Bogowie Maorysów

Bogowie Maorysów

Autorzy: Sarah Lark

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 27.67 zł

Ostatni tom bestsellerowej sagi Sary Lark!

Nowa Zelandia, 1899 r. Kevin, syn Lizzie i Michaela, wyrusza jako lekarz sztabowy na wojnę burską do Afryki. Dla Roberty, zakochanej w nim młodej dziewczyny, to poważny cios, ale decyduje się odważnie walczyć o ich wspólne szczęście.

Także Atamarie, córka Matariki, staje przed wielkim wyzwaniem: jako jedyna kobieta zaczyna studia na wydziale nauk inżynieryjnych na uniwersytecie.

Od dzieciństwa fascynują ją latawce Maorysów. I to właśnie dzięki swojej pasji poznaje pioniera lotnictwa Richarda Pearse’a...

„Nostalgiczna sceneria to prawdziwy konik Sary Lark, która spędziła lata w podróży, pracując jako przewodnik”.

Lisa

„Wzruszające historie na tle zapierających dech w piersiach naturalnych krajobrazów – oto recepta na sukces Sary Lark, pisarki, której każda książka okazuje się bestsellerem”.

Hörzu

„Powieści Sary Lark są odpowiedzią na marzenia o podróżach jej czytelniczek”.

Forum

Tytuł oryginału:

DIE TRÄNEN DER MAORI-GÖTTIN

Copyright © 2012 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Mapy: © Reinhard Borner

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Aneta Iwan, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-7999-682-7

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Podziękowanie

Prolog

Prezenty bogówRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Silne kobietyRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Wszystko dla miłościRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Błogosławieństwo duchówRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Czarnoksiężnik z Krainy OzRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

PrzebudzenieRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Powrót gwiazdRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Posłowie

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Podziękowanie

Jak zawsze do powstania tej książki przyczyniło się wielu ludzi, poczynając od mojego cudownego agenta Bastiana Schlücka, poprzez moją nie mniej cudowną lektorkę Melanie Blank-Schröder, a kończąc na wspaniałej redaktorce tekstu Margit von Cossart. Bez nich pogubiłabym się w gęstwinie dat i lat. Kierunki świata i liczby oznaczające kolejne lata były zawsze moją słabą stroną.

Dziękuję pięknie moim czytelnikom dokonującym wstępnego czytania tekstu, tym razem także moim rodzicom i przyjaciołom z Mojácar, którzy musieli znosić moją trwającą całymi tygodniami duchową nieobecność. Szczególnie wdzięczna jestem także parze moich dozorców domu, Joanowi i Annie Puzcas – którzy mogli przeczytać moje książki, teraz wydane również w języku hiszpańskim. Bez Was nie udałoby się nic – ani „czytelnicze podróże”, ani też zanurzenie się na wiele miesięcy w obcych kulturach!

Dziękuję oczywiście wszystkim tym, którzy pomogli udostępnić tę książkę czytelnikom, poczynając znów od pracowników działu marketingu, poprzez dział dystrybucji w Bastei Lübbe, kończąc na księgarzach. A największy udział w sukcesie Sarah Lark macie przede wszystkim Wy, czytelnicy! Wielu z Was dane mi było ostatnio poznać i możliwość osobistego kontaktu sprawiła mi ogromną przyjemność.

Sarah Lark

PROLOG

Nowa Zelandia

Parihaka

1894

Nad górami i morzem powoli zapadał zmrok. Niskie słońce na zimowym niebie osuwało się z wolna za horyzont, a blask jego pomarańczowych promieni oświetlał majestatyczny szczyt Mount Taranaki.

Wierzchołek góry pokryty był śniegiem i stanowił wspaniałe tło wsi Parihaka.

On jest jak strażnik, mawiała matka Atamarie, cieszy nas jego uroda, a zarazem czujemy się bezpieczni w jego cieniu. Atamarie te słowa wydawały się czasem osobliwe – w końcu uczyła się w szkole, że Mount Taranaki to wulkan, a one nigdy nie były bezpieczne! Ten wybuchł ostatni raz zaledwie sto pięćdziesiąt lat temu, teoretycznie więc w każdej chwili mógł zacząć zionąć ogniem i pluć lawą. Ale matka zawsze machała lekceważąco ręką, kiedy Atamarie jej to przedkładała. „Ależ nie, Atamarie – mówiła – bogowie będą teraz dbać o pokój, czas wojen już minął”. I potem opowiadała córce i innym dzieciom legendę o bogu góry Taranaki, który walczył z innym bogiem gór o miłość bogini lasu. Bogini Pihanga ostatecznie zdecydowała się na jego rywala i rozzłoszczony Taranaki po walce z innymi bogami gór wycofał się na wybrzeże. Ale ten spór sprowadził w świat bogów i ludzi wojnę. Jednak – pozostała nadzieja. Kiedyś Taranaki ustąpi, a gdy bogowie zaczną się nawzajem tolerować, także ludzie będą mogli liczyć na długotrwały pokój. Prawie wszystkie dzieci słuchały tej opowieści poważnie i z otwartymi buziami – tylko Atamarie interesowała się bardziej aktywnością wulkaniczną Mount Taranaki i skutkami jej działalności. Jej ulubionymi przedmiotami w Otago Girls’ School w Dunedin były matematyka, fizyka i geografia. Romantyczne opowieści były konikiem jej przyjaciółki Roberty. Dlatego też Atamarie również tego wieczoru nie za bardzo przysłuchiwała się opowieściom i pieśniom starych ludzi z Parihaka o gwiezdnej konstelacji, która miała się ukazać w czasie najbliższych nocy na niebie: o Matariki – oczach boga Tawhrimatea – albo o matce z sześcioma córkami pomagającej wyczerpanemu słońcu podnieść się po zimie… Dla Atamarie gwiazdozbiór ten nazywał się po prostu Plejady – i nie było nic nadzwyczajnego w tym, że jak co roku w zimie o tej porze był widoczny na niebie nad Nową Zelandią. Fakt ten był bardzo pomocny przy określaniu przesilenia zimowego, a dawniej widok Plejad pomagał także przy nawigacji na morzu między Hawaiki, pierwotną ojczyzną Maorysów, i Aotearoa, krajem, w którym mieszkali dziś, zwanym przez białych Nową Zelandią. I oczywiście gwiazdozbiór ten prezentował się bardzo pięknie na nocnym niebie. Jednak Atamarie nie ulegała magii gwiazd, niezbyt uważnie przysłuchiwała się też legendom i bajkom związanym z Matariki. Interesowało ją za to działanie ziemnych pieców, które mieszkańcy Parihaka wypełniali mięsem i warzywami. Należało to do ceremonii święta Nowego Roku, obchodzonego przez Maorysów w końcu maja lub początku czerwca wraz z ukazaniem się na nocnym niebie Plejad.

Atamarie zerknęła zaciekawiona do kilku gorących, rozżarzonych jam, które mężczyźni wykopali już przed południem. W hangi wykorzystywano wulkaniczną aktywność Taranaki do duszenia potraw. Mięso i warzywa zawijano w liście, wkładano do koszy, po czym stawiano je na gorących kamieniach. Kosze przykrywano mokrymi ścierkami i zasypywano dół ziemią. Potrawy miały się dusić przez najbliższe kilka godzin – powinny być gotowe dokładnie w chwili ukazania się gwiazdozbioru Matariki na niebie. Atamarie wypatrywała gwiazd tak samo pożądliwie jak inne dzieci. Cieszyła się na to święto – specjalnie dlatego przyjechała z Dunedin na Wyspę Północną. A przecież wcale nie było pewne, czy Plejady ukażą się na niebie w czasie krótkich ferii zimowych. Ale Matariki i Kupe, matka i ojczym Atamarie, bardzo chcieli, aby ona przyjechała właśnie teraz. „Musisz kiedyś przeżyć święto Nowego Roku w Parihaka!”, pisała Matariki, której imię pochodziło właśnie od nazwy gwiazdozbioru. Wiele maoryskich imion było jednocześnie określeniem jakiegoś fenomenu czy też zjawiska przyrody – imię Atamarie oznaczało wschód słońca. „To święto jest tutaj pełne czaru i wyjątkowego uroku” – pisała matka. Atamarie skrzywiła się sceptycznie. Zdaniem jej rodziców wszystko, co wiązało się z Parihaka, pełne było uroku i czaru. Oboje na długo przed narodzinami Atamarie mieszkali w słynnej wsi, jeszcze wtedy, kiedy prorok Te Whiti nauczał tutaj o pokoju, który miał zapanować między białymi, zwanymi pakeha, a Maorysami. Kupe znalazł się w więzieniu po inwazji Anglików na wieś i wywłaszczeniu jej mieszkańców. A Matariki uciekła z mężczyzną, który później został biologicznym ojcem Atamarie. Kilka lat później Te Whiti wrócił do Parihaka, a wraz z nim wielu jego najwierniejszych zwolenników. Odbudowali wieś, chcąc, aby znów stała się ona duchowym centrum pierwotnych mieszkańców Nowej Zelandii. Tym razem budowniczowie opierali się bardziej na umowach i wyraźnych uzgodnieniach, a nie na marzeniach – jak poprzednio. Kupe i Matariki kupili swój kawałek ziemi od zarządu regionu Taranaki, choć nadal uważali, że nie było słuszne dawać białym pieniądze za ziemię własnego kraju. Kupe, adwokat z zawodu, zaskarżał ten fakt kilkakrotnie. Było całkiem prawdopodobne, że Te Whiti i jego szczep dostaną odszkodowanie i na zawsze otrzymają swoje ziemie. Coraz więcej dawnych mieszkańców wsi wracało do swoich domów, znów rodziło się więcej dzieci, które Matariki uczyła w swojej szkole. Choć co prawda na razie nie było co myśleć o high school. Z tego powodu Atamarie uczęszczała do renomowanej szkoły dla dziewcząt w Dunedin i spędzała weekendy na zmianę u dziadków albo u rodziny swojej przyjaciółki Roberty. Parihaka mogła odwiedzać tylko w czasie ferii i uważała tę wieś za coś cudownego. Zawsze się cieszyła, że zobaczy rodziców, że w maoryskiej wsi będzie mogła wieść swobodne, radosne życie i nie będą mu towarzyszyły tak liczne zakazy i ścisłe zasady jak w Otago Girls’ School. Jednak kilka tygodni tkania lnu, tańców i nauki gry na tradycyjnych maoryskich instrumentach, łowienia ryb oraz pracy na polach w zupełności jej wystarczały. Motto Parihaka: „Chcemy zmienić świat, aby stał się on lepszym miejscem do życia!” bardzo jej wprawdzie odpowiadało, ale zmienianie świata wyobrażała sobie zupełnie inaczej niż ludzie, którzy uczyli w Parihaka tradycyjnych sztuk maoryskich. Zawsze kiedy dziewczyna próbowała rzeczywiście zmienić coś konkretnego – na przykład krosna do tkania lnu albo więcierze do łapania ryb – jej propozycje spotykały się z oburzeniem i były odrzucane. I czasami nawet padały niezbyt miłe słowa na temat jej pochodzenia pakeha, co bardziej irytowało Matariki niż jej córkę. Atamarie było zupełnie obojętne, ilu jej przodków pochodziło z tego czy innego ludu. Nie chciała tylko spędzać przy krosnach więcej czasu, niż było to rzeczywiście konieczne, i nie miała ochoty tracić złowionych ryb tylko dlatego, że więcierze nie zamykały się prawidłowo.

Pod koniec ferii cieszyła się, że wyjeżdża z Parihaka i wraca do Dunedin. Otago Girls’ School była szkołą na wskroś nowoczesną i nauczycielki wspierały inwencję i pomysłowość swoich uczennic.

Teraz jednak Maorysi czekali na święto nadejścia Nowego Roku – kiedyś wreszcie Plejady musiały pojawić się na niebie. Starzy ludzie czuwali już trzecią noc, choć właściwie nie miało to sensu. Kiedy gwiazdy wreszcie rozbłyskiwały na niebie, to zwykle następowało to zaraz po zachodzie słońca.

– To czas czekania i czas wspominania, Atamarie – tłumaczyła Matariki. – Starzy ludzie myślą o dniu wczorajszym, także o dniu dzisiejszym i o jutrze, o starym roku i o nowym… I wcale nie jest takie ważne, czy gwiazdy ukażą się tego dnia czy też następnego.

Atamarie wprawdzie tego nie rozumiała, ale oczywiście nikt jej nie zmuszał, aby nie kładła się spać. Kiedy wszystko już było zjedzone, a dorośli siedzieli jeszcze przy muzyce i rozmawiali, dzieci zwykle udawały się do domów-sypialni, tuliły się do siebie i opowiadały sobie swoje historie. Atamarie czuła się wtedy niemal tak samo jak w internacie w Dunedin – choć tu nie trzeba było liczyć się z tym, że nagle zjawi się nauczycielka i energicznie przywoła swoje podopieczne do porządku.

Ale teraz dziewczynka przyglądała się spokojnie wraz z dziećmi, jak zachodzące słońce powoli tonie w Morzu Tasmana. Światło dnia nad zaoranym polem stawało się coraz bardziej rozproszone i tylko śnieg na wierzchołku góry połyskiwał złotym kolorem w jego promieniach. Niebo ciemniało bardzo szybko – i nagle Atamarie dostrzegła gwiazdy! Plejady – jasne i czyste – pojawiły się nad morzem, a wśród nich wyróżniała się gwiazda świecąca najmocniejszym blaskiem: Whanui. Dzieci natychmiast powitały gwiazdozbiór tradycyjną pieśnią, której nauczyła je Matariki:

Ka puta Matariki ka rere Whanui.

Ko te tohu tena o te tau e!

Matariki wróciła! Whanui rozpoczyna swój lot.

To znak Nowego Roku!

– To dobry znak! – cieszyła się matka Atamarie, objąwszy ramionami męża i córkę. Kupe specjalnie przyjechał z Wellington, aby wraz z nimi świętować nadejście Nowego Roku. Miewał tam często sporo pracy, a równocześnie starał się też zdobyć mandat maoryskiego posła w parlamencie. Pocałował teraz Matariki i Atamarie i słuchał, jak żona objaśniała pojawiające się znaki.

– Jeśli gwiazdy na niebie są takie jasne, to zima będzie krótka i będziemy mogli rozpocząć zasiewy już we wrześniu – pouczała rodzinę i uczniów. – Jeśli jednak są zamglone i wydają się być bliżej siebie niż zwykle, zima będzie sroga, a sadzenie roślin rozpocznie się dopiero w październiku.

Atamarie znów zmarszczyła czoło. Jej nauczycielka w Dunedin sądziłaby, że za taki stan – kiedy gwiazdy są źle widoczne – odpowiadają raczej chmury. W tym momencie Atamarie zadawała sobie inne pytania.

– Dlaczego właściwie babcie płaczą, mommy? – spytała w końcu. Starzy ludzie na widok gwiazd rzeczywiście rozszlochali się jak na komendę. – Przecież jest tak pięknie, kiedy gwiazdy już się pojawiły! I kiedy nadchodzi Nowy Rok!

Matariki przytaknęła i odgarnęła sobie z czoła długie czarne włosy.

– Tak, ale starzy zawsze myślą wtedy o mijającym roku. Wymieniają gwiazdom imiona tych ludzi, którzy zmarli od chwili ich ostatniego pojawienia się na niebie, i modlą się za nich. I opłakują zmarłych po raz ostatni, zanim zacznie się Nowy Rok.

Ale starsi zaraz zaczęli otwierać hangi, w czym pomagał im także Kupe i inni mężczyźni ze szczepu. Z wykopanych w ziemi dołów zaczęła się wydobywać smakowita woń.

– Ten zapach to pokarm gwiazd – powiedziała Matariki. – To on przywraca im siłę po długiej podróży.

Atamarie ciekła ślinka, ale zanim wszyscy się zebrali, aby zasiąść do uczty, miały jeszcze miejsce liczne ceremonie powitalne dla gwiazd. Zarówno młodzi, jak i starzy śpiewali i tańczyli tradycyjną haka. Wśród dorosłych krążyły już dzbanki z piwem i butelki whiskey, a Matariki i Kupe posmutnieli, wspominając z przyjaciółmi dawne czasy w Parihaka. Jeśli wierzyć ich słowom, to życie było wówczas jednym wielkim świętem. We wsi mieszkali przeważnie młodzi ludzie, którzy przybyli tu ze wszystkich części Aotearoa, każdego wieczoru tańczono, słychać było śmiechy, śpiew i muzykę.

Większość dorosłych spędzała noworoczną noc na dworze przy ogniskach, ale Atamarie i pozostałe dzieci w którymś momencie zasypiały – aby następnego ranka z nowymi siłami wziąć udział w kolejnych uroczystościach. Bo przecież w dzień Nowego Roku święto trwało dalej, znów tańczono, śpiewano, grano w różne gry, a co najważniejsze, chłopcy wyciągali swoje latawce. Konstruowanie latawców, zwanych w języku maoryskim manu, należało do tych tradycji Aotearoa, które podtrzymywano w Parihaka. Kilku fachowców biegłych w tej sztuce uczyło jej w ostatnich tygodniach we wsi. Ale kiedy Atamarie przyjechała z Dunedin, mężczyźni i dzieci ze wsi, którzy się tym zajmowali, ukończyli już swoje prace, więc ona sama nie mogła wziąć w tym udziału. I teraz stała obok z pustymi rękoma, podczas kiedy inni gorączkowo wyczekiwali chwili, w której będą mogli wysłać prosto do nieba swoje manu, będące czymś w rodzaju pośredników między światem a gwiazdami, między bogami a ludźmi. Oczywiście dziewczynka była mocno rozczarowana tym, że nie mogła uczestniczyć w nauce, ale i tak nie mogła się doczekać widoku wznoszących się latawców. W przeciwieństwie do reszty dziewcząt właściwie nie podziwiała kolorowych ozdób manu, składających się z piór i muszelek, ani też kunsztownych rysunków przedstawiających twarze, dzięki którym latawce zamieniały się w birdmen – ludzi ptaków. Dla Atamarie ważniejsze było ustalenie, dlaczego te płaskie, ale mimo wszystko ciężkie konstrukcje z drewna i liści w ogóle wznosiły się i szybowały w powietrzu. Podeszła do jednego z chłopców, który przygotowywał do lotu wyjątkowo duży, starannie ozdobiony oznaczeniami szczepu i rombami latawiec.

– Przecież on nie ma wcale ogona – stwierdziła.

Chłopiec spojrzał na nią, marszcząc czoło.

– A dlaczego manu ma mieć ogon? – zapytał.

– Bo latawce pakeha mają ogony – pouczyła go Atamarie. – Widziałam na obrazkach.

Chłopiec lekceważąco wzruszył ramionami.

– O tym tohunga nic nam nie wspominał. Mówił tylko, że potrzebny jest stelaż i linka – albo dwie, jeśli chce się sterować latawcem. Ale tego nam jeszcze nie pokazał. Powiedział, że to jest trudne.

Mimo to chłopiec przymocował do swojej konstrukcji dwa sznurki uplecione z lnu.

– Najpierw to wszystko musi się w ogóle wznieść w powietrze – zauważyła Atamarie. – Jak to zrobić? Dlaczego właściwie manu się unosi?

– Dzięki oddechowi bogów – odpowiedział chłopiec. – Manu tańczy wraz z ich siłą życiową.

Teraz z kolei Atamarie zmarszczyła czoło.

– Czyli dzięki wiatrowi – powiedziała. – Ale co wtedy, kiedy nie ma wiatru?

– Kiedy bogowie odmawiają mu swojego błogosławieństwa, manu nie leci – odrzekł chłopiec. – To znaczy, można go skądś spuścić, z jakiegoś klifu czy czegoś podobnego. Ale wówczas manu nie przekazuje swych posłannictw bogom, nie wznosi się, tylko szybuje w dół. A poza tym oczywiście gdzieś ginie.

Chłopiec zaczął coś majstrować przy linkach swego olbrzymiego latawca. Atamarie pomogła mu postawić całą konstrukcję.

– On jest prawie tak duży jak ja – zauważyła. – Jak myślisz, czy można by na nim… hm, jeździć jak na koniu? I polecieć w górę?

Atamarie poruszało to o wiele bardziej niż komunikacja z bogami.

Chłopiec roześmiał się w odpowiedzi.

– Ponoć ktoś już tego próbował. Wódz Ngati Kahungunu – Nukupewapewa. Chciał zdobyć Pa Maungaraki, ale się nie udało, bo jego wojownicy nie mogli pokonać murów fortu. Dlatego zbudował olbrzymiego manu z liści raupo, w kształcie ptaka z szeroko rozstawionymi skrzydłami. A potem przywiązał do niego jednego ze swoich ludzi i opuścił latawiec ze skały powyżej Pa. Latawiec wylądował w forcie, a lotnik otworzył zwycięzcom bramy.

Atamarie słuchała z błyszczącymi oczami.

– Twój latawiec to też manu raupo – stwierdziła. – Pewnie musiałeś daleko chodzić, ja nie miałabym pojęcia, gdzie rośnie raupo.

Raupo było rośliną z gatunku trzcin, która rosła w płytkich wodach. Chłopiec uśmiechnął się łobuzersko i sprawiał wrażenie, jak gdyby odkrył jakąś tajemnicę.

– Taaak… – powiedział. – Nie było łatwo ją znaleźć. Ale może ten trud się opłaci.

Życzenie, które chciał przekazać bogom, miał niemal wypisane na twarzy.

– Rawiri! Co ty robisz? Może wreszcie wypuścisz swój latawiec?

Chłopiec drgnął przestraszony, słysząc głos tohunga. Rzeczywiście i on, i Atamarie przeoczyli start pierwszych latawców – większość chłopców trzymała je na uwięzi w powietrzu i obserwowała zafascynowana, jak się wznosiły. Kapłani z Parihaka modlili się i śpiewali, a latawce miały ponieść ich życzenia i błogosławieństwa do gwiazd. Atamarie na parę chwil zapomniała o całym świecie, podziwiając widok kolorowych manu na bardzo dziś czystym zimowym niebie. Także mistrz-nauczyciel wysłał w powietrze swojego ogromnego manu i sterował nim zręcznie pomiędzy mniejszymi latawcami uczniów. Rawiri nie mógł się jednak sam uporać ze swoim latawcem i dwoma sznurkami do sterowania.

– Mam go potrzymać w górze? – spytała Atamarie.

Chłopiec skinął głową. Dziewczynka chwyciła latawiec, uniosła go i niemal się przewróciła, kiedy silny wiatr zaczął wyrywać całą konstrukcję z jej rąk. Latawiec wzniósł się pionowo w górę, ale kiedy Rawiri wykonał pierwszą próbę zmiany jego kursu, ciągnąc mocniej prawą linkę, latawiec gwałtownie opadł w taki sam sposób. Atamarie i Rawiri podbiegli przerażeni do leżącego na ziemi manu – na szczęście był cały.

– W każdym razie nic ważnego nie jest uszkodzone – stwierdziła Atamarie. Ucierpiały jedynie ozdoby z piór i muszli. Rawiri zmarszczył czoło i zastanawiał się gorączkowo, jak naprawić uszkodzone ozdoby.

– Tohunga twierdzi, że one są bardzo ważne. Latawiec patrzy przez oczy z muszli, a rysunki są naszym przesłaniem do bogów…

Tohunga byli fachowcami nie tylko w specjalistycznych dziedzinach, jak budowa latawców, rzeźbienie w jadeicie, muzyka czy też sztuka leczenia, lecz utrzymywali też kontakt z duchami odpowiedzialnymi za nauczane przez nich sztuki.

Atamarie wzruszyła ramionami.

– Do bogów to on musi najpierw dotrzeć – zauważyła. – Spróbujmy jeszcze raz. Przesłanie możemy wysłać dopiero wtedy, kiedy będziemy wiedzieli, że to się uda.

W żadnym wypadku nie miała ochoty czekać, aż Rawiri upora się z ozdobami. Zamiast tego zaczęła wpatrywać się w niebo i skoncentrowała na latawcu tohunga, który zerkał ze złośliwą radością na leżący na ziemi latawiec Rawiri. Oczywiście tohunga od razu powiedział chłopcu, że bardzo trudno jest początkującemu zbudować latawiec, którym można sterować w powietrzu. Atamarie poczuła się urażona w swej ambicji.

– Musisz trzymać linki bardziej na zewnątrz – zaproponowała. – I niżej. A najlepiej byłoby mieć cztery…

Rawiri najwyraźniej też poczuł się dotknięty w swojej dumie, ale po nieudanej próbie rzeczywiście zaczął trzymać linki tak, jak chciała Atamarie. Sukces był zaskakujący! Latawiec znów uniósł się w powietrze, ale tym razem pewniej i szybciej, a kiedy Rawiri ostrożnie spróbował nim sterować, zmieniał tor lotu.

– Udało się! Leci, on leci! Leci tam, dokąd chcę!

Rawiri cieszył się i wiwatował. Jego latawiec w kształcie ptaka dumnie unosił się w powietrzu tuż obok trójkątnego latawca mistrza.

– Chcesz spróbować? – spytał Rawiri wielkodusznie.

Atamarie bez wahania sięgnęła po sznurki. Była jedyną dziewczyną, która trzymała linki latawca, ale to jej nie przeszkadzało. Latawiec, wykonując wielkie zakręty, wznosił się coraz wyżej ku niebu.

– Myślę, że ta legenda o Ngati Kahungunu mówi prawdę – stwierdził Rawiri. – Można latać tak jak ptak. Latawiec musi być duży i mieć poparcie bogów.

Atamarie skinęła głową. Pewnie, że można byłoby na tym latać, wiatr ją samą niemal poderwał. Ale…

– To musi być możliwe bez wiatru – stwierdziła zdecydowanie.

PREZENTY BOGÓW

Nowa Zelandia

Dunedin, Christchurch,

Lawrence, Parihaka

1899–1900

Rozdział 1

Seminarium nauczycielskie mieściło się w bocznym budynku uniwersytetu w Dunedin i ta brzydka, pozbawiona wszelkich ozdób budowla wydała się Atamarie po prostu wstrętna. Ale dobrze, nie musiała tu przecież studiować. College, który ją właśnie przyjął w poczet studentów, miał budynek o wiele bardziej imponujący i znacznie większy. Ciocia Heather powiedziała, że to styl gotycki, choć oczywiście replika, bo kiedy w Europie budowano gotyckie katedry, to w Nowej Zelandii nie mieszkali jeszcze biali ludzie.

Atamarie się zastanawiała, czy będzie musiała zapamiętać nazwy wszystkich stylów architektonicznych, jeśli zacznie studiować w Canterbury College. W planie nauczania rzeczywiście znajdowało się pojęcie „konstrukcje budowlane”. Ale to chyba było coś innego niż architektura… No cóż, będzie miała dość czasu, aby się tym zająć. Teraz musiała koniecznie opowiedzieć Robercie o swoim sukcesie – i dowiedzieć się, jak upłynął pierwszy dzień jej studiów.

Atamarie poszła po schodach w stronę wejścia i usiadła na jednym z górnych stopni. Była co prawda zmęczona po długiej podróży pociągiem, ale za to w doskonałym nastroju i nuciła cicho jakąś melodię. Zresztą połączenie między Dunedin a Christchurch było znakomite i dziś taka podróż nie stanowiła już żadnego problemu. O tym w każdym razie zapewniały się wzajemnie Roberta i Atamarie, kiedy zdecydowały się na swoje kierunki studiów i stwierdziły, że po raz pierwszy od dziewięciu lat ich drogi się rozejdą. Dziewczyny poznały się, kiedy ich matki mieszkały jeszcze w Wellington na Wyspie Północnej i wspólnie prowadziły biuro jednej z organizacji walczących o prawa wyborcze kobiet. I kiedy wreszcie cel został osiągnięty, obie kobiety wyszły za mąż. Matariki, matka Atamarie, przeprowadziła się wraz mężem Kupe do Parihaka, a matka Roberty, Violet, wróciła wraz z Seanem do jego ojczystego miasta Dunedin. Oczywiście zabrali ze sobą Robertę, która podobnie jak Atamarie zaczęła uczęszczać do Otago Girls’ School. Obie dziewczyny przed kilkoma tygodniami świętowały ukończenie high school i cieszyły się właśnie z kolejnego sukcesu bojowniczek o prawa kobiet w Nowej Zelandii: wszystkie uniwersytety na Wyspie Południowej zezwalały kobietom na studiowanie w swoich murach. Nawet jeśli któraś ze studentek decydowała się na tak niezwykły kierunek jak Atamarie.

Z wnętrza budynku szkoły dobiegał hałas. Najwyraźniej zakończyły się zajęcia i za chwilę pierwsi studenci wyszli z bram. Były to przeważnie młode kobiety, bardzo konserwatywnie ubrane – w ciemne spódnice i bluzki oraz obszerne, zakrywające wszystko żakiety. Kilka dziewcząt miało na sobie pozbawione wszelkich ozdób suknie reformowane, które zdaniem Atamarie były równie staropanieńskie i nudne jak nieśmiertelny czepek, który zakładała tu każda młoda kobieta w czasie spaceru. A przecież moda się już zmieniła. Atamarie i Roberta nie nosiły gorsetów, ale ich znakomicie skrojone suknie pochodziły z Lady’s Goldmine, najsłynniejszego domu mody w mieście. Zarówno Roberta, jak Atamarie nazywały babcią jego właścicielkę Kathleen Burton, choć tak naprawdę tylko Atamarie była z nią spokrewniona. Jej biologiczny ojciec Colin Coltrane był synem Kathleen, podobnie jak ojczym Roberty Sean.

Tego dnia Atamarie także miała na sobie suknię reformowaną z żółtego materiału w niebieskie kwiaty, ciemnozieloną mantylkę i mały słomiany kapelusz na blond włosach. Zauważyła, że chłopcy spoglądali na nią z przyjemnością, podczas gdy dziewczęta zerkały raczej niełaskawie. I z pewnością siedzenie na schodach nie było czymś oczywistym, a możliwe, że nawet tego zabraniano.

Ale wreszcie zjawiła się też Roberta i Atamarie poderwała się, aby uściskać przyjaciółkę. Niemal jej nie rozpoznała na pierwszy rzut oka, bo Roberta za wszelką cenę starała się nie wyróżniać strojem. Miała na sobie niepozorną ciemnoniebieską suknię i krótki czarny płaszcz.

– Wyglądasz jak sowa! – wypomniała jej Atamarie po chwili, kiedy już się przywitały. – Czy wy naprawdę musicie się tak ubierać? Ten kapelusz wygląda tak, jak gdybyś wygrzebała go z samego dna jednej ze skrzyń babci Daldy!

Amey Daldy była zagorzałą bojowniczką o prawa kobiet, którą matki Atamarie i Roberty wprawdzie bardzo ceniły, ale która nie była akurat znana z ekstrawagancji w kwestiach mody.

Roberta uśmiechnęła się z zawstydzeniem – i dzięki temu, mimo swego skromnego stroju, przyciągnęła uwagę studentów. Roberta Fence była prawdziwą pięknością i nie mógł temu przeszkodzić żaden strój. Miała gęste kasztanowe włosy – teraz ciasno związane w węzeł – które rozpuszczone opadały falą na jej plecy. Jej twarz w kształcie serca mimo klasycznej urody była zawsze pełna ciepła i łagodności, a oczy, choć nie tak turkusowe jak oczy matki, zwracały uwagę intensywnością niebieskiego koloru.

– Mamy wyglądać poważnie – stwierdziła dziewczyna. – No bo przecież wszystkie studentki powinny tak wyglądać, prawda?

Roberta niezbyt przychylnie popatrzyła na strój przyjaciółki. Atamarie w odpowiedzi wzruszyła ramionami.

– I tak zwracam na siebie uwagę, bez względu na to, jak się ubiorę. I nie mów, że sowy są ptakami mądrości. Moim zdaniem papugi są o wiele sprytniejsze.

Roberta się roześmiała i chwyciła Atamarie pod rękę. Bo jeśli miała być szczera, to brakowało jej przyjaciółki już w czasie tych dwóch dni, kiedy Atamarie była w Christchurch. W każdym razie w tym czasie śmiała się o wiele za mało.

– Dostałaś się w końcu na te studia? – spytała, kiedy obie szły w kierunku kawiarni w pobliżu uniwersytetu.

Atamarie skinęła głową.

– Jasne, nie mogło być inaczej. Miałam przecież najlepsze stopnie. Ale było naprawdę wesoło! Profesor Dobbins uważał mnie chyba z początku za coś w rodzaju fatamorgany.

Zachichotała i poruszyła zabawnie nosem, jak gdyby miała na nim grube okulary czy też binokle, po czym sparodiowała nauczyciela: „Mr Parekura Turei… nie… ee… Miss?”. Ten człowiek był kompletnie skonsternowany. A tak się cieszył, że będzie miał pierwszego maoryskiego studenta. Pewnie się spodziewał, że pojawi się przed nim wielki wojownik z tatuażami.

Roberta także zachichotała.

– A tymczasem pojawiłaś się ty…

Atamarie nie miała nic wspólnego z maoryskim wojownikiem. Wprawdzie nie była niska, ale jednak drobna i delikatna, a pod jej szeroką suknią można było dostrzec zarysy kobiecego ciała. W dodatku na pierwszy rzut oka nie można było dopatrzyć się w niej Maoryski. Miała wprawdzie nieco ciemniejszą cerę niż większość białych ludzi i lekko skośne oczy, ale poza tym bardzo przypominała swoją babkę Kathleen – klasyczną piękność o wysokich kościach policzkowych, prostym nosie i delikatnie wykrojonych wargach.

– Ale jak on mógł…? Przecież twoje imię…

Atamarie wzruszyła ramionami.

– Musisz przyznać, że wiele maoryskich męskich imion także kończy się na „i” – stwierdziła. – A poza tym ten człowiek jest inżynierem, a nie lingwistą. I można to było zauważyć od razu, kiedy zaczynało mu brakować słów. Ale potem pokazałam mu moje świadectwo…

– I co on na to? – spytała Roberta.

Atamarie się roześmiała.

– Jak tylko nie musiał na mnie patrzeć, wszystko było w porządku. A przecież wcale nie wyglądam przerażająco, prawda?

Roberta przewróciła wymownie oczami. Atamarie doskonale wiedziała, że wygląda świetnie.

– Ale kiedy tylko podnosił wzrok znad papierów, to zdawało mi się, że wątpi w swój własny rozum i nie dowierza oczom. A potem zapytał, czy wiem, co mnie tu czeka, i pokazał plan studiów: podstawy budownictwa na- i podziemnego, wykonywanie pomiarów, rysunek techniczny, geometria praktyczna i konstrukcja maszyn parowych…

Atamarie już na samą myśl o tym uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– I co mu na to odpowiedziałaś? – Roberta się spodziewała, że usłyszy coś okropnego.

Atamarie spojrzała na nią.

– A co miałam powiedzieć? Powiedziałam, że interesuję się maszynami latającymi. A potem trochę poopowiadałam o Cayleyu i Lilienthalu, żeby nie myślał, że jestem kimś w rodzaju… jakiejś roztrzepanej i rozkapryszonej panienki!

Atamarie znów się roześmiała. Roberta otworzyła drzwi kawiarni.

– To prawdziwy cud, że od razu nie wyleciałaś – stwierdziła.

Atamarie uniosła brwi w zdumieniu.

– Wtedy wujek Sean zaskarżyłby college – powiedziała spokojnie. – Ale profesor Dobbins i tak zniósł to ze spokojem. W sumie był bardzo sympatyczny i nawet zaczął się uśmiechać. I stwierdził, że zawsze się cieszy, kiedy jego studenci wysoko mierzą. A potem mogłam już iść – aby za chwilę następnemu facetowi odebrało mowę na mój widok. To był student, który miał pokazać nowo przyjętym uniwersytet. I potrzebował o wiele więcej czasu, aby dojść do siebie!

Canterbury College of Engineering istniał już od dwunastu lat; na początku pracowało w nim dwóch nauczycieli i uczyło się dwudziestu dwóch studentów. Dziś studiowało tam niewiele więcej osób – Atamarie zaś została przyjęta do college’u jako pierwsza kobieta.

– No a co poza tym? – spytała Roberta. – Widziałaś się już z Heather? Byłyście gdzieś razem?

Atamarie wzruszyła ramionami.

– Najpierw musiałyśmy znaleźć pokój. Ale to akurat było proste, Heather i Chloé mają jakieś znajome w Christchurch, dwie bardzo sympatyczne kobiety. Mieszkają razem, jak Heather i Chloé, i prowadzą księgarnię. To od razu kupię u nich wszystkie fachowe książki i podręczniki. Ich dom jest śliczny i stoi w pobliżu uniwersytetu. A pokój – ogromny, ale oczywiście odwiedziny mężczyzn muszą być odpowiednio wcześniej zgłaszane! – zachichotała.

To ostatnie i tak było bardzo wielkoduszne, zwykle zabraniano studentom przyjmowania w pokoju znajomych przeciwnej płci. Ale Heather i Chloé były kobietami na wskroś nowoczesnymi, a ich przyjaciółki najwyraźniej też.

– Chyba nie chcesz od razu poszukać sobie przyjaciela!? – oburzyła się Roberta.

Atamarie westchnęła.

– Robbie, jestem jedyną żeńską istotą, która studiuje inżynierię. Jeśli nie chcę być całkowicie osamotniona, chcąc nie chcąc, muszę zaprzyjaźnić się z chłopcami. Co przecież nie musi od razu znaczyć, że będę dzielić z nimi łóżko.

Roberta się zaczerwieniła, kiedy Atamarie tak swobodnie mówiła o współżyciu między kobietą a mężczyzną. Obie młode kobiety od dawna były uświadomione – a Atamarie spędziła już niejedne ferie w Parihaka i była świadkiem dość swobodnego podejścia maoryskich kobiet do kwestii fizycznej miłości. Jednak powinna była wyrażać się nieco ostrożniej. Roberta nie miała jeszcze żadnych praktycznych doświadczeń z płcią przeciwną, podczas kiedy Atamarie już nieraz wymieniała pocałunki z chłopcami w Parihaka. Roberta patrzyła na świat bardziej romantycznie. Mogłaby się zakochać, ale to zachowałaby dla siebie…

– A poza tym byłyśmy na torze wyścigowym w Addington, bo Rosie koniecznie tego chciała. Ale niestety akurat nie rozgrywano żadnej gonitwy kłusaków, choć mimo to było wesoło. Lord Barrington zaprosił nas do prywatnej loży i piłyśmy szampana – i mogłyśmy stawiać na konie!

– Atami!

Roberta była przerażona. Dorastała w środowisku ludzi pracujących przy wyścigach konnych i nienawidziła wszystkiego, co było z tym związane. Matka powtarzała jej od małego, że zakłady i whisky mogą zrujnować rodzinę. I mówiła to na podstawie własnego doświadczenia: biologiczny ojciec Roberty był ofiarą jednego i drugiego.

– No nie patrz tak! Lord Barrington upierał się przy tym. A Hea­ther swój zakład przegrała, za to ja wygrałam, i to dwa razy. I właściwie było to bardzo proste, wystarczy postawić na konia z długimi nogami i najbardziej smukłym tułowiem. Czysta fizyka… No, choć za trzecim razem już się nie udało, sądzę, że ta chabeta była po prostu leniwa. Ale wystarczy na to, aby teraz zapłacić za kawę!

Zadowolona Atamarie zamówiła jeszcze wielki talerz ciasta.

– Byłyśmy też w pewnej galerii… Choć co prawda zapomniałam, jak nazywał się ten artysta, którego obrazy oglądałyśmy. Ale Heather była zachwycona. Przyjdziesz dziś wieczór? A może nie tylko trzeba koniecznie ubierać się jak sowa, ale także chodzić spać z kurami, jeśli się chce zostać nauczycielką?

Roberta spojrzała na przyjaciółkę z dezaprobatą.

– Sowy są ptakami aktywnymi nocą – skwitowała jej złośliwości. – I oczywiście przyjdę. To przecież wernisaż, a nie odwiedziny w nocnym klubie! Jak się nazywa ta artystka?

Atamarie wzruszyła ramionami. Tego także nie zapamiętała, ale nie ona jedna w Dunedin. W tym mieście było bardzo wielu bogatych ludzi, lecz tylko niewielu naprawdę interesowało się sztuką. Ale mimo wszystko wernisaże w galerii Heather i Chloé Coltrane należały do ulubionych wydarzeń towarzyskich w mieście, a zaproszenia na nie były zawsze bardzo pożądane. Chloé była wspaniałą gospodynią, a Heather była znana jako artystka daleko poza granicami Nowej Zelandii. Obie kobiety mieszkały razem od dziesięciu lat i wielu ich klientów zakładało, że są siostrami. Nie była to prawda, Chloé zawdzięczała swoje nazwisko małżeństwu z bratem Heather.

Atamarie i Roberta umilkły na chwilę, kiedy kelner przyniósł kawę i ciasto. Roberta wsypała cukier do filiżanki, a Atamarie się zamyśliła. Pewnie się zastanawiała, jaką suknię ma włożyć na wieczór – Kath­leen z pewnością przygotowała coś nowego dla swoich obu wnuczek. Mawiała, że dziewczyny robią jej przysługę, kiedy przyjmują drogie suknie, bo w końcu jest to jakiś rodzaj reklamy Lady’s Goldmine.

Roberta przez chwilę się wahała, ale wreszcie odważyła się zadać Atamarie pytanie, które dręczyło ją już od dłuższego czasu.

– Nie wiesz przypadkiem, czy… czy twój… hm… wujek… też przyjdzie? – spytała pozornie obojętnym głosem.

Atamarie się uśmiechnęła.

– Który? – spytała.

Roberta zaczerwieniła się natychmiast.

– Hm… no… Kevin.

Cały czas próbowała mówić swobodnie i udawała, że nie pamięta imienia Kevina. Ale było to daremne, Atamarie znała ją aż za dobrze. I wiedziała, o którym z obu braci jej matki była mowa. Roberta była od wielu miesięcy zakochana w starszym z nich, Kevinie, nazwanym tak na pamiątkę irlandzkiego świętego i dziadka. Ale o tym nikt nie mógł się oczywiście dowiedzieć. Nonsensem było w ogóle mieć nadzieję, że wzięty młody lekarz zauważy przyjaciółkę swojej siostrzenicy, nie mówiąc już o tym, że miałby zacząć jej robić jakieś awanse. W każdym razie kiedy Roberta i Atamarie chodziły jeszcze do szkoły, było to wysoce nieprawdopodobne. Ale teraz, kiedy Roberta była studentką… Jej rodzice należeli do najlepszego towarzystwa w Dunedin, toteż młoda kobieta otrzymywała zaproszenia na koncerty i bale, wernisaże i przedstawienia teatralne. Kevina Drury’ego można było spotkać przy każdej z tych okazji. Razem ze swoim przyjacielem otworzył przed kilkoma laty gabinet lekarski w Dunedin i ciągle zabiegał o nowych pacjentów. Najchętniej oczywiście z najbogatszych warstw społecznych, a zwłaszcza o kobiety. I właśnie te ostatnie zjawiały się u niego tłumnie. Kevin był niezwykle przystojnym mężczyzną – miał czarne kręcone włosy i intensywnie niebieskie oczy. Był też namiętnym jeźdźcem, brał udział we wszystkich polowaniach, a także w niektórych gonitwach końskich.

Brat Kevina, Patrick, był bardziej niepozorny. Ukończył studia rolnicze i zamierzał w przyszłości przejąć farmę rodziców. Na razie pracował jako doradca w związku hodowców bydła i ministerstwie rolnictwa w Otago. Okolica, kiedyś centrum poszukiwań złota, powoli zamieniała się w region wybitnie rolniczy. A nie wszyscy właściciele farm i hodowcy owiec znali się naprawdę na produkcji wełny czy uprawie roślin. Niejeden z nich marzył o tym, aby zostać „owczym baronem”, ale w gruncie rzeczy mógł się wykazać jedynie doświadczeniem – a czasami także szczęściem – przy płukaniu złota.

– Kevin przyjdzie na pewno – oświadczyła Atamarie. – Choć Heather jest zdania, że on ma znów nową przyjaciółkę. Ponoć bardzo piękną i Heather się zastanawia, czy nie poprosić jej o pozowanie…

Portrety kobiet należały do ulubionych motywów malarskich Hea­ther i to dzięki nim odniosła najwięcej sukcesów. Heather potrafiła na swoich obrazach oddać istotę kobiety i jej życiowe doświadczenia.

Roberta westchnęła.

– Kevin też świetnie wygląda – powiedziała pozornie bez związku, ale zabrzmiało to rozpaczliwie.

Atamarie się roześmiała i położyła rękę na ramieniu przyjaciółki, jak gdyby chciała nią potrząsnąć.

– On może jest księciem, Robbie, ale ty nie jesteś w żadnym wypadku Kopciuszkiem! Kiedy się odpowiednio wyszykujesz i nie będziesz patrzeć w podłogę ani też czerwienić się i zapominać języka w gębie na widok Kevina, pokonasz wszystkie jego przyjaciółki.

Roberta mieszała kawę, wpatrując się w filiżankę.

– W tym celu musiałby na mnie najpierw popatrzeć – wymamrotała. – Ale on…

– No to zrób coś innego i na przykład zemdlej w jego obecności – zaproponowała żartobliwie Atamarie. – Ty upadniesz, a ja zacznę krzyczeć: potrzebujemy lekarza! To wtedy będzie musiał na ciebie spojrzeć.

Roberta powinna była się roześmiać, ale tylko zagryzła wargę.

– Nie traktujesz mnie poważnie – powiedziała po dłuższej chwili.

Atamarie jęknęła.

– Może ty zbyt poważnie podchodzisz do sprawy z Kevinem – zwróciła jej uwagę. – Co rzeczywiście budzi pewne obawy. Bo ty… ty nie oczekujesz od niego tylko kilku pocałunków, prawda? Szukasz mężczyzny, który będzie cię rzeczywiście kochał. A jeśli o to chodzi, to Kevin nie jest dobrym kandydatem. To zły adres. On jest miły, dowcipny – naprawdę go lubię, Robbie. Ale on nie szuka żony, przynajmniej na razie, i wyraźnie to powiedział, kiedy babcia Lizzie go o to zapytała. Kiedyś oczywiście będzie musiał się ożenić, tego przecież oczekuje się od szanowanego lekarza. Ale teraz… Babcia Lizzie jest zdania, że on jest taki jak dziadek Michael. Musi się naprawdę wyszaleć i przytrzeć sobie rogów, zanim naprawdę zainteresuje się jakąś kobietą. Kevin na razie nie chce się żenić. On szuka przygody!

Rozdział 2

Heather Coltrane nie przesadziła, opowiadając o urodzie nowej przyjaciółki Kevina Drury’ego. Juliet, bo Kevin, przedstawiając młodą kobietę, wymienił tylko jej imię, była wyjątkową pięknością. Pozostawało zagadką, do jakiej grupy narodowościowej należeli jej przodkowie. Juliet z pewnością nie była białą kobietą, ale pochodzenia maoryskiego też nie miała wypisanego na twarzy. Jej czarne, mocno kręcone włosy spływały falą na ramiona i plecy, a całości dopełniały złotobrązowa cera, pełne zmysłowe wargi i zaskakująco jasne, niebieskie oczy pod ciężkimi powiekami.

– Ona sprawia raczej wrażenie Kreolki – wyraziła swoje przypuszczenie Heather, która dużo podróżowała i spotykała ludzi z najróżniejszych kręgów kulturowych. – I nie uważacie za dziwne, że Kevin przedstawił ją tylko imieniem? Gdzie też on mógł ją spotkać?

Heather przywitała właśnie matkę Roberty Violet i jej ojczyma Sea­na, którzy weszli do galerii zaraz po przybyciu Roberty i Atamarie. Atamarie od razu podeszła do Kevina oraz jego nowej przyjaciółki i przez chwilę z nimi rozmawiała – swobodnie i bez żadnych zahamowań. Za to Roberta ze zdenerwowania najwyraźniej chciała się niemal zapaść pod ziemię. Kiedy przedstawiano jej Juliet, prawie nie mogła wydobyć z siebie głosu, choć co prawda Juliet i tak nie sprawiała wrażenia osoby, która zamierza zapamiętać imię jakiejś dziewczyny. Za to chętnie wdawała się w rozmowy z różnymi panami, którzy gromadzili się natychmiast wokół niej, prześcigając się w podawaniu jej szampana i przeróżnych przystawek.

– Jeśli chodzi o kraj, z którego pochodzi szampan, to ta lady preferuje Francję – zauważyła kwaśno Chloé i na powitanie pocałowała w policzek Violet. – Ona pije już na pewno trzeci kieliszek najdroższego szampana, jakiego mamy. Jak tak dalej pójdzie, to pod koniec wieczoru będzie tańczyć na stole.

– Troszkę demi-monde, prawda? – spytała Violet, marszcząc czoło, a Sean się uśmiechnął, bo zabrzmiało to trochę tak, jak gdyby jego żona chciała właśnie wypróbować jakieś nowe słowo. Violet jako młoda dziewczyna otrzymała w podarunku kilka tomów leksykonu i stamtąd pochodziła niemal cała jej wiedza. Czytała leksykon całymi latami, aż nawet najbardziej niezwykłe pojęcia stały się dla niej oczywiste. Nawet takie, dla których mieszkańcy Dunedin właściwie nie znajdowali zastosowania.

Heather się uśmiechnęła.

– W każdym razie nic nie wskazuje na to, żeby miała cokolwiek wspólnego z którąś z „owczych baronówien”. Michael i Lizzie nie będą zachwyceni.

Rodzice Kevina i Patricka, Lizzie i Michael Drury, prowadzili owczą farmę w Otago i oczywiście mieli nadzieję, że ich synowie znajdą kiedyś żony, które wraz z nimi zajmą się gospodarstwem. Ale Kevin był zupełnie innym typem człowieka. Nigdy nie interesował się za bardzo pracą na farmie, a już na pewno nie pociągała go żadna z córek bogatych hodowców bydła z Canterbury Plains.

Tajemnicza Juliet była głównym tematem rozmów tego wieczoru – nieco mroczne obrazy, które prezentowano dziś w galerii, cieszyły się z tego powodu znacznie mniejszym zainteresowaniem. A pochodzeniem Juliet interesowały się przede wszystkim kobiety. Mężczyźni nie zawracali sobie tym głowy – woleli wpatrywać się i podziwiać jej fascynującą postać: szczupłą, ale bardzo kobiecą figurę oraz wyraźnie cudzoziemską twarz. Kevin prowadził młodą kobietę przez galerię tak, jak gdyby była ona jego kolejnym trofeum. Był niezaprzeczalnie dumny ze swojego podboju, choć nie zaniedbywał przy tym pozostałych podziwiających go kobiet. Z towarzyszącą mu na każdym kroku Juliet wędrował od jednej matrony do drugiej i szarmancko wymieniał kilka uprzejmych uwag na przeróżne, choć mało znaczące tematy, Juliet zaś uśmiechała się tajemniczo i nie pozwalała się też wypytywać.

– Kobieta po prostu wygląda o wiele lepiej, kiedy włoży gorset – westchnęła teatralnie Roberta, kiedy Juliet właśnie przechodziła obok. A przy tym ona sama wyglądała tego dnia zachwycająco: miała na sobie pięknie skrojoną niebieskozieloną suknię, której fałdy znakomicie podkreślały jej figurę. Gorset oczywiście podkreśliłby ją jeszcze bardziej, ale bez sztywnego pancerza z rybich ości Roberta mogła swobodnie oddychać i poruszać się bardziej naturalnie. Za to Juliet, która miała na sobie jedną z bardzo modnych i nieco ekstrawaganckich wąskich spódnic, mogła tylko dreptać drobnymi krokami, co z kolei powodowało, że zdaniem Roberty sprawiała wrażenie wzruszająco bezradnej.

– Ale w gorsecie można łatwiej zemdleć – dokuczyła jej Atamarie. – I na ten pomysł cały czas możesz się jeszcze zdecydować. Jazda, Robbie, popatrz na ten obraz, na jego widok można naprawdę dostać zawrotów głowy. Stań przed nim, a potem osuń się na podłogę!

Obrazy rzeczywiście sprawiały deprymujące wrażenie, ale Roberta i bez oglądania mrocznych krajobrazów czuła się dzisiaj źle. Z nieszczęśliwą miną śledziła Kevina i obiekt jego najnowszego podboju. W końcu Atamarie odciągnęła ją na bok.

– Uśmiechnij się w końcu, Roberto! Patrz, tam jest Patrick, a z nim jeszcze się nie przywitałyśmy.

Patrick Drury, młodszy z braci, był otwartym, sympatycznym człowiekiem i w stosunku do niego Roberta nigdy nie czuła onieśmielenia. Często przydzielano jej rolę jego damy do towarzystwa, bo zawsze zjawiał się sam, a przez wszystkich gospodarzy uważany był za kogoś bardzo przystępnego. Ktokolwiek siedział obok – Patrick z każdym potrafił swobodnie rozmawiać. W końcu także jego zawód zmuszał go do uprzejmej konwersacji z najróżniejszymi ludźmi. Na wielkich owczych farmach spotykał niemal wszystkich – począwszy od brytyjskiej szlachty, a skończywszy na poszukiwaczach złota, którym raczej daleko było do szlachectwa. Dotychczas Atamarie miała wrażenie, że Patrick lubił przebywać właśnie w towarzystwie Roberty, a jego oczy jaśniały radością, kiedy ją widział. Dawniej traktował ją tylko jak małą dziewczynkę, ale teraz najwyraźniej zaczął dostrzegać w niej piękną młodą kobietę. Tak było dotychczas – jednak tego wieczoru brat Kevina zachowywał się inaczej. Choć chętnie służył młodym kobietom, przynosząc im szampana i trochę z nimi rozmawiając, to jego uwaga skierowana była gdzie indziej i raczej tylko z uprzejmości zajmował się Atamarie i Robertą. Roberta nie zwróciła na to uwagi, ale Atamarie natychmiast dostrzegła, że Patrick najwyraźniej miał taki sam problem jak jej przyjaciółka: także on nie mógł oderwać oczu od Juliet i Kevina. Wydawało się, że czarnowłosa piękność zafascynowała go zupełnie, choć tu z pewnością nie miał żadnych szans. Patrick nie był tak przystojny jak jego brat. Zamiast czarnych gęstych włosów swego ojca Michaela odziedziczył ciemnoblond loki swej matki Lizzie, także jej łagodne, porcelanowo niebieskie oczy. Był niższy i nie sprawiał tak imponującego wrażenia jak Kevin – z pewnością nie był to mężczyzna, na którego zwróciłaby uwagę kobieta taka jak Juliet, już choćby po to, aby dostrzec jego wewnętrzne przymioty.

Atamarie przestała w końcu podtrzymywać rozmowę między Robertą a Patrickiem. Dziś oboje mieli na siebie negatywny wpływ. Pociągnęła więc Robertę dalej i rozejrzała się za kelnerem, licząc na to, że po kieliszku szampana nastrój przyjaciółki się poprawi. Patrick szedł jak piesek za swoim bratem i jego przyjaciółką.

Pośrodku galerii natknęły się obie na Rosie, służącą Heather i Chloé. Jasnowłosa kobieta stała nieruchomo, trzymając w rękach tacę z kieliszkami szampana. Sprawiała wrażenie tak dalece oderwanej od rzeczywistości, jak gdyby próbowała udawać stół.

Atamarie wzięła dwa kieliszki szampana i uśmiechnęła się do dziewczyny.

– Jak tam źrebak, Rosie? – spytała przyjaźnie, a Rosie w odpowiedzi natychmiast się rozpromieniła i zwróciła w jej stronę właściwie śliczną twarz. Bo jeśli chodzi o opiekę nad końmi, to Rosie wychodziła z siebie. Jako służąca nie za bardzo się sprawdzała, choć od dziecka pomagała swojej siostrze Violet, była też pokojówką u Chloé. Ale naprawdę szczęśliwa – i wyjątkowo sprawna – była tylko wtedy, kiedy mogła zajmować się końmi kłusakami. Nauczyła ją tego Chloé, gdy razem ze swoim byłym mężem prowadziła hodowlę koni w Fiordlands. Dziś z licznego stada pozostała tylko klacz Dancing Rose, dawniej hodowana z przeznaczeniem do gonitw kłusaków, ale teraz zaprzęgana przez Chloé i Heather do bryczki, co smuciło Rosie. Jednak poprzedniego roku Chloé zleciła pokrycie klaczy i teraz w stajni stał już śliczny źrebak – malutka klaczka. Chloé zaś nie broniła się tak gwałtownie przed myślą o wystawianiu konia w gonitwach. Nie widziała przecież byłego męża od lat, a nazwisko Colina Coltrane’a zupełnie już się nie liczyło w wyścigach konnych na Wyspie Południowej i ani Chloé, ani też Heather i Rosie nie potrzebowały się obawiać ewentualnego spotkania z nim. Dlaczego więc Trotting Diamond nie miałaby w przyszłości odnosić wielkich sukcesów? Rosie w każdym razie wyczekiwała gorączkowo chwili, kiedy źrebak osiągnie odpowiedni wiek i można go będzie zaprząc do wózka sulky.

Atamarie słuchała więc opowieści Rosie o jej marzeniach, a Roberta rozmawiała z Kathleen Burton i jej mężem Peterem. Słowa i sama obecność wielebnego zawsze uspokajały młodą kobietę – Roberta doskonale pamiętała, jak bezpiecznie czuła się w domu Petera i Kathleen, kiedy jej matka przyjechała tu po śmierci jej brutalnego męża. W dodatku Roberta zauważyła, że wielebny należał do nielicznych mężczyzn, którzy nie zwracali uwagi na Kevina i Juliet. Zamiast tego Peter zapytał Robertę, a później także Atamarie o studia, i uważał za bardzo ciekawe, że Atamarie postanowiła studiować inżynierię, po czym od razu zaczął zachęcać Robertę do pracy w jego parafii.

– Właśnie budujemy szkołę, Roberto, bo wreszcie ma to sens; ludzie osiedlają się tu na stałe i rodzi się coraz więcej dzieci!

Peter zawsze zajmował się nie tylko duchowymi, ale także praktycznymi problemami przybywających tu imigrantów, a także kłopotami wracających ze złotonośnych pól i często bardzo sfrustrowanych poszukiwaczy złota. Choć co prawda teraz gorączka złota w Otago już opadła. Europejscy poszukiwacze złota i przeróżnej maści awanturnicy woleli jechać do południowej Afryki, aby na tamtejszych polach i w kopalniach szukać złota – i diamentów. Ci „diggersi”, którzy nie odnieśli sukcesu w Nowej Zelandii, znaleźli już inne sposoby zarabiania pieniędzy, w czym często pomagał im wielebny. Budowali swoje domy wokół jego kościoła, parafia się rozrastała i Peter cieszył się ze swej zwykłej, codziennej pracy, budowy szkoły niedzielnej, kolejnych chrztów i ślubów.

Wreszcie także Chloé i Heather przyłączyły się do Kathleen i Petera. Jako właścicielki galerii i gospodynie wernisażu uporały się już ze wszystkimi obowiązkami – goście mieli do dyspozycji różne napoje i przekąski, a Chloé przywitała zarówno ich, jak i artystkę kilkoma słowami wprowadzenia o prezentowanych obrazach.

– Sprzedaż idzie raczej opornie – stwierdziła Heather z żalem. – A te dzieła to przecież małe klejnoty – dodała, studiując z uwagą starannie wykonane obrazy.

Atamarie ostentacyjnie wzniosła oczy do nieba.

– Jak na klejnoty, to niezbyt pięknie migoczą i błyszczą – stwierdziła. – Ale może powinnyście porozmawiać z przedsiębiorcą pogrzebowym. Moim zdaniem te obrazy znakomicie prezentowałyby się w jego pomieszczeniach…

Wszyscy się roześmiali.

– Nie znasz się na sztuce – zrugała Heather bratanicę.

– Za to znam się na strukturach krystalicznych węgla – odparowała Atamarie. – Ile takich śmiesznych obrazów trzeba namalować, aby móc sobie pozwolić na taki pierścionek?

Wskazała przy tym na rękę Heather, zwracając w ten sposób uwagę Kathleen i Roberty na złoty pierścionek z migoczącym diamentem.

Kathleen uśmiechnęła się do swojej córki.

– Co za cudowny klejnot! W ogóle wyglądasz wspaniale w tym nowym kostiumie. Szkoda tylko, że on nie pochodzi z mojej kolekcji.

Heather, słysząc ten komplement, natychmiast się zaczerwieniła. Nie była kobietą o niezwykłej urodzie, a jej delikatne popielate włosy zawsze sprawiały wrażenie trochę nieuczesanych. W czasie pobytu w Europie Heather ścinała je na krótko, ale tu nawet u artystki uchodziłoby to za zbyt daleko posuniętą ekstrawagancję. I tak plotkowano na temat jej słabości do orientalnych, szerokich spódnicospodni oraz odpowiednich do tego bluzek i żakietów. Heather mała delikatne rysy twarzy – niemal jak rysy Madonny – teraz jednak stały się one nieco surowe, a jej brązowe oczy nie były jak dawniej pełne łagodności. Patrzyły na świat ciepło, mądrze, choć nieco kpiąco.

– Jestem zdania, że ten pierścionek wygląda o wiele lepiej na palcu Chloé – odparła, po czym zawołała: – Chloé, chodź, pokaż twój!

Ciemnowłosa Chloé wyglądała o wiele bardziej kobieco niż jej przyjaciółka. Miała dziś na sobie czerwoną suknię w stylu empire z kolekcji Kathleen, której kolor niemal odbijał się w diamencie.

– Diamentowe pierścionki! – uśmiechnął się wielebny. – Cóż to za luksus. Widzę, że nie wywieram na was odpowiedniego nacisku, kiedy zbieram datki na moją kuchnię dla ubogich. Coś mi się zdaje, że macie za dużo pieniędzy.

– Heather sprzedała kilka obrazów – odpowiedziała Chloé, sprawiając przy tym wrażenie nieco zakłopotanej. – I postanowiła… bo galeria istnieje już prawie dziesięć lat… Że powinnyśmy to uczcić.

– Naprawdę już tak długo? – zdziwiła się Kathleen, umilkła na chwilę, po czym zaczęła głośno liczyć. Było jasne, że Heather i Chloé nie chciały w ten sposób uczcić znakomicie kwitnącego interesu, lecz wzajemną miłość. – W każdym razie te pierścionki są przepiękne – powiedziała. – A diamenty mają dziś bardzo przystępne ceny, od kiedy tak łatwo je znaleźć w… gdzie to jest, Peter, w południowej Afryce, prawda?

Peter Burton skinął głową i spoważniał przy tym.

– Koło Przylądka Dobrej Nadziei. I obawiam się, że teraz nazwę tego kraju będziemy słyszeć częściej – stwierdził. – To znaczy, że dojdzie tam do wojny…

– Do wojny? – zainteresowała się Atamarie. Dotychczas znała wojnę jedynie z lekcji historii – i oczywiście także z opowieści rodziców, którzy doskonale pamiętali potyczki między Maorysami a pakeha. Jej samej trudno było sobie wyobrazić ludzi mierzących do siebie nawzajem z broni czy też atakujących się dzidami. Wojny kojarzyły jej się raczej z potyczkami słownymi, artykułami w gazetach i pisaniem ogromnych ilości petycji, za pomocą których usiłowano przekonać parlament do słuszności własnych politycznych celów.

– A między kim a kim? – dopytywała się.

Dla Roberty takie wydarzenie byłoby raczej obojętne – dziewczyna zupełnie nie interesowała się polityką, mimo ich dawnego dziecinnego marzenia o zostaniu pierwszą kobietą premierem Nowej Zelandii. Ale teraz Roberta się ożywiła, widząc podchodzącego do nich Kevina Drury’ego. Juliet oczywiście także się przyłączyła, już choćby po to, aby zerknąć na pierścionki Chloé i Heather, ale raczej nie zrobiły na niej zbyt wielkiego wrażenia. Ona sama nosiła biżuterię o wiele bardziej krzykliwą i tandetną – i chyba wszystkie damy się zastanawiały, czy nie były to zwykłe, niezbyt szlachetne kamienie. W kalwińskim społeczeństwie Dunedin raczej nie noszono biżuterii, a jeśli już, to wyłącznie szlachetną – coś innego uchodziło za faux pas.

Kevin usłyszał ostatnie słowa wielebnego, także Patrick przyłączył się do rozmowy, wyraźnie zadowolony, że wreszcie będzie mógł coś powiedzieć. Juliet nie zamieniła z nim ani jednego słowa.

– Między Anglią a Burami – odpowiedział Kevin na pytanie Atamarie. – Ci ostatni są właściwie Holendrami, ale od kiedy osiedlili się w Afryce, nazywa się ich Burami albo Afrykanerami. Roszczą sobie prawa do kilku obszarów, choć właściwie ten kraj już kilkaset lat temu został podbity przez Anglię.

Wielebny skinął głową.

– I dotychczas nie interesował się tym pies z kulawą nogą – dodał. – Dopiero kiedy Burowie zaczęli masowo wydobywać diamenty i złoto, zaczęto kwestionować ich prawa do tych terenów. Oczywiście pod nader szlachetnymi pretekstami. Bo czyż Anglia może spokojnie znieść fakt, że tubylcy są traktowani gorzej niż bydło? Że imigranci przebywający na złotonośnych polach nie mają prawa głosu?

Kathleen zmarszczyła czoło.

– A od kiedy poszukiwacze złota interesują się polityką? – spytała. – Większość z nich prawie nie umie czytać i pisać, a już absolutnie obojętne jest im to, kto sprawuje rządy.

– Jest raczej odwrotnie – uśmiechnął się Kevin. – To polityka interesuje się złotem.

Roberta patrzyła zafascynowana, jak w jego niebieskich oczach pojawiła się kpina i jak na policzkach wraz z uśmiechem ukazały się zabawne dołki. Dzięki nim ostre rysy Kevina nieco zmiękły – a wyraz oczu stał się wręcz urzekający. Roberta musiała zadać sobie dużo trudu, aby odpowiedzieć w miarę swobodnym uśmiechem i przypomniała sobie o pomyśle Atamarie. Musiała jakoś zwrócić na siebie uwagę Kevina – na przykład mówiąc coś. Koniecznie coś mądrego. Myślała przez chwilę usilnie.

– Ale przecież Nowa Zelandia nie ma nic wspólnego z tym, że Anglia będzie prowadzić wojnę w południowej Afryce, prawda? – spytała w końcu i zaczerwieniła się, kiedy wszyscy na nią spojrzeli.

– To zależy od tego, co przyjdzie do głowy naszemu premierowi – odparła sucho Heather. – Mr Seddon znany jest przecież ze swoich zaskakujących pomysłów. A już częste zmiany jego poglądów…

Osoba Seddona w czasie walki kobiet o prawa wyborcze była naprawdę czymś w rodzaju trudnego do zgryzienia orzecha.

– Nie mówiąc już o tym, że każdego myślącego człowieka powinno obchodzić to, że z powodu złota i diamentów wszczynane są wojny – dodał wielebny, a Roberta znów się zaczerwieniła. Jej uwaga nie była więc zbyt mądra.

– Sądzicie, że naprawdę Nowozelandczycy mogą być wysyłani do południowej Afryki, aby tam walczyć? – spytała Atamarie. Bardziej chodziło jej o aspekt przygody w owej ewentualnej wojnie.

– A dlaczego nie? – odparł Kevin, bawiąc się jak gdyby od niechcenia palcami Juliet. Młoda kobieta położyła mu rękę na ramieniu, a on przykrył ją swoją dłonią. Kathleen dostrzegła już tego wieczoru kilka podobnych gestów – Kevin i Juliet właściwie cały czas trzymali się za ręce.

– Czy się wyśle oddziały wojska z Anglii czy z Nowej Zelandii, to i tak trzeba je tam przewieźć statkiem. Oczywiście nie można nikogo zmusić. Ale ochotnicy…

Roberta nagle poczuła narastający lęk.

– Ale pan… ty… wy… – W ostatniej chwili przyszło jej do głowy, aby zapytać o to wszystkich mężczyzn. Choć oczywiście w grę mogła wejść jeszcze tylko osoba Patricka, wielebny był już za stary, aby ruszyć na pole bitwy. – Wy chyba nie pojedziecie?

Odetchnęła, kiedy wszyscy roześmiali się głośno, choć zaraz poczuła się niemile dotknięta, kiedy Juliet zgodziła się z nią.

– Bez mojego zezwolenia na pewno nie – oświadczyła złośliwie i przyciągnęła Kevina do siebie. – Są o wiele słodsze pola bitwy niż Cap, gdzie także można zostać bohaterem…

Rozdział 3

– Czy ty myślisz, że związek z ową… Juliet dobrze wpłynie na twoją renomę? – Lizzie Drury weszła do gabinetu Kevina i była bliska głośnego trzaśnięcia drzwiami. A przecież chciała spokojnie porozmawiać z synem. Kiedy jednak dostrzegła, jak kobieta będąca obiektem jej niechęci opuszcza mieszkanie Kevina, nawet zbytnio się nie kryjąc, nie mogła się powstrzymać. – Dobry Boże, przecież na sto jardów widać, że ona pochodzi z półświatka. Skąd ją w ogóle wytrzasnąłeś? I jak mogło ci przyjść do głowy, aby zabierać ją na przyjęcie takie jak… jak wczoraj?

Kevin gwałtownie odwrócił się do Lizzie.

– Mamo, proszę cię! Nie tym tonem i nie tak głośno, zaraz z pewnością pojawią się pacjenci…

Kevin spojrzał zaniepokojony w kierunku mieszkania znajdującego się nad gabinetem. Mieszkał tutaj, a jego kolega Christian Folks miał dom w pobliżu.

– Pacjenci! – Lizzie załamała ręce. – Dzisiaj jest niedziela, Kevin. I jeśli miałoby cię to uspokoić, to owa młoda dama już wyszła.

Słowo „dama” zabrzmiało w jej ustach raczej jak obelga, a nie grzecznościowy zwrot, jakiego zwykle używano, mówiąc o szanujących się kobietach.

– Dobrze, że ma choć tyle dobrych manier, aby się wymknąć, zanim przyjdzie pokojówka.

Na twarzy Kevina, zwykle zdradzającej wielką pewność siebie, pojawił się lekki rumieniec. Bez wątpienia nie było mu na rękę, że rodzice widzieli, jak Juliet opuszczała jego mieszkanie. Znał przecież swoją matkę i wiedział, co ona myśli o jego licznych, bardzo różnych znajomościach z kobietami.

Lizzie właściwie nie zamierzała poruszać tematu Juliet, kiedy już poznała nową przyjaciółkę Kevina na wernisażu. Jednak dziś rankiem sprawa wydała jej się na tyle pilna, że nawet nie była w stanie rozkoszować się spokojnie wykwintnym hotelowym śniadaniem. Kiedy było już na tyle późno, że jej poranna wizyta była możliwa do zaakceptowania, zaciągnęła swego męża Michaela do eleganckiej kamienicy na Lower Stuart Street, w której Kevin i Christian wynajmowali gabinety.

– Juliet tylko… eehm… zapomniała czegoś… w moim mieszkaniu i…

– Nawet nie ważę się pytać czego – przerwał mu wyraźnie ubawiony Michael. Miał takie same błyszczące niebieskie oczy i dołki w policzkach jak jego syn. W latach młodości także nie przepuszczał żadnej okazji – i wykręty akurat wobec Lizzie z trudem przechodziły mu przez gardło.

Kevin próbował nie dać po sobie poznać zmieszania.

– Juliet jest naprawdę szanującą się damą, która wszędzie potrafi się właściwie zachować – bronił swojej zdobyczy. – I wydawało mi się, że będzie właściwym towarzystwem dla mnie na przyjęciu u państwa Dunloe. A Mr Dunloe był pod wrażeniem jej osoby…

– Co świadczy o niewątpliwych talentach tej młodej damy – stwierdziła Lizzie kąśliwie. – Mr Dunloe może był pod wrażeniem. Ale Mrs Dunloe była raczej mocno zakłopotana.

To ostatnie było lekką przesadą. Claire Dunloe zerkała wprawdzie z pewnym oburzeniem na czerwoną, rzucającą się w oczy suknię Juliet i jej tandetną biżuterię, ale poza tym niczego nie dało się zauważyć. Zachowanie Juliet przy stole było nienaganne i tym razem ograniczyła nawet konsumpcję szampana. Ale mimo wszystko na przyjęciu u dyrektora banku Dunloego i jego małżonki Claire Juliet sprawiała wrażenie dość egzotycznego przybysza – przy czym Lizzie nie tylko na jej widok przychodziła na myśl straż pożarna. Ta młoda kobieta mogła stanowić coś w rodzaju łatwopalnego materiału, tego Lizzie była pewna.

– W każdym razie w towarzystwie krążą bardzo ożywione plotki na jej temat – stwierdziła Lizzie. – I na tyle głośne, że dotarły aż do Tuapeka.

Miasteczko Tuapeka, w pobliżu którego znajdowała się farma Lizzie i Michaela, leżało w odległości czterdziestu mil od Dunedin i od 1866 roku nazywało się Lawrence. Ale Lizzie i Michael nigdy nie mogli przyzwyczaić się do zmiany nazwy. Oboje Drury przyjeżdżali do Dunedin raczej rzadko, ale zaproszenia dyrektora banku nie wypadało im odrzucić.

– I w każdym razie słyszałam, że ona nawet śpiewała na wernisażu u Chloé i Heather!

Kevin nerwowo potarł czoło. Ten występ raczej nie należał do jego miłych wspomnień, Juliet z pewnością nieco przesadziła. Ale sam wernisaż był nudny, to akurat nie ulegało wątpliwości, obrazy dość mroczne i nieciekawe, ludzie zaś niezbyt rozmowni. Za to było dużo szampana, i Juliet nie potrafiła mu się oprzeć… W każdym razie, kiedy konwersacja coraz bardziej się nie kleiła, zwróciła się do muzyków i trio w końcu akompaniowało jej przy wykonaniu popularnego amerykańskiego szlagieru. Reakcja towarzystwa z Dunedin wcale nie była nieprzychylna, o ile Kevin mógł to sobie przypomnieć. On także wypił przedtem kilka kieliszków… W każdym razie… Burtonowie i Dunloowie, jak też McEnroe i McDougalowie sprawiali wrażenie może nieco zaskoczonych. W końcu sytuację uratowała taktowna Chloé, rozmawiając krótko ze śpiewaczką i przedstawiając ją gościom. I rozwiązała także zagadkę związaną z jej imieniem i historią jej przeszłości, co znów stało się kolejnym tematem plotek: Juliet LaBree była obywatelką amerykańską i należała do zespołu pewnego variétés goszczącego w Wellington. Należała – przynajmniej jeszcze przed kilkoma tygodniami…

– To jak ta szacowna dama dotarła tutaj aż z Wellington? – dopytywał się Michael. W jego głosie słychać było czystą ciekawość, a nie chęć inkwizytorskiego przepytywania. Juliet rzeczywiście zrobiła na nim duże wrażenie – co miało miejsce w przypadku każdej męskiej istoty, poczynając od zamiatacza ulic, a kończąc na dyrektorze banku. I mimo że panowie gorliwie potakiwali, kiedy towarzyszące im damy mówiły, że Juliet z pewnością nie obracała się w najlepszych kręgach towarzyskich, to wszyscy mężczyźni zazdrościli trochę Kevinowi jego połowu.

Kevin zagryzł wargi.

– Juliet… ehm… chyba miała dość tego zespołu. I podoba jej się w Nowej Zelandii. Wolałaby gdzieś tutaj poszukać sobie jakiegoś angażu…

– Ach tak? – zakpiła Lizzie. – To może powinna rozejrzeć się w Auckland albo w Wellington. A nie akurat w Dunedin, metropolii Church of Scotland z najbardziej ograniczonymi obywatelami na całej Wyspie Południowej. Co ona chciałaby tutaj śpiewać, Kevin? Pieśni kościelne?

– Ze swoim głosem mogłaby śpiewać wszystko! – odparł Kevin. – A poza tym Dunedin zmieniło się ostatnio, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś, mamo. Tu była gorączka złota!

Lizzie się zaśmiała.

– Pamiętam dobrze – zauważyła. – W Tuapeka ciągle jeszcze stoją ruiny burdelu.

– I co, właśnie ty zaniosłaś tam chorągiew moralności? – odparł Kevin.

Lizzie spojrzała na syna.

– W Tuapeka nigdy się nie… – Umilkła zawstydzona. Oczywiście nie opowiadała synom o swojej niezbyt chlubnej przeszłości w Londynie i Kaikourze, ale Kevin był w stanie domyślić się wielu rzeczy. Kiedy jednak przyjechała za Michaelem na złotonośne pola, od dawna parała się uczciwym zajęciem – o ile można było tak określić sprzedaż nielegalnie pędzonej whiskey w pubie w Kaikourze.

Michael wtrącił się teraz, chcąc bronić żony.

– Kevin, twoja matka i ja nie byliśmy aniołami, ale właśnie dlatego jesteśmy w stanie ocenić Juliet LaBree. Ona przed czymś ucieka, Kevin, uwierz mi, ja znam to spojrzenie. Prawdopodobnie ta grupa wyrzuciła ją po prostu. I teraz ona jest w drodze do Otago, na złotonośne pola koło Queenstown. Jest tam pełno mężczyzn, pełno pubów…

Kevin nieco spuścił z tonu.

– No tak, a jeśli nawet… Ale musisz przyznać, tato, że ona jest porywająca! I bez względu na to, co było przedtem, to jest wszystko, co chcę o niej wiedzieć. W końcu nie chcę się z nią od razu żenić…

Zerknął na masywny zegar w rogu pokoju, który był ozdobą jego gabinetu. Wiedział, że Lizzie i Michael byli zaproszeni na małe poranne przyjęcie – miał to być pokaz mody w Lady’s Goldmine. Lizzie na pewno będzie chciała to zobaczyć. I teraz dostrzegła i zrozumiała spojrzenie syna.

– Już dobrze, Kevin, zaraz idziemy – powiedziała. – Ale o ile trafnie oceniam Juliet LaBree, to teraz nie jest ważne, czego ty chcesz. Ważne jest jedynie to, czego chce ona!

Juliet LaBree chciała przede wszystkim spokoju. Przy czym z trudnością przychodziło jej przyznać się do tego nawet przed sobą samą. Prowadziła przecież szalone życie przez całe lata i przez ten czas nie mogła sobie wyobrazić, że może być coś piękniejszego niż zmiana kolejnych miast, teatrów i oczywiście mężczyzn. I było to takie życie, o jakim zawsze marzyła, podczas wszystkich lat nauki i usilnego wtłaczania jej w ramy obrazu „panny z dobrego towarzystwa”. Juliet nie była w stanie dać się porwać książkom, jeździe konnej, eleganckim przyjęciom i piknikom. Nie tylko jej egzotyczny wygląd odróżniał ją od grzecznych córek okolicznych luizjańskich plantatorów w Terrebonne Parish. Juliet chciała cieszyć się życiem i używać go, pociągały ją koncerty i przedstawienia teatralne. Niezbyt odległy Nowy Orlean nadawał się do tego znakomicie, a rodzice Juliet też nie należeli do „dzieci smutku”. Jej matka była Kreolką z Wysp Karaibskich i kiedyś przyjechała do Nowego Orleanu z Jamajki – Juliet nie robiła sobie żadnych iluzji, jak zdobyła potrzebne na to środki. Z całą pewnością nie przybyła tu z rodziną, tylko z mężczyzną. Ale ojciec Juliet uległ w swoim czasie wdziękom jej matki tak dalece, że zabrał ją na swoją plantację i godził się na wszelkie kaprysy, jakie tylko mogła mieć kobieta. Kiedy na świat przyszła Juliet, od razu stała się też jego oczkiem w głowie – pięknej córce nie mogło zabraknąć niczego. Juliet miała więc najlepszych nauczycieli, choć właściwie interesowały ją tylko lekcje muzyki. Ale uczyła się też francuskiego i tańców towarzyskich, a kiedy skończyła siedemnaście lat, miał się też znaleźć dla niej jakiś idealny mężczyzna. Jej ojciec znalazł go dwie plantacje dalej: w pewnej starej rodzinie, która przetrwała wojnę domową tylko z niewielkimi stratami finansowymi, a której majątek był wprost olbrzymi. Ale młody człowiek był tak bezkrwisty, że Juliet w czasie każdej wizyty na plantacji rozglądała się dookoła i wypatrywała rozrabiających tam wampirów. Do całości znakomicie pasował także dwór – przypominał on Juliet kryptę grobową. I na krótko przed weselem niedoszła panna młoda uciekła do Nowego Orleanu, a potem dalej, do Tennessee. Na początek wystarczały jej pieniądze, które zabrała z domu, oraz te, które otrzymywała za zastawiane suknie i biżuterię. Jeśli śpiewała w klubach i różnych lokalach – to raczej dla rozrywki i przyjemności. W Memphis wkrótce została miejscową gwiazdką. Ale wówczas pewien mafijny boss zaczął jej robić trudności i Juliet musiała szybko opuścić miasto – tym razem bez pieniędzy. Nie była zbyt dumna z tego, co robiła, aby zdobyć środki na dotarcie do Nowego Jorku. I w końcu pojawiła się możliwość podróży do Europy. Juliet śpiewała na luksusowym liniowcu, który wiózł bogatych podróżnych do Londynu – a potem zamieniła Londyn na Paryż. W ciągu trzech lat wystąpiła na połowie kontynentu – rozkoszowała się każdą nocą, a często także dniami. Juliet zakochiwała się rzadko, za to nader często całowała, a jej życie było ciągłym pasmem upojenia.

A potem pojawiła się kolejna możliwość – angażu do Australii i Nowej Zelandii. Właściwie była to trupa operowa, choć niezbyt profesjonalna. Juliet była miła dla jej szefa, ale ten znalazł sobie inną dziewczynę – długa i smutna historia. Juliet spróbowała zrobić scenę i w efekcie natychmiast wyleciała. Nie omieszkała przy tym zabrać części dochodów trupy – w końcu i tak płacono jej za mało. Ale nie chciała już zostać na Wyspie Północnej. Udała się na Wyspę Południową i stwierdziła, że miasta są tu jeszcze bardziej zaściankowe niż na północy. Praktycznie nie było tu żadnych variétés – a jeśli jakieś puby czy hotele angażowały młode kobiety jako śpiewaczki lub tancerki – to w gruncie rzeczy były to tylko luksusowe burdele. Juliet była więc uszczęśliwiona, kiedy przypadkiem poznała Kevina Drury’ego – i z zaskoczeniem stwierdziła, że po upływie kilku tygodni bycia razem wcale jej się nie znudził. Wręcz przeciwnie, cieszyło ją poczucie bezpieczeństwa, które zapewniał jej Kevin, a które jednocześnie znakomicie umiał połączyć z rozrywką. W dodatku był wyjątkowo przystojny i doświadczony – Kevin potrafił zaspokoić Juliet. I był też zachwycony jej umiejętnością uszczęśliwiania mężczyzny. Nie zadawał żadnych pytań i był bardzo wielkoduszny. Kiedy ona wyrażała jakieś życzenie, było ono spełniane natychmiast, przynajmniej w zakresie finansowych możliwości Kevina. Juliet szybko się zorientowała, że Kevin był dobrze sytuowany, choć nie oszałamiająco bogaty. Jego praktyka lekarska kwitła, ale oczywiście nie było to wielkie przedsięwzięcie finansowe, w dodatku musiał się dzielić dochodami ze swoim kolegą wspólnikiem. Choć bądź co bądź miał w przyszłości sporo odziedziczyć – farma jego rodziców uchodziła za wzorową. I Juliet ku swemu zaskoczeniu stwierdziła, że jej roszczenia nie były już tak wygórowane. Nie oczekiwała teraz wynajęcia takiego lokalu, w którym można by z nią tańczyć, nie potrzebowała też luksusowej biżuterii, którą później znów pewnie zastawiłaby w jakimś lombardzie. Oczywiście imprezy towarzyskie, na które zabierał ją Kevin, były bardzo prowincjonalne: wernisaż w Dunedin, koncert w Christchurch… Juliet była przyzwyczajona do występów o nieco innej skali. Ale z drugiej strony nigdy przedtem nie zrobiła takiej furory jak w tej prowincjonalnej dziurze! W Memphis, w Nowym Jorku, Paryżu czy Berlinie – była pięknością, ale jedną wśród wielu innych. Tu za to cały męski świat leżał u jej stóp.

Juliet zaczęła marzyć o tym, aby się osiedlić i znaleźć swoje miejsce wśród tutejszego lepszego towarzystwa – i nieco je ożywić. Jeśli to ona będzie wydawać przyjęcia – będzie o nich mówić cała Wyspa Południowa. Salon młodej Mrs Drury będzie przyciągać najbardziej znanych artystów i muzyków, a wszystkie miejscowe gazety będą pisać o tym, jakie suknie i z jakiej okazji miała na sobie gospodyni. Oczywiście potrzebny będzie bardziej reprezentacyjny dom. Ale kiedy ona i Kevin będą mieli dzieci, to i tak nie będą mogli mieszkać w wynajmowanym mieszkaniu. Nawet sama służba, która będzie wtedy potrzebna… Juliet z rozbawieniem stwierdziła, że już samo planowanie zaczęło jej sprawiać przyjemność. Może powinna napisać do rodziców i opowiedzieć im o swoim dworze na końcu świata…

Jedyną kroplę goryczy w tym marzeniu stanowił fakt, że jak dotychczas nic nie wskazywało na to, żeby Kevin zamierzał poprosić ją o rękę. Juliet zorientowała się już, że młody lekarz uchodził za kobieciarza. I najwyraźniej nie myślał o zakładaniu rodziny, co było przyczyną prawdziwej rozterki Juliet. Jeśli więc zamierzała skłonić Kevina do małżeństwa, to powinna zajść w ciążę – choć właściwie nie pragnęła mieć od razu dziecka. Juliet wyobrażała sobie, że jeszcze przez najbliższe dwa lata użyje uroków nocnego życia w skromnym Dunedin, owinie sobie wokół palca cały tutejszy męski świat i będzie cieszyć się zazdrosnymi spojrzeniami co bardziej szacownych matron. Dziecko byłoby przyczyną mocnych ograniczeń i opóźniłoby jej start jako uroczej gospodyni i damy będącej centralną postacią każdego towarzystwa. Ale jeśli nie było innej możliwości…

Juliet stała się nieco nerwowa od chwili, kiedy na klatce schodowej natknęła się na matkę Kevina. Elizabeth Drury nic nie powiedziała, ale spojrzenie, którym obrzuciła młodą kobietę, było jednoznaczne. Podobnie jak poprzedniego wieczoru, w czasie kolacji u państwa Dunloe. A przy tym trudno było nie doceniać owej Lizzie Drury. Juliet była gotowa się założyć, że ta szacowna, ubrana w drogie suknie matrona nie miała za sobą przeszłości bez skazy. Opowiadano, że jej mąż ponoć doszedł do wielkiego bogactwa jako poszukiwacz złota. Czy ta kobieta podawała mu wtedy łopatę, czy też w jakiś inny sposób przyczyniła się do pomnożenia rodzinnego majątku? Lizzie w każdym razie miała przenikliwe, wiele mówiące spojrzenie i z całą pewnością będzie starała się odwieść Kevina od związku z Juliet. I Juliet się wydawało, że matka Kevina odniosła już na tym polu pierwsze sukcesy – bo Kevin nie zabrał jej na ów pokaz mody, który zdaniem kobiet był najgłośniejszym wydarzeniem sezonu. A ostatnio wolał wychodzić z Juliet sam, zamiast pokazywać się z nią na spotkaniach towarzyskich. Ona przeczuwała, że to początek końca, i była zdecydowana do tego nie dopuścić! Kiedy więc Kevin któregoś wieczoru kazał jej na siebie czekać, bo w gabinecie ciągle jeszcze zjawiali się kolejni pacjenci, zamknęła za sobą drzwi jego mieszkania i przeszukała szuflady jego nocnej szafki. Kevin, jako lekarz, w kwestiach zapobiegania ciąży raczej nie zdawał się na kobietę, co Juliet przynajmniej na początku znajomości uważała za bardzo miłe. Choć oczywiście znała powszechnie stosowane metody i potrafiła obliczyć swoje dni płodne cyklu oraz wykonać płukanie pochwy w wątpliwych przypadkach. Kevin wolał jednak kondomy. Juliet znała już wcześniej mężczyzn, którzy je stosowali – i zawsze napawało ją to obrzydzeniem, ponieważ były one zwykle wykonane z owczych kiszek albo jakiegoś innego zwierzęcego materiału. Kevin jednak preferował nowocześniejsze modele wykonane z gumy. Były one grube, często nieprzyjemne w użyciu, ale budziły zaufanie. Z pewnością nie mógł się z nich wydostać żaden płyn, o ile nie były uszkodzone.

Juliet od razu znalazła całe opakowanie w szufladzie Kevina – a z tyłu było kolejne. Najwyraźniej jej kochanek kupował kondomy hurtem! Rozważała, czy ma się zająć jednym i drugim pudełkiem – ale doszła do wniosku, że jedno powinno wystarczyć. Ostatnią menstruację miała przed dwoma tygodniami, teraz więc były najpewniejsze płodne dni. Miłość dwa lub trzy razy – i powinno wystarczyć…

Juliet zdecydowanie sięgnęła po szpilkę do kapelusza i przekłuła pierwszy kondom. Najpóźniej za dwa miesiące Kevin powinien poprowadzić ją do ołtarza…

Rozdział 4

Atamarie nigdy nie przypuszczałaby, że kiedykolwiek będzie zazdrościć Robercie jej nudnych studiów. I oczywiście nigdy też nie myślała, że będzie wolała uczyć dzieci niż budować latające maszyny. Ale po dwóch miesiącach samotnego życia w Christchurch była po prostu śmiertelnie znudzona. Każdego dnia po zakończeniu seminariów i zajęć siedziała samotnie w swoim pokoju albo wędrowała sama przez miasto – podczas kiedy Roberta pisała jej o wesołych spotkaniach i o wycieczkach z koleżankami ze studiów. I mimo że nie była tak otwarta jak Atamarie, znalazła już przyjaciółki i sprawiała wrażenie szczęśliwej – wyłączywszy oczywiście jej beznadziejne zadurzenie w Kevinie Drurym. Atamarie za to nie mogła zapoznać się bliżej ze swoją grupą i tu nie przydało jej się mocno liberalne nastawienie właścicielki wynajmowanego pokoju w kwestii męskich odwiedzin. Wszyscy studenci wydziału inżynierii trzymali się od Atamarie z daleka. Z początku przyglądali jej się nader nieufnie, a potem zaczęli przebąkiwać, że na pewno jest faworyzowana przez wykładowców i prowadzących zajęcia. Bo nie dało się w inny sposób wyjaśnić jej znakomitych stopni. Atamarie była o wiele lepsza od wszystkich uczestników swojego kursu. A w dodatku nie sprzyjały jej problemy towarzyskie: Nowa Zelandia wprawdzie otworzyła wszystkie swoje uniwersytety dla kobiet, ale stosunek do nich można było nadal określić jako angielsko-wiktoriański: bez przyzwoitek chłopcom i dziewczętom nigdzie nie uchodziło wyjść razem. Żaden uniwersytet świata nie przewidywał jakiegoś nadzoru nad spędzaniem wolnego czasu przez studentów, a mimo to stosunki między chłopcami i dziewczętami były raczej trudne. Na tych fakultetach, gdzie udział kobiet był większy, dziewczęta przeważnie łączyły się w grupy i spędzały czas razem – o ile któraś z nich się nie zakochała i nie zaczęła organizować na własną rękę potajemnych spotkań z wybrankiem serca. Atamarie nie miała żadnej sojuszniczki ani też rywalki, a w dodatku college znajdował się w osobnym budynku uniwersytetu. Nie było więc żadnej potrzeby ani możliwości kontaktu ze studentkami innych fakultetów. W efekcie Atamarie była wykluczona z wszelkich przyjemności, jakich dostarczały studia w metropolii tak pełnej życia jak Christchurch. Przejażdżki łodziami po rzece Avon, zawody wioślarskie, wycieczki na Canterbury Plains odbywały się bez jej udziału. Atamarie żyła więc od weekendu do weekendu w Dunedin albo wyczekując na odwiedziny jej krewnych i przyjaciół. Heather i Chloé przyjeżdżały czasem na wyścigi konne do Addington, stanowiącego przedmieście Christchurch, także Sean zjawiał się tu dość często w związku ze swoją pracą. A poza tym Atamarie z braku innego zajęcia koncentrowała się wyłącznie na nauce – dzięki czemu miała znacznie lepsze stopnie, a koledzy patrzyli na nią coraz mniej przychylnie. Za to profesor Dobbins był zachwycony pilną studentką, która była zawsze do dyspozycji, jeśli chodziło o pomoc przy pracach badawczych i projektach specjalnych. Studia sprawiały jej wyraźną przyjemność, a chcąc nie chcąc, także długie wieczory spędzała na czytaniu. Atamarie pochłaniała książki Lilienthala i Mouillarda na temat teorii budowy maszyn latających. Ale oczywiście czytała także powieści, a przede wszystkim gazety. Romantyczne opowieści zajmowały ją mniej niż prawdziwe życie. I właśnie w gazetach natknęła się znów na kraj, którego nazwę wymienił wielebny w czasie wernisażu u Chloé i Heather: Afryka Południowa, republika – czy kolonia? – na Przylądku Dobrej Nadziei.

Dowiedziała się, że kraj ten pierwotnie był zasiedlony przez Holendrów. Holenderska Kompania Wschodnioindyjska chciała mieć tu swoją wysuniętą placówkę w celu dostarczania prowiantu do należących do niej statków, które znajdowały się w drodze na wyspę Jawa. Później osadnicy wdarli się dalej w głąb lądu, aż wreszcie któregoś roku Kompania Wschodnioindyjska zbankrutowała i kraj dostał się bez walki pod okupację brytyjską. Osadnicy, zwani Burami, nie byli tym raczej zachwyceni, czego można się było spodziewać, ale jak na razie potrafili się odnaleźć w nowej sytuacji i nie sprawiali Brytyjczykom żadnych kłopotów. Tym bardziej że Anglicy byli w stosunku do nich bardzo cierpliwi. Atamarie uważała za oburzające, że okupanci pozwolili Burom traktować mieszkających tam czarnych tubylców jak niewolników. Hotentoci, jak ich niezbyt sympatycznie nazywano, nie mieli żadnych praw. Brytyjczycy ciągle zakładali, że z czasem się to powoli zmieni – aż do chwili gdy znaleziono tu złoto i diamenty! Następstwa były podobne jak na całym świecie: tysiące ubogich, zrozpaczonych Europejczyków ruszyły na złotonośne pola i do kopalń, dzięki którym mieli stać się bogaci. Skutki Nowozelandczycy znali z własnego doświadczenia: liczba ludności zaczęła gwałtownie wzrastać, a centra poszukiwań złota stały się siedliskami nędzy i rozpusty. Burowie, bardziej rolnicy niż handlarze, w dodatku surowo religijni, nie bardzo potrafili się z tym uporać. Nowi osadnicy bardzo szybko zaczęli się skarżyć na represje, których rzekomo bądź faktycznie doznawali z ich strony – a Korona Brytyjska przysłuchiwała się bacznie tym głosom. I nagle jej cierpliwość w stosunku do republik Burów, Transwalu i Oranii, się wyczerpała. Anglicy zaczęli rościć sobie prawo do panowania nad całym krajem. Nowozelandzki premier Richard Seddon podchwycił temat. Kiedy wojna była już nieunikniona, wygłosił płomienną mowę przed parlamentem, żądając wystawienia do dyspozycji Korony kontyngentu kawalerzystów.

– Nowa Zelandia będzie walczyć za flagę, za królową, za język i kraj! – grzmiał Seddon. – I tym krajem będzie Brytania!

Atamarie nie za bardzo rozumiała, dlaczego miało to być aż tak konieczne. Bo Wielka Brytania coraz rzadziej wtrącała się w sprawy Nowej Zelandii i Atamarie się zastanawiała, dlaczego nie było dokładnie na odwrót. Oczywiście Anglia była krajem macierzystym, ale obie wyspy, Południowa i Północna, bardzo się od niej różniły – Atamarie traktowała swoją ojczyznę jako niezależne państwo. Jednak teraz wszyscy oprócz niej najwyraźniej byli zachwyceni tym, że należało bronić praw kraju, którego właściwie się nie znało i o którym słyszało się po raz pierwszy w życiu. Parlament obiecał Brytyjczykom poparcie tylko przy pięciu głosach sprzeciwu, a biura rekrutacyjne zostały dosłownie zalane przez ochotników, nawet szczepy maoryskie zaoferowały wysłanie swoich oddziałów. Także koledzy Atamarie chcieli koniecznie iść walczyć pod brytyjską flagą, nie zostali jednak przyjęci – preferowano tych ochotników, którzy już służyli w małej armii nowozelandzkiej.

– Z głupcami nie wygra się tej wojny – stwierdziła kiedyś Atamarie pogardliwie w czasie odwiedzin w Dunedin.

Była wiosna, a wielebny Burton zorganizował właśnie kolejny doroczny festyn gminny. Bronił się jednak przed tym, aby pójść za głosami członków swojej parafii i przekazać zyski z loterii i kiermaszu na cele przyszłej wojny.

– Tę przygodę niech Seddon sam sfinansuje – stwierdził z irytacją. – Bo ze złota i diamentów, które oni tam wydobywają, i tak nie zobaczymy ani odrobiny. Zresztą nigdy bym nie przyjął pieniędzy, na których jest krew. Ale wszyscy ludzie najwyraźniej zwariowali.

Nieufnie popatrzył na kilku członków swojej gminy, którzy z zapałem wymachiwali angielskimi flagami.

– Nowa Zelandia się cieszy, że tym razem poszukiwacze złota pojadą gdzie indziej! – roześmiał się Sean. – Otago oszczędzone będzie to wszystko, co teraz zmierza w stronę Johannesburga. Ale nie uogólniajmy! Nie wszyscy są za tą wojną. Kupe na przykład głosował w parlamencie przeciw.

Atamarie właśnie się tego dowiedziała i była niesłychanie dumna z ojczyma.

– Organizacje kobiece są bardzo podzielone – dodała Violet. Cały czas kierowała przedstawicielstwem Women’s Christian Temperance Union w Dunedin, która w znacznym stopniu przyczyniła się do uzyskania przez kobiety praw wyborczych. – Niektóre nasze członkinie są nastawione bardzo patriotycznie, inne znowu potępiają bezsensowne przelewanie krwi. Ja w każdym razie nie chciałabym wysłać swojego syna na wojnę do jakiegoś obcego kraju. Ale wiele kobiet aż pali się do tego, aby tam pojechać i pokazać, że sprawdzimy się także w niebezpiecznych sytuacjach.

Wielebny uniósł jedną brew.

– Ale raczej jako pielęgniarki, prawda? Chyba nikt nie ma zamiaru wciskać im do ręki broni…?

– Ponoć właśnie tak ma być – stwierdziła odważnie Violet, co spowodowało wybuch śmiechu części słuchaczy.

Violet była drobna, szczupła i bardzo wytworna. Nikt nie potrafił jej sobie wyobrazić trzymającej broń w ręku.

– A jeśli chodzi o Anglię: kobiety nie mają tam nawet praw wyborczych. Większość uniwersytetów jest przed nimi zamknięta… O to warto walczyć, a nie o złoto i diamenty!

Atamarie zaczęła bić brawo, podczas kiedy Roberta znów nie odrywała wzroku od Kevina Drury’ego. Młody lekarz właśnie przyjechał, oczywiście w towarzystwie Juliet LaBree, ubranej w ciemnoniebieską letnią suknię uszytą zgodnie z najnowszą modą. Najwyraźniej Juliet była teraz klientką Lady’s Goldmine.

– Obawiam się, że on się z nią ożeni – zwierzała się później Roberta Atamarie ze swych ostatnich trosk. – Jest już z nią tak długo, że po prostu nie może inaczej być. A ja… ja towarzyszę swoim rodzicom niemal na każde przyjęcie czy podobną okazję i ciągle próbuję coś powiedzieć. Naprawdę. Ale on… widzi tylko ją.

– Naprawdę? – zdziwiła się Atamarie. Już dawno zauważyła, że ta para nie jest tak bardzo ze sobą związana jak przed kilkoma tygodniami w czasie wernisażu. Juliet nie szła za Kevinem trop w trop, aby przypochlebiać się jego pacjentkom. Biegała od jednego mężczyzny do drugiego i rozmawiała z wyraźnym, nieco sztucznym ożywieniem – przede wszystkim z kawalerami i wdowcami. Nie dostrzegała tylko Patricka, choć on szedł za nią jak cień i patrzył na nią wyraźnie zakochanym wzrokiem. A Kevin nie próbował już trzymać Juliet z dala od innych mężczyzn. Nie było już namiętnych, pozornie przypadkowych dotknięć, Kevin sprawiał raczej wrażenie kogoś otwartego na nowe znajomości. Przez chwilę przekomarzał się z jedną z kobiet na temat ceny podgrzewacza do kawy – brzydkiego, ale wykonanego własnoręcznie przez damę będącą prawdziwą podporą gminy. I ta rozmowa nawet z daleka sprawiała wrażenie flirtu.

– Ja uważam, że temperatura uczuć między nimi nieco opadła – oświadczyła Atamarie i nieznacznie pociągnęła Robertę w stronę Kevina.

– Och, wujaszku, podgrzewacz do kawy? – dokuczała mu żartobliwie. – Czyżbyś zaczynał myśleć o gospodarstwie domowym?

Kevin odwrócił się do bratanicy i obdarzył ją swym urzekającym uśmiechem.

– Bardziej chodzi tu o wsparcie dla gminy – odparł. – Coś muszę kupić. Ale jeśli obie zbieracie posag, to chętnie wam go podaruję.

Atamarie machnęła ręką.

– To bezcelowe, wujku Kevinie, wiesz przecież, że najpierw chcemy skończyć studia.

Kevin skinął głową, ale tym razem spojrzał z większym zainteresowaniem na obie dziewczyny. Rzeczywiście, to nie były już uczennice i tego dnia wyglądały świetnie. Jego siostrzenica była śliczna – ale Roberta była prawdziwą pięknością. Dziewczyna z przerażenia niemal zapadła się pod ziemię, kiedy zwrócił się wprost do niej:

– Oczywiście, oto przyszła nauczycielka. Ale czy nie chciałaś kiedyś zostać lekarką?

Roberta zaczerwieniła się jak zwykle. Była zadurzona w Kevinie od lat i z początku rzeczywiście marzyła o tym, aby zostać lekarką i pracować razem z nim. Ale szybko jej to przeszło.

– Nie mogę patrzeć na krew – przyznała. – Choć próbuję się do tego przyzwyczaić, dzieci czasem się kaleczą – jak w ostatnim tygodniu… To była moja pierwsza lekcja, kiedy stanęłam przed klasą, a jedna z dziewczynek dostała krwotoku z nosa…

Robercie natychmiast zrobiło się słabo, ale na szczęście zdołała się opanować.

– No to ja jestem przecież niedaleko – powiedział Kevin pocieszającym tonem. – Jak przejmiesz szkołę w Caversham, to stamtąd do mojego gabinetu jest tylko kilka minut drogi. I po prostu przyślesz do mnie swoich małych pacjentów… – uśmiechnął się do Roberty uwodzicielsko – albo sama ich przyprowadzisz. W tym drugim wypadku będę przynajmniej miał piękny widok…

Roberta popatrzyła na niego tak rozjaśnionym wzrokiem, jak gdyby nie powiedział jej komplementu, lecz wręcz położył świat u jej stóp. Ale Juliet dostrzegła właśnie przyjaciela rozmawiającego z dwiema młodymi kobietami i niby przypadkowo podeszła bliżej.

– Chodź, Kevin, zajmiemy się loterią. Musisz za mnie wyciągnąć los, ja nie mam szczęścia.

Kevin odwrócił się w stronę bębna z losami, Atamarie zaś zamierzała pociągnąć w drugą stronę wpatrzoną w niego przyjaciółkę, kiedy Kevin zapytał:

– Też potrzebujecie szczęśliwej ręki? Dobrze, to zafunduję po trzy losy trzem najpiękniejszym damom na tej imprezie. I w ten sposób wesprę gminę. Ale ostrzegam was: jeśli wygracie ten serwis do herbaty, to nikt się z wami nie ożeni!

Pierwszą nagrodą w loterii był rzeczywiście wyjątkowo brzydki serwis do herbaty, składający się z ponad pięćdziesięciu elementów.

– Oby nas to ominęło – roześmiała się Atamarie i otworzyła swoje losy. Były puste.

Juliet certowała się i udawała, że nie potrafi otworzyć kopert z losami. Kevin pomógł jej w końcu i wprost zatrząsł się ze śmiechu, kiedy drugi z nich okazał się wygraną.

– Podgrzewacz do kawy. Prawdopodobnie ten, który właśnie oglądałem. Miłej zabawy, Juliet!

Juliet popatrzyła na niego z oburzeniem – jej trzeci los także był pusty.

Roberta trzymała swoje losy w ręku, jak gdyby nie mogła się zdecydować, czy ma rozerwać malutkie koperty, których przedtem dotknęły palce Kevina.

– No otwórz! – poganiała ją Atamarie. – Nawet gdybyś miała wygrać ten okropny serwis… to przed weselem jest zawsze wieczór panieński i będzie co tłuc.

Roberta otworzyła po kolei dwa puste losy – ale trzeci okazał się szczęśliwy: wygrała małego szmacianego konika.

– No proszę, konik! – ucieszył się Kevin. – Zawsze może się przydać. Choć ja, co prawda, wolę żywe…

– Ale żywego nie mogłabym zabrać na uniwersytet – stwierdziła Roberta i natychmiast zawstydziła się swej głupiej uwagi. Kevin w żadnym wypadku nie powinien się dowiedzieć, że odtąd będzie nosiła konika ze sobą wszędzie, jak dziecko ukochaną lalkę. Bo przecież było to coś w rodzaju prezentu od niego… Zacisnęła konika w dłoni.

– Ale dlaczego nie? Przecież konie są mądrymi zwierzętami!

Kevin zażartował z jej zakłopotania, a Roberta była w siódmym niebie.

– A więc jednak! – stwierdziła spokojnie Atamarie, kiedy Kevin wraz ze swoją Juliet, a raczej Juliet ze swoim Kevinem, opuścili festyn. Młoda kobieta sprawiała wrażenie wyraźnie rozgniewanej faktem, że jej przyjaciel poświęcił dziewczętom tyle czasu, i zaraz potem koniecznie chciała już iść.

– Miałam rację, przeszło mu z tą Juliet! Ona jest przecież nudna, o czym on może z nią rozmawiać?

Juliet nigdy nie sądziła, że tak trudno jest zajść w ciążę. Od chwili kiedy przedziurawiła kondomy Kevina, upłynęły już cztery miesiące, był luty, lato mijało powoli, mijało też zainteresowanie Kevina jej osobą. Trudno już było temu zaprzeczyć, oznaki były nader wyraźnie. Dawniej Kevin zabierał ją na wszystkie przyjęcia i kolacje, dziś jedynie na takie głupie imprezy jak ów gminny festyn. Na którym w dodatku prawie nie spędzał z nią czasu, lecz flirtował z innymi kobietami albo rozmawiał z mężczyznami na temat tej wojny na drugim końcu świata. Juliet zaczęła się więc rozglądać za ewentualną alternatywą. W Dunedin nie było zbyt wielu kawalerów, a przynajmniej takich, którzy byliby odpowiedni, ale zdaniem Juliet dwóch czy trzech wdowców można już było brać pod uwagę. Oczywiście żaden z nich nie sięgał Kevinowi do pięt, jeśli chodziło o atrakcyjny wygląd – także Patrick, jego brat, który z pewnością byłby łatwą zdobyczą. Patrick czasami działał jej na nerwy, kiedy niemal bez przerwy kręcił się koło niej. Juliet nie brała już pod uwagę opuszczenia Dunedin. Zdążyła się przyzwyczaić do wszelkich zalet tego miasta – jak też wszelkich związanych z nim przyjemności. Szerokie, piękne ulice, możliwości zakupów – w tym kolekcje Lady’s Goldmine! – i od trzech kwartałów obserwowała zmiany klimatyczne Nowej Zelandii. Dużo deszczu, także latem, i śnieg zimą – czegoś takiego w żadnym wypadku nie przeżyłaby w obozie poszukiwaczy złota! Nie, Juliet był zdecydowana zacząć wieść osiadły tryb życia. A najlepszym sposobem do osiągnięcia tego celu było posiadanie dziecka.

Powoli rozpinała swą wieczorową suknię, w której tego wieczoru towarzyszyła kochankowi na koncercie. Wyjątkowa impreza towarzyska, na której obecni byli także państwo Dunlo i Coltrane’owie ze swą prześliczną córką, która wpatrywała się w Kevina jak zakochana owca. Kevin tego nie dostrzegał, ale gdyby ktoś zwrócił mu na to uwagę, mogłoby być niebezpiecznie. Mała Roberta byłaby z pewnością wymarzoną synową dla mrukliwej matki Kevina…

Juliet zmusiła się do uśmiechu i do uwodzicielskiego kołysania biodrami. Musiała zacząć uważać, bo ostatnio trochę przytyła… Kevin, który już leżał na łóżku, podniósł się, aby pomóc jej zdjąć gorset. Uwielbiał ją z niego uwalniać i pieścić jej wyłaniające się ciało.

– Nie do wiary – wymruczał, rozpinając jej biustonosz. – One wydają się jeszcze większe…

Zaczął całować jej piersi i lekko ssać brodawki. Ta pieszczota zawsze podobała się Juliet, ale teraz nieoczekiwanie zaczęło jej to sprawiać ból. Jej piersi były napięte i twardsze niż zwykle…

Usta Kevina wędrowały najpierw po jej brzuchu i biodrach, zanim podniósł ją i położył na łóżku. A potem sięgnął do szufladki nocnego stolika, szukając kondomu.

– Czy w ogóle dziś tego potrzebujemy? – zamruczał, nie przerywając pieszczot.

Żadne z nich nie lubiło grubych kondomów, ale też oboje wiedzieli wszystko na temat kobiecego cyklu. Dwa, trzy dni po i przed menstruacją były bezpieczne. A teraz…

Julia policzyła błyskawicznie. Miał rację. Dziś tego nie potrzebowali – właściwie menstruacja powinna się już zacząć.

Kevin zostawił kondom i zaczął głaskać delikatnie brzuch Juliet. Zwykle to wystarczało, aby jej wnętrze stało się wilgotne, ale dziś najwyraźniej nie. Kevin, cierpliwy i doświadczony kochanek, zaczął znów kolistymi ruchami gładzić jej brzuch… i poczuł, że był on dziwnie twardy i…

Kevin znieruchomiał. A potem podkręcił gazową lampę, której przytłumione światło tylko nieznacznie rozjaśniało pokój. Z twarzy znikł mu wyraz rozmarzenia, który zawsze pojawiał się w chwilach miłości. W jego miejsce pojawił się badawczy, uważny wzrok lekarza.

– Juliet, większe piersi… I poza tym… Juliet, jesteś w ciąży?

Rozdział 5

– Nie, w żadnym wypadku się z nią nie ożenię!

Kevin miał właściwie nadzieję, że będzie to po myśli matki, ale ona siedziała, milcząc z zaciętą twarzą, i obracała w ręku kieliszek do wina. Michael otworzył właśnie butelkę jej ulubionego bordeaux, aby wszyscy troje wypili po kieliszku i zdołali się chociaż trochę uspokoić. Kevin był niesłychanie wzburzony – tak bardzo, że dzień po swoim odkryciu zostawił gabinet swojemu wspólnikowi i wyruszył do Lawrence. Rodzice spokojnie wysłuchali jego opowieści, a Michael zadał w końcu pytanie na temat planów małżeńskich syna.

– Ona to przecież zaplanowała! – uniósł się Kevin. – Nie mam pojęcia jak, ale w jakiś sposób mnie złapała. A w dodatku powtarzała, że nie chce dziecka.

– No, to nie zawsze można dokładnie zaplanować – łagodził Michael.

Lizzie popatrzyła na syna z wściekłością.

– Oczywiście, że to zaplanowała – oświadczyła. – Od początku tego właśnie się obawiałam. Ale tak, Kevin, teraz cię po prostu złapała. I ożenisz się z nią.

– Co?!

Kevin i Michael zadali to pytanie niemal jednocześnie. I zaczęła się burza.

– Nie ożenię się z nią! – wrzasnął Kevin. – Nie pozwolę sobie tego zrobić!

– Nie można go przecież do tego zmusić, Lizzie. – Michael potrząsnął głową.

Lizzie westchnęła, spoglądając na obu mężczyzn.

– Oczywiście, że nie. Może ją przecież rzucić. I co ona wtedy zrobi? Sama z dzieckiem?

– Mogę na nie płacić – stwierdził Kevin, niezbyt zachwycony, ale z pewną ulgą.

– Można to przecież ustalić – dodał Michael. – Popatrz na Matariki.

Matariki miała osiemnaście lat, kiedy zaszła w ciążę z Colinem Coltrane’em, ale wkrótce potem rozstała się z nim i sama wychowywała Atamarie. Nie było to oczywiście proste, bo często musiała się podawać za wdowę, aby nie stracić swojej pozycji w społeczeństwie. Ale przecież jej się to udało – choć także dzięki pieniądzom Lizzie i Michaela. Matariki nie była skazana na utrzymywanie się wyłącznie z pieniędzy, które zarabiała, bo wspierali ją rodzice.

– Właśnie! Matariki też nie musiała wychodzić za mąż! – zatriumfował Kevin.

Lizzie potarła czoło i napiła się wina.

– Co innego Matariki, co innego ty – stwierdziła po chwili.

– Ach tak?! – zawołał Kevin. – Bo ona ma maoryskie pochodzenie? A u nich się to nie liczy? A jak to w ogóle było z tobą i Matariki? I jej ojcem? Kto nie chciał kogo poślubić?

Lizzie spojrzała na syna.

– Ryzykujesz policzek, Kevin – odparła spokojnie. – I to bez względu na to, ile masz lat. Ale skoro chcesz wiedzieć: ja nie chciałam wyjść za Kahu Heke, ojca Matariki. A ciąża Matariki w ogóle nie ma nic wspólnego z jej pochodzeniem. Różnica polega na tym, że… no, że to ona była w ciąży z Colinem Coltrane’em, a nie Colin z nią…

Kevin omal się nie roześmiał.

– No, to byłby cud z medycznego punktu widzenia – powiedział cynicznie.

– I katastrofa z ludzkiego punktu widzenia – dodała poważnie Lizzie. – Przykro mi, jeśli nie wyrażam się dość jasno. Ale powiedz sam, Michael, czy powierzyłbyś naszego wnuka Colinowi Coltrane’owi? Byliśmy przecież przeszczęśliwi, że Riki nie chciała, aby był ojcem Atamarie. A teraz ta… Juliet… ma w brzuchu dziecko Kevina.

– Co możemy jej wynagrodzić złotem – stwierdził Michael.

Lizzie gwałtownie potrząsnęła głową.

– A jak sobie to wyobrażasz? Kupisz jej dom w Dunedin i zabezpieczysz ją finansowo, ale w społeczeństwie ona i tak będzie nikim? Czy to dziecko ma dorastać w poczuciu całkowitego odrzucenia?

Michaelowi krew uderzyła do twarzy. Wtedy, przed laty, kiedy deportowano go z Irlandii, zostawił Kathleen w takiej samej sytuacji. Wprawdzie udało mu się przekazać jej swoje oszczędności, ale jej to nie uratowało. I w końcu te pieniądze stały się posagiem wniesionym przez Kathleen do małżeństwa z Ianem Coltrane’em – dzięki nim Kathleen sfinansowała Ianowi podróż do Nowej Zelandii, a on za to dał Seanowi nazwisko. I przez całe lata wypominał Kathleen pozamałżeńską ciążę i traktował ją jak dziwkę.

– Mogłaby przeprowadzić się do innego miasta – powiedział Kevin.

Lizzie skinęła głową.

– I w ten sposób stracimy z oczu i ją, i dziecko. To by ci pasowało, Kevin! W ten sposób kupisz sobie wolność, a dzieciak będzie gdzie indziej. Kto wie, co ta Juliet z nim zrobi…

Michael nalał jej wina.

– No, no, Lizzie – powiedział uspokajająco. – Przecież ta kobieta nie jest jakimś potworem. Może rzeczywiście nie chciała dziecka, ale skoro ono już jest…

Lizzie wciągnęła powietrze do płuc. Przed jej oczami pojawiło się drewniane przepierzenie w Londynie, brudna dziura, którą dzieliła z drugą prostytutką Hannah, matką dwojga dzieci.

– Ach tak? Myślicie, że coś takiego zadziała? Wtedy sobie poradzi, tak? Jak miło jest udawać, że jest inaczej niż naprawdę…

Lizzie dawno nie myślała o dwójce dzieci Hannah, o Tobym i Laurze, ale teraz niemal czuła, jak drobne ciałka dzieci tulą się do niej… Jak wtedy, przed laty, kiedy nocami zakradały się do niej przemarznięte i wystraszone. A Hannah chichotała z kochankiem na swoim łóżku. Jak ten typ się nazywał? Laurence czy Lucius? A może najpierw był Laurence, a potem Lucius? A Hannah ciągle mówiła o miłości. Tylko nie wtedy, kiedy chodziło o Toby’ego i o Laurę. Lizzie, jesteśmy głodni… Przyniesiesz coś do jedzenia? Lizzie znów usłyszała głosy dzieci i ich płacz. Co też się z nimi stało, kiedy ją zesłano do Australii – tylko dlatego, że ukradła chleb, aby te dzieci nakarmić? A Hannah nawet nie stanęła w jej obronie. Wręcz przeciwnie, udawała w sądzie wraz Luciusem i dziećmi, że wiodą zgodne, dostatnie życie.

– Ale istnieje przecież coś w rodzaju instynktu macierzyńskiego – odezwał się Kevin głosem lekarza.

– Tak, u kotów – zakpiła Lizzie. – U koni też, i u fok… Ale twoja Juliet będzie miała w dupie twoje dziecko. Pieniądze może weźmie, ale kto wie, co z nimi zrobi… To nie wchodzi w grę, Kevin, musisz się z nią ożenić.

– A jeśli damy jej pieniądze, aby zostawiła dziecko nam? – spytał Michael niechętnie. Nie miał ochoty na kolejne dziecko. Ani on, ani Lizzie nie byli już na tyle młodzi, aby raz jeszcze decydować się na taką przygodę.

Lizzie wzruszyła ramionami.

– Ona tego nie zrobi, Michael. To już lepiej niech się zdecyduje na aborcję.

Kevin odetchnął głęboko. W czasie jego studiów spędzenie płodu uważane było za największą zbrodnię.

– No nie patrz tak, Kevin, ona doskonale wie, że coś takiego jest, nie uważaj jej za tak naiwną! Jeśli ją rzucisz, prawdopodobnie to zrobi. A więc kolejny powód przemawiający za tym, abyś się z nią ożenił. O ile ty rzeczywiście rozumiesz aborcję jako wielki grzech.

Kevin przycisnął ręce do skroni.

– Ale ja nie chcę! Jeśli się z nią ożenię… W ogóle nie chciałem się teraz żenić. A kobieta taka jak ona… To nigdy nie było planowane, to była zabawa. Ale teraz… Kiedy ożenię się z Juliet, moje życie będzie zmarnowane!

Lizzie i Michael nie mogli temu całkiem zaprzeczyć, nawet jeśli Michael nie traktował sprawy aż tak poważnie. Fakt, Kevin musiałby pogodzić się z tym, że nie będzie miał u swojego boku dokładnie takiej kobiety, jakiej pragnął, ale z drugiej strony – Juliet była piękną dziewczyną i wydawało się, że miała też sporo innych zalet… A pozycja społeczna Kevina też nie byłaby zagrożona. Oczywiście nie obyłoby się bez plotek i sporo osób zastanawiałoby się, co skłoniło atrakcyjnego młodego lekarza do małżeństwa z kobietą z półświatka. Ale niejedna z mieszkanek Dunedin miała za sobą gorszą przeszłość niż Juliet LaBree. Nikt nie odważyłby się zadawać niedyskretnych pytań.

– Musisz tylko uważać, żebyś miał ją stale pod kontrolą – poradził synowi Michael. – Bo ta kobieta jest w stanie cię zrujnować. Już sądząc choćby po tym, co do tej pory zgarnęła; nie zaprzeczaj, Kevin, Jimmy Dunloe wspomniał mi, że robisz długi!

– Zgodnie z tym, co mówią Claire i Kathleen, ona zostawia majątek w Lady’s Goldmine – dodała Lizzie. – Musisz to ukrócić, Kevin, nawet jeśli miałoby ci to przyjść z trudnością. Uświadom jej, że lekarz nie jest właścicielem plantacji.

O pochodzeniu Juliet i o uprawie bawełny w Luizjanie mówili już wszyscy. A Kevin poczuł ulgę, kiedy Juliet przestała robić z tego tajemnicę. Przynajmniej to nie podlegało żadnej wątpliwości.

– Kiedy się z nią ożenię, będę musiał kupić dom – westchnął Kevin. Było to pierwsze żądanie Juliet, kiedy już ochłonęła z szoku po tym, jak Kevin zdiagnozował jej ciążę. Ponoć niczego nie podejrzewała i oczywiście była tak samo przerażona jak on – albo przynajmniej udawała.

– No to już się zaczyna – westchnęła Lizzie. – Ale dobrze, możemy cię jeszcze wesprzeć, jeśli chodzi o kupno domu. O ile będzie to w rozsądnych granicach. Nie myśl więc o pałacu na Upper Stuart Street. Raczej o małym domku, na przykład w Caversham…

Kevinowi kłębiły się w głowie przeróżne myśli, kiedy w końcu wyruszył od swoich rodziców w drogę do Dunedin. Siedział na koniu ciasno zawinięty w nieprzemakalny płaszcz, jechał do domu w strugach deszczu i walczył z wiatrem – oraz myślami na temat swojej przyszłości. Powinien był snuć plany, ale tak naprawdę mógł jedynie głowić się, co przyniesie przyszłość. Nie chciał żenić się z Juliet! Im dłużej o tym myślał, tym bardziej go to przerażało. Do tej pory nie tracił czasu na rozmyślania o czymś takim jak wielka miłość. Jeśli w ogóle myślał o małżeństwie, to miał to być jakiś miły, spokojny związek z odpowiednią kobietą. Otaczająca go społeczność miała dość jasne wyobrażenia na temat małżonki lekarza. Od takiej kobiety oczekiwano społecznego zaangażowania, być może nawet pomocy w praktyce lekarskiej męża, przynajmniej jeśli chodzi o los jego pacjentów. Pożądane były też kulturalne zainteresowania; sam Kevin też nie chciał mieć u swojego boku głuptaska. Życzył sobie kobiety otwartej i zmysłowej – nowoczesnej, młodej, może po studiach… właściwie myślał o takiej dziewczynie jak Atamarie albo jej przyjaciółka – jak ona się nazywała? Juliet LaBree nie do końca pasowała do takiego obrazu, choć co prawda Kevin nie mógł jej odmówić umiejętności choćby częściowego przystosowania. Zastanawiał się tylko, czy ona będzie tego chciała – a raczej w to wątpił. W czasie ostatnich tygodni kłócili się często o takie błahostki jak to, czy ta albo inna okazja naprawdę wymaga kolejnej sukni, czy nowy powóz ma być zwykłym „wozem lekarskim” czy też czymś bardziej reprezentacyjnym, co będzie się nadawało także na weekendowe wyjazdy. A teraz jeszcze miał jej w dodatku uświadomić, że jego rodzice być może sfinansują im kupno domku w Caversham, ale z pewnością nie domu w mieście, w którym znajdował się jego gabinet i mieszkanie. Ten dom właśnie został wystawiony na sprzedaż i Juliet poruszyła to natychmiast, kiedy tylko dowiedziała się o swojej ciąży. Kevin nie obawiał się małżeństwa z niezbyt kochaną kobietą, ale przerażała go perspektywa ciągłych kłótni, które go czekały. A to będzie chodziło o dom, o jego urządzenie, o służących… Dotychczas Kevin miał tylko dochodzącą kobietę, która utrzymywała jego mieszkanie w czystości, ale Juliet z pewnością nie będzie chciała sama gotować ani też opiekować się dzieckiem. Nie docierały do niej rozsądne argumenty. Już teraz zdarzały się łzy i krzyki – Juliet zarzuciła mu wprost, że zmarnował jej życie, robiąc jej dziecko. I poczynając od tego, będzie wysuwała coraz więcej żądań – Kevina przerażało to już teraz. Do tego dochodziła jeszcze jej niefrasobliwość, Kevin w czasie ostatnich tygodni zaczął już trochę powątpiewać w wierność Juliet. Czy będzie musiał to robić całe życie? Kevin pod wieloma względami przypominał swojego ojca. Obaj byli szarmanccy, choć czasami sprawiali wrażenie ludzi beztroskich, którzy woleli ominąć trudności, niż się z nimi uporać. Nie znaczyło to jednak, że nie byli godni zaufania – wręcz przeciwnie. Michael trwał latami przy swojej pierwszej miłości, a Kevin pilnie studiował i uparcie dążył do zdobycia upragnionego zawodu. I mając rozliczne zainteresowania, był też doskonałym lekarzem. Ale o ile Michael zawsze potrzebował Lizzie, aby uporać się ze swoimi problemami, to Kevin nigdy nie stanął wobec konieczności konfrontacji z przeciwnościami losu. Lizzie i Michael sfinansowali mu studia, a on szybko odnalazł się w społeczeństwie Dunedin – Kevin dotychczas nie musiał o nic walczyć. I w czasie tej długiej deprymującej jazdy w deszczu uświadomił sobie, że nie chciał, aby w przyszłości było inaczej. Ani też nie był w stanie o cokolwiek walczyć. A już zwłaszcza we własnym domu i z własną żoną.

Deszcz przestał padać dopiero wtedy, kiedy Kevin dotarł do Dunedin. Humor poprawił mu się nieco, kiedy mijał Caversham. Właściwie była to całkiem miła dzielnica, ta parafia wielebnego Burtona. Kevin nie miałby nic przeciwko temu, gdyby tu właśnie znajdował się jego gabinet – a śliczna przyjaciółka Atamarie też miałaby bliżej, gdyby któreś z jej dzieci w szkole dostało krwotoku z nosa… Kevin prawie się uśmiechnął wobec tej myśli, ale potem wyobraził sobie Juliet w jednym z tych domków, w czasie gotowania albo pracy w ogrodzie… nie, to było wprost nie do pomyślenia. Tej wojny nie będzie toczył. Ale może jakąś inną.

Przemknęła mu przez głowę ta niedorzeczna myśl, kiedy mijał ponurą budowlę ozdobioną przy wejściu flagami Anglii i Nowej Zelandii: BIURO REKRUTACYJNE W DUNEDIN. Mimo złej pogody przed wejściem czekało trzech mężczyzn, biuro zapewne nie było jeszcze otwarte. Kevin pozdrowił ich krótko, przejeżdżając obok. Ale potem zatrzymał konia.

– Ochotnicy na wojnę na Przylądku Dobrej Nadziei? – spytał.

Mężczyźni – ich prosta odzież i kraciaste kaszkiety świadczyły, że byli to synowie robotników – uśmiechnęli się wesoło i zasalutowali.

– Tak jest, sir!

– Jeżeli nas przyjmą… – dodał jeden z nich.

Kevin przypomniał sobie szybko, co wiedział o najnowszych wydarzeniach wojny burskiej. Działania wojenne rozpoczęły się dwunastego października, ale Nowa Zelandia już po poruszającej mowie premiera rozpoczęła rekrutację ochotników. I wkrótce dwustu piętnastu ochotników mogło wyruszyć na wojnę, kiedy ministerstwo obrony dzięki swym wysiłkom zdoła skompletować dla nich odpowiednie wyposażenie, wozy konieczne do sformowania taboru i konie. I w końcu Nowa Zelandia zaczęła ścigać się na oceanie z Australią – oba kraje chciały śpieszyć jako pierwsze na pomoc Anglikom na Przylądku Dobrej Nadziei. Nowa Zelandia wyprzedziła Australię niemal o włos: dwudziestego trzeciego listopada do Kapsztadu dotarły pierwsze statki. Przybyłe na nich oddziały zostały natychmiast wysłane na północ i walczyły po raz pierwszy już w początkach grudnia. I od tej chwili trzymały się dzielnie mimo ciężkich potyczek. A teraz, kiedy przypłynęli pierwsi ochotnicy z Wyspy Północnej, także Wyspa Południowa organizowała kontyngenty wojska. W najbliższych dniach z portu w Lyttelton miał wyruszyć pierwszy statek transportowy wiozący regiment wojska sformowany dzięki datkom bogatych mieszkańców Christchurch. Miasto Dunedin nie chciało być gorsze i także tu werbowano ochotników.

W biurze rekrutacyjnym dało się dostrzec jakiś ruch, ktoś podniósł żaluzje w oknie i chwilę potem otworzyły się drzwi. Kevin nie zastanawiał się długo. Może był to szalony pomysł: uciekać przed „wojną domową” na prawdziwą wojnę – ale w tej chwili było to też jego jedyne wyjście. Poza rodzicami nikt nie wiedział o jego ojcostwie – Juliet mogła udawać, że zauważy ciążę dopiero wtedy, kiedy jego już nie będzie. Kevin nie będzie uchodził za łotra, który ją porzucił. A Juliet – no cóż, narzeczonej żołnierza społeczeństwo z pewnością prędzej wybaczy błąd niż kurtyzanie. I wszyscy zaczną patrzeć, czy ona będzie wiernie na niego czekać, czy też znajdzie innego ojca dla dziecka. Kevin w każdym razie nie chciał się nad tym zastanawiać. Zdecydowanym ruchem zsiadł z konia i wszedł do biura rekrutacyjnego.

Rozdział 6

Powołanie Kevina do Otago Mounted Rifles przebiegło zaskakująco prosto. Kiedy tylko młody medyk wymienił swój zawód, oczy oficera przyjmującego rekrutów rozbłysły.

– Lekarzy potrzebujemy zawsze! – oświadczył uradowany oficer. – A może przypadkiem umie pan też strzelać?

Kevin uniósł brwi.

– Wychowałem się na farmie owczej, sir – odpowiedział spokojnie. – Tam każdy umie strzelać.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie byłoby to prawdą, bo wówczas prawie żaden pasterz maoryski czy też pakeha nie nosił broni. Nie istniała taka konieczność, bo prawie wcale nie było złodziei bydła, a jeśli nawet się tacy trafiali, to nie na tyle głupi, aby wdawać się w zbrojne potyczki, prawie wcale nie było też zwierzyny łownej. Przed przybyciem białych Nowej Zelandii nie zamieszkiwały żadne ssaki oprócz maoryskich psów i pewnego gatunku nietoperzy. Ptaki żyjące na wyżynach były na tyle powolne, że chwytano je w pułapki bądź za dnia po prostu zbierano śpiące osobniki należące do aktywnych nocą gatunków. Ale potem któryś statek przywiózł na Wyspę Południową pierwsze króliki, a te z powodu braku naturalnych wrogów szybko stały się istną plagą. Mięso królików najpierw weszło w skład jadłospisu każdej farmy, a później także każdej maoryskiej wsi – i każdy ośmio- czy dziesięcioletni chłopiec uczył się zabijać te zwierzątka jednym strzałem.

Sierżant skinął więc głową z zadowoleniem i spytał pełen nadziei:

– Jazda konna?

Kevin się roześmiał i wskazał na stojącego pod oknem długonogiego siwka.

– Mój koń także melduje się do służby.

Podpisanie koniecznych dokumentów było już tylko czystą formalnością. Mounted Rifles grupowali się w obozie koło Waikouaiti, gdzie otrzymywali umundurowanie – Kevin uśmiechał się do siebie w duchu, bo były to mundury typu khaki. Przynajmniej jego ojciec Michael nie będzie mógł mu zarzucić, że jego syn został jedną ze znienawidzonych w Irlandii „czerwonych spódnic”, jak nazywano wówczas angielskie wojsko. Nowoczesna wojna wymagała stroju kamuflażowego i Kevin z zaskoczeniem stwierdził, że w nowych, mało twarzowych kurtkach i spodniach rzeczywiście można było niemal stopić się z otoczeniem. A wreszcie mężczyzn poddawano podstawowemu, bardzo pobieżnemu szkoleniu, pod koniec którego rekruci sami wybierali spośród siebie oficerów. Była to zwyczajowa praktyka w oddziałach ochotniczych. Kevin, świeżo upieczony lekarz sztabowy, natychmiast awansował na kapitana. Potem zaś wszyscy bardzo szybko wyruszyli na statek – między zgłoszeniem Kevina i zaokrętowaniem upłynęły niecałe trzy tygodnie. Młody mężczyzna i tak siedział jak na rozżarzonych węglach. Tylko na krótko wrócił do swojego mieszkania, aby zabrać kilka osobistych rzeczy i porozmawiać ze wspólnikiem. Tu Kevin okazał się bardzo wielkoduszny. Christian mógł w całości przejąć praktykę – jeśli Kevin wróci z tej wojny, to i tak zacznie wszystko od początku. Jedynym warunkiem, który postawił Kevin, było milczenie przyjaciela.

– Napiszę do mojej rodziny, kiedy będę na morzu, nie martw się. Ale teraz… ja… nie chcę dyskutować na temat tej wojny. Po prostu potrzebuję… trochę czasu dla siebie.

Christian Folks się roześmiał.

– Jedziesz, że tak powiem, na wojnę, aby pobyć w samotności? Ciekawy pomysł. Ale czy naprawdę musisz jechać na koniec świata, aby uciec przed tą Juliet? Człowieku, a ja ci zazdrościłem!

Folks nie był odpowiednią „ofiarą” dla Juliet. Zaraz po studiach ożenił się z przyjaciółką z młodości.

– Ona ma swoje zalety – odparł Kevin niejasno. – Ale czasami… do diabła, nie chcę o tym mówić. Trzymaj po prostu przez trzy tygodnie buzię na kłódkę, dobrze? Bez względu na to, kto cię będzie pytać. Powiedz po prostu… powiedz, że wędruję z Maorysami.

Christian popukał się wymownie w czoło.

– Maorysi wędrują latem, Kevin, a teraz jest jesień. Zresztą twoja matka i tak nigdy mi nie uwierzy. Bo z jakim szczepem miałbyś się udać na wędrówkę?

Lizzie i Michael mieszkali w bezpośrednim sąsiedztwie szczepu Ngai Tahu, a Kevin i Patrick jako dzieci rzeczywiście czasami udawali się z nimi na wędrówkę. Szczep z Lawrence robił to jednak rzadko, nigdy też wszyscy jego członkowie nie wyruszali w drogę. Zasadniczym powodem dłuższych wędrówek maoryskich szczepów był po prostu głód. Kiedy kończyły się zapasy zgromadzone poprzedniego roku, szczepy ruszały w góry, aby polować i łowić ryby. Jednak Ngai Tahu w Tuapeka nie musieli tego robić. Mieli swoje pole i swoją hodowlę owiec, a w najgorszych latach po prostu płukali złoto. Fakt występowania złota w rzece koło Elizabeth Station był dobrze strzeżoną tajemnicą, znaną obojgu Drurym i Ngai Tahu.

– To powiedz im coś innego, jest mi wszystko jedno. Żeby tylko zostawili mnie w spokoju!

Kevin jeszcze raz objął przyjaciela i wyszedł z gabinetu. Wcale nie czuł się nieszczęśliwy, wręcz przeciwnie, teraz zaczęła go pociągać związana z tym wszystkim przygoda.

Lizzie i Michael Drury nie dowiedzieli się więc o decyzji syna, ale z początku nie odczuwali niepokoju. Nie było nic niezwykłego w tym, że przez trzy tygodnie nie mieli od niego żadnej wiadomości.

– Musi się z tym uporać – powiedział Michael do żony, kiedy upłynął drugi tydzień, a Kevin nie dawał znaku życia.

– Przede wszystkim musi uświadomić Miss Juliet, że z narodzinami dziecka nie będzie związany prezent pod nazwą „dom w centrum Dunedin” – stwierdziła twardo Lizzie. – A to nie przyjdzie mu łatwo. On już teraz jest całkiem pod pantoflem tej dziewczyny. Mam nadzieję, że zrobi to, co mówię, i że nie przyjdzie mu do głowy coś innego…

Także Patrick nie wiedział na razie nic na temat zniknięcia brata – był właśnie w górach Otago i przeprowadzał inspekcję owiec, które pod koniec lata sprowadzano z wyżyn na farmy. Patrick doradzał hodowcom, wypowiadał się na temat skupu i sprzedaży, łagodził konflikty między niektórymi właścicielami farm, którzy za wszelką cenę chcieli zostać „owczymi baronami”, a pewnymi siebie maoryskimi pasterzami. Nieprędko miał wrócić do domu, Kevin zaś w tym czasie miał być od dawna na morzu.

I w końcu to Juliet i Roberta zaczęły się martwić nieobecnością Kevina. Roberta napisała o jego zniknięciu do Atamarie – nie odważyła się zapytać Christiana o jego kolegę, a Patricka ciągle jeszcze nie było. „Szaleję ze strachu, kiedy myślę, co mogło mu się stać” – pisała Roberta w swoim liście. Atamarie popukała się w czoło, czytając te słowa. Nawet nie była w stanie sobie wyobrazić, że coś złego mogłoby się przytrafić jej wujowi na Wyspie Południowej. A już zwłaszcza coś takiego, co mogłoby wyjaśnić jego zniknięcie. Oczywiście mógł ulec jakiemuś wypadkowi albo nawet zginąć, ale o tym dowiedziano by się w Dunedin szybko. „W każdym razie nie wyjechał nigdzie z Miss LaBree – pisała dalej Roberta. – Ją akurat widziałam niedawno, wyglądała bardzo źle”. I tu Atamarie znalazła rozwiązanie zagadki: Kevin najwyraźniej zostawił Juliet, pytanie tylko, dlaczego w tym celu musiał się ukrywać. Jednak Atamarie nie martwiła się zbytnio. Kevin na pewno wkrótce się pojawi, napisała do Roberty. A jeśli Roberta będzie mieć szczęście, to do tego czasu zniknie Juliet.

Juliet wprawdzie szalała z wściekłości, ale także nie martwiła się zbytnio. Nie sądziła, żeby jej przyjaciel zostawił swoją praktykę w Dunedin, gabinet i mieszkanie po to tylko, aby zacząć wszystko od nowa gdzie indziej. W końcu przecież nie zabrał swoich rzeczy ani też nie zlikwidował konta, bank cały czas udzielał jej kredytu na jego nazwisko. Jej zdaniem Kevin najprawdopodobniej potrzebował trochę czasu, aby się uporać z nową sytuacją. Juliet miała tylko nadzieję, że nie będzie to trwało zbyt długo. Nie chciała przecież stanąć przed księdzem z dużym brzuchem.

Kiedy wreszcie dostała list Kevina, poczuła się tak, jakby spadła z różowych obłoków wprost na ziemię. Rozwścieczona wrzuciła kilka rzeczy do walizki i w pierwszej chwili chciała wynająć dorożkę. Po chwili zastanowienia stwierdziła jednak, że nie może sobie pozwolić na podróż do Lawrence wynajętą dorożką z woźnicą. Ruszyła więc do małego domu w Caversham, który wynajmował Patrick. Dom stał już prawie na wsi, a przede wszystkim należała do niego duża stajnia – Patrick miał trzy konie: żaden nie był rasowy, jak koń Kevina, ale były to dwa konie nadające się do długiej jazdy i potomek jednego z nich. Ten ostatni był właśnie w stajni, dwa pozostałe Patrick zabrał ze sobą.

Juliet miała szczęście i trafiła na chłopaka, który zajmował się końmi w czasie nieobecności Patricka. Był to mały rudowłosy Irlandczyk, który z pewnością umiał powozić dorożką. I oczywiście od razu uległ wdziękowi Juliet. Choć co prawda sceptycznie odniósł się do jej pomysłu.

– Tak, wiem, że jest pani znajomą Mr Patricka. To znaczy…

– …narzeczoną jego brata – dokończyła Juliet. – Ale Mr Drury wyjechał, a ja muszę natychmiast porozmawiać z jego rodzicami. Poprosiłabym Patricka, żeby mnie tam zawiózł, ale go nie ma. A więc proszę, zrób mi tę przysługę i zaprzęgnij tego konia. Ja… to znaczy państwo Drury ci zapłacą.

Chłopak zagryzł wargi. Wyraźnie się wahał.

– Ale ten koń jest jeszcze bardzo młody, a to dość daleka podróż. Muszę dać znać mojej matce. I nie wiem, czy Mr Patrick będzie zadowolony…

– Mr Patrick na pewno będzie się cieszył, że może mi pomóc – oświadczyła dumnie Juliet. – A koło twoich rodziców będziemy przejeżdżać. Dobry Boże, no nie rób z tego takiego problemu! Zaprowadzisz konia z jednej stajni Drurych do drugiej i w drodze nikt nie porwie ani ciebie, ani też tej chabety! Zaprzęgnij więc konia i jedziemy.

Chłopiec imieniem Randy ustąpił w końcu, ale podróż do Elizabeth Station trwała niemożliwie długo. Randy bardzo się obawiał i nie chciał przeciążać młodej klaczy, która szła stępa całymi godzinami. A przecież droga była naprawdę dobra i można była jechać co najmniej kłusem, nawet mimo tego, że znowu padał deszcz. Juliet denerwowała się coraz bardziej. Czy w tym kraju stale padał deszcz?

– To są łzy maoryskiej bogini – stwierdził Randy, kiedy powiedziała to głośno. – To naprawdę zabawne, ale Maorysi twierdzą, że na początku ziemia i niebo były parą. Bóstwo nieba nazywało się Rangi, a ziemi – Papa. Ale potem oni musieli się rozstać i dlatego Rangi płacze niemal codziennie.

Juliet wzniosła oczy do nieba.

– Opanuj się, Rangi – wymamrotała. – Nie tylko od ciebie uciekła kochanka i nikt z tego powodu nie beczy przez cały czas.

Rangi oczywiście nie odpowiedział i jego łzy pod postacią deszczu dalej bębniły o dach bryczki Patricka. Elegancki, ale cienki płaszcz Juliet przemókł już i dziewczyna się denerwowała, że nie zmusiła chłopaka do zaprzęgnięcia większego wozu. Randy twierdził, że do drugiego wozu trzeba byłoby zaprząc dwa konie – ale Juliet było to obojętne. Niechętnie przebiegła oczami krótki list, w którym Kevin wyjaśniał jej przyczyny swojego zniknięcia. Sprawy ich małżeństwa nie poruszał w ogóle, zamiast tego pisał o patriotycznym obowiązku. Kompletna bzdura, dotychczas nigdy nie okazywał jakichkolwiek sympatii w stosunku do Anglii – kraju matki Nowej Zelandii. Właśnie, bo jeśli chodzi o ten kraj – Juliet rozejrzała się po zalanym deszczem krajobrazie. Bryczka mijała właśnie dawne złotonośne pola.

– To Ściek Gabriela – powiedział Randy, który także się nudził, i wskazał na pustą, porośniętą nędzną trawą okolicę, gdzie od czasu do czasu można było dostrzec smutne resztki osiedla, które chyba składało się jedynie z drewnianych komórek. – Wszystko powoli zarasta, ale przez całe lata była tu tylko istna pustynia i błoto. Poszukiwacze złota przekopali wszystko tyle razy, że zniszczyli aż do korzeni całą roślinność.

– A czy chociaż się wzbogacili? – spytała niezbyt tym wszystkim zainteresowana Juliet.

Bo tak naprawdę znała odpowiedź, która w przypadku wszystkich złotonośnych pól była taka sama: na kilku szczęściarzy przypadały tysiące nieszczęśników, którym się nie powiodło i których egzystencja była bezpowrotnie zniszczona.

– Jeśli chodzi o rodziców Mr Patricka, to wystarczyło na farmę – odparł Randy. – Powinniśmy zaraz być na miejscu, Mr Patrick mówił, że oni mieszkają tylko kilka mil od Lawrence. Możemy zapytać w miasteczku.

W Lawrence mieszkało niewielu ludzi, którzy pamiętali jeszcze gorączkę złota. Dziś była to bardziej wieś i miejsce zaopatrzenia dla okolicznych farmerów. Jeden pub, jeden sklep z towarami mieszanymi i jedna kawiarnia – to było wszystko, ale oczywiście chyba każdy mieszkaniec wiedział, gdzie znajduje się farma Drurych. Nieliczni przechodnie, których można było spotkać mimo deszczu, zerkali z zaciekawieniem na kobietę w powozie: egzotyczna piękność, choć co prawda niezbyt praktycznie ubrana, następnego dnia z pewnością miała stać się przedmiotem licznych plotek i domysłów.

Randy popytał o farmę Drurych i skierował klacz w stronę gór – tu droga z każdą chwilą stawała coraz bardziej stroma i kręta. Koń był wyraźnie zmęczony i szedł coraz wolniej, a Juliet czuła się niepewnie. Jak miała wrócić do miasta, jeśli koń już teraz ledwie szedł?

Krajobraz był przepiękny – mijali właśnie rzadki bukowy las pełen strumieni, małych stawów i skał. Mimo mocno zachmurzonego nieba w tle można było dostrzec zarysy gór i pokryte śniegiem wierzchołki. Juliet nie zwracała na to uwagi – była dzieckiem miasta i lubiła jego nocne życie. Choć co prawda ostatnio potrzebowała znacznie więcej snu… Może jednak ten pomysł z ciążą nie był najlepszy.

– Tam, tam jest wodospad! – zawołał w końcu Randy po niekończącej się jeździe przez serpentyny. – Zaraz powyżej niego musi być dom!

Rzeczywiście, za chwilę powyżej wodospadu i za małym stawem, do którego spadał, pojawił się dom. Solidna, surowa, ale sprawiająca miłe wrażenie budowla z drewnianych bali – Juliet była rozczarowana. Spodziewała się czegoś o wiele bardziej reprezentacyjnego, właściwie willi podobnej do tych na plantacjach w jej ojczyźnie. W końcu państwo Drury uchodzili za zamożnych. No ale może tutaj tak po prostu budowano… Juliet postanowiła się nie zniechęcać. Ci ludzie mieli jej pomóc znaleźć rozwiązanie – dla niej i dla tego przeklętego dziecka. Przy czym ona sama na razie nie miała żadnego pomysłu, jak miałoby to wyglądać.

Randy zatrzymał konia przed domem, ale wcale nie zamierzał pomóc Juliet wysiąść z powozu, tylko natychmiast pobiegł do drzwi i zastukał w nie energicznie. Odczuwał chyba pilną potrzebę znalezienia się w suchym miejscu – podobnie jak jego koń. Ale w domu już ich zauważono. Drzwi otworzył Michael Drury – był ubrany w wytarte dżinsy i koszulę w kratę, jaką zwykle noszą drwale; nie wyglądał tak dystyngowanie jak ostatnio w czasie kolacji u państwa Dunloe.

– A co to takiego… w taką pogodę… Patrick? – Pierwsze spojrzenie Michaela padło na małą klacz, którą natychmiast rozpoznał. – Dobry Boże, przecież to Lady! Czy to nie za długa droga dla niej?

Lizzie, która pojawiła się tuż za nim, zobaczyła za to chłopca i natychmiast zbladła.

– Czy coś się stało Patrickowi? – spytała przerażona. – Ty przecież jesteś jego chłopcem stajennym. Co… co ty tu robisz?

Randy uśmiechnął się do niej uspokajająco.

– Nie, nie, wszystko w porządku, Mrs Drury. Patrick jest jeszcze w drodze. Ale lady była zdania, że to pilne, więc…

– Koń sądził, że to pilne? – zdziwiła się Lizzie, lecz wówczas dostrzegła Juliet, która właśnie niezdarnie wysiadała z bryczki. W swej modnej wąskiej spódnicy była w stanie robić tylko małe kroki.

Lizzie wyszła jej naprzeciw – i najwyraźniej wcale się nie wstydziła swej luźnej, staroświeckiej, domowej sukni. Ona także w Dunedin sprawiała o wiele bardziej imponujące wrażenie. Aż trudno było uwierzyć, że ta niewielka, okrągła osóbka o niedbale upiętych blond włosach była cenioną klientką Lady’s Goldmine.

– Miss LaBree! – powitała gościa. – O nieba, gdzie jest Kevin? Jak mógł wysłać panią tutaj samą, jeszcze w taką pogodę!? Proszę, niechże pani wejdzie do środka. I ty też, zaraz, ty się nazywasz Randy, prawda?

Randy oświadczył, że najpierw musi zaprowadzić konia do stajni. Chłopak sprawiał wrażenie nieco skruszonego po tym, jak usłyszał uwagę Michaela, że ta droga była za ciężka dla młodej klaczy. Miał nadzieję, że nie dostanie bury od Mr Patricka.

Michael zajął się w końcu i koniem, i chłopcem, a Lizzie zaprowadziła Juliet do domu. Jego wnętrze też nie było zbyt reprezentacyjne. W salonie stało wprawdzie kilka pięknych mebli, importowanych z pewnością z Anglii, ale pozostałe, a tych była większość, stanowiły proste, wykonane samodzielnie stoły i krzesła.

Lizzie chciała wziąć od Juliet płaszcz, ale ona nie czekała z tym, co miała do powiedzenia, i od razu przeszła do sedna.

– Ach tak, nie wie pani, gdzie jest Kevin? Czy coś takiego mogło umknąć pani uwadze?

Juliet bez niczyjej pomocy zdjęła płaszcz, rzuciwszy najpierw na stół pognieciony list Kevina. Lizzie chwyciła kartkę, rozprostowała ją i przebiegła oczami kilka linijek. Znów zbladła, walcząc tym razem z atakiem prawdziwej paniki. Kevin wyruszył na wojnę, będą do niego strzelali… Lizzie osunęła się na stojące obok krzesło. Ale Juliet w ogóle nie dostrzegała jej przerażenia.

– Czy to był pani pomysł? – spytała ostro.

Lizzie spojrzała na młodą kobietę i z trudem powstrzymała histeryczny śmiech.

– To tyle w temacie „instynkt macierzyński” – odparła, mając w pamięci niedawne słowa Michaela. – Gdyby posiadała go pani choćby odrobinę, to wiedziałaby pani, że żadna normalna kobieta nie wysyła syna na wojnę! Nawet jeśli w ten sposób miałby uciec przed weselem! Co za głupi chłopak… Jeśli go zastrzelą…

Lizzie nerwowym ruchem zebrała niedbale upięte włosy, jeszcze bardziej rujnując fryzurę. Juliet, patrząc na nią, uniosła brwi. Jak ta kobieta mogła się tak zaniedbywać?

– On jest lekarzem sztabowym – odpowiedziała spokojnie. – Nikt nie będzie do niego strzelać – o Kevina się nie martwię.

Lizzie spojrzała na nią z wściekłością. Jej własnych trosk wystarczyłoby spokojnie na dwie osoby. Zanim jednak zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, do salonu wszedł Michael – Randy zapewne został z koniem w stajni.

– Miss LaBree… – Michael przypomniał sobie o dobrych manierach, a całowanie ręki pięknej przyjaciółki jego syna sprawiło mu wyraźną przyjemność. – Co panią do nas sprowadza?

– To! – powiedziała twardo Lizzie i wręczyła mu list Kevina. – Zakładam, że coś podobnego czeka na nas na poczcie. Chyba nie doceniliśmy problemów Kevina. Sądziłam, że to tylko zwykła panika przed zapadnięciem klamki. Ale to znaczy, że on woli dać się zastrzelić, niż ożenić z tą lady… – Wskazała na Juliet.

Michael także spoważniał, czytając list. Ale opanował się znacznie szybciej niż jego żona.

– Niezbyt to pochlebne dla pani, Miss Juliet – uśmiechnął się. – Ale mimo to… nie denerwuj się, Lizzie, on jest lekarzem. Będzie pracował w szpitalu, przy odrobinie szczęścia daleko poza linią frontu. Teraz rodzi się pytanie, co zrobimy z tym jego, hm, „spadkiem”…

– Nie mów tak… – mruknęła Lizzie.

Juliet położyła rękę na swoim brzuchu.

– A więc o tym przynajmniej państwo wiecie… – powiedziała gorzko.

Michael skinął głową.

– Kevin powiedział nam, że będzie ojcem – oznajmił młodej kobiecie. – I poradziliśmy mu, aby ożenił się z panią. Ale jak widać, wybrał inne rozwiązanie, chcąc zapewne przesunąć problem na później. Co pani zamierza zrobić, Miss LaBree?

Juliet wzruszyła ramionami.

– Jestem zupełnie bez środków – oświadczyła krótko. – Byłam zdana na Kevina…

– Kevin zapewne otrzyma żołd – stwierdził spokojnie Michael. – I z pewnością przekaże pani i dziecku jakieś pieniądze, będzie więc pani mogła wieść skromne życie. I kiedy wróci…

– Ja mam… Ja mam sama wychowywać to dziecko… w Dunedin? Bez ojca? – Juliet patrzyła na niego skonsternowana.

– Może pani przecież dowodzić, że Kevin ożeniłby się z panią, gdyby wiedział o mającym przyjść na świat potomku. Trzeba przyznać, Lizzie, że sprytnie to ukartował…

Michael mrugnął do żony, której panika nieco zelżała. Lizzie zaczęła powoli myśleć. Michael – i ta impertynencka Juliet – mieli rację. Kevin jako lekarz był bezpieczny, a ta wojna… Anglia wysłała sto tysięcy żołnierzy przeciwko garstce krnąbrnych wieśniaków. Nie dojdzie więc do wielkiego przelewu krwi – a przynajmniej nie po stronie Brytyjczyków.

– Przestań, Michael – przerwała, nie pozwalając mu dokończyć zdania. – Mogę zrozumieć, że Miss LaBree niechętnie będzie znosić ciekawskie spojrzenia obywateli Dunedin. Mam więc inną propozycję, Miss Juliet: może pani zamieszkać tutaj, na Elizabeth Station, i tu urodzić dziecko. Ta wojna nie będzie długo trwała – możliwe, że się skończy, zanim Kevin wróci do domu. Wobec takiej przewagi Anglików…

Michael, który nie mógł odmówić sobie przyjemności dokuczenia Juliet, zmarszczył czoło.

– Jeśli chodzi o Irlandczyków, to też wysłali przeciwko nam przeważające siły! – oświadczył z dumą. – A mimo to latami stawialiśmy im opór, my…

Lizzie machnęła lekceważąco ręką.

– Nie wysłali oddziałów zmobilizowanych z połowy imperium – powiedziała krótko. – I wybacz, kochany, ale Brytyjczykom łatwiej przyszło się uporać z kilkoma bimbrownikami w górach niż teraz, kiedy będą musieli walczyć w kraju pełnym religijnych fanatyków, do których należą niemal wszystkie kopalnie złota i diamentów. A zgodnie z tym, co mówią, to nawet Church of Scotland jest liberalny w porównaniu z tymi Burami. Oni ponoć są gotowi zamykać te kopalnie, bo bogacenie się bez ciężkiej pracy na polach nie podoba się Bogu. A Anglia nie będzie tego ryzykować.

Słowna potyczka między Lizzie a Michaelem umożliwiła Juliet ochłonięcie. Chciała coś powiedzieć, ale, co zdarzało się rzadko, nie była w stanie nic wymyślić. Zostać tutaj? Całe miesiące na tym pustkowiu…

– Co pani na to, Miss Juliet? – Lizzie w końcu zwróciła się do swojego gościa.

Juliet machinalnie bawiła się obszyciem swojego żakietu.

– Tutaj? Ale przecież tu nie można rodzić dziecka… bez lekarzy, bez akuszerki…

Lizzie się uśmiechnęła.

– Troje moich dzieci przyszło na świat właśnie tutaj. Kilka mil stąd leży maoryska wieś, a ich akuszerka jest doskonała, o wiele lepsza niż każda pakeha…

Juliet popatrzyła na nią z przerażeniem. Widziała wszystko w coraz gorszych barwach: całkowita, trwająca wiele miesięcy izolacja wraz z Lizzie i Michaelem, a jeszcze w dodatku tubylcy…

– Kevin będzie mógł panią potem zabrać, kiedy tylko wróci – mówiła dalej Lizzie. Już w trakcie tego sama zaczęła dostrzegać jakieś szanse dla niekonwencjonalnego rozwiązania sprawy przez Kevina. Juliet zostanie może na Elizabeth Station do chwili narodzin dziecka. Ale z pewnością ani miesiąca dłużej. Potem będzie mogła zająć się dzieckiem. Z pewnością nie będzie to szczyt jej marzeń, ale może tymczasem pojawią się inne możliwości. Na przykład Matariki i Kupe nie mieli dzieci i może podejmą się wychowania bratanicy czy też bratanka w Parihaka. Lizzie bezlitośnie mierzyła spojrzeniem młodą kobietę, która walczyła z ogarniającym ją uczuciem rozpaczy. Juliet na Elizabeth Station już po kilku dniach będzie się czuła jak w więzieniu.

– Może to pani przemyśleć – dodała Lizzie. – Przecież nie musi pani od razu tutaj zostawać.

Lizzie uważała za całkiem możliwe, że Juliet znajdzie w Dunedin jakieś nieładne i zabronione, ale ostateczne rozwiązanie swego problemu. Lizzie nie była tak negatywnie nastawiona do kwestii aborcji jak jej syn czy też wychowany w surowej katolickiej tradycji Michael. W jej dawnym rzemiośle cień kobiety produkującej aniołki unosił się nad każdą z dziewcząt. A dla niektórych dzieci – Lizzie pomyślała o Tobym i Laurze – byłoby lepiej, gdyby się nigdy nie urodziły.

Michael najwyraźniej walczył z tą samą myślą, choć podchodził do tej sprawy nieco inaczej.

– Nonsens, Lizzie, Juliet… Będę panią nazywał po prostu Juliet, Miss LaBree, dobrze? Oczywiście, że zostanie pani od razu tutaj, nie pozwolimy pani jechać z powrotem, zwłaszcza w tym deszczu, samej, tylko w towarzystwie Randy’ego… nie, nie, to w ogóle nie wchodzi w grę.

Odwrócił się do Juliet i zdołał się nawet dość ciepło uśmiechnąć.

– Głowa do góry, młoda damo! Urodzi pani tutaj swoje dziecko, a kiedy Kevin wróci, co z pewnością nastąpi niedługo, to będzie mógł panią poślubić.

Jeszcze gdy mówił te słowa, otworzyły się drzwi wejściowe, na co nikt nie zareagował. Bo przecież mógł to być Randy, który już oporządził konia w stajni. Jednak zamiast chłopca do salonu wszedł wysoki mężczyzna w bryczesach i nieprzemakalnym płaszczu i zdjął z głowy ociekający wodą kapelusz. Patrick Drury przejeżdżał w drodze z Otago do Dunedin w pobliżu Lawrence i z powodu fatalnej pogody postanowił przenocować u rodziców. Ku swemu zaskoczeniu w stajni zastał Lady – i Randy’ego.

Teraz zaś stał w salonie i patrzył to na matkę, to na ojca. Woda spływała z jego płaszcza – Patrick nerwowo przygładził mokre włosy.

– Kevin nie będzie musiał tego robić – powiedział spokojnie Patrick. – Skoro uciekł gdzie pieprz rośnie, to niech tam zostanie. Ja się ożenię z Miss LaBree!

Rozdział 7

Geodezyjne pomiary gruntów nie należały do ulubionych przedmiotów Atamarie. Jednak były one ważną częścią kursu inżynierii i miały w Nowej Zelandii duże znaczenie. Ciągle jeszcze tylko niektóre części kraju były pomierzone i opisane – wielu absolwentów jej kierunku mogłoby prawdopodobnie spędzić całe swoje życie na kartografowaniu i z pewnością byliby z tego zadowoleni. Lecz Atamarie dosłownie i w przenośni mierzyła wyżej – wciąż fascynowało ją przede wszystkim lotnictwo. Niezbyt chętnie poświęcała się więc pomiarom gruntów i koniecznym obliczeniom, choć mimo to nawet i tu odnosiła sukcesy. Jak z każdego przedmiotu, także z geodezji miała znacznie lepsze oceny od pozostałych studentów. I tym razem jej zaangażowanie wreszcie się opłaciło: jesienią 1900 roku profesor Dobbins przygotował szczególną niespodziankę dla swoich najpilniejszych studentów.

– Wyobraźcie sobie państwo, że jeszcze w tym roku zostanie utworzony kolejny park narodowy! – oświadczył któregoś dnia grupie Atamarie. – Mówiąc dokładnie, na Wyspie Północnej, koło Mount Egmont.

Atamarie nadstawiła uszu. W pobliżu Mount Egmont znajdowała się też wieś Parihaka. Choć co prawda ona sama znała tę górę pod maoryską nazwą Mount Taranaki. Nazwę Mount Egmont nadał jej kapitan James Cook, który oczywiście nie zadał sobie trudu, aby zapytać krajowców o miejscową nazwę imponującego wulkanu.

– Zanim to jednak nastąpi, trzeba wykonać liczne prace pomiarowe – kontynuował profesor. – I oczywiście państwo nie chce na to wydawać zbyt dużo pieniędzy. Dlatego zwrócono się do uniwersytetów, zwłaszcza do naszego, jako jednego z najlepszych.

Studenci, chcąc wyrazić uznanie, zaczęli stukać o pulpity ławek, co Dobbins skwitował głośnym śmiechem.

– No, chętnie zgodzę się z tą opinią, zwłaszcza że upoważnia mnie ona do tego, aby wyciągnąć w teren moich najlepszych studentów. Organizujemy kilkutygodniową ekspedycję w celu dokonania pomiarów gruntów na dotychczas nieopisanych terenach. Tam na górze panuje… – Zaczął kartkować swoje notatki.

Wówczas zgłosiła się Atamarie.

– Na samej górze prawie nic nie rośnie – oświadczyła. – I przeważnie leży tam śnieg. Pomiary będą utrudnione z powodu nastromienia terenu i trzeba będzie się wspinać. Wokół Taranaki rosną lasy deszczowe. Deszcz pada tam stale i jest to jeden z najbardziej wilgotnych terenów w kraju. – Uśmiechnęła się, po czym dokończyła: – Maorysi mawiają, że Rangi płacze z powodu kłótni bogów…

Dobbins zmarszczył czoło.

– Jakich bogów, Miss Turei? Coś mi się zdaje, że pani dobrze się na tym zna. Była tam pani kiedyś?

Atamarie oświadczyła, że raz już nawet weszła na sam szczyt góry, razem z pewną tohunga, która opowiadała dzieciom ze wsi Parihaka baśń o nieszczęśliwie zakochanym wulkanie i wykonała parę obrzędów koniecznych do tego, aby między bogami zapanował pokój.

– A wokół deszczowego lasu znajdują się tereny rolnicze – mówiła dalej. – I to bardzo urodzajne, bo to przecież ziemia powulkaniczna. Ale znowu z jej powodu dochodzi do licznych sporów i konfliktów. Może być tak, że farmerzy pakeha będą nam robili trudności, jeśli zabierzemy się za pomiary. A w każdym razie na pewno niczego nie oddadzą.

Dobbins się uśmiechnął.

– To bardzo cenne wyjaśnienia, Miss Turei, dziękuję. I cieszy mnie to szczególnie, bo zdecydowałem się umożliwić pani uczestnictwo w tej ekspedycji. Oczywiście pojedzie pani tylko wtedy, jeśli będzie pani miała ochotę i jeśli zezwolą na to pani rodzice. Oprócz pani będą tam tylko studenci ze starszych roczników. W pani wypadku zastanawialiśmy się… – profesor przerwał. Z pewnością nie było wskazane poruszać teraz kwestię płci. Już od dłuższego czasu zastanawiał się nad tym i dyskutował też ze swoimi kolegami, czy będzie można zaakceptować pomysł wysłania na ekspedycję jedynej dziewczyny z grupą studentów płci męskiej. Ale wreszcie profesor doszedł do wniosku, że obchodzi go jedynie naukowe wykształcenie Atamarie, a nie obrona jej cnoty. Dziewczyna, względnie jej rodzice, muszą sami zdecydować, czy zezwolić jej na podróż bez przyzwoitki.

– Ale skoro pani w dodatku tak dobrze zna tę okolicę…

Atamarie wzruszyła ramionami.

– Bardzo chętnie pojadę! Jeśli jednak rzeczywiście szuka pan kogoś, kto zna te tereny naprawdę dobrze, to proszę zapytać w Parihaka. Maorysi osiedlają się od siedmiuset lat wokół Mount Taranaki i znają okolicę jak własną kieszeń.

– I może zamordują panią, strzelając z tyłu, kiedy ustawi pani na świętej górze drążek pomiarowy – roześmiał się szyderczo jeden ze studentów.

Atamarie popatrzyła na niego z nieukrywaną złością, ale pomyślała, że być może przemawia przez niego zawiść. Ten student zapewne też chciałby pojechać.

– Maorysi popierają tworzenie parków narodowych – przyszedł jej z pomocą Dobbins. – Miss Turei ma rację. Jeśli napotkamy na opór, to wyłącznie ze strony miejscowych farmerów. Ale pomiary nie będą robione na ich ziemi. Interesuje nas rzeczywiście powierzchnia wokół Mount Egmont. To dobra okazja, aby powtórzyć pomiary terenów mających formę koła. Mr Porter, proszę nam opowiedzieć, co pan o tym wie…

Atamarie wiedziała, że jesień nie była najlepszą porą na badanie okolicy Mount Taranaki, nie mówiąc już o wchodzeniu na szczyt. W wyższych partiach góry mógł już padać śnieg, a poza tym szczyt spowijała gruba warstwa chmur. W lesie poniżej góry zapewne nikt nie zmarznie, ale Atamarie liczyła się z tym, że będą to trzy bardzo mokre tygodnie. Jeśli chodzi o zezwolenie rodziców, to nie zawracała sobie tym głowy. Pojęcie przyzwoitki nie istniało w maoryskim słowniku, a jej dziadkowie także byli przyzwyczajeni do samodzielnych młodych kobiet. Lizzie martwiła się tylko o to, czy namiot Atamarie był szczelny, a śpiwór dostatecznie ciepły, Matariki zaś w ogóle nie traciła czasu na takie rozmyślania, lecz zaprosiła od razu cały korpus ekspedycyjny do Parihaka, gdzie studenci mogliby założyć stację badawczą. I tylko kłopoty związane z porą roku mogły zatrzymać lub opóźnić Dobbinsa i jego studentów w drodze. Wprawdzie większą część drogi mieli pokonać pociągiem, jadąc do Blenheim, ale podróż promem na Wyspę Północną o tej porze roku okazała się bardziej niespokojna niż zwykle. Atamarie nie bez złośliwej radości obserwowała, jak jej koledzy ze studiów z zielonymi twarzami wisieli za relingiem. Jedynie pewien młody mężczyzna był równie dzielny jak ona, może dlatego, że bardziej interesowała go technika napędu statku parowego niż stan własnego żołądka.

– Kołysanie statku można byłoby właściwie wyrównać – powiedział wreszcie do niezbyt tym zainteresowanego, bo bardzo cierpiącego z powodu choroby morskiej Dobbinsa. – I to jedynie za pomocą stabilizatorów. Na przykład montując z boku statku coś w rodzaju tratw…

– I wystarczyłoby, gdyby przynajmniej pomieszczenia dla pasażerów nie podlegały takiemu kołysaniu. Można by je zamontować tak, aby się obracały i dzięki temu były stale w pozycji horyzontalnej – dodała Atamarie.

– Tego już próbowano – poinformował ją młody mężczyzna. – Zrobił to Henry Bessemer w 1875 roku. Jednak to nie działało tak, jak się tego spodziewano.

Atamarie zrobiła grymas mający oznaczać rozczarowanie, o którym wiedziała, że wywierał nieodparte wrażenie na mężczyznach. Nie za bardzo ją interesowało, co myślą czy mówią inni studenci, ale nagle poczuła, że chciałaby, aby ten młody człowiek zwrócił na nią uwagę. Ale on był pochłonięty pomysłem stabilizacji pozycji statku i spoglądał uważnie za reling, jak gdyby już szukał możliwości umocowania swoich „tratw”.

– Jeśli chodzi o stabilizatory, to patent już jest, Pearse – zauważył Dobbins, trzymając rękę przy ustach. – O Boże, im więcej pan o tym mówi, tym gorzej się czuję… Ale proszę sprawdzić w Christchurch, zdaje mi się, że to było mniej więcej dwa lata temu…

Student westchnął. Na jego twarzy pojawił się wyraz niechęci.

– Nie będę mieć po temu okazji – stwierdził i odwrócił się. – Przecież już nie dostanę karty bibliotecznej.

Odszedł kilka kroków dalej, jak gdyby chciał zakończyć rozmowę. Dobbinsowi najwyraźniej to odpowiadało – przechylił się właśnie za reling.

Atamarie poszła za tajemniczym studentem, którego profesor nazwał Pearse’em, i przyjrzała mu się dokładniej. Chłopak miał brązowe krótkie włosy, okrągłą twarz i wydawał się trochę starszy niż ona.

– Skończył pan już studia? – spytała go zdziwiona. – Przecież wygląda pan bardzo młodo. A może zaczął pan wcześniej niż inni?

Młody mężczyzna potrząsnął głową.

– To byłoby pięknie… Nie, ja tak naprawdę nie studiowałem. Wysłuchałem jedynie kilku wykładów, przeważnie na drugim roku, bo profesor był na tyle miły, że mi na to pozwolił. Chociaż byłem tylko pomocnikiem w laboratorium. Moi rodzice nie mogą sobie pozwolić na moje studia. Ale bądź co bądź mogłem w ten sposób spędzić kilka miesięcy w Christchurch. A teraz jeszcze ta ekspedycja… To bardzo miłe ze strony profesora, że mi to umożliwił. Instytut też płaci coś niecoś. Ale potem nie będę już miał wyjścia, muszę wracać do Temuka.

Było to małe miasteczko na północ od Timaru, leżące na wschodnim wybrzeżu Wyspy Południowej.

– Kiedy skończyłem dwadzieścia jeden lat, dostałem w pobliżu sto akrów ziemi. A więc zostanę farmerem…

Młody mężczyzna sprawiał wrażenie wyraźnie nieszczęśliwego.

– Przykro mi – wymamrotała Atamarie. – Z powodu pana studiów. Sto akrów na Canterbury to na pewno… hm… – Nie przyszło jej do głowy właściwe słowo. Umilkła zniechęcona.

Pearse się roześmiał i spojrzał na nią.

– A więc pani także by to nie kusiło. Prawdziwa odmiana. Dziewczętom na Canterbury Plains już na samą wzmiankę o liczbie metrów kwadratowych ziemi błyszczą się oczy. Dodatkowym i bardzo właściwym określeniem byłoby słowo „płaski”. Tam okolica jest całkiem płaska. I to bardzo.

Atamarie się roześmiała. Cieszyła ją ta rozmowa, która powoli zamieniała się we flirt.

– Ja pochodzę z Otago, tam mamy o wiele więcej gór. Gdyby więc chciał się pan z rozpaczy rzucić w przepaść…

– Nie z rozpaczy – odparł mężczyzna. – Najwyżej… Ale proszę wybaczyć, nie przedstawiłem się dotychczas. Pearse, Richard Pearse.

– Atamarie Parekura Turei – odrzekła Atamarie.

Pearse skinął głową.

– Wiem. Jest pani znana w college’u. Jedyna dziewczyna i w dodatku najlepsza na roku. A jak pani sobie wyobraża to z rotacyjnymi pomieszczeniami dla pasażerów?

Atamarie z wyrazem skupienia wpatrywała się w wodę.

– Proszę o tym zapomnieć, to zbyt skomplikowane. Ale chyba lepsze byłyby duże zbiorniki, które można by wypełnić wodą i umieścić pod pokładem. Jako przeciwwagę.

– Z boku statku! – podchwycił Pearse z zapałem. – W kształcie litery U. Wówczas woda mogłaby przepływać z jednej strony na drugą i stanowić przeciwwagę dla kołysania morskich fal.

Atamarie skinęła głową z zainteresowaniem, ale chętnie sprowadziłaby rozmowę na lżejsze tematy. Wreszcie się uśmiechnęła.

– Proszę to zgłosić jako patent! Jeśli potem każdy parowiec na świecie otrzyma to jako wyposażenie, zarobi pan niesłychane pieniądze i będzie pan mógł dalej studiować!

– Ale skąd, przecież to był pani pomysł – odparł Pearse uprzejmie. – I prawdopodobnie przyszedł już do głowy komuś innemu. Tak w każdym razie kończyły się wszystkie moje próby wynalazków. Nie mam szczęścia.

Chłopak opuścił głowę.

– Ono jeszcze nadejdzie! – Atamarie chciała poprawić mu nastrój. I wskazała na morze, gdzie na północy można już było dostrzec wybrzeże. – Proszę spojrzeć, przed nami Wellington. Za pół godziny nasi chorzy będą uzdrowieni. Nie wie pan, czy dziś ruszamy dalej?

Pearse wzruszył ramionami.

– To raczej mało prawdopodobne, zważywszy na stan większości grupy. Ale może rzeczywiście wszyscy szybko wyzdrowieją. A poza tym… tu też jest uniwersytet…

Atamarie uśmiechnęła się do niego.

– Możemy tam pójść i zapytać, czy przyznają stypendia. Ja spytam pierwsza. Bo potem oni się ucieszą, kiedy zjawi się młody mężczyzna!

Cała grupa zatrzymała się na noc w Wellington, aby uzupełnić konieczne wyposażenie, a studentów umieszczono u rodzin absolwentów. Atamarie spędziła długi i nieco męczący wieczór ze studentką medycyny o jasnych włosach i holenderskim pochodzeniu. Ani Petronella, ani jej rodzice nie widzieli jeszcze Maorysa i spodziewali się jakiejś nieokrzesanej, ciemnowłosej istoty, a nie drobnej dziewczyny o blond włosach.

– Nie jest pani w ogóle wytatuowana – stwierdziła Mrs van Bommel z ulgą, ale i rozczarowaniem. – Myślałam, że przynajmniej wokół oczu…

– Jestem Maoryską tylko w jednej czwartej – powiedziała Atamarie. – A moko w moim szczepie robi się bardzo rzadko. I poza tym u kobiet tatuowana jest tylko okolica ust. Jako znak, że bogowie właśnie kobiecie dali oddech życia, a nie mężczyźnie.

Mrs van Bommel i jej córka były zachwycone tą opowieścią i naciskały Atamarie, aby opowiedziała im więcej legend i przekazów jej ludu. Atamarie miała co prawda nadzieję, że spotka się tego wieczoru z Dobbinsem i studentami – a przede wszystkim z Richardem Pear­se’em. Ale to było raczej niemożliwe, van Bommelowie nie wyobrażali sobie, że ich gość mógłby udać się nocą do Wellington, choć miasto sprawiało wrażenie bardzo prowincjonalnego. Atamarie z pewnością by się tu nie zgubiła. W czasie walki o prawa wyborcze dla kobiet mieszkała tu wiele lat ze swoją matką i znała nawet budynek parlamentu od wewnątrz. Ale niestety także ta historia nie znalazła uznania w oczach obu pań van Bommel, które jedynie podziwiały Atamarie mimo jej „nieprawdziwego” koloru włosów i cery.

– Taki dziwny kierunek studiów dla młodej kobiety, i w dodatku jesteś zupełnie sama pośród tylu młodych mężczyzn! Że też cię to nie przeraża! Czy oni cię nie zaczepiają? Ja bym się bała…

Petronella van Bommel otrząsnęła się z niechęcią, a Atamarie w odpowiedzi przewróciła oczami.

– Wcale mnie nie zaczepiają, wręcz przeciwnie, w ogóle ze mną nie rozmawiają – oznajmiła swoim gospodyniom, ciesząc się, że przynajmniej to ostatnie od dziś nie było już prawdą. Na samą myśl o miłym uśmiechu Richarda Pearse’a i jego mądrych słowach poczuła szybkie bicie serca. I teraz cieszyła ją perspektywa ekspedycji, w której udział uważała co prawda za wielki honor, ale o tej porze roku także za uciążliwy obowiązek.

Następnego dnia ruszyli pociągiem dalej nową, częściowo jeszcze niewykończoną North Island Main Trunk Line. Atamarie usiadła koło profesora Dobbinsa i Richarda Pearse’a – tego miejsca nikt nie ośmieliłby się zakwestionować, ale z pewnością wszyscy znów będą mówić o jej kujoństwie. Mimo że dziewczyna zawsze była daleka od tego, aby się przypochlebiać profesorowi. Teraz chodziło jej wyłącznie o jego asystenta – poczuła się natychmiast jak w siódmym niebie, kiedy on uśmiechnął się do niej i posunął się, robiąc jej miejsce.

– Brakowało mi pani wczoraj, Miss Turei – powiedział Pearse. – Myślałem, że pójdzie pani z nami na kolację.

Atamarie się skrzywiła i opowiedziała o rodzinie van Bommel i zainteresowaniu, jakie jej gospodarze żywili w stosunku do kultury „tubylców”.

– Jeśli w ogóle mogłabym wyjść, to musiałabym zabrać ze sobą Petronellę – dodała. – Ale jej rodzice z pewnością by na to nie pozwolili. Dwie młode kobiety i dwunastu młodych mężczyzn to wcale nie lepsza proporcja niż jedna kobieta i dwunastu młodych mężczyzn.

Richard zastanawiał się nad czymś. Najwyraźniej dopiero teraz przyszło mu do głowy, że czymś niezwykłym dla kobiety było udać się w podróż z całym kursem studentów płci męskiej.

– A pani rodzice nie mieli nic przeciwko temu? – spytał zdziwiony. – To znaczy… ehm… nie dlatego, że miałaby pani znaleźć się w niebezpieczeństwie…

Atamarie machnęła ręką i opowiedziała o Matariki i Parihaka.

– Wśród Maorysów idea przyzwoitki jest nieznana – roześmiała się. – A moja matka odebrała wprawdzie wychowanie pakeha, ale mi ufa. A poza tym na uniwersytecie każdego dnia jestem wyłącznie wśród mężczyzn. Tam byłoby o wiele łatwiej spotykać się potajemnie z jednym z nich niż tutaj, gdzie ciągle jesteśmy wszyscy razem.

To oczywiście była prawda, ale nie uspokoiłaby ona żadnej troskliwej matki pakeha w rodzaju Mrs van Bommel. Richard przyjął te słowa bez komentarza – ale wtedy głos zabrał profesor, choć co prawda zajął się zupełnie innym tematem. Dobbins chwalił linię kolejową Wyspy Północnej i nazwał ją cudem sztuki inżynierskiej. Prowadziła ona najpierw wzdłuż Rangitikei River i profesor szczegółowo opowiadał studentom o rozlicznych problemach, na jakie napotkali budowniczowie torów kolejowych w trudnym górskim terenie, poprzerzynanym licznymi wąwozami i przepaściami. Tłumacząc zasady układania podkładów kolejowych, Dobbins objaśniał różnice między budownictwem nadziemnym i podziemnym oraz opowiadał o szczegółach budowy mostów kolejowych w górach. Jednak ku jego niezadowoleniu większość studentów nie była zainteresowana – wszyscy walczyli z kolejnymi atakami mdłości. Bo rzeczywiście, jeśli trasa prowadziła przez wąskie mosty, gdzie miejsca starczało zaledwie na tory, wielu podróżnym robiło się niedobrze. Tylko Richard Pearse i Atamarie dyskutowali zażarcie o wadach i zaletach wiszących mostów i odległości między wysokimi przęsłami koniecznymi do ich budowy oraz omawiali konstrukcje mostów łukowych i kratowych. Oboje ogarnął smutek, kiedy linia kolejowa skończyła się w Palmerston. Pozostały odcinek uczestnicy ekspedycji musieli pokonać konno. Richard patrzył na wynajętego konia nieszczęśliwym wzrokiem.

– Jak długo będziemy w drodze? – spytał, ale mimo wyraźnej niechęci bardzo sprawnie zajął miejsce w siodle.

– Mniej więcej trzy dni – odpowiedziała Atamarie, która oczywiście dobrze znała drogę. – Jeśli będziemy jechać szybko. Ale jeśli mam być szczera… – popatrzyła na pozostałych studentów, którzy zbliżali się do swych zwierząt z dużym respektem i wyraźnymi obawami – sądzę, że potrwa to dłużej.

Rzeczywiście niektórzy studenci okazali się bardzo niezgrabnymi jeźdźcami, a jazdę spowalniał dodatkowo wóz, na którym Dobbins wiózł wszystkie przyrządy do przeprowadzania pomiarów. Wypożyczone konie też nie odpowiadały wyobrażeniom Atamarie na temat szybkich rumaków, i z tym zgadzał się Richard, który wprawdzie nie przepadał za jazdą konną, ale ponieważ wychował się na farmie, jeździł dobrze. I także bardziej odpowiadałby mu koń o większym temperamencie.

– Pańscy rodzice mają owczą farmę? – spytała Atamarie, kiedy wreszcie ruszyli po kolejnej przerwie. Profesor Dobbins przez nieuwagę wjechał wozem do dziury pełnej błota, co znów opóźniło podróż. Dobbins był z pewnością genialnym inżynierem, geodetą i konstruktorem – ale z Ben Hurem niewiele miał wspólnego. Richard śmiał się pobłażliwie, kiedy Atamarie podzieliła się z nim tą myślą.

– Też nie jestem w tym o wiele lepszy – przyznał się. – Tak, pochodzę ze wsi, ale nie za bardzo umiem obchodzić się ze zwierzętami. Mamy więcej gruntów uprawnych niż owiec. Mój ojciec ciężko pracuje, ale nie odpowiada mu hodowla bydła. Do dziś nie wiem, dlaczego koniecznie chciał zostać farmerem, może to wynika z tradycji rodzinnej. A w Temuka mógł tanio kupić dużo ziemi. To go skusiło. W Kornwalii nigdy nie mieliśmy tyle ziemi, a jesteśmy rodziną liczną, którą trzeba wyżywić. Razem dziewięcioro dzieci…

Atamarie się zdziwiła.

– Dziewięcioro dzieci! To prawie jak drużyna rugby!

– Raczej orkiestra – śmiał się Richard. – Moi rodzice pasjonują się kulturą, a każde dziecko musiało się nauczyć gry na jakimś instrumencie. Ja na przykład gram na wiolonczeli.

Atamarie była pełna podziwu. Ona sama oprócz kilku dyletanckich prób gry na maoryskich instrumentach dętych nie miała żadnego wykształcenia muzycznego.

– Dobrze pan gra na wiolonczeli? – spytała.

Richard potrząsnął głową.

– Naprawdę dobry to ja jestem tylko z matematyki i fizyki. I z budowy maszyn – chciałbym zostać wynalazcą.

Ostatnie zdanie powiedział cicho, jak gdyby wstydził się swoich marzeń.

Atamarie była daleka od tego, aby śmiać się z Richarda.

– Przecież może pan nim zostać – powiedziała spokojnie. – Aby zgłosić patent, nie potrzeba mieć skończonej szkoły wyższej. I może pan zacząć właśnie od rolnictwa – maszyny rolnicze na przykład. Tam na pewno można wiele poprawić! Albo technika holownicza.

Wskazała z uśmiechem na Dobbinsa i jednego ze studentów trzeciego roku, którzy właśnie bardzo szczegółowo, aczkolwiek teoretycznie, objaśniali problem ciągle stojącego w błocie wozu.

– Tu przecież potrzebna jest dźwignia. Chodźmy, możemy się tam przydać. Jeśli kiedykolwiek zdarzyło się panu wjechać wozem w błoto, to na pewno pan wie, jak go stamtąd wydobyć.

Atamarie zaprzęgła w końcu dwa dodatkowe konie do wozu za pomocą prowizorycznej uprzęży, Richard zaś pokazał dwóm studentom, gdzie mają włożyć dźwignię. Mężczyźni szybko podnieśli pojazd, a Richard bez trudu zmienił uszkodzone koło. Atamarie dostrzegła, że dysponował nie tylko wiedzą teoretyczną, ale też miał wyjątkowo zręczne dłonie. Były to duże, bardzo silne dłonie, które podobały się Atamarie tak samo jak jego otwarta, sympatyczna twarz i gęste, mocno kręcone włosy. Na koniec i Atamarie, i Richard byli tak samo ubrudzeni błotem, ale za to wysłuchali pochwał profesora Dobbinsa – podczas kiedy pozostali studenci patrzyli na nich coraz bardziej nieufnie. Richard chyba także był outsiderem – odnosił się do wszystkich bardzo uprzejmie, ale z nikim nie przyjaźnił się bliżej. Aż do tej chwili. I najwyraźniej nie był też żonaty, a w każdym razie nie nosił obrączki.

Atamarie jechała dalej obok Richarda, a on opowiadał jej szczegółowo o technice budowy pojazdów. Rzeczywiście miał sporo pomysłów w kwestii ulepszenia maszyn rolniczych i był najwyraźniej zachwycony, że takie umiejętności przypisywała mu Atamarie. Dziewczyna miała wrażenie, że dzień przeminął jak jedna chwila, mimo uporczywego deszczu i kolejnych postojów. Właściwie góry powinny być już widoczne, ale Mount Taranaki ukrywał się za nisko wiszącymi chmurami.

– Właściwie po co zakładać tutaj park narodowy? – mruknął z niezadowoleniem jeden ze studentów, który najwyraźniej stracił ochotę do jazdy konnej w deszczu. – Okolica niewiele się różni od Canterbury Plains.

Rzeczywiście z początku jechali przez tereny wybitnie rolnicze – rozległe wyżyny porośnięte trawą, bardzo podobne do regionu Otago na Wyspie Południowej. Od czasu do czasu mijali pola uprawne, z których teraz zebrano już plony, ale większość tej ziemi należała do hodowców owiec. Te zwierzęta można też było często zobaczyć – zwykle stały w mniejszych lub większych stadach, ze stoickim spokojem przeczekując deszcz. Dzięki grubej warstwie gęstej wełny wilgoć i deszcz najwyraźniej im aż tak nie przeszkadzały.

– Ależ im dobrze – westchnął Richard. Jego płaszcz był zupełnie przemoczony, podobnie jak płaszcz Atamarie. – Gdzie właściwie będziemy spać?

Z niechęcią myślał o rozstawianiu namiotu przy tej pogodzie. Jednak tej nocy szczęście sprzyjało podróżnym. Już wczesnym wieczorem natrafili na farmę, której właściciel zaoferował zmarzniętym naukowcom nocleg w szopie. Ci studenci, którzy byli dziećmi miasta i nie znali wsi, kręcili wprawdzie nosami wobec intensywnej woni nawozu i lanoliny, ale w gruncie rzeczy wszyscy się cieszyli, że nie muszą spędzać kolejnej nocy w namiocie. Żona farmera przygotowała nawet posiłek dla młodych ludzi, farmer pozwolił im rozpalić ognisko, cała zaś rodzina zjawiła się wieczorem w szopie, aby wspólnie spędzić czas.

– Czyli tam na górze, na zboczach Taranaki, ma powstać park narodowy? – spytał farmer przyjaźnie. – Ale dawniej te ziemie należały do Maorysów, prawda? A potem rząd wszystko zaanektował. Jednak tam niewiele rośnie. Chociaż… ta wzorcowa farma Maorysów, jakżeż ona się nazywa… tamtejsi ludzie naprawdę zrobili coś wspaniałego…

– To Parihaka – odpowiedziała spokojnie Atamarie. – Ale lasów deszczowych nie zdołali zrekultywować. Bardziej urodzajne są ziemie leżące wokół nich. Tylko że one teraz należą w większości do farmerów pakeha…

Rzeczywiście mieszkańcom wsi Parihaka nie zostało zbyt wiele z setek hektarów ziemi, które kiedyś uprawiano po to, aby wyżywić dwa tysiące mieszkańców i bardzo licznych, przybywających co tydzień gości. Rząd zwerbował nowych osadników i po prostu sprzedał im ziemie Maorysów. Obecnie do maoryskich farmerów należała niewielka część ich dawnych pól, które uprawiali, stosując najnowocześniejsze metody rolnicze. Ich biali sąsiedzi często patrzyli na to z zawiścią.

– Maorysi nie mają nic przeciwko parkowi narodowemu, w przeciwieństwie do białych osadników, którzy nie są tym zachwyceni, miały nawet miejsce protesty… – dokończyła dziewczyna.

Sympatyczny farmer otworzył butelkę whisky i podał ją najpierw Dobbinsowi.

– Niech pan się lepiej przygotuje na spanie w namiocie, profesorze. To raczej mało prawdopodobne, że ktoś zaoferuje wam nocleg. A kto w ogóle wpadł na pomysł, aby prowadzić te pomiary akurat teraz, jesienią?

Dwóch studentów także wyjęło butelki ze swoich bagaży i zaczęły one krążyć wśród wszystkich siedzących przy ognisku. Atamarie przypomniały się wspólne wieczory w Parihaka oraz święta spędzane przy ogniskach u Ngai Tahu. Tu jednak atmosfera nie była tak radosna i swobodna. Studenci drugiego i trzeciego roku tworzyli między sobą małe grupy i wyraźnie konkurowali o względy profesora. Dobbins ze swej strony już choćby poprzez uprzejmość rozmawiał z farmerem, choć co prawda nie za bardzo potrafił znaleźć z nim wspólne tematy. Tu znów prym wiodła Atamarie, która rozumiała się znakomicie z gospodarzem. Dziewczyna opowiadała o Parihaka, o hodowli owiec dziadka, która ku jej zaskoczeniu była doskonale znana farmerowi.

– Michael Drury? Dziewczyno, jaki świat jest mały! Ja mam potomka od jednego z jego najlepszych baranów!

Farmer nalał whisky Atamarie, aby oblać to jego zdaniem „niemal pokrewieństwo”, i koniecznie chciał ją wyciągnąć na pola, aby już teraz pokazać jej owo zwierzę cud.

– To baran Herbert, zwyciężył na wystawie krajowej, wie pani chyba…

Atamarie wiedziała. Olejny obraz przedstawiający barana, autorstwa jej ciotki Heather, wisiał w salonie Drurych.

Wreszcie tematem rozmowy stało się pozyskiwanie wełny i strzyża owiec, a profesor i Richard zajęli się teoretycznymi rozważaniami na temat zastosowania elektryczności w maszynkach do strzyżenia owiec. Atamarie uważała, że to bardzo interesujący temat, a wypita whisky dodała jej trochę odwagi. Richard Pearse podobał jej się coraz bardziej i właściwie był już czas, aby zaczął postrzegać ją jako kobietę. W końcu byli już w drodze od dwóch dni i rozmawiali nie tylko na tematy związane ze studiami. Atamarie postanowiła przejąć inicjatywę. Udała, że jest jej zimno, i oparła się nieznacznie o przyjaciela. Pearse zauważył to dopiero po kilku minutach i uśmiechnął się do niej. Atamarie miała nadzieję, że Richard obejmie ją ramieniem, ale jej rachuby przekreślił farmer.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czas ognistych kwiatów Nadzieja na końcu świata Bogowie Maorysów Kobiety Maorysów Pieśń Maorysów W krainie białych obłoków 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość