Jeden pensjonat, jeden wieczór, kilka opowieści. Babcia Agnieszka wraz z wnukiem przygotowują mazurski pensjonat do Bożego Narodzenia. Chociaż tego roku żaden z gość nie zapowiedział swojej wizyty, oni chcą stworzyć idealne święta. Śnieg ciągle pada, zaspy uniemożliwiają jazdę samochodom, a telefony komórkowe milkną, zamiast przekazywać gorące życzenia. W małym pensjonacie koło Pięknej Góry tej nocy, wbrew swojej woli, spotka się kilka rodzin. Okna pensjonatu rozświetlą się, a jego pokoje wypełni gwar rozmów. Niespiesznych, przypadkowych, pełnych nadziei na lepsze jutro. Ludzie, którzy mieli już nigdy się nie spotkać, znów padną sobie w ramiona. Niemożliwe stanie się możliwe. A wszystko przez śnieg, czarną kurę i Najlepsze Radio Świata. Tego roku kilku bohaterów Cichej 5 powróci. W zupełnie innych okolicznościach będą musieli stawić czoło kolejnym świętom Bożego Narodzenia. Bo czasem los musi nieustannie przypominać o tym, co ważne. Rozświetla niebo i wskazuje nam drogę. A czasem zsyła noc taką jak ta. Noc prawdziwych cudów.

Jeden pensjonat, jeden wieczór, kilka opowieści…

Spis treści

Okładka

* * *

Karta tytułowa

Natasza Socha

Niebieskie buty

Agnieszka Krawczyk

Wszystko, co złote…

Małgorzata Kalicińska

Nowy sąsiad

Liliana Fabisińska

Człowiek w brązowym płaszczu

Małgorzata Warda

Spójrz na mnie

Ałbena Grabowska

Powrót do domu

Magdalena Witkiewicz

Sprawdź, czy drzwi są otwarte…

Natasza Socha

Siedem życzeń. A może więcej?

Przepisy z Pięknej Góry

Reklama

Karta redakcyjna

NATASZA SOCHA

Niebieskie buty

Nazwa „Pod Aniołem” jest okrutnie pretensjonalna, ale to chyba jedyna, jaka pasuje do miejsca, w którym właśnie się znalazłam. Po pierwsze na drzwiach ktoś wymalował siedem aniołków, z których każdy został udokumentowany w sposób dosłowny, czyli z siusiakiem. Po drugie krzesła w tym domu mają… skrzydła. Efekt jest zachwycający, zwłaszcza kiedy się na nich usiądzie.

– Babciu… Ty zaraz odfruniesz – zauważył mój wnuk Kola.

– Usiądź na drugim, to oboje polatamy.

No i tak posiedzieliśmy sobie na dwóch końcach ogromnego stołu, każde z drewnianymi skrzydłami, misternie wyrzeźbionymi i pomalowanymi na biały kolor. Dzisiaj wyglądają podwójnie uroczyście. Bo dzisiaj jest Wigilia.

Ale ja jednak jeszcze pomyślę nad inną nazwą tego pensjonatu. Po głowie mi chodzi kura… To znaczy nie naprawdę, ale kiedy tu przyjechaliśmy po raz pierwszy, zobaczyłam na drodze czarną kurę, która łypała na mnie swoim kurzym okiem, jakby kontrolowała, czy aby na pewno nadaję się na nową właścicielkę pensjonatu. Ja sama nie do końca byłam przekonana, czy to dobry pomysł. Po pierwsze – jestem z miasta. Całe życie mieszkałam wśród hałasu, wyjących syren karetek pogotowia i straży pożarnej, ścigających się motorów oraz weekendowych kozich śpiewów stałych bywalców restauracji, pubów i knajp. Po śmierci męża przeprowadziłam się na Cichą, która cicha była tylko z nazwy. Naprzeciwko naszej kamienicy znajdowała się tylko teoretycznie maleńka kafejka, w której w piątkowe i sobotnie wieczory mieściło się pół Stadionu Narodowego. Okrzyki wydobywające się z wnętrz tego lokalu przypominały darcie się marcowych kotów połączone z gulgotaniem kopulujących alpak. W tym temacie jestem podszkolona dzięki stacji Planete, więc wiem, o czym mówię. Czasem dochodziło również do dramatycznych dialogów, w których on najczęściej okazywał się podłą szują, a ona przeżutą przez niego niewinną koniczynką.

– Znowu to samo, znowu – łkało dziewczę.

– Nie przesadzaj – broniła się męska szuja.

– Nienawidzę cię! – rozlegał się okrzyk rozdzierający serce.

– Spier…

W tym momencie zazwyczaj zamykałam okno, gdyż nadmiar romantyzmu mógłby mi zaszkodzić.

W takich oto miejskich okolicznościach przyrody upływało dotąd moje życie. A teraz siedzę na drewnianym krześle ze skrzydłami i wsłuchuję się w ciszę, która staje się coraz głośniejsza. To syndrom nieprzystosowanych ludzi z miasta. Ogłuszenie ciszą.

Wyjrzałam przez okno. Kura! Znowu ona! Czarna kura wydeptuje jakieś ślady na śniegu. Może daje mi znaki alfabetem Morse’a? Oczywiście, kiedy wyszłam przed dom, kury już nie było.

– No dobrze, jeszcze się spotkamy i wtedy wyjaśnimy sobie ewentualne nieporozumienia – mruknęłam pod nosem.

Usiadłam przed kominkiem. A może pensjonat „Pod Kurą”? I zamaluję te aniołki albo przerobię na kury z anielskimi skrzydłami. Dziobate anioły. Anielskie kury.

Mam nadzieję, że piec nie wygaśnie do wieczora. Bo strzelanie ognia w kominku, choć banalne, ma swój niepowtarzalny urok. Coś jak zachód słońca. Kicz przepotworny, a jednak za każdym razem zachwyca. Kola próbował napalić w piecu z samego rana, żeby ogrzać świątecznego ducha i podkręcić atmosferę, ale marnie mu to wyszło. Na szczęście dorwał jakiegoś Marka, który uporał się z tym błyskawicznie i teraz możemy cieszyć się trzaskającym ogniem. Za oknem leży masa śniegu, wczoraj sypało wściekle, ale teraz nie pada, nic a nic. W sumie szkoda, bo ja lubię jak sypie puchem z nieba i doprawia wigilijną scenerię srebrzystymi śnieżynkami. Ale jest jeszcze wcześnie. Może coś się zmieni… W radiu od świtu zapowiadają solidne opady. Czy można im wierzyć? Złapaliśmy tylko jedną lokalną stację. Najlepsze Radio Świata czy jakoś tak… Uwierzylibyście w prognozy radia o takiej nazwie?

Kola wyszedł z domu owinięty pomarańczowym szalikiem, który mu osobiście wydziergałam chyba na osiemnaste urodziny, dokończyć odśnieżanie. Samochód bowiem zniknął pod śniegową czapą i choć pewnie dzisiaj nie będzie nam potrzebny, to jednak mój wnuk uparł się, żeby go odkopać, póki jeszcze widać dach.

– Wezmę rękawiczki. – Wrócił na moment. – Zimno! Ale cudnie jest, babciu! – Rumieńce na jego policzkach z delikatnie różowych zaczynały robić się malinowe. Śliczny jest ten mój wnuk. Założył ciepłe rękawice z jednym palcem, równie pomarańczowe jak szalik, i zniknął.

Pensjonat „Pod Aniołem” vel „Pod Kurą” jest moim prezentem od losu. Co prawda, kiedy tu przyjechałam dziesięć dni temu, żeby zobaczyć, na co się porwałam, dość szybko straciłam cały rezon. Po pierwsze: dom cuchnął stęchlizną wymieszaną z zapachem zepsutych ogórków. Po drugie: w kuchni natknęłam się na pająka pokaźnych rozmiarów, który łypał na mnie nieprzyjacielsko. A ja nienawidzę pająków. Toleruję wyłącznie te chude na cienkich nóżkach, gdyż wydają się być bardziej przerażone niż ja. Każdy inny pająk, zwłaszcza czarny i tłusty, powoduje u mnie atak histerii połączony z tańcem epileptycznym.

Kiedy Kola zobaczył, jak wymachuję nogami i rękami, jednocześnie falując brzuchem i trzęsąc pupą niczym tancerka hula, spytał:

– Pająk?

Po chwili insekt został unieszkodliwiony (poniósł śmierć z buta), a ja ostrożnie zajrzałam do kuchni. Duża, przestronna, z ogromnym stołem pośrodku i wymalowanymi aniołkami na drzwiczkach szafek. Poprzedni właściciel musiał być mocno uduchowiony, możliwe też, że regularnie spotykał się z aniołami i wspólnie dobijali jakiegoś targu. Szkoda, że nie zamówił u nich nowej lodówki, bo na tej widniał napis „Mewa”, a z tego, co kojarzę, pierwsza „Mewa” została wyprodukowana w 1956 roku i to najwyraźniej był jej prototyp. Cud, że drzwiczki nie zostały mi w ręku.

– Spokojnie, babciu, lodówkę kupimy nową – Kola najwyraźniej czytał w moich myślach. – Ta jest zdecydowanie zbyt hipsterska, nawet jak na mnie – roześmiał się.

W szafce pod zlewem odkryłam centrum smrodu. Stare słoiki z ogórkami, którym wybiło zakrętki, wskutek czego na podłogę kapała ogórkowa woda, kolorem przypominająca siniejącego trupa. Na etykietach widniał napis: „Spożyć do maja 1996”.

Moim zdaniem czas minął.

Najbardziej z całej kuchni spodobały mi się naczynia. Kremowa porcelana w miniaturowe gruszki i jabłuszka. Serwis chyba na czterdzieści osób! Salaterki, miseczki, talerze duże, średnie i małe, kubeczki, filiżanki, a nawet ogromna waza do zupy. Idealna na barszcz wigilijny.

– I co myślisz? – spytał Kola, obserwując mnie z zaciekawieniem.

– To chyba jest to, czego podświadomie chciałam od dawna, ale jak na razie z moją podświadomością wygrywa strach. Nie wiem, czy podołam, nie wiem, czy kiedykolwiek ktoś nas tu odwiedzi. Mam wrażenie, że oblazły mnie pająki niepokoju i chichoczą podle w mojej głowie.

Kola roześmiał się.

– Doskonale cię rozumiem. Każdy nowy pomysł ubrany jest nie tylko w euforię i stan podekscytowania, ale również w strach. Ale babciu, kto jak nie ty? Oczywiście z moją pomocą!

Najwyraźniej ja też mam swojego anioła. Na szczęście żywego, a nie wymalowanego na kuchennych szafkach. Odetchnęłam głęboko i raz jeszcze rozejrzałam się po swoim nowym domu. Zważywszy na to, ile mam lat, to pewnie będzie moje docelowe miejsce podróży. Trzeba zrobić wszystko, by było przytulne i pełne uroku, żeby po mojej śmierci nie napisali, że odnaleziono zgrzybiałą staruszkę w zapleśniałym domu, w którym główne skrzypce grały czarne pająki.

W końcu ten pensjonat to moje marzenie!

W ubiegłym roku miałam inne i ono się spełniło, choć do dzisiaj trudno mi w to uwierzyć. Trochę bałam się głośno wypowiedzieć następne, ale najwyraźniej nie ma limitu marzeń. Zwłaszcza w grudniu. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że ponieważ wcześniej o nic nie prosiłam, na starość dostaję hurtem wszystko to, czego chcę. A jeśli pojawią się też niebieskie buty…?

* * *

Zachłysnęłam się życiem. Kiedy okazało się, że mój rak jest tylko niewinnym skorupiakiem o paskudnej nazwie tłuszczak wewnątrzoskrzelowy, poczułam się tak, jakby ktoś podarował mi sukienkę baletnicy, o której marzyłam jako dziecko i jednocześnie zabrał kilka dekad z mojego życia.

Poczułam się lekka i szczęśliwa. Poczułam się młoda, choć moja metryka zdecydowanie biegła w kierunku osiemdziesiątki. Dla mnie jednak wiek nie miał żadnego znaczenia, wiedziałam bowiem, że jestem zdrowa i nadal mogę robić wszystko, na co mam ochotę. Mogę na przykład wydepilować nogi woskiem, bo zawsze mnie to ciekawiło, ale jakoś nigdy nie miałam odwagi, żeby skusić się na ten tajemniczy zabieg.

– Ale jest pani pewna? Chodzi o usuwanie włosów? Woskiem? – spytała dziewczyna, na oko dwudziestoletnia, choć równie dobrze mogła mieć czterdzieści. Kiedy jest się w moim wieku, każdy w przedziale 20–50 lat wygląda tak samo.

– Tak – uśmiechnęłam się. – Chciałabym zamówić woskowanie nóg. I proszę się nie stresować, depilacji strefy bikini pani zaoszczędzę – zachichotałam.

Na twarzy dziewczyny pojawił się grymas w stylu „wykonam każdą usługę, choć przyznam, że mnie zatkało”, ale koniec końców zapisała mnie w swoim czerwonym kalendarzu. Wtorek, godzina piętnasta.

Jeszcze kilka miesięcy temu miałam raka. Siedziałam naprzeciwko pomarszczonego lekarza w musztardowym golfie i czułam podskórne zdenerwowanie. Nie polubiliśmy się. Z lekarzem oczywiście, golf nie miał tu nic do rzeczy. Obok komputera leżał napoczęty pączek, po którym spacerowała mucha i zacierała swoje odnóża, zapewne z radości, że wczoraj gówno, a dzisiaj ciastko.

Takie myśli kołatały się wtedy w mojej głowie, jakby chciały zagłuszyć to, co za chwilę miało wyskoczyć z ust tego nieprzyjemnego doktora.

– Taaa… – mruknął pod nosem, przeglądając moje wyniki. – Powiem szybko, bo nie ma co owijać w bawełnę. Bardzo nieciekawy guz lewego płuca.

– Rak? – wyszeptałam.

– No… rak – potwierdził.

Nie muszę chyba mówić, jak się poczułam. Gdyby nie mój wnuk, który wymyślił całą tę historię z Instagramem, na którym zamieszczałam swoje zdjęcia z wywalonym niebieskim językiem albo fryzurą irokeza, pewnie umarłabym z przygnębienia i tym samym popsuła rakowi jego robotę. Ale Kola postanowił zatłuc guza dobrym humorem. Pokazać mu, że to nie on rządzi moim życiem, a ja mam jeszcze ciągle coś do powiedzenia. Broniłam się, chciałam gdzieś uciec i chlipać w samotności z rozpaczy, ale zamiast tego przebierałam się w kolorowe ciuchy, eksperymentowałam z włosami i wrzucałam swoje fotki na Instagram. Chyba nigdy w życiu nie miałam tylu znajomych, tylu ludzi, którzy mnie wspierali i trzymali kciuki.

A potem w Wigilię zadzwonił mój nowy lekarz. Marek. Miał długie włosy i plan, by zatłuc raka dwoma sprytnymi lekami – niejakim bewacyzumabem oraz erlotynibem. Pamiętam, że zachwyciły mnie te nazwy. Tyle że leki okazały się niepotrzebne. Do dzisiaj widzę siebie stojącą w kuchni i wsłuchującą się w radosny głos doktora Marka:

– To nie jest guz złośliwy, babciu Agnieszko! To tłuszczak wewnątrzoskrzelowy, który nam się trochę zamaskował lub raczej przebrał za mordercę. Wredny typ, przyznaję… Ale, po wzięciu pod lupę, bezbronny niczym pisklę wróbla. Załatwimy go sterydami, ale to już po świętach. Wracaj do pierogów, a ja wracam do żony, która zagroziła, że jeśli dzisiaj będę pracował, odejdzie z pierwszym lepszym hydraulikiem na koniec świata. Szczęśliwej Wigilii, babciu z niebieskim językiem! Proszę pozdrowić syna!

Zaklęłam wtedy ku chwale narodzin Jezusa; wiem, że to nieładnie, ale radość dosłownie rozsadziła mi gardło.

Z wiadomością chciałam odczekać do sernika, ale już przy barszczu, kiedy zobaczyłam smętne miny Koli oraz mojego syna i synowej, uznałam, że nie będę psuć im Wigilii.

– Nie mam raka – oznajmiłam między jednym uszkiem z grzybami a drugim. Uszka nota bene wyszły mi doskonale. Myślę, że to sprawa podgrzybków delikatnie podsmażonych na maśle.

Trzy głowy synchronicznie uniosły się znad talerzy, przy czym Kola, mój ukochany wnuk (wcale nie dlatego, że jedyny), doskoczył do mnie tak gwałtownie, że łyżka z barszczem wywinęła potrójne salto, a sama zupa pozostawiła efektowny wzór na obrusie. O, dziwo – moja synowa nie syknęła, tylko wpatrywała się we mnie z takim napięciem, że poczułam podskórne mrowienie.

Pocałowałam Kolę w czoło i roześmiałam się.

– Dzwonił doktor Marek. To nie rak. To jakiś tłuszczak, który się pod raka podszywał. Zdaje się, że nie umrę tak szybko.

– Babciu! – Kola niemal mnie zadusił. A do tego zakwilił niemowlęco, choć ma już dwadzieścia kilka lat. Mój syn z kolei zachrząkał uroczyście i nawet uronił łzy. Sztuk trzy. W jego przypadku można uznać, że to prawie powódź. Mój syn bowiem należy do osób niezbyt wylewnych, za to bardzo racjonalnych, które każdą życiową decyzję muszą skomentować przydługawą oracją. Tym razem jednak nic nie powiedział, zatkał się tylko śledziem w śmietanie i wpatrywał we mnie czule. Synowa zaś nałożyła mi taką porcję ciasta, po której teoretycznie powinnam zostać odwieziona na płukanie żołądka. To była naprawdę rodzinna wigilia.

Kolejną spędzę jednak zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałam. Piękna Góra. Podobno znajduje się tutaj Szlak Łabędzi, ale ponieważ mamy zimę, prędzej zobaczę pingwina, mimo że jesteśmy na Mazurach. Albo kurę. Najbardziej cieszy mnie fakt, że będę mogła do woli nakleić pierogów. Bo ja uwielbiam klejenie pierogów i wcale mnie to zajęcie nie męczy. Mam tajny przepis, zdaje się jeszcze po mojej prababci, a jego prostota zawsze mnie zachywca. Mąka i gorąca woda. To jedyne składniki ciasta. Żadne jajka, żółtka, śmietany. Nic. A potem farsz: cebulę podsmażam na maśle, pieczarki podsmażam na maśle, suszonych grzybów nie podsmażam na maśle, tylko gotuję i kroję w drobną kosteczkę. Wszystko wrzucam do podduszonej kiszonej kapusty i całość duszę jeszcze jakieś pół godziny. Jak przestygnie, to siadam przy stole i wykrawam szklanką kółka, nakładam farsz i sama robię pierogom urokliwą falbankę z ciasta. Od synowej dostałam kiedyś jakiś dziwny kawałek plastiku, który miał mnie rzekomo wyręczyć w robieniu falbanki. Wrzuciłam to paskudztwo rybkom do akwarium i chyba im się spodobało, bo regularnie to obwąchują. Fajnie by było, gdybym tymi pierogami mogła się z kimś podzielić… To znaczy, ja bardzo dokładnie wiem z kim… Ale po kolei.

* * *

Nigdy nie wiadomo, kiedy tak zwyczajne wydarzenie, jak regulacja brwi może okazać się przełomowe w naszym życiu.

Jest wtorek, godzina piętnasta, piękny, choć chłodny majowy dzień, a ja siedzę właśnie w gabinecie kosmetycznym na woskowaniu nóg.

– Robiła to już pani kiedyś? – spytała dziewczyna (Kalina M., kosmetolog, tak ma napisane na plakietce).

– Robiłam różne rzeczy, ale tego akurat nie – przyznałam uczciwie. – Ale zawsze korciło mnie, żeby w swoim kalendarzu wpisać: „depilowanie woskiem”.

Kalina M. chyba chciała się zaśmiać, ale nie wiedziała, czy jej wolno.

– Może się pani roześmiać – poradziłam jej.

Zmieszała się.

– Pierwszy raz mam taką klientkę.

– Taką starą?

– Taką fajną.

Nie muszę chyba mówić, że polubiłam ją natychmiast i bez konieczności zjedzenia beczki soli.

Depilowanie mnie zachwyciło. Wosk był niebieski (a to mój ulubiony kolor), niemal natychmiast zastygał na nodze, a potem jednym wprawnym ruchem moja nowa przyjaciółka Kalina M. zrywała go szybko i prawie bezboleśnie. Inna sprawa, że nie miałam zbyt wielu włosów na nogach. Ale nigdy wcześniej nie miałam też tak gładkich i zadbanych łydek, które na zakończenie zostały wysmarowane olejkiem z delikatnie błyszczącymi opiłkami czegośtam.

– Ach – oznajmiłam szczerze uradowana.

Kalina M. zerknęła na zegarek i spytała:

– A może chciałaby pani wydepilować brwi?

– A ja mam jeszcze brwi? – zdziwiłam się.

Dziewczyna, najwyraźniej rozluźniona po woskowaniu i naszej małej pogawędce, roześmiała się szczerze.

– No, ma pani. Ale jakieś takie bezkształtne. Potargane.

Zdumiałam się. Mam potargane brwi?

– To co robimy? – spytałam zaciekawiona.

– Po pierwsze, wyznaczamy długość. W tym celu przykładamy jeden ołówek pionowo przy wewnętrznym kąciku oka, drugi zaś prowadzimy od skrzydełka nosa do zewnętrznego kącika oka. W ten sposób określamy idealną długość brwi. – Dziewczę pomachało mi przed nosem ołówkami, by ustalić odpowiednie wymiary.

– Niesamowite! Ma pani idealną długość! Całkiem naturalnie!

Poczułam się piękna.

– Rozumiem, że to rzadkość?

– Żeby pani wiedziała! Większość kobiet ma zdecydowanie za krótkie łuki brwiowe. Dorabiamy wtedy odpowiednią długość henną, a czasem nawet tatuażem. Dobrze. To teraz depilujemy zbędne włoski. Wyrywamy tylko te, które rosną w dolnej linii brwi. Wykonujemy ruchy w kierunku zgodnym ze wzrostem włosków.

– Auuu… Aaa! – wrzasnęłam.

– Wiem, ale spokojnie. To bardzo krótkotrwały ból.

Pytanie, czy konieczny.

Dziesięć minut później czułam się jak oskubana kura. Nad oczami trochę szczypało, ale po minie mojej kosmetyczki widziałam, że jest dobrze.

– To teraz kolorujemy. Metodę wybieramy według upodobań: henna, cienie, kredka?

– Chyba nie mam konkretnych upodobań dotyczących kolorowania brwi – oznajmiłam jej. – W tej kwestii zdaję się całkowicie na panią.

– To henna – rozjaśniła się. – Na dłużej starcza i daje bardzo ładny efekt. Zmieszam brąz z antracytem.

Mieszaj, słoneczko.

– Czerń bowiem jest idealna dla brunetek o ciemnej karnacji. Blondynki mogą spróbować szarości i beżów. A kolor brązowy jest najbezpieczniejszy.

Jestem w rękach anioła.

– No i na koniec czesanie. Może je pani potem w domu sama uczesać albo grzebykiem, albo szczoteczką lub spiralką. I proszę pamiętać, że zawsze wykonujemy ruchy do góry i na zewnątrz.

Od dzisiaj do porannej toalety dorzucam regularne rozczesywanie brwi spiralką.

Po wyjściu z gabinetu poczułam chęć przespacerowania się po mieście, zjedzenia czegoś kwaśnego i zakończenia dnia w parku, na ławce pod rozłożystym kasztanowcem. Czułam się piękna, zadbana, pełna energii i młoda. Tak. Młoda również. To, co mówi mój dowód osobisty, w żaden sposób nie przekłada się na stan, w jakim obecnie się znajduję. A jest to stan gdzieś między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką. Kupiłam kiszone ogórki i dwa niezwykle chude kabanosy. Okazały się nie tylko chude, ale też okrutnie twarde, co moje zęby skonstatowały z prawdziwym oburzeniem. Zgodziłam się z nimi, wskutek czego kabanosy wylądowały dyskretnie na ziemi, a dwa spacerujące gołębie spojrzały na mnie z wdzięcznością.

– Dokarmia pani gołębie kabanosami? – usłyszałam nagle męski głos. Dobiegał z góry, bo właśnie nachylałam się, by zobaczyć, jak dwa ptaki poradzą sobie z kawałkiem suszonej kiełbasy.

Niebieskie buty. Przed moim nosem stały dwa niebieskie buty, dość masywne, sznurowane i zakończone żółtą skarpetką. Uznałam, że warto spojrzeć w górę, by poznać właściciela tego nietypowego zestawu odzieżowego.

Oj.

Wiek zbliżony do mojego, tego z dowodu. Ale buty oraz radosne spojrzenie zielonych (agrestowych) oczu wskazywały dobitnie, że mam do czynienia z męskim porte-parole. Metryka urodzenia nie ma bowiem żadnego znaczenia, jeśli nasz mózg nadal pamięta czasy liceum i śmieje się na samo wspomnienie palonych potajemnie fajek. Podskórnie czułam, że ktoś, kto nosi takie buty i figlarnie na mnie łypie, musi być moją pokrewną duszą.

– Z badań upodobań gołębi można zestawić następującą listę przysmaków: białe orzeszki ziemne, żółty groch, wyka, biały ryż, pszenica, małe ziarna kukurydzy, białe sorgo, ziarna owsa i rzepaku, zielony groszek, proso, brązowy groch oraz mały bób – sposób, w jaki to wypowiedział, tylko potwierdził moje wcześniejsze przypuszczenia.

Chyba się polubimy.

Spojrzałam na gołębie. Po kabanosach zostało tylko wspomnienie.

– Chyba będzie musiał pan do swojej listy dorzucić mięso – zachichotałam.

– Może były wegańskie? – spytał.

– Kabanosy? – zdziwiłam się.

Wzruszył ramionami. Ale fajna marynarka. Zielona, chyba z koca.

– Dzisiaj nawet tatar może być wegański.

Roześmiałam się.

– A czemu je pani wyrzuciła?

Hmm… Co prawda okres flirtu mam już za sobą, ale mimo wszystko jakoś niezręcznie przyznać przed obcym mężczyzną, że moje zęby zbuntowały się przeciwko twardości kabanosa. W końcu jestem kobietą, a ten tu w niebieskich butach i zielonym kocu to facet i nawet jeśli nie mamy już osiemnastu lat, nie będę przed nim obnażać wad sztucznej szczęki.

Połowicznie sztucznej, bo ciągle jeszcze mam sporo własnych zębów.

– Dziwnie smakował – oznajmiłam zatem.

– Widzi pani! Wegański!

Spojrzałam na niego z rozbawieniem i ucieszyłam się, że mam świeżo wyskubane i uhennowane brwi. Pokazałabym mu również moje wydepilowane nogi, ale schowane były pod spodniami, a jakoś tak głupio ściągać spodnie w parku przed obcym facetem. Minutę po zapoznaniu się.

– Agnieszka – wyciągnęłam rękę.

– Konstanty Władysław. Ale dla przyjaciół Jurek.

Przyznam, że troszkę mnie zatkało.

– Nie bardzo wiem, jak z Konstantego Władysława doszedłeś do imienia Jurek – zastanowiłam się głośno.

– To proste. Konstanty Władysław to imiona, które otrzymałem po moich przodkach. Sprawdziłem ich. Byli nierobami i pijakami. Jeden nawet zhańbił bliźniaczki ze wsi obok, choć podobno stało się to za ich zgodą. W tej sytuacji wybrałem imię przypadkowe.

– Jurek – stwierdziłam.

– Niech będzie, że po królu Jerzym Szóstym. Co prawda się jąkał, ale przynajmniej nie był nierobem. Rządził Anglią, a w czasie wojny podobno kąpał się w zimnej wodzie i wcale z tego powodu nie narzekał. Wyznaczał też linię – dwanaście centymetrów od dna wanny, powyżej której nie należało wlewać wody. W ramach oszczędności.

Zdumiałam się. Nie każdy ma taką wiedzę, a już na pewno nie każdy z taką wiedzą nosi tak fantastyczne buty.

A potem zadzwoniła jego komórka.

– Cholera – powiedział tylko, chwycił mnie za rękę, pocałował w nią i pobiegł szybko, choć miałam w planach co najmniej trzysta pytań.

– Cholera – powtórzyłam. – A nawet bardziej niż cholera. Kurwa mać. Nie mam jego telefonu!

Zgnębiona doczłapałam się na przystanek i wsiadłam do autobusu. Jak zwykle chętnych, by ustąpić mi miejsca, nie było zbyt wielu.

– Może byś tak wstał? – nie wytrzymałam w końcu i trąciłam torebką jakiegoś chłoptasia. Nie wiem, czy w ogóle był pełnoletni.

Wzruszył ramionami i niechętnie, ale jednak dźwignął swoją zmęczoną młodzieżową pupę.

– Brawo! – pogratulowałam mu.

Próbował zmiażdżyć mnie wzrokiem, ale jestem odporna, wobec czego mruknął tylko:

– Stare babsko.

Miałam ochotę zdzielić go torebką albo kopnąć w przyrodzenie, ale nagle jakoś mi się odechciało. Spojrzałam na niego zimno i powiedziałam:

– Coś ci powiem chłoptasiu. Kiedyś byłam taka jak ty. Młoda. A ty kiedyś będziesz taki jak ja. Stary. Pamiętaj o tym.

Nie wiem, czy dotarło. Wiem tylko, że nagle zrobiło mi się jakoś smutno.

* * *

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Niebieskie buty Copyright © Natasza Socha, 2015

Wszystko, co złote… Copyright © Agnieszka Krawczyk, 2015

Nowy sąsiad Copyright © Małgorzata Kalicińska, 2015

Człowiek w brązowym płaszczu Copyright © Liliana Fabisińska, 2015

Spójrz na mnie Copyright © Małgorzata Warda, 2015

Powrót do domu Copyright © Ałbena Grabowska, 2015

Sprawdź, czy drzwi są otwarte… Copyright © Magdalena Witkiewicz, 2015

Siedem życzeń. A może więcej? Copyright © Natasza Socha, 2015

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2015

Projekt okładki: Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce: © Andrejs Zemdega / Vetta / Getty Images

Redakcja: Liliana Fabisińska

Korekta, skład i łamanie: SEITON, www.seiton.pl

eISBN: 978-83-8075-059-3

Wydawnictwo Filia

Grupa Termedia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 8

61-615 Poznań

www.wydawnictwofilia.pl

Wszelkie pytania prosimy kierować na adres:

czytelnicy@wydawnictwofilia.pl

Dołącz do nas na Facebooku!

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lilka Trzymaj się Mańka! Dom w Ulsan czyli nasze rozlewisko Siedem życzeń Co, Gocha? Cicha 5 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Sześć światów Hain