Porąb i spal

Porąb i spal

Autorzy: Lars Mytting

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Poradniki Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 272

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 21.00 zł

Bestseller Larsa Myttinga przetłumaczony dotąd na 10 języków! Tę książkę po prostu musisz mieć na półce nad kominkiem – pisał o „Porąb i spal. Wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie” recenzent norweskiego dziennika „Dagbladet”. To po trosze poradnik dla fascynatów takich jak sam Lars Mytting – książka pełna praktycznych faktów i subtelnego humoru, w której pobrzmiewa tęsknota za prostym życiem odbieranym wszystkimi zmysłami. To także deklaracja miłości do ciała, przyrody, natury i korzystania z jej dobrodziejstw. Mytting pokazuje, że każdy ma własną filozofię rąbania drewna, która znajduje odzwierciedlenie w filozofii i stylu życia. Pokazuje także jak silna jest dziś potrzeba ucieczki od cywilizacji, bycia sam na sam ze sobą i obcowania z czysto fizycznymi siłami, z naturą. Jego książka pełna jest historii ludzi i miejsc związanych z drewnem, całych pokoleń: dziadków, ojców, synów i wnuków, mężczyzn ale też fascynujących kobiet. Mytting to genialny gawędziarz, który w pełen ciepła i dowcipu sposób przelewa na papier swoją miłość do drewna. To także pasjonat i znawca, który dzieli się z czytelnikami swoją bogatą wiedzą, anegdotami, kulturowo-obyczajowymi ciekawostkami o wszystkim co mniej lub bardziej wiąże się z norweską tradycją rąbania, suszenia i palenia tego nadzwyczajnego surowca.

Tytuł oryginału: Hel Ved

Copyright © Lars Mytting and Kagge Forlag 2011

Published by agreement with agentur literature Gudrun Hebel, Germany

All rights reserved

Copyright © 2016 for the Polish edition by Smak Słowa

Copyright © for the Polish translation by Witold Biliński

This translation has been published

with the financial support of NORLA

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana

w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Edytor: Anna Świtajska

Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz

Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Karmolińska

Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska

ISBN: 978-832-681-810-3 (epub); 978-832-681-811-0 (mobi)

Smak Słowa

ul. Sobieskiego 26/4

81-781 Sopot

www.smakslowa.pl

Agora SA

ul. Czerska 8/10

00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Pozyskiwanie drewna

Stary człowiek i drewno

CHŁÓD

Nordskogbygda – wzorowy las na starokawalerskiej ziemi

LAS

SPRZĘT

Pionierzy pilarek łańcuchowych

PIENIEK

Elgå – drewutnia w południowym wietrze

STOS

Hamar – rzeźba w ogrodzie

PIEC

PŁOMIEŃ

Brumunddal – świąteczne drewno ułożone w sągi

Burning love

Zapach świeżego drewna

Zimne fakty

Źródła

Pozyskiwanie drewna to sprawa osobista. Tak wynika z mojego doświadczenia. Często zastanawiałem się nad tym, czy jestem drwalem z klanu stoików, takich jak Kjell Askildsen, którzy potrafią stać z siekierą godzinami i rozmyślać wciąż o jednym. Do samego sedna. Albo może bardziej abstrakcyjnym sangwinikiem, wyluzowanym, co niczym nie zaprząta sobie głowy, gdy wokół fruwają wióry, a zapas drewna rośnie. Lub – kto wie – może przypominam swojego ojca, który reprezentował typ nieco neurotycznego zbieracza, chomika, bardzo charakterystyczny dla swojego pokolenia – ludzi, którzy doświadczyli wojny i niedostatku. Kiedy zmarł, okazało się, że jego mazda stoi na ulicy, żeby nie zajmować miejsca w garażu, szczelnie wypełnionym szczapami drewna, jakimiś trzydziestoma pięcioma czy czterdziestoma kubikami. Odziedziczyłem cały ten zbiór, zawiozłem do siebie ciężarówką i ułożyłem – w ogrodzie, w piwnicy, w szopie. Trochę mam jeszcze do dziś, choć minęło już trzynaście lat, a palimy srogo.

Jest również drwal estetyczny, liryczny, który pracuje zawsze z miarką i pilnuje, by wszystkie pieńki były przycięte do tej samej długości. Na przykład trzydziestu dziewięciu centymetrów (ten typ nigdy się nie męczy z odcinkami po 50 czy 60 cm). Stara się też uzyskać jak najbardziej podobne do siebie szczapy, smukłe i stożkowe, które układa w idealnym, wojskowym porządku w miejscu dobrze widocznym na posesji, chętnie kładąc na wierzchu czepeczek, przez co całość wygląda jak rzeźba Nilsa Aasa i mogłaby się znaleźć na co drugiej karcie albumu formatu A1.

Musimy też wspomnieć o zwykłym, typowym ignorancie. Takich można zadziwiająco często znaleźć pośród młodych i nawykłych do wypraw miłośników przyrody, narciarzy przełajowych i wędkarzy muchowych. Rzadko układają oni coś większego od obozowego ogniska, jeśli akurat wolno je palić, a posługują się przy tym swoimi małymi, zielonymi, zabawkowymi siekierkami i równie zielonymi składanymi piłkami, które kupują za grubą kasę w sportowym salonie Gresvig. To ludzie, którzy uważają, że o drewnie wiedzą wszystko, a przez to nigdy się o nim niczego nie nauczą. Zaliczyć do nich można także większość włóczykijów – ci robią ogniska od czasów, gdy Einar Gerhardsen ostrzegał naród przed komunizmem, i z lubością i znawstwem opowiadają o świerkowych gałązkach, korze brzozowej i kwaśnej brzozie, którą pogardzają, bo sami wolą sosnę, a z nią powinni sobie poczynać ostrożnie, zwłaszcza w Østlandet, gdzie gatunek ten nie ma lekko z powodu prawdziwej plagi łosi; sapią też z politowaniem, słuchając o tym – co jest prawdą – że najlepsze drewno to buk, bo daje najwięcej kilodżuli z metra, a zaraz za nim plasują się dąb i jesion, nieco dalej zaś brzoza konkuruje z jarzębiną. Dopiero potem idzie sosna i świerk (jeśli pominiemy wiśnię, jabłoń i inne szlachetne gatunki), nie mówiąc już o szarej olsze, co nie daje więcej ciepła niż balsa, prawdziwa tektura, jakkolwiek mocno byś ją wysuszył i starannie składował, jest jakoś tak na osiemnastym miejscu – można ją spokojnie zostawić bobrom, które szczęśliwie powoli wracają do Norwegii. Brakowało mi bobrów.

Kilka słów trzeba poświęcić także ludziom z podejściem przemysłowym. To lokalni mieszkańcy w wieku co najmniej średnim, całkiem pozbawieni humoru, którzy dziś tylko od wielkiego dzwonu chwytają siekierę i klin, a mają do wyboru dwa rodzaje hydraulicznych łuparek – tę elektryczną i tę, którą można zamontować na traktorze. Nosi taki pomarańczowy kask, kamizelkę, osłonę na twarz, nauszniki, rękawice i buciory Muck Boots ze stalowymi noskami, mimo że tylko stoi sobie na podwórzu w jesiennym słoneczku i pilnuje, żeby tak ustawić łuparkę na sfatygowanych europaletach, by szczapy staczały się równiutko na przyczepę, którą potem on zgrabnie wycofa do starej stodoły i zwali ładunek na klepisko z prawej strony, gdzie przodkowie chowali siano. Taki facet spełnia tylko ciężki obowiązek, nie czerpie z tego żadnej przyjemności, dopiero później, kiedy już może zatrzymać maszyny, zrzucić z siebie sprzęt ochronny i zakurzyć fajurkę, którą sam sobie skręcił.

W sumie jestem chyba mieszanką ich wszystkich (z wyjątkiem ignoranta i estety), choć muszę przyznać, że w każdym z tych archetypów czegoś mi brakuje. Bo prawdę mówiąc, zaczynam mieć już dość tego rąbania. Ostatnio w naszym domku z powodu sporego zużycia zrobiło się za dużo pracy z drewnem, wygląda więc na to, że dziś jestem niezadowoloną krzyżówką chomika i idioty (tego z osłoną na twarz i nausznikami), co idzie do roboty z niechęcią, irytacją i zniecierpliwieniem. Zrobiło się to też po prostu nudne. Z zaskoczeniem dostrzegam przy okazji, że wymieniając powyższe kategorie, zapomniałem o desperacie i choleryku, nie mówiąc o psychopacie – to przedstawiciele nieco bardziej mrocznych stron ludzkiej natury, od których jednak trudno uciec, gdy myśli się o poważnym rąbaniu – chodzi przecież o nic innego, jak tylko o roztrzaskanie czegoś w drzazgi! Z całą siłą fizyczną, jaką można z siebie wykrzesać, a zwykle pracuję ze szczapami o długości 50–60 centymetrów, posługując się zaostrzonym młotem kowalskim, najwłaściwszą od tysięcy lat bronią szybkiego reagowania. Życie nie oferuje nam już zbyt wiele podobnych okazji do codziennego dokonywania aktów wandalizmu, które zarazem przynoszą korzyść i nikomu nie wyrządzają krzywdy – czy więc jesteśmy psychopatami-hobbystami? Takie właśnie myśli chodzą mi po głowie, gdy stoję dziś przy pieńku – że biorę udział w wydarzeniu historycznym, które opowiada mi o tym, kim jestem i skąd pochodzę.

Roy Jacobsen

WCIĄŻ POTRAFIĘ, niemal wszystkimi zmysłami, przywołać ten dzień, gdy zdałem sobie sprawę, że palenie drewnem to coś więcej niż tylko ogrzewanie. A wcale nie był to mroźny, zimowy dzień. Wprost przeciwnie – kończył się kwiecień. Narty stały już oskrobane z wielkanocnego smaru i nadszedł czas na wymianę opon na letnie w moim volvo.

Przenieśliśmy się do Elverum tuż przed Bożym Narodzeniem. Dzięki ogrzewaczowi silnika i dwóm farelkom przetrwaliśmy ostatnią połowę niezbyt srogiej zimy w Østerdal. W sąsiednim domu mieszkało małżeństwo emerytów. Szacowna para, wywodząca się z optymistycznego i pracowitego, powojennego pokolenia. Choroba płuc sprawiła, że Ottar, głowa rodziny, tej zimy nie pokazywał się na dworze.

Tego wiosennego dnia, gdy lekki wiaterek gładził trawniki, a w rowach stała brunatna woda z roztopów, nic nie mogłoby interesować mnie mniej niż ta trudna pora roku, którą właśnie pożegnaliśmy.

I wtedy pojawił się traktor z przyczepą. Zahamował i wycofał do gospodarstwa sąsiadów. Dodał gazu, przechylił przyczepę – i wywalił na podwórko wielką górę brzozowego drewna.

Wielką? Ładunek był wręcz o l b r z y m i. Gdy kłody spadały z przyczepy, ziemia aż dudniła.

Przed drzwi, z wysiłkiem i ciężko dysząc, wyszedł Ottar. Człowiek, którego najdłuższa od listopada wyprawa kończyła się na skrzynce pocztowej, zawieszonej tak nieskończenie daleko przy furtce.

Teraz stał i przyglądał się hałdzie drewna. Zamknął wewnętrzne drzwi w sieni, zmienił kapcie na buty, zszedł na podwórko, ostrożnie wyminął kałuże, schylił się i podniósł dwa polana. Ważył je w dłoniach i rozmawiał z rolnikiem, który zatrzymał już traktor.

Drewno t e r a z? – pomyślałem sobie. Teraz, gdy wszystkich interesuje tylko sączenie piwa na werandzie?

A jakże, t e r a z, pozwolił mi zrozumieć Ottar nieco później. Drewno trzeba kupować w kwietniu lub maju. Surowe drewno. Wtedy można samemu kontrolować suszenie, ceny są niższe i da się kupić tyle, ile dusza zapragnie.

Wciąż obserwowałem go przez kuchenne okno. Traktor odjechał w swoją stronę. A Ottar zaczął przenosić drewno.

Zabrał się do budowania stosu.

Przy każdym polanie z wysiłkiem łapał kilka oddechów. Powietrze świstało w oskrzelach. Podszedłem i zamieniłem z nim kilka słów. Nie, podziękował, nie trzeba pomocy.

– Dobre drewno w tym roku. Dotknij tylko tego polana. Albo tego. Takie piękne i taka biała kora. Równo przycięte, dobrze naostrzyli łańcuch, widać po tym, że wióry są kwadratowe. Sam już nie tnę. Za stary jestem. No i ładnie, równo rozszczepione. Dzisiaj to już nie jest oczywiste, kiedy wszyscy używają maszyn. No nic, muszę robić dalej.

Wrócił do układania, schylony. Poszedłem do domu. Nieco później wybrałem się do wioski i zauważyłem, że wiosenny handel drewnem to zupełnie zwyczajna sprawa dla każdego, kto s i ę z n a. Zagroda za zagrodą, zwłaszcza przed nieco starszymi domami: stos drewna za stosem. Jak amunicja do polowania na łosie. Jak konserwy przed wyprawą na biegun.

Minął tydzień, a sterta Ottara się nie zmniejszała. Dopiero tydzień później dostrzegłem, że szczyt stał się nieco szerszy. A sam Ottar, czyż nie wydawał się teraz trochę bardziej żwawy?

Porozmawiałem z nim. Nie trwonił słów przy tej robocie. Nie były potrzebne. Facetowi, który całą zimę na pewno irytował się z powodu starości i choroby, kradnących mu siły – siły, dzięki którym przez całe życie był zdolny do efektywnej pracy – trafiło się wreszcie zadanie, które przywróciło normalność. Miał poczucie porządnie wykonywanej roboty, a także bezpieczeństwa, jakie daje przewidywanie, przygotowanie.

Ottar lubił pogadać, ale nigdy nie prosiłem go o to, by opisał swój stosunek do drewna. On sam też wiele się na ten temat nie rozwodził. Spokojnie pracował nad tym, co było proste i znane, ale gdy o n to robił, stawało się czymś zarówno pięknym, jak i osobistym.

Raz tylko wspomniał o czymś, co wykraczało poza sprawy praktyczne:

– Najlepszy jest ten zapach – powiedział. – Zapach świeżej brzozy. Pisał o tym Hans Børli.

Zmagania ze stosem zajęły Ottarowi miesiąc. Zatrzymywał się czasem na chwilę, wciągając w płuca opiewany przez Børlego aromat. Ten, a także zapach żywicy z kilku świerkowych polan, które zawieruszyły się w stercie. Pewnego dnia pozostały tylko wióry i kora, które Ottar starannie zebrał na podpałkę.

Nigdy nie widziałem takiej przemiany. Wiek i choroba nie odpuszczały, ale Ottar trzymał je w ryzach dzięki przypływowi nowych, świeżych sił. Zaczął chodzić na krótkie spacery, grzbiet wyprostował mu się nieco, a pewnego dnia Ottar odpalił nowy, wściekle żółty traktorek ogrodowy i skosił trawę.

Nie mam żadnych wątpliwości, że to nie trening i letnie ciepło go uzdrowiły, lecz drewno. Przez całe życie rąbał własne szczapy. Chociaż spalinową pilarkę odłożył już na dobre w kąt, cieszył się jednak ciężarem każdego polana. Zapachem, który przenosił go w świat wierszy, stosami dającymi bezpieczeństwo, chwilami przed piecem, na które czekał. Tak jak nikt chyba nie znudziłby się noszeniem sztabek złota, tak on wytrwale dźwigał gotowość na kolejną zimę.

I tak zaczęła się ta książka. Zawiozła mnie starym volvo 240 z napędem na tylne koła do najzimniejszych części kraju w poszukiwaniu ludzi, którzy drewnem palą i drewno rąbią. Zatrzymywałem się na skrzyżowaniach, nasłuchiwałem rytmu motorowych pilarek, a przede wszystkim – cichego skrzypienia ręcznej piły w rękach emeryta. Wtedy ostrożnie się przybliżałem i próbowałem nawiązać rozmowę o drewnie.

Fakty, które zebrałem w tej książce, pochodzą ze spotkań z prawdziwymi ludźmi drewna – tak entuzjastami, jak i badaczami. Wiele cennych informacji uzyskałem od krajowych środowisk naukowych, zajmujących się techniką spalania i pielęgnacją lasów. Zapoznałem się między innymi z raportami z badań, które od całych dziesięcioleci wydawane są pod mało atrakcyjnym tytułem: Komunikaty Norweskiego Urzędu Badania Lasu (Meddelelser fra Det norske skogforsøksvesen).

Jednocześnie sam próbowałem większości poznanych metod. Suszyłem drobno porąbany dąb w piekarniku, męczyłem się z układaniem okrągłego stosu, źle oceniłem kierunek upadku sosnowego pnia. A przy tym wciąż polowałem na duszę ukrywającą się w rytuale palenia drewnem. Niestety entuzjaści tego surowca to takie plemię, które nieszczególnie lubi ubierać swoje uczucia w słowa. Widać je natomiast w wysokich, ostro zarysowanych stosach, w świeżym kicie w starych, żeliwnych piecach, w otwartych drewutniach o dłuższym boku wystawionym na południe (spokojnie, wrócimy jeszcze do tego). Dlatego właśnie w tej książce dużo będzie o m e t o d z i e, bo mówi ona pośrednio o uczuciach.

Mam nadzieję, że dzięki temu będzie również praktycznym przewodnikiem, bo gdyby ta opowieść nie przekazywała żadnej wiedzy o ścince drzew, o piecach ze steatytu, ostrzeniu łańcuchów i układaniu stosów, stałaby się rozprawą antropologiczną dla tych, którzy ani nie rąbią, ani nie sztaplują, ani nie palą drewnem.

Drewno nie jest czymś, o czym w Norwegii wiele się mówi. Przynajmniej do czasu, gdy zbudujemy społeczeństwo oparte na bioenergii. Ale dzięki temu, że relacje między człowiekiem a ogniem są tak stare, tak proste i uniwersalne – drewno zawsze dotykać będzie głębi naszych dusz.

Dlatego poświęcam tę książkę tobie, Ottarze. Pamiętałeś o tym, o czym my, inni, wciąż zapominamy:

że zima nadchodzi każdego roku.

Elverum, przy minus trzydziestu jeden stopniach

Lars Mytting

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Płyń z tonącymi Porąb i spal 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wielka czwórka Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu