Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej

Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej

Autorzy: Joseph Stiglitz

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI PDF

Ilość stron: 512

Cena książki papierowej: 69.90 zł

cena od: 39.82 zł

Rosnące nierówności szkodzą wszystkim: przyczyniają się do kryzysów ekonomicznych, zmniejszają produktywność społeczeństwa i osłabiają wzrost gospodarczy. Niepewność jutra, słaby system edukacji i ochrony zdrowia, kryzys mieszkaniowy – to też wszystko sprawa nierówności. To przez nie społeczeństwa nie wykorzystują pełni swojego potencjału. Zamiast żyć, uczyć się, pracować i uczestniczyć w demokracji, walczą o kawałki z coraz mniejszego tortu.

To wszystko oczywiście znane fakty, opisane w wielu głośnych książkach. Czasem jednak wydaje się, że wzrost nierówności to wynik działalności żywiołów naturalnych i nic nie da się na to poradzić. Joseph Stiglitz przekonuje, że to zupełnie nie tak. To że przeważająca część bogactwa należy do zaledwie jednego procenta społeczeństwa to nie kwestia praw natury, ale decyzji politycznych i wpływu osób i instytucji, które „pogoń za rentą” nazywają „wolnym rynkiem”.

Joseph E. Stiglitz (1943) – ekonomista, laureat Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii, wykłada makroekonomię w Columbia University. Autor m.in.: Freefall (2010), Fair trade (2007), Globalizacji (2004).

Joseph E. Stiglitz

Cena nierówności

W jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej

Tłumaczenie Robert Mitoraj

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Warszawa 2015

Spis treści

Dedykacja

Przedmowa do wydania broszurowego

Przedmowa

Podziękowania

Rozdzial 1. Problem 1 procenta Stanów Zjednoczonych

Rozdzial 2. Pogoń za rentą a powstanie nierówności społecznych

Rozdzial 3. Rynek a nierówności

Rozdzial 4. Dlaczego jest to ważne

Rozdzial 5. Demokracja w niebezpieczeństwie

Rozdzial 6. Wkraczając w rok 1984

Rozdzial 7. Sprawiedliwość dla wszystkich? Jak nierówności stopniowo niszczą państwo prawa

Rozdzial 8. Walka o budżet

Rozdzial 9. Polityka makroekonomiczna i bank centralny kierowane przez 1 procent na rzecz 1 procenta

Rozdzial 10. Pomyślny scenariusz. Inny świat jest możliwy

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Joseph E. Stiglitz

Cena nierówności. W jaki sposób

dzisiejsze podziały społeczne

zagrażają naszej przyszłości

Warszawa 2015

Tytuł oryginału: The Price of Inequality:

How Today’s Divided Society Endangers Our Future

Copyright © by Joseph E. Stiglitz, 2012

Copyright © for this edition

by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2014

All rights reserved

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-64682-80-3

Dla Siobhan, Michaela, Edwarda i Julii,

w nadziei, że odziedziczą po nas świat i kraj,

które będą mniej podzielone

Przedmowa do wydania broszurowego

Przyjęcie, z jakim spotkała się Cena nierówności, było dowodem, że książka uderzyła we właściwą strunę. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na całym świecie coraz większy niepokój wzbudzają pogłębiające się nierówności i brak perspektyw awansu społecznego, a także zmiany, jakie oba te związane ze sobą zjawiska wywołują w naszych gospodarkach, demokratycznych politykach i społeczeństwach. Gdy podróżowałem po Stanach Zjednoczonych i Europie z odczytami o nierównościach, ich przyczynach, skutkach i sposobach ich łagodzenia, wielu moich rozmówców dzieliło się ze mną osobistymi doświadczeniami, opowiadając, jak ostatnie wydarzenia odbiły się na ich sytuacji, a także na życiu ich rodzin i przyjaciół. Z tych historii zaczerpnąłem mnóstwo nowych informacji, które odcisnęły piętno na zawartej w tej książce argumentacji. W niniejszej przedmowie do wydania broszurowego1 chciałbym podzielić się kilkoma wymownymi spostrzeżeniami poczynionymi na kanwie tych dyskusji o nierównościach, dodać garść nowych danych wzmacniających pierwotne wnioski i przyjrzeć się innym zmianom zachodzącym w naszym politycznym i gospodarczym krajobrazie. W Stanach Zjednoczonych najważniejszym wydarzeniem ostatnich lat była bezwzględna kampania prezydencka z 2012 roku, która skończyła się reelekcją Baracka Obamy, w Europie zaś – dalszy ciąg kryzysu w strefie euro i jego konsekwencje w postaci znaczącego pogłębienia się nierówności społecznych.

Na początku promocyjnej trasy tej książki, w Waszyngtonie, uświadomiłem sobie, jak wielkie skutki miał kryzys w dziedzinie kredytów studenckich. Mnóstwo studentów zwierzało mi się ze swoich dylematów: nie mogli znaleźć pracy, a najlepszym sposobem spożytkowania wolnego czasu – i zwiększenia szans na znalezienie płatnego zajęcia – było dla nich kontynuowanie studiów na wyższym szczeblu. Jednak w odróżnieniu od dzieci z zamożnych rodzin oni musieli płacić za swoje studia z kredytów studenckich. Byli przerażeni wielkością swoich obecnych długów, ponieważ wiedzieli, że ich umorzenie będzie praktycznie niemożliwe, nawet gdyby znaleźli się w beznadziejnej sytuacji materialnej2. Nie chcieli jeszcze bardziej się zadłużać, a przemawiające przez nich rozczarowanie i poczucie beznadziejności były niezwykle przygnębiające. Czarę goryczy przepełniał widok rówieśników z bogatych rodzin, którzy mogli sobie pozwolić na bezpłatne staże dla uatrakcyjnienia swych życiorysów zawodowych. Na takie staże nie stać dzieci zwykłych Amerykanów – one muszą podejmować się każdej dostępnej dorywczej pracy, nawet jeśli nie otwiera przed nimi żadnych perspektyw. Opublikowane po tych rozmowach dane w pełni potwierdziły odczucia studentów. W latach 2005 – 2010 czesne i opłaty za naukę w wyższych szkołach publicznych i na uniwersytetach wzrosły średnio o jedną szóstą3 – co jest zrozumiałe w świetle cięć wydatków przeznaczonych na szkolnictwo4 – a w tym czasie mediana dochodów nadal się obniżała5. (W niektórych stanach, na przykład w Kalifornii, sprawy miały się jeszcze gorzej: w latach 2007/2008 – 2012/2013 skorygowana o wskaźnik inflacji wysokość czesnego w publicznych szkołach wyższych prowadzących studia dwuletnie wzrosła o 104 procent, a w szkołach wyższych oferujących studia czteroletnie – o 72 procent)6. Osiągnięcie sukcesu w takich warunkach wydaje się wręcz niemożliwe.

W całym kraju największe chyba wrażenie na moich słuchaczach wywierały – i budziły największe zdziwienie zagranicznej publiczności – dane pokazujące, że w Stanach Zjednoczonych nie ma możliwości odniesienia sukcesu. Zarówno moi rodacy, jak i obcokrajowcy zakładali po prostu, że to kraj, w którym sukces jest na wyciągnięcie ręki. Jak wynika z przeprowadzonego przez Pew Research Center sondażu, większość Amerykanów – około 87 procent – zgadza się z opinią, że „nasze społeczeństwo powinno zadbać o to, by każdy miał równe szanse na odniesienie sukcesu”7. Za oczywiste uznano jednak, że do tego celu nie dążymy.

Średnio i najmniej zamożni nadal odczuwają skutki kryzysu

Od początku recesji upłynęło już ponad pół dekady. Coraz bardziej zwiększa się deficyt miejsc pracy, czyli różnica między ich faktyczną liczbą a poziomem zatrudnienia w normalnie funkcjonującej gospodarce. Dochody zwykłych Amerykanów są coraz niższe. Gdy gospodarcze spowolnienie się przedłuża, coraz boleśniej odczuwane są nakładające się na siebie skutki trwałych nierówności, braku bezpieczeństwa socjalnego i bardziej drastycznych planów oszczędnościowych.

Najzamożniejszym, rzecz jasna, nadal przychodzi z pomocą Rezerwa Federalna. Wprowadzone przez nią niskie stopy procentowe miały służyć podniesieniu kursów akcji. Ich ceny wróciły dziś do poziomu sprzed kryzysu (choć nadal są niższe, jeśli uwzględnić inflację). Wszyscy, którzy mieli środki i odwagę, by pozostać na rynku, złapali oddech. Pięć procent najbogatszych Amerykanów, w których rękach jest ponad dwie trzecie akcji należących do wszystkich amerykańskich gospodarstw domowych, znów świetnie sobie radzi8. Najbogatsi przez cały czas posiadali lwią część dochodu całego społeczeństwa. Nawet zazwyczaj wychwalający zalety wolnego rynku „The Economist” zauważył, że „[w] Stanach Zjednoczonych udział dochodu narodowego przypadający najbogatszemu 1 promilowi Amerykanów (w przybliżeniu 16 tysiącom rodzin) wzrósł z około 1 procenta w 1980 roku do prawie 5 procent dzisiaj – czyli dziś 1 promilowi najbogatszych Amerykanów przypada w udziale jeszcze więcej niż w tak zwanym pozłacanym wieku (Gilded Age)”9. Warren Buffet, jeden z superbogaczy, który zrozumiał, że skrajne nierówności wyrządzają Ameryce ogromne szkody, jesienią 2012 roku na łamach „New York Timesa” zilustrował te rozbieżności innymi liczbami: 400 najbogatszych Amerykanów w 2009 roku (ostatnim, dla którego amerykański urząd podatkowy dostarczył dane)10 zarabiało w godzinę 97 tysięcy dolarów, co oznacza, że od 1992 roku ich zarobki wzrosły ponad dwukrotnie11.

Średnio zamożni i ubodzy, których większość majątku stanowią ich domy, nie radzili sobie już tak dobrze. Z niedawno opublikowanych danych wynika, że w czasie recesji, od 2007 do 2010 roku, mediana majątku – majątku osób średnio zamożnych – spadła prawie o 40 procent12, do poziomu odnotowanego po raz ostatni na początku lat dziewięćdziesiątych. Akumulacja amerykańskiego majątku trafiła w całości do najbogatszych. Gdyby biedni korzystali z przyrostu majątku Stanów Zjednoczonych w tym samym stopniu co pozostali Amerykanie, zamożność tych pierwszych w ostatnich dwóch dekadach musiałaby wzrosnąć o mniej więcej 75 procent. Dane pokazują również, że ubodzy ucierpieli w ostatnim kryzysie jeszcze bardziej niż średnio zamożni. Przed kryzysem średnia wartość majątku najuboższych 25 procent Amerykanów wynosiła m i n u s 2,3 tysiąca dolarów. Po kryzysie zmniejszyła się ona sześciokrotnie – do minus 12,8 tysiąca dolarów13.

Nic dziwnego, że przedłużająca się dekoniunktura gospodarcza doprowadziła do stałego spadku wynagrodzeń: tylko od 2010 do 2011 roku realna płaca mężczyzn obniżyła się o 1 procent, a kobiet – o 3 procent14. Podobnie zmniejszyły się dochody przeciętnego Amerykanina. Skorygowana o inflację mediana dochodów gospodarstwa domowego w 2011 roku (ostatni rok, z którego mamy dane) wynosiła 50 054 dolary i była niższa niż w 1996 roku (50 661 dolarów)15.

Pokazałem wyżej, że gospodarstwa domowe, których członkowie przeszli tylko niższe szczeble edukacji, radzą sobie jeszcze gorzej i że ich poziom życia w ostatnim czasie wyraźnie się obniżył16.

Te niepokojące tendencje pogłębiania się dochodowych i majątkowych nierówności Amerykanów bledną przy jeszcze bardziej niepokojących danych dotyczących ich zdrowia. W miarę poprawiania się jakości opieki zdrowotnej średnia długość życia w Stanach Zjednoczonych od 1990 do 2000 roku wzrosła przeciętnie o dwa lata. Jednak takiego postępu nie odnotowano wśród najbiedniejszych Amerykanów, a wśród biednych kobiet długość życia wręcz uległa skróceniu17.

Dziś średnia długość życia Amerykanek jest najniższa spośród wszystkich kobiet z krajów rozwiniętych18. Poziom wykształcenia, który często ma związek z wysokością dochodów i pochodzeniem etnicznym, jest istotnym i coraz ważniejszym wskaźnikiem średniej długości życia. Białe nie-Latynoski z wyższym wykształceniem żyją średnio dziesięć lat dłużej niż czarne lub białe kobiety bez dyplomu wyższej uczelni. Średnia długość życia białych nie-Latynosek niemających wyższego wykształcenia spadła w latach 1990 – 2008 o mniej więcej pięć lat19. Tylko nieco mniej dramatycznie przedstawia się sytuacja mężczyzn bez wyższego wykształcenia, których życie w tym samym czasie skróciło się o trzy lata20.

Spadek dochodów i obniżenie się poziomu życia często idą w parze z mnóstwem innych społecznych problemów: niedożywieniem, narkomanią i pogorszeniem jakości życia rodzinnego – a te odbijają się na zdrowiu i długości życia. Dlatego skracająca się średnia długość życia uważana jest za istotniejszy wskaźnik niż dane dotyczące dochodów. W Rosji po upadku żelaznej kurtyny spadły dochody obywateli, ale o tym, w jak trudnej znaleźli się sytuacji, chyba lepiej świadczyły dane pokazujące, że drastycznie skróciła się tam średnia długość życia. Nic dziwnego, że specjaliści z dziedziny opieki zdrowotnej dopatrują się podobieństw między ostatnimi niepokojącymi danymi ze Stanów Zjednoczonych a tym, co stało się wówczas w Rosji. Jak zauważył Michael Marmot, dyrektor londyńskiego Institute of Health Equity (IHE) i główny znawca problematyki związków między wysokością dochodów a zdrowiem, „skrócenie się o pięć lat średniej długości życia białych Amerykanek jest porównywalne z katastrofalnym spadkiem średniej długości życia mężczyzn w Rosji po upadku Związku Radzieckiego, który wynosił siedem lat”21. Różne są poglądy co do przyczyn takich głębokich przemian, ale ważnym czynnikiem (nie dość wyraźnie widocznym w statystykach dotyczących dochodów) jest coraz gorszy dostęp do opieki zdrowotnej wśród najbiedniejszych warstw społeczeństwa22. Zaradzenie temu stanowi rzeczy było jednym z głównych celów reformy systemu ubezpieczeń zdrowotnych prezydenta Obamy (ObamaCare), jednak niedawny wyrok Sądu Najwyższego23 przyznaje stanom prawo do wycofania się z rozszerzonej wersji systemu Medicaid (pomocy medycznej dla osób o niskich dochodach) bez utraty środków z budżetu państwa, co oznacza, że prawdopodobnie znaczna część populacji nadal nie będzie ubezpieczona.

„Debata” o nierównościach

Podróżując po świecie, czytałem recenzje tej książki i podnosiło mnie na duchu, że tak rzadko podawano w wątpliwość jej główne tezy24. Trudno było zaprzeczyć rozmiarom nierówności i brakowi perspektyw na odniesienie sukcesu. Naukowcy jak zwykle zaczęli wysuwać drobne zastrzeżenia: nierówności mogą się wydawać nieco mniejsze, jeśli uwzględnimy programy Medicare, Medicaid i ubezpieczenia zdrowotne opłacane przez pracodawców25. Co prawda zwiększono wydatki na te cele, ale było to podyktowane głównie rosnącymi kosztami opieki medycznej. W każdym razie nie znaczy to, że wzrosły kwoty świadczeń26. Z kolei dane o nierównościach miałyby znacznie gorszy wydźwięk, jeśli uwzględnilibyśmy w nich wzrost niepewności ekonomicznej. Równie trudno było zaprzeczyć, że Stany Zjednoczone nie są już krajem, w którym każdy może przejść drogę od pucybuta do milionera opisywaną przez Horatio Algera w jego powieściach. Nikt też nie próbował obalić twierdzenia, że znaczna koncentracja majątku w rękach najbogatszych jest rezultatem tak zwanej pogoni za rentą (rent seeking), w tym korzyści czerpanych przez monopolistów i wygórowanych zarobków części kadry kierowniczej, zwłaszcza w sektorze finansowym. Jak można było się spodziewać, kilku krytyków (na przykład były przewodniczący Konfederacji Przemysłu Brytyjskiego [Confederation of British Industry, CBI])27 twierdziło, że zbyt mało uwagi poświęciłem czynnikom rynkowym i – co za tym poszło – za bardzo skupiłem się na zjawisku pogoni za rentą. Jak wyjaśniam w tekście, spośród wszystkich czynników powodujących powstawanie nierówności nie da się tak naprawdę wyróżnić jednego, a następnie określić stopnia jego oddziaływania, ponieważ nierówności powstają w wyniku najrozmaitszych powiązanych ze sobą sił. W tej kwestii nie unikniemy różnicy zdań. Jak jednak podkreślam w rozdziale 2, rynki nie funkcjonują w próżni – są kształtowane przez politykę, i to często w sposób przynoszący korzyść najbogatszym. Ponadto, choć zapewne niewiele jesteśmy w stanie zrobić, by zmienić kierunek sił rynkowych, możemy ograniczyć pogoń za rentą. A w każdym razie moglibyśmy, gdybyśmy tylko prowadzili właściwą politykę.

Najbardziej pokrzepiające było dla mnie to, że do dyskusji o nierównościach włączyły się najbardziej konserwatywne czasopisma. „The Economist” w doskonałym raporcie specjalnym zwrócił uwagę, jak bardzo w Stanach Zjednoczonych pogłębiły się nierówności i skurczyły się szanse odniesienia sukcesu, zgodził się z większością moich diagnoz i proponowanych przeze mnie rozwiązań28. Autorzy tego raportu podobnie jak ja zauważyli, że za nierówności w Ameryce – zwłaszcza te związane z szybkim przyrostem zamożności najbogatszych – odpowiadają zyski czerpane z rent29, po czym wysnuli wniosek, że „nierówności osiągnęły poziom, w którym stają się nieefektywne i hamują wzrost”30. Podzielający moje zaniepokojenie brakiem równości szans w Stanach Zjednoczonych autorzy powołali się na badania Seana F. Reardona z Uniwersytetu Stanforda31, które dowodzą, że „różnice w wynikach szkolnych między bogatymi a biednymi amerykańskimi dziećmi są dziś o mniej więcej 30 – 40 procent większe, niż były dwadzieścia pięć lat temu”32. Z tego powodu proponowane przez „The Economist” rozwiązania oprócz „krytyki monopoli i grup interesów” skupiały się na sposobach zwiększenia mobilności ekonomicznej, takich jak „edukacja przedszkolna, a także zwiększenie szans bezrobotnych na przekwalifikowanie zawodowe”33. Dostrzeżono nawet potrzebę wprowadzenia bardziej progresywnego opodatkowania, w tym konieczność „zmniejszenia różnic między stawkami podatkowymi od wynagrodzeń i stawkami podatkowymi od zysków kapitałowych, a także większego nacisku na stworzenie efektywnego systemu podatkowego, który do tej pory jest zasilany przez bogatych w nieproporcjonalnie małej części, między innymi w zakresie podatku majątkowego”.

Bardziej ożywiona dyskusja wywiązała się wokół argumentacji (jasno wyłożonej w książce wydanej niedługo po Cenie nierówności34) będącej kolejnym wariantem ekonomicznej teorii skapywania (trickle-down economics), czyli spływania korzyści w dół. W tej nowej wersji starego mitu bogaci tworzą miejsca pracy, więc jeśli dać im więcej pieniędzy, pracy będzie więcej.

Paradoks polega na tym, że autor wspomnianej książki, podobnie jak popierany przez niego kandydat na prezydenta, pracował w prywatnym funduszu kapitałowym znanym z hołdowania modelowi biznesowemu, na który składały się przejęcia spółek, kumulowanie długów, a także „restrukturyzacje” w postaci grupowych zwolnień i próby sprzedaży własnych udziałów niedługo przed bankructwem firmy. Oczywiście w gospodarce działają również prawdziwi innowatorzy tworzący miejsca pracy, ale nawet firma będąca symbolem amerykańskiego sukcesu, czyli Apple, której rynkowa wartość w 2012 roku przewyższała wartość General Motors u szczytu powodzenia, zatrudniała w Stanach Zjednoczonych tylko 47 tysięcy pracowników35. W zglobalizowanym świecie tworzenie wartości rynkowej stało się czymś zupełnie niezależnym od tworzenia miejsc pracy. Nie było żadnego powodu, by twierdzić, że większe pieniądze dane bogatym Amerykanom przełożą się na wzrost poziomu inwestycji w Stanach Zjednoczonych: pieniądze idą tam, gdzie jest perspektywa największej rentowności, a przy kryzysowej sytuacji w USA rentowność inwestycji jest zwykle większa na rynkach wschodzących. A nawet jeśli firmy inwestują w Stanach Zjednoczonych, to nie musi się z tym wiązać tworzenie nowych miejsc pracy. Wiele z tych inwestycji jest podejmowanych z zamiarem likwidacji miejsc pracy, a więc polega na kupowaniu maszyn, które mają zastąpić siłę roboczą.

Uderzające jest to, że w okresie największego rozkwitu niczym nieskrępowanego kapitalizmu, czyli w pierwszych latach naszego wieku, kiedy nierówności pogłębiane przez szybkie bogacenie się najbogatszych osiągnęły rozmiary niespotykane w historii, nie tworzono ż a d n y c h miejsc pracy w sektorze prywatnym. A jeśli pominiemy budownictwo żywiące się bańką spekulacyjną na rynku nieruchomości, dane te przedstawiają się jeszcze gorzej.

Nie dość, że pieniądze spływające do najbogatszych nie są przeznaczane na tworzenie nowych miejsc pracy i innowacje, to jeszcze części z nich używa się do psucia polityki, zwłaszcza w tej nowej, zapoczątkowanej przez organizację Citizens United, epoce niekontrolowanych wydatków na kampanie wyborcze. Okazało się bowiem ponad wszelką wątpliwość, że bogactwo jest powszechnie wykorzystywane do zdobywania przewagi w pogoni za rentą i do utrwalania nierówności przy użyciu środków politycznych. W niniejszej przedmowie opiszę kilka jaskrawych przykładów pogoni za rentą, które wyszły na jaw tylko w jednym roku.

Ten sam stary mit, że powinniśmy cieszyć się z bogactwa najbogatszych, ponieważ wszyscy na nim korzystamy, służy utrzymaniu niskich podatków od zysków kapitałowych. Jednak większość z tych zysków pochodzi nie z tworzenia miejsc pracy, ale ze spekulacji takiego czy innego rodzaju. Niektóre z nich wpływają na rynki destabilizująco – i właśnie one przyczyniły się do kryzysu gospodarczego, przez który tak wielu ludzi straciło pracę.

Kampania prezydencka

W czasie kampanii rzadko padało słowo „nierówności”. Nieobecność tej kwestii mogła wydawać się zaskakująca – zwłaszcza że dzięki ruchowi Occupy Wall Street tak wiele mówiło się o „1 procencie” – gdybyśmy zapomnieli, że przeważająca część z dwóch miliardów dolarów, jakie dwie konkurujące ze sobą partie zebrały na tę kampanię, pochodziła od najbogatszego 1 procenta, a to znaczyło, że bogacze mogliby poczuć się urażeni taką dyskusją. Jednak tuż pod powierzchnią zdarzeń ropiała coraz głębsza rana dzielących Amerykę nierówności. Gdy demokraci mówili o wspieraniu klasy średniej, chcieli przez to powiedzieć, że gospodarka nie służy większości z nas i że tylko najbogatsi korzystają ze wzrostu PKB. Istotą i celem każdego programu gospodarczego skupiającego się na klasie średniej jest zapewnienie równiejszego udziału wszystkich warstw społecznych w dobrobycie. A to oznacza zatrzymanie i odwrócenie obecnego trendu pogłębiania się nierówności.

Kwestia nierówności była w kampanii wyborczej najżywiej dyskutowana bodajże po tym, jak Mitt Romney stwierdził, że 47 procent Amerykanów nie płaci żadnych podatków dochodowych i żyje na koszt państwa36. Ta wypowiedź, wygłoszona w Boca Raton na Florydzie na wystawnej imprezie (bilet wstępu kosztował 50 tysięcy dolarów), z której dochód był przeznaczony na kampanię, wywołała prawdziwą burzę. Paradoks polega na tym, że właśnie ludzie tacy jak Romney są tak naprawdę największymi pasożytami: podatki, jakie płaci on od swojego d e k l a r o w a n e g o dochodu (14 procent w 2011 roku), są znacznie niższe niż podatki płacone przez ludzi o zdecydowanie mniejszych dochodach.

Słowa Romneya odzwierciedlają poglądy wielu Amerykanów, nie tylko wąskiej grupy najbogatszych. Wielu ciężko pracujących ludzi uważa, że są wykorzystywani, bo ich podatki są przeznaczane na ratowanie bogatych bankierów lub na świadczenia socjalne dla osób niemających zamiaru pracować. Obywatele płacący podatki uważają się za „ofiary” i to przyczyniło się do popularności Tea Party opowiadającej się za ograniczeniem roli państwa. Chyba najsilniejszy wpływ na szybki rozwój tego ruchu miały olbrzymie prezenty, jakie rząd ofiarowywał bankom i bankierom. Państwo zdecydowało się interweniować, żeby ratować tych, którzy wywołali kryzys, ale zrobiło niewiele, by pomóc jego ofiarom. Członkowie Tea Party i sympatyzujące z nią środowiska mieli powody do oburzenia, ale ich diagnoza była błędna: bez państwa zwykli ludzie jeszcze mocniej odczuliby skutki kryzysu, a banki wykorzystałyby ich z jeszcze większą bezwzględnością. Owszem, państwo nie zrobiło tego, co należało, aby zapobiec kryzysowi i ukrócić nadużycia banków – czy też aby ożywić gospodarkę lub pomóc tym, którzy najmocniej ucierpieli wskutek złej koniunktury gospodarczej – jednak zważywszy na nierównowagę, jaka panuje w amerykańskiej polityce, chyba bardziej niezwykłe jest to, co udało się zrobić.

Romney powielił w swej wypowiedzi cały szereg powszechnie powtarzanych nieporozumień. Po pierwsze, ci, którzy nie płacą podatku dochodowego, płacą wiele innych podatków, w tym podatek od wynagrodzeń, obrotowy, konsumpcyjny i majątkowy37. Po drugie, wielu z pobierających świadczenia płaciło za nie w postaci odliczanych od podatku od wynagrodzeń składek na ubezpieczenia społeczne i Medicare. Ci ludzie nie dostają niczego za darmo. Powinniśmy pamiętać, w jakim celu wprowadzono te programy: zanim pojawiły się Medicare i Social Security, sektor prywatny pozostawiał starszych ludzi samym sobie, właściwie nie istniał rynek ubezpieczeń emerytalnych i rentowych, a seniorzy nie mieli dostępu do ubezpieczenia zdrowotnego. Nawet dziś sektor prywatny nie zapewnia takiego wsparcia jak system ubezpieczeń społecznych, dający także ochronę przed niestabilnością rynku i inflacją. Przy tym koszty transakcyjne ubezpieczeń społecznych są wyraźnie niższe niż te same koszty w sektorze prywatnym. Ponadto wielu z otrzymujących świadczenia od państwa, a niepłacących za nie, to ludzie młodzi, którzy z pewnością nie mogą sobie pozwolić na, powiedzmy, pokrywanie z własnej kieszeni kosztów wykształcenia. A wydatki ponoszone na młodych są inwestycją w przyszłość kraju.

Efektywny system ochrony socjalnej to istotny element każdego nowoczesnego społeczeństwa. Rynek nie zapewnił odpowiednich zabezpieczeń na przykład osobom bezrobotnym czy niepełnosprawnym. Tę lukę próbuje wypełnić państwo. Jednak otrzymujący świadczenia zwykle za nie płacili, bezpośrednio lub pośrednio, w postaci składek, które sami lub przez pracodawców odprowadzali na fundusze ubezpieczeniowe. Pomijając powszechne prawo do korzystania z programów dofinansowywanych z własnej kieszeni, dzięki ochronie socjalnej społeczeństwo staje się bardziej produktywne. Ludzie decydują się na bardziej zyskowne i odważne przedsięwzięcia, jeśli wiedzą, że mają jakieś zabezpieczenie na wypadek niepowodzenia. Między innymi z tego powodu niektóre gospodarki o lepszej ochronie socjalnej rozwijają się szybciej niż gospodarka Stanów Zjednoczonych – i tak działo się również w czasie ostatniej recesji.

Wielu ludzi znajdujących się na dole drabiny społecznej – których życie w bardzo dużym stopniu zależy od państwowej pomocy – znalazło się tam po części dlatego, że państwo w ten czy inny sposób nie wywiązało się ze swojego zadania. Nie dało im szansy zdobycia umiejętności, dzięki którym staliby się produktywni i mogli na siebie zarobić. Nie przeszkodziło bankom w wykorzystywaniu tych osób za pomocą lichwiarskich kredytów i przekrętów z kartami kredytowymi. Pozwoliło, by komercyjne uczelnie nieuczciwie wykorzystywały ich nadzieje na osiągnięcie sukcesu dzięki wykształceniu. I nie pokierowało gospodarką tak, by wspierać pełne zatrudnienie.

Wreszcie, najbogatsi próbowali przekonać opinię publiczną, że w dyskusji o nierównościach chodzi tylko o „redystrybucję”, o zabieranie jednym i dawanie drugim, albo – jak by to powiedział Romney – o zabranie pieniędzy ludziom tworzącym miejsca pracy i rozdawanie ich pasożytom. Nie na tym to jednak polega. Część dzisiejszych problemów Stanów Zjednoczonych wynika bowiem z tego, że zbyt wielu bardzo bogatych Amerykanów nie chce wnosić należytego wkładu w dobra publiczne, które są konieczne do prawidłowego funkcjonowania naszego społeczeństwa i naszej gospodarki. Można się spierać o znaczenie słowa „należyty”, ale gdy najbogatsi płacą niższy procent podatku od swoich dochodów niż ludzie zarabiający od nich znacznie mniej, jest to bez wątpienia niesprawiedliwe38.

Choć niewielu zwolenników prawicy próbowało podważać powszechnie dziś akceptowany pogląd, że nierówności źle wpływają na gospodarkę, często krytykowano mnie za to, że moja książka kładzie za mocny nacisk na e k o n o m i c z n e aspekty nierówności (co, zważywszy na mój zawód, nie powinno chyba nikogo zaskakiwać). Twierdziłem w niej nie tylko, że gdyby nierówności były mniejsze, gospodarka jako taka byłaby w lepszej kondycji, ale także że lepiej wiodłoby się wówczas najbogatszym. Leży to w ich dobrze rozumianym interesie39. Stawiano mi jednak zdecydowany zarzut, przede wszystkim w dyskusji, jaka wywiązała się po mowie wygłoszonej przeze mnie w Union Theological Seminary, że przyjąłem zbyt wąską perspektywę. Po moim wystąpieniu głos zabrał Cornel West.

Jego rozumowanie było następujące: wielkie ruchy w Ameryce – abolicjonizm, ruch na rzecz praw obywatelskich, feminizm, ruch przeciw homofobii – nie odwoływały się do argumentu, że musimy pamiętać o dobrze rozumianym interesie własnym. Gdyby czarnym Amerykanom przyświecałoby takie hasło, do dziś uprawialibyśmy politykę segregacji rasowej. W tych ruchach chodziło o coś innego. Ujawniały się w nich głębokie siły moralne, duchowe, czerpiące z narracji o narodzie, o jego tożsamości, o tym, co to znaczy być człowiekiem, o naszych związkach z innymi państwami. Jaki sens ma wspominanie o „dobrze rozumianym interesie własnym”, jeśli u podstawy tego określenia nie będą leżały wielkie narracje o sztuce życia, miłości i służeniu innym?

West chciał, jak sądzę, powiedzieć, że skuteczne rozwiązanie kwestii nierówności powinno opierać się nie na idei interesu własnego, ale w s p ó l n o t y – rozumianej zarówno jako środek do osiągnięcia dobrobytu, jak i cel sam w sobie. W pełni się z tym zgadzam. Tworzymy przecież wspólnotę, a we wszystkich wspólnotach pomaga się tym, którzy są w gorszym położeniu. Jeśli nasz system gospodarczy powoduje, że tak wielu ludzi pozostaje bez pracy lub pracuje za pensję niepozwalającą na zaspokojenie podstawowych potrzeb i jest zmuszonych do korzystania z państwowych zasiłków żywnościowych, to znaczy, że system nie działa tak, jak powinien, i że wymaga interwencji państwa.

To prawda, nasze społeczeństwo jest podzielone. Ale linia tego podziału nie przebiega tak, jak zarysował ją Romney – między pasożytami a całą resztą. Biegnie ona raczej między osobami (wśród nich jest także wielu przedstawicieli najbogatszego 1 procenta) świadomymi, że jedynym sposobem osiągnięcia trwałego dobrobytu jest dobrobyt wspólny, a niepodzielającymi tego poglądu; między zdolnymi do empatii wobec innych, znajdujących się w trudnej sytuacji, a jednostkami takiej empatii pozbawionymi.

Nawet jeśli byłoby prawdą, że 47 procent społeczeństwa składa się z pasożytów, znaczyłoby to, że w naszym kraju źle się dzieje. W każdej zbiorowości są czarne owce, ale większość ludzi z natury chce dołożyć swoją cegiełkę na rzecz wspólnoty, chce pracy, która ma sens, „godnej pracy”40. Jeśli jednak kraj nie zapewnia znacznej części populacji wykształcenia, które pozwoliłoby jej zarobić na godne życie, jeśli pracodawcy nie płacą pracownikom godziwej pensji, jeśli społeczeństwo daje tak niewielkie szanse awansu, że wielu prowadzi do wyalienowania i zniechęcenia, to takie społeczeństwo i jego gospodarka nie mogą dobrze funkcjonować.

Oczywiście nikogo nie powinno specjalnie dziwić, że część najbogatszych Amerykanów propaguje ekonomiczną bajkę, jakoby na ich dalszym wzbogaceniu się mieli skorzystać wszyscy pozostali. Dość zaskakujące jest jednak to, że tak skutecznie udało im się o prawdziwości tej bajki przekonać tak wielu rodaków.

Kampania prezydencka całkowicie potwierdziła moje obawy, że istnieje głęboki związek między nierównością ekonomiczną a nierównością polityczną. Dowodzą tego niedawne wyroki sądowe, przyznające Specjalnym Komitetom ds. Działalności Politycznej (tak zwanym Super PACs, Political Action Committees), które 80 procent swych pieniędzy zebrały od 200 bardzo bogatych ofiarodawców41, prawo do sięgania po większe zasoby finansowe na cele polityczne i do niekontrolowanych wydatków na kampanie. W czasie ostatniej w wielu stanach na rozmaite sposoby starano się ograniczać prawa wyborcze części obywateli42. Jednak wynik wyborów był promykiem nadziei – dałem jej wyraz w zakończeniu niniejszej książki: staliśmy się świadkami gwałtownego sprzeciwu osób, które usiłowano pozbawić praw wyborczych i które w ogromnej liczbie poparły prezydenta Obamę i demokratów. Porażka strategii kupowania wyborów pozwalawała też ufać, że zostanie przecięty węzeł łączący siłę dolarów z politycznymi i ekonomicznymi nierównościami.

Perspektywa globalna

Krótko po ukazaniu się tej książki w Stanach Zjednoczonych trafiła ona do księgarń w Wielkiej Brytanii i została przetłumaczona na języki francuski, niemiecki, hiszpański, japoński i grecki. Nierówności, zwłaszcza te pogłębiające się przez szybkie bogacenie się najbogatszych, budzą coraz większe zaniepokojenie niemal na całym świecie – spowolnienie gospodarcze prawie wszędzie pogorszyło sytuację ludzi, głównie warstw średnio zamożnych i ubogich. Jednak w każdym kraju debata skupiała się na innych problemach. Na przykład Wielka Brytania cieszyła się wątpliwą sławą najlepszego naśladowcy modelu amerykańskiego. Trzydzieści lat temu nierówności w tym kraju w porównaniu do innych państw rozwiniętych utrzymywały się na średnim poziomie. Dziś pod tym względem kraj ten ustępuje tylko Stanom Zjednoczonym. W pogłębieniu się nierówności prawdopodobnie jeszcze większą rolę niż po drugiej stronie Atlantyku odegrał tam sektor finansowy.

Skandale wybuchające od początku tego stulecia wokół globalnych rynków finansowych są coraz głośniejsze, a w kilku wypadkach Londyn jest ich główną scenerią. Stawka LIBOR (London Interbank Offered Rate, londyńska międzybankowa stopa procentowa) odgrywa decydującą rolę w ogromnej liczbie kontraktów na łączną kwotę około 300 – 350 bilionów dolarów w postaci instrumentów pochodnych i setek miliardów w kredytach hipotecznych. Powiązanie spłaty odsetek ze stawką LIBOR pozwalało na dokonywanie automatycznych korekt w miarę spadku lub wzrostu stóp procentowych. Uważano, że dzięki temu rynki finansowe są bardziej efektywne. I byłaby to prawda, gdyby LIBOR, jak utrzymywano, był obiektywną, realną wartością odzwierciedlającą faktyczne oprocentowanie pożyczek międzybankowych. Ale tak nie było. Powinno się to stać oczywiste, gdy w 2007 roku banki przestały sobie udzielać pożyczek. Bankierzy wiedzieli, że ich instytucje znalazły się tarapatach, wiedzieli, że nie są w stanie ustalić, jaka jest kondycja ich własnych banków, nie wspominając o rozeznaniu się w kondycji konkurencji. Jeśli banki nie pożyczały sobie środków, to jaki sens mogła mieć Londyńska Międzybankowa Stopa Procentowa? Mówiąc wprost, była to fikcja, wyssana z palca liczba, na której opierała się większość zachodnich rynków finansowych.

Gdy śledczy uważniej przyjrzeli się stawkom LIBOR, przekonali się, że były one fałszowane na długo przed załamaniem się rynków. Banki manipulowały liczbami – niekiedy, by więcej zarobić na łatwowiernych kontrahentach, innym razem, by przekonać rynek, że są w lepszym stanie, niż były w istocie: tak dobrej, że mogą pożyczać od innych na bardzo niski procent. Co jeszcze bardziej niezwykłe, po ujawnieniu tego skandalu LIBOR nadal jest w użyciu i nadal się nim manipuluje. Nawet jeśli „rynek” pokazuje, że ryzyko bankructwa banku znacznie wzrosło, to ten bank nadal będzie utrzymywał, że może pożyczać od innych według zasadniczo niezmienionego oprocentowania. Prawie na pewno będzie więc mijał się z prawdą.

Jeśli Londyn stał się stolicą światowej finansowej pogoni za rentą, to Hiszpania skupiła na sobie uwagę z zupełnie innych powodów. Przez dekady poprzedzające kryzys kraj opierał się globalnym tendencjom. W tym czasie zmniejszyła się tam skala rozwarstwienia zarobków. Jednak Hiszpania bardzo mocno odczuła załamanie się światowej gospodarki. Dziś z pełnym przekonaniem można powiedzieć, że przy bezrobociu sięgającym 25 procent, a wśród młodych przekraczającym 50 procent, znajduje się w głębokim kryzysie. Tamtejsza sytuacja dobrze ilustruje dwa zagadnienia. Pierwsze to związek między nierównością a recesją/kryzysem. Gdy zła koniunktura utrzymywała się tam przez dłuższy czas, wzrosło bezrobocie. A gdy wzrasta bezrobocie, obniżają się płace (skorygowane o inflację), co z kolei osłabia popyt – w ten sposób powstaje błędne koło, którego działanie opiszę w rozdziale 3.

Do tej wybuchowej mieszanki doszedł jeszcze jeden składnik. Jak zawsze, gdy spada PKB (w chwili publikacji tej książki PKB Hiszpanii utrzymywało się poniżej poziomu z 2007 roku) i wzrasta bezrobocie, nieuchronnie spadają wpływy podatkowe i wzrastają wydatki na programy socjalne. Wzrasta deficyt. W takiej sytuacji państwa, chcąc zwiększyć konkurencyjność swej gospodarki, na ogół osłabiają kurs waluty krajowej i obniżają stopy procentowe. Będący skutkiem tych obniżek wzrost eksportu ma się przełożyć na ożywienie gospodarcze. Przyjmując euro, Hiszpania pozbyła się tych ważnych narzędzi; co uderzające, państwa strefy euro nie stworzyły narzędzi politycznych, które zastąpiłyby te tradycyjne mechanizmy korygujące.

Problemy strefy euro ujawniły się, co prawda, najpierw w Grecji, ale do listy krajów w tarapatach wkrótce dołączyły także Irlandia, Portugalia, Hiszpania, Cypr i Włochy. Długość tej listy powinna wszystkim uświadomić, że nie chodzi tu o jedno państwo, które „zeszło na złą drogę”. Kryzys miał podłoże systemowe. Diagnoza europejskich przywódców była zasadniczo błędna, a podjęte niewłaściwe środki zaradcze przyczyniły się do pogorszenia sytuacji. Zarysowane powyżej wątki są głównymi tematami rozdziałów 3 i 9 niniejszej książki. Polityka makroekonomiczna – w tym pieniężna – również została w znacznym stopniu zideologizowana w myśl wolnorynkowego fundamentalizmu służącego interesom najbogatszych, często kosztem całej reszty społeczeństwa.

Europejscy przywódcy skupili się na rozrzutności i zupełnie pomijali fakt, że dwa z mocno dotkniętych kryzysem krajów, to jest Hiszpania i Irlandia, przed kryzysem miały nadwyżki budżetowe. To pogorszenie się koniunktury gospodarczej doprowadziło do deficytów budżetowych, nie odwrotnie. Jednak receptą na rozrzutność finansową państwa miały być oszczędności – mimo że dotąd nie odnotowano przypadku, by jakiś kraj wyszedł z kryzysu dzięki zaciskaniu pasa. O ile wzrost eksportu nie zrównoważy ograniczenia wydatków publicznych, to programy oszczędnościowe doprowadzą do wzrostu bezrobocia. Ale kraje pogrążone w kryzysie nie mogły korygować swego kursu walutowego, a w warunkach globalnego spowolnienia gospodarczego trudno o zwiększenie eksportu. Skutki były łatwe do przewidzenia: gospodarki państw, które weszły na ścieżkę oszczędzania – czy to dobrowolnie, jak Wielka Brytania, czy też pod przymusem, co stało się udziałem większości krajów strefy euro – odnotowały jeszcze większe spowolnienie, a w miarę pogarszania się koniunktury rosło tam rozczarowanie, bo nie następowała oczekiwana poprawa sytuacji finansowej.

Bankierzy i, jak się zdaje, chętnie usługujący im przywódcy polityczni wiedzieli, jak stworzyć system finansowy, w którym będzie można podejmować nadmierne ryzyko, manipulować rynkami i stosować oszukańcze praktyki, nie bardzo jednak orientowali się, jak stworzyć system finansowy, który spełniałby swoje podstawowe funkcje. Zasady „wolnego rynku” sprawiły, że w Europie kapitał łatwo przemieszczał się ponad granicami krajów. Twierdzono, że dzięki temu gospodarka będzie lepiej działać, ale bankierzy i przywódcy polityczni zapomnieli, jak ważne są szczegóły. Banki zawsze otrzymywały pośrednią pomoc finansową od państw – co było wyraźnie widoczne w czasie kryzysu z 2008 roku, gdy kolejne rządy, uruchamiając ogromne środki, ratowały kolejne banki. Zaufanie do systemu bankowego danego kraju zależy od siły przekonania, że jego rząd będzie zdolny i skłonny do udzielenia swym bankom pomocy finansowej. Jednak gdy kraj osłabiają trudności gospodarcze, słabnie jego zdolność do wspierania banków, i to w chwili, gdy takie wsparcie jest najbardziej potrzebne. Wtedy nieuchronnie spada zaufanie do krajowego systemu bankowego. Zasady przyjęte w Europie ułatwiały odpływ pieniądza z kraju – co prowadziło do pogorszenia koniunktury i dodatkowo podważało zaufanie do systemu bankowego, a to z kolei jeszcze bardziej spowalniało gospodarkę. Doskonałym przykładem takiej sytuacji jest Hiszpania: po pęknięciu bańki na rynku nieruchomości i wprowadzeniu programów oszczędnościowych osłabienie zaufania do systemu bankowego tego kraju było tylko kwestią czasu. Problemy pogłębiały się, w miarę jak coraz częściej mówiono o wystąpieniu Hiszpanii ze strefy euro. Właściwe zarządzanie w sytuacji ryzyka dla wielu znaczyło przeniesienie pieniędzy z banków hiszpańskich do niemieckich, ponieważ dawało to większe szanse na odzyskanie pieniędzy – i to odzyskanie ich w euro, a nie w jakiejś nowej, zdewaluowanej walucie. Pytanie brzmiało nie czy, ale kiedy pieniądze zaczną z Hiszpanii odpływać. Ale gdy wycofywano środki z systemu bankowego, banki stawały się coraz słabsze, mniej pożyczały, zaostrzyły się restrykcje kredytowe i zarówno skutki oszczędności, jak i kredytowych obostrzeń odbiły się negatywnie na gospodarce – oto kolejne błędne koło. Twórcy euro powołali do istnienia system wysoce niestabilny, ale ich następcy nie zrozumieli powagi sytuacji. Mówili o potrzebie ustanowienia wspólnego systemu bankowego, ale skupiali się na projekcie wspólnych regulacji, a nie na przykład na systemie ubezpieczenia depozytów, dzięki któremu można by zahamować odpływ pieniądza.

W chwili gdy ukazuje się ta książka, niepewność w strefie euro trwa – już ponad trzy lata po ujawnieniu się problemów. W Europie odbyło się mnóstwo spotkań i podjęto niezliczone inicjatywy, jedne radykalne, inne o charakterze kosmetycznym. Niektóre z nich uspokoiły rynki i doprowadziły do obniżenia stóp procentowych na kilka tygodni, oddziaływanie innych było jeszcze bardziej krótkotrwałe. W książce tej nie przedstawiam recepty dla Europy, przepisu na to, jak wyciągnąć z kryzysu Hiszpanię i inne kraje. Jej tematem są nierówności i to, jak poważne wady polityk gospodarczych – opartych na błędnych teoriach ekonomicznych i ideologiach – doprowadziły do pogłębienia się nierówności po obu stronach Atlantyku. Powyżej mieliśmy okazję przyjrzeć się, jak głębokie różnice ekonomiczne dzielą Stany Zjednoczone. Ale sytuacja w wielu częściach Europy jest pod tym względem jeszcze gorsza. Wprowadzone tam programy oszczędnościowe doprowadziły nie tylko do gwałtownego wzrostu bezrobocia i spadku poziomu wynagrodzeń43, ale także do drastycznych cięć w sektorze usług publicznych, i to w chwili, gdy są one najbardziej potrzebne. Na przykład w Grecji brakuje leków ratujących życie – z takim problemem można się spotkać tylko w najbiedniejszych krajach rozwijających się. Zdolni do pracy chwytają się każdego dostępnego zajęcia, nawet jeśli jest ono niezgodne z ich przygotowaniem zawodowym i nie spełnia ich aspiracji. Wielu spośród tych, którzy nie mogą znaleźć pracy, głównie ludzie młodzi, wyjeżdża z kraju i pozostawia w nim rodziny. Wiele krajów traci przez to najbardziej utalentowanych ludzi.

Należący do najzamożniejszego 1 procenta w większości wyszli z kryzysu bez szwanku – przynajmniej na razie. Mogą to zmienić pojawiające się pod koniec 2012 roku propozycje zmian politycznych, jak dyskutowany we Francji projekt podniesienia podatków dla najbogatszych. Bernard Arnault, najbogatszy Francuz, postanowił ubiegać się o belgijskie obywatelstwo, co powszechnie odczytano jako próbę ucieczki od zobowiązań podatkowych. Przy panującej w Europie dużej swobodzie przemieszczania się i nieujednoliconym systemie podatkowym, ludzie bogaci stosunkowo łatwo mogą przenieść się tam, gdzie będą płacić niskie podatki. Przy pełnej mobilności siły roboczej i braku harmonizacji systemów podatkowych pojawia się zachęta do równania w dół: systemy prawne rywalizują, starając się przyciągnąć do siebie milionerów i dochodowe korporacje dzięki obniżaniu podatków. Rywalizacja podatkowa ogranicza zdolność krajów do przyjęcia polityki progresywnego opodatkowania i do „korygowania” coraz większych nierówności w dystrybucji rynkowej.

Choć siły rynkowe działają wszędzie, to dzieje się to na bardzo różne sposoby. Japonia stanowi przykład kraju, który przez dłuższy czas szybko się rozwijał, zachowując jednocześnie wysoki stopień równości społecznej. Odkąd w 1989 roku pękła tam bańka spekulacyjna, kraj rozwija się bardzo wolno, ale mimo to udało mu się uniknąć wysokiego bezrobocia i ograniczyć wzrost nierówności, tak charakterystyczny dla innych krajów rozwiniętych.

Mimo że kilka innych krajów rozwiniętych może się pochwalić – przynajmniej w dziedzinie łagodzenia nierówności – lepszymi wynikami niż Stany Zjednoczone, to rządzący nimi nie powinni popadać w samozachwyt. Osiągnięte na pewien okres powodzenie nie gwarantuje powodzenia w przyszłości. Choć w Japonii nierówności nadal są wyraźnie mniejsze, a w Europie nieco mniejsze niż w Stanach Zjednoczonych, to wciąż się one pogłębiają – tak jak pogłębiają się za Atlantykiem. Czy w tych krajach zapanują takie nierówności, jakie dzieliły społeczeństwa przed II wojną światową? Ta książka zawiera zbiór istotnych ostrzeżeń i rad, jak temu zapobiec, przeznaczonych także dla krajów naznaczonych mniejszymi nierównościami niż Japonia. Władze tego państwa nie powinny zakładać, że uda się im utrzymać wcześniejszą pozytywną tendencję tworzenia równiejszego i bardziej sprawiedliwego społeczeństwa i gospodarki. Powinny wziąć sobie do serca widoczny w kraju wzrost nierówności i zdać sobie sprawę z ich społecznych, politycznych i ekonomicznych konsekwencji.

Japonia i wiele krajów Europy, w jeszcze większym stopniu niż Stany Zjednoczone, zmagają się z problemami wielkiego zadłużenia i starzenia się społeczeństw. Państwa te mogą odczuwać pokusę ograniczenia inwestycji w dobro wspólne lub okrojenia systemu ochrony socjalnej. Taka polityka zagrażałaby jednak podstawowym wartościom społecznym i perspektywie rozwoju gospodarczego.

Do dyspozycji rządów są środki polityczne, które jeśli zostaną użyte, przyspieszą wzrost gospodarczy i ograniczą nierówności, przyczyniając się do tworzenia wspólnego dobrobytu. Dla Japonii i Europy, tak jak dla Stanów Zjednoczonych, kwestia ta ma w większym stopniu charakter polityczny niż ekonomiczny. Czy uda się im powściągnąć zapędy „rentierów” i powstrzymać ich pogoń za realizacją partykularnych interesów, co nieuchronnie szkodzi gospodarce jako takiej? Czy rządzący zdołąją zaproponować obywatelom umowę społeczną na miarę XXI wieku, zapewniającą sprawiedliwy podział owoców wzrostu gospodarczego? Odpowiedzi na te pytania zadecydują o przyszłości Japonii i Europy.

Wyzwania stojące przed krajami rozwijającymi się są bodaj jeszcze większe. W historii wczesne stadia rozwoju często charakteryzowały się znacznym wzrostem nierówności, gdy pewne części kraju rozwijały się szybciej niż inne, pewne jednostki miały lepsze, a inne gorsze możliwości, by stawić czoła wyzwaniom modernizacji44. Taki proces jest oczywiście widoczny w Chinach, jednak z pewnością można by go odwrócić. Na przykład w Brazylii udało się ograniczyć nierówności dzięki inwestycjom w szkolnictwo i programy pomocy dla biednych, zwłaszcza dla dzieci z ubogich rodzin.

W tych i innych krajach rozwijających się zmiany poziomu nierówności wynikają z obowiązujących międzynarodowych reguł gry. Są one poza kontrolą poszczególnych państw. Także na tym poziomie jest to kwestia w znacznej mierze polityczna, a nie wyłącznie gospodarcza – chodzi o międzynarodowe zasady rządzące globalizacją. Gdy pozwalają one bogatym krajom na dofinansowanie bogatych farmerów, ceny żywności na świecie zostają zaniżone, a cierpi na tym wielu najbiedniejszych rolników z ubogich krajów. Gdy rządy wielu krajów rozwiniętych gospodarczo nie chcą narzucić bankom odpowiednich regulacji i nie potrafią właściwie pokierować polityką makroekonomiczną, negatywne skutki ich zaniechań odbijają się na krajach rozwijających się i rynkach wschodzących. A tam najwyższą cenę płacą za to zwykle najbiedniejsi. W chwili, gdy ta książki zostaje oddana do druku, dzieje się tak po raz kolejny w sytuacji globalnego spowolnienia gospodarczego, które rozpoczęło się finansowym kryzysem w Stanach Zjednoczonych w 2008 roku, a znalazło dalszy ciąg w kryzysie strefy euro.

Kilka refleksji końcowych

Kiedy zeszliśmy na złą drogę?

Ludzie często pytają mnie, kiedy zeszliśmy na złą drogę. Gdybym miał wskazać konkretny moment, w którym wkroczyliśmy na ścieżkę pogłębiania się nierówności, to jakie byłoby to wydarzenie?

Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi, ale punktem zwrotnym w historii Stanów Zjednoczonych jest zapewne wybór Ronalda Reagana na urząd prezydencki. Bieg wypadków przyspieszyły deregulacja sektora finansowego i ograniczenie progresywności systemu podatkowego. Deregulacja doprowadziła do nadmiernej finansjalizacji gospodarki – osiągnęła ona taki stopień, że w przeddzień kryzysu z 2008 roku 40 procent wszystkich zysków korporacji pochodziło z sektora finansowego. Niestety następcy Reagana podążali tą samą ścieżką. Kontynuowali także jego politykę obniżania podatków najbogatszym. Najpierw najwyższa stawka została obniżona z 70 do 28 procent (za Reagana). W 1993 roku Bill Clinton podniósł ją do 39,6 procent, a później, w trakcie kadencji George’a W. Busha, znów została obniżona, tym razem do 35 procent. Jednak w 1997 roku, za prezydentury Clintona, obniżono opodatkowanie różnych form dochodów, nieproporcjonalnie wysokich w przypadku najbogatszych (ponad połowa zysków kapitałowych trafia do kieszeni 1 promila najbogatszej części społeczeństwa), do 20 procent, a później do 15 procent w czasie kadencji George’a W. Busha45. Oprocentowanie obligacji komunalnych – tej kolejnej namiętności bogaczy – w ogóle nie jest opodatkowane. W rezultacie 400 obywateli o najwyższych dochodach zapłaciło w 2009 roku średni podatek w wysokości zaledwie 19,9 procent46. W rezultacie efektywna stawka podatku dochodowego obowiązująca najbogatszy 1 procent Amerykanów wynosi nieco powyżej 20 procent, czyli jest niższa od stawki, jakiej podlegają ci o skromniejszych dochodach.

Złamanie przez Reagana strajku kontrolerów lotów w 1981 roku często wymienia się jako decydujący moment procesu osłabiania związków zawodowych, co jest jedną z przyczyn, dla których tak źle wiedzie się pracownikom w ostatnich dekadach. Wynika to także z innych przyczyn – Reagan propagował liberalizację handlu. Jednak nawet gdyby on i jego następcy nie wspierali otwarcia rynków, niższe koszty transportu i komunikacji zwiększyłby konkurencję pochodzącą z zagranicy. Wzrost nierówności można po części przypisać globalizacji i praktyce zastępowania pracowników nisko wykwalifikowanych nowymi technologiami oraz outsourcingiem siły roboczej.

Specyfiką Stanów Zjednoczonych jest zdumiewająco szybki wzrost dochodów 1 procenta najbogatszych i 0,1 procenta najzamożniejszych, a także większe ubóstwo wśród osób z najniższych szczebli drabiny społecznej. Zjawiska te są w USA znacznie wyraźniejsze niż w większości krajów Europy, a wynikają z typowo amerykańskiej polityki z jej mniej progresywnym systemem podatkowym, słabszym systemem świadczeń i zabezpieczeń socjalnych, systemem szkolnictwa, w którym wyniki szkolne oraz ekonomiczny i społeczny status uczniów w większym stopniu niż w innych krajach zależą od zamożności rodziców, a także ze słabszą pozycją związków zawodowych i silniejszą – banków, zwłaszcza po intensywnych deregulacjach wprowadzonych w epoce Reagana.

W swojej historii Stany Zjednoczone wielokrotnie zmagały się z problemem nierówności, jednak sytuacja uległa poprawie dzięki polityce podatkowej, regulacjom wprowadzonym po II wojnie światowej, a także olbrzymim inwestycjom w oświatę, takim jak ustawa uprawniająca weteranów wojennych do bezpłatnych studiów (G. I. Bill). Ten trend odwróciły obniżki podatkowe dla najbogatszych i deregulacje z czasów prezydentury Reagana.

Jak zauważył jeden z uczestników prowadzonego przeze mnie seminarium, między nierównością przed opodatkowaniem a nierównością po opodatkowaniu zachodzi obustronna zależność. Prawdopodobnie nieprzypadkowo w Stanach Zjednoczonych obowiązuje mniej progresywny system podatkowy, a zarazem panuje w tam największa (na tle innych krajów rozwiniętych) nierówność w dochodach „rynkowych”. Kolejne badania potwierdzają, że w państwach, gdzie funkcjonuje mniej progresywny system podatkowy, zazwyczaj panują większe nierówności. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy może być fakt, że w społeczeństwach podzielonych głębszymi nierównościami ekonomicznymi zwykle istnieją też większe nierówności polityczne, zwłaszcza jeśli mają tak drastyczną postać, jak w Stanach Zjednoczonych i kilku innych krajach. Trudno się dziwić, że w systemie politycznym dającym bogatym tak duże wpływy, płacą oni tak niskie podatki. Istnieje jednak inne wyjaśnienie tego zjawiska: w rozdziale 2 pokażę, że u źródeł wielu nierówności, zwłaszcza wynikających z szybkiego bogacenia się osób z najwyższych szczebli społecznych, tkwi pogoń za rentą. Ma ona na ogół działanie destrukcyjne, ponieważ uzyskiwane z niej zyski są zwykle mniejsze niż straty tych, których kosztem te zyski zostały osiągnięte. Wyraźnie widać to w zniszczeniach, jakie pogoń za rentą wyrządziła w sektorze finansowym. Im wyżej będą opodatkowane zyski z rent, tym mniej pieniędzy zostanie na powiększanie tych właśnie zysków i tym szersze otworzy się pole do działalności, która co prawda może okazać się mniej dochodowa, ale i tak przyniesie zadowalające profity, a w dodatku powiększy dochód narodowy.

Czy jest nadzieja?

Chciałbym zakończyć pytaniem, które postawiłem w ostatnim rozdziale tej książki, ale które ciągle do nas powraca: czy jest nadzieja? Amerykanie są optymistami i ja też chcę wierzyć, że jest wyjście z obecnej sytuacji. Jako ekonomista, wiedząc, że wszystko ma swoją „drugą stronę”, muszę przyznać, że pojawia kilka promyków nadziei, choć nie brakuje też powodów do rozpaczy: duża nierówność szans zdaje się świadczyć o tym, że rozwarstwienie może się jeszcze pogłębić. Nie ulega wątpliwości, że istnieją rozwiązania gospodarcze mogące ograniczyć nierówności, jednak zważywszy na związki, jakie łączą nierówność gospodarczą z polityczną, należy zadać sobie pytanie: jakie jest prawdopodobieństwo, że te rozwiązania zostaną wprowadzone w życie?

Piszę tutaj jednak także o innych krajach, takich, którym udało się złagodzić nierówności. Okazuje się, że dysproporcje nie muszą być tak duże ani nie muszą się pogłębiać. Jedno z przesłań tej książki jest takie, że nasza gospodarka, demokracja i nasze społeczeństwo skorzystają na ograniczeniu nierówności i wyrównaniu szans. Wygląda na to, że niektórych miejscach to zrozumiano. Pytanie brzmi: czy zrozumieją to Stany Zjednoczone?

Dwa okresy w historii naszego kraju odznaczały się wysokim zróżnicowaniem dochodów i bogactwa poszczególnych warstw społeczeństwa: wiek pozłacany (koniec XIX wieku) i czasy boomu szalonych lat dwudziestych XX wieku (Roaring Twenties). W obu tych epokach mieliśmy do czynienia z dużymi nierównościami i wysokim poziomem korupcji, między innymi politycznej. Nierówności w dochodach nie osiągnęły poziomu z lat dwudziestych aż do połowy ubiegłego wieku. Oczywiście część z tych, którzy w omawianych okresach zgromadzili fortuny, wielce zasłużyła się na niwie społecznej – tak było na przykład z wyzyskiwaczami budującymi kolej, która zmieniała nasz kraj. Jednak w obu tych epokach kwitły spekulacje, panowała niestabilność i dochodziło do wielu nadużyć. Co prawda niektórym ludziom powodziło się doskonale, ale nie był to dobrobyt wspólny.

W obu tych przypadkach zawracano znad krawędzi przepaści. Zadziałały mechanizmy demokracji. Po wieku pozłacanym nadeszła era postępu (Progressive Era), kiedy ukrócono władzę monopolistów. Po szalonych latach dwudziestych nastała epoka ważnych społecznie i gospodarczo ustaw Nowego Ładu (New Deal) – poszerzono prawa pracownicze, dano wszystkim Amerykanom większą ochronę socjalną i wprowadzono system ubezpieczeń społecznych, który niemal wyeliminował biedę wśród osób starszych.

Otwartą kwestią pozostaje, czy polityczne nierówności XXI wieku sprawią, że d z i ś nastąpią takie zmiany, jak te opisywane powyżej. Odrzucenie przez wyborców kandydatury Romneya jest iskrą nadziei: z wyjątkiem reelekcji Franklina Delano Roosevelta w 1936 roku żaden prezydent nie został ponownie wybrany przy poziomie bezrobocia, który byłby choć trochę zbliżony do poziomu z listopada 2012 roku. Jak już wspomniałem, istotny wpływ na ostateczne wyniki wyborów miało stanowisko Romneya i wielu republikanów w kwestii nierówności i rozwiązań politycznych, które miały tym nierównościom przeciwdziałać. Jednak całkowite rozwiązanie problemu rażących, głębokich i trwałych dysproporcji w Stanach Zjednoczonych będzie możliwe dopiero dzięki kompleksowym działaniom, wymagającym poparcia obu partii. Wydaje się, że zarówno w partii rządzącej, jak i w opozycyjnej można znaleźć osoby rozumiejące, że podzielony naród nie może przetrwać i że dzisiejsze podziały, najgłębsze od wielu pokoleń, zagrażają naszym podstawowym wartościom, w tym naszemu wyobrażeniu o Stanach Zjednoczonych jako kraju dającym wszystkim obywatelom szansę na sukces.

Czy po raz kolejny uda nam się zawrócić z drogi wiodącej ku przepaści? Ta książka była pisana w nadziei, że możemy tego dokonać i że tego dokonamy – jeśli tylko zrozumiemy, co stało się z naszą gospodarką i naszym społeczeństwem.

Przedmowa

Są w historii chwile, gdy wszędzie na świecie ludzie buntują się, by powiedzieć, że c o ś j e s t n i e w p o r z ą d k u, i domagają się zmian. Coś takiego zdarzyło się w burzliwych latach 1848 i 1968, latach przełomów, które wyznaczyły początek nowych epok. Może się okazać, że kolejną taką datą będzie rok 2011.

Bunt młodzieży w Tunezji, niewielkim kraju w Afryce Północnej, rozprzestrzenił się na pobliski Egipt, a następnie na inne kraje Bliskiego Wschodu. W kilku wypadkach, jak się wydaje, udało się ugasić iskrę, przynajmniej na razie, w innych jednak protesty doprowadziły do gwałtownych i głębokich zmian społecznych, do obalenia rządzących od wielu lat dyktatorów, jak choćby Hosniego Mubaraka w Egipcie i Muammara Kaddafiego w Libii. Wkrótce potem społeczeństwa Hiszpanii, Grecji, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i innych krajów znalazły własne powody, by wyjść na ulice.

W 2011 roku chętnie przyjmowałem zaproszenia do Egiptu, Hiszpanii i Tunezji. Spotkałem się z demonstrantami w madryckim parku Retiro, w nowojorskim parku Zuccotti, rozmawiałem z młodymi kobietami i mężczyznami na placu Tahrir w Kairze.

W trakcie tych rozmów stało się dla mnie jasne, że choć każdy z tych krajów ma własne zmartwienia – zwłaszcza Bliski Wschód trapią inne polityczne problemy niż Zachód – wszędzie podnosi się te same kwestie. Wszędzie wyrażano przekonanie, że system gospodarczy i polityczny pod wieloma względami zawodzą i że oba są głęboko niesprawiedliwe.

D e m o n s t r u j ą c y m i e l i r a c j ę: c o ś b y ł o n i e w p o r z ą d k u. Rozziew między tym, jak powinny funkcjonować systemy gospodarczy i polityczny – czy też jak nam się wmawia, że funkcjonują – a tym, jak one rzeczywiście działają, stał się naprawdę zbyt wielki, by było dalej go ignorować. Na całym świecie rządy nie zajmują się rozwiązaniem najważniejszych problemów gospodarczych, w tym likwidacją długotrwałego bezrobocia; a gdy dla zaspokojenia chciwości garstki uprzywilejowanych, wbrew gołosłownym zapewnieniom, że będzie inaczej, poświęcono uniwersalną wartość sprawiedliwości, poczucie krzywdy przerodziło się w poczucie zdrady.

To, że młodzi zbuntowali się przeciwko dyktaturom w Tunezji i Egipcie, było zrozumiałe. Mieli dość swych podstarzałych, sklerotycznych przywódców, dbających o własne interesy kosztem reszty społeczeństwa, a nie mogli domagać się zmian w sposób demokratyczny. Jednak w zachodnich demokracjach polityka wyborcza również nie zdała egzaminu. Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama obiecał „zmiany, które przywrócą wiarę”, po czym realizował politykę gospodarczą dla wielu Amerykanów będącą raczej dalszym ciągiem poprzedniej.

Mimo to w USA i w innych krajach za sprawą owych młodych demonstrantów, do których dołączyli ich rodzice, dziadkowie i nauczyciele, pojawiły się zwiastuny nadziei. Ludzie ci nie byli ani rewolucjonistami, ani anarchistami. Ich zamiarem nie było obalenie systemu. Uważali oni, że gdyby tylko rządzący pamiętali o swojej odpowiedzialności wobec narodu, mechanizmy wyborcze m o g ł y b y spełniać swoje zadanie. Protestujący wyszli na ulicę, by zmobilizować system do zmiany.

Młodzi hiszpańscy demonstranci nazwali swój ruch, który rozpoczął się 15 maja, los indignados, czyli „oburzeni”. Oburzało ich to, że tak wiele osób – o ich liczbie świadczyło choćby ponadczterdziestoprocentowe bezrobocie wśród młodych, jakie nastało po kryzysie z 2008 roku – znajduje się w fatalnej sytuacji przez nadużycia sektora finansowego. W Stanach Zjednoczonych ruch Occupy Wall Street uderzył w te same tony. Mnóstwo ludzi straciło pracę i dach nad głową, podczas gdy bankierzy inkasowali ogromne premie – było to rażąco niesprawiedliwe.

Jednak protesty w Stanach Zjednoczonych wkrótce wykroczyły poza atakowanie Wall Street i obrały za cel bardziej zasadnicze nierówności dzielące amerykańskie społeczeństwo. Hasłem demonstrantów stało się „99 procent”. Było to nawiązanie do tytułu mojego artykułu w „Vanity Fair”: Of the 1 %, for the 1 %, by the 1 % („Od 1 procenta dla 1 procenta przez 1 procent”)1, poświęconego gwałtownemu wzrostowi nierówności w Stanach Zjednoczonych i rozwojowi systemu politycznego, dzięki któremu, zdaje się, najbogatsi mają zbyt wiele do powiedzenia2.

Trzy tematy stały się przedmiotem dyskusji na całym świecie: to, że rynki nie działają tak, jak powinny, ponieważ nie są ani efektywne, ani stabilne3; to, że system polityczny nie naprawił ułomności rynków; i to, że systemy gospodarczy i polityczny są zasadniczo niesprawiedliwe. W tej książce skupiam się kwestii nadmiernych nierówności w Stanach Zjednoczonych i kilku innych krajach rozwiniętych, ale wyjaśniam w niej również, na czym polega ścisły związek tych trzech tematów: nierówności są przyczyną i skutkiem ułomności systemu politycznego, jak również przyczyniają się do destabilizacji systemu gospodarczego, która z kolei pogłębia nierówności – to błędne koło, w które wpadliśmy, a z którego mogą nas wyrwać tylko wspólne działania polityczne opisane poniżej.

Zanim skupię się na kwestii nierówności, chcę zarysować kontekst tego problemu, opisując głębsze niedomagania naszego systemu gospodarczego.

Ułomność rynków

Rynki z pewnością nie działają tak, jak twierdzą ich entuzjaści. Wbrew ich zapewnieniom światowy kryzys gospodarczy dowiódł, że rynki potrafią być bardzo niestabilne, co wywołuje katastrofalne skutki. Gdyby nie pomoc udzielona przez państwo, hazardowa działalność bankierów sprowadziłaby na dno ich samych i całą gospodarkę. Jednak po bliższym przyjrzeniu się s y s t e m o w i okazało się, że nie ma tu miejsca na przypadek; bankierzy byli do takich zachowań zachęcani.

Wielką zaletą rynku ma być jego efektywność. Najwyraźniej jednak n i e jest on efektywny. Podstawowe prawo ekonomii – które musi obowiązywać, jeśli gospodarka ma być efektywna – stanowi, że wielkość popytu jest równa wielkości podaży. Tymczasem żyjemy w świecie, w którym mnóstwo potrzeb pozostaje niezaspokojonych – wystarczy tu wymienić inwestycje, które wyciągnęłyby biednych z ubóstwa, wspieranie rozwoju słabiej rozwiniętych krajów Afryki i tych leżących na innych kontynentach, modernizację światowej gospodarki tak, by potrafiła sprostać wyzwaniom związanym z globalnym ociepleniem. Zarazem dysponujemy olbrzymimi niewykorzystanymi zasobami – pracownikami i maszynami – które nie mają do wykonania żadnych zadań lub których produktywność jest niższa niż ich możliwości. Bezrobocie – niezdolność do wytworzenia miejsc pracy dla wszystkich chcących pracować – jest najgorszą ułomnością rynku, największą przyczyną jego nieefektywności i głównym źródłem nierówności.

W marcu 2012 roku około 24 milionów szukających pracy Amerykanów nie mogło znaleźć płatnego zajęcia4.

W Stanach Zjednoczonych wyrzucamy na bruk miliony ludzi. Mamy puste domy i bezdomnych.

Ale jeszcze przed kryzysem amerykańska gospodarka funkcjonowała poniżej swoich możliwości: mimo że produkt krajowy brutto (PKB) wzrastał, s t o p a ż y c i o w a w i ę k s z o ś c i A m e r y k a n ó w s i ę o b n i ż a ł a. W rozdziale 1 stanie się jasne, że dochody większości amerykańskich rodzin skorygowane o wielkość inflacji już przed recesją były niższe niż dekadę wcześniej. Ameryka stworzyła wspaniałą machinę gospodarczą, ale najwyraźniej pracuje ona tylko na rzecz najzamożniejszych.

Gra o wysoką stawkę

Ta książka opowiada o tym, dlaczego system gospodarczy z punktu widzenia większości Amerykanów zawodzi, dlaczego w tym kraju panują tak wielkie nierówności i jakie są tego następstwa. Sformułowana tu zasadnicza teza głosi, że za te nierówności płacimy wysoką cenę – w postaci mniej stabilnego, mniej efektywnego i wolniej rozwijającego się systemu gospodarczego, a także zagrożenia naszej demokracji. Ale stawka jest jeszcze wyższa: ponieważ nasz system gospodarczy nie działa na rzecz większości obywateli, a system polityczny wydaje się podporządkowany interesowi wielkiego pieniądza, zaufanie do naszej demokracji i gospodarki rynkowej będzie słabnąć, a wraz nimi osłabnie nasze znaczenie w świecie. Gdy dotrze do nas, że nie jesteśmy już krajem wielkich możliwości i że zdyskredytowały się nawet nasze osławione rządy prawa i system sprawiedliwości, może to nadwątlić nawet nasze poczucie narodowej tożsamości.

W niektórych krajach ruch Occupy był blisko związany z ruchem antyglobalistycznym. Istotnie, łączy je kilka podobieństw: przede wszystkim przekonanie, że system działa źle i że można go zmienić. Problem nie polega jednak na tym, że globalizacja jest zła bądź niesprawiedliwa, ale na tym, że rządzący źle nią kierują – działając głównie na korzyść pewnych grup interesów. Ścisłe, globalne powiązania ludzi, państw i gospodarek to zjawisko, które można z równie dobrym skutkiem wykorzystać zarówno do pomnażania dobrobytu, jak i do pogłębiania nędzy i wspierania chciwości. To samo dotyczy gospodarki rynkowej: rynki mają ogromną siłę, ale w ich naturze nie leży kierowanie się względami moralnymi. To od nas zależy, jak nimi pokierujemy. W swoich najlepszych okresach rynki odgrywały decydującą rolę w zdumiewającym wzroście produktywności i poziomu życia w ostatnich dwóch stuleciach – wzroście, który znacznie przekroczył tempo rozwoju poprzednich dwóch tysiącleci. Istotny udział w tym postępie miało również państwo – czego zwykle nie dostrzegają zwolennicy wolnego rynku. Rynki jednak potrafią również koncentrować majątek, przerzucać koszty zanieczyszczenia środowiska na społeczeństwo, a także wyzyskiwać pracowników i oszukiwać konsumentów. Z tego wszystkiego wynika jasno, że koniecznie trzeba je powściągać i kontrolować, żeby przynosiły korzyści większości obywateli. I trzeba to robić wciąż na nowo, by nie zbaczały z właściwej ścieżki. Takie działania korygujące zastosowano w Stanach Zjednoczonych w tak zwanej erze postępowej (w latach 1890 – 1920), gdy po raz pierwszy ustanawiano prawa konkurencji. W tym samym celu wdrażano reformy Nowego Ładu, kiedy wprowadzono emerytury, prawo pracy i płacę minimalną. Przesłanie, jakie niesie ruch Occupy Wall Street – i jakie wyraża wielu protestujących na całym świecie – brzmi: rynki po raz kolejny trzeba powściągnąć i poddać kontroli. Jeśli tego nie zrobimy, skutki będą poważne: w demokracji, która zasługuje na swoje miano, w której wysłuchuje się głosu zwykłych obywateli, nie możemy utrzymywać otwartego i zglobalizowanego systemu rynkowego, a w każdym razie nie w tej postaci, jaką znamy, bo z każdym kolejnym rokiem powoduje on coraz większe zubożenie obywateli. Któraś ze stron musi ustąpić: albo polityka, albo ekonomia.

Nierówności a niesprawiedliwość

Rynki pozostawione bez kontroli, nawet jeśli stabilne, często prowadzą do znacznych nierówności, a więc do zjawisk, które powszechnie wiąże się z niesprawiedliwością. Ostatnie badania z dziedziny ekonomii i psychologii (opisane w rozdziale 6) pokazują, jak duże znaczenie dla ludzi ma kwestia sprawiedliwości. Poczucie, że gospodarcze i polityczne systemy są niesprawiedliwe, jest najsilniejszym czynnikiem motywującym obywateli do protestów na całym świecie. W Tunezji i Egipcie, a także w innych regionach Bliskiego Wschodu, problemem było nie tylko znalezienie pracy, ale także to, że te nieliczne dostępne stanowiska obejmowali ci, którzy mieli znajomości.

Wydawałoby się, że w Stanach Zjednoczonych i Europie panuje większa sprawiedliwość, ale to tylko pozory. Ci, którzy z najwyższymi ocenami kończą najlepsze uniwersytety, mają większe szanse na dobrą pracę. Ale system jest nieuczciwy, ponieważ to bogaci rodzice wysyłają swoje dzieci do najlepszych przedszkoli, najlepszych szkół podstawowych i średnich, a to ich absolwenci mają znacznie większe szanse dostać się na elitarne uczelnie.

Amerykanie zdali sobie sprawę, że demonstranci spod znaku Occupy Wall Street ujęli się za i c h wartościami. Dlatego – mimo że liczba protestujących była stosunkowo niewielka – poparło ich aż dwie trzecie obywateli Stanów Zjednoczonych. Jeśli ktoś wątpił w to poparcie, musiał zmienić zdanie, gdy demonstranci niemal z dnia na dzień zdołali zebrać 300 tysięcy podpisów niezbędnych, by kontynuować protest, kiedy burmistrz Nowego Jorku, Michael Bloomberg, po raz pierwszy dał do zrozumienia, że zamknie ich obozowisko w parku Zuccotti usytuowanym tuż obok Wall Street5. Wsparcia ruchowi udzielili nie tylko biedni i rozgoryczeni. Choć policja była prawdopodobnie zbyt agresywna wobec protestujących w Oakland – a taką opinię zdawało się podzielać 30 tysięcy osób, które dołączyły do manifestantów dzień po tym, jak brutalnie zniszczono ich obóz w środku miasta – godne uwagi było to, że swoje poparcie dla demonstrantów wyraziła także część policjantów.

Kryzys finansowy uświadomił wielu ludziom, że nasz system gospodarczy jest nie tylko nieefektywny i niestabilny, ale także głęboko niesprawiedliwy. Jego skutki (i reakcja administracji Busha i Obamy na niego) sprawiły, że – jak wynika z przeprowadzonego niedawno sondażu – takiego zdania jest niemal połowa Amerykanów6. Nie bez powodu za rażącą niesprawiedliwość uznali oni to, że wielu przedstawicieli sektora finansowego (dla wygody będę ich nazywał bankierami) nagrodzono ogromnymi premiami, podczas gdy ci, którzy ucierpieli w wyniku wywołanego przez tych samych bankierów kryzysu, stracili pracę; albo to, że państwo ratowało banki, ale nie chciało przedłużyć okresu obowiązywania uprawnień do pobierania zasiłku osobom, które nie z własnej winy przez wiele miesięcy nie mogły znaleźć pracy7; bądź też to, że państwo udzieliło zaledwie symbolicznej pomocy milionom obywateli, którzy stracili swe domy. W czasie kryzysu stało się jasne, że to n i e wkład, jaki ktoś wnosi w dobrobyt społeczeństwa, decyduje o wysokości jego wynagrodzenia, ale coś innego: wszak bankierzy pobierali sowite pensje, choć ich wkład w społeczny dobrobyt – czy choćby w dobrobyt firm, dla których pracowali – miał wartość u j e m n ą. Majątki gromadzone przez elity i bankierów zdawały się mieć źródło w ich zdolności i gotowości do wykorzystywania innych ludzi.

W amerykańskim systemie wartości głęboko zakorzeniona jest możliwość osiągnięcia sukcesu. Ameryka zawsze uważała się za kraj r ó w n y c h s z a n s. Historie bohaterów Horatia Algera, którzy wspinali się od najniższych szczebli drabiny społecznej na jej szczyt, stały się częścią amerykańskiego mitu. Jednak, jak wyjaśnię w 1 rozdziale niniejszej książki, amerykański sen coraz bardziej staje się właśnie tylko snem, mitem, a przemawiają za nim jedynie anegdoty i historyjki, za którymi nie idą dane. Amerykański obywatel ma mniejsze szanse, by przejść drogę „od pucybuta do milionera” niż obywatele innych krajów rozwiniętych.

Jest jeszcze jeden mit pokrewny tamtemu: „w trzy pokolenia od pucybuta do milionera i z powrotem”, co ma znaczyć, że ludzie bogaci muszą ciężko pracować, żeby zachować swój majątek, w przeciwnym razie wkrótce (oni lub ich potomkowie) zaczną spadać na coraz niższe szczeble drabiny społecznej. Jednak, co wykażę w rozdziale 1, to również wyłącznie mit, bo dzieci ludzi z najwyższych warstw społecznych według wszelkiego prawdopodobieństwa również będą należały do elit.

W pewnym sensie w Stanach Zjednoczonych i w innych częściach świata młodzi demonstranci potraktowali poważnie to, co usłyszeli od rodziców i polityków – dokładnie tak samo postąpiła amerykańska młodzież pięćdziesiąt lat wcześniej, gdy tworzyła ruch na rzecz praw obywatelskich. Postanowiła wówczas zweryfikować wartość r ó w n o ś c i, u c z c i w o ś c i i s p r a w i e d l i w o ś c i w kontekście tego, jak biali obywatele traktowali Afroamerykanów, i stwierdziła, że polityka państwa pod tym względem jest niewydolna. Teraz młodzi sprawdzili te same wartości z perspektywy tego, jak działa nasz system gospodarczy i sądowniczy, i stwierdzili, że nie spełnia on swojego zadania w stosunku do Amerykanów z klasy niższej i średniej – a więc jest dysfunkcjonalny nie tylko z punktu widzenia mniejszości, ale ogółu, w i ę k s z o ś c i Amerykanów ze wszystkich środowisk.

Gdyby prezydent Obama i nasz system sądowniczy uznali tych, którzy doprowadzili gospodarkę na krawędź ruiny, za „winnych” nadużyć, być może dałoby się stwierdzić, że system funkcjonuje. Mielibyśmy przynajmniej poczucie, że ktoś odpowiada za swoje czyny. W rzeczywistości jednak tym, którzy powinni zostać skazani, zazwyczaj nie stawiano zarzutów, a jeśli już, to zwykle w końcu uznawano, że są niewinni, a w każdym razie nie wydawano wobec nich wyroków skazujących. Wobec kilku osób z branży funduszy hedgingowych później wydano wyroki za wykorzystywanie w transakcjach poufnych informacji, ale to były sprawy bez większego znaczenia, właściwie tematy zastępcze. To nie fundusze hedgingowe wywołały kryzys. Wywołały go banki. A prawie wszystkim bankowcom ich przekręty uszły na sucho.

Jeśli nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności, jeśli nikogo nie można uznać w i n n y m tego, co się stało, to znaczy, że problem leży w systemie gospodarczym i politycznym.

Od spójności społecznej do walki klasowej

Hasło „To my jesteśmy 99 procentami” może okazać się decydujące w debacie na temat nierówności w Stanach Zjednoczonych. Zawsze wzbranialiśmy się przed myśleniem w kategoriach klas społecznych; woleliśmy widzieć w Ameryce kraj klasy średniej i to myślenie pomagało nam zachować jedność. Nie powinno być podziałów między klasami wyższymi a niższymi, między burżuazją a klasą robotniczą8. Jeśli jednak przez społeczeństwo klasowe rozumiemy takie, w którym osoby z niższych warstw społecznych mają niewielkie szanse na awans, to Ameryka prawdopodobnie stała się państwem bardziej klasowo rozwarstwionym niż kraje starej Europy, a istniejące między nami podziały są głębsze niż podziały funkcjonujące w tamtej części świata9. Ludzie należący do 99 procent wciąż żywią tradycyjne przekonanie: „To my jesteśmy klasą średnią”, ale z jedną drobną modyfikacją – ze świadomością, że tylko niektórzy robią karierę. Ogromnej większości wiedzie się źle, podczas gdy ci z najwyższego szczebla drabiny społecznej – ów 1 procent społeczeństwa – prowadzą zupełnie inne życie. Hasło „99 procent” wyraża próbę zawarcia nowej koalicji – stworzenia nowego poczucia narodowej tożsamości, opartego nie na fikcji istnienia powszechnej klasy średniej, ale na świadomości funkcjonowania w obrębie naszej gospodarki i naszego społeczeństwa rzeczywistych podziałów ekonomicznych.

Przez lata między najbogatszymi a resztą społeczeństwa była zawarta mniej więcej taka umowa: „My wam stworzymy miejsca pracy i zapewnimy dobrobyt, a wy pozwolicie nam spokojnie inkasować premie. Każdy będzie mieć udział w zyskach, chociaż nasz udział będzie większy”. Ale ta milcząca i z natury nietrwała umowa między bogatymi a pozostałymi teraz została zerwana. Należący do 1 procenta gromadzą fortuny, ale przy okazji nie zostawiają 99 procentom społeczeństwa nic oprócz lęku i niepewności. Większość Amerykanów po prostu nie czerpie żadnych korzyści ze wzrostu gospodarczego swojego kraju.

Czy nasz system rynkowy prowadzi do erozji podstawowych wartości?

Choć książka ta skupia się na kwestiach równości i sprawiedliwości, jest jeszcze jedna podstawowa wartość, którą nasz system zdaje się osłabiać: zrozumienie zasad fair play. Na przykład elementarna wrażliwość moralna powinna wywołać poczucie winy u tych, którzy udzielali nieuczciwych pożyczek, przyznawali ubogim kredyty hipoteczne działające niczym bomby z opóźnionym zapłonem lub opracowywali „programy” generujące miliardy dolarów zysku, nakładające wygórowane opłaty za przekroczenie limitu kredytowego. Zadziwiające jest, jak niewielu miało – czy ma – jakiekolwiek wyrzuty sumienia z tego powodu i jak niewielu odważyło się te nadużycia ujawnić. Naszym system wartości doznał poważnego uszczerbku, gdy uświęcający środki cel, jakim były większe zarobki w czasie kryzysu na rynku kredytów wysokiego ryzyka (subprime), osiągano przez wyzysk najbiedniejszych i najgorzej wykształconych spośród nas10.

Wiele z tego, co się wydarzyło, daje się określić tylko jednym mianem: demoralizacja. Mnóstwo ludzi z sektora finansowego i innych branż straciło kompas moralny. Gdy normy społeczne zmieniają się tak, że wielu z nas traci orientację co do elementarnych zasad moralnych, mówi nam to coś ważnego o całym społeczeństwie.

Kapitalizm najwyraźniej zmienił ludzi, którzy wpadli w jego sidła. Tych najzdolniejszych i najbystrzejszych, którzy trafili na Wall Street, od reszty Amerykanów odróżnia tylko to, że mieli lepsze wyniki w szkole. Gdy zaczęli pobierać swe niewiarygodnie wysokie pensje, często w zamian za pracę pozornie (zważywszy na liczbę godzin roboczych) niewiarygodnie lekką, odkładali na później realizację swoich marzeń, takich jak dokonanie odkrycia ratującego innym życie, wykreowanie nowej branży czy wyciągnięcie z ubóstwa najbiedniejszych. A później, jakże często, nie tyle dalej odkładali swoje marzenia na później, ile całkiem o nich zapominali11.

Nic więc dziwnego, że lista zarzutów pod adresem korporacji (nie tylko instytucji finansowych) jest długa i sięga daleko w przeszłość. Na przykład firmy tytoniowe w tajemnicy dodawały do swoich wyrobów substancje uzależniające, a kiedy próbowały przekonać Amerykanów, że nie ma żadnego „naukowego dowodu” na szkodliwość oferowanych przez nie produktów, prezentowały masę danych na poparcie swojego stanowiska. Podobnie spółka paliwowa ExxonMobil wydawała pieniądze, by przekonywać Amerykanów, że nie ma wiarygodnych dowodów potwierdzających tezę o globalnym ociepleniu, mimo że National Academy of Sciences (NAS) i inne państwowe instytucje naukowe są zgodne co do tego, że zjawisko to rzeczywiście ma miejsce. I gdy gospodarka wciąż chwiała się w posadach za sprawą nadużyć sektora finansowego, wyciek ropy naftowej wydobywanej dla koncernu BP ujawnił jeszcze jedno oblicze korporacyjnej lekkomyślności: beztroska przy odwiertach stworzyła zagrożenie dla środowiska i tysięcy miejsc pracy dla ludzi, którzy w rejonie Zatoki Meksykańskiej żyli z rybołówstwa i turystyki.

Gdyby rynki dotrzymały obietnic, że podniesie się stopa życiowa większości obywateli, wszystkie grzechy korporacji – generowane przez nie niesprawiedliwości społeczne, szkody wyrządzone środowisku, wyzysk biednych – być może zostałyby im wybaczone. Jednak według młodych indignados i demonstrantów na całym świecie kapitalizm nie tylko nie przynosi tego, co obiecał, ale też powoduje skutki, przed jakimi nie ostrzegał: pogłębia nierówności, zanieczysza środowisko, zwiększa bezrobocie i – c o n a j g o r s z e – prowadzi do upadku wartości na taką skalę, że wszystko staje się dopuszczalne i nikt za nic nie odpowiada.

Ułomność systemu politycznego

System polityczny zdaje się zawodzić w tym samym stopniu, co system gospodarczy. Zważywszy na wysoki poziom bezrobocia wśród młodych na całym świecie (30 procent w Hiszpanii, 18 procent w Stanach Zjednoczonych)12, powinno zaskakiwać nie to, że protesty w końcu wybuchły, ale raczej, że pojawiły się tak późno. Bezrobotni, wśród nich młodzi, którzy pilnie się uczyli i zrobili wszystko, co do nich należało („grali zgodnie z zasadami”, jak lubią mówić pewni politycy), stanęli przed trudnym wyborem: pozostać bezrobotnymi lub zgodzić się na pracę znacznie poniżej swoich kwalifikacji. W wielu wypadkach nie mieli nawet tego wyboru, ponieważ nie było dla nich żadnego zajęcia, i to przez lata.

Według jednej z interpretacji na wybuch protestów trzeba było czekać tak długo, ponieważ po kryzysie ludzie upatrywali nadziei w demokracji, wierzyli, że zadziała system polityczny, że da się za jego pomocą pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy wywołali kryzys, i że system gospodarczy zostanie w krótkim czasie naprawiony. Ale po latach od pęknięcia bańki spekulacyjnej stało się jasne, że system polityczny zawiódł, tak samo jak wówczas, gdy liczono, że nie dopuści on do kryzysu, że powstrzyma pogłębianie się nierówności, ochroni najbardziej potrzebujących, zapobiegnie nadużyciom wielkich korporacji. Dopiero wtedy ludzie wyszli na ulice.

Amerykanie, Europejczycy i obywatele innych demokracji na całym świecie są bardzo dumni ze swoich instytucji. Jednak protestujący podali w wątpliwość istnienie p r a w d z i w e j demokracji. Bo prawdziwa demokracja to coś więcej niż tylko prawo do głosowania raz na dwa czy cztery lata. Wyborcze alternatywy muszą mieć sens. Politycy muszą słuchać głosu wyborców. Jednak system polityczny w coraz większym stopniu, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, zdaje się opierać nie na regule „jedna osoba – jeden głos”, lecz na zasadzie „jeden dolar – jeden głos”. Tak skonstruowany system polityczny zamiast likwidować ułomności rynku tylko je pogłębia.

Politycy wygłaszają mowy o tym, co stało się z naszymi wartościami i społeczeństwem, a potem powierzają najwyższe stanowiska w administracji państwowej prezesom i członkom kadr kierowniczych korporacji, którzy kierowali sektorem finansowym w okresie jego ewidentnej niewydolności. Nie należało oczekiwać, że architekci źle działającego systemu przebudują go i naprawią; tym bardziej nie powinniśmy wierzyć, że naprawią go tak, by działał z korzyścią dla większości obywateli – i w istocie takiej naprawy się od nich nie doczekaliśmy.

Ułomności systemów politycznego i gospodarczego są ze sobą związane i kumulują się. System polityczny wzmacniający głos bogatych stwarza wiele okazji do takiego kształtowania praw i regulacji – i takiego ich egzekwowania – by nie chroniły one zwykłych obywateli przed bogatymi, a wręcz pozwalały bogatym bogacić się jeszcze bardziej kosztem reszty społeczeństwa.

Ta konstatacja prowadzi mnie do jednej z głównych tez tej książki: owszem, podstawowe czynniki ekonomiczne mogą wpływać na opisywane tutaj zjawiska, ale rynek został ukształtowany przez politykę, i to ukształtowany tak, że faworyzuje najbogatszych kosztem pozostałej części społeczeństwa. W każdym systemie gospodarczym muszą obowiązywać pewne prawa i regulacje; każdy musi działać w obrębie określonego porządku prawnego. Takich porządków prawnych jest wiele, a każdy pociąga za sobą określone konsekwencje, zarówno na poziomie dystrybucji, jak i wzrostu, efektywności i stabilności gospodarki. Elity gospodarcze domagały się ustanowienia ładu, który będzie przynosić im korzyści kosztem pozostałych warstw społeczeństwa, ale taki system gospodarczy nie jest ani efektywny, ani sprawiedliwy. W dalszej części tej książki wyjaśnię, w jaki sposób dysproporcje odzwierciedlają się we wszystkich ważnych decyzjach naszego państwa – zarówno tych dotyczących polityki budżetowej, jak i pieniężnej, a nawet rozstrzygnięć związanych z wymiarem sprawiedliwości – i pokażę, jak te decyzje sprzyjają utrwalaniu się i pogłębianiu tych nierówności13.

W systemie politycznym tak bardzo podatnym na wpływy bogatych grup rosnące nierówności ekonomiczne zwiększają nierównowagę siły politycznej. Tak powstaje niebezpieczny związek między polityką a gospodarką. A obie te dziedziny kształtują siły społeczne – społeczne obyczaje i instytucje – które przyspieszają wzrost tych nierówności, i są przez nie kształtowane.

Czego chcą demonstrujący i co osiągają

Demonstrujący, prawdopodobnie lepiej niż większość polityków, zrozumieli, co się stało. Z jednej strony proszą o niewiele: o możliwość wykorzystania swoich umiejętności, prawo do godnej pracy za godziwe wynagrodzenie, sprawiedliwszą gospodarkę i społeczeństwo, które traktowałoby ich z szacunkiem. W Europie i Stanach Zjednoczonych nawołują do zmian nie rewolucyjnych, lecz ewolucyjnych. Z drugiej strony jednak domagają się bardzo wiele: chcą demokracji, w której liczą się ludzie, a nie dolary, i gospodarki rynkowej dającej to, co powinna dawać. Oba żądania są ze sobą powiązane: jak się przekonaliśmy, niczym nieskrępowane rynki nie funkcjonują dobrze. Aby działały tak, jak powinny, muszą obowiązywać odpowiednie regulacje państwowe. A żeby takie regulacje wprowadzić, musimy mieć demokrację odzwierciedlającą interesy ogółu społeczeństwa, a nie określonych grup nacisku czy wyłącznie najbogatszych.

Krytykowano demonstrujących za to, że nie mieli żadnego programu, ale taka krytyka nie jest adekwatna. Protesty społeczne są wyrazem frustracji czy to wobec systemu politycznego, czy też – w krajach, w których odbywają się wybory – są procesem wyborczym samym w sobie. Są biciem na alarm.

Pod pewnymi względami protestujący osiągnęli bardzo dużo: grupy ekspertów, instytucje państwowe i media potwierdziły zasadność ich zarzutów nie tylko wobec systemu rynkowego, ale także wobec wysokiego i n i e u z a s a d n i o n e g o poziomu nierówności. Hasło „To my jesteśmy 99 procentami” stało się powszechnie znane. Nikt nie potrafi stwierdzić ze stuprocentową pewnością, do czego te ruchy doprowadzą, ale jednego możemy być pewni: ci młodzi demonstranci już zdążyli zmienić charakter dyskursu publicznego i świadomość zwykłych obywateli, a także polityków.

Uwagi końcowe

Kilka tygodni po wybuchu protestów w Tunezji i Egipcie napisałem (w jednej z pierwszych wersji mojego artykułu dla „Vanity Fair”): „Gdy przyglądamy się namiętnościom będącym udziałem mas, które wyszły na ulice, powinniśmy zadać sobie jedno pytanie: kiedy przyjdzie kolej na Stany Zjednoczone? Nasz kraj pod istotnymi względami upodobnił się do tych dalekich, targanych konfliktami państw. Podobieństwo to jest widoczne zwłaszcza w tym, że i tu, i tam niemal wszystko trzyma w garści nieliczna grupa najbogatszych – najzamożniejszy 1 procent populacji”.

Zaledwie kilka miesięcy później protesty dotarły do naszego kraju.

Książka ta jest próbą głębszego zrozumienia jednego z aspektów zdarzeń, jakie zaszły w Stanach Zjednoczonych: tego, jak staliśmy się społeczeństwem rozdartym wielkimi nierównościami, jak bardzo ograniczyły się w nim możliwości awansu, a także jakie będą tego prawdopodobne skutki.

Obraz, jaki tu przedstawiam, jest ponury: dopiero zaczyna do nas docierać, jak bardzo jako kraj rozminęliśmy się z naszymi aspiracjami. Z moich opisów wyłania się też jednak przesłanie napawające nadzieją – możemy ustanowić inny porządek, który lepiej przysłuży się całej gospodarce, a także, co najważniejsze, większości obywateli. Główną zasadą tego alternatywnego porządku jest większa równowaga między rynkami a państwem – za rozwiązaniem tym, jak zamierzam wyjaśnić, przemawia zarówno współczesna teoria ekonomiczna, jak i doświadczenia historyczne14. W tych alternatywnych wobec naszego porządkach państwo między innymi bierze na siebie redystrybucję dochodów, zwłaszcza gdy mechanizmy rynkowe prowadzą do zbyt rozbieżnych rezultatów.

Krytycy redystrybucji wskazują niekiedy, że wiążą się z nią zbyt wysokie koszty. Ich zdaniem działa ona antybodźcowo, a zyski, jakie generuje dla ludzi ubogich i średnio zamożnych, są mniejsze niż straty najbogatszych. W kręgach prawicowych często wysuwa się argument, że możliwa jest większa sprawiedliwość, ale tylko za zbyt dużą cenę spowolnienia wzrostu i obniżenia PKB. Rzeczywistość (jak pokażę) jest jednak całkowicie inna: mamy system, który na pełnych obrotach pompuje pieniądze z dolnych i średnich warstw społecznych do warstw najwyższych, ale jest zarazem tak nieefektywny, że zyski najbogatszych są znacznie mniejsze niż straty średnio zamożnych i ubogich. Tak naprawdę teraz płacimy wysoką cenę za nasze pogłębiające się, i tak już ogromne, nierówności – cenę w postaci nie tylko wolniejszego tempa wzrostu gospodarczego i niższego PKB, ale także coraz większej niestabilności, nie wspominając już o innych kosztach: osłabieniu demokracji, wzrastającym poczuciu krzywdy, a nawet, na co zwróciłem już uwagę, podważaniu naszego poczucia tożsamości.

Kilka słów ostrzeżenia

Jeszcze kilka uwag wprowadzających. Wyrażenia „1 procent” często używam swobodnie, gdy chcę wskazać na gospodarczą i polityczną władzę osób na szczycie drabiny społecznej. Niekiedy mam jednak na myśli znacznie mniejszą grupę ludzi: najbogatszy promil z tego 1 procenta; w innych wypadkach, gdy piszę na przykład o dostępie do elitarnych szkół, stosuję ten zwrot na określenie szerszej grupy obejmującej najbogatsze 5 – 10 procent populacji.

Niektórzy czytelnicy mogą odnieść wrażenie, że za dużo piszę o bankierach i kadrach kierowniczych korporacji, o kryzysie finansowym z 2008 roku i jego konsekwencjach, a przecież (jak sam wyjaśnię) problem społecznych nierówności w Stanach Zjednoczonych ma dłuższą historię. O tych ludziach piszę jednak nie tylko dlatego, że stali się chłopcami do bicia dla opinii publicznej, lecz również z tego powodu, że są oni symbolem naszych dzisiejszych wypaczeń. Znaczna część nierówności wiąże się przede wszystkim z sektorem finansowym i kierowniczą kadrą korporacji. Ale chodzi o coś więcej: liderzy ci ukształtowali nasze poglądy na to, czym jest dobra polityka gospodarcza, a dopóki nie zrozumiemy, pod jakimi względami te poglądy są błędne i że w zbyt dużej mierze służą w ł a s n y m interesom liderów kosztem interesów pozostałych członków społeczeństwa, dopóty nie będziemy mogli tak przeformułować naszej polityki, aby dała ona początek sprawiedliwszej, efektywniejszej i bardziej dynamicznej gospodarce.

Książka przeznaczona dla szerokiego grona czytelników, taka jak ta, nie może się obejść bez daleko idących uogólnień, których unika się w pracach naukowych, pełnych terminologicznych rozróżnień i przypisów. Z góry za to przepraszam i odsyłam czytelników do artykułów i książek naukowych wskazywanych przeze mnie w przypisach, których liczbę i objętość musiałem na prośbę wydawcy ograniczyć. Pragnę więc zaznaczyć, że piętnując „bankierów”, dokonuję sporego uproszczenia: znam niemało finansistów, którzy zgodziliby się z wieloma wyrażonymi w tej książce poglądami. Niektórzy z nich walczyli z nadużyciami instytucji bankowych i sprzeciwiali się udzielaniu nieuczciwych kredytów. Niektórzy chcieli ukrócić zbyt ryzykowne praktyki banków. Część z nich uważała, że banki powinny skupić się na swojej podstawowej działalności – i kilka z tych instytucji nawet to zrobiło. Jest jednak oczywiste, że większość najważniejszych decydentów postępowała odwrotnie: zarówno przed kryzysem, jak i po nim zachowanie najbardziej wpływowych instytucji finansowych zasługuje na uzasadnioną krytykę i za te nadużycia ktoś musi zostać pociągnięty do odpowiedzialności. Gdy piętnuję „bankierów”, mam na myśli t y c h, którzy decydowali na przykład o angażowaniu kierowanych przez siebie instytucji w nieuczciwe i nieetyczne praktyki, a także tworzyli w nich kulturę takim praktykom sprzyjającą.

Dług intelektualny

Książka taka jak ta musi opierać się na teoretycznej i praktycznej wiedzy setek badaczy. Nie jest łatwo zebrać dane, które opiszą rozkład nierówności społecznych lub pozwolą na spójną interpretację przyczyn i przebiegu wydarzeń. Z czego wynika, że bogaci tak bardzo się wzbogacili, że klasa średnia ulega coraz głębszej erozji i że wzrasta liczba ubogich?

Byłoby wielkim zaniedbaniem, gdybym mimo wyrazów uznania, jakie zamieściłem w niektórych przypisach do kolejnych rozdziałów, nie wspomniał o żmudnej pracy Emmanuela Saeza i Thomasa Piketty’ego czy o ponad czterdziestu latach badań jednego ze współautorów moich wczesnych pism, sir Anthony’ego B. Atkinsona. Ponieważ centralnym elementem mojej argumentacji jest teza, że polityka i ekonomia są ściśle ze sobą związane, muszę w swoich rozważaniach wyjść poza wąsko rozumianą ekonomię. Thomas Ferguson, mój kolega z Instytutu Roosevelta, w swej książce z 1995 roku Golden Rule: The Investment Theory of Party Competition and the Logic of Money-Driven Political Systems jako jeden z pierwszych gruntownie zbadał przyczyny zjawiska biorące się z tego, że w demokracjach, w których głos każdego wyborcy powinien mieć jednakowe znaczenie, dużą rolę odgrywają pieniądze.

Związek między polityką a nierównościami jest, co nie powinno zaskakiwać, tematem wielu najnowszych książek i artykułów. Niniejsza praca w pewnym sensie kontynuuje rozważania zapoczątkowane przez Jacoba S. Hackera i Paula Piersona w ich Winner-Take-All Politics: How Washington Made the Rich Richer – and Turned Its Back on the Middle Class15. Obaj autorzy są politologami, ja jestem ekonomistą, ale tak samo usiłujemy wyjaśnić wielkie i pogłębiające się nierówności w Stanach Zjednoczonych. Ja stawiam to pytanie w następujący sposób: jak pogodzić taki rozwój wypadków z klasyczną teorią ekonomiczną? I choć zajmujemy się problemem z perspektywy dwóch różnych dyscyplin naukowych, dochodzimy do tej samej odpowiedzi, którą, parafrazując prezydenta Clintona, można by ująć w dwóch słowach: „Polityka, głupcze!”. W polityce, tak jak na rynkach, liczą się pieniądze. Wiadomo o tym od dawna i opisano to w wielu książkach, takich jak praca Lawrence’a Lessiga Republic, Lost: How Money Corrupts Congress – and a Plan to Stop It16. Coraz bardziej oczywiste staje się również, że rosnące dysproporcje mają istotny wpływ na stan naszej demokracji, co pokazują na przykład książki Larry’ego Bartelsa Unequal Democracy: The Political Economy of the New Gilded Age17 oraz Nolana McCarty’ego, Keitha T. Poole’a i Howarda Rosenthala Polarized America: The Dance of Ideology and Unequal Riches18.

Jakim sposobem i dlaczego pieniądz staje się tak potężną siłą w demokracji, która każdemu przyznaje prawo głosu i w której większość wyborców z definicji nie mieści się w najbogatszym 1 procencie, pozostaje tajemnicą. Mam nadzieję, że ta książka rzuci na nią nieco światła19. Co najważniejsze, spróbuję także ukazać związek między ekonomią a polityką. Choć stało się oczywiste, że coraz większe nierówności zaszkodziły polityce (na co dowody znajdują się w wyżej wymienionych książkach), wyjaśniam również, dlaczego mają one również b a r d z o szkodliwy wpływ na gospodarkę.

Kilka uwag osobistych

Wracam tu do tematu, który pół wieku temu przyciągnął mnie do studiów ekonomicznych. Jako pierwszy kierunek studiowałem fizykę w Amherst College. Uwielbiałem elegancję matematycznych teorii opisujących nasz świat, ale moje serce wyrywało się ku innym sprawom: społecznym i gospodarczym wstrząsom tamtej epoki, ruchowi praw obywatelskich, walce o rozwój krajów nazywanych wtedy krajami Trzeciego Świata i o zniesienie w nich kolonializmu. Moje ciągoty wynikały po części z osobistego doświadczenia chłopca dorastającego w centrum przemysłowej Ameryki, w mieście Gary w stanie Indiana. Widziałem tam na własne oczy, czym są nierówności, dyskryminacja, bezrobocie i recesja. Jako dziesięciolatek dziwiłem się, dlaczego w kraju, który zdawał się opływać w dostatek, dobra kobieta opiekująca się mną przez sporą część dnia skończyła tylko sześć klas szkoły i dlaczego opiekuje się mną, a nie swoimi dziećmi. W epoce, w której większość Amerykanów uważała ekonomię za naukę o pieniądzu, nie byłem więc, pod pewnymi względami, zbyt dobrym kandydatem na ekonomistę. Moja rodzina była zaangażowana politycznie. Wpajano mi, że pieniądze nie są ważne i nie dają szczęścia, a liczy się służenie innym i życie duchowe. Gdy jednak w zamęcie lat sześćdziesiątych zapoznałem się w Amherst z nowymi ideami, przekonałem się, że ekonomia to coś znacznie więcej niż tylko nauka o pieniądzu, że jest ona tak naprawdę narzędziem, za pomocą którego można badać głębokie przyczyny nierówności, i że w tej dziedzinie będę mógł się oddać swoim upodobaniom do teorii matematycznych.

Głównym tematem mojej pracy doktorskiej obronionej w MIT były nierówności, zmiany, jakim podlegały z upływem czasu, i ich konsekwencje dla zachowań makroekonomicznych, a zwłaszcza dla wzrostu gospodarczego. Wyszedłem od kilku standardowych założeń (składających się na tak zwany model neoklasyczny) i pokazałem, że w ich świetle jednostki powinny dążyć do osiągnięcia wzajemnej równości20. Według mnie nie ulegało wątpliwości, że standardowy model zawierał błędy, a jako dla osoby wychowanej w Gary było też dla mnie jasne, że nie może być słuszny neoklasyczny model zakładający, że gospodarka jest efektywna, a bezrobocie i dyskryminacja nie istnieją. Uświadomienie sobie, że model neoklasyczny nie opisuje trafnie naszego świata, popchnęło mnie ku poszukiwaniom alternatywnej teorii, w której niedoskonałości rynku, a zwłaszcza niedoskonałości informacji i czynnik „irracjonalności”, będą odgrywać zasadniczą rolę21. Jak na ironię, gdy te idee rozwinięto i gdy zaczynały zdobywać uznanie w niektórych kręgach ekonomistów, znaczną część publicznej debaty zdominowała teoria głosząca coś wprost przeciwnego – że rynki działają sprawnie lub że będą działać sprawnie, jeśli tylko państwo nie będzie im przeszkadzać. Ta książka, podobnie jak kilka innych ją poprzedzających, jest próbą sprostowania tych nieporozumień.

Podziękowania

Jak wspomniałem, tematyką źródeł i skutków nierówności zajmowałem się od czasów studenckich i w ciągu blisko pół wieku badań zaciągnąłem ogromny intelektualny dług u tak wielu autorów, że zabrakłoby tu miejsca, by ich wszystkich wymienić. Dawno temu napisałem artykuł na temat dystrybucji i zachowań makroekonomicznych z Robertem Solowem, twórcą wczesnej pracy o nierównościach i jednym z promotorów mojego doktoratu. Wpływ Paula Samuelsona, innego promotora, będzie widoczny w rozdziale 3, przy omawianiu problemów globalizacji. Pierwsze artykuły poruszające tę kwestię napisałem ze swoim kolegą ze studiów George’em Akerlofem, z którym w 2001 roku otrzymaliśmy Nagrodę Nobla.

Gdy w latach 1965 – 1966 studiowałem na Uniwersytecie Cambridge jako stypendysta Fulbrighta, główny temat dyskusji ekonomistów stanowiła kwestia podziału dochodów. W tej dziedzinie wiele zawdzięczam nieżyjącym już ekonomistom Nicholasowi Kaldorowi, Davidowi Champernowne’emu i Michaelowi Farrellowi, a zwłaszcza sir Jamesowi Meade’owi i Frankowi Hahnowi. Na wspomnianej uczelni zacząłem współpracować z Tonym Atkinsonem, który później został jednym z najlepszych na świecie znawców tematyki nierówności. W tym czasie wciąż uważano, że łagodzenie nierówności jest możliwe tylko za cenę znacznego ograniczenia wzrostu gospodarczego, a Jim Mirrlees dopiero zaczynał badania nad optymalnym redystrybucyjnym opodatkowaniem (za które otrzymał później Nagrodę Nobla).

Innym moim nauczycielem z MIT (a później kolegą ze stypendium dla pracowników naukowych w Cambridge w latach 1965 – 1966) był Kenneth Arrow, którego praca o informacji znacząco wpłynęła na moje myślenie. Jego późniejsze badania, przebiegające równolegle do moich, skupiały się na znaczeniu dyskryminacji, na związkach między informacją, dotyczącą na przykład względnych możliwości, a nierównościami, jak również na roli, jaką w tych mechanizmach odgrywa wykształcenie.

Podstawową kwestią w tej książce jest mierzenie nierówności wiążące się z zagadnieniami teoretycznymi mocno zbliżonymi do zagadnień miary ryzyka. Swoje wczesne prace na ten temat, sprzed czterech dekad, pisałem wspólnie z Michaelem Rothschildem. Później z moim byłym studentem Ravim Kanburem szukaliśmy rozwiązań, jak mierzyć mobilność społeczno-ekonomiczną.

Będzie tutaj wyraźnie widoczny wpływ, jaki na moje myślenie wywarła ekonomia behawioralna. W tę tematykę wprowadził mnie nieżyjący już Amos Tversky, pionier badań w tej dziedzinie. Później moje poglądy formowali Richard Thaler i Danny Kahneman. (Gdy w połowie lat osiemdziesiątych zakładałem „Journal of Economic Perspectives”, zwróciłem się do Richarda z prośbą, by regularnie pisał dla nas felietony poświęcone tym kwestiom).

Bardzo dużo dały mi rozmowy z Edwardem Stiglitzem (na temat niektórych prawnych zagadnień omawianych w rozdziale 7) i z Robertem Perkinsonem (o wysokim wskaźniku inkarceracji w Stanach Zjednoczonych).

Zawsze wiele korzyści czerpię z omawiania swych poglądów ze studentami. Tym razem pragnę wyróżnić Miguela Morina, mojego obecnego studenta, i Antona Korineka, który niedawno ukończył studia.

Miałem wielkie szczęście być członkiem administracji Billa Clintona. Kwestie nierówności i ubóstwa znajdowały się w centrum naszych debat. Rozmawialiśmy o tym, jak walczyć z ubóstwem na przykład za pomocą reformy świadczeń socjalnych (w tych dyskusjach główną rolę odgrywał David Ellwood z Uniwersytetu Harvarda) i jak dzięki reformie podatkowej zaradzić skrajnej nierówności polegającej na nieproporcjonalnym bogaceniu się ludzi z najwyższych poziomów struktury społecznej. (Nie wszystko, co zrobiliśmy – o czym będę mówił poniżej – było krokiem we właściwym kierunku). Widoczny w tej książce będzie również wpływ wnikliwych analiz Alana Kruegera (do niedawna przewodniczącego prezydenckiego zespołu doradców ekonomicznych Council of Economic Advisers, CEA) dotyczących rynku pracy, w tym znaczenia płacy minimalnej. W dalszych częściach tekstu będę powoływał się na swoją współpracę z Jasonem Furmanem i Peterem Orszagiem. Dzięki Alicii Munnell, która razem ze mną była jednym z ekonomicznych doradców prezydenta, lepiej zrozumiałem rolę programów ubezpieczeń społecznych i regulacji prawnych pozwalających ograniczać ubóstwo. (Wiele innych osób, które ukształtowały moje myślenie w tej dziedzinie, wymieniam w podziękowaniach w książce Szalone lata dziewięćdziesiąte1).

Miałem również szczęście pracować jako główny ekonomista Banku Światowego, który za jedno ze swych najważniejszych zadań uważa ograniczenie ubóstwa na świecie. Na uwadze mieliśmy przede wszystkim kwestie ubóstwa i nierówności, a każdy dzień pracy w tej instytucji był dla mnie cenną nauką, każde spotkanie stanowiło okazję do poczynienia nowych spostrzeżeń, do kształtowania i zmiany poglądów na temat przyczyn i następstw nierówności oraz do lepszego zrozumienia, dlaczego przybierają one różną postać w zależności od kraju. Waham się, czy wyróżnić konkretne osoby, ale muszę wspomnieć o moich dwóch kolejnych następcach na stanowisku głównego ekonomisty, Nicku Sternie (którego poznałem w 1969 roku w Kenii) i François Bourguignonie.

W rozdziale 1 i w kilku innych miejscach tej książki podkreślam, że PKB na mieszkańca – lub inne miary dochodów – nie są adekwatnymi wskaźnikami poziomu dobrobytu społeczeństwa. Na moje stanowisko w tym względzie silnie wpłynęła praca Commission sur la mesure des performances économiques et du progrès social, której przewodniczyłem, a którą współkierowali Amartya Sen i Jean-Paul Fitoussi. Wiele zawdzięczam jej pozostałym dwudziestu jeden członkom.

W rozdziale 4 wyjaśniam, na czym polega związek między niestabilnością a wzrostem gospodarczym. Na moje rozumienie tego zagadnienia znaczny wpływ miała inna instytucja, której przewodziłem, mianowicie Commission of Experts of the President of the United Nations General Assembly on Reforms of the International Monetary and Financial System.

Serdecznie dziękuję moim współpracownikom z Instytutu Roosevelta, między innymi Bo Cutterowi, Mike’owi Konczalowi, Arjunowi Jayadevowi i Jeffowi Madrickowi. (Pozostałe osoby, które pomagały nam przy różnych wydarzeniach organizowanych przez instytut, w tym Robert Kuttner i Jamie Galbraith, również zasługują na podziękowania). Paul Krugman jest zawsze źródłem inspiracji dla tych z nas, którym leży na sercu większa równość społeczna i sprawniej funkcjonująca gospodarka.

Niestety w ostatnich latach ekonomiści nie poświęcili należytej uwagi kwestii nierówności ani innym problemom mogącym być przyczyną niestabilności, jakiej doświadcza nasz kraj. Aby zaradzić tym i innym niedostatkom, utworzono Institute for New Economic Thinking. Chciałbym wyrazić swą wdzięczność członkom tej instytucji, a zwłaszcza jej szefowi Robowi Johnsonowi (który jest także naszym współpracownikiem w Instytucie Roosevelta i członkiem komisji przy ONZ), za nasze długie rozmowy na poruszane w tej książce tematy.

Wyrazy wdzięczności kieruję, jak zwykle, pod adresem Uniwersytetu Columbia za stworzenie środowiska intelektualnego sprzyjającego wymianie, kwestionowaniu i rozwojowi poglądów. Muszę podziękować zwłaszcza Josému Antonio Ocampo oraz mojemu wieloletniemu koledze i współpracownikowi Bruce’owi Greenwaldowi.

Tak przedstawia się obszerna lista ludzi, którzy wywarli na mnie intelektualny wpływ, ale jestem winien podziękowania również tym, którzy przyczynili się do powstania tej książki w każdy inny sposób. Jej zalążkiem był mój artykuł dla „Vanity Fair” Of the 1%, for the 1%, by the 1%. Do jego napisania namówił mnie Cullen Murphy, a potem wykonał przy nim znakomitą robotę edytorską. Graydon Carter podsunął nam tytuł. Później Drake McFeely, prezes wydawnictwa Norton oraz mój wieloletni przyjaciel i wydawca, zwrócił się do mnie z prośbą, bym rozwinął wątki zawarte w artykule i napisał książkę. Od strony edytorskiej nadzorował ją, jak zwykle wzorowo, Brendan Curry.

Stuart Proffitt z wydawnictwa Penguin Books – Allen Lane po raz kolejny wykonał imponującą pracę, podsuwając mi z jednej strony celne i ogólne wskazówki, jak wzmocnić argumentację i uczynić ją bardziej zrozumiałą, a z drugiej – dzieląc się ze mną szczegółowymi uwagami dotyczącymi tekstu.

Karla Hoff przeczytała książkę od deski do deski, poprawiając ją pod względem językowym i na poziomie argumentacji. Jednak zanim zabrałem się do pisania, dyskutowałem z nią o głównych założeniach książki, co pomogło mi w skierowaniu myśli na właściwe tory.

Grupa asystentów badawczych, kierowana przez Laurence’a Wilse-Samsona, współtworzona przez An Li i Ritama Chaureya, wykroczyła w swej pracy daleko poza sprawdzanie faktów. Sugerowali mi, w których miejscach powinienem rozwinąć analizę, wskazywali, gdzie ją zniuansować, i zdawali się podekscytowani tym projektem na równi ze mną. Julia Cunico i Hannah Assadi również udzieliły mi wielu cennych uwag i wsparcia w trakcie pisania.

Eamon Kircher-Allen nie tylko kierował całym procesem wydawniczym, ale miał w nim swój udział jako redaktor i krytyk tej książki. Jestem mu za to niezmiernie wdzięczny.

Jak zawsze najwięcej zawdzięczam Anyi, która zachęcała mnie do pisania, wiele razy omawiała ze mną główne tematy poruszane w książce i niestrudzenie pomagała mi nadać jej właściwy kształt.

Im wszystkim, także za ich ciągły entuzjazm wobec tej publikacji, jestem głęboko wdzięczny. Żadna z wymienionych osób nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne pojawiające się tu błędy i nieścisłości.

Przypisy

Przedmowa do wydania broszurowego

1 Fragmenty tej przedmowy zaczerpnięto z komentarzy, jakie w ciągu kilku ostatnich miesięcy napisałem dla „USA Today” (Fallacies of Romney’s Logic, 19.09.2012), „New York Timesa” (Politcal Causes, Political Solutions for Inequality, 18.10.2012), „Los Angeles Timesa” (America’s Prosperity Requires a Level Playing Field, 22.07.2012), „Financial Timesa” (America Is No Longer a Land of Opportunity, 26.06.2012) i dla „Washington Post” (How Policy Has Contributed to the Great Economic Divide, 22.07.2012), a także z przedmów, jakie napisałem do hiszpańskiego i japońskiego wydania tej książki.

2 Jak podawał „New York Times”, federalne prawo upadłościowe dopuszcza możliwość umorzenia długu studenckiego, gdy dłużnik jest w stanie dowieść, że znalazł się w „wyjątkowo trudnej sytuacji materialnej”, która wynika z konieczności spłaty zobowiązania. Osobom, które chciałyby z tej możliwości skorzystać, postawiono jednak niedorzecznie wygórowane warunki. W sierpniu 2012 roku „Times” opisywał dramatyczną historię niewidomego bezrobotnego mężczyzny, który musiał spłacić 89 tysięcy dolarów kredytu studenckiego, ponieważ nie potrafił dowieść przed sądem upadłościowym, że znajduje się w sytuacji „całkowicie pozbawionej perspektyw”. W praktyce więc umarzanie długów studenckich zdarza się bardzo rzadko. W tej samej relacji wspominano również, że trudno zdobyć wiarygodne dane na temat liczby zadłużonych, którym udało się umorzyć taki kredyt dzięki powołaniu się na „wyjątkowo trudną sytuację materialną”, ale że liczba wniosków o umorzenie w całych Stanach Zjednoczonych nie przekracza tysiąca rocznie. Zob. R. Lieber, Last Plea on School Loans: Proving a Hopeless Future, „New York Times”, 31.08.2012.

3 Dane National Center for Education Statistics, http://nces.ed.gov/fastfacts/display.asp?id=76 (data dostępu: 19.01.2015). Podane tam liczby są skorygowane o wartość inflacji. Między 1981 a 2011 rokiem czesne i opłaty za naukę na uniwersytetach wzrosły o mniej więcej 368 procent – wielkość skorygowana o inflację. Zob. College Board, Trends in College Pricing, http://trends.collegeboard.org/college-pricing (data dostępu: 10.10.2012).

4 R. Chakrabarti, M. Mabutas i B. Zafar z Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku podają, że „od 2000 do 2010 roku rzeczywista wartość netto opłat za naukę w wyższych szkołach publicznych i na uniwersytetach wzrosła średnio o 33,1 procent, z 3415 do 4546 dolarów”. Jednocześnie, dodają autorzy, „dane zebrane przez zarząd państwowych szkół wyższych (State Higher Education Executive Officers, SHEEO) pokazują, że od 2000 do 2010 roku państwowe dofinansowanie przypadające na jednego ucznia – rozumiane jako środki finansowe z budżetu centralnego i budżetów władz lokalnych przeznaczone na publiczne szkolnictwo wyższe w przeliczeniu na jednego ucznia (i z wyłączeniem kredytów) – zmalało o 21 procent, z 8257 do 6532 dolarów (wszystkie podane tutaj liczby zostały skorygowane o poziom inflacji i wyrażone w dolarach z 2011 roku)”. Zob. R. Chakrabarti, M. Mabutas, B. Zafar, Soaring Tuitions: Are Public Funding Cuts to Blame?, wpis z 2012 roku na blogu nowojorskiego Systemu Rezerwy Federalnej (Federal Reserve System, Fed), http://libertystreeteconomics.newyorkfed.org/2012/09/soaring-tuitions-are-public-funding-cuts-to-blame.html (data dostępu: 3.12.2012). College Board w raporcie Trends in College Pricing 2011 donosi, że między 2006/2007 a 2011/2012 rokiem wysokość wsparcia publicznego (skorygowanego o poziom inflacji) spadła o jedną czwartą.

5 Czesne w szkołach wyższych jest 5,5 raza wyższe w porównaniu z rokiem 1985. Zob. C. Rampell, Why Tuition Has Skyrocketed at State Schools, „New York Times”, 2.03.2012, http://economix.blogs.nytimes.com/2012/03/02/why-tuition-has-skyrocketed-at-state-schools (data dostępu: 29.11.2012). Autorka tej publikacji powołuje się na dane urzędu statystyki pracy (Bureau of Labor Statistics, BLS). W raporcie College Board Trends in College Pricing 2011 czytamy: „Przez ponad dekadę, od lat 2001/2002 do 2011/2012, z dostępnych danych na temat wysokości czesnego i opłat za naukę dla studentów publicznych szkół wyższych (prowadzących czteroletnie studia) i uniwersytetów, wynika, że wzrastały one średnio o 5,6 procent rocznie, powyżej poziomu inflacji. Podobne tempo wzrostu opłat za naukę, wynoszące 4,5 procent rocznie, odnotowano w latach osiemdziesiątych, a 3,2 procent rocznie w latach dziewięćdziesiątych”. Wzrastająca nierówność, spadek mediany dochodów i wzrost wysokości opłat za naukę sprawiły, że w 2011 roku (ostatni rok, dla którego są dostępne dane) średni roczny koszt czteroletnich studiów na uniwersytecie był o 50 procent w y ż s z y niż średni roczny dochód 20 procent najmniej zamożnych gospodarstw domowych. Wiele rodzin nie mogło więc pozwolić sobie na to, żeby z własnych oszczędności opłacić dzieciom naukę w szkole wyższej.

6 Trends in College Pricing, dz. cyt., s. 17.

7 Pew Research Center, Trends in Political Values and Core Attitudes: 1987 – 2009, 21.05.2009, http://www.people-press.org/files/legacy-pdf/517.pdf, s. 56 (data dostępu: 19.01.2015).

8 Zob. dane zebrane przez Economic Policy Institute (EPI) na stronie „The State of Working America”, http://stateofworkingamerica.org/chart/swa-wealth-table-6-6-wealth-groups-shares (data dostępu: 19.01.2015).

9 Zob. True Progressivism, „The Economist”, 13.10.2012, s. 13. T. Piketty i E. Saez, na których pracę często będę się powoływał, pokazali, że z wyjątkiem zaledwie kilku lat bezpośrednio poprzedzających krach z 1929 roku poziom koncentracji dochodów przez najbogatszy 0,01 procent Amerykanów nie miał precedensu w XX wieku. Zob. T. Piketty, E. Saez, Income Inequality in the United States, 1913 – 1998, „Quarterly Journal of Economics” 2003, Vol. 118, No. 1, s. 1 – 39, a także uaktualnione dane tabelaryczne do tego artykułu do pobrania ze strony: http://elsa.berkeley.edu/~saez (data dostępu: 27.11.2012).

10 Zob. W. Buffett, A Minimum Tax for the Wealthy, „New York Times”, 25.11.2012. Buffet oparł swe szacunki na danych Internal Revenue Service (IRS) w kontekście czterdziestogodzinnego tygodnia pracy. W tym samym artykule przedstawia pouczające zestawienie ilustrujące, jak stopniowo obniżano stawki podatkowe bogatym, i wysuwa przekonujący argument, że podniesienie tych stawek jest fiskalną i gospodarczą koniecznością.

11 Zob. The 400 Individual Income Tax Returns Reporting the Largest Adjusted Gross Incomes Each Year, 1992 – 2009 [raport amerykańskiego urzędu podatkowego], http://www.irs.gov/pub/irs-soi/09intop400.pdf (data dostępu: 29.11.2012).

12 Dane, tutaj i w następnych akapitach, pochodzą z raportu Federal Reserve Board’s Survey of Consumer Finances za rok 2010, Changes in U.S. Family Finances from 2007 to 2010: Evidence from the Survey of Consumer Finances, „Federal Reserve Bulletin” 2012, Vol. 98, No. 2, s. 1 – 80.

13 Mediana majątku netto 25 procent najmniej zamożnych Amerykanów zmniejszyła się w tym czasie z 1,3 tysiąca dolarów do zera. Zob. tamże, s. 20.

14 Zob. U.S. Census Bureau, Table P-53. Wage or Salary Workers by Median Wage or Salary Income and Sex, http://www.census.gov/hhes/www/income/data/historical/people (data dostępu: 19.01.2015).

15 Zob. U.S. Census Bureau, Table H-6. Regions-by Median and Mean Income, http://www.census.gov/hhes/www/income/data/historical/household (data dostępu: 19.01.2015).

16 Zob. U.S. Census Bureau, Table H-13. Educational Attainment of Householder – Households with Householder 25 Years Old and Over by Median and Mean Income, http://www.census.gov/hhes/www/income/data/historical/household (data dostępu: 19.01.2015).

17 Zob. J. P. Cristia, Rising Mortality and Life Expectancy Differentials by Lifetime Earnings in the United States, „Inter-American Developement Bank Working Papers” 2009, No. 665, http://www.iadb.org/res/publications/pubfiles/pubWP665.pdf (data dostępu: 19.01.2015).

18 Zob. Human Mortality Database, http://www.ceda.berkeley.edu/News/NAS_WilmothBB_GeogDiff_e50.html#NASe0f (data dostępu: 3.08.2015).

19 Zob. S. J. Olshansky i in., Differences in Life Expectancy Due to Race and Educational Differences Are Widening, and Many May Not Catch Up, „Health Affairs” 2008, Vol. 31, No. 8, s. 1803 – 1813. Dane dotyczące średniej długości życia osób ze średnim wykształceniem należy traktować z ostrożnością ze względu na to, że liczba tych osób ciągle się zmienia.

20 Te różnice są orientacyjne i dotyczą młodszych grup społecznych niż grupy badane przez zespół Olshansky’ego (różnice w średniej długości życia w zależności od poziomu wykształcenia były mniej wyraźne dla sześćdziesięciolatków niż dla czterdziestolatków i dwudziestolatków). Dane te znajdują się w załączniku do badań Olshansky’ego: http://content.healthaffairs.org/content/suppl/2012/07/31.8.1803.DC1/2011-0746_Olshansky_Appendix.pdf (data dostępu: 28.11.2012). Schwartz Center for Economic Policy Analysis (SCEPA), działające przy New School of Social Research (NSSR), przeprowadziło dodatkowe badania, które zasadniczo potwierdzają wnioski wypływające z badania przeprowadzonego przez zespół Olshansky’ego. Zob. np. Differences in Life Expectancy: Is Working Longer a Solution for Everyone?, http://www.economicpolicyresearch.org/guaranteeing-retirement-income/560-differences-in-life-expectancy-is-working-longer-a-solution-for-everyone.html (data dostępu: 28.11.2012), i pozycje, do których ta praca odsyła.

21 S. Tavernise, Life Spans Shrink for Least-Educated Whites in the U.S., „New York Times”, 20.09.2012, http://www.nytimes.com/2012/09/21/us/life-expectancy-for-less-educated-whites-in-us-is-shrinking.html?pagewanted=all.

22 Jak w swoim artykule twierdzi S. Tavernise, w 2006 roku 43 procent osób w wieku produkcyjnym z wykształceniem niższym niż średnie nie miało ubezpieczenia zdrowotnego, co oznacza ośmioprocentowy wzrost w porównaniu do sytuacji sprzed zaledwie trzynastu lat. Zob. tamże.

23 W sprawie National Federation of Independent Business (NFIB) versus Sebelius.

24 Co więcej, kilka tegorocznych publikacji potwierdziło, wzmocniło i rozbudowało moje tezy. Do tych prac należą: T. Noah, The Great Divergence: America’s Growing Inequality Crisis and What We Can Do About It, Bloomsbury Press, New York 2012; U. Dadush, K. Dervis, S. P. Milsom, B. Stancil, Inequality in America: Facts, Trends and International Perspective, Brookings Institution Press, Washington 2002; J. K. Galbraith, Inequality and Instability: A Study of the World Economy Just Before the Great Crisis, Oxford University Press, New York 2012.

25 Taka jest na przykład argumentacja prawicowej Heritage Foundation, która usiłowała dowieść, że nierówność ma korzystny wpływ na społeczeństwo. Swoje wnioski organizacja ta przedstawiła w raporcie: D. Zerrad, R. S. Hederman Jr., Defending the Dream: Why Income Inequality Doesn’t Threaten Opportunity, 13.09.2012, http://thf_media.s3.amazonaws.com/2012/pdf/SR119.pdf (data dostępu: 8.11.2012).

26 Bardzo trudno ocenić rzetelność danych dotyczących świadczeń medycznych, ponieważ w niektórych dziedzinach (na przykład w kardiochirurgii) odnotowano sporą poprawę w jakości usług. To tylko jeden z wielu przykładów trudności pomiaru zmian w jakości życia i porównywania stopy życiowej w różnych krajach. Nasze wskaźniki nie obejmują na przykład wzrastającego poczucia niepewności (większego ryzyka utraty pracy lub dachu nad głową). Jeśli dochód gospodarstwa domowego wzrasta tylko dlatego, że ludzie dłużej pracują, to zwiększenie domowego budżetu nadmiernie podnosi wskaźnik poprawy jakości życia. Dokładniejsze omówienie tego tematu zob. J. E. Stiglitz, J. Fitoussi, A. Seng, Mismeasuring Our Lives: Why GDP Doesn’t Add Up, New Press, New York 2010.

27 Zob. R. Lambert, Paying for Inequality, „Prospect”, 19.07.2012.

28 True Progressivism, dz. cyt.

29 Możemy tam przeczytać na przykład: „25 procent najlepiej zarabiających menedżerów funduszy hedgingowych zarabia więcej niż wszyscy dyrektorzy generalni z listy 500 najwyżej notowanych firm (S&P 500) łącznie”. Zob. The Rich and the Rest, „The Economist”, 13.10.2012, s. 12 – 15, w którym cytuje się badania: S. N. Kaplan, J. Rauh, Wall Street and Main Street: What Contributes to the Rise in the Highest Incomes?, „Review of Financial Studies” 2010, Vol. 23, No. 3, s. 1004 – 1050. W tym samym artykule z „The Economist” powołano się na pracę T. Philippona i A. Reshefa, w której autorzy zauważają, że począwszy od połowy lat dziewięćdziesiątych aż do 2006 roku zarobki w sektorze finansowym były „zdecydowanie wygórowane”. Dodają też, że „renty odpowiadały za 30 – 50 procent różnic w wysokości płac między sektorem finansowym a pozostałymi częściami sektora prywatnego”. T. Philippon, A. Reshef, Wages and Human Capital in the U.S. Financial Industry: 1909 – 2006, „National Bureau of Economic Research Working Papers” 14644, Cambridge 2009 (opublikowany w „Quarterly Journal of Economics”, 9.10.2012), s. 1.

30 True Progressivism, dz. cyt., s. 13.

31 Zob. S. F. Reardon, The Widening Academic Achievement Gap Between the Rich and the Poor: New Evidence and Possible Explanations, [w:] Whither Opportunity? Rising Inequality and the Uncertain Life Changes of Low-Income Children, R. Murnane, G. Duncan (eds.), Russell Sage Foundation, New York 2011, s. 91 – 116.

32 True Progressivism, dz. cyt., s. 13.

33 Tamże.

34 E. Conard, Unintended Consequences: Why Everything You’ve Been Told About the Economy is Wrong, Penguin, New York 2012.

35 Apple zatrudnia na terenie Stanów Zjednoczonych 47 tysięcy pracowników (z czego znaczną część w handlu), ale „tworzy kolejne 257 tysięcy miejsc pracy w «innych przedsiębiorstwach», które mają styczność z produktami firmy i pomagają w procesie produkcyjnym”. C. Guglielmo, Apple Touts Itself as Big Job Creator in the U.S., „Forbes”, 2.03.2012, http://www.forbes.com/sites/connieguglielmo/2012/03/02/apple-touts-itself-as-big-job-creator-in-the-u-s (data dostępu: 20.01.2015).

36 M. Romney powiedział: „47 procent ludzi zagłosuje na obecnego prezydenta tak czy owak. Te 47 procent, które go popiera, a które jest utrzymywane przez państwo, uważa się za ofiary, twierdzi, że państwo ma obowiązek o nie dbać i że ma prawo do opieki zdrowotnej, żywności, dachu nad głową itd., itd. Ci ludzie uważają, że to wszystko im się należy. I że państwo ma im to wszystko dać. I cokolwiek by się działo, i tak zagłosują na obecnego prezydenta. […] To ludzie, którzy nie płacą żadnych podatków dochodowych. […] Nie mam zamiaru się nimi przejmować. Nigdy ich nie przekonam, że powinni wziąć za siebie odpowiedzialność i sami zadbać o swoje życie”. L. Madison, Fact-checking Romney’s „47 percent” comment, „CBS News”, 18.09.2012, http://www.cbsnews.com/8301-503544_162-57515033-503544/fact-checking-romenys-47-percent-comment (data dostępu: 20.01.2015).

37 Biuro Budżetowe Kongresu (Congressional Budget Office, CBO) ocenia, że w roku fiskalnym 2012 podatki od osób fizycznych stanowią około 46 procent federalnych dochodów budżetowych, a wpływy z ubezpieczeń społecznych (kategoria, w której mieszczą się ubezpieczenia społeczne i podatki od wynagrodzeń, odprowadzane od wynagrodzeń podatki na opiekę medyczną Medicare, a także ubezpieczenie od bezrobocia) pokryły mniej więcej 35 procent. Podatki dochodowe od osób prawnych stanowiły około 10 procent wpływów podatkowych. Zob. Fiscal Year 2012. Congressional Budget Office Analysis, „Monthly Budget Review”, 5.10.2012, http://www.cbo.gov/sites/default/files/cbofiles/attachments/2012_09_MBR.pdf (data dostępu: 3.12.2012).

38 „The Economist” zwrócił uwagę na jeszcze jedną niesprawiedliwość w naszym systemie: państwo za pośrednictwem systemu podatkowego subsydiuje mieszkania dla najbogatszych kwotą czterokrotnie wyższą niż dopłacana do mieszkań dla biednych. Zob. True Progressivism, dz. cyt., s. 13.

39 W niniejszej książce posługuję się zapożyczonym od A. de Tocqueville’a określeniem „dobrze rozumiany interes własny”.

40 Przez to pojęcie Międzynarodowa Organizacja Pracy rozumie pracę, do której powinno aspirować społeczeństwo. Zob. opis na stronie internetowej MOP, Decent Work Agenda, http://www.ilo.org/global/about-the-ilo/decent-work-agenda/lang--en/index.htm (data dostępu: 20.01.2014).

41 The Rich and the Rest, dz. cyt., s. 15.

42 Nie wszystkie z tych prób były udane. Na przykład w Pensylwanii sąd unieważnił – przynajmniej tymczasowo – część drakońskiego prawa, zgodnie z którym aby zagłosować, należało przedłożyć swoją fotografię, której autentyczność musiały wcześniej potwierdzić władze stanowe. Wielu specjalistów z dziedziny nauk społecznych i działaczy na rzecz obrony praw obywatelskich uważa, że wymogi dotyczące identyfikacji wyborców – wprowadzone, by zapobiec niemal nieistniejącemu ryzyku oszustw w punktach wyborczych – służą tak naprawdę temu, by osobom biednym i znajdującym się w trudnym położeniu uniemożliwić głosowanie. To kolejny odcinek ciągnącej się od lat sagi ograniczania praw wyborczych, którą opisuję w rozdziale 5.

43 Na przykład w latach 2009 – 2011 średnia roczna płaca w Grecji obniżyła się o 13,7 procent, a w Portugalii – o 6,8 procent. Dane zaczerpnięte z raportu: Average Annual Wages, 2011 Constant Prices and NCU, OECD, http://stats.oecd.org/Index.aspx?DataSetCode=AV_AN_WAGE (data dostępu: 3.12.2012).

44 Tę prawidłowość określa tak zwana krzywa Kuznetsa. Zob. S. Kuznets, Economic Growth and Income Inequality, „American Economic Review” 1955, Vol. 45, No. 1, s. 1 – 28. Koncepcja ta była później rozwijana i precyzowana. Zob. np. S. Dasgupta, B. Laplante, H. Wang, D. Wheeler, Confronting the Environmental Kuznets Curve, „Journal of Econimic Perspectives” 2000, Vol. 16, No. 1, s. 147 – 168.

45 Jak podaje R. Lenzner: „1 promil najbogatszych – jest ich 315 tysięcy wśród 315 milionów Amerykanów – wytwarza w ciągu roku około połowy wszystkich zysków kapitałowych ze sprzedaży akcji i nieruchomości; te zyski kapitałowe stanowią około 60 procent wszystkich dochodów uzyskanych przez 400 najbogatszych Amerykanów (według listy Forbes 400)”. R. Lenzner, The top 0,1 % of the Nation Earn Half of All Capital Gains, „Forbes”, 20.11.2011, http:// www.forbes.com/sites/robertlenzner/2011/11/20/the-top-0-1-of-the-nation-earn-half-of-allcapital-gains.

46 J. Stewart, In Superrich, Clues to What Might Be in Romney’s Returns, „New York Times”, 1.08.2012, http://www.nytimes.com/2012/08/11/business/in-the-superrich-clues-to-romneys-tax-returns-common-sense.html (data dostępu: 4.08.2015).

Przedmowa

1 Artykuł z maja 2011 roku, dostępny na stronie: http://www.vanityfair.com/society/features/2011/05/top-one-percent-201105 (data dostępu: 28.02.2012).

2 Opis nierówności, jakie nastały w Stanach Zjednoczonych, a także stosowne cytaty – zob. rozdział 1.

3 Oczywiście charakter tych ułomności rynkowych był różny w zależności od kraju. Na przykład w Egipcie wprowadzenie reform neoliberalnych doprowadziło do pewnego rozwoju gospodarczego, ale większość społeczeństwa nie odczuła jego skutków.

4 Nie wszyscy z nich są uwzględnieni w oficjalnych statystykach na temat bezrobocia, które wynosi 8,3 procent. Część z tych ludzi aktywnie poszukiwała pracy na cały etat, ale nie mogła znaleźć żadnego zajęcia, część musiała zadowolić się pracą w niepełnym wymiarze godzinowym, a część z nich do tego stopnia zniechęciła się trudnościami ze znalezieniem zatrudnienia, że wypadała z rynku pracy. W Europie dane dotyczące bezrobocia kształtują się na podobnym poziomie.

5 Wydarzenia te szeroko komentowano w mediach. Zob. np. http://www.dailymail.co.uk/news/article-2048754/Occupy-Wall-Street-Bloomberg-backs-dawn-eviction.html (data dostępu: 3.12.2011).

6 „USA Today”, http://www.usatoday.com/news/nation/story/2011-10-17/poll-wall-street-protests/50804978/1 (data dostępu: 4.08.2015).

7 Czytelnik zagraniczny może być zdziwiony, że bezrobotni w Stanach Zjednoczonych zwykle otrzymują zasiłek tylko przez sześć miesięcy. W rozdziale 1 opisuję walki o wydłużenie tego okresu w czasie recesji, a także wymieniam liczne grupy osób nieobjętych ubezpieczeniem.

8 Takie podziały trąciły analizami marksistowskimi, które w Ameryce w czasie zimnej wojny, a gdzieniegdzie także później, były ostro potępiane.

9 Zob. rozdział 1. Socjologowie podkreślają, że dochody nie są jedynym wyznacznikiem przynależności do klasy społecznej.

10 Tej tezy będę dowodził w kolejnych rozdziałach.

11 Jedna z przyjmowanych w takiej sytuacji postaw sprowadza się do przemilczania kwestii wartości. Z tej perspektywy retoryka równości, sprawiedliwości, właściwej procedury prawnej nie ma nic wspólnego z rzeczywistym działaniem świata. W polityce takie realistyczne podejście jest nazywane Realpolitik. Zwolennicy „realizmu” w ekonomii często opowiadają się za swego rodzaju darwinizmem ekonomicznym; niech system sam ewoluuje i niech przetrwają najlepiej przystosowani. Systemy zasadniczo wadliwe, jak komunizm, nie mają szans na przetrwanie. Póki co kapitalizm w amerykańskiej odmianie jest najlepszym z systemów. W XIX wieku poglądy te określano mianem darwinizmu społecznego. Pewna wersja tej koncepcji zyskała popularność w kręgach prawicowych. Jak się wydaje, takie rozumowanie (zwykle niewypowiadane głośno) odcisnęło wpływ na zwolennikach kapitalizmu w wariancie amerykańskim. Pogląd ten napotyka jednak kilka przeszkód. Na płaszczyźnie teoretycznej taka teleologiczna interpretacja ewolucji – zakładająca, że prowadzi ona do stworzenia najlepszego możliwego systemu – nie ma uzasadnienia. Nie jest też pewne, czy system, który działa dziś, będzie na tyle wytrzymały, by sprostać wymaganiom, jakie staną przed nim w przyszłości. Niemożliwość oszacowania tej wytrzymałości jest właśnie jedną z wad współczesnej gospodarki rynkowej. Zob. również J. E. Stiglitz, Whither Socialism?, MIT Press, Cambridge 1994.

12 Dane z sierpnia 2011 roku dla osób w wieku szesnastu – dwudziestu czterech lat. Zob. stronę internetową Bureau of Labor Statistics: http://www.bls.gov/news.release/youth.nr0.htm (data dostępu: 3.12.2011).

13 Wzrastająca nierówność osłabiająca nasz system sądowniczy była przedmiotem niedawnych dyskusji. Zob. np. G. Greenwald, With Liberty and Justice for Some: How the Law Is Used to Destroy Equality and Protect the Powerful, Metropolitan Books, Henry Holt, New York 2011. Inni autorzy także zwracali uwagę, że ułomności naszej polityki – nadmierny wpływ grup nacisku – osłabia naszą gospodarkę, i mówili o tym, zanim jeszcze stało się to oczywiste wskutek kryzysu finansowego. Zob. R. Kuttner, The Squandering of America: How the Failure of Our Politics Undermines Our Prosperity, Knopf, New York 2007.

14 Za takim rozwiązaniem opowiadam się w swoich poprzednich książkach: Globalizacja, przeł. H. Simbierowicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004; Wizja sprawiedliwej globalizacji, przeł. A. Szeworski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007; Freefall, W. W. Norton, New York 2010. Do książek podejmujących podobną tematykę należą: R. Kuttner, Everything for Sale: The Virtues and Limits of Markets, Knopf, New York 1997; J. Cassidy, How Markets Fail: The Logic of Economic Calamities, Farrar, Straus and Giroux, New York 2009; M. Hirsh, Capital Offense: How Washington’s Wise Men Turned America’s Future Over to Wall Street, Wiley, New York 2010; J. Madrick, The Age of Greed: The Triumph of Finance and the Decline of America, 1970 to the Present, Knopf, New York 2011.

15 J. S. Hacker, P. Pierson, Winner-Take-All Politics: How Washington Made the Rich Richer – and Turned Its Back on the Middle Class, Simon and Schuster, New York 2010.

16 L. Lessig, Republic, Lost: How Money Corrupts Congress – and a Plan to Stop It, Twelve, New York 2011.

17 L. Bartels, Unequal Democracy: The Political Economy of the New Gilded Age, Russell Sage, New York 2008.

18 N. McCarty, K. T. Poole, H. Rosenthal, Polarized America: The Dance of Ideology and Unequal Riches, MIT Press, New York 2008. Wymienione książki wpisują się w długą tradycję prac tego rodzaju. Zob. np. G. Palast, The Best Democracy Money Can Buy, Plume, New York 2004.

19 Inną interpretację (omawiam ją w rozdziale 5) przedstawił T. Frank w książce Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki, przeł. J. Kutyła, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008.

20 Ten rozdział mojego doktoratu został opublikowany jako artykuł The Distribution of Income and Wealth Among Individuals, „Econometrica” 1969, Vol. 37, No. 3, s. 382 – 397. Doktorat ten dał również początek innym publikacjom. Dwie z nich napisałem z G. Akerlofem, z którym w 2001 roku otrzymałem Nagrodę Nobla; są to: Investment, Income, and Wages, (abstract), „Econometrica” 1966, Vol. 34, No. 5, supply issue, s. 118; Capital, Wages and Structural Unemployment, „Economic Journal” 1969, Vol. 79, No. 314, s. 269 – 281. Jeden z artykułów napisałem z promotorem mojej pracy doktorskiej, R. Solowem: Output, Employment and Wages in the Short Run, „Quarterly Journal of Economics” 1968, Vol. 82, s. 537 – 560. Inny rozdział mojego doktoratu ukazał się jako: A Two-Sector, Two Class Model of Economic Growth, „Review of Economic Studies” 1967, Vol. 34, s. 227 – 238.

21 Kilka czynników, które wpłynęły na ewolucję mojego myślenia, zwłaszcza na temat roli, jaką odgrywają niedokładności informacji, opisuję w odczycie z okazji przyznania mi Nagrody Nobla. Zob. Information and the Change in the Paradigm in Economics, [w:] Les Prix Nobel: The Nobel Prizes 2001, T. Frängsmyr (ed.), Nobel Foundation, Stockholm 2002, s. 472 – 540. Tekst odczytu dostępny jest również pod adresem: http://www.nobelprize.org/nobel_prizes/economics/laureates/2001/stiglitz-lecture.pdf (data dostępu: 28.02.2012), a w skróconej postaci ukazał się jako: Information and the Change in the Paradigm in Economics, „American Economic Review” 2002, Vol. 92, No. 3, s. 460 – 501. Zob. również krótką autobiografię napisaną dla Fundacji Alfreda Nobla Nobel Memoirs, [w:] Les Prix Nobel, dz. cyt., s. 447 – 471, a także: Reflections on Economics and on Being and Becoming an Economist, [w:] The Makers of Modern Economics, Vol. 2, A. Heertje (ed.), Harvester Wheatsheaf, New York 1994, s. 140 – 183.

Podziękowania

1 J. E. Stiglitz, Szalone lata dziewięćdziesiąte. Nowa historia najświetniejszej dekady w dziejach świata, przeł. H. Simbierowicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006.

Przekład

Robert Mitoraj

Redakcja

Krzysztof Zadros

Korekta

Justyna Filipczyk

Opieka redakcyjna

Jakub Bożek

Projekt okładki, układ typograficzny, skład i łamanie

Marcin Hernas | tessera.org.pl

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Foksal 16, II p.

00-372 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w redakcji Krytyki Politycznej (ul. Foksal 16, Warszawa), Świetlicy KP w Łodzi (ul. Piotrkowska 101), Świetlicy KP w Trójmieście (Nowe Ogrody 35, Gdańsk), Świetlicy KP w Cieszynie (ul. Zamkowa 1) oraz księgarni internetowej KP (www.krytykapolityczna.pl/wydawnictwo) i w dobrych księgarniach w całej Polsce.

Skład wersji elektronicznej

Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Euro. W jaki sposób wspólna waluta zagraża przyszłości Europy Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego