Elon Musk. Biografia twórcy PayPala, Tesli, SpaceX

Elon Musk. Biografia twórcy PayPala, Tesli, SpaceX

Autorzy: Ashlee Vance

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 33.99 zł

BESTSELLEROWA BIOGRAFIA CZŁOWIEKA, KTÓRY ZMIENIA ŚWIAT NA NASZYCH OCZACH
Steve Jobs chciał waszych pieniędzy. Mark Zuckerberg pragnie wam pomóc udostępnić zdjęcia bobasów. Elon Musk zamierza uratować świat przed zagładą.

Wizjoner, geniusz, nieznośny szef, najbardziej zuchwały przedsiębiorca Doliny Krzemowej, jeden z najbogatszych ludzi na ziemi. Człowiek stawiany w jednym szeregu z Thomasem Edisonem, Henrym Fordem i Stevem Jobsem. Każdy start-up w jego rękach zmienia się w złoto. Stworzył PayPala, koncern samochodowy Tesla Motors, a także SpaceX – firmę wysyłającą prywatne rakiety w kosmos. Muskowi udało się, mimo że jego życie jest niedorzeczne. A może właśnie dlatego.
Żeby przekonać rząd, że pojawił się nowy gracz w wyścigu kosmicznym, zaparkował rakietę na trawniku przed siedzibą Federalnej Administracji Lotnictwa w Waszyngtonie.
Gdy po auta Tesli ustawiały się kolejki chętnych, Leonardo DiCaprio błagał Elona o egzemplarz elektrycznego Roadstera. Musk oczywiście odmówił.

Ashlee Vance, publicysta specjalizujący się w nowoczesnych technologiach, przeprowadził dziesiątki wywiadów z rodziną, przyjaciółmi i pracownikami Elona Muska. Dotarł także do jego wrogów. Sam Musk przyrzekł, że zrobi wszystko, by nie dopuścić do publikacji tej książki. Nagle zmienił zdanie – oto ona.

Książkę poświęcam Moim Rodzicom.

Dziękuję Wam za wszystko.

1

ŚWIAT ELONA

„CZY UWAŻASZ MNIE ZA SZALEŃCA?”

To pytanie Elon Musk zadał mi pod sam koniec długiego obiadu, który zjedliśmy w Dolinie Krzemowej w ekskluzywnej restauracji serwującej owoce morza. Przyszedłem pierwszy i zamówiłem gin z tonikiem, wiedząc doskonale, że on jak zwykle się spóźni. Po mniej więcej kwadransie zjawił się, mając na sobie skórzane buty, designerskie jeansy i kraciastą koszulę. Musk ma ponad sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, ale każdy, kto zna go osobiście, potwierdzi, że wydaje się jeszcze wyższy. Jest wyjątkowo barczysty i mocno zbudowany. Można by sądzić, że będzie korzystał ze swojej sylwetki i wkraczał do każdego pomieszczenia dumnym krokiem samca alfa, ale zamiast tego wydaje się być nią niemal zażenowany. Porusza się z lekko pochyloną w dół głową, wita krótkim uściskiem dłoni przed zajęciem miejsca przy stole, a potem siada. Zanim się odpręży i rozpocznie rozmowę, potrzebuje kilku minut.

Musk zaprosił mnie na obiad, abyśmy mogli przeprowadzić pewnego rodzaju negocjacje. Półtora roku wcześniej przekazałem mu informację o swoich planach napisania książki na jego temat, a on poinformował mnie, że nie mam co liczyć na współpracę. Jego odmowa mnie ubodła, ale przełączyła także w tryb zawziętego reportera. Jeśli moja książka miałaby powstać bez niego, niech tak będzie. Wiele osób odeszło z firm Muska, Tesla Motors oraz SpaceX, i było skorych do rozmowy, a ja znałem już wielu jego przyjaciół. Wywiady odbywały się jeden za drugim, miesiąc po miesiącu, w pracę nad książką włączyło się około dwustu osób – i wtedy Musk znów się odezwał. Zadzwonił do mojego domu i zadeklarował, że sprawy mogą przyjąć dwojaki bieg: albo bardzo uprzykrzy mi życie, albo zaangażuje się ostatecznie w mój projekt. Postawił jeden warunek: dostanie do przeczytania książkę przed publikacją i będzie mógł dodawać adnotacje do treści. Nie zamierzał się wtrącać w mój tekst, ale chciał otrzymać szansę wyjaśnienia ewentualnych nieścisłości tam, gdzie uznał to za stosowne. Rozumiałem, skąd wzięła się ta potrzeba. Musk pragnął zyskać narzędzie kontroli nad swoją biografią. Jest niespokojny jak każdy naukowiec i znosi psychiczne katusze na samą myśl o błędzie rzeczowym. Błąd w druku do końca życia leżałby mu na wątrobie. I choć byłem w stanie go zrozumieć, nie mogłem dać mu do przeczytania maszynopisu – z powodów zawodowych, osobistych i praktycznych. Musk wyznaje swoją własną wersję prawdy i nie zawsze jest ona zgodna z prawdą całej reszty świata. Ma również skłonność do rozwlekłych odpowiedzi na najprostsze pytania, a myśl o trzydziestostronicowych przypisach wydawała się zbyt realna. Mimo wszystko zgodziliśmy się zjeść obiad, przedyskutować wątpliwości i zobaczyć, czy uda się osiągnąć jakiś kompromis.

Nasza rozmowa rozpoczęła się dyskusją na temat ludzi z branży PR. Musk notorycznie szybko odsiewa swoich pracowników działu PR, a Tesla była właśnie w trakcie procesu poszukiwania nowego szefa działu komunikacji. „Kto jest najlepszym PR-owcem na świecie?” – spytał w bardzo typowy dla siebie sposób. Potem rozmawialiśmy o wspólnych znajomych, Howardzie Hughesie i fabryce Tesli. Gdy kelner podszedł przyjąć zamówienie, Musk spytał o coś odpowiedniego dla osób na diecie niskowęglowodanowej. Zamówił kawałki smażonego homara w czarnym sosie z atramentu kałamarnicy. Negocjacje jeszcze się nie rozpoczęły, a Musk już wygrał. Zaczął od swojej największej bolączki, twierdząc, że dyrektor generalny i współzałożyciel Google, Larry Page, może właśnie budować armię inteligentnych robotów zdolnych zniszczyć rasę ludzką. „To naprawdę mnie niepokoi” – powiedział Musk. Niewiele zmieniał fakt, że przyjaźnił się blisko z Page’em, ani że uważał go za osobę o fundamentalnie dobrych intencjach, a nie za Doktora Zło. W rzeczy samej, tu właśnie tkwił problem. Dobrotliwa natura Page’a pozwalała mu sądzić, że maszyny zawsze będą nam służyć. „Ja nie jestem takim optymistą” – powiedział Musk. „On mógłby stworzyć coś złego zupełnie przypadkiem”. Gdy podano nam jedzenie, Musk je pochłonął. Nie tyle zjadł swój posiłek, ile sprawił, że znikł natychmiast z jego talerza dzięki kilku monstrualnym kęsom. Chcąc w desperacji podtrzymać rozmowę i uśmiech na twarzy Muska, podałem mu duży kawałek steku. Plan zadziałał… przez całe dziewięćdziesiąt sekund. Mięso – gryz – zniknęło.

Chwilę zajęła mi zmiana tematu z ponurej rozmowy o sztucznej inteligencji i powrót do rzeczy. A potem, gdy znów wróciliśmy do dyskusji o książce, Musk zaczął mnie badać, sprawdzając moje motywy i zamiary. Gdy wreszcie pojawił się właściwy moment, wkroczyłem i przejąłem inicjatywę. Nieco adrenaliny opadło i zmieszało się z ginem, a ja rozpocząłem czterdziestopięciominutowe kazanie o powodach, dla których Musk powinien pozwolić mi zagłębić się w swoje życie, i to bez kontroli, jakiej pragnął w zamian. Tyrada koncentrowała się na nieodłącznych ograniczeniach adnotacji, finalnej prezentacji Muska jako osoby z obsesją kontroli oraz naruszeniu mojej integralności dziennikarskiej. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Musk przerwał mi po kilku minutach, mówiąc po prostu: „W porządku”. Jedną z rzeczy, jaką ceni u innych, jest determinacja, a szanuje niezwykle tych, którzy uparcie trwają przy swoim mimo odmowy. Dziesiątki dziennikarzy prosiło go wcześniej o pomoc przy książce, ale tylko ja byłem na tyle wkurzającym kretynem, by wiercić mu dziurę w brzuchu pomimo początkowej odmowy, a jemu się to najwyraźniej podobało.

Obiad zakończył się przyjemną rozmową, a Musk dał spokój z dietą. Pojawił się kelner z deserem w kształcie ogromnej żółtej rzeźby z waty cukrowej, a mój rozmówca natychmiast się do niej dobrał, odrywając całe garście cukrowego puchu. Sprawa była uzgodniona. Uzyskałem dostęp do kierownictwa jego firm, przyjaciół i rodziny. Mieliśmy spotykać się na obiad raz w miesiącu i spędzać ze sobą tyle czasu, ile było konieczne. Po raz pierwszy Musk wpuścił dziennikarza do swojego świata. Dwie i pół godziny po rozpoczęciu naszego spotkania Musk położył dłonie na stole, podniósł się z krzesła, zatrzymał, spojrzał mi w oczy i zadał to niewiarygodne pytanie: „Uważasz mnie za szaleńca?” Osobliwość tego pytania na chwilę odebrała mi mowę, podczas gdy każda synapsa w moim mózgu starała się wykombinować, czy był to rodzaj zagadki, a jeśli tak, to jak powinienem ją rozwiązać. Dopiero po tym, jak spędziłem z Muskiem wiele czasu, zdałem sobie sprawę, że zadał to pytanie raczej sobie niż mnie i cokolwiek bym wtedy nie odpowiedział, nie miało to znaczenia. Musk zatrzymał się jeszcze raz i zastanawiał się głośno, czy można mi zaufać, a potem spojrzał mi w oczy, by podjąć decyzję. Chwilę później uścisnęliśmy sobie dłonie, a on odjechał czerwonym sedanem Tesli Model S.

WSZYSTKIE BADANIA NAD ELONEM MUSKIEM należy rozpocząć w siedzibie SpaceX w Hawthorne w stanie Kalifornia, na przedmieściach Los Angeles, niespełna dziewięć kilometrów od Los Angeles International Airport. Goście znajdą tam dwa ogromne plakaty Marsa wiszące obok siebie na ścianie prowadzącej do boksu Muska. Plakat po lewej stronie obrazuje planetę w dzisiejszym stanie – zimną, jałową, czerwoną kulę. Ten po prawej ukazuje ją pokrytą ogromną zieloną przestrzenią otoczoną oceanami. Planeta została ogrzana i przystosowana do zamieszkania przez ludzi. Właśnie to jest zamierzeniem Muska. Zmiana ludzi w kosmicznych kolonizatorów jest jego życiowym celem. „Chciałbym umrzeć z przekonaniem, że ludzkość ma przed sobą świetlaną przyszłość” – mówił. „Jeśli zapanujemy nad energią odnawialną i znajdziemy się na dobrej drodze, by stać się gatunkiem międzyplanetarnym z samopodtrzymującą się cywilizacją na innej planecie, radząc sobie z najgorszym scenariuszem wydarzeń i unicestwieniem ludzkiej świadomości – wówczas – i tutaj na chwilę przerywa wypowiedź – sądzę, że to byłoby coś naprawdę dobrego”.

Jeśli niektóre wypowiedzi i czyny Muska wydają się absurdalne, to dlatego, że na pewnym poziomie faktycznie takimi są. Przy tej okazji, dla przykładu, jego asystent właśnie podał mu lody ciasteczkowo-śmietankowe z posypką, a potem on gorliwie opowiadał o ocaleniu ludzkości z kawałkiem deseru na dolnej wardze.

Gotowość Muska do zmagania się z zadaniami niemożliwymi zmieniła go w idola Doliny Krzemowej, gdzie inni dyrektorzy generalni, tacy jak Page, mówią o nim z pełnym czci szacunkiem, a początkujący przedsiębiorcy chcą „być jak Elon”, podobnie jak dawniej wzorowali się na Stevie Jobsie. Dolina Krzemowa funkcjonuje jednak w wypaczonej wersji rzeczywistości, a poza granicami jej wspólnej bajki Musk często jawi się jako postać owiana wątpliwościami. To gość z elektrycznymi autami, panelami słonecznymi i rakietami, sprzedający po domach złudne nadzieje. Zapomnijcie o Stevie Jobsie. Musk to wersja science fiction P.T. Barnuma, który obrzydliwie się wzbogacił, żerując na ludzkim strachu i nienawiści do samych siebie. Kupcie samochód Tesli i zapomnijcie na chwilę o tym, co zrobiliście z naszą planetą.

Od dawna opowiadałem się po tej drugiej stronie. Musk wydawał mi się marzycielem z dobrymi intencjami – pełnoprawnym członkiem technologiczno-utopijnego klubu Doliny Krzemowej. Grupa ta zdaje się być czymś pomiędzy wyznawcami filozofii Ayn RandI a apodyktycznymi inżynierami, którzy postrzegają swoje hiperlogiczne światopoglądy jako uniwersalną odpowiedź na wszystko. Jeśli tylko zejdziemy im z drogi, rozwiążą wszystkie nasze problemy. Pewnego dnia, w niedalekiej przyszłości, będziemy mogli ściągnąć nasze mózgi na dyski komputera, odprężyć się i pozwolić algorytmom zająć się resztą. Spora część ich ambicji okazuje się inspirująca, a ich prace – użyteczne. Technologiczni utopiści stają się jednak męczący ze swoimi frazesami i tendencją do jałowego paplania całymi godzinami. Jeszcze bardziej niepokojący jest ich podstawowy przekaz, zgodnie z którym ludzie są wadliwi, a ludzkość w obecnym kształcie stanowi kłopotliwe brzemię, z którym należy się uporać w odpowiednim momencie. Gdy spotykałem się z Muskiem na imprezach w Dolinie Krzemowej, jego pretensjonalne wypowiedzi wydawały się żywcem wyjęte z technologiczno-utopijnego poradnika. Co bardziej irytujące, jego ratujące świat firmy nie wydawały się wcale radzić sobie aż tak dobrze.

Jednak na początku 2012 roku wraz z resztą cyników musieliśmy dostrzec faktyczne osiągnięcia Muska. Jego dawniej osaczone firmy odnosiły bezprecedensowe sukcesy. SpaceX wysłała kapsułę dostawczą na Międzynarodową Stację Kosmiczną i bezpiecznie sprowadziła ją na Ziemię. Tesla Motors wyprodukowała Model S, piękny elektryczny sedan, który zwalił branżę motoryzacyjną z nóg i otrzeźwił Detroit. Te dwa wydarzenia wyniosły Muska na biznesowe szczyty. Dotychczas jedynie Steve Jobs mógł poszczycić się takimi osiągnięciami w dwóch zupełnie różnych branżach, wypuszczając na rynek nowy produkt Apple oraz hit kinowy od studia Pixar w tym samym roku. Musk jednak nie miał dość. Był także prezesem i głównym udziałowcem SolarCity, dynamicznie rozwijającej się firmy z branży energii słonecznej, przygotowującej się do wejścia na giełdę. Musk najwyraźniej za jednym zamachem osiągał największe postępy w branży kosmicznej, motoryzacyjnej i energetyce, jakie widziano od dekad.

W 2012 roku postanowiłem zobaczyć, jaki jest Musk na co dzień i napisać o nim materiał na okładkę dla „Bloomberg Businessweek”. W tym okresie całość jego życia nadzorowała jego asystentka i lojalna prawa ręka – Mary Beth Brown. Zaprosiła mnie na spotkanie w miejscu, które od tej pory nazywałem Musk Landem.

Każdy przybywający do Musk Landu po raz pierwszy doświadcza tego dziwnego uczucia. Mówią wam, by zaparkować na One Rocket Road w Hawthorne, przed siedzibą SpaceX. Wydaje się niemożliwe, by cokolwiek dobrego mogło mieć tu siedzibę. W tej ponurej części hrabstwa Los Angeles zaniedbane osiedla, zniszczone sklepy i zrujnowane jadłodajnie otaczają ogromne kompleksy przemysłowe, które zbudowano najwyraźniej w czasie jakiegoś ruchu na rzecz propagowania architektonicznej nudy. Czy Elon Musk naprawdę założył firmę w środku tego śmietniska? Później wszystko zaczyna się rozjaśniać, gdy widzicie jeden prostokąt o powierzchni pięciu setnych kilometra kwadratowego utrzymany w ostentacyjnej, spirytualistycznej bieli. Oto główny budynek SpaceX.

Dopiero po przejściu przez frontowe drzwi wyjaśnia się, jak wielkich rzeczy dokonał ten człowiek. Musk zbudował prawdziwą fabrykę rakiet w samym sercu Los Angeles. I nie taką, która produkowała jedną rakietę na raz, o nie. Tu tworzono ich wiele – i to od zera. Fabryka była gigantycznym współdzielonym miejscem pracy. Z tyłu mieściły się ogromne rampy dostawcze, pozwalające na odbiór dużych elementów metalowych transportowanych następnie do zgrzewarek wysokich na dwa piętra. Po jednej stronie technicy w białych uniformach składali płyty główne, radia i pozostałą elektronikę. Inni pracownicy w specjalnej, szczelnej komorze budowali kapsuły, które miały być wyniesione przez rakiety na stację kosmiczną. Wytatuowani mężczyźni w bandankach, głośno słuchający Van Halen, przygotowywali przewody w silnikach rakiety. Ukończone kadłuby rakiet ustawiano w rzędzie, gotowe do załadunku na ciężarówki. Kolejne czekały na warstwy białej farby w innej części budynku. Trudno było ogarnąć umysłem całą fabrykę jednocześnie. Znajdowały się w niej setki osób krzątających się wokół wielu dziwacznych maszyn.

A to dopiero pierwszy budynek na mapie Musk Landu. SpaceX zakupiła kilka dawnych fabryk Boeinga, w których budowano kadłuby do 747. Jedna z nich ma łukowy dach i przypomina hangar lotniczy. Służy za studio badawczo-rozwojowe oraz projektowe dla Tesli. To tutaj firma opracowała projekt sedana Model S oraz jego następcy, SUV-a Model X. Na parkingu na zewnątrz firma zbudowała jedną ze swoich stacji do ładowania, gdzie kierowcy z Los Angeles mogą za darmo uzupełnić energię elektryczną. Stację łatwo zauważyć, ponieważ pośrodku basenu bezkresnego Musk umieścił biało-czerwony obelisk z logo Tesli.

Po moim pierwszym wywiadzie z Muskiem, który odbył się w studio projektowym, zacząłem rozumieć jego sposób rozmowy i działania. Jest pewny siebie, ale nie zawsze dobrze to okazuje. Przy pierwszym spotkaniu może sprawić wrażenie nieśmiałego ślamazary. Jego akcent z RPA jest słaby, ale wciąż obecny, a urok osobisty nie wystarcza, by zrównoważyć dystansujący sposób wypowiedzi. Podobnie jak wielu inżynierów i fizyków, Musk przerywa zdania w poszukiwaniu idealnego sformułowania, a także często zagłębia się w ezoteryczną, naukową króliczą norę, bez zapewnienia pomocnej dłoni ani uproszczonego wytłumaczenia po drodze. Oczekuje po prostu, że za nim nadążycie. Nic z tego nie jest odpychające. Tak naprawdę zarzuci was mnóstwem żartów i będzie wręcz uroczy. Po prostu nad każdą rozmową z nim unosi się atmosfera poczucia celu oraz napięcia. On właściwie nie gawędzi o pierdołach (potrzebowaliśmy około trzydziestu godzin wywiadów, aby Musk naprawdę się rozluźnił i wpuścił mnie na inny, głębszy poziom swojej psychiki i osobowości). Większość uznanych dyrektorów generalnych ma wokół siebie sztab ludzi. Musk porusza się wokół Musk Landu na własną rękę. To nie jest typ faceta, który przemyka się do restauracji, lecz taki, który jest jej właścicielem i kroczy w niej pewnie. Rozmawialiśmy, gdy podążał przez główne piętro studia projektowego, dokonując inspekcji prototypowych części aut. Przy każdej stacji pracownicy spieszyli do niego, zasypując informacjami. Z uwagą słuchał, przetwarzał je, a gdy był zadowolony z tego, co usłyszał – potakiwał. Ludzie odchodzili, a Musk udawał się do kolejnego punktu odbioru danych. W pewnej chwili szef zespołu projektowego Tesli Franz von Holzhausen poprosił Muska o akceptację nowych opon i felg dla Modelu X. Rozmawiali, a potem przeszli na zaplecze, gdzie kierownictwo firmy zajmującej się sprzedażą wysokiej klasy oprogramowania graficznego przygotowało dla Muska prezentację. Chcieli pochwalić się nową technologią renderowania 3D, która miała pozwolić Tesli doszlifować wykończenie wirtualnego Modelu S i zobaczyć w szczegółach, jak cienie czy światła uliczne grałyby na karoserii. Inżynierowie Tesli naprawdę chcieli tych systemów, a do tego potrzebowali podpisu Muska. Wychodzili z siebie, aby przekonać go do pomysłu, podczas gdy hałas wierteł i ogromnych wentylatorów przemysłowych zagłuszał ich przemowę. Musk, w skórzanych butach, designerskich jeansach i czarnym T-shircie, które stanowią jego typowy ubiór do pracy, musiał włożyć okulary trójwymiarowe na potrzeby prezentacji i zdawał się niewzruszony. Powiedział, że się zastanowi, a następnie odszedł w stronę źródła największego hałasu – warsztatu zlokalizowanego głęboko na terenie studia, gdzie inżynierowie budowali rusztowanie dla ponad dziewięciometrowych dekoracyjnych wież, które miały stanąć przed stacjami do ładowania. „To wygląda, jakby miało przetrwać huragan piątej kategorii” – stwierdził. „Niech będzie trochę cieńsze”. Na końcu wraz z Muskiem wskoczyliśmy do jego auta – czarnego Modelu S – i wróciliśmy do głównego budynku SpaceX. „Sądzę, że prawdopodobnie zbyt wiele tęgich umysłów zajmuje się siedzeniem w sieci, finansami czy prawem” – mówił po drodze. „To jeden z powodów, dla których widzimy tak niewiele innowacji”.

MUSK LAND BYŁ OBJAWIENIEM

Przyjechałem do Doliny Krzemowej w 2000 roku i ostatecznie zamieszkałem w dzielnicy Tenderloin w San Francisco. To jedyna część miasta, której naprawdę powinniście unikać. Bez zbytnich starań można znaleźć tu kogoś, kto ściągnie spodnie i załatwi się między zaparkowanymi autami, albo jakąś zbłąkaną duszę uderzającą głową o przystanek autobusowy. W spelunach obok miejscowych klubów ze striptizem, transwestyci zaczepiają ciekawskich biznesmenów, a pijaczki zasypiają na kanapach i zaliczają glebę w ramach leniwego niedzielnego rytuału. To naturalistyczna część miasta, gdzie łatwo zarobić kosę i gdzie doskonale obserwowało się agonię snu ery dotcomów.

San Francisco to miasto z długą historią chciwości. Wyrosło na gorączce złota i nawet katastrofalne w skutkach trzęsienie ziemi nie było w stanie na długo zatrzymać jego ekonomicznej żądzy. Niech was nie zwiedzie atmosfera organicznego, prospołecznego i tolerancyjnego życia. Hossy i bessy są duszą tego miejsca. A w 2000 roku San Francisco ponownie zostało przejęte przez ambitnych i skonsumowane przez chciwość. To była wspaniała epoka, w której niemal cała populacja pogrążyła się w bajce o szybkim wzbogaceniu, w szaleństwie Internetu. Dało się wyczuć impulsy energii promieniującej z tej wspólnej ułudy, produkujące ciągły szum, którym wibrowało całe miasto. A ja znajdowałem się w centrum najbardziej zdeprawowanej części San Francisco, patrząc na to, jak wysoko mogą się wznieść i jak nisko mogą upaść ludzie pochłonięci przez przepych.

Historie biznesowych szaleństw tamtych czasów są dobrze znane. Nie trzeba już było produkować pożądanych produktów, aby założyć doskonale prosperującą firmę. Wystarczyło mieć pomysł na coś związanego z siecią i ogłosić to światu, aby chętni inwestorzy chcieli, w drodze eksperymentu, przeznaczyć na to pieniądze. Sęk w tym, aby jak najszybciej zarobić jak najwięcej pieniędzy, ponieważ wszyscy rozumieli, przynajmniej podświadomie, że zdrowy rozsądek w końcu musi dojść do głosu.

Mieszkańcy Doliny bardzo wzięli sobie do serca maksymę: „praca do granic, zabawa bez granic”. Od dwudziesto-, trzydziesto-, czterdziesto- i pięćdziesięciolatków oczekiwano, że będą pracować na „nocki”. Boksy zamieniono w tymczasowe domy, zaniedbywano higienę osobistą. O dziwo, zrobienie „Czegoś z Niczego” wymagało sporo pracy. Gdy jednak nadchodziła pora rozprężenia, pojawiał się cały wachlarz opcji rozpusty. Najgorętsze firmy i ówczesne spółki mediowe wydawały się walczyć ze sobą o to, kto organizował najlepsze imprezy. Starsi gracze, próbujący dotrzymać im tempa, regularnie wynajmowali powierzchnie w halach koncertowych, a potem zamawiali tancerki, akrobatów, otwarte bary i Barenaked Ladies. Młodzi naukowcy pojawiali się, by zalać pod kurek Jacka z colą i wciągnąć kokę w toi toiach. W tamtych czasach sens miały jedynie chciwość i egoizm.

Choć czasy pomyślności zostały dobrze udokumentowane, następująca po nich epoka kryzysowa była zadziwiająco ignorowana. Zabawniej jest wspominać irracjonalny entuzjazm niż bajzel, jaki po nim pozostawiono.

Niech więc będzie wiadome, że wybuch fantazji bogacenia się na Internecie pozostawił San Francisco i Dolinę Krzemową w głębokiej depresji. Nieskończone imprezy dobiegły końca. Prostytutki przestały tłoczyć się na ulicach Tenderloin o szóstej nad ranem, oferując miłość przed pracą („No chodź, skarbie, to lepsze niż kawa!”). Zamiast Barenaked Ladies na targach branżowych można było czasem posłuchać zespołu grającego kawałki Neila Diamonda, dostać darmowy T-shirt i przełknąć swoją porcję wstydu.

Branża technologiczna nie miała pojęcia, co ze sobą począć. Tępi inwestorzy dostarczający kapitału wysokiego ryzyka, którzy zostali przejęci w czasach bańki, nie chcieli wyjść na jeszcze bardziej tępych, więc przestali finansować kolejne przedsięwzięcia. Wielkie pomysły przedsiębiorców zostały zastąpione najmniejszymi. Zupełnie jakby Dolina Krzemowa weszła w fazę masowego odwyku. Brzmi melodramatycznie, ale taka jest prawda. Populacja licząca miliony bystrych ludzi zaczęła wierzyć, że ma przed sobą misję wynalezienia przyszłości. I nagle… bum! Bezpieczna gra raptownie stała się czymś modnym.

Dowody tego niepokoju są widoczne w firmach i pomysłach z tego okresu. Google pojawiło się i zaczęło właściwie rozwijać około 2002 roku, ale wciąż było na uboczu. Między jego premierą a wprowadzeniem iPhone’a na rynek przez Apple w 2007 roku rozciąga się jałowa pustynia nudnych firm. Gorące nowości, które dopiero raczkowały – Facebook i Twitter – z pewnością nie przypominały swoich poprzedników: Hewletta-Packarda, Intela, Sun Microsystems, produkujących fizyczne towary i zatrudniających dziesiątki tysięcy ludzi. Z biegiem lat cel zmienił się z ponoszenia ogromnego ryzyka podczas tworzenia nowych branż i wielkich pomysłów w pogoń za łatwym zyskiem, dzięki rozrywce dostarczanej klientowi i wypuszczaniu prostych aplikacji czy reklam. „Najzdolniejsze umysły mojego pokolenia trudzą się nad tym, jak przekonać ludzi do klikania w reklamy” – powiedział mi Jeff Hammerbacher, jeden z pierwszych inżynierów pracujących w zespole Facebooka. „Kiepsko”. Dolina Krzemowa zaczynała mało pochlebnie przypominać pod tym względem Hollywood. W międzyczasie klienci, których obsługiwała, zajęli się sobą, pogrążając się w obsesji wirtualnego życia.

Jedną z pierwszych osób, które zasugerowały, że ten zastój w innowacjach może być sygnałem znacznie większego problemu, był Jonathan Huebner, fizyk z Naval Air Warfare Center Pentagonu w China Lake w stanie Kalifornia. Huebner jest handlarzem bronią w wersji z serialu Leave It to Beaver. Szczupły, łysiejący, w średnim wieku, lubi nosić odpinane bojówki khaki, brązową prążkowaną koszulę i brezentową kurtkę khaki. Projektuje systemy uzbrojenia od 1985 roku, mając wgląd w najnowszą i najlepszą technologię w zakresie materiałów, energii i oprogramowania. Po wybuchu szaleństwa dotcomów zirytował się nudną naturą domniemanych innowacji, jakie spłynęły na jego biurko. W 2005 roku Huebner napisał artykuł pod tytułem Możliwy trend spadkowy w zakresie światowych innowacji, który albo bezpośrednio wskazywał na wydarzenia w Dolinie Krzemowej, albo przynajmniej był ich ponurą zapowiedzią.

Huebner opisał stan innowacji poprzez metaforę drzewa. Człowiek wdrapał się już, jego zdaniem, powyżej pnia i dosięgnął większych konarów, wydobywając na światło dzienne przeważającą cześć naprawdę znaczących pomysłów zmieniających zasady gry: koło, elektryczność, samolot, telefon, tranzystor. Obecnie wisieliśmy niedaleko czubka drzewa, w większości dopracowując poprzednie wynalazki. Wspierając swoją tezę, Huebner wykazał, że częstotliwość pojawiania się wynalazków zmieniających życie zaczynała spadać. Posłużył się danymi, by dowieść, że liczba patentów wystawianych na osobę zmniejszyła się z biegiem lat. „Uważam, że prawdopodobieństwo odkrycia kolejnego wynalazku z listy top 100 coraz bardziej maleje” – powiedział mi w wywiadzie. „Innowacja jest ograniczonym zasobem”.

Huebner przepowiedział, że ludzie będą potrzebować około pięciu lat, by dogonić ten pomysł, a jego prognoza sprawdziła się niemal idealnie. Około roku 2010 Peter Thiel, współzałożyciel PayPala i jeden z pierwszych inwestorów Facebooka, zaczął głosić pogląd, że branża technologiczna zawiodła. „Chcieliśmy latających aut, a w zamian dostaliśmy sto czterdzieści znaków” to zdanie stało się sloganem jego funduszu venture capital Founders Fund. W artykule zatytułowanym Co się stało z przyszłością? Thiel i jego współpracownicy pisali jak Twitter i jego stuczterdziestoznakowe wiadomości oraz podobne wynalazki zawiodły odbiorców. Argumentował, że science fiction, która dawniej celebrowała przyszłość, zmieniła się w dystopię, ponieważ ludzie nie patrzyli już z optymizmem na technologiczne możliwości zmiany świata.

Mogłem opowiedzieć się w większości za tego typu myśleniem, aż do czasu swojej pierwszej wizyty w Musk Landzie. Choć Musk nie krył swoich planów, niewiele osób spoza jego kręgu zawodowego mogło obejrzeć fabryki, centra R&D, warsztaty, ani stać się świadkami zasięgu jego działalności z pierwszej ręki. Był facetem, który odmienił etykę pracy Doliny Krzemowej, pokazał, jak działać szybko i prowadzić swoje firmy bez zbędnej biurokracji, ulepszać duże, fantastyczne maszyny i gonić za marzeniami, dając szansę na prawdziwy przełom, jakiego nam brakowało.

Zgodnie z logiką Musk powinien zostać częścią owej zapaści. Wskoczył w sam środek szaleństwa dotcomów w 1995 roku, zakładając tuż po ukończeniu studiów firmę o nazwie Zip2, raczkującą mieszankę Google Maps i Yelpa. Owo pierwsze przedsięwzięcie zakończyło się wielkim i szybkim sukcesem. Compaq wykupił firmę w 1999 roku za trzysta siedem milionów dolarów. Musk zarobił na tym dwadzieścia dwa miliony, niemal w całości zainwestowane w kolejne przedsięwzięcie, start-up, który wkrótce miał zostać PayPalem. Jako jego największy udziałowiec Musk został bardzo dobrze sytuowanym człowiekiem, gdy w 2002 roku eBay wykupił firmę za półtora miliarda dolarów.

Zamiast zostać w Dolinie Krzemowej i wpaść do tego samego dołka co jego koledzy, Musk przeniósł się do Los Angeles. Popularny pogląd głosił wówczas, by wziąć głęboki oddech i poczekać, aż kolejna fala hossy nadejdzie we właściwym czasie. Musk odrzucił takie podejście, wydając sto milionów dolarów na SpaceX, siedemdziesiąt milionów na Teslę i kolejne dziesięć na SolarCity. Nie mając szybkiego przepisu na finansowy sukces, Musk wybrał najszybszą drogę do zniszczenia swojej fortuny. Stał się jednoosobowym sklepem z kapitałem najwyższego ryzyka, który podwoił produkcję najbardziej złożonych dóbr fizycznych w dwóch najdroższych miejscach na świecie: Los Angeles i Dolinie Krzemowej. W miarę możliwości jego firmy wytwarzały towar od zera i starały się redefiniować, co branża kosmiczna, motoryzacyjna i solarna uważały za pewnik.

Dzięki SpaceX Musk stał się konkurencją dla gigantów amerykańskiej branży wojskowej i przemysłu, w tym dla Lockheed Martin i Boeinga. Rywalizuje także na arenie międzynarodowej, głównie z Rosją i Chinami. SpaceX wyrobiła sobie markę w branży jako tani dostawca. Ale to samo w sobie nie wystarczy do zwycięstwa. Przemysł kosmiczny wymaga uwikłania w sieć polityki, kumoterstwa i protekcjonizmu, które podminowują podstawy kapitalizmu. Steve Jobs również się z nimi zmagał, gdy starł się z branżą muzyczną, próbując wprowadzić na rynek odtwarzacze iPod i iTunes. Kapryśni luddyści z branży muzycznej to pikuś w porównaniu z wrogami Muska, którzy na co dzień budują broń i decydują o powstawaniu nowych państw. SpaceX testowała rakiety wielokrotnego użytku, które mogłyby wynosić ładunki w kosmos i lądować precyzyjnie na swoich wyrzutniach na Ziemi. Jeśli firma potrafiłaby ulepszyć taką technologię, zadałaby miażdżący cios konkurencji i niemal na pewno wypchnęłaby z branży kilku starych wyjadaczy, ustanawiając Stany Zjednoczone liderem branży lotów kosmicznych załogowych i bezzałogowych. To, zdaniem Muska, narobiło mu mnóstwo zaciekłych wrogów. „Lista ludzi, którym wcale by nie przeszkadzało, gdybym nagle zniknął, ciągle rośnie” – powiedział. „Moja rodzina boi się, że Rosjanie mnie zamordują”.

Dzięki Tesla Motors Musk chciał zmienić sposób, w jaki produkuje się i sprzedaje samochody, równocześnie tworząc światową sieć dystrybucji paliwa. Zamiast hybryd, które w jego pojęciu stanowią kompromis częściowo do zaakceptowania, walczy o produkcję w pełni elektrycznych aut, których ludzie pragną i które przesuwają granice technologiczne o krok dalej. Tesla nie sprzedaje ich w salonach, lecz w sieci i wzorowanych na Apple sklepach zlokalizowanych w ekskluzywnych centrach handlowych. Nie przewiduje także ogromnych zysków z serwisowania, ponieważ samochód elektryczny nie wymaga wymiany oleju ani innych procedur konserwacyjnych koniecznych w przypadku aut tradycyjnych. Model sprzedaży bezpośredniej przyjęty przez Teslę był potężną obrazą dla dealerów, nawykłych do targowania się z klientami i zarabiania na wygórowanych opłatach eksploatacyjnych. Stacje szybkiego ładowania działają obecnie wzdłuż wielu głównych autostrad w Stanach, Europie i Azji, umożliwiając doładowanie energii do przejechania setek kilometrów niemal co dwadzieścia minut. Są zasilane panelami słonecznymi i bezpłatne dla właścicieli aut Tesli. Podczas gdy większość infrastruktury kraju popada w ruinę, Musk postanawia zbudować futurystyczny system transportowy, który pozwoli Stanom pokonać resztę świata. Jego wizja wcielona w życie wydaje się czerpać ze spuścizny Henry’ego Forda i Johna D. Rockefellera.

Dzięki SolarCity Musk zbudował największą firmę zajmującą się instalacją i finansowaniem paneli słonecznych dla klientów indywidualnych i biznesu. Pomógł stworzyć pomysł na firmę, a obecnie pełni w niej funkcję prezesa, podczas gdy jego kuzyni Lyndon i Peter Rive zajmują się jej prowadzeniem. Firmie udało się obniżyć ceny, dzięki czemu stała się sama w sobie jedną dużą usługą. W czasach, gdy wiele firm stawiających na utrzymanie czystości w procesie technologicznym bankrutowało, Musk stworzył dwie, które osiągnęły największy światowy sukces. Potężne imperium Musk Co. o wartości netto około dziesięciu miliardów dolarów, zatrudniające tysiące pracowników i odpowiednie osoby na stanowiskach kierowniczych, zmieniło Muska w jednego z najbogatszych ludzi na świecie.

Wizyta w Musk Landzie rzuciła nieco światła na to, jak Muskowi udało się to wszystko osiągnąć. Podczas gdy gadka o „umieszczeniu człowieka na Marsie” może wydać się niektórym zwariowana, to zyskała unikalny slogan reklamowy dla jego biznesu. To rozległy cel pozwalający określić zasadę, wokół której skupiają się wszystkie jego czyny. Wiedzą o tym pracownicy wszystkich trzech firm, jak również o tym, że każdego dnia dążą do niemożliwego. Gdy on wyznacza nierealne cele, wymyśla swoim pracownikom i zmusza ich do pracy ponad siły, wiadomo, że ma to – na pewnym poziomie – służyć powodzeniu misji dotarcia na Marsa. Niektórzy go za to kochają, inni zaś nienawidzą, ale pozostają mu dziwnie lojalni z szacunku do jego pasji i poczucia misji. Muskowi udało się rozwinąć to, czego tak wielu przedsiębiorcom z Doliny Krzemowej brakuje, mianowicie konkretny światopogląd. Jest opętanym geniuszem podążającym najwspanialszą ścieżką, jaką ktokolwiek by sobie wymarzył. Jest w mniejszym stopniu dyrektorem goniącym za bogactwem niż generałem dowodzącym wojskami, pragnącym zapewnić zwycięstwo. Podczas gdy Mark Zuckerberg chce wam pomóc udostępnić zdjęcia bobasów, Musk pragnie… cóż… ocalić ludzkość przed dobrowolnym lub przypadkowym unicestwieniem.

Życie, jakie stworzył Musk by zarządzać wszystkimi tymi przedsięwzięciami, jest niedorzeczne. Typowy tydzień rozpoczyna w swojej rezydencji w Bel Air. W poniedziałek cały dzień pracuje w SpaceX. Wtorek rozpoczyna w SpaceX, potem wskakuje w swój odrzutowiec i leci do Doliny Krzemowej. Kilka dni spędza w Tesli, która ma swoje biura w Palo Alto i fabryki we Fremont. Musk nie ma domu w Kalifornii Północnej, więc nocuje w luksusowym hotelu Rosewood albo u przyjaciół. Aby załatwić taki przyjacielski nocleg, asystentka Muska wysyła e-mail z pytaniem: „Pokój dla jednej osoby?”, a po otrzymaniu potwierdzenia gość pojawia się późnym wieczorem. Zazwyczaj zostaje podjęty w pokoju gościnnym, ale zdarzało mu się nocować także na kanapie po chwilach relaksu z grami wideo. W czwartek Musk wraca do Los Angeles i SpaceX. Wspólnie z byłą żoną Justine opiekuje się pięcioma chłopcami: bliźniakami i trojaczkami, którzy przebywają u niego cztery dni w tygodniu. Co roku przelicza liczbę godzin, które spędza w samolotach każdego tygodnia, aby zrozumieć, jak bardzo sprawy wymykają mu się spod kontroli. Spytany o to, jak znosi taki nieludzki grafik, odpowiedział: „Miałem trudne dzieciństwo, być może to mi pomogło”.

W trakcie jednej z wizyt w Musk Landzie musiał wcisnąć wywiad dla mnie tuż przed wyprawą na kemping do Parku Narodowego Jeziora Kraterowego w Oregonie. Była prawie ósma wieczorem w piątek, więc Musk wkrótce miał zapakować swoich synów oraz ich opiekunki do swojego prywatnego odrzutowca, a później spotkać się z kierowcami mającymi zawieźć go na miejsce kempingu. Tam przyjaciele mieli pomóc Muskom się rozpakować i zakończyć podróż w środku nocy. Na weekend zaplanowano trochę plenerowej wędrówki. W niedzielę po południu Musk odstawiłby chłopców samolotem do Los Angeles. Tego samego wieczoru miał polecieć do Nowego Jorku, przespać się, a z samego rana pojawić w porannych programach śniadaniowych. Potem w planie były spotkania, e-maile, znowu pora na sen, powrót do Los Angeles we wtorek rano i praca w SpaceX. Lot do San Jose we wtorkowe popołudnie do fabryki Tesla Motors. Lot do Waszyngtonu tego samego wieczoru na spotkanie z prezydentem Obamą. W środę wieczorem powrót do Los Angeles, kilka dni pracy w SpaceX i weekendowa konferencja prowadzona przez prezesa Google Erica Schmidta w Yellowstone. W tym czasie Musk rozstał się właśnie ze swoją drugą żoną, aktorką Talulah Riley, i próbował przekalkulować, czy gdzieś w to wszystko uda mu się jeszcze wcisnąć jakieś życie osobiste. „Myślę, że czas przeznaczony na firmy i dzieciaki jest w porządku” – powiedział. „Jednak wolałbym przeznaczyć go więcej na randki. Muszę znaleźć dziewczynę. Dlatego potrzebuję wygospodarować nieco więcej czasu. Jakieś dodatkowe pięć albo dziesięć… ile czasu potrzebuje kobieta tygodniowo? Może dziesięć godzin? To byłoby minimum? No nie wiem”.

Musk znajduje niewiele czasu na relaks, ale gdy już go znajduje, wówczas imprezuje z rozmachem równym wszystkim swoim pozostałym czynnościom. Na swoje trzydzieste urodziny wynajął angielski zamek dla około dwudziestu osób. Od drugiej w nocy do szóstej nad ranem trwała tam zabawa zbliżona do „chowanego” nazywana „sardynki”, w której jedna osoba ucieka i chowa się, a pozostałe szukają. Kolejna impreza miała miejsce w Paryżu. Musk wraz z braćmi i kuzynami wstali o północy i postanowili jeździć po mieście na rowerach do szóstej rano. Spali cały dzień, a wieczorem wsiedli do Orient Expressu, gdzie ponownie nie spali całą noc. Awangardowa grupa artystów o nazwie Lucent Dossier Experience wróżyła w pociągu z dłoni i wykonywała akrobatyczne popisy. Gdy następnego dnia pociąg dotarł do Wenecji, rodzina Muska jadła obiad, a potem odpoczywała na hotelowym patio, podziwiając Canal Grande do dziewiątej rano. Musk uwielbia także bale kostiumowe. Na jednym pojawił się w przebraniu rycerza i stoczył pojedynek z karłem w kostiumie Dartha Vadera, zamiast miecza walcząc… parasolką.

Na jedną ze swoich ostatnich imprez urodzinowych Musk zaprosił pięćdziesiąt osób do zamku – albo przynajmniej najlepszej amerykańskiej imitacji zamku – w mieście Tarrytown w stanie Nowy Jork. Motywem przewodnim imprezy był japoński steampunk, który brzmi oczywiście jak mokry sen każdego fana science fiction: mieszanka gorsetów, skóry i kultu maszyny. Musk przebrał się za samuraja.

Obchody objęły emisję spektaklu zatytułowanego The Mikado, wiktoriańskiej opery komediowej autorstwa Gilberta i Sullivana z akcją osadzoną w Japonii w niewielkim teatrze w centrum miasta. „Nie jestem pewna, czy Amerykanie ją zrozumieli” – powiedziała Riley, którą Musk poślubił ponownie po tym, jak jego plan o dziesięciu godzinach w tygodniu zawiódł. Wszystkim jednak podobało się to, co nastąpiło później. Z powrotem na zamku Musk założył opaskę na oczy, został popchnięty na ścianę, w obydwu rękach trzymał balony i kolejny między nogami. Miotacz nożami wziął się do roboty. „Widziałem go wcześniej, ale martwiłem się, że może mieć gorszy dzień” – stwierdził Musk. „Mimo to miałem nadzieję, że dostanę w jedno jądro, a nie w obydwa”. Obserwujący byli zdumieni i obawiali się o jego bezpieczeństwo. „To było dziwaczne” – uznał Bill Lee, inwestor technologiczny i jeden z bliskich przyjaciół Muska. „Elon wierzył jednak w naukowe wytłumaczenie wszystkiego”.

Jeden z najlepszych na świecie zapaśników sumo pojawił się na imprezie wraz ze swoimi rodakami. Utworzono krąg, a Musk stanął naprzeciwko czempiona. „Ważył niemal sto sześćdziesiąt kilogramów i nie była to kupa tłuszczu” – powiedział Musk. „Dostałem kopa adrenalinowego i udało mi się dźwignąć faceta z ziemi. Pozwolił mi wygrać pierwszą rundę, a potem mi natłukł. Myślę, że nadal mam schrzanione plecy”.

Riley zmieniła planowanie trzech typów imprez dla męża w prawdziwe dzieło sztuki. Poznała Muska w 2008 roku, gdy jego firmy chyliły się ku upadkowi. Patrzyła, jak traci całą swoją fortunę i zostaje ośmieszony przez prasę. Wie, że piętno tych lat odcisnęło się na nim i związało z innymi przykrymi wydarzeniami z jego życia – tragiczną utratą nowo narodzonego synka i brutalnym dzieciństwem w RPA – tworząc umęczoną duszę. Posunęła się daleko, by ucieczki męża od pracy i przeszłości dały mu poczucie odświeżenia, jeśli nie ozdrowienia. „Próbuję myśleć o zabawnych rzeczach, jakich jeszcze nie robił, a które pomogłyby mu się odprężyć” – mówi Riley. „Próbujemy teraz nadrobić jego stracone lata dzieciństwa”.

I choć wysiłki Riley z pewnością były szczere, nie były do końca udane. Niedługo po imprezie sumo odnalazłem Muska z powrotem w siedzibie Tesli w Palo Alto. Była sobota, a parking był pełen aut. W biurach pracowały setki młodych mężczyzn: niektórzy projektowali na komputerach komponenty do aut, inni przeprowadzali na biurkach eksperymenty na urządzeniach elektronicznych. Co kilka minut wybuchał donośny śmiech Muska i niósł się po całym pomieszczeniu. Gdy wszedł do sali konferencyjnej, gdzie na niego czekałem, zrozumiałem, jak wyjątkowym wydarzeniem dla wielu osób było przyjście do pracy w sobotę. On tymczasem patrzył na całą sytuację kompletnie inaczej, narzekając, że coraz mniej ludzi pracuje w weekendy. „Jesteśmy pizdami” – odpowiedział. „Właśnie miałem rozesłać e-mail do wszystkich. Zrobiły się z nas zwykłe pizdy” (lojalnie ostrzegam: w tej książce będzie dużo przeklinania. Musk uwielbia brzydkie słowa, podobnie jak większość osób z jego najbliższego otoczenia).

Tego typu deklaracja jest zgodna z naszym wyobrażeniem innych wizjonerów. Nietrudno wyobrazić sobie Howarda Hughesa lub Steve’a Jobsa udzielających swoim pracownikom tak ostrej reprymendy. Tworzenie, zwłaszcza rzeczy wielkich, to brudny biznes. W ciągu dwóch dekad spędzonych na budowaniu firm Musk pozostawił za sobą mnóstwo ludzi, którzy albo go pokochali, albo nim gardzą. W trakcie mojej pracy wszyscy ustawili się w kolejce, by przekazać mi swoją wersję oraz paskudne szczegóły tego, jak działa on sam i jak działają jego firmy.

Moje obiady z Muskiem i okazyjne wycieczki do Musk Landu ujawniły kilka osobnych zestawów możliwych prawd na jego temat. Pragnie stworzyć coś, co ma znacznie większy potencjał niż cokolwiek, co wyszło z rąk Hughesa lub Jobsa. Wybrał branżę kosmiczną i motoryzacyjną, na których jego kraj postawił najwyraźniej krzyżyk, i zmienił je w coś nowego i fantastycznego. W centrum tych przemian legły umiejętności Muska jako programisty oraz zdolność ich zastosowania wobec maszyn. Połączył atomy i bity w sposób, jaki niewielu wydawał się możliwy, a efekt okazał się spektakularny. Prawdą jest, że Musk wciąż ma do pokonania barierę w postaci liczby zamówień iPhone’a albo miliarda kont Facebooka. Na ten moment wciąż robi zabawki dla bogaczy, a jego rodzące się imperium może zrujnować eksplodująca rakieta albo masowe wezwania na akcję serwisową Tesli, zwiastujące upadek. Z drugiej strony, firmy osiągnęły już znacznie więcej, niż wydawałoby się to możliwe najgłośniejszym krytykom, a obietnica przyszłości pozwoliła myśleć optymistycznie w chwilach zwątpienia nawet najbardziej zatwardziałym typom. „Dla mnie Elon stanowi doskonały przykład zmian, w jakie wkroczyła Dolina Krzemowa, oraz spojrzenia szerszego niż jedynie na giełdowe zyski i pogoń za kolejnymi opłacalnymi produktami” – powiedział uznany inżynier programista i wynalazca Edward Jung. „To są ważne rzeczy, ale na nich świat się nie kończy. Musimy patrzeć na inne modele, ilustrujące działanie w dłuższej perspektywie i zakładające wykorzystanie technologii”. Integracja technologiczna wspomniana przez Junga, owo harmonijne połączenie oprogramowania, elektroniki, zaawansowanych materiałów i przeliczonej mocy w koniach mechanicznych, okazuje się być darem Muska. Wystarczy spojrzeć na to lekko z boku, a wygląda na to, że mógłby użyć swoich umiejętności, by utorować drogę epoce zdumiewających maszyn i snów science fiction.

W tym sensie Musk bardziej przypomina Thomasa Edisona niż Howarda Hughesa. Wynalazca, celebryta, przedsiębiorca i przemysłowiec, zdolny do przekuwania wielkich pomysłów w wielkie rzeczy. Zatrudnia tysiące osób, które kują metale w amerykańskich fabrykach w czasach, gdy inni uznali to za niemożliwe. Urodzony w RPA, dziś wydaje się najbardziej innowacyjnym przemysłowcem w swoim kraju, jednocześnie cechując się niecodziennym myśleniem, dzięki czemu to właśnie on ma szansę wyprowadzić Dolinę Krzemową na bardziej ambitną ścieżkę. Dzięki Muskowi Amerykanie mogą obudzić się za dziesięć lat z najbardziej nowoczesną autostradą świata: systemem tranzytowym sterowanym przez tysiące stacji ładowania zasilanych energią słoneczną, pełnym elektrycznych aut. Do tego czasu SpaceX może codziennie wysyłać rakiety nośne i pojazdy załogowe do dziesiątek miejsc, czyniąc przygotowania do dłuższych wypraw na Marsa. Postępy te wydają się tyleż niepojęte, co nieuniknione, o ile Muskowi uda się zyskać dość czasu, by wcielić je w życie. Jak twierdzi jego była żona Justine: „On robi, co chce, i jest w tym nieustępliwy. To jego świat, a my wszyscy po prostu w nim żyjemy”.

I Filozofia obiektywistyczna (zwana także randyzmem) była zwrócona ku obiektywnej rzeczywistości, kładła nacisk na rozum i logikę jako źródła poznania. Randyści głosili ateizm i antropocentyzm, byli zwolennikami kapitalizmu i racjonalnego egoizmu. [przyp. tłum.].

2

AFRYKA

OPINIA PUBLICZNA PO RAZ PIERWSZY POZNAŁA ELONA REEVE’A MUSKA W 1984 ROKU. W magazynie ekonomicznym Republiki Południowej Afryki zatytułowanym „PC and Office Technology” pojawił się kod źródłowy do gry wideo jego autorstwa. Nosiła nazwę Blastar i była grą inspirowaną science fiction z fabułą osadzoną w kosmosie, która wymagała do uruchomienia stu sześćdziesięciu siedmiu linijek instrukcji. To było w czasach, gdy pierwsi użytkownicy komputerów potrzebowali komend, aby zmusić swoje komputery do czegokolwiek. W tym kontekście gra Muska nie świeciła niczym diament na firmamencie nauk komputerowych, ale z pewnością przewyższała dokonania większości dwunastolatków. Publikacja w magazynie przyniosła mu pięćset dolarów i pozwoliła dowiedzieć się o nim kilku ciekawych rzeczy. Kod do Blastara opisany na sześćdziesiątej dziewiątej stronie magazynu pokazuje, że młody człowiek chciał być znany pod fantastycznie brzmiącym nazwiskiem „E.R. Musk” oraz że w głowie już krążyły mu wizje wielkich podbojów. Krótkie podsumowanie podaje: „W tej grze musisz zniszczyć obcy kosmiczny frachtowiec przewożący zabójcze bomby wodorowe i maszyny z wiązkami statusu. Ta gra dobrze wykorzystuje elementy graficzne i animację, w tym sensie czyniąc pozycję wartą dalszej lektury” (w chwili powstawania tego tekstu nawet Internet nie wie, czym są „maszyny z wiązkami statusu”).

Chłopiec fantazjujący o kosmosie oraz bitwach między dobrem i złem to nic nowego. Ale taki, który poważnie traktuje swoje marzenia, jest już kimś wyjątkowym. Tak było w przypadku młodego Elona Muska. Jako nastolatek zmieszał swoje fantazje z rzeczywistością do tego stopnia, że trudno było je oddzielić w jego umyśle. Postrzegał los człowieka we wszechświecie jako osobiste zobowiązanie. A jeśli to oznaczało walkę o czystszą technologię energetyczną lub budowę statków kosmicznych zdolnych zwiększyć zasięg naszego gatunku – niech tak będzie. On znalazłby sposób, by to urzeczywistnić. „Być może w dzieciństwie przeczytałem zbyt wiele komiksów” – powiedział. „W nich wszyscy zawsze próbują ratować świat. Wydawało się, że trzeba spróbować uczynić go lepszym miejscem do życia, bo działanie na odwrót nie ma sensu”.

Jako czternastolatek Musk popadł w kryzys egzystencjalny. Próbował sobie z nim radzić jak większość innych utalentowanych młodych ludzi – szukając odpowiedzi w tekstach religijnych i filozoficznych. Zapoznawszy się z szeregiem alternatyw, wrócił w dużej mierze do punktu wyjścia, przyjmując nauki science fiction odnalezione w jednej z najbardziej wpływowych książek swojego życia – Autostopem przez galaktykę Douglasa Adamsa. „Autor wskazuje, że jedną z najtrudniejszych rzeczy jest postawienie właściwych pytań” – powiedział Musk. „Gdy jednak je postawisz, odpowiedź jest relatywnie prosta. Doszedłem do wniosku, że tak naprawdę powinniśmy aspirować do poszerzania zakresu i skali ludzkiej świadomości, aby lepiej zrozumieć, jakie pytania należy zadawać”. Nastoletni Musk dotarł wówczas do swojej ultralogicznej deklaracji celu. „Jedyną sensowną rzeczą jest dążenie do większego zbiorowego oświecenia” – stwierdził.

Nietrudno dostrzec niektóre fundamenty poszukiwania celu Muska. Urodzony w 1971 roku, dorastał w Pretorii, dużym mieście w północno-wschodniej części RPA, ledwie godzinę jazdy od Johannesburga. Widmo apartheidu unosiło się nad jego dzieciństwem, gdy krajem nieustannie wstrząsały napięcia i przemoc. Czarni i biali walczyli ze sobą, podobnie jak pozostające w konflikcie miejscowe plemiona. Musk skończył cztery lata ledwie kilka dni po masakrze w Soweto, gdzie setki czarnych uczniów zginęły w trakcie antyrządowych protestów. Przez lata RPA zmagała się z sankcjami ze strony innych krajów ze względu na rasistowską politykę. Musk cieszył się luksusem podróży zagranicznych w dzieciństwie i zapewne zetknął się z opinią, jaką jego kraj posiadał w innych miejscach na świecie.

Jeszcze większy wpływ na osobowość Muska wywarła jednak kultura białych Afrykanerów, bardzo powszechna w Pretorii i okolicach. Celebrowano zmaskulinizowane zachowanie, szanowano twardych osiłków. On cieszył się wprawdzie pewnymi przywilejami, ale żył jak wyrzutek, którego powściągliwy charakter i geekowskie uwagi pozostawały w kontraście do obowiązujących wówczas norm. Nieustannie utwierdzał się w przekonaniu, że coś jest nie tak z całym światem wokół niego i niemal od pierwszych lat życia planował ucieczkę z rodzinnego miasta, marząc o życiu tam, gdzie mógłby pozwolić swojej osobowości i fantazjom rozkwitać. Postrzegał Stany w najbardziej oklepany z możliwych sposobów – jako krainę możliwości, scenę, na której mógłby realizować swoje marzenia. I właśnie w ten sposób ów samotny, niezdarny chłopiec z RPA, który z rozbrajającą szczerością mówił o dążeniu do „zbiorowego oświecenia”, został najbardziej nieustraszonym amerykańskim przemysłowcem.

Gdy Musk w końcu dotarł do Stanów, mając dwadzieścia kilka lat, był to dla niego powrót do korzeni. Drzewo rodzinne sugeruje, że jego przodkowie po kądzieli, noszący szwedzko-niemieckie nazwisko Haldeman, wyruszyli do Nowego Jorku w trakcie amerykańskiej wojny o niepodległość. Stamtąd rozprzestrzenili się na środkowoamerykańskie równiny – głównie na tereny stanów Illinois i Minnesoty. „Nasza rodzina walczyła po obydwu stronach wojny secesyjnej, byliśmy farmerami” – powiedział Scott Haldeman, wuj Muska i nieoficjalny rodzinny historyk.

Przez całe dzieciństwo koledzy dokuczali Muskowi z powodu jego nietypowego nazwiska. Imię otrzymał po pradziadku, Johnie Elonie Haldemanie, urodzonym w roku 18721 w Illinois, który następnie przeniósł się do Minnesoty. Tam John poznał swoją żonę, Almedę Jane Norman, pięć lat młodszą od siebie. Do roku 1902 małżeństwo mieszkało w chacie z bali w mieście Pequot, gdzie przyszedł na świat dziadek Muska – Joshua Norman Haldeman. Stał się człowiekiem ekscentrycznym i wyjątkowym, wzorem dla swojego wnukaI.

Joshua Norman Haldeman był młodzieńcem wysportowanym i niezależnym. W roku 1907 jego rodzina przeniosła się na stepy Saskatchewan, a ojciec wkrótce zmarł, pozostawiając kierowanie gospodarką zaledwie siedmioletniemu synowi. Joshua ujeżdżał dzikie konie, boksował się i uprawiał zapasy. Układał również konie dla miejscowych farmerów, często odnosząc przy tym kontuzje, a także zorganizował pierwsze rodeo na terenie Kanady. Rodzinne zdjęcia ukazują go w ozdobnych czapsach, demonstrującego swoje umiejętności kręcenia lassem. Jako nastolatek opuścił dom, aby zdobyć dyplom kręgarski w Palmer School of Chiropractic w Iowa, a następnie wrócił, żeby uprawiać ziemię.

Podczas wielkiego kryzysu z lat trzydziestych XX wieku Haldemana dotknęły problemy finansowe. Nie był w stanie spłacać pożyczek zaciągniętych na sprzęt i bank przejął mu ponad dwa tysiące hektarów ziemi. „Od tego czasu tata nie wierzył ani w banki, ani w kurczowe trzymanie się pieniędzy” – powiedział Scott Haldeman, który zrobił dyplom kręgarski w tej samej szkole chiropraktyki co ojciec i został jednym z najlepszych specjalistów od bólu kręgosłupa na świecie. Po utracie farmy w 1934 roku Haldeman prowadził nieco koczownicze życie, jakie jego wnuk naśladował w Kanadzie kilkadziesiąt lat później. Licząc ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, imał się dziwnych zajęć na budowie oraz występował na rodeo, zanim ustatkował się jako kręgarzII.

Przed rokiem 1948 Haldeman poślubił kanadyjską instruktorkę tańca Winnifred Josephine Fletcher zwaną Wyn i dorobił się świetnie prosperującej praktyki zawodowej. W tym roku rodzina, która obejmowała już syna i córkę, powitała na świecie bliźniaczki Kaye i Maye, matkę Muska. Dzieci mieszkały w trzypiętrowym, dwudziestopokojowym domu, w którym mieściło się studio taneczne, gdzie Wyn prowadziła zajęcia. Nieustannie pragnąc czegoś nowego, Haldeman zainteresował się pilotażem i kupił własny samolot. Rodzina zyskała pewien rozgłos, gdy ludzie usłyszeli o tym, jak pakował wraz z żoną dzieci na tył jednosilnikowego samolotu w podróż po Ameryce Północnej. Haldeman często przylatywał na spotkania polityczne i kręgarskie, a po latach napisał wraz z żoną książkę pod tytułem The Flying Haldemans: Pity the Poor Private Pilot (Latający Haldemanowie: cywilny pilot niskich lotów).

Wydawało się, że wszystko idzie po jego myśli, gdy w 1950 roku postanowił rozdać cały majątek. Lekarz-polityk długo walczył przeciwko ingerencji rządu w życie obywatela, a biurokracja kanadyjska była dla niego zbyt natrętna. Człowiek, który w swoim domu zakazał przeklinania, palenia, coca-coli i mąki oczyszczonej, uznał, że moralność Kanady zaczęła się chylić ku upadkowi. Cechowała go przy tym ciągła żądza przygody. W ciągu kilku miesięcy rodzina sprzedała dom, studio i gabinet, by przenieść się do nieznanego zupełnie RPA. Scott pamięta, że pomagał ojcu rozmontowywać rodzinny samolot, Bellanca Cruisair z 1948 roku, który pakowali do skrzyń przed wysyłką do Afryki. Po przybyciu do RPA samolot złożono, po czym rodzina zwiedziła kraj w poszukiwaniu miłego miejsca do życia, ostatecznie osiedlając się w Pretorii, gdzie ojciec otworzył nowy gabinet.

Rodzinny duch przygody wydawał się nie znać granic. W 1952 roku Joshua i Wyn odbyli lot liczący ponad trzydzieści pięć tysięcy kilometrów, z Afryki do Szkocji i Norwegii. Wyn pełniła rolę nawigatora i choć nie miała licencji pilota, czasem przejmowała stery. Małżonkowie pobili ten rekord dwa lata później, lecąc niemal pięćdziesiąt tysięcy kilometrów do Australii i z powrotem. Gazety rozpisywały się o ich wycieczce, a oni sądzili, że są jedynymi cywilnymi pilotami, którzy pokonali tę trasę samolotem jednosilnikowymIII.

Gdy nie byli w powietrzu, Haldemanowie krążyli po buszu w trakcie wielomiesięcznych ekspedycji w poszukiwaniu Utraconego Miasta na pustyni Kalahari, gdzieś na południu Afryki. Zdjęcie rodzinne z jednej z owych wypraw pokazuje pięcioro dzieci w środku afrykańskiego buszu. Zebrały się wokół dużego metalowego garnka podgrzewanego nad żarem ogniska. Wyglądają na odprężone, siedząc na składanych krzesełkach ze skrzyżowanymi nogami i czytając książki. Z tyłu widać czerwony samolot Bellanca, namiot i auto. Spokój tej sceny maskuje niebezpieczeństwo, jakie czaiło się za każdą z tych wypraw. W trakcie jednego z incydentów auto rodziny uderzyło w pień drzewa, a zderzak przebił chłodnicę. Zagubiony w głuszy, bez środków komunikacji, Joshua pracował trzy dni, aby naprawić samochód, podczas gdy rodzina polowała. Wielokrotnie hieny i lamparty okrążały obóz nocą, a pewnego ranka rodzina po przebudzeniu zastała lwa metr od głównego stołu. Joshua złapał pierwszy przedmiot, jaki wpadł mu w ręce – lampę – zaczął nią machać, każąc lwu odejść. Lew posłuchałIV.

Haldemanowie mieli liberalne podejście do wychowania dzieci, które na przestrzeni kolejnych pokoleń rozciągnęło się także na Muska. Nigdy ich nie karali, a Joshua wierzył, że potrafią one instynktownie zachować się właściwie. Gdy rodzice lecieli na jedną ze swoich niezwykłych wypraw, dzieci zostawały w domu. Scott nie przypomina sobie, aby ojciec kiedykolwiek pojawił się w szkole, nawet pomimo faktu, że syn był kapitanem drużyny rugby i prefektemV. „Po prostu oczekiwał, że nie będzie takiej potrzeby” – powiedział Scott. „Dawał nam odczuć, że mamy nieograniczone możliwości. Po prostu podejmujesz decyzję i wcielasz ją w życie. W tym sensie mój ojciec byłby z Elona bardzo dumny”.

Haldeman zmarł w 1974 roku w wieku siedemdziesięciu dwóch lat. Wykonywał próbne lądowania w swoim samolocie i nie zauważył przewodów przymocowanych do dwóch słupów. Przewody zaplątały się o koła samolotu i przewróciły go, a Haldeman skręcił kark. Elon miał ledwie trzy latka. Przez całe dzieciństwo słyszał historie o niezwykłych przygodach swojego dziadka, oglądał nieskończone ilości slajdów z jego podróży i wycieczek do buszu. „Babcia opowiadała mi, jak niemal zginęli kilkakrotnie w trakcie swoich wypraw” – mówił Musk. „Lecieli samolotem właściwie bez żadnych urządzeń, nawet bez radia, mieli mapy drogowe zamiast lotniczych, a niektóre z nich nie były nawet aktualne. Moją babcię przepełniała żądza przygody, pragnienie robienia szalonych rzeczy”. Elonowi podoba się pomysł, że swoją nadzwyczajną tolerancję ryzyka mógł odziedziczyć po dziadku. Po wielu latach od ostatniej prezentacji rodzinnych zdjęć Elon chciał odkupić czerwoną Bellancę, ale nie był w stanie jej odnaleźć.

Matka Elona, Maye Musk, dorastała, ubóstwiając rodziców. W młodości uważano ją za nerda. Lubiła matematykę i przyrodę, dobrze radziła sobie z pracami okresowymi. Gdy skończyła piętnaście lat, zaczęto zauważać również jej inne przymioty. Maye była przepiękna. Wysoka, z popielatymi włosami, miała wysokie kości policzkowe i niezwykłą urodę. Przyjaciel rodziny prowadził szkołę modelingu, gdzie Maye wzięła kilka lekcji. W weekendy chodziła po wybiegu, pozowała do magazynów, od czasu do czasu pokazała się na wydarzeniu w domu jakiegoś senatora lub ambasadora, aż została finalistką wyborów Miss RPA (Maye kontynuowała karierę jeszcze po sześćdziesiątce, pojawiając się na okładkach takich magazynów, jak „New York” czy „Elle” oraz w teledyskach Beyoncé).

Maye i ojciec Elona, Errol Musk, dorastali w tej samej dzielnicy. Spotkali się po raz pierwszy, gdy urodzona w 1948 roku Maye miała mniej więcej jedenaście lat. Ona była kujonem, a on ulubieńcem wszystkich, ale kochał się w niej od lat. „Zakochał się we mnie ze względu na moje nogi i zęby” – powiedziała Maye. Spotykali się z przerwami w trakcie studiów. Zgodnie z jej relacją Errol przez około siedem lat uparcie starał się o jej rękę i w końcu mu się udało. „Bez przerwy się oświadczał” – wspominała.

Małżeństwo od początku było skomplikowane. Maye zaszła w ciążę w trakcie miesiąca miodowego i urodziła Elona 28 czerwca 1971 roku, dziewięć miesięcy i dwa dni od dnia ślubu. I choć nie zdążyli się nacieszyć małżeńskim szczęściem, udało im się rozpocząć przyzwoite życie w Pretorii. Errol pracował jako inżynier mechanik i elektryk, obsługując duże projekty, jak biurowce, kompleksy handlowe, dzielnice mieszkaniowe czy bazy lotnictwa wojskowego, podczas gdy Maye otworzyła gabinet dietetyczny. Niewiele ponad rok później urodził się brat Elona, Kimbal, a wkrótce później na świat przyszła ich siostra, Tosca.

Elon wykazywał wszystkie cechy ciekawskiego, żywego malca. Szybko się uczył, a Maye, jak każda matka, uznawała syna za genialnego i nad wyraz rozwiniętego. „Wydawał się rozumieć rzeczy szybciej niż inne dzieciaki” – powiedziała. Kłopotliwe było to, że wydawał się czasem pogrążać w jakimś transie. Ludzie do niego mówili, ale nic nie docierało, gdy patrzył w ten konkretny, nieobecny sposób. To zdarzało się na tyle często, że rodzice i lekarze myśleli, iż chłopiec może być głuchy. „Czasem on cię po prostu nie słyszał” – wspomina Maye. Lekarze wykonali serię badań i postanowili usunąć Elonowi migdałki, co często poprawia słuch u dzieci. „Cóż, nic się nie zmieniło” – powiedziała matka. Stan chłopca był znacznie silniej związany z okablowaniem w jego umyśle niż z kondycją narządu słuchu. „On pogrąża się w myślach, a ty po prostu widzisz, że jest w innym świecie” – tłumaczy Maye. „Nadal tak robi. Teraz po prostu go zostawiam, bo wiem, że pewnie projektuje nową rakietę czy coś w tym stylu”.

Inne dzieci nie reagowały zbyt dobrze na tego typu sny na jawie. Można było wykonywać przed Muskiem pajacyki albo krzyczeć mu w twarz, a on nawet by tego nie zauważył. Wciąż myślał, a wszyscy wokół uważali, że jego zachowanie jest albo bardzo niegrzeczne, albo bardzo dziwaczne. „Uważam, że Elon był zawsze trochę inny, ale w nerdowski sposób” – wyjaśnia Maye. „To nie ułatwiało mu zawierania przyjaźni z rówieśnikami”.

Dla niego jednak te chwile zamyślenia były cudowne. Mając pięć czy sześć lat, znalazł sposób, by odciąć się od świata zewnętrznego, a całą swoją koncentrację skierować na pojedyncze zadanie. Ta umiejętność wypływała częściowo z bardzo wizualnego trybu funkcjonowania jego umysłu. Musk widzi obrazy z jasnością i szczegółami, które dziś możemy porównać do inżynieryjnego schematu sporządzonego za pomocą programu komputerowego. „Wydaje się, że część mózgu odpowiedzialna za przetwarzanie obrazów odbieranych przez moje oczy zostaje przejęta przez wewnętrzne procesy myślowe” – tłumaczył Musk. „Dziś nie mogę robić tego zbyt często, bo zbyt wiele rzeczy wymaga mojej uwagi, ale w dzieciństwie nieustannie mi się to zdarzało”. Komputery dzielą najtrudniejsze zadania między dwa typy chipów. Chipy graficzne odpowiadają za przetwarzanie obrazów z programów telewizyjnych lub gier, a obliczeniowe za ogólne procesy i operacje matematyczne. Z czasem Musk uwierzył, że jego mózg zachowuje się jak chip graficzny, który pozwala mu patrzeć na świat, powiela widziane obrazy, a następnie wyobraża sobie, jak widziane obiekty mogłyby zmienić się lub zachować podczas interakcji z innymi. „Potrafię przetwarzać współzależności i relacje algorytmiczne dla obrazów i liczb” – powiedział. „Bardzo jasno widzę wpływ obiektów na przyspieszenie, pęd czy energię kinetyczną”.

Najbardziej uderzającą cechą osobowości małego Elona był zwyczaj czytania. Od wczesnego dzieciństwa wydawał się nie rozstawać z książką. „Nie było dla niego niczym dziwnym czytanie przez dziesięć godzin dziennie” – wspominał Kimbal. „Przez weekend potrafił pochłonąć dwie książki”. Rodzina często wyprawiała się na zakupy, podczas których Elon się gubił. Maye lub Kimbal odnajdowali go w najbliższej księgarni, gdzie siedział gdzieś z tyłu na podłodze, czytając pogrążony w transie.

Z biegiem lat Elon sam szedł do księgarni po lekcjach, o drugiej po południu, i siedział tam do czwartej, do powrotu rodziców z pracy. Buszował po dziale beletrystyki, potem komiksów, na koniec zostawiając literaturę faktu. „Czasem wyrzucano mnie ze sklepu, ale rzadko” – wspominał. Wśród swoich ulubionych tytułów wymienia trylogię Władca Pierścieni, cykl Fundacja Isaaca Asimova oraz Luna to surowa pani Roberta Heinleina, tuż obok Autostopem przez galaktykę. „W końcu w bibliotece szkolnej i osiedlowej zabrakło już dla mnie książek” – mówił. „To było może w trzeciej lub czwartej klasie. Starałem się przekonać bibliotekarkę, by zamówiła coś dla mnie. Zacząłem czytać Encyclopedię Britannica. To było bardzo pomocne. Człowiek nie ma świadomości poziomu własnej niewiedzy. Uświadamia sobie, jak wiele rzeczy istnieje gdzieś tam, w świecie”.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

I Dwa lata po narodzinach syna John Elon zaczął wykazywać pierwsze objawy cukrzycy. Wówczas choroba ta była śmiertelna, a John, mając ledwie 32 lata, dowiedział się, że zostało mu raptem pół roku życia. Almeda, z niewielkim doświadczeniem pielęgniarskim, opracowała jakiegoś rodzaju eliksir lub terapię, które miały przedłużyć życie jej mężowi. Zgodnie z legendą rodzinną, dzięki jej zabiegom kręgarskim John przeżył jeszcze pięć lat, a branża stała się rodzinną tradycją. Almeda ukończyła szkołę chiropraktyczną w Minneapolis i została doktorem w 1905 roku. Prababka Muska założyła własną klinikę i, o ile wiadomo, została pierwszą kręgarką w Kanadzie.

II Haldeman próbował także sił w polityce, starając się założyć własną partię w Saskatchewan, wydając newsletter i głosząc konserwatywne, antysocjalistyczne idee. Później bez skutku startował w wyborach do parlamentu oraz do Social Credit Party.

III Podróż odbyła się wzdłuż wybrzeża Afryki, przez Półwysep Arabski, Iran, Indie i Malezję, a później Morze Timor do Australii. Wyrobienie niezbędnych wiz i innych dokumentów zajęło rok, a w trakcie lotu oboje nieustannie cierpieli z powodu wirusów pokarmowych i zmian w grafiku. „Tata zemdlał w trakcie lotu nad Morzem Timor i mama musiała lecieć aż do Australii. Obudził się dopiero przed lądowaniem” – powiedział Scott Haldeman. „To była męczarnia”.

IV Zarówno Joshua, jak i Wyn, byli świetnymi strzelcami, dlatego wygrywali narodowe mistrzostwa. W połowie lat pięćdziesiątych zajęli także pierwsze miejsce w wyścigach samochodowych z Cape Town do Algieru, w swoim fordzie kombi pokonując profesjonalistów.

V W krajach anglosaskich prefekci to uczniowie o nienagannej opinii i świetnych wynikach, cieszący się autorytetem wśród kolegów, pełniąc szereg obowiązków organizacyjnych, dbający o atmosferę i zachowanie wśród uczniów. Częściowo funkcja ta odpowiada obowiązkom starosty. [przyp. tłum.]

3

KANADA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

4

PIERWSZY START-UP

Rozdział dostępny w pełnej wersji

5

BOSS MAFII PAYPALA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

6

MYSZY W KOSMOSIE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

7

CAŁY TEN PRĄD

Rozdział dostępny w pełnej wersji

8

BÓL, CIERPIENIE I PRZETRWANIE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

9

LOT W KOSMOS

Rozdział dostępny w pełnej wersji

10

ZEMSTA SAMOCHODU ELEKTRYCZNEGO

Rozdział dostępny w pełnej wersji

11

JEDNOLITA TEORIA POLA ELONA MUSKA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

EPILOG

ELON MUSK PRZYPOMINA CIAŁO

POZOSTAJĄCE W NIEUSTANNYM RUCHU.

Rozdział dostępny w pełnej wersji

DODATEK 1

Rozdział dostępny w pełnej wersji

DODATEK 2

Rozdział dostępny w pełnej wersji

DODATEK 3

Rozdział dostępny w pełnej wersji

PODZIĘKOWANIA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ADNOTACJE

1 Journal of the Canadian Chiropractic Association, 1995.

INDEKS NAZWISK

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Tytuł oryginału

Elon Musk. Tesla, SpaceX, and the Quest for a Fantastic Future

ELON MUSK. Copyright © 2015 by Ashlee Vance. All rights reserved.

Projekt okładki

Piotr Cebo

Fotografia na pierwszej stronie okładki

Art Streiber/AUGUST/EAST NEWS

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Adiustacja

Studio Editio

Korekta

Studio Editio

Indeks

Studio Editio

Opracowanie typograficzne i łamanie

Studio Editio

© Copyright for the translation by Agnieszka Bukowczan-Rzeszut

Copyright © for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2016

ISBN 978-83-240-3441-3

Znak Horyzont

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Elon Musk. Biografia twórcy PayPala, Tesli, SpaceX 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia