Pamiętnik Christophera

Pamiętnik Christophera

Autorzy: Virginia C. Andrews

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 18.20 zł

Kontynuacja bestsellerowego cyklu o rodzinie Dollangangerów.

Duch Kwiatów na poddaszu prześladuje nowe pokolenia! 

Siedemnastoletnia Kristin Masterwood w ruinach rezydencji Foxworth Hall przypadkiem odkrywa pamiętnik Christophera Dollangangera. Wkrótce się przekona, że jej matkę, która zmarła, gdy Kristin była mała, łączyły z niesławną rodziną Foxworthów więzi pokrewieństwa, a imponująca i tętniąca niegdyś życiem rezydencja była sceną tragicznych losów nieszczęsnej rodzeństwa Dollangangerów, przez lata więzionych na strychu. Duch kwiatów z poddasza jest tutaj wciąż żywy 

Christopher miał czternaście lat, kiedy on i jego młodsza siostra Kathy oraz bliźniaki Cory i Carrie stali się więźniami Foxworth Hall w wyniku podłych knowań chciwej matki, żądnej spadku i pieniędzy. Chłopak przez wiele miesięcy podtrzymywał rodzeństwo na duchu, ale nikt nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo ta tragedia wpłynęła na jego psychikę.

Kristin z rosnącą fascynacją śledzi opisaną w pamiętniku zakazaną miłość brata do siostry, a mroczne tajemnice rodu Dollangangerów, w których zazdrość, zawiść i zemsta odegrały niemałą rolę, stają się jej obsesją, coraz bardziej niebezpieczną. Przeszłość zmienia jej życie

Fenomen popularności V.C. Andrews trwa nieustannie od czasu wydania Kwiatów na poddaszu. Książki autorki, tworzące prawie dwadzieścia bestsellerowych serii, osiągnęły łączny nakład ponad 106 milionów egzemplarzy i zostały przetłumaczone na dwadzieścia dwa języki. Pamiętnik Christophera: Tajemnica Foxworth hall to pierwsza część nowej trylogii, która opowiada o dalszych losach rodziny Dollangangerów (znanych czytelnikom m.in. z Kwiatów na poddaszu). Kolejne powieści autorki ukażą się wkrótce nakładem Prószyński i S-ka.

Tytuł oryginału

CHRISTOPER’S DIARY: SECRETS OF FOXWORTH

Copyright © 2014 by Vanda Productions, LLC

First published by Gallery Books,

a Division of Simon & Schuster, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki

Izabella Marcinowska

Zdjęcie na okładce

© Oliver Charles/ Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Czech

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-8069-949-6

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

POCZĄTKI

– Dokąd się dzisiaj wybierasz, tato? – zapytałam.

Była sobota i nic wcześniej nie wspomniał o nowej budowie. Wyszłam z kuchni, gdzie myłam naczynia po śniadaniu, i zobaczyłam tatę w przedpokoju, jak naciągał wysokie kalosze; mięśnie jego twarzy i szyi były napięte niczym gumowe pasy. Miał na sobie ulubioną skórzaną kurtkę khaki, o której mawiał, że jest jak „stare wino”, i wypłowiałą czapkę amerykańskiej marynarki wojennej. Pas z narzędziami leżał obok, na dębowej ławie, którą tata sam zbudował – solidny skórzany pas, zwinięty jak śpiący wąż. Dostał go w prezencie urodzinowym od mamy dziesięć lat temu, ale naprawdę o niego dbał, dzięki czemu pas wyglądał jak nowy.

Nie zdziwiłam się, że jest tak solidnie ubrany. Był październik i pogoda się popsuła. Robiło się coraz zimniej i więcej padało, choć zdarzały się jeszcze cieplejsze, słoneczne dni w naszym Charlottesville. Ilekroć ktoś narzekał na pogodę, tata odpowiadał powiedzonkiem z lat pięćdziesiątych: „Zwal to na Ruskich!” zamiast: „Cóż, klimat się zmienia”. Większość ludzi nie wiedziała już, o co chodzi z tymi Ruskimi, zwłaszcza moi rówieśnicy, i mało kto miał cierpliwość słuchać jego wyjaśnień. Tata nie był na tyle stary, żeby pamiętać tamte czasy, ale jego ojciec tyle opowiadał mu o nich, że stały się i jego wspomnieniem.

– Och, nie powiedziałem ci nic przy śniadaniu?

– Dzisiaj rano w ogóle mało mówiłeś. Siedziałeś z nosem w gazecie i wdychałeś słowa, zamiast je czytać – przypomniałam mu.

Przyznał, że to nawyk, na który narzekała także mama, która wytykała mu, że zjada śniadanie jak lunatyk.

Uwielbiałam powiedzenia mamy. Słabo je pamiętałam, ale znałam je dzięki tacie. Ilekroć przywoływał jej słowa, uśmiechał się szeroko, a orzechowe oczy rozjaśniały mu się, jakby nagle ktoś włączył w nich światło. Nie wiem, czy od częstego przebywania na słońcu i wietrze, czy od problemów i zmartwień, linie na jego czole pogłębiały się z każdym rokiem. W krótko przystrzyżonej, rudobrązowej, zakrywającej pół twarzy brodzie ostatnio pojawiły się pierwsze, przedwczesne siwe pasma. Tata skończył dopiero czterdzieści siedem lat i jak na ironię, nie było żadnych śladów siwizny w jego gęstych włosach, których nie strzygł tak krótko jak brody, ale zawsze nosił je starannie przyczesane, identycznie jak w czasach, gdy żyła mama. Podobno zazdrościła mu gęstej, bujnej czupryny i raz na zawsze zabroniła mu się strzyc na rekruta, tak bowiem wyglądał, kiedy się poznali.

– Jadę sprawdzić stan ruin rezydencji, która spaliła się po raz drugi w dwa tysiące trzecim roku – powiedział. – Wczoraj Herm Cromwell zadzwonił do mnie do biura w tej sprawie. Obiecałem, że wezmę się za to dzisiaj i od razu przekażę mu swoją ocenę, chociaż zaczął się weekend. Bank jest dzisiaj otwarty do drugiej. Herm wychodzi ze skóry, żeby korzystnie sprzedać zadłużoną posiadłość, którą ten wariat porzucił i pojechał głosić wiarę. Chce, żebym oszacował stan ruin i sprawdził, czy fundamenty pozostały nienaruszone. Spieszy mu się, bo bank już ma klienta.

– Serio?

– Tak, jakiś gość zastanawia się poważnie, czy tego nie kupić i nie zbudować tam domu. Nie jest łatwo sprzedać posiadłość po dwóch pożarach, z taką ponurą historią. A ty? Co dzisiaj robisz? Mam nadzieję, że nie zapomniałem o czymś i nie okaże się, że miałem ci towarzyszyć, co?

Przygryzł usta jak ktoś, kto spodziewa się niedobrych wieści albo pretensji.

– Nie. Pomyślałam, że zadzwonię do Lany i połazimy sobie po galerii handlowej.

Ostatnio Lana i ja stałyśmy się papużkami nierozłączkami. Miałam wiele przyjaciółek, ale rodzice Lany byli rozwiedzeni, więc wiele jej problemów było podobnych do moich, choć nie za sprawą rozwodu zostałam z jednym tylko rodzicem.

Tata odprężył się, uśmiechnął i łagodnie pokręcił głową.

– Połazić? Przypominają mi się utyskiwania pani Wheeler: „Wiesz, że dziewczyny, które snują się po tych miejscach, nazywają «galeriankami», a niektóre zarzucają tam sieci na starszych, nadzianych mężczyzn, żeby kupowali im perfumy? Zgroza!”.

Kiwnęłam głową ze śmiechem, gdy wyobraziłam sobie oburzenie sąsiadki. Odkąd w zeszłym roku zrobiłam prawo jazdy, ciągle szukałam pretekstu do jeżdżenia. Patrząc, jak tata wkłada przybory do pasa narzędziowego, nagle jakaś klapka otworzyła mi się w mózgu. Rezydencja po dwóch pożarach…

– Jedziesz do Foxworth Hall? – upewniłam się.

Tata nie odpowiedział od razu, jakby nie był pewien, czy chce mi zdradzić tę informację, ale potwierdził.

– Zgadza się.

Foxworth, pomyślałam. Widziałam to miejsce tylko raz, i to z daleka, ale przecież wszyscy znaliśmy legendę posiadłości, która spłonęła w pożarze. Na dodatek moja mama była kuzynką w trzeciej linii Malcolma Foxwortha, co oznaczało, że jestem daleko spokrewniona z dziećmi, które dawno temu były więzione na poddaszu rezydencji. Treść legendy z biegiem lat została tak przeinaczona przez kolejnych opowiadających, że nikt już dokładnie nie wiedział, jak było naprawdę. Tak przynajmniej twierdził tata.

Człowiek, który odziedziczył ten dom, Bart Foxworth, był dziwakiem i ludzie go unikali. Sposób, w jaki żył w odbudowanym domu, prowokował dziwne opowieści o rodzie Foxworthów. Bart nie kontaktował się z sąsiadami i jeśli zatrudniał kogoś do pomocy w domu i do napraw, zawsze posługiwał się pośrednikiem. W okolicy nazywano go Upiorem w Operze. Mieszkała z nim jakaś rodzina, lecz mieli inne nazwiska. Rozeszły się jednak plotki, że są spokrewnieni. Jakiś krewny, który zdążył tam pomieszkać parę lat, a potem zginął w wypadku samochodowym, był lekarzem i pracował w laboratorium Uniwersytetu Wirginii. On jeden ponoć był normalny, choć ludzie mówili, że szaleństwo rozprzestrzenia się w tym rodzie jak zaraza. Tak przynajmniej twierdził tata, kiedy zmusiłam go, żeby opowiedział mi całą historię. Uczynił to bardzo niechętnie.

– Chciałabym pojechać z tobą – oznajmiłam.

Trzy lata przed śmiercią mojej mamy Foxworth Hall spłonął po raz drugi. Miałam pięć lat i pięć miesięcy, kiedy umarła. Początkowo niewiele wiedziałam o tym miejscu, ale kiedy skończyłam dwanaście lat, Kyra Skewer, koleżanka z klasy, podsłuchała, jak jej matka plotkuje z przyjaciółką przez telefon. I usłyszała, że jestem daleką kuzynką Foxworthów. Rozpaplała to po szkole i zanim zdążyłam zareagować, już dziwnie na mnie patrzono. Ludzie twierdzili, że rodzina Foxworthów jest szalona, i zdaniem wielu kolejne pokolenia dziedziczyły geny obłędu, więc podejrzewano, że moja krew też może być skażona. Opowieści o legendarnym Malcolmie Foxworcie i innych członkach rodu należały do gatunku bujd, którymi ludzie raczą się w nocy przy ogniskach, kiedy każdy stara się przebić horrory pozostałych. Wielu zarzekało się, że ich mama, tata, wujek czy starszy brat widzieli tam w nocy duchy albo dziwne światła.

Jednak największą grozą napawała mnie i moich znajomych opowieść o czwórce dzieci uwięzionych na strychu przez trzy lata. Wszystkie się rozchorowały, a jedno – najmłodszy chłopczyk – umarło. Podobno matka i babka nie chciały ich zawieźć do lekarza lub do szpitala, co kazało się domyślać, że albo obie, albo przynajmniej babka, chciały doprowadzić do ich śmierci. Osobny wątek poświęcono zmarłemu chłopczykowi, który podobno został pochowany na terenie posiadłości.

Co roku w Halloween ktoś wyskakiwał z pomysłem, żeby wybrać się do Foxworth, gdyż legenda głosiła, że duch tego malca krąży po posiadłości i nawołuje brata i dwie siostry – nawet po drugim pożarze. Kilkoro moich przyjaciół naprawdę się tam wybrało, ja się nie ośmieliłam, podobnie jak Lana i Suzette, moja druga przyjaciółka. Straszne opowieści tych, którzy wrócili z wyprawy, podsycały jeszcze legendę i ożywiały zainteresowanie tajemnicą. Niektórzy przysięgali, że słyszeli krzyki i płacze małego chłopca, wołającego swoje rodzeństwo, a inni wręcz twierdzili, że widzieli ducha dziecka.

Bez względu na to, ile było prawdy w tych opowieściach i plotkach, okryły Foxworth złą sławą i nie zachęcały ewentualnych nabywców. Odkąd Bart porzucił swój dom, posiadłość stopniowo popadała w ruinę i w końcu została przejęta przez bank. Tym bardziej więc sensacyjna wydawała się wiadomość, że ktoś chce ją kupić. Kimkolwiek był, najwyraźniej nie przestraszył się ponurej legendy i klątwy. Podobno Bart Foxworth twierdził, że odbudowany po pierwszym pożarze budynek przejął całe zło i dlatego nie da się w nim mieszkać ani zajmować się nim. Jego zdaniem Bóg nie chciał, aby przeklęty dom został wzniesiony na nowo. Jak gdyby czarna chmura klątwy, spowijająca tę nieszczęsną posiadłość, nie zamierzała się rozwiać.

Ludzie z czasem oswoili się z tą historią i nawet zrobili z niej miejscową atrakcję. Przeklęty dom, który spłonął dwa razy, nie zdarza się przecież często.

Dlatego wszyscy byli ciekawi, jaki śmiałek postanowił przeciwstawić się klątwie.

– Dobrze, Kristin, ale jeśli chcesz jechać, musisz się pospieszyć. Chcę szybko załatwić sprawę i zdążyć na lunch, bo zaraz potem jest w telewizji mecz kosza – oznajmił tata i klasnął w dłonie w rękawiczkach z czarnej skóry. – Dawaj, dawaj! – dodał. Było to jego ulubione wyrażenie, kiedy kogoś poganiał.

Mój tata miał firmę budowlaną, która nazywała się po prostu „Masterwood”, od naszego nazwiska. Zatrudniał do dziesięciu ludzi, w zależności od liczby kontraktów. Mama prowadziła mu księgowość, a teraz robiła to pani Osterhouse, wdowa pięć lat od niego młodsza, której zmarły mąż był jednym z przyjaciół taty. Wiedziałam, że marzy o ślubie z tatą, ale moim zdaniem on nie miał ochoty sprowadzić do domu kobiety na stałe. Rzadko z kimś się spotykał i nie chadzał na randki, które próbowali mu organizować przyjaciele. Od śmierci mamy stopniowo przejęłam większość obowiązków domowych, ale jeszcze za jej życia tata często gotował, zwłaszcza w weekendy.

Gotować nauczył się, służąc w marynarce. Po przejściu do cywila pracował jako kucharz w restauracji przy autostradzie międzystanowej 95. Mamę poznał, kiedy zaczął dorabiać sobie na budowach. Była księgową w jednej z firm budowlanych. Po dwóch latach pobrali się i zamieszkali tutaj, w Charlottesville w Wirginii. Od razu zainwestowali wszystkie oszczędności w nową firmę taty. Ale nie wybrali tej okolicy dlatego, że mieszkała tu daleka rodzina mamy. Mama nigdy nie była zapraszana do Foxworth i nie utrzymywała kontaktów ani z Malcolmem, ani z pozostałymi mieszkańcami posiadłości. Tata mówił, że pochodziła z innej gałęzi Foxworthów i te odłamy klanu nie miały ze sobą nic wspólnego, jakby żyły na innych planetach.

– Dobra – powiedziałam. – Zaraz będę gotowa.

Pobiegłam na górę po cieplejsze ubranie. Byłam niezwykle podekscytowana myślą, że jadę do Foxworth. Podejrzewałam, że tata wie znacznie więcej o historii tego miejsca, niż mi opowiadał, i teraz liczyłam, że po drodze dowiem się czegoś więcej. Zarazem wiedziałam z doświadczenia, że wyciąganie z niego jakichkolwiek wiadomości na ten temat przypomina mękę z otwieraniem różnych elektronicznych urządzeń, które docierają do nas opakowane w twardy plastyk. Kiedy wracałam do domu ze szkoły z nową porcją pytań o rodzinę – zwykle po tym, jak ktoś z klasy docinał mi na ten temat – tata rzadko kiedy udzielał odpowiedzi dłuższych niż monosylaby albo wręcz niewyraźne pomruki.

Zadzwoniła moja komórka. To była Lana. Zupełnie o niej zapomniałam.

– O której po mnie przyjedziesz? – spytała. – Możemy zjeść lunch w galerii.

– Przykro mi, zmiana planów. Jadę z tatą do Foxworth.

– Do Foxworth? Po co?

– Ma oszacować stan ruin na potrzeby budowy i obiecałam, że mu pomogę, będę notować i tak dalej – wyjaśniłam, aby się usprawiedliwić. – Ktoś chce to kupić.

– Słucham? Kto chciałby budować w takim przeklętym miejscu, gdzie w ogrodzie zakopano trupy?

– Ktoś, kto ma w nosie plotki i zna wartość tej posiadłości – odparłam chłodno. – Tak działają dobrzy biznesmeni: szukają okazji, budują i odsprzedają z dużym zyskiem.

Tata twierdzi, że odziedziczyłam po mamie zaprawione lekką wyższością, sarkastyczne poczucie humoru. Ze śmiechem opowiadał, że potrafiła w ułamku sekundy usadzić jakiegoś snoba celnym komentarzem.

– Och… A co z Kane’em i Stanleyem? Miałyśmy się tam umówić z nimi, ty z Kane’em, a ja ze Stanleyem, nie pamiętasz? Wiem, że Kane bardzo na to liczy.

– Nic mu nie obiecywałam, więc niech nie marudzi.

– Umówiłaś się z nim, a poza tym wiem, że go lubisz. Emily Grace mi mówiła, że jej brat powiedział, że Kane uważa, że wyrosłaś na ładną dziewczynę.

– Zaraz pęknę z dumy!

Roześmiała się.

– No widzisz, lubisz go. Nie udawaj.

– Może i lubię, ale chłopaków trzeba trzymać krótko – stwierdziłam. – Nic się nie stanie, jeśli będzie rozczarowany. – Oczywiście miała rację. Naprawdę chciałam spotkać się z Kane’em, ale jeszcze bardziej chciałam być w Foxworth. To miejsce nie dawało mi spokoju i czułam, że muszę tam pojechać.

– Kto ci nagadał takich bzdur? Czytałaś jakieś poradniki miłosne czy co? Albo nie daj Boże słuchałaś Tiny Kennedy? Ona jest zazdrosna o każdego chłopaka, mówię ci.

– Nie. Oczywiście, że nie. Nigdy nie słucham Tiny Kennedy. Wiesz co, muszę lecieć. Tata na mnie czeka. Odezwę się, jak wrócę.

– Tylko niczego tam nie dotykaj – ostrzegła – bo zarazisz się tym szaleństwem.

– Zapomniałaś, że jestem szczepiona?

– Jak to?

– Po prostu, istnieje szczepionka przeciwko wariactwu. Dzięki niej mogę bezpiecznie przyjaźnić się z tobą. – Rozłączyłam się, zanim zdążyła odpowiedzieć. Pewnie już wydzwania do wszystkich i dzieli się wieścią, że jadę na ziemię przodków i na pewno wrócę stamtąd kompletnie odmieniona. Może nawet niektórzy będą się mnie trochę bali, ale chyba nie Kane. Znałam go i byłam pewna, że ta plotka tylko go rozbawi. Miał cięty dowcip i czasami trochę mnie onieśmielał.

Ze śmiechem zbiegłam na dół. Długie, jasne włosy związałam w koński ogon, sięgały mi już do łopatek. Tak jak mama miałam oczy niebieskie jak niebo, a według legendy dzieci ze strychu były niebieskookie i jasnowłose. To podobieństwo stanowiło dla wielu potwierdzenie teorii, że odziedziczyłam rodzinny obłęd.

Nigdy nie widziałam zdjęć tych dzieci. Tata mówił, że mama nie miała żadnych fotografii rodziny. Zresztą nikt nie widział ich fotografii z okresu pobytu na strychu ani nawet po uwolnieniu. Gazety ilustrowały artykuły o nich rysunkami, ale wątpię, że te portrety były wierne, podobnie jak opis całej historii. Prawdopodobnie dzieci, które przeżyły koszmar, nie chciały o nim opowiadać i nie życzyły sobie zdjęć, aby ich nie rozpoznano. Wobec braku informacji wymyślone historie mnożyły się jak grzyby po deszczu. Legenda odżywała w każde Halloween, nieraz w formie groteskowej, kiedy prasa ilustrowała artykuły rysunkami nieszczęsnych dzieci, drapiących szyby zamkniętych na głucho okien, z twarzami wykrzywionymi jak u postaci ze słynnego obrazu Muncha Krzyk, tak koszmarnymi, że mogły się przyśnić. Za parę tygodni pewnie znów się pojawią.

Według legendy trójka ocalałych dzieci po latach wróciła do Charlottesville, niedługo przed drugim pożarem. Tata mówił, że ani mama, ani on nie mieli kontaktu z żadnym z nich. Niektórzy twierdzili, że starsza siostra zaczęła romansować ze swoim ojczymem i że przez to jej matka popadła w szaleństwo. I to ponoć ona podłożyła ogień pierwszy raz, kiedy w pożarze zginęła Olivia Foxworth, żona Malcolma, która już wtedy była kaleką. Niestety, opowieści były niespójne i niesprawdzone. Potem dom został odbudowany, a wiele lat później zamieszkał w nim inny Foxworth, ale tajemnice pozostały.

Nie mogłam tego zrozumieć. Jeśli historia z dziećmi więzionymi na strychu była prawdziwa, czemu miałyby powrócić do Charlottesville, do samego Foxworth Hall? To zupełnie jakby więzień chciał dobrowolnie wrócić do celi! Czemu narażały się na powrót koszmarnych wspomnień? Chyba że te wspomnienia były wytworem czyjejś szalonej wyobraźni. I czy możliwe, żeby mąż matki zdecydował się romansować z taką młodą dziewczyną?

Jeszcze ważniejsze jest pytanie, po co jej był ten romans. Nikt nie wiedział, gdzie są teraz najstarsi z rodzeństwa, brat i siostra. Podobno zmienili nazwiska i wyjechali z kraju. Krewni, którzy wprowadzili się do domu odbudowanego po pierwszym pożarze, milczeli jak grób. A zresztą gdyby nawet Bart Foxworth coś powiedział, i tak nikt by mu nie uwierzył. Jak w zabawie w głuchy telefon, gdy jedna osoba szepce drugiej na ucho wiadomość, pierwsza przekazuje to drugiej, druga – kolejnej, aż wreszcie zdanie, zatoczywszy krąg, wraca do nadawcy w zupełnie innej postaci.

Wyciąganie informacji z taty przypominało wyrywanie zęba. Kiedy przynosiłam ze szkoły kolejną sensację o nawiedzonym Foxworth i brałam go na spytki, mówił w końcu: „Moim zdaniem to są bujdy. Jak by powiedziała twoja mama, plotkarskie wymysły rozrastają się szybciej niż pleśń w wilgotnej piwnicy. Radzę ci, Kristin, daj sobie z tym spokój. To trucizna, która może zatruć ci umysł”.

Trucizna, która może zatruć umysł? Nic dziwnego, że posiadłość Foxworthów to idealny teren na halloweenowe wyprawy – pełna grozy, duchów, jęków i krzyków. Co poradzę, że tak bardzo mnie fascynuje i chcę dowiedzieć się o niej więcej? Nie mówiłam o tym tacie, bo nie chciałam go denerwować, ale wiele razy, kiedy do klasy przychodziły nowe dzieci, przedstawiano mnie słowami: „Kristin jest spokrewniona ze strony matki ze słynnymi dziećmi z Foxworth”.

Wtedy padało pytanie: „A kim są dzieci z Foxworth? I dlaczego są sławne?”.

Wtedy ktoś opowiadał najnowszą wersję legendy, a kiedy kończył, wszyscy spoglądali na mnie w nadziei, że dodam jakieś ciekawe szczegóły. I nie wierzyli, kiedy zapewniałam: „Wiem tyle, co wy, a połowa tych opowieści to wytwór chorej wyobraźni”. Potem odchodziłam, zanim zdążyli zareagować, udawałam znudzenie tematem, choć oczywiście wcale znudzona nie byłam.

Czego zresztą miałabym się wstydzić? Większość osób interesuje się przeszłością swojej rodziny i to jest naturalne. Odwiedzałam w domach moje przyjaciółki i często przy kolacji rodzice wspominali dziadków, wujków, ciotki czy kuzynów. Na ścianach wisiały zdjęcia rodzinne. A ja nie umiałam sobie wyobrazić, że mama mogłaby powiesić na ścianie zdjęcie Malcolma Foxwortha albo Olivii Foxworth, oczywiście gdyby je posiadała. Miała trochę starych zdjęć, ale nie miałam pojęcia, kogo przedstawiają, a kiedy pytałam tatę, zbywał mnie, że nie pamięta. Może mówił prawdę, a może chciał uniknąć odpowiedzi.

Każda rodzina ma swoją czarną owcę, ale również członków, którymi się chlubi. Tymczasem moja rodzina ze strony matki była jedną wielką czarną dziurą, pełną przemocy i koszmarów. Jak mogłabym o tym zapomnieć i nie myśleć o tym?

Ludzie sądzą chyba, że miałam w rodzinie Kubę Rozpruwacza. Wiedzieli, że chodzi o bardzo dalekie pokrewieństwo, ale obserwowali mnie, podejrzewali, że noszę w sobie ziarno zła lub szaleństwa. Zamiast Tyfusowej Mary była Szalona Kristin. Kto do mnie podejdzie, zarazi się i zacznie zachowywać jak wariat.

Tata był już przed domem i sprawdzał coś w silniku furgonetki. Ten samochód był członkiem naszej rodziny. Tata jeździł nim od zawsze. Kiedy pytałam, czy chciałby kupić nowy, zamiast ciągle wymieniać części w starym i wyklepywać blachę, odpowiadał jednym słowem: „przywiązanie”. Gdy nie zrozumiałam, wyjaśnił: „Problem dzisiejszego świata polega na tym, że wszystko w życiu jest tymczasowe – poczynając od rzeczy, które człowiek posiada, a kończąc na jego relacjach z ludźmi. Wyrzucają do kosza swoje małżeństwa z taką łatwością jak śmieci. Ten wóz nigdy mnie nie zawiódł. Wiem, jest stary i szpetny, ale on przyzwyczaił się do mnie, a ja do niego”.

Na szczęście, kiedy zrobiłam prawo jazdy, tata uznał, że powinnam mieć nowoczesny samochód, ze wszystkimi bajerami. Musiał sprzedać wóz mamy, żeby mieć pieniądze na auto dla mnie, i bardzo to przeżywał. Zatrzymał jej ubrania i buty, bo nie chciał albo nie potrafił się ich pozbyć. Leżały na strychu razem z innymi rzeczami, jak szczotki i grzebienie, lokówki i perfumy. Zupełnie jakby nie tracił nadziei, że któregoś dnia mama po prostu pojawi się w drzwiach i z uśmiechem powie: „Moja śmierć była okropną pomyłką. Okazało się, że jeszcze nie nadszedł mój czas, więc wróciłam”. Dlatego tata uwielbiał film Niebiosa mogą zaczekać.

Nieraz przyłapywałam go, jak wpatrywał się w drzwi albo zdawał się nasłuchiwać kroków na schodach.

Ludzie tak naprawdę umierają dopiero wtedy, kiedy o nich zapominamy, myślałam.

Nie mogłam go winić za tę wiarę. Z tego, co pamiętałam, i z opowieści ludzi wiedziałam, że nikt się nie spodziewał, że moja mama umrze tak nagle i szybko. Medycyna nazywa to tętniakiem mózgu. Pewnego dnia to coś po prostu eksplodowało w jej głowie i upadła w pracy. Ale wtedy jeszcze nie umarła. Mimo upływu lat mówienie o tamtych przeżyciach przychodziło tacie z trudnością. Z jego opowieści wynikało, że do dzisiaj nie może się nadziwić, jak pięknie mama wyglądała na szpitalnym łóżku.

– Dlatego nie ufam lekarzom – powiedział. – Siedziałem tam, przekonany, że za moment się ocknie i zruga mnie za to, że odwiozłem ją do szpitala. Taka była twoja matka – dodał. Zawsze tak mówił, kiedy o niej opowiadał. Stało się to dla mnie symbolem tej niezwykłej osoby.

Miałam dobre wspomnienia o mamie, ale cóż mogła o niej wiedzieć niespełna sześcioletnia dziewczynka? Na pewno nie zdążyłam porozmawiać o dziejach swojej rodziny. Dziś wiedziałam tyle, że mama była jedynaczką, a jej ojciec umarł w młodym wieku na atak serca. Jej matka również miała problemy kardiologiczne i odeszła, kiedy miałam siedem lat, więc jej także nie zdążyłam dobrze poznać.

Wujka i ciocię miałam tylko ze strony ojca. Młodszy brat taty, wujek Tommy, mieszkał w Kalifornii i pracował w agencji reklamowej. Nigdy się nie ożenił i nie miał dzieci. Młodsza siostra taty, Barbara, również samotna i bezdzietna, pracowała w banku w Nowym Jorku. Ojciec taty zginął w wypadku samochodowym. Miał tylko pięćdziesiąt lat. Moja babcia ze strony ojca mieszkała z Barbarą. Z czasem nabawiła się rozedmy płuc, gdyż kopciła jak smok, a potem zapalenia płuc, którego już nie przeżyła. Dziadek też podobno był nałogowym palaczem. Może dlatego mój tata zakazał palenia w swojej firmie i na budowach, które prowadził. Pracownicy musieli podpisywać specjalne zobowiązanie; raz zwolnił robotnika, który zapalił papierosa na przerwie.

Od czasu do czasu rozmawiałam przez telefon z ciotką Barbarą, a zeszłego lata odwiedziłam ją w Nowym Jorku i była to jedna z moich najfajniejszych podróży bez taty. Ciotka zapraszała mnie do siebie nieustająco, żebyśmy mogły pochodzić sobie razem po teatrach i restauracjach. Oczywiście, zapraszała też tatę, ale on nie znosił wielkich miast.

– Jestem chłopakiem z małego miasteczka – mówił. – Możesz wyrwać chłopaka z prowincji, ale nie wyrwiesz mu tej prowincji z serca. – Często zarzucałam mu żartobliwie, że jest zachowawczy, i nigdy temu nie przeczył. – Jestem, jaki jestem – odpowiadał. – Burt Masterwood pasuje tylko do jednego miejsca. Ty jesteś specjalistką od odkryć i podróży, Kristin. Ja zobaczyłem swoje, kiedy służyłem w marynarce. I wystarczy.

Czy będę w życiu podróżować i robić odkrycia? Wiedziałam, że pójdę na studia, ale na razie nie miałam pomysłu, na jakie. Przez chwilę chciałam być nauczycielką. Potem rozważałam medycynę i w ogóle pracę naukową. Nie wiem, czy dlatego, że przedwcześnie straciłam mamę, czy sprawiła to legenda Foxworth, stale obecna w mojej świadomości – w każdym razie czułam się zagubiona jak we mgle, niepewna przyszłości. Marzyłam, że któregoś dnia wyjdę za mąż i urodzę dzieci, ale i to marzenie było ulotne jak sen, który pojawia się i znika niczym książę na białym koniu, przybywający z tajemniczej krainy.

– Najwyższy czas – powiedział tata, kiedy wreszcie się pojawiłam. – Jedziemy.

Zamknął maskę łagodnym ruchem, jak zawsze, kiedy robił coś w swoim ukochanym aucie, które traktował niczym starego dobrego przyjaciela, przeżartego rdzawym artretyzmem, ale ciągle żwawego. Czasami łapałam go na tym, jak czule nań spogląda i gładzi blachę, nieobecny, zatopiony we wspomnieniach, zapewne o mamie.

– Co dzisiaj dolega naszej Czarnej Piękności? – zapytałam, wsiadając. Czarna skóra siedzeń była wytarta, ale zawsze starannie wyczyszczona, podobnie jak dywaniki na podłodze.

– Musiałem wymienić świece, bo przypominała mi o tym co rano. Zupełnie jak kobieta, która terkocze bez przerwy – powiedział i przekręcił kluczyk. Przez chwilę słuchał odgłosu silnika i z aprobatą kiwnął głową. – Świece – powtórzył, ruszając.

Mieszkaliśmy w skromnym, piętrowym domu w stylu królowej Anny, ze świeżo odnowionym aluminiowym sidingiem, z ciemnymi okiennicami i dużymi oknami w wykuszu salonu. Wszystkie sypialnie były na górze i tam też tata odnowił boazerię. Ostatnim jego dziełem było zastąpienie starej balustrady schodów nową, z pięknego mahoniu. Uznał, że bardzo spodobałyby się mamie. Cały czas odnawiał i udoskonalał nasz dom tak, jak by ona lubiła. Od dziecka wiedziałam, że tata potrafi zrobić i naprawić wszystko, i byłam przekonana, że każdy mężczyzna to potrafi. Dlatego uśmiechałam się z niedowierzaniem, gdy słyszałam, że ojcowie moich koleżanek musieli wzywać dekarza do załatania dachu albo hydraulika do naprawy toalety. Mój tata był nie tylko budowlańcem, ale również licencjonowanym hydraulikiem i elektrykiem.

– Jestem złotą rączką – mówił do mnie z dumą. – Twoja mama ciągle się mną chwaliła przed swoimi przyjaciółkami, robiła ze mnie bez mała geniusza. Taka była.

Nasz dom stał przy drodze i sąsiadował z farmą, na której hodowano konie robocze i bydło. Około dwudziestu kilometrów dzieliło nas od miasta Charlottesville, położonego u wschodniego podnóża Pasma Błękitnego. Wszyscy moi przyjaciele mieszkali, jak mówił tata, o rzut beretem, więc nie czułam się odizolowana. Ale najbardziej lubiłam spędzać czas z Missy Meyer. Jej ojciec, Justin Anthony Meyer, był ważnym panem mecenasem i mieszkał w klasycznym, okazałym wiktoriańskim domu z cegły w Belmont, reprezentacyjnej podmiejskiej dzielnicy. Tata zrobił u niego remont łazienki i położył nowy parkiet.

– Ile osób zginęło w pierwszym pożarze w Foxworth, tato? – zapytałam, kiedy wyjechaliśmy na szosę. Miałam nadzieję, że wreszcie opowie mi coś więcej.

– O ile wiem, tylko dwie, starsza pani i jej zięć.

– Ten adwokat, który miał romans ze swoją pasierbicą?

Tata zerknął na mnie i dostrzegłam, że podjął decyzję. Dotąd wyraźnie nie chciał dokładać więcej ponurych szczegółów do historii dalekiej rodziny mojej mamy i mrocznej posiadłości. Przecież uważał, że samo myślenie o tym może zatruć mój umysł. Może jednak uznał, że skoro jestem starsza, ta wiedza nie będzie już dla mnie tak szkodliwa.

– Tak przynajmniej słyszałem, ale nie ma osoby, która miałaby pełną i wiarygodną wiedzę o tych zdarzeniach – odpowiedział. – Foxworthowie byli bardzo skrytymi ludźmi, a wiedza o kimś podobnie skrytym bazuje jedynie na domysłach i wiadomościach z drugiej ręki. Sama przecież wiesz, ile są warte.

– Czy wierzysz, że babcia mogła pragnąć śmierci swoich wnuków i była odpowiedzialna za śmierć najmłodszego?

– Nic jej nie udowodniono. To paskudna historia, Kristin. Dlaczego ją drążysz?

– Wiem, że jest paskudna, ale chyba nie aż tak jak horrory, które można obejrzeć w kinie.

Skinął głową.

– Racja.

– W prasie i telewizji też mówią o podobnych historiach. – Kułam żelazo, póki gorące.

– Posłuchaj, Kristin, o dramatach w Foxworth wiem tyle, co okoliczni mieszkańcy. Powtarzam: ich wiedza karmi się plotkami i domysłami, rozpowszechnianymi przez tych, którzy nie mają nic lepszego do roboty, tylko mleć jęzorami.

– Czy myślisz, że ciało tego chłopczyka zostało zakopane na terenie posiadłości? Musiałeś się nad tym zastanawiać, nie zaprzeczaj!

– Może i się zastanawiałem, ale nie zamierzam dokładać do tej historii kolejnych domysłów, Kristin. Czy wiesz, jak trudno jest sprzedać dom, w którym ktoś umarł? Ludzie są przesądni. Gdyby nie to, Foxworth już dawno zmieniłoby właściciela, mimo pożarów, bo sama działka jest bardzo atrakcyjna.

– Jak wybuchł drugi pożar? Słyszałam, że doszło do zwarcia w instalacji elektrycznej.

– Owszem. Dom stał opuszczony i zanim zauważono ogień, było już za późno.

– Ale słyszałam także, że człowiek, który tam mieszkał, sam podpalił swój dom, bo uważał go za siedzibę diabła.

Tata uśmiechnął się nieznacznie.

– Nie ma dowodów na podpalenie. To kolejne plotki.

– Twoim zdaniem to normalne, że dom spłonął dwa razy?

Spojrzał na mnie, a potem wpatrzył się w jezdnię.

– Zdarza się, że piorun uderza dwa razy w to samo miejsce i nikt nie robi z tego sensacji – odpowiedział wymijająco.

Po zrobieniu prawa jazdy zastanawiałam się czasem, czy nie przyjechać do Foxworth z przyjaciółkami. Aura mrocznej przemocy, otaczająca to miejsce, zaciążyła jednak na moich myślach niczym czarna chmura w słoneczny dzień i napawała mnie lękiem. Poza tym uznałam, że lepiej będzie, jeśli nikt się nie dowie, iż do tego stopnia interesuję się Foxworth. To by tylko podsyciło plotki, że budzą się we mnie dziedziczne geny szaleństwa.

Skręcił i wjechał w drogę prowadzącą do Foxworth, mijając po drodze farmy bydła i pastwiska.

– Tato, czy mama opowiadała ci kiedykolwiek o tym, co się tu wydarzyło?

– Masz na myśli pierwszy pożar?

– Nie, całą historię, zwłaszcza o dzieciach na poddaszu.

– Wiem, że jej przyjaciółki próbowały z niej coś wyciągnąć, ale wtedy odpowiadała: „Nie wypada mówić o umarłych”, jakby chodziło o jakąś bajkę braci Grimm czy coś w tym stylu. I na tym się kończyło. One jednak nie rezygnowały i ciągle ją naciskały. Rozumiesz, plotkara musi mieć wciąż nowe dostawy sensacji.

– A z tobą rozmawiała?

Znów obrzucił mnie tym dziwnym spojrzeniem, które zdawało się szacować moją dojrzałość.

– Powtarzam, Kristin, że wszystko, nawet wiedza twojej mamy i to, co usłyszeliśmy wtedy, zamyka się w sferze domysłów i niedomówień.

– Zamieniam się w słuch!

Pokręcił głową.

– Zaczynam żałować, że wdałem się w tę rozmowę.

– Nie mów tak, tato. Nie jestem łowcą sensacji – zapewniłam, świadomie używszy kolejnego z jego ulubionych określeń.

– Twój wujek Tommy opowiadał, że jego znajomy znał kogoś, kto służył w starym domu w czasie, kiedy dzieci przypuszczalnie były więzione na strychu. Ten ktoś zamierzał wybrać się do Hollywood, żeby tam sprzedać tę historię, ale wcześniej opowiedział ją Tommy’emu, wujek zaś od razu zadzwonił do nas.

– Co opowiedział mu tamten człowiek?

– Że to wszystko wydarzyło się naprawdę, dzieci mieszkały na strychu ponad trzy lata. Dwunastoletnia dziewczynka, dwa lata starszy chłopiec oraz czteroletnie bliźniaki, chłopiec i dziewczynka. Ich ojciec zginął w wypadku samochodowym i zostawił po sobie tyle pieniędzy, co brudu za paznokciem. Malcolm Foxworth był już wtedy bardzo chory, ale żył jeszcze kilka lat. Ponoć zastrzegł w testamencie, że jego córka nie może otrzymać spadku, jeśli okaże się, że ma dzieci ze swoim mężem.

– Skąd taki warunek? Co mówił ten człowiek?

– Właściwie nic. Zdaniem Tommy’ego, który słyszał w życiu mnóstwo różnych historii, ten facet musiał w większości zmyślić swoją opowieść i doprawić ją sensacją, żeby skusić filmowców.

– Nic z tego, co mówił, nie zgadzało się z tym, co ty sam słyszałeś? – naciskałam.

– Nie jestem w stanie rozsądzić, co tu jest prawdą, a co zmyśleniem. Od starych mieszkańców słyszałem, że Malcolm Foxworth był żarliwym wyznawcą Biblii, jednym z tych, którzy wszędzie węszą spisek Szatana, toteż miał nader surowe zasady. Nie wiadomo, czy jego córka zasłużyła na ojcowski gniew, ale wiadomo na pewno, że cnót chrześcijańskiego miłosierdzia i wybaczenia był pozbawiony. Tak powiedziałaby twoja mama. Nie przyznawała się nawet do dalekiego pokrewieństwa z Foxworthami i zgrzytała zębami na każdą wzmiankę o nim i tej gałęzi rodziny. Na pewno byłaby na mnie zła, że tyle ci opowiadam.

– Nie przerywaj – poprosiłam, ignorując jego zastrzeżenia. – Przynajmniej zdradź, co mówił wuj Tommy. – Tata się wahał, ale czułam, że tym razem uda mi się przezwyciężyć jego opór. Już zdążył mi powiedzieć dziesięć razy więcej o rodzinie Foxworthów niż przez ostatnie lata.

– Ten człowiek twierdził, że dzieci zostały ukryte na strychu, aby Malcolm nie dowiedział się o ich istnieniu.

– Więc nie wszystko w tej legendzie jest zmyśleniem?

– Pamiętaj, że gość chciał sprzedać tę historię filmowcom.

– Dobrze, trzymajmy się jego opowieści, bo innej nie mamy. Nadal nie rozumiem, czemu stary Malcolm nie mógł się dowiedzieć o ich istnieniu?

– Moim zdaniem uważał je za dzieci diabła. W każdym razie, jak mówił twój wujek, jego znajomy przysięgał, że stary wiedział o dzieciach na strychu i cieszyło go ich cierpienie.

– Dziadek cieszył się z cierpienia wnuków? Ohydne!

– Owszem, ohydne. Dlatego nie mówmy o tym więcej. Ta historia jest pełna ohydy, kłamstw i zmyśleń.

Milczałam. Jak prawda mogła się tak zdegenerować? Czemu nikt nie znał choćby jej ułamka?

– Co za bagno – mruknęłam.

– Słusznie, bagno. O którym najlepiej zapomnieć. – Uśmiechnął się. – Czy wiesz, Kristin, że robisz się coraz bardziej podobna do matki? Co za szczęście, bo ja mam gębę jak kapeć.

– Bzdury, tato. Zresztą, gdybyś był szpetny, mama by za ciebie nie wyszła.

Znów się uśmiechnął.

– Któregoś dnia opowiem ci, jak skłoniłem tę kobietę, żeby powiedziała „tak” przed ołtarzem.

– Ja to wiem. Wyszła za ciebie, bo umiałeś naprawić cieknący kran.

Roześmiał się. Gdyby mógł, uścisnąłby mnie i pocałował, ale nie chciał mi pokazać, jak nie powinien postępować kierowca.

Już prawie dotarliśmy do celu. Wstrzymałam oddech.

To było jak otwieranie zamkniętych od wieków drzwi.

Za nimi kryły się wyjaśnienia wielu tajemnic.

Albo… nowe klątwy.

Miałam niejasne przeczucie, że wkrótce wszystko się okaże.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

POCZĄTKI

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Splątane korzenie Mroczny las Willow Tajemniczy brat Pamiętnik Christophera. Duchy Dollangagerów Pamiętnik Christophera 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny