Sztuka cierpienia

Sztuka cierpienia

Autorzy: Niemeyer Shane Gary Brozek

Wydawnictwo: Galaktyka

Kategorie: Sport Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 272

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 25.89 zł

Sztuka cierpienia to poruszająca opowieść o tym, jak nie poddawać się i walczyć o samego siebie.

W trakcie lektury stajemy się świadkami prawdziwej przemiany autora: z narkomana w sportowca, który uparcie dąży do wyznaczonego celu. Zostawiając za plecami przeszłość, trafia do grona stu najlepszych uczestników triathlonu IRONMAN World Championship. Samobójcza próba podjęta w więzieniu miała być dla niego ucieczką od siebie i świata stała się początkiem zmian. Niemeyer odbija się od dna i zaczyna intensywnie ćwiczyć. Po opuszczeniu zakładu karnego zostaje trenerem osobistym, potem twardym zawodnikiem, który udowadnia sobie i światu, że nigdy nie jest za późno na odwrócenie losu.

Tytuł oryginalny:

The Hurt Artist

Copyright © 2014 by Shane Niemeyer and Gary Brozek

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Copyright © for the Polish Edition by Galaktyka sp. z o.o., 2015

Galaktyka sp. z o.o.

90-562 Łódź, ul. Łąkowa 3/5

tel. +42 639 50 18, 639 50 19, tel./fax 639 50 17

e-mail: info@galaktyka.com.pl; sekretariat@galaktyka.com.pl

www.galaktyka.com.pl

ISBN: 978-83-7579-454-0

EPUB 978-83-7579-488-5

MOBI 978-83-7579-489-2

Redakcja: Bogumiła Widła

Korekta: Monika Ulatowska

Redaktor prowadzący: Marek Janiak

Fotografie na okładce: Rocksweeper/Shutterstock, Ben Bryant/Shutterstock

Projekt okładki: Artur Nowakowski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

Księgarnia internetowa!!!

Pełna informacja o ofercie, zapowiedziach i planach wydawniczych

Zapraszamy

www.galaktyka.com.pl

e-mail: info@galaktyka.com.pl, sekretariat@galaktyka.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana ani w częściach, ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.

Uwaga do czytelników:

nazwiska i cechy niektórych osób przedstawionych w tej książce zostały zmienione.

Ta książka jest poświęcona wszystkim zagubionym,

zranionym duszom, które nie potrafią znaleźć

wyjścia z mroku.

Tym, którzy przedwcześnie nas opuścili –

niech spoczywają w pokoju.

Prawdziwa, długotrwała zmiana, choć niełatwa,

jest możliwa, a wraz z nią przychodzi szczęście.

SPIS TREŚCI

WSTĘP

JEDEN

DWA

TRZY

CZTERY

PIĘĆ

SZEŚĆ

SIEDEM

OSIEM

DZIEWIĘĆ

DZIESIĘĆ

JEDENAŚCIE

DWANAŚCIE

TRZYNAŚCIE

PODZIĘKOWANIA

WSTĘP

Na czole czułem chłód betonowej posadzki. Oddychałem chrapliwie, a w brzuchu skręcało mnie od mdłości. Tricepsy drżały z wysiłku, by podźwignąć ciało jeszcze jeden, ostatni raz. Wybiłem się szarpnięciem i omal nie straciłem przytomności. Byłem kompletnie wypompowany. Spróbowałem się powolutku opuścić, ale pole widzenia nagle mi się zwęziło, a dzwonienie w uszach przeszło w łomot. Niezdolny do podtrzymania ciężaru ciała, gruchnąłem na ziemię. Leżałem, próbując zwalczyć napływające falami symptomy odstawienia, łapiąc powietrze haustami jak wyjęta z wody ryba. Zamrugałem, by przegnać z oczu szczypiący pot.

Po kilku minutach przewróciłem się na plecy, położyłem nogi na pryczy, dłonie splotłem za głową i zacząłem robić brzuszki. Mięśnie brzucha, zakopane pod kilkucentymetrową warstwą tłuszczu, piekły żywym ogniem. Zacisnąłem zęby, żeby nie dać się bólowi i dociągnąć do końca serii, zanim poddam się uporczywym pojękiwaniom mózgu, bym przestał. Gdy tętno wróciło do normy, wstałem, sięgnąłem po notes i zapisałem bilans pierwszego dnia treningu.

Osiem pompek.

Piętnaście brzuszków.

Dzień pierwszy miałem za sobą. Cieszyłem się, że nazajutrz będę miał kolejną szansę.

Jazgot głosów pensjonariuszy więzienia Ada County, kojarzący się z wariatkowem kociokwik śmiechów, wrzasków i dzikich skowytów, przypomniał mi, gdzie jestem. Nie to, żebym musiał sobie o tym przypominać. I nie, bym chciał pamiętać. Ale wiedziałem też, iż nigdy nie wolno mi zapomnieć tego dnia i czegoś, co zdarzyło się 72 godziny wcześniej – trzy dni temu co do minuty – gdy w innych okolicznościach leżałem plackiem na podłodze tego samego budynku.

Każdy strzęp bólu pamiętam jak w malignie.

Patrzyłem na swoje palce, drżące ze strachu i pierwszych objawów heroinowego głodu, jak przywiązują drugi koniec przedłużacza do barierki. Pochyliłem głowę i nałożyłem sobie pętlę na szyję. Zadrżałem, gdy zimna, gumowana osłonka przewodu osunęła się na śliską od potu skórę. Przeszedłem za barierkę, obiema rękami trzymając się poręczy za sobą. Metal przyjemnie chłodził lepkie, wilgotne dłonie. Wychyliłem się do przodu i w dół, ale nie puściłem; zgiąłem się w łuk niczym figura na dziobie statku, czując, jak ramiona napinają się pod ciężarem całego ciała.

Tak minęła minuta.

I kolejna.

Łydki piekły, palcami stóp wpijałem się w betonową krawędź, podświadomie walcząc, by się nie ześlizgnęły.

Po twarzy pociekły mi łzy i smarki. W ustach czułem smak krwi wymieszanej z żółcią. Niemal się zakrztusiłem jej kwaśnosłonym smakiem. Czułem tępy puls w skroniach, na szyi i w kroczu; skurczyły mi się jaja.

Cztery metry pode mną betonowa posadzka zakładu penitencjarnego Ada County połyskiwała w świetle jarzeniówek.

Nie tak miało być. Chyba że chodziłoby o jakąś egzekucję, westernowe wieszanie w samo południe w imię sprawiedliwości. Nie powinienem słyszeć głosów dobiegających z korytarza i słabego bzyczenia radiowęzła, zagłuszającego dźwięk pulsującej w żyłach krwi.

Powinno być ciemno. Gdy chcesz ze sobą skończyć, wszędzie powinno być ciemno. I cicho.

Ale pieprzyć „miało” i „powinno”.

Każ się swojemu mózgowi zamknąć i zrób to wreszcie.

Przynajmniej raz w życiu zrób coś porządnie, cholerny idioto – tę jedną, jedyną rzecz.

Stałem tam na trzęsących się nogach, ze ścięgnami ramion wibrującymi niczym trącone struny gitary. Czy naprawdę jestem w stanie to zrobić, rzeczywiście skończyć to wszystko?

Czterdzieści osiem godzin wcześniej obudziłem się z tyłu mojego vana i z trudem zmusiłem obolałe, zesztywniałe mięśnie, by stanąć na czworakach. Zacząłem przegrzebywać swój życiowy dobytek, który raczej przypominał zsyp – kilka utytłanych ciuchów, dziesiątki torebek po śmieciowym żarciu, foliówki i gazety… aż wreszcie znalazłem to, czego szukałem. Wziąłem długi łyk i poczułem, jak przyjemna cierpkość wódki spłukuje śluzowaty absmak w ustach. Alkohol rozniecił w trzewiach malutki płomień, symboliczną próbę rozgrzania od środka. Uderzyłem dłońmi o ramiona i rozmasowałem nogi, próbując pobudzić krążenie. Jeszcze parę łyków, kilka dreszczy na skraju hipotermii i byłem gotowy.

Poklepałem kieszenie moich jedynych bojówek, które przechowywały wszystko, czego potrzebowałem – torebeczkę „czarnej smoły”, heroiny najgorszego sortu, sprzęt do ćpania i garść forsy, jaka została mi po ostatniej szybkiej kradzieży. Pospiesznie udałem się do Albertson’s, sklepu mieszczącego się na ulicy South Vista w Boise, i kupiłem kilka drobiazgów, by zabrać je do mojej przyjaciółki Grace oraz jej dzieci.

Gdy już zaniosłem zakupy i popatrzyłem, jak dzieciaki ze smakiem wcinają śniadanie, zerknąłem na Grace. Nasze oczy spotkały się na krótką chwilę. Skinąłem głową w stronę korytarza prowadzącego do toalety.

– Jasne. Obsłuż się. – Grace założyła ręce na piersiach i wzruszyła ramionami.

Poszedłem do toalety i usiadłem na muszli. W pomieszczeniu pachniało wilgocią, pleśnią i mydłem marki Dial. Niemal udławiłem się pawiem podchodzącym do gardła. Sięgnąłem ręką do części łazienkowej, otworzyłem oddzielające ją ode mnie okno i zerknąłem do środka. Zasłonka prysznicowa była spękana i podarta. Na suficie prysznica, pośród białych płytek rozpełzły się rdzawe, czerwone, zielone i brunatne plamy, jak na płótnie apatycznego impresjonisty.

Nie kąpałem się od wielu dni, ale zetknięcie z tym naukowym eksperymentem hodowlanym na kafelkach i porcelanie tylko spotęgowałoby mój smrodek ćpuna; lekko słodkawy zapach zepsutego sera, wymieszany z kwaśną nutą zalewy konserwowych ogórków. Nawet w tym odlotowym stanie dostrzegałem ironię moich wyrafinowanych standardów higienicznych.

Podwinąłem rękaw i zerknąłem na poorane nakłuciami przedramię, upstrzone sinymi, zielonymi, żółtawymi i fioletowymi szramami.

Roześmiałem się smutno i zacisnąłem wytarty pasek wokół ramienia.

Przyganiał. Kocioł. Hera. Kafelki. Ramię. Kim niby jestem, by krytykować czyjś dom i panujące w nim porządki? Po pierwsze, sam nie miałem domu do utrzymania, a po drugie, to, co uchodziło dla mnie za dom, co uchodziło za życie, nie miało nic wspólnego z porządkiem.

Przez chwilę patrzyłem, jak krew w strzykawce pełga i przelewa się niczym ciecz w lampie lava i odchyliłem się do tyłu, w oczekiwaniu na odlot. Trafiłem głową w parę nieskazitelnie czystych ręczników z monogramami. Szybko zmieniłem pozycję i poczułem na czaszce chłód kafelków.

Godzinę później byłem już w gorącym uścisku szeryfki hrabstwa Ada, na przesłuchaniu w pace. Zdjęcia. Odciski palców. Schwyciła mi nadgarstek w żelazny uścisk, a ja poczułem, jak jeden z moich ropni tuż nad jej dłonią pęka… Zgniły smród krwi i ropy dotarł do moich nozdrzy, zanim jeszcze zobaczyłem cały ten syf rozbryźnięty na szybie stojącego obok skanera. Czego innego spodziewać się po ćpunie, który przez ostatnie dziesięć lat, albo i więcej, wkłuwał się w niemal każdą żyłę na ramieniu?

Nie kryła obrzydzenia. Ale miałem w dupie to, co sobie o mnie myśli. Niech to się skończy, niech mnie gdzieś położą. I pozwolą mi się cieszyć resztkami wygodnego otępienia.

Tak naprawdę jednak wciąż coś czułem. Głównie rozpacz. Na pewno wycieńczenie. Byłem tak znużony tymi wszystkimi „nigdy”, które jakoś się zmaterializowały. Nigdy nie będę prowadził po pijaku. Mam to za sobą. Nigdy nie spróbuję kokainy. Ależ owszem. Nigdy nie będę się kłuł. Jako dowód przedstawiam moje podziurawione ramiona, przestrzenną mapę stopniowego staczania się ku nieuchronnemu upadkowi.

I byłem przerażony – nie aresztowaniem, bo tego doświadczałem już kilkanaście razy. Miałem na myśli inny rodzaj więzienia.

Żaden nałogowiec nie chce być na głodzie. Właśnie dlatego robimy wszystkie te popieprzone rzeczy, po których trafiamy do miejsc takich, w jakim się znalazłem. A skąd wiedziałem, jak wyglądają ci na głodzie? Bo przez kilka ostatnich lat kręciłem się w środowisku największych drani i wyrzutków, a sam byłem najgorszym z nich.

Nie miałem pracy. Nie miałem nic oprócz gaci, kilku koszulek i pary butów. Co gorsza, nie miałem pojęcia, kim jestem albo kim chciałbym być. Byłem bezmyślną maszyną, mającą tylko jeden cel, działającą na wiecznym gazie i odlocie. Ale ta maszyna zaczęła się sypać. Byłem wykończony. Chciałem zwiędnąć, zniknąć i zakończyć ten marny los. Wyniszczony, u kresu wytrzymałości, resztki sił zużywałem już rano na zdobycie paru groszy albo znalezienie dilera, a na koniec dnia padałem nieprzytomny, by następnego wściekać się, że udało mi się obudzić.

Denerwowało mnie jeszcze jedno: jak mogłem dać się tak kompletnie omamić produktowi jakichś reakcji chemicznych?

Dlaczego, do cholery, nie mogłem po prostu z tym skończyć?

Co gorsza, nie panowałem nad sobą – narkotyki rządziły mną niepodzielnie – decydowałem (a w każdym razie tak mi się wydawało) jedynie o tym, czy będę żył, czy umrę.

Wybrałem śmierć. O ile gorszy mógł to być los w porównaniu z byciem bezdomnym nałogowcem?

Przez lata nabierałem przekonania, że nigdy nie uda mi się przejść od nałogowca do byłego nałogowca. A na tym etapie nawet nie chciałem się zastanawiać nad próbami zrobienia takiego kroku. Wiedziałem tylko, że mam ograniczoną ilość czasu i energii i muszę jak najlepiej wykorzystać te zasoby do realizacji jednego zadania – skończenia z sobą. Przez ostatnie piętnaście lat nieustannie się oszukiwałem, ciągnąc za sobą łańcuch niespełnionych obietnic, rozpoczętych programów odwykowych, z których sam rezygnowałem albo mnie z nich wyrzucano, mandatów za prowadzenie pod wpływem, kar za posiadanie, ogromu drugich szans, które ulatywały z dymem cracku, rozbitych samochodów, złamanych kości, rozrób i bandytyzmu.

Chciałem skończyć z życiem, którego i tak nie zamierzałem ciągnąć powyżej trzydziestki. Rozpieprzyłem wszystkie związki, w jakich kiedykolwiek byłem, budziłem się w szpitalach po przedawkowaniu i zastanawiałem się, czemu do diabła komuś chciało się zadzwonić pod 911 i złorzeczyłem Bogu, że dał na to zgodę. Od lat nie miałem stałej pracy, byłem pijawką systemu ubezpieczeń społecznych i jedyny dobry uczynek, jaki mogłem zrobić, to wypisać się z niego raz na zawsze.

Wreszcie wiedziałem, czego chcę, i w odróżnieniu od czasami chaotycznych prób zdobycia narkotyków, kiedy wszystkie chwyty były dozwolone, to cholerstwo zamierzałem zaplanować skrupulatnie.

Wstałem z ławki, podszedłem do klozetu i sprawdziłem drzwi. Strażnik je zamknął, ale coś się spartoliło. Wystarczyło trochę przekręcić gałkę, by usłyszeć głuchy szczęk zapadki (i wierz mi, skojarzenia miałem grobowe) wysuwającej się z zaczepu. Gdyby tak udało się idealnie zgrać obrócenie gałki z pociągnięciem, drzwi powinny się otworzyć. Zaskoczyło za drugim razem. Zamknąwszy drzwi, spróbowałem jeszcze raz, żeby cały manewr wszedł mi w krew. Droga wolna.

To była ta łatwiejsza część.

Potem położyłem się na pryczy i zrobiłem coś, co nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy. Zaplanowałem ostatnią rozmowę z osobą, którą skrzywdziłem najbardziej, z kobietą, która pomagała mi i wstawiała się za mną najlepiej jak mogła, choć ja sam spychałem się na taki margines życia, że nie sposób było do mnie dotrzeć, a o sensownej pomocy w ogóle nie mogło być mowy. Ale jej mimo wszystko często chciało się wyciągnąć do mnie rękę. A ja to albo olewałem, albo kąsałem tak dotkliwie, że nie miała wyjścia, jak tylko ją cofnąć, zranioną do żywego i krwawiącą.

Po opracowaniu planu wykręciłem numer – zaledwie kilka godzin przed skokiem w nicość.

– Mamo, to ja, Shane. – Spod pachy spłynęła mi zimna kropla potu, od której przeszył mnie dreszcz.

– Gdzie…

– Nie. Proszę, mamo. Nie pytaj. To bez znaczenia. Nie chcę, żebyś cokolwiek mówiła. Nie potrzebuję pieniędzy. Nie chcę, żebyś skądś mnie wydostała. Nie potrzebuję kolejnego odwyku. Po prostu chcę, żebyś mnie posłuchała.

Poczułem smak krwi płynącej z przygryzionego wnętrza policzka. Słuchawka cuchnęła camelami bez filtra, aż zgęstniała mi ślina. Próbowałem mówić, ale język zesztywniał mi jak kołek.

– Posłuchaj. Chciałem ci po prostu powiedzieć, że wiem, w czym tkwi problem: we mnie. To ja jestem przyczyną wszystkich kłopotów. Zawsze byłem. I przepraszam. Proszę, powiedz tacie, że mi przykro. I Trentowi. To musiało być dla niego trudne, mieć takiego starszego brata jak ja. Nie chciałem być dla was wszystkich takim ciężarem.

Oddychałem z wielkim trudem. Czułem, jakby ktoś dosłownie ściskał mi krtań kombinerkami. Chciałem odkrztusić, odpluć, zrobić cokolwiek, by przełamać tę blokadę albo zwilżyć oporne struny głosowe. Miałem wrażenie, że połknąłem garść tych malutkich, pochłaniających wilgoć woreczków, które producenci sprzętu wkładają do pudełek. Przez chwilę zastanawiałem się, czy właśnie tak się będę czuł… później.

W słuchawce usłyszałem pochlipywanie mojej mamy, które mnie kompletnie rozkleiło. Po kaszlu i suchości w ustach omal nie utonąłem we własnych wydzielinach. Jedyne, co potrafiłem – to po kilku sekundach i po kolejnym wydechu powiedzieć: „wszystko w porządku, nie martw się”.

Wiedziałem, że muszę trochę zmienić front, bo obrana strategia nie przynosiła nic dobrego ani jej, ani mnie.

– Pamiętasz, jak za szczenięcych lat wziąłem cherokee taty i owinąłem auto wokół słupa telefonicznego? Byłem tak napruty, że pojechałem do dilera chevroleta, ciągnąc za sobą kabel telefoniczny i kawał betonu ze zbrojeniami. Powiedziałem chłopakom z salonu, że to nie mój wóz. A gdy przyjechali gliniarze, mamo, wcisnąłem zapalniczkę w gniazdko, rozgrzałem, a potem wpakowałem ją sobie w dłoń. Musiałem otrzeźwieć. Musiałem ukarać się za to, że znowu wszystko spieprzyłem. Dochodziłem do siebie osiem miesięcy, mamo. Ale sam sobie jestem winien. Wy nie zrobiliście nic złego. To wszystko moja wina. Tylko moja. Przepraszam za każdą krzywdę, którą wam wyrządziłem.

– Shane… – Głos mamy był jak żabi skrzek, odległy odgłos kojarzący się z zupełnie innym miejscem i czasem, wspomnienie zwichnięcia, którego kiedyś doznałem, a potem je odnowiłem.

– Mamo. Nie. – Wiedziałem, co zamierza powiedzieć znów, po raz tysięczny – że to nie szkodzi.

Szkodzi.

– Mamo. Muszę iść. Ale jeszcze jedno, zanim to zrobię. Gdy opowiadałem ci tamtą historię, powiedziałem, że wydarzyła się, gdy byłem szczeniakiem. Problem w tym, że to samo mógłbym powiedzieć o sobie sprzed dwóch lat i sprzed dwóch minut. Wciąż nie dorosłem. Wciąż nie biorę odpowiedzialności za to, co robię. Ale to się wkrótce zmieni. Są sprawy, którymi muszę się zająć. A ty zatroszcz się o siebie, dobrze? Niezależnie od wszystkiego. Zrobisz to dla mnie? Proszę. Kocham cię i bardzo przepraszam za wszystko. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszej mamy.

Odłożyłem słuchawkę na widełki i patrzyłem, jak skręcony w sprężynkę kabel tańczy i zmienia długość. Jakimś cudem na nogach jak z waty powlokłem się z powrotem na oddział, pozostawiając za sobą wilgotny ślad rozpaczy, żalu i tęsknoty.

Czas do popołudniowej „rekreacji” zleciał jak z bicza strzelił. Aby uniknąć podejrzeń, dołączyłem do reszty na ćwiczenia, z bólu mrużąc oczy w palącym słońcu. Z rękami w kieszeniach swetra spacerowałem wokół „podwórza” – pustego, betonowego placu. Mieliśmy spędzić na zewnątrz 20 minut. Oceniłem, że potrzebuję 12, zacząłem więc liczyć kolejne kroki wokół betonowego wybiegu, niemal namacalnie czując, jak ścierają się podeszwy butów.

Po 480 krokach wróciłem do środka. Hol był cichy, jeśli nie liczyć bzyczenia lamp i trzepotania ćmy, która uporczywie obijała się o jedną z nich.

Mocowanie się z drzwiami trwało dłużej, niż przypuszczałem. Byłem pewien, że reszta więźniów zostanie na zewnątrz przez całą przerwę – że zrobią wszystko, by spędzić jak najwięcej czasu na powietrzu.

Węzły były gotowe, wspinaczka na krawędź ukończona, gdy nagle coś mi się przypomniało. Młoda dziewczyna z naszej szkoły średniej. Nic szczególnego, słomiany blond, buźka jak kowadło. Mary Beth Olinger powiesiła się. Nikt z nas tego nie rozumiał.

Tchórzostwo.

Przejaw słabości.

Pójście na łatwiznę.

Do tego stopnia wszyscy byliśmy tępi. Nie mieliśmy pojęcia, co ją do tego skłoniło i jakie musiała przeżywać katusze. Czuła się tak, jak ja się czułem teraz: że nie ma innego wyjścia, trzeba tylko zakończyć ból. Myliliśmy się. Wcale nie była słaba, tylko cierpiała bardziej, niż wówczas sądziliśmy. Teraz już to wiedziałem.

Stałem chwiejnie na krawędzi, zastanawiając się, czy mam w sobie tę siłę. Czy mam jaja. Czy jestem mężczyzną.

Jeszcze tylko jedna myśl. Nie chciałem się posikać i posrać, ale wiedziałem, że to nieuniknione. Biedny pieprzony strażnik. Nie tylko zbierze manto za zepsuty zamek w drzwiach i podwędzenie przedłużacza, ale będzie musiał po mnie posprzątać.

Wciąż te same, kiepskie wymówki, Shane. Jak sądzę, pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.

Nie ma sensu brać głębokiego wdechu. Po prostu zrób to.

Skoczyłem.

SIEDEM

Gdy wracam myślami do pierwszych dni po wyjściu z więzienia i treningów przed zawodami Pacific Crest, jestem zaskoczony, że udało mi się stawić na linii startu, co dopiero mówić o dotarciu do mety. Trudno wyzbyć się starych nawyków, a choć dałem radę wyrwać się z kręgu uzależnień, nadal walczyłem ze sobą – swoim najgorszym wrogiem. Tak jak większość ludzi, aby osiągnąć cel, musiałem mierzyć się z przeszkodami. I podobnie jak większość, wiele z tych przeszkód stawiałem sobie sam. Moja narkomania w jakimś stopniu wynikała z chęci zagłuszenia bólu i wstrętu do samego siebie. Tylko to, że przestałem ćpać i wyszedłem z paki, nie oznaczało, iż z miejsca się w sobie zakochałem. Tak, byłem wdzięczny i kochałem swoją wolność, ale nadal za cholerę siebie nie lubiłem.

A choć przepłyniętych, przebiegniętych i przejechanych kilometrów przybywało, wciąż nienawidziłem się za krzywdy, jakie wyrządziłem rodzinie i społeczeństwu. Na tym wczesnym etapie złość na samego siebie wyładowywałem dzięki treningom. Stały się one narzędziem do przemieniania najmroczniejszych emocji. Podobny cel miały ćwiczenia w więzieniu. Byłem wściekłym, młodym człowiekiem, a gdyby nie treningi, jestem pewien, że wyładowywałbym złość na współwięźniach – ludziach, których tolerowałem, ale ich postępowanie i brak wizji siebie sprawiały, że większość traktowałem jak idiotów. Zdawałem sobie sprawę, że byłem jak ten kocioł przyganiający garnkowi, ale przez swoje niepoukładanie nie umiałem spojrzeć na innych z właściwej perspektywy. Nie należałem jednak do tych niedawno nawróconych na trzeźwość, którzy prawią innym kazania. Wprawdzie się we mnie gotowało, ale nic nie wydostawało się na zewnątrz.

Choć lektura Krishnamurtiego i innych pisarzy (choćby Viktora Frankla, którego książka o Holokauście wywarła na mnie ogromny wpływ) pomagała mi w kształtowaniu światopoglądu i wyznaczaniu nowych celów, wciąż byłem gliną do ulepienia. Zawsze cechowała mnie niecierpliwość, gdy przyszło więc do treningów, miałem w głowie tylko pewien ich ogólny zarys, a swoją wrodzoną impulsywność niemal przypłaciłem klęską. Na przykład pięć tygodni po wyjściu z więzienia zapisałem się na lokalny bieg o nazwie Table Rock Challenge. Table rock – góra stołowa – tak często nazywa się wypiętrzoną formację geologiczną, zwieńczoną dużym, płaskim wierzchołkiem. Wzniesienie Table Rock w Boise jest łatwo dostępne, bo znajduje się w pobliżu centrum i z tego względu stało się popularnym miejscem rekreacyjnych wycieczek. Zawody Table Rock Challenge, to bieg „w tę i z powrotem” na dystansie 14,5 kilometra. Na tym etapie mojego treningu, na początku września 2004 roku, nie mogłem nawet marzyć, by przebiec taki szmat drogi ani też nie miałem potrzeby pokonywania blisko 15 kilometrów – zwłaszcza że pierwsza połowa dystansu wiodła cały czas pod górę, a druga oczywiście ciągle w dół. Nawiasem mówiąc, to właśnie zbieganie przysporzyło mi najwięcej problemów. Kilkakrotnie rozważałem wycofanie się, ale jakoś dobrnąłem do końca.

Pokonanie linii mety sprawiło mi prawdziwą satysfakcję, choć przyszło mi za to płacić przez kolejny tydzień. Kuśtykałem, lecz nie pominąłem żadnego treningu. Śmiertelnie się bałem, że jeśli jednego dnia machnę ręką, zacznę sobie odpuszczać coraz częściej, aż wreszcie kompletnie zwinę żagle. Doświadczyłem w życiu tylu porażek, że nie wiedziałem, jak się zachować w razie jakiegokolwiek sukcesu.

Górzysty zachód USA ma tę właściwość, że niewiele można tam znaleźć miejsc do biegania po płaskim terenie. To oznacza mnóstwo górek i dołków. Niektóre są łagodne. Inne strome. Metaforycznie, może to i słuszne, że właśnie w tym regionie kraju zacząłem trenować i się ścigać. A tak naprawdę po prostu taka była konieczność. Nie miałem samochodu ani prawa jazdy. Ze względu na nadzór kuratorski nie mogłem opuszczać stanu bez przejścia przez urzędową ścieżkę występowania o pozwolenie. W rezultacie byłem skazany na bieganie w Boise i jego okolicach. Na siłowni wpadły mi w ucho rozmowy o zawodach Race to Robie Creek, półmaratonie reklamowanym sloganem „Najtrudniejszy wyścig na północnym zachodzie”. Oczywiście musiałem się zapisać. Stwierdziłem, że jest tylko o mniej więcej sześć kilometrów dłuższy niż bieg Table Mountain, a tamten przecież jakoś przeżyłem. Poza tym do półmaratonu miałem być bogatszy o kolejne sześć miesięcy przygotowań.

Zarejestrowałem się w lutym i przykręciłem śrubę treningów. Zawody zaczynały się na wysokości 830 m n.p.m. Najwyższy punkt, położony niecałe 14 kilometrów od startu, wznosił się na wysokość ponad 1460 metrów. To oznaczało konieczność pokonania jakichś 45 metrów w górę na każdy kilometr biegu. Aby lepiej ci to uzmysłowić, ta wysokość z grubsza odpowiada piętnastopiętrowemu wieżowcowi. Wyobraź sobie, że wchodzisz po tylu schodach…

Pierwszych 14 kilometrów to była masakra – naprawdę dały mi w kość. Nie miałem pojęcia o ograniczaniu objętości treningów przed zawodami, wcześniej ćwiczyłem więc ze zwykłym obciążeniem i nogi miałem zmęczone już na starcie. A gdy wdrapałem się na górę, wlokąc się w ogonie stawki, były skatowane na amen. Sądziłem, że najgorsze mam już za sobą, jednak się myliłem: siedem ostatnich kilometrów trzeba było nieustannie zbiegać, w dodatku po stromiznach. To zaś okazało się dla moich nóg jeszcze większym utrapieniem, bo starałem się powstrzymać zapędy grawitacji, uporczywie próbującej cisnąć mną w dół szlaku. Co gorsza, znajdowałem się na tak szarym końcu, że w punktach nawadniania nie było już wody albo zostały zamknięte, zanim do nich dotarłem. Nie pomyślałem, by zabrać ze sobą coś do picia, byłem więc odwodniony i wyczerpany. Na długo przed metą przestałem biec i po prostu szedłem z wystawionym do góry kciukiem w nadziei, że uda mi się złapać okazję i podjechać do mety. Czułem się kompletnie zrezygnowany.

W świecie sportów wytrzymałościowych byłem żółtodziobem, ale uczyłem się nadzwyczaj pilnie. Wiele czytałem o tym, jak trenują elitarni sportowcy i uznałem, że powinienem pójść w ich ślady. Brakowało mi jednak systematyczności. Nie postrzegałem treningów w kategoriach stopniowego postępu, ale jako jazdę na pełnym gazie, do oporu. Trzymanie tempa? Wolne żarty. Jeśli przeczytałem (a tak było), że średnia tygodniowa objętość treningu sportowców przygotowujących się do startu w mistrzostwach świata w Ironmanie w Kona, obejmowała 450 kilometrów jazdy rowerem, 80 kilometrów biegania i codzienne pływanie w basenie, to właśnie tak zamierzałem robić, choćby miał mnie trafić szlag. Postanowiłem tygodniowo przejeżdżać 480 kilometrów (bo im więcej, tym lepiej) i przebiegać 80 kilometrów. Osiągnąłem te cele, ale byłem tak przetrenowany, a mięśnie, którym nie dawałem czasu na regenerację – miałem w tak opłakanym stanie, że poruszałem się jak żółw. Bardziej powłóczyłem nogami, niż biegłem, wiecznie obolały. Nie rozumiałem wtedy, że te liczby oznaczały tylko pewien element cyklu treningowego sportowców – nie robili takiego kilometrażu ani treningów o podobnej intensywności przez okrągły rok. Poza tym byli zawodowcami, mieli za sobą lata przygotowań, umożliwiające osiągnięcie wysokiej formy – ja zaś absolutnie nie mogłem się z nimi równać. W pierwszych latach treningów mój organizm wycierpiał wiele, ale umysł i duch rosły w siłę.

Teraz, wspominając tamte dni, kręcę głową nad swoją ignorancją, ale tak już mam, że uczę się na błędach. Musiałem sprawdzić, gdzie leżą granice moich możliwości. Miałem romantyczną, wyidealizowaną wizję treningów, przesyconą mentalnością „bez pracy nie ma kołaczy”. Jednak pomimo nieustannych dolegliwości i niewesołego obrotu spraw na zawodach Race to Robie Creek, nie wszystko szło źle. Ból zdawał się przynosić jakieś efekty. Pewnego mroźnego, szarego listopadowego popołudnia po raz pierwszy udało mi się przejechać na rowerze ponad 60 kilometrów. Zaczął padać kłujący w oczy śnieg (nie stać mnie było na okulary), ale jechałem dalej. Większość innych sportowców orzekłaby, że to najwyższy czas, by wstawić rower na domowy trenażer i ćwiczyć w czterech ścianach. Ja nie miałem trenażera, nie miałem więc też wyboru. Po powrocie do domu ledwie udało mi się zsiąść z siodełka, a szczypiący ból w odmarzających stopach pamiętam jak dziś. Przejechawszy tych 60 kilometrów, byłem tak zziębnięty, że udało mi się jako tako odtajać dopiero po dwóch gorących prysznicach (po pierwszym musiałem poczekać, aż woda w termie się nagrzeje) i drzemce, przed którą szczelnie owinąłem się w prześcieradło oraz wszystkie ręczniki i ciuchy, jakie udało mi się znaleźć.

Uczyłem się nie tylko samodyscypliny, lecz także tego, że na owoce pracy trzeba poczekać. W lipcu 2005 roku wybrałem się na trening kolarski z kilkoma miejscowymi cyklistami. Jeff Gasser, Tad Hamilton i Justin Rose byli jednymi z najlepszych w Boise. Panował upiorny upał i wiał suchy, pustynny wiatr. Tego dnia mieliśmy zrobić 130 kilometrów, dobre 15 więcej, niż przejechałem kiedykolwiek wcześniej. Było ciężko, ale przez większość trasy udało mi się dotrzymać im tempa. Robiłem zmiany i wychodziłem na czoło małej grupy, choć w żaden sposób tego nie ustalaliśmy. Początkowo jechałem z zaciśniętymi zębami, ale zanim się spostrzegłem, mieliśmy na liczniku 90 kilometrów i byliśmy w drodze powrotnej do Boise, a ja czułem się zupełnie znośnie. Na tym etapie czekał nas podjazd pod Garden Valley, ciągnącą się jakieś pięć, sześć kilometrów. Ponieważ od dłuższego czasu trzymałem się w środku, na początku podjazdu wysforowałem się na czoło, a pod koniec wspinaczki nawet się od nich trochę odsadziłem.

Nie wiem, czy wcześniejsza jazda kosztowała mnie za wiele wysiłku, a oni oszczędzali siły na pozostałe dwadzieścia kilka kilometrów, ale sądząc po ich wyglądzie, uznałem, że też są wypompowani. Przyszło mi do głowy, że skoro ja robię bokami i oni robią bokami, to wszystko sprowadza się do tego, kto jest gotów podbić stawkę, wypruwając z siebie flaki. Choć ci faceci byli w o wiele lepszej kondycji niż ja, to nie znaczyło, że są niewrażliwi na ból, a przecież nigdy nie osiąga się takiej formy, by trening przychodził lekko i bezboleśnie.

Za pójście na całość na podjeździe przyszło mi słono zapłacić. Gdy dotarliśmy na szczyt i zaczęliśmy zjeżdżać, byłem już skrajnie spragniony i głodny. Dopadły mnie straszliwe kurcze w nogach. Zerknąłem w dół, na mięśnie czworogłowe ud. Drgały. Nie przez wyboje, ale przez moje głupie podejście do nawadniania i odżywiania. Na szczęście mieliśmy przed sobą kilkanaście kilometrów prostego zjazdu. Pamiętałem, że gdzieś pod jego koniec znajduje się stacja benzynowa Chevron z minimarketem. Myślałem o niej jak o oazie na pustyni, dawałem się ku niej nieść falom gorącego powietrza, unoszącego się znad jezdni i czułem coś na kształt euforii na samą myśl o zbliżającym się posiłku. Ledwie udało mi się wypiąć z pedałów, a do minimarketu wparadowałem chwiejnym krokiem nietrzeźwej kobiety w szpilkach. Biedniejszy o 18 dolarów, wyszedłem stamtąd z dwulitrową butlą coli, pudełkiem pączków i kilkoma batonikami.

Wiedziałem, że lepiej będzie nie siadać, stałem więc, opychając się i tankując do oporu. Dobrze, że przyszło mi do głowy kupić także wodę. Dziś świetnie wiem, że nie powinienem jeść podrażniających produktów o tak wysokim indeksie glikemicznym, ale wtedy niezbyt przejmowałem się odżywianiem. Zerwałem z największymi przyjemnościami swojego życia – narkotykami i alkoholem – nie zamierzałem więc robić tego samego z jedzeniem, które mi smakowało. Była to jedyna rzecz, którą mogłem konsumować bez poczucia winy, i chciałem mieć z tego jak najwięcej frajdy. Jadłem, żeby uczcić osiągnięcia: skoro przebiegłem 16 kilometrów, to zasłużyłem na cheeseburgera i frytki. A przepłynięcie półtora kilometra absolutnie usprawiedliwiało zjedzenie całej familijnej pizzy wielkości koła ratunkowego. Jadłem z nudów. Jadłem, gdy miałem doła. Jedzenie było jedynym bastionem mojego dawnego życia, kulą, którą się podpierałem.

Tak jak większość ludzi, jadłem, żeby zaspokoić potrzeby emocjonalne, a nie fizjologiczne. Mój etap stołowania się w lokalach P.F. Chang był tego świetnym przykładem. Chodziłem tam nie ze względu na zdrowotne walory niskotłuszczowych mięs, warzyw i ryżu, ale ponieważ podawali na deser smakołyk o nazwie Great Wall of Chocolate. W ten sposób nagradzałem się za udane treningi.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sztuka cierpienia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila