Podróż sentymentalna przez Francję i Włochy

Podróż sentymentalna przez Francję i Włochy

Autorzy: Laurence Sterne

Wydawnictwo: virtualo

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 0.00 zł

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Lau­ren­ce Ster­ne

PO­DRÓŻ SEN­TY­MEN­TAL­NA

PRZEZ FRAN­CJĘ I WŁO­CHY

SEN­TY­MEN­TAL­NA PO­DRÓŻ ETC. ETC.

– We Fran­cji – po­wie­dzia­łem – le­piej za­ła­twia­ją te spra­wy.

– Wasz­mość by­łeś we Fran­cji? – wy­krzyk­nął skwa­pli­wie mój roz­mów­ca to­nem try­um­fu, a za­ra­zem naj­więk­szej w świe­cie uprzej­mo­ści. – Dziw­ne! – rze­kłem do sie­bie, roz­trzą­sa­jąc w du­chu to wy­da­rze­nie – żeby dwa­dzie­ścia je­den mil po­dró­ży stat­kiem, bo z Do­ver do Ca­la­is z wszel­ką pew­no­ścią nie ma ich wię­cej, da­wa­ło czło­wie­ko­wi ta­kie pra­wa. Trze­ba to zgłę­bić. – Nie­cha­jąc tedy spo­ru po­sze­dłem pro­sto do mego miesz­ka­nia, za­pa­ko­wa­łem pół tu­zi­na ko­szul i parę czar­nych je­dwab­nych spodni (– frak, któ­ry mam na so­bie – rze­kłem spo­glą­da­jąc na jego rę­kaw – uj­dzie –) i wsia­dłem do dy­li­żan­su ja­dą­ce­go do Do­ver; a że sta­tek pocz­to­wy od­pły­nął na­za­jutrz rano o dzie­wią­tej – już o trze­ciej za­ja­da­łem na obiad du­szo­ne­go kur­cza­ka tak nie­za­prze­czal­nie we Fran­cji, że gdy­bym na­stęp­nej nocy sko­nał na nie­straw­ność,. na­wet świat cały nie mógł­by za­wie­sić w mocy Dro­its d´au­ba­ine. Moje ko­szu­le, czar­ne je­dwab­ne spodnie, tor­ba po­dróż­na i wszyst­ko inne mu – sia­ło­by stać się wła­sno­ścią kró­la Fran­cji – na­wet ob­ra­zek, któ­ry od tak daw­na no­szę na so­bie i o któ­rym ty­le­kroć mó­wi­łem ci, Eli­zo, że chciał­bym go za­brać z sobą do gro­bu – i ten na­wet ze­rwa­no by mi z szyi. – Ma­ło­dusz­ny to po­stę­pek! za­gar­niać mar­ną po­zo­sta­łość po nie­ostroż­nym wę­drow­cu, któ­re­go pod­da­ni twoi zwa­bi­li na swój brzeg – na Boga! Sire, to nie ucho­dzi – i boli mnie to wiel­ce, że przed­kła­dać to mu­szę mo­nar­sze ludu tak cy­wi­li­zo­wa­ne­go i uprzej­me­go, tak słyn­ne­go z sen­ty­men­tu i de­li­kat­no­ści…

Ale wszak­że do­pie­ro co sta­ną­łem w gra­ni­cach twych wło­ści…

CA­LA­IS

Kie­dy skoń­czy­łem obiad i wy­pi­łem zdro­wie kró­la Fran­cji, by się upew­nić, że nie cho­wam doń ura­zy, lecz prze­ciw­nie, czczę go wiel­ce za jego ludz­kość – wsta­łem czu­jąc się po tym po­sił­ku tak, jak by mi cal wzro­stu przy­by­ło:

– Nie – rze­kłem – Bur­bo­ni to ród zgo­ła nie okrut­ny; po­błą­dzić mogą jak inni lu­dzie, ale mają pew­ną ła­god­ność we krwi. – W chwi­li gdy to stwier­dzi­łem, po­czu­łem na po­licz­ku ru­mie­niec bar­dziej de­li­kat­ny, cie­plej­szy i mil­szy niż ten, któ­ry wy­wo­łać mógł bur­gund (przy­najm­niej po dwa liw­ry bu­tel­ka, a taki wła­śnie pi­łem przed chwi­lą).

– Spra­wie­dli­wy Boże! – rze­kłem od­trą­ca­jąc nogą na bok moją tor­bę po­dróż­ną – cóż to ta­kie­go jest w do­brach tego świa­ta, co tak za­ostrza w nas dow­cip i – przy oka­zji – tylu do­brych bliź­nich spo­śród nas czy­ni tak okrut­ny­mi kłót­ni­ka­mi?

Kie­dy czło­wiek jest w zgo­dzie z czło­wie­kiem, o ileż lżej­szym od piór­ka sta­je się naj­cięż­szy z me­ta­li w jego ręku! Do­by­wa sa­kiew­ki, trzy­ma ją nie­dba­le, nie ści­ska­jąc, i roz­glą­da się, jak gdy­by szu­kał, z kim by się jej za­war­to­ścią po­dzie­lić. – Czy­niąc tak wła­śnie, czu­łem, jak każ­da żył­ka w mym cie­le roz­sze­rza się, ar­te­rie ra­do­śnie pul­so­wa­ły wszyst­kie ra­zem i wszyst­ko, co pod­trzy­mu­je ży­cie w czło­wie­ku, pra­co­wa­ło we mnie tak gład­ko, bez tar­cia, że wpra­wi­ło­by to w zdu­mie­nie naj­le­piej zna­ją­cą się na fi­zy­ce précieu­se w ca­łej Fran­cji. Przy ca­łym swo­im ma­te­ria­li­zmie, trud­no by jej było na­zwać mnie ma­szy­ną.

– Pe­wien je­stem – rze­kłem do sie­bie – iż oba­lił­bym jej prze­ko­na­nia.

Na­dej­ście tej my­śli wznio­sło w owej chwi­li na­tu­rę na naj­więk­sze wy­ży­ny, ja­kie zdol­na była osią­gnąć. W zgo­dzie ze świa­tem by­łem już przed­tem, a te­raz za­war­łem osta­tecz­ne przy­mie­rze z sa­mym sobą.

– Ach, gdy­bym to ja był kró­lem Fran­cji! – za­wo­ła­łem – cóż to był­by za mo­ment dla sie­ro­ty, któ­ra pra­gnę­ła­by wy­pro­sić ode mnie tor­bę po­dróż­ną po swo­im ojcu!

MNICH

CA­LA­IS

Le­d­wo wy­rze­kłem te sło­wa, do izby wszedł bied­ny za­kon­nik re­gu­ły św. Fran­cisz­ka, by upro­sić co­kol­wiek dla swe­go klasz­to­ru. Nikt nie lubi, kie­dy jego cno­ty są igrasz­ką oko­licz­no­ści. Czło­wiek może być hoj­ny, tak jak inny bywa po­tęż­ny – sed non, qu­oad hanc – albo i nie – gdyż nie­po­dob­na sto­so­wać utar­te­go; ro­zu­mo­wa­nia do przy­pły­wów i od­pły­wów na­szych hu­mo­rów.

Któż to wie? mogą one za­le­żeć od tych sa­mych przy­czyn, któ­re od­dzia­łu­ją na praw­dzi­wy przy­pływ i od­pływ. Przy­pusz­cze­nie ta­kie czę­sto by­ło­by dla nas zgo­ła po­chleb­ne. Ja sam pe­wien je­stem, że w nie­jed­nym przy­pad­ku był­bym bar­dziej rad, gdy­by świat mó­wił o mnie, „że mia­łem z księ­ży­cem spra­wę, w któ­rej nie było ani grze­chu, ani hań­by”, niż gdy­by ucho­dzi­ło za mój cał­kiem wła­sny czyn i po­stę­pek to, w czym jed­ne­go i dru­giej było tak wie­le.

Ale mniej­sza z tym. Le­d­wo nań spoj­rza­łem, a już po­sta­no­wi­łem z góry, że nie dam mu ani jed­ne­go su; to­też wło­ży­łem sa­kiew­kę do kie­sze­ni, za­pią­łem ją, wy­pro­sto­wa­łem się z lek­ka i z po­wa­gą po­stą­pi­łem ku nie­mu. Oba­wiam się, że w moim spoj­rze­niu było coś mro­żą­ce­go: mam w tej chwi­li jego po­stać przed oczy­ma i zda­je mi się, że było w niej coś, co za­słu­gi­wa­ło na lep­sze po­trak­to­wa­nie.

Mnich, jak wy­wnio­sko­wa­łem z wy­rwy w jego ton­su­rze – wszyst­ko, co z niej po­zo­sta­ło, to kil­ka si­wych wło­sów na skro­niach –- miał za­pew­ne oko­ło lat sie­dem­dzie­się­ciu, ale są­dząc po jego oczach, po tym ja­kimś w nich ogniu, któ­ry zda­wał się stłu­mio­ny ra­czej przez uprzej­mość niż przez lata – nie mógł mieć wię­cej nad sześć­dzie­siąt­kę. Praw­da le­ża­ła za­pew­ne po­środ­ku – sześć­dzie­siąt pięć miał z pew­no­ścią: ogól­ny zaś wy­gląd jego ob­li­cza po­twier­dzał tę oce­nę, choć zda­wa­ło się, że coś wy­żło­bi­ło tam zmarszcz­ki przed cza­sem.

Była to jed­na z tych głów, ja­kie nie­raz ma­lo­wał Gu­ido – ła­god­na, bla­da, by­stra, wol­na od wszel­kich po­spo­li­tych my­śli wła­ści­wych owym opa­słym, za­do­wo­lo­nym nie­ukom, któ­rzy pa­trzą na świat z góry. Ten pa­trzał przed sie­bie – ale tak, jak by spo­glą­dał na coś znaj­du­ją­ce­go się poza tym świa­tem. Jak ktoś na­le­żą­cy do jego za­ko­nu do­chra­pał się ta­kiej gło­wy – wie je­den tyl­ko Pan Bóg, któ­ry osa­dził ją na mni­szych ra­mio­nach, ale przy­sta­ła­by ona bra­mi­no­wi i gdy­bym ją na­po­tkał wśród rów­nin In­do­sta­nu, wzbu­dzi­ła­by we mnie bo­go­boj­ną cześć.

Resz­tę jego oso­by moż­na od­dać pa­ro­ma po­cią­gnię­cia­mi; na­ry­so­wa­nie jej po­wie­rzyć by moż­na byle komu, nie była bo­wiem ani wy­twor­na, ani wul­gar­na, ale taka, jaką ją czy­nił cha­rak­ter i wy­raz jej wła­ści­cie­la: cien­ka, chu­da, wzro­stu nie­co po­wy­żej prze­cięt­ne­go, gdy­by pew­ne po­chy­le­nie cia­ła na­przód nie po­zba­wia­ło jej tego wy­róż­nie­nia – lecz po­chy­le­nie to było po­sta­wą proś­by, i gdy tak te­raz mnich ów stoi przede mną w wy­obraź­ni, zda­je mi się, że ra­czej zy­ski­wał na niej, niż tra­cił.

Po­su­nąw­szy się na­przód trzy kro­ki, przy­sta­nął; a gdy ja z ko­lei pod­sze­dłem tuż do nie­go, po­ło­żył lewą rękę na pier­si (w pra­wej trzy­mał bo­wiem swój cien­ki, bia­ły kij wę­drow­ny) i przed­sta­wił się wy­gła­sza­jąc zwy­kłą hi­sto­ryj­kę o po­trze­bach klasz­to­ru i ubó­stwie swe­go za­ko­nu. A uczy­nił to z taką pro­sto­tą i wdzię­kiem, i tyle po­kor­ne­go bła­ga­nia było w jego spoj­rze­niu i ca­łej po­sta­ci, że chy­ba mnie coś zu­ro­czy­ło, sko­ro mnie to nie wzru­szy­ło do ży­we­go…

Praw­dziw­szy jed­nak po­wód był ten, że po­sta­no­wi­łem był z góry nie dać mu ani jed­ne­go su.

MNICH

CA­LA­IS

– Wiel­ka to praw­da – rze­kłem od­po­wia­da­jąc na wznie­sie­nie oczu w górę, któ­rym za­koń­czył swą prze­mo­wę – wiel­ka to praw­da: nie­bio­sa nie­chaj będą uciecz­ką tych, co jej szu­ka­ją je­dy­nie w mi­ło­sier­dziu świa­ta, któ­re­go za­so­by, oba­wiam się, nie mogą w ża­den spo­sób na­star­czyć licz­nym a wiel­kim rosz­cze­niom, ja­kie kie­ru­je się do nich o każ­dej go­dzi­nie.

Kie­dy wy­ma­wia­łem sło­wa „wiel­kim rosz­cze­niom”, on spu­ścił prze­lot­nie oczy na rę­kaw swe­go ha­bi­tu. Od­czu­łem peł­ną wy­mo­wę tego spoj­rze­nia. – Przy­zna­ję – rze­kłem – zgrzeb­ny ha­bit, a do tego zmie­nia­ny tyl­ko raz na trzy lata, i li­chy wikt: nie­wiel­kie to do­stat­ki;. lecz iście po­ża­ło­wa­nia god­ne jest, że choć zdo­być je moż­na na świe­cie tak nie­wiel­kim tru­dem, wasz za­kon chce pro­ku­ro­wać je so­bie z fun­du­szu, któ­ry jest wła­sno­ścią chro­mych, śle­pych, star­ców i zło­żo­nych nie­mo­cą… tak­że i wię­zień, któ­ry le­żąc li­czy bez koń­ca dni swej udrę­ki, tę­sk­nie wy­glą­da swej cząst­ki. I gdy­byś na­le­żał do za­ko­nu mi­ło­sier­dzia, za­miast do za­ko­nu św. Fran­cisz­ka, to choć je­stem bied­ny – mó­wi­łem da­lej, wska­zu­jąc na moją tor­bę po­dróż­ną – z całą ocho­tą otwo­rzył­bym ją przed tobą na wy­kup nie­szczę­śli­wych. – W tym miej­scu mnich zło­żył mi ukłon. – Lecz spo­śród wszyst­kich – cią­gną­łem – naj­więk­sze chy­ba pra­wo mają nie­szczę­śli­wi na­sze­go wła­sne­go kra­ju, a prze­cież ty­sią­ce ich po­zo­sta­wi­łem w nie­do­li na na­szym brze­gu. – Tu mnich ski­nął gor­li­wie gło­wą, jak gdy­by chciał rzec: – Nie­wąt­pli­wie, nę­dzy jest do­syć w każ­dym za­kąt­ku świa­ta, nie tyl­ko w na­szym klasz­to­rze.– Ale jest róż­ni­ca – po­wie­dzia­łem kła­dąc dłoń na rę­ka­wie jego ha­bi­tu jak­by w od­po­wie­dzi na uprzed­nie jego spoj­rze­nie – jest róż­ni­ca, do­bry oj­cze! po­mię­dzy tymi, któ­rzy pra­gną tyl­ko jeść chleb za­ro­bio­ny wła­sną pra­cą, a tymi, któ­rzy je­dzą chleb za­ro­bio­ny przez in­nych i nie mają w ży­ciu in­ne­go za­my­słu jak ten, by przejść przez nie w nie­chluj­stwie i ciem­no­cie, dla mi­ło­ści Boga.

Bied­ny fran­cisz­ka­nin nie od­rzekł ani sło­wa; go­rącz­ko­wy ru­mie­niec po­ja­wił się na chwi­lę na jego po­licz­ku, lecz nie za­go­ścił tam dłu­go, zda­wa­ło się, że Na­tu­ra prze­sta­ła się już w nim ob­ja­wiać draż­li­wo­ścią, gdyż nie po­ka­zał te­raz żad­nej ura­zy, lecz przy­ci­snąw­szy kij łok­ciem do cia­ła, z re­zy­gna­cją skrzy­żo­wał obie ręce na pier­si i wy­szedł.

MNICH

CA­LA­IS

Sko­ro tyl­ko drzwi za­mknę­ły się za nim, ser­ce moje ści­snę­ły wy­rzu­ty su­mie­nia. Po­wie­dzia­łem aż trzy razy – phi! – z nie­dba­łą miną, ale to nie po­ma­ga­ło: każ­da wy­mó­wio­na prze­ze mnie z nie­chę­cią sy­la­ba sta­wa­ła mi gwał­tem na nowo w wy­obraź­ni. Po­my­śla­łem so­bie, że je­dy­ne, do cze­go mia­łem pra­wo wo­bec bied­ne­go fran­cisz­ka­ni­na, było, od­mó­wić mu. Już to by­ło­by dla za­wie­dzio­ne­go do­sta­tecz­ną karą, bez do­dat­ku zło­śli­wych słów. Wspo­mnia­łem jego siwe wło­sy, zda­wa­ło mi się, że uprzej­ma jego po­stać wra­ca do po­ko­ju i ła­god­nie pyta, w czym mi uchy­bi­ła? z ja­kie­go po­wo­du mo­głem mu tak do­ku­czać? Był­bym dał dwa­dzie­ścia liw­rów za ad­wo­ka­ta. – Po­stą­pi­łem bar­dzo źle – rze­kłem w du­chu – lecz do­pie­ro co wy­ru­szy­łem w po­dróż i w dal­szej dro­dze na­uczę się lep­sze­go obej­ścia.

NIE­GO­ŚCIN­KA

CA­LA­IS

Stan, kie­dy czło­wiek jest z sie­bie nie­za­do­wo­lo­ny, ma prze­cież tę za­le­tę, że do­sko­na­le go uspo­sa­bia do za­war­cia trans­ak­cji han­dlo­wej. Otóż po­nie­waż nie spo­sób po­dró­żo­wać po Fran­cji i Ita­lii bez ko­la­ski, a na­tu­ra po­py­cha nas za­zwy­czaj do tego, do cze­go się naj­le­piej na­da­je­my, wy­sze­dłem na po­dwó­rze sta­jen­ne, by ku­pić lub na­jąć coś, co słu­ży­ło­by memu ce­lo­wi. Na pierw­szy rzut oka spodo­ba­ła mi się sta­ra „nie­go­ścin­ka” sto­ją­ca w naj­dal­szym ką­cie po­dwó­rza, na­tych­miast więc wsia­dłem do niej, a stwier­dziw­szy, że har­mo­ni­zu­je nie­źle z mym sa­mo­po­czu­ciem, ka­za­łem po­słu­ga­czo­wi za­wo­łać pana Des­se­in, wła­ści­cie­la obe­rży. Że jed­nak pan Des­se­in udał się był na nie­szpo­ry, a ja nie mia­łem ocho­ty ze­tknąć się z fran­cisz­ka­ni­nem, któ­re­go wi­dzia­łem roz­ma­wia­ją­ce­go po dru­giej stro­nie po­dwór­ka z ja­kąś damą świe­żo przy­by­łą do go­spo­dy – za­sło­ni­łem się od nich ta­fto­wą fi­ran­ką i po­nie­waż po­sta­no­wi­łem pi­sać wspo­mnie­nia z mo­jej po­dró­ży, do­by­łem pió­ra i atra­men­tu i w nie­go­ścin­ce na­pi­sa­łem do tych wspo­mnień przed­mo­wę.

PRZED­MO­WA W NIE­GO­ŚCIN­CE

Nie­je­den fi­lo­zof-pe­ry­pa­te­tyk mu­siał za­pew­ne za­uwa­żyć, że na­tu­ra wła­sną nie­za­prze­czo­ną mocą usta­no­wi­ła pew­ne gra­ni­ce i za­po­ry ludz­kie­mu nie­za­do­wo­le­niu. Cel swój osią­gnę­ła w spo­sób naj­cich­szy i naj­ła­twiej­szy, na­kła­da­jąc na czło­wie­ka nie­mal nie­zwal­czo­ny przy­mus za­pra­co­wy­wa­nia so­bie na do­stat­nie ży­cie i zno­sze­nia swych cier­pień w domu. Tyl­ko bo­wiem w domu do­star­czy­ła mu obiek­tów naj­od­po­wied­niej­szych do tego, by dzie­li­ły jego szczę­ście oraz dźwi­ga­ły część owe­go brze­mie­nia, któ­re we wszyst­kich kra­jach i epo­kach było za­wsze zbyt cięż­kie dla jed­nej pary ra­mion. Praw­da, że je­ste­śmy w pew­nym stop­niu wy­po­sa­że­ni w zdol­ność roz­prze­strze­nia­nia nie­kie­dy swe­go szczę­ścia poza wy­zna­czo­ne przez na­tu­rę gra­ni­ce, lecz tak już jest, że przez nie­zna­jo­mość ję­zy­ków, ż bra­ku zna­jo­mych, przy­ja­ciół i do­mow­ni­ków oraz na sku­tek róż­nic wy­cho­wa­nia, oby­cza­jów i na­wy­ków tyle rze­czy prze­szka­dza nam w prze­ka­zy­wa­niu na­szych wra­żeń poza ob­ręb na­sze­go wła­sne­go śro­do­wi­ska, że czę­sto sta­je się to dla nas zu­peł­ną nie­moż­li­wo­ścią

Stąd wy­pły­wać za­wszą bę­dzie wnio­sek, że bi­lans sen­ty­men­tal­nej wy­mia­ny wy­pa­da za­wsze na szko­dę po­szu­ki­wa­cza przy­gód, któ­ry opu­ścił swo­ją oj­czy­znę: musi on ku­po­wać to, co mu trud­no do­stać, po ce­nie, jaką mu sta­wia­ją go­spo­da­rze; jego sło­wa w roz­mo­wie rzad­ko przy­ję­te będą bez znacz­ne­go dys­kon­ta w za­mian za ich sło­wa – a że to, na­wia­sem mó­wiąc, wpę­dza go wiecz­nie w ręce mniej wy­ma­ga­ją­cych han­dla­rzy ta­kich roz­mów, ja­kie może zna­leźć na swej dro­dze, prze­to nie po­trze­ba być wiesz­czem, by od­gad­nąć, ja­kie to­wa­rzy­stwo go cze­ka…

To przy­wo­dzi mnie do sed­na rze­czy; pro­wa­dzi mnie w na­tu­ral­ny spo­sób (je­że­li tyl­ko bu­ja­nie się tej nie­go­ścin­ki po­zwo­li mi wieść da­lej moje roz­wa­ża­nia) do przy­czyn spraw­czych jak rów­nież do bez­po­śred­nich po­wo­dów po­dró­żo­wa­nia.

Lu­dzie bez za­ję­cia opusz­cza­ją swój kraj ro­dzin­ny i uda­ją się za gra­ni­cę z ja­kie­goś po­wo­du czy po­wo­dów, któ­re wy­pro­wa­dzić moż­na z jed­nej z ni­żej wy­mie­nio­nych przy­czyn ogól­nych –

Nie­mo­cy cia­ła,

Tę­po­ty umy­słu lub

Nie­uchron­nej ko­niecz­no­ści.

Dwie pierw­sze od­no­szą się do tych wszyst­kich, któ­rzy po­dró­żu­ją lą­dem lub wodą po­wo­do­wa­ni py­chą, cie­ka­wo­ścią, próż­no­ścią lub nad­mia­rem żół­ci; przy­czy­ny te moż­na z ko­lei dzie­lić i łą­czyć ze sobą ad in­fi­ni­tum.

Trze­cia ka­te­go­ria mie­ści w so­bie całą ar­mię pe­re­gry­nu­ją­cych mę­czen­ni­ków, zwłasz­cza zaś tych, co wy­ru­sza­ją w dro­gę z bło­go­sła­wień­stwem kle­ru, bądź jako de­li­kwen­ci po­dró­żu­ją­cy pod kie­run­kiem opie­ku­nów za­le­co­nych przez sę­dzie­go, bądź też jako mło­dzi pa­no­wie, któ­rych ru­szy­ło z miej­sca okru­cień­stwo ro­dzi­ców i wy­cho­waw­ców, po­dró­żu­ją­cy pod kie­run­kiem opie­ku­nów za­le­co­nych przez. Oxford, Aber­de­en i Glas­gow.

Ist­nie­je i czwar­ta ka­te­go­ria, lecz tak nie­licz­na, że nie za­słu­gi­wa­ła­by na wy­od­ręb­nie­nie, gdy­by w dzie­le tego ro­dza­ju nie było ko­niecz­ne prze­strze­ga­nie naj­więk­szej pre­cy­zji i do­kład­no­ści, aby unik­nąć po­mie­sza­nia ty­pów. Wspo­mnia­ni prze­ze mnie lu­dzie są to ci, któ­rzy prze­pły­wa­ją mo­rze i ba­wią w ob­cym kra­ju W tym celu, aby z róż­nych po­wo­dów i pod róż­ny­mi pre­tek­sta­mi za­osz­czę­dzić pie­nię­dzy. Że jed­nak mo­gli­by oni rów­nież oszczę­dzić so­bie i in­nym wie­lu nie­po­trzeb­nych kło­po­tów oszczę­dza­jąc pie­nią­dze u sie­bie w domu, a tak­że po­nie­waż przy­czy­ny ich po­dró­ży są mniej skom­pli­ko­wa­ne niż u wszyst­kich in­nych ga­tun­ków emi­gran­tów, prze­to wy­róż­nię tych pa­nów mia­nem

Po­dróż­nych zwy­czaj­nych

Tak więc cały krąg po­dró­żu­ją­cych spro­wa­dzić moż­na do na­stę­pu­ją­cych na­głów­ków:

Po­dróż­ni z bra­ku za­ję­cia,

Po­dróż­ni z cie­ka­wo­ści,

Po­dróż­ni kłam­cy,

Po­dróż­ni pysz­ni,

Po­dróż­ni próż­ni,

Po­dróż­ni śle­dzien­ni­cy.

Po­tem na­stę­pu­ją po­dró­żu­ją­cy z ko­niecz­no­ści:

Po­dróż­ny – de­li­kwent i prze­stęp­ca,

Po­dróż­ny uci­śnio­ny i nie­win­ny,

Po­dróż­ny zwy­czaj­ny i wresz­cie (je­śli ła­ska)

Po­dróż­ny sen­ty­men­tal­ny (to zna­czy ja), do opi­sa­nia któ­re­go obec­nie za­sia­dam, a któ­ry pu­ścił się w po­dróż tak samo z ko­niecz­no­ści i z be­so­in de voy­ager, jak każ­dy inny czło­nek tej ka­te­go­rii.

Wiem za­ra­zem do­brze, że sko­ro za­rów­no moje po­dró­że jak ob­ser­wa­cje będą cał­kiem in­ne­go po­kro­ju niż u któ­re­go­kol­wiek z mo­ich po­przed­ni­ków – mo­głem się był uprzeć, by stwo­rzyć całą osob­ną kla­sę tyl­ko dla sie­bie jed­ne­go; przez to jed­nak wtar­gnął­bym w stre­fę po­dróż­ne­go próż­ne­go, chcąc zwró­cić na sie­bie uwa­gę, a nie ma­jąc ku temu lep­sze­go po­wo­du, jak tyl­ko nie­zwy­kłość mego we­hi­ku­łu.

Dla czy­tel­ni­ka mego wy­star­czy – o ile sam był nie­gdyś po­dróż­ni­kiem – że zgłę­bia­jąc po­wyż­szy ka­ta­log i za­sta­na­wia­jąc się nad nim, bę­dzie mógł okre­ślić swe wła­sne w nim miej­sce i ran­gę. Bę­dzie to krok ku po­zna­niu sa­me­go sie­bie, po­nie­waż wiel­ce praw­do­po­dob­ne jest, że aż do obec­nej chwi­li za­cho­wał w so­bie ja­kiś ślad i od­bi­cie tego, co w cza­sie swych po­dró­ży wchło­nął lub cze­go do­ko­nał.

Czło­wie­ko­wi, któ­ry pierw­szy prze­wiózł bur­gundz­ką wi­no­rośl na Przy­lą­dek Do­brej Na­dziei (zważ­cie, iż był to Ho­len­der), nig­dy się nie śni­ło, że pić bę­dzie na Przy­ląd­ku to samo wino, któ­re ta sama wi­no­rośl daje na… wzgó­rzach Fran­cji. Był na to zbyt fleg­ma­tycz­ny. Spo­dzie­wał się bez wąt­pie­nia, że wy­pi­je ja­kiś płyn po­dob­ny do wina; lecz czy bę­dzie on do­bry, zły czy obo­jęt­ny – dość do­brze znał świat ten, by wie­dzieć, że to nie mia­ło za­le­żeć od jego woli, lecz że o po­wo­dze­niu jego pró­by roz­strzy­gnie to, co po­wszech­nie zwa­ne bywa przy­pad­kiem. Ufał wszak­że, że wszyst­ko pój­dzie jak naj­le­piej; pe­łen na­dziei, zbyt­nio duf­ny w moc swo­jej gło­wy i traf­ność swe­go sądu, Myn­fo­eer mógł łac­no za­wieść się na oboj­gu w swej no­wej win­ni­cy, a od­sło­niw­szy swą na­gość – stać się po­śmie­wi­skiem swo­je­go ludu.

– Po­dob­nie dzie­je się z bied­nym po­dróż­nym że­glu­ją­cym i jeż­dżą­cym pocz­tą po bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­nych kró­le­stwach tej zie­mi w po­go­ni za wie­dzą i po­stę­pem.

Wie­dzę i po­stęp zdo­by­wa się że­glu­jąc i jeż­dżąc pocz­tą w tym celu; czy bę­dzie to jed­nak po­ży­tecz­na wie­dza i rze­czy­wi­sty po­stąp, to nie­pew­ne jest jak lo­te­ria. I na­wet je­śli się po­szu­ki­wa­czo­wi przy­gód uda, to musi on na­by­te­go ka­pi­ta­łu uży­wać prze­zor­nie i ro­zum­nie, je­że­li ma ob­ró­cić go so­bie na ko­rzyść. Po­nie­waż jed­nak ogrom­na prze­wa­ga szans jest prze­ciw­ko nie­mu, za­rów­no je­że­li cho­dzi o na­by­cie jak i o za­sto­so­wa­nie, prze­to są­dzę, że czło­wiek po­stę­po­wał­by mą­drzej, gdy­by wy­mógł na so­bie, żeby za­do­wa­lać się ży­ciem bez za­gra­nicz­nej wie­dzy i za­gra­nicz­ne­go po­stę­pu, zwłasz­cza je­że­li miesz­ka w kra­ju nie cier­pią­cym na ab­so­lut­ny brak jed­ne­go i dru­gie­go. Za­praw­dę, czę­sto-gę­sto kosz­to­wa­ło mnie to wie­le ser­decz­nej zgry­zo­ty, kie­dy pa­trzy­łem, ile zro­bił fał­szy­wych kro­ków po­dróż­nik z cie­ka­wo­ści, by ba­dać nowe wy­na­laz­ki i oglą­dać cie­ka­wost­ki – wszyst­kie bo­wiem, jak mó­wił San­cho Pan­sa do Don Ki­cho­ta, mógł oglą­dać w domu nie za­bło­ciw­szy so­bie trze­wi­ków. Na­sza epo­ka jest tak peł­na świa­tła, że nie ma chy­ba kra­ju ani za­kąt­ka w Eu­ro­pie, któ­re­go pro­mie­nie nie krzy­żo­wa­ły­by się i nie wy­mie­nia­ły z in­ny­mi. Wie­dza we wszyst­kich pra­wie swych ga­łę­ziach i we wszyst­kich pra­wie spra­wach jest jak mu­zy­ka na wło­skiej uli­cy: ko­rzy­stać z niej mogą i ci, co nic nie pła­cą. Lecz nie ma pod słoń­cem na­ro­du – a świad­czę się Bo­giem (przed któ­re­go try­bu­na­łem mu­szę kie­dyś sta­nąć i zdać spra­wą z ni­niej­sze­go dzie­ła), że nie mó­wię tego dla prze­chwał­ki – lecz nie ma pod słoń­cem na­ro­du, w któ­rym by była więk­sza ob­fi­tość roz­ma­itej wie­dzy, gdzie o na­ukę ła­twiej by moż­na się ubie­gać i pew­niej ją zdo­by­wać niż tu­taj – gdzie sztu­ka do­zna­je po­par­cia i wkrót­ce wznie­sie się na wiel­kie wy­ży­ny; gdzie Na­tu­ra (wszyst­ko ra­zem wziąw­szy) tak mało ma do ga­da­nia i gdzie na ko­niec jest naj­wię­cej dow­ci­pu i ra­du­ją­ce­go umysł bo­gac­twa cha­rak­te­rów.

– Do­ką­dże to więc zdą­ża­cie, mili ro­da­cy?

– Oglą­da­my so­bie tyl­ko tę ko­la­skę – od­rze­kli.

– Do usług – po­wie­dzia­łem, wy­ska­ku­jąc z niej i ścią­ga­jąc z gło­wy ka­pe­lusz. – Za­sta­na­wia­li­śmy się wła­śnie – rzekł je­den z nich, któ­ry jak się prze­ko­na­łem, był po­dróż­nym z cie­ka­wo­ści – co mo­gło wpra­wiać ją w ruch. – Było to wzbu­rze­nie – od­par­łem przy­tom­nie – wy­wo­ła­ne pi­sa­niem przed­mo­wy. – Nig­dy nie sły­sza­łem – rzekł dru­gi, któ­ry był zwy­czaj­nym po­dróż­nym – aby ktoś pi­sał przed­mo­wę w nie­go­ścin­ce. – By­ła­by lep­sza – od­rze­kłem – gdy­by zo­sta­ła na­pi­sa­na w czte­ro­oso­bo­wej ka­re­cie.

Po­nie­waż An­glik nie po­dró­żu­je po to, aże­by spo­ty­kać się z An­gli­ka­mi, więc wy­co­fa­łem się do swe­go po­ko­ju.

CA­LA­IS

Kie­dy sze­dłem przez ko­ry­tarz do sie­bie, za­uwa­ży­łem, że coś za­ciem­nia­ło go bar­dziej niż moja oso­ba. W sa­mej rze­czy był to pan Des­se­in, wła­ści­ciel obe­rży, któ­ry wła­śnie – po­wró­cił z nie­szpo­rów i te­raz, z ka­pe­lu­szem pod pa­chą, usłuż­nie po­dą­żał za mną, aby mi uprzy­tom­nić, cze­go mi trze­ba. Moż­na rzec, iż pi­sa­nie w nie­go – ścin­ce do­syć mnie do niej roz­cza­ro­wa­ło; to­też kie­dy pan Des­se­in mó­wił o niej ze wzru­sze­niem ra­mion, jak gdy­by był z góry pe­wien, że nie może mi ona od­po­wia­dać, przy­szło mi na­tych­miast do gło­wy, że mu­sia­ła kie­dyś na­le­żeć do ja­kie­goś pro­sto dusz­ne­go po­dróż­ne­go, któ­ry wra­ca­jąc do domu zo­sta­wił ją na ła­sce pana Des­se­in. Czte­ry mie­sią­ce upły­nę­ły od chwi­li, gdy za­koń­czy­ła swój wo­jaż po Eu­ro­pie na pana Des­se­ino­wym po­dwó­rzu; a że już wte­dy, gdy stam­tąd na ów wo­jaż wy­ru­sza­ła, była nie­złym gru­cho­tem, więc choć dwu­krot­nie na Mont Sen­nis roz­bie­ra­no ją na czę­ści, nie­wie­le sko­rzy­sta­ła na tych przy­go­dach. Na żad­nej z nich wszak­że nie ucier­pia­ła tyle, co sto­jąc przez te dłu­gie mie­sią­ce, nie po­ża­ło­wa­na przez ni­ko­go, w ką­cie po­dwó­rza pana Des­se­in. Za­iste, nie­wie­le moż­na było o niej po­wie­dzieć do­bre­go; coś jed­nak da­ło­by się może – a kie­dy pa­ro­ma sło­wa­mi moż­na wy­rwać nie­szczę­śni­ka z nie­do­li, znie­na­wi­dził­bym tego, kto by tych słów po­ską­pił.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Podróż sentymentalna przez Francję i Włochy Podróż Sentymentalna Przez Francję I Włochy