Wigilijne psy i inne opowieści

Wigilijne psy i inne opowieści

Autorzy: Łukasz Orbitowski

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 480

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 23.93 zł

Książka laureata Paszportu POLITYKI 2015

Kultowe opowieści Łukasza Orbitowskiego

Niewyjaśnione samobójstwa taksówkarzy. Droga widziana tylko przez nielicznych. Spalony blok z lokatorem, którego nie powinno w nim być. Przekręt wystawiający przyjaźń na próbę. Przesyłka na zawsze odmieniająca życie doręczyciela…

Łukasz Orbitowski w sposób, w jaki nie zrobił tego nikt przed nim, pokazuje świat, w którym rodzą się współczesne koszmary: świat polskich blokowisk, miejskiego brudu, pierwszych poważnych związków, porannej wódki. Krwisty, podszyty czarnym humorem język tych opowieści, a także niezwykła wyobraźnia autora sprawiają, że Wigilijne psy hipnotyzują i niepokoją od pierwszych stron.

Oto drugie wydanie, gruntownie zredagowane oraz wzbogacone o dodatkowe teksty. E-book zawiera dodatkowe opowiadanie "Objawienia", niedostępne w papierowym wydaniu książki.

Wstęp

Zawsze śmiałem się z autorów, którzy piszą wstępy do własnych książek. Książka powinna się obronić sama – tak sądziłem. Wigilijne psy poradziłyby sobie bez wstępu. Ale żal pewnych historii.

Oryginalne wydanie zbioru ukazało się równo dziesięć lat temu (pamiętam zimowy przelew od wydawcy, opiewający na dwa tysiące złotych, sumę wówczas dla mnie oszałamiającą). Teksty powstawały wcześniej. Miałem dwadzieścia parę lat i tylko jedno marzenie: chciałem, żeby świat spłonął.

Opowiadanie Autostrada mówi o maturzystach, którzy spotykają późniejsze wersje samych siebie. Podczas pisania naprawdę nie wierzyłem, że dożyję trzydziestki. Wydawało mi się to niemożliwe, a nawet nieprzyzwoite. Ciekaw jestem, co młody, wściekły Orbitowski powiedziałby mnie dzisiejszemu, na rok przed moimi czterdziestymi urodzinami.

Przed wydaniem Psów miałem na koncie dwa niskonakładowe tomiki prozatorskie (ich obecność w notkach encyklopedycznych rozszerza i tak nazbyt opasłą bibliografię), może dziesięć opowiadań ogłoszonych w czasopismach i kilka innych w szufladzie. Bardzo chciałem je złożyć w zbiorek, taki prawdziwy, z kolorową okładką, który będzie można kupić w księgarniach. Aby zrealizować ten zamiar, rozpocząłem negocjacje z wydawnictwem Fabryka Słów.

Fabryka Słów odgrywała wówczas czołową rolę na rynku książki fantastycznej i może dlatego rozmowy tak się ślimaczyły. Na domiar złego pracowałem na budowie w Bostonie i nie bardzo miałem głowę do ustalania spisu treści i stawek procentowych. Negocjacje znalazły się w impasie, więc napisałem do pewnego młodego pisarza, który niewiele wcześniej wydał książkę w Fabryce. Spotkaliśmy się raz w okolicznościach knajpianych i wydał się miłym facetem. Zapytałem, jak mu się pracowało. Zaczęliśmy gadać o różnych rzeczach, nie tylko o literaturze, aż młody pisarz wpadł na wspaniały pomysł: sam wyda moją książkę!

Plan miał ręce i nogi. Młody pisarz pracował w wielkim wydawnictwie, zajmującym się podręcznikami informatycznymi czy czymś podobnym. Namówił prezesa, założyli imprint i ruszyło. Młoda polonistka, Joasia Mika, podjęła się redakcji tekstów i Wigilijne psy ukazały się drukiem, odnosząc tak zwany sukces artystyczny. Książka zebrała świetne recenzje, otwierając drzwi do dalszej kariery. Mówiąc po ludzku, była komercyjną katastrofą. Wydawnictwo nie wydało już żadnej beletrystyki. Przynajmniej na to wygląda.

Młodym pisarzem był Szczepan Twardoch. Nasza przyjaźń zaczęła się od klęski, co należało uznać za dobrą wróżbę. Joasia Mika po dziesięciu latach, na potrzeby tego wydania, powróciła do pracy nad Wigilijnymi psami, kierując się rozumną potrzebą zarobku, ale i przyjaźnią. Jeśli zastanawiacie się czasem, czy książki są ważne, chętnie odpowiem: otóż są. Właśnie dlatego.

Opowiadania z Wigilijnych psów przynależą do fantastyki zmieszanej z realizmem, mówiąc inaczej – horroru. O większości z nich zdołałem zapomnieć, a gdy wreszcie zasiadłem do lektury, poczułem się, jakbym przeglądał stare zdjęcia. Pal sześć te nawiedzone bloki, demony i duchy łaknące zemsty. Lwia część postaci i opisanych sytuacji ma wyraźne odbicie w rzeczywistości, podług zasady „im dziwniejsze, tym prawdziwsze”. Niekiedy przykładałem nawet jeden do jednego, jakbym cykał fotkę. Droga do modlichy jest przecież galerią postaci naprawdę istniejących, łącznie z mistykiem, który twierdził, że sypia z Matką Boską. Pamiętam też, jak stałem w nocy na Stanisława ze Skalbmierza w Krakowie, próżno wyglądając zamówionej taryfy. W cudownym błysku objawiła mi się Opowieść taksówkarska.

Podczas pracy redaktorskiej nalegałem, aby zmieniać jak najmniej. Zależało mi na zachowaniu drapieżnego, młodzieńczego charakteru tekstów, nawet jeśli oznaczało to zgodę na nieporadność. Jestem już duży i naprawdę nie uważam, by zaczynanie opowiadania od: „Zimno jak w dupie u pingwina” było dobrym posunięciem. Wtedy sądziłem inaczej. Te i inne rzeczy pozostały niezmienione. Dodałem też trzy opowiadania pochodzące mniej więcej z tego okresu. Tylko jedno, Nie umieraj przede mną, ukazało się po premierze książki. Myślę jednak, że pasuje.

I to już wszystko. Zapraszam na spotkanie z rozjuszonym smarkaczem, którym kiedyś byłem.

Czytajcie. A świat niech spłonie.

Łukasz Orbitowski

Serce kolei

Wtedy zobaczył u wylotu wagonowego przedsionka znikającą postać nagiego olbrzyma; ciało jego, zasmolone sadzą, zlane brudnym od węgla potem, wydzielało duszny odór: był w nim zapach włoskiego kopru, swąd dymu i woń mazi.

Stefan Grabiński, Smoluch

I

Kibel wyrusza ze stacji Kraków Główny. Jest grudzień, czarny i śnieżny, gołębie przypominają duchy. Ludzie o czerwonych nosach i zimnych oczach, otuleni w płaszcze, wytaczają się z metalowego brzucha budynku dworcowego. Kibel piszczy na pożegnanie, spręża swoje ciało wiernej maszyny, pociętej i poranionej, zrodzonej w czarnym śnie lat sześćdziesiątych. Światła na moment nabierają mocy, jakby żyły, a kierpoć daje znak do odjazdu i kibel rusza. Gołębie zrywają się do lotu, mkną pod sufitem peronu. Tuf-tuf, tuf-tuf…

Nie ma jeszcze osiemnastej, a na dworze już jest ciemno i kibel rozświetla sobie drogę przez grudniowy brud. Mijamy kamienice, podobne teraz do samego kibla – długie, niekształtne, czekające swojego dnia. Gołębi już nie ma, tylko śnieg wściekle tłucze o okna. Kibel zaprzyjaźnił się z mrozem. Jutro będzie lepiej, jutro mamy Gwiazdkę i kibel odpocznie na bocznicy. Żadnych wymiocin obok ubikacji, żadnego piwa rozlanego między fotelami, żadnych noży tnących do kości czerwoną tapicerkę. Maszynista kibla myśli właśnie o świętach.

Maszynista ma czterdzieści osiem lat i nosi imię Józef. Kiedyś je lubił, kojarzyło mu się z Biblią, z dojrzałą mądrością, ale potem Staszek Miętus, ten kutas bez szkoły, nazwał imieniem Józef swojego kundla, a że Miętus nie pracował, miał całe dnie, by łazić z bydlęciem puszczonym samopas i ryczeć zdartym od jabcoków głosem: „Józef! Józef! Do nogi!”.

No i jutro, w samą Wigilię też wyjdzie, też otworzy mordę, a maszynista będzie siedział w domu, sam jak pedał na dworcu, walił wódkę, słuchał, liczył lata i użalał się nad sobą. Maszynista pilnuje kursu, jedzie wolniej niż zwykle i myśli, że zamiast wracać do domu, mógłby się zaszyć w trzewiach kibla i pić w spokoju. Na bocznicy nigdy nie ma świąt.

Obok maszynisty przysiada kierpoć, który cieszy się na święta. Jest dumny, bo wszystko, co ma, osiągnął ciężką pracą. Zamyka dłonie na deklach w teczce. Teczka jest z cielęcej skóry. Kiedy inni zapisywali się do partii, on tyrał na kolei. Kiedy wiara synchronicznie ciskała legitymacje, tyrał na kolei. A gdy trzeba było całować księdza po rękach, został już kierpociem i wiedział, że wyżej nie podskoczy, ale też nie spadnie. Kolej jest jak Tatry, jak krzyż na Giewoncie, przedwieczna i niezmienna. Będzie jeździć, nawet kiedy zabraknie pasażerów, przeżyje swojego kierpocia. Kibel będzie dudnił i tłukł się po torach, być może pusty, na pewno zniszczony. Ale będzie. Kierpoć zastanawia się nad tym wszystkim. Zanurza ręce w wieczności i wieczność śpiewa. Tuf-tuf, tuf-tuf…

Kanar patrzy na kierpocia. Splata dłonie na zmiętej cegle, zagina rogi kartek. Wolno wyjmuje papierosa, ułamuje filtr. Zaciąga się i odchyla głowę, na karku tworzą się grube fałdy. Wydmuchuje dym nosem. Kibel toczy się przez Kraków. Tuf-tuf, tuf-tuf… Kibel jest prawie pusty. Kto może, siedzi w domu, inni wybierają szybsze połączenia.

Dwa pierwsze przedziały są wolne, w trzecim siedzi trzech pijaków, schylonych nad butelką. Jeden nic sobie nie robi z zakazu palenia – między kciukiem a środkowym palcem trzyma zmiętego klubowego. Brakuje mu palca wskazującego. Zabrał go na pamiątkę tartak.

Mężczyźni piją w milczeniu, tylko ten bez palca zbiera się, żeby coś powiedzieć (tuf-tuf, tuf-tuf), rozchyla usta, w kąciku pojawia się bąbelek śliny; kiedy pęka, grdyka pijaka zaczyna chodzić pionowo i nagle nieruchomieje.

– Jutro święta – mówi pijak, a my jedziemy dalej.

Przedział czwarty. Tu zgromadzili się ludzie. Siedzą razem, choć inne przedziały są wolne. Tyle się mówi o tragediach w pociągach. Wszyscy siedzą na pociętych, popisanych czerwonych fotelach. Najbliżej drzwi rozłożył się Bielak, szesnastoletni metalowiec o prawie białych włosach. Pucułowata twarz kontrastuje z chudymi ramionami. Dżinsy opinają się na udach. Zapadniętą klatkę zakrywa bluza z rysunkiem kobiety ubranej tylko w pentagram. Przed zimnem chroni go skórzana kurtka, którą nosi niezależnie od pogody, pełna wpinek i naszywek. Na szyi Bielak ma rzemyk, a na rzemyku odwrócony krzyżyk; zawsze go zdejmuje, nim wejdzie do domu. Słucha muzyki i czyta książkę. Co jakiś czas zamyka oczy, podrzemuje, by za moment wrócić do Tolkiena. Czytał go wielokrotnie, niektóre strony zna na pamięć, a w domu na półce ma wszystkie trzy tłumaczenia. Nienawidzi pociągów, to czysta strata czasu. Nie lubi też ludzi. Ale teraz, z nimi, jest lepiej. Tylko ten stukot, słychać go nawet przy zamkniętych oknach. Zabija muzykę.

Plecami do Bielaka siedzi starsze małżeństwo z córką. Ojciec drzemie. Przyłożył twarz do okna, od szyby oddziela go stary program telewizyjny z „Dziennika Polskiego”. Mężczyzna rozchyla usta i bezwiednie wysuwa język. Co chwilę podnosi powieki, stwierdza, że wciąż jest w kiblu i do Mysłowic jeszcze kawał drogi. Na nowo zapada w sen, tak płytki, że ledwo w nim brodzi. Sen jest zimny jak grudzień na zewnątrz. Zimny i bezbarwny. Ojciec świszczy, język odpełza w głąb ust i zaraz wraca na miejsce.

– Nie zimno ci? – pyta kobieta i z troską patrzy na policzek przyklejony do gazety.

Mężczyzna wierci się i daje znak ręką, że wszystko w porządku, więc jego żona może wrócić do krzyżówki. Kibel zatrzymuje się co chwilę i wtedy błyskawicznie wypełnia kolejne pola. Nie może tego robić, gdy pociąg jedzie – za bardzo trzęsie – więc gryzie końcówkę jednorazowego długopisu i układa w głowie kolejne hasła. Krzyżówkę trzyma na masywnych kolanach. Jest potężna, szersza od męża, na grubych palcach ma pierścionki, jej twarz wygląda jak wyciosana z kamienia. Na nogach wiją się żylaki.

Córka ma na imię Barbara, ma dwadzieścia pięć lat i mieszka z dwójką dzieci pod Mysłowicami. Mąż robi na tirach i Basia ma nadzieję, że zdąży wrócić przed pierwszą gwiazdką. To dobry facet i prawdziwie ją kocha. Basia uwielbia prowadzić dom i wyobraża sobie, co przyrządzi na Wigilię. Nie może się doczekać, aż siądą całą rodziną przy choince, niczym w szklanej szczęśliwej kuli. Basia nie wie, że ktoś zabrał kutię i barszcz z uszkami, ukradł prezenty, zostawił drzewko nieubrane, bo to już ostatnia godzina jej życia. Tuf-tuf, tuf-tuf…

Po przeciwnej stronie siedzi facet ze studentem. Student patrzy w okno, otwiera tatrę mocną. Piana cieknie po spodniach, więc ściera ją rękawem, klnie cicho i natychmiast milknie. Na siedzeniu obok trzyma plecak. Jedzie do domu, do Katowic. W Krakowie studiuje filozofię i ma dziewczynę Monikę na drugim roku Politechniki. Zastanawia się właśnie, czy wygrałby więcej, zostawiając ją i nurkując w studenckie życie, bo są razem od matury i student ma przeczucie, że coś mu umyka. Lubi siadać w Jaszczurach, pić piwo i patrzeć na tańczące dziewczyny. Latem, wracając do domu, obchodzi kurwi kwadrat (od ulicy Szlak, przez Politechnikę, potem dworzec, Filipa i plac Biskupi), zagląda panienkom w dekolty, ale nigdy nie podchodzi. Boi się. Żałuje, że nie ma samochodu.

Facet obok studenta często jeździ tym pociągiem i zawsze siada w tym wagonie. Nie wybiera się nigdzie. Wie, że kibel ma numer 1272 i jest bardzo szczególny. Dojedzie do końca, wróci na nowe tory i razem pojadą do Krakowa. Facet dobiega siedemdziesiątki. Jest niski, szeroki w barach, z grubymi dłońmi, które bezustannie bębnią w tapicerkę. Ma wąsy, które przypominają szron i dumnie opadają na ogoloną brodę. Papierosy zabarwiły je na brunatno. Facet zerka na zegarek i nagle zrywa się na nogi, przylepia twarz do szyby. Kibel mija się z drugim pociągiem. Facet unosi rękę, jakby w geście pozdrowienia, i opada na siedzenie.

Na drugim końcu wagonu siedzą Stefan i Bartek. Stefan ma trzydzieści siedem lat i jest bramkarzem w dyskotece. Kark przechodzi mu w kaptur. Szary sweter wygląda jak zbroja, na kciuku lśni sygnet. Ogromna dłoń zamyka się na przedramieniu Bartka. Ojciec głaszcze syna po głowie, a ten wypluwa deszcz kropelek śliny. Jest upośledzony. Klaszcze w dłonie, raptownie wybija się z siedzenia i uderza głową w tapicerkę, „uuuuu, uuuuu”, krzyczy, znów pluje, a ojciec odciąga go delikatnie, sadza sobie na kolanach, całuje w czoło, tuli, uspokaja.

Czuje się nagi i kruchy – skóra staje się jak z wosku, a mięśnie ze szkła, tak że gdyby go teraz trącić, zmieniłby się w worek kości. Delikatnie odstawia syna, wpycha mu zabawkę w ręce i idzie między przedziały. Wyjmuje papierosa i pali. „Uuuuu, uuuuu”, dobiega znowu z przedziału i stary dobry Stefek nie wie, czy to naprawdę, czy tylko w jego głowie. Tuf-tuf, tuf-tuf…

Minęliśmy już Kraków Mydlniki. Kierpoć grzebie w papierach z dekla. Kanar dotarł do trzech pijaków, cierpliwie coś tłumaczy, w pełni świadom, że wszystko na nic, bo to w końcu nie Orient Express, ale kibel. Stefan spalił papierosa. Ojciec brodzi we śnie. Matka wypełniła w Mydlnikach osiem długich haseł. „I am immortal, I am strong, I am godforsaken”, brzmi w walkmanie Bielaka.

– Nie miałby pan odsprzedać jednego piwa? – zwraca się facet do studenta.

Chłopak odkleja nos od szyby. Ojciec prycha przez sen. Student z wahaniem sięga do plecaka, wyjmuje kolejną tatrę i wkłada w dłonie staremu mężczyźnie. Facet otwiera pulares w kształcie podkowy, znajduje pięciozłotówkę, ale jego wzrok pada na Historię filozofii Tatarkiewicza. Student wzbrania się przed przyjęciem pieniędzy.

– Nie zdążyłem kupić na dworcu – tłumaczy się staruszek. – W podmiejskich nie ma faceta z piwem.

– Mówię, że żaden problem – odpowiada student, a facet z wąsem nachyla się do jego plecaka, bębni palcem w grzbiet Tatarkiewicza i cofa rękę.

– Znałem profesora – mówi. – Wspaniały człowiek, bardzo go skrzywdzili.

Student kiwa głową. Staruszek ostrożnie otwiera piwo. Student myśli, że powinien go ostrzec, bo piana na pewno się wyleje. Żałuje, że spędzi podróż w towarzystwie starego pierdoły. Staruszek ostrożnie otwiera puszkę i nie cieknie ani kropla.

– Słyszałem o facecie, który otwierał puszkę coli uściskiem dłoni – rzuca.

– Niemożliwe – odpowiada chłopak i przesuwa plecak. Staruszek patrzy na zegarek, podrywa się gwałtownie i spogląda przez okno. Kibel mija się z innym pociągiem. Staruszek unosi rękę, niepewnie, jakby wiedział, że wszyscy na niego patrzą, i opada na siedzenie.

Rozlega się głos zza oparcia:

– Masz jeszcze piwo? – To Stefan. – Jeśli macie piwo, pokażę wam coś ciekawego.

Student patrzy na niego z niechęcią, ale boi się odmówić. Podaje ostatnią tatrę, wściekły, bo do Katowic daleko, a Stefan gestem dłoni zachęca, by wyszli z przedziału. Staruszek podnosi się bez oporu, ale idzie z widocznym trudem.

Student się waha. W końcu wstaje, idzie za staruszkiem i Stefanem, przypomina sobie o plecaku, wraca, narzuca go na ramię i opuszcza wagon. Omal nie potyka się o Bartka. Spogląda na niego z obrzydzeniem, by zaraz wbić spojrzenie w podłogę. Stefan głaszcze syna po głowie, uśmiechem uspokaja, że wszystko jest w porządku. Rozgląda się, ale niepotrzebnie, kanar jeszcze nie skończył z pijakami, a kierpoć tonie w dokumentach. Nikt im nie przeszkodzi.

– Wziąłbyś go za rękę? – prosi Stefan studenta. Bartek natychmiast przypada do chłopaka, rozwiera usta w bezrozumnym uśmiechu. Stefan zna ten wzrok. – Tylko na chwilę – dodaje łagodnie i student ujmuje dłoń chłopca.

Staruszek opiera się o drzwi ubikacji. Stefan obraca tatrę w dłoni, przygryza wargę, odkłada puszkę, zdejmuje kurtkę i daje staruszkowi do potrzymania. Teraz widać wyraźnie, że ramiona ma grube jak krowie udo. Bierze puszkę, przykłada do niej obie dłonie, łokcie ma rozstawione szeroko. Staje w rozkroku, wysuwa prawą nogę, pochyla się i napiera na puszkę. Twarz natychmiast nabiega mu czerwienią, czoło przecinają grube żyły, kark pęcznieje niczym u gada, a ramiona wydają się teraz dwa razy szersze, tylko czekać, aż trzaśnie sweter. Trwa to bardzo długo. Stefan przymyka oczy. Palce na puszce nabiegają fioletem i nagle z tatry tryska złoty strumień. Stefan natychmiast zwalnia uścisk, prostuje puszkę. Otwiera, piwo wciąż się leje, więc upija łyka i oddaje studentowi. Dyszy, opiera się o ścianę. Staruszek bije brawo. Stefan zdobywa się na uśmiech. Student wypuszcza Bartka i dziecko obejmuje ojca w pasie.

– Zawsze mówię, że… – Stefan dyszy z wysiłku – jak mnie już z roboty całkiem wypieprzą, to… to stanę na ulicy i będę wygrywał zakłady.

– Siłownia? – próbuje zgadnąć student. Staruszek zapala papierosa. Paczka krąży.

Stefan odmawia, student się częstuje.

– Też – odpowiada Stefan. – Najpierw tartak, wyrąb drewna. Kopalnia. Łamanie rąk o chodniki.

Wybucha śmiechem.

– Ale odkąd mam małego, zmieniło się wszystko.

– Przegrałbyś kupę pieniędzy – mówi staruszek do studenta.

– Miałem kolegę, który umiał poddusić się w specyficzny sposób – mówi student. – Zaciskał ręce na szyi i twarz robiła mu się dwa razy większa. Normalnie jak słońce. Czerwona i ogromna. Potem śmiesznie wyglądał, bo mu na czole i policzkach żyłki popękały.

– Głupota – stwierdza Stefan. – Zwykła głupota, nic więcej. A ty co potrafisz?

– Mam na imię Marcin – odpowiada chłopak i liczy, że Stefan jakoś zareaguje. Ale ten wodzi oczyma za synem. Mija ich pociąg, staruszek unosi rękę. – Umiem pierdzieć z napletka – wyznaje w końcu – ale to obrzydliwe.

Staruszek kiwa głową ze zrozumieniem, a Stefan zaczyna się śmiać.

– Dawaj!

– Mówiłem, że to obrzydliwe. Poza tym pociąg musi stanąć. Nie będzie nic słychać. Staruszek spogląda na zegarek.

– Za minutę będziemy w Zabierzowie – stwierdza. – Możesz się szykować!

Kibel hamuje ze zgrzytem, staje w pomarańczowym blasku stacji. Marcin obrzuca zebranych spojrzeniem, myśli, że to kompletny idiotyzm, ale co robić, pakuje rękę do spodni, przez moment jest zupełnie cicho.

Widać, jak dłoń chłopaka rusza się w kroczu i nagle słychać dźwięk podobny do odgłosu wydawanego przez otwierany słoik. Pierwszy zaczyna rechotać staruszek, za nim słychać niski, dudniący śmiech Stefana. Kibel rusza ospale, student wyjmuje rękę z gaci i też się śmieje.

– W życiu nie słyszałem niczego takiego – przyznaje Stefan. – Nieźle!

Staruszek już się nie śmieje. Patrzy na zegarek, wbija ręce w kieszenie, by zaraz je wyjąć, drapie się po brodzie i orientuje się, że pozostali na niego patrzą. Ociera usta.

– Mogę pokazać wam coś ciekawego – obiecuje – ale musimy wrócić do przedziału. – Milknie na moment. – Musicie dobrze patrzeć i uważać. To coś naprawdę niezwykłego.

Stefan bierze Bartka za rękę i cała czwórka wraca na miejsca. Staruszek prosi, aby wszyscy usiedli obok niego. Ojciec przebudził się na moment, rozgląda się po sąsiednich siedzeniach i widzi, że student, staruszek i Stefan tkwią nieruchomo i patrzą w szybę. Wzrusza ramionami i odchyla głowę. Basia zerka w krzyżówkę matki. Siedzenie dalej Bielak wyjmuje wyładowaną baterię z walkmana. Zamyka ją w dłoniach i ogrzewa, żeby grało jeszcze parę minut.

– Co jest? – pyta Stefan. Patrzą w okno od kilku minut i nic się nie dzieje.

– Zaraz – uspokaja staruszek. – Przejedzie drugi pociąg, to zobaczycie.

Rzeczywiście, mijają się z innym pociągiem. W jego oknach odbija się wnętrze kibla.

Staruszek unosi rękę, szepcze, wskazuje na szybę. Oczy całej trójki utkwione są w oknie. Student na moment odwraca głowę, za nim Stefan, i znów patrzą na przemykające szyby. Czoło Stefana nabiega krwią. Student blednie. Nie mogą oderwać wzroku. Patrzą.

Patrzą na mnie.

II

Trzebinia. Mieszkanie rewizora Płatka. Rewizor Płatek zbiera się do wyjścia, goli się starannie, wklepuje krem w policzki, wycina włosy z nosa, ociera łzę. Siada na brzegu wanny. Jest w samych szortach, przez przedramię biegnie świeża blizna. Rewizor Płatek przygryza wargę. Ma starannie obcięte paznokcie, poza jednym, na prawym kciuku.

Podważa brzeg strupa i delikatnie odrywa. Rana idzie do mięsa, strup odchodzi jak płat lakieru, a rewizor Płatek podtrzymuje go palcem. Odrywa powoli, bieleją mu wargi. W łazience jest cicho. Rana ma kolor świeżego owocu. Rewizor Płatek wpycha strup do ust, połyka i przyciska wargi do rany. Odchyla się, o mało nie wpada do wanny, dyszy, opuszcza rękę, śledzi wzrokiem strumyczek krwi sunący po kafelkach do kratki ściekowej.

Przez kilka minut rewizor Płatek siedzi nieruchomo. Powinien się spieszyć, jest już spóźniony. Wstaje niechętnie. Widać teraz, że na ciele ma dziesiątki blizn, w większości świeżych. Wygląda jak naznaczony plagą. Przez jego brzuch biegnie szachownica nacięć, szerokie strupy suną w dół i nikną w szortach, wewnętrzne strony ud nabiegły czernią, łydki i stopy znaczą rany.

Rewizor Płatek ubiera się bardzo powoli, dotyk szorstkiego materiału spodni sprawia ból. Wkłada gruby podkoszulek, dopiero na niego ciemną koszulę. Zapina guziki. Odzież jest przebraniem. Rewizor Płatek wraca do lustra, nabiera na palec grubą warstwę kremu i znów smaruje całą twarz. Lśni niczym woskowa świeca, a głowa płonie mu od środka.

Rewizor Płatek ma wrażenie, że żyje w teatralnej rekwizytorni. Idzie przez mieszkanie. Butelkę nałęczowianki zamiast wody wypełnia plastik. Rzędy książek na półkach to atrapa, kartki są niezadrukowane, a okładki puste. Gdyby włączyć telewizor, poleciałby ten sam film, nadawany w kółko, odkąd pamięta. Przygląda się licznym zdjęciom na ścianach, wiszącym w równych rzędach. Wydają mu się bardziej wyblakłe niż zwykle, to pewno wina słońca, które pada na tę ścianę. Rewizor podchodzi, zdjęcia bledną, a gdy staje tuż przy nich, okazuje się, że w ramkach tkwią puste kartki. Rewizor Płatek odskakuje gwałtownie. Musi iść. Trzeba się spieszyć, inaczej będzie za późno.

Narzuca marynarkę, klucze uderzają o ranę na boku, boli nawet przez ubranie. Rewizor Płatek chce wyjść, ale zapomniał teczki. Musi zabrać wszystko, co będzie mu potrzebne w pracy. Teczka jest pusta i podobna do tej, jaką ma kierpoć kibla. Rewizor Płatek krąży po mieszkaniu. Pod telewizorem znajduje blankiety biletów, wciska je w kieszeń i biegnie dalej. Identyfikator leży w łazience, pod folię dostała się woda. Rewizor Płatek trzyma go w ustach. Cegła jest na biurku, dobrze, zgarnia ją do teczki. Jeszcze tylko taryfy i druki wezwań do zapłaty. Te pierwsze odnalazł na kuchennym parapecie, drugie leżały rozsypane koło łóżka. Teraz ma już wszystko.

Chowa papiery do teczki, część druków spada na podłogę, rewizor Płatek schyla się, zbiera. Teczka wreszcie jest zamknięta, rewizor Płatek już może iść. Mimo to tkwi nieruchomo, zgarbiony nad gazetą z programem telewizyjnym. Zaplątała się wśród służbowych dokumentów.

Kładzie dłoń na gazecie, dziewczyna na okładce bardzo mu się podoba. Chciałby przewrócić stronę i zobaczyć więcej zdjęć, ale za bardzo się boi. Cofa dłoń, przełyka ślinę, musi już iść. Zawraca spod drzwi i otwiera pismo. Żadnych zdjęć. Tylko równe linijki tekstu. Rewizor Płatek, rewizor Płatek, rewizor Płatek. Gazeta leci w kąt, kartki szeleszczą: rewizor Płatek. Tak zgrzyta klucz w zamku, tak tłucze się winda.

Rewizor Płatek jest już przed blokiem, w powietrzu tańczą grube płatki śniegu. Rusza szybkim krokiem. Do dworca ma pięć minut marszu. Grupki chłopców stoją w zaciszu bram i śmietników, jakiś facet ciągnie na smyczy skarlałego psa, kobieta targa siaty i rewizor Płatek wyraźnie widzi, że wszyscy zwalniają, jakby byli częścią jednego mechanizmu. Ich głowy obracają się ze zgrzytem i choć sypie śniegiem, rewizor Płatek widzi ich bagniste oczy. Patrzą na niego, patrzą pod nogi, czekają na kamień i upadek. Chłopcy wybuchają śmiechem. Rewizor Płatek orientuje się, co może być nie tak. Facet z psem ma długi płaszcz prochowy à la Colombo; takie sprowadzało się z Niemiec dwie dekady temu. Chłopcy noszą puchówki, podobnie jak kobieta z siatami. Tylko rewizor Płatek idzie przez grudzień w samej koszuli i lekkiej marynarce. Ale nie jest mu zimno. Przeciwnie.

Blizny znaczą ciało ogniem. Przyjemny płomień zbiega się pod pachami i wędruje w głąb ciała. Serce bije szybciej. Rewizor Płatek zaczyna biec.

– Co by się stało, gdyby maszynista usnął? – pyta nagle Basia.

Ojciec odkleja głowę od szyby, ale matka nie podnosi oczu znad krzyżówki. Nie widzi, że dwa siedzenia dalej student, staruszek i Stefan nie mogą oderwać wzroku od okna. Ojciec wzdycha.

– Jesteś jak dziecko – mówi.

Basia zerka w okno.

– Pogoda mi się nie podoba – stwierdza. – Maszynista może być zmęczony. Ojciec garbi się, krzyżuje dłonie między kolanami.

– Mamy coś, co w skrócie nazywamy SHP – brzmi głos kanara.

Matka podnosi głowę, ojciec grzebie w kieszeni na piersi. Basia się uśmiecha. Ojciec znalazł już bilety, kanar obraca je w dłoniach i mówi dalej:

– SHP, czyli system samoczynnego hamowania pociągu. Maszynista musi naciskać guzik w określonych miejscach trasy. Jeśli tego nie zrobi, pociąg samoczynnie hamuje. – Kasuje bilety i zwraca je ojcu. – Ale nie ma takiej potrzeby. To w końcu kolej.

– Słyszałem – mówi ojciec przeciągle – że maszyniści umieją to obchodzić. Drzemać po dziesięć–piętnaście minut. Tak mi mówiono.

– Tato, przestań – ruga go Basia.

Matka wraca do krzyżówki. Kanar wzrusza ramionami.

– Nie ma takiej możliwości – stwierdza, odwraca się i zmierza w stronę Stefana, staruszka i studenta. Zza pleców słyszy głos ojca:

– A prądu wam nie wyłączą?

Kanar na moment tężeje, zaciska wargi, staje, chce się odwrócić i coś powiedzieć lecz, jak za dotknięciem różdżki, znów się uspokaja. Takimi pasażerami można by obsiać błonia. Jadą z nory do nory i myślą, że są w przedziale samego kardynała. Nienawidzą wszystkiego, co ich otacza, i czekają na śmierć kolei. A kolej będzie wieczna, przeżyje jednego buca z drugim i nigdy nie odłączą jej prądu. Nie ze względu na kanara, maszynistę czy kierpocia, ale właśnie po to, by tabuny buców mogły gnieździć się na fotelach, pluć na nie i pierdzieć. Kanar uśmiecha się do własnych myśli i staje nad Stefanem i Bartkiem.

– Dzień dobry, bilety do kontroli.

Dla Stefana i studenta ten głos brzmi jak z innego świata. Student podskakuje gwałtownie, Stefan wygląda, jakby właśnie oberwał między oczy. Podaje bilet kanarowi, student swój wyjmuje z legitymacji. Nerwowo patrzą w okno. Staruszek się nie odzywa, kanar nie zwraca na niego uwagi. Zerka w szybę, spogląda po twarzach całej trójki, uśmiecha się, oddaje bilety i idzie dalej. On także o mnie wie.

– Ma ktoś lusterko? – pyta staruszek. Stefan kręci głową, student zaprzecza.

Staruszek wstaje. Utyka na lewą nogę, utyka poważnie, tak że musi podpierać się o poręcze przy siedzeniach. Nachyla się nad Basią, mówi coś spokojnie i wraca z okrągłym lusterkiem. Wkłada je w dłonie Stefana.

– Zobacz – mówi.

Stefan ogląda przedział w lusterku, mruży oczy ze zdziwienia, przekazuje przedmiot studentowi. Student patrzy przez chwilę. Chce go oddać staruszkowi, ale cofa rękę, wstaje i zwraca lusterko Basi.

– Próbowałem z szybką od zegarka – mówi staruszek – i kilkoma lusterkami. Ale on odbija się tylko w szybach innego pociągu – sprawdza godzinę. – Za półtorej minuty zobaczymy go znowu.

– Dlaczego ten gość nie chciał od ciebie biletu? – chce wiedzieć student. Gryzie się w język; siwy facet jest starszy o co najmniej pięćdziesiąt lat. Tajemnica zniosła formalności.

– Jeżdżę tędy codziennie od czterech lat – odpowiada staruszek. – Studiujesz filozofię, prawda? Jeszcze dziesięć lat temu spotkalibyśmy się na uczelni. Zajmowałem się logiką – kaszle – a teraz jeżdżę podmiejskim pociągiem i wszyscy mnie tu znają.

– A ten facet?

– Kanar wie o nim. Myślę, że wiedzą wszyscy. Przywykli do niego, on chyba też. Na początku bardzo się mnie bał. Ale was chyba się nie przestraszył? Myślę, że w jakiś sposób nabrał do mnie zaufania.

– Jak to? – dziwi się Stefan.

– Świetnie cię rozumiem – odpowiada staruszek. – Na początku też myślałem, że on jest kimś w rodzaju… No, nie wiem, zagubionego kawałka filmu. Ale nie…

Unosi rękę.

– On myśli i czuje. Jakoś… – Opiera dłonie o szybę, podnosi głos: – Uważajcie, nadjeżdża.

Kibel mija się z pospiesznym z Kołobrzegu. Żółte okna przemykają jak klatki filmowe. Widać w nich przedział, staruszka, Stefana i studenta, dalej Barbarę, jej matkę oraz nogi chrapiącego ojca. Tamci nie mają pojęcia, co się dzieje, ale trójka przy oknie widzi mnie wyraźnie. Siedzę w kucki na wolnym siedzeniu, tuż obok pogrążonego w marzeniach Bielaka. Kolana przyciskam do piersi. Długie białe stopy wystają mi ze spodni. Mam luźną koszulę rozpiętą pod szyją i chude ciało – myślę, że ktoś mógłby uznać je za odrażające. Nigdy nie widziało słońca, a skóra jest cienka, napięta. Moja twarz przypomina trochę białe kowadło. Szeroki nos wtapia się w policzki, pod wysokim czołem tlą się oczy, wielkie jak światła pociągu. Najbrzydsze mam usta, bardzo szerokie, spękane, jak świeżo zaszyta blizna. Włosy szczęśliwie zasłaniają odstające uszy, opadając rzadkimi strąkami na kościste ramiona. Staruszek podnosi rękę i mnie pozdrawia. Odpowiadam mu tym samym gestem. Pociąg zaraz nas minie i zniknę im z oczu. I nagle Stefan macha do mnie, więc wyrzucam w powietrze obie dłonie i pozdrawiam całą trójkę. Basia patrzy na nich i chyba myśli, że są popieprzeni.

Pospieszny z Kołobrzegu przepadł, kibel znów sunie samotnie. Staruszek uśmiecha się jak cyrkowiec zdumiewający publiczność starą sztuczką. Stefan bierze Bartka na kolana, chłopiec chichocze. Mężczyzna głaszcze syna po głowie, ale wzrok małego błądzi gdzieś daleko.

Student mówi, że musi zapalić. Wychodzą wszyscy czterej. Tym razem pali także staruszek.

– Czytałem kiedyś o tym – zaczyna student. – To nazywa się postać nadliczbowa. Pojawiają się czasem na zdjęciach. Widziałem jedno takie. To było zdjęcie klasy i jak je wywołali, zobaczyli, że jest na nim jeszcze dziewczynka. Z tego, co czytałem, nie żyła od jakiegoś roku.

– To prosta sztuczka – Stefan opiera się o drzwi ubikacji. – Taki efekt uzyskasz poprzez dwukrotne naświetlenie kliszy.

Student wzrusza ramionami.

– To też było naświetlenie?

– Nie ma co kombinować – stwierdza Stefan. – Myślę, że po prostu widzieliśmy ducha. Co, że nie dzwoni łańcuchami? Posłuchaj – zwraca się do staruszka – przecież badasz tę historię. Może stało się coś złego, tu, w tym przedziale? Może ten duch jest tu uwięziony. Może… Czy moglibyśmy mu jakoś pomóc?

– Nie sądzę, żeby potrzebował naszej pomocy. – Staruszek wydmuchuje dym nosem. – I nie jest duchem, to pewne.

Bartek gramoli się na Stefana. Ten podnosi go, całuje w czoło, ale nie odrywa wzroku od staruszka.

– Ten człowiek, którego widzieliśmy w odbiciu… – zaczyna staruszek – cóż, dziś nic nie zabrzmi za dziwnie, prawda? Otóż myślę, panowie, że ten człowiek jest naszym pociągiem.

Rewizor Płatek stoi na peronie w Trzebini. Wiatr rozdyma mu marynarkę, ale na czole rewizora błyszczą krople potu. Wargi ma wilgotne i drżące, ociera je ręką. Drepcze w miejscu, zatacza małe kółka, wreszcie siada z teczką między kolanami. Z kieszeni wyjmuje chusteczkę, chce przetrzeć rozpaloną twarz i orientuje się, że pot przemieszał się ze łzami. Nagle świat wstrzymuje oddech. Nie słychać już wiatru, ptaków ani ludzi.

Komunikat z głośnika o nadjeżdżającym pociągu osobowym urywa się w pół słowa. Rewizor Płatek przeciera oczy i widzi, że gołąb znieruchomiał w locie i wisi wysoko, jakby na sznurku, otoczony równie nieruchomym śniegiem.

Na drugim peronie zamarli ludzie. Facet przy kiosku zastygł z ręką wyciągniętą po paczkę czerwonych marlboro. Rewizor Płatek z niedowierzaniem zaciska i rozczapierza palce.

Oto ma czas darowany, kawałek tortu wykrojony przez Boga złotym nożem. Czas, w którym dopełniają się decyzje. Rewizor Płatek odchyla się na oparcie, prostuje ramiona. Co dalej? Co powinien ze sobą zrobić? Do rewizora Płatka dociera straszliwa prawda, że lepiej już nigdy nie będzie. Ma czterdzieści pięć lat, za sobą rozwód. Ma też córeczkę, o której wie tyle, że w tym roku idzie do gimnazjum i chyba ma bardzo jasne włosy. Rewizor Płatek nie znajdzie już nowej kobiety i stetryczeje w samotności.

A gdyby rzucić się na tory? Przecież dalej będzie tylko gorzej. Rewizor Płatek jednak boi się śmierci. Co jeśli pociąg będzie jechał zbyt wolno i zamiast do piachu pośle Płatka na wózek inwalidzki? Albo gorzej – przemieni w roślinę? Nie wolno tak myśleć. To czas darowany, czas nadziei.

Rewizor Płatek wie, co powinien zrobić. Przeprowadzi kontrolę najlepiej, jak umie, wróci do domu i upije się porządnie, tak na dobry początek. Od jutra wielką gumką myszką zacznie wymazywać przeszłość. Sprzeda mieszkanie, wyjmie oszczędności, kupi stary samochód i pojedzie, gdzie go oczy poniosą. Pojedzie na południe, tam, gdzie zawsze jest ciepło. Może zacznie pracować na plantacji winorośli? Może kogoś pozna? Głosy wkoło umilkną… Tak, rewizor Płatek pojmuje, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Ale najpierw praca. Ostatni dzień.

Rewizor Płatek podnosi się z ławki i świat rusza razem z nim. Gołąb mknie nad peronem w śnieżnej zawierusze, facet odbiera paczkę marlboro, rozrywa celofan i wpycha papierosa do ust. Ludzie krążą na drugim peronie. Rewizor Płatek rozpina marynarkę, zaciska palce na teczce, drugą ręką strzepuje z siebie śnieg.

Kibel ze zgrzytem wtacza się na peron, staje, otwierają się drzwi. Rewizor Płatek patrzy w okna, widzi staruszka i Stefana, wzrusza ramionami, przyspiesza kroku. Wsiada do pierwszego wagonu, w przejściu zderza się z kierpociem. Kierpoć obdarza go zdumionym spojrzeniem, podają sobie ręce. Rewizor Płatek idzie do maszynisty, a kierpoć sunie za nim, bo w oczach rewizora Płatka dostrzegł coś niepokojącego.

Józef spogląda przez ramię, widzi rewizora. Uśmiecha się do niego, ale gdy rewizor Płatek odwraca wzrok, Józef i kierpoć wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.

– Nie jest ci zimno? – pyta Józef rewizora Płatka.

Rewizor Płatek nie odpowiada. Siada w rogu i kładzie sobie teczkę na kolanach. Kierpoć idzie na peron zobaczyć, czy ktoś wsiada. Józef nie podejmuje prób rozmowy i patrzy przed siebie. Rewizor Płatek otwiera walizkę, chce wyjąć bloczki i przypiąć sobie identyfikator. Zagląda do środka, zaskoczony i zdumiony. Odruchowo zamyka walizkę, by zaraz otworzyć ją ponownie.

Pamięta, że brał wszystkie potrzebne papiery. Gdyby się skupił, przypomniałby sobie, skąd co zabierał. Może teczki zostały podmienione? Nie, przecież nie wypuszczał jej z rąk, zresztą to jego teczka, poznaje naddarty grzbiet i zadrapanie na rogu. Przełyka cierpką ślinę, podnosi głowę i stwierdza, że nie wzbudził niczyjego zainteresowania. W teczce zamiast papierów leży długi nóż kuchenny. Rewizor Płatek ostrożnie dotyka zimnej stali i wodzi palcem po ostrzu. Sprawia mu to przyjemność.

– Nikt nie może być pociągiem – mówi student. Kuca i zadziera głowę.

– Nie istnieją też same odbicia – zwraca uwagę Stefan.

– To tylko hipoteza – uściśla staruszek. – Trudno mi ją zweryfikować w jakikolwiek sposób. Myślę, że właśnie po to wam go pokazałem: aby potem podzielić się wątpliwościami.

– Dawaj – zachęca Stefan.

Staruszek zaczyna mówić.

– Kiedy zobaczyłem go pierwszy raz, myślałem, że to złudzenie optyczne. Potem, że jakiś dziwaczny efekt. Słyszałem, że jeśli ktoś długo patrzy przez okno, jego odbicie zostaje utrwalone na szybie. Szybko okazało się, że nasz przyjaciel reaguje na moje ruchy, i to bardzo żywiołowo. Myślałem później, że widzę fragment przeszłości, że stałem się świadkiem jakiegoś czasowego paradoksu, ale znowu nie, z tego samego powodu co wcześniej. Wówczas pomyślałem sobie, że ten człowiek jest pociągiem.

– Pociągiem w ogóle? – chce wiedzieć student.

– Nie, skąd, tym konkretnym. Naszym poczciwym pociągiem podmiejskim – ciągnie staruszek. – Zwróćcie uwagę, jak chętnie nadajemy ludzkie cechy martwym przedmiotom. Kiedy jakiś tabor ma opóźnienie, mówimy, że „pociąg się spóźnia”, a nie „jest opóźniony” czy „maszynista pociągu tego a tego się spóźnia”. Kiedy się spieszymy, nasze słowa i myśli stają się nacechowane emocjami. Mówiąc nieco uczenie, nasz przyjaciel jest efektem ubocznym semantyki. Innymi słowy, samiśmy go sobie zrobili.

– Nie bardzo nadążam – przyznaje Stefan. – To w końcu człowiek czy pociąg?

– Pociąg – stwierdza staruszek. – Mogę założyć, że ma pewne cechy ludzkie, ale nie jest człowiekiem. Choćby dlatego, że nie przeszedł normalnej, ludzkiej drogi. Nie urodził się, nie dojrzewał. Ma emocje, którymi go obdarzyliśmy. Myślę, że w jakiś sposób jest świadomy, ale nie tak jak ty czy ja.

Oczy staruszka błądzą chaotycznie po wagonie, zatrzymują się dopiero na Bartku.

– Przepraszam, że to mówię. Jest trochę jak twój syn.

Stefan kiwa głową.

– Mów dalej – prosi.

– Kontakt z nim jest bardzo ograniczony. Ma własny świat, niekompatybilny z naszym. To znaczy coś tam nas łączy, ale żyjemy w dwóch różnych rzeczywistościach.

– Dlaczego? – pyta student. – Przecież odpowiada, gdy pomachasz ręką. W oczach Stefana widać, że świetnie wie, o co chodzi staruszkowi.

– Nauczył się. Ale jest niekompletny, jak układanka ze zgubionymi elementami. Ma tylko te cechy, którymi ludzie go obdarzyli. Przybrał ludzką formę, bo tylko człowiek może się spóźniać albo spieszyć, prawda?

Student kiwa głową.

– Więc on może być złośliwy albo przyjazny, czysty albo brudny. Jest czyścioszkiem albo brudaskiem, jeśli wolicie. Może nawet być mądry albo głupi, wiecie: „Czemu ten głupi pociąg tak się wlecze?”. Ale nie jest czuły, nie jest zatroskany, nie ma na nic nadziei i tak dalej. Dlatego mówię, że on nie jest człowiekiem, tylko pociągiem. Gdyby stanął tu przed nami, nie porozumiałbyś się z nim. Byłby…

– Jak Bartek – uzupełnia Stefan.

– Właśnie – przyznaje staruszek.

– To po co zawracasz sobie nim głowę? – pyta student.

Staruszek uśmiecha się szeroko. Jego zęby są brązowe, przypominają korę.

– Całe życie zajmowałem się logiką – odpowiada. – Świat był dla mnie zbiorem przyczyn i skutków, takim wielkim drzewem z mnóstwem rozwidleń. Potem zobaczyłem jego. Anomalię. Coś, czego nigdy nie powinienem wiedzieć. I nagle pojąłem, że wkoło nas bije sekretne życie – zatacza koło ręką – wszędzie.

– W innych pociągach jest podobnie? – pyta Stefan.

– Wszędzie – powtarza staruszek. – Jeśli z pociągiem się udało, to czemu nie z komputerem? Z samochodem, telewizorem, pralką? Tworzymy cienie wokół wszystkiego, co nas otacza. I te cienie ożywają. Ale nie mamy nad nimi kontroli.

– Indianie – stwierdza student. – Manitou.

– Możliwe – przyznaje staruszek. – Ale Indianie nie wyszli poza prostą magię, poza totemiczne kulty. My żyjemy w epoce postreligijnej. I na przekór wszystkiemu, kiedy przejedzie następny pociąg, człowiek, którego nie ma, nam pomacha.

(...)

Wigilijne psy I inne opowiadania

Copyright © by Łukasz Orbitowski 2006–2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2016

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Magdalena Jarnotowska, Justyna Żurawicz / Editor.net.pl

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Rafał Tyński, Paweł Szczepanik / BookOne.pl

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie II, Kraków 2016

ISBN EPUB: 978-83-7924-612-0

ISBN MOBI: 978-83-7924-611-3

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wstęp

Serce kolei

Autostrada

Opowieść taksówkarska

Kacper Kłapacz

Wigilijne psy

Angelus

Lombard

Objawienia

Nie umieraj przede mną

Droga do modlichy

Pan Śnieg i Pan Wiatr

Zmierzch Rycerzy Światła

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tracę ciepło Exodus Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego Wigilijne psy i inne opowieści Inna dusza Horror Show 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Magnes Góra Tajget Sześć światów Hain