Dzieje rodziny Korzeniewskich. Drogą do Urzędowa.

Dzieje rodziny Korzeniewskich. Drogą do Urzędowa.

Autorzy: Melchior Wańkowicz

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 688

Cena książki papierowej: 59.00 zł

cena od: 47.20 zł

W VIII tomie dzieł Melchiora Wańkowicza znalazły się utwory, w których autor reporterskiego arcydzieła Bitwy o Monte Cassino kreśli panoramę losu polskiego (Dzieje rodziny Korzeniewskich, Drogą do Urzędowa, Od Stołpców po Kair). Niewątpliwym atutem tego zbioru są po raz pierwszy publikowane materiały z archiwum autora: Reportaże z Wołynia (o konflikcie polsko-ukraińskim z pierwszej połowy XX wieku).

Wańkowicz () chce zrobić wielki cykl powieści pt. Panorama losu polskiego. Nie wiem, jak wypadnie ta całość panorama niczym więcej nie może być jak panoramą makroobrazem popularnym ale ta Droga do Urzędowa jest bardzo zajmująca. I już sama w sobie jest panoramą wszystkich cierpień i przygód wszystkich Polsk w czasie wojny. Palestyna (wyborna), Włochy, Afryka, lądy, morza, obóz jeniecki w Niemczech, konspiracja w kraju, losy Polaków w Rosji, a we wszystkim dowcip, humor, suspense, krew mrożące w żyłach tragedie, komiczne przygody, znakomita sugestywna charakterystyka postaci, zaskakująco inteligentne refleksje filozofii, aby tak rzec, użytkowej, dobry dialog, pasjonujące sytuacje. Dwie główne postacie, księdza i żydowskiego doktora, na pewno jedne z najlepszych w polskiej literaturze historyczno-obyczajowej. Maria Dąbrowska

To jest proszę mi wybaczyć górnolotność wielkie[Drogą do Urzędowa\. W sumie nikt się u nas nie targnął na taką rzecz. A gdy kiedyś, kiedyś ktoś zechce poznać ten okres naszego życia, może Pan być całkiem pewny, że bez przeczytania Polskiej Komedii Nieludzkiej Wańkowicza nie potrafi wiele zrozumieć. Andrzej Bobkowski

Książki Melchiora Wańkowicza w różnym czasie, niosły pociechę, radość, dumę. Ich żywotność poświadcza fakt, że wciąż są wznawiane i czytane. Niech więc teraz uczynią jedno, choć może to wygórowane, graniczące z cudem, oczekiwanie: obudzą sumienia. Krzysztof Masłoń

Bujne pisarstwo Wańkowicza, zadziwia może bardziej wtedy, kiedy zdaje on sprawę z wydarzeń, których on nie był świadkiem. (...) Od lektury Wańkowicza trudno się oderwać dlatego, że to pisarstwo ma jakiś powab. (...) Jedni wskażą jego gawędziarski humor i dar zaciekawiania, inni bujne i jurne słownictwo i sienkiewiczowski optymizm ku pokrzepieniu serc. Julian Przyboś

Wańkowicz opowiedział w swojej książeczce [Dzieje rodziny Korzeniewskich\ tylko tyle, ile mogłaby opowiedzieć także i Hanka Korzeniewska, gdyby była pisarką. Wziął tę cudem uratowaną dziewczynę delikatnie za rękę i pokazał jej samej to, co przeżyła i wycierpiała. Więcej: tam, gdzie zabrakło mu słów na ukazanie całego ogromu rozpaczy i męstwa pierwszej dziewczęcej miłości, zduszonej brutalnie przez nędzę i niewolę, postąpił najuczciwiej: przytoczył własny pamiętnik Oli, strzępy przeżyć, które wzruszają silniej niż niejedna powieściowa kreacja. Mógł to naprawdę zrobić tylko pisarz, który jak Wańkowicz potrafił słuchać, widzieć i czuć to, co usłyszał. Gdyż jeśli pisarze w tej wojnie odwracają się od fikcji lub nazbyt drobiazgowej analizy rzeczywistości, to czynią tak powodowani szlachetnym pośpiechem ogarnięci pragnieniem natychmiastowego i bardziej niezawodnego posłowania prawdzie. Gustaw Herling-Grudziński

NOTA WYDAWNICZA Dzieje rodziny Korzeniewskich ukazały się w roku 1944 w Nowym Jorku nakładem National Committee of Americans of Polish Descent Inc. W 1945 roku w Rzymie książkę wydał Oddział Kultury i Prasy 2. Korpusu. W latach 19791989 Dzieje rodziny Korzeniewskich miały co najmniej dwadzieścia dziewięć wydań w tzw. drugim obiegu. Obecną edycję oparto na wydaniu ostatnim z 1991 roku (Wydawnictwo Polonia). Książka miała też liczne tłumaczenia: angielskie Golgotha Road (Nowy Jork, 1945); włoskie Storia di una Familia (Rzym, 1947); francuskie La Litanie de la faimou la famille Korzeniewski (Paryż, 1947); hiszpańskie Historia di una familia polaca (Argentyna, 1982). Drogą do Urzędowa po raz pierwszy wydano w 1955 roku w Nowym Jorku nakładem Roy Publishers. Obecną, trzecią edycję oparto na drugim wydaniu z 1989 roku (Wydawnictwo Polonia). Od Stołpców po Kair miało dotychczas trzy wydania: 1969, 1971 (Państwowy Instytut Wydawniczy), 1977 (Wydawnictwo Literackie). Obecną, czwartą edycję oparto na wydaniu ostatnim. Reportaże z Wołynia nie były nigdy wcześniej publikowane ukazują się drukiem po raz pierwszy (oprócz wcześniej podanych do druku przez samego Wańkowicza fragmentów w książce Od Stołpców po Kair).

Spis treści WSTĘP Krzysztof Masłoń

DZIEJE RODZINY KORZENIEWSKICH   

DZIEJE RODZINY KORZENIEWSKICH OPOWIADANIE HANKI

DROGĄ DO URZĘDOWA

REPORTAŻE Z WOŁYNIA

RZEZIE WOŁYŃSKIE POD RZĄDAMI GAULEITERA KOCHA RZEŹ W PAROŚLI PROFESOR MASCHKE WYRAJA OSY EGZEKUCJA W JARYNÓWCE

OD STOŁPCÓW PO KAIR

O POSZERZENIE KONWENCJI REPORTAŻU O REPORTAŻU Z RELACJI KOMPONENTA ARTYSTYCZNA W REPORTAŻU PRZYWILEJ FIKCJI W REPORTAŻU NADMIERNE WYMAGANIA? PRZECIW ZASTRZEŻENIOM PODCINANIE WIARYGODNOŚCI CZYŻBY WIĘC ŻADNYCH RYGORÓW? KONKLUZJA: POSZERZANIE RAM KONWENCJI NA BLISKIM WSCHODZIE BIAŁY ŚNIEG W SYRII LISTY PERSKIE... NIE MONTESKIUSZA JAK MNIE CHCIANO ZBISURMANIĆ TAŃCZĘ SYMCHAT TORA    OSTATNIA KRWAWA OFIARA (SAMARYTANIE) WOJNA    W TOBRUKU POBOJOWISKO POD EL-ALAMEIN STODOŁA W GARDELEGEN NA EMIGRACJI    CZŁOWIEK ZMIENIA SKÓRĘ POLSKIE WIRY ZNOWU W KRAJU ZMIANY CIŚNIENIA W POSZUKIWANIU ŻABY NA MAZURACH O CAŁĄ EPOKĘ...

OD AUTORA

POSŁOWIE Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Copyright © Rodzina Melchiora Wańkowicza, 2010

Redaktor serii

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Redaktor prowadzący

Marek Włodarski

Koncepcja graficzna i projekt okładki

Maciej Sadowski

Zdjęcia i ilustracje

Z archiwum Melchiora Wańkowicza, ze zbiorów Ośrodka KARTA,

ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Konsultacja merytoryczna

Grzegorz Nowak

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8069-970-0

Warszawa 2010

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Spis treści

Wstęp Pisarz sprawy polskiej

Szablonowa historia

Pytanie do ryby

Zdania z ołowiu

Pod mikroskopem

Dzieje rodziny Korzeniewskich DZIEJE RODZINY KORZENIEWSKICH

Wstęp

Pisarz sprawy polskiej

Czas – wbrew znanemu powiedzeniu – nie wszystko zmienia, ale wszystko może przewartościować. W imię, no właśnie – czego? Poprawności politycznej, stosunków dobrosąsiedzkich, coraz to nowych, coraz bardziej (o)błędnych ustaleń historyków. Bo przecież nie prawdy: torturowanych, głodzonych, zabijanych.

Na naszych oczach rozgrywa się ciemne, duszne przedstawienie pod tytułem: Katyń. Siedemdziesiąt lat po zbrodni w lesie pod Smoleńskiem wciąż szuka się jej sprawców, choć – zdawałoby się – znamy ich od chwili, gdy w 1943 roku odkopany został pierwszy dół z ciałami zamordowanych trzy lata wcześniej polskich oficerów. Wszystkich zabito w ten sam sposób – strzałem z broni rewolwerowej w tył głowy.

Samo wspomnienie Katynia stało się drażniące. Okazuje się, że mord tysięcy bezbronnych ludzi nie jest ludobójstwem, nie dokonali też go Rosjanie, lecz bliżej niezidentyfikowani sprawcy, najczęściej zwani enkawudzistami. Gdyby nie językowe nieścisłości, odpowiednim mianem dla tych zbrodniarzy byliby „Sowieci”. Sowieci, których nie ma, bo nie ma przecież Związku Sowieckiego, choć grany jest jego hymn i czczony przywódca, któremu przypisuje się między niezliczonymi zbrodniami także i tę – katyńską. Przypisuje niesłusznie, bo to nie on odpowiada za Katyń – nie Stalin! Jeśli już, to narodnyj komissariat wnutriennich dieł, podlegający – jak wiadomo – nie Ojcu Miłującej Pokój Ludzkości, tylko okrutnemu Berii, który już dawno poniósł karę za swe czyny i odpowiednio oceniony został przez „historyczny” XX Zjazd KPZR.

Poza tym, czy raczej przede wszystkim, to nie Rosja jest winna katyńskiej zbrodni. To nie Rosjanie dokonywali mordów, zsyłali na nieludzką ziemię, zmuszali do niewolniczej pracy.

Nihil novi. II wojnę światową wywołali wszak też nie Niemcy, lecz naziści pod wodzą potwora – Hitlera. Austriaka z pochodzenia zresztą. To naziści dokonali wszystkich zapomnianych zbrodni wojennych i, czego nigdy zapomnieć się nie da – Holocaustu. Zdarzało się wprawdzie, że nazistami byli Niemcy, ale i Łotysze, i Litwini, i Ukraińcy. A Węgrzy, a Rumuni, a wspomniani Austriacy, a włoscy faszyści? A Polacy? Z nimi nieco kłopotliwa sprawa, nieprzypadkowo jednak naziści zbudowali – polskim rękami! – obozy zagłady nie gdzie indziej, tylko w Oświęcimiu i Lublinie. A gdzie była Treblinka, gdzie Sobibór, gdzie Bełżec? No gdzie?!

Zaciera się wszystko i zamazuje. II wojna światowa nie zaczęła się – jak jeszcze do niedawna byliśmy przekonani – 1 września 1939 roku od strzałów na Westerplatte, ale dwa lata później. Tak zgodnie utrzymują i Rosjanie, i Amerykanie. A gdy najwięksi mówią to samo, to mali powinni uważnie tego słuchać i nauczyć się na pamięć. Nie zaszkodzi też wbić sobie do głów, że 17 września 1939 nikt zdradziecko nie wbijał Polsce noża w plecy, wziął jedynie w obronę zagrożone i tyle lat ciemiężone przez polskich obszarników narody ukraiński i białoruski. Co do II Rzeczypospolitej, to ten „bękart traktatu wersalskiego” czy, delikatniej rzecz ujmując, operetkowy twór na miarę Austro-Węgier przegrał wojnę z Niemcami w dwa tygodnie i upadł. Czasem ktoś się jeszcze obruszy: przypomni, że nie po dwóch tygodniach, lecz po pięciu, bo bitwa pod Kockiem toczyła się w październiku, że Francja skapitulowała prędzej, że żołnierz Września bohatersko bił się nad Bzurą i Wizną, jak lew bronił Modlina i Warszawy... Co z tego? Świat o tym nie wie i nie chce wiedzieć.

Szablonowa historia

I jak tu, w takim przewartościowanym świecie umieścić dzieje jednej polskiej rodziny – Korzeniewskich? Dzieje wymordowanej rodziny Korzeniewskich – jak, jakże niesłusznie, pisał Melchior Wańkowicz. Niesłusznie, bo nikt nie strzelał ani do pani Korzeniewskiej, ani do pana Korzeniewskiego, ani do ich córki Oli, ani do syna – Jurka. Ani do służącej w ich domu Antosi. Nikt ich nie zabił, nie przeżyli, po prostu.

Każdy naród – pisał Wańkowicz – ma swoje ulubione wyrażenie. Amerykanie mówią: OK, Anglicy: „All right”. Te wyrażenia w uproszczonym skrócie oddają ducha narodu. Naród rosyjski ma swoje: „Oczeń prosto”, co dosłownie znaczy: „całkiem prosto” i ma sens: „zupełnie zrozumiałe, nie ma się czemu dziwić”. Dlatego lekarz gminny w metryce wystawionej siłą wywiezionemu i bez sądu pozbawionemu życia obywatelowi „sojuszniczego państwa”, mającego już wówczas swoje poselstwo w Rosji, wypisał jako przyczynę śmierci – głód. Oczeń prosto...

Korzeniewscy, których Sowieci wywieźli w lipcu 1940 roku, nie byli nawet zesłańcami. W myśl kategorii wynalezionych w Kraju Rad byli to „wolnoosied­leńcy”. Naprawdę wolno umierali. Póki można, ratując się zjadaniem podpłomyków z jakiejś rośliny tylko trochę przypominającej kukurydzę, kotów, psów... W końcu do zjedzenia nie było już niczego i nie dało się w nieskończoność powtarzać dziecięcej zgadywanki: „Nie je, nie pije, a chodzi i żyje. Kto to?”. Umierali więc cicho, bez skargi nawet. Szablonowa historia – z przejmującą goryczą skonstatuje Wańkowicz, bo i cóż tu mówić więcej.

W żadnej innej swojej książce, jak właśnie w Dziejach rodziny Korzeniewskich, nie osiągnie ten mistrz językowej palety, niezrównany znawca gamy barw polskiej mowy, takiego skupienia, takiej oszczędności słowa, takiej prostoty czy wręcz ascezy.

Pytanie do ryby

We wrześniu 1939 roku, ledwie przekroczył Melchior Wańkowicz Dniestr i przedostał się do Rumunii, zebrał materiał reporterski, z którego powstały Te pierwsze walki, a potem Wrześniowym szlakiem i w końcu Wrzesień żagwiący. Chciał dostać się do Francji i do formowanego tam na nowo Wojska Polskiego – bez skutku. Nie dawano mu wizy, uchodził przecież za beneficjenta sanacji, która właśnie doznała klęski. Za apologetę tych, których uznano za klęski tej sprawców. Czy tak było w istocie? W reportażach, jakie napisał przed wojną po podróży po wschodnich połaciach II Rzeczypospolitej, a które otwierają zbiór Od Stołpców po Kair (po raz pierwszy wydany w 1969 roku), wskazywał na cywilizacyjne zapóźnienie tego regionu, na brak szkół, niszczące ludzi choroby, na rozpaczliwy stan weterynaryjny i rabunkową gospodarkę niszczącą to, co powinno być sercu najbliższe, bo swoje. Wszystko można było zarzucić temu państwowotwórczemu (Sztafeta) pisarzowi, ale nie brak krytycyzmu, nie polityczną ślepotę, a już na pewno nie nieczułość na ludzką krzywdę.

W Rumunii wygłaszał odczyty dla żołnierzy – uchodźców, nie pozwalając im rozpamiętywać przegraną i przypominając, że Jeszcze Polska nie zginęła. Rozmawiał z Edwardem Rydzem-Śmigłym i Józefem Beckiem. Pisał o walkach na froncie południowym i o 2. Dywizji WP pod Lwowem. Niebawem dowie się o Hubalu... Tak powstają zręby Drogą do Urzędowa – jednej z najważniejszych jego książek, w PRL, niestety, niecenzuralnej. Można było zapoznać się jedynie z jej fragmentami, przyznajmy – obszernymi, włączonymi do tomu Od Stołpców po Kair.

Ta panorama polskiego losu rozpoczyna się za pięć dwunasta – 28 sierpnia 1939 roku w Zaleszczykach, a obejmuje obie okupacje – hitlerowską i sowiecką, tworzenie 2. Korpusu, ewakuacje polskiej armii z ZSRR przez Iran na Bliski Wschód. A jeszcze Francja, a jeszcze obóz jeniecki w Niemczech, a jeszcze Włochy... Końca nie widać, na pierwszy rzut oka brakuje zresztą jakiejś klamry końcowej. Aż marzy się, by była to, na przykład, biało-czerwona flaga na ruinach Reichstagu albo Parada Zwycięstwa – najlepiej w Londynie. W zamian za to mamy samobójstwo porucznika Bołtucia, który koniecznie chciał wrócić do Baranowicz, sadzić ogórki w swoim ogródku, marynować je, sprzedawać... A tu mu Churchill powiedział, że nic z tych ogórków nie będzie…

Co pozostaje? Dowcip, w którym mało do śmiechu, za to żółć przelewa się na wszystkie strony. Co bowiem odpowiedzieć na pytanie, czy może lepiej byłoby dla Polski, żeby Rosjanie nie wyrzucali z niej Niemców?

Pan mnie tak pyta – wlókł z trudnością replikę Hauke – jak kucharz rybę: czy woli być gotowana, czy smażona.

A kiedy rozległy się oklaski, dodał:

– A wie pan, co ryba odpowiedziała? Let me go into the water (wpuść mnie do wody).

Ale w 1944 roku nie było dobrej wody dla polskiej ryby.

Zdania z ołowiu

Hauke to alter ego twórcy Drogą do Urzędowa, choć z dodanymi mu przez pisarza rysami sławnego facecjonisty Franca Fiszera. Wymyślona postać pozwoliła Wańkowiczowi wkomponować w tę książkę, będącą opowieścią o drodze do utraconej państwowości polskiej, swoją własną historię. Opowiedział więc i to, co osobiście przeżył w latach martyrologii i walki swojego narodu.

A w nieistniejącej Polsce, jakby mało było dwóch wrogów, zjawił się, a właściwie przypomniał o sobie, trzeci. W kwietniu 1943 roku na Wołyniu wyruszył „w pole” pierwszy kadrowy oddział UPA. Z hasłem Smirt Lachom, Żidom i moskowskoj komunie, tym samym, które przyszłym członkom secin hajdamackich przyświecało już dwa lata wcześniej, kiedy po napaści Niemiec na ZSRR Kresy Rzeczypospolitej na krótko stały się ziemią niczyją. Uciekający w popłochu Sowieci pamiętali tylko o jednym: by wymordować więźniów – we Lwowie, Łucku, Sarnach, Dubnie, Kowlu... A już „30 czerwca 1941 roku – pisze Wańkowicz – Sawyćkyj, radiospeaker niemieckiej stacji nadawczej we Lwowie, proklamuje na te przytruchlałe sioła Państwo Niepodległe. Samostijną Ukrainę, pod zwierzchnictwem polskiego niewolnika Bandery. Szuchewycz wznosi okrzyk na jej cześć przed frontem – tfu!... »Nachtigalla«. Opętani szaleńcy wrzeszczą: »Chaj żywe!«, tkwiąc w zbrojnym zalewie milionowej armii. Sawyćkyj idzie do kacetu. Szuchewycz skazany na śmierć”.

Niemcy sięgają jednak po rozum do głowy, rozwiązując kłopotliwe legiony ukraińskie – „Nachtigall” i „Roland” – i tworząc z nich policję na czele z... amnestionowanym Szuchewyczem. To ta policja likwidować będzie, jedno po drugim, żydowskie getta na Wołyniu, a gdy już upora się z tym, postawionym przez niemieckich zleceniodawców, „zadaniem”, przeformuje się w leśne oddziały wyszukujące po lasach ukrywających się Żydów i morduje ich. Przy okazji Polaków, wszak Lach, Żyd i sobaka – wira odynaka. Wreszcie, w 1943 roku nastąpi już regularny atak ukraiński na polskie wsie, osady, chaty. Wołyń spłynie krwią i Wańkowicz opowie o tym zdaniami z ołowiu. Tylko takimi skreślić można obraz rzezi w Parośli, tylko one oddają złowieszczą prawdę o tym, co działo się na tej ziemi pod rządami Ericha Kocha.

Tragedia wołyńska, o czym świadczą publikowane teraz, nieznane wcześ­niej, fragmenty – pozostała, zapewne, nie do końca zrealizowanym projektem pisarskim Melchiora Wańkowicza. Niezależnie od tego, ustępy które już wcześniej ujrzały światło dzienne w zbiorze Od Stołpców po Kair, stanowią jedne z najcięższych oskarżeń sprawców bezprzykładnych zbrodni na okupowanych Kresach II RP. Sprawców, których dziś stroi się za naszą wschodnią granicą w szaty bohaterów. A my sami wyciszamy protesty w tej sprawie. W imię, jak zwykle – poprawności politycznej itp., itd.

To w kontekście Katynia inny wielki pisarz polski, Józef Mickiewicz, zanotował:

Nie wiem, czy ukrywanie i zatuszowywanie jawnej zbrodni ze strony nie poszczególnych ludzi, ale ze strony organizacji państwowych, wielkich mocarstw, należy do przestępczego współudziału w zbrodni. Jeżeli to czynią najwyższe autorytety świata, to chyba się do tego w każdym razie nie poczuwają.

Tak właśnie jest, nie inaczej.

Pod mikroskopem

Melchior Wańkowicz był pisarzem sprawy polskiej, ale nie znaczy to, że jego umiłowanie polskości było ślepe. Istotę konfliktu polsko-ukraińskiego potrafił ująć w kilku zdaniach i przypomnieć, że rok 1943 wziął się z tego, „czego bratobójcza walka w 1919 roku nie osiągnęła. Wyskakiwały ognie, coraz to tłumione przez ekspedycje karne, padali od kul skrytobójczych Pieraccy, Hołówkowie, Twerdochliby, jęczeli po badaniach katowani mołojcy, szlifował butelką lśniącą podłogę Bandera na korytarzu więziennym u Świętego Krzyża, gnili u św. Jura we Lwowie krnąbrni, ukraińscy studenci, w obszernych celach zamku Lubartowiczów w Łucku uwięzieni Ukraińcy obmacywali się nieufnym spojrzeniem, nie wiedząc, kto tu jest swój”.

Spory między braćmi kończyć się mogą fatalnie, to wiemy od zawsze – z Biblii. Kain jednak zabił Abla i szczegółów męki tego drugiego nie znamy. O ile wiadomo, Kain nie rżnął go piłą, nie wsypywał mu do otwartego brzucha mąki, nie przywiązywał kiszek do drzewa...

Dość. Wańkowicz nie byłby sobą – wytrawnym, świetnym warsztatowo pisarzem, żeby nie zdawać sobie sprawy, że takiego nagromadzenia bestialstwa czytelnik nie zniesie. To dlatego już na początku Drogą do Urzędowa powołał do życia parę antagonistów z nadgranicznych Zaleszczyków: Wróbla, księdza katolickiego, i Lewina, żydowskiego lekarza. Maria Dąbrowska zauważyła, że są to „jedne z najlepszych postaci w polskiej literaturze historyczno-obyczajowej”. Tak właśnie jest. Gdyby nasi filmowcy mogli i chcieli nakręcić wielką epicką opowieść o dwudziestowiecznej Polsce, ci dwaj: Wróbel i Lewin, powinni być tej historii protagonistami. Wprowadzając do tragedii niezbędny element filozoficznej refleksji, dystansu, sceptycyzmu, a bywa, że i komizmu.

A skoro wymienione zostało już tutaj nazwisko żydowskiego lekarza, warto przypomnieć zdanie książkowego Haukego:

...zawsze wzruszałem ramionami, ilekroć imputowano mi filo- czy antysemityzm. To tak, jakby laboranta pytać, czy jest filo czy anty tego co ma pod mikroskopem.

Przygody Haukego w II Korpusie, podobnie jak historie związane z Lewinem i Wróblem, odciążają Wańkowiczowskie pisarstwo lat wojny i okupacji. A że autor Bitwy o Monte Cassino miał zawsze cięte pióro, nic dziwnego, że nie tylko w emigracyjnym, polskim Londynie nie wszystkim to, co pisał, się podobało. I tak po lekturze bliskowschodnich opowieści Wańkowicza lepiej rozumiemy, dlaczego redaktor Jerzy Giedroyc nie darzył go przesadną sympatią.

Co jest najważniejsze w utworach składających się na ten tom? Symbolicznie nazwali to polscy żołnierze w Rumunii, którzy przytłamszeni uchodźczymi swarami, słuchając pisarza, nie mogli się nadziwić, że oto: „można myśleć o Polsce tak, jak to tkwi w głębi ich duszy”.

A co tkwi dzisiaj, w 2010 roku w głębi polskiej duszy, w duszy każdego z nas? Książki Melchiora Wańkowicza w różnym czasie niosły pociechę, radość, dumę. Ich żywotność poświadcza fakt, że wciąż są wznawiane i czytane. Niech więc teraz uczynią jedno, choć może to wygórowane, graniczące z cudem, oczekiwanie: obudzą sumienia.

Krzysztof Masłoń

Dzieje rodziny Korzeniewskich

DZIEJE RODZINY KORZENIEWSKICH

To było w Ognisku Polskiego Czerwonego Krzyża w Teheranie. Zjadłem kolację i przeglądałem pisma. Goście się rozchodzili i poczynało się robić pusto. Młoda dziewczyna, siedząca przy kasie, skończyła obliczać obrót dzienny i spojrzała parokrotnie na mnie w sposób niezdecydowany. Czułem, że chce coś mi powiedzieć. Pod jakimś pretekstem podszedłem do kasy, by jej to ułatwić. Podniosła na mnie oczy:

– Czy pan mnie nie pamięta?

Nie, nie pamiętałem.

– Skądże, zresztą, może pan pamiętać – tłumaczyła się nieco speszona. – Był pan u nas w domu na dwa lata przed wojną. Miałam wówczas piętnaście lat, byłam w szóstej klasie. Dał mi pan wtedy swój autograf; napisał pan w nim, że chciałby, żebyśmy się poznały z Tirliporkiem, z którym jesteśmy w jednym wieku. Jestem Korzeniewska... Hanka Korzeniewska.

Naturalnie, że wówczas przypomniałem sobie. Korzeniewski! Dzielny działacz na ziemiach zachodnich. Spotkaliśmy się w pracy. Kiedy, w dobie łagodzenia stosunków z Niemcami, zdecydowano Związek Obrony Ziem Zachodnich przemianować na Związek Zachodni, oburzał się na te kompromisowości do niczego, jak mówił, nie prowadzące, był za przedłużeniem zaostrzonego kursu i w konsekwencji stanowisko w Związku Zachodnim opuścił, nie przestając jednak być jego czynnym członkiem. I to wówczas właśnie, przyjechawszy na zaproszenie Związku z odczytem do Katowic, byłem gościem państwa Korzeniewskich.

Z nagła mi stanął w oczach ten dom. Wyraziście. Jakieś ciasteczka wyśmienite domowej roboty i te zabawne buźki trzech pensjonarek, pielgrzymu­jących po autografy, przejętych z powodu „ważnego” gościa. Takie same kozy jak moje. A wdzięczne to, a przejmujące się, a reagujące! I ten najmłodszy dziewięcioletni Jurek, pytający rzeczowo, czy kajak, którym jechałem po Prusach Wschodnich, był opatrzony w motor i ilokonny.

I ja miałem wówczas jednego syna, trzy córki...1

Więc kiedy tak oto z nagła w Teheranie ogarnęło mnie wspomnienie tego domu, powiedziałem z gotowością, sam nie spostrzegając, że jure caduco przechodzę na „ty” w stosunku do dorosłej panienki:

– No to ja przyjdę do was, Haneczko!... Gdzie mieszkacie?

I nagle przestraszyłem się. Hanka patrzyła na mnie upartymi, brązowymi oczami. Hanka ma ciało mocno związane; kości policzkowe, nieco wystające, znamionują wolę.

– Ja sama jestem – powiedziała rzeczowym głosem. – Rodzina umarła w Rosji.

To słowo: „rodzina”, brzmiało jak odpowiedź na jakimś formularzu, jak pozycja w wykazie.

Ale ja pamiętałem zbyt żywo zapach tych jakichś doskonałych anyżowych ciasteczek i te mysie ogonki, i tę czupurność chłopca, dochodzącego prawdy o motorze, i uśmiech matki, i spokojną, niefrasobliwą, zachodnią mowę ojca.

Chwyciłem dziewczynę za rękę:

– Jak to, Haneczko? Co się stało? (Bo owo „rodzina umarła” wyglądało, jakby zdarzyła się jakaś nagła, pochłaniająca katastrofa).

Wówczas nieco ustąpiła ze swej rzeczowości. Zaczęła opowiadać – zrazu twardo i nieufnie. Czy może bała się, że ta historia jej życia będzie dla słuchacza sensacją, łaskoczącą współczucie w sposób niekosztowny – tu, w tym zasobnym Teheranie? Czy może, przebijając się przez świat ze swoim cierpieniem pośród tylu cierpień, nauczyła się nie zabierać nim miejsca innym? Któż wie, przez jakie żarna doświadczeń przeszła?

Raz dałem komuś przybyłemu z Rosji spisaną przeze mnie historię tysiąca sześciuset więźniów Polaków, pędzonych przez pięć dni bez jedzenia i wody z więzienia w Starej Wilejce do Borysowa, tak że ludzie próbowali pić – z czapek, filtrowaną przez chusteczki – własną urynę. W tym czasie z liczby tysiąca sześciuset straże dobiły czterystu, zbyt osłabionych, a rozbestwieni dozorcy, złapawszy jednego, który rzucił się do ucieczki, kazali innym pędzonym, którym nie pozwalano załatwiać naturalnych potrzeb, oddawać kał na trupa. Znajomy mój odczytał nazwiska skrzętnie zebrane, miejscowości, daty i godziny i oddał z uwagą:

– Szablonowa historia...

Hanka Korzeniewska opowiedziała mi też – szablonową historię. Najprzód był – jakże „szablonowy” – wrzesień. Ojciec odesłał rodzinę do Krakowa, a sam pozostał w Katowicach.

W dużym Domu Związków Zawodowych, w domu, w którym poroztasowywały się wycieczki harcerskie, znalazła się cała rodzina.

Zapamiętajmy:

Matka – pięćdziesięcioletnia.

Ola – dwudziestodwuletnia.

Hanka – siedemnastoletnia; właśnie na wiosnę otrzymała maturę.

Jurek – dwunastoletni.

Antosia – służąca, będąca w rodzinie od urodzenia Jurka.

Najstarsza, Krystyna, była w Poznaniu. Mąż, z którym właśnie się pobrała, poszedł na wojnę i zginął; potem już narodził się pogrobowiec. Jeśli nie żyje obecnie, również wszystko będzie – według szablonu. Ale Hanka nie wie, co dzieje się z Krysią.

Bracia ojca: jeden został jeńcem, dwaj – rozstrzelani przez Niemców w Bydgoszczy. Żony ich wzięte do szorowania podłóg.

Pięćdziesięciosześcioletni ojciec miał dołączyć niebawem.

Oto dramatis personae tej szablonowej historii.

Matka jeszcze pojechała do Katowic, do ojca. Dzieci same w wielkim mieście. Jurek oczarowany Sukiennicami. Tyle barwnych straganów! Dzieci sypią groch gołębiom na placu Mariackim. Hanka – jak zwykle dziewczęta – otacza małego, nieznośnego Jurka macierzyńską opieką.

– Chodź na Wawel, na Skałkę... Taki duży chłopak; aż wstyd, że nie znasz tego. Może tego nigdy nie zobaczysz...

Różne głupstwa wygadują dziewczynki, bawiące się w mamusie, strofując lalki albo młodszych braciszków.

Dzieci przepadają na cały dzień w krainie baśni. Poczynając od Smoczej Jamy, w której smok pożerał składane sobie na ofiarę dziewice – poprzez Kurzą Stopkę, którą zamieszkiwała Święta Królowa, składająca miłość w ofierze nawrócenia Litwinów, poprzez sarkofagi królów i panteon narodowy – aż po wieżę Srebrnych Dzwonów, w której leży wskrzesiciel Państwa, zagrożonego teraz.

A kiedy wracają – tłumy ludzi stoją przed plakatami mobilizacyjnymi.

Wieczorem – jak spłoszona kokosz nie wiedząca, kogo najpierw zasłaniać skrzydłami – przyleciała matka z Katowic.

Nazajutrz, w piątek, rozpoczęła się wojna. Hanka włożyła swój mundurek Przysposobienia Wojskowego. Pamiętamy wszyscy tę młodzież, pilnie szukającą każdej posługi. W Domu Związków Zawodowych, w którym mieszkali har­cerze, znaleziono bombę zegarową. Z przerażeniem patrzyły dziecinne oczy, że to tak środkiem Polski, pomiędzy nimi, chodzi nieuchwytna – zdrada.

W sobotę wieczorem chlusnęła przez Kraków biedota ze śląskiego Rybnika. Wielu było tylko w koszulach – tak uciekli spod pierwszego ataku.

Jest drugi dzień wojny. W nocy przyjeżdża ojciec. Matka w schronie obcina sobie włosy. Świat poczyna wirować wkoło dzieci.

W niedzielę rano cały bombardowany Kraków emigruje. Jest w samocho­dzie znajomych miejsce na dwie osoby – wykorzystuje je matka z małym Jurkiem. Reszta – ojciec, Ola, Hanka, Antosia – idzie piechotą.

Jakiż długi ten Kraków. Sukiennice są pozamykane i puste. Na jakiejś łączce na którymś kilometrze odpoczywają. Pszczoły brzęczą po kwiatach. Wtem nadlatuje samolot niemiecki. Tuż obok wysuwa się jak żądło długa lufa działa przeciwlotniczego – było tak zakamuflowane, że nie widzieli. Ziemia kole ukrytymi żądłami, a niebo pełne jest niebezpieczeństw.

Czekają na jakiejś stacyjce, pełnej takich uciekinierów jak oni. W przeciw­nym kierunku – pod front – jadą promienne, szczęśliwe, rozśpiewane eszelony naszego wojska. Na każdej stacji sznury ludności, która ciśnie się z żywnością dla żołnierzy.

Trzy dni jadą do Lwowa. Dużo bomb, dużo trupów – ale coraz to coś z nadziei: bądź to bielutki jak z igły pociąg Czerwonego Krzyża, bądź to rozśpiewany, ukwiecony oddział żołnierzy.

Kiedy przybywają do Lwowa – widzą morze ognia. To płoną składy spirytu­su. Mieszkają z rodziną w starym klasztorze o grubych murach, który przed trzema wiekami dał schronienie królowi szwedzkiemu. Nieustanne ataki bom­bowców. Matce się wydaje, że każda nurkująca „stuka” mierzy specjalnie w jej dzieci. Stale siedzą na beczkach z ogórkami w piwnicy. Chwilami beczki są „wniebowzięte”.

Tymczasem na górze, nad piwnicą, dzieją się inne sprawy. Tam stoi oddział żołnierzy, którym dowodzi jakiś podchorążak. Dwunastego podeszły pancerne dywizje niemieckie pod Lwów, który nie miał załogi, leżąc daleko na tyłach. Nim napłynęła pomoc, miejscowe szczupłe oddziały dwoiły się i troiły. W oddziale stacjonującym w klasztorze był kapral – typowy lwowski batiar. Co noc przed świtaniem wyprawiał się z kilku kolegami i ciężkim karabinem maszynowym pod Niemców. Wracali zawsze pełni animuszu, opowiadając cuda o „Zośce”. Tak nazywali swój karabin maszynowy.

Po dziesięciu dniach walk, 22 września, bolszewicy podeszli pod Lwów. Miasto już nie mogło się bronić. Wiadomość o kapitulacji przyszła, kiedy ci z „Zośką” byli na zwykłym wypadzie.

Wojna skończyła się dla Lwowa; w rodzinie Korzeniewskich zaszedł ewenement: Ola zaręczyła się z tym dowodzącym podchorążym i wkrótce się pobrali.

Dni pod okupacją rosyjską nieraz gdzie indziej były opisywane. Już wkrótce wiedzieli, że periodyczne branki ludzi to nie przypadek. Po prostu mają ponownie miejsce wtedy, kiedy powracają po nowe ofiary „więźniarki” – wagony towarowe okratowane, przeznaczone do wywożenia porwanych ludzi.

Dla rodziny Korzeniewskich taka noc przyszła dopiero w lipcu 1940 roku. Najprzód przyszli o godzinie drugiej w nocy po mieszkającą w ich mieszkaniu rodzinę wiedeńskich Żydów. Ciężko było patrzeć, jak wyprowadzali te bezbronne, bezjęzyczne figurki. Reszcie kazali kłaść się spać. Ale nikt nie spał. Obławy kończyły się dopiero o siódmej rano.

Około czwartej nad ranem posłyszeli kroki. Uzbrojeni ludzie kazali im się zabrać w ciągu piętnastu minut. Spieszącymi rękami miotali do rozwartych waliz, co się trafi. Pytali enkawudzistów, czy brać ciepłe rzeczy, czy brać żywność. Odpowiedź była stereotypowa:

– Wszystko otrzymacie na miejscu.

Kiedy ich wieźli, było jasno. Przechodnie zatrzymywali się i żegnali ich znakiem krzyża. Nie było między nimi ojca, który był w Dublanach, ani Oli, która z poślubionym podchorążakiem mieszkała na Persenkówce. Pisali kartki i rzucali na jezdnię. Wszystkie co do jednej doszły i na Persenkówkę, i do Dublan.

Jurek, dwunastoletni Jurek, kiedy ojca nie było i matka znajdowała się w śmiertelnej trwodze – począł szybko przeobrażać się w mężczyznę. Pakował rzeczy, nosił, w wagonie towarowym, w którym już było trzydzieści osiem osób, walczył o miejsce.

Przez szczeliny zamkniętego wagonu widać peron i co na nim się dzieje. Najprzód przybiegła Ola z mężem i z jego rodzicami. Skrzyknęli ich pod wagon. Potem nadbiegł, powiadomiony w Dublanach, ojciec. I ojciec, i Ola z mężem chcą dzielić los wywożonych, ale straż nie puszcza. O tym decyduje NKWD w mieście.

Pod wieczór – wszyscy, całą rodziną, znaleźli się w wagonie. Teściowie Oli zdążyli przywieźć dwa męskie ubrania, aby było co sprzedać w Rosji, otrzymali od jakiejś zakonnicy gruby, ciepły, wełniany szal i przynieśli nieco jedzenia. Robione to było w pośpiechu, bo lada chwila przecież pociąg mógł ruszyć. Ale pociąg ruszył dopiero po dwóch dobach oczekiwania, w niedzielę rano.

Przez szpary patrzyli na uciekającą ziemię polską. Kiedy mijali granicę, była noc, ale ktoś rozeznał. Śpiewali: Jeszcze Polska. Po tej demonstracji skurczone w kątach postacie kobiece odmawiały Pod Twoją obronę.

Jechali dziesięć dni; mimo lipcowego upału raz na kilka dni otrzymy­wali nieco wody. W ciągu dziesięciu dni cztery razy na stacjach karmiono ich jałową kaszą. Za każdym razem nocą załatwiali potrzeby naturalne do dziury wybitej w podłodze. Najgorzej było z niemowlętami, dla których nie było mleka ani wody. Pieluchy rozpościerano na plecach i tak starano się suszyć.

Dziesiątego dnia wywagonowano trzysta osiemdziesiąt osób na stacji Afanasiewskij Razjezd Swierdłowskoj Obłasti, Aczyckiego Rejonu.

Rodzina Korzeniewskich wraz z dwustu innymi osobami była wysłana na miejsce pracy do miejscowości odległej o szesnaście kilometrów. Szczęściem był księżyc. Szli, uginając się pod ciężarem wleczonych rzeczy. Teren był mocno górzysty i wszędzie lśniły kałuże. W powietrzu po prostu widniała kasba komarów. Ci, którzy mieli obie ręce zajęte, byli bezbronni. Ale osta­tecznie nie było sposobu się obronić. Kiedy wstał świt – pochód widm katorżniczych okazał się pochodem pokrwawionych rozpuchłych masek. Okrut­ny karnawał.

Zalokowano ich w dwu barakach, nie mających prycz ani podłóg. Wyległy takie masy pluskiew, że było czerwono. Jurek pytał, co to za żuki.

Koło dziewiątej nastąpił obchód władz. Szli – zbutwiałe szynele; twarze ziemiste i apatyczne. Zatrzymali się przy baraku:

– Wsiem dowolny?2

Antocha, poznanianka gruba i bardzo wymowna, poczęła trajkotać jak karabin maszynowy – że takie coś to ona pierwszy raz w życiu widzi. Apatycznie bawole spojrzenia:

– Niczewo, priwyknietie...3

Straszna beznadziejność ogarnęła wszystkich. Jakby stali przed szarą, wy­soką, posępną i niemą ścianą.

Siedemnastoletnia Hanka wraz z pięćdziesięcioletnim ojcem i Antocha – otrzymali pracę przy ziemnych robotach. Tama była spartolona i należało z powrotem z niej wydobywać glinę z głębokości dwudziestu metrów. Glina tak lgnęła do łopaty, że woleli ją nakładać do niewywrotnej wagonetki, którą trzeba było naładowywać przez wierzch. Pracowali w upale, glina schła szybko i wracali do domu w sztywnej skorupie gliny. Ubrań roboczych nie dawano.

„Potem nas przenieśli na drzewne roboty. Fachowiec drzewny, który był wywieziony wraz z nami, obliczał, że w dolinie gnije narąbanego i naspławianego materiału na czterdzieści milionów złotych”.

Ola z mężem najpierw pracowali przy drodze, a potem również przy drzewie. Matka i Jurek byli zwolnieni od roboty, ale też nie dostawali pełnej racji. Pełna norma leśna wynosiła osiem i pół rubla dziennie, ale jej wyrobić nie mogli. Gdy­by wyrobili nawet, toby też na wiele się nie przydało, bo i tak książeczka robot­nicza dawała prawo do kupienia maksimum półtora kilograma chleba dziennie na osobę za cenę jednego rubla trzydziestu pięciu kopiejek. Matka i Jurek otrzymywali tylko trzysta gramów. Czytelnikowi z krajów normalnych, gdzie chleb jest dodatkowym pożywieniem – trudno będzie zrozumieć, co to znaczy. Bo poza chlebem nie można było niczego kupić w sklepiku robotniczym. Tylko w socjalistyczne święto 1 maja i w rocznicę rewolucji sprzedawano trochę kaszy na osobę.

Ale i to wszystko było teoretyczne. Trust drzewny, do którego ich przyłączono, był zbankrutowany, zadłużony u państwa i wobec tego nie otrzymywał żadnych kredytów, bo wszystko, co dostarczał, szło na pokrycie zadłużenia i spartolonej tamy. Trust więc nie miał pieniędzy na wypłatę robotnikom ani pozwolenia na ich zwolnienie.

Po upałach nastąpiły krótkie roztopy i nie obejrzeli się, jak przyszła sroga zima uralska.

Hanka ścina toporem ogromne wiekowe drzewa. Pracuje nieraz literalnie po ramiona w sypkich, głębokich śniegach. Wieczorami przy rozpalonym ognisku paruje przez pół godziny. Gorączkuje. Ale regulamin zwalnia od roboty, tylko jeżeli temperatura nie jest niższa niż trzydzieści osiem stopni. Pewnego razu silnie gorączkowała, poszła do doktora, ale okazało się, że ma tylko 37,8 stopnia i lekarka uznała zgłoszenie za nieuzasadnione. Wydała jednak kartkę zaświadcza­jącą, że robotnica była u niej.

Rozwścieczony brygadier skonfiskował kartkę i chciał zapisać tzw. progół, to znaczy uchylenie się od roboty bez usprawiedliwienia. Tego rodzaju zapis za pierwszym razem oznacza obniżenie przez pół roku zarobków o dwadzieścia procent, a przy powtórzeniu się – więzienie.

Głód i tak nękał straszliwie. Zwłaszcza ten Jurek, który przecież rośnie...

Właśnie ma paść olbrzym uralski.

– Storoniś!4 – krzyczy brygadier.

– Wszystko mi jedno – mówi rozgoryczona dziewczyna.

Blady – w ostatniej chwili zwrócił jej wyłudzone świadectwo.

Przy ścinaniu pracuje z Tatarem i Tatarką. Tatarce nie dawali ubrania ze składów od lat. Marzła nieludzko. A mrozy były takie, że rąbane drzewo nagle się rozpękało i waliło się w nieprzewidzianą stronę. Był wprawdzie przepis, że przy mrozach ponad czterdzieści pięć stopni drzew się nie rąbie, ale go nie przestrzegano.

Tatarka była głucha, zupełnie zdrętwiała z mrozu. No i drzewo ją przytłuk­ło. Wtłoczyli ją do skrzyni, mającej służyć za trumnę. Skrzynia była za krótka, więc trzeba było zgniatać ciało. Siedmioletnie dziecko Tatarki – chore na świerzb – skamlało, pętając się między ludźmi. Wszyscy wiedzieli, że musi teraz umrzeć.

Magazynier Dudaków, który utył na okradaniu magazynu (tak i tak skończy się na więzieniu za te czy owe niedokładności), ciągnie Tatarczątko za ucho i dowcipkuje: „Ech ty – trupeczek”. Dziecko patrzy skośnymi oczkami i zdaje się rozumieć. Żona Dudakowa wybucha śmiechem. Ma pasję przychodzić do Hanki i przewracać grubymi palcami jej fotografie. Oto aleja w Rabce, tego lata kiedy wybuchła wojna. Ona, w jasnej sukience, stoi z ojcem, ojciec w białych spod­niach. Oto willa w Katowicach. Pani Dudakowa przegląda te fotografie jak my ilustracje do bajek Andersena.

Po kilku miesiącach oboje Dudakowie zostali aresztowani. Dudaków był na to przygotowany psychicznie.

– Ludność Rosji – wykładał – składa się z tych, którzy siedzieli w więzieniu, z tych, którzy siedzą, i tych, którzy będą siedzieć.

Idzie dzień za dniem. Hanka wciąga na nogi łapcie plecione z kory brzozowej, okręciwszy tęgo nogi szmatami. Wstaje się przed świtem przy kopciuchu wetkniętym w słoik. Po ciemku kopnymi drogami brną na robotę trupy za żywa pogrzebane, dla których nie ma nadziei.

Zaczęto gasić światła. Musieliśmy kończyć rozmowę.

– Mieszkam obok. Dam panu pamiętnik Oli – powiedziała Hanka.

Z zeszytem z szarego ziemistego papieru, na którego okładce były wyrysowane jakieś emblematy sowieckie, jak zwykle napuszone, przyszedłem do swego hoteliku i zapadłem w czytanie dzienniczka Oli – dzienniczka z tamtego świata.

Podaję z niego wyjątki:

30 maja 1941. „Jesteśmy dziś poruszeni. Jurkowi ofiarowano posadę pastucha. Będzie zarabiał więcej niż każde z nas, a kto wie czy nie więcej niż my wszyscy razem. Dostanie 150 rubli miesięcznie i 15 litrów mleka (co przedstawia wartość 45 rubli). Podobno będzie również otrzymywał różne prezenty w postaci jaj, masła czy śmietany od poszczególnych chaziajów. Jurek jest wniebowzięty. Po prostu stoi na głowie! Obiecuje sobie, że zawsze będzie najedzony”.

30 czerwca 1941. „Jurek nie otrzymał jednak wymarzonej posady pastucha. Dziecko jak może nam pomaga – nosi drzewo zamożniejszej rodzinie żydow­skich wygnańców, rąbie, nosi wodę”.

Już mija rok ich pobytu tutaj. 12 czerwca minęła rocznica ślubu Oli.

„Rok gorszy niż rok najcięższego więzienia (chleb-woda, woda-chleb i tak w kółko) zmógł nas. Praca stała się piekłem, mimo że wydajność nasza spadła do jednej piątej. Głód jest czymś strasznym! Jakże okropne budzi uczucia, jakże wstrętne myśli! Jeżeli mi Bóg pozwoli wrócić do świata – będę szukać lu­dzi głodnych.

12 czerwca była rocznica naszego ślubu. Tyle miałam na nią planów! Ale przeży­waliśmy tak straszliwe głodowanie, takie wyczerpanie, że trudno opowiedzieć.

Myślałam rano po przebudzeniu, że jednak bardzo się zmieniłam. Nie czułam żalu, że dzień, jak mi się zdawało, tak bardzo uroczysty, nie będzie niczym uświetniony, że nie będę miała po nim żadnych wspomnień. Tymczasem mama, moja niezawodna mama, wyczarowała nam do lasu po dwa kawałki chleba i manierkę kawy z mlekiem. Wieczorem odebrałam całą masę życzeń. Jurek nie umiał sobie nic wyobrazić, co się życzy; życzył tylko, żebyśmy już nigdy więcej nie byli głodni”.

2 lipca 1941. Ola cierpi bardzo na newralgię i ma zapalenie nerwu trójdzielnego. Lekarka jej nie zwolniła, tylko dała trzy proszki weronalu… dla zażycia w miejscu pracy, w puszczy, jeśli już nie będzie mogła poko­nać bólu.

„Przez cały dzień przeleżałam w lesie na wpół przytomna po dwóch proszkach weronalu (nie miałam zresztą pojęcia, że to weronal), częściowo śpiąc, częściowo płacząc, a stale jęcząc. Deszcz lał jak z cebra. Henuś pocieszał mnie, że już idziemy do domu, ale czyż ta perspektywa przebycia pięciu kilometrów po dzikich bezdrożach z tysiącem przeszkód w postaci drzew poprzewracanych, pni, błot i rzeczułek – mogła mi dodać otuchy?”.

„Dawniej nie myślałam nigdy, żeby można było godzinami wyobrażać so­bie i marzyć o szafie z białą wyprasowaną (podkreślone w tekście – przyp. mój MW) pachnącą bielizną, o zapasach mydła, o garnuszkach, rondelkach, rynkach, o serwetkach, obrusach!”.

Odtąd już przez cały ciąg pamiętnika opowieść jest przeplatana... prze­pisami kulinarnymi, których zbieranie po wygnańcach stało się istną manią głodującej.

6 lipca 1941. „Noc dzisiejsza była wprost upiorna. Pluskwy gryzły strasznie; pewno się znów wyroiły. Komary zaś tak cięły, zrobiły taki koncert brzęczący, że do świtu nie mogliśmy zmrużyć oka”.

7 lipca 1941. Mały mężczyzna stara się brać na siebie część brzemienia. Zawchoz5 dał tyle toporów Oli i jej mężowi do ostrzenia, że nie mogli pójść na kolację.

„Topory nowe są takie okropne, że będziemy je wieki całe ostrzyli. Byliśmy też mocno zwarzeni, dopiero Jurka kolacja wróciła nam humor. Była pyszna: szpinak z pokrzyw i kasza. Dawno się tak nie najadłam”.

11 lipca 1941. Pamiętnik pod tą datą jest wypełniony marzeniami o tym, że podobno trust wypłaci część zaległych poborów, że da jakieś szanse.

14 lipca 1941. Marzenia na wypłacenie zaliczki rozwiały się. Natomiast:

„Dziś wprowadzony został dwunastogodzinny dzień pracy. Hanka musi wstawać o piątej, żeby o szóstej wyruszyć na sześćdziesiąty kwartak, wracać zaś będzie o ósmej. Nas z chwilą wyzdrowienia p. Wnęka czeka to samo. Tymczasem w obecnej sytuacji, której nam wszyscy zazdroszczą, noc nasza będzie się składała w najlepszym wypadku tylko z czterech godzin. Ostrzyć topory będzie można najwyżej do dwunastej w nocy, zatem wykańczać bieżącą robotę będziemy musieli od czwartej rano.

A teraz zagadka – co to jest? »Nie je, nie pije, a chodzi i żyje?«. Zagadka stara jak świat i żadne dziecko nie miało wątpliwości, że istnieje jedna tylko odpowiedź. Ale istnieje druga odpowiedź, na Uralu jedyna (ładnie bym się musiała namęczyć, żebym chciała wytłumaczyć np. Rebece Goldberżance, gdy podrośnie, co to jest zegarek!). Tutejsze dzieci na tę zagadkę odpowiadają jednogłośnie: »Uralczyk!«.

Obecnie mamy już przed sobą konkretną wizję śmierci głodowej. Nie mogę określić, jak długo będziemy jeszcze chodzili i żyli”.

15 lipca 1941. Przykuci do pracy, za którą im nie płacono na skutek za­dłużenia trustu u władz centralnych, wygnańcy oczekują tzw. wychodniego dnia, czyli dnia wolnego od roboty, aby szukać żywności.

„Wczoraj, ponieważ był wychodnoj6, Hanka poszła szukać grzybów, Antosia na pokrzywę, a my z Heniem przez cały dzień łowiliśmy ryby na wędkę. Z tego wszystkiego prawdziwą pociechę mieliśmy tylko z grzybów. Rybki były pyszne, ale żałośnie mało, a szpinak, czyli pokrzywa nagotowana w słonej wodzie bez mąki i masła, był wstrętny. Jedliśmy go ze szczerego głodu.

Jesteśmy jak te rybki, które łowiłam. Żyjemy jeszcze, mamy nadzieję, że nam ta odrobina wody wystarczy. A koniec?”.

16 lipca 1941. „Stoimy znowu przed perspektywą pójścia do lasu (jakiś czas Ola z mężem miała sobie przydzieloną pracę ostrzenia toporów – przyp. mój MW). Strach mnie opanowuje! Być wydanym przez 14 godzin na pastwę komarów, much, muszek, bąków, kleszczy i wszelakiego rodzaju robactwa, odbywać codzienny 10-kilometrowy marsz po wertepach i przymierać głodem! Nie mam już sił, naprawdę nie mam sił!

Boże zlituj się nad nami!

Jezu usłysz nas!

Jezu wysłuchaj nas!

Bądź nam miłościw,

przepuść nam, Jezu!

Bądź nam miłościw,

wysłuchaj nas, Jezu!

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,

zmiłuj się nad nami..”.

Zmęczona dusza ludzka w ciągu długich godzin kręcenia kamienia stara się uciekać w świat marzeń, które po powrocie z roboty zapisuje w pamiętniku. Pamiętnika trzyma się wytrwale – nie chce umierać, chce myśleć, chce sycić się chociaż marzeniem. Te jej marzenia robią czasem wrażenie półmaligny. Rozpisuje się, jakie będzie miała suknie, serwety do kawy, jak będzie robić bardzo ciepłe rękawice dla pracujących na mrozie, jak siedząc w wygodnych fotelach, będą robić z mężem zabawki na choinkę dla ich dziecka. Te marzenia są podane z najdrobniejszymi detalami. Kończą się jednak zawsze tak, że wdziera się nagle świadomość:

„Źle jednak, jeżeli w czasie takich marzeń spojrzę na Henia, mojego drogiego wychudłego biedaka, z podkrążonymi oczami i zatroskanym spojrzeniem. Wiem, że jest głodny, stale głodny, i wiem też, że równocześnie w domu wymizerowana do ostateczności mama zachodzi w głowę, skąd by nam wydostać kawałek chleba. Wtedy lodowata obręcz ściska mi serce i... tracę wiarę”.

18 lipca 1941. „Wczoraj po południu, kręcąc kamień w piłoprawce, zdałam sobie jasno sprawę z tego, że zbliża się nasz koniec. Jesteśmy wymę­czeni bezgranicznie i nie do opisania głodni! Pracowaliśmy do jedenastej w nocy i do jedenastej płakałam z rozpaczy nad mamą, która leży chora i mę­czy się nieludzko, wiedząc, że do jutra nie zdobędziemy już ani kopiejki na chleb, i że Hanka pójdzie na cały dzień do lasu bez jedzenia, a i dla nas nie ma lepszych widoków. Modliłam się żarliwie o jakiś cud, a równocześnie w skołata­nej głowie szukałam możliwości zdobycia chociażby jednego rubla. Henuś pracował z zaciśniętymi zębami. Kilka razy, gdy się spotkały nasze spojrzenia, mówił cicho, ale z taką skargą bolesną, że nie zapomnę tego do końca życia: »Babuś, ja już nie mogę!!«. Byłam taka udręczona, taka umęczona... Ponieważ nie mogłam się wypłakać dobrze ze względu na piłoprawów (przyp. MW – robotników-niewolników przy ostrzeniu toporów), przez cały czas okropny skurcz ściskał mnie za gardło. Równocześnie chwilami zdawało mi się, że lada moment stracę przytomność: przedmioty troiły mi się przed oczami, zdawało mi się, że krew to odpływa mi od mózgu, to znowu gwałtownie uderza i to specjalnie do uszu.

I Bóg sprawił cud. Wieczorem Fiedienow wziął od Dudakowa 500 rubli i dawał awanse (przyp. MW – awanse na dawno zaległą wypłatę). Dostaliśmy na 7 osób 15 rubli. Dzisiaj na śniadanie i obiad poszło 9 rb. Antosia zarobiła na grzybach 4 rb. Może p. Mocheńska sprzeda moją bluzkę rumuńską. Jutro jest wychodnoj – postaram się znaleźć siły i iść na ryby”.

22 lipca 1941. „Od dwóch dni pracujemy znowu w lesie. Nie chcę pisać o brudnych metodach i brudnych ludziach. Zresztą to wszystko już jest bez znaczenia. Głód dochodzi do szczytu. Pisząc to, zdaję sobie sprawę, że niebawem głód ten będzie nam się wydawał ideałem, szczytem marzeń. Z dnia na dzień odwlekają wypłatę. Dzisiaj w nocy może dostaniemy jakieś awanse. Nowy naczelnik, zastępca Rożenki, powiedział nam dzisiaj, że wniesiono podanie o umorzenie długu, jaki ma trust u państwa. W najbliższych dniach zatem albo trust zostanie rozwiązany, albo doczekamy się nareszcie wypłat. Tak on mówi.

Ludzie są w rozpaczy i w większej części zdeterminowani”.

24 lipca 1941. „Wieczorem przyjechał kasjer i wypłacił 30 procent dwutygodniowego zarobku. Straciliśmy noc, ale za to mamy w kasie 50 rubli. Właściwie nie tyle mamy, ile mieliśmy o godzinie pierwszej w nocy. Rano wykupiliśmy chleb oraz – w stołówce była kasza perłowa – każdy z nas jadł po jednej porcji. Do lasu dała nam mama również jedną porcję kaszy”.

26 lipca 1941. „Partia uchwaliła, że robotnicy nie będą mogli kończyć pracy, dopóki nie wykonają normy. 11-godzinny dzień pracy przysługuje zatem tylko stachanowcom. Wszyscy słabsi robotnicy obowiązani są pracować, aż dopóki można, tzn. do zapadnięcia możności.

Z dnia na dzień oczekuję objawów ostatecznego wyczerpania spowodowa­nego głodem. Henuś uporczywie twierdzi, że na pewno w końcu ulegnie atakowi wścieklizny, ja natomiast przypuszczam, że niebawem będę popadała w upor­czywe omdlenia. Przez cały dzień, a nawet w nocy, gdy usiądę na pryczy, mam zawroty głowy, chwilami robi mi się czarno przed oczami, chwilami wszystko się troi i tańczy.

Nie mając gorączki, nie mam również prawa do lekarskiej opieki, nie mam również jedzenia jako lekarstwa ani jedzenia jako jedzenia. Ponadto muszę rąbać las, prowadzić walkę z kornikami, korując wszystkie drzewa, oraz wypełniać normę ustaloną dla silnego, zdrowego, dobrze odżywionego mężczyzny.

Ojcze nasz, któryś jest w niebie...

Przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja... na ziemi...

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

Odpuść nam nasze winy.

Zlituj się nad nami”.

I zaraz bezpośrednio, zamglonym pismem bladego ołówka:

„Torcik czekoladowy

10 dkg czekolady utrzeć z 10 dkg masła i 10 dkg cukru. Pianę z 6 białek utrzeć na śnieg, dodać 10 dkg mąki, wymieszać z masą – piec. Polać glazurą czekoladową”.

A potem szeregi innych przepisów: ogórki marynowane pani Nidenthalowej; tort pani Nieciengiewiczowej; nadziewanka do biszkoptów „Delikatna Pycha”, nalewka wiśniowa „Pani Maria” itd.

27 lipca 1941. „Niedziela... Boże, czy to słowo nie jest ironią! Wczoraj w lesie odrąbałam sobie czubek palca wraz z paznokciem. Ręce miałam brudne, niemożliwie oblepione żywicą od korowania, i nie miałam odwagi pójść do lekarki na opatrunek. Palec strasznie mi dokuczał, zwłaszcza gdy rąbałam toporem. Gdy zapadły ciemności i skończyliśmy pracę, poszłam do wraczki (przyp. mój MW – „lekarki”), ale okazało się, że nie ma żadnych środków opatrunkowych”.

Dalej opowiada, że poprzedniego dnia były imieniny Hanki i jak matce udało się dostać dla niej jedno jajko i kubek zsiadłego mleka i jak była szczęśliwa, że mogła uczcić imieniny najmłodszej córki.

Ową niedzielę wykorzystali, jak tylko mogli. Od świtu matka, Ola i Hanka – aż do mroku – były na grzybach i nazbierały za trzy i pół rubla. Mąż Oli nałapał rybek za rubla.

„Mamy znowu na jutro krwawo zarobione trzy kawałeczki suchego chleba na osobę. Piszę: krwawo, bo trzeba było największego wysiłku woli, by nie skorzystać z dnia wolnego i nie odpoczywać od rana do nocy”.

28 lipca 1941. Pracowała z mecenasem Mintzem, który dał jej kawałek chleba. Pisze, jak trudno było brać ten chleb i jak nie była w stanie go odmówić. I nagle ten kawałek chleba, w zmaltretowanej duszy ludzkiej, która już tylko się modli, marzy o jedzeniu i tępo pracuje, wywołuje zryw gorących słów wdzięczności:

„Nie zapomnę tego nigdy, tak jak nie zapomnę Peli Błaszczykównej tego, że podzieliła się ze mną swoim chlebem, mimo że sama nie miała go wiele i mimo że wtedy był biały, jak również pani Grzybkowej, która dała nam obojgu z Heniem szarego chleba, jak również Gizi Kalbowej, która dała mi kawałek chleba, mimo że miała w ogóle tylko dwa”.

Wyrabia się popęd do szukania wróżb, które by podtrzymały na duchu:

„Och, tuż przy mnie na dależniku usiadł ptaszek. (Ola zabiera od pewnego czasu swój pamiętnik ze sobą na robotę; zdania często są nierówne, dopisywane ad hoc – przyp. mój MW). Tak ich teraz mało, że chyba ten będzie zwiastunem dobrych wieści. Może będzie zapowiedziana na dziś wypłata...”.

29 lipca 1941. „Byliśmy znowu wczoraj z ultimatum u komendanta i majstra. Popłakałam się całkiem nieoczekiwanie przed Fedienowem, gdy mu tłumaczy­łam, jak to mama padła w lesie, wybrawszy się dla nas na grzyby, i jak Jurek zachorował ciężko, przeziębiwszy się przy łowieniu ryb”. (Przypominam, że na rodzinę złożoną z sześciu osób, licząc służącą Antosię, dwie z powodu wieku, tzn. matka i Jurek, były „żywieńcami”, to znaczy takimi, których wyżywić powinni byli inni pracujący członkowie rodziny. „Żywieńcy”, którzy powinni by byli być obciążeniem, w tych warunkach byli błogosławieństwem, bo nie przytwierdzeni do roboty, za którą trust niemal nie płacił, mogli zbierać grzyby, jagody i łowić ryby. Płacz Oli poza uczuciami rodzinnymi jest zrozumiały, jeśli wziąć pod uwagę, że ci jedyni nędzni żywiciele rozchorowali się; przyp. MW).

Szykował się otwarty bunt. Niech będzie, co chce – mieli rzucić robotę i iść do puszczy w poszukiwaniu żywności. Ale serca ich drżały z trwogi, bo taki akt samowoli to przybycie oddziału karnego, to rozparcelowanie w pojedynkę po różnych więzieniach Rosji.

„Tymczasem Bóg nas nie opuścił i tym razem: Fedienko dał nieco awansów. Otrzymałyśmy z Hanką po pięć rubli i to, zdaje się, dzięki moim łzom. Nie potrafię opisać piekła, jakie się przechodzi przy zdobywaniu tych kilku groszy!”.

31 lipca 1941. Zapis tego dnia jest poprzedzony mottem z Dziadów:

„Tyran wstał – Herod! – Panie, cała Polska młoda

Wydana w ręce Heroda!

Co widzę? Długie białe dróg krzyżowych biegi.

Wszystkie na północ!... Tam, w kraj daleki

Płyną jak rzeki...

Płyną... Ta droga prosto do żelaznej bramy,

Tamta, jak strumień, wpadła pod skałę, te jamy,

A tamtej ujście w morzu... Patrz, po drogach leci

Tłum wozów – jako chmury wichrami pędzone.

Wszystkie tam... W jedną stronę...

Ach, Panie – to nasze dzieci!

Tam, na północ, Panie, Panie!

Takiż to ich los – wygnanie!”

W Polsce nabrały ponownego życia dawne naiwne śpiewy z okresu martyrologii narodowej, dawna symbolika cierpiących pokoleń, dawne marze­nia. W notatkach pod dniem, w którym swoje zapiski poczęła mottem ze starego dogmatu, opisującego cierpienia wywiezionych przed wiekiem na wygnanie dzieci polskich, Oleczka daje upust marzeniom, jak będzie przyjmować towarzyszy wygnania, jeśli wróci do Polski:

„Mam zamiar upiec miodownik, według przepisu p. Perły, w wysokim rond­lu, następnie polukrować boki na biało, a gdy lukier zastygnie, wymalować na nim niesymetrycznie mnóstwo kreseczek, co będzie improwizowało korę brązową. Wierzch polukruję lukrem kremowym (dodam odrobinę szafranu), co będzie wyobrażało naturalną barwę drzewa w przekroju. Dalej mam zamiar podać ciastka w postaci ciurek (wiórów? – przyp. mój MW), piernik upieczony w formie chleba uralskiego; ciastka kruche wycinane foremką w kształcie topora, przy czym barwę stali będzie imitowała czekolada, a toporzy­sko będzie ciesielskie, oraz wycinane foremką w kształcie piły – ciastka. Na jednym z tortów jako dekorację ustawię sąg drzewa z pałeczek marcepano­wych – och, na ten temat mogłabym pisać godzinami...”.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Z Ojca zadżumionych Juliusza Słowackiego (wszystkie przypisy, jeśli nie oznaczono inaczej, pochodzą od redakcji).

2 Czyście zadowoleni ze wszystkiego?

3 Głupstwo, przyzwyczaicie się...

4 Umknij.

5 Kierownik.

6 Dzień wolny od pracy.

PEŁNY SPIS TREŚCI:

WSTĘP

Pisarz sprawy polskiej

Szablonowa historia

Pytanie do ryby

Zdania z ołowiu

Pod mikroskopem

DZIEJE RODZINY KORZENIEWSKICH

DZIEJE RODZINY KORZENIEWSKICH

OPOWIADANIE HANKI

DROGĄ DO URZĘDOWA

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

REPORTAŻE Z WOŁYNIA

RZEZIE WOŁYŃSKIE

POD RZĄDAMI GAULEITERA KOCHA

RZEŹ W PAROŚLI

PROFESOR MASCHKE WYRAJA OSY

EGZEKUCJA W JARYNÓWCE

Od Stołpców po Kair

O POSZERZENIE KONWENCJI REPORTAŻU

O REPORTAŻU Z RELACJI

KOMPONENTA ARTYSTYCZNA W REPORTAŻU

PRZYWILEJ FIKCJI W REPORTAŻU

NADMIERNE WYMAGANIA?

PRZECIW ZASTRZEŻENIOM

PODCINANIE WIARYGODNOŚCI

CZYŻBY WIĘC ŻADNYCH RYGORÓW?

KONKLUZJA: POSZERZANIE RAM KONWENCJI

NA BLISKIM WSCHODZIE

BIAŁY ŚNIEG

W SYRII

LISTY PERSKIE... NIE MONTESKIUSZA

JAK MNIE CHCIANO ZBISURMANIĆ

TAŃCZĘ SYMCHAT TORA

OSTATNIA KRWAWA OFIARA (SAMARYTANIE)

WOJNA

W TOBRUKU

POBOJOWISKO POD EL-ALAMEIN

STODOŁA W GARDELEGEN

NA EMIGRACJI

CZŁOWIEK ZMIENIA SKÓRĘ

POLSKIE WIRY

ZNOWU W KRAJU

ZMIANY CIŚNIENIA

W POSZUKIWANIU ŻABY

NA MAZURACH – O CAŁĄ EPOKĘ...

OD AUTORA

POSŁOWIE DO TRZECIEGO WYDANIA (1977)

POSŁOWIE

Dzieje rodziny Korzeniewskich

Drogą do Urzędowa – budzenie sumienia

Nieukończona książka o Wołyniu

Od Stołpców po Kair, czyli wstęp na temat teorii reportażu

FOTOGRAFIE

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W ślady Kolumba. Królik i oceany W ślady Kolumba. Atlantyk-Pacyfik Szczenięce lata. Ziele na kraterze. Ojciec i Córki - korespondencja Strzępy epopei. Szpital w Cichiniczach. Wrzesień żagwiący. Po klęsce Kundlizm, Klub Trzeciego Miejsca, Polacy i Ameryka, Tworzywo Karafka La Fontaine'a tom II 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie Wielka Księga Armii Krajowej