Ślepe stado

Ślepe stado

Autorzy: John Brunner

Wydawnictwo: Mag

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 464

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 5.12 zł

Ta powieść, od lat uznawana za klasyczną, jest dramatycznym i proroczym spojrzeniem na przyszłe skutki niszczenia ziemskiego środowiska. W tym koszmarnym świecie powietrze zatrute jest tak bardzo, że powszechnie używa się masek filtracyjnych. Rośnie śmiertelność noworodków i wygląda na to, że każdy człowiek na coś choruje. Woda jest zatruta, a tę z kranu pije tylko biedota. Władza praktycznie nie funkcjonuje, a korporacje dorabiają się na filtrach do wody, maskach i organicznej żywności.

Działacz ekologiczny, Austin Train, musi się ukrywać. Trainiści - ruch ekologiczny, czasami posuwający się do terroryzmu - chcą, by im przewodził. Władze chcą go aresztować, a najchętniej stracić. Media chcą mieć igrzyska. Wszyscy coś dla niego planują, Train jednak ma swój własny plan.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

grudzień Przepowiednia

Masakra

Znaki czasów

Nie jest nam pisane

Kurza grzęda

Przyrośnięci do aut

To tylko gaz

Przeciwieństwo piekarnika

Krwawiące serce to ropiejąca rana

Praprzyczyna problemów

Deficyt

Mimo dobroczynności jest jako miedź brzęcząca

To miejsce na reklamę wydawca bezpłatnie oddaje na cele społeczne

Od znaku do znaku

Morał z XX wieku

Nie mieszać

Pomoc

styczeń Odmaszerować

Powyżej prędkości dźwięku

Śnieżna lawina

Rachunek krzywd

Szczury

Nie większy niż ludzka dłoń

Memento laurae

Wyprzedzając wiadomości

Można się było spodziewać

Przejdź na stronę czystości

Kop

Najdrobniejszy ślad

I dzieje się dalej

A poruszę Ziemię

Konfrontacja

luty Pochwała biocydów

To boli mnie bardziej

Nieustająca debata

Strzelać bez rozkazu

Naturalny wygląd

Opętanie, 9/10

Stawiam na opór

Nieodzowni pomocnicy

Odejście od zmysłów

Jedzcie na zdrowie

Z mocnego wyszło

Mam rękę do roślin, ale czasem odpadają palce

Podnosi paskudną głowę

Niełaska

Nie znajdzie się w wiadomościach

Apel o pomoc

marzec Mnożenie na piśmie

Dar owadów

Brzytwa dla tonącego

Riposta

Środki zapobiegawcze

Weź się w garść i próbuj jeszcze raz

Raport z laboratorium

Cuda współczesnej cywilizacji

Wystrzępiony rękaw

kwiecień Heros niech gra

Ofiara I wojny światowej

Nie dotykać

Próba

Zanim się nam niekulturalnie przerwie

Błogosławieni o zdrowych kiszkach

Testy pozakliniczne

maj Bierz, póki jest co brać

Od deszczu

Brak ojca, jak dotąd

Zły wiatr

Skutki uboczne

Zachmurzenie

Z trzewi Ziemi

Pieskie czasy

Plan: mapa świata

Spalić przed sobą mosty

Podziemny ruch

Nad morzem, martwym

czerwiec Pogląd ciągle dosyć powszechnie wyznawany

Epoka pary

Strzelać do wszystkiego, co się rusza

Zająć stanowisko i trzymać

Sygnał do startu

Dokładnie w tej chwili

Towarzysze niedoli

Koncentracja sił

Krytyczna sytuacja, krytyczne myślenie

lipiec Konsumujący i konsumowani

Lont

Sytuacja krytyczna

Wybuchowe konsekwencje

Wy, na ulicy, morda w kubeł

Czy pan zamawiał trzęsienie?

To jeszcze nie koniec świata, co?

Urażony

Rekordowa oglądalność w szczycie

Ostrość wróciła

sierpień Ścigany przez harpun z ładunkiem wybuchowym

Tam trawa jest bardziej brązowa

Przełom wód

Ktokolwiek widział któregoś z tych owadów

Słabe lato

Już nie widać gór

Koniec dokarmiania

Powrót

Naturalna równowaga

Koniec długiego, ciemnego tunelu

Bezpośrednie trafienie

Autentyk

Nie poddaje się ścisłej analizie

wrzesień Matkogwałt

Martwota

Za dużo problemów

Przesunięcie akcentów

Wrogowie sami wchodzą mi w ręce

By wymienić zaledwie kilka

Przegląd

Wizja

Skurcze

Nagły atak

Zstąpienie do piekieł

Ból pośredni

Wymknęło się spod kontroli

październik Nakręcani ludzie

Ogłoszenie stanu wojennego

Ale im powiedział!

Do normy

Wstępny projekt

Jazda po kwasie

W przygotowaniu

Powrót do domu

Szybki powrót do zdrowia

Do pionu

Spóźnione wiadomości

listopad I skąd weźmiemy na sól?

Pseudonim

Jest jeszcze nadzieja

Uzbrojony

Rozpoznał go zdumiony

Racjonalna propozycja

Dym z tego wielkiego budynku

następny rok Ślepe stado

Tytuł oryginału: The Sheep Look Up

Copyright © 1972 by John Brunner

Copyright for the Polish translation © 2016 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon

Nazwa serii: Vanrad

Redaktor serii: Andrzej Miszkurka

ISBN 978-83-7480-693-0

Wydanie II

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60

e-mail kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

grudzień

Przepowiednia

Nadejdzie dzień taki, że na każdej łące

Bezpieczne zobaczymy dziecko igrające,

Wilk drapieżny nie skoczy nań niespodziewany,

A o lwach się nauczy z ksiąg ilustrowanych.

Z żadnego wiekowego drzewa gałąź, co spróchniała,

Nie spadnie, aby głowy mu nie zgruchotała,

Z puszczy wielkiej zostaną schludne zagajniki,

Pustynie się zamienią w zielone trawniki.

Dzieci zaś na wyprzódki i sepleniąc srodze,

Powiedzą sobie – pierwsze: z Zachodu pochodzę,

Gdzie dziadek mój nad groźnym stanął oceanem

I zmienił go w jezioro trudem okiełznane.

Kolejne zaś odpowie: ja jestem ze Wschodu,

Gdzie niegdyś bestia żarłocznego rodu

Żyła i kły szczerzyła, jeśli wierzyć matce;

Widziałem zresztą taką, lecz zamkniętą w klatce.

Podobnie na Północy, dawniej pod śniegami,

Teraz wielkie domostwa ciągną się rzędami,

Brzmi piękna melodia, to się dziecko śmieje,

Są drogi i telegraf, żelazne koleje.

Takoż Południe – polarne kipiele spienione –

Cóż za cel szlachetny – dziś udomowione.

Marzenia te niezawodnie umysł napędzają

I dzielnych Anglików do działania pchają...

„Christmas in the New Rome”

[Święta w Nowym Rzymie], 1862

Masakra

Ścigany?

Przez dzikie zwierzęta?

W biały dzień, na autostradzie do Santa Monica? Obłęd! Istny obłęd!

Prawdziwy archetypowy koszmar: uwięziony, bez tchu, niezdolny się poruszyć, a olbrzymie, złowrogie potwory zbliżają się coraz bardziej. Korek ciągnie się na ponad milę, trzy pasy próbują wcisnąć się w zjazd mający tylko dwa, cuchnąc, tłocząc się i rycząc. Na razie jednak bardziej bał się ucieczki niż pozostania na miejscu.

Lśniące kły odbijały szary połysk chmur. Puma.

Obnażone, wysunięte pazury. Jaguar.

Sprężająca się do skoku. Kobra.

Wiszący na niebie. Sokół.

Wygłodniała. Barrakuda.

Ale gdy w końcu nerwy nie wytrzymały i rzucił się do ucieczki, dopadło go coś całkiem innego. Płaszczka.

Znaki czasów

PLAŻA OBJĘTA JEST CAŁKOWITYM ZAKAZEM KĄPIELI

WODA NIEZDATNA DO PICIA

NIEZDATNE DO SPOŻYCIA PRZEZ LUDZI

NALEŻY UMYĆ RĘCE (POD KARĄ GRZYWNY W WYS. 50 DOL.)

DOZOWNIK MASEK FILTRUJĄCYCH DO JEDNORAZOWEGO UŻYTKU PRZEZ MAKS. 1 GODZ.

TLEN

25 CENTÓW

Nie jest nam pisane

Radio powiedziało:

– Zasługujecie na bezpieczeństwo. Na prawdziwą twierdzę!

Wjazd na parking pod firmą był zablokowany przez autobus, ogromny, niemiecki, elektryczny i przegubowy. Wypluwał pasażerów. Philip Mason, czekając niecierpliwie aż odjedzie, nadstawił uszu. Reklama konkurencyjnej korporacji?

Przypochlebny głos ciągnął, wsparty niemelodyjnym dźwiękiem wiolonczeli i skrzypiec.

– Zasługujecie na spokojny sen. Na wyjazdy wakacyjne, najdłuższe, na jakie możecie sobie pozwolić, wolne od trosk o pozostawione domostwo. Czyż nie mówi się, że mój dom jest moją twierdzą? Czy nie powinniście tak właśnie się czuć?

Nie. Nie firma ubezpieczeniowa. Jakaś parszywa firma deweloperska. Co w ogóle robi tu ten autobus? Oznaczenia ma z Los Angeles, fakt, odpowiedni kolor, nazwę na boku – ale zamiast tablicy z numerem i końcowym przystankiem ma napis WYNAJĘTY, a przez brudne szyby nie widać pasażerów zbyt wyraźnie. Nic dziwnego zresztą – jego szyba była tak samo brudna. Już miał zatrąbić, ale zamiast tego wcisnął guzik spryskiwacza do szyb. Chwilę później ucieszył się z tej decyzji – teraz był w stanie dostrzec wewnątrz twarze kilkorga znudzonych dzieci – troje czarnych, dwoje żółtych, jedno białe, obok niego kule inwalidzkie. Aha.

Radio gadało dalej:

– Zbudowaliśmy więc dla państwa tę twierdzę. W nocy uzbrojeni ochroniarze pilnują wszystkich bram, przez które można się dostać do osiedla, chronionego zwieńczonym kolcami ogrodzeniem. Osiedle Twierdza zatrudnia najlepiej wyszkoloną ochronę. Nasz personel rekrutuje się z policji, a nasi strzelcy wyborowi – z piechoty morskiej.

Której mamy pod dostatkiem, odkąd wykopali nas z Azji. O, autobus wrzucił kierunkowskaz. Przejeżdżając za jego tyłem, zauważył za tylną szybą tabliczkę z informacją o najemcy – Ziemski Fundusz Wspólnotowy, Inc. Mrugnął światłami do następnego auta, prosząc o zgodę na przejazd przed nim. Zgodę dostał, przyśpieszył – i moment później znów musiał ostro hamować. Przez wjazd przechodził inwalida, nastoletni chłopak-Azjata, najpewniej Wietnamczyk, z jedną nogą podkurczoną i przygiętą do uda, ręce szeroko rozłożone, żeby utrzymać równowagę w czymś w rodzaju aluminiowego balkoniku z licznymi paskami.

Z Haroldem, dzięki Bogu, nie jest aż tak kiepsko.

Wszyscy uzbrojeni strażnicy – czarni. Pot wystąpił mu na czoło na samą myśl, że mógł przejechać chłopaka pod lufami ich karabinów. Żółty to jak honorowy czarny. Dobrze jest mieć towarzyszy w niedoli. A skoro mowa o towarzyszach... towarzyszkach? Daj spokój, zamknij się!

– Nie będziecie państwo musieli obawiać się o dzieci – ciągnęło radio. – Opancerzone autobusy codziennie będą odbierać je spod drzwi i zawozić do dowolnie wybranej szkoły. Ani przez chwilę nie pozostaną bez opieki odpowiedzialnych i serdecznych dorosłych opiekunów.

Chłopak dokuśtykał na drugą stronę chodnika; Philip był wreszcie w stanie przesunąć się autem do przodu. Ochroniarz zauważył firmową naklejkę na szybie i podniósł biało-czerwony szlaban. Philip pocił się bardziej niż zwykle, bo był potwornie spóźniony – i choć nie była to jego wina, przepełniało go abstrakcyjne poczucie winy, przez które miał wrażenie, że dzisiaj wszystko to jego wina, od zamachów w Baltimore, po komunistyczny przewrót na Bali. Rozejrzał się wokół. Cholera. Wszystko zajęte. Nie było ani jednego miejsca, na którym mógłby zaparkować bez pomocy, chyba że poświęci masę drogocennego czasu, żeby się gdzieś mozolne wcisnąć.

– Będą się bawić w klimatyzowanych salach zabaw – obiecywało radio. – A ewentualna pomoc medyczna będzie na miejscu przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, i to po bardzo niskich, kontraktowych stawkach!

W sam raz dla kogoś zarabiającego sto tysięcy rocznie. Dla większości z nas nawet kontraktowe stawki są zaporowe – sam dobrze o tym wiem. Co, żaden z tych ochroniarzy nie pomoże mi zaparkować? Cholera, w życiu – wszyscy wracają na posterunek.

Wściekły, opuścił szybę i zamachał gwałtownie. Powietrze od razu wywołało kaszel, oczy momentalnie zaszły łzami. Po prostu nie był przyzwyczajony do takich warunków.

– A teraz informacje policyjne – powiedziało radio.

Najbliższy ochroniarz podszedł do niego, bez maski, z miną wyrażającą odrobinę – czego? Zdziwienia? Niechęci? W każdym razie jakąś opinię o palancie, który nie potrafi oddychać zewnętrznym powietrzem, żeby się nie rozkaszleć.

– Pogłoski, że w Santa Ynez wyszło słońce, są całkowicie bezpodstawne. Powtarzam... – rzekło radio. I powtórzyło, ledwie słyszalne przez brzęczenie niewidocznego przez chmury samolotu. Philip wygramolił się z auta, wyciągając z kieszeni pięciodolarowy banknot.

– Zajmie się pan moim autem? Jestem Mason, menedżer na Denver. Jestem spóźniony na spotkanie z panem Chalmersem.

Tylko tyle zdążył powiedzieć, zanim zgiął się w kolejnym ataku kaszlu. W głębi gardła piekło go od gryzącego powietrza; wyobrażał sobie, jak tkanki rogowacieją, twardnieją, stają się nieprzenikliwe. Jeśli ta praca faktycznie będzie wymagać częstych wycieczek do L.A., trzeba będzie kupić maskę filtrującą. I pieprzyć to, że wygląda się w niej jak ciota. Sam widziałem po drodze, że już nie tylko dziewczyny je noszą.

Radio wymamrotało coś o ekstremalnych korkach na wszystkich wylotówkach na północ.

– Dobra – powiedział ochroniarz, biorąc banknot i zręcznie, jedną ręką, zwijając go w rurkę jak jointa. – Może pan iść. Czekali na pana.

Pokazał ręką podświetloną reklamę nad obrotowymi drzwiami, życzącą światu Wesołych Świąt od firmy ubezpieczeniowej Angel City Interstate Mutual.

* * *

Czekali? No, mam nadzieję, że to nie znaczy, że się poddali i zaczęli beze mnie!

Postawił stopy na znakach Wagi, Skorpiona i Strzelca, a obrotowe drzwi posapywały wokół niego. Obracały się ciężko – widocznie niedawno wymieniano hermetyczne uszczelki. Za nim było chłodne, wyłożone marmurem foyer, także zdobione zodiakalnymi ornamentami. Przekaz reklamowy Miasta Aniołów opierał się na idei ucieczki przed tym, co komu pisane z urodzenia, i zarówno ci, co brali astrologię poważnie, jak i ci sceptyczni zgadzali się, że całkiem poetyckie wychodziły z tego hasła.

Tu powietrze było nie tylko oczyszczone ale i delikatnie naperfumowane. Na ławeczce, ze znudzoną miną siedziała bardzo ładna dziewczyna o beżowej karnacji, w obcisłej zielonej sukience z długim, skromnym rękawem, spódnicą sięgającą eleganckich czółenek na słupku... nie, pardon, na ostrej szpili.

Za to z przodu miała rozcięcie prawie do pasa. Co więcej, nosiła łonowe majteczki, z sugerującą włosy kępką futerka w kroczu.

Wczorajszy wieczór w Vegas. Jezus, chyba zdurniałem, wiedziałem, że muszę się wyspać i być w dobrej formie na dzisiaj. Ale wczoraj tak to nie wyglądało. Po prostu... Cholera, sam chciałbym wiedzieć. Brawura? Żądza odmiany? Dennie, przysięgam, że cię kocham. Nie zaprzepaszczę tej drogocennej pracy, nawet nie spojrzę na tę dziewczynę!

Chalmers siedzi na trzecim, prawda? Gdzie jest tabliczka z informacją? A, tutaj, za dozownikiem z maskami.

(A z tym wszystkim mieszała się jednak duma, że pracuje dla takiej firmy, która ma na tyle postępowy wizerunek, że dba, by nawet asystentki były ubrane w najmodniejsze stroje. Bo ta sukienka nie była z poliestru czy nylonu – to była wełna).

Mimo wszystko trudno było na nią nie patrzeć. Wstała i powitała go szerokim uśmiechem.

– Pan Philip Mason! – Głos miała lekko zachrypnięty. Miło słyszeć, że innym ludziom też szkodzi tutejsze powietrze. Gdyby tylko ten timbre nie był aż tak sexy... – Poznaliśmy się, kiedy był tu pan poprzednio, pewnie pan nie pamięta. Jestem asystentką Billa Chalmersa. Felice.

– Oczywiście, że pamiętam.

Kaszel zwalczony, choć powieki jeszcze delikatnie swędziały. Nie była to pusta uprzejmość – teraz faktycznie ją sobie przypominał, choć ostatni raz był tu latem. Miała wtedy krótką sukienkę i inną fryzurę.

– Czy mógłbym gdzieś umyć ręce? – dodał, unosząc dłonie, żeby pokazać, że naprawdę chodzi mu o mycie.

Były aż jakby oślizłe od unoszących się w powietrzu paskudztw, które prześliznęły się przez osadnik w samochodzie. Nie był przewidziany, by radzić sobie w Kalifornii.

– Jasne! W korytarz i na prawo. Zaczekam na pana.

* * *

Drzwi do męskiej toalety nosiły znak Wodnika, a damskiej – Panny. Gdy zaczynał pracę, udało mu się rozśmieszyć grupkę kolegów stwierdzeniem, że w imię prawdziwej równości powinny być tylko jedne drzwi, oznaczone symbolem Bliźniąt. Dzisiaj nie było mu do żartów.

Pod zamkniętymi drzwiami jednej z kabin – stopy. Nieufnie, pamiętał bowiem o zdarzających się w dzisiejszych czasach napadach w męskich toaletach, ulżył sobie, wpatrując się jednym okiem w tamte drzwi. Usłyszał delikatne syknięcie, potem szczęknięcie. Jezus, ktoś tam napełnia strzykawkę? Zakradł się tu narkoman o kosztownym nałogu, żeby mieć święty spokój. Mam wyciągać gazówkę?

Prosta droga do paranoi. Buty były elegancko wyglansowane, mało prawdopodobne u zaniedbanego narkomana. Poza tym ostatni rozbój zdarzył mu się ponad dwa lata temu. Sytuacja się poprawiała. Podszedł do umywalek, choć świadomie wybrał tę, w której lustrze widać było zajętą kabinę.

Nie chcąc zostawiać tłustych plam na jasnych spodniach, ostrożnie poszukał w kieszeni monety do dozownika wody. Szlag. Zmienili to cholerstwo od ostatniej wizyty. Miał centówki i ćwierćdolarówki, ale napis mówił, że mogą być tylko dziesiątki. A nie ma choć jednego bezpłatnego? Nie.

Już prawie wychodził, żeby poprosić Felice o drobne, gdy drzwi kabiny się otworzyły. Wyszedł facet w ciemnym ubraniu, wkładający marynarkę, w której prawej bocznej kieszeni kryło się coś ciężkiego. Niewyraźnie go kojarzył. Rozluźnił się. Ani narkoman, ani ktoś obcy. Pewnie cukrzyca albo problemy z wątrobą. Wygląda przy tym całkiem nieźle, pełne policzki, rumiana twarz. Ale kto to...?

– A, pan pewnie na to spotkanie z Chalmersem! – Nieobcy podszedł ku niemu, już wyciągając dłoń, by zaraz ze śmiechem ją cofnąć.

– Przepraszam, może najpierw umyję ręce. Jestem Halkin, z San Diego.

I jaki taktowny do tego.

– Ja jestem Mason, z Denver. Hmm... nie ma pan czasem dziesiątki?

– Jasne! Proszę bardzo.

– Dziękuję – mruknął Philip i staranie zatkał umywalkę przed puszczeniem wody.

Nie miał pojęcia, ile warta jest dziesiątka, ale jeśli tyle samo, co cent półtora roku temu, to ledwo wystarczało tego, żeby namydlić i spłukać dłonie. Skóra swędziała, jakby pokrywał ją pył. W lustrze nie było nic widać, a zaczesane do tyłu brązowe włosy wciąż wyglądały schludnie – więc wszystko w porządku – ale Halkin był ubrany praktycznie, w prawie czarny garnitur, podczas gdy on wbił się w najnowsze i najelegantsze ubranie – według standardów z Kolorado i pod silnym wpływem elit towarzyskich zjeżdżających się co roku na sporty zimowe. Było bladoniebieskie, bo Denise mówiła, że pasuje mu do oczu. Choć się nie gniotło, na kołnierzu i mankietach już miało ciemne smugi. Zanotować: następnym razem, jadąc do L.A....

Woda była paskudna, niewarta dziesięciu centów. Mydło – dobrze chociaż, że firma nie oszczędzała i porozkładała na umywalkach kostki, zamiast żądać kolejnej dziesięciocentówki za nasączoną nim chusteczkę – ledwo się pieniło. Kiedy opłukiwał twarz, woda spłynęła mu do ust. Smakowała solą morską i chlorem.

– Pan pewnie też utknął, tak samo jak ja – powiedział Halkin, odwracając się, by wysuszyć ręce suszarką. Była darmowa. – Co się stało? Ci cholerni trainiści okupują Wilshire?

Mycie twarzy było błędem. Nie było ręczników, ani papierowych, ani innych. Nie pomyślał, żeby wcześniej to sprawdzić. Jest jakaś wielka afera o włókna celulozowe w Pacyfiku. Coś czytałem, ale nie skojarzyłem. Czując się zupełnie jak niezręczny nastolatek, spróbował podetknąć twarz pod strumień ciepłego powietrza, mimochodem zastanawiając się, czego używają zamiast papieru toaletowego – okrągłych kamyków, jak muzułmanie?

Za wszelką cenę zachować pozory.

– Nie, po prostu korek na autostradzie do Santa Monica.

– A, no tak. Słyszałem, że straszne dziś korki. Przez te plotki, że wyszło słońce?

– Nie, po prostu... – powstrzymał absurdalny odruch sprawdzenia, czy nie słyszy go żaden czarny, ani Felice, ani ochroniarze z parkingu – po prostu jakiś walnięty czarnuch wyskoczył z auta w połowie korka i próbował przebiec na drugą stronę.

– Co pan mówi? Pewnie nawalony?

– Pewnie tak. O, dziękuję... – Halkin uprzejmie przytrzymał mu drzwi. – Samochody musiały go omijać, hamować i pierdut, pozderzały się, chyba ze czterdzieści. Cudem go ominęły, ale i tak nic mu to nie dało. W drugą stronę auta też jechały prawie stówę i zaraz jak przelazł przez barierkę, wpadł pod sportowy samochód.

– Matko Boska.

Stanęli oko w oko z Felice, która przytrzymywała im windę. Zaprosili ją do środka, a dłoń Halkina zawisła nad przyciskami.

– Trzecie, prawda?

– Nie, nie jesteśmy u Billa w gabinecie. W sali konferencyjnej na siódmym.

– A samochód cały? – ciągnął Halkin.

– Na szczęście karambol mnie ominął. Ale musieliśmy ponad pół godziny stać i czekać aż przywrócą ruch... A pan się spóźnił przez trainistów?

– Tak, na Wilshire. – Zawodowy uśmiech Halkina ustąpił skrzywieniu. – Leserzy i żule, co do jednego! I pomyśleć, że to dla nich musiałem się pocić...! Pan też odsłużył swoje, jak rozumiem?

– Oczywiście. W Manili.

– Mnie wzięli do Wietnamu i Laosu.

Winda zwalniała. Zerknęli na podświetlane cyfry. Piąte, nie siódme. Drzwi rozsunęły się, ukazując pryszczatą kobietę, która mruknęła:

– A, cholera! – Ale i tak wsiadła. – Przejadę się z wami do góry, a co tam – dodała głośniej. – W tym parszywym budynku zdechnąć można, zanim się człowiek windy doczeka.

* * *

Okna sali konferencyjnej miały żółtoszarą barwę. Narada zaczęła się bez czekania na dwóch spóźnialskich – Philip cieszył się, że nie wchodzi sam. Ośmiu czy dziewięciu mężczyzn siedziało sobie w wygodnych fotelach, na składanych podłokietnikach mieli książki, notatniki, dyktafony. Naprzeciwko nich, za stołem w kształcie niedożywionego bumerangu, siedział William Chalmers, wiceprezes ds. sprzedaży regionalnej, czarnowłosy facet pod pięćdziesiątkę, który wyhodował sobie zbyt duży brzuch, żeby dobrze wyglądać w modnym obcisłym garniturze. Thomas Grey, starszy aktuariusz, chudy, łysy, pięćdziesięcioletni, w okularach z tak grubymi szkłami, że aż chciało się myśleć, że to przez nie garbi się w ramionach, akurat stał; ewidentnie przerwali mu, wchodząc. Wyglądało na to, że stracił wątek – podrapał się w roztargnieniu pod lewą pachą i przywitał ich zaledwie zdawkowym skinieniem głowy.

Natomiast Chalmers powitał spóźnionych bardzo serdecznie, nie pozwolił dokończyć przeprosin, zaprosił na wolne miejsca – oczywiście w pierwszym rzędzie. Zegar na ścianie zamiast planowej dziesiątej trzydzieści pokazywał za dwie jedenastą. Philip, starając się nie zwracać na niego uwagi, wziął z przydzielonego mu fotela teczkę z papierami i rozdał mechaniczne uśmiechy współpracownikom, których znał przelotnie, z widzenia.

* * *

Przelotnie...

Nie myśl o Laurze. Tylko nie o Laurze. Dennie, ja cię kocham! Kocham Josie, kocham Harolda, całą moją rodzinę! Ale gdybyś się tak nie upierała, żebym...

Och, daj spokój. Nie rób z igły wideł!

* * *

Ale jego sytuacja w żadnym razie nie była stabilna. Jak wszyscy dobrze wiedzieli, był najmłodszym z regionalnych dyrektorów Angel City: L.A., Zatoka, Południowa Kalifornia, Oregon, Utah, Arizona, Nowy Meksyk, Teksas, Kolorado. O siedem lat młodszym od kolejnego. Plotkowano, że w przyszłym roku podzielą Teksas, ale na razie to się nie stało. A to znaczyło, że po piętach depczą mu całe hordy wyszkolonych, obstawionych dyplomami bezrobotnych. Miał sześciu handlowców z doktoratami. Trzeba biec, żeby pozostać w miejscu...

– Czy mogę kontynuować? – zapytał Grey.

Philip opanował się. Gdy po raz pierwszy poznał aktuariusza, uznał go za suche przedłużenie jego komputerów, za człowieka zatraconego w świecie, w którym liczą się tylko liczby. Potem jednak dowiedział się, że to Grey był pomysłodawcą symboliki astrologicznej w materiałach reklamowych, co przyniosło Angel City status jedynej firmy, której baza klientów poniżej trzydziestki rośnie równie szybko, jak procent populacji, który stanowią. A człowieka z taką głową warto posłuchać.

– Dziękuję. Właśnie wyjaśniałem, dlaczego się tu spotykamy.

* * *

Oczy wywrócone do tyłu, rozdziawione usta, oddech syczący w gardle! Nie ma co się oszukiwać. Przy żadnej kobiecie nie czułem się tak stuprocentowym mężczyzną!

Philip dotknął językiem wnętrza policzka. Walnęła go wierzchem dłoni w policzek i wyszła, wściekła, z motelowego domku, bo zaproponował jej pieniądze. Skaleczyła go. Krwawił przez pięć minut. Trafiła prosto w górny kieł, od zawsze najostrzejszy ze wszystkich zębów.

* * *

– To przez to – ciągnął Grey – że od stycznia planujemy podnieść składki. Bo oczywiście nasze stawki od zawsze opierały się na założeniu, że statystyczna długość życia w Stanach będzie rosnąć. A w ciągu ostatnich trzech lat zaczęła spadać.

Kurza grzęda

Punkt dziewiąta trainiści rozrzucili po jezdni kolczatki, powodując gigantyczny zator, siedem na dwanaście przecznic. Psy, jak zawsze, były gdzie indziej – nie brakowało sympatyków chętnych, by odciągnąć ich uwagę. Trudno było się doliczyć, ilu sprzymierzeńców ma ich ruch – ale można się było domyślić, że w Nowym Jorku, Chicago, Detroit, L.A. czy San Francisco ludzie raczej wiwatują, a na Środkowym Zachodzie i na przedmieściach raczej wyciągają broń. Innymi słowy, najmniejsze poparcie mieli w rejonach, gdzie głosowało się na Prexy’ego.

Potem zmatowili szyby unieruchomionych samochodów tanim przemysłowym środkiem do trawienia szkła, a na drzwiach wymalowali slogany, czasem długie: ZAGROŻENIE DLA ŻYCIA i ZDROWIA, a przeważnie krótkie: SMRODOCHÓD! Najczęstsze jednak było dobrze znane wszystkim hasło: PRZESTAŃCIE, PRZEZ WAS GINIEMY!

A każdy napis kończył się nierównym jajkiem nad iksem – uproszczoną, piktogramową wersją trainistycznego symbolu – zredukowanej czaszki i skrzyżowanych piszczeli.

Po wszystkim zerknęli na wydrukowane kartki, których wiele rozwiewanych przez przejeżdżające samochody polatywało potem w rynsztokach, zajęli się pobliskimi witrynami sklepowymi, zasłaniając wystawione w nich towary podobnymi hasłami. Dla każdego sklepu znalazło się odpowiednie hasło.

Trudne to zresztą nie było.

* * *

Dzieciaki z popołudniowej szkolnej zmiany z radością zajęły się pacyfikowaniem wściekłych kierowców, sprzedawców ze sklepów i innych przeszkadzających. Niektóre nie były na tyle bystre, żeby dać nogę, kiedy zjawiły się psy – helikopterem, po nerwowych radiowych wezwaniach – i po raz pierwszy w życiu trafiły przed Sąd dla Nieletnich. Ale co tam! Były już w odpowiednim wieku, żeby wiedzieć, że dobrze mieć jakiś wyrok na koncie. To może cię uchronić przed biletem do wojska. Może ci uratować życie.

Natomiast kierowcy przeważnie mieli dość rozumu, by siedzieć w autach, wściekać się za zmatowiałymi szybami i podliczać koszty napraw i lakierowania. Większość miała broń, ale nikt nie był na tyle głupi, żeby ją wyciągnąć. Nie po demonstracji trainistów w San Francisco w zeszłym miesiącu. Tam zastrzelono dziewczynę. Inni, anonimowi w kominiarkach i zgrzebnych, niby-samodziałowych ubraniach, wywlekli kierowcę z samochodu i tym samym żrącym kwasem, którym traktowali szyby, wypisali mu na skórze „MORDERCA”.

A już na pewno nie było sensu opuszczać szyby i krzyczeć na demonstrantów. W takim powietrzu gardło długo nie podziała.

Przyrośnięci do aut

Nietrudno przekonać ludzi, że auta i broń są niebezpieczne z samej natury. Statystycznie rzecz biorąc, prawie każdy ma kogoś w rodzinie, kto zginął zastrzelony w kraju czy za granicą, natomiast skojarzenie aut z ofiarami wypadków samochodowych otwiera opinię publiczną na inne, subtelniejsze zagrożenia...

SALON SAMOCHODOWY MASTER

AUTA NOWE I UŻYWANE

Ołów: powoduje u dzieci upośledzenia i inne choroby. W wodach powierzchniowych Kalifornii jego stężenie przekracza 12 mg/m3. Prawdopodobnie przyczynił się do upadku Cesarstwa Rzymskiego, którego elity spożywały jedzenie przygotowywane w ołowianych naczyniach i piły wino fermentowane w wyłożonych ołowiem kadziach. Częstym źródłem ołowiu są farby, dodatki przeciwstukowe do paliw, jeśli nadal są w użyciu, oraz dzikie ptactwo z terenów podmokłych itd., z akumulowanym przez pokolenia ołowiem pochodzącym z ołowianych pocisków leżących w wodzie.

Z drugiej strony, o wiele trudniej jest przekonać ludzi, że taka z pozoru niewinna firma jak salon kosmetyczny może być niebezpieczna. I nie mówię tu o tym, że niektóre kobiety są uczulone na standardowe kosmetyki.

CENTRUM URODY NANETTE, KOSMETYKI, PERFUMY, PERUKI

Polichlorowane bifenyle – produkty odpadowe przemysłu tworzyw sztucznych, smarów oraz kosmetycznego. Obecne wszędzie w stężeniach zbliżonych do DDT, mniej toksyczne, ale silniej wpływające na hormony sterydowe. Znajdowane w eksponatach muzealnych pochodzących nawet z roku 1944. Śmiertelnie groźne dla ptaków.

Podobnie, nie trzeba zbytnio wysilać umysłu, aby skojarzyć zabijanie chwastów czy owadów z zabijaniem ludzi i zwierząt. Nie trzeba było aż katastrofy w Wietnamie, żeby do tego dojść, wszyscy już podświadomie się tego spodziewali.

DOM I OGRÓD

PROJEKTOWANIE ZIELENI, ZWALCZANIE SZKODNIKÓW

Pelikan brązowy: dawniej pospolity w Kalifornii, od roku 1969 nie dochodzi do rozrodu wskutek estrogenowego działania DDT na formowanie skorupki jaja. Ptak, próbując wysiadywać jaja, po prostu je zgniata.

Wręcz przeciwnie: teraz, gdy już rzadko korzysta się z substancji, które niegdyś stanowiły większość farmakopei, a rozpoznawano je jako trujące po samej nazwie – arszenik, strychnina, rtęć i tak dalej – ludzie, jak się zdaje, zakładają, że każde lekarstwo jest dobre i kropka. Pół życia straciłem na chodzenie po farmach i przekonywanie hodowców świń i kur, że nie powinni kupować paszy z antybiotykami, a oni po prostu nie chcieli słuchać. Sądzili, że im więcej się tego rzuci, tym lepiej. Dlatego opracowywanie nowych leków, żeby zastąpiły te zmarnowane przez paszę dla bydła, świń i drobiu stało się czymś w rodzaju wyścigu zbrojeń!

STACY & SCHWARTZ, INC.

TOWARY DELIKATESOWE Z IMPORTU

Train, Austin P. (Proudfoot), ur. w 1938 r. w Los Angeles; ukończył UCLA (mgr w r. 1957), Univ. Coll. London (doktorat, rok 1961); w l. 1960-63 żonaty, Clara Alice z d. Shoolman; koresp. na adres wydawców. Publikacje: praca: Metabolizowanie organofosforanów złożonych (Univ. of London Press, 1962); Wielkie epidemie (Potter & Vasarely, 1965, przedr. jako Wiatr niesie śmierć, Common Sense Books, 1972); Studium ekologii refrakcyjnej (P&V, 1968, przedr. pt. Ruch oporu w przyrodzie, CSB, 1972); Konserwanty i dodatki w amerykańskiej żywności (P&V, 1971), przedr. pt. Jesteś tym, co musisz jeść, CSB, 1972); Poradnik przetrwania ludzkości (International Information Inc., biuletyn, 1972, pismo, 1973); Poradnik na rok 3000 (III, biuletyn, 1973, pismo, 1975); publ. w: „Journal of Biological Sciences”, „Journal of Ecology”, „Journal of Biospherics”, „Internation Ecology Review”, „Nature”, „Scientific American”, „Proceedings of the National Academy of Sciences”, „Sat. Rev.”, „New Yorker”, „New Scientist” (Londyn), „Environment” (Londyn), „Paris Match”, „Der Spiegel” (Bonn), „Blitz” (Indie), „Manchete” (Rio) itd.

To tylko gaz

Zostawiwszy niedojedzony samotnie obiad (kawiarnia, gdzie jadał regularnie od ponad roku, nie była zatłoczona, ale mało kto chciał siadać koło mundurowego), Pete Goddard czekał, aż wydadzą mu resztę. Po drugiej stronie ulicy, na wielkich billboardach zasłaniających teren sklepu Uprzęże i Pasza u Harrigana – trzymał się nazwy, choć przez lata, aż do rozbiórki sprzedawał raczej skutery śnieżne, części do motocykli i eleganckie zachodnie kombinezony, a teraz miał zmienić się w czterdzieści dwa luksusowe apartamenty plus lokalna siedziba American Express i Colorado Chemical Bank – ktoś wymalował co najmniej kilkanaście czarnych czaszek z piszczelami.

Sam też trochę tak się czuł. Wczoraj imprezowali, mieli pierwszą rocznicę ślubu. W ustach miał paskudny posmak, bolała go głowa, do tego Jeannie musiała wstać jak zawsze, bo też pracowała, na farmie hydroponicznej Bamberley, a on nie spełnił swojej obietnicy i nie posprzątał, żeby nie musiała się z tym męczyć wieczorem. Poza tym to znamię, które ona ma na nodze, może nie boli, ale... No ale na farmie mają dobrych lekarzy. Muszą mieć.

Nowa kasjerka, niechętnie nastawiona do niego, rzuciła mu na dłoń monety i wróciła do rozmowy z przyjaciółką.

Zegar na ścianie zgadzał się z jego zegarkiem, że zostało mu osiem minut na czterominutowy dojazd na komisariat. Co więcej, na zewnątrz było lodowato, temperatura spadła do około minus siedmiu, do tego silny wiatr. Dobra pogoda dla turystów na stokach Mount Hawes, nie za dobra dla policji, która mierzy temperaturę rozbitymi samochodami, ofiarami odmrożeń i drobnymi kradzieżami popełnianymi przez mężczyzn pozbawionych sezonowej pracy.

I kobiety, kobiety też.

Może by więc tak przed wyjściem...? Przy drzwiach stała wielka, czerwona machina, z lustrem w górnej części frontu. Zainstalowali ją zeszłej jesieni. Japońska. Na tabliczce z boku: Mitsuyama Corp., Osaka. Z kształtu podobna do wagi osobowej. Wrzucić 25 centów. Nie palić w trakcie korzystania. Przytknąć usta i nos do miękkiej, czarnej, elastycznej maski. Jak nieprzyzwoity pocałunek ze zwierzęciem.

Zwykle śmiał się z tego, bo tu w górach powietrze nigdy nie było aż tak złe, żeby trzeba było tankować tlen, by dojść do kolejnej przecznicy. Z drugiej strony, ludzie mówią, że to super lekarstwo na kaca...

W głowie zarejestrowały mu się kolejne szczegóły. Bardzo był z tego dumny, że ma oko do szczegółów; kiedy skończy mu się okres próbny, będzie aplikować na detektywa. Jak się ma dobrą żonę, u każdego budzi się ambicja.

Lusterko, wygięte, żeby otaczać ustnik, było popękane. Otwór na ćwierćdolarówki. Pod nimi linia obwodząca pojemnik na monety. Wokół niej pełno rys. Jakby ktoś próbował otworzyć go nożem.

Pete pomyślał o kierowcach autobusów, mordowanych dla zawartości kasy.

Odwróciwszy się z powrotem do lady, rzucił:

– Proszę pani?

– Słucham?

– Ta maszyna tlenowa...

– Niech to szlag! – odparła dziewczyna, wciskając „Anuluj” na kasie. – Niech pan nie mówi, że to cholerstwo znowu się skiepściło! Proszę, oddam panu ćwiartkę. Niech pan spróbuje w drugstorze na Tremont, tam są trzy.

Przeciwieństwo piekarnika

Białe kafle, biały lakier, stal nierdzewna... Mówiło się tu ściszonym głosem, jak w kościele. Ale to ze względu na echo odbijające się od twardych ścian, twardej podłogi, twardego sufitu, wcale nie przez szacunek dla tego, co skrywało się za podłużnymi drzwiczkami, ustawionymi piętrowo od poziomu kostek po poziom głowy wysokiego człowieka, jedne przy drugich, jak okiem sięgnąć. Jak nieskończony ciąg piekarników, ale nie grzejących, tylko chłodzących.

Człowiek, który ją prowadził, też był biały – biały kitel, spodnie, maska chirurgiczna dyndająca pod brodą, ciasny, brzydki czepek na włosach. Nawet plastikowe ochraniacze na buty też miał białe. Poza kolorem brudnobrązowym, który przyniosła na sobie, można tu było zobaczyć tylko jeden.

Krwistoczerwony.

W drugą stronę sunął człowiek z wózkiem wyładowanym pergaminowymi pojemnikami (białymi) z etykietami (czerwonymi) wiezionymi do miejscowego laboratorium. Kiedy witał się z jej towarzyszem, Peg Mankiewicz przeczytała niektóre z poleceń:

108562 ŚLEDZIONA POSIEW DUR BRZ., 108563 WĄTROBA ZM. CHOROBOWE, 108565 PRÓBA MARSHA.

– Co to jest „próba Marsha”? – zapytała.

– Na arsen – odpowiedział dr Stanway, przeciskając się obok wózka i idąc dalej, wzdłuż długiego szeregu drzwiczek.

Był blady, jakby to otoczenie wyzuło go ze wszelkich mocniejszych odcieni – policzki miały barwę i fakturę pojemników na organy, włosy były popielatoblond, a oczy bladobłękitne jak płytka woda. Peg uznała, że jest bardziej do zniesienia niż reszta personelu kostnicy. Kompletny brak emocji – albo może zdeklarowany homoseksualista. Nigdy nie obrzucał jej niby to żartobliwymi uwagami jak jego koledzy.

Cholera. Może powinnam się obmyć kwasem siarkowym!

* * *

Była piękna: szczupła, prawie metr siedemdziesiąt wzrostu, aksamitna skóra, wielkie, ciemne oczy, usta bardziej soczyste niż brzoskwinia. A zwłaszcza dzisiejsza brzoskwinia. Ale nie cierpiała tego, bo to oznaczało, że nieustannie polują na nią mężczyźni, łowcy erotycznych skalpów. Nawet kiedy ujawniła, że jest lesbijką, nic nie pomogło; faceci potraktowali to jako dodatkowe wyzwanie, a jeszcze niektóre baby też zaczęły się za nią uganiać. Bez makijażu, bez perfum i biżuterii, w celowo brzydkim brązowym płaszczu i butach, wciąż czuła się jak garnek miodu oblegany przez hałaśliwe muchy.

Gotowe rozpinać rozporek, jeśli choćby się uśmiechnęła.

* * *

Żeby zapomnieć o tych myślach, zapytała:

– Morderstwo?

– Nie, w okręgu Orange ktoś wniósł sprawę, oskarżył hodowcę owoców o używanie nielegalnych oprysków. – Wzrok przewędrował po ponumerowanych drzwiczkach. – O, tu jest.

Nie otworzył ich od razu.

– Tylko wiesz... to nie będzie ładny widok – powiedział po chwili. – Samochód tak go walnął, że mózg był wszędzie.

Peg wbiła dłonie w kieszenie płaszcza, żeby nie zobaczył, jak blade ma kostki. Może, być może, to będzie złodziej, który ukradł mu dokumenty.

– No dawaj – powiedziała.

Ale to nie był złodziej.

* * *

Cała prawa strona ciemnej głowy była... hmm, miękka. Dolna powieka – rozerwana i tylko luźno ułożona mniej więcej na miejscu, tak że wyzierała spod niej gałka oczna. Od poziomu ust ciągnęło się krwawe otarcie, znikające aż pod podbródkiem. A ciemię było roztrzaskane aż tak bardzo, że owinęli je czymś jakby folią spożywczą, żeby się trzymało.

Nie było jednak sensu udawać, że to nie Decimus.

– I jak? – zapytał w końcu Stanway.

– Tak, on, proszę go schować.

Usłuchał. Odwracając się, żeby odprowadzić ją do wyjścia, zapytał jeszcze:

– Jak się pani dowiedziała? I czemu ten gość jest aż taki ważny?

– No... wie pan, ludzie dzwonią do gazety. Na przykład sanitariusze z karetek. Zawsze parę groszy dostaną za dobrą informację.

Głowa unosiła się przed nią jak jakiś balon na sznurku z okropnego żartu; ta rozmiękła twarz. Przełknęła ślinę, tłumiąc mdłości.

– A on... był... jednym z ważniejszych ludzi Austina Traina.

Stanway gwałtownie odwrócił głowę.

– Aaa, to nic dziwnego, że się interesujecie! Miejscowy przedstawiciel czy coś takiego, nie? Coś właśnie słyszałem, że trainiści dziś znów coś kombinowali.

– Nie, z Kolorado. Ma... miał... wat koło Denver.

Dotarli do końca korytarza między antypiekarnikami. Stanway, z oficjalną uprzejmością wobec kobiety, której zwykle nienawidziła, ale u niego była w stanie przeboleć – bo to była sytuacja typu „gość i gospodarz” – przytrzymał jej drzwi, przepuścił przed sobą... i po raz pierwszy odkąd przyszła naprawdę na nią spojrzał.

– Może pani... nie chciałaby pani... ten? – Słabe ma umiejętności społeczne ten Stanway, zwłaszcza wobec kobiet. – Nie usiadłaby pani na chwilę? Zrobiła się pani zielona na twarzy...

– Nie, dziękuję! – Nazbyt stanowczo. Peg nienawidziła jednak przyznawać się do jakichkolwiek słabości, żeby nie zostały uznane za „kobiece”. Chwilę później odrobinę ustąpiła. Ze wszystkich znanych jej mężczyzn tego akurat najmniej podejrzewała o chęć wykorzystania luk w jej pancerzu.

– Bo widzi pan... – przyznała – ja go znałam.

– Aha. – Zrozumiał. – Bliski przyjaciel?

Kolejny korytarz, wyłożony miękką i trwałą zieloną wykładziną, przetykany falami monotonnego muzaku. Zza drzwi opatrzonych złotymi literami wyszła dziewczyna z tacą pełną filiżanek z kawą. Peg poczuła aromatyczną parę.

– Tak... a policja tu kogoś przysyłała?

– Na razie nie, słyszałem, że są zarobieni. Pewnie przez tę demonstrację.

– A zabrali jego rzeczy z samochodu?

– Pewnie tak. Nie dostaliśmy nawet dokumentów, tylko taki formularz, który wypełniają na miejscu wypadku. – Stanway, mając codziennie do czynienia z Bóg wie iloma takimi trupami, nie okazywał cienia zainteresowania. – Ale na moje oko jeszcze się zainteresują. Musiał być naćpany, żeby zrobić to, co zrobił. A skoro to jeden z ważniejszych ludzi Traina, to na pewno niedługo tu przyjdą, prawda?

Peg pośpiesznie naciągnęła maskę, choć jeszcze nie dotarli do drzwi wyjściowych.

Bo zakrywała większość zdradzieckiej twarzy.

* * *

Do samochodu miała kawał drogi. Oczywiście był to hailey, z zasady. Zanim do niego doszła, oczy miała tak zamglone – i nie tylko przez drażniące powietrze – że dwa razy próbowała włożyć kluczyk na odwrót. Gdy wreszcie sobie to uświadomiła, była tak wściekła, że szarpiąc drzwiami, złamała sobie paznokieć.

Włożyła palec do ust, ale zamiast obgryźć odłamany strzępek, oderwała go. Poleciała krew.

Ból przyniósł jednak chwilowe otrzeźwienie. Uspokoiwszy się, owinęła skaleczenie chusteczką ze schowka i zastanowiła się, czy nie zrobić z tego informacji. Bo news był, i to jaki. Na pewno trafiłby i do gazet, i do telewizji. Zabity na autostradzie: Decimus Jones (30 l.), karany dwa razy za marihuanę i raz za pobicie, umoczony mniej więcej tak, jak należało oczekiwać od dzisiejszego młodego czarnego mężczyzny. Potem jednak, w wieku dwudziestu sześciu lat, nagle nawrócony (jak mówią) na nauki Austina Traina, potem mózg trainistów, kiedy zaczęli działać w Kolorado... choć do miana „trainisty” nie przyznawałby się, podobnie jak sam Austin. Austin mówił, że właściwy termin to „komuchy” – od „komensalizmu”, co oznaczało, że i ty, i twój pies, i pchła na jego grzbiecie, i krowa, i koń, i zając, i suseł, i nicień, i pantofelek, i krętek, wszystkie w rezultacie zasiadają do tego samego stołu. Ale to była tylko teza do dyskusji, rzucana, kiedy znudził się ludźmi krzyczącymi na niego, że jest zdrajcą.

Powinna była dopilnować, żeby ciało Decimusa zostało zwrócone biosferze. Zapomniała o tym wspomnieć. Wrócić? A, cholera, pewnie ma to zapisane w testamencie. O ile w ogóle komuś będzie się chciało czytać testament czarnucha...

Ktoś musi Austinowi powiedzieć. To byłoby straszne, gdyby dowiedział się o tym z gazety czy telewizji.

Ja?

No tak, cholera. Wychodzi na to, że ja pierwsza się dowiedziałam. Więc to muszę być ja.

* * *

W głowie powstał nagły chaos, plątanina obrazów, jakby kontrolę nad umysłem przejęły jednocześnie ze trzy osoby. Stanway przypadkowo zadał akurat to pytanie, na które czuła się w obowiązku odpowiedzieć szczerze: „Bliski przyjaciel?”.

Bliski? Raczej „jedyny”! A dlaczego? A dlatego że był czarny, szczęśliwie żonaty i już niezainteresowany egzotycznymi walorami białych dziewczyn? (Swoją drogą, kto ma powiedzieć Zenie i dzieciakom?). Częściowo dlatego tak. Naprawdę liczyło się jednak to, że Decimus Jones, mężczyzna, zdrowy i hetero, traktował kuszącą i zmysłową Peg Mankiewicz... jak przyjaciółkę.

Niech lepiej Austin powie Zenie. Ja nie będę w stanie. I wszystkim wam Wesołych Świąt.

* * *

Teraz już miała w głowie kompletny mętlik. Widziała, jak od punktu jego śmierci rozchodzą się kolejne wydarzenia, jakby patrzyła w kryształową kulę. Wszyscy będą automatycznie powtarzać to samo, co Stanway: „Naćpany albo wariat. Żeby tak wyskoczyć z samochodu!”.

Tymczasem ona znała go jako niezmiernie rozsądnego faceta, a narkotyki też należały do zamierzchłej przeszłości. Zatem to nie mogło być z jego własnej woli. Ktoś musiał mu podrzucić kapsułkę czegoś bardzo mocnego. A motyw przychodził jej do głowy tylko jeden. Zdyskredytować go za wszelką cenę.

Nagle uświadomiła sobie, że patrzy, nie widząc, na dowód, że przez parking przeszedł jakiś trainista – czaszka i piszczele na drzwiach auta zaparkowanego pod kątem do jej samochodu. Na jej własnym oczywiście nic nie było.

Tak jest. Ktoś musiał to zrobić, żeby skompromitować Decimusa. Na pewno. Ci stereotypowi, nieodróżnialni od siebie plastikowi ludzie z dolarami w oczach nie mogli znieść, że muszą współdzielić swoją na wpół zniszczoną planetę z kimś, kto wylazł z rynsztoka, który mu sami urządzili. Czarny facet, który nawet nie skończył studiów, powinien zginąć w ulicznej bójce, albo jeszcze lepiej, zgnić w więzieniu, odsiadując dziewięćdziesiąt dziewięć lat. Żeby był uwielbiany i stawiany za wzór, niczym lekarz czy ksiądz? Żołądek się wywraca na samą myśl.

* * *

No właśnie, żołądek się wywraca. Jezus Maria. Poszukała w torebce tabletki, którą powinna była wziąć ponad godzinę temu. Zmusiła się do przełknięcia jej bez popicia.

W tych czasach przeważnie nie było innego wyjścia.

* * *

Wreszcie stwierdziła, że niepotrzebnie się rozrzewnia, i przekręciła kluczyk w stacyjce. Auto miało jeszcze dość pary, więc natychmiast ruszyło, całkiem bezgłośnie.

I czysto. Żadnych związków alkilowych ołowiu, prawie zero tlenku węgla, nic gorszego od dwutlenku węgla i wody. Jeśli ktokolwiek na górze słucha, chwała tym, którzy się trudzą, by wybawić nas od skutków naszej własnej obłąkanej pomysłowości.

Gdyby jechała do redakcji, wyjeżdżając z parkingu, skręciłaby w prawo. Ale pojechała w lewo. W całym kraju było może ze sto osób, nie więcej, które mogły liczyć na to, że znajdą Austina Traina, kiedy tylko zechcą. Gdyby jej naczelny wiedział, że ma kogoś takiego wśród swoich dziennikarzy, kto w dodatku nigdy nie wykorzystał tej informacji do celów zawodowych, rzuciłby się na nią z bronią.

Krwawiące serce to ropiejąca rana

...weteran kampanii w Indochinach i na Filipinach dołączył do grona zasłużonych i odznaczanych oficerów wspierających czynem plan adopcyjny „Podwójne V” – adoptował ośmioletnią dziewczynkę z ciężkimi bliznami, rzekomo po oparzeniach napalmem. Komentując swoją decyzję, generał powiedział, cytuję: „Nie prowadziłem wojny z dziećmi, tylko z ludźmi, którzy chcieli zniszczyć nasz styl życia”. Koniec cytatu. Natomiast Prexy, tuż przed wyjściem z Białego Domu na najważniejsze spotkanie w tym dniu, obiad z klubem swoich zwolenników, na którym ma wygłosić obszerną mowę poświęconą sprawom zagranicznym, poproszony o skomentowanie rozwoju planu „Podwójne V”, powiedział, cytuję: „No, skoro nie mogą wejść frontowymi drzwiami, będą się zakradać od tyłu”. Koniec cytatu. Kongresowe dochodzenie w sprawie rzekomego przyjmowania łapówek przez urzędników Federalnej Komisji ds. Ziemi...

Praprzyczyna problemów

– Te-guciu-guciu-galpa...

Deszcz siekł tak mocno, że wycieraczki land rovera ledwo nadążały, a droga była okropna. Mimo napędu na cztery koła nieustannie ślizgali się i buksowali, a od czasu do czasu wpadali w taką dziurę, że Leonard Ross aż się krzywił.

– Walnij w łeb i zabierz skalpa...

Śpiewanie doktora Williamsa ledwo wybijało się ponad ryk silnika i łoskot deszczu, ale mimo wszystko dawało się rozpoznać, że melodia pochodzi od dziecinnej pioseneczki Goosey Goosey Gander.

– Potem w dupę hyc...

Kolejna dziura. Leonard odruchowo obejrzał się, czy jego sprzęt jest w porządku. Zaraz tego pożałował. Tylne siedzenie zajmował dodatkowo przydzielony mu do eskorty policjant, z paskudną cieknącą chorobą skóry, a żołądek Leonarda i bez tego był roztrzęsiony.

– Nie pomoże jej nic! – zakończył triumfalnie Williams i jednym tchem dodał: – A długo jesteś w tym Global Relief?

– Eee... – Do Leonarda przez chwilę nie docierało, że to jest pytanie. – Jakieś cztery lata.

– I nigdy dotąd nie byłeś w tej części świata?

– Niestety, nie.

– Typowe, kurna! – Prychnięcie. – A chociaż w temat cię wprowadzili?

Leonard kiwnął głową. Zalali go masą danych, w głowie cały czas mu dzwoniło. Jakże ten kraj jest pełen paradoksów! Na samym początku, kiedy zobaczył, że jego kontakt w Guanagui nazywa się Williams, założył, że to Amerykanin. Nie był przygotowany na maniakalnego Brytola, który nawet w tej smrodliwej tropikalnej wilgoci będzie chodzić w tweedowej marynarce. Zdawało się jednak, że to pasuje do kraju, którego pierwsza stolica została po trzystu pięćdziesięciu siedmiu latach zdegradowana, bo obywatele oburzyli się, że gubernator ma kochankę; którego obecna stolica była tak nieważna, że nawet nie dociągnięto do niej kolei, a międzynarodowe linie lotnicze nie chciały już jej obsługiwać...

– Za każdym razem, gdy ktoś próbuje trochę ten kraj podźwignąć – powiedział Williams – coś idzie źle. Siła wyższa! Ale skoro Pan Bóg lubi się tak bawić, nic dziwnego, że Tupamaros tak rosną w siłę! Tutaj to oczywiście nie, ale w miastach. Popatrz tylko na tę drogę! Na tutejsze standardy to jest, kurna, prawdziwa autostrada. Tak tu ciężko dowieźć jakiś towar na rynek, a miejscowi przeważnie nie mają kasy na przetworzone towary, nawet na porządne narzędzia. Ale od czasu do czasu ktoś wykrzesze z ludzi entuzjazm, żeby hodować coś na sprzedaż – kawę, bawełnę, coś w tym stylu – i przez chwilę się kręci, a potem znowu się rypnie. I cała ciężka robota na nic. Jak tym razem. Sam zobacz zresztą.

Niespodziewanie zahamował w miejscu, gdzie drogę otaczały wysokie do kolan kamienie. Wyglądając przez zalaną deszczem przednią szybę, Leonard zorientował się, że podjechali do zaniedbanej wioski otoczonej z dwóch stron krzewami kawowców, z pozostałych – kukurydzą i fasolą. Układ zagonów sugerował dobre gospodarowanie, rośliny były jednak uschnięte, wszystkie, co do jednej.

Wyskakując, Williams rzucił jeszcze:

– Bierz sprzęt!

– Ale...

– Słuchaj, kurna, będzie tak lało przez całe tygodnie, więc lepiej już się zacznij przyzwyczajać!

Leonard z ociąganiem chwycił zestaw terenowy i wyszedł na ulewę. Okulary natychmiast mu zachlapało, wzrok miał jednak zbyt słaby, żeby je zdjąć. Z wodą cieknącą za kołnierz poszedł za Williamsem po linii, którą ten wytyczył na błotnistej ziemi.

– Wszystko jedno, gdzie popatrzysz – powiedział Williams, zatrzymując się przy najbliższym kawowcu. – Sukinsyny i tak będą wszędzie.

Leonard zaczął posłusznie grzebać w błocie. Po chwili zapytał:

– Ty jesteś Anglikiem?

– Tak dokładnie to Walijczykiem. – Ton był lodowaty.

– A mogę zapytać, co cię tu sprowadza?

– Dziewczyna, jeśli naprawdę chcesz wiedzieć.

– Przepraszam, nie chciałem być...

– Wścibski? Ależ nie. Ale i tak ci powiem. Była córką pracownika ambasady w Londynie. Bardzo piękna. Ja miałem dwadzieścia cztery lata, ona dziewiętnaście. Ale pochodziła z katolików z Comayagua, bardzo ortodoksyjnych, więc oczywiście w głowie im się nie mieściło, żeby miała wyjść za metodystę. I ściągnęli ją z powrotem do domu. Ja dokończyłem studia, oszczędzałem jak porąbany, żeby mieć na bilet, myślałem, że jeśli ją przekonam, że mam poważne zamiary... Kurna, jakby było trzeba, nawet bym się nawrócił!

Pod rachitycznym korzonkiem kawowca coś się wiło.

– I co?

– Przyjechałem tutaj i dowiedziałem się, że umarła.

– Co takiego?

– Na tyfus. Zdarza się tutaj. A to było w tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym.

Wyglądało na to, że już nic więcej nie da się powiedzieć. Leonard podniósł bryłkę ziemi i rozkruszył ją w dłoniach, odsłaniając nerwowe pięciocentymetrowe stworzenie, na pierwszy rzut oka podobne do dżdżownicy, ale koloru sinoczerwonego, z lekkim zgrubieniem na jednym końcu, paroma drobnymi szczecinkami i wijące się z większą energią niż jakakolwiek dżdżownica.

– Ale wiesz co? Nigdy nie żałowałem, że tu zostałem. Ktoś musi tu być na miejscu, żeby im pomagać – nie da się wszystkiego zrobić zdalnie... A, takiego znalazłeś, tak? – Jego ton wrócił do normy. – Swoją drogą, rozpoznajesz może co to takiego? Moje książki nie na wiele się tu przydają. Po hiszpańsku nazywa się sotojuela, ale tutaj nazywają to jigra.

Leonard jedną ręką, zostawiając błotniste odciski, wyciągnął z torby probówkę i wcisnął do niej szkodnika. Próbował obejrzeć go przez składaną lupę, ale deszcz lał zbyt mocno.

– Jakby się dało przyjrzeć pod dachem – mruknął.

Może w wiosce znajdzie się jakiś nieprzeciekający dach. Może...

– Tak te robale robią z roślinami. Widzisz?

Williams nonszalancko wyciągnął z ziemi krzew kawowca. Nie stawiał żadnego oporu. Łodyga była tak podziurawiona, że aż gąbczasta, a liście obwisłe i rachityczne.

– Kukurydzę i fasolę też żrą? – zapytał Leonard.

– Jak znajdziesz coś, czego nie żrą, to mi powiedz!

W dziurze po wyrwanej roślinie zakłębiło się ich pięć czy sześć, nerwowo próbujących się ukryć.

– Od dawna niszczą uprawy?

– Od zawsze – odparł Williams. – Ale dopiero... eee... mniej więcej jak tu wykarczowali i zaczęli uprawiać kawę... wcześniej były tylko w dżungli. Przez pierwsze dziesięć lat w Guanagui widziałem tylko parę. A mniej więcej dwa i pół roku temu – BUM!

Leonard wyprostował się, nogi były mu wdzięczne, że już nie kuca.

– No to nie ma wątpliwości, że to sytuacja nadzwyczajna, tak jak mówiłeś. Uzyskam zgodę na użycie silnych insektycydów i wtedy...

– To ile czasu jesteś w tym Globe Relief, jak mówiłeś?

Leonard, mrugając, spojrzał na Williamsa, który nagle i nieoczekiwanie się zezłościł.

– Jak myślisz, kto jest właścicielem tej ziemi? Jesteśmy na prywatnym terenie jakiegoś wysokiego rządowego fajansiarza, który może sobie naginać prawo jak zechce! Ta ziemia była opryskiwana i oblewana tak, że pływała w pestycydach!

Po stronie wioski zobaczyli nagle idących gęsiego, bardzo powoli, mężczyzn, kobiety i dzieci. Wszyscy byli chudzi, wszyscy byli obdarci i bosi, a niektóre dzieci miały typowe dla pelagry wydęte brzuchy.

– I przez tego debila jigras są odporne na DDT, heptachlorany, dieldrynę, pyretroidy, na wszystko! Myślisz, że jestem aż tak głupi, że mi to nie przyszło do głowy? Ci ludzie nie potrzebują chemii, oni potrzebują jedzenia!

Deficyt

Petronella Page: Witaj świecie!

Publiczność w studiu: Cześć!

Page: Dzisiaj będziemy dla państwa gościć wszystkich ludzi, o których się teraz mówi. Między innymi, zaprosiliśmy Big Mamę Prescott, której przebój „Gość z 45-tką” jest obecnie w centrum zażartej debaty o tym, co jest odpowiednim tematem dla popowych piosenek, a co nie. (Śmiech publiczności.) Potem będziemy rozmawiać z całą grupą byłych wojskowych, którzy obdarowali mnóstwo dzieci z Azji Południowo-Wschodniej najcenniejszym prezentem gwiazdkowym na świecie – nowym domem i nową rodziną. Najpierw jednak przywitajmy kogoś, kto trafia na pierwsze strony gazet zupełnie z innej przyczyny. Jest naukowcem i słyszeliście państwo o nim bo... bo jeśli jego obliczenia są poprawne, nie wróżą nam zbyt dobrze na przyszłość. Przed państwem profesor Lucas Quarrey z Uniwersytetu Columbia.

Quarrey: Dobry wie... Cześć wszystkim.

Page: Lucas, w dzisiejszych czasach trochę zbyt małą wagę przywiązuje się do nauki, ale może mógłbyś przypomnieć widzom, o czym piszesz na pierwszych stronach gazet.

Quarrey: Z przyjemnością, a jeśli ogląda nas ktoś, kto o tym nie słyszał, będzie to dla niego takim samym zaskoczeniem, jak dla mnie, kiedy pierwszy raz zobaczyłem te wydruki z moich uczelnianych komputerów. Otóż, ludzie zapytani o to, czego Stany Zjednoczone importują najwięcej, wymieniają najróżniejsze rzeczy – żelazo, aluminium, miedź, inne surowce, których już nie posiadamy w znacznych ilościach.

Page: I nie mają racji?

Quarrey: Kompletnie nie mają racji. I tak samo by się pomylili, gdyby ich zapytać o to, co jest na pierwszym miejscu w naszym eksporcie.

Page: No to czego importujemy najwięcej?

Quarrey: Licząc w tonach – tlenu. Produkujemy poniżej sześćdziesięciu procent tego, co konsumujemy.

Page: A eksportujemy?

Quarrey: Ponownie, licząc w tonach – szkodliwych gazów.

Page: O, i tu właśnie pojawia się ta kontrowersja, prawda? Wielu ludzi zastanawiało się, skąd właściwie wiesz, że dym, dajmy na to, z New Jersey, przelatuje na drugą stronę oceanu. I jak to mierzysz. Zwłaszcza że nie jesteś meteorologiem, ani klimatologiem. W czym się właściwie specjalizujesz?

Quarrey: Opady cząsteczkowe. Prowadzę obecnie projekt badawczy, gdzie projektujemy mniejsze i bardziej wydajne filtry.

Page: Do czego? Do samochodów?

Quarrey: Oczywiście. I autobusów, i fabryk. Ale głównie do kabin samolotów pasażerskich. Mamy zlecenie od dużego przewoźnika lotniczego, by spróbować poprawić powietrze w kabinie na dużych wysokościach. Na najbardziej uczęszczanych trasach w powietrzu jest tyle spalin z innych samolotów, że pasażerom robi się niedobrze nawet w spokojne dni – zwłaszcza w spokojne dni, bo wtedy spaliny wolniej się rozpraszają.

Page: Czyli na początek musiałeś przeanalizować, co trzeba odfiltrować, tak?

Quarrey: Dokładnie. Zaprojektowałem urządzenie do montowania na skrzydle samolotu, ma takie przylepne płytki, na których odkładają się zanieczyszczenia – o, tu mam jedną, nie wiem, czy widzowie dobrze to widzą... Tak? To świetnie. Moje urządzenie ma ich pięćdziesiąt i odsłania je w równych odstępach czasu, żeby zebrać próbki z różnych faz lotu. A nanosząc te wyniki na mapę, byłem w stanie... dokładnie jak mówiłaś, śledzić, dokąd leci ten dym z New Jersey, na przestrzeni prawie dwóch tysięcy mil.

Page: Wielu ludzi twierdzi, że tego nie da się zrobić z taką dokładnością.

Quarrey: Szkoda, że tym ludziom, którzy tak twierdzą, nie chciało się sprawdzić, co potrafi mój sprzęt.

Page: Swoją drogą, to jest bardzo bulwersujące, prawda? Większość ludzi sądzi, że od wejścia Ustaw Środowiskowych sytuacja zaczęła się poprawiać.

Quarrey: Niestety, wydaje się, że to jest, hmm, złudzenie optyczne, że tak powiem. Po pierwsze, ustawy prawie nie mają zębów. Można się ubiegać o różne prolongaty, zwolnienia, przedłużenia, więc oczywiste, że firmy, którym przestrzeganie tych przepisów ścięłoby trochę zyski, łapią się wszelkich sposobów. A druga sprawa: nie jesteśmy już tak czujni jak kiedyś. Parę lat temu była taka fala niepokoju, wtedy, jak mówiłaś, wprowadzono Ustawy Środowiskowe, i wszyscy siedzą teraz spokojnie i myślą, że sytuacja jest pod kontrolą, chociaż nie jest.

Page: Rozumiem. A co byś powiedział ludziom, którzy mówią, że rozgłaszanie takich oskarżeń nie jest... w interesie naszego kraju?

Quarrey: Nie pomaga się krajowi, zamiatając nieprzyjemne fakty pod dywan. Zdecydowanie nie jesteśmy teraz najpopularniejsi na świecie i ja sądzę, że powinniśmy pewne rzeczy przerwać natychmiast, żeby jeszcze bardziej nam to nie zaszkodziło.

Page: W tym coś może być. No cóż, Lucas, dziękujemy za wizytę i rozmowę. Wrócimy do państwa po przerwie na reklamę naszej stacji...

Mimo dobroczynności jest jako miedź brzęcząca

– Najlepszą analogią będzie chyba ser – powiedział pan Bamberley.

Hugh Pettingill kiwnął głową, żeby pokazać, że uważa. Miał dwadzieścia lat, ciemne włosy, piwne oczy i permanentnie złą minę: wydęte usta, zmrużone oczy, na stałe zmarszczone czoło. Tak go ukształtowały kiepskie lata od czternastego do dziewiętnastego roku życia. Teraz przeżywał pierwszy udany rok – podobno pierwszy z wielu – i był na tyle dobrze nastrojony, by dopuścić możliwość, że da się przekonać.

Wszystko zaczęło się od dyskusji o jego przyszłości. Powiedział podczas niej coś mniej więcej takiego, że bogate uprzemysłowione kraje niszczą Ziemię i że jest zdecydowany nigdy nie mieć nic wspólnego z handlem, technologią, ani siłami zbrojnymi, które pan Bamberley tak po staroświecku podziwia. A z tego wynikło polecenie (zbyt stanowcze, by nazwać je zaproszeniem) odbycia wycieczki z przewodnikiem po farmie hydroponicznej, w celu przekonania się, jak można konstruktywnie wykorzystywać technologię.

– Ja nie rozumiem, dlaczego nie mielibyśmy poprawiać natury! – rzucił potem, chichocząc, pan Bamberley.

Hugh zachował ripostę dla siebie:

– A co by się musiało stać, żeby dotarło do ciebie, że to nie jest żadna poprawa?

Pan Bamberley, korpulentny choć muskularny, szedł nieśpiesznie stalową galeryjką pod dachem farmy, pokazując rękoma na lewo i prawo kolejne fazy, przez które przejść musi hydroponicznie hodowany maniok, zanim stanie się produktem końcowym, zwanym „Nutripon”. Pod ogromną półprzezroczystą kopułą pachniało lekko drożdżami, jakby inżynierowie od przetwórstwa ropy przejęli piekarnię.

W pewnym sensie było to całkiem trafne porównanie. Bamberleyowie dorobili się właśnie na ropie, choć było to dwa pokolenia temu, i ani obecny pan Bamberley – który dostał na chrzcie Jacob, ale wolał, aby mu mówić „Jack” – ani jego młodszy brat Roland nigdy nie postawili stopy w błocie pod wiertnią. Fortuna dawno urosła na tyle, że nie tylko utrzymywała się sama, ale i była zdolna do podziału, niczym ameba. Roland wziął swoją część, na której chciwie siedział, chcąc ją przekazać jedynemu synowi Hectorowi (którego Hugh na podstawie jedynego z nim spotkania uznał za rozpieszczonego snoba... ale miał dopiero piętnaście lat, więc to nie jego wina, tylko ojca); Jacob zaś swoją zainwestował dwadzieścia lat temu w Bamberley Trust Corporation. Od tego czasu rozrosła się jak nowotwór.

Hugh nie miał pojęcia, ilu ludzi potrzeba do pielęgnowania pieniędzy Trustu, bo mieścił się on głównie w nowojorskim biurze, gdzie nigdy nie był. Wyobrażał sobie jednak niewyraźną gromadę kilkuset osób zajętych przycinaniem, nawożeniem, podlewaniem. Te ogrodnicze wyobrażenia przychodziły mu łatwo, bo jego przybrany ojciec zamienił rodzinne rancho w Kolorado w jeden z najpiękniejszych ogrodów botanicznych w całym kraju. W głowie utkwił mu tylko jeden namacalny fakt dotyczący Trustu – suma, którą obracał, jest obecnie tak wielka, że Jacob Bamberley może sobie pozwolić na prowadzenie największej na świecie farmy hydroponicznej z przetwórnią, w celach wyłącznie dobroczynnych. Zatrudniać sześćset osób, a produkt sprzedawać po kosztach, albo i taniej, co do grama wysyłając go za granicę.

Pan Dobroczyńca. No cóż, zawsze to lepszy sposób wykorzystania odziedziczonej fortuny niż ten, który wybrał Roland – wydać wszystko na siebie i swojego syna, żeby nigdy nie musiał się mierzyć z wredną rzeczywistością...

* * *

– Ser – powtórzył ponownie pan Bamberley.

Patrzyli na szereg idealnie okrągłych kadzi, w których w kłębach pary mieszało się coś przypominającego odrobinę spaghetti. Człowiek w masce i sterylnym kombinezonie pobierał z nich próbki długą kopyścią.

– Jakaś obróbka chemiczna? – zaryzykował Hugh. Miał nadzieję, że nie będzie się to zbyt długo ciągnęło; rano miał biegunkę i czuł, że w brzuchu znowu mu się kotłuje.

– Drobna korekta. – Pan Bamberley błysnął oczyma. – „Chemiczna” strasznie źle się kojarzy. Maniok jest jednak trudny w obróbce, bo jego skórka zawiera silnie trujące związki. Ale w sumie to nic nadzwyczajnego, mamy wiele takich roślin, których pewne części są jadalne, a inne trujące. Pewnie jesteś w stanie podać jakiś inny przykład?

Hugh powstrzymał westchnienie. Nigdy nie powiedział tego otwarcie, zbyt świadom był długu, jaki ma wobec Jacka (osierocony w wieku czternastu lat wskutek zamieszek, umieszczony w schronisku dla nieletnich i wybrany na oko przypadkowo, by zasilić ciągle rosnącą czeredkę adoptowanych synów tego pulchnego człowieczka – jak dotąd, miał ich ośmiu), ale zwyczaj zadawania tego typu pytań irytował go niezmiernie. Manieryzm typowy dla kiepskiego nauczyciela, który uświadomił sobie, że dzieci powinny same dochodzić do odpowiedzi, ale nie nauczył się, jak je skłaniać do zadawania odpowiednich pytań. Powiedział ze znużeniem:

– Nać ziemniaczana.

– Bardzo dobrze! – Pan Bamberley poklepał go po ramieniu i po raz kolejny wskazał na podłogę. – Natomiast, zważywszy, jak skomplikowany proces jest potrzebny, by uzdatnić maniok do spożycia...

Jasna cholera. Znów będzie wygłaszał jakiś parszywy wykład.

– ...i jak mało prawdopodobne jest, by komuś udało się to czystym przypadkiem, zawsze wydawało mi się to jasnym i klarownym dowodem na boską interwencję w życie człowieka pierwotnego – zadeklamował pan Bamberley. – A tutaj mamy do czynienia nie z jakąś stosunkowo banalną substancją, na przykład kwasem szczawiowym, ale z najgroźniejszą z trucizn – cyjankiem! Mimo to są ludzie, którzy od tysiącleci żywią się głównie maniokiem i przeżyli, ba, wręcz rozkwitli! Czy to nie wspaniałe, kiedy się tak na to spojrzy?

Być może. Ale ja tak na to nie patrzę. Raczej wyobrażam sobie zdesperowanych, cierpiących głód ludzi, którzy próbują wszystkiego, co się nawinie, z wątłą nadzieją, że kolejna osoba, która spróbuje nieznanej rośliny, nie padnie trupem na miejscu.

– Innym przykładem jest kawa. Komu by przyszło do głowy, bez podpowiedzi, żeby wysuszyć te jagody, wyłuskać, podpiec, zemleć i dopiero wtedy zrobić z nich napar? – Podniósł głos do tonu jak z ambony, po czym niespodziewanie się uspokoił. – Zatem nazywanie tego „procesem chemicznym” jest mylące. Tak naprawdę my to po prostu gotujemy. Maniok jako podstawa diety ma jednakże jedną wadę. Czy już mówiłem...?

– Niską zawartość białka – odparł Hugh, myśląc o sobie jak o jednej z tych dziecięcych zabawek do gry w pytania i odpowiedzi, gdzie po naciśnięciu właściwego guzika zapala się lampka.

– Punkt dla ciebie! – rozpromienił się pan Bamberley. – Dlatego właśnie porównuję nasze zadanie do produkcji sera. Tutaj... – otworzył drzwi do kolejnej części przetwórni, wielkiego i słabo oświetlonego pomieszczenia, w którym z pajęczych metalowych dźwigarów zwieszały się osłonięte lampy ultrafioletowe – ...wzbogacamy mieszankę w białka. Wyłącznie naturalnymi sposobami: drożdże i grzyby o wyjątkowo dużej wartości odżywczej. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nawet do osiemdziesięciu procent manioku zamieni się w białko, ale nawet przeciętny wynik, sześć procent, jest już znacznym krokiem naprzód.

Idąc dalej i cały czas gadając, dotarł do kolejnego działu, gdzie gotowy produkt rozwieszano wielkimi pasmami na suszarniach, niczym włóczkę, a potem krojono na odcinki długości palca.

– A wiesz, co jeszcze jest niesamowite? Maniok to oczywiście tropikalna roślina. Mimo to u nas rośnie lepiej niż w tak zwanych „naturalnych” warunkach. Czy wiesz dlaczego?

Hugh pokręcił głową.

– Dlatego że większość naszej wody pozyskujemy ze stopionego śniegu. Dzięki temu zawiera mniej ciężkiego wodoru, deuteru. A dużo roślin słabo go toleruje.

Na koniec pakownia, gdzie mężczyźni i kobiety w maskach i kombinezonach upychają odważone ilości do wyłożonych folią kartonów, a potem ładują je na warczące wózki widłowe. Niektórzy pomachali, zauważywszy pana Bamberleya. Odpowiadając tym samym gestem, uśmiechnął się od ucha do ucha.

* * *

O Boże. Mój Boże, niczyj inny. Nie Boże Bamberleya, jowialny, miły i ojcowski, z pewnością wysoki, przystojny i biały, z długą siwą brodą. Rany, ten człowiek zapłacił za ubranie, które mam na sobie, szkołę, do której chodzę, samochód, którym jeżdżę – nawet jeśli to tylko ślimaczący się elektryk. Naprawdę chciałbym go lubić. Jeśli nie jesteś w stanie polubić człowieka, który jest dla ciebie dobry...

Ale on to tak utrudnia! Ciągle, ciągle to poczucie, że coś jest nie tak, choćbyś chwilę wcześniej myślał, że już prawie. Na przykład to: cały czas sypie kasą do Ziemskiego Funduszu Wspólnotowego, dostarcza Globe Relief całe to tanie jedzenie, ale z ośmiu adoptowanych synów żaden nie jest wietnamskim inwalidą...

Pustak. To jest właściwe słowo. Pustak.

* * *

Ale nie zaczynajmy kłótni. Kolejne pytanie.

– Dokąd idą te kartony, które teraz pakują?

– Chyba do Noshri – odparł pan Bamberley. – Program pomocy dla obszarów dotkniętych wojną. Ale sprawdzę.

Zawołał do czarnej kobiety, która, używając szablonu, malowała na pustych kartonach miejsce przeznaczenia. Przechyliła dopiero ukończone pudło, żeby mógł z galerii przeczytać napis.

– Nie do Afryki! – Pan Bamberley wydawał się zaskoczony. – Czyli ktoś musiał wypracować masę nadgodzin. Dowiem się kto i pochwalę go. Czyli już realizujemy nasz nowy kontrakt dla Globe Relief.

– I dokąd to idzie?

– A, do takiej jednej wsi w Hondurasie, gdzie uschła im cała kawa.

To miejsce na reklamę wydawca bezpłatnie oddaje na cele społeczne

Kiedy płacze dziecko... albo jest zbyt słabe, by płakać... Kiedy matka opłakuje dziecko, które już nigdy nie zapłacze...

Kiedy głód, choroby i wojny dręczą ludzi...

PRZYNOSIMY NADZIEJĘ

Ale nie zrobimy tego bez Twojej pomocy. Pomyśl o nas. Pamiętaj o nas, spisując testament. Okaż szczodrość wobec największej światowej organizacji pomocy humanitarnej: GLOBE RELIEF[1].

Od znaku do znaku

Ze ścian menedżerskiej kantyny patrzyły znaki zodiaku, wytłoczone i złocone, na metrowych panelach z zielonej skóry, oczywiście sztucznej. W powietrzu unosiły się głosy i szczęk kostek lodu. Pośrodku, na atak, kiedy pojawi się prezes firmy (a obiecał przyjść punktualnie o pierwszej), czekał stół zastawiony luksusowym jedzeniem. Jaja na twardo, nieobrane ze skorupek, żeby było widać, że są brązowe, z wolnego wybiegu, bogate w karoten; sałata z zewnętrznymi liśćmi obgryzionymi przez ślimaki; jabłka i gruszki obnoszące się ze śladami po robakach jak z bliznami od pojedynków, w tym wypadku były prawdopodobnie autentyczne, choć słyszało się, że hodowcy owoców fałszują je rozgrzanym drutem, w obszarach, gdzie nie ma już żadnych owadów; całe szynki, bardzo chude, dumne z braku antybiotyków i siarczanu miedziowego; rachityczne kurczaki; chleb ziarnisty jak piaskowiec, ciemny jak błoto i przetykany całymi ziarnami pszenicy...

– Hmm! Wygląda to, jakby ktoś wykupił cały sklep Puritana! – powiedział głos w zasięgu słuchu Chalmersa, rozśmieszając go.

Szedł od znaku do znaku, przy każdym z nich odmierzając dokładnie trzy minuty.

Panna: nie było żadnych kobiet z wyjątkiem Felice, z którą miał romans i dwóch dziewczyn za barem.

Angel City, zgodnie ze swoim postępowym wizerunkiem, szukało kiedyś kobiet na stanowiska dyrektorów regionalnych, ale z dwóch pierwszych jedna wyszła za mąż i się zwolniła, a druga przeżyła załamanie nerwowe. Niekiedy zastanawiał się, czy Felice sypia z nim dlatego, że liczy na wspięcie się aż tak wysoko na korporacyjną drabinę.

Ten element polityki został jednak dawno skorygowany.

Waga: Teraz ja. Ja uderzyłbym prosto w odzyskiwanie złomu i budowę oczyszczalni ścieków. To są wzrostowe branże lat osiemdziesiątych. Błyskawicznie byśmy mieli sto procent zwrotu.

Skorpion: Szczury? Nie, mamy teriera i kota, i pilnujemy, żeby były głodne. Za to mrówki! Dwa tysiące wydałem na zabezpieczenie kuchni, a one i tak wszędzie wlezą. Musieliśmy wrócić do... rozumiecie... starego i pewnego środka. Jakbyście kiedyś potrzebowali, to znam jednego dobrego, dyskretnego dostawcę.

Strzelec: Na naszym terenie ułożyliśmy sobie pewien modus vivendi z Syndykatem. Mają duży udział w Puritanie. Na naszym terenie bardzo mocni. Niech ktoś tylko spróbuje wyłudzić odszkodowanie, zaraz przychodzą do niego mili panowie. Tak jesteśmy dogadani.

Pod Koziorożcem nikogo.

Wodnik: Bez lodu. Dziękuję... ej! Mówiłem, że BEZ LODU! Nie rozumiesz po angielsku? Lekarz mi kazał. Nie mogę tykać się niczego oprócz puszkowanej mineralnej. Jak znów będę musiał pójść na zwolnienie...

Ryby: A może byśmy jako warunek do polis na życie dorzucali zainstalowanie w domu zatwierdzonego przez nas filtra do wody, tak jak robimy z filtrami w samochodach? Wstępnie przegadałem to z paroma dużymi firmami i są bardzo zainteresowane współpracą.

Pod Baranem nikogo.

Byk: Jeśli mamy pójść w stany, gdzie hodują bydło, to musimy mieć konkretne papiery na częstotliwość zdeformowanych płodów u zwierząt hodowlanych. Mnie udało się ściąć żądania do zwrotu opłaty za pokrycie przez ogiera, ale gość upierał się, że klacz, która zdechła przy porodzie, była warta dwa razy tyle. Żeby poszedł na ugodę, musiałem rzucić naprawdę ciężkimi aluzjami o kosztach sądowych.

Bliźnięta: Ostatnio miałem kupę pytań o ubezpieczenie przeciwko kłębkowatości płodowej. Daje to do myślenia, czy coś się za tym aby nie kryje. Może jakiś przeciek z laboratorium?

Pod Rakiem nikogo. Nic dziwnego.

Lew: Tak, spóźniłem się przez tego walniętego czarnucha...

* * *

Chalmers cmoknął współczująco, wysłuchawszy Philipa, i natychmiast przeszedł na mniej przygnębiający temat.

– A tak à propos! Z Tanią przyjeżdżamy do Kolorado na weekend. Pojeździć trochę na nartach.

– Tak? Dokąd, do Aspen?

– Nie, w Aspen pełno ludzi, którzy przeczytali o nim w „Playboyu”. My zwalimy się tam do ciebie. Do Towerhill!

– Niemożliwe! To zadzwońcie, jak będziecie! Może wpadniecie do nas na obiad czy coś?

Odrobinę się spocił po tym prztyczku z „Playboyem”.

Precyzyjnie wyliczona peregrynacja Chalmersa doprowadziła go, za pięć pierwsza, prosto w objęcia Greya.

– Ten gość z Denver – powiedział Grey. – Philip Mason.

– Co z nim? – Przewidywał, jaka będzie odpowiedź, już ciesząc się, że dysponuje niezbicie pewną ripostą. Sam był w to umoczony: kiedy przyjmowali Masona do pracy, komisja podzieliła się dwa do trzech i jego głos przeważył szalę.

– Coś jest z nim nie tak. Albo dzisiaj jest jakiś nieswój.

– Nieswój, pewnie. Widział na własne oczy jak przejechało człowieka. – I powtórzył mu opowieść.

Grey myślał przez chwilę. Chalmers czekał, czując się niezręcznie. Ciężko się patrzyło, jak ten facet myśli, człowiek sobie od razu wyobrażał cały świat pełen wirujących zębatych kółeczek.

– Ktoś będzie go musiał mieć na oku – powiedział w końcu Grey.

– Ale to jeden z naszych najlepszych ludzi! – Chalmers poczuł się osobiście urażony. – Prawie podwoił sprzedaż w Denver. To on pierwszy wytropił te nowe osiedla na Towerhill, wynajął biuro na parterze i teraz mamy tam trzy czwarte udziału w rynku. A inny jego pomysł? Wysyłamy razem z potwierdzeniami rezerwacji w hotelach oferty na krótkoterminowe ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków. Tysiąc procent zysku.

– Nie o tym mówię – odparł Grey. – Chciałbym za to wiedzieć, po co z rana przyjechał do Los Angeles własnym samochodem. Kawał drogi z Denver. Myślałem, że przyleci samolotem.

Drzwi otworzyły się, by wpuścić prezesa firmy, Grey podszedł, żeby się z nim przywitać. Chalmers, krzywiąc się za jego plecami, zastanawiał się – nie po raz pierwszy – czy kiedykolwiek ośmieli się nazwać Greya „Mike” – od Mycrofta, starszego brata Sherlocka Holmesa. Tylko wewnętrzny krąg najwyższej kadry zarządzającej posługiwał się otwarcie tym przezwiskiem.

Morał z XX wieku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

* * *

1 Wszystkie dotacje można w całości odpisać od podatku.

styczeń

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

luty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

marzec

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

kwiecień

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

maj

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

czerwiec

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

lipiec

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

sierpień

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

wrzesień

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

październik

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

listopad

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

następny rok

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ślepe stado Na fali szoku Wszyscy na Zanzibarze 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona