Żyj według własnych zasad

Żyj według własnych zasad

Autorzy: OSHO OSHO

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 224

Cena książki papierowej: 24.99 zł

cena od: 15.74 zł

Wielu z nas wciąż pamięta lata 60. ubiegłego wieku i ruch hippisowski czy jak to pięknie nazwaliśmy epokę dzieci kwiatów. Obecnie, w nowym pokoleniu narasta potrzeba, by zmierzyć się z przestarzałymi strukturami, zbuntować przeciwko brutalnym realiom gospodarczo-politycznym narzuconym przez korporacje, przywrócić znaczenie słowu wolność. Każdy buntownik sprzeciwiający się systemowi powinien mieć w sobie świadomość tego, z czym walczy. Trzeba być dobrym obserwatorem, próbować rozumieć rzeczywistość, aby wypracować skuteczne metody podążania w kierunku nowej wizji świata, opartej na miłości i poszanowaniu wartości ludzkich. Buntownik bowiem nie przynależy do żadnego z istniejących systemów religijnych, społecznych, politycznych. Żyje według własnych zasad.

Bunt jest czymś indywidualnym, bez przemocy, pokojowym. Wypływa z miłości. Nie jest nastawiony przeciwko czemukolwiek. Koncentruje się na wspieraniu tego, co jest dobre. OSHO

Ludzie mogą osiągnąć poczucie szczęścia tylko w jeden sposób: pozostając w zgodzie z samymi sobą. Wtedy poczucie szczęścia, jak wiosna, zaczyna rozkwitać. Stają się pełni życia, sami będąc radosnymi, przynoszą radość wszystkim wkoło. Są jak muzyka, są jak taniec.

OSHO

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

1. Pożegnanie z przeszłością

2. Zrozumienie to wolność

3. Urodzony z odwagą

4. Tworzyć drogę, idąc

5. Gdy wszystkie głosy milczą

Epilog

OŚRODEK MEDYTACJI OSHO

O AUTORZE

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału

LIVING ON YOUR OWN TERMS: WHAT IS REAL REBELLION?

Redakcja

Krystyna Podhajska

Korekta

Ewa Jastrun, Igor Mazur

Projekt okładki

Daniel Rusiłowicz

Zdjęcie na okładce

© Oliver Hoffmann / Shutterstock

Redaktor prowadzący

Anna Brzezińska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniej zgody właściciela praw.

Copyright © 2013 Osho International Foundation, Switzerland. www.osho.com/copyrights

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016

Copyright © for Polish translation by Bogusława Jurkevich

Materiał zawarty w tej książce pochodzi z różnych wystąpień publicznych Osho. Wszystkie wykłady Osho zostały wydane w całości w formie książkowej i są również dostępne w postaci oryginalnych nagrań. Nagrania dźwiękowe i pełny zbiór tekstów można znaleźć w internecie: OSHO Library, www.osho.com

OSHO jest zarejestrowanym znakiem handlowym Osho International Foundation, www.osho.com/trademarks

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-190-1

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Wstęp

Cechy buntownika przejawiają się w wielu wymiarach. Przede wszystkim buntownik nie wierzy w nic, co nie jest jego własnym doświadczeniem. Jedyną prawdą jest dla niego jego prawda. Prorocy, mesjasze, zbawcy, święte pisma, starożytne tradycje – nikt ani nic nie może mu dać jego prawdy. Mogą mówić o prawdzie, mogą robić wokół niej wiele zamieszania, ale „wiedzieć o prawdzie” nie znaczy „znać prawdę”. Wiedzieć o czymś to widzieć to coś z zewnątrz, krążyć wokół czegoś. W ten sposób nie dociera się do centrum.

Buntownik nie ma systemu wierzeń – teista lub ateista, hinduista lub chrześcijanin… On jest badaczem, poszukiwaczem. Trzeba jednak zrozumieć pewną subtelną rzecz: buntownik nie jest egoistą. Egoista także nie chce przynależeć do żadnego kościoła, żadnej ideologii, żadnego systemu wierzeń, ale jego powód jest zupełnie inny niż buntownika. Egoista nie chce przynależeć, bo zbyt wysoko ocenia sam siebie. Może być tylko sam ze sobą.

Buntownik nie jest egoistą. Jego niewiara jest wyrazem skromności. Mówi po prostu: „Dopóki nie odnajdę swojej własnej prawdy, wszystkie zapożyczone prawdy tylko niepotrzebnie mnie obciążają. Mogę zgromadzić dużo wiedzy, ale ona nie będzie pochodziła ode mnie. Nie doświadczę jej osobiście”.

Buntownik nie należy do żadnego kościoła, żadnej organizacji, bo nie chce być naśladowcą. Chce pozostać prawdziwy, czysty, aby poszukiwać bez uprzedzeń, aby pozostać otwartym, nie mieć żadnych przedwczesnych sugestii. Jego podejście to podejście człowieka skromnego. On szanuje swoją niezależność, lecz szanuje także niezależność każdego innego człowieka. Szanuje swoją boskość, ale szanuje również boskość całego wszechświata. Jego świątynią jest wszechświat – dlatego porzucił małe świątynie zbudowane przez człowieka. Jego świętym pismem jest cały wszechświat i dlatego zostawił święte pisma napisane przez ludzi. Powodem nie była jego arogancja, były nim pokorne poszukiwania. Buntownik jest tak niewinny jak dziecko.

Poza tym buntownik żyje w teraźniejszości z jak największą uwagą i świadomością. Nie żyje w przeszłości, której przecież już nie ma, ani w przyszłości, której jeszcze nie ma. Mówiąc inaczej – świadomie żyje chwilą. Zazwyczaj żyjemy jak lunatycy. Buntownik próbuje prowadzić swoje życie w stanie całkowitego przebudzenia. Jego religią jest uważność, jego filozofią jest uważność, jego sposób życia jest przepełniony uważnością.

Kolejna cecha to całkowity brak zainteresowania dominacją nad innymi. Buntownik nie ma pragnienia władzy, bo jest ona najohydniejszą rzeczą na świecie. Żądza władzy zniszczyła społeczeństwo, nie dopuściła do rozkwitu kreatywności, do stawania się coraz wspanialszym, zdrowszym, bardziej rozwiniętym. I to właśnie żądza władzy najczęściej doprowadza do konfliktów, rywalizacji, zazdrości, a w końcu do wojen. Jeśli przyjrzeć się historii ludzkości… jest przepełniona wojnami; ciągle człowiek zabija człowieka. Zmieniły się powody, ale zabijanie trwa. Powód zawsze się znajdzie i usprawiedliwienie też, bo prawda jest taka, że ludzie lubią zabijać.

W jednej z bajek Ezopa – są to jedne z najwspanialszych bajek, tak proste, a tak mądre – owieczka piła wodę z krystalicznie czystego górskiego strumienia. Nadszedł wielki lew i oczywiście od razu zainteresował się owieczką, bo to była pora śniadania. Szukając pretekstu, odezwał się:

– Brudzisz mi wodę. Nie wiesz, że jestem królem dżungli?

– Wiem, wasza wysokość – odparła owieczka – ale strumień nie płynie w twoją stronę. Stoję za tobą i nawet gdybym pobrudziła wodę, nie dopłynęłaby ona do ciebie. Woda nie płynie w twoim kierunku. To ty ją zmąciłeś, więc muszę taką pić. Twoje rozumowanie jest niewłaściwe.

Lew musiał uznać jej argumenty i stał się bardzo zły.

– Nie wykazujesz szacunku dla starszych. To bezczelność spierać się ze mną – powiedział.

Biedna owieczka odparła:

– Nie spieram się z tobą. Mówię, jak jest naprawdę. Sam przecież widzisz, że strumień płynie w moją stronę.

Lew milczał przez chwilę.

– Właśnie mi się przypomniało – powiedział w końcu. – Pochodzisz z aroganckiej, niekulturalnej rodziny. Nie dalej jak wczoraj twój ojciec mnie obraził.

– To musiał być ktoś inny. Mój tatuś nie żyje od trzech miesięcy i zapewne dobrze o tym wiesz, bo zakończył żywot w twoim brzuchu. Zjadłeś go na obiad. Jak mógłby się niegrzecznie zachować wobec ciebie?

Tego było dla lwa za wiele. Rzucił się na owieczkę i złapał ją w pazury.

– Nie umiesz się zachować i jesteś arogancka.

Owca na to:

– Prawda jest taka, że nadeszła pora śniadania. Po prostu zjedz mnie. Nie szukaj usprawiedliwienia.

Dzięki takim prostym alegoriom Ezop tak wiele powiedział o ludziach…

Buntownik po prostu żyje chwilą, świadomie, bez potrzeby dominowania ani za życia, ani po śmierci. Nie ma w nim żądzy władzy. Jest badaczem duszy. Naukowcy kierowani wątpliwościami, sceptycyzmem, ciekawością badają świat – on kierowany tym samym prowadzi poszukiwania w głębi siebie. Nauka bada obiektywną rzeczywistość, buntownik – subiektywność. On nie potępia wątpliwości, nie potępia sceptycyzmu, nieposłuszeństwa, laickiego podejścia do rzeczywistości. Wchodzi do swojego wnętrza jak naukowiec.

W jego religii nie ma miejsca na przesądy – on jest naukowcem. Nie szuka Boga, bo jeśli zaczniesz od Boga, to znaczy, że zaakceptowałeś jakąś wiarę, czyli rozpoczynasz poszukiwania w określonym kierunku.

Buntownik wchodzi w swój świat wewnętrzny z otwartymi szeroko oczami, nie wiedząc, czego szuka. Poleruje swoją inteligencję. Pogłębia swoją wewnętrzną ciszę, nadaje swojej medytacji intensywność, by objawiło się to, co jest w nim ukryte; jednak nie ma on wcześniej określonego celu poszukiwań. Zasadniczo jest agnostykiem. To słowo należy zapamiętać, bo opisuje jedną z podstawowych cech buntownika. Istnieją teiści – to ci, którzy wierzą w Boga, ateiści – ci, którzy w Boga nie wierzą, oraz agnostycy, którzy mówią po prostu: „Jeszcze nie wiemy. Poszukamy, zobaczymy. Nie możemy nic powiedzieć, dopóki nie zajrzymy w każdy zakamarek naszej istoty”. Buntownik zaczyna od „nie wiem”. Dlatego twierdzę, że jest niewinny jak dziecko.

Dwaj chłopcy umawiają się, że uciekną z domu. Jednak jeden z nich się waha:

– Jeśli nasi ojcowie nas dopadną, zbiją nas.

– To im oddamy – mówi drugi.

– Przecież nie możemy tego zrobić! Biblia każe nam czcić ojca swego i matkę swoją.

– No dobrze! To ty oddasz mojemu ojcu, a ja twojemu.

Jak łatwo przychodzi proste i niewinne rozwiązanie! Buntownik żyje jak niewinne dziecko, a niewinność jest jedną z najbardziej zagadkowych cech. Otwiera drzwi do wszystkich tajemnic życia.

Tylko ludzie zbuntowani są prawdziwymi rewolucjonistami i są naprawdę religijni. Nie tworzą organizacji, nie mają naśladowców, nie budują kościołów.

Buntownicy mogą być wspaniałymi kompanami w podróży: będą się radować z bycia obok innych, ze wspólnego tańca, śpiewu, płaczu. Będą się cieszyć z wyjątkowości egzystencji i wiecznego życia razem. Mogą stworzyć wspólnotę, w której nikt nie będzie musiał poskramiać swojej indywidualności. Przeciwnie. Wspólnota buntowników odświeża każdą indywidualność, pielęgnuje ją, darzy szacunkiem.

1. Pożegnanie z przeszłością

Buntownik po prostu mówi przeszłości: żegnaj. Jest to postępujący proces; stąd bycie buntownikiem oznacza ciągłe trwanie w buncie, ponieważ każdy moment przechodzi do przeszłości, każdy dzień dzisiejszy staje się dniem wczorajszym. Nie znaczy to jednak, że przeszłość jest cmentarzyskiem, do którego buntownik przybliża się z każdą chwilą. Przeciwnie – on musi się nauczyć nowej sztuki: umierania wraz z każdą odchodzącą chwilą, by odradzać się swobodnie w każdej chwili, która nadchodzi.

Czym jest prawdziwy bunt? Jaka jest różnica między reakcją a świadomym działaniem podejmowanym przez istotę ludzką?

Podstawową sprawą jest zrozumienie różnicy między buntem a rewolucją.

Rewolucja to zorganizowany wysiłek, by z użyciem przemocy zmienić społeczeństwo. Jednak nie uda się zmienić społeczeństwa za pomocą przemocy, gdyż i tak jest ona wszechobecna w jego życiu. Dlatego wszystkie rewolucje upadły. I nie ma żadnej szansy na to, by jakakolwiek wygrała kiedykolwiek w przyszłości.

Bunt jest indywidualny, pokojowy i przebiega bez przemocy. Wypływa z miłości. Bunt jest skierowany nie przeciwko czemuś, ale ku czemuś. Rewolucjoniści są tak bardzo zajęci byciem przeciwko, że zapominają, o co jest ten cały zamęt. To z powodu złości. A złość nie jest w stanie stworzyć lepszego społeczeństwa. Bunt nie jest skierowany przeciwko społeczeństwu, on ma wspierać nowy rodzaj człowieka, nową ludzkość.

Rewolucja jest walką z przeszłością.

Bunt to medytacja dla przyszłości.

Jak mówiłem, bunt wypływa z miłości, ciszy, zrozumienia, współczucia – wszystkiego tego, co czyni człowieka bardziej boskim. Rewolucja wykorzystuje cechy, które przybliżają człowieka do zwierzęcia. Ponieważ bunt jest sprawą indywidualną, nie ma potrzeby walczyć, szarpać się. Jednostka, która różni się od pozostałych, w żaden sposób nie przeszkadza społeczeństwu. Jednak nawet pojedynczy człowiek: medytujący, kochający, mający nadzieję na nowy wschód słońca, może stworzyć szansę powstania nowego społeczeństwa. Sama jego obecność wystarczy, aby zmienić pozostałych. Jego miłość nigdy nie zawiedzie – miłość nigdy nie zawodzi. Jego zrozumienie, inteligencja, współodczuwanie – wszystko to daje pewność zwycięstwa.

Nikt jeszcze nie spróbował buntu. Rewolucja wydaje się łatwiejsza, bo pozornie przeciwko tak wielkiemu społeczeństwu potrzebna jest wielka organizacja. Jednak z chwilą gdy się zorganizujecie, stajecie się takim samym rodzajem społeczności, metody pozostają te same. Stajecie się odbiciem tego, czemu się sprzeciwiacie. Stoisz przed lustrem – odbicie, które w nim widzisz, jest twoim odbiciem, chociaż odwróconym. Stare społeczeństwo stosuje przemoc, rewolucja stosuje przemoc. Stare społeczeństwo zniewala ludzi, rewolucjoniści czynią to samo. Stare społeczeństwo jest uzależnione od wiary, rewolucjoniści także. Nie ma znaczenia, czy wierzysz w Biblię, czy w Kapitał.

Jest jeszcze jedna sprawa, którą należy dokładnie zapamiętać: rewolucjoniści, żeby wygrać, muszą stosować większą przemoc niż stare społeczeństwo, muszą być bardziej przebiegli, upolitycznieni, sprytniejsi, okrutniejsi. W przeciwnym razie nie zwyciężą. Mówiąc wprost – w imieniu rewolucji zwycięża większa przemoc, większe okrucieństwo, bardziej radykalne niewolnictwo; konieczne jest jeszcze większe podporządkowanie niż to istniejące wcześniej. Potwierdzają to wszystkie dotychczasowe rewolucje.

Bunt jest zjawiskiem duchowym.

Nie jest skierowany przeciw społeczeństwu jako takiemu. Po prostu jest inteligencją, która pokazuje, że to społeczeństwo jest martwe, niezdolne do tego, by stworzyć nową istotę ludzką, że jest wyczerpane, znajduje się niemal na krawędzi globalnego samobójstwa. Potrzebuje współczucia, nie złości.

Buntownik może dokonać tylko jednej rzeczy… Niczego nie organizuje, bo – chcąc organizować – musiałby stosować takie same schematy, jakie stosuje społeczeństwo, któremu się przeciwstawia; musiałby używać tego samego języka, tych samych wzorców, struktur, które w społeczeństwie od dawna istnieją.

Jest takie chińskie powiedzenie: „Zły przyjaciel nie jest aż tak zły jak zły wróg”. Brzmi dziwnie, ale zawiera głęboką prawdę. Jeśli masz wroga, wcześniej czy później będziesz musiał zacząć używać jego metod, jego taktyki, aby z nim walczyć. Nie ma innej drogi. Jeśli chcesz wygrać, musisz stać się lepszy niż on w posługiwaniu się jego metodami. Dlatego często powtarzam: przyjaciół możesz sobie dobierać dowolnie, ale wrogów dobieraj bardzo uważnie, bo oni zmienią twój charakter.

Buntownik nie ma wrogów. On po prostu widzi, że to, co stare, się skończyło. Nie trzeba z tym czymś walczyć. Ono samo umiera. Walcząc, przywracasz temu czemuś życie. Ignoruj to. Już i tak leży na łożu śmierci. Dokona żywota samo z siebie. Nie dostarczaj mu energii, walcząc z nim.

Buntownik może dokonać tylko jednego: zmienić siebie w nowego człowieka, stać się uosobieniem swojej wizji. Jedynie w ten sposób udowodni, że jego wizja nie jest snem. Będzie przemieniał swoją wizję w rzeczywistość.

Chcę, żebyś był buntowniczy.

Dlatego nie wierzę w organizacje. Nie chcę, żebyś był nową religią, nową ideologią, bo byłoby to jedynie powtórzeniem starych wzorców. Możecie być razem bez żadnych warunków, bez zasad, po prostu dzięki czystej przyjaźni. Żadna ideologia – jedynie czysta miłość, idziecie bowiem tą samą drogą, odkrywając samych siebie, sprawdzając, czy wizja nowego człowieka może się urzeczywistnić. Możecie sobie nawzajem pomagać, możecie się wspierać, możecie dodawać sobie odwagi.

Są takie chwile, kiedy potrzeba nam zachęty, bo zmiana, całkowita zmiana samego siebie, nie jest łatwym zadaniem. Wiele razy umysł chce wrócić do starych schematów, starych nawyków. Stąd potrzeba wspólnoty. Wspólnota nie jest alternatywą dla społeczeństwa. Nie jest jakąś nową organizacją; jest czymś zupełnie odmiennym. Jest czułym byciem razem wędrowców, którzy doskonalą siebie samych. Pięć tysięcy osób, które pracują nad sobą, to wielka zachęta – nie jesteś osamotniony. A jeśli aż pięć tysięcy ludzi próbuje, to jest jakaś nadzieja. Widzisz ludzi przed sobą, widzisz ludzi za sobą, na wszystkich szczeblach drabiny. Staje się dla ciebie jasne, że ci ludzie, zupełnie tak samo jak ty, przecierają szlak, zmieniają się. I sam siebie motywujesz, żeby nie stać się tchórzem, żeby nie wrócić do starych nawyków. Nie możesz do nich wrócić, bo pięć tysięcy ludzi patrzy na ciebie z wielkim optymizmem. Mają ogromne nadzieje, że dotrwasz, że wschód słońca jest tuż-tuż.

Tak, jest bardzo ciemno, ale żeby ujrzeć słońce, nie powinieneś się cofać. Aby ujrzeć światło, musisz iść do przodu. Im noc ciemniejsza, tym świt bliżej.

Niektórzy już tam doszli. Widzisz blask w ich oczach, widzisz, jak rozkwitają kwiaty ich jaźni, i czujesz, jak pięknie pachną. Jest to więc tylko kwestia odrobiny więcej cierpliwości, odrobiny więcej odwagi.

Mimo wszystko bunt pozostaje rzeczą indywidualną. Buntownicy mogą żyć razem, tworzyć atmosferę, otoczenie, buddyjską przestrzeń, w której przebudzenie będzie łatwiejsze. Nie są jednak zorganizowani ani nie są przywiązani do żadnych wierzeń. To indywidualiści; z własnej woli przyłączyli się do innych poszukiwaczy wschodu słońca.

Pytasz, jaka jest różnica między reakcją a świadomym działaniem podejmowanym przez istotę ludzką. Buntownik nie reaguje. On działa świadomie. Rewolucjonista zawsze reaguje, nie działa świadomie. Różnica jest znacząca.

Kilka dni temu otrzymałem list od pewnej starej kobiety, przewodniczącej Amerykańskiego Stowarzyszenia Ateistów. Musi być chyba najstarszą kobietą na świecie, bo jeden z moich znajomych Hindusów – Gora, dość stary człowiek – był jej zwolennikiem. Otóż ta kobieta utworzyła w wielu krajach stowarzyszenia ateistów. Zapewne w jakimś programie telewizyjnym usłyszała mnie mówiącego, że Boga nie ma, i bardzo się ucieszyła. Napisała: „Jesteś człowiekiem wielkiej odwagi. Pomimo swojego podeszłego wieku chciałabym przyjechać i spotkać się z tobą, porozmawiać”. Kazałem swojej sekretarce odpisać, że mogę się spotkać, ale nie jestem ateistą. Jeśli ta kobieta przyjedzie do mnie, myśląc, że jestem ateistą, bo twierdzę, że nie ma Boga, będzie rozczarowana. Lepiej od razu to wyjaśnić.

Dla mnie ateizm jest reakcją na teizm. Są ludzie, miliony ludzi, którzy wierzą w Boga. Nieliczni reagują na to w ten sposób, że zaczynają nie wierzyć w Boga. Po prostu reagują. Możesz to sprawdzić w bardzo prosty sposób. Jeżeli wszyscy teiści znikną, jeśli nie będzie teizmu, to czy ateiści pozostaną? Byli wtórni, stanowili reakcję na teistów. Jeśli nie ma religii i nikt nie twierdzi, że Bóg istnieje, jaki ma sens niewiara w Boga? Wyjdziesz na głupca. Ateizm umrze automatycznie wraz ze śmiercią teizmu. To znaczy, że był tylko cieniem, nie był rzeczywisty. Reakcja jest cieniem.

Kiedy mówię, że nie ma Boga, nie mam na myśli tego, że nie wierzę w Boga – nawet twierdząc, że nie wierzę, potwierdziłbym jego istnienie. Czy wierzysz, czy nie wierzysz – to tylko kwestia twojego podejścia do Boga; jednak w obu wypadkach Bóg jest potrzebny. Potrzebny jest teiście, potrzebny jest ateiście. Ja mówię po prostu, że nie ma Boga, że nigdy go nie było. Mylą się zarówno ci, którzy wierzą w Boga, jak i ci, którzy w niego nie wierzą.

Nie sądzę, że ta stara kobieta do mnie przyjedzie. Chciałbym, żeby przyjechała, bo zapewne w całym swoim życiu nie spotkała człowieka, który nie jest ani teistą, ani ateistą. Ponieważ nie ma Boga, nie ma sensu być żadnym z nich. Myślę, że to strasznie głupie, że szkoda marnować życie, organizując stowarzyszenia ateistyczne na całym świecie. To po prostu całkowite zmarnowanie sobie życia! Jeżeli Boga nie ma, po co zawracać sobie głowę? Ale nie! To stało się misją całego jej życia! Zaprzeczenie, niewiara nie uczynią nikogo szczęśliwym.

Moje stwierdzenie, że nie ma Boga, jest świadomym działaniem, nie reakcją. Nie mówię nic przeciwko komukolwiek. Po prostu stwierdzam to, co znam z własnego doświadczenia. Poszukiwałem Boga w sobie, ale nie znalazłem. Zamiast tego znalazłem boskość. Znalazłem wieczną świadomość. Znalazłem nieśmiertelność i wieczne światło. Ale nie znalazłem Boga.

Nie sądzę, żeby ta kobieta kiedykolwiek zajrzała w głąb siebie. Ona walczy z teistami. Ci teiści to idioci. Walcząc z nimi, też stajesz się idiotą. Reakcja nie poprowadzi cię dalej niż tam, gdzie znajdują się ci, przeciwko którym reagujesz.

Rewolucjonista reaguje. Występuje przeciwko społeczeństwu, przeciwko jego strukturze ekonomicznej, przeciwko polityce. Jest przeciwny tak wielu różnym sprawom, że całe jego życie staje się negatywne. Jest uzależniony od bycia przeciwko temu czy tamtemu, przeciwko setkom rzeczy. Często zaprzecza, mówi „nie”. Błogosławieństwa życia nie zbudujesz na tysiącach „nie”.

Jedno „tak” ma o wiele większą moc niż tysiąc „nie”. Słowo „nie” jest puste. Pokazuje twoją złość, skłonność do przemocy, destrukcję. Nie wskazuje na to, że masz coś kreatywnego, co chciałbyś od siebie dołożyć do życia, do egzystencji.

Świadome działanie nie jest związane z czymkolwiek, rodzi się dzięki twojemu spokojowi, twojej spontaniczności. Buntownik nie reaguje, lecz działa. Działanie oznacza: tak.

Buntownik tworzy, rodzi się na nowo. Staje się nowym człowiekiem, heroldem nowej ery. Otwiera się na wszelkie możliwości, zgadza się na nieznane wymiary. Nie jest to skierowane przeciwko komuś. To po prostu rozwój – tak samo rośnie i rozwija się krzew róży. Myślisz, że rośnie, by przeciwstawić się skałom? Myślisz, że rośnie na przekór komuś lub czemuś? Jego rozwój nie jest reakcją. Rozwija się, bo rozwój leży w jego naturze. Rozwija się, by zakwitnąć, by zrealizować swój potencjał. To proces samorealizacji.

Działanie to proces samorealizacji. Reakcja jest jedynie wyrazem nienawiści, gniewu, zazdrości, przemocy, destrukcji. Te cechy nie mają wartości. Toteż, moim zdaniem, rewolucjonista nie przedstawia sobą żadnej wartości. Ma ją jedynie buntownik. I widzisz… Sokrates nie był rewolucjonistą, był buntownikiem. Gautama Budda to nie rewolucjonista, to buntownik. Heraklit nie był rewolucjonistą, lecz buntownikiem. A to najwyższe szczyty, jakie osiągnęła ludzkość.

Rewolucjoniści są ulepieni z tej samej gliny co ci, którym się sprzeciwiają. Muszą być podobni, jeśli chcą z nimi walczyć. Buntownik nie walczy z nikim. Buntownik uwalnia się, żeby wzrastać w kierunku swojego przeznaczenia. Buntownik ma w sobie piękno. Rewolucjonista to przestępca społeczny i polityczny. Jedynie buntownik ma w sobie świętość, jest świętym człowiekiem.

W chwili kiedy zaczynasz organizować bunt, zmieniasz jego charakter, staje się on rewolucją. Nie jest już taki, jaki był na początku. Dlatego muszę ciągle o tym przypominać. Tendencja do organizowania się jest głęboko zakorzeniona, ma miliony lat. Bycie w pojedynkę wymaga odwagi.

Bycie w pojedynkę… Możesz być razem z innymi ludźmi, którzy także dążą do bycia w pojedynkę. Wasze bycie razem jest przyjaźnią dwóch towarzyszy podróży. Nie ma zasad. Nie musisz stawać się chrześcijaninem, hinduistą ani buddystą. Ty pozostajesz sobą, twój towarzysz czy towarzyszka pozostają sobą. To jedyna zasada, którą powinni respektować sannjasini: nie nastawaj na godność drugiego człowieka. Ten człowiek jest tak samo wartościowy dla egzystencji jak ty. Nie ma potrzeby narzucania komuś swoich idei. Kimże ty jesteś? Kto upoważnił cię, byś narzucał swoje idee innym ludziom? Możesz się podzielić, możesz opowiedzieć, możesz otworzyć serce. A jeśli ktoś poczuje się zestrojony i to wybierze – powodem będzie jego decyzja, nie twoja presja.

Rewolucjoniści próbują wpoić swoje idee innym. Robią to samo, co dawniej czyniły religie. Dlatego uważam komunizm za jedną z religii; nie ma różnicy. Jest bez znaczenia, że komunizm nie uznaje Boga. Są starsze religie, które także go nie uznają: buddyzm nie uznaje Boga, dżinizm nie uznaje Boga. Religia to coś, co usiłujesz narzucić innym. Jest związana z wysiłkiem nawracania ludzi, ma charakter misjonarski.

Buntownik nigdy nie będzie misjonarzem, zawsze – przyjacielem. Może cię zaprosić do poznania wnętrza swojej istoty, a jeśli dostrzeżesz tam coś, co pasuje do ciebie, co może ci pomóc, co cię ożywi, uczyni twoje poszukiwania łatwiejszymi, on pozwoli ci to wybrać. Stanie się to jednak dobrowolnie – nikt nie będzie cię nawracał. Tak powinno być we wspólnocie. Nie musisz wierzyć w to, co ci mówię. Po prostu otwórz się na to, tak byś mógł decyzję podjąć kiedy indziej. Decyzja musi być twoja. Jeśli do ciebie przemówi, jeśli poczujesz, że jest bliska twojemu sercu, to ja nie będę za nią odpowiedzialny. To twoje serce ją poczuło. Jeśli jednak nic nie przemówi do twojego serca, moja miłość do ciebie i tak się nie zmieni, bo nie jest uzależniona od tego, czy cię nawrócę.

Każda jednostka powinna być niepowtarzalna. To jest przywilej dany istotom ludzkim – być unikalnym. Wszystkie religie, wszystkie ideologie polityczne usiłują zabrać nam i zniszczyć ten przywilej. Ja chcę, żebyś go szanował. Żaden powód nie jest wart tego, żebyś ograniczał swoją niepowtarzalność. Twoja wolność jest wartością najwyższą i absolutną.

Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej na temat przemocy jako przejawu buntu?

Przemoc nigdy nie jest częścią duszy buntownika z prostego powodu: buntownik kończy z przeszłością, a przemoc nieustannie towarzyszyła ludzkości, była sposobem na życie przez całe tysiąclecia. Bezpośrednio albo pośrednio – wszyscy doznaliśmy przemocy. Nasze armie, policja, więzienia, sędziowie, wojny, tak zwane wielkie religie – istnienie tego wszystkiego opiera się na przemocy. Na przemoc, zwykłą, brutalną przemoc, nie powinno być w życiu miejsca.

Dla mnie świadomość religijna wyraża się w głębokiej czci oddawanej życiu, bo nie ma Boga, jeśli nie ma życia, nie ma raju, jeśli nie ma świadomości. Przemoc jest pogwałceniem i życia, i świadomości; jest destrukcyjna.

Buntownik jest twórcą. Cała jego filozofia wypływa z kreatywności. Żyliśmy pod przemocą o wiele za długo i co osiągnęliśmy? Dlatego tak wyraźnie oddzielam buntownika od reakcjonisty. I tak samo oddzielam buntownika od rewolucjonisty.

Reakcjonista to najniższa kategoria. Nigdy nie oderwie się od przeszłości. Jego orientacją jest przeszłość i to przeciwko niej reaguje. Nieważne, czy jesteś za, czy przeciw – przeszłość staje się twoim kontekstem, punktem zaczepienia.

Rewolucjonista stoi nieco wyżej niż reakcjonista. On nie tylko reaguje na przeszłość, ale także ma marzenia o przyszłości, ma swoje utopie. Ale jeśli chodzi o stosowanie przemocy, to rewolucjoniści wszystkich epok zawsze byli przekonani, że osiągną właściwe rezultaty, stosując niewłaściwe środki. Obalam tę tezę. Właściwe rezultaty można osiągnąć, stosując właściwe metody. Przemoc nie pomoże w stworzeniu pokojowo nastawionej, spokojnej, kochającej ludzkości. Przemoc pozostanie w korzeniach, zatruje całą konstrukcję.

Dla buntownika brak przemocy to konieczność. Jeśli jej nie odrzuci, nie będzie uczestniczył w tworzeniu pokojowej, odrzucającej wojnę, niepodzielonej na klasy ludzkości. Jeśli zasiewasz ziarno przemocy, nie możesz się spodziewać, że kwiaty nie będą nosiły jej śladów. Te kwiaty wyrosną z nasion, które zasiałeś. Toteż każda brutalna rewolucja tworzy kolejne brutalne społeczeństwo, kolejną brutalną kulturę. Haniebne jest to, że wciąż potrzebujemy armii, że mamy broń nuklearną. Niegodne jest wciąż potrzebować policji, sądów, więzień. Lepsza ludzkość, bardziej świadome ludzkie jednostki pozbędą się tego nonsensu, który nas otacza i zatruwa naszą istotę.

Buntownik nie działa połową serca. Nie dokonuje wyboru kilku spraw z przeszłości, odrzucając inne sprawy. Przeszłość musi zostać odrzucona w całości. Tylko wtedy pozbędziemy się tego całego barbarzyństwa: okrucieństwa, przemocy, całkowitego braku szacunku dla życia i egzystencji.

Podchodzę do życia z szacunkiem.

Buntownik będzie w stanie umrzeć, ale nie będzie w stanie zabić. To zaszczyt dla człowieka – umrzeć za sprawę; zabić kogoś to przejaw zezwierzęcenia, choćby nawet był dobry powód. Gdy zabijesz, psujesz wszystko. W rzeczywistości jest tak, że buntownik staje jeden przeciwko całemu światu. Jeśli zdecyduje się na brutalność, zostanie zmiażdżony. Wróg – przeszłość – ma o wiele potężniejsze siły do dyspozycji.

Buntownik musi ufać miłości, musi ufać medytacyjności, mieć świadomość swojej nieśmiertelności i wiedzieć, że nawet jeśli jego ciało zostanie ukrzyżowane, on pozostanie nietknięty. Nie mam tu na myśli jedynie buntu politycznego. Mówię o buntowniku duchowym, nie o fanatyku politycznym. Żaden rodzaj duchowości nie dopuszcza przemocy jako środka wiodącego do celu.

Jeśli mówimy o moim rozumieniu buntu, mojej wizji buntownika, to stosowanie siły absolutnie nie wchodzi w grę. Nie może on niszczyć – zniszczyliśmy aż nadto. Nie może zabijać – zabiliśmy zbyt wielu. Nadeszła pora, by odrzucić ten idiotyczny sposób życia. Trzeba wyjść z tej ciemności ku światłu. Nawet jeśli miałoby to kosztować cię życie, to cóż? Mój buntownik będzie przede wszystkim nastawiony medytacyjnie do życia.

Nie wyobrażam sobie mojego buntownika bez medytacji – to jego podstawowe doświadczenie. Kiedy człowiek już pojmie, że jest nieśmiertelny, czy będzie się przejmował tym, że może zginąć? A jeśli miliony medytujących będą gotowe na odsłonięcie piersi przed lufami starej, zepsutej przeszłości, to jest pewna szansa: być może to przyniosłoby zmianę w sercach ludzi, którzy trzymają w dłoniach tę niszczącą broń?

Bunt nigdy jeszcze nie zaistniał na wielką skalę. Dzięki wysiłkowi wielu milionów ludzi – medytujących, kochających ciszę i pokój, odrzucających wszelkiego rodzaju dyskryminację, która rodzi przemoc – będziemy tworzyć przestrzeń, przerwę, brak kontynuacji, co może uratować człowieka i życie na tej planecie.

Słyszałem, jak mówisz, że wystarczy być, że nie musimy nic robić, aby pozostawać w Bogu. Mam jednak wewnętrzne przeświadczenie, że muszę coś robić, aby zasłużyć, coś wnieść, coś dać. Mówisz, że Bóg jest we mnie… A ja zdaję sobie sprawę, że szukam w głębi siebie jakiejś koncepcji otrzymanej z zewnątrz. To jest tak, jakbym zaglądał do środka studni nocą. Widzę odbicie i myślę, że to dno studni, a przecież to zaledwie jej powierzchnia. Nawet zdając sobie sprawę z tego, że mam tylko odpuścić, nie szukać, i tak czekam na potwierdzenie swojej koncepcji tego, co ma się zdarzyć. Proszę o komentarz.

Podstawową sprawą, którą należy zrozumieć, jest to, że już jesteś w Bogu. Już w nim jesteś, tak samo jak ryba w oceanie. Bóg oznacza po prostu egzystencję, wszystko, co istnieje.

W starożytnym języku hebrajskim słowo „Bóg” oznacza „to, co jest”. Jest to bardzo ważne słowo, słowo klucz. Nie wskazuje ono na osobę. Wskazuje na obecność. Obecność wszędzie! Słowo „życie” to synonim Boga. Słowo „wszechświat” to synonim Boga. „Być” oznacza „być w Bogu” – nie ma innej możliwości. „Oddychać” oznacza „oddychać w Bogu” – nie ma innej możliwości. Spać – to spać w Bogu, budzić się – to budzić się w Bogu. Nie da się inaczej. Jeśli zaśniesz – wciąż jesteś w Bogu. Jeśli zapomnisz o Bogu – i tak nadal w nim jesteś. Jeśli odrzucisz Boga, zrobisz to, wciąż będąc w Bogu. Jedyną niewykonalną rzeczą jest nie być w Bogu. Powtarzam – jest to jedyna rzecz niemożliwa do wykonania.

Nie ma więc problemu zasługiwania na Boga. Oczywiście nie mówię: zachowuj się niegodnie, bądź leniwy, podły. Nie mówię, że masz zostać odludkiem, nie dokładać do egzystencji niczego od siebie. Ale twój wkład w egzystencję nie powinien być traktowany jak sposób na osiągnięcie Boga. Twój wkład powinien wynikać z wdzięczności za to, że już jesteś w Bogu. Nie musisz niczego osiągać, bo już tam jesteś. To daje ogrom radości. Dobrze zrozum tę różnicę.

Dziel się swoją radością, swoją miłością, ekstazą. Czyń życie tak pięknym, jak to tylko możliwe, po prostu z wdzięczności, że egzystencja wybrała cię, żebyś tu był, że pozwala ci tu być, że dostałeś życie. Co jeszcze można zrobić? Jeśli chcesz zaśpiewać piosenkę – śpiewaj z całą swą mocą, jeśli chcesz malować – maluj i wkładaj w to całe swoje serce. Jeśli umiesz tańczyć – tańcz aż do zapamiętania, żebyś zatracił się w tym tańcu i żeby nie było tancerza i tańca, jedynie samo tańczenie.

Lecz pozwól, że przypomnę – to nie są sposoby dotarcia do Boga, ale jedynie nasze skromne podziękowanie, wyraz naszej serdecznej wdzięczności. Modlitwa jest prawdziwa, kiedy odmawiasz ją z wdzięcznością. Jest natomiast fałszywa, kiedy jest próbą przekonania Boga, uwodzenia Boga, upraszania Boga o coś, nawet jeśli prosisz o pobożność, wówczas jest ona bowiem przepełniona pożądaniem czegoś. A kiedy modlitwa jest ciężka od pożądania, nie może rozwinąć skrzydeł. Może jedynie przemieszczać się po omacku w ciemnościach ziemskich, nie wzleci wysoko ku słonecznemu niebu.

Kiedy modlitwa jest wolna od pożądania, rozwija skrzydła, wzlatuje ku najwyższemu. Kiedy jest lekka jak piórko, gdy wypływa z naszej wdzięczności, gdy nie zawiera próśb, ale wyraża twoją wdzięczność za to, co do tej pory otrzymałeś…

Mówisz: „Mam jednak wewnętrzne przeświadczenie, że muszę coś robić, aby zasłużyć, coś wnieść, coś dać”…

To nie jest twoje wewnętrzne przeświadczenie, ale coś, co włożyło ci do głowy społeczeństwo. To ono wmawiało ci cały czas, bez końca, dzień po dniu, od wczesnego dzieciństwa – w szkole, na uczelni, w kościele, ustami księży, polityków, rodziców, profesorów – że taki, jaki jesteś, jesteś bezwartościowy. Oni wszyscy działają razem w jednym spisku. Każą ci robić coś, udowadniać, wtedy dopiero zaczniesz być coś wart.

Jest to strategia społeczeństwa, aby cię wykorzystać. To obrzydliwy sposób na zrobienie z ciebie niewolnika. Nie – twórcy! Niewolnika! Zostałeś uwarunkowany. Użyto miłych, wyrafinowanych metod, piękne słowa przykryły tę gorzką prawdę. A ta prawda jest taka, że społeczeństwo chce cię wykorzystać jako niewolnika, chce tobą manipulować, kontrolować cię. Robi to na dwa sposoby.

Na zewnątrz istnieją: państwo, policja, urzędy; pilnują prawa, ale prawo nigdy nie jest wszechobecne i człowiek zawsze znajdzie sposoby na jego obejście. Dlatego społeczeństwo stworzyło inne zabezpieczenie: sumienie. Dzięki niemu potrafi cię hipnotyzować, powtarzać ci w kółko, że musisz stać się godny czegoś. A biedny dzieciak nie ma innej drogi, jak tylko posłuchać tego i się poddać. Całe jego życie jest zagrożone – nie może przeżyć samodzielnie. Jest zależny od rodziców. Musi ciągle zwracać uwagę na to, czego oni chcą, co im się podoba, co nagradzają. Jeśli coś zostanie nagrodzone przez rodziców, dziecko czuje się dobrze, czuje, że jest wartościowe. Kiedy rodzice je ukarzą – czuje się bezwartościowe, ma o sobie złe mniemanie.

Powoli to wszystko się osadza, głęboko przenika do twojego serca, staje się niemal twoją drugą naturą. Myślisz, że po prostu być – to za mało. Drzewom to wystarcza, zwierzętom wystarcza, ptakom wystarcza – tylko człowiek wpadł na ten głupi pomysł, że nie wystarczy być. To bardzo przebiegła taktyka, aby zniszczyć wolność jednostki, jej szacunek do siebie, stworzyć w niej głębokie poczucie winy. Zakorzeniła się ona w tobie tak głęboko, że uważasz ją za swoje wewnętrzne uczucie. Ono nie jest twoje i nie pochodzi z twojego wnętrza.

Nie jestem przeciwny byciu kreatywnym, zapamiętaj to. W pełni to popieram. Chcę, żeby moi uczniowie byli kreatywni. Pragnę, żebyście wszyscy byli kreatywni, żebyście nie chowali się w monastyrach – chcę, żebyście żyli w tym świecie, żyli pełnią siebie i żebyście poznali całe spektrum życia. Wyraźcie cały swój potencjał! Rozkwitajcie na jak najwięcej różnych sposobów, bo tylko wtedy będziecie się czuli spełnieni. Ale to nie może być sposobem na osiągnięcie jakiegoś celu. To ma być wyrażenie waszej radości, waszej celebracji życia. I wtedy zmienia się jakość.

Jeśli używasz czegoś jako środka do osiągnięcia celu, nie jesteś tym czymś zainteresowany. Jeśli na przykład malujesz obraz po to, żeby stać się sławnym, koncentrujesz się na sławie, nie na tworzeniu. Nie wkładasz w to serca. Już wyobrażasz sobie, jaki będziesz sławny, marzysz o tym. A ponieważ twoim ciągłym zmartwieniem jest to, żeby być znanym i cenionym, namalujesz coś, co nie wypływa z ciebie spontanicznie, ale coś, co ma się podobać innym ludziom. Namalujesz tak, by się im podobało. Będziesz miernym malarzem. Nie dasz ujścia swojemu geniuszowi, bo wiesz, że geniusza nie docenia się od razu. Im większy masz talent, im prawdziwsza jest twoja twórczość, tym mniejsza szansa na to, że zostaniesz doceniony, a duże ryzyko, że zostaniesz wyklęty. Dlaczego? Bo geniusz przynosi światu coś nowego, tak nowego, że przestarzałe kryteria do tego nie pasują. A stare kryteria są mocno zakorzenione w ludzkich umysłach i niełatwo się ich pozbyć.

Geniusz musi nie tylko stworzyć swoją poezję, swoje malarstwo, swój taniec, swoją muzykę, lecz także wprowadzić nowe kryteria, według których będzie można dokonać oceny tego wszystkiego. Vincent van Gogh – jeden z największych malarzy tego świata – nie został doceniony przez sobie współczesnych. Żył w skrajnej nędzy. Pomagał mu brat, ale i on nie doceniał tych obrazów – zapewne dlatego, że się nie sprzedawały. A jaki sens ma wytwarzanie czegoś, na co nie ma zbytu? Z powodu tych obrazów ludzie myśleli nawet, że van Gogh jest wariatem. Malował w tak nowatorski sposób, w jaki nie malował nikt inny. Miał własną wizję. Był geniuszem! Na jego malowidłach drzewa są tak wysokie, że sięgają nieba. Gwiazdy są blisko, a drzewa sięgają bardzo daleko. Kto miałby docenić taki obraz?

Każdy uczeń powie: To nonsens! Gwiazdy nie znajdują się tak blisko, a drzewa… Kto widział takie wielkie drzewa sięgające wyżej niż gwiazdy? A Vincent van Gogh zwykł mawiać: „Zawsze, gdy widzę drzewa, mam wrażenie, że Ziemia próbuje dosięgnąć gwiazd, dostać się ponad gwiazdy dzięki drzewom. Są one jak ręce Ziemi wyciągające się ku temu, co nieznane, co transcendentalne. Kocham Ziemię i dlatego gwiazdy wydają mi się małe, a drzewa ogromne. Jestem częścią swojej Ziemi. Jestem także jej ręką. Dla mnie gwiazdy są małe”.

Tu nie chodzi o astronomię, fizykę, matematykę – to całkowicie odmienna wizja. Drzewa wyrażają ambicję Ziemi, romans Ziemi z niebem. Kto miałby docenić takiego artystę?

Na jednym z jego obrazów słońce ma kolor czarny. Kto kiedykolwiek widział czarne słońce? Ale on, van Gogh, mawiał, że słońce, które świeci na zewnątrz, jest czarne w porównaniu ze słońcem wewnętrznym. To metafora. Kabir się z tym zgodzi. Kabir mówi: „Gdy ujrzałem słońce wewnętrzne, pojąłem, że słońce zewnętrzne jest jedynie czarną dziurą. Gdy zobaczyłem swoje życie wewnętrzne, zrozumiałem, że życie zewnętrzne jest tylko inną nazwą śmierci”.

Z chwilą gdy poznajesz to, co wewnątrz, nagle to, co istnieje na zewnątrz, blaknie. Van Gogh mówił w sposób mistyczny – był mistykiem – ale kto go zrozumie? Ludziom zabierze to całe lata. Van Gogh za życia pozostał niedoceniony. Był zupełnie nieznany.

Będziesz zdziwiony, ale obecnie każde z jego płócien ma taką wartość, że inne nie mogą z nimi konkurować. Nawet dzieła Picassa nie osiągają tak wysokich cen. Miliony dolarów za jeden obraz. A kiedy żył, nie mógł sprzedać ani jednego. Rozdawał obrazy znajomym albo mężczyźnie, który o poranku częstował go filiżanką herbaty. Te obrazy są teraz warte miliony dolarów. Wtedy ludzie akceptowali je z łaski, nie dbali o nie, bo wydawało im się, że są bezwartościowe – bez sensu było je zbierać.

Vincent van Gogh popełnił samobójstwo, gdy miał zaledwie trzydzieści trzy lata. Nie był w stanie żyć dłużej, nie mógł zarobić ani grosza. Jego brat dawał mu pieniądze, które ledwie wystarczały na chleb. A Vincent potrzebował pieniędzy, żeby malować – na płótna, farby, pędzle. Zorganizował to tak, że otrzymawszy w niedzielę pieniądze na cały tydzień, przez trzy pierwsze dni jadł, a za pieniądze na cztery kolejne dni kupował zamiast jedzenia płótna, farby i inne rzeczy do malowania.

Dla mnie głodowanie van Gogha ma większe znaczenie niż posty wszystkich tak zwanych świętych. Ma ono w sobie piękno, coś uduchowionego. Kiedy święci poszczą, robią to z jakiegoś powodu – chcą osiągnąć coś w zamian. Ich celem jest niebo i niebiańskie rozkosze. Post van Gogha miał zupełnie inną motywację – była nią miłość do tworzenia.

Dlaczego popełnił samobójstwo? To też ma wielkie znaczenie – nie było to bowiem zwykłe samobójstwo. Zresztą – człowiek pokroju van Gogha niczego nie robił w sposób zwyczajny. Popełnił samobójstwo, bo stwierdził, że namalował już wszystko, co pragnął namalować. Dalsza egzystencja nie miała sensu. Przekazał to, co miał przekazać, i nadeszła pora, żeby wrócić do źródła. Nie widział potrzeby trwania w tym ciele. Wniósł swój wkład i mógł odejść.

Powoli zaczęto go doceniać. Teraz uważa się go za jednego z najlepszych malarzy na świecie.

Tak samo jest ze wszystkimi geniuszami: są potępiani w czasach, w których żyją. Potępiają ich masy, potępiają tłumy, potępiają ich księża i politycy. Doceniają ich jedynie nieliczni – wrażliwi, otwarci, inteligentni – tacy wyjątkowi ludzie, którzy mają zdolność dostrzegania tego, co nowe, nieznane. Doceniają ich ci, którzy potrafią odstawić umysł na bok i patrzeć.

Chciałbym, żebyście byli kreatywni, ale nie starajcie się być docenieni, nie dążcie do rozgłosu, a przez to do sławy. Zawsze, gdy motywem ukrytym za kreatywnością jest pozyskanie czegoś, przestajesz być zainteresowany kreatywnością. Stajesz się technikiem, nie jesteś już artystą. Możesz namalować obraz i zrobić to perfekcyjnie z punktu widzenia techniki, ale nie będzie on miał duszy, nie będzie żywy, bo nie będzie w nim ciebie. Ty będziesz się rozglądał dokoła w poszukiwaniu pochlebców. I zawsze będziesz malował tak, by im się podobało.

Są ludzie, którzy mówią wyłącznie to, co inni chcą usłyszeć. Ci ludzie zwykle zdobywają sławę, rozgłos, szacunek, respekt, ale to bardzo przeciętni ludzie. Geniusz mówi to, co zrodzi się w jego sercu; nie przejmuje się tym, czy to się będzie komuś podobać. Mówi prosto, mówi bezpośrednio – nie zastanawia się nad tym, jakie będą reakcje i konsekwencje.

Bądź kreatywny właśnie w taki sposób, a twoja kreatywność stanie się twoją ofiarą dla Boga. Bóg obdarował cię tak obficie; w tym poczuciu głębokiej wdzięczności coś trzeba zrobić. Pamiętaj jednak, żeby nie miało to jakiegoś celu, lecz było celem samo w sobie. Sztuka dla sztuki, tworzenie dla samego tworzenia, miłość dla miłości, modlitwa dla modlitwy. I tak właśnie powoli stajesz się religijny. Człowiek religijny żyje chwilą, nie martwi się o przyszłość, nawet o następną chwilę. Kiedy nadejdzie, to nadejdzie. Nie przygotowuje się na nią. Żyje chwilą obecną, z niej narodzi się następna chwila. I jeśli ta chwila jest błogosławiona, następna będzie oczywiście jeszcze bardziej błogosławiona.

Mówisz: „Mam jednak wewnętrzne przeświadczenie, że muszę coś robić, aby zasłużyć, coś wnieść, coś dać”… Potrzeba robienia czegoś może wypływać z wnętrza, bo mamy nadmiar energii, która chce tańczyć, która chce malować, śpiewać – energia chce coś robić. Ale myślenie: „muszę coś robić, żeby zasłużyć”, nie wypływa z twojego wnętrza. To zostało ci wszczepione, tak jak naukowcy wszczepiają elektrodę do mózgu i manipulują człowiekiem. Tak po prostu. Społeczeństwo funkcjonuje od stuleci i dlatego zaszczepiło ci sumienie: „Zrób to. To jest dobre, akceptowane, szanowane. Nie rób tego. To poniżej twojej godności. Jeśli to zrobisz, zostaniesz potępiony”. W ten sposób powstaje w tobie podział na to, co dobre, i na to, co złe, na to co powinieneś i czego nie powinieneś.

Żadne „powinieneś” nie jest ustalone raz na zawsze; ulega zmianom. Dobre nie zawsze jest dobre, złe nie zawsze jest złe – decydowanie a priori jest niebezpieczne. Nie nauczam cię sumienia; sumienie oznacza, że to, co dobre, i to, co złe, jest ustalone – tak jakby było ono przedmiotem – to jest róża, a to lotos, to jest kamień, a to diament. Ustalone raz na zawsze! Dobro i zło nie są przedmiotami. Zmieniają się. Życie jest zjawiskiem podobnym do rzeki. To, co dziś jest słuszne, może nie być słuszne jutro.

Pewien mistrz zen zapytał ucznia:

– Czym jest Bóg?

Uczeń pokłonił się, ale milczał. Mistrz pobłogosławił go i powiedział:

– Dobrze. Jestem zadowolony.

Następnego dnia mistrz znowu zapytał ucznia:

– Czym jest Bóg?

Oczywiście uczeń wiedział, jak zareagować, toteż ukłonił się jeszcze głębiej. Na dodatek zamknął oczy i pozostał w milczeniu. Mistrz uderzył go z całej siły w głowę i rzekł:

– Jesteś durniem.

Całkowicie zaskoczony uczeń zapytał:

– Jak to? Co się stało? Wczoraj byłeś zadowolony z mojej odpowiedzi. Dziś odpowiedziałem tak samo, a nawet lepiej!

– To właśnie błąd – odparł mistrz. – Wczoraj było wczoraj. Dziś jest dziś. Dziś powtarzasz gotową formułkę. Nie jesteś prawdziwy, nie jesteś spontaniczny, nie udzielasz odpowiedzi. Nauczyłeś się sztuczki. Jak odpowiedź udzielona wczoraj może być aktualna dzisiaj? Minęły dwadzieścia cztery godziny i tyle wody upłynęło w rzece.

Egzystencja jest dynamiczna, nie jest nieruchomym stawem. Jest niekończącym się przepływem, kontinuum. Żadna odpowiedź nie jest dana raz na zawsze. Tu właśnie społeczeństwo cię oszukuje. Daje ci gotowe odpowiedzi. Mają one pewną zaletę, dlatego się ich trzymamy – dają poczucie pewności, bezpieczeństwa. Możesz trwać w przekonaniu, że masz rację. Ale życie ulega ciągłym zmianom, a twoje racje pozostają niezmienione. I z tego powodu twoje życie staje się udręką – twoje odpowiedzi nie trafiają w sedno. Żyjesz, usiłując wetknąć kwadratowe korki do okrągłych dziur – na tym koncentrujesz swoją uwagę i jest to powodem ciągłej frustracji. Powód jest jeden – nie zauważasz, że życie się zmienia.

Osoba świadoma zmienia się wraz z życiem. Będąc w pełni świadomym, nie możesz sobie pozwolić na niezmienność. Niezmienność jest cechą przeciętnego umysłu. Nie chodzi mi o to, żeby być celowo niestabilnym. Mówię tylko, że nie zmieniać zdania to znaczy być głupcem, nie zmieniać zdania to znaczy tkwić w przeszłości i być ślepym na teraźniejszość. Jeśli obserwujesz teraźniejszość, zmieniasz się razem z życiem.

Z tego powodu znajdziesz tysiące sprzeczności w słowach Jezusa, tak samo zresztą jak w słowach Gautamy Buddy. Zawsze tak było z wypowiedziami ludzi oświeconych, ponieważ nie mają oni gotowych i niezmiennych odpowiedzi. Tęsknisz za takimi odpowiedziami, żebyś mógł je uchwycić, trzymać mocno w ręku i dzięki temu mieć pewność.

Cierpisz z powodu niepewności, ale niepewność wynika z natury życia. Pewność jest częścią śmierci. Miej pewność, a będziesz martwy. Płyń, wahaj się, zmieniaj się tak, jak zmieniają się okoliczności, a będziesz miał w sobie coraz więcej życia.

Żyć pełnią życia to znaczy być obecnym w teraźniejszości tak, by nie zakłócała tego przeszłość. Wtedy odpowiadasz na to, co się dzieje w tej chwili, a odpowiedź przychodzi od twojej świadomości, nie od twojego sumienia. Sumienie jest zdradliwe, to sztuczka społeczeństwa. To społeczeństwo stworzyło sumienie. Zadanie mistrza polega na zniszczeniu twojego sumienia, żeby uwolnić twoją świadomość.

Twoje wewnętrzne uczucie nie pochodzi z twojego wnętrza. Zostałeś oszukany. Nie musisz nic robić, żeby być wartościowym – już jesteś wartościowy. Gdyby było inaczej, nie byłoby cię tutaj. Bóg sprawił, że się narodziłeś, stworzył cię – widocznie widział w tobie jakąś wartość. Jeśli byłbyś bezwartościowy, to z Boga byłby kiepski stwórca, a właściwie – on wcale nie byłby stwórcą!

Społeczeństwo czyni cię bezwartościowym, bo jest to jedyny sposób, żeby cię wyzyskać. Masz się czuć bezwartościowym. Wtedy będziesz się bardzo starał stać się wartościowym, bo to jedyny sposób na zdobycie szacunku do siebie samego. Żeby stać się wartościowym, będziesz podążał za nakazami społeczeństwa.

Społeczeństwo wytwarza w tobie lęk – boisz się, że jesteś bezwartościowy, że zostaniesz wyklęty, że będziesz samotny, że będziesz nikim, że pozostaniesz nieznany. Toteż jesteś gotowy poddać się, pokłonić się przed każdym nonsensem.

Rodzice Simona byli zdenerwowani, kiedy ich syn został wyrzucony ze szkoły. Usiłowali posyłać go do jakiejkolwiek szkoły w mieście – prywatnej, publicznej, postępowej, tradycyjnej, nawet do akademii wojskowej – ale on zupełnie nie był zainteresowany. W końcu posłali go do szkoły katolickiej. Byli zdziwieni, gdy syn przyniósł pierwsze świadectwo i zobaczyli na nim same piątki. Zapytali:

– Co się stało?

– Kiedy widzę wszędzie tego biedaka przybitego do krzyża, to wiem, że z nimi nie ma żartów.

Stwórz atmosferę strachu. Wzbudzaj jak najwięcej strachu. Oto strategia społeczeństwa. Po to stworzono piekło, żeby cię nim straszyć. Po to stworzono niebo, aby nagradzać tych, którzy posłusznie wykonują rozkazy. Wszystko to wymysły: nie ma ani piekła, ani nieba. Ale te nagrody i kary to wyrafinowane strategie. Nadal działają i zniszczyły całą ludzką godność.

To nie jest twoje wewnętrzne odczucie. Pomyliłeś twoje wewnętrzne odczucie i sumienie stworzone przez społeczeństwo. Odczucie wewnętrzne popycha do robienia czegoś. Tak, to właśnie ono. Kiedy nastąpi przypływ energii, człowiek chce coś zrobić; to naturalne. Energia chce znaleźć ujście. Jednak kiedy w grę wchodzi bycie wartościowym… tu właśnie sumienie myli ci się z twoim wewnętrznym odczuciem. Dokładnie to zrozum.

Zostałeś oszukany przez społeczeństwo na tysiąc sposobów. Zostałeś tak zdezorientowany, że stałeś się zależny od kogoś. Szukasz pomocy u księdza – dawniej tak bywało. W Indiach wciąż jeszcze tak jest. Na Zachodzie pojawił się nowy rodzaj księdza: psychoterapeuta, psychiatra, psycholog – idziesz do nich. Cud polega na tym, że taki ksiądz jest zdezorientowany zupełnie tak samo jak ty, może jeszcze bardziej niż ty. A ty idziesz do niego po radę. On powtarza jak papuga którąś z wyuczonych dobrych rad. Twój psychoterapeuta, twój psychiatra, twój psycholog może być bardziej znerwicowany, bardziej spięty niż ty.

Któregoś dnia jeden z moich sannjasinów przyszedł do mnie po radę.

– Osho, kiedy byłem tu ostatnio, powiedziałeś mi, żebym patrzył na jaśniejszą stronę życia, liczył róże i ignorował kolce. One tam są, dostrzeż je, ale nie przykładaj do nich zbyt wielkiej wagi. Jednakże mój psychoanalityk powiedział, że to niebezpieczne i że spowoduje stłumienie moich emocji. Nie wiem, co teraz robić.

Powiedziałem mu:

– Zaczekaj parę dni. Twój psychoanalityk też tu będzie.

Nie wiedziałem tylko, że ten sannjasin również był psychoanalitykiem. Dopiero później powiedział mi o tym mój opiekun. Czyli jeden psychoanalityk chodzi do drugiego. Po co? A ten drugi może chodzi do jeszcze innego.

Twórca psychoanalizy – Zygmunt Freud – należał do najbardziej patologicznych osób, jakie można sobie wyobrazić. Był bardzo zabobonny. Kiedy sięgniesz do jego biografii, będziesz się śmiał, że taki człowiek stworzył psychoanalizę. Jak ludzie mogli wierzyć, że on mówi prawdę?

Któryś z przyjaciół podsunął mu teorię, że mężczyźni, tak samo jak kobiety, mające co dwadzieścia osiem dni okres, także mają okres – tyle że co dwadzieścia trzy dni. Jest w tym sporo prawdy, chociaż oni również mają okres co dwadzieścia osiem dni. Ostatnio zbadano to dokładniej.

Te dni, kiedy kobieta ma miesiączkę, są smutne, depresyjne, negatywne. I dokładnie tak samo dzieje się z mężczyzną – wchodzi w negatywny stan na cztery, pięć dni w miesiącu. Psychologia potwierdza ten fakt. Powinno tak być – przecież kobieta i mężczyzna nie różnią się od siebie aż tak bardzo. Oczywiście miesiączka mężczyzny nie jest widoczna.

Teoria przyjaciela padła na podatny grunt. Zygmunt Freud, leżąc w łóżku i myśląc o liczbach dwadzieścia osiem i dwadzieścia trzy, nagle doznał olśnienia, że suma tych liczb daje pięćdziesiąt jeden – i nie mógł w związku z tym zasnąć do rana. Nad ranem nabrał wewnętrznego przekonania, że będzie żył tylko pięćdziesiąt jeden lat. I zaczął to rozgłaszać. Dwadzieścia osiem dodać dwadzieścia trzy i… umrze.

Pięćdziesiąty pierwszy rok jego życia minął, a on nie umarł. Musiał więc wymyślić coś innego. W dniu, w którym spodziewał się śmierci, zmieniono mu numer telefonu. Ten nowy kończył się na sześćdziesiąt dwa. Freud wymyślił więc, że to nowa wskazówka: będzie żył sześćdziesiąt dwa lata. Znów dzień jego śmierci nadszedł i minął… Ludzie pokroju Zygmunta Freuda nie ustępują. Zawsze coś znajdą. Mieszkał w hotelu w pokoju numer osiemdziesiąt dwa. Uznał, że całkowicie pewna wskazówka z nieba mówi o śmierci w wieku osiemdziesięciu dwóch lat. Umarł w wieku osiemdziesięciu trzech lat.

Ci przesądni ludzie… Freud bardzo bał się śmierci – oto dlaczego tak się tym zajmował. Jego strach był tak wielki, że pięć razy zemdlał w publicznym miejscu tylko dlatego, że ktoś zaczął mówić o śmierci. Padał jak podcięty na ziemię – wystarczyło napomknąć o śmierci. I taki patologiczny, neurotyczny typ stworzył psychoanalizę!

Zwykł uogólniać – uważał, że to, co było prawdą w jego przypadku, było prawdą w przypadku wszystkich ludzi. To naprawdę wielka bzdura. Wszystko, co powiedział na temat człowieka, nie dotyczyło człowieka, lecz jedynie Zygmunta Freuda. Jednostki, która nie jest reprezentatywna dla wszystkich ludzi. Nikt nie jest reprezentatywny dla wszystkich ludzi i nikt nigdy nie będzie.

Być może nielicznym pomogła psychoanaliza – naprawdę nielicznym. Rzadko spotykałem kogoś, komu pomogła. Były to osoby należące do tego samego typu co Zygmunt Freud.

Przeprowadzono wiele badań i okazało się, że nawet ci, którzy odnieśli korzyść z psychoanalizy, zawdzięczają to nie jej, ale czemuś innemu. W jednym z eksperymentów wzięło udział pięćdziesiąt osób o tych samych problemach: dwadzieścia pięć osób poddano sześciomiesięcznej psychoanalizie, kolejnym dwudziestu pięciu obiecano, że zostaną jej poddane wkrótce. Termin ciągle odwlekano. Po sześciu miesiącach rezultaty były zadziwiające – u tych dwudziestu pięciu osób, które poddano psychoanalizie, nastąpiła niewielka poprawa, za to u tych, które czekały, poprawa była znaczna. Samo oczekiwanie pomogło im bardziej niż psychoanaliza. Właściwie to zjawisko znane jest od dawna na Wschodzie. Otóż chorego psychicznie oddaje się do klasztoru zen. Zostaje on tam umieszczony w izolacji na trzy tygodnie. Nikt z nim nie rozmawia – odwrotnie niż w psychoanalizie – nikt z nim nie rozmawia, nikt go nie słucha. Trzymają go w całkowitej izolacji. Ktoś w milczeniu przynosi mu jedzenie i zaraz wraca. Chory przebywa sam na sam ze sobą przez trzy tygodnie i… od stuleci zdarzają się cuda.

Samo umieszczenie go na trzy tygodnie w izolacji powoli go wycisza. Żadnej psychoanalizy, żadnej terapii – tylko izolacja. W końcu cierpiał z powodu ludzi, z powodu stresu wynikającego z bycia w tłumie.

Psychoanaliza prawdopodobnie nie jest przyczyną wyleczenia. Jest nią czas. Trwa ona dwa, trzy, cztery lata – tak długo, na jak długo cię stać; to zależy od ciebie. Jeśli masz dużo pieniędzy, może trwać całe życie. Tak naprawdę ona nie ma zakończenia. Nie może mieć ze względu na nieustającą inwencję umysłu. Wymyśla on coraz to nowe śmieci. Powoli zaczyna mu to sprawiać przyjemność, bo im więcej śmieci przyniesie, tym szczęśliwszy jest psychoanalityk. Z powodu jego radości umysł wymyśla wciąż coś nowego. Pacjent spełnia oczekiwania psychoanalityka bez względu na to, jakie one są.

Pacjenci mają świętą cierpliwość, są uczynni i kulturalni. To naprawdę dobrzy ludzie! Dlatego cierpią. Nie są twardzielami. Mięczaki, nie twardziele. Ponieważ są mięczakami, cierpią. Twardziele nie cierpią. Zadają cierpienie innym. Mięczaki stają się ofiarami. Leżą trzy, cztery lata na kozetce, opowiadają bzdury, czekają, czekają, czekają. To pomaga im się rozluźnić, stać się nieco odprężonym. Na dodatek ktoś ich uważnie słucha albo przynajmniej tak udaje.

Zauważyłem, że uwaga, którą poświęcają psychoterapeuci pacjentom, ma wielką wartość. Żyjemy w świecie, w którym nikt nie zwraca na ciebie uwagi. Mąż, jeśli zwraca się do żony, mówi: „Jest tyle pracy w kuchni, trzeba pozmywać naczynia, a ja nie mam czasu”. Jeśli żona chciałaby porozmawiać z mężem, to on jest zmęczony całym dniem spędzonym w pracy, staniem w korku i chce pooglądać telewizję. Badania mówią, że przeciętny czas komunikacji męża z żoną w Ameryce wynosi trzydzieści trzy minuty dziennie. I to jest przeciętnie! W czasie tych trzydziestu trzech minut oboje się kłócą, dokuczają sobie, rzucają poduszkami i robią jeszcze wiele innych rzeczy. Na dwadzieścia cztery godziny doby tylko trzydzieści trzy minuty?

Wytworzyła się wielka potrzeba tego, żeby ktoś nas wysłuchał. Psychoterapeuta pomaga – jest zawodowym słuchaczem. To jego jedyna kwalifikacja. Jeśli umiesz słuchać z uwagą, możesz założyć firmę – żadne inne kwalifikacje nie są potrzebne. I samo słuchanie pomoże. Człowiek zacznie odczuwać, że ma wartość, bo ktoś… A im więcej zapłaci, tym bardziej mu pomoże, bo wtedy słuchacz nie będzie zwykłym psychoterapeutą. „Ktoś wyjątkowy, bardzo znany, o światowej sławie, a tak uważnie mnie słucha? Zapewne to, co mówię, jest wyjątkowo oryginalne, wspaniałe”. Samo to sprawia, że nasze poczucie wartości wzrasta.

Możesz po prostu bełkotać. To w psychożargonie nazywają swobodnymi skojarzeniami – wydobywasz z siebie wszystko, co przychodzi ci do głowy. Jeśli ktoś tak uważnie słucha twojego bełkotu, zaspokaja twoją ważną potrzebę – czujesz się wartościowy, ważny, wydaje ci się, że jesteś naprawdę kimś.

Pamiętaj, społeczeństwo wprowadziło tak wielki zamęt, że człowiek znalazł się na granicy szaleństwa. Zniknęła cała miłość, zniknęła umiejętność komunikowania się, zniknęła przyjaźń, wrażliwość. Ludzie stali się jak zombie. Mówią do siebie, ale nie rozmawiają, nie kontaktują się. To społeczeństwo jest chore; mówiąc „to społeczeństwo”, mam na myśli każde ze społeczeństw istniejących obecnie na świecie. Mniej lub bardziej, w taki lub inny sposób wszyscy jesteśmy chorzy, ponieważ w przeszłości przez całe stulecia tworzyliśmy zły model istoty ludzkiej. Pokazywaliśmy wyidealizowane wzorce i mówiliśmy: dopóki im nie dorównasz, nie będziesz wiele wart. A te wzorce są nieosiągalne. Mówimy ludziom, że powinni być perfekcyjni. Starają się temu sprostać i zamieniają się w neurotyków.

Zaakceptuj swoje ograniczenia, zaakceptuj swoje niedoskonałości. Na tym polega bycie istotą ludzką! Zaakceptuj siebie takim, jakim jesteś – radosnym, nie bezradnym. Egzystencja cię akceptuje – tego właśnie nauczam. Ponieważ egzystencja cię akceptuje, ty też sam siebie zaakceptuj; kochaj siebie. Niech nastąpi wielki przypływ miłości do samego siebie. Dzięki tej miłości zaczniesz być kreatywny; człowiek, który kocha samego siebie, zawsze staje się kreatywny. Nie twierdzę, że staniesz się z tego powodu sławny. Nie twierdzę, że staniesz się jak Picasso, Ezra Pound czy Pablo Neruda – może tak, może nie. To bez znaczenia! Chodzi o to, by cieszyć się z bycia twórczym. Cokolwiek robisz, rób to z radością, włóż w to całą swoją inteligencję, rób to tak, jakbyś medytował.

Powiedziałeś: „Mówisz, że Bóg jest we mnie… A ja zdaję sobie sprawę, że szukam w głębi siebie jakiejś koncepcji otrzymanej z zewnątrz”.

Tego rodzaju Boga nigdy w sobie nie znajdziesz. Będziesz musiał odrzucić koncepcje, które dostarczono ci z zewnątrz, ponieważ Bóg nie jest osobą. Nie istnieje zdjęcie Boga, nikt nie wyrzeźbił jego popiersia. Boga się doświadcza! Jeśli będziesz poszukiwał wewnątrz siebie Boga według koncepcji otrzymanej od rodziców, od społeczeństwa, nie będziesz mógł z powodu tej przeszkody dostrzec tego, co się tam naprawdę znajduje. A Bóg jest tym, czym jest. Nie potrzebuje być przedstawiany za pomocą gotowych koncepcji; one cię zaślepiają. Odrzuć je.

Jeśli naprawdę chcesz wejść do wnętrza siebie, wejdź tam jako agnostyk. To piękne słowo. Zapewne słyszałeś słowo „gnostyk”. Oznacza ono: ten, który wie. Gnoza oznacza wiedzę. Agnostyk to ktoś, kto nie wie. Agnostyk to ten, który wie tylko jedno: nic nie wie. Bądź agnostykiem. To początek prawdziwej religii. Nie musisz wierzyć, nie musisz nie wierzyć. Nie bądź hinduistą, nie bądź dżainem, nie bądź chrześcijaninem, bo inaczej będziesz się błąkał w ciemnościach po wsze czasy. Dopóki nie odrzucisz wszelkich ideologii, filozofii, religii, systemów myślowych i nie wejdziesz do wnętrza pusty, z pustymi rękami, bez wyobrażeń… Jak mógłbyś wyobrazić sobie Boga? Nie znasz go. Po prostu wejdź… z wielkim pragnieniem poznania, ale bez przekonania, że masz o nim jakąś wiedzę. Wejdź, intensywnie pragnąc poznać, z prawdziwą pasją dążąc do tej wiedzy, jednak bez żadnych wcześniejszych wyobrażeń danych ci przez innych ludzi. Odrzuć je na progu. Są najgorszą przeszkodą dla poszukiwaczy podążających ścieżką do prawdy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żyj według własnych zasad 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci