My, reakcja historia emocji antykomunistów w latach 1944-1956

My, reakcja historia emocji antykomunistów w latach 1944-1956

Autorzy: Piotr Semka

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 888

Cena książki papierowej: 59.00 zł

cena od: 37.87 zł

 Opowieść o świecie ludzi, którzy odrzucili powojenny komunizm.

To książka skierowana do czytelnika, który chciałby zrozumieć, przed jakimi dylematami stali Polacy wierni idei niepodległości, utożsamiający się z Kościołem katolickim i przeciwstawiający się dominacji przywiezionego z Moskwy marksizmu. To książka dla tych, którzy podjęli kult żołnierzy wyklętych. Piotr Semka prezentuje jednak znacznie szerszą panoramę społecznego oporu niż tylko oddziały zbrojne. Oprócz konspiratorów z AK, WiN, NSZ i NSW ukazuje działaczy PSL, ludzi wiernych Kościołowi, przedstawicieli przedwojennych elit, ziemian, ludzi prywatnej inicjatywy i konserwatywnych pozytywistów. Podejmuje polemikę z książkami rewizjonistów, odrzucających tradycje powstania warszawskiego i negujących wybory Polaków w czasie II wojny światowej.

Autor przyjął wizję inną niż ukazywanie lat stalinowskich poprzez kolejne etapy

działań PZPR, zetempowskich pochodów, a potem rozliczeń pomiędzy byłymi marksistami. W książce głos mają nie tylko dokumenty i wydobyte z archiwów wspomnienia, lecz przede wszystkim żywi ludzie. Do niektórych Piotr Semka dotarł w ostatniej chwili.

Pierwsza tak szeroka panorama losów Polaków zmagających się z komunizmem w latach 1944-1956

To opis dramatu niepodległościowej elity ich marzenia o wolnej Polsce pozostają dla nas zobowiązaniem do dziś.

Prof. Jan Żaryn

Znakomita, bo utkana z faktów i relacji epopeja reakcjonistów ludzi wymazywanych z kart historii wspólnym wysiłkiem komunistów i salonu.

Rafał Ziemkiewicz

Tylko Piotr Semka umie tak sprawnie łączyć opowieść historyczną i analizę socjologiczną z obserwacją psychologii społecznej.

Jacek Karnowski

Obok tomików Herberta, analiz prof. Pawełczyńskiej można teraz postawić książkę Semki: wielki hołd złożony ludziom prawym, którzy musieli żyć prawem wilka. Historia o nich już głucho nie milczy.

Prof. Andrzej Nowak

Dzięki takim książkom zaczynamy wreszcie odzyskiwać zbiorową pamięć.

Bronisław Wildstein

Piotr Semka

MY REAKCJA

Historia emocji antykomunistów 1944-1956

ISBN: 978-83-7785-864-6

Copyright © Piotr Semka, 2015

All rights reserved

Konsultacja naukowa: prof. Jan Żaryn

Autor dziękuje za inspirację oraz cenne uwagi

Pawłowi Nowackiemu

Projekt okładki i stron tytułowych: Agnieszka Herman

REDAKCJA: Joanna Brodniewicz

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Dedykacja

Wstęp

1. Wolności oddać nie umiem

2. Architektura podziemia

3. Gorączka 1944

4. „Burza” — opowieści jednych z tysięcy

5. Zdążyć przed Sowietami

6. Biesy w Lublinie

7. Koniec polskich kresów

8. W ciemnościach, po omacku

9. Zagłada dworów

10. Swoją drogą

11. Oddech Azji

12. Opór się odradza

13. Jest Mikołajczyk!!!

14. Sen o białym koniu

15. Z lasu i do lasu

16. Do gorzkiego końca

17. Między pozytywizmem a złudzeniami

18. Kościół — sprawdzona ostoja

19. Lufciki wolności

20. Family affair

21. Pierwszy endek Polski Ludowej

22. Symbole oporu

23. Płatne pachołki Rosji

24. Wyrzuć pamiątki, spal wspomnienia

25. Dzieci na mrozie

26. Światełka i błędne ognie

27. Wyśniona wojna

28. Trzy światy powojennej Polski

29. Bunt młodszych braci

30. Nie ma tego miasta, zeszło pod ziemię…

31. Katyńska zadra

32. Nie pożądaj dobra żadnego

33. Uciec jak najdalej

34. Czas kobiet

35. Rewolucja w szkolnej ławce

36. Uniwersytet w kleszczach

37. Gabinet krzywych luster

38. Korea — ostatnie nadzieje

39. W piekle katowni

40. Żydzi po wojnie

41. Gigant Wyszyński

42. Brnąc przez noc

43. Wieś pod czerwoną władzą

44. Wygnańcy we własnym kraju

45. Słabnący uścisk

46. 1956: ostatnie powstanie i Śluby Narodu

47. Październik reakcji

Zakończenie, czyli o generacji rozstrzelanych

Indeks osobowy

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Mojemu Dziadkowi, Janowi Semce,

uczestnikowi konspiracji „Łupaszki”

Wstęp

To będzie opowieść o świecie ludzi odrzucających marksizm, którym przyszło żyć po wojnie w Polsce pod władzą komunistów. Kieruję tę książkę do młodej generacji, która podjęła pamięć o żołnierzach wyklętych. W ciągu ostatniej dekady polscy historycy wykonali ogromną pracę, aby wydobyć prawdę o zbrojnym podziemiu niepodległościowym z lat 1944–1963.

Ja chcę pójść dalej. Grupa „ludzi wyklętych” w nowym ustroju była znacznie szersza. Pragnę zarysować panoramę społecznego oporu z okresu pierwszej dekady komunistycznego zniewolenia. Ukazać losy niedobitków przedwojennych elit, niepodległościowej inteligencji i pokolenia AK-owskiego. Chcę opowiedzieć o realiach ich życia codziennego w szarzyźnie PRL-u.

Jak dotąd nie było zbyt wiele syntetycznych prób spojrzenia na ten okres z „prawej strony”. W wielu książkach o dziejach PRL-u na pierwszym planie przedstawia się działania komunistów, a ci, których nowe władze uznawały za wrogów, są zazwyczaj tłem dla psychodramy ludzi, których uwiódł komunizm. Widać to bardzo dobrze w rozliczeniowych opowieściach byłych marksistów. Tylko mimochodem, często ogólnikowo i zdawkowo, wspomina się o tych, którzy byli wtedy przez system miażdżeni lub marginalizowani. Ofiary ZMP-owskich nagonek, prześladowani AK-owcy, chłopi, którzy padali ofiarą „szturmowych” wypraw na wieś, zarysowani są jako godne współczucia, ale jednak drugoplanowe postaci wydarzeń lat 40. i 50. minionego stulecia. Dlatego zdecydowałem się napisać opowieść, w której to właśnie „reakcja” będzie na pierwszym planie, to jej wspomnienia będą najważniejsze, jej problemy i dylematy najistotniejsze. Określenie „reakcja” nie oznacza wyłącznie osób z wyższych sfer. Interesuje mnie zarówno polityk z II RP wegetujący po wojnie jako rozbitek życiowy, jak i chłop z wołyńskiej wsi czekający tygodniami pod namiotami ze słomy na pociąg, który wywiezie go raz na zawsze z ojczystej, kresowej ziemi. Jest w tym głębszy sens, bo zarówno były dygnitarz sanacji, jak i wieśniak spod Łucka czy Równego mieli w sobie poczucie polskości, przywiązanie do religii czy niechęć do eksperymentów społecznych — które czyniły z nich przedmiot reedukacji marksistowskiej. Dziś „nowa lewica” zżyma się, dlaczego w Polsce „doły społeczne” nie wytworzyły własnych bohaterów buntu ludowego przeciwko wyższym klasom. Sarka się, że polscy robotnicy i chłopi przyjęli siatkę świadomości historycznej, którą określa się z rozdrażnieniem jako szlachecką. Ale formułujący te pretensje zapominają, że w ciągu ostatnich 200 lat dziejów dystynkcja Polak versus nie-Polak wielokrotnie bywała ważniejsza niż konflikty klasowe czy ekonomiczne. I było jasne, że w określeniu „Polak” nie chodzi o kwestie etniczne. Politycznie Polakiem był w latach II wojny światowej prof. Szmul Zygielbojm, który był lojalny w stosunku do rządu londyńskiego i popełnił samobójstwo, aby wstrząsnąć zachodnimi mocarstwami wobec ich obojętności w sprawie zagłady Żydów. Nie był natomiast w sensie politycznym Polakiem Bolesław Bierut, który realizował plan ubezwłasnowolnienia Polski wobec Stalina. „Ludzie wyklęci” — uznani przez nową, komunistyczną władzę za obywateli drugiej kategorii — musieli dokonywać setek najróżniejszych wyborów. Zostać w kraju, czy przedzierać się na emigrację? Cierpieć nędzę za cenę zachowania godności i nie schylać karku, czy robić karierę, ale zdradzać kolegów? Chodzić na pochody 1-majowe, czy też ich unikać? Po wojnie bezpieka i propaganda nazywała ich „reakcją”, „wrogami ludu”, „kontrrewolucją”, a na wsi „kułakami”. Bardziej oględne było określenie w miastach: „ludzie przedwojenni”, a na prowincji: „ludzie ze złym życiorysem”. Tuż po wojnie pod te stygmatyzujące określenia mógł podpaść każdy, potem już na celowniku władz były tylko pewne grupy, a na koniec zarezerwowano je jedynie dla czynnych antykomunistów z opozycji niepodległościowej.

Będzie to opis z perspektywy kraju. O emigracji wspomnę tylko w kontekście jej wpływu na to, co myśleli i jak występowali przeciw komunizmowi Polacy żyjący między Odrą a Bugiem. Wspomnę też o komunikacji kurierskiej z ośrodkami oporu w kraju.

Trudno mi jednak opisać to pokolenie bez odniesienia się do oceny wysiłku wojennego i konspiracyjnego Polaków w czasie wojny. Wysiłku, który negowany jest dziś poprzez pytania typu: „Dlaczego Polacy walczyli o swoje zniewolenie?”. Muszę się odnieść do tej dyskusji, bo bez zrozumienia dylematów wolnych Polaków z lat wojny trudno opisać pierwszą powojenną dekadę.

Chcę opowiedzieć, skąd brały się emocje i jaki był stan wiedzy naszych przodków o sytuacji politycznej w poszczególnych momentach historii. Jakie były ich ograniczenia. Próbować zrozumieć, dlaczego w taki, a nie inny sposób rozwiązywali swoje dylematy. Budzi mój sprzeciw także inna maniera: opisywanie Polski po 1945 roku jako kraju ludzi zdemoralizowanych wojną, w którym każdy był ofiarą i katem jednocześnie. Nie zamykam oczu na zło, które zasiała wojna, ale odrzucam wizję Polaków jako wizję społeczności zacofanej, nietolerancyjnej, w której dominowały złe instynkty. Narodu wymagającego przyspieszonej reedukacji, nawet jeśli edukatorami byli brutalni komuniści. Usprawiedliwienie epoki PRL-u jako niezbędnej modernizacji budzi mój szczególny sprzeciw. Chcę przypomnieć zapomnianych bohaterów, których odwagę uwieczniły jedynie ubeckie raporty. Ogromną wolę oporu wobec narzucanej ideologii, niebywały wysiłek w odbudowywaniu choćby kościołów czy organizowaniu życia Polaków na ziemiach zachodnich. Bez cichej akcji domowego oporu niemożliwe byłoby udane przekazanie kolejnym pokoleniom pamięci patriotycznej, historycznej, a czasami nawyków zwykłej kultury życia codziennego. Z takich drobnych cegiełek godności i kultury osobistej budowany był mur, który ochronił Polaków przed skomunizowaniem.

Już po paru tygodniach pracy nad książką zorientowałem się, że zabrałem się do tego tematu przynajmniej o 20 lat za późno. Osoby z pokolenia 1920 to dziś niezwykle sędziwi starcy. W naturalny sposób ich świadectwa są najrzadsze. Siłą rzeczy o klimacie pierwszych powojennych lat opowiadają dziś ci, którzy mieli wówczas 18, 19 lub jeszcze mniej lat. Wiedząc, że wziąłem się do tej pracy za późno, na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że „lepiej późno niż wcale”. Że trzeba uwiecznić zapamiętane gesty, powiedzenia, żarty, zachowania, bez których Polacy nie byliby dzisiaj sobą. Przeglądałem też pod tym kątem filmy z epoki PRL-u, literaturę, wspomnienia. Wiem, że większość z tych dzieł miało cel propagandowy, ale szukałem w nich mimowolnych (i przemyconych) śladów autentycznych odczuć i emocji. Ten okres pozostawił niewiele wspomnień pisanych na bieżąco. Ludzie w kraju bali się notować swoje przeżycia — w razie rewizji UB zapiski mogły być groźnym obciążeniem. Za każdym razem od nowa zadawałem sobie pytanie, gdzie znajdowały się granice uczciwej i godnej pracy dla dobra wspólnego, zgodne z polską racją stanu — np. przy odbudowie ziem zachodnich, a gdzie zaczynało się naganne uczestnictwo w nowym systemie.

Często ci, którzy byli bohaterami w czasie okupacji, w przygnębiający sposób zawodzili po wojnie. I ci, którzy w czasie wojny byli za młodzi, by walczyć, podejmowali trud konspiracji w samym zenicie stalinowskiego terroru. Ci, którzy przeszli przez łagry czy więzienia stalinowskie, szukali jedynie spokoju i stabilizacji. Inaczej czytamy relację kogoś, kto mimo wyrywania paznokci nie zdradził, a inaczej kogoś, kto zrobił na tragedii innych karierę. Byli i tacy, którzy skupili się na „tranzycie wartości”. Rezygnowali z bezpośredniej walki, ale swój wysiłek wkładali w wychowanie dzieci na dobrych Polaków znających bez zakłamań narodową historię. To ci, którzy wzięli sobie do serca zdanie z rozkazu o rozwiązaniu Armii Krajowej, 19 stycznia 1945 roku: „Starajcie się być przewodnikami narodu i realizatorami niepodległego państwa polskiego. W tym działaniu każdy z was musi być dla siebie dowódcą”.

Pragnę opowiedzieć, jak Polacy chronili swoją godność, jak uczyli swoje dzieci niezależnego myślenia, jak podtrzymywali symbole i przekazywali prawdę zakłamywaną przez szkołę i propagandę lejącą się z łamów gazet, głośników radia i ekranów pierwszych telewizorów.

To pokolenie moich dziadków i rodziców. Ta książka jest hołdem dla nich. Będę się odnosił do losów mojej rodziny i opowiadał, jak ich przykład i tradycja ukształtowały także mnie. Jestem ich dłużnikiem.

Jeden z rosyjskich dysydentów Edward Kuzniecow powiedział: „Socjalizm niewiele wymaga od człowieka — wymaga tylko, by pokochał to, czego normalny człowiek nienawidzi, a znienawidził to, co normalny człowiek kocha”1.

Janusz Korwin-Mikke, Adam, Ewa i genetyka, „Najwyższy czas”, 3.01.2008, www.nczas.com, 10.11.2014. [wróć]

1. Wolności oddać nie umiem

Niepodległość. Marzenie śnione przez 123 lata obcych zaborów. Skończyła się nagle we wrześniu 1939 roku.

W ciągu dekad niewoli moc tej dominującej emocji Polaków przygasała tylko na krótko. Zazwyczaj po gigantycznych klęskach — takich jak upadek powstania kościuszkowskiego, zmiażdżenie powstania 1831 roku czy zrywu 1863 roku. Ale wystarczało zwykłe dojście do pełnoletniości nowego pokolenia, niezłamanego klęską, by „sen o szpadzie” powracał. W listopadzie 1918 roku marzenie się ziściło. Powstało państwo niedoskonałe, ale własne. Zdolne do wykorzystania dwóch dekad swobody, aby wychować młode pokolenie, które chciało bronić wolności i ryzykować w jej imię własne życie.

We wrześniu 1939 roku ten krótki, wyśniony złoty sen znów zamienił się w koszmar. Najbardziej bolało odkrycie, jak słabe było państwo. Jak zawiódł wódz naczelny, prezydent i siła armii. Jak zachowali się sojusznicy. Ale zwycięscy okupanci nie dali czasu Polakom na wybuch publicznego krytycyzmu. Z całą brutalnością, na jaką było ich stać, zaczęli niszczyć symbole kraju. Znów nie wolno było wywieszać biało-czerwonej flagi. Znaki orła białego zwalano kolbami na bruk. Na jednym ze zdjęć z września 1939 roku esesmani pokazywali Hitlerowi zdobyczny proporczyk pułkowy z wyhaftowanym srebrną nicią orłem. W drugiej części kraju — pod władzą Sowietów — orły były skuwane z gmachów jako symbol pańskiej Polski. Gazetowe karykatury pokazują symbol Polaków jako białą gęś, której szyję przebija sowiecki bagnet.

Może gdyby z demonstracyjnym lekceważeniem orłom pozwolono wisieć na urzędach, a portretom marszałka Rydza-Śmigłego na ścianach — pojawiłby się znacznie bardziej niebezpieczny dla Polaków nastrój oswojenia z rozpadem państwa, zachęcający do modus vivendi z okupantami. Wystarczy przypomnieć, ile złej krwi między Polakami wywołało wtedy postawienie przez Niemców honorowej warty przed grobem Piłsudskiego na Wawelu. Ale w nienawiści najeźdźców sowieckiego i hitlerowskiego wobec symboli II RP — było pośrednie uznanie, że rozbite państwo było coś warte. Komuś przeszkadzało. Stawało na drodze czyichś dążeń. Nie było tylko operetką z legionowymi oficerami ustrojonymi orderami jak choinka. Że istnienie tego państwa było dla Berlina i Moskwy groźnym precedensem, który miał być zapomniany.

Zaczął się terror.

W Poznaniu i Toruniu starsze pokolenie przypomina sobie czasy zaborów, gdy obcy policjant mógł aresztować za publiczne mówienie po polsku. W Wilnie ludzie urodzeni pod władzą carów odkrywali, że nagle znów aktualne są słowa zsyłka i Sybir, tylko zamiast kibitek po mieście krążą czorne worony. Tak nazywane były pomalowane ciemną farbą więźniarki NKWD.

Zmianę nastrojów jak zwykle wywoływał czyn. Pamięć o chaosie i złym dowodzeniu polskim wojskiem szybko równoważyła duma z ofiary Westerplatte, ofiarności obrońców stolicy z ulicy Opaczewskiej. Samo życie kreowało nowych bohaterów. Prezydent Warszawy Stefan Starzyński aresztowany przez Niemców, marszałek Sejmu Maciej Rataj rozstrzelany w Palmirach czy major Henryk Dobrzański „Hubal”, którego Niemcy miesiącami nie byli w stanie dopaść. Potem w tej roli wystąpili generał Władysław Sikorski, lotnicy z Dywizjonu 303 i obrońcy Tobruku. Obrażany i upokarzany każdego dnia naród idealizował władze emigracyjne Rzeczpospolitej. Nikt nie oburzał się, że rząd Sikorskiego został tak naprawdę narzucony przez Paryż i Londyn ze złamaniem zasad legalizmu konstytucyjnego II RP. Ludzie chcieli nadziei, a nie informacji o swarach wśród emigracyjnych polityków i o mściwości Sikorskiego wobec przedstawicieli sanacji. Najważniejszy dla przebywających w kraju był fakt, że nazistowski i komunistyczny zaborca wspólnie rozpoczęli proces odbierania Polakom tego, co najbardziej cenią — wolności. Polacy mają dziesiątki wad, ale od innych narodów odróżniało ich zawsze traktowanie braku wolności jako czegoś nieznośnego.

Ostrość tej najsilniejszej, wolnościowej emocji była temperowana jedynie poziomem strachu przed niemieckim i sowieckim terrorem. Sprzeciw wobec ponownej niewoli obejmował zdecydowaną większość narodu. Owszem był i margines społeczny, który szukał niemieckich przodków, aby zapisać się na volkslistę, zgłaszał się do sowieckiej czerwonej milicji pomocnicznej, widział w czasie wojny okazję do wzbogacenia się drogą spekulacji lub szmalcownictwa. Ale mimo tych zdemoralizowanych jednostek rozmiary solidarności i samoorganizacji społeczeństwa zadziwiały. Zbyt silna była duma z samodzielnie zdobytej niepodległości w latach 1918–1920, by zadowolić się formą niemieckiego protektoratu. Zbyt mocne były wspomnienia z ostatnich lat I wojny światowej, aby nie wierzyć, że w końcu zachodni alianci pokonają nowe wcielenie pruskiego militaryzmu. W poprzedniej wojnie Francja, Wielka Brytania i Ameryka skutecznie pokonały Niemcy. Dlaczego teraz miałoby być inaczej? Polacy najzwyczajniej w świecie nie mieli innego wyjścia, jak ufać nadziei na powtórkę wydarzeń z lat 1914–1918. Aby nie zwariować z bólu i rozpaczy, musieli uczepić się myśli o pozytywnej roli zachodnich aliantów. Przede wszystkim byli dumni z tego, że przeciwstawili się hitleryzmowi, choć przegrali. Tylko nieliczni „realiści” po klęsce wrześniowej głosili, że trzeba było oddać Gdańsk i korytarz. Dominowała wola oporu, choć przerażała skala terroru.

Był to dowód żywotności narodu, a nie — jak chcą dziś historyczni rewizjoniści — objaw samobójczych skłonności Polaków. Na tle bezruchu i lojalności Czechów wobec niemieckiej władzy, na tle skali kolaboracji Francuzów czy „aksamitnej” okupacji w Danii czy Belgii — Polska była wzorem wolnościowej samoorganizacji społecznej. Jej siła i powszechność wynikała z faktu, że we wrześniu 1939 roku stawiła opór Hitlerowi nie dlatego, że uległa intrygom Anglii czy Francji, lecz dlatego, że zrobiła to z własnej woli.

Ci, którzy przedstawiają postawę Czechów jako wzór dla Polaków — niech przeczytają eseje Václava Havla z goryczą opisujące, jak ówczesna kapitulacja prezydenta Edvarda Beneša złamała na dekady narodową psychikę naszych południowych sąsiadów.

Polacy byli inni i wynikało to z niezmożonej chęci pozostania sobą, ze stawiania wolności w centrum narodowej emocji jako wartości nadrzędnej. Z tymi uczuciami Polacy wkroczyli w czwarty rok okupacyjnej niewoli.

W nocy z 3 na 4 stycznia 1944 roku wojska rosyjskie przekroczyły granice II RP w okolicy miejscowości Sarny. Wielu historyków dziejów Polaków pod rządami komunistów właśnie tę datę uznaje za początek nowej epoki, choć na dobre Armia Czerwona zaczęła zajmować ziemie wschodnie II RP dopiero od marca 1944 roku. W lipcu tego roku Sowieci zdobyli Wilno i Lwów, a następnie do sierpnia zajęli tereny centralnej Polski do linii Wisły i stworzyli pierwsze marionetkowe państwo, tzw. Polskę Lubelską. Próba samodzielnego wyzwolenia się, powstanie warszawskie, zakończyło się klęską. W styczniu 1945 roku sowiecki walec ruszył dalej. To pół roku było dramatycznym okresem zmagania się ze sobą polskich nadziei na wolność, niemieckiej furii niszczenia i sowieckiej potęgi. Jak zmieniały się nastroje i emocje Polaków w ciągu półrocza politycznej gorączki między majem a październikiem 1944 roku, gdy skapitulowało powstanie? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba najpierw dokonać próby rekonstrukcji świata wojennych doświadczeń, wyobrażeń i nadziei Polaków.

Jakże często zapominamy, że były to przynajmniej trzy typy okupacji.

Obraz niemieckiej okupacji utrwalił się w wyobraźni zbiorowej Polaków głównie poprzez filmy, których akcja toczyła się w Generalnej Guberni, najczęściej z Warszawą w roli głównej. Tak było w wypadku najnowszych projekcji, takich jak Kamienie na szaniec, czy serialu Czas honoru, ale i wcześniejszych produkcji — seriali Kolumbowie czy Polskie drogi z lat 70. Trudno się dziwić — AK-owska konspiracja w stolicy była efektowna, barwna i zawadiacka.

A jednak tereny GG to była tylko połowa okupowanych ziem. Na zachodzie Niemcy wcielili do Rzeszy całe polskie Pomorze, Górny Śląsk, Wielkopolskę wraz z ziemią łódzką i wreszcie północne Mazowsze. Tam okupacja była brutalna, AK-owska konspiracja działała z najwyższym trudem.

Nie zapisała się też wystarczająco mocno w pamięci Polaków specyficzna sytuacja na kresach. Wpierw w latach 1939–1941 sowiecki terror, a potem wydarzenia przypominały kipiący kocioł — na wierzchu ciężka pokrywka hitlerowskiej władzy, a pod spodem kipisz polsko-litewsko-białorusko-ukraińskich aspiracji i animozji. Do tego doszła sowiecka partyzantka — złowieszcza zapowiedź powrotu armii Stalina na kresy. Gdyby nie Józef Mackiewicz i jego książki, wiedza o dramacie wschodnich ziem RP z lat 1939–1944 byłaby zupełnie zapomniana.

Podkreślmy, że wojenne historie bywały bardzo różne. Pierwszy typ doświadczenia okupacyjnego to los Polaków żyjących na terenach przyłączonych do Rzeszy. Dużą ich część wygnano do Generalnej Guberni, a resztę zepchnięto do roli tolerowanej siły roboczej lub fachowej jako tzw. Gute arbeitete Polen, „dobrze pracujących Polaków”. Poddani byli brutalnemu terrorowi (ruch oporu był niezwykle słaby). Specyficznym problemem tych terenów było przyjęcie przez część ludności III i IV grupy volkslisty, czyli kategorii przeznaczanych dla Ślązaków i Kaszubów uznawanych przez władze Rzeszy za nadających się do germanizacji. Nieprzyjęcie takiej grupy volkslisty oznaczać mogło represje. Władze emigracyjne i organy Polskiego Państwa Podziemnego przyjmowały takie decyzje ze zrozumieniem, choć oczywiście wachlarz motywacji i postaw przyjmowanych przez osoby, które przyjęły tę formę uznania niemieckiej władzy, były niekiedy bardzo różne. Jedni Ślązacy przyjmowali volkslistę, aby uniknąć represji, inni przyjmowali ją z obojętnością jako kolejną zmianę przynależności państwowej, a byli też tacy, którzy przyklejali się do niemieckości, widząc w niej szansę na awans. Dla naszych rozważań najważniejsze są dwie obserwacje. Polacy z terenów przedwojennej Polski przyłączonych po 1939 roku do Rzeszy byli poddani tak brutalnym represjom i upokorzeniom, że w ich emocjach dominowała niechęć wobec Niemców. Siłą rzeczy np. Polacy w czasie wyzwolenia Poznania w styczniu 1945 roku postrzegali Armię Czerwoną jako wybawcę od wyjątkowo okrutnej władzy hitlerowców.

Na drugim krańcu Rzeczypospolitej mieszkańcy kresów mieli za sobą bardziej skomplikowane doświadczenia. Zaznali okrutnej okupacji sowieckiej, która miała cechy eksterminacji. Masowe wywózki, brutalny terror NKWD i szok degradacji cywilizacyjnej związany z wejściem w skład państwa sowieckiego wywoływał emocje, które różniły mieszkańców kresów od ziem zachodnich i centralnych. Po pierwsze, Polacy we Lwowie czy Wilnie zetknęli się ze zdumiewającą sprawnością sowieckich służb specjalnych. Powodowało to sytuację, w której konspiracja była bardzo słaba i niepokojąco nieodporna na inwigilację. Po drugie, na ziemiach kresowych okres lat 1939–1941 to przykre odkrycie, jak w praktyce może wyglądać współpraca sowieckiej władzy okupacyjnej z przedstawicielami żywiołu białoruskiego, ukraińskiego i żydowskiego, którzy łączyli w sobie niechęć do Polaków jako niegdysiejszego narodu państwowego z najprymitywniejszymi instynktami nienawiści klasowej, podsycanymi przez Sowietów. W tej optyce przybycie Niemców po 22 czerwca 1941 roku było traktowane z pewnymi nadziejami na analogicznej zasadzie, jak Polacy z Warthegau czy włączonej do Rzeszy części Mazowsza przyjmowali w 1945 roku wejście Sowietów. I jeszcze jeden rys, który był charakterystyczny dla wschodnich województw Rzeczypospolitej w latach 1939–1941, to tzw. eksperyment lwowski, czyli udana z punktu widzenia Sowietów operacja wciągnięcia części elit intelektualnych i uniwersyteckich do sowieckiego życia. To kazus takich postaci jak pisarz Tadeusz Boy-Żeleński czy reżyser teatralny Aleksander Węgierko, którzy zdumiewająco łatwo zaakceptowali kolaborację z Sowietami. Takie imprezy jak propagandowy rok mickiewiczowski we Lwowie w 1940 roku pokazywały, że można stworzyć kulturę „narodową w formie, socjalistyczną w treści”. A wydawałoby się reprezentujący zachodnią wyrafinowaną kulturę Tadeusz Boy-Żeleński, gdy się nad nim odpowiednio popracuje, może zgodzić się na udział w propagandowej wycieczce do Moskwy, po której opowiada jawne kłamstwa na temat wspaniałości życia w Kraju Rad. Było to groźne memento pokazujące, że Sowieci potrafią sprawnie operować narodowym sztafażem i w odpowiednim czasie będą w stanie do tej taktyki powrócić. Kolejne lata okupacji niemieckiej to doświadczenie barbarzyństwa porównywalnego z okupacją sowiecką, połączonego z represjami wobec tamtejszych Polaków ze strony czy to nacjonalistów ukraińskich, czy to kolaborantów białoruskich na służbie hitlerowców, czy to wreszcie sowieckiej partyzantki.

I wreszcie teren Generalnej Guberni. Tutaj doszło do paradoksu, terror niemiecki był niezwykle brutalny i ostry, ale konspiracja antyniemiecka rozkwitała w stopniu, który był absolutnie nieporównywalny w stosunku do terenów włączonych do Rzeszy, była także znacznie aktywniejsza i sprawniejsza niż na terenach kresów. To fenomen polskiego państwa podziemnego, który wszedł do legendy i jest źródłem dumy Polaków aż do dzisiaj. Była to najpowszechniejsza działalność spiskowa w Europie. Stała się ona udziałem ok. 300 tys. osób, a przy przyjęciu szerokiej formuły oporu cywilnego, takiego jak tajne nauczanie, różne formy współpracy z AK czy NSZ, może być szacowana na ponad 800 tys. ludzi. Dotyczyło to przede wszystkim Generalnej Guberni, choć w latach 1941–1944 obejmujący w pewnym stopniu tereny kresowe przyłączone czy to do GG, czy do tzw. Komisariatu Rzeszy, „Wschód” obejmował tereny Wileńszczyzny i Polesia. Jedną z przyczyn tego fenomenu było istnienie polskiej prywatnej inicjatywy, która pośrednio była oparciem dla ruchu oporu. Tego nie było ani na terenie zajętym przez Sowietów, ani na terenie włączonym do III Rzeszy. Ta skala sprzeciwu mogła być i może być nadal powodem do dumy. W innych krajach, w których występował silny ruch oporu, albo był mniej rozwinięty, jak we Francji, albo państwa te miały znacznie lepsze warunki naturalne, jak np. spore obszary górskie w byłej Jugosławii i Grecji. Jeszcze innym przypadkiem były tereny sowieckiej Białorusi i Ukrainy, na których partyzantka podporządkowana Moskwie korzystała ze stałego zasilania ze strony sztabów partyzanckich i dostaw lotniczych zza linii frontu. Żeby walczyć, trzeba mieć broń.

Jan Nowak-Jeziorański wspominał:

Mniej więcej od połowy września 1943 roku nastąpiło drastyczne ograniczenie lotów do Polski ze zrzutami ludzi, broni, amunicji i sprzętu. Od połowy października (1943 roku) zostały wstrzymane całkowicie zrzuty skoczków, którzy zabierali ze sobą prócz poczty także pasy z pieniędzmi dla AK i dla Delegatury Rządu. W listopadzie Polska nie otrzymała ani jednego zrzutu broni. W grudniu 1943 roku i styczniu 1944 Anglicy dopuścili tylko do kilku lotów. Wielki plan zaopatrzenia AK w broń specjalistów przy pomocy około 300 lotów i przygotowanie w ten sposób polskiego podziemia do akcji na wielką skalę utknął na samym wstępie. Strona angielska tłumaczyła to trudnościami technicznymi. (…) Po stronie polskiej panowało przekonanie, że wstrzymanie zrzutów ludzi i broni jest podyktowane motywami politycznymi i stanowi rezultat sowieckich oskarżeń, że AK nie walczy z Niemcami, lecz dostarczaną broń używa przeciwko sowieckim partyzantom1.

Francuskiej Résistance, partyzantce Josipa Broza-Tito i walecznym Grekom broń sypała się z nieba, a w Polsce trzeba było ją zdobywać na Niemcach. Ci jednak nie oddawali łatwo uzbrojenia.

Historyczni rewizjoniści poddający krytyce politykę polskich władz podziemnych bardzo często ex post stawiają tej konspiracji zarzuty albo o zbyt nieodpowiedzialne narażanie się na niemieckie represje, albo o zbytnie bagatelizowanie czy to walki z podziemiem komunistycznym, czy to w bardziej generalnym planie o brak założenia, że głównym przeciwnikiem przynajmniej od bitwy stalingradzkiej na przełomie lat 1942 i 1943 powinien być Związek Radziecki. Te krytyki nie uwzględniają paru istotnych elementów sytuacji w okupowanej Polsce. Po pierwsze, centrum konspiracji była Generalna Gubernia, w której podstawowym problemem był terror niemiecki. Wiązała się z tym kolejna cecha podziemnego państwa polskiego: było ono konfederacją narodu przeciwko okupantowi niemieckiemu, obrażającemu jego godność, ale i niekryjącemu planów eksterminacyjnych.

Józef Mackiewicz tak opisywał ten fenomen przy okazji sceny, gdy Rosjanin Anton Panisienko, uciekinier spod władzy sowieckiej, przybywa do okupowanej Warszawy:

Nie było przesiąkania, lecz niemal idealna linia rozgraniczająca walczący naród od okupanta. Dla niego, człowieka wzrosłego w ustroju sowieckim, stanowiło to prawdziwą rewelację. Po prostu każdy Polak na bruku ulicznym był „swój”, każdy Niemiec był „wróg”, jak coś w naturze rzeczy oczywistego. Naturalnie, zdawał sobie sprawę, i słyszał zresztą, że zdarzają się jakieś wtyczki, agenci niemieccy, że muszą być i szpicle, i zdrajcy, jak bywa w każdym zbiorowisku ludzkim. Ale nie oni reprezentowali „czujność” i postrach panujących władz, lecz wręcz odwrotnie: sami wystawieni byli na czujność i kontrterror walczących z władzą mas. Było coś imponującego w tej solidarności, w tym spontanicznym, zdyscyplinowanym kolektywie oddolnym, z którym zetknął się po raz pierwszy, on, który znał dotychczas jedynie kolektyw narzucony odgórnie2.

Niemiecka propaganda w najmniejszym nawet stopniu nie siliła się na tak sprytny i chytry sztafaż polski, jaki po raz pierwszy można było zobaczyć w czasie sowieckiego eksperymentu lwowskiego z lat 1939–1940. Hitlerowska brutalność sprawiała wrażenie jakiejś osobistej pasji i namiętności Niemców w dziele zniszczenia Polaków. Stąd postulaty, by Polacy przyjęli, że przynajmniej od 1943 roku trzeba skupić się na walce z Rosjanami, były teorią. Mieszkaniec Warszawy czy Krakowa, który w każdej chwili mógł dostać od dowolnego patrolu niemieckiego w twarz lub zostać rozstrzelany, cieszył się z niemieckiej klęski pod Stalingradem i zauważał, że Niemcy zaczęli się bać. Wyrafinowane myślenie, że jeśli Niemcy przegrają, to może w końcu dotoczyć się do Polski sowiecki walec, było czymś abstrakcyjnym. Współcześni rewizjoniści dziwią się, że dowództwo Armii Krajowej nie przesunęło ciężaru walki na Sowietów, a na pytania o możliwość takiej zmiany akcentów odpowiadają, że była to przecież armia, a tam wypełnia się rozkazy. Nie jest to do końca prawda. Siła polskiego oporu wynikała z dobrowolności i ofiarności ludzi zaangażowanych w kolejne poziomy pracy konspiracyjnej. To właśnie tego ducha sprzysiężenia narodowego tak pięknie ukazują filmy opisujące tamte lata — seriale Akcja V1-V2 (1973), Polskie drogi (1976–1977), czy Akcja pod Arsenałem (1977). Tej konspiracji można było rozkazywać, ale na siłę nic nie można było jej kazać. Bez otuliny poparcia społecznego AK mogłoby działać w nieporównanie słabszym stopniu. Miało to swoje konsekwencje. Powtarzam, konspiracja AK-owska była przede wszystkim antyniemiecka, bo jej głównym terenem była Generalna Gubernia, w której Niemcy byli głównym i najstraszniejszym problemem. Józef Mackiewicz, najlepszy kronikarz nastrojów Polaków na kresach, trafnie opisuje, jak ciężko było emisariuszom z Wilna czy Lwowa wytłumaczyć liderom podziemia w Warszawie, że na kresach oprócz Niemców problemem są Sowieci oraz nacjonalizmy: przede wszystkim ukraiński i litewski, ale i białoruski. Konspiracja Generalnej Guberni funkcjonowała najlepiej w zderzeniu z okupantem niemieckim. Kodeksy zachowań cywilnych tworzone na potrzeby środowiska intelektualnego, aktorskiego, wiejskiego, robotniczego były powszechnie akceptowane.

W filmie Akcja pod Arsenałem jest znamienna scena. Młodzi ludzie uczestniczący w ulicznej akcji przeciwko Niemcom, uciekając, wpadają do tramwaju i nieudolnie próbują ukryć swoje pistolety maszynowe pod prochowcami. Gdy wyciągają drobniaki, aby zapłacić za bilet, uśmiechnięty od ucha do ucha konduktor mówi: „Wojskowi nie płacą”. Była to aluzja do praktyki z okresu przedwojennego, w której żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego byli zwolnieni od płatności za środki komunikacji publicznej. Ta scena, w której konduktor i, jak można się domyślać, większość pasażerów tramwaju demonstrują swoje poparcie dla przedstawicieli podziemnego państwa to dobra metafora dla sytuacji z lat wojny. Ale skuteczność polskiego oporu wobec Niemców miała jedną wadę. Utwierdzała w przekonaniu, że tak samo skuteczny będzie w wypadku pojawienia się Sowietów. Lekcja eksperymentu lwowskiego nie została odrobiona przez władze państwa podziemnego.

Pokolenie tworzące władze konspiracyjne należało do ludzi, którzy przeżyli cud niepodległości w 1918 roku, a potem dana im była satysfakcja zwycięstwa nad Związkiem Sowieckim w wojnie 1920 roku. Tę wspaniałą, ale i dodajmy chłodno, zdarzającą się raz na sto lat, koniunkturę uznano za coś oczywistego. Splot wydarzeń z lat 1918–1920 wynikał z jednoczesnego osłabienia kajzerowskich Niemiec i Rosji rozdartej rewolucją i wojną domową. Powtarzam: było to wspaniałe doświadczenie ludzi żyjących w okresie międzywojennym, jak byśmy to dziś powiedzieli, konstytuujące myślenie zbiorowości. Dla tego pokolenia i kolejnej generacji, która wychowała się w szkołach II RP, istnienie Polski stało się faktem niepodlegającym cofnięciu i unieważnieniu. To dlatego prostackie próby Niemców zamienienia Polaków w Generalgouvernement BevÖlkerung, czyli ludność GG, musiały zakończyć się niepowodzeniem. Ale ten opór mógł być tak masowy tylko wskutek cech dziś krytykowanych przez rewizjonistów — antyniemieckości, silnego oparcia na micie powstańczym i na pamięci o oporze społecznym wobec zaborców w XIX wieku. W filmie Krzysztofa Zanussiego Drogi pośród nocy polska arystokratka, która musi znosić zajęcie jej dworku przez oficerów Wehrmachtu, dumnie reaguje na próby niemieckiego oficera, chcącego nawiązać z nią znajomość, z taką samą pogardą i wyniosłością, z jaką szlachcianki po powstaniu styczniowym traktowały rosyjskich oficerów, których nie wpuszczało się za próg polskiego domu.

Bez wzorców XIX-wiecznego oporu wobec zaborcy, szczególnie rosyjskiego — tak dziś wyszydzanych np. przez Rafała Ziemkiewicza, który wykpiwa zasadę „niewpuszczania Moskala za próg” — skala kolaboracji byłaby znacznie większa. Nie byłoby ani tak masowego napływu młodych ludzi do konspiracji, ani tak silnej presji społecznej, która powstrzymywała przynajmniej część oportunistów przed wysługiwaniem się nowej władzy. Powtarzam — Polskie Państwo Podziemne było oddolną konfederacją Polaków przeciwko Niemcom. Karmiło się — i tu mają rację rewizjoniści — wyidealizowanym wizerunkiem zachodnich aliantów i ich domniemanym szacunkiem dla skali polskiego oporu i faktu, że Polska pierwsza stanęła na drodze Adolfa Hitlera, dążącego od końca lat 30. XX wieku do dominacji nad Europą. Bez tej — jak się okazało złudnej — nadziei Polacy nie byliby lepsi jako zbiorowość w czasie okupacji, a skala kolaboracji i proniemieckiego serwilizmu byłaby o wiele większa. Pokusa antysowietyzmu w sojuszu z Hitlerem była złudną alternatywą. Naziści szybko i skutecznie zaczęliby ogrywać ekipę, która poszłaby na sojusz z III Rzeszą, a społeczeństwo tejże ekipy by nie szanowało. Trudno nie porównać tego z postawą Janusza Radziwiłła, bohatera Potopu. Decydując się na kolaborację ze Szwedami, nie przewidział skali oporu szlachty Rzeczpospolitej przeciwko swojemu wyborowi. A im bardziej odrzucano go za zdradę, tym bardziej był lekceważony przez Szwedów. Można wyobrazić sobie podobną sytuację w wypadku hipotetycznego sojuszu ekipy Rydza-Śmigłego i Becka z Hitlerem. Mnożyłyby się z jednej strony przypadki brutalnego nacisku Hitlera na władze w Warszawie, a z drugiej strony jego autorytet podmywałyby antypaństwowe wystąpienia. Jak można podejrzewać, z tradycyjnie antyniemiecką endecją na czele.

Ale idźmy dalej w rozważaniach. Załóżmy, że Polska nie stawiłaby oporu, Hitler usunąłby po pewnym czasie zestrachanych liderów państwa polskiego, którzy zawarliby z nim rozejm. Jest bardzo prawdopodobne, że społeczeństwo zamieniłoby się w rozlazłą masę, w której coraz silniejszą pozycję zdobywaliby kolaboranci, ludzie kierujący się egoizmem, antysemici, szmalcownicy. Taki proces miał miejsce na Słowacji, w Protektoracie Czech i Moraw, na terenie zajętej przez Niemców Litwy czy części polskich kresów zamieszkanych przez Ukraińców. Popatrzmy na ten ostatni przykład. Jeśli dziś poczucie narodowe na Ukrainie jest tak słabe, to jest to wynik braku zbiorowego przeżycia niepodległościowego. Czasami atrapą takich uczuć są nawiązania do skrajnego nacjonalizmu w stylu banderowskim, co z kolei odpycha sąsiadów Ukrainy i faktycznie wspiera politykę Rosji. Polska, która straciłaby swoją „duszę”, unikając zderzenia z Hitlerem w 1939 roku, stałaby się narodem z przetrąconym kręgosłupem. A wolność i tak prędzej czy później straciłaby — tyle że jako naznaczony hańbą sojusznik Hitlera.

Polskie Państwo Podziemne było największą strukturą zbrojnego, cywilnego i obywatelskiego oporu spośród wszystkich państw okupowanych przez Niemców. Jeśli już szukać jakichś porównań, to podobna skala oporu była w Grecji i Jugosławii, ale tam chodziło bardziej o walkę partyzancką niż o strukturę konspiracyjną obejmującą wszystkie warstwy społeczeństwa. Pewne analogie można dostrzec w strukturach Résistance we Francji, ale i tam skala tego zjawiska była mniejsza. A już zupełnie nie można porównać Polskiego Państwa Podziemnego do struktur ruchu oporu w Norwegii, Czechosłowacji czy Danii, gdzie obejmował on niewielki procent ludności. W przypadku Polski ważna była nie tylko masowość protestu, ale także jego zróżnicowanie.

Gdy w 2001 roku odwiedziłem Nowy Jork, parę tygodni po ataku na World Trade Center, jeszcze wyczuwalna była atmosfera obywatelskiej mobilizacji w obliczu zagrożenia Ameryki. Pytani o źródła tej imponującej samoorganizacji Amerykanie wskazali mi znaczenie mitu Pearl Harbor. Opowieść o zdolności Amerykanów do zjednoczenia się wówczas wokół swego prezydenta i Kongresu przekazywana jest tam w szkołach. Dla społeczeństwa polskiego, które po przegranej kampanii wrześniowej znalazło się pod okupacją niemiecką i sowiecką, źródłem inspiracji była konspiracja z okresu zaborów. Jedni pamiętali ją z zaboru rosyjskiego. W Warszawie znany był fenomen tajnego nauczania z czasów strajku szkolnego z początku XX wieku. Drudzy wspominali konspirację narodową z terenów zaboru pruskiego. Młode pokolenie wychowane już w szkołach II Rzeczypospolitej chłonęło niezgodę na niewolę z tradycji romantycznej i legendy legionowej.

Wszystko to spowodowało, że w Polsce zawiązki podziemnych grup, tajnych kompletów czy dalszej nielegalnej już działalności partii politycznych zaczęły się z chwilą rozpoczęcia niemieckiej okupacji.

Polskie Państwo Podziemne było zarówno odgórną, jak i oddolną inicjatywą. To powodowało, że dla niemieckiego okupanta próby zatrzymania tej groźnej dla nich konspiracji były od początku skazane na porażkę. To, co było ważne w ruchu oporu, to jego szybkość i fakt, że mało kto odrzucał propozycję udziału w buncie przeciwko okupantowi.

Sięgnijmy po przykład z serialu Polskie drogi. Oto w pierwszych tygodniach okupacji polska urzędniczka sortująca listy zostaje wezwana przez dyrektora placówki pocztowej, który zwrócił jej uwagę na to, że powstało nowe zjawisko załatwiania zadawnionych porachunków za pomocą pisania listownych donosów do Gestapo. Zwierzchnik zaproponował swojej podwładnej, aby takie listy były wyłapywane i niszczone. Urzędniczka natychmiast się zgodziła, choć musiała przecież wiedzieć, jakie mogły być tego konsekwencje.

Gigantyczna liczba takich drobnych działań na najprzeróżniejszych szczeblach osłabiała Niemców. Oto inny przykład z serialu o zdobyciu przez AK egzemplarza broni V2. Niemcy wskutek alianckiego bombardowania Peenemünde byli zmuszeni do przeprowadzenia prób daleko na wschodzie — w miejscowości Blizne nad Bugiem, poza zasięgiem brytyjskich bombowców. W trakcie prób jedna z rakiet wpadła do rzeki. Mimo że Niemcy gorączkowo szukali zagubionego pocisku, nikt z miejscowych nie ujawnił, że znajduje się on na dnie rzeki. Potem dzięki wzajemnemu zaufaniu wielu osób wiadomość o tym wydarzeniu została przekazana miejscowemu szefowi komórki wywiadu AK, trafiła do Warszawy, skąd po pewnym czasie wyruszyła skomplikowana wyprawa, aby pocisk wyłowić i przewieźć do stolicy. Rakietę po badaniach wyekspediowano do Londynu, skąd przybył specjalny samolot. Operacja ta dziś może śmieszyć narażaniem się dziesiątków ludzi po to tylko, aby przekazać rakietę V2 Anglikom, którzy i tak sprzedali nas w Jałcie. Jednak łańcuch ludzi ryzykujących życie w tej operacji robił to, żeby zaszkodzić Niemcom. Chcieli poczuć godność kogoś, kto chce mieć wpływ na losy wojny, i kogoś, kto chce zachować się wobec Anglików w porządku. Nawet jeśli potem postępowanie Londynu było rozczarowujące.

Jedną z osób w tym łańcuchu był mój dziadek, komandor marynarki z grupy „Alfa” Armii Krajowej, Józef Woźnicki, który w jednym z warszawskich mieszkań jako specjalista od żyrokompasów badał instalacje sterownicze pocisku V2. Czy dziś mam nazywać swojego dziadka idiotą, który nie zauważał perfidii Albionu? Czy mój dziadek nie miał prawa bać się, że V2 może przeważyć losy wojny na rzecz III Rzeszy i że sztandar ze swastyką już na zawsze będzie powiewać nad Warszawą? Czy miał prawo bać się wygranej Hitlera, nie odgadując zdrady Churchilla?

Dzisiaj stawiane jest pytanie, dlaczego konspiracja miała głównie antyniemieckie ostrze. Wynikało to z faktu, że najlepiej rozkwitała na terenach zamieszkanych w sposób zwarty przez Polaków, czyli w centralnej Polsce, z której Niemcy stworzyli Generalną Gubernię. Dominacja ludności polskiej i żydowskiej na tym terenie zmniejszała groźbę wspomagania niemieckich władz przez donosy ludności niepolskiej. Już na terenach województw wschodnich w latach 1939–1941 najlepsze warunki do konspiracji antysowieckiej były albo na obszarach zamieszkanych w przeważającej większości przez Polaków, takich jak Łomżyńskie czy ziemia augustowska, albo w dużych ośrodkach miejskich — w Wilnie i we Lwowie. Dla Polaków żyjących na terenach z większością ukraińską czy białoruską — co wykazały potem działania na Wołyniu — znacznie groźniejsi od Niemców byli nacjonaliści z mniejszości niepolskich lub członkowie kolaboracyjnych milicji lokalnych, np. białoruskiej czy litewskiej.

Wracając do sytuacji w Generalnej Guberni, pytanie o wybór głównego wroga w przypadku okupacji niemieckiej było bezsensowne. Niemieckie represje zaczęły się od samego początku niemieckich rządów i każdy dzień przynosił dziesiątki przykładów wyzywającego antypolonizmu Niemców. Każdy patrol mógł ciężko pobić Polaka, który w jego opinii „krzywo nań spojrzał”, każdy Niemiec, jeśli miał ochotę, mógł obrabować polskie mieszkanie z cennych przedmiotów i liczyć na pobłażliwość swoich zwierzchników wobec takiego zachowania. Nie znaczy to oczywiście, że nie było obszarów w miarę normalnego życia, jednak akty niemieckiego terroru, nawet wybiórcze, wprowadzały poczucie tak głębokiego upokorzenia, że obsesyjna walka z Niemcami całkowicie zdominowała wyobraźnię większości „obywateli” GG.

Jan Nowak-Jeziorański, Kurier z Warszawy, Warszawa-Kraków 1989, s. 217. [wróć]

Józef Mackiewicz, Nie trzeba głośno mówić, Londyn 2011, s. 442. [wróć]

2. Architektura podziemia

Od jesieni 1943 roku Polacy widzieli, jak chorągiewki ze swastyką cofały się na zachód na mapach ukazujących aktualną sytuację wojenną. Powoli strach Niemców przed przegraną wojną był widoczny i odczuwalny. Volksdeutsche wykonywali gesty wobec niegdysiejszych polskich współobywateli, a partyzantka leśna nabierała wigoru. Fatalistyczne powiedzonko, które zaczęło wtedy krążyć wśród Niemców, głosiło: „Cieszcie się wojną — pokój będzie straszny”.

Dziś wiemy już, jak zwykli Polacy mało wiedzieli o słabej pozycji rządu emigracyjnego wobec Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, a przede wszystkim wobec Związku Sowieckiego. Trudno się temu dziwić. Dwa główne źródła wiadomości — radio BBC i biuletyny Komendy Głównej AK — każde z innych powodów unikały podkreślania informacji wskazujących na ustępliwość zachodnich aliantów wobec Rosji. Trudno było pisać o słabej pozycji międzynarodowej rządu w Londynie w ostatniej, decydującej fazie wojny, skoro chciało się utrzymać ducha oporu i mobilizacji społecznej. W wypadku radia londyńskiego — realizowało ono bardzo ściśle brytyjską politykę informacyjną, która starała się z jednej strony podkreślać uznanie rządu Jej Królewskiej Mości dla walki żołnierzy polskich, z drugiej strony unikać wszystkiego tego, co mogło wskazywać na konflikt na linii Polska — Wielka Brytania — ZSRS.

Jan Nowak-Jeziorański, który jako kurier podziemia krążył w czasie wojny między Warszawą a Londynem, tak oceniał wpływ BBC i Polskiego Radia z Londynu na kraj:

Mimowolnie stwarzało to wrażenie, że ten świat zewnętrzny, którego centrum był Londyn, ma oczy wpatrzone w Polskę, że Polska jest w centrum uwagi i że jej heroiczna postawa, odmowa współpracy z Niemcami i nieprawdopodobna ofiarność w służbie zwycięstwu, zdobywa jej bardzo mocną pozycję w obozie zwycięzców. Dlatego obraz świata był absolutnie wypaczony. Dla mnie niebywałym wstrząsem był przyjazd (w czasie wojny) na Zachód i zetknięcie się z prasą, bo wtedy dopiero się zorientowałem, jak krzywym zwierciadłem — poniekąd niechcący — było BBC1.

Także pisma Komendy Głównej AK i Delegatury Rządu na Kraj dbały o optymistyczny przekaz, bez którego niemożliwe byłoby utrzymanie dobrego morale w szeregach konspiracji i oddziałach partyzanckich. Krajowe pisma oczywiście miały pewien poziom pluralizmu. Przykładowo istniała prasa środowisk Narodowej Organizacji Wojskowej, a potem Narodowych Sił Zbrojnych, która wyraźnie stawiała tezę, że Polska ma dwóch wrogów — Niemcy i Sowietów. W tekstach publicystów tego nurtu pojawiała się nawet dość racjonalna teza, że przeciwnik sowiecki jest groźniejszy, bo może liczyć na poparcie zachodnich mocarstw, dbających o to, aby Moskwa nie wycofała się z wojny na zasadzie jednostronnego rozejmu z Niemcami. Tyle że ten nacjonalizm bladł wobec codziennego bestialstwa Niemców.

Jak wyglądała w sensie polityczno-wojskowym architektura Polskiego Państwa Podziemnego? Składało się na nią wiele niuansów i niekonsekwencji. Mimo że po klęsce wrześniowej bardzo silny był nurt potępienia sanacji za niezdolność do stworzenia silnego państwa, mogącego wytrzymać niemiecki atak, to dowódcy najpierw Związku Walki Zbrojnej — Michał Tokarzewski-Karaszewicz, a potem już Armii Krajowej — gen. Stefan Grot-Rowecki, a po jego aresztowaniu 30 czerwca 1943 roku — jego następca Tadeusz Bór-Komorowski byli oficerami, którzy swoje awanse otrzymali w czasach rządów piłsudczyków. Właśnie ta dominacja wojskowych, którzy zrobili karierę po zamachu majowym w 1926 roku, powodowała dystans, jaki wobec Związku Walki Zbrojnej, a potem Armii Krajowej, miała Narodowa Organizacja Wojskowa, a potem Narodowe Siły Zbrojne. Narodowcy nie byli pewni, czy w momencie końca wojny „piłsudczycy” — jak postrzegali kierownictwo AK — nie użyją swej siły militarnej do odnowienia hegemonii sanacji nad Polską. W końcu obawy zeszły na dalszy plan i NOW weszło do AK. Taki sam proces przeszła Konfederacja Narodu — utworzona z pary mniejszych grup, ale faktycznie zdominowana przez wyrazistą osobowość lidera ONR Falanga — Bolesława Piaseckiego. Osobną drogą pójdą Narodowe Siły Zbrojne — które wyszły w 1942 roku z NOW, nie zgadzając się na scalenie z AK.

Przez wiele lat powojennych ofiary okupacyjne narodowców były tematem tabu. Publikacje wydawane w latach PRL-u eksponowały straty komunistów PPR, wspominały o zamordowanych ludowcach i socjalistach, ale o zamordowanych działaczach Stronnictwa Narodowego zazwyczaj milczano. A przecież konspiratorzy z ruchu narodowego byli niezwykle zaciekle niszczeni przez hitlerowców. Było to zrozumiałe z racji tradycyjnie antyniemieckiego nastawienia obozu narodowego w całej Polsce, ale i roli, jaką działacze Stronnictwa Narodowego odgrywali na Pomorzu i w Wielkopolsce.

Jako pierwsi ginęli po 1 września 1939 roku narodowcy — pomorscy, wielkopolscy i śląscy nauczyciele, przedstawiciele lokalnych elit i burmistrzowie. Byli oni rozstrzeliwani według wskazań Niemców z Selbschutzu — bojówek złożonych z Niemców mieszkających na zachodnich terenach RP. „Mało kto wie, że lasy w Piaśnicy koło pomorskiego Wejherowa to największy cmentarz rozstrzelanych narodowców — ofiar Gestapo w Polsce” — wskazuje Jarosław Sellin, polityk i historyk wywodzący się z tradycji endeckiej2.

Ale polowanie na działaczy obozu narodowego trwało też w Generalnej Guberni i na kresach.

Wspomnijmy niektóre z setek ofiar: polityków SN: prof. Romana Rybarskiego, prof. Witolda Staniszkisa (obaj zgładzeni w Auschwitz) czy prof. Ignacego Chrzanowskiego — ofiarę obozu w Sachsenhausen. Niszczono też przedstawicieli elit kulturalnych narodowców — choćby Stanisława Piaseckiego, przedwojennego redaktora tygodnika „Prosto z mostu”, rozstrzelanego w 1941 roku, czy Andrzeja Trzebińskiego, młodego poetę i lidera środowiska „Sztuki i Narodu” zgładzonego w 1943 roku3.

Mimo tych strat, siła konspiracji narodowców wynikała z faktu, że przed wojną była to najliczniejsza partia w Polsce. Podziemie narodowe obejmowało wszystkie grupy społeczne, od profesorskich elit, po dziesiątki lokalnych działaczy na wsi i w małych miasteczkach. O ile Stronnictwo Narodowe zwlekało z włączeniem swojej organizacji wojskowej — Narodowego Zjednoczenia Wojskowego do AK, to nie miało oporów przed przystąpieniem do „grubej czwórki”.

Było to porozumienie najważniejszych czterech partii będące swoistą radą doradczą Delegata Rządu na Kraj. W jego skład wchodziło Stronnictwo Ludowe, które przyjęło na czas wojny nazwę SL Roch — dysponowało najsilniejszymi strukturami, potem było PPS-wrn, dalej Stronnictwo Narodowe i wreszcie Stronnictwo Pracy — najsłabsze w tym gronie, ale uważane za partię najbliższą premierowi i Naczelnemu Wodzowi Władysławowi Sikorskiemu.

Wspominając o Stronnictwie Narodowym, mówimy o tzw. endecji profesorskiej, czyli najbardziej umiarkowanym ugrupowaniu tego nurtu. W opozycji do niego byli spadkobiercy przedwojennego ONR ABC, którzy stworzyli NOW, a potem NSZ, oraz kontynuatorzy ONR Falangi w postaci Konfederacji Narodu z Bolesławem Piaseckim na czele i jego siłami zbrojnymi — Uderzeniowymi Batalionami Kadrowymi. Przez okres okupacji trwała żmudna akcja scaleniowa Konfederacji Narodu i NOW z Armią Krajową. Poza AK pozostała do końca wojny NSZ i stojąca za nimi Organizacja Polska4.

Trzeba podkreślić ten polityczny pluralizm. Polskie Państwo Podziemne nie było dyktaturą zarządzaną przez wojskowych. Niezwykle konsekwentnie dbano o to, by obok siły zbrojnej — AK istniała Delegatura Rządu na Kraj, organ odpowiadający rządowi, i quasi-parlament, którym była Rada Jedności Narodowej — odpowiednik Rady Narodowej w Londynie.

Osobisty wpływ Sikorskiego na kształt struktur cywilnych państwa podziemnego był wyraźnie widoczny. Pierwszym delegatem rządu na kraj został przedwojenny przywódca Stronnictwa Pracy Cyryl Ratajski. Po jego aresztowaniu przez Niemców od lata 1942 roku delegatem był Jan Piekałkiewicz ze Stronnictwa Ludowego. Kiedy zaaresztowało go Gestapo, od wiosny roku 1943 do marca 1945 roku — Jan Stanisław Jankowski ze Stronnictwa Pracy. To dobrze wskazuje, jak silny wpływ miał Sikorski, wysuwając z uporem na stanowisko zwierzchnika „grubej czwórki” dwukrotnie polityków niezwykle słabego w kraju Stronnictwa Pracy.

Na średnim i niskim szczeblu podziemia niewiele wiedziano też o ukrywanych tarciach wokół pytania, kto ma być wiodącą władzą w kluczowej chwili zrywu powstańczego w momencie końca okupacji: rząd w Londynie czy podziemne władze w Polsce? Rząd emigracyjny miał szerszą wiedzę o sytuacji międzynarodowej, ale krajowe władze podziemia dysponowały lepszą wiedzą o nastrojach w kraju. Pytanie to pojawi się przy okazji akcji „Burza” — operacji zbrojnej walki z Niemcami w momencie wkraczania Armii Czerwonej i podejmowaniu decyzji o wybuchu powstania warszawskiego.

Kolejnym elementem nastrojów w kraju było bardzo silne „wahnięcie w lewo”. Klęskę piłsudczyzny w 1939 roku utożsamiano z potrzebą, jak to wtedy mówiono, zdemokratyzowania Rzeczpospolitej. Powstawały projekty polityczne czy to PPS, czy to Stronnictwa Ludowego, w których solennie obiecywano szybkie dokończenie reformy rolnej, zakończenie istnienia wielkiej własności ziemskiej i w pewnym stopniu nacjonalizację przemysłu. Już w listopadzie 1939 roku gen. Michał Tokarzewski-Karaszewicz w broszurze dotyczącej celów walki podkreślał, że nie może być powrotu do sytuacji społecznej i ekonomicznej z lat II RP.

W swoim przesłaniu dla podziemia krajowego gen. Kazimierz Sosnkowski bez większego problemu przedstawiał powojenny kraj jako „Polskę Ludową”. „Wierzę, że właśnie wśród was, w ogniu walki tworzy się nowy typ Polaka, obywatela Polski Ludowej w najlepszym tego słowa znaczeniu” — pisał gen. Sosnkowski w liście z 20 października 1941 roku do gen. Grota-Roweckiego5. To wahnięcie na lewo związane było z przekonaniem ludowców i socjalistów, że to oni będą tworzyć odrodzone państwo polskie po wojnie. Wielu podziemnych polityków SL czy PPS nie ukrywało, że patrzy podejrzliwie na endecję jako reakcję i siłę, która może blokować zmiany. Z kolei narodowców, wyczulonych na groźbę komunizacji Polski, irytowała doktryna Komendy Głównej AK, uznająca Sowietów za „sojusznika naszych sojuszników” i potępiająca starcia NSZ z partyzantką komunistyczną. Każda z tych stron miała swoje racje. AK było pod naciskiem rządu w Londynie, który musiał odpierać ataki Stalina kreującego polskie podziemie niepodległościowe na sojuszników Hitlera. NSZ i lokalni dowódcy AK na własne oczy widzieli, jak wrodzy i wiarołomni są w stosunku do nich sowieccy partyzanci i z jaką „klasową” satysfakcją grabią polskie dwory.

Przedstawicielem wyraziście postępowych — w znaczeniu socjalistyczno-liberalno-ludowych — poglądów był w dowództwie AK szef Biura Informacji i Propagandy płk Jan Rzepecki czy Kazimierz Moczarski. Rzepecki w swoim raporcie z wiosny 1944 roku potrafił np. głosić tezę, że aby utrzymać rząd dusz, władze Polskiego Państwa Podziemnego muszą zdobyć się na wyraźne reformy społeczne, ale polska AK-owska musiała wiarygodnie reagować na wzrost wpływów podziemia komunistycznego. Jednak brak zaufania zdarzał się także po drugiej stronie. Jak daleko posunięte było zacietrzewienie antyendeckie w kręgach dowództwa AK i Polskiego Państwa Podziemnego? Można wyobrazić sobie, że dla endecji, mającej jak najgorsze wspomnienia z lat po zamachu majowym 1926 roku, obawa przed czy to skrętem piłsudczyzny na lewo, czy też powtórką z dominacji sanacji nad Polską, mogła być poważnym problemem. Jednak władze Polskiego Państwa Podziemnego traktowały niechęć środowisk przedwojennego ONR do zjednoczenia się w jednej Armii Krajowej jako dowód na prowadzenie jakiejś ukrytej gry, w której tle mogły być zamiary zdobycia dyktatorskiej władzy w chwili odejścia Niemców. Obawiano się „rewolucji narodowej”, która w praktyce mogła wywołać bratobójczą walkę.

Zbliżanie się ze wschodu sowieckiego walca wiązało się ze wzrostem siły obozu komunistów z Polską Partią Robotniczą na czele. Utworzenie w noc sylwestrową z 31 grudnia 1943 na 1 stycznia 1944 roku zdominowanej przez komunistów Krajowej Rady Narodowej — było sygnałem, że „pachołki Moskwy” szykują się do zdobycia władzy. W większości podziemia uważano to za tak ogromny absurd, że nieco lekceważono taką możliwość. Krzepiono się wizją zwartego podziemnego społeczeństwa wiernego władzom podziemia.

Mocnym szokiem i przypomnieniem o antypolskim nastawieniu Stalina było ujawnienie przez Niemców grobów w Katyniu. Przekonanie, że mimo manipulacji Goebbelsa, zbrodnia istotnie jest dziełem NKWD, było powszechne. Była to kolejna po „ciosie w plecy” 17 września 1939 roku mentalna „szczepionka” na komunizm, uzmysławiająca perfidię Stalina.

A jednak PPR i jego zbrojne organizacje Gwardia Ludowa, a potem Armia Ludowa krzepły, coraz lepiej rozpracowywały, a nawet denuncjowały Niemcom struktury AK, na dodatek w miarę zbliżania się frontu sowieckiego były coraz lepiej zaopatrywane w broń i instruktorów. Mimo podziemnej akcji propagandy antykomunistycznej, której symbolem były napisy na murach „PPR — płatne pachołki Rosji” w kierownictwie podziemia dominował optymizm i przekonanie, że komuniści to środowisko marginalne, które z pewnością zostanie przez społeczeństwo odrzucone jako sowiecka V kolumna. Ponad wszystkim zaś — jak już wspominałem w poprzednich rozdziałach — rządził dogmat prymatu walki z Niemcami. O trudnych do pominięcia konfliktach politycznych w łonie partii politycznych nie chciano myśleć, stawiając tezę, że walka z okupantem hitlerowskim jest priorytetem. Czasem tylko młodzi konspiratorzy kpiąco pytali, czy „zwolniono ich od myślenia rozkazem Naczelnego Wodza?”6.

A jak wyglądała sytuacja na emigracji? Wspominałem już, że grzechem pierworodnym powstania rządu Sikorskiego był fakt, iż powstał ze złamaniem zasad konstytucji RP. Prezydent Ignacy Mościcki internowany w Rumunii wyznaczył na swego następcę gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego. Obrońcy tej decyzji wskazują, że znany bon vivant z kręgów piłsudczykowskich, mianowany tuż przed wojną ambasadorem w Rzymie, zmienił swoje nawyki i zaczął być na nowo człowiekiem poważnym. Cóż z tego, skoro nominacja Mościckiego wyglądała tak, jakby obóz sanacji nie zauważył klęski. Na dodatek złej sławy Wieniawy-Długoszowskiego jako szwoleżera wjeżdżającego konno do „Adrii” (legendy notabene zmyślonej) nie dało się łatwo zmyć. To, w połączeniu z presją Anglii i Francji, które zapowiedziały, że nie wpuszczą Wieniawy na swój teren, spowodowało wyniesienie do władzy gen. Władysława Sikorskiego. Doszło wtedy do pewnego zrównoważenia sił. Nowym prezydentem został Edward Raczkiewicz, były marszałek przedwojennego senatu, mający opinię piłsudczyka, ale nie pierwszoplanowego. Z kolei Władysław Sikorski aż dyszał niechęcią do piłsudczyków. Najbliższą mu partią było Stronnictwo Pracy na czele z Karolem Popielem — ugrupowanie słabe. Za najsilniejsze ugrupowanie w rządzie Sikorskiego uważano Stronnictwo Ludowe i ono otrzymało tekę wicepremiera dla Stanisława Mikołajczyka. W rządzie Sikorskiego był jeszcze PPS, ale już Stronnictwo Narodowe pozostawało w stosunku do niego w opozycji. Aby stworzyć wrażenie, że w rządzie są wszystkie siły, Sikorski włączył do rządu Stanisława Trąbczyńskiego, narodowca, ale niemającego żadnej pozycji w Stronnictwie Narodowym. Najlepsze czasy rządu Sikorskiego to okres lat 1940–1942, kiedy to Wielka Brytania walcząca ostatkami sił ceniła spory jak na warunki wojenne kontyngent polskich sił na Zachodzie, na czele z polskimi lotnikami, którzy pomogli Brytyjczykom wygrać bitwę o Anglię. Po czerwcu 1941 roku Anglicy patronowali paktowi Sikorski-Majski, który przyniósł amnestię dla dziesiątek tysięcy Polaków wywiezionych do łagrów i obozów pracy. Po zwycięstwie stalingradzkim Anglicy postawili na Stalina. A ten zawsze dbał o swoje interesy. Nawet w momencie największych sukcesów Hitlera w parciu na Moskwę Rosja nie uznała granicy ryskiej. Zastępczo przyjęto w rządzie Sikorskiego za furtkę do uznania granicy ryskiej przez Stalina deklarację Moskwy, że uważa pakt Ribbentrop-Mołotow za niebyły. Brytyjscy dyplomaci, którzy sprawowali nad rządem Sikorskiego kontrolę, raz subtelną, raz bardziej obcesową, robili wszystko, aby niepokoje, które nurtowały Polaków na temat stosunku do nich Stalina, rozwiewać lub dawać do zrozumienia, że nacisk Londynu pomoże rozwiązać konflikt na linii Sikorski-Stalin. Gdy Niemcy znaleźli w Katyniu zwłoki polskich oficerów, Sikorski nie miał innego wyjścia, jak tylko żądać wyjaśnienia sprawy przez niezależną komisję międzynarodową Czerwonego Krzyża. Stalin, który był już wówczas po przesileniu walk na wschodzie w postaci wygranej bitwy stalingradzkiej, zerwał stosunki dyplomatyczne z polskim rządem w Londynie. Śmierć gen. Władysława Sikorskiego w katastrofie gibraltarskiej 4 lipca 1943 roku była dla Polski bardzo złowróżbnym symbolem. Natychmiast doszło do sporu między piłsudczykami a grupą „trzymającą rząd” złożoną ze Stronnictwa Pracy, PPS i Stronnictwa Ludowego. W rezultacie prezydent Raczkiewicz uznał, że trzeba doprowadzić do kompromisu. Stanowisko nowego Naczelnego Wodza objął dotychczasowy zastępca Sikorskiego na tym stanowisku gen. Kazimierz Sosnkowski, znany z krytycyzmu wobec Sowietów. Szefem rządu z kolei został dotychczasowy wicepremier Stanisław Mikołajczyk. Był to polityk mierny i pełen niedobrych emocji. Sporą część jego uwagi skupiało zapewnienie po wojnie władzy Stronnictwu Ludowemu. Zupełnie nie sprawdziło się rozdzielenie funkcji premiera i naczelnego wodza. Podział tych dwóch funkcji zapowiadał wewnętrzny konflikt w obozie londyńskim. Mikołajczyk otrzymał swoje stanowisko przede wszystkim dlatego, że Stronnictwo Ludowe uważało się za najsilniejsze ugrupowanie w rządzie. Nominację tę wspierali też dyskretnie Brytyjczycy, którzy uważali Sosnkowskiego za zbyt antyrosyjskiego. Pozycję Sosnkowskiego wzmacniało poparcie jego osoby ze strony gen. Władysława Andersa, który poprzez posiadanie „własnej” armii na Bliskim Wschodzie miał dość silną pozycję zarówno wobec Mikołajczyka, jak i Brytyjczyków.

Nie ulega wątpliwości, że Mikołajczyk nie miał predyspozycji osobistych ani odpowiedniego formatu potrzebnego do objęcia funkcji szefa polskiego rządu w tak dramatycznej chwili. Nie miał obycia dyplomatycznego ani państwowego, co maskował apodyktycznym stylem i dość tanim makiawelizmem. Ale jego adwersarz gen. Kazimierz Sosnkowski miał także sporo słabości. Był dla odmiany bardziej typem intelektualisty i teoretyka niż człowiekiem mającym cechy zdecydowanego dowódcy i polityka.

„Generał Sosnkowski — człowiek niewątpliwie szlachetny, inteligentny i gorący patriota, ale pozbawiony (był) cech wodza — wspominał po latach Jan Nowak-Jeziorański. — I Sikorski, i Anders to byli ludzie zdecydowani, charyzmatyczni, posiadający silną wolę oraz potrafiący ją narzucić. Sosnkowski przeciwnie. Nieustannie analizował, zastanawiał się, rozważał”7. Konflikt między premierem a Naczelnym Wodzem miał głębsze korzenie. Sosnkowski był pryncypialnie antysowiecki i zakładał, że należy chronić siły narodu do czasu spodziewanego konfliktu aliantów z Sowietami. Lekceważył nastroje w kraju, które buzowały od emocji antyniemieckich i nacechowane były marzeniami o odwecie na Niemcach. Mikołajczyk z kolei ulegał naciskom brytyjskim, na jakieś dogadanie się z Sowietami, i dość megalomańsko wierzył, że przy pomocy zachodnich aliantów rozegra grę, w której wywalczy dla Polski solidne miejsce na mapie Europy.

Podziemie w kraju wiedziało o tych sporach bardzo niewiele. Bardziej wyczuwano ten konflikt, odnotowując sprzeczne polecenia z Londynu.

Rozdźwięki i walka (w elicie władzy w Londynie — przyp. aut.), poczynając od lipca 1943 roku, zaczęły rzutować na kraj w ten sposób, że podwładni znaleźli się w trudnej sytuacji, bo nie otrzymywali jednolitych rozkazów. Przeciwnie, wiedzieli, że znajdują się między dwoma biegunami, które dążą do sprzecznych celów. W rezultacie punkt ciężkości dowodzenia przesunął się do Polski8.

Dramat polegał na tym, że im bardziej Stalin parł na zachód i bił Niemców, tym mocniejszą miał pozycję w obozie aliantów. Ameryka nie ustawała w staraniach o wejście Rosji do wojny przeciwko Japonii, a Anglicy drżeli, by Moskwa nie zawarła separatystycznego pokoju z Hitlerem. W końcu losy Polski zadecydowały się na konferencji w Teheranie w listopadzie 1943 roku. Brytyjczycy zaakceptowali tam granicę według linii Curzona i co więcej, zobowiązali się, że wezmą na siebie zadanie wymuszenia akceptacji dla tej linii granicznej na polskim rządzie. W zamian Brytyjczycy otrzymali czysto papierowe, jak się później okazało, obietnice, że Moskwa nie będzie występowała przeciwko interesom Brytyjczyków na Bałkanach. Było to związane z rozważaniem przez Londyn inwazji na „miękkie podbrzusze” okupowanej przez Niemców Europy od strony Grecji. W momencie, gdy Rosjanie dotarli do granic II RP, rozpoczęli wobec rządu Mikołajczyka perfidną grę. Obiecywano normalizację stosunków zerwanych po odkryciu katyńskim za cenę trzech warunków. Po pierwsze, rząd londyński miał uznać linię Curzona. Po drugie, miał dołączyć do rządu przedstawicieli „demokratycznych środowisk krajowych”, czyli przedstawicieli komunistów i lewicujących ludowców i socjalistów. I wreszcie po trzecie, Stalin zażądał publicznego ogłoszenia przez Polaków, że uznają Katyń za zbrodnię niemiecką. Taktyka sowiecka była niezwykle przewrotna. Mikołajczyk nie mógł się zgodzić na tak sformułowane trzy postulaty, bo skompromitowałby się wobec swojego zaplecza politycznego, partii obecnych w rządzie i kraju. Nawet gdyby zaakceptował choćby jeden z tych postulatów, Sowieci mnożyliby kolejne żądania tak, aby Mikołajczyka całkowicie skompromitować. O ile Sosnkowski i Anders uznali, że gra z Rosjanami musi skończyć się katastrofą i jedyne, co zostaje, to minimalizowanie walki w kraju i przygotowywanie się do zderzenia aliantów zachodnich ze Stalinem, to Mikołajczyk rozpoczął grę ze Stalinem, prowadząc ją w dużej części w tajemnicy przed wszystkimi. Wiedział, że Armia Czerwona już zajęła kresy, a lada moment może zająć Polskę centralną. Musiał wiedzieć o rozbrajaniu kresowych oddziałów AK. Jak się zdaje, Mikołajczyk wyciągnął z tych złowróżbnych wieści wniosek, że trzeba niemal za każdą cenę starać się o przywrócenie relacji z Moskwą.

Ówczesny sposób myślenia Mikołajczyka uwiecznił w swoich wspomnieniach Jan Nowak-Jeziorański, który 10 lipca 1944 roku spotkał się z polskim premierem przed wylotem do kraju.

Rosjanie zajmą Polskę — to jest pewne i zaanektują za zgodą Anglosasów ziemie wschodnie po Bug. Możemy przeciw temu co najwyżej protestować, ale co tam protesty — machnął lekceważąco ręką. Jeżeli Rosja będzie chciała sowietyzować resztę kraju siłą i terrorem, nie mamy żadnej szansy. Ale to jest mało prawdopodobne. We Francji i w Niemczech wyłonią się po wojnie silne partie komunistyczne, odstraszający przykład Polski odebrałby im wszelkie szanse. Sowietyzacja Polski przemocą nie może wyprzedzać zwycięstwa komunistów w zachodniej Europie. Jeśli to rozumowanie okaże się trafne, nie można doprowadzić do tego, aby powstała w kraju próżnia polityczna, bo wtedy komuniści sami ją wypełnią bez użycia przemocy. Trzeba więc dążyć do kompromisu i znaleźć się na miejscu9.

Argument o potrzebie „znalezienia się na miejscu” rzuca na Mikołajczyka mało pochlebne światło. Przecież w kraju był Delegat Rządu na Kraj w randze wicepremiera oraz politycy z Rady Jedności Narodowej. Nie było więc groźby „próżni politycznej”. Oczywiście obecność polskiego premiera w kraju w momencie wejścia Rosjan miałaby swoje znaczenie. Mikołajczyk zakładał jednak, że bez niego nic się w kraju nie uda. A od tego krok do podejrzenia, że chciał sam zdobyć całą władzę i uczynić z ludowców partię władzy. Na dodatek musiał wiedzieć, że bez zgody Rosjan Brytyjczycy go do kraju nie puszczą. Jego gra na siebie była nielojalna zarówno wobec prezydenta Raczkiewicza, jak i gen. Sosnkowskiego, i stawiała go w słabszej pozycji wobec Stalina.

Nowak-Jeziorański, który szykował się wtedy do przerzutu do Warszawy, usłyszał interesujące słowa Mikołajczyka: „Odprowadzając mnie do drzwi i żegnając się bardzo serdecznie, rzucił nagle zagadkowe zdanie: — Następnym razem spotkamy się w Warszawie… i to wkrótce… w okolicznościach może nie bardzo przyjemnych”. Słowa te Nowak-Jeziorański w swoich wspomnieniach zinterpretował tak: „(Miał) nadzieję dotrzeć do Warszawy uwolnionej od Niemców via Moskwa, a więc za zgodą Rosjan”10.

Finałem tej fazy starań o jakiś modus vivendi ze Stalinem była wizyta Mikołajczyka w Moskwie na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku. Mikołajczyk był przekonany, że dogada się ze Stalinem i bezpośrednio z Moskwy pojedzie do wolnej już Warszawy. Była to gigantyczna naiwność.

Posag dla nas, [Wywiad Józefa Marii Ruszara z Janem Nowakiem-Jeziorańskim z 1986 roku], „Historia. Do Rzeczy”, 2014, nr 6, s. 52. [wróć]

Relacja Jarosława Sellina, 5.07.2014 [jeśli nie zaznaczono inaczej, relacji wysłuchał Piotr Semka]. [wróć]

„Wybacz mi żono, że Polskę ukochałem bardziej niż Ciebie i dziecko”, polscy narodowcy jako ofiary nazizmu w okresie II wojny światowej, red. Przemysław Andrejuk, Szczecin 2009. [wróć]

Relacja Jana Żaryna, 14.01.2014. [wróć]

Andrzej Krzysztof Kunert, Rzeczpospolita walcząca, styczeń-grudzień 1941, Warszawa 2002, s. 356. [wróć]

Godzina W, reż. Janusz Morgenstern, Polska 1979. [wróć]

Posag dla nas, s. 51. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Jan Nowak-Jeziorański, Kurier z Warszawy, s. 290. [wróć]

Ibidem, s. 290–291. [wróć]

3. Gorączka 1944

Kiedy w nocy z 3 na 4 stycznia 1944 roku wojska sowieckie przekroczyły granicę II Rzeczpospolitej w okolicach miasta Sarny, stało się jasne, że gra o Polskę wchodzi w decydującą fazę.

„A czas się zbliżał, każdy czuł, że już nam ziemia drży i okna domów cięły świat jak okna cel”.

Ten cytat rozpozna każdy miłośnik Jacka Kaczmarskiego. Pochodzi z piosenki Dylemat, opowieści o ojcu, żołnierzu AK, który długo nie chciał, aby syn wdawał się w konspirację. Kiedy jednak zauważył, że syn szuka okazji do walki w komunistycznej Armii Ludowej, zdecydował się, aby wciągnąć syna do AK. Jeszcze raz wsłuchajmy się w te słowa — „Każdy czuł, że już nam ziemia drży”. Oczywiście chodzi o drżenie ziemi od odgłosów sowieckich armat. Ale stan podniecenia wywołanego nadzieją na rychłą przegraną Niemców trwał już od końca 1943 roku.

Mój stryj Zbigniew Semka, żołnierz AK zaprzysiężony pod ps. Brutus, wspomina:

Już w styczniu 1944 roku w rozmowach nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego alianci nie uderzają od strony Grecji. Spekulowaliśmy, że jak to się wtedy mówiło, uderzenie w miękkie podbrzusze Europy da szansę na dojście Amerykanom i Anglikom do Polski w sytuacji, gdy Rosjanie zatrzymywani przez Niemców będą jeszcze hen w okolicy Dniepru. Gdy alianci zajęli Włochy, pocieszano się, że szybko pobiją Niemców i także dojdą do naszych ziem przed Rosjanami. Wtedy zorganizujemy się, pobijemy Niemców i staniemy na granicy ryskiej. Byli tacy, co twierdzili, że wygładzi się granicę ryską z wychyłem na wschód, np. weźmiemy sobie Mińsk1.

Szukając pamiętników oddających dobrze nastrój tamtego okresu, sięgnąłem po wspomnienia Zbigniewa Wernica, ps. Cezar, zastępcy dowódcy plutonu AK. Ten młody konspirator AK prowadził między styczniem a czerwcem 1944 roku pamiętnik, który cudem ocalał z powstania. Sam „Cezar” powstańczego zrywu nie doczekał. W czerwcu został aresztowany przez Gestapo i rozstrzelany 21 lipca 1944 roku.

Dla historyka zawsze najciekawsze są zapiski robione w danym czasie, gdyż ludzie, którzy wspominają pewne wydarzenia po latach, korygują je na podstawie wiedzy o tym, co zdarzyło się potem. Tymczasem pamiętnik „Cezara” to wiarygodny opis poglądów i przewidywań szeregowego żołnierza podziemia. Zapis z 6 kwietnia 1944 roku mówi:

Wczoraj komunikat z Londynu doniósł, że Armia Krajowa nawiązała kontakt z armią czerwoną. Komendant okręgu wołyńskiego nawiązał kontakt w okolicach Łucka z dowódcą dywizji kawalerii sowieckiej, w całym szeregu miejscowości na Wołyniu ujawniły się oddziały polskie. Tyle komunikat. Wydarzenie brzemienne, a z drugiej strony, mamy współpracować z mordercami naszych braci, z katami naszych oficerów. Mamy witać bandycką armię czerwoną na naszych polskich ziemiach.

Żołnierz musi słuchać rozkazu, święte słowo, lecz w duszy żarzy się bunt, nie, nigdy razem z czerwonym satrapą nie pójdziemy walczyć. Mamy bić Niemców, krwawić się, by torować drogę czerwonemu imperializmowi? Nigdy. W tym momencie, gdy Armia nasza krajowa podaje rękę rosyjskim (…), myśli nasze biegną ku niewielkiej krypcie srebrnych dzwonów, ku temu, dla którego Polska była jedynym celem życia, a wschód jej paliwem, jej potęgą.

W ogóle to dziwna sprawa, Polska, nie utrzymując stosunków dyplomatycznych z Rosją, współpracuje z nią na polu militarnym. Zobaczymy, jakie będą komentarze w tej sprawie. Gdyby nastąpiło porozumienie i gdyby zaczęła się na tamtych terenach tworzyć armia polska, to… Ale to wszystko jest gdyby, żeby. Zobaczymy2.

Spróbujmy zatrzymać się nad tym cytatem. W chwili, gdy Armia Czerwona wkroczyła na kresy, młody AK-owiec dość niskiego szczebla w krótkim tekście definiuje najprzeróżniejsze, często wykluczające się uczucia. Jest i pamięć o tym, że Sowieci są mordercami z Katynia — jak się okazuje, większość społeczeństwa uznała, że w tym jednym wypadku Niemcy mówią prawdę i że Rosjan było stać na wymordowanie tysięcy polskich oficerów. Wyłoniła się też niejasna myśl, że jakiś modus vivendi z Rosjanami trzeba będzie wypracować. Na koniec pojawiła się wreszcie dosyć fantastyczna nadzieja, że Rosjanie pozwolą formować na zajętych przez siebie terenach niezależną i niepodległą armię polską. Przerzućmy kilka stron pamiętnika „Cezara” dalej, aby zobaczyć wpis z 6 czerwca 1944 roku — dnia inwazji aliantów na Normandię. Młody konspirator wówczas pisał:

Historyczny dzień. Dziś w nocy rozpoczęła się inwazja na Europę (…) zaczął się nowy, końcowy etap wojny. Premier Mikołajczyk, przemawiając z Waszyngtonu, stwierdził wprawdzie, że chwila powstania w kraju jeszcze nie nadeszła, ale my wiemy, że już na pewno jest niedaleki okres ostatniego porachunku3.

I kolejny przeskok. 15 czerwca „Cezar”, opisując, jak przygotowywał biało-czerwone opaski z numerem swojego plutonu, pisze:

Aż serce się raduje na widok biało-czerwonej opaski z orzełkiem i WP. Wojsko Polskie, jak to brzmi. Kiedyś nareszcie wyjdziemy z tych podziemi. Ach, będzie to dzień. Zamieni się stolica biało-czerwonym kwiatem. A jeszcze gdzieś w głębi biurka przechowywany z pietyzmem mam stary ojca znaczek biało-czerwony peowiacki z pamiętnych dni 1915 r.4.

Wspomniane przez młodego żołnierza wydarzenia z 1915 roku to chwile, kiedy z Warszawy uciekli Rosjanie i na ulice mogli wyjść żołnierze Polskiej Organizacji Wojskowej. Ale klimat tych słów pokazuje też dobrze popularne wówczas marzenie, że powtórzy się dzień 11 listopada 1918 roku, gdy młodzi chłopcy rozbrajali na ulicach Warszawy oficerów kajzerowskiej armii, a niemiecki garnizon żołnierski zrewoltował się na wieść o rewolucji i dał się faktycznie zneutralizować.

Jeśli kąśliwe zarzuty rewizjonistów o poruszającej niefrasobliwości i schematyzmie dowództwa podziemia mają gdzieś najsolidniejsze podstawy, to właśnie w kwestii zadziwiająco pewnej wiary, że powtórzy się scenariusz z 1918 roku. Znawca okupowanej Warszawy prof. Tomasz Szarota przyznaje:

Jest prawdą, że generał Stefan Rowecki „Grot” wierzył, że koniec II wojny światowej na ziemiach polskich będzie przypominał listopad 1918 r. Trudno uwierzyć, że rozumuje tak wysokiej klasy oficer. Trzeba wiedzieć, że Rowecki sam tamte wydarzenia przeżył w taki sposób. Wraz z kolegami jako 23-latek z Polskiej Siły Zbrojnej wziął z kolegami koło Wyszkowa do niewoli całą kompanię niemieckich żołnierzy. To przeświadczenie o powtórzeniu się sekwencji wydarzeń z 1918 r. odbija się zarówno w propagandowej akcji „N”, która miała skonfliktować znajdujących się na terenie Generalnego Gubernatorstwa żołnierzy Wehrmachtu z SS i funkcjonariuszami niemieckiej policji, jaki w zapomnianych już dziś napisach „Oktober”, które miały już jesienią 1943 r. przypominać Niemcom schyłek I wojny światowej w październiku 1918 roku5.

Szarota przyznaje, że krążyły wówczas wśród wysokich dowódców AK opinie, że jeśli nastąpi jak w 1918 roku załamanie się Niemiec, to albo Wehrmacht stanie się neutralny, albo wręcz — w najśmielszych hipotezach — może przejść na stronę Polaków.

Trudno nie szczypać się ze zdziwienia, gdy styka się z takimi świadectwami. Jak można było nie zauważać zupełnie innego charakteru ideologii nazistowskiej, która nie tylko zindoktrynowała SS i Gestapo, ale także wbiła Wehrmacht w ślepe posłuszeństwo. Z drugiej jednak strony nie powinno się zapominać o oficerach uczestniczących potem w spisku 20 lipca 1944 r. takich jak pułkownik Claus Schenk von Stauffenberg. Tacy ludzie byli w armii niemieckiej, tyle że byli słabsi i było ich mniej niż zakładały to nadzieje dowódców polskiej AK6.

A jednak tak było. Musimy przyjąć to do wiadomości i zrozumieć, jak mocno wpłynęło to założenie na sekwencję wydarzeń, która doprowadziła do powstania warszawskiego.

Aby zakończyć cytaty z dziennika „Cezara”, zacytujmy jeszcze sentencję, którą Zbigniew Wernic wykaligrafował na wewnętrznej okładce brulionu — pamiętnika: „W końcu lepiej wykonywać złe decyzje niż być biernym świadkiem wydarzeń”7. Powtórzmy raz jeszcze. Najlepsza część społeczeństwa żyła przygnieciona brutalną, nienawistną kampanią terroru, którą rozpętali hitlerowcy. W tej akcji mordowania i upokarzania Polaków dosłownie każdego dnia były zarówno elementy nazistowskiej ideologii z pojęciem „narodu panów”, jak i osobista pogarda i okrucieństwo wielu Niemców. Nigdy nie zapomnę wspomnień mojej matki Aliny, która przeżyła wojnę w okupowanej Warszawie i cudem wyrwała się z paru ulicznych łapanek. Mama opowiadała, że gdy Niemcy spychali Polaków kolbami pod ściany domów, wszyscy doskonale potrafili wyczuć, co robili na rozkaz swoich oficerów, a co „dokładali” od siebie. Tych kopniaków i ciosów wynikających z własnej inicjatywy i nienawiści do Polaków było zaskakująco dużo.

Dopiero na tym tle zrozumieć możemy, jak nietrafne są opinie Piotra Zychowicza o tym, że Polacy po klęsce stalingradzkiej powinni zawiesić akcję przeciwko Niemcom i przygotowywać się do przyjścia okupacji rosyjskiej. Życie pod władzą Hansa Franka — władcy Generalgouvernement nie dawało szansy na zapomnienie o wyzywającej nienawiści Niemców. Siłą rzeczy na terenach Generalnej Guberni i obszarach II RP przyłączonych bezpośrednio do Rzeszy marzenie o chwili odwetu i powstaniu przeciwko Niemcom wypełniało całkowicie myślenie młodych i starych. Jedynym, co korygowało tę żądzę walki na terenach przyłączonych do Rzeszy, był znacznie silniejszy terror niemiecki. Ale w GG — w Warszawie, Krakowie czy Lublinie — konspiracja kwitła. Przypomnijmy zdziwienie Józefa Mackiewicza, który w powieści Nie trzeba głośno mówić8 opisywał okupacyjną Warszawę jako jakiś przedziwny obszar, w którym łączyły się dwa pozornie przeciwstawne czynniki. Terror niemiecki i kwitnąca konspiracja.

Miasto, w którym jednocześnie ludzie ginęli z głodu i powstawały bajeczne fortuny. Do którego trafiało z Londynu dużo obcej waluty i w którym Niemcy rozstrzeliwali ludzi pod ścianami domów z byle powodu. Mackiewicz nie mógł zrozumieć, dlaczego to dziwne miasto nie jest w stanie przyjąć grozy nadchodzących Sowietów.

Można powiedzieć, że konspiracja AK-owska była wielką maszyną przygotowującą jeden decydujący zryw. Miało to swoją cenę. Obowiązująca ideologia unikania zbyt aktywnej walki przed ową wymarzoną godziną „X” została natychmiast przedstawiona przez komunistyczne podziemie jako polityka stania z bronią u nogi, a nawet gorzej, dowód na ukrytą kolaborację z nazistami. Jeśli nie zrozumiemy, że Armia Krajowa i rząd w Londynie musiały odpierać sowieckie i komunistyczne zarzuty zarówno na froncie wewnętrznym, jak i wobec zachodnich aliantów, nie pojmiemy, dlaczego pchano kraj do wypełniania planu zaatakowania Niemców w chwili ich odwrotu.

Pojawiają się głosy, że najlepszym rozwiązaniem w ówczesnej sytuacji było stworzenie solidnej sieci konspiracji przygotowanej na okres po wejściu Sowietów, niepodejmowanie akcji „Burza” ani powstania warszawskiego i wysłanie oddziałów partyzanckich AK na zachód zamiast ujawniania ich przed Sowietami. Jako przykład takiej mądrości politycznej podaje się marsz Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Jednak zapomina się o paru czynnikach. Po pierwsze, niepodejmowanie walki z Niemcami byłoby absolutnie niezrozumiałe dla młodych — a oni stanowili większość konspiracji i partyzantki. Dowódcy AK mogli bardzo poważnie obawiać się, że doszłoby wówczas do przejścia sporej części rozgorączkowanej młodzieży do komunistycznej Armii Ludowej. Przypomnijmy raz jeszcze piosenkę Kaczmarskiego Dylemat opartą, jak pisze sam autor, na autentycznych wspomnieniach jego wuja Ignacego. Bohater piosenki, jak każdy ojciec bojący się o życie syna, stara się trzymać go z dala od konspiracji. Ale syn, marząc o walce, zaczyna kręcić się wokół sąsiada z tej samej kamienicy, o którym wiadomo, że konspiruje w AL. Koniec końców, mimo obaw, bierze syna do AK, nie chcąc, by służył komunistom.

Po drugie, oddziały Armii Krajowej nie mogły gremialnie wycofać się wraz z Niemcami na zachód. Przywoływany przykład Brygady Świętokrzyskiej nie był propozycją dla wszystkich oddziałów AK. Brygada była jednostką średniej wielkości, w styczniu 1944 roku w chwili wymarszu w kierunku linii frontu liczyła ok. 850 żołnierzy9.

To, co udało się stosunkowo małej jednostce (w grudniu 1944 roku liczyła ona 822 żołnierzy), nie mogło być rozwiązaniem dla licznych oddziałów leśnych AK, które na dodatek miały swoje liczne porachunki z Niemcami, a Niemcy mieli porachunki z nimi. Być może Niemcy zgodziliby się nawet na rozpięcie wojskowego parasola nad tymi oddziałami, ale nie robiliby tego za darmo. Żądaliby walki u swego boku z nacierającymi Sowietami. A losy armii Własowa pokazują, z jaką furią Hitler sprzeciwiał się jakimkolwiek koncesjom politycznym dla pogardzanych przez niego Słowian. Poza tym stanięcie po stronie Niemiec zepchnęłoby nas do roli niemieckiego mięsa armatniego. AK-owcy nie tylko broniliby niemieckiego Breslau czy Stettin, ale i sił, które ginęłyby za utrzymanie rządów swastyki nad Łodzią, Poznaniem i Pomorzem Gdańskim.

Zajmijmy się wreszcie ostatnim typem myślenia o gorącym czasie między czerwcem a sierpniem 1944 roku. Pomysłami, które pojawiały się w obozie NSZ, aby okres przed wejściem Sowietów wykorzystać na rozprawienie się z komunistyczną Armią Ludową i z osobami podejrzewanymi w obozie AK o prokomunistyczne ciągoty. Gdy czytam wspomnienia z tego okresu, mam wrażenie trwania politycznej gorączki, która wynikała z jednej strony z poczucia, że rozpoczyna się polityczne rozstrzygnięcie, z drugiej strony z radości, że wreszcie odpłaci się Niemcom za lata zbrodni, a w końcu z obaw przed rosyjskim walcem, który wkrótce przetoczy się przez Polskę. Dzisiejsi wszechwiedzący rewizjoniści z uznaniem mówią o zabójstwie Ludwika Widerszala i Jerzego Makowieckiego — członków Wydziału Informacji Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej 13 czerwca 1944 roku. Sprawa do dziś nie jest jasna i toczy się ostry spór, kto wydał rozkaz zabójstwa. W bardzo skomplikowanej konspiracyjnej siatce wpływów i powiązań okupowanej Warszawy już nigdy nie da się tego ustalić. Tomasz Szarota nazywa je „kainowymi zbrodniami”. Wszystkim tym, którzy przyjmują zamach na Widerszala i Makowieckiego jako likwidację sowieckich agentów, zwolenników ułożenia się z ZSSR, warto zadać ważne pytanie. Jakie skutki mogłoby przynieść rozpętanie wojny domowej między NSZ a Armią Krajową? Czy AK mogłoby tolerować zabijanie własnych oficerów w imię przekonania innej organizacji o ugodowości wobec ZSRR niektórych uczestników AK-owskiej konspiracji? Do czego doprowadziłyby wzajemne porachunki?

W ilu wypadkach wyroki byłyby budowane na przekonaniu, że ktoś przed wojną otarł się o lewicową inteligencję? Jedna z zachowanych list proskrypcyjnych kontrwywiadu NSZ pokazuje silny udział emocji antysemickich przy tworzeniu takich list, przy jednoczesnym mgławicowym charakterze zarzutów. Tak było w wypadku umieszczenia na jednej z list Ireny Sendlerowej, znanej dziś głównie z ratowania Żydów. Sendlerową umieszczono na liście nie z powodu tej działalności — uznano ją za „zdecydowaną komunistkę, która pozoruje «demokratkę», która nie ma nic wspólnego z konspiracją”. Trudno wyzbyć się podejrzenia, że jakąś rolę w tym niewykonanym koniec końców wyroku mogło mieć rozumowanie „skoro ratuje żydowskie dzieci, sama musi być Żydówką”. Takie rozumowanie budzi najgłębszą odrazę i jest przykładem chorego myślenia schematem „żydokomuny”.

Dotykamy tu ciemnych obszarów bardzo złych emocji, które pojawiały się na obrzeżach polskiego podziemia niepodległościowego. Nie można udawać, że ich nie było, choć trzeba mieć świadomość, że badanie tego tematu wywołuje uproszczenia, także po stronie lewicy.

Jan Nowak-Jeziorański wskazuje, że rozpoczęcie wojny sił niepodległościowych z komunistami w obrębie okupowanej Polski miałoby tragiczny skutek. Jako negatywny przykład podaje sytuację Jugosławii, w której wierna emigracyjnemu królowi Pawłowi II Karadziordziewiciowi partyzantka czetników pod wodzą gen. Dragoljuba Dražy Mihailovicia około 1943 roku zaprzestała walki z Niemcami i skupiła się na walce z komunistami Josipa Broza-Tito.

Władze polskie i w kraju, i w Londynie, prowadząc do końca walkę z Niemcami i wstrzymując się jednocześnie od walki z komunistami, nie tylko oszczędziły Armii Krajowej losu Michajłowicza i jego czetników, ale ocaliły jedność społeczeństwa. Przykład Michajłowicza pokazał, do czego doprowadziło zaniechanie walki z okupantami i zwrócenie się frontem przeciw partyzantce komunistycznej. Następstwem było przerzucenie angielskiej pomocy wojskowej i propagandy BBC na stronę Tity. Jedno i drugie utorowało komunistom drogę do władzy. Unikowa polityka stosowana przez rząd polski wobec Anglosasów do jesieni 1944 r., a polegająca na tym, by z jednej strony nie zrywać ze sprzymierzonymi, a równocześnie nie dać się zmusić do formalnych i ostatecznych ustępstw — także pozwoliła utrzymać wspólny front w kraju. Gdyby pomoc wojskowa dla AK została zablokowana do końca i gdyby doszło do przerzucenia propagandy BBC na stronę sowiecką (a z dokumentów wynika, że Anglicy byli o krok od tego), niechybnie nastąpiłoby przesunięcie układu sił w Polsce i doszłoby tam do rozłamu. Fałszywe nadzieje i złudzenie miały przynajmniej tę dobrą stronę, że działały hamująco na elementy oportunistyczne obecne w każdym społeczeństwie10.

Przekonują mnie te słowa. Wspomnienie o wojennej jedności, za którą zapłacono ofiarami choćby rozbrajania przez Sowietów oddziałów AK w czasie akcji „Burza” — na dłuższą metę zbudowało opór społeczny wobec komunizmu. I znów oddajmy głos Nowakowi-Jeziorańskiemu:

Zwycięstwa w tej walce rozpoczętej w chwili zamiany jednej okupacji na drugą, nie mógł odnieść naród, który wyszedłby z ostatniej wojny z przetrąconym kręgosłupem, upokorzony, wewnętrznie rozbity, pozbawiony wiary w siebie. Podbój duchowy (komunistów) rozbił się o opór społeczeństwa, ponieważ wyszło ono z wojny zjednoczone, z podniesionym czołem i poczuciem obowiązku spełnionego do końca11

— tak pisał w 1978 roku były kurier z Warszawy. Poruszmy wreszcie najbardziej generalny zarzut rewizjonistów, którego symbolem jest tytuł książki Rafała Ziemkiewicza Jakie piękne samobójstwo12. W niezwykle łatwy sposób Ziemkiewicz podsumowuje zarówno podjęcie decyzji o walce z Niemcami w 1939 roku, jak i odrzucenie żądań akceptacji Polski dla zajęcia Gdańska i zbudowania eksterytorialnej autostrady przez polskie Pomorze. Ale istotę ślepej uliczki, która zaprowadziła Ziemkiewicza do tezy o samobójczym instynkcie Polaków, pokazuje jej okładka — zdjęcie Niemców rozstrzeliwujących Polaków. Czy ktoś, kto broni swej wolności, może być nazywany samobójcą? W myśl tej logiki w dzisiejszych czasach policjanci bardzo często strofują ludzi, którzy przeciwstawili się przemocy bandytów, argumentując, że zareagowanie na katowanie osoby trzeciej było proszeniem się o ciężkie pobicie czy ugodzenie nożem. Ziemkiewicz twierdzi, że szef polskiej dyplomacji Józef Beck, prowadząc politykę równego dystansu między Niemcami a Sowietami i podejmując próbę rozprzężenia stosunków z Berlinem, rzekomo w ten sposób utwierdził Hitlera w opinii, że Polskę da się okiełznać. W myśl tej logiki powiedzenie Hitlerowi latem 1939 roku „nie” miało dać wodzowi III Rzeszy słuszne powody do furii, która skończyła się okupacją Polski i eksterminacją milionów Polaków. W odpowiedzi można powiedzieć krótko: z Führerem wielkich Niemiec można było albo walczyć, albo być jego pariasem. Modele współpracy Berlina w czasie II wojny światowej z krajami, które stały się sojusznikami Hitlera, takimi jak Słowacja, Rumunia czy Węgry, pokazywały, że prędzej czy później III Rzesza dążyła do całkowitego ubezwłasnowolnienia satelitów. To prawda, że oszczędzało to ofiar, ale kraje kolaboracyjne płaciły za ten „pakt z diabłem” prędzej czy później słoną polityczną cenę. Przykładowo Węgry ukarano wyjątkowo brutalnym stalinizmem, który w 1956 roku wywołał powstanie stłumione w bestialski sposób przez Nikitę Chruszczowa. Słowacy z kolei zostali upokorzeni terrorem, który z krótkim wyjątkiem epoki Alexandra Dubčeka trwał w latach 1948–1989. Finlandia miała szczęście, tak jak my mieliśmy szczęście w 1920 roku pod Radzyminem i Ossowem. Ale w 1944 roku już go nie starczyło dla nas.

Czy rewizjoniści mają sporo racji? Mają. W wielu rzeczach. W pokazywaniu, jak bardzo rząd Władysława Sikorskiego był uzależniony od Anglików, a poprzez działania Londynu — pośrednio od Stalina. W gorzkiej refleksji, jak mocno społeczeństwo w okupowanej Polsce śniło o powtórzeniu się cudownego rozwoju wydarzeń z jesieni 1918 roku, jak było głęboko przekonane, że sprawiedliwi alianci docenią fakt, że Polska postawiła się Hitlerowi w 1939 roku i w nagrodę nie dopuszczą do skrzywdzenia bohaterskiej sojuszniczki. Mają też dużo racji w konstatacji, że w świecie polskiego podziemia niezwykle łatwo było hulać sowieckim agentom i prowadzącym swoją grę brytyjskim agentom w rodzaju Józefa Rettingera. Jego misja w okupowanej Warszawie, którą zaczął w kwietniu 1944 roku, powinna wzbudzić sprzeciw władz w Londynie i w kraju. Nawet z perspektywy paru dekad jawi się jako absolutny skandal. Daje do myślenia niemal całkowita bezkarność Rettingera, który korzystał, jak można się domyślać, z jakichś żelaznych listów brytyjskiego wywiadu. Jan Nowak-Jeziorański wspomina, w jaki sposób w końcu lipca 1944 roku o misji złowróżbnego „Kuriera z Londynu” opowiadał mu Delegat Rządu na Kraj Jan Stanisław Jankowski. Gdy Nowak-Jeziorański mówił mu o propozycjach sowieckiego ambasadora w Londynie Wiktora Lebiediewa, w których myśl Mikołajczyk miał nadać swojej ekipie rządowej taki skład, aby zapewnione zostało przyjazne współdziałanie ze Związkiem Sowieckim, czyli de facto kooptacja komunistów, Delegat Rządu na Kraj „nie wydawał się zdziwiony albo zaskoczony”. Jankowski mówił:

Nie ma w tym dla nas nic nowego, mieliśmy tu niedawno emisariusza z Londynu, którego Mikołajczyk polecił nam jako męża zaufania Anglików. Sondował mnie i kilku działaczy stronnictw na temat możliwości utworzenia tu, w Warszawie, takiego właśnie rządu, o jakim panu mówił Mikołajczyk. Wiem, że szukał także na własną rękę kontaktów z PPR, ale nigdy się nie dowiedziałem, z jakim wynikiem. Ja go w każdym razie w tych rachubach nie podtrzymywałem13.

Nowak-Jeziorański podaje informację, że po powrocie Rettingera z Polski do Kairu w końcu lipca 1944 roku jedną z pierwszych osób, które z nim rozmawiały, był Stanisław Mikołajczyk. Rzuca się w oczy absolutna nielojalność Mikołajczyka wobec reszty rządu. Jednak częste u rewizjonistów, szczególnie u Piotra Zychowicza, przeciwstawianie mu Kazimierza Sosnkowskiego jest mało trafne. Sosnkowski był np. absolutnie bierny wobec coraz wyraźniejszych oznak prorosyjskości gen. Stanisława Tatara, zastępcy szefa Sztabu Naczelnego Wodza do spraw Krajowych, któremu podlegał Oddział VI ds. Specjalnych. To Sosnkowski mianował tego zwolennika „realizmu” zastępcą szefa sztabu ds. krajowych. Jak wskazuje Nowak-Jeziorański, Sosnkowski „nie odwołał go (tj. Tatara), gdy tamten odsłonił swoje oblicze i charakter”14.

Dramatyzmem wyborów w trakcie akcji „Burza” szerzej zajmę się w kolejnym rozdziale. Nie czas tu i nie miejsce na wyliczanie powodów tego przygnębiającego dla nas po latach stanu rzeczy. To tylko ilustracja tezy, jak bardzo władze podziemne w kraju znalazły się w potrzasku między szybko zmieniającą się sytuacją na frontach, poleceniami Londynu i stanem nastrojów społecznych, które pchały machinę AK ku finałowemu starciu z Niemcami.

Na jakich podstawach Polacy budowali wtedy swe opinie i prognozy? Ludzie czerpali wiedzę z audycji BBC „ku pokrzepieniu serc”. Politycy polscy w Londynie i dowódcy AK tkwili w schematach pamięci o doświadczeniach z I wojny światowej, kiedy poparcie aliantów trzeba było zdobyć tworzeniem u ich boku armii. Na terenie Polski centralnej dominował zrozumiały antygermanizm, który w naturalny sposób spychał na dalszy plan antykomunizm. Na emocjach z tego czasu zaciążyła też trudna do zrozumienia z dzisiejszej perspektywy wiara, że powtórzy się scenariusz z jesieni 1944 roku, kiedy niemiecka potęga rozsypała się, ale była wciąż na tyle silna, by zatrzymać Sowietów w ich marszu ze Wschodu. Ta suma czynników wpłynęła na decyzję władz podziemia, które dziś łatwo z perspektywy czasu oceniać jako błędną. Ale wówczas nie było mądrych, którzy byliby w stanie podjąć inną, lepszą taktykę.

Czy nasi przodkowie w 1944 roku mogli znaleźć wyjście z tego historycznego potrzasku? Czy można było inaczej? Nie. Koniunktura dla Polski była bardzo zła i dobrych wyjść wówczas nie było. Książki antypowstańczych rewizjonistów przypominają mi wybuch złości dziecka, które nie zgadza się, aby jego ukochany kraj miał tak tragiczną i ponurą historię. Niekiedy mam wrażenie, że siłą publicystycznej woli chcą sprawić, aby złe dziejowe fatum się odmieniło i żebyśmy byli jak „perfidny Albion” — oszukiwali innych, miażdżyli słabszych i realizowali z cynicznym uśmieszkiem własne interesy. Problem w tym, że wskutek niełatwego położenia geopolitycznego między Niemcami a Rosją bardzo ciężko odgrywać nam tę rolę. A bici i zwyciężani chętnie uciekamy się do wyobrażeń o bezgrzesznej II RP i nie tylko bohaterskich, ale także mądrych przywódcach rządu emigracyjnego i konspiracji wojennej. Ta idealizacja też nie wzięła się znikąd. Była reakcją na dekady oczerniania niepodległej Polski z lat międzywojnia i przeciwstawiania oszukanym żołnierzom AK cynicznych politykierów z Londynu. Dlatego małoduszne jest wydziwianie nad uproszczeniami i nadziejami, jakie przyjmowali ludzie za pewnik w czasie wojny. Ich zachowanie przypominało reakcję człowieka, któremu co rusz w szpitalu amputuje się jakieś części ciała i który musi brać wielkie hausty spirytusu, aby przetrwać nieznośny ból. Najprościej ujmując, Polska uzyskała niepodległość w 1918 roku po 123 latach zaborów wskutek rzadkiego i wyjątkowego zbiegu okoliczności. Jednoczesnego osłabienia mocarstwowej potęgi Niemiec i Rosji. Kiedy obaj sąsiedzi powrócili w 1939 roku do dawnej siły, rozebrali nas między siebie. Dziś sami musimy patrzeć na ciemne chmury na politycznym horyzoncie od wschodu i wcale nie jesteśmy mądrzejsi od sanacyjnych liderów. Dlatego nie tylko niemądre, ale i nieuczciwe jest pytanie: „Dlaczego Polacy walczyli o swoje zniewolenie?”. „Konspirujemy, bo tak się nam podoba”15 — ten cytat z jednego z tomów okupacyjnych wspomnień najlepiej definiuje nastroje Polaków z lat wojny. Czy próbę walki — owszem, nieudanej, z dominacją dwóch potężniejszych sąsiadów, można nazywać walką o swoje zniewolenie? Nie, to chora logika, która prowadzi donikąd. To „realizm”, który w przyszłości może być alibi dla oportunistów. Trzeba pojąć, jak niewielkie pole manewru miało wojenne pokolenie. To, że z większości ich wyborów możemy być dumni do dziś, świadczy na ich korzyść. Nie godzi się społeczeństwa, które z własnej woli ofiarnie walczyło z Niemcami, przedstawiać jako ludzi ogarniętych samobójczą pasją. Kreować ich na zbiorową ofiarę grupki nawiedzonych dowódców podziemia.

Tak wychwalana przez realistów pobłażliwość Niemców w Protektoracie Czech i Moraw skończyła się natychmiast, gdy doszło do zabicia zarządcy niemieckiej okupacji Reinharda Heinricha. Niemcy wyrżnęli wtedy wieś Lidice bez zmrużenia oka. Ruch oporu nie powstawał na podstawie ogólnego dekretu, ale wskutek reakcji na niemiecką brutalność i agresję.

Gdy zdarzyła się dobra okazja do zaatakowania wycofujących się — jak się zdawało — Niemców, młodzi AK-owcy chcieli wyrównać porachunki. Nie dlatego, że nie rozumieli powagi nawały rosyjskiej, ale po to, by zagrać o szansę zademonstrowania swojej podmiotowości. W książce z gatunku historical fiction autorstwa Marcina Wolskiego Nieprawe łoże16 znajduje się ciekawa wersja możliwych wydarzeń. Wywiad komunistycznej Armii Ludowej zbiera od miesięcy dane na temat najważniejszych postaci przywództwa Armii Krajowej. W kluczowym momencie, gdy na rogatki prawobrzeżnej Warszawy docierają sowieckie czołgi, szef AL-owskiego wywiadu chce zanieść pakiet informacji o szefostwie podziemia do warszawskiego Gestapo. Założenie jest diaboliczne. Niemcy mają rzucić się na pakiet z adresami konspiratorów, wszystkich wyłapać, a wtedy na wolne od AK-owców pole warszawskiej walki wkroczyć mają oddziały Armii Ludowej, którym natychmiast pomocy udzielą krasnoarmiejcy. Armia Ludowa zyskuje sławę lidera zrywu, który uwolnił od Niemców Warszawę, a młodzi AK-owcy, porzuciwszy swoich dowódców uznanych za tchórzy lub pozbawieni tychże dowódców wskutek niemieckich aresztowań, trafiają do kościuszkowskiej armii. W powieści ten koszmarny scenariusz się nie ziszcza, bo przodek głównego bohatera w ostatniej chwili likwiduje komunistę jadącego do szefostwa Gestapo. Czy ten literacki scenariusz jest aż tak bardzo wydumany? Czy gdyby nie było powstania, dziś historyczni rewizjoniści nie pisaliby o tchórzostwie i braku politycznego zmysłu przywódców AK?

Relacja Zbigniewa Semki, 19.04.2014. [wróć]

Zbigniew Wernic, Pamiętnik „Cezara”, Warszawa 2009, s. 103. [wróć]

Ibidem, s. 116. [wróć]

Ibidem, s. 121. [wróć]

Relacja Tomasza Szaroty, 24.04.2014. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Zbigniew Wernic, Pamiętnik „Cezara”, s. 124. [wróć]

Londyn 1984. [wróć]

Relacja Jana Żaryna, 5.01.2014. [wróć]

Jan Nowak-Jeziorański, Kurier z Warszawy, s. 441–442. [wróć]

Ibidem, s. 443 [wróć]

Warszawa 2014. [wróć]

Jan Nowak-Jeziorański, Kurier z Warszawy, s. 322. [wróć]

Ibidem, s. 435. [wróć]

Kazimierz Koźniewski, Sto koni do stu brzegów, Warszawa 1970. [wróć]

Marcin Wolski, Nieprawe łoże, Poznań 2007. [wróć]

4. „Burza” — opowieści jednych z tysięcy

Wszystko zaczęło się w cichych warszawskich mieszkaniach konspiracyjnych na naradach sztabu komendanta głównego AK gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora”. Od końca listopada 1943 roku zaczęto opracowywać plan tzw. akcji „Burza”. Jak zdefiniowali twórcy projektu:

celem operacji było wykazanie naszej woli bicia Niemców i to nawet w przypadku niekorzystnego dla nas stosunku sił. Od początku autorzy „Burzy” zakładali, że operacja ta miała być wkładem do ogólnego zwycięstwa nad III Rzeszą i zdemaskowaniem fałszu sowieckiej propagandy, która oskarżała dowództwo AK o bierne znoszenie okupacji i stanie z bronią u nogi1.

Jak każdy plan militarny, nie mógł on przewidzieć konkretnego obrazu sytuacji wojennej w chwili załamania potęgi Niemiec. Problem w tym, że siły partyzanckie są najsprawniejsze w chwili, gdy następuje załamanie jednej albo drugiej strony walki. Autorzy „Burzy” nie wzięli pod uwagę, że może dojść do dość zrównoważonego potencjału zarówno sił strony niemieckiej, jak i sowieckiej, a gdy sowiecki młot i niemieckie kowadło będą całkiem solidne — dla sił AK może nie być wolnego miejsca.

Akcja „Burza” na kresach to dość klasyczny przykład sytuacji, kiedy wymogi polityczne i propagandowe akcji wojskowej były często ponad siły lokalnych oddziałów. Ta książka nie jest opracowaniem historycznym, tylko rekonstrukcją nastrojów, dlatego chcę przy opisie dramatycznych wydarzeń od kwietnia do lipca 1944 roku na terenie wschodnich województw Rzeczpospolitej posługiwać się wspomnieniami jej naocznych uczestników. Wojska sowieckie po raz pierwszy osiągnęły dawną granicę Rzeczpospolitej w okolicach Saren w nocy z 3 na 4 stycznia 1944 roku. Rosyjska ofensywa wydawała się wtedy nacechowana takim impetem, że już wtedy brano pod uwagę stosunkowo szybkie dotarcie krasnoarmiejców na Lubelszczyznę. Świadectwem tego są zapisy w dziennikach lekarza, ale i członka podziemia Zygmunta Klukowskiego2, który mieszkał w Szczebrzeszynie koło Zamościa, położonego 295 kilometrów od Saren. Pod datą 7 stycznia 1944 r. Klukowski pisał:

W związku z nową ofensywą i przekroczeniem przez bolszewików granicy Polski daje się u nas zauważyć wyraźne podniecenie. (…) Uwaga ludności coraz bardziej zwraca się ku lasowi. Jaka będzie postawa „ludzi z lasu”, gdy zaczną stąd wyjeżdżać Niemcy, a zbliżać się Sowieci?3

15 stycznia Klukowski notował:

Panuje ogólne przekonanie, że tym razem Niemcy nie zdołają już zatrzymać sił sowieckich. Dają się zauważyć coraz wyraźniejsze objawy dezorganizacji nie tylko w administracji niemieckiej, lecz i w wojsku. Niemcy są już na wykończeniu. Chwieje się ich potęga, zbliża się kres panowania niemieckiego niemal nad całą Europą. Takie panuje u nas ogólne przekonanie. Lecz bardziej krytycznie myśląca część społeczeństwa zdaje sobie dobrze sprawę, że czekają nas jeszcze ciężkie przeprawy. Ja mam ciągle wrażenie, że może Niemcy skapitulują, zanim przyjdą tu wojska sowieckie i tym sposobem nie będziemy terenem walk4.

Pod datą 19 stycznia 1944 roku czytamy:

W Zamościu natomiast pełno przejeżdżających w kierunku na Lublin i na Lwów samochodów z cywilami i wojskowymi, z rzeczami, walizami. Często jeden samochód ciągnie za sobą parę innych na sznurach lub łańcuchach. Typowe objawy odwrotu. Podobne, jak u nas we wrześniu 1939 roku5.

Wspomnienia Klukowskiego uważane są za dziennik osoby samodzielnie myślącej i obdarzonej dużą przenikliwością polityczno-wojskową. A jednak w zacytowanych powyżej zapisach widać, że już w styczniu i lutym 1944 roku wycofywanie Niemców było postrzegane jako symptom ich rozkładu. Prowincjonalny lekarz zdaje sobie sprawę, że relacje z Rosjanami są wielką niewiadomą, ale snuje marzenia o powtórzeniu scenariusza z listopada 1918 roku. To pokazuje, jak masowe były te zazębiające się z sobą dwie emocje — przekonanie, że Niemcy są o krok od rozkładu i że można powtórzyć manewr, który przyniósł Polsce niepodległość 26 lat wcześniej.

Patrzmy dalej. 5 lutego 1944 roku lekarz pisał:

W lasach też idą gorączkowe przygotowania. Niektóre tereny leśne są tak obstawione, że nikt obcy nie ma do nich wstępu. W przyspieszonym tempie gromadzi się broń. W Zwierzyńcu pełno sztabowców partyzanckich. Chodzą po osadzie w biały dzień, niczym się nie krępując6.

7 lutego 1944 roku czytamy:

Wszystkich bardzo niepokoi sprawa porozumienia polsko-sowieckiego. Na ten temat krążą najrozmaitsze wieści i plotki. Nic nie wiemy, jak te rzeczy stoją w rzeczywistości. A przecież od tego tak dużo zależy7.

13 lutego:

Wczoraj i dzisiaj widziałem kilku sztabowców „leśnych”. (…) Niewiele lepiej od nas orientują się w ogólnej sytuacji8.

15 lutego:

Ludność polska z wyjątkowym spokojem oczekuje teraz spodziewanych wydarzeń. Niektórzy tylko niecierpliwią się, żeby już prędzej nastąpiło to, co ma być i żeby już można było dobrać się do niemieckiej skóry9.

W ciągu kolejnych tygodni widać, że Niemcy opanowali nastroje ucieczkowe i odepchnęli Rosjan. W Szczebrzeszynie pojawiają się silnie uzbrojone oddziały wojska niemieckiego, z tankietkami i działami przeciwlotniczymi. Pod datą 7 kwietnia Klukowski pisze: „Wszystko się uspokoiło. Nie mamy żadnego wojska, nie wiemy, gdzie są Sowieci”10.

Wszystko to są typowe objawy zjawiska, które w poprzednim rozdziale określiłem mianem gorączki. Warto mieć je w pamięci, aby zrozumieć, że atmosfera w tym czasie nie sprzyjała zaplanowanym i chłodnym decyzjom.

Przenieśmy się teraz w okolice Włodzimierza Wołyńskiego, w których w czasie wojny operował Józef Czerwiński, żołnierz 27. Dywizji AK.

W 1972 roku wydał w oficjalnym komunistycznym wydawnictwie MON tom wspomnień Z wołyńskich lasów na berliński trakt. Mimo że na książce widać piętno cenzury, jest ona ciekawym zapisem nastrojów i wyborów politycznych z kwietnia, maja i czerwca 1944 roku. Czerwiński przyłączył się do partyzantki AK w styczniu 1944 roku powodowany zarówno chęcią walki z Niemcami, jak i ochrony polskiej ludności na Wołyniu. Na początku kwietnia Czerwiński był wyraźnie optymistą.

Zbliżały się święta wielkanocne. Na kawałku wolnej ziemi między Włodzimierzem (Wołyńskim — przyp. aut.) i Kowlem przygotowywano się do nich w dobrym nastroju. Nasza dywizja odparła kilkakrotne próby Niemców wdarcia się na tereny kontrolowane przez partyzantów. Rozgromiono wiele skupisk i punktów oporu banderowców i faktycznie przestali nam już zagrażać. Liczebność dywizji znacznie wzrosła, poprawiło się też uzbrojenie. Mieliśmy łączność z jednostkami radzieckimi i byliśmy przeświadczeni, że front niedługo dojdzie do nas11.

To, o czym pisał Czerwiński, to efekt rozpoczętej już w lutym 1944 roku akcji przygotowań do realizacji planu „Burza”. Dowódca okręgu płk Kazimierz Bąbiński, ps. Luboń, zgromadził w okolicach Włodzimierza Wołyńskiego i Kowla siły ok. 6500 ludzi, w tym 100 oficerów. Oddziały te dość pomyślnie potrafiły obronić obszary swojej koncentracji, odstraszając Niemców i Ukraińców. 11 kwietnia kompania Czerwińskiego otrzymała rozkaz uczestnictwa w zdobyciu Włodzimierza.

Podporucznik „Czesław” powiedział nam, że razem z jednostką armii radzieckiej będziemy zdobywali miasto. Wiadomość wywołała niemałe poruszenie. Wielu z nas ucieszyło się na samą myśl, że może jeszcze dziś spotka się ze swoimi rodzinami w wyzwolonym — i to przy naszym udziale — mieście. Byłem pewny, że zdobędziemy Włodzimierz12.

Natarcie się nie udało, siły niemieckie były zbyt silne i kompania Czerwińskiego musiała się wycofywać. Partyzantów zaatakowały niemieckie samoloty stukasy. 15 i 16 kwietnia partyzanci byli dalej w marszu. „Nastrój był niewesoły. Partyzanci wiedzieli, że cofają się pod naporem Niemców”13. W okolicach wsi Owłoczyn zetknęli się z sowiecką jednostką kawalerii. Jak pisał autor: „(Partyzanci) cieszyli się, że w walce z Niemcami nie będą na tym terenie osamotnieni”14.

W ciężkich walkach z Niemcami AK-owcy stracili kontakt z Rosjanami i wycofali się w kierunku Polesia.

Przebijanie się z okrążenia w lasach mosurskich należało chyba do najbardziej krwawych i brzemiennych w skutki wydarzeń w dziejach 27. Dywizji. Spośród kilkuset partyzantów rozproszonych w lasach część zginęła od kul niemieckich lub banderowskich, część trafiła do niewoli, następnie do obozów hitlerowskich. Wielu tułało się po lasach i moczarach, próbując się wyrwać z pierścienia i dotrzeć do Włodzimierza lub przedrzeć się przez front albo za Bug15.

Opis sytuacji z 22 kwietnia: „Byliśmy niesamowicie zmęczeni i głodni. Miałem spuchnięte, obolałe nogi i dowlokłem się dosłownie ostatkiem sił”16. Zaczęły się przypadki dezercji lub zdobywanie żywności na własną rękę, które było ostro karane przez dowództwo. Aby podnieść dyscyplinę i wzmóc poczucie żołnierskiego obowiązku, dowództwo zdecydowało się na ponowienie uroczystej przysięgi. 21 maja walki z Niemcami spowodowały wspólne działania z partyzantami sowieckimi, ale walki nie przyniosły powodzenia. Niemcy byli silni i spychali zarówno AK-owców, jak i sowieckich partyzantów na skraj lasów szackich.

W tej sytuacji mjr Żegota podjął decyzję o przebiciu się za front na stronę armii radzieckiej. (…) Decyzja mjr. Żegoty zupełnie nie odpowiadała intencjom Komendy Głównej AK, ponieważ w ten sposób kończył się nasz udział w akcji „Burza” bez osiągnięcia zakładanych w niej celów. Dlatego drogą radiową anulowano decyzję dowódcy dywizji, wydając rozkaz przejścia za Bug na Lubelszczyźnie17.

Odpryskowa grupa, w której był Czerwiński, składająca się z 550 partyzantów oraz 150 partyzantów sowieckich przebiła się w końcu 27 maja na stronę rosyjską. Skrajnie wyczerpani partyzanci AK po ciężkich stratach przeszli Prypeć. Nastąpiły negocjacje oficerów Armii Czerwonej z dowódcą zgrupowania por. Zającem. Sowieci zaczęli występować w roli troskliwych opiekunów.

Kilka godzin później przyjechały samochody z umundurowaniem. Ci, którzy mieli niekompletną lub zniszczoną odzież, otrzymali nowe radzieckie mundury, płaszcze i trzewiki. Po raz pierwszy od wielu dni jedliśmy z ogromnym apetytem pożywny obiad z kuchni polowej. Przykro nam było jedynie z tego powodu, że musieliśmy oddać broń18.

Po dwóch dniach przybyli przedstawiciele armii polskiej w ZSSR. AK-owców załadowano do ciężarówki i wywieziono do obozu w okolicach Kiwerc koło Łucka. Rozpoczęło się ideologiczne kuszenie partyzantów. Przyjechał gen. Zygmunt Berling i zaczęła się akcja propagandowa przedstawiająca armię kościuszkowską jako apolityczne, patriotyczne wojsko. Jednocześnie trwały „spowiedzi” przed kilkoma oficerami z Informacji Wojskowej armii kościuszkowskiej, w których trakcie żołnierze muszą wymienić bitwy, w których uczestniczyli, nazwy oddziałów i pseudonimy oraz nazwiska dowódców. Nawet w tych wydanych w czasach PRL wspomnieniach odczytać można niepokój, jaki zaczął narastać wśród żołnierzy.

Czerwiński pisał:

Ponieważ nie wyjaśniono, czemu mają służyć te dane, same rozmowy, jak ich forma nie zrobiły na nas dobrego wrażenia, wzbudziły szereg podejrzeń. W zgrupowaniu naszym kipiały nieustanne dyskusje i polemiki. Byliśmy przecież partyzantami, którzy niedawno składali przysięgę na wierność emigracyjnemu rządowi polskiemu w Londynie. Większość z nas, młodych chłopców i dziewcząt, nie miała wyrobionych poglądów politycznych. Pójście do polskiej partyzantki było dla nas całkiem oczywiste. Biliśmy się z Niemcami i nacjonalistami ukraińskimi, pragnąc wyzwolenia Ojczyzny i zakończenia wojny. Wierzyliśmy, że wojnę będziemy kończyli jako zwycięzcy na niemieckim terytorium, jak to się mówiło „w Berlinie”. Nie wiedzieliśmy wówczas nic o istnieniu Krajowej Rady Narodowej, reprezentantce sił polskiej lewicy. Przypuszczam, że również znaczna część młodszych oficerów nie miała nawet ogólnego rozeznania w sytuacji Polski podziemnej19.

29 czerwca w lasku pod Kiwercami byli żołnierze 27. Dywizji AK złożyli przysięgę już jako żołnierze Armii Polskiej w ZSSR. Była msza polowa, celebrowana przez byłego partyzanta i kapelana oddziału AK „Bomby”, ks. Leona Śpiewaka, który już wcześniej przedarł się przez front na stronę rosyjską. Po mszy gen. Berling w towarzystwie sowieckiego generała przyjął przysięgę. Korespondent kościuszkowskiego pisma „Zwyciężymy” zacytował fragment przemówienia Berlinga. „Dzień dzisiejszy jest dla nas symbolem zjednoczenia. Obyśmy wszyscy Polacy, cały naród, zjednoczył się tak, jak my dziś”20. Taki był ówczesny język sowieckich wysłanników. I na młodych partyzantach miał robić i niekiedy robił wrażenie.

Policzmy. W okolicach 1 kwietnia oddziały 27. Dywizji AK zgrupowały się w okolicach Włodzimierza. Dwa miesiące i 20 dni później Józef Czerwiński był już zaprzysiężonym kościuszkowcem. Spróbujmy wyliczyć, co spowodowało tę przemianę. Wpierw okazało się, że siły AK są zbyt słabe na zdobycie Włodzimierza nawet w kooperacji z Rosjanami. Potem przewaga Niemców podzieliła i wypchnęła dywizję za linię frontu. A tam Sowieci wykorzystali znaczne wygłodzenie i wycieńczenie oddziałów do wepchnięcia ich do obozu w Kiwercach. Tam rozpoczęto seans kuszenia, który w wypadku Czerwińskiego okazał się skuteczny. W wydanej w 1972 roku książce nie ma ani słowa o tym, co stało się z tymi, którzy nie zgodzili się na zgięcie karku przed Berlingiem. Wiemy, że zostali wywiezieni do obozów w głąb Związku Radzieckiego. Czy jest winny tego splotu wydarzeń? Krytycy akcji „Burza” wskażą, że siły AK-owskie były zbyt słabe. Obrońcy polityki Komendy Głównej będą argumentować, że wystąpienie w roli lojalnego uczestnika walki z Niemcami było niezbędne dla gry dyplomatycznej rządu w Londynie. Jeszcze inni wskażą, że zabrakło szczęścia, bo mogło być tak, że Niemcy byliby znacznie słabsi w tym rejonie i np. zdobycie Włodzimierza udałoby się.

Gorzka prawda chyba jest jeszcze taka, że między wciąż sprawnym i dobrze zorganizowanym Wehrmachtem i równie, a może jeszcze bardziej sprawną Armią Czerwoną, nie było zbyt wiele przestrzeni operacyjnej dla stosunkowo słabo uzbrojonych oddziałów AK. Czy partyzantka jugosłowiańska Tito, czy sowiecka radziła sobie lepiej? Tak, ale w obu wypadkach były znacznie lepiej wyposażone w broń. Jugosłowianie przez Anglików, a Sowieci przez lotnictwo ZSSR. Polskie oddziały były dodatkowo szarpane ze strony Ukraińców.

A teraz przyjrzyjmy się sytuacji na Wileńszczyźnie. Sięgam po dziennik Andrzeja Lisowskiego, żołnierza 77. Pułku Piechoty AK, działającego na Nowogródczyźnie, a potem na Wileńszczyźnie21.

Czym różniły się warunki działania na tym terenie od Wołynia?

Po pierwsze, gradacją wrogów. Owszem, Niemcy byli najgroźniejsi, ale już litewska samoobrona była znacznie słabsza i mniej groźna od ukraińskiej UPA. Nowogródczyznę zamieszkiwała dosyć bierna ludność białoruska, która poza podporządkowaną Niemcom policją porządkową nie wykreowała nic na kształt partyzantki Stepana Bandery. Z kolei tereny etnicznej Litwy znajdowały się stosunkowo daleko i litewskich oddziałów nie było zbyt wiele. Za to znacznie silniejsi i groźniejsi dla AK byli partyzanci sowieccy. Przypomnijmy, na terenach wołyńskich Sowieci bywali często sojusznikami polskiej AK i ludności cywilnej w walce z banderowcami. Tu, na Nowogródczyźnie, Białorusini się nie liczyli, więc siłą rzeczy Sowieci traktowali AK jako „reakcyjnych legionierów”. To spowodowało, że np. autor wspomnień wyrażał się z dużym zrozumieniem o decyzji rotmistrza por. Józefa Świdy, „Lecha”, jednego z dowódców AK na terenie Nowogródczyzny, który w listopadzie 1943 roku zawarł pakt o nieagresji z lokalnym dowódcą sił niemieckich.

Lisowski pisał:

Mój pogląd na działanie podjęte przez „Lecha” (…) jest zdecydowanie aprobujący. Jeżeli się walczy równocześnie z dwoma wrogami — wówczas w sytuacji krytycznej — zawarcie okresowego, lokalnego rozejmu i także uzyskanie pomocy od jednego z nich jest objawem rozsądku, a nie zdradą polskich interesów. Tym bardziej że rozejm został zawarty z wrogiem, który nie zagrażał trwałą aneksją Kresów, a był wykorzystywany głównie przeciw temu wrogowi, który stanowił to zagrożenie22.

Lisowski z dumą wspominał np. o akcji zlikwidowania bazy wypadowej założonej przez Sowietów w prawosławnej wsi Brzozowce, w której odbył walkę z pododdziałem brygady im. Lenińskiego Komsomołu.

Okres kwietnia i maja zszedł oddziałowi, w którym służył Lisowski pod dowództwem por. Janusza Borewicza, „Antoniego”, na potyczkach z posterunkami niemieckiej żandarmerii i likwidacji ich miejscowych konfidentów. Te sukcesy, podobnie jak w wypadku cytowanego wcześniej Józefa Czerwińskiego, budowały na początku czerwca 1944 roku poczucie siły i dawały przekonanie, że w chwili przełomu oddziały AK będą głównym rozgrywającym na tym terenie. Atmosferę optymizmu oddaje cytat:

Po akcji na Raduń (likwidacja posterunku żandarmerii w nocy z 21 na 22 maja 1944 r.) „Antoni” jakby nabrał apetytu i jeszcze większej wiary w swoją kompanię. Istotną przyczyną wzmożonego optymizmu — nie tylko u naszego dowódcy, lecz także szeregowych żołnierzy — były informacje czerpane z nasłuchu (…) nareszcie nastąpiła tak długo oczekiwana inwazja aliantów we Francji. Lądowanie rozpoczęte 6 czerwca 1944 r. (…) wyrwało z piersi całego partyzanckiego wojska autentyczne „westchnienie ulgi”. Amplituda wiary w naszych aliantów znów poszybowała w górę23.

I dalej:

W końcu czerwca wzmagało się napięcie wywołane informacjami o bliskiej (lub już rozpoczętej) ofensywie Sowietów na froncie północnym i na Białorusi. (…) Tematem rozmów i sporów — nie tylko na poziomie dowództwa — była ogólna sytuacja oddziałów AK w warunkach zbliżającego się frontu i plany dalszego działania. Wszyscy byliśmy niepewni i czuliśmy się niedoinformowani. Ale gdy 2 lipca, po długim marszu, batalion „Krysi” był w Żemojciszkach, pod Werenowem wizytowany przez „Wilka” w obecności poprzedniego i nowego Komendanta Okręgu — wszyscy byliśmy bardzo przejęci. Wojsko ustawione w długim dwuszeregu, na rozległej leśnej polanie — prezentowało się dobrze24.

Oddział „Antoniego” otrzymał rozkaz od szefa okręgu gen. „Wilka” Krzyżanowskiego, aby uczestniczyć w operacji „Ostra Brama”. Lisowski pisał:

Idziemy na Wilno! Mamy je zdobyć, zanim zrobią to Sowieci. (…) 8 lipca drugi batalion wyszedł z Puszczy Rudnickiej na jej północny skraj i byliśmy od celu naszego marszu zaledwie o niecałe 20 kilometrów. Okazało się jednak, że atak na Wilno został przez „Wilka” przyspieszony i już się zakończył poprzedniego dnia. Niestety, nie zakończył się sukcesem. (…) Po paru dniach, chyba 12 lipca, dogonił nas rozkaz „Wilka” wzywający wszystkie wileńskie i nowogródzkie oddziały AK na koncentrację w rejonie Rudomin-Turgiele-Wołkorabiszki. W komentarzach mówiło się, że „Wilk” dogadał się z Sowietami na wyższym szczeblu. Mamy dostać broń i będziemy się organizować w niezależny polski korpus. „Antoni” znowuż sposępniał. Przypomniał znany już los Wołyńskiej 27. Dywizji AK (…). Wojsko było zmęczone i skołowane. (…) Wiadomość o podstępnym aresztowaniu sztabu „Wilka” — a w Boguszach kilkudziesięciu dowódców wyższego i średniego szczebla — uderzyła z siłą obucha spadającego na odsłoniętą głowę. Choć „pesymiści” uprzedzali, że tak się stanie — ich głosy jakby nie docierały! W odruchu samoobrony po prostu nie były dopuszczane do świadomości większości partyzanckiego wojska. Teraz nie było już żadnych wątpliwości. Dowództwo Okręgu Nowogródzkiego i batalionu „Krysi” spóźniło się na zdradziecką odprawę wyznaczoną przez generała Armii Czerwonej [Iwana] Czerniachowskiego, a może świadomie „zaczekało” na wyjaśnienie sytuacji25.

Żołnierze „Antoniego” wymknęli się Sowietom i prześlizgnęli się przez Puszczę Rudnicką.

Czuliśmy, że to już koniec. Nastroje większości partyzanckiego wojska były jednoznaczne. „Nie damy się rozbroić, nie damy się wywieźć!!”. To był element kresowy, oni poznali już Sowietów w latach 1939–41 i wiedzieli, czym grozi wpadnięcie w ich ręce. Gdzieś w podświadomości był też Katyń. Dramatyczny finał, rozformowanie batalionu, to w mej pamięci jakaś mglista plama. Pamiętam, jak staliśmy w dwuszeregu. Była albo jasna noc, albo przedświt 19 lipca 1944 r. (…) Pamiętam zwroty: „Nie mamy innego wyboru”, „Macie wolną rękę”, „Kto nie jest zagrożony w swym rodzinnym domu, niech wraca. Broń ukryć!” (…). „Antoni” nie dał się rozbroić, ale wkrótce został uwięziony i zesłany. Skierowano Go nie na północ w rejon Workuty, gdzie znalazła się większość wileńskich i nowogródzkich oddziałów AK — a do kopalń Kutaisi na Kaukazie26.

Wspólnym elementem obu zacytowanych epopei — tej wołyńskiej i tej wileńskiej — był bardzo krótki okres między poczuciem siły i optymizmem a brutalnym rozwojem wydarzeń. W obu wypadkach dowódcy musieli zaryzykować. Po części dlatego, że żądała tego od nich Komenda Główna AK, a po części dlatego, że wierzyli, iż wszystko może się udać. Czy „Wilk” Krzyżanowski przecenił swoje siły? Trochę nie, a trochę tak. Znajomość terenu była atutem i sowieckie oddziały wkraczające do Wilna wykorzystywały to w bardzo sprawny sposób. Działania polskiej partyzantki na tyłach Niemców w czasie ataku na Wilno bardzo ułatwiły robotę Sowietom. Tyle że natychmiast przychodziła potem faza żądania zdania broni. I wtedy pojawiał się wybór: albo armia kościuszkowska, albo Sybir. Wszystko działo się w oszałamiającym tempie paru tygodni. Publicysta historyczny Wojciech Bogaczyk zachęca, by zrozumieć małe pole manewru „Wilka”. Wskazuje:

Tonący brzytwy się chwyta. „Wilk” liczył, że Sowieci zmienią swoją postawę wobec AK po udanej wspólnej akcji zdobycia Wilna. I ta wspólna walka sprawdzała się nieźle, tyle że potem do akcji wchodziło NKWD. Czy oddziały AK mogły zrobić coś innego?27

Według Bogaczyka, oba rozwiązania były złe.

Gdyby nie włączyły się do akcji, zostałyby uznane za siłę uchylającą się od walki z Niemcami i pod tym pretekstem byłyby obiektem obław NKWD. Gdy oddziały „Wilka” wystąpiły z otwartą przyłbicą, łatwo było je otoczyć i rozbroić. Przejście do konspiracji w momencie wejścia Rosjan, co jako najlepsze rozwiązanie podają niektórzy publicyści historyczni, zakończyłoby się krótszą lub dłuższą walką partyzancką, która wygasałaby wskutek wygnania ludności polskiej z tych ziem i wskutek represji sowieckich. Niewystąpienie przeciwko Niemcom dałoby argument Stalinowi, że AK to faszyści. Wtedy musielibyśmy się zmagać z wpisywaniem nas przez Rosjan do obozu proniemieckiego28.

Wszystko to prawda, ale gdy bierze się pod uwagę liczbę tragedii żołnierzy kresowych AK, którzy ginęli w kopalniach Workuty czy łagrach Magadanu, to dramatyzm tej sytuacji przygniata nawet po latach. Liczbę polskich partyzantów zesłanych do Rosji oblicza się na 15 tysięcy osób. Co można powiedzieć wobec tej upiornej sytuacji znalezienia się w potrzasku historii? Może to, że nie było dobrych rozwiązań. Część szeregowych żołnierzy 27. Dywizji Wołyńskiej wybrało służbę w armii kościuszkowskiej. Fakt, że zaakceptowali aresztowanie swoich oficerów, nie przynosi im chluby. Na tle ich rezygnacji z oporu tym bardziej jaśnieje wierność przysiędze, jaką zaprezentowali ci, którzy woleli wywózkę na Sybir niż pójście za Berlingiem.

Na tle tych dramatycznych okoliczności tym większe uznanie należy się tym dowódcom, którzy potrafili wyprowadzić swoich ludzi z tego potrzasku ku centralnej Polsce. Takimi dowódcami byli m.in. kapitan Adolf Pilch ps. Góra i Dolina czy major Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. Kapitan Pilch — „Dolina”, cichociemny zrzucony do Polski w lutym 1943 roku, dowodził Zgrupowaniem „Stołpce” okręgu nowogródzkiego AK w Puszczy Nalibockiej, gdzie walczył z oddziałami niemieckiej policji i białoruskich oddziałów kolaboracyjnych. Jego oddział już w grudniu 1943 roku, w czasie niemieckiej obławy, został zdradzony przez sowiecką partyzantkę, która bez uprzedzenia opuściła front wspólnej walki. Jego dowódcy — mjr Wacław Pełka ps. Wacław, przybyły jesienią 1943 roku z Warszawy oraz porucznik Kacper Miłaszewski ps. Lewald, mimo ostrzeżeń Pilcha nadal wierzyli w sens współpracy z partyzantką sowiecką. Niedługo potem, także w grudniu 1943 roku oddział Pełki i Miłaszewskiego został otoczony prze Sowietów. Lewald został porwany i wywieziony do Moskwy, a jego podwładnych w większości wcielono siłą do sowieckich oddziałów partyzanckich. Tylko Pilch z ok. 40 ludźmi wyrwał się z sowieckiej pułapki. W czasie przebijania się z sowieckiego kotła, Pilch znalazł przy ciele zastrzelonego sowieckiego dowódcy partyzanckiego mapnik z rozkazem likwidacji polskich oddziałów. Pozostawiony sobie Pilch zawarł pakt o nieagresji z posterunkiem policji niemieckiej, by przetrwać zimę i zacząć działać niezależnie. Zima 1944 roku i wiosna roku następnego to pasmo nieustannych potyczek z Sowietami, a także z oddziałem braci Bielskich. Przysłany z Warszawy jako wysłannik Komendy Głównej AK, Jan Piwnik „Ponury” uznał działania Pilcha za niesubordynację i polecił Pilchowi zaprzestanie działalności do czerwca 1944 roku. Szczęśliwie dla Pilcha w czerwcu 1944 roku nie dotarły do niego rozkazy udziału w operacji „Ostra Brama”. W obliczu zbliżania się Armii Czerwonej zadecydował o ewakuacji swego 800-osobowego oddziału na zachód, w stronę Warszawy, wycofując się czasem wśród rozbitych oddziałów niemieckich. Pod koniec lipca 1944 roku żołnierze dotarli do Puszczy Kampinoskiej, skąd partyzanci „Doliny” dwukrotnie atakowali lotnisko na Bielanach, a w Truskawiu rozbili dwa bataliony kolaboracyjnej rosyjskiej formacji RONA. W listopadzie 1944 roku Pilch rozwiązał oddział, a sam na czele niewielkiego konnego oddziału walczył do stycznia 1945 roku. W połowie 1945 roku „Dolina” podjął decyzję o przerzucie przez Czechosłowację do Wielkiej Brytanii. Udało mu się nie wpaść w sidła NKWD, wyprowadził swoich ludzi do centralnej Polski, w zorganizowany sposób zlikwidował oddział, a sam wybrał emigrację29.

Jeszcze inny był przypadek majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. On także uchylił się od operacji „Ostra Brama”. Wynikało to z wcześniejszych doświadczeń wiarołomstwa sowieckiej partyzantki. Swoim żołnierzom oświadczył, że „nie ma zamiaru defilować przed ruskimi w Wilnie”. Było to złamanie rozkazów władz, ale uratowało jego żołnierzy. W odpowiednim momencie wyczuł zaciskanie się pętli wojsk sowieckich w Puszczy Grodzieńskiej i przebił się na Podlasie. Tu we wrześniu 1944 r. z resztkami brygady podporządkował się komendantowi okręgu białostockiego AK Władysławowi Liniarskiemu ps. Mścisław. Taki był początek walki „łupaszkowców” z Sowietami i UB, która przeniosła się na teren Pomorza i Powiśla. Całą tę epopeję zakończyło aresztowanie Szendzielarza na Podhalu w czerwcu 1948 roku30.

Zarówno „Dolinie”, jak i „Łupaszce” udało się przetrwać wskutek zignorowania udziału w „Burzy”. Dziś łatwo uznawać obu dowódców za wizjonerów i pytać, dlaczego inni byli tak naiwni. Ale siłą AK była subordynacja i działanie w ramach wielkiej struktury podziemnej. Gdyby losy wojny potoczyły się inaczej i „Burza” zakończyłaby się zajęciem sporego pasa ziemi między Niemcami a Sowietami — to by nagradzano subordynowane odziały, a samowola „Doliny” i „Łupaszki” byłaby karana przez Komendę Główną AK.

Ale stało się inaczej, intuicja i znajomość sowieckiej perfidii uratowały życie „Łupaszce”, „Dolinie” i ich żołnierzom. Ale wybór był straszliwy — zerwanie dyscypliny organizacyjnej lub wpadnięcie w łapy NKWD.

Dylematy, jakie stanęły przed żołnierzami AK w trakcie akcji „Burza” na kresach, już niedługo miały dotyczyć także Warszawy.

Tadeusz Żenczykowski, Polska Lubelska 1944, Warszawa 1990, s. 9. [wróć]

Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1944–1959, Warszawa 2007. [wróć]

Ibidem, s. 7. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Ibidem, s. 9. [wróć]

Ibidem, s. 11. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Ibidem, s. 13. [wróć]

Ibidem, s. 14. [wróć]

Ibidem, s. 29. [wróć]

Józef Czerwiński, Z wołyńskich lasów na berliński trakt, Warszawa 1972, s. 101. [wróć]

Ibidem, s. 103. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Ibidem, s. 113. [wróć]

Ibidem, s. 128. [wróć]

Ibidem, s. 131. [wróć]

Ibidem, s. 137. [wróć]

Ibidem, s. 147. [wróć]

Ibidem, s. 150. [wróć]

Ibidem, s. 157. [wróć]

Andrzej Lisowski, Na Kresach — czas pokoju i wojny, t. 1, Katowice 2011. [wróć]

Ibidem, s. 176. [wróć]

Ibidem, s. 173. [wróć]

Ibidem, s. 186. [wróć]

Ibidem, s. 186, 187. [wróć]

Ibidem, s. 189. [wróć]

Relacja Wojciecha Bogaczyka, 3.08.2014. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Ryszard Bielański, „Góra-Dolina” — Adolf Pilch, Warszawa 2007; Adolf Pilch, Partyzanci trzech puszcz, Kraków 2013. [wróć]

Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, V i VI Brygada Wileńska AK w latach 1944–1952, w: Żołnierze wyklęci, Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 roku, praca zbiorowa, Warszawa 2002. [wróć]

5. Zdążyć przed Sowietami

Nie da się pisać o wydarzeniach 1944 roku bez podjęcia tematu sensowności powstania warszawskiego. Zadajmy więc pytanie, czy decyzje Komendy Głównej AK o realizacji akcji „Burza” i rozpoczęciu powstania warszawskiego były zgodne z nastrojami większości aktywnych politycznie Polaków. Czy dowództwo AK miało polityczne i moralne prawo zdecydować się na powstanie warszawskie, mimo wiedzy o rozbrajaniu przez Sowietów oddziałów naszej armii podziemnej w czerwcu i lipcu 1944 roku? Czy należało zaniechać dalszej realizacji planu „Burza” i w konsekwencji zrywu z 1 sierpnia 1944 roku? Krytycy tej decyzji wskazują, że był to jedyny naturalny wniosek i trzeba było raczej przygotować się do działania pod okupacją sowiecką.

Stawiam inną tezę. Dowództwo AK w Warszawie podjęło decyzję o „Burzy” nie dlatego, że lekceważyło sygnały o rozbrajaniu AK-owców w Wilnie, tylko dlatego że miało świadomość, iż bez próby zbrojnego wystąpienia w Warszawie sowiecka teza o bierności lub wręcz kolaboracji AK z Niemcami będzie praktycznie nie do odbicia.

Jeśli Sowieci występowali przeciw AK w Wilnie i we Lwowie, tym bardziej trzeba było walczyć, aby podkreślić swoją tożsamość. Bierność w chwili, gdy zajmowano stolicę Polski, osłabiłaby pozycję rządu w Londynie. I tak była słaba — odpowiedzą przeciwnicy powstania. Tak, to prawda, ale to wiemy dziś. Wtedy nie było to jeszcze tak jasne, a poza tym trudno, aby nie ulegano nadziei, że jednak Waszyngton i Londyn znajdą sposób, aby zapobiec całkowitej komunizacji Polski. Czy istniało inne wyjście? Powtórzę raz jeszcze: pokoleniu wychowanemu na cudzie niepodległości z lat 1918–1920 nie mieściło się w głowie, że tym razem będzie znacznie gorzej. Można to uznawać za słabość, ale można widzieć w tym głębokie przekonanie, które wyrazi potem Jan Paweł w 1979 roku, że nie może być sprawiedliwej Europy bez niepodległej Polski.

Decyzja o powstaniu na dłuższą metę w sensie politycznym i moralnym była trafna.

W 1953 roku Czesław Miłosz wydał książkę Zdobycie władzy. Ten były dyplomata PRL, który wybrał wolność na Zachodzie, dokonywał w niej własnego rozrachunku z okresem lat 1944–1945. Miłosz wspominał o wydarzeniach świeżych. W momencie, gdy pisał książkę, nie minęło nawet osiem lat od pamiętnego lipca 1944 roku, gdy ważyła się decyzja o wybuchu powstania. Późniejszy literacki noblista w latach 1945–1951 dobrze poznał intelektualną elitę nowej władzy. Miłosz opisał w książce redakcję pisma „Nowa Epoka”, która stanowiła główny sztab propagandowy PKWN i kojarzyła się z „Rzeczpospolitą” — dziennikiem nowej władzy. Wszystkim kierował redaktor Baruga, który wydaje się wzorowany na płk. Jerzym Borejszy, „mózgu” komunistycznej propagandy w Lublinie, szefie dziennika PKWN — „Rzeczpospolita”. Drugim bohaterem jest Julian Halpern, który przywodzi na myśl z kolei Jerzego Putramenta, zastępcę Borejszy w „Rzeczpospolitej”.

Redaktor Baruga, w rozchełstanej koszuli, w wojskowych spodniach wpuszczonych w ciężkie, rosyjskie buty, na próżno walczył z telefonem, ciskając z wściekłością słuchawkę i znów ponawiając wysiłki. (…) — Co z tymi ulotkami, do cholery? — zagrzmiał na całą salę. Armia jest już nad Wisłą. Warszawa będzie oswobodzona dziś czy jutro, jak my będziemy wyglądać1.

Miłosz przedstawia w swojej książce treść ulotek, którymi propaganda sowiecka z samolotów zasypywała wtedy Warszawę.

„Bić Niemca, zarzynać, nie oszczędzać kobiet ni dzieci, użyźnić ziemię wrażą posoką, walczyć o wielkość i niepodległość narodu” — to powtarzało się bez ustanku. I te wezwania radiowe kierowane na tamtą stronę Wisły — „Powstańcie, strzelajcie do Niemców, odcinajcie im drogę odwrotu, chwytajcie za broń, godzina zemsty wybiła” itd. (…) Baruga hałasował za swoim stołem, tym razem wymyślając komuś za niedokładne korekty. Wtedy to się zdarzyło. Julian krzyknął, zagłuszając kłótnię i stukanie maszyn: „Cicho!”. Patrzyli na niego przyciskającego dłońmi słuchawki, podniósł oczy: nie były jak zwykle zmrużone, kierowały się prosto ku nim. Z napięciem i z zainteresowaniem: ogarniał nimi obecnych i zdawał się, zanim powiedział, czekać odpowiedzi. — W Warszawie wybuchło powstanie. Londyńczycy grają ostatnią kartę.

Baruga trwał wychylony naprzód, nieruchomy. Jego twarz przybrała ten wyraz, który miał zawsze, kiedy milczał i zastanawiał się: smutnego psa. Sięgnął po papierosa, kręcił go w palcach, z gardła wydobył mu się głośny pomruk. Zapalił, oparł się na łokciu. „No — powiedział — no”. Oczy Juliana zmrużyły się i ukazał się w nich znów odblask wewnętrznego wybuchu2.

Co takiego tak bardzo poruszyło i zaniepokoiło opisywanych przez Miłosza speców od propagandy PKWN? Miłosz nie stawia kropki nad „i”. Ale można odnieść wrażenie, że dwaj przenikliwi macherzy od propagandy PKWN zrozumieli wtedy, że nie uda się już zrealizować najbardziej korzystnego planu. Opanowania Warszawy bez wybuchu powstania AK-owskiego lub jeszcze bardziej korzystnego scenariusza — skorelowania wejścia Sowietów do stolicy z wystąpieniem Armii Ludowej i pokazania się w bezcennej propagandowo roli wyzwolicieli Warszawy z niemieckiej okupacji.

Wybuch powstania w każdym wypadku zadawał kłam gotowej już tezie o Armii Krajowej jako biernym lub nawet czynnym sojuszniku hitlerowców. Co więcej, wybuch powstania zmuszał Sowietów, protektora PKWN, do ustosunkowania się do niepodległościowego wystąpienia. O wiele wygodniej byłoby, gdyby Rosjanie zajęli miasto, po prostu nie dopuszczając do wystąpienia „reakcji”.

O tym, że teza o AK jako sojuszniku Hitlera była już starannie przygotowana, świadczą stenogramy z rozmów Mikołajczyka z Wandą Wasilewską z 3 sierpnia 1944 roku w Moskwie. Szefowa Związku Patriotów Polskich kłamała wtedy jak z nut: „We Lwowie Polacy nie zamienili ani jednego strzału przed oswobodzeniem miasta przez Armię Czerwoną. (…) Mamy niezbite dokumenty o współpracy AK z Gestapo. Oddziały AK mordowały jeńców sowieckich zbiegłych z niewoli niemieckiej”3.

Powyższy wywód pokazuje, jak ważny dla wizerunku AK był warszawski zryw. Bez tych dwóch miesięcy suwerenności ograniczonych nawet do paru dzielnic Warszawy nie powstałoby wydarzenie pokoleniowe, które dało Polakom poczucie godności nawet, gdy ceną były gigantyczne ofiary. Trudno dziś oceniać, w jakim stopniu dowódcy AK, którzy byli za rozpoczęciem powstania, rozumieli wszystkie konsekwencje swojej decyzji, ale jedno jest pewne: ich intuicja, która widziała w wybuchu powstania argument na rzecz prawowitości Polski w obozie antyhitlerowskim, była trafna. Nie jest to książka o powstaniu warszawskim, więc nie będę Państwa teraz zasypywał cytatami ludzi, którzy pamiętają ten szał radości, który opanował Warszawę w pierwszych godzinach zrywu. Zacytujmy tylko jedno wspomnienie autorstwa Andrzeja Borowca, ps. Zych, starszego strzelca Armii Krajowej.

Dla uczestników wybuch powstania był upajający, jakby marzenie skrywane przez pięć gorzkich lat okupacji nagle się spełniło. Nie myśleliśmy o niebezpieczeństwie ani o konsekwencjach. Już po pierwszych kilku godzinach okazało się, że powstanie nie było tylko „dziełem zbuntowanych dzieci”, ale dążeniem większości ludności Warszawy, która rzuciła się budować barykady i nieść pomoc powstańcom4.

Można zadać pytanie, czy bez epopei AK i doświadczenia powstańczego jedynym punktem odniesienia dla powojennych pokoleń nie byłaby II Rzeczpospolita, która przestała istnieć we wrześniu 1939 roku. Zwolennicy rewizjonizmu historycznego twierdzą, że lepiej byłoby, aby młodzież, która poszła do powstania, przyjęła obojętnie wejście Rosjan i następnie stworzyła solidną konspirację. Ale to założenie zderza się z ponurą prawdą, że zarówno NKWD, jak i UB były niezwykle sprawne w rozpracowywaniu polskiego podziemia. Gdyby więc pokolenie Baczyńskiego nie podjęło walki, to byłoby po pierwsze trapione traumą niewykorzystanej szansy, po drugie mogłoby przyłączyć się, jak już wspominaliśmy, do jakiejś formy wybuchu powstańczego kierowanego przez Armię Ludową, a potem i tak, i tak byłoby zdziesiątkowane przez komunistyczne organy bezpieki. Inny argument mówi, że niezburzona Warszawa z ogromną liczbą inteligencji nastawionej niepodległościowo byłaby trudnym do okiełznania matecznikiem antykomunistycznego oporu. No cóż, Kraków nie był zburzony, a oprócz paru demonstracji antykomunistycznych po wojnie nie stanowił bastionu konspiracyjnego oporu. Zresztą nawet, gdyby Warszawa była fortecą oporu, to komuniści mogliby sięgnąć po środek, jaki zastosowano w Czechosłowacji po zdobyciu władzy przez komunistów po 1948 roku. W dwóch miastach uznanych za bastiony reakcji, czyli w Pradze i Bratysławie, w marcu 1952 roku władze komunistyczne podjęły akcję B — byty, czyli mieszkania. Okręgowe komitety partyjne otrzymały zadanie sporządzenia list „osób niepożądanych” rekrutujących się ze środowiska przedwojennej inteligencji. Akcja miała dwa cele — po pierwsze osłabić zaplecze tzw. reakcji, a przy okazji zdobyć mieszkania dla szybko rosnącej liczby nowej komunistycznej nomenklatury. Akcja trwała aż do połowy 1953 roku. W samej Pradze „odzyskano” 2200 mieszkań, co oznacza, że wysiedlono na prowincję przynajmniej tyle samo rodzin. W Bratysławie wygnano ze swoich mieszkań ok. 400 rodzin. Tę samą akcję, choć na mniejszą skalę, przeprowadzono także w Brnie i Koszycach. Ludzie ci dopiero w czasie lat 60. ubiegłego wieku powoli wracali do Pragi, ale swoich mieszkań już nie odzyskali. Wiele rodzin się zdeklasowało lub wsiąkło w krajobraz czeskiej i słowackiej prowincji. Akcja ta miała jeszcze jeden diaboliczny efekt. Wielu inteligentów, inżynierów i naukowców lęk przed umieszczeniem na listach wysiedleń skłaniał do serwilistycznych demonstracji wierności wobec systemu. Krążyły plotki i legendy, kto już jest na liście do wysiedleń, a w wypadku kogo decyzja jeszcze się waży. Przykładem, jak działała taka psychoza, był przypadek profesora architektury Emila Bellusa, pioniera przedwojennego czechosłowackiego modernizmu. Jak pisze słowacki historyk Juraj Sebo: Bellus miał poważne problemy, gdyż władze chciały wysiedlić go z Bratysławy. Aby zademonstrować swoją lojalność, Bellus zgłosił swój projekt w stuprocentowym stylu socrealizmu w konkursie na dom studencki „Młoda Gwardia” w Bratysławie. Konkurs wygrał i tak uchronił się przed deportacją z miasta5. Bellus zaprojektował budynek w dość bajkowym stylu przypominającym moskiewski Kreml. Owo uratowanie się od wysiedlenia z Bratysławy miało swoją cenę. Ten dziwaczny budynek był zawsze powodem do kpin przy ocenie dorobku artystycznego niegdysiejszego ojca słowackiej awangardy.

Postawmy brutalne pytanie: ilu młodych ludzi z pokolenia AK-owskiego mogłoby w Polsce albo ulec deklasacji wskutek wysiedleń, albo w obawie przed nimi prześcigać się w serwilizmie wobec komunistycznej władzy. A nawet gdyby pozostała w niezburzonym mieście młodzież zdecydowałaby się na jakieś ostre wystąpienie przeciwko Sowietom w już zdobytym mieście, NKWD nie miałaby żadnych skrupułów, aby np. rozpocząć na dużą skalę wywózki na Sybir w takim stylu, w jakim pacyfikowano Lwów i Wilno w latach 1939–1941.

Przepraszam za ten przydługi wtręt, ale jeśli piszę te słowa, to tylko dlatego, aby przypomnieć, że wtedy, w 1944 roku, nie było dobrych rozwiązań. Ci, którzy będą wskazywać, że powstanie spaliło miasto i pociągnęło za sobą dziesiątki tysięcy ofiar cywilnych, muszą sobie zadać pytanie, czy zniszczenia i straty wśród mieszkańców miasta nie byłyby podobne w razie walk Niemców z Rosjanami. Przecież, gdyby nie powstanie, Sowieci szturmowaliby miasto, a Niemcy mogliby je bronić z równym fanatyzmem, jak np. Wrocławia.

Wróćmy teraz do rzeczywistości powstania. Jest prawdą, że po pierwszych pełnych entuzjazmu dniach powstania przyszło rozczarowanie. Przywołajmy raz jeszcze relację Andrzeja Borowca ps. Zych.

Zarzuty, rozczarowanie i rozpacz przyszły później, kiedy Warszawa była literalnie zmieniana w proch, dzień po dniu, ulica po ulicy, dom po domu przez 63 dni. Wtedy, byli tacy między mieszkańcami, którzy stracili wszystko i nazywali nas „podpalaczami Warszawy”6.

Borowiec dodaje jednak zdanie, które pokazuje, że obok rozpaczy było też hartowanie się charakterów.

Chłopcy i dziewczęta, którzy zaczynali powstanie, nieprzyzwyczajeni do prawie stałych wybuchów, widoku krwi i trupów, krzepnęli. Kilkunastoletnie dziewczyny prowadziły całe korowody przez kanały, których coraz częściej używano. Napięcie walk dostatecznie ukazuje meldunek Von dem Bacha z 28 sierpnia, w którym prosi o przysłanie mu „pełnej doświadczonej dywizji”, twierdząc, że decydujące rozstrzygnięcie może być osiągnięte tylko przez piechotę i oddziały saperów walczących w głębokich piwnicach i w ruinach domów. „Mamy 150 strat dziennie w walkach o domy Starego Miasta”7.

A co powiedzieć o scenie, którą zachował dla potomności Stanisław Podlewski w jednej z najbardziej wstrząsających książek o powstaniu, czyli w Przemarszu przez piekło8. Opowiadając o szpitalu polowym na Długiej nr 7, przedstawia sceny dantejskie. Opisuje chirurgów ledwo stojących na nogach, pracujących bez wytchnienia, półprzytomnie. Siostry miłosierdzia, które w ciągu paru tygodni musiały asystować przy tysiącach amputacji i operacji, przy których ściany drżały od krzyków ludzi niepotrafiących wytrzymać bólu. O młodym żołnierzu, który w atakach szału rozszarpywał rany i darł na sobie bandaże. Obok tego scena, która porusza do głębi:

Na jednej z sal leży starsza kobieta — łączniczka. Straciła wzrok przy wybuchu czołgu. Czasem przychodzą do niej krewni i znajomi w odwiedziny, w prostych słowach wyrażając swoje współczucie. Ktoś z nich powiada, jak gdyby z wyrzutem: — Gdyby cię nie poniosło do powstania, nie zostałabyś ślepą kaleką na całe życie. Zaraz pada dumna odpowiedź: — Gdybym nie była Polką, nie brałabym udziału w powstaniu9. Czy autor, który miał odwagę opisywać dziesiątki upiornych scen, mógł zmyślić taką sytuację dla pokrzepienia serc?

A co powiedzieć o świadectwie działacza podziemnej PPS Kazimierza Pużaka, który tak opisuje zachowanie ludności Starówki w czasie powstania:

Muszę w interesie prawdy dziejowej stwierdzić, że ludność Starówki — ci rzemieślnicy i wyrobnicy, robocizna i w ogóle nędza — wytrzymała na swoich barkach wszystkie konsekwencje walki i jej następstwa. Zawsze była czynna i nie narzekająca i nie dająca posłuchu coraz wyraźniejszej dywersji agentów komunistycznych10.

W dyskusjach o powstaniu rzadko bierze się pod uwagę, że były sytuacje i wzniosłe, i przerażające swoim okrucieństwem. Albo — albo. A w realiach powstańczych było jedno i drugie. Ci, którzy odrzucają sens powstania, źle reagują na cytowanie tych wzniosłych scen, udowadniając, że żadne chwile wzniosłości nie są warte dziesiątek tysięcy ofiar. Czy jednak mają rację? Czy można rozdzielić okropności wojny od tego, co patriotyczne i czyste? Wiele lat po powstaniu prymas Stefan Wyszyński, który obserwował łunę nad Warszawą jako kapelan powstańczych oddziałów w Kampinosie, 4 października 1961 roku poświęcił nowy ołtarz w kościele św. Marcina przy ulicy Piwnej w Warszawie — świątyni całkowicie spalonej w czasie powstania. Prymas mówił:

Poświęciliśmy ołtarz, który został w tej świątyni wysunięty na środek prezbiterium. Ma on mówić o wielkiej ofierze, która się tu dokonała i która uzupełnia bezkrwawą ofiarę Jezusa Chrystusa przed chwilą złożoną. Kto zna historię Powstania Warszawskiego, ten wie, że był dzień, w którym ulica Piwna biegnąca w kierunku placu Zamkowego wypełniona była ludem oczekującym — na mocy umowy z Niemcami — wyjścia ku tej części miasta nieobjętej pierścieniem walki. I właśnie wtedy, kiedy miały się za chwilę otworzyć barykady powstańcze, nadleciały samoloty i rozpoczęła się tragedia. Ofiarą jej padł kościół św. Marcina i lud, który się w nim schronił. Świątynia ta, która sklepieniami przykryła setki ginących ludzi, stała się wielkim ołtarzem ofiarnym. (…) Straszne to były dni, ale jakże wspaniałe. Okryły stolicę narodu, który chciał być wolny, nową chwałą. Albowiem naród — przez synów swoich walczących w Warszawie — zaświadczył, że pragnie wolności i ma do niej prawo. (…) Wielkie jest prawo do wolności! Złożył je w naturze człowieka sam Bóg. (…) Właśnie dlatego, ażeby je zachować i ochronić, a przez to obronić godność człowieka jako istoty rozumnej i wolnej, trzeba umieć się poświęcać i składać ofiary. Poniżej poziomu wolności osobistej, jako właściwości rozumnej natury ludzkiej, człowiek, który biernie przyjmuje narzuconą mu niewolę, już się właściwie deklasuje i przestaje być pod jakimś względem pełnym człowiekiem. I naród, który nie umie walczyć o swoją wolność, już się właściwie zdeklasował, stając poniżej swojej wysokiej godności11.

A teraz inne świadectwo kogoś urodzonego trzy generacje potem. Dariusz Karłowicz, filozof i publicysta, wspomina:

Nie można zrozumieć wagi, jaką w czasach komunizmu odgrywała pamięć o powstaniu bez przypomnienia wewnętrznej siły, jaką ludziom dawało wspomnienie wywalczonej na krótko wolności. W czasach mojego dzieciństwa to było jeszcze bardzo świeże. Pamiętam przejmujące opowieści mojej przyszywanej ciotki, których drastyczność była w jakiś paradoksalny sposób optymistyczna. Choć nie kolorowała tych wspomnień, to ani przez chwilę nie pozwalała mi zwątpić, że powstańcza wolność warta była ceny, którą zapłaciła. A zapłaciła dużo, zostawiając w Powstaniu zdrowie. W komunie hodującej masowo typ obywatela-niewolnika tacy ludzie jak moja ciotka dawali poczucie, że można być człowiekiem wewnętrznie wolnym. Spotkać człowieka wolnego to niemało. To było świadectwo, które całą pokrętną, peerelowską realpolitik rozbijało w drzazgi12.

W opowieściach powstańców często wybija się waga doświadczenia odzyskania własnej państwowości na tym niewielkim terytorium zdobytym przez powstańców. Fakt, że choć chwilę zaistniało niepodległe minipaństwo z własnymi sądami, gazetami, własną pocztą oraz radiostacją, był dla nich niezwykle ważny. Walka o stworzenie wolnego państwa stanowiła rdzeń tego aktu woli i odwagi. Wbrew tym, którzy w Polakach widzą obsesjonatów powstań — dla pokolenia AK walka o polskość wtedy była wartościowa, kiedy była walką o państwowość. Dlatego z takim szacunkiem respektowano nakazy Państwa Podziemnego i szanowano emigracyjny rząd. To była idea, dla której warto było poświęcać życie.

Wiem, że dla dziesiątek tysięcy rodzin spór o sens powstania to tragiczne rozliczenie. Wiem, że ci, którzy stracili bliskich, mają prawo do gorzkiego pytania o kompetencje dowódców. Ale ta gorycz jest prawem tych, którzy powstanie przeszli. Jeśli przystępuję do tych rozważań, to czynię to również dlatego, że dźwięczy mi w uszach to, co o powstaniu mówiła moja matka Alina i babcia Maria. Powstanie przeszły od jego pierwszego dnia do ostatniego w Warszawie. Tylko cudem babcia zdołała uratować siebie, męża i córkę przed rozstrzelaniem przez żołdaków z rosyjskich kolaboracyjnych oddziałów ROA. W powstaniu zginęła przyrodnia siostra mojej matki Irena. A jednak nigdy w moim domu nie słyszałem żadnego potępienia powstania. W każde wakacje powtarzał się w moim domu w Gdańsku, w którym po wojnie zamieszkali moi rodzice, dziwny rytuał. W lipcu lub sierpniu do Sopotu przyjeżdżał na urlop przyjaciel mojej babci z przedwojennej Warszawy pan Kolasiński. Babcia podejmowała go obiadem, na którym zawsze prędzej czy później pan Kolasiński wygłaszał opinie, że Bór-Komorowski jest zbrodniarzem, bo spalił Warszawę. Babcia grzecznie, ale stanowczo, przerywała te wywody, przypominając, że Warszawę spalili Niemcy. W moim domu status relikwii miał album o powstaniu wydany w latach 60. ubiegłego wieku. Gdy więc piszę te słowa, muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego moja matka i moja babcia nigdy nie pozwalały na jakąkolwiek przesadę w obwinianiu dowództwa AK o tragedię Warszawy. Straciły w Warszawie wszystko, łącznie z najbliższą osobą. A jednak zawsze wychowywały mnie w kulcie powstania. Czy mam mniej ufać ich poczuciu moralnemu niż krytykom powstania? Nigdy nie negowałem prawa ludzi, którzy otarli się o tę tragedię, do gorzkich refleksji na temat tego, co przeszli. Ale jeśli piszę te słowa, to aby zareagować na antypowstańcze tyrady, które tworzą autorzy urodzeni wiele lat po wojnie.

Upewnia mnie w obronie sierpniowego zrywu świadectwo ludzi, którzy w latach 70. XX wieku podjęli aktywny opór wobec komunizmu. Na tej drodze uczyli się odwagi i ideowości od ludzi, którzy walczyli w powstaniu, i nigdy nie przekraczali pewnej granicy w jego krytyce, mimo że mogli być nawet krytyczni wobec decyzji o rozpoczęciu walk. Wspominając Wiesława Chrzanowskiego, zasłużonego działacza opozycji narodowej i katolickiej, ale i byłego powstańca, Marek Jurek, były działacz antykomunistycznego Ruchu Młodej Polski, mówi:

Widziałem, że całe jego życie to akt wierności wobec kolegów z konspiracji i powstania. Nawet po latach wracał do dyskusji, jakie przeprowadzał z nimi w latach okupacji. Zawsze powtarzał, że generalne założenia ideowe, jakie były podstawą jego działalności, ukształtowały się właśnie w latach wojny. Próba powstania była dla niego próbą odwagi, aktem ofiary. Najwyższym potwierdzeniem jakości moralnej ich pokolenia13.

Jurek wspomina, że coroczne przyjazdy z jego rodzinnego Gorzowa w dzień 1 sierpnia na warszawskie Powązki były od 1978 roku elementem jego ideowego dojrzewania.

Tłumy ludzi na Powązkach w dniu 1 sierpnia były przed przyjazdem Jana Pawła II w 1979 roku jednym z wielkich zgromadzeń stanowiącym akt wierności wobec poprzednich pokoleń ludzi walczących o niepodległość Polski14.

Krzysztof Wyszkowski, weteran „Solidarności”, wskazuje, że powstanie warszawskie w długim planie historycznym miało większe znaczenie dla odzyskania niepodległości Polski niż choćby okrągły stół z 1989 roku.

Polityka ma ciągłość. Gesty mają znaczenie. Powstanie było niesłychanie ważnym aktem politycznym potwierdzającym, że Polska uczestniczyła w walce z Hitlerem i że ma prawo do niepodległości. Dziś istnieje maniera kpienia z faktu, że Zachód zaciągnął wobec Polski wielki dług moralny i polityczny. Ale bez świadomości wielu zachodnich polityków, że tego długu nie spłacono, poparcie zachodnie dla aspiracji Polski po wojnie byłoby nieporównanie mniejsze. Bez ofiary Warszawy mielibyśmy o wiele mniejsze prawo do ziem zachodnich, które w jakimś choć stopniu zrekompensowały nam amputację kresów. Z polskiego punktu widzenia patrzymy na Jałtę — słusznie — jako na zdradę Polski. Jeśli dany kraj nie walczy zbrojnie o swoją wolność — to i świat patrzy na jego zniewolenie z większą obojętnością. Moim zdaniem powstanie warszawskie przez okres powojenny i w czasie rewolucji „Solidarności” było moralną i polityczną legitymacją do żądania wrażliwości wolnego świata na brak niepodległości Polski. Jako człowiek opozycji z lat 70. mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że nie byłoby tak silnego oporu Polaków przeciwko komunizmowi, gdyby nie przykład życia dziesiątek tysięcy ludzi, którzy walczyli w AK w akcji „Burza” czy w powstaniu warszawskim. W czasie strajku w Stoczni Gdańskiej krzyż ku czci poległych stoczniowców wbił w ziemię Tadeusz Szczudłowski, świadek akcji „Burza”. Sam czułem, że Sierpień ’80, a potem rewolucja „Solidarności” to nowe powstanie warszawskie, tyle że innymi środkami.

Historyk i wiceszef Muzeum Powstania Warszawskiego Paweł Ukielski podkreśla, że przez powstanie przewinęli się ludzie, którzy potem byli liderami oporu antykomunistycznego. To Jan Nowak-Jeziorański, dyrektor Radia Wolna Europa. To wspomniany już Wiesław Chrzanowski. To Władysław Bartoszewski. To ksiądz Jan Zieja, jeden z najodważniejszych kapłanów występujących przeciwko komunizmowi. Ogromny wpływ powstanie wywarło na prymasa Stefana Wyszyńskiego, który był kapelanem oddziałów AK w podwarszawskich Laskach. Powstanie ukształtowało Jana Józefa Lipskiego, jednego z założycieli Komitetu Obrony Robotników. Aurę powstania chłonęli Zbigniew Herbert i Jan Olszewski, późniejszy premier RP. W kulcie zrywu z 1944 roku wyrastali bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy.

Gdyby powstania nie było, każdy partyzant AL-owski mógłby kpić z AK-owców, a komunistyczni bojownicy Kliszko i Moczar byliby kreowani na jedynych, którzy walczyli z niemieckim okupantem15

— wskazuje Ukielski.

Po epopei powstania warszawskiego żołnierze AK mogli być obiektem prześladowań i eksterminacji, ale nigdy nie byli śmieszni i żałośni. Warszawski zryw dał powstańcom trudną do zakwestionowania godność i prawo do szacunku. Dziś nimb bohaterstwa wokół AK-owców wydaje się nam tak oczywisty, że nie bierzemy pod uwagę, iż po wojnie można było go zanegować. O tym, jak bardzo stracić na atrakcyjności mógłby mit AK bez „Burzy” i powstania, świadczą późniejsze losy premiera Mikołajczyka, który uratował głowę, uciekając z Polski, ale nie jest legendą oporu. To samo dotyczy powojennego PSL-u, choć przecież nikt nie zaprzeczy, że wielu jego działaczy było ofiarami mordów UB. Mikołajczyk miał prawo, aby się bać o swoje życie. Ale uciekając na Zachód, znacznie osłabił swój status w panteonie polskiej pamięci.

Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu16

— mówił Jan Paweł II, pośrednio porównując ofiarę powstania z ofiarą Zbawiciela. W filmie Pasja Mela Gibsona jest znamienna scena. Szatan, który wcześniej z satysfakcją obserwował mękę Chrystusa, chwilę po Jego śmierci uzmysławia sobie z wściekłością sens i znaczenie śmierci Jezusa na krzyżu. Czy ta scena nie budzi skojarzeń z zacytowaną wcześniej sceną z książki Miłosza? Sceną, w której PKWN-owscy politrucy z konsternacją przyjmują wiadomość o wybuchu powstania w stolicy? Czy intuicja podpowiadała im wówczas, że zryw stolicy będzie symbolem, wokół którego skupi się duchowy opór Polaków?

Stosunek do powstania zawsze będzie związany ze stosunkiem do samego pojęcia ofiary. Zawsze będzie zgodny z podejściem do znaczenia heroizmu i honoru w życiu państw i narodów. Ci, którzy lekceważą te wartości, będą sierpniowy zryw odsądzać od czci i wiary. Ci, którzy rozumieją znaczenie tych wartości dla psychiki narodu, będą powstania bronić. Czasem bywa, że niechęć do tradycji patriotycznej ubierana jest dość sprytnie w kostium współczucia dla ofiar cywilnych powstania. Tak robili zresztą sami komuniści, którzy najpierw wzywali warszawiaków za pomocą ulotek, aby wystąpili przeciw Niemcom, a gdy „reakcja” rozpoczęła powstanie, oburzali się na nieodpowiedzialną awanturę i załamywali ręce nad losem ludności cywilnej.

Powstanie miało jeszcze jeden, niedoceniany dziś walor. Było trudnym od obalenia dowodem na wrogie Polsce intencje Związku Sowieckiego w czasie wojny. Obok zbrodni Katynia bezczynność armii sowieckiej przyglądającej się zagładzie powstania była czynnikiem, który tkwił w pamięci Polaków i negliżował propagandowe tezy o Armii Czerwonej jako wybawicielu Polaków. Pamięć o bohaterstwie powstania była dla Polaków psychicznym punktem oparcia od pierwszych miesięcy sowieckiej okupacji. Nawet komuniści, z wyjątkiem najbardziej ostrego okresu stalinizmu, nie próbowali zdeprecjonować bohaterstwa powstania. Przypomnijmy wreszcie to, na co zwrócił uwagę Marek Jurek. Dla tysięcy ludzi pamięć o męstwie żołnierzy AK, NSZ i powstańców było czynnikiem, który kazał im zachowywać się bardziej godnie, niż mogłyby pchać ich do tego okoliczności życia w PRL-u. Tych wszystkich elementów budujących godność Polaków nikt z rozpoczynających walkę 1 sierpnia 1944 roku nie mógł przewidzieć. Ale intuicja, że moralnym i politycznym obowiązkiem jest otwarte i odważne wystąpienie przeciwko absolutnemu złu, którym był nazizm, była trafna. Pełna szacunku pamięć o ogromnej liczbie ofiar powstańczych i cywilnych nie jest sprzeczna z tą intuicją. I powtórzmy, nikt nie odsądza od czci i wiary tych, którzy w dyskusji o sensie powstania mieli prawo brać udział, bo w powstaniu walczyli. Ale pełnej oceny tego, czy powstanie wzmocniło duchowo Polaków, czy nie, można było dokonać dopiero teraz po latach. Powstanie uczyniło Polaków dużo bardziej zdolnymi do oporu wobec drugiego sowieckiego totalitaryzmu, który w 1944 roku nadszedł ze wschodu w miejsce pierwszego, nazistowskiego. Warszawski zryw wzmocnił godność Polaków na cały, długi okres komunistycznej niewoli. Bez niego nie bylibyśmy dzisiaj sobą.

Gdy oglądam rekonstrukcje historycznego zwycięstwa nad bolszewikami w 1920 roku, zawsze przychodzą mi na myśl spory, czy powstanie warszawskie było aktem nieodpowiedzialnego szaleństwa. Przecież hekatomba stolicy mogła mieć miejsce już wtedy. Co by było, gdyby Piłsudskiemu w sierpniu 1920 roku nie udała się ofensywa znad Wieprza? Co by się stało, gdyby Michał Tuchaczewski przełamał polski opór i rozwścieczony sporymi stratami pod Radzyminem opanował stolicę i w ramach szału zemsty wyrżnął 100 czy 200 tys. warszawian, a całe miasto spalił z premedytacją ku przestrodze dla reszty burżujów w Europie? Czy zamiast Bora-Komorowskiego na podpalacza Warszawy nie awansowałby wtedy Piłsudski, który odrzucił twarde, ale dające jakieś szanse propozycje pokojowe Sowietów? Czy nie znaleźliby się tacy, którzy wywodziliby, że Piłsudski bez sensu podjął walkę z bolszewikami i rozjuszając ich, pośrednio moralnie odpowiada za hekatombę stolicy? Czy „realiści” nie głosiliby, że nie trzeba było się wdawać w żadną awanturę, że lepiej było zostawić bolszewikom Warszawę bez oporu i ocalić dziesiątki tysięcy ludzkich istnień?

Tak naprawdę spór o powstanie warszawskie to pytanie, czy w ogóle podejmować własne, choćby ryzykowne, działania czy też grzecznie czekać, co z nami zrobią okupanci — jedni albo drudzy. A że jest ryzyko klęski? Ono zawsze jest i wyzwolić się z niego można tylko kosztem wyrzeczenia się wolności.

Czesław Miłosz, Zdobycie władzy, Paryż 1980, s. 24. [wróć]

Ibidem, s. 24–25. [wróć]

Tadeusz Brzęczykowski, Polska lubelska 1944, Lublin 1990, s. 98. [wróć]

Andrzej (Andrew) Borowiec, ps. Zych, w: Powstańcze relacje świadków. Powstanie Warszawskie, www.sppw.1944.org, 10.11.2014. [wróć]

Juraj Sebo, Budovatel’ske roky 50., Bratysława 2010, s. 82. [wróć]

Andrzej (Andrew) Borowiec ps. Zych, w: Powstańcze relacje świadków, www.sppw.1944.org, 10.11.2014. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Stanisław Podlewski, Przemarsz przez piekło, Warszawa 1957. [wróć]

Ibidem, s. 258. [wróć]

Kazimierz Pużak, Wspomnienia 1939–1945, Gdańsk 1989, s. 66. [wróć]

Stefan Wyszyński, Słowo prymasa polskiego po poświęceniu nowego ołtarza w kościele św. Marcina w Warszawie wygłoszone 4.10.1961 roku, za: idem, W sercu stolicy, Warszawa 1972, s. 13–17. [wróć]

Relacja Dariusza Karłowicza, 30.04.2014. [wróć]

Relacja Marka Jurka, 30.04.2014. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Relacja Pawła Ukielskiego, 30.04.2014. [wróć]

Jan Paweł II, Pielgrzymki do ojczyzny 1979–2002. Przemówienia i homilie, Kraków 2006, s. 23–24. [wróć]

6. Biesy w Lublinie

Pamiętacie Był bal, książkę Stanisława Mackiewicza1 o historii XIX wieku? Ten wspaniały historyczny gawędziarz przypomina tam fragment Biesów Dostojewskiego2 i zawartą w nich opowieść o sztuczce fortepianowej genialnie oddającej wojnę Prus z Francją w 1870 roku.

Sztuczka w rzeczy samej była zabawna i nosiła śmieszną nazwę „Wojna francusko-pruska”. Zaczynała się groźnymi dźwiękami Marsylianki: Qu’un sang impur abreuve nos sillons.

Słychać tu było napuszone wezwania, upojenie przyszłymi zwycięstwami. Ale raptem z mistrzowsko skomponowanymi wariacjami hymnu, gdzieś z boku, z dołu, z kącika, ale z bardzo bliska, odezwały się plugawiutkie dźwięki: Mein lieber Augustin. Marsylianka nie słyszy tych dźwięków, Marsylianka jest w zenicie upojenia własną wielkością; ale Augustyn wzmacnia się, Augustyn bezczelnieje i oto takty Augustyna zbiegają się z taktami Marsylianki, która w końcu zaczyna się gniewać. Marsylianka nareszcie dostrzega Augustyna i chce go odegnać od siebie jak muchę nieznośną, ale Mein lieber Augustin trzyma się mocno, jest wesoły i pewny siebie, jest radosny i arogancki, a Marsylianka jakoś nagle głupieje: już się przyznaje, że jest skrzywdzona — to krzyk oburzenia, to łzy, zaklęcia z wyciągniętymi do Opatrzności rękami.

Pas un pouce de nos terres, pas une pierre de nos forteresses. Ale zmuszona jest śpiewać w jeden takt z Mein lieber. Dźwięki jej w jakiś głupawy sposób przechodzą w Augustyna, chwieją się, gasną. Teraz już tylko od czasu do czasu słychać znowu: qu’un sang impur, ale w tejże chwili zrywa się to, przechodzi w trywialny walc; wreszcie Marsylianka upokorzona jest zupełnie, to Jules Favre szlochający na piersi Bismarcka i oddający wszystko, wszystko, ale teraz sierdzi się już Augustyn; słychać głos zachrypnięty; czujemy mnóstwo wypitego piwa, szaleństwo samochwalstwa, żądania miliardów subtelnych cygar, szampana i zakładników, Augustyn zmienia się w ryk. Francusko-pruska wojna jest skończona3.

Jak podobna sztuczka na fortepian mogłaby brzmieć w Lublinie w sierpniu 1944 roku — pierwszej stolicy komunistycznego PKWN, do którego docierały wiadomości o walczącej i płonącej stolicy? Czy nie mogłaby składać się z dwóch rywalizujących pieśni: Warszawianki i sowieckiej pieśni Wstawaj, strana ogromnaja — pieśni Armii Czerwonej? Hymnu niepowstrzymanej i złowrogiej siły prącej na zachód. Wyobraźmy sobie okrutny eksperyment. Pełną wzniosłości Warszawiankę, w której rytm wdzierają się powoli potężniejące akordy krasnoarmiejskiej pieśni. Warszawianka dumna z bohaterskiego zrywu stolicy, pewna jest, że jej odwaga zwycięży, a świat uzna jej racje. Sowiecka pieśń jest toporna, ale robi się coraz bardziej głośna i nachalna. Pewna swojej siły, za którą stoi gigantyczne mocarstwo i Stalin — zwycięski demiurg tej najstraszniejszej z wojen.

Polacy wierni idei niepodległości, którzy wpadli pod władzę Sowietów i ich polskich pomocników, przeżywali wtedy — w tej „Polsce Lubelskiej” — liczne rozczarowania. Spróbujmy je wyliczyć.

Nieprzyjemnym zaskoczeniem była sama szybkość posuwania się sowieckiego walca frontowego. Sowiecka armia nie przypominała ani półdzikiej bandy obdartusów z najazdu z 1920 roku, ani wojska z karabinami na sznurkach, z których kpili po cichu Polacy po 17 września 1939 roku. Teraz mieszkańcy Lublina mogli oglądać szybką mobilną armię, na niezłych czołgach T-34 i robiących wrażenie amerykańskich ciężarówkach studebakerach i dodge’ach.

Kolejne niepokojące odkrycie to sprawność NKWD i szybkość tworzenia lokalnej sieci donosicieli. Mieszkańcy Generalnej Guberni nie mieli doświadczenia Polaków z kresów, którzy poznali zręczność sowieckiej bezpieki w latach 1939–1941. Teraz odkrywali sentencję, którą sformułował Józef Mackiewicz — „Sowiecka okupacja jest nie analogią, a odwróceniem w skutkach. Niemcy robią z nas bohaterów, a bolszewicy gówno”4. Gdzieś rozpływała się dawna solidarność okupacyjna, która była tak silnym wsparciem dla antyniemieckiej okupacji AK-owskiej. Przestało mieć siłę wezwanie: „Panie, ratuj pan rodaka!”, które miało sens, gdy źródłem zagrożenia byli przede wszystkim wrzeszczący w obcej mowie Niemcy. Teraz, owszem, bywali groźni Rosjanie, ale najczęściej niebezpieczeństwo nadchodziło ze strony Polaków w mundurach UB lub z milicyjną opaską na ramieniu.

Akcja „Burza” na Lubelszczyźnie przypominała obrazki z Wilna czy Lwowa, w których na krótko całe miasto opanowały oddziały AK i razem z żołnierzami Armii Czerwonej je patrolowały. Gdy Edward Osóbka-Morawski przybył do Chełma Lubelskiego 27 lipca 1944 roku, przed wieczorem, jak wspominał:

Obok naszych żołnierzy z I Armii (LWP — przyp. aut.) służbę na ulicach pełniła także straż wyznaczona przez delegata londyńskiego. Przez cały czas pobytu w tym mieście, idąc ze swojego mieszkania do biura komitetu, mijałem uzbrojonych policjantów rządu emigracyjnego, ale żadnych zamachów ani nawet incydentów nie było5.

Podobną chwilę wkroczenia do miasta oddziałów AK przeżyło miasto Szczebrzeszyn. W mieście pojawiły się pierwsze patrole zwiadowcze Sowietów, gdy padło hasło „Nasi chłopcy idą”. Zygmunt Klukowski wspominał:

Od strony Błonia w dwuszeregu szło kilkudziesięciu kilku uzbrojonych młodych chłopaków z czerwonymi szalikami na szyjach, z biało-czerwonymi opaskami na lewym ramieniu. Ludzi ogarnął szał, krzyczeli, płakali, rzucali kwiaty. Pospieszyłem na rynek. (…) Zaraz dano znać, że nadjechał sowiecki pułkownik, któremu „Podkowa” (Tadeusz Kuncewicz, oficer sztabu komendy AK Obwodu Zamość — przyp. aut.) miał się zameldować. (…) Pułkownik wygłosił do zebranego tłumu dość długie przemówienie. Mówił o Niemcach, o braciach Słowianach, o niepodległej Polsce. Upewniał, że Sowieci nie będą wtrącać się do spraw wewnętrznych Polski, że pozostawią Polakom zupełną swobodę rządzenia, aby tylko podstawy tego rządzenia były demokratyczne6.

Cztery dni później oddziały AK otrzymały od Rosjan rozkaz rozbrojenia wszystkich oddziałów, rozpuszczenia oficerów i żołnierzy do domów oraz przewiezienia złożonej broni do Zamościa. Jak pisał Klukowski, dzień wcześniej odbyła się w Zamościu „wielka uroczystość wojskowa z nabożeństwem i defiladą na rynku przed ratuszem”7. Czy był to ostatni gest Sowietów przed rozbrojeniem? Czy brały w nim udział oddziały AK? A jeśli tak, to czy spacyfikował on nastroje? Co zastanawiające, ze wspomnień Klukowskiego nie wynika, by doszło do jakiegoś oporu.

Wśród oficerów i żołnierzy zapanowała w pierwszej chwili straszna konsternacja i przygnębienie. Rozkaz posłusznie wykonano. W ciągu kilku godzin tętniące życiem, radością i śmiechem koszary opustoszały. Zniknęły wszelkie odznaki wojskowe, orzełki i biało-czerwone opaski. Na mieście, jak mi opowiadają, bo sam tego nie widzę — szaro i smutno. Zaledwie cztery dni cieszyliśmy się naszym wojskiem, które wyszło z lasu i z podziemi na światło dzienne8.

Ale lekarz ze Szczebrzeszyna ukazał, że w odróżnieniu od Wołynia, Lwowa czy Wilna, Sowieci nie zdecydowali się na otoczenie oddziałów AK wojskiem. Klukowski tak opisał panujące nastroje:

Przyszedł „Leszcz” (Mieczysław Skwarczyński), potem „Wrzos” (Stefan Poździk). Przygnębieni okropnie, mówili, że żołnierze w oddziałach po odczytaniu rozkazu o rozbrojeniu płakali, że nie mogli się powstrzymać od głośnego łkania. Broń prawie całą zatrzymano, zdano sam szmelc — tylko tak dla oka. I znów trzeba iść do lasu, do podziemia. (…) Trzeba zaczynać nowy, być może cięższy niż dotychczas okres walki z drugim okupantem — bolszewikami9.

Następnego dnia, 31 lipca 1944 roku, Klukowski notował:

Rozmawiałem z kilkoma naszymi oficerami. Dziś nie są już tak przygnębieni. Ukazały się odezwy podpisane przez SL, SN, SP i PPS, stwierdzające, że jedynym prawomocnym rządem polskim jest nasz rząd w Londynie, uznany przez aliantów10.

I kolejny zapis z 2 sierpnia 1944 roku:

Po fikcyjnym rozbrojeniu nasi ludzie chodzą jak błędni i nie mogą jeszcze zabrać się do żadnej pracy. Dziś już wiemy dokładnie, że oddano tylko bardzo znikomą liczbę broni, co wobec bogatej zdobyczy na Niemcach jest zupełnie bez znaczenia. (…) Jedynym niemal tematem rozmów jest sprawa rozbrojenia naszych oddziałów, ustosunkowanie się do armii gen. Berlinga i zachowanie się wobec ewentualnej mobilizacji, która podobno ma być ogłoszona w najbliższych dniach. Zasadniczo wszyscy mają zamiar wrócić do lasu i tam prowadzić nadal robotę konspiracyjną. Największą nadzieję pokładają wszyscy w wyniku konferencji mającej się odbyć w Moskwie pomiędzy premierem Mikołajczykiem a Stalinem11.

Lekarz ze Szczebrzeszyna opisał jeszcze, jak jeden z dowódców AK Tadeusz Kalwejt „Borówka” przyjął propozycję kościuszkowców i chciał tworzyć nowy, 9. Pułk Piechoty dla Armii Berlinga. Jak stwierdza Klukowski, koledzy z konspiracji

dobitnie wytłumaczyli Borówce, żeby natychmiast wycofał się z rozpoczętej afery formowania 9. Pułku Piechoty dla armii Berlinga. (…) „Grom” (…) powiedział mi poufnie, że gdyby „Borówka” nadal upierał się i prowadził akcję wojskową na rzecz Berlinga, to zdecydowani byli z „Podkową” od razu zlikwidować go na własną rękę. (…) Wybitniejsi oficerowie dywersji już się ukryli, obawiając się represji ze strony NKWD. Wszystkie nasze oddziały poszły w rozsypkę, co będzie dalej12.

W trudniejszej sytuacji od oddziałów AK byli delegat rządu na województwo lubelskie Władysław Cholewa i delegaci powiatowi. Taktyka „witania” przez nich Sowietów w roli przedstawicieli legalnych władz w Londynie była symbolicznie słuszna, ale skazywała tych ludzi na aresztowania. Nie mogli wymykać się jak partyzanci jeden po drugim do lasu. Wyznaczono im zadanie reprezentowania wolnej Rzeczypospolitej i mieli trwać na swoich stanowiskach do końca. Tak było na kresach i tak było w Lublinie. Gdy 25 lipca 1944 roku Lublin zajęła Armia Czerwona, Cholewa ujawnił się, rozkleił plakaty obwieszczenia o objęciu władzy i wraz z lokalnym szefem AK Kazimierzem Tumidajskim zaczął urzędowanie w siedzibie w centrum miasta. Następnego dnia, 26 lipca do Lublina wkroczyła 1 Armia Wojska Polskiego i przed błyskawicznie przybyłymi członkami PKWN przemaszerowała w uroczystej defiladzie. Specjalne patrole zaklejały obwieszczenia Cholewy płachtami z Manifestem PKWN13.

Dwuwładza nie trwała długo. 3 sierpnia 1944 roku do nowej siedziby Delegatury na ulicy Szopena 7 wkroczyły ekipa NKWD i aresztowała Cholewę. Zawieziony wraz z Tumidajskim do Chełma był poddany naciskowi ze strony szefa PKWN Edwarda Osóbki-Morawskiego dla poparcia nowej władzy, ale odważnie odmówił kolaboracji. Wobec odmowy delegata zawieziono na lotnisko w Świdniku i zawieziono do Moskwy, gdzie wtrącono go do więzienia Lefortowo, po którym rozpoczęła się wieloletnia wędrówka po łagrach.

Los Cholewy był początkiem wyborów wielu Polaków — zgięcie karku przed obcą władzą lub więzienie, a niekiedy śmierć.

Spróbujmy podsumować doświadczenia ludzi Polskiego Państwa Podziemnego na zachód od Bugu i Sanu. Po pierwsze, tak jak już wspominaliśmy wcześniej, w wypadku kresów, wszystko dzieje się za szybko, aby można było spokojnie podejmować decyzje. Po drugie, wiedza na terenach Generalnego Gubernatorstwa o rozbrajaniu oddziałów AK na kresach nie była masowa i dotyczyła tylko najwyższego szczebla podziemia. Dowódcy AK-owscy nie spieszyli się z opowiadaniem o tym swoim podwładnym. Zapewne nikt nie chciał w tak decydującej chwili demobilizować swoich żołnierzy informacjami o upokarzającej sytuacji kolegów z Wilna i Lwowa. Wspomnienia Stefana Dąmbskiego, zwykłego żołnierza okręgu rzeszowskiego AK, z lata 1944 roku pokazują skalę dezorientacji. Opisując po latach swoje myśli z okresu, gdy wiadomo było już, że wejdą na Rzeszowszczyznę Rosjanie, pisał:

Zacząłem zastanawiać się nad swoją przyszłością. Sowieci już blisko, Niemców coraz mniej. Okupacja de facto już się skończyła. Więc za tydzień czy dwa będzie tu wolna Polska, przyjdzie dzień, o którym marzyłem. (…) Może trzeba będzie złożyć broń, przejść do cywila i co wtedy? Kończyć szkoły? Zacząć uczciwie pracować na życie? Może nawet AK pójdzie z armią sowiecką aż pod Berlin, ale jak długo to potrwa?14.

Delegaci ujawniali się, a potem byli aresztowani. Dla siatki podziemia były to dotkliwe straty. Na funkcje delegatów wyznaczano osoby z miejscowym autorytetem — lekarzy, nauczycieli, przedwojennych urzędników. W ich miejsce trudno potem było znaleźć równie szacownych ludzi, a jeśli nawet znajdowano następców, szybko byli aresztowani lub dostawali się pod tak uważną obserwację UB, że o dalszej skutecznej konspiracji nie było mowy. Ludzie tacy, zazwyczaj w średnim wieku, nie bardzo też pasowali do leśnej partyzantki.

W tym miejscu pojawia się często zarzut: „Jak można było być tak głupim i kazać się tym ludziom ujawniać?”. Pytanie to nie uwzględnia logiki podziemia z lat 1939–1944, w której cała struktura podziemnego państwa czekała na moment wyjścia Niemców, aby ujawnić się i zademonstrować legalność władz RP.

Gdyby delegaci zostali w konspiracji, ich bezpieczeństwo nie byłoby większe, choć oczywiście ujawniając się, szli na zatracenie. Paradoks? Zbrodnicze szafowanie ludzkim życiem? Nie, po prostu ówczesnym ludziom nie mieściła się w głowie trwałość nowej władzy. Uważali, że PKWN to jedynie grupa kolaborantów, która nie przetrwa odrzucenia społeczeństwa i będzie musiała przynajmniej podzielić się władzą wskutek interwencji Zachodu. Oba założenia okazały się mrzonką, ale wtedy jeszcze nikt o tym nie wiedział.

Nikt z wyjątkiem tych, którzy widzieli sowieckie eksperymenty z ubezwłasnowolnieniem Polaków we Lwowie. Ale oni na terenie Polski na zachód od Bugu byli w mniejszości.

Na Lubelszczyźnie oddziały AK w wielu wypadkach nie dały się rozbroić jako większe grupy. Niemniej jednak straty były spore — oblicza się, że z Lubelszczyzny w głąb Rosji wywieziono ponad trzy tysiące ludzi15. Obecność silnych oddziałów rosyjskich, które na terenie Lubelszczyzny szykowały się do kolejnej ofensywy przeciwko Niemcom, nakazywała przeczekanie. Mimo to podziemie AK-owskie przeprowadzało akcje w obronie aresztowanych kolegów. Rozbito więzienia w Biłgoraju i Hrubieszowie (19.08.1944), Krasnymstawie (22.09.1944), Białej-Podlaskiej (28.09.1944)16. O ile Niemcy nie wcielali Polaków do swoich wojsk, o tyle władze PKWN zaczęły łapać każdego młodego człowieka i wcielać w szeregi armii berlingowskiej. Reakcją były ucieczki, które szybko „zaludniły” lasy. W odróżnieniu od czasów niemieckich, kiedy to dowództwo AK bardzo rozważnie tworzyło i kontrolowało liczbę leśnych oddziałów, rozpoczęło się działanie na oślep wymuszane dramatycznymi okolicznościami. Było to z jednej strony czynnikiem siły oddziałów leśnych.Z drugiej coraz ciężej kierowało się i dowodziło tymi grupami zbiegów przed „kamaszami” Berlinga. Przed konspiracją AK-owską szybko stanęło kolejne, nieznane wcześniej zjawisko. Pękanie sztywnego muru milczenia i poparcia wokół partyzantki, do którego przyzwyczajono się za czasów niemieckich. Mechaniczne odtwarzanie tezy, że PKWN to taka sama władza jak rządy okupacyjne hitlerowców, szybko przestało robić wrażenie na ludziach. Chociaż niemiecki obóz na Majdanku natychmiast zamieniono w „filtracionny łagier” dla AK-owców, a zamek lubelski z więzienia nazistów zamienił się natychmiast w katownię NKWD. Ale o tym szeptano w ciszy. Otwierano teatry, w których grano po latach polskich wieszczów, a nowa władza grała patriotycznym sztafażem.

Zaciera się antynomia „swój-obcy”.

Do organów nowej władzy wejdą krewni, znajomi, koledzy z klasy konspiratorów. Zniknie bariera „obcy Niemcy kontra Polacy”, a pojawi się zarzut o bratobójcze walki.

W wierszyku z komunistycznej „Gazety Lubelskiej” 6 sierpnia 1944 roku — czyli mniej więcej z tego samego okresu, gdy w Szczebrzeszynie żołnierze podziemia decydują o pójściu do lasu — wydrukowano zagadkę: „Do dzieła szaradziści, rebusów zgadywacze, kto z was zagadki sens na światło dnia wyniesie? Na froncie — jak widzimy — prze naprzód polski żołnierz. Zagadka: kto się chowa (jak Niemiec) dzisiaj w lesie”17. Aby nie pozostawiać żadnej wątpliwości, to za plecami żołnierza kościuszkowskiego, zza leśnego drzewa wygląda Niemiec w czapce z „wroną” i jeszcze nieoznaczona postać na czworakach ze znakiem zapytania zamiast głowy. Zanim dojdzie do bezpośredniego stawiania znaku równania między hitlerowcami a AK, minie jeszcze trochę czasu. Ale niewiele.

Lojalność wobec emigracyjnego rządu była jeszcze silna. W czasie moich studiów w Lublinie na KUL-u niezwykle często opowiadano historyjkę z jesieni 1944 roku. Nauczycielka — zwolenniczka PKWN na lekcji w gimnazjum pyta, jak nazywa się obecna stolica Polski. Mając na myśli Lublin, próbuje ułatwić wychowankom zadanie i zaznacza, że chodzi o miasto na literę „L”. Na to uczniowie chóralnie odpowiadają: „Londyn!!!”.

To, że nie była to tylko krzepiąca serca kreacja, poświadcza dziecięce wspomnienie znanego dziś publicysty Janusza Rolickiego.

Słuchając rozmów dorosłych, dowiedziałem się, że są dwa rządy: londyński i lubelski. Jeden jest dobry, a drugi zły. Długo mieszały mi się w głowie te nazwy: Londyn, Lublin. Ale w końcu zapamiętałem: Londyn jest dobry, Lublin jest zły18.

W Zdobyciu władzy Miłosza bohater tej książki Piotr Kwinto, oficer polityczny armii kościuszkowskiej, parę dni po zajęciu Lubelszczyzny przez Rosjan i rozpoczęciu łapanek AK-owców wybiera się po cywilnemu na spacer po miasteczku przypominającym Kazimierz nad Wisłą.

Niebrukowana ulica tego letniskowego miasteczka była pusta. (…) Mały chłopczyk, siedząc w kucki, przesuwał drewniany samochód, mrucząc do siebie (…). Piotr przykucnął przy nim i zapytał, gdzie mieszka. Malec, nie podnosząc głowy, pokazał domek z czerwonej cegły wyrastający z nagiej wydmy. „Tam mieszkam, z mamą”. „Czy nie masz taty?” „Mój tata musi się ukrywać. Przychodzi czasem w nocy”. Piotr pogładził go po płowych włosach. (…) Wszędzie to samo. I te lata, które tu wszystkim, nawet dzieciom narzuciły pojęcie „ukrywać się” jako coś naturalnego. I zarazem dziecko nie bardzo pojmuje, że on mógłby też być niebezpieczeństwem. Piotr wyglądał przecież jak ojciec i mówił po polsku19.

Można zadumać się, ile dni, bo raczej nie tygodni, musiało minąć, zanim syn ukrywającego się AK-owca zrozumiał, że teraz na tatę będą polować już nie Niemcy, ale ludzie mówiący dokładnie takim samym językiem jak on.

Ile czasu minie, zanim chłopiec zorientuje się, że sąsiedzi dotąd tak zjednoczeni w niechęci do Niemców, zaczną się dzielić pod wpływem propagandy nowej ekipy. I ile wreszcie minie czasu, gdy ktoś z jego miasteczka wskaże palcem i powie, że jest „synem bandyty”.

Tę psychologiczną zmianę ilustruje kolejne wspomnienie Janusza Rolickiego, którego koniec wojny zastał na Kielecczyźnie.

Początkowo w Skarżysku stacjonowali wyłącznie żołnierze sowieccy. W maju po raz pierwszy zobaczyłem żołnierzy w polskich mundurach. Stałem właśnie na ulicy z kolegami. Oni się ucieszyli: O, polscy żołnierze. A ja przekazałem im to, co podsłuchałem u dorosłych. „To nie są polscy żołnierze. Polscy żołnierze są za granicą w Londynie”. Jeden z chłopaków, najbardziej pyskaty powiedział: „Zaraz ich zapytam, czy to prawda”. Pamiętam mój diabelski lęk — żołnierze zbliżają się do nas, a chłopak groźnie na mnie patrzy. Ale jak podeszli, jego samego obleciał strach20.

Każdy z tych dwóch chłopców odebrał w tej chwili swoją lekcję. „Pyskaty”, że można na kolegę donosić i czerpać z tego satysfakcję. A młody Rolicki, że zbyt szczere powtarzanie tego, co mówią rodzice, może skończyć się katastrofą.

Ale przywiązanie do emigracyjnych władz powoli podlegało erozji. Nowa propaganda wolno, ale systematycznie przynosiła efekty.

Czym nowa propaganda „Polski lubelskiej” różniła się od propagandy nazistów i dlaczego była o niebo skuteczniejsza?

Aby to zrozumieć, warto zobaczyć polskojęzyczną kronikę filmową Generalnej Guberni21 z 1943 roku, gdy znaleziono zwłoki polskich oficerów w Katyniu. Film pokazuje, jak delegacja Polaków, przywiezionych do lasu śmierci, ogląda pochówek ekshumowanych ciał z dziurą w czaszce. Spiker podniosłym tonem opowiada o bólu i przejęciu członków delegacji, wśród której jest duchowny z Warszawy. Na ekranie polski kapłan podchodzi do dołu z martwymi oficerami i odmawia modlitwę. I znów odzywa się spiker: „Ksiądz sypie do grobu — tu efektowna pauza — garść ziemi z Generalnej Guberni”. Cały propagandowy efekt diabli biorą. Nie ma Polaka, który nawet poruszony zdjęciami grobów katyńskich nie żachnąłby się złością na określenie „ziemia z GG”. Dlaczego autor tekstu kroniki nie mógł napisać „garść polskiej ziemi”? Nie wiem. Może nawet tak napisał, ale jakiś tępy cenzor z Propaganda-Abteilung poprawił to na urzędowe określenie używane w państwie Hansa Franka.

Ten jeden przykład pokazuje, jak schematyczni i nieskuteczni byli hitlerowcy w próbach uwodzenia Polaków. Na ich tle Sowieci byli subtelnymi wirtuozami. Przede wszystkim wiedzieli, że tylko w ograniczonym stopniu należy działać bezpośrednio. Nie wieszali swoich ofiar na rynkach miasteczek. Formalnie byli przyjaciółmi Polski i walczyli z największym ich wrogiem — Niemcami. Nie przeszkadzały im już biało-czerwone flagi i białe orły. Brak korony na głowie narodowego symbolu nie był ich pomysłem, ale wynikiem „demokratycznego” zapału ich polskich pomocników. Owszem, pilnowali, aby zaznaczać swoją potęgę. Na ulicach Lublina i Chełma Lubelskiego szybko pojawiły się swoiste ołtarzyki z wielkimi portretami Stalina i czerwonymi gwiazdami. W trakcie oficjalnych wystąpień sowieccy generałowie dbali, aby demonstrować potęgę Armii Czerwonej. Znów sięgnijmy do Zdobycia władzy Miłosza z sugestywną sceną bankietu w odzyskanym Lublinie ku czci sowieckich wyzwolicieli. Zaczynają się przemówienia przedstawicieli PKWN wychwalające bohaterstwo sowieckich żołnierzy i przypominające „proroctwa, że największy naród słowiański będzie zbawcą świata”. Sypią się obowiązkowe toasty ku czci Stalina.

Goście odpowiadali według starszeństwa wojskowego stopnia. Pierwszym był pułkownik, korespondent moskiewskiego czasopisma. Wysuwając szeroką szczękę, wyliczał zwycięstwa czerwonej armii i każdy ustęp kończył jak refrenem: „My moguczy” (Jesteśmy potężni — przyp. aut.), bijąc pięścią w stół. Wybrał dobrą taktykę — oceniał Piotr. Przypominać o sile jest najbardziej skuteczne. I skutki były widoczne na twarzach słuchaczy — przestrach i troska. Toast, gorliwe oklaski22.

Ale oprócz zaznaczanych, jednak bez przesady, oznak sowieckiej wszechmocy, główny ciężar propagandy spadł na PKWN-owskich propagandzistów.

Pisemka AK-owskie zareagowały na pojawienie się „pachołków Rosjan” ironią i szyderstwem. Wydawało się, że pomysł uzurpacji PKWN-u jako nowego rządu jest groteskowy wobec siły autorytetu rządu w Londynie, który był otuchą dla Polaków przez pięć długich okupacyjnych lat. W lipcu 1944 roku, kiedy oddziały I Armii Wojska Polskiego wespół z wojskiem sowieckim przekraczały Bug, Biuletyn Informacyjny — centralny organ prasowy Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK pisał o nich jak o „zdrajcach i ludziach chwyconych w sidła”. Zacytujmy podziemne pismo:

Stanisław Mackiewicz, Był bal, Warszawa 1961. [wróć]

Ibidem, s. 255. [wróć]

Ibidem, s. 255–256. [wróć]

Józef Mackiewicz, Nie trzeba głośno mówić, s. 456. [wróć]

Edward Osóbka-Morawski, Trudna droga, s. 124–126, za: Dariusz Baliszewski, Andrzej Krzysztof Kunert, Ilustrowany przewodnik po Polsce stalinowskiej, Warszawa 1999, s. 31. [wróć]

Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1944–1959, s. 81. [wróć]

Ibidem, s. 84. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Ibidem, s. 85. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Ibidem, s. 89. [wróć]

Ibidem, s. 95. [wróć]

Ireneusz Caban, Lublin w okresie PKWN, w: Historia Lublina w zarysie 1317–1968, Lublin 1972. [wróć]

Stefan Dąmbski, Egzekutor, Warszawa 2010, s. 46. [wróć]

Justyna Dudek, Wstęp, w: Marian Gołębiewski, Dariusz Balcerzyk, „Bo mnie tylko wolność interesuje” — wywiad rzeka (Nowy Jork, listopad 1988 – czerwiec 1989), Lublin 2011, s. 21. [wróć]

Ibidem, s. 21. [wróć]

„Gazeta Lubelska”, 6.08.1944, nr 4, za: Dariusz Baliszewski, Andrzej Krzysztof Kunert, Ilustrowany przewodnik po Polsce stalinowskiej, s. 42. [wróć]

Janusz Rolicki, Krzysztof Pilawski, Wańka-wstańka, Warszawa 2013, s. 57. [wróć]

Czesław Miłosz, Zdobycie władzy, s. 90. [wróć]

Janusz Rolicki, Krzysztof Pilawski, Wańka-wstańka, s. 57. [wróć]

Fragmenty w: Katyń, reż. A. Wajda, Polska 2007. [wróć]

Czesław Miłosz, Zdobycie władzy, s. 67. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Piątka U Semki My, reakcja historia emocji antykomunistów w latach 1944-1956 Lech Kaczyński Za, a nawet przeciw. Zagadka Lecha Wałęsy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Strach. Trump w Białym Domu Pokochawszy: O miłości w języku Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego