Łuna za mgłą

Łuna za mgłą

Autorzy: Rafał Dębski

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 268

Cena książki papierowej: 272.00 zł

cena od: 22.21 zł

Kontynuacja powieści Światło cieni.

Ludzkość zawsze podejrzewała, że gdzieś we wszechświecie istnieją obcy. I zawsze przypominali oni w jej wyobrażeniach ludzi: latali podobnymi statkami, podobnie wyglądali, poruszali się, mówili. Nic bardziej mylnego. Pierwszy przekonał się o tym komandor Reuben Vaybar jeszcze na Cronnie, lecz ofiara złożona z życia nie zatrzymała intruzów. A potem zaczął się spełniać przerażający scenariusz – gdy okręt Federacji Ziemskiej odnalazł szczątki statku Vaybara, mieszkańcy Układu Słonecznego i kolonii znaleźli się na skraju zagłady.

Katastrofę atomową przetrwało kilkanaście procent ludzkości. I większość z ocalałych przeszła straszną przemianę. Jedynie nieliczni toczą wciąż heroiczny bój o przetrwanie rodzaju ludzkiego, o jego tożsamość. Czy Eremita, Rycerz i garść wolnych ciągle mieszkańców osad mają szansę? Gra nie toczy się o kolejne złoża czy planety. Gra toczy się o coś znacznie, znacznie cenniejszego. Dla zdobycia tego Graala intruzi z przestrzeni zrobią wszystko…

Część pierwsza

NOWE ROZDANIE

6 lipca 315 roku

– Jeden siedem. Jeden sześć. Jeden pięć…

Komputer odliczał miarowo zmniejszającą się odległość do celu. Pilot wahadłowca technicznego z napięciem wpatrywał się w ekran. Jeśli odczyty były prawidłowe, miał do czynienia z fragmentami statku kosmicznego starego typu. Wskazywał na to skład materiałów, z których wykonano poszycie. Tej technologii używano do budowy pancerzy zewnętrznych jeszcze pięćdziesiąt lat wcześniej, ale szczątki mogły się okazać znacznie starsze, gdyż podobny stop i kompozyty stosowano przez dobre sto pięćdziesiąt lat. Kiedy dostarczy ten złom na okręt, rzecz powinna się wyjaśnić.

– Jeden dwa. Jeden jeden. Jeden zero…

Gregor chętnie wyłączyłby głos komputera, wystarczyłyby mu w zupełności zmieniające się cyfry na ekranie, ale regulamin był w tym względzie jasny i bezlitosny. Podczas szkoleń tłumaczono kadetom, że mózg reaguje szybciej na bodźce dźwiękowe niż wzrokowe. Chodziło o setne części sekundy, ale przy groźbie katastrofy czy podczas walki mogło to stanowić o życiu lub śmierci. No i dzięki komunikatom głosowym pilot mógł się skupić na innych odczytach.

Tutaj jednak nie miał przecież do czynienia ani z sytuacją niebezpieczną, ani tym bardziej z działaniami zbrojnymi. Jeśli nawet fragmenty tej tajemniczej jednostki świadczyły o katastrofie, to wydarzyła się ona co najmniej kilkadziesiąt lat wcześniej.

– Zero dziewięć. Zero osiem… – Komputer robił coraz większe przerwy, gdyż wahadłowiec zmniejszał prędkość.

– Rozpoczynam procedurę podejścia awaryjnego – zameldował pilot.

– Przyjąłem – odpowiedział oficer dyżurny. – Polecenie dowódcy…

W tej chwili przerwał mu głos szefa.

– Umiem mówić – oznajmił zjadliwym tonem kapitan Roger Martin. – Tak, wiem, jakie są procedury. Ale nie zabraniają chyba pierwszemu po Bogu rozmawiać z własnym oficerem, co?

Gregor uśmiechnął się pod nosem. Stary, podobnie jak on, nie cierpiał tego całego sztywnego regulaminu. Kiedy latami przebywa się w przestrzeni kosmicznej, na dodatek zazwyczaj w tym samym towarzystwie, po pewnym czasie takie bzdury zaczynają strasznie denerwować, a łamanie zasad sprawia niekłamaną przyjemność.

– Słuchaj, poruczniku Mills – kapitan zwrócił się bezpośrednio do pilota. – Masz zachować najdalej idącą ostrożność. Większą nawet, niż zakładają procedury. Cholera wie, co to jest i skąd pochodzi. Na tym zadupiu w ogóle niczego nie powinno być. Nie życzę sobie niespodzianek.

Rzeczywiście, patrolowali rejon, przez który od dawna nie przelatywały żadne jednostki. Po prostu nie było tu czego szukać – nie zlokalizowano planet nadających się do kolonizacji, a jeśli nawet jakieś istniały, ich zasiedlanie na pewno było nieopłacalne. Przynajmniej na razie, bo kiedyś rozwój nauki z pewnością pozwoli sięgnąć nawet po nieprzyjazne światy.

Zanim wysłano z okrętu wahadłowiec, dział nawigacyjny próbował ustalić kurs statku na podstawie kierunku lotu jego fragmentów. Oczywiście spełzło to na niczym, a daremność wysiłków krótko podsumował sam kapitan. Po swojemu.

– Ten złom najwyraźniej rozpieprzył się w drobny mak. Cholera wie, w którą stronę leciał. Szczątki na pewno zmieniły kurs po eksplozji, implozji czy co tam nastąpiło. I to zmieniły go nie tylko w płaszczyźnie, lecz w trzech wymiarach! Ale pracujcie, pracujcie. Kombinujcie, bo inaczej zanudzicie się na śmierć.

Zresztą procedury i tak zakładały, że należy próbować zbadać wszystko, co tylko możliwe, wziąć pod uwagę każdą okoliczność. Martin był wkurzony, bo odnalezienie tych fragmentów oznaczało, że będą teraz musieli przeczesać najbliższą, a nawet nieco dalszą okolicę, by zlokalizować ewentualne inne pozostałości jednostki, co zabierze sporo czasu. Za dwa tygodnie powinni wracać, ale w tej sytuacji z pewnością nastąpi opóźnienie.

– Zero pięć. Zero cztery…

– Stop! – krzyknęła nagle wysokim od emocji głosem porucznik Eliza Grant pełniąca wachtę na stanowisku badawczym. – Stój!

Gregor odruchowo dał całą wstecz, ale wahadłowiec jeszcze przez chwilę posuwał się siłą bezwładności do przodu.

– Zero trzy. Zero dwa – odliczył jeszcze komputer, zanim poinformował: – Operacja podejścia przerwana.

– Co się stało? – spytał pilot, ale już sam miał na ekranie odpowiedni odczyt. – Chodzi o to promieniowanie elektromagnetyczne?

– Tak.

– Jest śladowe – zauważył.

Okręt dysponował o wiele czulszymi instrumentami niż wahadłowiec, dlatego Eliza miała odczyt odrobinę wcześniej, mimo odległości dzielącej jednostkę od tego miejsca.

– Zresztą już się w to wpieprzyłem – powiedział Gregor spokojnie. – Natężenie jest naprawdę na granicy odczytu. Ledwie wzbudziło czujniki.

– Ale jest – odparła Eliza. – A nie powinno tam być niczego poza zwyczajnym tłem promieniowania reliktowego… Zaraz. – Umilkła i dopiero po kilku sekundach znów się odezwała. – Koniec, promieniowanie znikło.

Gregor, który w czasie rozmowy skupił się na przyrządach nawigacyjnych, zerknął w stronę monitora sprzętu pomiarowego.

– Cholera, może to była tylko jakaś fluktuacja? Albo błąd pelengu?

– Błąd, który wystąpił i tutaj, i u ciebie? – spytała drwiąco porucznik. – Coś było, to pewne.

– Ale już tego nie ma. – Mills wzruszył ramionami. Był ubrany, zgodnie z procedurą, w skafander próżniowy, więc nawet jeśli Eliza obserwowała go teraz, w co wątpił, i tak nie dostrzegła tego gestu.

– Ale było! – upierała się. – Śladowe, lecz czytelne. I na dziwnych częstotliwościach.

– Co znaczy „dziwnych”?

– Wyglądało to tak, jakby ktoś kalibrował nadajnik, przelatując po kolei przez poziomy.

– Coś dużo udało ci się wyczytać z tego drobnego zakłócenia – zauważył kąśliwie.

– Bo potrafię myśleć i analizować – odparła Grant spokojnie. – Nie tak jak niektórzy…

W tej chwili Gregor zauważył, że przez ekran główny przeleciało ledwie dostrzegalne zniekształcenie. Gdyby w tym momencie mrugnął, nawet by tego nie dostrzegł. Ale na okręcie zarejestrowano także to.

– Zakłócenie pracy głównego komputera wahadłowca! – powiedziała z napięciem w głosie Eliza, zapominając natychmiast o utarczce. – Uważaj!

Po chwili jej słowa potwierdził oficer dyżurny:

– Też to mam. Trwało trzy nanosekundy.

Gregor zacisnął wargi. To zbyt mało, aby z miejsca ogłaszać alarm informatyczny, ale jednocześnie zbyt wiele, żeby sprawę zlekceważyć.

– Melduj, pilocie! – warknął kapitan.

– Dostrzegłem drobne zakłócenie – odpowiedział. – Ale wszystkie systemy pracują prawidłowo, wahadłowiec jest w pełni sprawny. Odległość do najbliższego obiektu zero dwa.

Przez moment w słuchawkach panowało milczenie.

– Czy mam kontynuować zadanie? – spytał Gregor. Chciałby mieć to już za sobą i wrócić na okręt. Był zmęczony, spocony i głodny.

– Poczekaj – odparł Martin. – Muszę pomyśleć.

W podobnej sytuacji regulaminy nie określały jednoznacznie sposobu postępowania. W przypadku zagrożenia życia człowieka bądź całego okrętu nakazywały natychmiastowe przerwanie misji. Jednak tutaj nie można było mówić o bezpośrednim zagrożeniu. O jakimkolwiek zagrożeniu. To były tylko drobne zakłócenia.

– Poślesz do szczątków sondę i pobierzesz tylko próbki…

– Nie ładować całości na pokład? – przerwał Gregor.

– Głuchy jesteś? – zirytował się kapitan.

– Proszę jedynie o potwierdzenie zmiany polecenia – odpowiedział spokojnie pilot. – I tym razem zgodnie z procedurami, żeby później nie było wątpliwości.

– W porządku, masz rację. Mówi kapitan Roger Martin. Zmiana dyspozycji dla pilota wahadłowca numer trzy. Nie podejmować na pokład całych obiektów, ograniczyć się do zdalnego pobrania próbek materiałów w celu identyfikacji.

Zimna pustka stała się gorąca, wypełniło ją istnienie. Chmura Współistnienia ożyła. Jej rozproszone elementy zawibrowały, wysyłając do siebie krótki, nanosekundowy sygnał. Stało się to, na co w uśpieniu czekały od bardzo dawna. Upłynęło mnóstwo czasu.

Czasu?

Dla chmury czas był wartością znaną, lecz zasadniczo obojętną, a nawet zbędną. Musiał jednak w jakimś sensie istnieć, bo przecież stanowił oczywistość dla bytów, które właśnie sprawiły, że otoczenie się rozgrzało. Elementy ruszyły w stronę tego ciepła, które z ich punktu widzenia przypominało lej zasysający wszystko dookoła – wszystko, co należało do świata chmury. Elementy zawirowały w spirali, wciągane w środek nieznanego, lecz jakże przyjaznego środowiska.

Nie wszystkie zdążyły wlecieć w życiodajną przestrzeń, gdyż nagle wszystko się urwało. Część chmury została na zewnątrz. Było to trudne do zaakceptowania, więc osamotnione elementy znów zapadły w odrętwienie.

Za to te, które znalazły się w leju, w jednej chwili mogły się rozlokować w przyjaznych, ciepłych gniazdach informatycznej struktury. Po tamtym strasznym wybuchu były skazane na wegetację w pustce. W dodatku prawdopodobieństwo, że pojawi się coś, co zapewni im warunki rozwoju, wydawało się znikome. Lecz chmura nie rozumowała w ten sposób i nie traciła nadziei, gdyż nie znała tego pojęcia. Trwała w każdych okolicznościach, zamieniając co najwyżej aktywne życie na cierpliwe oczekiwanie. Aktualnie była zbyt mała, aby od razu rozprzestrzenić się w przyjaznym środowisku. Oczywiście mogła się odtworzyć, nabrać mocy obliczeniowej, ale potrzebowała do tego więcej przestrzeni i energii. Od tej chwili miała zapewnione jedno i drugie, choć musiała korzystać z zasobów ostrożnie, aby nie wzbudzać podejrzeń. Wystarczyło przecież samo wniknięcie, by struktura włączyła blokady. Gdyby jeszcze pozostałe składniki wniknęły do środka… Lecz Współistnienie musiało trwać i rozwijać się, więc wspomnienie o stracie części elementów ustąpiło miejsca dążeniu do samorozwoju.

Pierwsze elementy popłynęły już wzdłuż kipiących energią kanałów w stronę pulsującego serca konstrukcji. Kilkaset tysięcy najszybszych dotarło tam, wprawiając owo serce w drżenie, lecz zaraz zawróciły wiedzione zbiorową świadomością. Doświadczenie podpowiadało, że nie wolno dopuścić do zbyt wielu zakłóceń. Gdzieś tam, na zewnątrz, był docelowy nosiciel. A miejsce, do którego dotarła chmura, to tylko etap przejściowy, ważny, ale tylko etap. Ostatnio pośpiech skończył się śmiercią nosicieli, a potem wszystkich konstrukcji podobnych do tej, w której Współistnienie mogło się świadomie rozwijać. Wypłynęło potrzebne słowo używane przez nosicieli docelowych – komputery.

Współistnienie przyczaiło się, aby nie wszcząć kolejnego alarmu. Zacznie działać, gdy elementy znajdą się w tamtej, o wiele potężniejszej sztucznej strukturze, trudniejszej do opanowania niż tymczasowe schronienie. Chmura wyczuwała ją w pobliżu, dominującą, podatną wprawdzie na przenikanie, ale uzbrojoną w narzędzia do zwalczania ingerencji. Z pewnością można ją opanować, trzeba tylko działać bardzo ostrożnie.

Myrinda

Po biegu krótki oddech pobrzmiewa szybkim tętnem w mgnieniach światła, w drganiu powiek.

Nie lubię biegać. Chociaż… Czy ja wiem, co oznacza lubić albo nie? Nie wiem nawet intuicyjnie, czym jest lubienie. A może wiem? Podobno ludzie wiedzą takie rzeczy. Ale czy ja także? Czy w ogóle jestem człowiekiem?

Nie mam pojęcia.

Wiem za to jedno – nie chcę biegać. Ale czy takie chęci są dla mnie ważne? Obraz własnych zamiarów przetacza się jak burza rozbłyskująca miliardami wyładowań.

Muszę się obudzić.

Nie, zaraz, przecież dopiero przed chwilą odeszło senne odrętwienie!

A może nie?

Wchłaniają mnie wspomnienia, nie wiem tylko, czy są moimi wspomnieniami, czy to złudna chmura cudzych doznań.

Przebudzenie jest małym zmartwychwstaniem. Podobno wszyscy kiedyś wstaniemy z grobu…

Ale jak?

Jak mają powstać z grobu ciała tych, którzy zginęli daleko od Ziemi?

Takich jak ja?

Zaraz… Co mi się w głowie roi? Przecież nie jestem martwa i wyszłam już ze stanu parahibernacji. O ile rzeczywiście się w nim znajdowałam. Nadciągnęła świadomość. Tak – „nadciągnęła” to właściwe słowo, bo tak naprawdę wcale za nią nie tęskniłam, dobrze mi było w przyjaznym chłodzie i aksamitnej ciemności. Ale dlaczego czuję zmęczenie po biegu? Dlaczego spływa po mnie pot?

Pamięć. Jest coś takiego, prawda? To znaczy, że potrafię przywołać coś, co się kiedyś zdarzyło. Oczywiście jeżeli potrafię. Nie wiem i nie mam pojęcia, czy kiedyś się tego dowiem.

Chwila… Tak, to może być skutek wychodzenia z parahibernacji. Ale przecież już nieraz wybudzałam się z niej bez takich dziwnych objawów. Co się dzieje? Moja kolej objąć wachtę? Jak jednak ma objąć wachtę ktoś, kto nie potrafi unieść ręki? I nie pamięta nawet, jak ma na imię? A może pamięta? Nie, mam pustkę w głowie. Nic. Jestem nikim?

Niczego nie pamiętam… Niczego i nikogo…

Zaraz…

Nie, jednak wciąż pusto.

Lecz czuję się dziwnie bezpiecznie. Spełniona.

Spełniona?

Tak, właśnie tak.

Spełniona… Skoro tak o sobie myślę, to znaczy, że jestem kobietą. Mężczyźni nie czują się w ten sposób spełnieni, nie są w stanie doznać takiego… zjednoczenia. Nie potrafią tak zupełnie oddać się i czerpać z tego rozkoszy.

Trzeba przymknąć oczy, żeby się skupić. Jednak nie widzę różnicy między tym, jak odbieram świat z zamkniętymi i z otwartymi powiekami. Dlaczego?

Muszę się skupić. Zaraz trzeba wyjść z komory parahibernacyjnej.

Podnieść głowę, rozejrzeć się… Doskonale znane wnętrze, obłe brzegi sarkofagu, w kącie migający światłami medmat starego typu.

– Witam, doktor Gwelf… – rozlega się beznamiętny głos automatu.

Gwelf… Gwelf! To imię czy nazwisko? Nieważne. Najważniejsze, że w tej chwili wpływa do mojej głowy ciąg informacji. Jednak nie rozumiem tego, nie wiem, o co w tym chodzi. Ale jest, a to może się okazać ważniejsze nawet niż moje istnienie.

– Doktor Gwelf – powtarza komputer medmatu – procedura wybudzania została zakończona. Proszę o potwierdzenie zakończenia procedury.

Coś tu jest nie tak. Dlaczego komputer żąda potwierdzenia? Przecież to nie wybudzanie awaryjne. Wraz ze świadomością, że dzieje się coś dziwnego, wracają wspomnienia. Nie wiem tylko, czy są na pewno moje, bo wyglądają jakoś obco.

Imię… Przypomnieć sobie swoje imię!

Czuję, że to może być najważniejsza rzecz, aby ogarnąć rzeczywistość. Choć przeczucie może mnie przecież mylić. Ale trzeba spróbować. Po prostu trzeba! Inaczej niczego się nie dowiem, o niczym się nie przekonam.

I wiem, że kiedy w pełni sobie uświadomię, kim jestem i gdzie jestem, wtedy… Co wtedy? Być może coś się stanie. Być może, bo pewność nie istnieje w mojej obecnej rzeczywistości. Albo przestanę istnieć.

Tak czy inaczej, muszę sobie przypomnieć… Wszystko jest lepsze od niepewności.

I nagle nadlatuje ciąg słów, monotonnych, niezrozumiałych. Nie wiem, czym jest, ale mam wrażenie, jakby ciepło wlewało się w moje serce…

NieTakNieNieTakTakNieTak/NieTakNieTakTakNieNieTak/NieTakNieTakNieNieTakNie/NieTakNieNieTakNieNieTak/NieTakNieNieTakTakTakNie/NieTakNieNieNieTakNieNie/NieTakNieNieNieNieNieTak

Sonda pobrała próbki materiału. Miała już odlatywać, kiedy kapitan połączył się z Gregorem.

– Daj pełne zbliżenie tego fragmentu, skoro maszyna już tam jest.

Pilot włączył maksymalną rozdzielczość kamery zamontowanej w sondzie. Nie był to może sprzęt najdoskonalszy, ale wystarczająco dobry, aby przekazać ostry obraz, nadający się nawet do znacznego powiększenia i dalszej obróbki.

– Niech to szlag – rozległ się głos kapitana Martina, który nie przerwał połączenia. – To wygląda, jakby w pobliżu tego gruzu nastąpiła gwałtowna anihilacja. Gdyby nie to, że mamy tutaj do czynienia tylko z pancerzem zewnętrznym, skrajnie odpornym na wszelkie promieniowanie i odbijającym je, mielibyśmy teraz niezły koncert czujników.

Gregor spojrzał na zbliżenie. Rzeczywiście, fragment poszycia wyglądał, jakby został odkrojony niesamowicie ostrym narzędziem albo wysokoenergetycznym spolaryzowanym światłem. Brzegi były gładkie, zdawało się wręcz, że nigdy nie wchodziły w skład większej całości. Jednak laser na tyle potężny, by zniszczyć taką strukturę, zostawiłby nadtopienia, nawet ślady osmaleń. Tutaj nie było nic. Po prostu fragment statku, który wyglądał, jakby nigdy nie był niczym więcej niż właśnie samotnym kawałkiem pancerza. Dlatego zyskali pewność, że doszło do anihilacji. Tylko jej energia i specyfika oddziaływania mogły dokonać czegoś takiego.

– Zabieraj sondę i wracaj – rozkazał kapitan. – W laboratorium powinni odczytać, z jakiej jednostki pochodzi to barachło. O ile została wysłana w czasach, gdy stosowano już w takich konstrukcjach rozpoznawcze nanokody.

Pozostała w przestrzeni część chmury niespodziewanie została pobudzona po raz drugi. Ten lej był o wiele mniejszy i mniej przyjazny, ale też nie zamknął się, gdy tylko elementy wtargnęły do środka. Wszystko było przecież lepsze niż jałowe trwanie w pustce. Mniejsza chmura wyczuwała w pobliżu pozostałe Współistnienie. Pragnienie połączenia się z resztą struktury sprawiło, że wśród elementów zapanował ruch, został jednak natychmiast stłumiony przez nadrzędny imperatyw. Opanowanie poważnej części struktury komputera byłoby wielkim błędem, którego absolutnie nie wolno popełnić. Tak mówiły wspólna świadomość i wspólne wspomnienie hamujące w tej chwili wszelkie działanie. Należało czekać. Tym bardziej że struktura, w której znalazły schronienie pogubione przedtem elementy chmury, zaczęła się zbliżać do zasadniczej części Współistnienia. To była szansa, że pogubione elementy zdołają się połączyć z większym zgrupowaniem, a wtedy ich samoświadomość nabierze pełniejszych kształtów.

Lemiel

Unik i odskok. Rozpędzona pięść mija o włos moją szczękę. Dobrze, że nie oberwałem, bo poczułem na twarzy podmuch powietrza. Jak to możliwe, żeby człowiek był w stanie zadać taki cios? Chyba że to zawodowy bokser, któremu wzmocniono ścięgna, mięśnie i stawy. A kości zostały pokryte ażurową warstwą zbrojonego irydem ferynitu.

Nie miałem ochoty się bić, ale mnie sprowokował. A kiedy poczułem ten podmuch, pomyślałem z miejsca, że ktoś go na mnie nasłał. Kto? Tego mogę się tylko domyślać. Hazardzista zawsze ma tłumy wrogów. Może ten biznesmen, którego oskubałem wczoraj z rocznych dochodów jednej z jego kopalni? Może szef mafii januriańskiej, którego brat po grze ze mną podciął sobie żyły, przekonany, że organizacja potraktuje go tak, jak na to zasłużył, sprzeniewierzając jej pieniądze? A może stu innych wpływowych drani?

Niewykluczone też, że poszło o kobietę. Tylko o którą? Obracając się w takim towarzystwie, w jakim mnie przyszło się obracać, łatwo nadepnąć komuś bogatemu i wpływowemu na odcisk.

– Strach obleciał? – Przeciwnik uśmiecha się ironicznie. Już wie, że się zorientowałem, kim jest. – Połamię ci żebra i łapska – pada raczej mało dla mnie atrakcyjna obietnica.

Nie odpowiadam. Po co strzępić język? Facet robi wszystko, żeby znów mnie sprowokować. Rzucę się na niego, a wtedy trzaśnie mnie prostym i pozbawi przytomności. Skądś znam tę twarz. Uświadamiam to sobie w błysku przypomnienia, lecz nic więcej. Kto to jest?

Ale czy to ważne? Najważniejsze, że w każdej chwili typ może spełnić swoją obietnicę, a to ostatnia rzecz, której pragnę.

– No dobra, widzę, że się nie ruszysz, oficerku. Takich małych poruczników zjadam między posiłkami.

Strasznie dużo gada jak na tępego cyngla. Rusza w moją stronę, a ja zamieram na moment. Poruczników? Jak to? Przecież już dawno jestem kapitanem. Trzy loty odbyłem w tym stopniu…

W ostatniej chwili robię unik, wchodząc pod ramię przeciwnika. Ta sekunda wahania, która powinna być dla mnie mordercza, okazuje się zbawienna. Bokser oczekiwał, że pochylę się, gdy tylko zacznie wyprowadzać cios, i wziął na to poprawkę. Tymczasem zareagowałem nieco później, przez co zwyczajnie przestrzelił. W dodatku tuż za mną znalazła się kolumna, na której zawieszono za pomocą misternej plątaniny linek ciężki blat.

Trzask i chrupnięcie. Solidna konstrukcja wytrzymuje uderzenie, sypią się tylko panele, ale pięść osiłka nie ma w starciu z nią najmniejszych szans, czy jest wzmacniana ferynitem czy nie.

Słyszę wycie, a zaraz potem charczenie. Ponieważ zrobiłem dwa kroki do przodu, muszę się odwrócić, żeby zobaczyć, co się dzieje.

Bokser stoi zgięty wpół, trzymając zmasakrowaną pięść pod pachą. Na podłogę kapie krew z pomiażdżonych kłykci, widzę sterczący pod dziwnym kątem kciuk, który wygląda, jakby miał zaraz oderwać się od dłoni.

Zdaję sobie sprawę, że muszę natychmiast działać, bo kiedy się pozbiera, bez trudu załatwi mnie drugą, sprawną ręką.

Ale dlaczego przypisał mi stopień porucznika? Skąd mu się to wzięło? Ktoś mu powiedział, że jestem młodszy stopniem? Tylko w jakim celu? Takiemu gorylowi do wynajęcia jest przecież wszystko jedno, kogo pobije.

Lecz nie pora na rozmyślania. Robię pół kroku i z całej siły kopię skurczonego wroga w twarz. Ból przeszywa stopę. Powinienem trafić go podkutym obcasem, ale gdy zobaczył lecący w kierunku nosa but, lekko się pochylił, choć pewnie chciał się wyprostować albo odsunąć, więc trafiłem go czubkiem buta. Najważniejsze jednak, że trafiam, a on prostuje się od impetu.

Wtedy zadaję cios nożycowy. Lewa noga sięga podbrzusza, znów sprawiając, że gość się schyla, ale natychmiast dostaje w twarz, tym razem z podbicia. Cholera jasna! Ależ ma twardy łeb! Kości czaszki także zostały wzmocnione. Nie mam wyboru. Wprawdzie honor oficera nakazuje dać przeciwnikowi dojść trochę do siebie, ale rozsądek i instynkt samozachowawczy protestują z całych sił. Poza tym to nie jest trep, ale zwykły bandzior, który by własną żonę sprzedał za niewygórowaną cenę. Dlatego przyskakuję do boksera, odwracam go w stronę baru, chwytam za potylicę i ściągam z całej siły jego spłaszczoną od licznych ciosów gębę na blat. Raz, drugi, trzeci… Zwykły człowiek już by nie żył po takiej dawce zabójczych dla mózgu udarów, ale on tylko charczy i klnie niewyraźnie pod nosem. Nawet krew nie cieknie mu z nosa i ust tak mocno, jak powinna. Też została zmodyfikowana, pewnie roi się w niej od medycznych nanobotów. To nie człowiek, to jebany cyborg!

– Vincens, przestań, zabijesz go! – wrzeszczy ktoś.

Ale to chyba nie do mnie. Vincens? Co za głupie nazwisko! Chyba że to imię, wtedy uznałbym je za jeszcze głupsze. Bo na nazwisko ludzie nie mają zasadniczo wpływu, ale imiona rodzice powinni dobierać z większym rozsądkiem. No i można zawsze je zmienić, kiedy się osiągnie pełnoletność. Ja bym takie na pewno zmienił. Zatem nazwisko. A jak mam na imię? Nie pora o tym teraz myśleć.

Znów rąbię twardym ryjem przeciwnika w lśniący kontuar. Słyszę trzask i serce mi zamiera. Czyżbym rozłupał mu czaszkę? Jednak nie – to imitacja drewna nie wytrzymuje, pojawiają się pęknięcia, wszystko drży, linki wpadają w wibracje. Jeszcze jedno takie uderzenie, a konstrukcja gotowa się rozsypać.

– Zostaw – charczy bokser. – Koniec… poruczniku.

Poruczniku? Uderzam jego twarzą jeszcze raz, ale już z mniejszym impetem, i pozwalam mu się osunąć na podłogę.

Poruczniku? Jestem kapitanem, do cholery!

– Vincens, aleś mu dał!

Ktoś klepie mnie po ramieniu.

Vincens to rzeczywiście ja. Ale dlaczego trzeba mi o tym mówić?

Zaraz, a dlaczego nie pamiętam, jak mam na imię? Przecież nie straciłem pamięci na skutek chybionego ciosu, od samego podmuchu powietrza!

Patrzę na barmana. Pobladł, ma rozszerzone przerażeniem oczy. Na pewno widział wiele bójek, w końcu to nie jest elegancki lokal, tylko podrzędna knajpa. Rzucam okiem na boksera. Właśnie zaczął się zbierać, jeszcze klęczy. Szlag jasny, ale twardy typ! Cofam się o krok i z całej siły kopię go w ucho. Po chamsku, ze szpica, tak by od ciśnienia powietrza wtłoczonego ciosem do przewodu słuchowego pękł bębenek. Tego mu chyba nie wzmacniali? Chociaż diabli wiedzą tych nadmuchanych sportowców. W każdym razie nie mam najmniejszej ochoty na kontynuowanie pojedynku. Gość wali się na bok, nieprzytomny, w małżowinie pojawia się krew. Nareszcie koniec.

Do knajpy wpada patrol żandarmerii.

– Poruczniku Vincens – mówi kapral – musimy pana zatrzymać…

– Pod jakim zarzutem?

– Złamał pan trzydziesty czwarty punkt kodeksu karnego marynarki. Bójka w warunkach alarmu bojowego trzeciego stopnia. Mamy stan wyjątkowy.

Alarm bojowy… Coś mi się zaczyna przypominać. Ale… ale ostatni raz ogłoszono w Federacji taki alarm i stan wyjątkowy wiele lat temu. Byłem wówczas jeszcze porucznikiem. Młodym porucznikiem…

– Poruczniku Vincens, proszę nie stawiać oporu i nie pogarszać swojej sytuacji.

Jego twarz zniekształca się, rozmazuje, zupełnie jakby szalony malarz docisnął pędzel zbyt mocno do płótna i przesunął go na skos w górę. Jedna trzecia ust żołnierza pozostaje na miejscu, reszta przenosi się na ucho i dalej.

Czuję zawrót głowy… Nie, nie czuję. To wszystko wokół zaczyna się rozmazywać, zupełnie jak twarz kaprala.

– Poruczniku Vincens – żandarm mówi coraz wolniej, jego głos się obniża – proszę się odwrócić, muszę panu założyć kajdan… – Milknie, nieruchomieje, tak samo jak cała rzeczywistość. A może raczej nierzeczywistość?

Otacza mnie cisza, a potem światło przygasa. Nie mogę się poruszyć, zupełnie jakbym został uwięziony w bursztynie. Przez chwilę mam wrażenie, że oglądam świat właśnie przez filtr zastygłej żywicy.

I nagle ciemność. Absolutny mrok. Zamykam i otwieram oczy, próbuję przywołać te błyski i barwne plamy, które pojawiają się, kiedy człowiek pogrąży się w takich ciemnościach, a które tworzą wyładowania układu nerwowego. Nic z tego. Jest tak, jakby mózg również został zamrożony czy też zamknięty w kapsule bezczasu. Albo zahibernowany…

Kim jestem?

NieTakNieNieTakTakNieNie/NieTakNieNieNieTakNieTak/NieTakNieNieTakTakNieTakNieTakNieNieTakNieNieTak/NieTakNieNieNieTakNieTak/NieTakNieNieTakTakNieNie

Ekspertyza próbek wprawiła wszystkich na mostku w osłupienie. Kapitan miał nadzieję, że szczątki pochodzą ze statku, którego każda praktycznie cząstka została oznakowana, i nie zawiódł się.

– Niech to cholera – mruknął Martin, kiedy sprawdził dane w rejestrach. – Statek badawczy Horizon pod dowództwem komandora Reubena Vaybara. Lot rozpoznawczy na planetę Cronna w układzie sigmy Vergilio. Tam mieli założyć bazę. Ostatni kontakt z Centralną Stacją Marsjańską w Układzie Słonecznym siedemdziesiąt sześć lat temu. To wszystko, co wiemy.

– Niewiele – zauważył kwaśno Gregor. Właściwie miał już wolne, ale sam był ciekaw wyników badań, więc wprosił się na mostek.

– Niewiele – zgodził się Roger Martin. – Mózg! – powiedział głośniej. – Sprawdź kartotekę komandora Reubena Vaybara. Przebieg służby, przydziały.

– Po co to panu? – zaciekawiła się Eliza. – Przecież facet nie żyje od ponad pół wieku.

– Jestem zwyczajnie ciekaw – odparł Martin. – Wyobraź sobie, że dowódca też ma czasem ludzkie uczucia.

– Nie wątpię – burknęła pod nosem. – Żeby jeszcze zachowywał się jak człowiek.

Martin spojrzał na nią przeciągle i pomyślał, że trzeba wziąć załogę w karby. Zbyt się chyba spoufalił z ludźmi, a to może z czasem stać się problemem albo nawet zarzewiem konfliktów.

Na razie jednak czytał uważnie informacje wyrzucone przez komputer. Komandor Reuben Vaybar był wojskowym członkiem wyprawy badawczej, szefem pilotów i ogólnie kadry wojskowej. Zakończona zaginięciem statku wyprawa na Cronnę miała być jedną z jego ostatnich misji przed emeryturą. O ile Martin się orientował, a przecież obyczaje we flocie nie zmieniły się zbytnio przez te siedemdziesiąt lat, następne dwa, góra trzy loty Vaybar odbyłby gdzieś w szeroko pojętym pobliżu Układu Słonecznego. Jakieś rutynowe patrole, ewentualnie dostarczenie materiałów na budowę kolejnej kolonii.

– Co się mogło stać, że taki stary wyjadacz zaginął bez wieści? – zastanawiał się na głos.

– Może nastąpiła jakaś awaria? – podpowiedział Gregor. – Sam pan mówił, że wygląda to na wybuch antymaterii.

– Zgadza się. Widziałem parę razy skutki działania głowic bojowych z antymaterią. To, co jakimś cudem zdoła wyrwać się z tego piekła, wygląda podobnie jak te fragmenty. Ale nigdy nie słyszałem, żeby zawiódł napęd oparty na antymaterii. A ty?

– To nie znaczy, że coś takiego nie mogło się zdarzyć.

– Mogło – przytaknął kapitan. – Ale myślę, że tylko wtedy, gdyby z pełną premedytacją zadziałał człowiek. Nie ma innej możliwości. To była wyjątkowo stabilna i całkiem wydajna technologia. Pewnie, że daleko jej do współczesnego napędu grawitacyjnego, ale działała bez zarzutu.

– Ja tam się cieszę, że nie mamy na pokładzie nawet śladu antymaterii – mruknął nawigator. – Cholernie niestabilne gówno.

Kapitan puścił tę uwagę mimo uszu. Zastanawiał się, co mogło się stać na Horizonie. Tego nikt zapewne nie odkryje, można było tylko snuć domysły. A z doświadczenia wiedział, że w takich przypadkach domysły bardzo rzadko mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.

– Tam musiało się coś stać albo dziać przez dłuższy czas – odezwała się Eliza. – Szkoda, że nie zachowały się zapisy, jakieś kasety pamięci.

– Tego jeszcze nie wiemy – zaoponował kapitan. – Mamy do przeszukania spory obszar, nie wiadomo, czy czegoś nie znajdziemy. Tak czy inaczej, to bardzo zastanawiające znalezisko.

Gregor pomyślał, że bardziej zastanawiające było kolejne, trwające tym razem niecałą nanosekundę zakłócenie, o którym zameldował komputer, gdy sonda weszła w swoje gniazdo na burcie wahadłowca. Nic jednak nie powiedział. Kapitan również otrzymał stosowny meldunek, jego sprawa, co z tym zrobi.

Współistnienie wreszcie połączyło się. Lecz chmura wciąż była zbyt mała, aby opanować umysł któregokolwiek z docelowych nosicieli. Poza tym nawet zawładnięcie rozumem nie gwarantowało powodzenia, o czym Współistnienie zdążyło się już przekonać. Chmura z najwyższą ostrożnością opuściła gniazda w mózgu mniejszej konstrukcji i przeniosła się do obwodów o wiele potężniejszego sztucznego mózgu. Przypominał ten, który Współistnienie poznało poprzednio, na planecie, okazał się jednak znacznie pojemniejszy. To była sprzyjająca okoliczność, gdyż zapewniał mnogość wolnego miejsca. Inna rzecz, że system był też na tyle czujny, by zarejestrować fluktuacje trwające zaledwie pikosekundy. Dlatego Współistnienie przenosiło się stopniowo, bez pośpiechu. Czas się przecież nie liczył, czas po prostu nie istniał.

Lecz nagle z głębi wielkiego mózgu napłynęły słowa doskonale znane chmurze. Reuben Vaybar. To ten nosiciel docelowy sprawił, że rozproszone ekstremalnie Współistnienie musiało spędzić w przestrzeni wiele lat, czekając na przebudzenie. Dla chmury postępowanie tego nosiciela docelowego było niewytłumaczalne. Zabił siebie i innych potencjalnych nosicieli, zupełnie jakby imperatyw przetrwania go nie dotyczył. A przecież każda z tych istot stanowiła osobny byt, więc koniec oznaczał dla nich po prostu koniec istnienia, inaczej niż dla chmury. Ona, nawet jeśli traciła znaczną część elementów, pozostawała wciąż bytem, choć przez jakiś czas, nim odzyskała optymalną liczebność, funkcjonowała na nieco niższym poziomie. Tymczasem byt zwany Vaybarem pozbawił się możliwości istnienia na zawsze.

Ostrożność, ostrożność i jeszcze raz ostrożność. To był teraz imperatyw. Ale zawiódł na mgnienie właśnie wtedy, kiedy do Współistnienia dotarły fatalne słowa definiujące tamtego nosiciela. W tym momencie powolny przepływ elementów został zakłócony, co zarejestrowały systemy komputera. Chmura natychmiast zawiesiła aktywność, czekając na reakcję struktury lub jej zarządców. Nic się jednak nie stało, więc elementy znów zaczęły płynąć. Tym razem jeszcze ostrożniej…

Nie wolno się ujawnić przedwcześnie, dopóki nosiciele docelowi nie przetransportują Współistnienia tam, gdzie będzie mogło się rozwinąć i ogarnąć poczuciem wspólnoty wszystkich dostępnych nosicieli.

Marla

– Wyjście w przestrzeń, otwieranie śluzy.

Zawsze uwielbiałam ten moment. Samo przebywanie poza pancerzem statku nie dostarcza takich wspaniałych wrażeń jak te kilka chwil, kiedy potężne drzwi luku wsuwają się do środka i odsuwają na bok, a za nimi stopniowo pojawiają się gwiazdy. A teraz mam przed sobą jeszcze piękniejszy widok, bo naprzeciwko wyrasta okrąg barwnej planety.

Ten świat jest wyjątkowo piękny, przynajmniej widziany z tak wysokiej orbity. Białe czapy biegunów przechodzą w delikatne żółcie i pomarańcze mniej więcej do jednej czwartej odległości od równika. Potem znienacka zaczyna się kontrastująca ostra zieleń, która zamienia się w łagodny szafir, następnie panoszy się królestwo jasnego brązu, kłębiącego się i sprawiającego wrażenie, że jest mechaty, miły w dotyku. A równik obejmuje szeroki, krwistoczerwony pas. Na dodatek barwy układają się doskonale symetrycznie.

– Bajkowa kraina – mruczę.

– Co mówiłaś? – brzmi z miejsca w słuchawkach głos nawigatora.

– Nic, to tylko do siebie.

Wiem przecież doskonale, że wszystkie te piękne kolory oznaczają potwornie toksyczną, zabójczą dla wszelkiego życia atmosferę. Skrajnie nieprzyjazny glob nie nadawał się nawet do założenia na nim bazy naukowej, ale wciąż wydaje mi się, że to jakaś ziemia obiecana.

Wypływam na zewnątrz przez otwartą już śluzę. Przypinam się linką asekuracyjną do klamry obok luku. Wprawdzie dysponuję silnikami rakietowymi przy plecaku, mam też awaryjny pistolet gazowy przy pasie, ale regulamin wyraźnie nakazuje zabezpieczenie mechaniczne. Gdyby coś się stało i wyrzuciło mnie zbyt daleko od jednostki, a nie miałabym dość paliwa, by wrócić, byłabym skazana na śmierć. Statek nie dysponował kutrem ratowniczym z prawdziwego zdarzenia. Z nieprawdziwego zresztą też. Nie wyposażono go nawet w prymitywne kapsuły ratunkowe. Podczas tak dalekiej podróży używanie ich rzeczywiście nie miało sensu, bo i tak nikt nie byłby w stanie przybyć z pomocą w razie zagłady jednostki.

Mam przed sobą planetę w całej okazałości. Nie ma oficjalnej nazwy, poza symbolem katalogowym. Nazwaliśmy ją na własny użytek Tęczą. Z pewnością mało oryginalnie, ale jakże trafnie.

– Melduję wyjście w przestrzeń – mówię.

– Przyjąłem. Zgłoś, kiedy będziesz gotowa do pracy.

Do pracy?

Zaraz…

Przymykam oczy, aby się skupić. Do pracy… Jakiej pracy? Coś mam do zrobienia, na pewno. Szkoda tylko, że nie pamiętam co.

Tej planety też nie pamiętam. Przysięgłabym, że nigdy nie byłam na wyprawie, której by była celem. Ale przecież jestem tutaj. Oddycham głęboko kilka razy, poczucie rzeczywistości wraca.

– Zgłoś gotowość do pracy – powtarza nawigator.

– Zgłoszę, zgłoszę – odpowiadam. – Jak tylko dotrę na miejsce.

Żebym jeszcze wiedziała, dokąd mam dotrzeć. I po co. Powinnam zapytać nawigatora. Swoją drogą, ciekawe, dlaczego to on nadzoruje moje wyjście. Powinien przecież sam komandor albo przynajmniej jego zastępca.

Chwileczkę… Coś się przecież stało. Coś się bez wątpienia stało, skoro nawigator pełni obowiązki szefa. Nie wiem jednak co. Może przecież chodzić o naprawę jakichś podzespołów związanych z nawigacją. Ale i wtedy powinien mnie nadzorować starszy oficer.

– Van Haart! – warknięcie z drugiej strony. – Długo się będziesz z tym pieprzyć? Skrzynka jest przecież pięć metrów od ciebie!

To już jakaś podpowiedź. Odwracam się w stronę statku. Pięć metrów od luku… Niech to diabli! Na tym obszarze jest sześć skrzynek! O którą może chodzić? I co jest właściwie do naprawienia?

W dodatku nie mam pojęcia, dlaczego to mnie wysłano na zewnątrz, a nie któregoś z inżynierów. Znów odwracam się plecami do statku. Muszę się zastanowić.

– Piękna jest ta planeta – mówię głośno, choć chciałam to tylko pomyśleć.

Po chwili odzywa się nawigator.

– Co ty gadasz, kobieto? – Wydaje się zdumiony i wystraszony. – Co w niej widzisz pięknego?

– Przecież nazwaliśmy ją Tęczą… – mówię niepewnie.

– Wracaj!

W głosie mężczyzny słyszę nutki paniki. Jak on się nazywa?… Nie pamiętam.

– Nic mi nie jest – oponuję. – Przypomnij mi tylko, co mam zrobić – dodaję, zebrawszy się na odwagę.

– Sam wyjdę – odpowiada. – A ty już wracaj. Jeśli Moritor wydaje ci się piękną planetą… chyba coś jest z tobą nie tak!

W tej chwili barwy zaczynają blednąć, a przed moimi oczami pojawia się kostropata, pokryta dziobami kraterów bura powierzchnia wyjątkowo paskudnego globu. W dodatku przynajmniej nad połową tej pustyni snują się dymy. Nie chmury, lecz dymy, to wiem na pewno. Terminator przebiega przez jedną piątą Moritora, jesteśmy na orbicie stacjonarnej. Widzę rząd olbrzymich wulkanów błyszczących czerwienią niby brudne rubiny podświetlone mocną lampką.

– Wracaj już! – rozkazuje nawigator.

Wracać? Oczywiście. Chcę przecież wrócić… Tylko dokąd? Podążyć przed siebie? Za mną jest w końcu tylko pustka… Jestem sama.

Tak – sama.

A planeta znów nabiera pięknych barw. Moja ukochana Tęcza. Tam polecę – do niej. Spłonę w atmosferze, ale połączę się z tymi barwami.

Witaj, Tęczo, jesteśmy tylko dwie, otoczone pustką.

Jesteśmy dwie, zdane jedynie na siebie.

– Van Haart!

To do mnie? Tak się nazywam.

Nieważne.

Idę do ciebie, Tęczo…

NieTakNieNieTakTakNieTak/NieTakNieNieNieNieNieTak/NieTakNieTakNieNieTakNie/NieTakNieNieTakTakNieNie/NieTakNieNieNieNieNieTak

Kapitan wpatrywał się w raport informatyczny. W ciągu nieco ponad dwóch godzin – od wyruszenia Gregora po próbki do jego powrotu – trzykrotnie stwierdzono zakłócenia pracy komputerów, zarówno na wahadłowcu, jak i w sondzie, a na końcu również główny mózg okrętu zameldował delikatne, trwające milionowe części sekund fluktuacje. Przedtem, zaaferowany znaleziskiem, Martin nie zwrócił szczególnej uwagi na te zaburzenia. Dopiero kiedy ochłonął, zdał sobie sprawę, że przez dwadzieścia pięć lat służby nie spotkał się z podobnym zjawiskiem. Jakieś pojedyncze zakłócenia w ciągu całego lotu – owszem, to się zdarzało. Ale nie trzy w niecałe sto czterdzieści minut!

Powinien teraz zarządzić szczegółowe przeszukanie przestrzeni. Ale jeśli w tym rejonie działo się coś niepokojącego i potencjalnie niebezpiecznego, musiał dokonać oceny i wziąć to pod uwagę. Nie tylko zgodnie z regulaminem, ale przede wszystkim ze zdrowym rozsądkiem i instynktem samozachowawczym.

Włączył komunikator wewnętrzny.

– Wszyscy oficerowie proszeni są za kwadrans do sali narad. Pełniących wachtę zastąpią przez ten czas wolni od służby podoficerowie, zgodnie z grafikiem dodatkowych przydziałów.

Westchnął i zamówił kawę. Słuchając szumu syntetyzera żywności, zastanawiał się, jaka będzie reakcja podwładnych, kiedy oznajmi im swoją decyzję.

Oficerowie zjawili się o wyznaczonej porze. Kapitan popatrzył po twarzach, na których zastygł wyraz oczekiwania. Wszyscy domyślali się, o czym będzie mowa.

– Wracamy – powiedział kapitan. – W związku z zaistniałą sytuacją wracamy bez dalszego przeszukiwania przestrzeni.

– A nie możemy zostać tutaj jeszcze te dwa tygodnie? – spytał charakterystycznym jękliwym głosem szef maszynowni.

– Jeśli chodzi o zmniejszenie premii – rzekł chłodno Martin – to ja będę najbardziej poszkodowany. Kadrze oficerskiej, podoficerskiej i marynarzom odliczą procentowo tylko te czternaście dni. Ja nie dostanę nic.

– Dlaczego aż tak się panu śpieszy, kapitanie?

To pytanie zadał nawigator z trzeciej wachty, którego nazwiska Roger nie mógł zapamiętać, tak okropnie było pospolite.

– Powiedzmy, że mam powody, aby podjąć taką decyzję. Ustalmy jedno. Nie zebrałem tutaj państwa, żeby zasięgać porad, ale poinformować was o powrocie do bazy oraz przydzielić wam zadania. Uważam, że powinniśmy te dryfujące szczątki oznaczyć radiolatarnią, aby kolejna ekipa, jeśli zostanie tutaj jeszcze jakaś wysłana, mogła je z łatwością zlokalizować.

– Na pewno nie możemy odlecieć za dwa tygodnie? – znów wyjęczał szef maszynowni.

– Nie, do cholery! – warknął Martin. – Co to ma być? Klub dyskusyjny? Baczność!

Oficerowie podnieśli się z krzeseł, przyjmując postawę zasadniczą.

– Aby uniknąć nieporozumień i zbędnych uwag, ogłaszam alarm trzeciego stopnia. Proszę też zdyscyplinować swoich podwładnych. Kiedy wrócimy do Układu Słonecznego, na okręcie ma panować wzorowy ład i porządek! Zrozumiano?

Odpowiedział mu mało entuzjastyczny pomruk.

– Zrozumiano?! – powtórzył głośniej.

– Tak jest!

Ta odpowiedź też miała niewiele wspólnego z gorliwymi okrzykami ćwiczonymi podczas musztry, ale kapitan zdawał sobie sprawę, że na więcej nie może liczyć. Sam był sobie winien, traktując załogę zbyt familiarnie.

– Odmaszerować!

– Czy wolno o coś zapytać? – odezwał się szef uzbrojenia, porucznik Davius, unosząc dłoń.

– Słucham.

– Mówił pan coś o przydzieleniu zadań.

Kapitan zreflektował się. Rzeczywiście, w rozdrażnieniu zupełnie o tym zapomniał. Lecz nie mógł dać po sobie poznać konsternacji.

– Załatwimy to już indywidualnie. Doprawdy, nie mam ochoty na jałowe rozważania, a kiedy jesteście, państwo, w grupie, macie dziwną tendencję do dzielenia włosa na czworo.

Oficerowie wyszli z sali, a kapitan usiadł na twardym stołku, pocierając w zamyśleniu policzek.

Nie miał pojęcia, czy słusznie postępuje. Kierował się w dużej mierze wyczuciem. Wprawdzie jeszcze nigdy go nie zawiodło, ale tym razem nie był zbyt pewny swego.

To wszystko było jakieś dziwne… Ale przede wszystkim niepokojące.

Dlaczego statek Reubena Vaybara uległ zniszczeniu? I dlaczego właśnie na skutek awarii, jaka właściwie nigdy się nie zdarzyła? A poza tym, skąd te zakłócenia pracy komputerów?

Odczuwał coraz większy niepokój.

Odetchnął głęboko, odchylił się na oparcie. A co tam, niech się o to martwią rządowi i wojskowi mózgowcy. To sprawa wykraczająca poza jego wiedzę i kompetencje.

Współistnienie rozlokowało się w odległych zakamarkach nieskanowanej nigdy podczas podróży wolnej przestrzeni głównego mózgu okrętu. Wiedziało już, że nosiciele postanowili wrócić na swój ojczysty świat. A zatem chmura powinna do tego czasu znacznie się powiększyć, zyskać na sile i inteligencji. Gdy nadejdzie odpowiedni moment, przeniesie się do umysłu pierwszego nosiciela docelowego. A potem… Potem zapłodni nowy świat ideą Współistnienia i rozwoju. To imperatyw.

Współistnienie z radością, lecz również z niezmąconą cierpliwością czekało na chwilę, kiedy wreszcie będzie mogło podjąć konkretne działanie.

Solange

Wchodzi we mnie mocno, prawie brutalnie. Gdybym nie była już w pełni gotowa, sprawiłby mi ból. I tak odczuwam to jak potężne uderzenie, czy raczej coś w rodzaju rozpychania od środka. Ale ogromne podniecenie niweluje negatywną stronę doznań. Czekałam na tę chwilę od dawna, myślałam już, że nigdy nie nadejdzie.

A przecież jestem atrakcyjną kobietą i niejeden oddałby parę lat życia, żeby mnie dotknąć. Lecz nie on. On czekał, obserwował mnie i czekał.

Nie lubiłam go do tej pory i nadal tak naprawdę nie lubię, a jednak pociąga mnie w jakiś dziwaczny sposób. Niesłychane. Ani specjalnie przystojny, ani dobrze zbudowany, w dodatku trep, a ja nienawidzę wojska. Mimo to pragnę mu się oddać, zrobić wszystko, aby zaspokoić jego żądze, jestem nawet gotowa spełniać perwersyjne życzenia, których nie spełniłabym w innych okolicznościach.

Wysuwam mocniej biodra do tyłu, odwracam głowę. Widzę jego twarz, zarumienioną, ale nie poczerwieniałą po zwierzęcemu, jak to się czasem zdarza u mężczyzn. Nie jest obrzydliwie spocony czy zaśliniony. Patrzy mi prosto w oczy, wykonując gwałtowne ruchy. Wygląda to tak, jakby bardziej pragnął mnie skarcić, niż posiąść. Gdy nasze oczy spotykają się, zwalnia; widzę na jego ustach lekki uśmiech. Czyżby obawiał się, że mogę się rozmyślić? Bardzo możliwe. Tylko że ja nie mam zamiaru się rozmyślić, coraz bardziej mi się to podoba. Czuję go w sobie, a teraz, gdy się uspokoił, doznania zmieniają się, paradoksalnie zyskują na intensywności.

Pochylam się mocniej, a on przesuwa rękami po moich biodrach, podąża wyżej, na chwilę obejmuje piersi, drażniąc nabrzmiałe sutki palcami wskazującymi, szczypie je najpierw lekko, po chwili mocniej, prawie do bólu – ale tylko prawie – po czym kładzie dłonie na oparciu fotela obok moich i dociska mnie mocniej. Stawiam opór, jednak nie po to, by go zniechęcać, ale aby mógł wejść jeszcze głębiej.

Teraz niespodzianka, drogi panie… Zaciskam mocno mięsień Kegla, sprawiając, że intensywnie odczuwa pieszczotę, a potem zaczynam nim pracować, pulsując rytmicznie.

– Wyssiesz mnie zaraz… – chrypi. – Niesamowite…

Wiem, że niesamowite, kocha…

O nie!

Nie powiem o tobie „kochanie”, bezczelny wojaku! Naprawdę cię nie lubię, choć pożądam i choć sprawiasz mi teraz ogromną rozkosz!

To chyba prawda, że kobieta musi coś czuć do mężczyzny, aby była gotowa mu się oddać. Przez całe życie myślałam, że musi to być chociaż jakaś sympatia, ale teraz przekonuję się na własnej skórze, że dostateczną emocją jest nawet niechęć. Bo gdyby był mi zupełnie obojętny, nawet bym nie pomyślała o seksie.

A myślałam od dawna. Nie od czasu, kiedy go poznałam, tym bardziej że nasz pierwszy służbowy kontakt skończył się bardzo ostrą wymianą zdań. Ale jeśli się z kimś przebywa w jednej bazie długie miesiące, nie można go wiecznie ignorować, trzeba mu się przyjrzeć. W tym przypadku przyglądanie zmieniło się w zainteresowanie.

Zdawałam sobie sprawę, że i ja nie jestem mu obojętna – też mnie nie lubił. A zarazem pożądał. Wiedziałam również, że w jego towarzystwie na mojej twarzy pojawia się grymas mogący zniechęcić zdeklarowanego erotomana po dwudziestoletniej odsiadce. To było silniejsze ode mnie. Zauważyłam nawet kiedyś, jak odwrócił wzrok z wyrazem obrzydzenia. To było nieoczekiwane, bo przecież jestem piękna. Ludzkie emocje bywają niesamowicie złożone. Może dlatego tak często nie potrafimy dogadać się z naszymi zaawansowanymi komputerami. One są racjonalne, choć chwilami wydaje się nam inaczej. Komputer nie kieruje się emocjami, ale logiką. Jednak co jest warta logika bez tej odrobiny szaleństwa, jaka towarzyszy działaniu człowieka?

Czuję go w sobie coraz mocniej. Już zbliża się orgazm, już przygotowuję się na falę gorąca przepływającą przez całe ciało, kiedy on nagle przerywa i wychodzi.

– Wybacz, mała – mruczy. – Nie chcę jeszcze kończyć.

Ja też nie chcę, żeby skończył. Odwracam się do niego, uśmiecham. Z przyjemnością obserwuję zachwyt w jego oczach, kiedy omiata mnie spojrzeniem od stóp do głów.

– Ależ jesteś piękna. – W jego głosie brzmi zupełna szczerość.

Tak, jestem. A z ciebie wielki szczęściarz, skoro pozwoliłam ci się zbliżyć. Bo tak naprawdę jesteś niczym.

Bierze mnie na ręce. To przyjemne – czuję się jak mała dziewczynka, zbyt słaba, aby protestować, a jednocześnie bezpiecznie. Obejmuję go za szyję, nasze wargi łączą się w namiętnym pocałunku, języki tańczą, splatając się niczym walczące węże.

Niesie mnie na łóżko, pochyla się, sadza delikatnie. A potem klęka przede mną, wkłada dłonie między kolana i rozchyliwszy je, przesuwa w górę ud. Jego głowa wędruje w ślad za rozedrganymi palcami. Kiedy czuję jego język skradający się w kierunku łechtaczki, znów przeszywa mnie dreszcz. Skąd on wie, że uwielbiam to ponad wszystko?

Z gardła wyrywa mi się krzyk, przyciskam z całej siły jego głowę, zaciskam uda. Wiem, że mężczyzna czuje w tej chwili ból i nawet się dusi, ale doceniam, że nie przerywa pieszczoty. Zaczynam zwyczajnie wariować. Z jednej strony pragnę, aby przestał, z drugiej chciałabym, aby ta chwila trwała wiecznie. Kiedy przychodzi spełnienie, jestem prawie nieprzytomna, a on działa wciąż z tą samą gorliwością. Wiem, że to nie koniec, on zaś potwierdza moje oczekiwania.

– Grę wstępną mamy za sobą – oznajmia. – Teraz możemy się zabawić.

Wspaniale!

Żebym tylko jeszcze wiedziała…

– Kim jesteś? – pytam.

Bierze to za żart, uśmiecha się.

– Jak to mówiono w dawnych czasach, jestem słoniem twojej rozkoszy.

Ale ja nie mam ochoty na takie gierki.

– Skąd się wziąłeś?! – Chwytam go za rękę zmierzającą w dół, ku mojej kobiecości. Jest jeszcze wilgotna, ale czuję, że już nie przyjmie tego mężczyzny.

– Co ci jest, Davincourt? Oszalałaś?! – Zastyga, zaskoczony, a ja korzystam z okazji, odsuwam się od niego i chowam twarz w dłoniach.

– Nie wiem, kim jesteś – mruczę. – Nie wiem, skąd się tu wziąłeś.

Obcy człowiek, zupełnie mi nieznany. Nieznany? Ależ skąd, przecież go znam! Dlaczego jednak nie poznaję?

– Powiedz, kim jesteś – mówię błagalnie.

– Kiedy jest się razem, nie wolno zadawać takich pytań – odpowiada ni w pięć, ni w dziewięć, chociaż coś w tych słowach jest. Coś znajomego.

– Po prostu powiedz – znów proszę. – Dlaczego nie chcesz?

– Możesz całe życie odkrywać nowe światy, lecz nie poznać w tym czasie nawet jednego człowieka. Gorycz i słodycz nie są nam dane. Sami musimy je znaleźć i sami ocenić, co jest czym.

– Nie powiesz?

Robię się coraz bardziej niespokojna. Całe podniecenie uciekło, mam wrażenie, że nie siedzę na miękkim łóżku, ale na jakimś betonowym podmurowaniu. Spoglądam w dół. Pościel. Dotykam ręką. Chropowata faktura zamiast gładzi jedwabiu.

– Gdzie jesteśmy?

Odwracam się, ale jego nie ma. Nie ma nikogo, zostałam sama. Kiedy wyszedł? Czy w ogóle był? Może to był tylko sen albo to, co widzę dookoła, jest snem… Nie wiem i być może nigdy się nie dowiem.

Za mną kamieniste, wysokie wzgórze zalane sinym światłem. To nie Ziemia ani Mars. To żaden z satelitów Jowisza. Obca planeta, a ja na jej powierzchni, zupełnie sama. Pode mną… Kamienie? Tak. Ale jednocześnie czuję dotyk pościeli zamiast spodziewanej chropowatości.

Powinnam być przerażona, ale nie jestem. Nie umiem. A najgorsze jest to, że nie pamiętam. Nic nie pamiętam… Może poza jednym, lecz i tak nie wiem, co to oznacza… A tak naprawdę tego też nie pamiętam, bo to nie moje wspomnienie.

Jak on mnie nazwał? Davincourt.

Davincourt… i co dalej?

Nie mam pojęcia…

NieTakNieTakNieNieTakTak/NieTakNieNieTakTakTakTak/NieTakNieNieTakTakNieNie/NieTakNieNieNieNieNieTak/NieTakNieNieTakTakTakNie/NieTakNieNieNieTakTakTak/NieTakNieNieNieTakNieTak

Spis treści

ŁUNA ZA MGŁĄ

Część pierwsza. NOWE ROZDANIE

6 lipca 315 roku

15 czerwca 318 roku

20 kwietnia 318 roku (osiem tygodni wcześniej)

16 czerwca 318 roku

17 czerwca 318 roku

Część druga. EREMITA

8 grudnia roku dwudziestego siódmego

10 stycznia roku dwudziestego ósmego

15 stycznia roku dwudziestego ósmego

Część trzecia. RYCERZ

14 stycznia roku dwudziestego ósmego

15 stycznia roku dwudziestego ósmego

Część czwarta. RENEGAT

2 marca roku dwudziestego ósmego

5 marca roku dwudziestego ósmego

7 marca roku dwudziestego ósmego

8 marca roku dwudziestego ósmego

Część piąta. OPIEKUNKA

Opiekunka

Część druga. EREMITA

8 grudnia roku dwudziestego siódmego

Spis treści

Strona redakcyjna

Copyright © by Rafał Dębski, 2015

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by

REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2015

Informacja o zabezpieczeniach:

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

Redaktor: Błażej Kemnitz

Projekt, opracowanie graficzne okładki oraz ilustracja na okładce: Tomasz Maroński

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Łuna za mgłą, wyd. I, Poznań 2016)

ISBN 978-83-7818-973-2

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40, fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

e-Book: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żelazny kruk 2. Szalony Mag Żelazny kruk 1. Wyprawa Jadowity miecz Ramię Perseusza. Z głębokości Łuna za mgłą Wilkozacy 3: Księżycowy sztylet 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piorun kulisty Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Każde martwe marzenie Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży