Wybór narzeczonej. Historia, w której zdarza się wiele zupełnie nieprawdopodobnych przygód

Wybór narzeczonej. Historia, w której zdarza się wiele zupełnie nieprawdopodobnych przygód

Autorzy: Ernst Hoffmann

Wydawnictwo: virtualo

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI

cena od: 0.00 zł

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Ernst The­odor Ama­deus Hof­f­mann

WY­BÓR NA­RZE­CZO­NEJ HI­STO­RIA,

W KTÓ­REJ ZDA­RZA SIĘ WIE­LE ZU­PEŁ­NIE

NIE­PRAW­DO­PO­DOB­NYCH PRZY­GÓD

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

trak­tu­ją­cy o na­rze­czo­nych, we­se­lach, taj­nych se­kre­ta­rzach kan­ce­la­rii, tur­nie­jach, pro­ce­sach cza­row­nic, o dia­błach za­klę­tych i o in­nych przy­jem­nych rze­czach.

W noc je­sien­ne­go po­rów­na­nia taj­ny se­kre­tarz kan­ce­la­rii Tu­smann wra­cał do swe­go miesz­ka­nia, po­ło­żo­ne­go przy Span­dau­er­stras­se, z ka­wiar­ni, gdzie miał zwy­czaj re­gu­lar­nie co wie­czór spę­dzać kil­ka go­dzin. Taj­ny se­kre­tarz kan­ce­la­rii we wszyst­kim, co czy­nił, był ści­sły i punk­tu­al­ny. Przy­wykł był zdej­mo­wać buty i sur­dut wła­śnie wte­dy, gdy na wie­żach u Świę­te­go Mi­ko­ła­ja i u Pan­ny Ma­rii biła je­de­na­sta, tak że z ostat­nim ude­rze­niem dzwo­nów – to­nąc już w ob­szer­nych pan­to­flach – na­cią­gał na uszy szlaf­my­cę.

Dziś, aby się nie spóź­nić – ze­ga­ry już mia­ły wy­bić je­de­na­stą – chciał wła­śnie po­śpiesz­nym kro­kiem, któ­ry moż­na by wła­ści­wie na­zwać żwa­wym kłu­sem, skrę­cić z Königs­stras­se na Span­dau­er­stras­se, gdy ja­kieś dziw­ne stu­ka­nie dało się sły­szeć tuż obok i spra­wi­ło, że sta­nął jak w zie­mię wro­śnię­ty. Pod wie­żą sta­re­go ra­tu­sza, w ja­snym bla­sku la­tar­ni uj­rzał wy­so­ką, chu­dą po­stać – ja­kiś czło­wiek otu­lo­ny w ciem­ny płaszcz do­bi­jał się do za­mknię­tych drzwi skle­pu kup­ca War­nat­za, tu, jak wia­do­mo, pro­wa­dzą­ce­go sprze­daż wy­ro­bów że­la­znych, pu­kał i stu­kał co­raz moc­niej, co­fał się, wzdy­chał głę­bo­ko, spo­glą­dał ku za­pa­dłym oknom ra­tu­szo­wej wie­ży.

– Dro­gi pa­nie – do­bro­tli­wie zwró­cił się do nie­zna­jo­me­go taj­ny se­kre­tarz kan­ce­la­rii – dro­gi pa­nie, pan się myli, tam w wie­ży nie miesz­ka żad­na ludz­ka du­sza, a je­śli nie li­czyć my­szy, szczu­rów i kil­ku ma­łych sów, żad­na ży­ją­ca isto­ta. Je­śli chce pan na­być coś ze zna­ko­mi­tych wy­ro­bów że­la­znych lub sta­lo­wych pana War­nat­za, musi się pan po­tru­dzić ju­tro rano.

– Sza­now­ny pa­nie Tu­smann…

– Taj­ny se­kre­tarz kan­ce­la­rii od wie­lu lat – mimo woli wpadł mu w sło­wo Tu­smann, choć zdzi­wio­ny był nie­co tym, że obcy zna jego na­zwi­sko.

Nie­zna­jo­my nie zwró­cił na to naj­mniej­szej uwa­gi i za­czął zno­wu:

– Sza­now­ny pa­nie Tu­smann, ra­czy się pan cał­ko­wi­cie my­lić co do mo­ich tu po­czy­nań. Nie pra­gnę ani wy­ro­bów ze sta­li, ani z że­la­za, do pana War­nat­za też nie mam żad­ne­go in­te­re­su. Dziś jest je­sien­ne po­rów­na­nie dnia z nocą, chcę więc zo­ba­czyć na­rze­czo­ną. Usły­sza­ła już moje tę­sk­ne pu­ka­nie, moje czu­łe wzdy­cha­nie i za­raz uka­że się w oknie.

Przy­tłu­mio­ny ton, ja­kim ów czło­wiek wy­po­wie­dział te sło­wa, miał w so­bie coś dziw­nie uro­czy­ste­go i tak upior­ne­go, że lo­do­wa­te zim­no prze­nik­nę­ło wszyst­kie człon­ki taj­ne­go se­kre­ta­rza kan­ce­la­rii. Pierw­sze ude­rze­nie go­dzi­ny je­de­na­stej roz­le­gło się z wie­ży ko­ścio­ła Pan­ny Ma­rii. W tej sa­mej chwi­li coś brzęk­nę­ło, za­sze­le­ści­ło w za­pa­dłym oknie ra­tu­szo­wej wie­ży i uka­za­ła się w nim po­stać ko­bie­ca. Gdy blask la­tar­ni padł na jej ob­li­cze, Tu­smann jęk­nął ża­ło­śnie:

– O, spra­wie­dli­wy Boże w nie­bie­siech! O, huf­ce aniel­skie! a cóż to ta­kie­go?

Z ostat­nim ude­rze­niem ze­ga­ra, a więc w tym mo­men­cie, w któ­rym Tu­smann za­zwy­czaj na­cią­gał szlaf­my­cę – po­stać znik­nę­ła.

Wy­glą­da­ło na to, że za­dzi­wia­ją­ce zja­wi­sko cał­kiem po­zba­wi­ło ro­zu­mu taj­ne­go se­kre­ta­rza kan­ce­la­rii. Wzdy­chał, ję­czał, wle­piał oczy w okno, szep­tał do sie­bie:

– Tu­smann, Tu­smann, taj­ny se­kre­ta­rzu kan­ce­la­rii!

opa­mię­taj się, nie bądź sza­lo­ny, ser­deń­ko! Nie daj się dia­błu ośle­pić, do­bra dusz­ko!

– Pan zda­je się być – za­czął obcy – bar­dzo po­ru­szo­ny tym, co pan uj­rzał, sza­now­ny pa­nie Tu­smann. Ja chcia­łem tyl­ko zo­ba­czyć na­rze­czo­ną, a panu do­bro­dzie­jo­wi mu­sia­ło się przy tym coś in­ne­go przy­wi­dzieć.

– Bar­dzo pro­szę – jęk­nął Tu­smann – nie od­ma­wiać mi mego skrom­ne­go ty­tu­łu, je­stem taj­nym se­kre­ta­rzem kan­ce­la­rii, w tej chwi­li po­grą­żo­nym w naj­wyż­szej al­te­ra­cji, a na­wet bli­skim utra­ty zmy­słów. Prze­pra­szam naj­moc­niej sza­now­ne­go pana, je­śli ja sam nie ty­tu­łu­ję pana na­le­ży­cie, ale dzie­je się to je­dy­nie na sku­tek cał­ko­wi­tej nie­zna­jo­mo­ści pań­skiej czci­god­nej oso­by; po­zwo­li pan ty­tu­ło­wać się taj­nym rad­cą, gdyż w na­szym ko­cha­nym Ber­li­nie jest tak oso­bli­wie wie­lu taj­nych rad­ców, że rzad­ko moż­na się po­my­lić uży­wa­jąc tego sza­cow­ne­go ty­tu­łu. Pro­szę więc, pa­nie rad­co taj­ny, nie skry­waj przede mną dłu­żej, co to za na­rze­czo­ną chcia­łeś tu uj­rzeć o tej nie­sa­mo­wi­tej go­dzi­nie.

– Dziw­ny z pana czło­wiek – od­po­wie­dział obcy pod­nie­sio­nym gło­sem – z pań­ski­mi ty­tu­ła­mi, ran­ga­mi! Je­śli taj­nym rad­cą jest ten, kto zna się na pew­nych ta­jem­ni­czych spra­wach, a i do­brej rady udzie­lić po­tra­fi, mam słusz­ne pra­wo tak się zwać. Dzi­wi mnie, że czło­wiek tak oczy­ta­ny w sta­rych pi­smach, w rzad­kich ma­nu­skryp­tach, jak pan, sza­now­ny pa­nie taj­ny se­kre­ta­rzu kan­ce­la­rii, nie wie, że gdy wta­jem­ni­czo­ny, ro­zu­mie pan, wta­jem­ni­cza­ny, za­pu­ka tu na dole w drzwi, a na­wet w ścia­nę wie­ży, o go­dzi­nie je­de­na­stej w noc je­sien­ne­go po­rów­na­nia, temu na gó­rze, w oknie uka­że się dziew­czy­na, któ­ra aż do wio­sen­ne­go po­rów­na­nia dnia z nocą bę­dzie naj­szczę­śliw­szą na­rze­czo­ną w Ber­li­nie.

– Pa­nie taj­ny rad­co! – za­wo­łał Tu­smann, opa­no­wa­ny na­głą ra­do­ścią i za­chwy­tem. – Naj­czci­god­niej­szy pa­nie rad­co taj­ny! Czyż­by tak było na­praw­dę?!

– Nie in­a­czej – od­rzekł nie­zna­jo­my. – Ale cze­mu tak dłu­go sto­imy na uli­cy? Go­dzi­na pana spo­czyn­ku wie­czor­ne­go już mi­nę­ła. Chodź­my więc nie zwle­ka­jąc do no­wej wi­niar­ni na Ale­xan­der­platz. Je­dy­nie po to, abyś pan mógł, je­śli pan ze­chce oczy­wi­ście, do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o na­rze­czo­nej i od­zy­skać rów­no­wa­gę du­cha, z któ­rej, sam nie wiem do­brze dla­cze­go, zda­jesz się być naj­zu­peł­niej wy­trą­co­ny.

Taj­ny se­kre­tarz kan­ce­la­rii był czło­wie­kiem w naj­wyż­szym stop­niu wstrze­mięź­li­wym. Je­dy­ną jego roz­ryw­kę, jak już wspo­mnia­no, sta­no­wi­ło to, że co wie­czór spę­dzał kil­ka go­dzin w ka­wiar­ni i wy­pi­jał szklan­kę do­bre­go piwa, prze­rzu­ca­jąc ga­ze­ty, bro­szu­ry i pil­nie czy­ta­jąc przy­nie­sio­ne z sobą książ­ki. Wina nie pi­jał pra­wie nig­dy, tyl­ko w nie­dzie­lę po ka­za­niu wstę­po­wał do wi­niar­ni na szklan­kę ma­la­gi z su­char­kiem. Wa­łę­sa­nie się po nocy przej­mo­wa­ło go za­wsze zgro­zą; nie­po­ję­te więc zda­je się, że bez sprze­ci­wu, sło­wem się nie ode­zwaw­szy, dał się po­cią­gnąć nie­zna­jo­me­mu, któ­ry moc­nym, dud­nią­cym w ci­szy noc­nej kro­kiem ru­szył szyb­ko w kie­run­ku Ale­xan­der­platz.

Gdy we­szli do wi­niar­ni, tyl­ko je­den je­dy­ny czło­wiek sie­dział jesz­cze przy sto­le, a przed nim sta­ła duża szklan­ka, na­peł­nio­na reń­skim wi­nem. Głę­bo­kie bruz­dy na twa­rzy owe­go go­ścia świad­czy­ły o moc­no po­de­szłym wie­ku. Spoj­rze­nie miał by­stre, prze­ni­kli­we i tyl­ko ma­je­sta­tycz­na bro­da zdra­dza­ła Żyda, któ­ry po­zo­stał wier­ny sta­re­mu oby­cza­jo­wi i tra­dy­cji. Ubra­ny był przy tym bar­dzo po sta­ro­świec­ku, mniej wię­cej tak, jak się ubie­ra­no w la­tach dwu­dzie­stych, trzy­dzie­stych osiem­na­ste­go wie­ku, dla­te­go też wy­da­wać się mo­gło, że po­wró­cił z tych daw­no mi­nio­nych cza­sów.

Lecz jesz­cze oso­bli­wiej wy­glą­dał nie­zna­jo­my, któ­re­go spo­tkał Tu­smann. Wy­so­ki, chu­dy, lecz moc­ny, o ko­ściach i mię­śniach krzep­ko zbu­do­wa­ne­go męż­czy­zny, zda­wał się mieć lat oko­ło pięć­dzie­się­ciu. Twarz jego mo­gła nie­gdyś ucho­dzić za pięk­ną; wiel­kie oczy jesz­cze te­raz bły­ska­ły mło­dzień­czym ogniem spod czar­nych, krza­cza­stych brwi; czo­ło otwar­te, moc­no wy­gię­ty orli nos, de­li­kat­nie wy­kro­jo­ne usta, skle­pio­na bro­da – wszyst­ko to jed­nak nie wy­róż­nia­ło­by go jesz­cze spo­śród se­tek in­nych; lecą pod­czas gdy jego sur­dut i spodnie skro­jo­ne były we­dług naj­now­szej mody, koł­nierz, płaszcz, bi­ret po­cho­dzi­ły z koń­ca szes­na­ste­go wie­ku. Naj­bar­dziej zaś oso­bli­we było spoj­rze­nie ob­ce­go, jak­by z głę­bi burz­li­wej nocy wy­bły­sku­ją­ce, głu­chy dźwięk jego gło­su, całe za­cho­wa­nie, w jak­że ja­skra­wy spo­sób od­bi­ja­ją­ce od wszel­kich form współ­cze­sno­ści; wszyst­ko to rze­czy­wi­ście mo­gło spra­wić, że w jego obec­no­ści każ­de­go mu­sia­ło ogar­nąć ja­kieś szcze­gól­ne, pra­wie nie­po­ko­ją­ce uczu­cie.

Sie­dzą­ce­mu przy sto­le star­co­wi skło­nił się jak do­bre­mu zna­jo­me­mu.

– Ze też po tak dłu­gim nie­wi­dze­niu zno­wu pana spo­ty­kam! – za­wo­łał. – Cią­głe cie­szy się pan do­brym zdro­wiem?

– Jak pan wi­dzisz – od­parł sta­ry mru­kli­wie. – Za­wsze we wła­ści­wym cza­sie na no­gach, a gdy zaj­dzie po­trze­ba – żwa­wy i czyn­ny.

– To py­ta­nie, to py­ta­nie! – za­wo­łał nie­zna­jo­my, śmie­jąc się gło­śno, i za­mó­wił u usłu­gu­ją­ce­go chłop­ca bu­tel­kę fran­cu­skie­go wina, z naj­star­szych, ja­kie po­sia­da­no w wi­niar­ni.

– Dro­gi, naj­czci­god­niej­szy pa­nie taj­ny rad­co – za­czął się wy­ma­wiać Tu­smann.

Lecz nie­zna­jo­my szyb­ko mu prze­rwał:

– Po­nie­chaj­my wszel­kich ty­tu­łów, dro­gi pa­nie Tu­smann. Nie je­stem ani taj­nym rad­cą, ani taj­nym se­kre­ta­rzem kan­ce­la­rii, je­stem ni mniej, ni wię­cej, tyl­ko ar­ty­stą trud­nią­cym się ob­rób­ką szla­chet­nych me­ta­li i dro­gich ka­mie­ni, a zwę się Le­onard.

– A więc złot­nik, ju­bi­ler – szep­nął do sie­bie Tu­smann. Uprzy­tom­nił też so­bie, że już przy pierw­szym wej­rze­niu na nie­zna­jo­me­go tu, w oświe­tlo­nej wi­niar­ni, wi­docz­ne się sta­ło, iż nie­zna­jo­my w żad­nym ra­zie nie może być rze­czy­wi­stym taj­nym rad­cą: miał prze­cież na so­bie sta­ro­nie­miec­ki płaszcz, koł­nierz i bi­ret, a taki strój nie był wśród taj­nych rad­ców w uży­ciu. Obaj, Le­onard i Tu­smann, przy­sie­dli się do sta­re­go, któ­ry ich przy­jął szy­der­czym uśmie­chem. Gdy Tu­smann, znie­wo­lo­ny przez Le­onar­da, wy­pił kil­ka szkla­nek do­sta­łe­go wina, ru­mie­niec wy­stą­pił na jego bla­de po­licz­ki; z lu­bo­ścią po­cią­ga­jąc win­ko, spo­glą­dał przed sie­bie i uśmie­chał się na­der bło­go, jak gdy­by w wy­obraź­ni jego prze­su­wa­ły się naj­przy­jem­niej­sze ob­ra­zy.

– No, te­raz – za­czął Le­onard – po­wiedz mi pan otwar­cie, dro­gi pa­nie Tu­smann, dla­cze­go za­cho­wy­wał się pan tak oso­bli­wie, gdy na­rze­czo­na uka­za­ła się w oknie wie­ży, i co te­raz za­przą­ta tak cał­ko­wi­cie pana wy­obraź­nię. My je­ste­śmy, może pan temu wie­rzyć lub nie, sta­ry­mi zna­jo­my­mi i przy­ja­ciół­mi i nie ma pan po­trze­by krę­po­wać się wo­bec tego za­cne­go czło­wie­ka.

– O, na Boga – od­parł taj­ny se­kre­tarz kan­ce­la­rii – o, na Boga, sza­now­ny pa­nie pro­fe­so­rze, niech pan po­zwo­li ty­tu­ło­wać się w ten spo­sób, prze­ko­na­ny bo­wiem je­stem, że z pana praw­dzi­wie tęgi ar­ty­sta i snad­nie mógł­by pan być pro­fe­so­rem Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. A więc, sza­now­ny pa­nie pro­fe­so­rze, czyż mogę prze­mil­czeć to, czym du­sza jest prze­peł­nio­na, co ci­śnie się na usta! Do­wiedz się pan: jak się to przy­sło­wio­wo ma­wia, cho­dzę w kon­ku­ry i za­mie­rzam w cza­sie wio­sen­ne­go po­rów­na­nia dnia z nocą wpro­wa­dzić w dom szczę­śli­wą ob­lu­bie­ni­cę. Cóż więc dziw­ne­go, że krew mi w ży­łach za­gra­ła, gdy pan, sza­now­ny pa­nie pro­fe­so­rze, ze­chciał ła­ska­wie uka­zać mi szczę­śli­wą na­rze­czo­ną.

– Co?! – Sta­ry prze­rwał taj­ne­mu se­kre­ta­rzo­wi kan­ce­la­rii gło­sem skrze­czą­cym i pi­skli­wym. – Co? Pan chce się że­nić! Jest pan na to o wie­le za sta­ry, a przy tym brzyd­ki jak pa­wian.

Tu­sman­na tak prze­ra­zi­ło okrop­ne gru­biań­stwo sta­re­go Żyda, że sło­wa nie mógł wy­krztu­sić.

– Ko­cha­ny pa­nie Tu­smann – rzekł Le­onard – nie bierz pan sta­re­mu za złe tych szorst­kich słów, on nie my­śli tak źle, jak by to na po­zór wy­glą­da­ło. Szcze­rze mó­wiąc, mu­szę jed­nak sam przy­znać, że – jak się zda­je – pan tro­chę póź­no zde­cy­do­wał się na mał­żeń­stwo, wy­glą­da pan na pięć­dzie­siąt­kę.

– Dzie­wią­te­go paź­dzier­ni­ka, w dniu świę­te­go Dio­ni­ze­go, skoń­czę czter­dzie­ści osiem – wtrą­cił Tu­smann nie­co do­tknię­ty.

– Mniej­sza więc o to – cią­gnął da­lej Le­onard – lecz nie tyl­ko wiek stoi panu na prze­szko­dzie. Pro­wa­dzi­łeś pan do­tąd pro­ste, sa­mot­ne, ka­wa­ler­skie ży­cie, nie zna pan rodu nie­wie­ście­go, nie bę­dzie pan wie­dział, co po­cząć, jak so­bie po­ra­dzić.

– Jak so­bie po­ra­dzić?! Co po­cząć?! – prze­rwał złot­ni­ko­wi Tu­smann. – Ach, dro­gi pa­nie pro­fe­so­rze, wi­docz­nie uwa­ża mnie pan za bar­dzo lek­ko­myśl­ne­go i nie­od­po­wie­dzial­ne­go, je­śli pan przy­pusz­cza, że był­bym w sta­nie dzia­łać na śle­po, bez roz­wa­gi i za­sta­no­wie­nia. Każ­dy za­mie­rzo­ny krok roz­wa­żam i ob­my­ślam mą­drze, a czu­jąc się w isto­cie tra­fio­ny strza­łą owe­go swa­wol­ne­go boga, któ­re­go sta­ro­żyt­ni zwa­li Ku­pi­dy­nem, czyż nie po­wi­nie­nem ze wszyst­kich sił ubie­gać się o to, by się do tego no­we­go sta­nu na­le­ży­cie przy­go­to­wać? Czyż każ­dy, kto za­my­śla zda­wać trud­ny eg­za­min, nie stu­diu­je pil­nie tych dzie­dzin wie­dzy, z któ­rych ma być py­ta­ny? Tak, naj­sza­now­niej­szy pa­nie pro­fe­so­rze, moje mał­żeń­stwo to eg­za­min, do któ­re­go się pil­nie przy­go­to­wu­ję i do­brze zdać za­mie­rzam. Wi­dzi pan, dro­gi pa­nie, tę małą ksią­żecz­kę, któ­rą – od cza­su jak po­sta­no­wi­łem za­ko­chać się i oże­nić – sta­le no­szę przy so­bie i usta­wicz­nie stu­diu­ję; obej­rzyj ją pan, a prze­ko­nasz się, że spra­wę ba­dam grun­tow­nie i roz­sąd­nie i w żad­nym ra­zie nie oka­żę się nie­do­świad­czo­ny, jak­kol­wiek przy­znać mu­szę, że cały ro­dzaj żeń­ski, był mi do­tych­czas nie zna­ny.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziadek do orzechów Dziadek do orzechów Powieści fantastyczne Złoty garnek. Der Goldene Topf Panna de Scudéry. Opowiadanie z czasów Ludwika XIV. Das Fräulein von Scuderi. Erzählung aus dem Zeitalter Ludwig des Vierzehnten. Mademoiselle de Scudéry. Chronique du règne de Louis XIV Narożne okno - Des Vetters Eckfenster