdej porze. Wyskakujesz z „kocham cię” o wiele za szybko, już na drugiej randce, i potem za często to powtarzasz. Kiedy mi mówią, że za bardzo przyspieszam sprawę, zginam się wpół, a potem wysyłam im kwiaty i owoce. Być zakładnikiem cipki to wierzyć, że wreszcie znalazłeś to, czego do tej pory brakowało w twoim życiu. Kobiety, w których się zakochuję, wypełniają wielką pustkę i mam świadomość, że zostanę z niczym – mniej niż niczym, zwłaszcza że już wiem, na czym polega zaspokojenie – jeśli nie wypełnią jej na zawsze. Strach przed ich utratą skłania mnie do całego szeregu desperackich zachowań, które w sposób nieunikniony każą im szukać drzwi. Byłem zakładnikiem cipki zaledwie czterokrotnie, nie licząc tych kilkunastu razy, gdy stawałem się nim częściowo czy na krótki czas: jako pięciolatek, dwunastolatek, dziewiętnastolatek i wreszcie kiedy poznałem Connie, którą zatrudniłem jako trzydziestosześciolatek (ona miała dwadzieścia siedem lat). W każdym przypadku – może z wyjątkiem pierwszego razu, kiedy byłem jeszcze taki młody, że niewiele z tej przygody pamiętam oprócz jej imienia (Alison), tego, że trzymaliśmy się za ręce i że potem długo płakałem pod zaśmieconymi trybunami – jako zakładnik cipki nie byłem w stanie pozostać sobą. Mam tu na myśli wszystko, co stanowi o mnie: moje sukcesy w szkole, kibicowanie Red Soxom, stanowcza wiara w nieistnienie Boga. To wszystko znikało, pozostawiając po sobie… co takiego? Czy tu był jakiś człowiek? Jedyne, co potrafiłem jeszcze w sobie odnaleźć, to niezachwiane pragnienie. Ta dziewczyna czy też kobieta – najpierw Alison, potem Heather Belisle, później Sam Santacroce i w końcu Connie – absorbowała mnie do tego stopnia, że nie potrafiłem powiedzieć o sobie nic więcej niż: jestem Paul, który kocha Alison, albo Paul, który kocha Connie. Oczywiście początkowo im to pochlebiało, że ktoś tak dziko się nimi interesuje, ale wkrótce zapominały o tym i zaczynały się dusić w atmosferze zaborczości, zazdrości, niepowstrzymanych i bezkrytycznych zachwytów oraz obsesji, która przerażała ich rodziców i przyjaciół. Wszystko, co szanowałem i ceniłem, zanim się zakochałem, szło w odstawkę i zaczynałem wydawać się sobie – a także niewątpliwie obiektom mojego pożądania – męczącym maniakiem, który nie oferuje im w zamian niczego do kochania. Nie trzeba mówić, że żadna z tych fascynacji nie trwała długo. Jeśli chodzi o Alison, to już zreferowałem wszystko, co pamiętam. W Heather zakochałem się wkrótce po śmierci ojca i gdy teraz na to patrzę, wydaje mi się, że w tym wszystkim chodziło bardziej o Roya Belisle’a, ojca dziewczyny, który był trenerem naszej koedukacyjnej drużyny bejsbolowej, jeździł pikapem i miał naprawdę świetne żylaste ramiona, niż o jej mokry język, nową dla mnie podnietę. (Nie mogłem sobie wyobrazić pana Belisle’a, siedzącego w ubraniu w suchej wannie i patrzącego godzinami na pożółkłą fugę, a potem wysyłającego mnie do sklepu po parę butów do biegania, które ukryłby przed panią Belisle, wykopawszy wielki dół na tyłach osiedla). Przez cały długi weekend, w który wypadał Presidents’ Day6, obściskiwałem się z Heather w garażu, podziwiając podczas posiłków żylaste ramiona pana Belisle’a i patrząc, jak kręci gałkami policyjnego radia. Wszystko to nagle się skończyło, kiedy we wtorek zaczęła się szkoła i Heather rzuciła mnie dla chłopaka z fryzurą na jeża. Byłem zaskoczony, zraniony i zawstydzony, a zwłaszcza bolałem nad tym, że Heather zabrała język – pierwszy język, który smakowałem i który przynajmniej częściowo sprawił, że zostałem dentystą, bo oto objawiły mi się usta ze wszystkimi swoimi cudami – oraz czułem złość, że kapryśny i nieprzejednany los odebrał mi najpierw tatę, a teraz pana Belisle’a. Zrobiłem to, co każdy by zrobił: przeszedłem dwanaście mil do galerii handlowej, wsiadłem na tylne siedzenie niezamkniętego pikapa, przejechałem ze swoim niczego nieświadomym kierowcą kolejnych kilkanaście mil, odczekałem jakiś czas w garażu, zakradłem się do domu ukochanej, znalazłem szafę, zwaliłem konia, zasnąłem, a rankiem zaskoczyłem całą rodzinkę przy śniadaniu.

Bycie zakładnikiem cipki w przypadku Samanthy Santacroce okazało się znacznie poważniejszym wyzwaniem i w jego efekcie zostałem relegowany z Uniwersytetu Maine w Fort Kent, z pewnymi ograniczeniami dotyczącymi poruszania się w przyszłości po terenie kampusu. Sam i je chodziliśmy ze sobą jedenaście tygodni, podczas których oboje się zorientowaliśmy, że nasze dusze wreszcie się przebudziły, a serca po raz pierwszy poznały, co to uczucie. Od razu staliśmy się nierozłączni, tak planowaliśmy przejście z jednych zajęć na drugie, żeby zminimalizować czas spędzany oddzielnie. Jedliśmy razem, uczyliśmy się razem i spaliśmy razem, szepcząc do siebie późnym wieczorem, żeby nie przeszkadzać współlokatorom. Piliśmy kawę z tego samego kubka, korzystaliśmy z tej samej słomki, używaliśmy tej samej szczoteczki do zębów. Podawaliśmy sobie z ust do ust arbuza. Oglądaliśmy filmy i mecze, leżąc pod jednym kocem, i odrabialiśmy prace domowe w klubie studentów, regularnie podnosząc głowy i bezwstydnie wpatrując się w siebie nawzajem. Sammy zawsze ssała lizaka. Nade wszystko uwielbiałem dźwięk uderzeń tej słodkiej kulki o mocne białe zęby dziewczyny, podczas gdy patyczek przy jej ustach nasiąkał wilgocią i rozmiękał, aż w końcu ujmowała w trzonowce resztkę lizaka i miażdżyła na drobne kawałeczki. Potem rozgryzała je głośno, aż rozpuszczały się zupełnie i znikały. Kiedy było już po wszystkim i patyczek lądował wraz z innymi w butelce po dietetycznej coli (gdzie spoczywały także papierki i kulki gumy do życia), Sammy przesuwała językiem po górnej wardze w poszukiwaniu malutkich kryształków, które być może przeoczyła, i jeśli jakiś znalazła, wciągała go do ust i rozgryzała szpiczastymi siekaczami. Potem zasysała pozbawione już słodkiej warstewki wargi – najpierw górną, pełną, z podwójnym dzióbkiem, a później dolną, osadzoną w pionie bardziej symetrycznie. O charakterze i prawdziwej naturze Samanthy Santacroce nie wiedziałem w zasadzie nic, ale jedyne, czego pragnąłem – nie miałem co do tego wątpliwości – to żyć już do końca na brzegu jej błyszczącej dolnej wargi, czerwonym wzniesieniu, zimą ogrzewanym syropowym oddechem, a latem skąpanym w tych samych promieniach słońca, które wywoływały u niej piegi.

Wiedziałem o Samancie Santacroce – bo sama podkreślała to na każdym kroku – że mocno i bezgranicznie kocha rodziców, co stanowiło jaskrawy kontrast ze mną, ponieważ ja swoich ze wstydu chętnie schowałbym do szafy. Sammy mówiła o nich, jakby byli ludźmi, z którymi z przyjemnością spędziłaby resztę wieczności, a college stanowił dla niej nie tyle okres buntu i odkrywania siebie, ile tymczasowego rozstania podczas trwającego całe życie romansu. Wręcz czułem się o nich zazdrosny. Bob Santacroce był potężnym facetem o jasnych włosach, któremu dobrze szło w branży meblarskiej i przez większość przedpołudni siedział bezczynnie na tyłku. Barbara wychowała Sam (i jej braciszka Nicka), a później zajęła się grą w tenisa i działalnością dobroczynną. Zanim ich poznałem, słyszałem o nich tyle, że w ciągu kilku dni stali się dla mnie niezwykli, a po tygodniu wręcz wyjątkowi, więc kiedy Sam i ja w końcu pojawiliśmy się u nich na Święto Dziękczynienia, a ja zamierzałem poprosić ich o rękę córki („Czekaj, czekaj – zapytała – co takiego zamierzasz?!”), byłem straszliwie onieśmielony, zdenerwowany i zakochany w nich tak samo jak w niej. Państwo Santacroce byli wzorcową rodziną katolicką, z czyściutkim garażem, wielkimi dębami na podwórku i malowanymi od wieków rodzinnymi portretami, które miały zapewnić im całkowite rozgrzeszenie i zneutralizować wszystkie braki mojego dzieciństwa. Podobnie jak w przypadku mojego zauroczenia Heather Belisle, uczucie do Sam Santacroce miało w sobie ten obcy element, niezwiązany w żaden sposób z naszą wspólną miłością do psów, Led Zeppelin, jej blond paziem ani smakiem jej czerwonych warg. W rodzinie Santacroce nie było pogrzebów, na które przychodziło mało ludzi, nie było szukania dwudziestopięciocentówek pod fotelami w samochodach, wypraw do skupu złomu, żeby zdobyć trochę pieniędzy na prochy czy alkohol, państwowych psychologów, samobójstw. Kochałem Sammy i pragnąłem się z nią ożenić, ale kochałem także państwa Santacroce i chciałem zostać przez nich adoptowany, żeby żyć już zawsze w blasku ich szczęścia i powodzenia. Byłem gotów przyjąć Boga i przejść na katolicyzm, potępić aborcję, picie martini i potęgę dolara, pomagać biednym, czołgać się po ziemi z poczuciem słuszności i robić wszystko, co sprawiało, że rodzina Santacroce wyraźnie różniła się od rodziny O’Rourke.

Jednakże serce Sam się odmieniło. Trzymając się za ręce, biegliśmy z szaloną prędkością w stronę klifu wiecznej miłości, ale ona nagle zatrzymała się w pół kroku, podczas gdy ja jeszcze przyspieszyłem, tak że pędziłem dalej bez niej i na chwilę, jak w kreskówce, zawisłem nad przepaścią, usiłując znaleźć grunt pod nogami, ale gruntu nie było, więc runąłem w dół. Nie widziałem, że się na to zanosi, albo nie chciałem widzieć, chociaż zauważyłem, że moje śmiertelnie poważne i zgubne deklaracje miłości były odwzajemniane z coraz mniejszą częstotliwością, a potem wcale. Próbowałem zrozumieć, co się stało, co takiego zrobiłem. Wyglądało na to, że nic nie zrobiłem, jedynie kontynuowałem to, co Sam i ja robiliśmy razem przez bitych jedenaście tygodni, czyli stawaliśmy się dla siebie nawzajem wszystkim. Ona nagle się zatrzymała, a ja, rozpędzony, biegłem dalej i mój rozpęd upewnił ją tylko, że dobrze zrobiła, zatrzymując się. W tym momencie nie istniałem już samodzielnie, jako ja, byłem chodzącą miłością do niej, a jak powszechnie wiadomo, coś takiego bardziej niż uczucie prowadzi do nadużyć i przemocy.

Chyba zacząłem jej grozić. To znaczy przez większość czasu siedziałem na schodach prowadzących do jej mieszkania i płakałem, a kiedy wreszcie wpuściła mnie do środka, próbowałem się pozbierać, żeby powiedzieć coś przez łzy, które w jej obecności były już mniej histeryczne, ale wciąż płynęły. Raz czy dwa, gdy ze współlokatorkami wróciła do domu, znalazła mnie w swoim pokoju. Czekałem na nią, leżąc na łóżku twarzą w dół i płacząc w brudną poduszkę – wielka rzecz, nikomu nic się nie stało. Ale nie spodobało im się to, że mnie tam zastały. Ten pierwszy raz był straszny i dziwny, więc oddałem klucz i obiecałem, że to się więcej nie powtórzy. Ale oczywiście miałem zapasowy klucz i dostałem się do mieszkania ponownie, uzależniony od pościeli Sam i śmiertelnie przerażony myślą, że będzie żyła dalej beze mnie. Nie byłem w stanie po prostu wkraść się do niej, pooddychać zapachem jej pościeli, podotykać rzeczy, powąchać kremów, przejrzeć albumu ze zdjęciami rodzinnymi i wyjść, bo wyjść nie potrafiłem. Jej pokój był jedynym miejscem, w którym chciałem przebywać, z nią czy bez niej. Ponieważ jednak ona nie chciała być ze mną, przebywałem w jej pokoju bez niej, a kiedy zastała mnie tam drugi raz, wezwała ochronę kampusu. Zawiadomiono moją matkę. Bała się o mnie, wszyscy się o mnie bali, i słusznie, bo byłem nikim, byłem Paulem, który kocha Sam, obecnie Paulem, który kocha Sam bez Sam, więc mniej niż nikim. Zobaczyłem Boga, ale on zniknął.

Kilka lat później, kiedy już się prawie wyleczyłem z tej miłości i zaliczyłem dwa semestry wstępnych studiów medycznych w filii Uniwersytetu Maine, Sam odnalazła mnie i powiedziała, że myśli z żalem o naszym związku. Było jej przykro, że mnie straciła, bo żaden chłopak ani wcześniej, ani później nie kochał jej tak jak ja. W końcu zrozumiała wagę tego, co między nami było, i chciała, żebyśmy zaczęli od nowa. Spytała, czy jeszcze ją kocham, a ja odparłem, że tak. Po sześciu miesiącach zamieszkaliśmy razem – bez błogosławieństwa jej rodziców, ale to nam nie przeszkadzało, ani mnie, ani Sam. Tym razem nie byłem zakładnikiem cipki, tylko po prostu człowiekiem zakochanym. A przede wszystkim nie mogłem wyjść ze zdumienia, że odzyskałem Sam Santacroce i że jest we mnie zakochana bardziej niż poprzednio. Co za odmiana losu!

Trwało to mniej więcej rok. W tym czasie kilka razy jeździliśmy do rodziców Sam i ze wszystkich sił starałem się zobaczyć ich takimi, jakimi widziałem ich kiedyś. Ale straciłem już ich względy, a oni nie znali litości. Nie akceptowali mnie, a teraz, gdy byłem już tylko zakochany, brak akceptacji mojej osoby oznaczał dla mnie brak akceptacji świata. I rzeczywiście państwo Santacroce nie akceptowali świata, oceniali go i potępiali. Składali datki i brali udział w zbiórkach żywności, ale nie znosili biednych. Winili homoseksualistów o deprawację Ameryki, podobnie jak zapewne Afroamerykanów i pracujące kobiety. Stary Santacroce, dziadek Sam, żywił zdumiewającą niechęć do Franklina Delano Roosevelta, powszechnie uważanego za jednego z największych prezydentów USA, zresztą nieżyjącego już ponad pięćdziesiąt lat. Kiedy w telewizji pojawiał się Bill Clinton, matka Sam wychodziła z pokoju. Niewiele z tego rozumiałem i stopniowo stawałem się znowu sobą. Nie mieściło mi się w głowie, że kiedyś dla tych troglodytów byłem gotów przejść na katolicyzm, i w odwecie zmuszałem nieszczęsną Sam do słuchania długich tyrad na temat hipokryzji katolików i głupoty chrześcijaństwa w ogóle. Aż w końcu pewnego wieczoru przy stole u państwa Santacroce przyznałem się do ateizmu i wszyscy spojrzeli na mnie ze zgrozą. Sam pobiegła za matką, która już w innym pokoju nazwała mnie samym szatanem i zabroniła mi przekraczać próg domu rodziny Santacroce. Nie ruszyło mnie to. Mój związek z Sam długo nie przetrwał. Rodzice kazali jej wybrać pomiędzy nimi a mną, a ona nie zamierzała odwrócić się od dwojga ludzi, którzy troszczyli się o nią i kochali ją bardziej niż ktokolwiek inny na świecie. Przykro mi było, że tracę tę dziewczynę, ale ani ja nie byłem dla niej, ani ona dla mnie. Poza tym cieszyłem się, że uwolniony od cipki mogłem wrócić do dawnego siebie, że było jednak jakieś „ja”, choćby mgliste i mające tendencję do zanikania.

Connie pojawiła się w O’Rourke Dental jako pracownica tymczasowa. Pierwszego dnia poczułem, że moje „ja” się rozpływa. Pod koniec drugiego zaproponowałem, żeby odeszła z agencji pracy tymczasowej i zatrudniła się u mnie na pełny etat. Dostałaby wysoką pensję oraz pakiet zdrowotny i mogłaby bezpłatnie korzystać z najlepszej opieki stomatologicznej. Zaoferowałem jej znacznie wyższe wynagrodzenie, niż dostawała przeciętna recepcjonistka. O tak, moje „ja” nikło w oczach. Coś jednak kazało mi zapanować nad sobą, zapamiętać dawnego siebie z poczuciem własnej wartości, tym razem działać wolniej i dostać się na orbitę tej ślicznej pracownicy tymczasowej z większą ostrożnością, nie powtarzając żenujących błędów z przeszłości. Ostrożność – to było coś nowego. A kiedy Connie przyjęła moją propozycję i zatrudniła się w O’Rourke Dental na stałe, starałem się znajdować sobie zajęcia, bo niemałą częścią mojego „ja” był dentysta, który codziennie, od rana do wieczora, a w czwartki jeszcze dłużej, zajmował się pacjentami, musiał rozwijać swoją praktykę, nadzorować personel i zachować obroty na poziomie około czterdziestu tysięcy dolarów miesięcznie. Nie byłoby mądrze – myślałem, zakochując się w Connie – gdybym naraził to wszystko na szwank, ulegając swoim przewidywalnym skłonnościom. Tak więc, choć jak zwykle stałem się zakładnikiem cipki, próbowałem innej taktyki. Przyczaiłem się. Udawałem obojętność. Demonstrowałem chłód, może nie tyle prawdziwy chłód, ile opanowanie, przyjeżdżałem rano w atmosferze tajemnicy i odjeżdżałem wieczorem z ponurą godnością. Sprytnie trzymałem się swojego najlepszego „ja”, wprowadzając w życie piątkowe pizze, odnosząc się do pani Convoy z szacunkiem, tłumiąc skargi i pretensje niczym chrześcijański mnich, który stale ucieka się do modlitwy. Oczywiście to wszystko było na pokaz. Miłość uszlachetnia. Co z tego, że jest skierowana na siebie? Co z tego, że w końcu, gdy uczucie osłabnie, znowu stajemy się sobą, tak samo jak ten, kto wygrał na loterii albo stracił rękę czy nogę?

Nie zdradzałem się ze swoją miłością do Connie przez sześć morderczo długich miesięcy, aż pewnego wieczoru zostaliśmy sami przy drinku w jakiejś obskurnej knajpie, w której stawiano pracownikom O’Rourke Dental, i z naszych ust popłynęły lubieżne wyznania. Od tej chwili zostaliśmy parą.

Musiałem być dla niej kimś. Dentystą. Zawodowcem. Właścicielem nieruchomości. Nie dawałem po sobie poznać, że gdy byłem z nią, moje „ja” znowu zniknęło, a ona jakby tego nie zauważała. Nie zauważała, dopóki moje „ja” nie powróciło. I wtedy wszystko poszło w diabły.

Poobserwowawszy, jak Connie kremuje dłonie, wróciłem do pracy. Tego ranka przyszła pacjentka z chorobą Parkinsona; towarzyszył jej syn w średnim wieku, który prowadził ją pod rękę i posadził na fotelu. Cały czas wszystko jej drżało. Nie mogła utrzymać ust otwartych. Próbowałem użyć rozwieracza, ale wtedy nie była w stanie przełykać śliny. Abby pilnowała odprowadzania śliny, ale starsza pani mimo to stale próbowała przełykać, był to odruch jasnoróżowego mięśnia z tyłu jej gardła. Przypominała skazańca, ta pacjentka z parkinsonem, czekającego na śmierć po długiej i niespokojnej odsiadce w więzieniu. Przyszła tego dnia, bo nagryzła grzankę i wypadł jej ząb. Syn nie mógł go znaleźć. Przepraszał wylewnie, jakby w jakiś sposób zawiódł matkę. Ludzie stale przynoszą złamane zęby, jakby to były jeszcze ciepłe palce u rąk albo u stóp, bo sądzą, że dentysta potrafi dokonać szybkiego przeszczepu. Jeśli wypadł wam ząb, to po prostu go wyrzućcie. Albo schowajcie pod poduszkę. Dentysta nic z nim już nie zrobi. Wyjaśniłem mu to i trochę się uspokoił. A potem zajrzałem do jamy ustnej jego matki – jamy ustnej, której pozostał jeszcze z rok czy dwa na tym świecie, i to przy nieustającym drżeniu i utrudnionym przełykaniu – i stwierdziłem rzadką, choć łatwą do zdiagnozowania chorobę spowodowaną prawdopodobnie przez chemioterapię: osteonekrozę szczęki. Do listy swoich dolegliwości, wywołanych przez raka i parkinsona, z którymi miała umrzeć, moja biedna pacjentka mogła jeszcze dodać śmierć żuchwy. Jej kość szczękowa była tak miękka i zepsuta, że poranna grzanka wcisnęła wyłamany ząb w głąb dziąsła, gdzie obecnie się znajdował. Wziąłem pęsetę i wyjąłem go, nie powodując żadnego bólu.

– Oto pani ząb – powiedziałem.

Connie stanęła w drzwiach, trzymając iPada.

– Tak? – zapytałem.

– Poproszę cię, gdy będziesz miał wolną chwilkę – odparła.

Mieliśmy już wtedy iPady. Rok wcześniej kupiliśmy desktopy. A dwa lata wcześniej przyjechali faceci z Dentechu i upgradowali cały nasz system, tak że mogliśmy teraz elektronicznie robić wszystko lepiej niż poprzednio. Niemal pod każdym względem kupno czegoś, co mogło usprawnić działanie kliniki, było racjonalną decyzją opartą na analizie kosztów, ale kiedy pojawiała się jakaś nowa technologia, nieskorzystanie z niej przy pierwszej okazji budziło wręcz śmiertelne przerażenie.

– Chciałam cię zapytać – zaczęła, kiedy wyszedłem na korytarz – czy czytałeś swój biogram?

– Jaki biogram?

– Na naszej stronie internetowej.

Wziąłem od niej iPada.

– To wkurzające – zauważyłem. – Mieli cały weekend, żeby ją zdjąć. Nawet nie odpowiedzieli na mojego maila.

– Czytałeś ten biogram?

Znowu zacząłem się zastanawiać: kto mógł to zrobić? Czyżbym guzdrał się przy jakimś pacjencie? Źle potraktował jakiegoś tymczasowego pracownika? Coś przyszło mi do głowy.

– Wiesz, czyja to może być robota?

– Czyja?

– Anonima.

– Jakiego znowu anonima?

Przypomniałem jej tego drania, który nie zapłacił za mostek, a potem zamieścił o mnie w internecie parszywą opinię.

– A to nie było już ze dwa lata temu? – zapytała. – Naprawdę sądzisz, że wciąż by…

– To niesprawiedliwe! – wykrzyknąłem. – Mieć kozy w nosie to nic takiego.

– Przeczytaj swój biogram – odpowiedziała.

Doktor O’Rourke praktykuje stomatologię od ponad dziesięciu lat. Urodzony w Maine, dba o najwyższy standard usług świadczonych pacjentom. Jego sympatyczny, ujmujący charakter w połączeniu z dobrym przygotowaniem zawodowym gwarantują Państwu miłą, odprężającą, bezstresową wizytę.

Spojrzałem na nią.

– Ten, kto to zrobił, dobrze zna mnie i tę klinikę – zauważyłem.

– Doszedłeś już do tej dziwaczej części? – zapytała.

Biogram faktycznie miał dziwaczne zakończenie.

Przyjdźcie więc, to zawrę z wami przymierze. Gdyż uczynię z was wielki naród. Musicie jednakże odciągnąć wasz lud od tych panów wojny i nigdy nie traktować ich w mym imieniu jako wrogów. I jeśli będziecie pamiętać o przymierzu ze mną, nie sczeźniecie. Lecz jeśli uczynicie ze mnie Boga i będziecie mnie wielbić, i poślecie po harfę oraz bębenek, iżby głosić me słowa, i wywołacie wojnę, sczeźniecie doszczętnie. Gdyż człowiek mnie nie pozna.

– Co to ma być, do licha? – zapytałem, patrząc na nią badawczo. – Coś z Biblii?

– Tak brzmi.

– Co to robi w moim biogramie?

Wzruszyła ramionami.

– Czy w twoim biogramie też jest coś takiego?

Pokręciła głową.

– A w biogramie Betsy? Abby?

– Tylko w twoim.

– Nie jestem chrześcijaninem – oświadczyłem. – Nie chcę mieć cytatów z Biblii na swojej stronie internetowej. Kto to zrobił?

Wzięła ode mnie iPada.

– Może powinieneś porozmawiać z Betsy – rzuciła.

Pani Convoy przychodziła do pracy z ignatiusem o pozaginanych rogach – z podkreśleniami, oczywiście – z jej pełnym nazwiskiem, Elizabeth Anne Convoy, wytłoczonym złotymi literami na zielonej okładce ze sztucznej skóry. Miała go ponad czterdzieści lat, od dnia pierwszej komunii. Nic tak idealnie nie odzwierciedlało moich mieszanych uczuć w stosunku do pani Convoy. Głównie dlatego, że cholernie dobrze znała się na wszystkim, a jej pewność siebie i władczy ton były uprawomocnione przez jedyne prawdziwe źródło wszelkiej mądrości, czyli Biblię. Później jednak, kiedy nie było jej w pobliżu, mój wzrok padał przypadkiem na ten symbol, spoczywający wiernie w jej otwartej torebce, i pani Convoy, totalna modliszka, wcielała się w Elizabeth Anne Convoy, idealnie skromną, nieodmiennie łagodną istotę, która, jak łatwo mogłem sobie wyobrazić, ceniła siebie tak nisko, że widok własnego nazwiska wytłoczonego na księdze bożej poruszał ją do łez. Uwiedziony wizją tej dziwnej, niepewnej siebie dziewczyny, pragnąłem jej powiedzieć, że Bóg ją kocha. Nie chciałem, żeby Betsy Convoy – czy jeśli o to chodzi, jakakolwiek inna osoba – sądziła, że jest brzydka, bezwartościowa, niechciana, nieważna i niegodna miłości. Jeśli Bóg ma czemuś służyć – myślałem – to właśnie temu. Dzięki Bogu za Boga! – stwierdzałem. Czego dokonał, jaką darzył miłością, gdy śmiertelnicy okazywali się zawodni. Wysiłki samotnych, oszpeconych i kalekich nie muszą przejmować współczującego obserwatora samobójczą żałością, bo przecież Bóg ich kocha. Za sprawą Boga nawet władcze modliszki, moralizujące gaduły i wścibskie dupki mogą zaznać miłości.

– Już panu mówiłam – odparła, gdy przycisnąłem ją do muru. – To nie ja. Myśli pan, że bym pana okłamywała?

– Nie wiem, co myśleć, Betsy. Najpierw się dowiaduję, że ktoś wbrew mojej woli stworzył stronę internetową kliniki, którą prowadzę, a później znajduję jakieś biblijne bzdury w swoim biogramie. Jeśli ktoś tu zna Biblię, to pani.

– Och, na miłość boską, to nie znaczy, że potrafię stworzyć stronę internetową.

– Nie twierdzę, że zrobiła to pani osobiście.

– Nie mam z tą stroną nic wspólnego – oznajmiła. – Nie zleciłam jej stworzenia ani nie wstawiłam na nią cytatów z Biblii. Zresztą z całą pewnością nie wybrałabym tego fragmentu.

– A co to za fragment?

Jeszcze raz zerknęła na ekran iPada. Gdy pani Convoy coś czytała, jasne włoski wokół jej zaciśniętych ust unosiły się i opadały przy każdym przyswajanym słowie, jakby była gąsienicą pożerającą liść.

– „Jeśli uczynicie ze mnie Boga – powtórzyła, czytając na głos ostatni akapit – i będziecie mnie wielbić, i poślecie po harfę oraz bębenek, iżby głosić me słowa, i wywołacie wojnę, sczeźniecie doszczętnie”. Nie sądzę, żeby Jezus kiedykolwiek powiedział coś takiego – oświadczyła.

– Więc skąd pochodzi ten cytat?

– Może ze Starego Testamentu – odparła. – Brzmi bardzo surowo, po żydowsku.

Oddała mi iPada.

– Może powinien pan porozmawiać z Connie – skwitowała.

Mniej denerwowało mnie to, że w internecie zrobiono ze mnie Żyda, niż gdyby zrobiono ze mnie chrześcijanina. Denerwowało mnie to, bo nie byłem Żydem, ale denerwowało już mniej. Można być niepraktykującym Żydem i chociaż nie byłem niepraktykującym Żydem, bo nie urodziłem się jako Żyd, a przejście na judaizm wyłącznie po to, żeby nie praktykować, byłoby bez sensu, to jednak w żaden sposób nie mogłem być niepraktykującym chrześcijaninem. Albo się wierzy w Chrystusa Zbawiciela, liczne jego cuda i przepowiednie, albo nie. To paradoks – myślałem – mówić o praktykujących chrześcijanach, bo żeby być chrześcijaninem, w gruncie rzeczy nie musisz nic, wystarczy, że wyznajesz swoją wiarę, ale żeby być Żydem, nawet niepraktykującym, już tylko w seder musisz robić więcej, niż prawdziwy, gorliwy chrześcijanin, z tych, co siedzą w kościelnych ławkach, robi przez cały rok. To, czy ktoś urodził się chrześcijaninem, czy Żydem, w momencie jego przyjścia na świat sprowadza się do tego samego, ale w okresie dorastania wszystko zmienia się diametralnie. Chrześcijanin może porzucić wiarę przodków i zostać ateistą, buddystą albo starym dobrym nikim, podczas gdy Żyd, z powodów przekraczających moje rozumienie, już na zawsze pozostaje Żydem, choćby niewierzącym czy też Żydem buddystą. Niektórzy z moich znajomych Żydów, jak Connie, nie potrafili się pogodzić z tym pierwotnym założeniem, ale ja jako nie-Żyd byłem w tej uprzywilejowanej pozycji, że mogłem im zazdrościć drogi życiowej będącej owego założenia konsekwencją, a także z góry ustalonej tożsamości i przynależności plemiennej. Dlatego internetowe pomówienie o żydostwo bolało mnie w mniejszym stopniu niż bezczelne i podłe oskarżenie o to, że jestem chrześcijaninem.

Zanim poznałem Connie, o judaizmie nie widziałem nic. Zanim poznałem Connie, nie wiedziałem nawet, czy mogę wypowiedzieć słowo „Żyd”. Brzmiało dla mnie ostro w moich gojowskich uszach, a pewnie jeszcze ostrzej w moich niewątpliwie gojowskich ustach. Obawiałem się, że gdyby jakiś Żyd usłyszał, jak je wypowiadam, dostrzegłby w tym potwierdzenie stereotypów, echo wszystkich dawnych antagonizmów i nienawiści. Było to drobne, ale znaczące dziedzictwo Holokaustu, który Amerykanie nieżydowskiego pochodzenia, urodzeni długo po drugiej wojnie światowej i niewiele wiedzący o judaizmie oraz samych Żydach, bali się obrazić, wypowiadając słowo „Żyd”.

Zanim poznałem Connie, moje kontakty z Żydami ograniczały się do zaglądania im w usta. Usta Żydów niczym się nie różnią od ust chrześcijan. Jedne i drugie były dla mnie jedną wielką jamą ustną – otwartą, rozdziawioną, śmieszną, nieszczęśliwą, skonsternowaną, powoli ulegającą próchnicy, która oznaczała takie same ubytki, stany zapalne, infekcje korzeni, bolące nerwy, skargi, wypadki, los. Oto co wiedziałem o Żydach, co mnie interesowało i co, jeśli mam być szczery, uważałem za niezbędną o nich wiedzę: że dali światu syna, mańkuta nazwiskiem Sandy Koufax, który trzykrotnie zdobył dla Dodgersów nagrodę Cy Younga i nienawidził Jankesów jak prawdziwy Amerykanin.

Connie pochodziła z rodziny konserwatywnych Żydów i ku swojemu zaskoczeniu zauważyłem, że lubię obchodzić Jamim Noraim, brać udział w Jom Kipur, a nawet uczestniczyć w absurdalnie długich nabożeństwach, ponieważ wszystkie te ceremonie nie odbywały się dla mnie. Odbywały się dla Connie, która nie była już praktykującą Żydówką i miała podobny stosunek do religii jak ja, nawet jeśli nie mogła się zdobyć, aby powiedzieć: „Nie wierzę w Boga”. Nie z powodu jakiegoś tam przesądu czy resztek wiary, ale raczej z powodu problemów z kategorycznymi wypowiedziami. Wolała mówić o sobie, że jest niepraktykującą ateistką. To jej zdaniem nie wykluczało religijnych tęsknot, których wymaga czasami poezja.

Connie stanowiła ciekawe przeciwieństwo Sam Santacroce, która uważała, że katolicyzm jest jedyną prawdziwą wiarą i że jej rodzina żyje w trójwymiarowej kartce świątecznej: wszyscy noszą takie same swetry i tryskają zdrowiem. Choć minęło już wiele lat, odkąd pozbyłem się złudzeń co do skończonej perfekcji państwa Santacroce, odkrywszy pod ich pozornym podobieństwem do Huxtable’ów7 cynizm, sprzedajność i uprzedzenia, to jednak wciąż uważałem demonstracyjną miłość Sam do rodziców za oryginalną pozę. Życzyłbym sobie, żebyśmy wszyscy mieli takie szczere serca. Życzyłbym tego przede wszystkim Connie, bo jej rodzina – tak myślałem – na to zasługuje. Ale ona sama nie była o tym przekonana. Tradycja to głupota – twierdziła. Członkowie jej rodziny to wariaci. Podobnie jak sam Bóg. Czy całe to gadanie o Bogu do mnie przemawia?

Całe to gadanie o Bogu do mnie nie przemawiało, bo nie miało nic wspólnego z facetem na krzyżu. Na szczęście obraz Boga Żydów i jego wpływu na naród wybrany był pozbawiony elementu kary i fałszywej pokory, Zbawiciela i jego zmartwychwstania trzeciego dnia, eucharystii, logicznych wygibasów wynikających z koncepcji Trójcy Świętej, długiej historii rozlewu krwi i tortur, groźby potępienia, seksualnej pruderii i poczucia winy, wciąż panujących purytańskich obyczajów, samozadowolenia i wykluczenia wszelkiej ciekawości oraz nade wszystko wojowniczego nastawienia i gotowości do zabijania w imię bożonarodzeniowego drzewka i dziesięciu przykazań. Zamiast tego państwo Plotzowie mieli modlitwy i pieśni z dogmatem skrytym za hebrajskim, w którym były śpiewane; rytuały i tradycje liczące tysiące lat i odporne na największe przeciwności losu; gorące dyskusje przy szabatowym stole; najdalszych krewnych tak zżytych ze sobą jak najbliższe rodzeństwo; pełne pasji debaty, podczas których z ust wylatywały kawałki jedzenia; uczone nawiązania rzucane niedbale podczas rozmowy; i na koniec wieczoru tak serdeczne rozstanie, że odchodziło się ze ściśniętym gardłem. Nie miałem z tym wszystkim problemu i to właśnie stanowiło problem.

Connie nigdy nie dała mi powodu, żebym włamał się do jej domu, schował w szafie i zwalił konia, nazwał jej matkę tak, jak kiedyś nazwałem matkę Samanthy Santacroce, czy rzucał rozpaczliwe tajemnicze uwagi w stylu: „Głosy… głosy”. Connie odwzajemniała moją miłość jak żadna z kobiet, które zrobiły ze mnie zakładnika cipki, i chociaż wiązało się to z innymi problemami – jak moje podejrzenia, że dla dobra naszego związku tłumi swoje prawdziwe „ja”, podobnie jak ja tłumiłem swoje, i że czeka nas dzień Sądu Ostatecznego – mogłem postępować, mniej więcej, jak szanujący się dorosły, świadomy własnych ograniczeń i sam decydujący o sobie. Nie zakochałem się też w Rachel i Howardzie Plotzach, tak jak zakochałem się w Bobie i Barbarze Santacroce czy Royu Belisle’u i jego żylastych ramionach. Trzymałem się. Ale przez jakiś czas groziło mi, że sfiksuję na punkcie całej rozległej rodziny Connie, i ta fiksacja nosiła znamiona podobieństwa do tego, co czułem w towarzystwie państwa Belisle’ów oraz Santacroce, do nieśmiałego, trochę nienormalnego pragnienia, aby należeć do ich grona, być jednym z nich, przejawiać taką samą jak oni pewność siebie, bez skrępowania sięgać przez stół po marchewkę albo frytkę, rozkładać się na ich pokrytej dywanem podłodze i wyrażać swoje zdanie (które byłoby zgodne z ich najskrytszymi poglądami), inicjować odwzajemniane z gotowością uściski i słyszeć w progu na zakończenie wieczoru: „Kochamy cię, Paul”. Bo mimo wszystkich swoich dumnych twierdzeń, że pozostałem dawnym sobą, tak naprawdę chciałem tylko znaleźć się w duszącym uścisku jednoczącego represyjnego „my”. Chciałem zostać wchłonięty, podciągnięty pod coś większego, historycznego, wiecznego. Stać się częścią jedności. Członkiem klanu. Rozległa rodzina Connie stanowiła kwintesencję takiego „my”. Miała pień – w postaci matki, ojca, brata i dwóch sióstr – oraz odgałęzienia i pędy boczne, czyli stryjów, wujów, ciotki, kuzynów, dalszych kuzynów, siostrzeńców, bratanków, dziadków, stryjecznych i ciotecznych dziadków oraz babcie; nigdy wcześniej nie znałem takiej rodziny. W środku tej rozlewającej się ludzkiej masy, której największym osiągnięciem – tak mi się wydawało – była obrona przed stratą, biło zwarte serce wspólnego celu. Oczywiście zdarzały się śmierci, wśród młodych pojawiali się apostaci, którzy się sprzeciwiali, palili trawkę i demonstrowali niezadowolenie, że są Żydami. Ale należeli do wyjątków. Przeważnie wszyscy troszczyli się o siebie nawzajem. Wspólnie kibicowali, plotkowali i martwili się o to czy tamto, pomagali sobie w kłopotach i naturalnie spotykali się ze sobą, choćby nie wiem co, na bar micwę i bat micwę, rocznice ślubów, ważne urodziny, Pesach i Jamim Noraim.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

World Series – finał Major League Baseball, najważniejszej amerykańskiej ligi bejsbolowej (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

Non serviam! (łac.) – Nie będę służył! [wróć]

Lacrosse – kanadyjska gra podobna do hokeja na trawie. [wróć]

AARP, Inc., dawniej the American Association of Retired Persons – amerykańska organizacja pozarządowa, zrzeszająca ludzi po pięćdziesiątym roku życia. [wróć]

Dzika karta – termin oznaczający dopuszczenie do zawodów, zwykle rangi mistrzowskiej, drużyny lub zawodnika niespełniającego formalnych warunków uczestnictwa. Prawo to przysługuje zazwyczaj organizatorom rozgrywek. [wróć]

Presidents’ Day – dzień urodzin Jerzego Waszyngtona, obchodzony w trzeci poniedziałek lutego. [wróć]

Huxtable’owie – bohaterowie amerykańskiego sitcomu Bill Cosby Show. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wstać znowu o ludzkiej porze 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu